Dodaj do ulubionych

jak przezwyciężyć opór na zajęciach?

17.10.12, 11:29
w dyskusji na temat potrzeby ruchu wpadł mi jeden wątek do głowy który postanowiłam tu wyciągnąć, bo jednak inny
mój młodzieniec bardzo oporuje, jak chce to robi bardzo ładnie różne rzeczy, dużo wie ale zazwyczaj na zadawane pytania czy polecenia nie reaguje albo sie szyderczo uśmiecha,
taki bierny opór nam stawia ale jak chce to zaskakuje, dużo wie, wyłapuje z otaczającego go świata, naśladuje, jak chce, ubolewają terapeuci że powoli idziemy z programem bo jemu się nie chce a możliwości ma
stosujemy metodę behawioralną i w domu i p-kolu
ale pomyslałam sobie czy możemy dać mu coś innego, moze własnie więcej wysiłku fizycznego, może zmęczenia (a co za tym idzie i zadowolenia, dobrego samopoczucia, endorfin) i czy mozna liczyć na to że przełoży się to na mniejszy opór?
tak sobie wczoraj wymyśliłam,
moze nie wyładowana energia, kłopoty z komunikacją i wyznaczanie mu stale granic powoduje frustrację?
głupio myślę?
Edytor zaawansowany
  • tijgertje 17.10.12, 11:42
    Ja to bym chciala zobaczyc, jak ta wasza terapia wyglada. Nie masz jakiegos filmu? Dlaczego pytam... Autysta to taki typ, ze do niczego zmusic sie nie da. Mozna go zlamac i wtedy bedzie potulny jak baranek, ale bedzie maszyna, nie dzieckiem. w t. behawioralnej niestety zbyt czesto wychodzi sie z zalozenia, ze dziecko "musi" brak postepow wynika nie z dziecka, a z niewlasciwego do niego podejscia. zmuszanie i tresowanie, jak to czesto ma niestety miejsce nie ma sensu, bo dziecko bedzie cos robic dla swietego spokoju albo ze strachu, ale szanse na to, ze wyuczone umiejetnosci zastosuje w innej sytuacji z wlasnej i nieprzymuszonej woli sa raczej niewielkie. Terapeuci niestety czasem podchodza do dziecka jak do malpki, ktora trzeba wytresowac, a z dzieckiem, ktore jest dosc inteligentne takie numery niestety nie przechodza i stad biora sie latki "zdolny ale leniwy", najpierw na terapii, potem w szkole. autysci maja problem z motywacja i jesli dotychczasowe metody nie skutkuja, to moze warto sie zastanowic, co zmienic, zeby jednak byly skuteczne. Podstawa jest jednak "chcenie".
    --
    autystyczne-tygryskowo.blogspot.com/
  • yula 17.10.12, 21:20
    tygrysku ratunku, ja już nie mogę z moim upartym osłem. nie daję nic pokazać, wszystko wie lepiej i chyba stawia tylko po to by sie stawiać, a ja już chodzę na rzęsach i nie wytrzymuję. Nie wiem jak go zachęcić, jak go przekonać żeby jednak spróbował tak jak ja proponuję, bo widzę że jego metoda nie działa, nie jest tak że od razu wiem lepiej, ale jak robi jakieś obliczenia, nie zapisuje, bo nie i już, za chwile nie pamięta co robił i zaczyna ponownie lu błędnie, a jak proszę by zapisywał poszczególne działania jest awantura . Z pisaniem to samo, potrafi napisać czytelnie, ale zazwyczaj mu sie nie chce, poprawiać też, a ja już wymiękam. Staram sie jakoś zorganizować, ale jak mam nastawić stoper i ma pracować np. 30 min, jak on może przez tyle czasu zrzucać i podnosić ołówek? JAk zmienić to na "chcenie"? Nie mam pomysłu :/ Aha, jak nie daję komputera(najbardziej mu zależy) tzn. komputer jest za odrobienie lekcji i maksym do 19-tej. Więc jak nie wyrobi sie do tego czasu to nie ma. W trakcie mimo umowy i przypominania oczywiście to olewa, a jak w końcu zrobi lekcje domaga sie komputera mimo że wie że czas już sie skonczył, bo jest np. 19.30 i jest awantura :/
    --
    Julia,Maksiu i Tatianka:)
    http://maks-ostrowski.cba.pl/ - strona syna
    KRS 0000 326 128 cel szczegółowy: Ostrowski Maksymilian - 035
  • kenijka 17.10.12, 21:30
    no to teraz zabiłaś mi gwoździa:)
    zastanawiałm się całe popoludnie
    hmmm
    nie wiem czy on jest bardziej łamany czy motywowany
