• (gość portalu) Zaloguj się
  • Na podany adres zostanie wysłany e-mail potwierdzający a następnie dalsze powiadomienia

  • Wysłany przez Ciebie post może pojawić się z opóźnieniem do kilku minut.

  • Podglad

Odpowiadasz na:

bassooner  napisał: 

> 
> 
> Wielkie żarcie po polsku, czyli I komunia święta oraz dieta wysokokurczakowa. 
> 
> 
> 
> 	Komunia, a właściwie po komunijna impreza. Oto największe wyzwanie dla współcz
> esnego męskiego żołądka. O kobiecych wspominać nie warto. One są albo przed, al
> bo w trakcie, albo po jakiejś „cudownej” diecie i na takich impreza
> ch potrafią zachować umiar i nawet jeśli nie spełniają owych trzech powyższych 
> i koronnych argumentów, to kobieta albo nie ma apetytu, albo czuje się źle, alb
> o boli ją głowa. Jak w tym starym kawale, co to goryl wciągnął kobitę do swojej
>  klatki z ZOO i wiedziony samczym instynktem, miast urwać jej łeb razem z płuca
> mi, zaczął się do niej dobierać. Wtedy na jej nawoływania – Pomocy! Pomoc
> y! - mąż spokojnie i czule szepnął jej do uszka – Powiedz mu kochanie, że
>  cię głowa boli...
> 	Wracając do tematu. Tak! Oto największe wyzwanie dla męskiego żołądka. Nie wes
> ele, nie imieniny szwagra i nie nawet wieczór kawalerski - tam się tańczy, chod
> zi, biega i pije, a po komunijne „wielkie żarcie”. Dlaczego? Bo tam
>  siedzi się i spożywa. Później się siedzi i spożywa, by w końcu usiąść i spożyć
> . A zmieniają się tylko produkty do spożywania. Najczęściej mięsne wymieniane s
> ą na słodkie, później słodkie na mięsne i tak jeszcze ze dwa razy.
> 	Ja zacząłem od potrawki z kurczaka. Nie powiem, po dwugodzinnym staniu w kości
> ele troszkę zgłodniałem, więc kiedy przyszliśmy do domu, wręcz rzuciłem się na 
> nią. Dodatkowo naszła mnie dziwna myśl, że potrawka, będzie pierwszym i jedynym
>  daniem mięsnym na imprezie. Nałożyłem sobie słuszną porcję, nie żałując ani ry
> żu, ani marchewki z groszkiem. Wszystko obficie okrasiłem białym, słodko - kwaś
> nym sosem i kiedy zabrałem się do jedzenia, na stół „wjechało” piec
> zyste. Nie, żebym miał coś do potrawki, ale jak każdy normalny facet, wolę jedn
> ak ziemniaki i schaboszczaka, niż gotowanego ptaka z ryżem. Szybko poradziłem s
> obie z potrawką, robiąc miejsce na talerzu dla schabowego. 
> 	Wybrałem bardziej wykwintną jego wersją, a mianowicie: podwójnego schabowego p
> rzekładanego szpinakiem. Do tego frytki i surówkę. Całość smakowałaby wybornie,
>  jednak (jak dla mnie) szpinakowy farsz był nazbyt „nijaki” - było 
> w nim za mało czosnku i pieprzu. Zjadłem i tak wszystko, bo przecież niegrzeczn
> ie byłoby zostawić i nie chcąc, aby ta smakowa „nijakość” pozostała
>  mi w ustach, nałożyłem sobie, a okazało się to trafną decyzją, zawijanego zraz
> a, w sosie własnym, z ziemniakami i podsmażanymi buraczkami. Zraz okazał się do
>  tego stopnia wyśmienity, że pokusiłem się o dokładkę, nie zważając na brak mie
> jsca w żołądku. Mięsko, po prostu, rozpływało się w ustach, a nadzienie z podsm
> ażanego boczku z cebulką, kiszonego ogórka i skórki od chleba przywołało wspomn
> ienia, o maminych zrazach z dawnych lat. 
> 	Kiedy skończyłem i wstałem od stołu, by udać się do toalety, odniosłem nieprzy
> jemne wrażenie, że ktoś włożył mi do brzucha kamień do kiszenia kapusty. Od raz
> u też przypomniała mi się ta okropna historia o „Wilku i siedmiu kózkach&
> #8221; (którą zresztą z niewiadomych przyczyn, opowiadam mojej córce) jak to bi
> ednemu, śpiącemu wilkowi, po pożarciu sześciu kózek, jedno wespół z mamą, rozpr
> uło podstępnie brzuch, wyciągnęło sześć przezeń pożartych, zastępując je polnym
> i kamieniami. Ów nieszczęsny obudził się ze strasznym pragnieniem i jęcząc z bó
> lu, udał się nad rzekę, gdzie wpadł, a kamienie pociągnęły go na samo dno. Udał
> em się na ogród, a przechadzając się obok oczka wodnego, gdzie pływało kilka, k
> olorowych karasi, starałem się trzymać w bezpiecznej odległości.
> 	Wróciłem do gości. Na stole „konkrety” zastąpiono plackami i torte
> m. Gospodyni, jak to zwykle bywa na takich imprezach, głośno zapytywała „
> komu kawę, a komu herbatę?”. Zamówiłem kawę, a kiedy „przyszła̶
> 1; włożyłem sobie na talerzyk, dwa kawałki sernika, bo sernik to najlepsze co m
> oże cię (oprócz oczywiście zrazów) przy stole spotkać. Tortów nie lubię i nie j
> adam. Są z reguły przesłodzone. Cukiernik wychodzi z mylnego założenia, że jak 
> sypnie pół kilograma cukru więcej, to będzie lepiej, bardziej „na bogato&
> #8221;. Hm... co by nie mówić, to przy obecnych jego cenach, faktycznie było &#
> 8222;na bogato”, bo tort (co okazało się niebawem) słodki był niemiłosier
> nie. Nie przewidziałem jednak, że ojciec chrzestny, powinien choć jeden kawałek
>  komunijnego tortu spróbować. Zresztą widniała na nim podobizna mojego chrześni
> aka uwieczniona w marcepanie, więc wypadało tym bardziej.
> 
> 
> 
> 	

Nie pamiętasz hasła lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się