• (gość portalu) Zaloguj się
  • Na podany adres zostanie wysłany e-mail potwierdzający a następnie dalsze powiadomienia

  • Wysłany przez Ciebie post może pojawić się z opóźnieniem do kilku minut.

  • Podglad

Odpowiadasz na:

bassooner  napisał: 

> Komunia, a właściwie po komunijne przyjęcie. Oto co mnie czeka w najbliższą nie
> dzielę. W zasadzie nie mam nic do tego rodzaju imprez, pod warunkiem, że jestem
>  tam zwykłym, najzwyklejszym gościem. Takim, co to przyjdzie, posiedzi, nażre s
> ię do syta i wyjdzie. To, to rozumiem, ale w moim przypadku sytuacja jest bardz
> iej skomplikowana, bo idę na komunię do swojego chrześniaka, a to niedobrze, bo
>  trzeba kupić prezent, albo dać w kopertę, albo i jedno i drugie. Cholera! Jest
> em aktualnie „pod kreską” i w ogóle nie lubię rozdawać kasy, na lew
> o i prawo. Też mnie Pan Bóg pokarał z tymi chrześniakami. Na chrzciny „da
> j”, na komunię „daj”, na bierzmowanie „daj”, na o
> siemnastkę „daj” i na wesele „daj”. Do tego, co roku na
>  urodziny „daj”, na imieniny „daj”, na zająca „da
> j”, na gwiazdkę i na Mikołaja „daj”!
> 	Policzmy. Załóżmy, że trzymając się grafiku powyższych zobowiązań, będę dawał 
> do osiemnastego roku życia, by ostatnie, niejako pożegnalne „daj”, 
> odfajkować na weselu chrześniaka, gdzie skończy się moja wspaniała rola, ojca c
> hrzestnego. A więc: osiemnaście lat to trzydzieści sześć prezentów (imieniny i 
> urodziny) do tego chrzciny, komunia, bierzmowanie, osiemnastka i wesele. Dojdzi
> e do tego tzw. „nie wiadomo co”, a więc jakaś matura i wychodzi, le
> kko czterdzieści jeden razy „daj”. A ja mam dwóch chrześniaków! Czy
> li wszystko razy dwa, czyli osiemdziesiąt dwa razy skubną mnie na kasę! O w mor
> dę! Nie wiedziałem, że aż tyle tego jest. A niech to – może lepiej nie my
> śleć i zastanowić się jak zminimalizować straty? A mam pewien chytry plan. Pole
> ga on na przejedzeniu tych pięciu stów, które dam w kopercie na komunię. Plan w
> ymyśliłem sobie wcześniej. Podczas długich, bezsennych nocy, kiedy to rzucając 
> się w pościeli, myślałem o tych straconych pięciu stówach.
> 	Ale jak obliczyć, za ile się zjadło? Zasada jest prosta. Ceny biorę rynkowe, j
> ak za obiad, czy kawę „na mieście” i tyle ile zeżrę i wypiję, odejm
> ę sobie od straty, czyli tych pięciu stów. Klucz do ostatecznego rozrachunku po
> wziąłem następujący: danie obiadowe, to dwadzieścia złotych. Wiadomo, w barze m
> lecznym dostanie się taniej, ale kalkuluję realnie, bo będę nakładał sobie dużo
> . Kiedy wezmę dokładkę z kotleta, będę liczył obiad po trzydzieści złotych, a w
>  zasadzie powziąłem zamiar zjadania np. trzech schabowych, bez ziemniaków, czy 
> frytek, a jedynie z surówką. I wtedy będę liczył po czterdzieści złotych. ̶
> 2;Pyry i chleb masz w domu - jedz same konkrety” - tę życiową radę, przek
> azał mi pewnie znajomy na jakimś weselu i tego będę się trzymał!
> 	Kawę i herbatę będę liczył jak w knajpie, czyli po pięć złotych, podobnież kaw
> ałek placka, czy tortu, a garmażerkę po dziesięć. Dla równego rachunku, bo po d
> ziesięć złotych, policzę też kiełbasę, czyli „giętą z wody”, porcję
>  sałatki warzywnej, czy bigosu.
> 	Ceny są zapewne lekko zawyżone, ale raz, że łatwiej będzie mi to wszystko skon
> sumować, a dwa, prościej obliczyć.
> 	Wezmę ze sobą też długopis i małą karteczkę papieru, na której dyskretnie, pod
>  stołem będę w uproszczony sposób zapisywał, co i za ile zjadłem. Dla przykładu
> : 1+ to będzie obiad, czyli zjedzone dwadzieścia złotych, 1++ to obiad z dokład
> ką np. kotleta, czyli zjedzone trzydzieści złotych, a 1+++ to danie obiadowe sk