    nie sądzę zeby w grę wchodził strach, chociaż.... no nie wiem, ja czegos takiego nie widzę, a bac moze się jedynie rodziców, bo my czasem wybuchamy, dochodzi od krzykow jak mi puszczą nerwy, czasem, ale potem potrafi robic to samo, krzyk nie skutkuje, bardziej konsekwentne zabranianie... albo obietnica nagrody - zawsze jak obiecana to jest
    mimo wszystko jest akceptowany, kochany i sądzę że tak się czuje
    natomiast w przedszkolu panie potrafią ze spokojem milion razy polecenie powtarzać,
    nie wiem czy potrafie z nim coś ustalić... czasem jak pytam czy chcesz zupe czy kanapke mówi zupe a potem nie je, mówi ze nie chce, ale on tak od niechcenia rzuca, mówie mu - chciałeś to masz zjeść kilka łyżek (no powiedzmy 5 musi być konkretna liczba, wówczas odlicza i zjada) to juz jest to ustalenie? może ja go nie doceniam tego mlodzieńca?
    aha, w p-kolu stosowane są rozne nagrody, słodkości oczywiscie, ale też piosenka, łaskotki, to co maly lubi,
    z resztą każdy maluch traktowany jest indywidyalnie, omawiają terapeutki raz w tygodniu każdego gada, starają sie podchodzić elastycznie, metoda behawioralna jest głównie stosowana, ale kierownictwo jest otwarte i wplata tez inne metody patrząc na reakcje maluchów
    i faktycznie jak ma bezpośrednią motywacje i sam cos chce to potrafi sobie to zrobic, np. ubrać buty które nawet ciężko wchodzą jak chce iść na spacer.....
    przepraszam za chaos w wypowiedzi, tak jak pisze tak się czuje:) niepoukladane to mam:) ale dziekuję za wszelkie uwagi
  • ania-pat1 17.10.12, 11:59
    Wypowiem się myślę w sposób niepopularny... Ja nie stosuję behawiorki - moje dziecko też jak chce to robi, jak nie chce to nie. Wtedy traktuję ją jak NT tzn. wściekam się - sadzam na siłę - informuję że możemy siedzieć do rana przy biurku i przytrzymuję, gdy chce wstać - kiedyś nawet wsadziłam sobie stopery do uszu... Po takim występie mam na ogół ok. 2 mies. spokoju. Zwłaszcza, że już do niej dotarło, że bez głupiego "nie bo nie" dana czynność zabiera zdecydowanie mniej czasu. Robię tak, bo jak mawia prof. Cieszyńska nie można nagradzać za coś co jest normą - w szkole za to, że ładnie siedzi w ławce i łaskawie przeczyta polecenie do zadania (pomimo, że trzecie słowo jest trudne) a następnie zechce pomyśleć jak je rozwiązać (pomimo, że wcześniej nie rozwiązaywała zadania danego typu) nikt jej brawa bił nie będzie. Taki trudny lajf. Jeśli teraz jej odpuszczę w szkole będzie dziwaczna - na dodatek ustawi przeciwko sobie nauczyciela i dzieci (no bo co - ją trzeba nagradzać za coś za co inni dostaną banię?). Jeśli wiem, że zadanie nie przekracza jej percepcji ma je rozwiązać i już. Jeśli zrobi błąd ma poprawic. Nagroda? Poprawny wynik uzyskany samodzielnie. I uwierzcie jest wtedy zachwycona (nawet jeśli wcześniej 15 min. darła się, że jej nie kocham i gdzie się podziała jej ukochana mamusia, i że nie będzie nigdy tego umiała rozwiązać). Oczywiście jak się już bierze to czasem ułatwiam celem osiągnięcia sukcesu - ale tylko wtedy gdy ona podejmie wysiłek. Nie chcę jej nauczyć , że cały świat ma stanąć na głowie aby ona zechciała zrobić coś na co nie ma ochoty. wyszłam w tym poście na matkę-maltretantkę, ale ogół mamy naprawdę dobre relacje... A wysiłek fizyczny nie zaszkodzi... Inna sprawa, że ja w stawianiu granic przejawiam słabą konsekwencję (sama je kiepsko respektuję ?nazwijmy to modyfikacjami/ - a głupio mi wymagać od dziecka więcej niż od siebie). I staram się niwelować kłopoty z komunikacją - tak, żeby wiedzieć jakie jest źródło oporu - jeśli jest i sensowne - odpuszczam i każę jej poszukać rozwiązania (ale zachęcam do werbalizacji przyczyny ).
  • tijgertje 17.10.12, 12:48
    ania-pat1 napisała:
    jak mawia prof. Cieszyńska nie można nagradzać za coś c
    > o jest normą

