Dodaj do ulubionych

Późna diagnoza ZA u dziewczynki, inne problemy

18.02.17, 01:14
Córka jest późno zdiagnozowana na zespół Aspergera. W styczniu skończyła 12 lat, zdiagnozowana rok temu, gdyż jak była mała, 10 lat temu, duzo mówiło się o autyzmie, ale o ZA prawie nikt nie słyszał, zwłaszcza u dziewczynek. Na intuicyjne moje obawy zgłaszane lekarzom powtarzano że wydziwiam i sie doszukuję. Nie było więc wczesnej interwencji, wspomagania, itp. Dziecko się nie przytula? Widocznie tak ma.. Nie patrzy w oczy? Nauczy się... Nie podbiega do rodzicow na powitanie? Widocznie rodzice zimni.. Nie raczkowało? Dużo dzieci nie raczkuje.. Na kazda watpliwość było jakieś wytłumaczenie. Mijały lata i w końcu różnica w zachowaniach w porównaniu z innymi dziećmi stała się widoczna również dla lekarzy. Niestety brak wcześnie zaczętej terapii zdążył zebrać żniwo. Zupełnie szwankuje jej sfera społeczna. Rozmawiać z rodzicami jej się nie chce, woli telefon czy komputer. Nic jej nie interesuje, wszystko jest "nudne", do szczęścia wystarcza jej komputer, w zasadzie popadła już w uzależnienie. Chcieliśmy jej komputer i telefon zabrać, ale słyszałam, że taka kara może być krzywdą dla Aspi, gdyż komputer słuzy do realizacji jej zainteresowań. Jej ścisłe zainteresowania kilkoma dziedzinami wystarczają jej, ale nie ewoluują. Czasami jako rodzice mamy wrażenie, że córka emocjonalnie jest na poziomie 5 -latka, tak jakby zatrzymała się na zainteresowaniu dinozaurami. Żadne rozmowy nie pomagają, chyba po prostu nie słucha albo nie rozumie, o co nam chodzi. Dorosłych (i dzieci też) tak jakby się boi, wstydzi, więc terapia wygląda tak, że pani psycholog coś jej tłumaczy, ona potakuje, ale nic się nie zmienia. Żadne długotrwałe terapie typu terapia "umiejętności społecznych" nie wystarczyły, by dziecko pokonało nieśmiałość. Brak jej pewności siebie, jest wstydliwa, nieśmiała i małomówna. Nie lubi sportu, ogólnie ruchu, ciężko jej cokolwiek zrobić, nic jej się nie chce, żadnego entuzjazmu nie wykazuje do różnych rzeczy, w których potrzeba odrobinę wysiłku, np. wycieczki rowerem, nawet ubieranie to walka. Są dni, kiedy np. powie komuś "dzień dobry" a sa i takie, kiedy minie sąsiadkę bez słowa. Bardzo chciała pieska, obiecywała się opiekować, ale nie chce jej się wychodzić z nim czy nawet dac mu jedzenia. Ogólnie każdy ruch trzeba na niej prawie wymusić, np. powtórzyć 20 razy "ubierz się", bo inaczej przeleży cały dzień w piżamie. Ciągle się spóźnia do szkoły, bo sekwencja czynności nadal nie przyswojona, np idzie do toalety umyć zęby, ale zamiast kilka minut, myje kilkanaście, az jej ktoś nie przypomni, że powinna tą czynnośc skończyć.

Julcia nie umie się też obiektywnie ocenić, uważa się za brzydką, chociaż jest bardzo ładna. Powtarzamy jej, że jest mądra, odważna, ładna, że dzielnie daje sobie radę ze wszystkim, ale to nadal za mało. Kiedy o coś ją prosimy, wpada w złość, potrafi nawet uderzyć. Na pewno jest w niej dużo emocji, bo jednak sporo problemów ze zdrowiem i cierpienia, ale czasem mam też wrażenie, że ona pewnych uczuć nie ogarnia, np. nadepnęłam ją niechcący i ona natychmiast próbuje mnie nadepnąć, żeby mi "oddać" lub sprawić, żebym wiedziała, co ona poczuła, chociaż mówię "przepraszam, skarbie, nie chciałam", ale już ciepłych uczuć się wstydzi oddać, np. kiedy próbuję ją przytulić, wykręca się. Czasem mówi, że wstydzi się przytulać, nigdy też nie powiedziała, że nas kocha.

W międzyczasie dochodziło wiele innych problemów, głównie zdrowotnych, jakby sam Asperger to było mało. Dziecko ma zagrożenie cukrzycą i wprowadziliśmy ograniczenie cukru. Ma dodatkowo silną alergię na mleko, zboża, większość owoców, rzadko więc pozwalam jej na mleko, jogurty, zwykły chleb czy maliny. Niestety właśnie to wszystko uwielbia, nie rozumie, dlaczego nie powinna jeść większości tych rzeczy, które inni mogą. Oprócz alergii stany zapalne jelit. Dieta bezmleczna, bezglutenowa i bezcukrowa trudna jest dla dziecka, które zna już te wszystkie smaki i w szkole ciągle inni mogą jeść wszystko. Musi znosić też wiele innych wyrzeczeń, np. z powodu innych chorób codzienna żmudna rehabilitacja i codzienne zastrzyki. Często płacze, że dlaczego ona, ukrywa się, podjada, trudno jej zrozumieć, wydaje jej się, że jesteśmy jej wrogami, bo jako rodzice ciągle jej czegoś zabraniamy lub odmawiamy, ciągle do czegoś zmuszamy (ćwiczenia, nauka). Często ulegam i daję jej co chce, bo już mi jej żal, i mąż też mnie nie wspiera, a potem walczymy z wysypką albo bardziej przykrymi konsekwencjami alergii, albo np. nie ćwiczymy i osiągi rehabilitacji się cofają. Jest mi przykro, bo i tak już więzi, jak to przy Aspergerze, są specyficzne a tu jeszcze tyle wymuszonych ograniczeń. Córka często robi wyrzuty, że inne matki dają wszystko swoim dzieciom, że lepiej gotują ( wiadomo, pizza, naleśniki, czy makaron glutenowy smakują lepiej), że nikt nie musi robić godziny ćwiczeń tylko ona. Tłumaczę, że to dla jej zdrowia, że nic na to nie poradzimy, ale nie umie zrozumieć, chyba myśli, że to nasza wina, skoro inne mamy nie wymagają od swoich dzieci ćwiczeń :(

Córka ma też bardzo dużo fajnych cech, potrafi być np. dowcipna, uczy się dosyć dobrze. Boję się, że te trudności zdrowotne zaważą na jej przyszłości, że np. dom rodzinny będzie jej się kojarzył z wyrzeczeniami, że nie poradzi sobie, nie założy rodziny, bo nie będzie odczuwac takiej potrzeby, albo co gorsza, potrzeba będzie, ale po prostu nie będzie miała wystarczająco energii czy motywacji. Nie wiemy, jak do niej trafić, żeby sama chciała cokolwiek robić wokół siebie, żeby stała się bardziej aktywna nie tylko wirtualnie, nie wiemy też, jak zacząć przygotowywać ją do dorosłego życia. Jak nastolatkę z Aspergerem wspomóc w rozwoju emocjonalnym wystarczająco, żeby w przyszłości prowadziła samodzielne życie, i (może, mam cichą nadzieję) sprostała kiedyś roli żony i matki? Może są tu mamy dziewczynek z Aspergerem w podobnym wieku, albo ktoś ma jakieś doświadczenie lub przemyślenia...
Edytor zaawansowany
  • 18.02.17, 19:43
    Skąd jesteście? Ja mam na stanie prawie 11 latkę, ale zdiagnozowaną praktycznie w 2 roku życia (prawie 10 lat terapii). Chętna do znajomości, bo dziewczynki z ZA dobrze się ze sobą dogadują. Córka również ma dodatkową chorobę przewlekłą.
  • 26.02.17, 22:58
    Jesteśmy z Warszawy, moja córka też by chętnie poznała rówieśniczki :)
  • 19.02.17, 13:12
    Późna diagnoza to jest około trzydziestki.
    - Masz chore somatycznie dziecko na restrykcyjnej, trudnej do zbilansowania diecie. To dziecko właśnie wchodzi w okres dojrzewania związany z szeregiem przemian fizycznych. „Ciężko jej cokolwiek zrobić, nic jej się nie chce, żadnego entuzjazmu…” Ja się wcale nie dziwię. Dodaj jeszcze do tego fakt, z którego nie zdajesz sobie sprawy: dla nas konieczność przebywania w zbiorowisku innych osób (np. w szkole) i ogólnie zachowywanie się odpowiednio to niesamowita katorga. Nie piszesz o nadwrażliwościach zmysłowych, być może Twoja córka ich nie ma, ale możliwe, że ma i umie je opanować. Trzymanie na wodzy reakcji na bodźce i ogólne zachowywanie się jak normalny człowiek – co wymaga ustawicznej, świadomej kontroli całego organizmu - pochłania naprawdę wiele sił fizycznych i potencjału intelektualnego. Poza tym przy ZA często chodzi w parze nieszczególna koordynacja ruchów. Wszelkie wuefy, rowery, aktywności fizyczne to albo wielka porażka, albo ogromny wysiłek.
    - „Czasami jako rodzice mamy wrażenie, że córka emocjonalnie jest na poziomie 5 -latka, tak jakby zatrzymała się na zainteresowaniu dinozaurami. Żadne rozmowy nie pomagają, chyba po prostu nie słucha albo nie rozumie, o co nam chodzi.” – ja jestem emocjonalnie na poziomie dwudziestolatki (i więcej już raczej nie będzie) ale też nie rozumiem, o co wam chodzi. Na jaki temat są te rozmowy? Kochana córeczko, interesuj się czymś innym i dojrzej emocjonalnie jeszcze o te 7 lat, bo obciach? Twoje dziecko jest tak dojrzałe emocjonalnie, że jakbyś zajrzała do jej mózgu, to padłabyś z wrażenia. Ludzkie potomstwo nie jest gotowe do samodzielnego życia. Ludzkie potomstwo potrzebuje kogoś, kto wyjaśni, jak działa świat, przyklei mentalny plasterek na psychikę i da absolutne poczucie bezpieczeństwa. Ale my, ASD-owskie potomstwo neurotypowych rodziców mamy przekichane, ponieważ jesteśmy pozbawieni coachingu rodzicielskiego. Tak, wiem, że kochasz dziecko całym sercem, wszystko byś dla niej zrobiła i masz dużą wiedzę na temat ASD. Ale Twoje dziecko ma inny mózg i z większością problemów radzi sobie samo. I większość „pary” – inteligencji, motywacji, uwagi idzie w to, czego NT nawet nie dostrzegają: w życie wśród was na waszych zasadach. I zostaje potem tylko tyle energii, żeby mieć pięć lat i dinozaury. -„Dorosłych (i dzieci też) tak jakby się boi, wstydzi, więc terapia wygląda tak, że pani psycholog coś jej tłumaczy, ona potakuje, ale nic się nie zmienia. Żadne długotrwałe terapie typu terapia "umiejętności społecznych" nie wystarczyły, by dziecko pokonało nieśmiałość. Brak jej pewności siebie, jest wstydliwa, nieśmiała i małomówna.” – a co ma się zmienić i jak? Jaki jest cel terapii? Zespół Aspergera łączy się z innym postrzeganiem ludzkości. Wy zaraz zagadujecie i łączycie się w stada. Normalny autyk, kiedy widzi w swojej przestrzeni inną osobę zwija się w środku, bo przewiduje, że zaraz będą kłopoty (pojedyncze, nieanonimowe osoby NT są często fajne, natomiast „ludzkość” jako taka – nie). Zdrowy instynkt świra nakazuje nam schodzić ludziom z drogi i ograniczać interakcje do niezbędnego minimum. „Nieśmiałość” jest bardzo często po prostu zupełnie innym podejściem do sfery społecznej, świadomością niespełniania oczekiwań (nie musisz mówić dziecku, że nie spełnia, ono doskonale wie, że nie spełnia), nieudolnymi próbami działania na cudzych skryptach i trudnościami w modulacji reakcji. My jesteśmy zerojedynkowi. Ja przez większość młodego życia uchodziłam za cichutką i nieśmiałą, w rzeczywistości jestem z natury bardzo agresywna – ale też bardzo respektująca zasady. Jako dziecko nie umiałam po prostu zbyt dobrze „dozować” i wolałam się zupełnie wycofać niż zupełnie kogoś stłuc na zupełnie kwaśne jabłko albo powiedzieć mu niezwykle dobitnie, co sądzę o jego parszywym charakterze, pochodzeniu i zapachu z ust. To byłoby niegrzeczne. Więc jeżeli celem terapii jest to, by dziecko pokonało cechy ZA, to nie pokona. Jeżeli natomiast celem terapii jest to, by dziecko wiedziało, jak działa świat NT i w jakich aspektach jest inny, niż ono sobie wyobraża, to wiedza się pewnie kumuluje i zostanie kiedyś wykorzystana, kiedy córka odkryje, w jaki sposób i że już można. cdn


    --
    To pisałam ja, świr.
  • 27.02.17, 00:00
    Brynhildr, Dziękuję za bardzo konkretne wytłumaczenie, i w zasadzie zwięzłe przypomnienie, jak funkcjonuje dziecko z ZA.

    Znam i mam w otoczeniu co najmniej kilku dorosłych ZA, w tym mego męża ( po kims dziecko w końcu to ma ;) ) i kuzynkę, ale dzieci żadnych blizej nie znam, a z tego co widzę, dorośli z ZA mogą się nieco różnić od swojej "wersji" w dzieciństwie. Mój mąż np. był długo bardzo nieśmiałym dzieckiem, a teraz jest pyskaty i w sumie towarzyski. Ja chyba tez w 100% jako dziecko nie byłam NT, byłam wręcz chorobliwie nieśmiała, wystarczyło, że ktoś się do mnie odezwał czy o coś zapytał, to oblewał mnie taki stres, że zachowywałam się całkowicie nienaturalnie, sztywno, i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Też nie patrzłam w oczy, czułam strach w kontakcie z ludźmi, nawet przed dziećmi, i ta wewnętrzna walka przed każdym odezwaniem się, wrażenie, że coś odbiera mi energię... Przytulenie się do kogoś było ponad moje siły, nie okazywałam ciepłych uczuć, nie wiem nawet, czy wtedy je miałam, ale jeśli miałam, to bardziej do zwierząt.
    O dziwo, w szkole nie miałam oporów, wyrywałam do tablicy i czułam się pewniej, może dlatego, że uczyłam się bezproblemowo. U mnie to trwało do około 25- 30 roku życia, potem nastąpiło nagłe przełamanie, przestałam bać się ludzi, nagle poczułam pewność siebie i teraz jestem wręcz przebojowa. Stało się to w mmencie, kiedy uzmysłowiłam sobie, że nie panuję nad własnym życiem, żyję z dnia na dzień, powtarzając te same błędy, niczego nie planując i nad niczym się nie zastanawiając. Postanowiłam skupić się bardziej na przyszłości i być przewidująca i planująca. Efekt - zaczęłam ogarniac przestrzeń wokół siebie, obserwowac ludzi, koncentrować się na nich, myśleć, jakie miejsce zajmują oni w moim życiu oraz kierować swoimi sprawami, co przyniosło mi niesamowitą ulg w kontaktach z ludźmi i pewność siebie. Przykład: szłam do urzędu załatwiać sprawy. Kiedyś trzęsłabym się i czekała, aż urzędnik powie, co ode mnie chce, w póżniejszym okresie określałam urzędnika jako osobę, której nie muszę się wstydzić ani bać bo a) najgorszą rzecz jaką może mi zrobić był np. mandat b) nie jest to osoba, którą znam i na której mi zależy więc należy mieć w nosie, co sobie o mnie myśli c) postanowiłam, że bać się będę tylko osób, które mogą zrobić krzywdę fizyczną. Robiąc różne takie założenia, poczułam wreszcie, że świat mi się porzadkuje i nie wszystkie rzeczy, które mnie spotykają są nagłe i nieprzewidywalne. Ale żeby nie było tak różowo, to chyba tamten lęk przed ludźmi przeobraził się w coś, czego też nie kontroluję, taką ogólną nerwicę lękową, z często zmieniającym się przedmiotem lęków i stanami depresyjnymi.