> ładające się z trzech schabowych i surówki, czyli, że przejadłem czterdzieści z
> łotych! 2 - to wszystko po dziesięć złotych, czyli „gięta z wody”, 
> garmażerka, porcja bigosu i sałatki, a 3 – to kawa, herbata i „słod
> kie”.
> 	Od soboty nic nie jadłem, zakładam więc, że lekko wciągnę ze trzy dania obiado
> we o symbolu 1+++, czyli potrójna porcja mięsna, a to już na wstępie, da mi sto
>  dwadzieścia złotych, czyli będę miał do przejedzenia już tylko trzysta osiemdz
> iesiąt złotych. Do tego dojdą ze trzy trójeczki (kawka, herbatka, kawka) i ze t
> rzy kawałki ciasta i będę już sto pięćdziesiąt złotych do przodu. Hm... to znac
> zy będę wciąż trzysta pięćdziesiąt złotych do tyłu, ale trzysta pięćdziesiąt, t
> o nie pięćset!
> 	Jest niedzielny poranek. Budzę się i pierwsze uczucie, jakie dociera, wprost z
>  mojego pustego, puściuteńkiego żołądka, to głód. Niewyobrażalny głód. Wszak os
> tatni posiłek, jaki zjadłem, to była piątkowa kolacja, a właściwie obiad, bo na
>  kolację wypiłem trzy piwa. W sobotę cały dzień, jak już wspomniałem, pościłem 
> i umartwiałem się, kiedy wkładałem pięć, stuzłotowych banknotów do koperty i wy
> pisywałem życzenia, które ściągnąłem z netu. Ale jakoś wytrzymam. Muszę wytrzym
> ać! Wypiję tylko szklaneczkę wody, ogolę się, wykąpię i pojadę do kościoła.
> 	Po kwadransie jeżdżenia, wokół przyległych do kościoła ulic, udało mi się w ko
> ńcu zaparkować. Skąd tyle ludzi dzisiaj? Wściekli się, czy co? Ano tak: osiemdz
> iesiąt dzieciaków, to osiemdziesiąt mam, osiemdziesięciu tatusiów, osiemdziesią
> t mam chrzestnych i osiemdziesięciu tatusiów chrzestnych. Makabra. Do tego dojd
> zie pewno jakieś rodzeństwo, no i oczywiście ciotki i wujkowie, co to przyjecha
> li z drugiego krańca Polski na ten jeden dzień, swoimi samochodami segmentu 
> 222;A” i „B”, prosto z salonu, ale za to z szybami na korbki 
> i darmowymi dywanikami zamiast klimy. Być sobie mogą – jak chce im się st
> ać przez półtorej godziny, pod filarem? Mnie nie przeszkadzają, bo ja mam miejs
> ce zarezerwowane! Proboszcz obiecał. Dla rodziców oraz rodziców chrzestnych, bę
> dą miejsca zarezerwowane tuż za dziećmi – tak powiedział. No i oczywiście
>  dochodzą zwykli ludzie. Tacy, co to chodzą do kościoła na jedenastą trzydzieśc
> i już od trzydziestu lat, to i przyszli dzisiaj. Nieistotne, że jest I Komunia 
> Święta, że ludziska zjechali się z całego miasta, ba z całego kraju, i że przys
> zli nawet ci, którzy ostatni raz w kościele byli na swojej I Komunii Świętej. O
> ni musieli przyjść na jedenastą trzydzieści, bo tak! A jeszcze, jacy niezadowol
> eni, a że to ścisk, a że to nie ma gdzie usiąść, a że to nie ma gdzie zaparkowa
> ć. Zobaczycie, jak wybuchnie kiedyś III wojna światowa i moje miasto, zabłąkana
>  atomówka zmiecie z powierzchni ziemi, że tylko metrowe kikuty zostaną po wysok
> ich kamienicach, i wśród ruin zobaczycie korowód ludzi, przedzierający się mozo
> lnie poprzez zgliszcza
> 	Wchodzę do kościoła. Ciżba jak na targu. Przepycham się dynamicznie, główną na
> wą, w kierunku ołtarza. Od tych wszystkich tanich perfum, pomieszanych z zapach
> em starej szafy i kulek na mole, aż szczypie w oczy. Tutaj rzondzi molina ̵
> 1; chciałoby się napisać przed wejściem. O! Widzę nasze VIP – owskie ławy
> . Niestety. Choć jestem z kwadrans przed czasem, wszystkie są już tak upchane, 
> że szpileczki byś nie wcisnął. Normalnie mieszczą się cztery osoby, a jak szczu
> plejsze to i pięć, a tutaj po sześciu luda, że skrajni, to ledwo na półdupkach 
> siedzą. 
> 	
> 
> 
> 

Nie pamiętasz hasła lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się