    nie moge sie z tym zgodzic. To tak jak uczyc kogos plywac zrucajac do basenu z 10m wiezy. No bo co jest "norma"? Dzieci z autyzmem wlasnie dlatego maja terapie wszelakie, ze od normy odstaja i uwazam, ze jedyna skuteczna metoda jest pozytywne wzmacnianie oczekiwanych zachowan.
    Wiesz, podobna tresure przechodzilam sama jako dziecko. I moze twoje dziecko jest inne, ale z mojego punbku widzenia musze przyznac, ze na dluzsza mete to nie dziala. Poki dziecko jest male, mozesz zmusic do siedzenia przy tym przekletym stole tylko dlatego, ze masz nad nim przewage fizyczna. Ale juz z 9-10-latkiem taki numer nie przejdzie. I albo dziecko faktycznie sie "zlamie" i jak piszesz, jest 2 miesiace spokoju, albo bedzie usilowalo coraz czesciej stawac okoniem, do momentu, az znajdzie skuteczny sposob. I niestety uwazam, ze w taki sposob dziecko pracuje tylko dlatego, ze pamieta ta sytuacje i siedzi mu to zadra w umysle. Ja niestety dopoki mieszkalam w domu, panicznie balam sie mamy. Odzylam i idetchnelam z ulga gdy wyjechalam po studiach, teraz od ponad roku nie mamy kontaktu, a ja w koncu mam zdrowy zoladek. i to nie jest tak, ze bylam jakos maltretowana czy cos. Po prostu te same sytuacje odbieralam inaczej od rodzenstwa, dla nich normalne bylo, ze rodzic czegokolwiek zada i karze za nie wykonywanie polecen, ja cierpialam zarowno fizycznie jak i psychicznie, bo bylam duzo bardziej wrazliwa introwertyczka, ktora czula sie po prostu lekcewazona, na zasadzie "ryby i dzieci glosu nie maja". Choc na co dzien mozecie miec dobre relacje z dzieckiem, to watpie, zeby pracujac z dzieckiem w ten sposob mozna je bylo utrzymac na dluzsza mete. Chyba, ze terapie calkowicie zrzucisz na barki kogos innego. I nie twierdze tutaj, ze ja nie biore mojego wyjacego mlodego na przeczekanie. Owszem. Roznica jest tylko taka, ze my ustalamy cos wspolnie, cos, na co on wyraza zgode i jesli nie trzyma sie ustalonych WSPOLNIE zasad, musi ponosic tego konsekwencje. Ale pamietajac swoje doswiadczenia z dziecinstwa unikam jak ognia sytuacji, zeby go do czegokolwiek zmuszac wbrew jego woli. Co nie znaczy, ze rowniez nie popelniam bledow, bo ciagle sie ucze, pewne rzeczy mam zakorzenione bardzo gleboko i caly czas musze nad soba pracowac, zeby swiadomie wspolpracowac z dzieckiem. W szkole o dziwo tez sie da. Mlody trzyma sie zasad, bo wie, ze sa to ogolne zasady obowiazujace w szkole/ klasie, a nie widzimisie nauczyciela. Malo tego, skubany potrafi doroslemu zwrocic uwage, jesli sam wyznaczone zasady lamie;)
    --
    autystyczne-tygryskowo.blogspot.com/
  • ania-pat1 17.10.12, 16:17
    tijgertje, wiem... i rację Ci przyznaję. Ale - bez wzięcia na przetrzymanie moje dziecko nie wsiadłoby na rower, nie dodało 2+2 i nic nie napisało (bo: nie umiem i wycie... a po wyciu - umiem i roześmiana buzia, że się udało). Mam nadzieję, że jako 9-10 latka już z darcia zrezygnuje.... Z drugiej strony czytając Twoje posty - twoja Mama wychowała świetną samodzielną kobietę z małej autystycznej dziewczynki. Sama nie wiem - ale jeśli miałabym wybrac czy moje dziecko będzie jak Ty samodzielne, świetne z rodziną - dające radę lepiej niż niejeden NT, czy słabe ale wpatrzone we mnie - wybór wydaje mi się jednoznaczny. Wolę aby dała radę, mnie może przecież zabraknąć (tfu, tfu ...). staram się znaleśc złoty środek, nie chcę być "zmuszalska" - ale nie jestem zawsze słodka. Fakt - staram się ustalać wcześniej to, czego mamy się trzymać - więc na ogół po aferze jest b. spokojnie - tak jakby do niej pewne sprawy dochodziły z opóźnieniem - ona sama twierdzi, że tak ją złości że nie potrafi czegoś zrobić od razu, że nie wie jak się opanować. I żeby było jasne - stosuję nakaz werbalny - nie siłuję się (kiedyś spróbowałam i córka jako podwrażliwiec była zachwycona - do-stymulowała się tylko....).
  • tijgertje 17.10.12, 19:52
    ania-pat1 napisała:
    Z drugiej strony czytając Tw
    > oje posty - twoja Mama wychowała świetną samodzielną kobietę z małej autystyczn
    > ej dziewczynki. Sama nie wiem - ale jeśli miałabym wybrac czy moje dziecko będz
    > ie jak Ty samodzielne, świetne z rodziną - dające radę lepiej niż niejeden NT,
    > czy słabe ale wpatrzone we mnie - wybór wydaje mi się jednoznaczny.