    Dałaś mi też do myślenia o celu terapii. Teraz głównym celem jest, żeby córka nie czuła się tak strasznie zmieszana w kontaktach z ludźmi. Efekty są, potrafi już np. sama zadzwonić do kogoś iw konkretnym celu, tp., ale mnóstwo sytuacji spontanicznych, typu rozmowy o niczym, powitania, pożegnania, nadal ją obezwładnia. Moim głównym założeniem było to, że jeżeli ja mogłam dość nagle zmienić się z osoby wstydliwo-nieśmiałej, to znaczy, że jest to mozliwe, i szkoda, żeby córka męczyła się tak samo długo jak ja. Ale może do takiego przełamania się trzeba nabrać jakiejś dojrzałości, nie wiem...
    I ta świadomość niespełnienia oczekiwań, na którą zwróciłaś uwagę jako na jedną z głównych przyczyn nieśmiałości, hmm, może dziecko odbiera terapię też jako coś, co oznacza, że ono nie spełnia oczekiwań, w związku z czym jest "naprawiane" i "douczane" jak je spełnić... Mnie wprawdzie matka na terapię nie prowadzała, ale ciągle porównywała mnie do innych dzieci. Możliwe, że to przełamanie u mnie to też wyrwanie się ( ten wiek 20-30) spod oceniającego spojrzenia matki. Tylko jak to pogodzić, tj. jak uczyć dziecko z ZA zasad funkcjonowania w świecie NT, ale tak by nie czuło, że jest oceniane czy modyfikowane do oczekiwań , trudne to...
  • 27.02.17, 01:21
    i jeszcze dodam, że córka chyba ma nadwrażliwości , na pewno dźwięk, smak, dotyk i zapach. Mąż ma zapach, ja dotyk.
  • 19.02.17, 13:18
    - niezależnie od WOŚ (wiedzy o świrze) istotna jest percepcja w/w. 12 lat to kiepski wiek na różnienie się, nawet jeżeli wiemy jak i dlaczego się różnimy (i tu Twoja córka wygrywa, bo wie, pokolenie dinozaurów nie miało tego szczęścia) – przynajmniej w ogólnym zarysie. 12 lat to nie jest ten wiek, kiedy człowiek z radością akceptuje fakt, że jest parcjalnie upośledzony. Normalny człowiek po prostu się myje, sprząta, robi różne rzeczy. Ona jest niby normalna, chodzi do normalnej szkoły, ale w życiu potrzebuje instrumentów rodem z przedszkola, np. przypominania mamy o konieczności ubrania się i zakończenia mycia zębów, może szczegółowej listy (namocz szczoteczkę, wyciśnij pastę) albo minutnika w kształcie czosnku, żeby wiedzieć, kiedy coś skończyć , a coś zacząć. Ta świadomość ryje psychikę, a rodzice dodatkowo przewracają oczami myśląc, jak ta mentalna pięciolatka będzie żyła. Otóż będzie. Pomimo nieprzyswojonej sekwencji. (Moja mama – generalnie bardzo kochająca i nadopiekuńcza – bardzo sobie ceni, że ze 3-4 razy w roku u niej nocuję. Twierdzi, że to załatwia sprawę pragnień typu „żeby moja córeczka mieszkała ze mną na starość”. Po prostu nie może patrzeć, jak ja robię różne rzeczy z wprawą gorliwego przedszkolaka.) Naucz się nie przeżywać. Pewnie tak jej zostanie. Jeśli córka się nauczy, że tak ma i to jest ok, sama wypracuje sobie strategie radzenia sobie. Jeśli ma się poczucie, że ZA jest w porządku, minutnik i ściągi przestają być demonicznymi wskaźnikami własnej nieudolności. Ale wydaje mi się, że 12 lat to za wcześnie. A może nie, jeśli się wie, co się ma.
    - my nie mamy wyobraźni i mamy zrytą teorię umysłu. Czasem wydaje się, że coś na pewno pójdzie tak, jak nam się wydaje, że ludzie/zjawiska są odwzorowaniem konstrukcji w naszym mózgu. I tu wkracza rodzic. Inteligentna młoda osoba bez wyobraźni nie oceni właściwie sytuacji „piesek i co to oznacza”. Generalnie – jeżeli córka coś chce, nie kieruj się wskaźnikami „wiek i iQ” tylko „teoria umysłu i wyobraźnia”.
    - mijanie sąsiadek bez słowa mam obcykane. To się nazywa prozopagnozja czyli upośledzenie funkcji wykrywania twarzy. Ciemne okulary, okulary-aktualnie-modne, maskujące sylwetkę zimowe ubrania+ czapa, ciuchy-takie-jak-wszyscy skutecznie uniemożliwiają rozpoznanie osoby przy pomocy wskaźników innych niż twarz. Przyjmij, że córka ma wadę wzroku i nie zajmuj się tym.
    - jeśli się ma 12 lat wszystko jest winą rodziców. Niestety, przy ZA dochodzi jeszcze to, że winą rodziców jest to, że są NT – i zupełnie już nic nie kumają. Tak, córka może mieć do was nieuświadomiony żal, że nie naprawicie wszystkiego tak, żeby była normalna i żeby przekazywana jej instrukcja obsługi świata miała i do jej życia zastosowanie. Ja miałam do mojej mamy żal o wszystko i zastrzeżenia do wszystkiego – właśnie na podbudowie tej jednej rzeczy: że jest taką beznadziejną, niekompetentną NT matką. Cóż, to niczyja wina.
    - pozwól córce – teraz i zawsze – czuć takie potrzeby, jakie czuje i sprostać takiej roli, w jakiej będzie jej dobrze. Zaakceptuj fakt, że do mnóstwa rzeczy będzie musiała dojść sama i niekiedy będzie to wyglądało nieco dziwnie. Jeśli ZA to nie będzie takie obrzydliwe coś, czego trzeba się wstydzić, tylko zbiór cech będących ok. – to sama się rozejrzy po swoim mózgu i co nieco odkryje.



    --
    To pisałam ja, świr.
  • 20.02.17, 14:31
    brynhildr
    Masz jakiś pomysł na wdrożenie do samodzielnej nauki? Tzn. córka uczy się sama (przyswaja wiedzę) , ale ja muszę jej zaplanować kiedy i ile czasu ma na to poświęcić (np. duża klasówka to 5 dni potem rozdzielenie materiału itp., kiedy trzeba siąść do wypracowania i ile czasu zajmie...) - córka uczy się chętnie i skutecznie, ale logistyki ni w ząb nie ogarnia....Na dodatek nie ocenia, co pójdzie jej szybko (ma uzdolnienia) a co z większym trudem.... Efekt jest taki, że ona panicznie boi się, że jeśli ja pojadę na delegację, to ona nie da rady zrobić zadnia.... A żeby była jasność ja w zadaniach nie pomagam... A może 11 lat to za wcześnie....
    Porady NT brzmią - niech nie zrobi i poczuje jak to jest, ale tu zupełnie nie o to idzie.
  • 20.02.17, 17:45
    Porada ASD brzmi: ja ma 40+ i myślisz, że ogarniam? Na studia podyplomowe sobie jeszcze, kwa, poszłam...
    Fakty wyglądają tak, że ja mniej więcej od końca 4 klasy podstawówki przepięknie symulowałam odrabianie lekcji i spisywałam/ tworzyłam prace domowe na kolanie na przerwach. Tu nie było problemów z zaplanowaniem pracy, trzeba się było wyrobić na przerwie i zdążyć przed matmą. W mądrych książkach jest napisane, że mamy problemy z inicjowaniem czynności, jak się już zacznie, to jakoś idzie. No tak.
    Generalnie ja funkcjonuję jako Bogini Chaosu i dopiero od niedawna wiem, że ów chaos to nie zaburzenia koncentracji, obrzydliwe lenistwo, totalna głupota oraz bezmyślność, moje strategie są więc strategiami osoby dorosłej. Ale gdybym w wieku 11 lat wiedziała to, co teraz wiem, to kto wie...
    Nie pytaj, jak tendencje do niezmienności, układania w pudełeczkach i to całe ASDowskie upodobanie do powtarzalnych czynności komponuje się z totalną trąbą powietrzną. To są inne funkcje mózgu.
    a) wszystko w jednym miejscu, czyli miska. Żeby zacząć, trzeba mieć czym. Posiadanie blatu i miski z uchwytami oszczędza mi konieczności zaplanowania wyjmowania notatek i zeszytów. W misce jest dużo długopisów, zakreślacze, pędrajf (sic) z literaturą i projektami prac, żółte karteczki, zeszyty, książki, kserówki, plan zajęć, kartka z telefonami do koleżanek z roku, kwitek z dowodem wpłaty za studia. Wracając z zajęć natychmiast, jeszcze w butach i kurtce, wysypuję wszystko do miski (bo potem nie znajdę) Ważne, żeby to była miska, nie szuflada czy szafka. Miskę stawiasz na wysokości wzroku i w niej grzebiesz. Miska jest prostokątna, możesz ją potem gdzieś schować, ale zasada jest taka, że grzebiąc w niej wystawiasz całą miskę na blat. Nie instalujesz podzespołów typu segregator na kserówki albo pudełeczko na spinacze. Stawianie sobie miski „na oczach” jest czynnością niezłożoną o charakterze inicjującym. Tu nie chodzi tylko o to, żeby nic nie zginęło, nie każdy jest nieuleczalnym bałaganiarzem. Tu chodzi o sam akt – widzisz miskę i już wiesz, że zaczęłaś.
    b) nie obmyślasz wypracowania wcześniej. Jeżeli mózg zaczyna ci się palić (tzn – właśnie samo ci się wymyśliło, jak to zrobisz) to siadasz i piszesz. Inaczej zrobisz jeden z dwóch błędów: „Już mam wymyślone, tylko usiąść i pisać, pół godziny roboty” - taa, usiądziesz... Albo też – pozbawiona radości z twórczości, bo wszystko wymyśliłaś – będziesz odkładać proces pisania jako monotonną pracę fizyczną. Jeżeli sama zrobiłaś/zrobiono ci plan, a aktualnie pali ci się mózg – walić plan. Wyciągasz miskę, siadasz, piszesz, możesz co najwyżej wyłączyć żelazko.
    c) jeśli coś jest głupie, ale działa, to nie jest głupie. Jeśli rozsądnie wygląda wkuwanie do klasówki przez pięć dni, ale wiesz, że jeżeli poprzedniego dnia zrobisz sobie ściągę, to zapamiętasz, co na niej jest – walić rozsądek. Jeśli jesteś w stanie nauczyć się do klasówki na przerwie poprzedzającej klasówkę – korzystaj z tego. Ja uczyłam się robiąc ściągę główną mniej więcej 3 dni przed godziną zero i w przeddzień – na minikarteczce wielkości znaczka streszczałam obszar absolutnej niewiedzy. Klucz: ręcyma, nie na komputerze. Teraz robię tak, że zaraz po zajęciach, albo w trakcie wykładu nawet przyklejam maleńkie karteczki z clue, tak po jednej – dwie na stronę. W przeddzień zaliczenia odklejam karteczki i zapamiętuję, jak wyglądają. Kwadrans roboty. Wiem, że córka uczy się samodzielnie, ale łatwiej zaplanować kwadrans roboty niż godzinę. Na godzinną naukę musisz usiąść, nastawić się... Na odklejanie karteczek jest czas pomiędzy wódką, a zakąską. Ponadto obserwując i słuchając ludzi wyrabiasz w sobie taki swoisty przymus – porządnie odrobione lekcje są odrabiane starannie, na siedząco, po obiedzie, porządne przygotowanie do klasówki to przyswojenie, utrwalenie, powtórzenie, wszystko, co porządne jest zaplanowane i odbywa się w stosownym miejscu i czasie we właściwej kolejności. Wszystko, co chaotyczne i robione na kolanie jest niepoważne, nieodpowiedzialne, świadczy o lekceważeniu nauki szkolnej – a my jesteśmy przecież grzecznymi dziewczynkami, które dobrze się uczą. Nie tak łatwo pogodzić się z własnym geniuszem. cdn


    --
    To pisałam ja, świr.
  • 27.02.17, 00:35
    O, wiele z tego opisu przypomina moje dzieciństwo, np. odrabianie zadań w locie, karteczki, ręcznie pisane ściagi, które pozwalały zapamiętać materiał w 1 wieczór. Z tym, że ja raczej miałam większą łatwość przyswajania wiedzy niż córka, bo kiedyś nie było gier komputerowych, które absorbowały myśli.

    Bardzo fajny pomysł z miską. Jutro zaraz wynajdę jakąś dla córki. Sama zresztą też nie panuję nad chaosem w torebce i przyda mi się ta miska ;) Tzn. miewam różne pudełka lub tacki i potem miesiącami poniewierają się po domu, aż ich zawrtość przestaje być aktualna, ale miska chyba wygląda wygodniej.

    Córka jeszcze nie nauczyła się uczyć, tj. odróżniać rzeczy istotne od nieistotnych i zapisywac rzeczy, które są ważne, ale w podstawówce raczej nie musi z wykładów nic wyodrębniac, nauczyciel jest od tego ;) Też pozwalam jej na chaos. Czasem uczymy się wspólnie, lubię z nią się uczyć historii, najpierw ona czyta rozdział, potem razem omawiamy najwazniejsze rzeczy, opowiadam jej o danych czasach działając na wyobraźnię ( jak to kiedyś ludzie mieli cięzko a jak my mamy fajnie) potem spisujemy daty i powtarzamy je. Nieco gorzej idzie z polskim, córka ma własny język opisowy i czasem tworzy chaos stylistyczny, który niekoniecznie podoba się nauczycielce, chociaz w opowiadaniach wykazuje się wielką wyobraźnią.
  • 01.03.17, 14:22
    Hehe i znowu - skąd ja to znam. U nas był taki chaos, że czasami na końcu opowieści ciężko było się połapać jaki jest jej główny wątek :) Najczęściej mocno rozbudowane wątki przyboczne dominowały wątek główny i temat wypracowania. Wyobraźnia niesamowita, opowiadania kilku-stronicowe, ale co kilka wierszy wpisane przez panią czerwonym długopisem - styl! styl!. Ocena końcowa - dostateczny. Naprawdę dużo ćwiczyłam z nią, aby pisała krótko, nawet banalnie ale na temat.
  • 01.03.17, 21:21
    U nas oprócz stylu dochodzi zapominanie o dużych literach, mieszanie czasu przeszłego z traźniejszym, brak spójności, albo brak logiki ( najpierw poszedł na studia, potem się urodził) przecinki w niewłaściwych miejscach lub wcale, pisanie bez akapitów, pismo dyrektorskie trudne do rozczytania. Ortografia raczej ok. Nauczycielka nie wie o ZA, zresztą obawiam się, ze i tak będzie uważała, że przecież dzieciak musi się nauczyć pisać stylistycznie.
  • 02.03.17, 12:42
    Bazgrolenie to nasza zmora pierwszych lat szkoły podstawowej. Teraz jest w miarę ok, pismo można bez trudu odczytać, choć nigdy nie wygra konkursu na najładniejszy zeszyt :) Styl pisania też się poprawił.
    Generalnie z nauką jest tak że im starsza tym lepiej się uczy (sic!). W klasach I-III często zdarzały się jedynki za brak pracy domowej, nieprzygotowanie, kiepskie pismo, wypracowania. Bywało, że jako klasie świadectwa z czerwonym paskiem nie dostała tylko ona i jeden chłopiec. Teraz jest w I Gimnazjum i uczy się na 5 i 6. Tłumaczę to tym, że teraz jest bardziej "ogarnięta", nauczyła się systematyczności, jak sobie radzić z terminami i obowiązkami.
  • 20.02.17, 17:50
    d) wygląda na to, że najmocniejszą częścią planu jest brak planu. Właśnie po to jest miska, żeby móc błyskawicznie działać pod wpływem impulsu. Mnie osobiście plany przerażają. Pewnie dlatego, że ja ogólnie mam jakieś tam poczucie czasu oraz zero problemów związanych z nietrzymaniem się planów (pod warunkiem, że to mój plan i ja się go nie trzymam z własnej inicjatywy) U mnie plan oznacza listę czynności, które mogę schrzanić. Robiąc coś, jakąś serię czynności, myślę obrazami. Wyświetla mi się wtedy taki komiksowy obrazek, oznaczający eksplozję: czarne tło i taki pomarańczowo - żółty zygzakochmurek, a w środku przedmiot, który powinnam zlokalizować i użyć. Więc ja robię to, co mi każą obrazki. Ufam mojemu mózgu i wiem, że jeżeli w trakcie mycia zębów widzę czajnik, to znaczy, że zaraz przypalę wodę. Jeśli przy śniadaniu widzę stanik, to znaczy, że zapomniałam go włożyć i jeżeli tego nie zrobię teraz, to będę bimbać cyckami przez cały dzień, bo drugiego obrazka może nie być. Jeżeli zaczynam myśleć o zadanej pracy domowej, to zaraz widzę kawałek genialnego tekstu na temat i ten kawałek jest wypychany z pola widzenia przez jeszcze więcej genialnego tekstu i muszę wyciągać miskę, włączać komputer i łapać pomysł, bo wiem, że zrobię to teraz - szybko i bezboleśnie i nie będę musiała niczego planować. Jeżeli nie mogę robić tego teraz - muszę natychmiast przestać o tym myśleć, bo inaczej czeka mnie planowanie pracy fizycznej, czyli przepisywanie tego, co już we łbie stworzyłam.
    e) w gruncie rzeczy wszystko się robi samo. W pewnym momencie zostawiam pół kanapki i uznaję, że czas posprzątać wielką szafę w przedpokoju albo napisać pracę dyplomową, bo mój mózg właśnie raczył wytworzyć obrazek.
    f) jeżeli coś nie chce się zrobić samo, to wrzeszczę na siebie w trzeciej osobie i nastawiam minutnik. Niezbyt dobrze potrafię ocenić, ile czasu zajmie mi dana czynność intelektualna, bo nie wiem, na ile wystarczy mi pary i ile wymyśli się samo, a ile będę musiała sama kombinować.
    g) wygląda na to, że im bardziej akceptuję chaos i brak systematyczności, tym bardziej systematyczna i porządna jestem. Nigdy nie potrafię zrobić niczego porządnie i po kolei, tak jak mama. Nie potrafię zrobić takiego dobrego planu jak mama. Ale wygląda na to, że po prostu – w przeciwieństwie do mamy – tego nie potrzebuję, bo mam mechanizmy (obrazki), które mnie pilnują.
    Tak, ja też nic z tego nie rozumiem.


    --
    To pisałam ja, świr.
  • 20.02.17, 18:19
    Może ogarniam to z trudem, ale moje dziecko zdaje się tak działać... zwłaszcza w obszarze prac pisemnych (jak wymyślone to najlepiej żeby ktoś już przepisał), jak wymyśliło się w głowie to można napisać nawet na stoku narciarskim (a nawet trzeba!)
  • 01.03.17, 21:41
    Brynhildr, to Ty jesteś naprawdę zdyscyplinowana. Masz poczucie czasu, trzymasz się planu, który wcześniej stwarzasz, potrafisz reagować od razu na wlasne impulso- chmurki. Mam nadzieję, że moja córka chociaż w kilku procentach zacznie mieć poczucie czasu. Zazwyczaj nie zdaje sobie sprawy, że zbliza się pora spania, czy czegokolwiek innego. O zadaniach domowych przypomina sobie w momencie wychodzenia do szkoły i jest płacz i stres. Generalnie najchętniej nie robiłaby nic, ubieranie się, wychodzenie gdzieś, sprzątnięcie czegoś, wzięcie sobie czegoś do jedzenia, itp. ... sama na to nie ma ochoty, natomiast kiedy ktoś próbuje uprosić ją o cos podobnego, podnosi pisk i wyglada, jakby nie miała na to siły i energii. Brynhildr, czy pamiętasz może siebie jako 12 - latkę ? czy myślisz, ze to "normalne" w tym wieku u ZA i minie jej z czasem ta stagnacja, nauczy się chociaż trochę sama ogarniać rzeczywistość?
  • 01.03.17, 23:42
    karo450: Jeśli córka nie pamięta o takich obowiązkach (jak chociażby odrobienie lekcji) to na to pomaga zwyczajny plan.
    U mnie się sprawdza (u mnie, ale u mojego dziecka też). Ja to nazywam magią checklisty ;) Młody na tekst: opróżnij zmywarkę (jeden z jego obowiązków) odruchowo reaguje "nie", mimo tego, że potem zrobi to bez większych problemów i w 5 minut. Ale magiczna tabelka, w której zaznacza sobie "ptaszki" czyni cuda. SAM chce wszystko zrobić i móc zaznaczyć na liście. Ja jak mam listę, to łatwiej mi się zmobilizować, bo podświadomie chcę zobaczyć 100% ;)1
    Twoja córka jest starsza od mojego syna, ta magia nie musi aż tak działać, ale to zwyczajne przypomnienie: mam codziennie do zrobienia to i to i to. Rzut oka na listę, odhaczenie tego co zrobiłam ;)
  • 02.03.17, 10:38
    Aerra, dziękuję za przypomnienie o checklistach, sama czasem robię je dla siebie, już nie starczało mi czasu na robienie dla niej, ale trudno, musze się zmobilizować. Kiedyś idealnie skutkowało" liczenie do", mała starała się zdążyć z wykonaniem, teraz juz zapominam o stosowaniu tych metod, bo chyba podświadomie boję się, że dzieciak w etapie dorastania i późniejszym po prostu nie bedzie umiał funkcjonować bez nadzoru, a przecież "powinien" ( cały czas myślę kategoriami NT) tzn. jak mu ktoś nie zrobi checklisty to będzie siedzieć i nic nie robić ;). Najchętniej nauczyłabym ja sama robić te checklisty, ale nie wiem, jak sie do tego zabrać, bo ona po prostu powie, że nie wie, co ma tam wpisać i uzna sprawę za zakończoną ;).
  • 24.02.17, 15:25
    Wteącę się. Moja ma 12 lat, jest nt i też nie ogarnia:)
  • 24.02.17, 15:26
    Wtrącę się, miało być.
  • 01.03.17, 21:11
    Fakt, że w tym okresie, 5-6 klasa, szkoła daje w końcu jeszcze dzieciom do wiwatu, bo zaczyna się ta prawdziwa nauka, wymagania nauczycieli rosną, rywalizacja dzieci w nauce i sporcie też, a tu jeszcze trudny okres dojrzewania dochodzi. Nic dziwnego, ze czasem i dzieci NT też ogarniają ten ogrom wyzwań "po łebkach", doba jest za krótka...
  • 27.02.17, 01:17
    Córce powiedziałam o diagnozie tak mimochodem niedawno, może 2 miesiące temu. Bryhhildr, bardzo trafnie określasz i porządkujesz moją rozwleczoną i chaotyczną wiedzę o ZA - uświadamiasz mi rzeczy, które znam, ale których nie potrafiłam określić :) Instrumenty rodem z przedszkola - dobre, jasne określenie na pewne czynności kontrolno-porządkujące czas i zadania w stosunku do moich Aspich i nawet do siebie samej. Wydawało mi się, że ZA powinien z nich wyrastać, a tu prosze, jak dobrze się sobie przyjrzę, to sama czasem takowych potrzebuję. Tzn sama sobie w głowie układam takie sekwencje i sie do nich stosuję, bo jeśli tego nie robię, nie wyznacze sobie harmonogramu, to mój dzień zamienia się w chaos i narastają zaległości. Na moich Za trochę wymuszam uczenie się planowania. Mąż jak się na czymś zakręci to często zapomina o świecie.

    No tak, oczywiście rodzice martwią się, jak ZA będzie żyła. Chyba o syna martwiłabym się mniej, z racji tego, że zazwyczaj znajduje się jakas opiekuńcza kobieta, która się zaopiekuje poczciwym ZA. Wiek też tak bardzo nie działa na niekorzyść u mężczyzn. A dziewczynka z ZA? tu podam przykład kuzynki. Jest młodą duchem juz tylko niestety pięćdziesięciolatką, która teraz żałuje, że nie założyła rodziny. Kuzynka ma raczej ADHD z elementami ZA, ale już to wystarczyło, by bez reszty oddała się swojej pasji naukowej. Czas na macierzyństwo przeminął, rodziny brak, rodziców pochowała, zostały koleżanki od wspólnej pasji, , które maja własne rodziny, więc święta spędza na samotnych wyjazdach. Był moment przed 40tką, kiedy chciała założyć rodzinę, ale chyba nie bardzo umiała, a była zbyt skryta, by na te tematy rozmawiać. Dzisiaj izoluje się jeszcze bardziej. Zresztą sama też mało co bym nie miała rodziny, z podobnych powodów, dzieci w sumie nie planowałam, żyłam z dnia na dzień. Tylko szczęście głupiego albo litość boska sprawiły, że jakoś się samo poukladało, bo nie znając, nie wiedziałam, ( wychowała mnie jedynaczkę samotna matka) a dzisiaj dopiero doceniam, jaką stabilizację duchową daje rodzina. To jakby korzenie, gniazdo i przystań zarazem. Więc oceniając z własnej podwójnej perspektywy, wolałabym, żeby córka rodzinę chciała i potrafiła założyć. Wiem, że 12 lat to o wiele za wcześnie, ale ja też byłam taki dzikus życiowy, bo matka ze mną na żadne takie tematy nie rozmawiała, żadnych ścieżek ani mozliwości nie wskazywała, i wiem, że to był błąd, takie uczenie sie na własnej skórze. Więc tak powolutku zaczynam tłuc córce do głowy rózne wartości rodzinne, bo może to da jakis efekt, mam nadzieję że córce przynajmniej pomysł założenia rodziny przyjdzie do głowy.

  • 02.03.17, 16:24
    Brynhildr, powiedz, mi, jeśli nie masz nic przeciwko rozmawianiu o tym: jak osiągnęłaś moment, w którym zaakceptowałaś ZA jako OK? W jakim wieku to było?

    Mam znajomego nastolatka, który nie może zaakceptować diagnozy i jest mu ciężko. Cała jego energia skierowana jest w tej chwili na wyeliminowanie ze swojego życia wszystkiego, co ma związek z ZA (nauczyciel wspomagający, terapie) i na ograniczenie wiedzy o tej diagnozie do jak najmniejszej liczby osób. Z jednej strony mam wrażenie, że uleganie temu sprawia, że on myśli, że to rzeczywiście coś strasznego, skoro się o tym nie mówi; z drugiej strony, w tej chwili prowadzący go specjaliści obawiają się pozwolić na ujawnienie tej wiadomości bez jego akceptacji. Robi się błędne koło, im bardziej jest mu ułatwione niemówienie o ZA, tym bardziej on wierzy, że to coś strasznego, o czym nie można mówić i tym gorsze powiedzenie wbrew niemu może mieć konsekwencje, więc tym bardziej mu się ułatwia niemówienie o tym, i tak w kółko.

    Jak to przerwać? Jak mu przekazać, że ZA jest w porządku i że można z tym dobrze żyć?

    --
    Moja siostrzenica do myszy uratowanej przed kotem: "Nie bój się nas, myszko, my jesteśmy człowiekami. Nie zjemy cię, bo jesteś obrzydliwa".
  • 02.03.17, 18:37
    Asiu, obawiam się, że będę niemiarodajnym źródłem, ponieważ byłam już konkretnie dorosła (30+) i hm… uporządkowana wewnętrznie. I w dodatku nie szukałam rozwiązania problemów, po prostu znaleziono mnie do badań naukowych. Ale, w sumie… Reakcja była: Co? Ja? Ja spełniam kryteria? A weźcie się wypchajcie, żadnych prac nie będziecie o mnie pisać, wy patafiany naciągające wyniki na użytek swoich parszywych doktoratów. Co za kretyni niedouczeni…
    Dorosły ma lepiej. Nikt nad nim nie kiwa głową, nikomu nie trzeba się przyznawać, rodzice nie wypchną na terapię dla wariatów, do szkoły nie trzeba nieść żółtych papierów. Sytuacja nieporównywalna. Poza tym – nawet jeśli teraz uznam za stosowne powiedzieć „mam ZA” to tak, jakbym powiedziała „mam tatuaż na tyłku”. Może kontrowersyjne, ale nie widać. Nastolatek to coś zupełnie innego, inna sytuacja. Czymś innym jest przyjęcie diagnozy do siebie, stwierdzenie, że coś tam ona tłumaczy , czymś innym – niesienie przed sobą na drągu ( Nauczyciel wspomagający to wyraźny sygnał. Normalni takiego nie mają) Popatrz na percepcję społeczną – agresywny? Asperger. Nadruchliwy? Asperger. Kiepski w łóżku? Asperger. To jest straszne – przyznać się do odmienności. Ja – debil motoryczny – nie umiem jeździć na rowerze. Wiesz, jakie robiłam kombinacje, żeby nikt się nie dowiedział? Sam fakt niejeżdżenia nie był problemem. Ale gdyby ktoś się dowiedział…
    Moje skromne zdanie: po pierwsze – niech młody przyjmie diagnozę dla siebie. Jako coś, co tłumaczy samego siebie i znosi odpowiedzialność moralną za niektóre rzeczy. Po drugie – trzeba dokonać rzeczywistej analizy funkcjonowania dziecka i stwierdzić, w jakich aspektach ujawnienie diagnozy jest naprawdę niezbędne. Po trzecie – przeanalizować spójność komunikatów (och, nie mów, że jesteś nienormalny, jesteś wyjątkowy! trzeba go leczyć i co z nim będzie szuszuszu…) Być może sam szum dookoła Sprawy jest komunikatem. Być może rodzina sama nie zaakceptowała diagnozy. Po czwarte – diagnoza jest dla dziecka, terapia jest dla dziecka – nie odwrotnie. Ma ułatwiać życie, nie utrudniać. Celem jest dobre funkcjonowanie osobiste, efektywna nauka, a nie przejście terapii lub uzyskanie nauczyciela wspomagającego. Nie znam dziecka, nie znam sytuacji i osób wobec których diagnoza ma być/nie być ujawniona, rzucam hasła do ewentualnego przemyślenia.


    --
    To pisałam ja, świr.
  • 02.03.17, 23:16
    Dzięki, to jest pomocne. Wgłębiać się nie mogę właśnie dlatego, żeby ktoś, kto nie zna diagnozy nie namierzył go przeze mnie, ale to mi daje materiał do myślenia.

    --
    Moja siostrzenica do myszy uratowanej przed kotem: "Nie bój się nas, myszko, my jesteśmy człowiekami. Nie zjemy cię, bo jesteś obrzydliwa".
  • 20.02.17, 13:12
    Witaj w klubie,

    kiedy czytam o Twojej córce mam wrażenie, że czytam o własnym dziecku.

    Mamy za sobą kilka nieudanych wizyt u psychologów, pedagogów, psychiatrów i tak jak Ty usłyszałam wiele razy o rozpuszczeniu, niewłaściwym wychowaniu, fanaberiach, ale nigdy nie usłyszałam tego właściwego słowa: Asperger. Mimo iż nie zgadzałam się z tymi „spostrzeżeniami” bo jak to matka, wiedziałam, że coś jest nie w porządku, że coś nie gra, to żyłyśmy dalej, licząc, że jakoś to będzie. Ale przeliczyłam się - wraz z upływem czasu i dorastaniem jej odmienność i nie przystawanie do grupy stawało się coraz wyraźniejsze. Zaszło to tak daleko, że na dzień dzisiejszy moja 13-letnia córka jest właściwie w rozsypce, w jednym wielki ogromnym dole. Jej poczucie własnej wartości jest bardzo, bardzo niskie – właściwe to zupełnie go nie ma. Nie ma też żadnej koleżanki, podstawowych umiejętności społecznych, jest za to całodniowe siedzenie w zamkniętym pokoju z komórką, brak chęci do życia i myślenie o samobójstwie. Dlaczego żaden ze „specjalistów” mnie nie słuchał, kiedy prosiłam o pomoc? Musiałam sama dojść do tego, odkryć że moje dziecko ma wyraźne cechy Asperger’a. Uporczywe machanie rączkami, brak koordynacji ruchowej, niechęć do przytulania, nie patrzenie w oczy, nietaktowana szczerość, brak umiejętności społecznych, nadwrażliwość węchowa, kiepska samoobsługa, niechęć do zmian i wiele innych „podręcznikowych” objawów. Żałuję, że to tak późno, większe szanse na ukształtowanie dziecka były kiedy była młodsza, bardziej plastyczna. Teraz jest już właściwie prawie ukształtowanym, młodym człowiekiem upartym i odmawiającym pomocy. Człowiekiem, który sam zauważa swoją odmienność, określa się jako kosmitę i „zjeba”. Moje perypetie z próbą diagnozy opisałam w tym wątku - forum.gazeta.pl/forum/w,10034,162192597,162192597,Co_daje_diagnoza_.html#p162215599

    Na dzień dzisiejszy osiągnęłam tyle, że udało mi się przekonać córkę do wizyty u psychiatry. Celowo wybrałam osobę, o której wiedziałam, że ma doświadczenie z autyzmem i Aspergerem. Nic pani nie sugerowałam, nie wspomniałam o swoich podejrzeniach ZA. A jednak mimo po opisaniu problemów, rozmowie z córką, szybkim teście – padło – Asperger. Da się? Tak, tylko trzeba trafić na fachowca a nie „psychocosia”. Psychiatra zasugerowała, żeby na razie nie wspominać córce o ZA, jej stan jest tak fatalny, że mogłoby ją to tylko dobić. Ma przepisany lek przeciwdepresyjny Asentrę (serotonina) i zalecony Trening Umiejętności Społecznych. TUS na razie odmawia, a co to tabletek, to czekam na efekty.
  • 27.02.17, 03:30
    Noemi, przeczytałam cały Twój watek.

    Moja córka też by chciała mieć przyjaciół i być akceptowana. Czasem mówi, że czuje się wśród rówieśników w klasie, jakby była przezroczysta, bo nawet jak już się przemoże i coś mówi, to nikt w grupie jej nie słucha, ignorują ją. Zdarza jej się siedziec samej, bo nie jest atrakcyjnym towarzystwem. Dzieci nawet jak świadomie nie zdają sobie sprawy, to podświadomie wyczuwają inność. Moja też jest "niezgrabna ruchowo, ma utrudniony kontakt wzrokowy, wybiórcze żywienie, kiepską samoobsługę, nadwrażliwość na dotyk, zapach, nietypowe zainteresowania, że się zawiesza i odlatuje, nie dba o wygląd, ma niesymetryczny dziwny chód". " nawet jak próbuje się odezwać to wychodzi to żałośnie" . O wiele lepiej radzi sobie z pojedynczymi osobami, w grupie znika. Więc my po prostu przyjęliśmy taką taktykę, że przyjaźnimy się intensywnie z kilkoma małżeństwami z dziećmi w podobnym wieku, najchętniej jedynakami. Są wśród nich rodzice klasowi i pozaklasowi. W ten sposób córka ma zapewnione towarzystwo co najmniej 2 dzieci, które zna ze szkoły, a które poznając ją na gruncie prywatnym przyzwyczaiły się jakby do jej specyfiki, oraz dzieci pozaszkolnych, dzięki czemu wie, że istnieje życie towarzystkie poza szkołą. To nieco zaspokaja jej potrzebę akceptacji rówieśniczej. Owszem, rówieśnicy czasem rzucą coś, w stylu, ale ty dziwna jesteś, ale raczej pobłażliwie. W tym wieku rzeczywiście już dosyć wyraxnie widać różnice NT i ZA. Ale dzieci miewają też wspólne zainteresowania, w tym przypadku gry, konsole, telefony, a że nasza Aspi jest w tym dobra, to też jakaś nić porozumienia się tworzy. Ona chciałaby miec przyjaciół, ale jako AZ nie potrafi podtrzymywac więzi. Więc tłumaczę, że przyjaźń nie może być jednostronna, że jeżeli od kogoś oczekuje, by si nią interesował, to sama też musi coś z siebie dać. Napisac smsa, zapytać, jak się czuje koleżanka, jak jej poszły zawody, itp. Tłumaczę, że wszytsko to wymaga odrobiny wysiłku ( mam wrażenie , że niektóre dzieci Aspi starsze niz 5-6 lat funkcjonują na zasadzie włączenia rezerwy akumulatorów - tylko minimalny konieczny do przetrwania wysiłek, reszta to oszczędzanie energii), że koleżanki też musza odczuć,że ona jest nimi zainteresowana, że je rozumie, itd. Uczę ja prostych zwrotów, podsuwam tematy do rozmów, czasami kupuje cos fajnego, żeby dzieciaki sie zainteresowały. Wchodzi w trudny wiek, kiedy emocje i rozmowy wśród nastolatków są wazniejsze niż wcześniej. Wydaje mi się, że jeżeli ona ma potrzebę bycia akceptowaną przez rówieśników, to "podpowiadając" jej w ten sposób, jakos jej pomagam.