    Wiesz, to kim teraz jestem, to faktycznie w duzej mierze zasluga mojej mamy. Kiedy wyjechalam i sie od niej uwolnilam, postanowilam sama sobie udowodnic, ze cos jestem warta, trafilam na cudownych ludzi, ktorzy wspierli mnie nie oczekujac niczego w zamian, pokazali inne wzorce. Teraz nie jestem ta sama osoba, ktora 12 lat temu postawila wszystko na jedna karte i po 6 tygodniach nauki angielskiego wyjechala do obcego kraju, w ktorym nikogo nie znala. Faktycznie mialam motor do dzialania, ale czy strach i poczucie, ze nic nie jest sie wartym to faktycznie najlepsza motywacja? To kim jestem w duzej mierze wynika z faktu, ze musze sobie powtarzac, ze chce byc wszystkim, tylko nie kopia wlasnej mamy. Zaplacilam bardzo wysoka cene, ona w sumie rowniez, choc nie sadze, zeby do konca rozumiala dlaczego stalo sie jak sie stalo. Moja rodzina martwi sie o mame, ktora ostatnio bardzo sie postarzala, nikt nie wie, czy zwlekajac jeszcze w ogole kiedykolwiek sie z nia zobacze, a ja jestem rozdarta, bo to jednak moja mama, z drugiej strony bez niej jestem szczesliwsza i zdrowsza. I wierz mi, za nic w swiecie nie chce dopuscic do tego, zeby moje dziecko myslalo podobnie! Dziecku nie trzeba wiele, wystarczy poczucie, ze jest wazne, ze ktos sie z nim liczy. Nie da sie mu tego dac zmuszajac do czegokolwiek, ale naprawde wiele trudu nie kosztuje danie mu ograniczonego wyboru. Np moj mlody wie, ze o stalej porze siada do stolu i pracuje. Tu nie ma dyskusji, bo sam zdaje sobie sprawe, ze ma zaleglosci. Ma jednak wybor, dostaje np 5 prac, z ktorych ma wybrac 2. w sumie wszystkie wczesniej czy pozniej zrobi, ale ma poczucie, ze to on kontroluje w pewnym stopniu sytuacje. na pewno nie jestem poblazliwa i sporo od niego wymagam. Ja zbyt czesto slyszalam : "masz tak robic, bo ja ci kaze", bez zadnych logicznych argumentow. Zawsze bylam wysokofunkcjonujacym dzieckiem, wiec nie ma porownania z dziecmi niskofunkcjonujacymi, a autystyczna jestem nadal. Tyle, ze bez ciaglego przypominania, ze jestem nikim w koncu na swoj wlasny sposob rozwinelam skrzydla. ostatnio mielismy fajna rozmowe z mezem i mlodym. Kasper samodzielnie gotowal obiad, po raz pierwszy. Czesto pomaga i bardzo to lubi. Byl caly w skowronkach, zwlaszcza, ze antymakaronowy tata wsunal wszystko niemal wylizujac talerz;) Kasper uznal, ze bardzo lubi gotowac. Maz przyznal, ze jak byl maly to tez bardzo lubil pomagac w kuchni i ja na pewno tez to lubilam. Tu sie zdziwil. Ja tego nie znosilam. Tu maz oprzytomnial, stwierdzajac:
    No tak, bo my MOZEMY pomagac, a ty MUSIALAS. Niewielka, ale jakze istotna roznica...
    --
    autystyczne-tygryskowo.blogspot.com/
  • kenijka 17.10.12, 21:14
    hmmm
    pozwolę sobie skomentować metody profesor z Krakowa bo sama do niej jeździłam i jej ufałam
    i pracowałam według jej rad i wytycznych ponad rok
    1. uważam że matka nie powinna pracować z dzieckiem, oczywiście pewne codzienne rzeczy trzeba dziecko uczyć i na miarę jego możliwości wymagać, ale to wszystko, bo taka jest naturalna rola matki czy ojca, zwalanie na głowę rodzicowi dziecka które ma problemy jeszcze ciężaru terapii a co za tym idzie i odpowiedzialności za efekty jest grubą przesadą, wówczas matka/ojciec nie sa już mamą i tatą, tylko trochę mamą, trochę terapeutą, trochę nie wiadomo czym, mama to ktoś kto przytuli , pochwali, ukocha, skarci, pójdzie na spacer z dzieckiem, na zakupy, pobawi się, powygłupia, przegoni jak czasem przeszkadza, powie że sie mówi dzień dobry itp, a nie nauczyciel, bo rodzic taki się wypala a dziecko na takie ni to ni owo za rodzica. ja tak siebie widziałam w tej roli, wybuchalam zloscią, nie potrafiłam stanowczo i konsekwentnie z nim pracować, na litość boską, nie mam przygotowania, praktyki, wiedzy, wpadałam we frustracje i miałam siebie i jego dosyć
    2. ona mowi że jak dziecko pójdzie do szkoly to będzie oczywiście miało stawiane poprzeczke tam gdzie inne dzieci NT - ładny bajer, hmmm, co będzie jeśli dziecko nie sprosta? nie chodzi tylko o zachowanie ale też o możliwości intelektualne itd. czyja będzie wina? no przecież pani profesor za 200 zł daje raz na rok złote rady które muszą zadziałać, a jeśli nie zadziałają to czyja będzie wina? mnie raz już objeździła że ona się mnie pyta co to ma znaczyć że młody czyta pojedyncze literki a nie sylaby tak jak go przez rok miałam uczyć, hellou!!!! A jak zapytałam jak mam go uczyć sikać do toalety to się obruszyła - nie potrafiła odpowiedzieć, bo taki fachowiec od ZA to się sikaniem nie zajmuje, szkoda ze dziecko z ZA w ogóle sika...
    Nie wiem do jakiej szkoły pójdzie syn, czy do powszechnej z cieniem, czy do integracyjnej, czy do takiej dla autystów, załozenie że pójdzie do normalnej i mam go uczyć już tak się zachowywać zeby nie był dziwny...... w takim podejściu moim zdaniem czai się gigantyczne rozczarowanie, jaka jest szansa ze pojdzie sam bez pomocy do szkoły powszechnej? granicząca z cudem, niestety, a takie pajery też mi sprzedawala
    dlaczego profesor nie pozwala zrobić orzeczenia? nie informuje o tym? tylko jej pomoce, jej terapeutki (60zl/h - dwa lata temu, a tych godzin powinno być kilka-kilkanaście w tygodniu) i rodzic, a dlaczego nie korzystać z dofinansowania od państwa? dla mnie to wszystko jest zastanawiające
    efekt jej metody taki ze młody czyta doskonale, dziś stanął przed znakiem i czyta"Henryka Połobożnego..... Pobożnego" pieciolatek który przeczyta wszystko ale nie wiele mu to daje, bo z tego co czyta rozumie może 2%
    przepraszam, może na Ciebie wylewam moje żale związane z Cieszyńska, ale nie napisałam jednej najważniejszej rzeczy, ona zdiagnozowała u młodego ZA, po roku potwierdziła, więc ja zrobiłam pełną diagnozę w tajemnicy przed nią, bo przecież po co? podwazyli, zrobiłam drugą i drugi raz powiedzieli ze bez wątpienia - autyzm
    oddałam dziecko w ręce specjalistów, odżyłam, można powiedzieć że na nowo go pokochałam, nie jest juz moim ciężarem, codzienną traumą nad głupimi łamigłówkami, jest już tylko moim dzieckiem, ukochanym synkiem, myślimy o rodzeństwie dla niego (choć bardziej dla siebie bo marzę mimo wszystko o dziecku które da mi to czego od niego będę oczekiwała, moze się uda ), wcześniej nie mialam odwagi,
  • pinkdot 18.10.12, 08:04
    > i to ni owo za rodzica. ja tak siebie widziałam w tej roli, wybuchalam zloscią,
    > nie potrafiłam stanowczo i konsekwentnie z nim pracować, na litość boską, nie
    > mam przygotowania, praktyki, wiedzy, wpadałam we frustracje i miałam siebie i j
    > ego dosyć

    A ja nie - widziałam niesamowite efekty tej terapii i dawały mi one siłę by być lepszą mamą i nadzieję na to, że moje dziecko sprosta wyzwaniom, które postawi przed nim życie. Nie rozumiem dlaczego sugerujesz "albo-albo", to jeżeli prowadzę terapię metodą krakowską to nie mogę przytulić dziecka i się z nim powygłupiać??? Wam nie wyszło, może rzeczywiście nie masz predyspozycji by pracować z własnym dzieckiem - ja uważam tę terapię za dar z niebios.

    2. ona mowi że jak dziecko pójdzie do szkoly to będzie oczywiście miało stawian
    > e poprzeczke tam gdzie inne dzieci NT - ładny bajer, hmmm, co będzie jeśli dz
    > iecko nie sprosta? nie chodzi tylko o zachowanie ale też o możliwości intelekt
    > ualne itd. czyja będzie wina? no przecież pani profesor za 200 zł daje raz na r
    > ok złote rady które muszą zadziałać, a jeśli nie zadziałają to czyja będzie win
    > a? mnie raz już objeździła że ona się mnie pyta co to ma znaczyć że młody czyt
    > a pojedyncze literki a nie sylaby tak jak go przez rok miałam uczyć, hellou!!!!

    No ja mam nadzieję, że moje dziecko będzie miało w szkole stawianą poprzeczkę nawet wyżej niż dzieci NT, bo ma większe możliwości - i to wszystko dzięki metodzie krakowskiej. Podejrzewam, że możliwości intelektualne on zawsze miał bardzo wysokie, ale to co wymyśliła Cieszyńska dało mu narzędzie do komunikowania ich. Co z tego, że ktoś jest nieprzeciętnie inteligentny skoro jedyne co go interesuje to budowanie wież i nie potrafi powiedzieć nic poza nazwami figur geometrycznych?
    Przykro mi, że jak widać nie u wszystkich działa, ale nie można przekreślać całej metody tylko dlatego, że się nie sprawdziła w Waszym przypadku. Ja jestem pewna, że gdybym poszła w terapię w ośrodku (TEACCH, PECSy) itp. mój syn nie byłby w tym miejscu gdzie jest teraz.