    Moja też nienawidzi kupować i przymierzać ubrń, odwrotnie niż koleżanki ;).Ja też nie lubię, zakupy ciuchowe robię w galerii w 15 minut - bez przymierzania. Jako nastolatka to nawet lubiłam, ale wtedy nie był co przymierzać ;)

    O piciu moja po prostu zapomina. Porozumiewa się w domu krótkimi hasłami, typu jeść, pić, daj to, ogólnie wszystko co wymaga wysiłku, nawet mówienie, jest ograniczone do minimum.

    Jeszcze co do mówienia dzień dobry, to jak już wpojone miała, żeby mówić na wszelki wypadek, to potrafiła powiedzieć 5 razy dziennie dzień dobry tej samej osobie ;)

    Ja też miałam kepskie relacje z matką. Była ciagle nastawiona krytycznie wobec mnie, nieraz mi się oberwało. Zdarzało mi się przenosić model zachowania na moje dziecko, na pewno momentami nieswiadomie cos jej dogryzałam, tak jak moja matka mi, (na zasadzie, że jak mi dogryzie, to się uniosę honorem i bardziej postaram), więc obawiam się, że mogłam naruszyć jej poczucie bezwarunkowego bezpieczeństwa. Staram się i pilnuję, ale czasami wychodzi ze mnie własne spieprzone nieco dzieciństwo.
  • 01.03.17, 14:17
    Karo450,
    kilka lat temu moja córka, podobnie jak Twoja miała niewielką grupę osób z którymi czuła się dobrze - 2 osoby z klasy - 1 koleżankę i drugą którą mogła nazwać przyjaciółką, ze 3 córki moich przyjaciółek. Z przyjaciółką czasami spotykała się w domu, jeździły razem na rowerze, chodziły na spacery, wygłupiały i odrabiały lekcję. Kiedy sobie to przypomnę wydaje mi się, że to było tak dawno i takie nierealne. Około 2- 3 lata temu zaczęło to wszystko się psuć. Powoli odsuwała się od wszystkich i wycofywała z jakiegokolwiek życia towarzyskiego, w tym również z rozmów z nami, rodzicami. Robiła się coraz bardziej zamknięta w sobie, niemiła, ponura. Apogeum miało miejsce pod koniec podstawówki kiedy to kiedy pokłóciła się ze swoją przyjaciółką a właściwie to ona odsunęła się całkowicie od niej i nie chciała mieć z nią więcej nic wspólnego. Zapytałam się córki czy domyśla się czemu tak się stało, na co ona że „nie miała już o czym ze mną gadać, bo zazwyczaj milczałam, nie byłam też taka zabawna jak kiedyś”. Dopóki były obie w fazie zabaw, gier i wygłupów była między nimi nić porozumienia. Jednak z wiekiem to nie wystarcza. Inne dziewczyny chcą pogadać o ciuchach, chłopakach, poplotkować o koleżankach, bo tak jest ich natura. Różnica robiła się coraz wyraźniejsza, niepowodzenia towarzyskie powodowały frustrację, powodowały rozgoryczenie, co z kolei napędzało kolejne porażki. Jeśli do tego dołożyć brak akceptacji siebie i niskie poczucie własnej wartości to otrzymamy finalny i fatalny efekt.
    Tak jak wspomniałam, aktualnie córka jest wspomagana farmakologicznie. Powoli zauważam delikatną zmianę, lepsze nastawienia do życia, jest bardziej rozmowna, pogodna. Iskierka nadziei zaświeciła się i nie pozwolę jej zgasnąć :) Za jakiś czas TUS, bo już się zgodziła i będziemy przeć do przodu.

    Wspomniałaś o uzależnieniu córki do komputera, gier, u nas jest podobnie – uzależnienie od telefonu. Właściwie to każdy wolny czas spędza z telefonem. Kiedyś dużo czytała, teraz całkowicie przestała, tylko lektury obowiązkowe. Muszę dawkować jej czas spędzony z telefonem, bo inaczej zapomina o całym świecie. Jeśli stosuję kary to zazwyczaj jest to szlaban na telefon. Nie jestem przekonana czy te kary działają i czy powinnam je stosować mając dziecko z ZA. Kiedyś powiedziała mi, że to jest chyba jedyna rzecz która sprawia jej przyjemność i ją odstresowuje. I sama nie wiem jak postępować –karać czy nie karać. Być może jest to dla niej ostatnia oaza spokoju, jej świat, gdzie może się wyciszyć po ciężkim, głośnym, pełnym wyzwań dniu w szkole. Inne kary właściwie nie wchodzą w grę, no bo niby jakie - szlaban na wyjścia? :)

    Powiedz mi jak Twoja córka zareagowała, kiedy powiedziałaś jej że ma ZA? Zapewne kiedyś, jak już będzie w lepszym stanie psychicznym, będę jej musiała powiedzieć o ZA. Wyobrażam sobie, że jak już zaakceptuje ten fakt, będzie jej lżej, bo zrozumie, że jej odmienność, nie wynika ze złego charakteru, beznadziejności tylko pewnych uwarunkowań niezależnych od niej. że są też inni „kosmici” i mają się całkiem dobrze, są kochani i wiodą przyzwoite życie. Jak powiedziała nasza psychiatra – dzieci z ZA to bardzo fajne i kochane dzieci. Taka jest moja córka – kochana, dowcipna, ciekawa świata, niebanalna i wyjątkowa. A życie z nią - pełne wyzwań :)
  • 01.03.17, 22:40
    Czy Twoja córka też jest jedynaczką? Moja córka swoje "przyjaźnie" też raczej zawdzięcza naszemu podtrzymywaniu przyjaxni z rodzicami, ale na jak długo to starczy? Już sie zaczyna, wprawdzie jest uznawana za najmilsze dziecko w klasie, ale to wcale nie znaczy, że atrakcyjne towarzysko. Często nie ma z kim siedzieć, jest kimś jakby dyżurną koleżanką dla niektóych osób, jak nie ma kogoś, jej najlepsze koleżanki znalazły sobie inne towarzystwo, a ona boi sie do nich podchodzić, jako dziecko czasem słyszała podchodząc do grupy "ty się nie bawisz". Niby umie rozmawiac na tematy, które interesują tą dziecio-młodzież, czyli jakieś gry, filmiki, ksiązki, ale to wszystko jest na zasadzie, że jak ktoś zagai, to ona odpowie, sama raczej nie zaczyna tematu. Robi to co jej każą, mówi do niej koleżanka "przesiądź się" to się przesiada, boi się komukolwiek poza nami sprzeciwić. Boi się zadac jakiekolwiek pytania, typu "co słychać", bo moze się komuś nie spodobać. Natomiast jak ma iść do koleżanki, to " nieee, bo ona ciagle o coś pyta i muszę gadać". Ale bardzo chciałaby jednocześnie być akceptowana i lubiana, jej samoocena leży totalnie. Tłumaczę jej, że nic w życiu nie ma bez wysiłu, i jeśli się chce być lubianym, to musi nauczyć się dawać coś z siebie, i podjąć pewien wysiłek ( wiem cos o tym, bo sama nie przepadałam za ludźmi a teraz ich lubię) Musi zainteresowac się rozmową z koleżanką, starać się okazać emocje, tłumaczę , układam jej dialogi, daję przykłady, o co może się spytać. Kiedyś mówiłam jej, żeby obserwowac ludzi i ich cechy, i jakoś wieczorami z nią rozmawiałam o osobach, ale w sumie to teraz na nic nie ma czasu, bo szkoła zjada cały czas, a wieczorem córka jest przyklejona do telefonu i tylko słyszę "idź stąd". Czasami mam wrażenie, że moja Aspi wysiłek ogranicza do minimum , i wszystko, co wymaga jakiegoś wydatku energetycznego, bardzo jej nie odpowiada.

    O Za dowiedziała się kilka miesięcy temu, nie wnikała co to, powiedziałam jej, że jest wyjątkowa, bo takie dzieci jak ona mają te szczególne cechy, dzięki którym jest postęp na świecie w różnych dziedzinach, wymieniłam oczywiście Ensteina, Messiego, Stallmana ( twórca Internetu), Bethovena, itp. Córka też ma jeden ogromny talent, co by potwierdzało, że umysł Aspich koncentruje się wokół zainteresowań. Być może wiedza o ZA jest dla niej wytłumaczeniem, czasem mówię jej, że jej mózg ma odmienny styl poznawczy, cos jakby porównać mózgi do komputerów, to wiekszość ludzi jest jak pecety, a niektórzy jak maki. Jednak cay czas myślę, czy poddanie jej terapii spowoduje, że nauczy się np. prowadzić dialog, albo czy będzie miała kiedyś ochote założyć rodzinę? Przecież to tyle wysiłku...
  • 02.03.17, 10:47
    Ja byłam zupełnie inna, niz twoja córka- gadatliwa, ekscentryczna i w klasie mieli mnie za głupka. Zawsze myslałam, ze lepiej dla Aspiego, jak jest wycofany, outsider- widzę, ze niekoniecznie.
    Dobrze by było, gdyby Twoja córka znalazła jakies towarzystwo poza szkołą- to naprawde umacnia poczucie własnej wartosci. I nie muszabyc to wcale jej rówiesnicy- ja, jako 15-latka zaprzyjazniłam sie z o 23 lata starszym facetem (teraz wiem, ze tez Aspi), we wsi huczało od platek, a my godzinami gadalismy, łazilismy po lesie (zainteresowania przyrodnicze), wymienialismy sie czasopismami.
    czym sie córka interesuje? Jesli przyrodą- moze zapisz ja do stadniny koni, moze wolontariat w schronisku dla zwierząt? Jesli sztuką- moze jakies kólko plastyczne, ceramika- ale poza szkołą. Jesli intersuje sie podrózami- moze jakies kólko krajoznawcze, zwiedzanie nowych miejsc..
    Dobrze, zeby miała jakies miejsce, gdzie czuje sie akcepotwana, gdzie moze porozmawac na interesujace ją tematy, gdzie ma cos do powiedzenia.
    Ja swojego czasu wpadłam w złe towarzystwo, szukając akceptacji, na szczescie trwało to krótko i obyło sie bez wiekszych konsekwencji, dlatego warto miec nad tym kontrolę.
  • 04.03.17, 23:18
    Marta, taki "towarzyski" jest mój teść, 100-procentowy ZA. On przed ludźmi nigdy nie czuł tremy czy wstydu. Cały czas gada, a że ma tą echolalię, naprawdę trudno go słuchać :P . Nie wiem, jak było w jego szkole, ale generalnie zawsze był uważany za dziwaka. Miał niesłychany talent muzyczny, pięknie grał na instrumentach, więc jakoś go tolerowano. Co usłyszał, to potrafił odtworzyć. Pamięta wszystkie daty, wydarzenia, pogodę, nawet jak coś miało miejsce 40 lat temu. Gada w ten sposób, że jak sobie kogoś upatrzy, to pójdzie za nim nawet do kibla i co ciekawe, właśnie patrzy na niego nie odrywając wzroku, ale jakoś tak inaczej niż Nt, tak jakby wgapia się i cały czas gada, więc jak ktoś go nie zna, a chce być uprzejmy, ma niebywały kłopot, jak się od niego uwolnić. Natomiast gadając - nie słucha drugiej strony, jest tylko nadajnikiem. Gdy ktoś coś zagada do niego, on nie podejmuje tematu, odwraca się np. (chyba że jest to temat go interesujący) i za chwilę wraca do swojego przerwanego wywodu,. O hemoroidach przy jedzeniu, czemu nie :P

    Córka realizuje się wirtualnie. Co do wolontariatu - hmm jej trudno ogarnąć samoobsługę, własne zwierzątko też nie bardzo obsługuje, więc nie wiwem, czy miałaby energię w tym kierunku. Stadnina koni już bardziej, choć pewnie zniechęci się, jeśli jej każą np. konia czyścić. Generalnie jest akceptowana, tylko nie ma bliskich przyjaciół. Sytuacja: koleżanka odwraca się do niej i zaczyna coś opowiadać, moja córka milczy i odwraca głowę, patrząc przez szybę. Albo koleżanka się rozpłakała bo coś tam, moja wychodzi do drugiego pokoju i zaczyna tam sobie grac na komputerze. Takie zachowania powodują, że trudno jej nawiązać bliższe więzi. Boję się, że ktoś ją kiedyś wykorzysta, czy wpadnie w złe towarzystwo. Jest taka naiwna i delikatna.
  • 06.03.17, 11:16
    Taka "straszna" nie jestem, moze w podstawowce, ale z wiekiem robię sie coraz bardziej wycofana- celowo :)
    moze ona odwraca głowę, bo nie wie, jak zareagowac, co odpowiedziec? Tak samo z rozpłakaniem sie- takie sytaucje przerastają i NT :)
  • 02.03.17, 13:09
    Moja chciałaby kiedyś założyć rodzinę tylko jest przekonana że jej się nie uda, bo - któż by ją chciał?. tłumaczę jej że na świecie jest tyle ludzi i każdy jest inny, każdemu pasuje co innego. Nie jest powiedziane, że wszystkich interesują ludzie hałaśliwi, dynamiczni i rozgadani. Niektórym może odpowiadać jej styl bycia, spokój, małomówność, specyficzne zainteresowania.
    Co do umiejętności społecznych... ileż ja rozmów przeprowadziłam na temat podtrzymywania dobrych relacji międzyludzkich. Przeprowadzałyśmy dialogi, które mogły mieć miejsce w różnych sytuacjach. Tłumaczyłam jej, że zainteresowanie działa na zasadzie wzajemności. Jeśli swoją postawą pokazuje że ma kogoś gdzieś, nie może liczyć, że ktoś zainteresuje się nią, niestety. Podobno podejmowała jakieś tam próby, ale mówiła, że wypadało to żałośnie i nieudolnie. Mam nadzieje, że na zajęciach TUS , kiedy spotka się podobnymi jej z ludźmi, pod okiem fachowca będzie łatwiej pokonać bariery pomoże i zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Tłumaczyłam jej że to tak jakby nagle znalazł się w Japonii i nie znała kodów społecznych, kultury, obyczajów. Zachowanie, które w Polsce uchodzi za właściwe i kulturalne, tam może się okazać niegrzeczne i odwrotnie. Stąd potrzeba ich mechanicznego wyuczenia się. NT to czują i działają intuicyjnie, ZA musi podchodzić do tych rzeczy rozumowo, potraktować jako koleją rzecz do nauczenia.
  • 04.03.17, 23:57
    Moja była na TUS przez ponad rok co tydzień. Nie bardzo jednak mam wrażenie, że jakikolwiek postęp w relacjach to efekt TUS. Wydaje mi się, że dzieci z ZA nie potrafią bezpośrednio przenosić nauczonych wzorców na napotkane sytuacje, Gdyby tak było, to przecież wynosiłyby różne wzorce z domu. Co do intuicyjności, to może nie zawsze - jeżeli ja jestem NT, to w każdym razie w kontaktach zupełnie nie działam intuicyjnie, raczej poprzez wyuczenie się, które zaczęłam wdrażać około 30tki. Chyba, że jestem przykładem, że intuicja to coś, czego mozna się wyuczyć, jak się skoncentruje na pewnych mechanizmach ;) Mi zajęło to ok 10 lat.
  • 02.03.17, 13:16
    Zapomniałam odpisać :) tak, jest jedynaczką. Córka uważa, że ten fakt jest jedną z przyczyn jej niepowodzeń. Drugą jest moje niewłaściwie wychowanie :) Podsumowując - to ja jest wszystkiemu winna. Wątek obwiniania rodziców za swoje porażki pojawiał się już tutaj w dyskusji, więc rozumiem, ze nie jestem w tym odosobniona :)
  • 02.03.17, 18:47
    Moim zdaniem Ty, Karo, jesteś NT. Może okresowo nieśmiała, może introwertyczna, może o niskich kompetencjach społecznych – ale NT. Nie widzę żadnej psychicznej stycznej z Tobą. Masz na pewno cechy wspólne ze swoją córką, ze swoim mężem, ze swoją kuzynką, pewnie nawet ze mną, masz próbkę, ale nie wiesz całości. Pracujesz na neurotypowym mózgu. Bardzo próbujesz zrozumieć córkę, zdobywasz wiedzę, ale i rzutujesz na nią pewne swoje doświadczenia i traumy. I wydaje ci się, że to działa tak samo. Myli Cię to samo, co myli większość, a nawet nas samych: IQ w normie powoduje, że oczekuje się od nas ( i my sami od siebie), że jeżeli się tylko postaramy, to będziemy normalni. Niby jest diagnoza, niby jest wiedza, no ale przecież ja jej tyle tłumaczę, więc ona powinna... IQ ma swoje granice. Ja jestem w stanie wyglądać na normalną, ale normalna nigdy nie będę.
    „Moim głównym założeniem było to, że jeżeli ja mogłam dość nagle zmienić się z osoby wstydliwo-nieśmiałej, to znaczy, że jest to możliwe, i szkoda, żeby córka męczyła się tak samo długo jak ja. Ale może do takiego przełamania się trzeba nabrać jakiejś dojrzałości, nie wiem...” - wystarczy nieco WYSIŁKU, prawda? I teraz wydrukuj sobie swoje posty, weź kolorową kredeczkę i podkreśl słowo „wysiłek”. I zastanów się, co sposób, w jaki piszesz o swojej córce, świadczy o Twoim stosunku do niej.
    Wchodzisz z motywacją i dojrzałością tam, gdzie jest teoria umysłu (przypominam: upośledzona). Ja nie włożę żadnego wysiłku w to, co odbieram jako niecelowe i chaotyczne. „Ale mnóstwo sytuacji spontanicznych, typu rozmowy o niczym, powitania, pożegnania, nadal ją obezwładnia” - bo to jest głupie. To całe podtrzymywanie relacji, wykazywanie zainteresowania, rozmowy o niczym, powitania, pożegnania... to jest sztuczne, nieintuicyjne. Oczywiście, że „dorośli z ZA mogą się nieco różnić od swojej "wersji" w dzieciństwie” - bo dorosła ja wyuczyła się, na czym wam zależy. Wyuczyła się schematów, podtrzymywania relacji – bo z jakiegoś powodu świat lepiej wtedy działa. Ale ja tego nie rozumiem, nie zinternalizowałam tego ( a mam porządne IQ i wyższe wykształcenie). I robię to wszystko na bardzo niskim poziomie motywacji, ponieważ nie mam poczucia (Poczucia – nie wiedzy. Wiedzę mam)celowości tych zabiegów. Motywacja pojawia się dopiero wtedy, gdy decyduję, że dany człowiek jest „mój”, ale na to naprawdę trzeba sobie zasłużyć, nie wystarczy być dzieckiem przyjaciół rodziców. Dla mnie fakt, że ktoś jest mniej więcej w moim wieku i lubi robić to, co ja, to za mało. Ja nie jestem w stanie udawać NT non stop. Każda relacja, u podwalin której leży to, że ja potrafię się przebrać za normalną jest z gruntu fałszywa: pozostanie na etapie zdawkowego koleżeństwa i po krótkim czasie wygaśnie. Jeżeli Twoja córka ma założyć dobrą rodzinę – to tylko bez wysiłku. Tzn – bez tego wysiłku, dzięki któremu udajemy normalsów. Na cudzym skrypcie możesz się poruszać w świecie znajomości, nigdy nie zbudujesz na nim ani dobrej przyjaźni, ani dobrego związku.