    --
    Everybody is a genius. But if you judge a fish by its ability to climb a tree, it will live its whole life believing that it is stupid. — Albert Einstein
  • nefret_ete 17.10.12, 21:29
    Bardzo dobry wątek! mam dużo problemów z synem, który nie chce wykonać nawet paru ćwiczeń. Mimo, że najpierw na piktogramach pokazuję mu co będziemy robić, za każdym razem stęka i kwęka. Razem ustalamy zasady, na które on się zgadza(za nagrodę np. plac zabaw, bajki itp) , zaczynamy ćwiczyć i się zaczyna awantura, wszystko idzie mozolnie, a wystarczyłoby kilka minut i zrobił by wszystko co ma zrobić.
    Jestem przeciwniczką porównywania dzieci(jak ja bym chciala żebyś tak ładnie ćwiczył jak mały. Kiedyś też tak grzecznie z mamą pracowałeś) ale ostatnio i tą metodę stosuję. Mało kiedy cokolwiek działa. Nigdy mu nie popuszczam i musi zrobić co jest zaplanowane. Chcę mu w ten sposób pokazać, że od niego zależy ile to będzie trwało i czy dostanie nagrodę czy nie.
    Podsumowując jest to dla mnie męka i 8h pracy (a mam niezły kocioł)nie męczy mnie tak jak 20 min walki z synem.
    Teraz co parę dni przychodzi terapeutka i z nim ćwiczy(też musi się nieźle nagimnastykować, a czasem i tak nic nie działa- on nie ćwiczy i już), w pozostałe dni ja.
    Co uważacie na temat porównywania, jakie metody jeszcze stosować?
    Dodam , że zawsze jesteśmy konsekwentni, jeśli mówimy że nie bedzie bajek jak nie zrobi tego czy tamtego to ma zakaz oglądania.
  • ania-pat1 18.10.12, 06:43
    Więc... Też daję i wybór i też staram się aby coś zostało zrobione bez stresu. ALe jak już wspomniano - są punkty gdzie mala ma zaległości i ich za diabła nie wybierze (bo są z jej punktu widzenia za trudne/ nieznane) - wtedy podkładam materiał pozornie łatwiejszy (np.symbole zamiast cyfr itd) - wtedy ona zaczyna i nagle orientuje się, że nie da rady tak na pół gwizdka i wtedy następuje próba ucieczki - tu muszę ingerowac - i co ważne - ona to uznaje po fakcie (potem nokoło opowiada jakie trudne zadanie sama zrobiła) - ja zresztą też opowiadam. Jestem z niej bardzo dumna - tym bardziej, ze widzę wysiłek który podejmuje aby zabrac się za nowośc. Prof. Cieszyńska to odrębny temat. Jej metoda u nas działa więc się nie czepiam - ale w Krakowie są terapeutki met Cieszyńskiej, które działają w ramach WWR - jak najbardziej można je finansowac. Ja mam finansowane z orzeczenia przez przedszkole 2 h tygodniowo (w tym 1 z dr Korendo). I dr Korendo pisała mi opinię zarówno na Zacisze jak i te potrzebne do WWR i ksztalcenia specjalnego. Moja córka jako 5 latka czytała ze zrozumieniem - teraz samodzielnie czyta sobie książeczki, kiedy nie wie co robic (proste typu - Franklin duże litery, czy Czytam z Martynką, Przygody Pirata Patcha) i pisze krótkie teksty na ich temat (wielkimi literami). Dodatkowo od prof przychodziły do mnie 2 X w tygodniu wolontariuszki (podyplomowe logopedki jedna mgr pedagoiki druga psycholog) czyli mialam ponad 5 h terapii bezplatnie na tydzień (wolontariuszki zawsze posiedziały trochę dlużej). Na terapii z wolontariuszkami nigdy nie czytała (to moja działka) były cwiczenia na teorię umysłu, matematyczno-logiczne, przyczynowo-skutkowe. I myślę , ze trochę dzięki tej metodzie od mojej córy spokojnie można wymagac tego czego od NT w sensie poznawczym - co zresztą przyznały panie w przedszkolu. A przez to, że czta to nawet jak prześpi polecenie do grupy to doczyta o co chodzi w zadaniu. Musi tylko (aż?) je podjąc...
  • tijgertje 18.10.12, 08:55
    Dziewczyny, kiedys juz pytalam, ale pytanie przeszlo bez odpowiedzi, wiec zapytam jeszcze raz. Jak dzieciaki pracujace metoda krakowska radza sobie potem w szkole? Szczerze mowiac zawsze mialam watpliwosci odnosnie sensu uczenia autystow wczesnego czytania, ale szczerze ciekawa jestem, jak to wyglada w szkole. Mysmy mieli wrecz zakaz uczenia mlodego czytania zanim pojdzie do szkoly. Dlaczego? Bo jest inteligentny i poznawczo nawet jesli gdzies jest do tylu, jest w stanie szybko nadrobic. Upychajac takie dziecko miedzy "normalnymi" rowiesnikami, ktore nauke czytania zaczynaja znacznie pozniej niestety nie niweluje sie roznic, a jednie zwieksza, bo nie dosc, ze dziecko spolecznie odstaje, to i grupa zaczyna je izolowac, bo w zasadzie nie ma zadnych plaszczyzn wspolnych. Widzialam tego typu sytuacje i niektorzy zaczynaja sie wtapiac dopiero na studiach, niestety. Jakie sa wasze doswiadczenia?

    tak dla rownowagi, okazalo sie, ze mlody wlasnie z czytaniem ma ogromne problemy i podejrzenie dysleksji, ale choc czyta bardzo wolno, migiem nauczyl sie czytac ze zrozumeniem i choc na testach oceniajacych tempo czytania wypada ponizej wszelkiej krytyki, to czyta ze zrozumieniem pare lat do przodu. Mimo, ze rowiesnicy czytaja lepiej technicznie, to wlasnie on lepiej sobie radzi z tym co czyta, bo tak jak ja on czyta raz i wie o co chodzi, rowiesnicy 5 razy i czasem dalej nie kumaja. Ja bylam wczesnie czytajacym dzieckiem, czytalam mnostwo, choc rowniez bardzo wolno (choc prawdziwym koszmarem bylo pisanie, nigdy sie wyrobic nie moglam) i musze przyznac, ze malo rzeczy w szkole bylo tak koszmarnie wkurzajacych jak dukajacy koledzy w klasie.
    --
    autystyczne-tygryskowo.blogspot.com/
  • pinkdot 18.10.12, 09:34
    > Bo jest inteligentny i poznawczo nawet jesli gdzies jest do tylu, jest w stani
    > e szybko nadrobic. Upychajac takie dziecko miedzy "normalnymi" rowiesnikami, kt
    > ore nauke czytania zaczynaja znacznie pozniej niestety nie niweluje sie roznic,
    > a jednie zwieksza, bo nie dosc, ze dziecko spolecznie odstaje, to i grupa zacz
    > yna je izolowac, bo w zasadzie nie ma zadnych plaszczyzn wspolnych. Widzialam
    > tego typu sytuacje i niektorzy zaczynaja sie wtapiac dopiero na studiach, niest
    > ety. Jakie sa wasze doswiadczenia?

    Ja akurat nie skupialam sie na nauce czytania z synem - robilismy glownie cwiczenia z szeregowania, sekwencji, kategoryzacji. Sylabki byly natomiast takim kluczem do nakrecenia sprezyny z jego mowa, bo od tego zaczal wlasciwie powtarzanie. Z mowa ruszyl natomiast zanim zdazyl nauczyc sie czytac metoda s-s, wiec dalam juz mu spokoj. Uwazam, ze utozsamianie metody krakowskiej tylko z nauka czytania jest bledne.

    A z wlasnego doswiadczenia (nauczylam sie czytac sama w wieku 3 lat) powiem Ci, ze krzywdy mi to absolutnie nie zrobilo. Przyznam, ze nie czulam wielkiej potrzeby integrowania sie z dziecmi w podstawowce i absolutnie mnie to nie unieszczesliwialo - mialam wieksze ambicje niz skakanie w gume na podworku. Zawsze bylam najlepsza uczennica w szkole, mialam kilkoro przyjaciol na moim poziomie z kolek olimpijskich, artystycznych itp. z ktorymi sie dogadywalam, to co sobie o mnie mysli reszta mnie nie interesowalo. Czytanie to cos wspanialego i jezeli mlody mialby teraz ochote zaczac sie uczyc na powaznie to bym to z nim zrobila. Tyle, ze akurat ma wrazliwy okres na inne dzialania (wyzywa sie artystycznie).

    --
    Everybody is a genius. But if you judge a fish by its ability to climb a tree, it will live its whole life believing that it is stupid. — Albert Einstein
  • tijgertje 18.10.12, 10:27
    pinkdot napisała:
    Przyznam, ze nie czulam wielkiej potr
    > zeby integrowania sie z dziecmi w podstawowce i absolutnie mnie to nie unieszcz
    > esliwialo - mialam wieksze ambicje niz skakanie w gume na podworku. Zawsze byla
    > m najlepsza uczennica w szkole, mialam kilkoro przyjaciol na moim poziomie z ko
    > lek olimpijskich, artystycznych itp. z ktorymi sie dogadywalam, to co sobie o m
    > nie mysli reszta mnie nie interesowalo.

    Wlasnie o tym pisze.
    --
    autystyczne-tygryskowo.blogspot.com/
  • pinkdot 18.10.12, 11:06
    Ale dlaczego piszesz o tym Tijgertje w kontekscie negatywnym? Moi towarzyscy koledzy z podstawowki przewaznie wcale na tej swojej spolecznej pelnosprawnosci tak super nie wyszli, wiekszosc to przecietniacy, ktorzy nic specjalnego w zyciu nie osiagneli, w najlepszym przypadku przecietne studia na lokalnej wyzszej szkole czegos i czegos (mowie o zbieraninie z podstawowki, bo w liceum byli juz ludzie wyselekcjonowani).

    --
    Everybody is a genius. But if you judge a fish by its ability to climb a tree, it will live its whole life believing that it is stupid. — Albert Einstein
  • tijgertje 18.10.12, 11:36
    Dlaczego? Dlatego, ze mam bardzo podobne doswiadczenia, z tym, ze mi przeszkadzalo, ze klasa uwazala mnie za kujona i izolowala jeszcze bardziej. a ja nie wiedzialam, jak sie inaczej dopasowac, nie potrafilam sie z dziecmi bawic. Zawsze jakas kolezanke mialam, ale skupienie sie na nauce owocowalo tym, ze takie dziecko jest postrzegane przez nauczycieli jako wzor dla innych, co tylko pogorsza kontakty z rowiesnikami, ktorzy poza nauka maja jakies wspolne zycie spoleczne, wspolne zabawy, gry i inne cuda, w ktorych ja nigdy nie bralam udzialu. I cale szczescie, ze mam autyzm, wiec jedna kolezanka mi wystarczala, ale wcale mi przyjemnie nie bylo, jak mnie uwazano za kujona, twierdzac, ze sie wywyzszam (co ciagle pochwaly nauczycieli tylko wzmacnialy). Dlatego wlasnie uwazam, ze dziecko, ktre juz samo z siebie znacznie odstaje powinno raczej skupic sie na tym, zeby nadrobic braki w innych sferach (spoleczno/emocjonalnych) , co niekoniecznie ozbacza rownanie w dol. Bo i takie dzieciaki znalam, mimo, ze prymusy, to byly tzw duszami towarzystwa i jakims cudem nikt ich kujonami nie nazywal. Mialam w zyciu to szczescie, ze mimo wszystko udalo mi sie poznac wspanialych ludzi, ktorzy ani nie skonczyli studiow, byli tzw. przecietniakami, ktorzy ledwie sobie z zawodowka poradzili i jestem swiecie przekonana, ze nie sukcesy zawodowe swiadcza o naszej wartosci. I wbrew pozorom i temu, co piszesz, wlasnie ci przecietniacy, ktorzy potrafili sie z ludzmi lepiej dogadac w doroslym zyciu lepiej na tym wychodza, bo nawet jesli zawodowo nieszczegolnie sobie radza, to maja bardzo mocna grupe wsparcia wsrod rodziny, znajomych i przyjaciol, a ci, ktorzy niemal z pogarda sie do nich odnosili (i nadal to robia) czesto poza waskim gronem znajomych, ktorzy sa super, poki sie pewnym standardom dorownuje, w zasadzie nie maja nikogo, ich zycie skupia sie na pracy, a w razie problemow zostaja sami jak palec, bo `najblizszi przyjaciele` okazuja sie nie miec zadnego interesu w takiej znajomosci. Wlasnie o tym pisze, bo chodzi mi o pewien model myslenia, segregowania ludzkiej wartosci rozpoczynajacy sie juz we wczesnych latach dzieciecych.
    --
    autystyczne-tygryskowo.blogspot.com/
  • pinkdot 18.10.12, 12:09
    Moze to kwestia wychowania...we mnie zawsze rodzice pielegnowali poczucie wlasnej wartosci (moj maz pewno by sie klocil, ze wyhodowali mi niezla megalomanie;)), ale dzieki temu zawsze czulam sie szczesliwa bedac soba i nie mialam problemow w szkole, bo jezeli ktos powiedzialby o mnie "kujon", to i tak wiedzialam ze nie jest to prawda, bo szczesliwie nigdy wkuwac nie musialam.