    --
    To pisałam ja, świr.
  • 02.03.17, 21:22
    > Każda relacja, u podwalin której leży to, że ja potrafię się przebrać za normalną jest z gruntu fałszywa: pozostanie
    > na etapie zdawkowego koleżeństwa i po krótkim czasie wygaśnie.
    Brynhildr, to zdanie bardzo mnie rusza w kontekście mojego Młodego. Nie wiem jeszcze czy jest NT czy ZA, na pewno ma sporo cech ZA, ale diagnoza jeszcze przed nami. Ale: w stogu siana odnajdzie się natychmiast z innym o podobnych cechach i tu nawet nie chodzi o podobny wiek czy obszar zainteresowań. Moim zdaniem chodzi raczej o podobną wrażliwość na jedne kwestie i nie-wrażliwość na inne. Ostatnio w ferie naprawdę bardzo zaprzyjaźnił się ze starszym od siebie kolegą ZA (zdiagnozowanym) i moim zdaniem ta relacja ma po obu stronach wszelkie szanse na kontynuację.

    Jak to jest z Twojej dorosłej już perspektywy? Czy warto wspierać właśnie taki kierunek szukania przyjaciół? Czy raczej kierować Młodego w stronę NT? Bo koszty koleżeństwa/przyjaźni między dwoma egzemplarzami o cechach ZA są moim zdaniem oczywiste na tym etapie wiekowym - nawzajem się nakręcają i nie można ich tak całkiem spuścić z oka i pozostawić bez kontroli. Trochę też nawzajem wzmacniają w sobie te zachowania, które są NT-nieakceptowalne (np. gwałtowne wybuchy rozczarowania z jakiegoś powodu). Ale z drugiej strony moje dziecko naprawdę dotychczas nie nawiązało innych tak autentycznych relacji w których bym widziała, że mu naprawdę zależy na tej drugiej stronie.
  • 04.03.17, 19:24
    Nie rozumiem, jak można mieć wpływ na to, kogo lubię. Mogę przebywać z jakąś grupą czy człowiekiem, ale to nie jest tak, że jak mi się ktoś „opatrzy”, przyzwyczaję się do niego, to będę go lubić. Owszem, będę się z nim bawić, pójdę do niego na urodziny i nie będę dementować opinii o wielkiej przyjaźni. Może nawet – z braku innych doświadczeń - pomyślę, że go lubię. Ale gdy zmienię szkołę albo rozkład zajęć i nie będę z nim przebywać - nie pomyślę o nim nigdy więcej. To było zadanie, projekt. Projekt zakończył się z efektem: autyk miał kolegę i nie był odludkiem. Koniec.
    NT ma grono bliższych i dalszych kolegów, znajomych, znajomych znajomych. ZA „obsługuje” (nie wiem, czy każdy - ja tak)znacznie mniejszą ilość relacji. Zerojedynkowo. Są „bliscy” i szum w tle. Mogę być dla szumu uprzejma i miła, jeżeli zadanie jest tak postawione, że mam być (należy dobrze żyć z osobami w klasie, bo w ten sposób nie komplikujesz procesu nauki; należy bawić się wspólnie z synem znajomych mamy, bo w ten sposób nie komplikujesz życia rodzinnego) . Jeżeli mi każesz, będę się ładnie bawić z kimkolwiek zechcesz. Ale na wysokich obrotach emocjonalnych ja jestem w stanie obsłużyć bardzo małą liczbę osób i jest to liczba skończona (to na wypadek pytań: „przecież syn może mieć kilku przyjaciół ZA i NT, prawda?”). Opowieść Karo o „intensywnej przyjaźni z kilkoma małżeństwami z dziećmi” to dla mnie jakiś horror.
    Nie wiem, jak liczna jest wasza rodzina, ale możliwe, że zostało miejsce np. tylko dla jednej osoby. Kiedy syn znajdzie dziewczynę, może z listy „wypaść” np. starszy brat, który wyjechał na studia. Prawdopodobne jest też wypadnięcie z listy jednego z rodziców, jeżeli ci pozostają w konflikcie. Dla mnie uczucia wyższe ( na pewnym etapie dojrzałości, nie w przypadku dziecka) to przede wszystkim lojalność. Jeżeli nie mogę być lojalna – wycofuję się z relacji.
    A dla mnie kluczem do relacji z „wyższej półki” jest symetria. Nie ma strony opiekującej się i „poczciwej”, nie ma wyrozumiałości ani też wyższości ewolucyjnej (to ja). I to wcale nie musi być ZA-ZA.
    I weź oczywiście pod uwagę fakt, że to ja, moim rozwojem społecznym nigdy nikt się nie przejmował.


    --
    To pisałam ja, świr.
  • 05.03.17, 01:03
    Ech, pasuje mi to co piszesz. Syn często nie pamięta nawet imion swoich kolegów. I nie pamięta tego, co działo się w przedszkolu. Jak kogoś zapamiętał, to równolegle rzeczywiście widać, że mu na tym kimś zależy. Ale do tej pory to były naprawdę sporadyczne przypadki. Z tego co piszesz, rozumiem, że aranżowanie znajomości nie ma większego sensu, chyba że pod kątem potencjalnej zdolności do akceptacji mojego dziecka z całym dobrem inwentarza?
    Intuicyjnie wydaje mi się, że relacja ZA-ZA ma większe szanse powodzenia, bo żadna strona nie będzie przejmować się "bzdurami" ;)
    Brynhildr, robisz super robotę - dużo nam łatwiej zrozumieć własne dziecko, jeśli wyjaśnia ktoś kto sam tak ma od środka. A tekst o krzesłach u nas też już padł niedawno - NT to na razie traktują w ustach sześciolatka jako inteligentny dowcip, ale my widzimy że to na poważnie jest ;)
  • 05.04.17, 19:11
    @ tuszeani:
    > Intuicyjnie wydaje mi się, że relacja ZA-ZA ma większe szanse powodzenia, bo żadna strona nie będzie przejmować się "bzdurami" ;)

    Nie wiem, czy dzieci, z którymi się dogadywałum, gdy samu byłum dzieckiem, miały ZA. Wiem, że były mocno nerdowate i generalnie nielubiane przez rówieśników.

    --
    666rem.wordpress.com/ - świat i życie z punktu widzenia odmieńca.
  • 03.03.17, 01:35
    Brynhildr, pomóz mi proszę w takim razie zrozumieć, co czują osoby z ZA. Piszesz " Ja nie włożę żadnego wysiłku w to, co odbieram jako niecelowe i chaotyczne", napisz proszę, w jaki konkretnie sposób to odbierasz? I co oznacza kontekst "odbieram" ? Tzn. chodzi mi o to, czy Ty już masz ustalony schemat na pewne często występujące okoliczności, np. witanie się i gadanie o niczym jest niecelowe, czy raczej dopiero w danym momencie/sytuacji uświadamiasz sobie, że coś jest niecelowe? Czy masz w danym momencie/sytuacji jakieś myśli na ten temat, czy używasz do oceny, że coś jest niecelowe, swojego IQ, czy raczej odbierasz to jakoś podswiadomie, inaczej - czy zdajesz sobie w jakiś sposób sprawę, że właśnie odczuwasz coś jako "niecelowe" i np. chcesz to coś niecelowe zrobić, ale nie możesz/nie potrafisz/coś Cię powstrzymuje lub automatycznie włącza Ci się jakaś blokada, czy właśnie świadomie nie chcesz tego niecelowego zrobić, albo może w ogóle tego nie dostrzegasz, bo jako niecelowe pozostaje poza strefą Twojego postrzegania/zainteresowania?

    Co do mnie, nie wiem, czy w 100% jestem NT. Bardzo możliwe, że tak, ale pewności nie mam z wielu powodów. Wiem, że każdy jest inny, ale widzę pewne wspólne cechy u "moich" ZA, natomiast oni faktycznie nie mają jednej mojej cechy - ja to nazywam "bystrością umysłu" tzn. jestem w stanie , a raczej mój mózg, wyłapać kontekst sytuacji, przetworzyć poza moją świadomością i podać mi gotowe "odczucie-rozwiązanie" co się wokół mnie dzieje i co powinnam zrobić/powiedzieć. Najbliżej tego jest moja kuzynka, ona też to potrafi, chociaz jest zdiagnozowanym 40-letnim ZA bez własnej rodziny. Ale uwierz mi, ja tej cechy nie miałam całkowicie do ok. 25 roku życia. Wytworzyła się u mnie dosyć nagle, dopiero po próbie samobójczej. Musiałam to przejść i wtedy dopiero przemyślałam, (używając IQ, a nie emocji jak NT!) mój sposób postrzegania i świadomie postanowiłam go zmienić, zacząć wkładać wysiłek w to, co kiedyś wydawało mi się równie niecelowe. Uczyłam się ludzi, tak jak kiedyś zjawisk, zasad działania rzeczy, z tym, że od szczegółu do szczegółu i w końcu ogółu układałam sobie całość na temat danego człowieka. Może to dziwne, ale w pewnien sposób klasyfikowałam ludzi i przyporzadkowywałam im pewne cechy, tworząc sobie jakies tam wzorce. Dosyć szybko mój mózg nauczył się obserwować ludzi. Poświęcałam uwagę temu, czego kiedyś nie znałam i nie lubiłam i uważałam za nudne i niecelowe. Obserwowanych ludzi dzieliłam wg potrzeb, tzn. na takich, z którymi z różnych względów muszę utrzymywać jakąś więź i takich, z którymi nic mnie nie łączy, co pozwalało "odpuszczać" sobie wkładanie wysiłku w jakieś obiektywnie niecelowe układy. Bardziej powoli uczyłam się takiej rzeczy, jak kontrolowanie sytuacji. Przed spotkaniami w jakimś gronie starałam się wiedzieć wcześniej, co kto lubi, czym się zajmuje, więc układałam listę tematów, które poruszałam. To dawało mi namiastkę kontroli nad rozmową. Wiedza powodowała, że mniej się bałam ludzi. Z czasem mój zmysł obserwacji wyrobił się, podawał mi informacje w czasie rzeczywistym, listy tematów układały się w głowie praktycznie "live" więc już mogłam trafić nawet na nieznajome osoby i nie czułam się jak kosmita. Od niedawna doszłam do takiego momentu, że lubię kilka osób - tak po prostu, kiedyś naprawdę nie znałam tego uczucia! Teraz jak przytulam koleżankę na powitanie, traktuję to jak wymianę energii, nie wiem, czy czuję prawdziwe "lubienie", ale to jest niebo a ziemia w porównaniu z tymi czasami, kiedy nie czułam kompletnie nic - to sie trzeba było naudawać. Tu uwaga, dopiero od kilku lat patrzę w oczy - kiedyś patrzyłam "przez" człowieka. Zauważyłam, że odkąd patrzę wo czy, ludzie traktują mnie inaczej, (czasem serdeczniej?) Co ciekawe, w momentach np. kiedy się zakochałam, mijały mi takie cechy, jak niechęć do dotyku. Zazwyczaj trwało to kilkanaście miesięcy (do innych nadal pozostawało odczucie " tylko mnie nie dotykaj"), po czym "najeżenie", jak nazywa to mój mąż Aspi, powracało.
    Chodzi mi o to, że mój wysiłek włożony w nauke relacji był całkowicie świadomy, absolutnie wymuszany, rozumowy, nie intuicyjny i naprawdę spory. Czasami byłam tak wyczerpana, że przez miesiąc nie wychodziłam do ludzi i regenerowałam akumulatory.
    Za to wkładam minimum wysiłku w związek, który zresztą założyłam przypadkowo, późno i przetrwał on raczej na bazie wspólnych zainteresowań i myślę, że typowy NT by mnie pogonił. Mój Aspi też ma spokój - nie oczekuję kwiatów, pamiętania o urodzinach, romantyczność mnie wkurza, bleee, nie musi sie do mnie odzywać, ja do niego też nie i jesteśmy szczęsliwi. W tym wszystkim rozumiemy jednak i próbujemy być "normalni" ze wzgledu na dziecko. Nauczyłam się planowac, tak z grubsza, przyszłość, bo akurat mój mąż Aspi tego nie robi, (tzn. czasem robi, ale zazwyczaj za późno), ale z wieelkim trudem przychodzi mi realizacja planów. Staram się o różne "kontakty" dla dobra dziecka, oczywiście takie, które jej pasują, nic na siłę. Ale nie podejmuję wysiłku, kiedy nie muszę. Jestem totalną bałaganiarą, bo nie mam siły/ochoty/czasu/silnej woli odkładać wszystkiego na miejsce, więc mamy panią do sprzatania. Odpada jakies tam gotowanie, chociaż obiecuję sobie, że tym razem spróbuję tego wysiłku ( kończy się zazwyczaj tak, że nakupuję rożności, które potem psują się w lodówce), rózne sprawy odpuszczam, żyję w dużym chaosie wewnętrzno-zewnętrznym. W jednym jestem podobna chyba do Ciebie, mianowicie obrazomyśli przypominają/podsuwają mi pewne rzeczy, które powinnam zrobić i muszę je wykonać natychmiast, bo inaczej za chwilę zapomnę. No chyba, że zacznę sobie powtarzać na głos albo w myślach, wtedy pamiętam do momentu, aż mnie cos nie rozproszy ;) A stanik to po prostu zmieniam wieczorem i w nim śpię - przynajmniej rano nie zapomnę... Tak że mój obraz NT nie jest taki jednoznaczny. Natomiast jeśli chodzi o córkę, ona bardzo pragnie przyjaciół- więc to jest jakiś cel, tylko zachowania prowadzące do niego- a więc podtrzymywanie relacji, te wszystkie bzdury, konwenanse, gadania, dialogi, są w jej postrzeganiu niecelowe, i wymagają wysiłku. Zgadzam się z Tobą, to jest sztuczne, pamiętam poniekąd, jak dla mnie też było ...Jak więc to pogodzić? Ona troszkę się uczy, jak reagować, nauczyłam ją np. jak okazywać radość na powitanie np.dawno niewidzianej koleżanki, czasem wychodzi jej to całkiem nieźle, moment zawahania jest zawsze w momencie przytulania ( kto pierwszy zaczyna? jak objąć? aha, tak.. trochę te ręce jakoś wiszą , ale już prawie...) i prawie zawsze odwraca głowę, chyba, żeby nie natrafić wzrokiem na delikwenta ;) .
  • 04.03.17, 19:14
    Nie rozumiem chyba pytania.
    Mój świat jest światem informacji i czynności, nie emocji i komunikacji. Poproś mnie o informację, ja ci ją dam. Poproś mnie o wniesienie krzesła na trzecie piętro – ja ci wniosę. Bo mogę. Bo prosząc mnie obdarzasz mnie komplementem – uważasz, że jestem mądrzejsza i bardziej kompetentna. Nie interesuje mnie, że kręgosłup boli cię z powodu ciąży, a chłop ci nie pomoże, bo wyjechał do Holandii na ogórki. Tak, zapytam, który to tydzień i wyrażę się krytycznie o polskim rynku pracy, ale na minimalnym napędzie. Bo stronami w sprawie są: krzesło, trzecie piętro i ja. Czyli zadanie. Ty – w ciąży i bez chłopa – nie. Nie interesujesz mnie. WIEM, że czujesz potrzebę uzasadnienia swojej prośby (ciąża, bezchłopie), WIEM, że oczekujesz jakiejś informacji zwrotnej, ale za cholerę nie rozumiem, po co życzysz sobie inwestować w ten kontakt więcej, niż podanie podstawowych parametrów (wniesiesz mi krzesło? zagrasz ze mną? chodź na kręgle!) Jeżeli jestem niezdolna do wniesienia ci krzesła, nie będę bardziej zdolna, gdy dowiem się o ciąży i ogórkach. Jeżeli jestem zdolna – dlaczego nie? I z drugiej strony – moje umiejętności gry w kręgle są takie same, niezależnie od tego, czy dzwonię pytać o twojego psa i obejmuję cię na powitanie, czy nie. A tymczasem warunkiem włączania mnie do zadania jest odgrywanie scenek z rozdziału III Rad Mamy pt. „Ola ma kolegów” . Ponieważ dla NT ważne jest, żebym była „fajna”. Dla mnie jest ważne, żeby NT, z którym gram w kręgle dobrze grał w kręgle, lubił grać w kręgle i przyszedł do kręgielni po to, żeby grać w kręgle. „Przyjdą znajomi, żeby posiedzieć” wywołuje u mnie automatyczną reakcję „to nie mają w domu krzeseł?” (i za to NT mnie uwielbiają). Wszystko o ciąży, ogórkach, twoim psie; interesowanie się ludźmi, a nie kręglami to wielki chaos i brak celowości. Bo tak pracuje mózg autystyczny, nastawiony nie na osoby tylko na zadania. Żadna podświadomość, żadne blokady: neuropsychologia.
    Teoretycznie byłabym w stanie wyuczyć się obejmowania koleżanek na powitanie, tak jak Ty wyuczyłaś córkę – ale po co? Myślę, że przeciętna NT jednak zdaje sobie sprawę, że obejmując ją, przełamuję z zaciśniętymi zębami wstręt fizyczny i że to nie jest radosne powitanie. Moja relacja nie wejdzie na wyższy stopień, gdy będę udawać wobec tej dziewczyny, że chcę ją uściskać. Natomiast może wejść, gdy ta dziewczyna zaakceptuje, że mnie się nie dotyka i przejdzie z tym do porządku dziennego, bez „dziwna jakaś, na pewno śmierdzę, ona mnie nienawidzi, wszyscy się tak witają, a paniusia jedna nie”.
    A nie można witać się w sposób zaspokajający potrzeby obu stron? NT udaje, że chce objąć ZA (ruch, gest), ZA udaje, że ucieka (brak dotyku), następuje podsumowanie sytuacji: „ale my jesteśmy porąbane”, wszyscy się śmieją, kurtyna.


    --
    To pisałam ja, świr.
  • 05.03.17, 00:35
    To się potwierdzają moje spostrzeżenia z wczesnego dzieciństwa córki - ludzie nie interesowali jej jako tacy, zwracała uwagę, jeśli mieli coś, co ją interesowało, jakies zadanie, prezent, rzecz, która jej się podobała, ale jej uwaga nie koncentrowała się na człowieku. Na pytania często odpowiada "tak" nie' i nie inwestuje dalszej energii w uzasadnianie, dlaczego. "Co było w szkole? nie wiem, nie pamietam. Ale przypomnij sobie, ktoś cię pytał, z kim siedziałaś? Nie wiem. Naprawdę nie pamietasz? Nie, nie męcz". Do tej pory wydawało mi się, że naprawdę nie pamieta. Ale w świetle Twoich wyjaśnień, Brynhildr, to może wyglądac tak, że skoro jest po szkole, lekcje skończone więc opowiadanie komuś, co było, nie ma sensu.

    Córke uczę, żeby pewne zachowania wdrażała i traktowała, jako konieczne, skoro jako nastolatka sama nie chce się różnić od innych. Myślę, że jako dorosła będzie mogła wybrać, czy będzie kontynuować niepotrzebne z jej punktu widzenia zachowania. Ja np. wymieniam uściski tylko z osobami z bliskiego kręgu znajomych, i doszłam do takiej "wprawy", że o ile kiedyś w momencie obejmowania przywoływałam myśl "przecież lubię tę osobę, więc jej to okażę" i zmuszałam się, to teraz, po około 10 latach praktyki takie odruchy przychodzą mi łatwo, tzn. nie czuję uczucia przymusu i zażenowania, które towarzyszyło mi wcześniej.
  • 24.09.17, 19:56
    Zadziwiająca zdolność do zauważania niuansów. Jakbyś wiedziała o NT więcej niż oni sami o sobie wiedzą.

    --
    Ja robię swoje i ty robisz swoje.
    Nie jestem na tym świecie po to, aby spełniać twoje oczekiwania.
    A ty nie jesteś po to, by spełniać moje.
    Ty jesteś ty, a ja jestem ja.
  • 03.03.17, 03:36
    mój starszy syn ma 20 lat
    ciąża bez problemów poród :lekko podduszony po 3min kolor wrócił 10/10
    po porodzie 5 godzin przespał a później 2 doby cycował :) nauczył się mówić jak miał 6 miesięcy wołał mama tata dino
    w drugim miesiącu nauczył się przytulać patrzył w oczy Rozwój był ok przewracał się z boku na bok jak miał 2 miesiące 3 przemieszczał się 4 siadał 5 wstawał 8 samodzielnie chodził w wieku 9 miesięcy przestał mówić mama a wołał Kasia w wieku 2 lat mówił jak dorosły Wyszukane dorosłe słownictwo Każdy był nim zachwycony miał kolegów i koleżanki z placu zabaw w 1,5 korzystał z toalety prosił o pomoc dziecko ideał
    spędzaliśmy dużo czasu razem Gdy miał 2 lata pojechał na 2 dni do teściów był przesłodki grzeczny elokwentny ...jak przyjechaliśmy z mężem rzucił się z okrzykiem moja mamusia moja kochana mamusia ....teściowa spytała a dlaczego tylko z mamą się witasz a tata MAMA JEST OD PRZYTULANEK A TATA OD KUPOWANIA ZABAWEK
    <MIAŁ 2LATA > zawsze był dla mnie miły pomocny opiekuńczy nie chodził do przedszkola właściwie krótko mówił w tej placówce nadzór pedagogiczny nie spełnia swoich funkcji dzieci są niesympatyczne powiedziałam oki twój wybór
    uwielbiał gdy czytałam na głos mógł godzinami słuchać Był bardzo wyczulony na mój humor kiedy byłam smutna potrafiło go to obudzić i zawsze pytał dlaczego jesteś smutna ? 6lat poszedł do szkoły Problem odrabianiem lekcji niestaranne pismo
    wysyłka do psychologa NIECHARMONIJNY ROZWÓJ inteligecja wrodzona na bardzo wysokim poziomie empatia ale rozwiązywanie zadań matematycznych znacznie poniżej normy Bardzo dużo czasu zajęło nauczenie się dni tygodnia nazw miesięcy pór roku nauka zegara W szkole zaczęły się problemy niechlujne pismo zawieszanie się WSZYSTKOMAJĄCY ZESZYT ZASTĘBCZY Zapominanie o pracach domowych Poklepanie go po plecach za dobrze coś zrobienie uznał za brutalne pobicie przez nauczyciela Był chłopiec w pierwszej klasie miał manie klepania każdego po ramieniu w dowód sympatii To był jego największy wróg tylko z nim wdawał się w bójki To zawsze tamten zaczynał a mój syn chciał mu pokaza ze to boli
    Syn nigdy nie dostał od nikogo klapsa więc nie wiedziałam że jest przewrażliwiony na dotyk przytulać do mnie się lubił
    W podstawówce nie był lubiany kiedy się zdenerwował używał takiego języka że rozumieli go tylko dorośli
    miał3kolegów i 2 koleżanki w gimnazjum było gorzej Wszyscy w klasie byli ograniczonymi debilami albo ćpunami Miał jednego kolegę i kilku z innej klasy.poznał dziewczynę przez Internet 400 km od nas Wcześniej były jeszcze 2 ale po spotkaniu w real nie zaiskrzyło tym razem było inaczejOpowiadał że bardzo fajna że miło im się rozmawiało tylko jest jeden problem bo ona jest strasznie brzydka mówie że uroda jest żeczą zmienną i bez znaczenia minęło 6 lat i dalej są ze sobą
    Spotykają się w ferie wakacje i inne wolne dłuższe przerwy co dziennie go budzi do szkoły rozmawiają po 2 godziny dzienne Ona wzorowa uczennica z bulimią i mnóstwem kompleksów i On ze swoją niezdarnością 190 i 130 kg
    w technikum dla niego jest bardzo ciężko Nie nauczyć się tylko przeżyć
    niedawno Nie dawno nauczyciel powiedział coś takiego Stary ty to jesteś może i fajnym gościem Jesteś uczciwy szczery nie potrafisz kłamać jesteś wrażliwy i masz jeszcze wiele innych cech które przeszkadzają ci w życiu
    w tym roku matura raczej zda :)
    Nie zdawał jeszcze na prawo jazdy ale z jego zagapiostwem zamyślactwem nie wiem czy to bezpieczne

  • 03.03.17, 04:25
    ja chyba też taka byłam
    mnie nikt nie przytulał rodzice byli zajęci Ja byłam bardzo agresywnym dzieckiem
    jak miałam 2latka przez miesiąc zajmowałasię mną ciotka Za cel nadrzędny postanowiła mnie utuczyć
    wymyśliła bojaźń Koszmarna maska z lateksu i płaszcz czarny i jeśli nie zjem to ona przyjdzie
    do 6 lat sikałam miałam koszmary
    z przedszkola wyrzucili bo miałam napad furi i nie mogło mnie utrzymać 6 nauczycielek
    Poszłam do zerówki Jako jedyna potrafiłam stamtąd uciec
    wysłali na badania
    jak chciałam potrafiłam być grzeczna słodka i inteligętna co wykazały badania
    podstawówka prace domowe 2 klasówki 5 w bibliotece bywałąm dość często
    głównie po książki psychologiczne lub dotyczące religii mitologii
    pamiętam jak na historii kazano mi przeczytać notatkę z lekcji
    przeczytałam płynnie poproszono o zeszyt a tak kilka wyrazów dat i strzałek i kilka innych znaków graficznych :)
    później liceum postanowiłam ze będę najbardziej lubianą istotą
    oki wygląd
    co dziennie kąpiel delikatny makijaż 2 godziny rano szkoła cały czas uśmiech odrobione lekcje prowadzone zeszyty
    Jeden wszystkomający z moimi strzałkami robiony na lekcji a pozostałe odtwarzane w domu Matematyka nie była idealnie ale 4była

    jak chce to potrafię byłam super uczennicą
    kochaną przez nauczycieli i gamoniów którzy uważali mnie za ideał miałam co prawda zaświadczenie o dysortografii i dysgrafii pojechałam do poradni i załatwiłam
    po pierwszym roku mi się znudziło zaczęły się wagary Też cwana bestia bo miałam zwolnienia od lekarzy wystarczyło poprosić i się dostało
    przeniosłam się do zawodówki tam geniusz :) Tylko polonistka wyrażała stanowczy sprzeciw
    nic nie robiąc miałam 6 później wieczorówka ale byłam w ciązy
    Mój kochany synek wynoszony wyprzytulany przyjaciel i lalka do przebierania Więcej czytałam i zajełamsię tylko nim
    a jego tata .....wzięliśmy ślub po5 latach rozwód przestał mi być potrzebny poznałam w necie innego i jesteśmy razem 15 lat Dla niego jestem IDEAŁEM tak przynajmniej każdemu o mnie mówi :)
    mam drugiego synka i problem w tym że jest dokładnie taki sam jak ja






  • 04.03.17, 20:31
    jak dla mnie troll

    --
    Prawo Katza - ludzie i narody będą działać racjonalnie wtedy i tylko wtedy, gdy wyczerpią już wszystkie inne możliwości
  • 05.03.17, 00:47
    No to idzie ku dobremu :) na pewno kontakty z dziewczyną dadzą mu dużo możliwości szerszego "uspołecznienia", dobrze też, że ma wrodzoną empatię, na pewno zda maturę i będzie dobrze. Co do matematyki to znam chłopca ZA, który był superhiper orłem, ale nie kazdy ZA ma zdolności matematyczne, moja córka musi przysiedzieć, często coś zrozumie, ale na drugi dzień zapomni, konieczne jest systematyczne utrwalanie , wykłada się jednak na zadaniach tekstowych.
  • 05.03.17, 00:51
    Mój mąż ZA jest bardzo często w bardzo wielu sprawach naprawdę gapiowaty i zakręcono-zamyślony, ale kierowcą jest świetnym, ku mojemu zdumieniu zresztą - bo tylko za kierownicą potrafi działać intuicyjnie. Niezgłębione są jednak umysły ZA.
  • 17.10.17, 01:28
    Karo, semilajn@wp.pl, mamy corki w tym samym wieku, napisz
  • 17.10.17, 11:51
    To jest późna diagnoza??? Moja córka ma 20 lat i przez 15 nikt jej nie zdiagnozował... Od kilku tygodni nabyłam jako matka wiedze na temat ZA i mogę jedynie domyslać się, że moje dziecię nie jest rozpuszczone albo xle wychowane, albo po prostu psychopatyczne, tylko ma ZA! Bingo, bez lekarzy, bez wydawania pieniędzy i straty czas! czego ich ucza na studiach, że przez tyle sesji nie udało się trafić w sedno? Ale, zostawiam to, bo i tak niczego to nie wniesie do sprawy.
    Moja córka od przedszkola była inna, okreslana jako "dziwne, aspołeczne dziecko". Dziadkowie i ciocie zachodzili w głowe dlaczego jest taka niegrzeczna, nie daje buziaków, nie przytula się... no i ta szczerość (babci smierdzi z buzi...). W stosunku do rodziny zabójczo szczera, w stosunku do obcych wycofana, lekliwa. W przedszkolu cos tam robiła, ale głównie sama. Panie ją uwielbiały; śliczna, grzeczna malutka dziewczynka. W podstawówce - generalnie dramat, odstająca od grupy, bez koleżanek, zapraszane na urodziny szybko porzucała aby bawić się samemu. Koleżanki przestały więc przychodzić. W liceum było podobnie; tylko bardzie krytycznie, wszyscy byłi prymitywni, głupi, nieciekawi. Zero towarzystwa, po szkole tylko dom, pokój, komputer i maniakalne zaintersowanie jedna dziedziną - do bólu, z mnóstwem szczegółow na miano wygranej w teleturnieju. Wszystko kręciło sie wokół tego.. ale przynajmniej tym sie dowartościowywała widząc podziw dla wiedzy w oczach i uszach innych. nauka - baaardzo średnio, ale matura zdana - to dało kopa wzwyż w samoocenie.
    Potem studia (aktualnie na II roku) - trochę znajomych, dużo imprez, ale wciąż problemy z nawiązaniem dłuższych przyjaźni. Postawa roszczeniowa, odstawanie infantylnością od przecież dorosłych już studentów. Na pocieszenie innym mamom mogę napisać, że okres studiów dał mi trochę odetchnąć bo w końcu coś się zaczęło dziać w zyciu mojej córki, pojawiło sie jakiekolwiek towarzysto i zaczęła opuszczać czeluście swojego pokoju! A ja skakałam do sufitu z radości, że w końcu ma okazje pobyć z innymi. I tak trwa to drugi rok... jest postęp - ja jej delikatnie kibicuję, wspieram, pomagam wybrać ubiór, poprawie makijaż, umówię do fryzjera. Ale nie myslcie, że jest łatwo - wszystko w granicach jakie ona wytyczy :) Ale myslę sobie wtedy - dobre i tyle.
    Zapomniałam napisać o wyjazdach na obozy w latach podstawówki, gimnazjum i liceum - jechała średnio chętnie, a na miejscu wysłany sms, że dziewczyny w pokoju głupie, prymitywne, i jest do dupy. Potem odliczanie do końca obozu...
    Ale wracając do tego co jest teraz; nauczyłam się nie patrzeć na miny, pogodziłam się z tym, że moje dziecko nie chce sie do mnie tulić, że ma w dupuie rodzinę, że musi być 40 stopni gorączki aby zrobiła mi cos do picia, że sama musi wszystkiego doświadczyc aby czasami przypomniec sobie, że ostrzegałam ją... Ciesze się, jak czasem przyjdzie i zaproponuje obejrzenie filmu, spacer, pizzę, połozy sie obok na sofie (na drugim końcu!) i przykryje kocem ze mną, jak zaproponuje lampke wina, opowie o sprawach z koleżanką, kolegą... Nauczyłam się tego, że nalezy za normalne przyjąć to, że ona dyktuje granice (i ma do tego prawo), mówi tyle ile chce a do decydowania o tym kto ja przytula ma prawo decydować tak samo jak ja. Mam młodszą córke, ktora na szczęście pozwala mi spełnić sie jako matka w sensie bliskości i czułości. Moja dorosła corka mieszka z nami i jest na naszym utrzymaniu więc ma także obowiązki; w tej kwestii nauczyłam sie być zasadnicza i sprawiedliwa. Nawet jak 67 razy musze przypomnieć o śmieciach, zmywarce, sprzątnięciu łazienki czy odkurzeniu wspólnych części domu :) Bo mieszkamy razem i bez względu na ZA mamy ręce i nogi. Nie przejmuje się już że ma dwie inne skarpety, dziurę w spodniach czy brudne buty - ja mówiłam 89 razy o tym, może ona po prostu ma to w powazaniu, albo zrobi sie jej głupio jak jej fajny chłopak o tym powie. Kiedys komórka na każdym kroku potrafiła mnie mocno zdenerwować, ateraz ciesze się, że chociaz dzięki temu ma kontakt z innymi ludźmi. Gdybym mogła wybrać to wybrałabym dziecko bez ZA ale mam takie jakie mam, to nie tragedia, trzeba sie tego nauczyc rozumieć i zaakceptować. I mądrze, delikatnie pomagać wkraczać w zycie. Zdobyć zaufanie i być przyjacielem. Pozdrawiam./
  • 17.10.17, 18:17
    To jest późna diagnoza??? Moja córka ma 20 lat i przez 15 nikt jej nie zdiagnozował... Od kilku tygodni nabyłam jako matka wiedze na temat ZA i mogę jedynie domyslać się, że moje dziecię nie jest rozpuszczone albo xle wychowane, albo po prostu psychopatyczne, tylko ma ZA! Bingo, bez lekarzy, bez wydawania pieniędzy i straty czas! czego ich ucza na studiach, że przez tyle sesji nie udało się trafić w sedno? Ale, zostawiam to, bo i tak niczego to nie wniesie do sprawy.
    Moja córka od przedszkola była inna, okreslana jako "dziwne, aspołeczne dziecko". Dziadkowie i ciocie zachodzili w głowe dlaczego jest taka niegrzeczna, nie daje buziaków, nie przytula się... no i ta szczerość (babci smierdzi z buzi...). W stosunku do rodziny zabójczo szczera, w stosunku do obcych wycofana, lekliwa. W przedszkolu cos tam robiła, ale głównie sama. Panie ją uwielbiały; śliczna, grzeczna malutka dziewczynka. W podstawówce - generalnie dramat, odstająca od grupy, bez koleżanek, zapraszane na urodziny szybko porzucała aby bawić się samemu. Koleżanki przestały więc przychodzić. W liceum było podobnie; tylko bardzie krytycznie, wszyscy byłi prymitywni, głupi, nieciekawi. Zero towarzystwa, po szkole tylko dom, pokój, komputer i maniakalne zaintersowanie jedna dziedziną - do bólu, z mnóstwem szczegółow na miano wygranej w teleturnieju. Wszystko kręciło sie wokół tego.. ale przynajmniej tym sie dowartościowywała widząc podziw dla wiedzy w oczach i uszach innych. nauka - baaardzo średnio, ale matura zdana - to dało kopa wzwyż w samoocenie.
    Potem studia (aktualnie na II roku) - trochę znajomych, dużo imprez, ale wciąż problemy z nawiązaniem dłuższych przyjaźni. Postawa roszczeniowa, odstawanie infantylnością od przecież dorosłych już studentów. Na pocieszenie innym mamom mogę napisać, że okres studiów dał mi trochę odetchnąć bo w końcu coś się zaczęło dziać w zyciu mojej córki, pojawiło sie jakiekolwiek towarzysto i zaczęła opuszczać czeluście swojego pokoju! A ja skakałam do sufitu z radości, że w końcu ma okazje pobyć z innymi. I tak trwa to drugi rok... jest postęp - ja jej delikatnie kibicuję, wspieram, pomagam wybrać ubiór, poprawie makijaż, umówię do fryzjera. Ale nie myslcie, że jest łatwo - wszystko w granicach jakie ona wytyczy :) Ale myslę sobie wtedy - dobre i tyle.
    Zapomniałam napisać o wyjazdach na obozy w latach podstawówki, gimnazjum i liceum - jechała średnio chętnie, a na miejscu wysłany sms, że dziewczyny w pokoju głupie, prymitywne, i jest do dupy. Potem odliczanie do końca obozu...
    Ale wracając do tego co jest teraz; nauczyłam się nie patrzeć na miny, pogodziłam się z tym, że moje dziecko nie chce sie do mnie tulić, że ma w dupuie rodzinę, że musi być 40 stopni gorączki aby zrobiła mi cos do picia, że sama musi wszystkiego doświadczyc aby czasami przypomniec sobie, że ostrzegałam ją... Ciesze się, jak czasem przyjdzie i zaproponuje obejrzenie filmu, spacer, pizzę, połozy sie obok na sofie (na drugim końcu!) i przykryje kocem ze mną, jak zaproponuje lampke wina, opowie o sprawach z koleżanką, kolegą... Nauczyłam się tego, że nalezy za normalne przyjąć to, że ona dyktuje granice (i ma do tego prawo), mówi tyle ile chce a do decydowania o tym kto ja przytula ma prawo decydować tak samo jak ja. Mam młodszą córke, ktora na szczęście pozwala mi spełnić sie jako matka w sensie bliskości i czułości. Moja dorosła corka mieszka z nami i jest na naszym utrzymaniu więc ma także obowiązki; w tej kwestii nauczyłam sie być zasadnicza i sprawiedliwa. Nawet jak 67 razy musze przypomnieć o śmieciach, zmywarce, sprzątnięciu łazienki czy odkurzeniu wspólnych części domu :) Bo mieszkamy razem i bez względu na ZA mamy ręce i nogi. Nie przejmuje się już że ma dwie inne skarpety, dziurę w spodniach czy brudne buty - ja mówiłam 89 razy o tym, może ona po prostu ma to w powazaniu, albo zrobi sie jej głupio jak jej fajny chłopak o tym powie. Kiedys komórka na każdym kroku potrafiła mnie mocno zdenerwować, ateraz ciesze się, że chociaz dzięki temu ma kontakt z innymi ludźmi. Gdybym mogła wybrać to wybrałabym dziecko bez ZA ale mam takie jakie mam, to nie tragedia, trzeba sie tego nauczyc rozumieć i zaakceptować. I mądrze, delikatnie pomagać wkraczać w zycie. Zdobyć zaufanie i być przyjacielem. Pozdrawiam./
  • 17.10.17, 19:49
    matka-1973, poznaje cie po opisie z innego forum...

    Nie martw sie. Nie stracilas wiele bez terapii corki, to nie jest tak, ze cos umknelo.

    Pamietaj, że nikt lepiej od ciebie nie bedzie wiedzial i ze zbyt wiele pokladamy w psychologach..psychiatrach nadziei. Oni naprawde nie sa specjalistami i wiara w nich to strata czasu. Mozna trafic dobrze, ale 80% nie trafia i nie mysl, że ci sie uda:)

    Ja swoje dziecko rehabilituje bez terapii, bo ona nie ma sesnu (raz w tygodniu, przez godzine, dwa razy przez dwie i niewiadomo czy trafia w sedno i jeszcze placić trzeba), a robie to przez to, że angażuje ją w kontakty z NT. Nic z tego nie wychodzi. Nic z tego nie ma.. ale nie o to chodzi. Coz mam poradzic? Jak wlozyc w nią teorie umysłu? Jak dac cos, czego jej mozg nie ma? Czym zastapic? Jak podpowiedziec?

    Jak naklonić do tego, że wyglad jest wazny, ze szczegóły maja znaczenie, ze jest /bedzie kobieta i musi miec czyste uszy i patrzeć na siebie zanim wyjdzie z domu? Co mozna zrobic?

    Mozna czuwać. Wyprzedzać. Asekurować. Pokazywać konsekwencje. Pozwalać na wejście w ogień.

    Pewnego dnia TO wejdzie. Wejdzie wtedy gdy bedzie miala juz cale zycie za sobą, ale tąpnie.
  • 18.10.17, 00:07
    Znalezienie przyczyny to wielka ulga, tyle lat w przeświadczeniu, że to niemożliwe aby było tylko charakterem, błędami wychowawczymi... Z jednej strony ula, a z drugiej pytania, pytania, pytania? Skoro wiadomo co to jest, to co mozna dalej zrobić? Co mozna zrobić jesli moje dziecko jest już dorosłe (choc tak bardzo infantylne) i ma prawo samo o sobie decydować?
    Jedyna sprawa, której jestem pewna, to fakt, iż oderwanie uwagi od corki z powodu narodzin drugiej paradoksalnie przyniosło pewien progres; chyba otworzyło pole do samodzielnego dzialania starszej, poszukiwania innych osób...
    Dwie korzyści - ja przestałam się tak zadręczać jej zachowaniem a ona miala okazje poczuć jak to jest gdy się nie jest pępkiem świata. nadopiekuńcza chyba nigdy nie byłam, raczej troskliwa z bezgraniczną wyobraxnią.
    Tak jak nie ma serdecznej więzi między mną a moją córką (z jej strony) tak i nie ma tej więzi siostrzanej. Przykre, bo malutka jest osóbką bardzo ekspresyjną, z ogromnymi pokładami czułości. A starsza; sztuczna, skostniała, zadaniowa, bez emocji.
    Nauczyłam się funkcjonować jako matka dziecka z ZA ale każdego dnia przeżywam każdy objaw tej trudnej przypadlości.
    Jednego się boję; że córka poczuje się kiedyś ogromnie samotna i nie będzie wiedziała dlaczego.
    Może należałoby delikatnie naprowadzić ją na przyczynę...?
  • 18.10.17, 00:07
    Znalezienie przyczyny to wielka ulga, tyle lat w przeświadczeniu, że to niemożliwe aby było tylko charakterem, błędami wychowawczymi... Z jednej strony ula, a z drugiej pytania, pytania, pytania? Skoro wiadomo co to jest, to co mozna dalej zrobić? Co mozna zrobić jesli moje dziecko jest już dorosłe (choc tak bardzo infantylne) i ma prawo samo o sobie decydować?
    Jedyna sprawa, której jestem pewna, to fakt, iż oderwanie uwagi od corki z powodu narodzin drugiej paradoksalnie przyniosło pewien progres; chyba otworzyło pole do samodzielnego dzialania starszej, poszukiwania innych osób...
    Dwie korzyści - ja przestałam się tak zadręczać jej zachowaniem a ona miala okazje poczuć jak to jest gdy się nie jest pępkiem świata. nadopiekuńcza chyba nigdy nie byłam, raczej troskliwa z bezgraniczną wyobraxnią.
    Tak jak nie ma serdecznej więzi między mną a moją córką (z jej strony) tak i nie ma tej więzi siostrzanej. Przykre, bo malutka jest osóbką bardzo ekspresyjną, z ogromnymi pokładami czułości. A starsza; sztuczna, skostniała, zadaniowa, bez emocji.
    Nauczyłam się funkcjonować jako matka dziecka z ZA ale każdego dnia przeżywam każdy objaw tej trudnej przypadlości.
    Jednego się boję; że córka poczuje się kiedyś ogromnie samotna i nie będzie wiedziała dlaczego.
    Może należałoby delikatnie naprowadzić ją na przyczynę...?
  • 18.10.17, 00:20
    Ale nie będziecie nigdy kochająca sie rodzinką z obrazka, gdzie corka opiekuje sie rodzicami na starość i jest samowystarczalna oraz kocha siostrę, bo byc moze nie kocha. Znosi. Ma. I tyle.

    To niemożliwe w przypadku apsergera, dlatego mam wrażenie, ze nie rozumiesz kim jest twoja corka i kim nigdy nie będzie.
    Nie ma tu miejsca na serdeczność, opiekuńczość, troskę. Jeśli jej nie powiesz, to samo się nie stanie. A nawet jesli powiesz, to watpliwe, by to cos dalo.

    Aspergerowi takie rzeczy nie są potrzebne.
    I dobrze, bo mniej problemow z tego wynika. Chyba, ze ty jej tych problemow narobisz i będziesz wytykać, że nie chce być siostrą albo nie chce być dobrą córką.

    Niby wiesz co jest córce, ale nie wiesz, bo ciągle próbujesz, próbujesz i próbujesz ją naprostować. Wydaje ci sie, ze juz niewiele brakuje, że sie polepsza, ze jest nadzieja.

    Nie ma nadziei. Wybij ją sobie z glowy i przestań zadręczać 20 latkę i siebie.

    Aseprger jest sztuczny, gdy go zmuszasz do czegos, co nie lezy w jego naturze. Zimny nie jest, raczej w innych odbiorze. Okrutna w tej ocenie jesteś.
    Masz mlodsza corke Nie-ZA, korzystaj.
  • 18.10.17, 01:02
    To prawda, nie rozumiem w dużym stopniu czym jest Asperger - poznałam go zaledwie kilka tygodni temu.
    I tak, przez większość czasu "prostowałam" córkę w przekonaniu, że to kwestia błędów wychowania.
    Etap zadręczania (siebie i jej) mam już za sobą, co nie oznacza, że nie mam potrzeby rozumienia tego co się dzieje, poznania prawdziwych przyczyn. przecież wtedy, jak sie domyslam, mogę lepiej to znieśc albo najnormalniej w świecie pogodzić się z faktami (bez wyrzutów sumienia, że to moja jako rodzica wina).
    Z wielu wypowiedzi osoby/osób z ZA wynika, że najlepiej zostawić takich ludzi w świętym spokoju bo oni i tak maja wszystko w nosie i właściwie to obchodzi ich tylko ich wlasny nos i święty spokój (co najwyżej wykonują dla spokoju zadania). Tak to wygląda?
  • 18.10.17, 10:18
    Tak, to prawda. Mniej lub bardziej jest tak.
  • 18.10.17, 10:26
    O matko,co Wy tu piszecie o Aspergerach?Tak wcale nie jest w każdym przypadku, są też osoby bardzo serdeczne,zainteresowane ludźmi, tylko ze słabą teorią umysłu. Mój dziadek był właśnie taki skostnialy i aspoleczny,ale w mojej ocenie takich autystykow jest mniejszość. Choćby przykład z mojej pracy -dzieci kontaktowe,zaczepne, przytulasy -i diagnoza autyzm. W kontaktach społecznych radzą sobie gorzej, niż rówieśnicy z tym samym IQ, bo są naiwniejsi, dziecinniejsi, czasem niegrzeczyni, ale zależy im na kontaktach z rówieśnikami.
    Ja jestem przekonana, że w dzieciństwie miałabym diagnozę (wiele charakterystycznych zaburzeń SI, echolalia , zawieszanie się, silne zainteresowania, w przedszkolu nie bawiłam się z nikim, w szkole bliskie koleżanki ale wykluczona z grupy itd ) a opiekuje się moją mama ( obecnie autystyczna jak Rainman, wskutek choroby) i 2 dzieci " ze spektrum", jestem czuła i zaangażowana - nie dla "świętego spokoju".
  • 18.10.17, 16:41
    No i badź tu matko mądra :) Trochę załamało mnie to, co pisała Ferora, bo wróżyło brak perspektyw na zmiane i lekko nie pasowało do mojej córy. Przecież wychodzi do ludzi (od czasu studiów), próbuje nawiązać znajomości, i choc to wygląda czasem dziwnie, sztucznie i często wiąże się z porażka, to jednak ta potrzeba w niej jest... Przecież depresje nie biora się znikąd tylko z poczucia alienacji. Moja córka na pewno nie jest czuła, opiekuńcza i zaintersowana życiem rodzinnym (no chyba, że jest pizza na stole), ale prze do ludzi ... czy to nie zaprzecza ZA?
  • 18.10.17, 18:21
    Nie, nie zaprzecza. Autyzm/ZA to nie tylko problemy spoleczne i brak teorii umyslu. Czesto probuje sie albo mówić, ze autysci sa rozni albo ze autyzm to to, to i to.. Gdyby było tak prosto, to nie byłaby to taka orka na ugorze.

    Sa rozni ludzie. Rozni autyści. Ale autysta nie jest z definicji zainteresowany innymi ludzmi! Zainteresowany czyli przejmujący sie, opiekujący, zaangażowany. Naprawdę do serdeczności mu bardzo daleko.
    Nauczy sie pewnych zachowań, ale on je naśladuje, a nie przyjmuje. Odwzoruje, powtarza po innych, ale one nie są jego.

    Marta75b ty TERAZ mowisz o sobie, a autysta nie ma w siebie wgladu. To czy jestes opiekuncza, troskliwa (zakladajac ze masz ZA), MUSZA Stwierdzić TWOI BLISCY, NIE TY :)
  • 18.10.17, 18:45
    Jako byłej niezdiagnozowanej dwudziestolatce bardzo trudno mi się czyta Twoje posty.
    Cóż, nie trzeba mi było mówić wprost, że rodzina jednak wolałaby mieć inne dziecko. No mam takie dziecko, no trudno, ale jednak wolałabym inne, najlepiej jakąś czułą, ekspresyjną istotkę w identycznych skarpetkach, a nie taki ugór, który trzeba orać. Taki sztuczny, skostniały, bez emocji. I bez wglądu w siebie, oczywiście. I infantylny.

    Dostajemy w życiu mnóstwo komunikatów, że jesteśmy niewłaściwi. Usiłujemy się dostosować i spełniać oczekiwania. Nie możemy być ekspresyjni, bo jesteśmy ekspresyjni źle. Kiedy próbujemy nie być ekspresyjni, obrywamy za sztuczność.

    Moje mamie „się popsuło”, ale ona sobie poradzi, zadzwoni do takiego pana i on jej naprawi. Taa, może jestem świrem, ale teorię umysłu „panów” mam w małym palcu. Nadrobiłam sobie godziny w pracy, żeby móc wyjść wcześniej i czekam na telefon od mamy. Dzwoni telefon. Pan powiedział, że nic nie da się zrobić, trzeba wszystko kupić nowe i dopiero jak kupi się nowe, to pan przyjedzie i wszystko ustawi, buuuu… Cóż, nieempatyczny świr chroniąc matkę przed dalszą lawiną panów – kretynów rusza w miasto w poszukiwaniu dynksa (łatwe) i kabli (trudne) (nie, nie jestem inżynierem elektronikiem ani nikim takim), zdobywa, wpada do domu rodzinnego, cześćmamozabierzkotaidajlatarkęmożecośztymzrobię, rozkłada rysuneczki z internetu i notatki z wizyty w sklepie, sprawdza różne konfiguracje kabli i kostek, jest! Piętnaście minut przed godziną „0”, kiedy to zaczyna się ulubiony program mojej mamy. Proszsz, zrobione, wszystko działa. Dobrze? Nie, źle. Bo wpadłam i zaczęłam nią komenderować. Nieważne, kurde, że wstałam bladym świtem, żeby móc wcześniej wyjść z pracy, a następnie wykonałam usługę. A jakbym szlochała na kanapie pod kocykiem razem z nią nad utraconym sprzętem i koniecznością wywalenia ciężkich pieniędzy na nowy to pewnie byłoby dobrze.

    Nie, pewnie nie przejęłam się, ani nie byłam zaangażowana – ponieważ nie byłam pełna czułości, tylko po prostu załatwiłam sprawę. Albo może nie załatwiłam, może nadal nic nie działa, tylko ja po prostu nie mam wglądu, a empatyczni bliscy strzelili focha, zamiast mi podziękować, więc skąd ja mogę wiedzieć, czy załatwiłam…

    --
    To pisałam ja, świr.
  • 18.10.17, 20:37
    Ale ja nie mam problemu z ZA. Po prostu nie rozumiem oczkeiwań , ze aspi nie bedzie aspim:P
  • 18.10.17, 20:58
    To nie czytaj, tym bardziej, że nie rozumiesz tego co piszę albo użalasz się nad sobą ( a podobno osoby borykające sie z ZA maja wszystko gdzieś...). Czyżby to była nieprawda? Moje dziecko nawet jak by miało zespół ropuchy to nie zamieniłabym go na żadne inne. Dlatego tu jestem, aby lepiej je zrozumieć, nie czuć się zranioną i przygotować je na tyle na ile mogędo dorosłego samodzielnego życia. Jestem tu po to aby wiedzieć czy przypadkiem nie oczekuję czegoś niemożliwego. Bez latania po omacku, zastanawiając sie o co chodzi. Tyle i zdaje się, że aż tyle. Sporo osób komentujących wypowiedzi rodziców na forum dziwi się, że oni się dziwią... A przecież jest tak, że zachowanie dzieciaków z ZA jest dla rodziców niebywale dziwne, nieodgadnione, a często przykre i krzywdzące. Nie jest łatwo mieć dziecko z zaburzeniami, choć kocha sie je nade wszystko. Takie jest zycie.
  • 18.10.17, 21:00
    to było do brynhild.
  • 19.10.17, 09:49
    Wiem, że to było do mnie, umiem czytać drzewko.

    Czy tak rozmawiasz ze swoją córką?
    Jeśli nie rozumie, co miałaś na myśli, to wrzeszczysz?
    Jeśli wypowiada swoje odczucia, traktujesz to jako personalny atak?
    Jeśli nie podoba jej się to, co od Ciebie słyszy - to przecież nie musi słuchać?
    Taki atak osoby neurotypowej na przedstawienie swoich odczuć i perspektywy drugiej strony (Przecież chcesz ją zrozumieć. Pokazałam Ci ją. Dlaczego więc zrobiłam źle?) jest dla osób z ASD "niebywale dziwne, nieodgadnione, a często przykre i krzywdzące". "Dlatego tu jestem, aby lepiej je zrozumieć" - jak myślisz, jak czułaby się Twoja córka, gdyby ktoś na opowieść z jej punktu widzenia zareagował tak jak Ty na moją?

    "Moje dziecko nawet jak by miało zespół ropuchy to nie zamieniłabym go na żadne inne"
    "Gdybym mogła wybrać to wybrałabym dziecko bez ZA"

    Nie odpowiadaj mi. Odpowiedz sobie - dlaczego tak na mnie naskoczyłaś?


    --
    To pisałam ja, świr.
  • 19.10.17, 12:17
    To nie ma nic wspólnego z neurotypowością czy też nie. Masz żal do matki i to ogromny (pewnie słuszny) i to się przebija we wszystkich Twoich postach. Identyczne żale mają osoby neurotypowe. Ba, Ty doskonale odczytujesz zachowania matki i jej emocje. I doskonale wiesz, że matka jest osobą, która Cię kompletnie nie rozumie i nie akceptuje. Tylko obawiam się, że gdybyś była neurotypowa też by Cię nie rozumiała, choćby dlatego, że nie jesteś jej klonem, albo nie czytasz w jej myślach.

    --
    Ja robię swoje i ty robisz swoje.
    Nie jestem na tym świecie po to, aby spełniać twoje oczekiwania.
    A ty nie jesteś po to, by spełniać moje.
    Ty jesteś ty, a ja jestem ja.
  • 20.10.17, 19:48
    Jeśli Ty masz ZA to jakąś dziwną odmianę, bo strasznie przejmujesz się tym co napisałam...
    Moja córka zachowuje się tak, jak by nie obchodziło ją to, że ktoś może czuć się przez nią źle a to, jak dobrze zrozumiałam, jedna z najważniejszych cech ZA.
    Nie chce tutaj wnikać w Twoje stosunki matka-córka bo to nie moja sprawa, ale ogólnie ujmując, to czy przypadkiem to nie jedynie ogromne poczucie krzywdy a nie ZA??? Może się mylę, ale tak to wygląda.

    To jest forum dla rodziców osób z ZA i licze na wsparcie głownie tych osób. Cenie sobie informacje przekazywane przez osoby z ZA, ale nie takie, gdzie muszę kontrolować się w każdym wypowiadanym zdaniu, bo zostanie zinterpretowane co najmniej dziwacznie.
    Ale szanując twoje pytanie, odpowiadam - rozmawiam z moją córką różnie, w zalezności od tego co ona powie lub zrobi, w zalezności od tego jak bardzo jestem zmęczona, zdenerwowana, w zalezności od tego czy zbliża mi się miesiączka i czy mam przed sobą ciężki czy lekki dzień w pracy - bo takie jest zycie, kolorowe (zaliczając błędnie czarny i biały do kolorów).
    Nie wkurzaj sie tak, nic to nie da, niczego w Twoim ani moim życiu nie poprawi.
  • 20.10.17, 21:41
    Ale nie wszyscy ZA są tacy, jak twoja córka, sporo jest zainteresowanych ludźmi wrazliwcow.
  • 20.10.17, 21:47
    W takim razie na czym polega ZA? Przepraszam, ale ja już tego nie rozumiem :(
    Są wrażliwi ale na punkcie jakich uczuć? Swoich? A innych osób nie? Bo tak to rozumiałam.
    Czy tutaj nie za bardzo wpycha się głębokich neurotyków?
  • 23.10.17, 20:31
    Myślę, że są wrażliwi na punkcie swoich uczuć i wrażliwi na punkcie uczuć innych, ale nie potrafią odczytac cudzych emocji- i na tym właśnie polega ten brak empatii. Poprostu nie widzą, że ktoś jest smutny, ale kiedy im się to wprost powie i wytłumaczy dlaczego, to starają się pocieszyć, pomoc. Tyle, ze robią to tez "po swjemu"- pocieszające tym, co ich pociesza. Ja np kazałam iść smutnej koleżance na spacer
  • 23.10.17, 20:35
    A strasznie lało. Chyba poczula się urażony moja radą, a mnie samotne spacery uspokajaja. Zresztą moja mama popełniają dużo gorsze gafy.
  • 23.10.17, 20:42
    Z moich doświadczeń wynika, że empatia aspich świetnie działa w przypadku innych aspich, ale bardzo kiepsko działa w przypadku neurotypowych. Dla odmiany empatia neurotypowych świetnie działa w przypadku innych neurotypowych, ale bardzo kiepsko działa w przypadku aspich. I wydaje mi się, że neurotypowi rozumieją aspich nawet mniej, niż aspi rozumieją neurotypowych.

    --
    666rem.wordpress.com/ - świat i życie z punktu widzenia odmieńca.
  • 19.10.17, 08:02
    Nie, nie zaprzecza. Natomiast nie licz na to, że zespół Aspergera zniknie, a Twoja córka stanie się neurotypowa (zakładam teraz, że Twoja córka naprawdę ma ZA). Zaczęła wychodzić do ludzi? Może w końcu znalazła towarzystwo, w którym czuje się w miarę dobrze. A może zaczęła rozglądać się za chłopakiem i uznała, że "wychodzenie do ludzi" jest tutaj właściwym środkiem do celu. Ja wśród ludzi z ogólniaków, do których chodziłum, czułum się mniej (w pierwszym ogólniaku) lub bardziej (w drugim ogólniaku) nie na miejscu. Obecnie mam całkiem sporo dobrych znajomych. Ale mój zespół Aspergera nie stał się ani odrobinę "lżejszy" czy "łagodniejszy". Po prostu obecnie obracam się w zupełnie innych środowiskach.

    --
    666rem.wordpress.com/ - świat i życie z punktu widzenia odmieńca.
  • 19.10.17, 08:51
    Przez te 20 lat już się pogodziłam z tym, że to nie znika i nie zniknie :) Pomimo poprawy relacji społecznych przecież jak na dłoni te "najmocniejsze" strony ZA widać (szczególnie w domu).
    Przypadłość mniej więcej już rozumiem (dzięki Wam, a nie specjalistom) ale mam jeszcze problem ze zrozumieniem jak należy postępować w codziennym zyciu z córką, na ile oczekiwać akceptowalnych zachowań a na ile dac sobie spokój. Choć napiszę szczerze, że zauważyłam, iż im mniej w to ingeruję tym bardziej moja córka podejmuje próby aby jej zachowanie było w miarę ok (przychodzi pogadać o tym co na studiach). Może to jest więc ten jeden ze sposobó - dac jej święty spokój i szansę starania się samej... Dobrze by było.
  • 23.10.17, 20:13
    Co masz na myśli pisząc o akceptowalnych zachowaniach? Z tego, co napisałaś i czego nie napisałaś wcześniej, wnioskuję, że Twoja córka nie ma problemów z prawem, narkotykami lub alkoholem, nie zachowuje się autodestrukcyjnie i ogólnie nie robi nic, czego robić nie powinna. A to, że się nie przytula? Też nie znoszę przytulania się. I oczekiwanie, że Twoja córka będzie robić coś, co jest dla niej nieprzyjemne, bo Ty to uważasz za okazywanie bliskości, jest trochę egoistyczne i egocentryczne. Jak Ci napisała brynhildr, my okazujemy uczucia np. przez pomoc w rozwiązywaniu problemów.

    --
    666rem.wordpress.com/ - świat i życie z punktu widzenia odmieńca.
  • 18.10.17, 21:20
    Marta 75b ja też prawdopodobnie miałabym w dzieciństwie diagnozę, gdybym urodziła się te 20 - 30 lat później. Jednak teraz jestem pewna, że choć oczywiście mam takie cechy, to jednak jest ich zbyt mało, lub są za mało nasilenie, żeby uznać mnie za osobę z ZA. Już w liceum praktycznie wtopiłam się w otoczenie, przestałam się różnić od rówieśników. Może więc byłabym uznawana za "wyleczona" z ZA, za dowód skuteczności terapii. Niestety u mojego prawie dorosłego syna nie jest tak różowo, choć startowaliśmy z dość podobnego poziomu i on oczywiście miał (ma) wspomaganie.
  • 19.10.17, 07:08
    KAsia, ja tak samo jak ty, tyle, ze miałam na tyle silne zaburzenia SI, że podejrzewano mnie o choroby i byłam odrzucana. Np w przedszkolu codziennie wymiotowalam przy jedzeniu, wieczne kary i wysmiewanie, itd.
  • 19.10.17, 08:43
    Ja też wymiotowałam notorycznie w przedszkolu... Na szczęście po kilku miesiącach mama zlitowała się i mnie wpisała. Musiała się przez to zwolnić z pracy 😞
  • 19.10.17, 08:46
    Wypisała .
  • 19.10.17, 15:19
    Tutaj padlo coś, cos fundamentalnego: NT zwraca sie do ZA o porade, zamiast do specjalistów, bo ci sa do d...
  • 19.10.17, 20:48
    To niestety konsekwencja braku informacji i pomocy od specjalistów, trzeba pytać tych, którzy wiedzą najlepiej, czyli osób z ZA. Oczywiście w sprawie sedna przypadłości a nie tego jak radzic sobie z dzieciakami P:) Tutaj może lepiej ich się nie radzić ;)
  • 20.10.17, 07:48
    Dlaczego tak uważasz? To prawda, że "specjalisci" nic nie wiedzą :(
  • 20.10.17, 09:07
    Moim zdaniem nikt lepiej niż osoby z ZA nie może nakierować rodziców innych maluchów z ZA na to, jaką drogą pójść, lub przynajmniej jaką droga zdecydowanie nie iść. Z tym, że to nakierowywanie to rozumiem jako przedstawienie punktu widzenia, doświadczenia osoby z ZA, a już po stronie rodzica pozostaje decyzja, jak i którą droga pójść.
    Pokrętnie to napisałam, więc wyjaśnię na przykładzie. Osoba z ZA powie: dziecko Twoje może bać się hałasu. Nie prowadź go na dyskotekę, prawdopodobnie poczuje tam dyskomfort.
    A już rodzic zdecyduje czy nie zaprowadzi dziecka na dyskotekę, czy jednak zaprowadzi ze słuchawkami czy wyszuka na mieście tzw. silent disco :)
    Moim zdaniem radzenie się osób z ZA to wielka zaleta tego forum.
  • 20.10.17, 11:09
    No cóż mogę napisać ... przekonałyście mnie kobiety :) a moje stwierdzenie, że lepiej nie pytać osoby z ZA wynikało pewnie z tego, że wciąż z tyłu głowy mam nawyk postępowania z osobą z ZA jak z z osobą bez ZA, a pytanie dzieciaka czy ma mam mu np. pozwalac na bycie przed komp przez 16 h/dobę wiadomo jaka niesie odpowiedź - mamo, oczywiście, że tak!!! :)

    A tak poza tym, to naprawde to ZA jest bardzo bardzo skomplikowane. Napiszcie proszę jak wy, mamy, reagujecie na ten wielki dystans córek do was?
  • 20.10.17, 21:12
    Nie wiem, czy coś pomogę, ale opiszę historię siebie i mojej mamy, tylko tu będzie na opak-zdystansowana matka i emocjonalna córka. Moja mama niezbyt lubiła dzieci, myślę, że były dla niej nieczytelne. Nie bawiłam się ze mną, nie czytałam książeczek, nie śpiewała - od tego był mój tata. Z mamą żyłam na dystans, często się na mnie złością, denerwowały ja moje zachowania. Teraz wiem, że po prostu nie odczytywania moich emocji, nie wiedziała kiedy odpuścić, kiedy przytulić, wszystko uważała za niegrzecznosc i fanaberia. Tata umarł kiedy miałam 8 lat i zrobiło się całkiem niemiło. W ogóle nie odpowiadała na moje dziecięce potrzeby emocjonalne, non stop awantury itd. Jako nastolatka chciałam się zabić i wtedy jakoś do niej dotarło, że też jestem człowiekiem, że mogę cierpieć itd. Zaczęła ze mną rozmawiać - tyle, ze podstawa rozmów nie były emocje tylko intelekt. Juz nie musiała czytać z mojej mimiki, musiała po prostu słuchać i ogarniać umysłem. A to umiała. Okazało się nagle, że jako nastolatka miała podobne problemy jak ja, podobne przeżycia, nauczyła się sama o tym opowiadać. Był to jakiś przełom i w kontaktach między nami i między ludźmi. Nagle zaczęła mieć koleżanki, rozmawiać a sasiadami
  • 20.10.17, 21:22
    O matko, pomyłkowo wysłałam pół tekstu, bo pisze na telefonie. W każdym razie całe dorosłe życie byłyśmy przyjaciółkami, aż się pochorywala.
    Moja rada jest taka: bazuje nie na emocjach, tylko na intelekcie, nie oczekuje, że się domyślić, tylko powiedz, wytłumacz. Poszukaj tego, co was łączy -ona opowiada o porażce milosnej- ty opowiedz o swojej, ona mówi o sytuacji z koleżanką - poszukaj podobnego przeżycia u siebie i tez opowiedz. To chyba tak jest u autystykow, chcesz złapać kontakt- naśladuj go, czy to niemowlę czy nastolatek. Niemowlę robi bam bam rączką - mama tak samo, nastokarka mówi "chłopak mnie nie chce" mama mówi " ja też kochałam się w takim Piotrku i mnie nie chciał ". Tak to mniej więcej wyglada.
  • 20.10.17, 21:25
    Przepraszam ze piszę tak niegramatycznie, to wina telefonu. Mam nadzieję, że ogólne przesłanie jest zrozumiałe.
  • 20.10.17, 21:52
    Marta, czy nie uważasz, że tak też należy rozmawiać z każdą przeciętną nastolatką? :)
  • 20.10.17, 22:07
    Uwazam, ale chodzi mi o to, że przy osobie z ZA trzeba bardziej wejść w jej świat i się dopasować, niż z normalną nastolatka. Z drugiej strony przypominam sobie niektóre " bardziej specyficzne" koleżanki, nie wiem, czy to był tez ZA, czy po prostu charakter..
    Ale jeśli taka jest twoja córka, to nie mam rad.
  • 20.10.17, 23:01
    I to jest chyba najtrudniejsze w tym wszystkim, że nie ma zestawu ostrych cech i sprawa załatwiona: mam albo nie mam ZA. Będe stosowac sie do tego co pisałyście, zobaczymy...
  • 23.10.17, 20:33
    > (...) pytanie dzieciaka czy ma mam mu np. pozwalac na bycie przed komp przez 16 h/dobę (...)

    Twoja córka jest dorosła i może (a przynajmniej powinna móc) sama decydować o tym, ile czasu spędza przed komputerem.

    No i jeszcze jedna sprawa: w bardzo wielu domach non stop ryczą telewizory i ludzie generalnie nie widzą w tym nic złego. Ale jeśli ktoś nie ogląda TV, tylko siedzi przed kompem, ludzie mówią o uzależnieniu od komputera i innych takich. A przecież przeglądanie internetu jest, a przynajmniej może być, dużo bardziej rozwijające niż oglądanie telewizji. Np. ja czytam w sieci artykuły naukowe. Dodatkowo dla aspich poznawanie ludzi przez internet, np. na forach tematycznych, jest dobrą metodą, by mieć znajomych.

    --
    666rem.wordpress.com/ - świat i życie z punktu widzenia odmieńca.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.