    bo nawet jesli zawodowo nieszczegolnie sobie radza, to maja bard
    > zo mocna grupe wsparcia wsrod rodziny, znajomych i przyjaciol, a ci, ktorzy nie
    > mal z pogarda sie do nich odnosili (i nadal to robia) czesto poza waskim gronem
    > znajomych, ktorzy sa super, poki sie pewnym standardom dorownuje, w zasadzie n
    > ie maja nikogo, ich zycie skupia sie na pracy, a w razie problemow zostaja sami
    > jak palec, bo `najblizszi przyjaciele` okazuja sie nie miec zadnego interesu w
    > takiej znajomosci.

    Jezeli dla kogos szczescie w zyciu przeklada sie tylko na relacje miedzyludzkie to moze byc to problem. Co jest jednak zlego w czerpaniu zadowolenia wlasnie z pracy, z wlasnych dokonan, z obcowania ze sztuka, literatura? Zrodlem zadowolenia, samospelnienia w zyciu nie musi byc tylko i koniecznie bezposredni kontakt z druga osoba.

    --
    Everybody is a genius. But if you judge a fish by its ability to climb a tree, it will live its whole life believing that it is stupid. — Albert Einstein
  • tijgertje 18.10.12, 17:25
    pinkdot napisała:
    Jezeli dla kogos szczescie w zyciu przeklada sie tylko na relacje miedzyludzkie
    > to moze byc to problem. Co jest jednak zlego w czerpaniu zadowolenia wlasnie z
    > pracy, z wlasnych dokonan, z obcowania ze sztuka, literatura? Zrodlem zadowole
    > nia, samospelnienia w zyciu nie musi byc tylko i koniecznie bezposredni kontakt
    > z druga osoba.

    Mam nadzieje, ze zdajesz sobie sprawe, jak bardzo autystyczne jest to co piszesz;) Nie mam nic przeciwko pielegnowaniu zdolnosci czy talentow czy czerpania satysfakcji z pracy zawodowej. Tyle tylko, ze nie mieszkamy kazdy na wlasnej planecie i wlasnie taka postawa jest czesto przez otoczenie odbierana jako wywyzszanie sie, gardzenie innymi. I wlasnie o to mi sie rozchodzi, bo czy celem wszelakich terapii nie jest nauczenie autystow wspolistniec we wspolnym swiecie? Masz szczescie, ze zupelnie potrafisz olac co inni o toie mysla, ale nie kazdy autystyk a juz szczegolnie nie kazdy aspi to potrafi, a wierz mi, przy takiej postawie, zwlaszcza, jesli dziecko nie zdaje sobie sprawy, jak rowiesnicy go odbieraja, naprawde potrafia obrzydzic zycie. dorastalam w przekonaniu, ze najwazniejsze sa oceny, doszlo nawet do tego, ze wychowawczyni i mama usilowaly mi zabronic kontaktow z kolezankami w liceum, ktore sie "nie uczyly". Na szczescie wowczas mialam na tyle odwagi, zeby sie zbuntowac, bo wiedzialam, ze byly to jedyne osoby w klasie, ktore w ogole chcialy sie ze mna kumplowac. Z jedna z nich nadal sie sporadycznie kontaktuje i uwielbiam nasze spotkania. Moge ja nazwac przyjaciolka i zdaje sobie sprawe, ze choc nauka przychodzila jej z trudem, to ma wyjatkowo otwarty umysl , ktorego niejeden profesor, zamkniety w swoim malym naukowym swiatku moglby pozazdroscic. wlasnie tego usiluje nauczyc mlodego: ma znac swoja wartosc, ale nie mierzyc innych swoja miara, bo czasem ktos wygladajacy bardzo niepozornie posiada ogromna madrosc, ktorej nie da sie znalec w zadnym podreczniku. Wbrew pozorom najwiecej nauczylam sie o zyciu i jego wartosci od ludzi, ktorzy nie mieli wysokiego wyksztalcenia, a jednak potrafili byc szczesliwi i wyznawali wartosci, dzieki ktorym osiagali znacznie wiecej, niz tylko sukces zawodowy. Mozna zyc bez innych, ale w swiecie NT jest to jakies taki niepelne zycie. Dla autysty latwiejsze na pewno w jakims sensie, jednak sadze, ze jesli komus inni ludzie nie sa obojetni, to czegos w nim brakuje.
    --
    autystyczne-tygryskowo.blogspot.com/
  • ania-pat1 18.10.12, 12:26
    "Ja akurat nie skupiałam sie na nauce czytania z synem" - Właśnie! u nas też metoda nie polegała na nauce czytania (ta niejako przy okazji). Jak dzieci radzą sobie w szkole? - dobrze - w klasach zwykłych (oczywiście socjal taki-sobie) - poznawczo rewelacja. Ta metoda zresztą bazuje na wyśrubowaniu potencjału intelektualnego i daje narzędzie dziecku , tak, że potrafi tego potencjału użyć. Dziecko wie czego się od niego oczekuje i że musi się dostosować do norm.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka