Dodaj do ulubionych

Młodzież z ZA

28.03.17, 21:06
Czy zaglądają tu mamy nastolatków (gimnazjalistów i starszych) ze zdiagnozowanym ZA? Bo widzę raczej same wątki na temat małych dzieci. Jeśli tak to napiszcie jak funkcjonują Wasze dzieci? Ja mam syna 16 lat 3 klasa gimnazjum, o aspergerze wiemy od ponad 11 lat, choć formalna diagnoza później. Chodzilismy oczywiście na wiele terapii, nawet teraz ma jeszcze zajęcia z psychologiem, ale niestety nie wszystko dało się wyprostować. W podstawówce miał orzeczenie o kształceniu specjalnym, klasa integracyjna. Było ok. Gimnazjum zwykłe, masowe, 30 osobowa klasa i niestety nie jest najlepiej. Teraz za chwilę szkoła średnia, syn idzie do LO, chociaż to raczej wybór "negatywny" - tzn. nie ma jakichś specjalnych zainteresowań, a poza tym do technikum nie nadaje się ze względu na słabą sprawność manualną. Uczy się przeciętnie, chociaż jest inteligentny, w ogóle bardzo mało czasu poświęca na naukę, ma wszystko gdzieś, najchętniej tylko by grał na komputerze lub konsoli :(. Kiedyś byłam pełna optymizmu i nadziei na przyszłość, a teraz... jakiś dół mnie dopadł.
Edytor zaawansowany
  • 28.03.17, 21:18
    Byłoby bardzo dobrze gdyby rodzice starszych dzieci podzielili się swoimi doświadczeniami ponieważ nasza wyobraźnia/ rodziców dzieci młodszych/ tak daleko nie sięga.
    Słyszałam o dziewczynce która w tej chwili jest w gimnazjum a została zdiagnozowana w wieku 12 lat.
    Ponoć jej mama chętnie przekazuje swoją wiedzę , ale nie wiem czy jest na tym forum.
    Spróbuję się dowiedzieć a jeżeli nie uczestniczyć - zachęcić do udziału.
  • 28.03.17, 21:49
    Są tylko mniej się wypowiadają, bo już dawno wątki zdominowały maluchy....
    Gimnazjalistą jest syn tig., pisała tu Rohatyna, której syn jest już dorosły (napisała też książkę "Syndrom czerwonej hulajnogi"), pisze jan-kran - syn student o ile się nie mylę.... Trochę jest starszaków ;-). Syna masz w wieku, który nawet dla NT jest trudny, więc on ma podwójnie trudno i ty też. Skoro idzie do LO to musi być w miarę, dlaczego zrezygnowałaś z orzeczenia? To zawsze jest wsparcie...
  • 29.03.17, 14:33
    Źle się wyraziłam, orzeczenie syn ma i dzięki temu nie sprawdzają mu zeszytów, ma 2 godziny tyg. zajęć z psychologiem no i może dłużej pisać egzamin. Pewnie, to też dużo, ale jednak w integracyjnej klasie była zupełnie inna atmosfera. Jakby syn chciał to moglibyśmy też chyba wystąpić o nauczyciela wspomagającego, ale kategorycznie odmówił ;).
  • 29.03.17, 14:34
    Źle się wyraziłam, orzeczenie syn ma i dzięki temu nie sprawdzają mu zeszytów, ma 2 godziny tyg. zajęć z psychologiem no i może dłużej pisać egzamin. Pewnie, to też dużo, ale jednak w integracyjnej klasie była zupełnie inna atmosfera. Jakby syn chciał to moglibyśmy też chyba wystąpić o nauczyciela wspomagającego, ale kategorycznie odmówił ;).
  • 29.03.17, 14:23
    Są, są, jak trochę pogrzebiesz w wątkach to znajdziesz :)
    Łączę się z Tobą w bólu wychowywania nastolatka z ZA. Jest ciężko, bardzo ciężko, córka aktualnie 13-latka kiepsko funkcjonuje. Tu jest mój wątek o córce, wtedy jeszcze podejrzewanej o ZA, teraz nadal bez oficjalnej diagnozy, ale mamy wstępną diagnozę od psychiatry
    forum.gazeta.pl/forum/w,10034,162192597,162192597,Co_daje_diagnoza_.html#p162215599



  • 29.03.17, 14:36
    Dzięki poczytam wątek :)
  • 29.03.17, 17:54
    Ale na czym konkretnie polega problem?
    Jakiego celu „wielu terapii” nie udało się osiągnąć – i to do tego stopnia, że straciłaś nadzieję na przyszłość?
    Trzy lata edukacji w trzydziestoosobowej klasie to nie rozwój, to przetrwanie. Prawdopodobnie Twój syn musi wkładać w to przetrwanie zbyt wiele energii – i niewiele już jej zostaje na zainteresowania intelektualne. Dla mnie edukacja szkolna to były lata stracone i nikt mi ich nie odda.
    W wątku piszesz tylko o szkole. Rola ucznia nie jest jedyna. I – uwaga – nie jest najważniejsza. Szkołę średnią, policealną, studia można sobie „dorobić” w dowolnym momencie. Najważniejsze jest to, żeby umieć żyć.
    16 lat to jest ten wiek, gdzie nadchodzi czas na budowanie własnej tożsamości. Nie tożsamości pacjenta, osoby „prostowanej”, czyjegoś ideału, prawie udanego normalsa - tylko swojej własnej. Jeżeli u progu dorosłości nie wyrwiesz sobie odpowiedniej dozy autonomii i wiedzy o sobie samym, nie będziesz się rozwijać.

    --
    To pisałam ja, świr.
  • 29.03.17, 21:04
    Nie chciałam zeby to tak wygladało, nie straciłam nadziei na przyszłość, tylko trochę zwątpiłam, mam nadzieję że chwilowo. Oczywiście że najważniejsze jest dla mnie żeby syn był szczęśliwy i właśnie o to mi chodzi. Absolutnie nie chcę z niego robić "prawie udanego normalsa" ;). Rzeczywiście pisałam własciwie tylko o szkole - chyba dlatego że za 3 tyg. są egzaminy gimnazjalne i wszyscy znajomi mi rodzice trzecioklasistów przezywają to, na pewno bardziej niż dzieciak :)i. A mój syn ma to... gdzieś. Uważa, że skoro próbne egzaminy poszły dosyć dobrze to i teraz tak na pewno będzie. No jednak musi dostać się do szkoły średniej,do zawodówki uważam że się absolutnie nie nadaje, raz z powodu słabej sprawności manualnej, a po drugie dlatego, że tam dopiero musiałby walczyć o przetrwanie. Z całym szacunkiem dla uczniów zawodówek uważam, że to nie jest towarzystwo dla wrażliwego chłopaka z ZA. Teraz w gimnazjum chodzi do klasy z rozszerzonym językiem obcym, to taka trochę klasa "prymusów" i "kujonów", ale ludzie są na poziomie i na pewno ogromnym plusem jest to, że nie ma mowy o żadnym dokuczaniu czy o zgrozo przemocy. Syn trzyma się na uboczu, niestety nie wszedł w bliższą relację z nikim, ale jak czytam, że często uczniowie z aspergerem są ofiarami bullyingu... to nie jest chyba tak źle.
    > Ale na czym konkretnie polega problem?
    > Jakiego celu „wielu terapii” nie udało się osiągnąć –
    Pozostała słaba sprawność manualna, słaba koordynacja wzrokowo ruchowa, problemy z planowaniem. Oczywiście mocnych stron tez jest bardzo dużo i uwierz mi, to nie jest tak, że skupiamy się na tylko tych słabych.
  • 30.03.17, 12:15
    Nie wiem, czy to pocieszające, ale nie, nie jesteś sama z poczuciem, ze "za 3 tyg. są egzaminy gimnazjalne i wszyscy znajomi mi rodzice trzecioklasistów przezywają to, na pewno bardziej niż dzieciaki :). A mój syn ma to... gdzieś. Uważa, że skoro próbne egzaminy poszły dosyć dobrze to i teraz tak na pewno będzie."

    Mogłabym napisać to samo o moim całkowicie neurotypowym 15-letnim synu, który w dodatku właśnie zalicza zjazd ocenowy z 4-5 na 3 tuż przed egzaminami. I oczywiście mnie to rusza jak diabli, bo maturę można powtórzyć, a tego egzaminu nie (no, chyba żeby nie zdać i powtarzać klasę). I żeby to moje dziecię było gotowe na szkołę zawodową, to pal czort - najwyżej doświadczyłby na własnej skórze, że samo się nie zrobi. Ale nie jest. Zdecydowanie twierdzi, że zawodówka to nie dla niego. I mimo to ryzykuje własną przyszłość licząc na to, że jakoś się uda. Wrrr.

    A jego młodszy brat, 13-latek z ZA, któremu też ostatnio siadła motywacja do nauki, się temu przygląda. I jeśli temu starszemu się uda, to młodszy jak nic uzna, że nie przepracowywać się, to dobra strategia. I najmłodszy, czwartoklasista, zapewne też :-(

    ---------------------------------------------------
    Czas to wredne bydlę. Nie potrafię go obłaskawić...
  • 30.03.17, 14:49
    brynhildr , czy na podstawie twoich doświadczeń życiowych z okresu szkolnego mogłabyś wypowiedzieć się które z poniższych podejść jest lepsze dla dziecka.
    1. Wysłanie dziecka / 7 kat/ do maksymalnie opiekuńczej szkoły prywatnej z małymi klasami i obsadą specjalistów.
    2. Wysłanie dziecka do szkoły ogólnodostępnej z klasami powyżej 20 osób i prawdopodobnie nauczycielem wspomagającym/ jeżeli uda się zatrudnić/
    Dodam że te dwie propozycje wynikają z porad specjalistów- w jednym i drugim przypadku specjalistów pedagogiki specjalnej.
    Jedni uważają że dziecko trzeba maksymalnie chronić, drudzy że po kilku latach terapii pozwolić się zderzyć z rzeczywistością i że to pozwoli lepiej przystosować się do życia.
  • 30.03.17, 15:07
    Też chętnie posłucham odpowiedzi Brynhildr.

    Moja córka ma teraz zaledwie cztery lata, chodzi do prywatnego przedszkola (ogólnodostępnego). Ma tam oczywiście jakąś terapię, ale widzę, że najlepiej robi jej jednak kameralna i sympatyczna atmosfera. Wszyscy są dla niej mili, pełni zrozumienia, wszyscy ją kojarzą (zarówno personel jak i dzieci), może we własnym tempie przekonywać się do nowych aktywności - i widzę, że dzięki temu coraz bardziej się otwiera. Panie opowiadają, że coraz częściej włącza się do zabaw z innymi dziećmi, sama te zabawy inicjuje. Dzisiaj dostałam kilka zdjęć z przyjęcia urodzinowego, które miała tam organizowane - nikt by nie poznał, że ta roześmiana dziewczynka ma diagnozę autyzmu.

    Jeszcze zanim dostaliśmy diagnozę - byłam przekonana, że poślę dziecko do rejonowej podstawówki. Teraz, czym dłużej obserwuję ją w prywatnym przedszkolu - tym bardziej skłaniam się ku temu, żeby to w ten sposób kontynuować również w szkole podstawowej. No ale pytanie, czy takie cieplarniane warunki jej znowu jakoś nie upośledzą, czy będzie po tym mogła funkcjonować np. w publicznym liceum.

    --
    trzecipasazer.wordpress.com/
  • 31.03.17, 08:05
    @ agata_abbott:
    > No ale pytanie, czy takie cieplarniane warunki jej znowu jakoś nie upośledzą, czy będzie po tym mogła funkcjonować np. w publicznym liceum.

    Umiejętności, które są potrzebne do przetrwania w publicznym liceum, mają niewiele wspólnego z umiejętnościami, które są potrzebne w dorosłym, samodzielnym życiu (przynajmniej w moim przypadku. U neurotypowych może jest inaczej. Nie wiem, nigdy nie byłum neurotypowu). A celem edukacji powinno być przygotowanie dziecka do dorosłego, samodzielnego życia, a nie do bycia popularną w szkole nastolatką.

    --
    666rem.wordpress.com/ - świat i życie z punktu widzenia odmieńca.
  • 31.03.17, 09:34
    No to w dorosłym życiu - bo tak czy inaczej trzeba wcześniej "przeżyć" liceum, które juz niekoniecznie może być prywatne - i wcale nie chodzi o bycie popularnym.
    No ale upraszczając - cieplarniane warunki jak najdłużej? Czy w pewnym momencie rzucenie dziecka na głęboka wodę (jeśli tak, to kiedy - przed okresem dojrzewania? Po?)?

    --
    trzecipasazer.wordpress.com/
  • 31.03.17, 10:36
    Po okresie dojrzewania to już chyba człowiek jest dorosły i nie rodzic będzie go „rzucać”. A jeśli będzie – to znaczy, że popełnione zostały błędy.
    Ja potrzebuję jednoznaczności definicyjnej:
    „warunki cieplarniane” to:
    „głęboka woda” to:
    Bo na przykład dla mnie „warunki cieplarniane” są teraz. Warunkami cieplarnianymi była moja każda praca i każdy etap i forma edukacji, którą wybrałam sobie sama zgodnie z własnym życzeniem i własną oceną sytuacji. Jak mi się cieplarnia psuje, to ją zostawiam. (Zmieniam pracę, dorabiam dodatkowe kwalifikacje, żeby móc to zrobić.)
    Jeżeli „warunki cieplarniane” to edukacja dostosowana do potrzeb dziecka, a szkoła masowa to „głęboka woda”, a obawy przed „warunkami cieplarnianymi” łączą się z tym, że dziecko prędzej czy później trafi do nieprzyjaznego środowiska – to dla mnie taki poziom logiki, jak walenie małej dziewczynki na odlew pięścią w twarz. No bo przecież ona kiedyś wyjdzie za mąż, a mąż może być zły i może będzie ją tłukł. Więc niech się mała przyzwyczaja od maleńkości. Jak dostanie pierwszy raz od męża, nie będzie zaskoczona i będzie wiedziała, jak się zachować. A jeśli przypadkiem trafi na męża, który nie będzie jej bił, to będzie miała miłą niespodziankę.
    Wcale nie trzeba przeżyć liceum. Można przeżyć technikum. Można przeżyć szkołę zawodową. Można przeżyć liceum zaoczne. Można też pójść do pracy, wyprowadzić się od rodziców, zorientować się, czego się chce.
    Jeśli coś źle rozumiem, to proszę pisać.

    --
    To pisałam ja, świr.
  • 31.03.17, 10:58
    Po okresie dojrzewania z reguły jest decyzja o liceum (no, zależy kiedy kto dojrzewa, ale z reguły tak jest, szczególnie w przypadku dziewcząt). Ja swoje liceum wybrałam teoretycznie sama, ale zdanie rodziców się bardzo liczyło. A jeśli wybór będzie pomiędzy prywatnym (płatnym liceum) a liceum publicznym, to decyzja zależy jednak najczęściej od finansującego...

    "warunki cieplarniane" - mała, kameralna, prywatna szkoła (przedszkole)
    "głęboka woda" - szkoła z klasami 30 osobowymi, przedszkole z grupami 25 osób, szkoła publiczna (niekoniecznie integracyjna)

    Co do "teraz" - próbuję wysondować, co zrobić z córką, jak już będzie szła do szkoły (teraz jest w przedszkolu) - więc zakładam, że nie jest to decyzja, którą będzie mogła podjąć świadomie - będę musiała podjąć ją za nią. I stąd też moje pytanie do Ciebie - co Ty byś zrobiła, gdybyś miała dla siebie wybrać podstawówkę, jeszcze raz? Wprawdzie nie znasz mojej córki, ale ja pewnie też nie do końca ją znam, nie do końca wiem, co siedzi w jej głowie i jak ona różne rzeczy odbiera.

    Chciałabym ją wyposażyć jak najlepiej, w umiejętności, które jak najlepiej jej się przydadzą w dorosłym życiu. Intuicyjnie skłaniam się póki co do "cieplarnianych warunków" - stosowanych na tyle długo, żeby miała dobre warunki do nauki, i żeby udało jej się zbudować mocne poczucie własnej wartości. Żeby była pewna siebie, radosna, silna. Żeby jej nikt nie stłamsił.

    Ale pytam - bo może zdaniem autysty/osoby z ZA lepiej byłoby zdobyć tę odporność w masowej, rejonowej podstawówce? Kto wie - każdy ma inną perspektywę.

    (a może - tak jak to było w filmie "Księgowy" - należy dziecko posłać na intensywny kurs sztuk walki? :))

    --
    trzecipasazer.wordpress.com/
  • 31.03.17, 12:04
    Lista moich życzeń:
    Nauczanie indywidualne przez cały okres kształcenia.
    Zadaniowa grupa „dodatkowa” ok. 12 r. ż.
    „Nową” podstawówkę obecne dzieci będą kończyć mając ok. 15 lat. To jest w trakcie okresu dojrzewania, a nie po (pamiętaj, z kim rozmawiasz!).
    Po szkole podstawowej podejmuje się decyzję o szkole ponadpodstawowej, a nie o liceum. Technikum, szkoła zawodowa, praca łączona z nauką w trybie zaocznym to są drogi dla osób potrzebujących autonomii i niezależności, a nie dla patologii.
    U mnie w mieście jest technikum integracyjne. Trzej autystyczni faceci siedzą sobie w klasie, uczą się zawodu i są (podobno) przeszczęśliwi.
    Jako uczennica podstawówki nie byłam zdolna do tworzenia relacji interpersonalnych. Nie byłam też zdolna do zauważania, czy jestem aktualnie tłamszona, czy nie.
    Jeśli z jakiegoś powodu uczniowie Monster High rzucą się na Twoją córkę z zębami, można zmienić szkołę, zrobić opinię na NI, dokończyć zaocznie, znaleźć integracyjną i zamieszkać w bursie. Za dużo tego „liceum” w Twoich postach, naprawdę.


    --
    To pisałam ja, świr.
  • 31.03.17, 12:27
    Liceum to skrót myślowy, naprawdę...:)

    --
    trzecipasazer.wordpress.com/
  • 31.03.17, 18:27
    Po szkole podstawowej podejmuje się decyzję o szkole ponadpodstawowej, a nie o liceum. Technikum, szkoła zawodowa, praca łączona z nauką w trybie zaocznym to są drogi dla osób potrzebujących autonomii i niezależności, a nie dla patologii.
    Jaką pracę znajdzie nastolatek po gimnazjum czy podstawówce? Kasa, fabryka, sprzątanie, wykładanie towaru, magazyn? Nic innego nie przychodzi mi do głowy. Czy to są prace zapewniające "autonomię i niezależność"? Nie chodzi mi o pieniądze, tylko o jakość tych prac i traktowanie pracowników. Mówimy o osobach autystycznych a więc z pewnymi brakami, sama pisałaś, że w swojej pracy wykorzystujesz umiejętności twarde (których osoba z wykształceniem podstawowym czy gimnazjalnych przecież nie ma) a nie miękkie (z którymi człowiek z autyzmem czy ZA ma duży kłopot). Do tego częste problemy ze sprawnością manualną, koordynację itd. Teraz jeszcze jest "rynek pracownika", przynajmniej na niektórych stanowiskach, również tych dla pracowników niewykwalifikowanych ,ale możliwe że znowu coś p...nie tzn. zepsuje się na rynku pracy i dojdzie kwestia "za bramą na twoje miejsce czeka 10 albo i 100 osób".
  • 01.04.17, 10:54
    Jesteś moją matką? "Taaaka praca, co to w ogóle jest, co ty wymyśliłaś, miałaś przecież (tu lista ambicji rodziny), moja córka nie będzie pracować fizycznie!".
    Na rynek pracy wchodziłam wtedy, kiedy wertując ogłoszenia można było wybierać między akwizycją, a prostytucją, a spotkane w pośredniaku dziewczyny opowiadały o tygodniowych okresach próbnych "za czekoladę". Wiem, o czy mówię, naprawdę.
    Umiejętności twarde to umiejętność wykonania czegoś. Np. rewelacyjna pamięć (kiedy robisz za fizyczną w magazynie i błyskawicznie się uczysz, gdzie co jest i ile tego jest, kiedy obsługę programu do fakturowania i kody towarów masz w małym palcu po kilku dniach). Np umiejętność umycia dużych powierzchni czy przenoszenia rzeczy szybko, sprawnie, bez zmęczenia (my często nie wiemy, że jesteśmy zmęczeni) . Kiedy każdy zasuwa, nikt nie zwraca uwagi na niespójną mimikę czy niedoskonały kontakt wzrokowy. Wrzucenie worka na wózek nie wymaga zdolności manualnych.
    Lubię pracować fizycznie. Nie wiem, co takiego jest w "jakości" sprzątania czy fakturowania i ładowania towaru. I tak, praca zapewnia autonomię i niezależność. Za pracę są pieniądze. Za pieniądze jest stancja. Ewentualnie - za pieniądze odpada argument "dopóki jesteś na moim utrzymaniu".
    Nie ma przecież ustawy, która nakazywałaby rzucać dzienną szkołę w dniu 18 urodzin. Ale powtarzają się tu obawy, że dziecko się "nie wyrobi" w systemie i co wtedy? Otóż nie otwiera się otchłań pochłaniająca biednego autystę na wieki, tylko wchodzą w grę inne możliwości, które trzeba spokojnie rozpatrzyć.

    --
    To pisałam ja, świr.
  • 01.04.17, 16:25
    Brynhildr: nie zrozum mnie źle, ale mam wrażenie, ze założyłaś, że my wszystkie tutaj mamy przerost ambicji i widzimy nasze dzieci na studiach co najmniej, a praca fizyczna jest zła. Nie mogę mowić za wszystkich, ale ja tak z pewnością nie twierdzę. Po prostu pisząc o prywatnym liceum zrobiłam duże uproszczenie - i tak naprawdę myślałam o szkole ponadpodstawowej/pomadgimnazjalnej (w zależności od tego, jak znowu zrobią reformę;)). Z drugiej strony, nie wiem, czy w ogóle istnieją prywatne technika/zawodówki. Z moich obserwacji z czasów licealnych wynika, ze jednak zawodówki były pełne dosyć specyficznej młodzieży (przynajmniej tak było w mieście, w którym chodziłam do liceum). Dobre technikum było jedno i tam faktycznie trudno było sie dostać. W każdym jednak razie - gdyby moja córka wolała prace fizyczną i nie chciała iść na studia, to pewnie albo szukałabym jej odpowiedniego technikum/ zawodówki, albo prywatnego liceum (żeby zdała maturę / żeby mnie nie ścinęli za nieposyłanie dziecka do szkoły) + jakieś kursy zawodowe, wg jej widzimisie. Daleka jestem od tego, żeby sie upierać przy liceum, które uczy w sumie niewiele, tylko dla zrealizowania własnej ambicji. Jednak domyślam sie, ze w zwykłej szkole może być jej trudno, stąd też chciałabym jej to maksymalnie ułatwić (na ile starczy mi środków:)). No ale póki co to takie dumanie - póki co ma 4 lata, mam nadzieje, ze jeszcze trochę czasu minie, zanim przyjdzie do wyboru zawodu:)
    I tez uważam, że samodzielność jest bardzo ważna. Nie można spędzić reszty życia gapiąc sie w ścianę - niech chociaż wyplata koszyki, jeśli będzie jej to odpowiadało. Ważne, żeby robiła coś, w czym jest dobra, co lubi, co pozwoli jej zarobić jakieś pieniądze.

    --
    trzecipasazer.wordpress.com/
  • 01.04.17, 18:08
    Ja niczego nie zakładam. Ja czytam: "liceum". Ustosunkowuję się do tego, co czytam. Skąd mam wiedzieć, co myślisz?
    Post o pracy fizycznej - oprócz ostatniego akapitu - jest bezpośrednią odpowiedzią na post 6kasi333(...)

    --
    To pisałam ja, świr.
  • 01.04.17, 18:57
    Wiem, że odpowiedzią na post Kasi. Ale mimo wszystko jednak.
    Nie obrażaj się, proszę. Nie chciałabym, żeby wyszło, że ktoś tutaj deprecjonuje Twoją pracę i Twoją drogę do samodzielności.

    --
    trzecipasazer.wordpress.com/
  • 02.04.17, 09:00
    No przecież się nie obrażam, tylko wyjaśniam proces przetwarzania danych. Jakbym się obraziła, to napisałabym, że właśnie się obrażam... Oj, NT, NT...
    A robienie za fizyczną było naprawdę przyjemne. Człowiek zrobił i widział, że zrobione. Świat się zmienił (w każdym razie jego część) w uchwytny sposób. Jako umysłowa nie mam tego efektu natychmiastowej gratyfikacji.

    --
    To pisałam ja, świr.
  • 02.04.17, 22:03
    Ale nie napisałaś również, że się nie obraziłaś;) Zakładam, że nie piszesz wszystkiego, co Ci w danej sytuacji "w duszy gra". No ale mniejsza z tym:)

    A co do pracy fizycznej - tu się w pełni zgadzam. Też chyba najlepiej wspominam okres, kiedy pracowałam fizycznie, dokładnie z tych samych powodów. No i z jeszcze jednego - jak się skończy i pójdzie do domu, to już się raczej nie myśli o pracy. Przy pracy umysłowej często łapałam się nad tym, że wciąż myślę o jakimś problemie - trudniej było to wyłączyć i już po pracy do tego nie wracać. Przez co trudniej było o odpoczynek.


    --
    trzecipasazer.wordpress.com/
  • 01.04.17, 17:00
    Brynhildr: A czy takie pragnienie/potrzebę autonomii i niezależności miałaś od dziecka?
    Zdaję sobie sprawę, że mój syn jest jeszcze mały, ale mnie z kolei martwi to, że on ma wręcz przeciwnie. Znam też paru dorosłych z ZA, którzy mają dobrą pracę i spokojnie mogliby sobie pozwolić na mieszkanie samemu - a mimo to nie chcą się wyprowadzić od rodziców (nawet jeśli to im psuje związki, których jak twierdzą pożądają). Fakt, że ci rodzice nie nalegają na to specjalnie. Wiem, że deklaracji 7 latka, o tym, że będzie ZAWSZE mieszkał z nami, nie trzeba koniecznie traktować całkowicie poważnie i trochę się pocieszam (i jednocześnie mam nadzieję), że może to się zmieni jak będzie starszy i tej niezależności nieco bardziej zapragnie, ale z drugiej strony ja miałam inaczej, miałam właśnie silną potrzebę autonomii nawet jak byłam dzieckiem - i to wręcz do przesady - nadal muszę się pilnować, żeby nie odkrywać koła na nowo, a skorzystać z dostępnych możliwości czy cudzej pomocy.
  • 01.04.17, 18:42
    Teraz o planowaniu w aspekcie autonomii:
    Ja jestem w stanie funkcjonować jako:
    - osoba odpowiedzialna za proces (upiekę sobie ciasto o wdzięcznej nazwie „pleśniak”)
    - podwykonawca prostych czynności (ubij mi białka, tu jest garnek, tu są białka, wykonujesz takie ruchy trzepaczką, aż powiem ci, żebyś przestała)
    Ale nie jestem w stanie upiec tego pleśniaka wspólnie z mamą. Będę się miotać jak owsik po czystym odbycie, na pewno coś stłukę i na pewno coś pomylę.
    Tak samo jest z życiem.
    Normalni ludzie przyuczają swoje dzieci „po trochu”. Najpierw patrz, potem wykonuj zlecone czynności, następnie zrób to wspólnie ze mną, potem zrób to sama. Etap „wspólnie ze mną” pozostaje niezaliczony. Co myśli rodzic? „Dziecko jeszcze nie jest w stanie tego wykonać, skoro nie potrafi ze mną, samo – tym bardziej”. Co myśli dziecko? Ocenia swoje możliwości dokładnie tak samo.
    Mogę się domyślać, że dorosłe osoby, które znasz, zebrały w ciągu swojego życia mnóstwo informacji na temat własnej niedoskonałości. Widzą, że nie są w stanie współprowadzić gospodarstwa domowego razem z rodzicem na zasadzie partnerstwa (do tego dochodzi relacja rodzic – dziecko, niezależnie od wieku tegoż dziecka) więc czują, że pewnie sobie nie poradzą.
    Ja byłam strasznie niesamodzielna, nic nie umiałam zrobić, nie wiedziałam, gdzie jestem, skąd przychodzę, dokąd zmierzam, nie patrzyłam przed siebie, byłam gotowa wpadać pod samochód, lazłam, gdzie mnie pchali, jak nie pchali – to nie lazłam, byłam ogólnie tępawa, bezmyślna, bez inicjatywy, twoje koleżanki same się domyślają, kiedy trzeba pomóc mamie, no po co to tu kładziesz, po co to w ogóle teraz robisz… W Wielkanoc chciałam się wykazać inicjatywą i być pomocna, wzięłam się za obieranie jajek. Tzn. jajka. Surowego. Miałam chyba ze 14 lat.
    Na obozie harcerskim (To były czasy rodzenia się różnych organizacji innych niż ZHP, często katolickich. Moja mama widziała oczami wyobraźni letnie rekolekcje dla dziewczynek w mundurkach) dano mi łopatę, kazano wykopać latrynę, następnie obudzono mnie w nocy, wręczono mapę i kompas i kazano iść tu, gdzie ta kropka. Wykopałam, znalazłam kropkę i zaczęłam powoli odkrywać, że mogę wszystko, tylko po swojemu. I dałam sobie prawo do wymyślania koła od początku. Co dało początek miłym pragnieniom o byciu sierotą (poczucie kompetencji, święty spokój i renta).


    --
    To pisałam ja, świr.
  • 01.04.17, 20:11
    Myślę, że częściowo jest tak jak piszesz, ale chyba nie w każdym przypadku. Jedną z tych osób znam dość dobrze i wiem, że uważa, że poradzić to sobie poradzi (w ogóle raczej ma podejście, że jest czystą doskonałością, ideałem i geniuszem), ale najzwyczajniej tak jest wygodniej, raz że mamusia nadskakuje, a dwa, zamiast wydawać kasę na mieszkanie i utrzymanie może całość ładować w hobby (czy też obsesyjne zainteresowania). Nie wiem natomiast jak wyglądało ani wychowanie tej osoby, ani w ogóle dzieciństwo - poznaliśmy się już jako dorośli.
    Moje dziecko za to chyba ma odwrotnie niż Ty. On chce, żeby ze wszystkim mu pomagać i robić razem z nim. A nawet jeśli coś robi sam, to ja mam przynajmniej patrzeć jak to robi (i faktycznie - wtedy efekt jest nieco lepszy, jakby łatwiej mu było utrzymać skupienie jak wie, że patrzę). Próbujemy stopniowo zwiększać tę jego samodzielność, na zasadzie etapów - 1. pokazujemy jak coś się robi, 2. robimy razem, 3. patrzę jak on robi, ewentualnie korygując, 4. robi sam, a ja zaglądam co jakiś czas sprawdzić efekty, 5. robi sam, a ja kontroluję efekt końcowy, 6. robi całkowicie sam bez kontroli.
    Do 6. udało się dość na razie przy dość prostych, podstawowych czynnościach, ale generalnie są jakieś tam postępy i on się nawet z nich cieszy.
    Ale jeśli ja nie wymuszę tego początku i potem przejścia z etapu na etap - to nie ruszy - ja nie umiem, nie potrafię, nie poradzę sobie. Długo nie wiedziałam skąd mu się to wzięło, bo myśmy NIGDY nie mówili do niego w ten sposób, ale od jakiegoś czasu już wiem. To efekt zajęć z terapeutą - nie żeby zrobiła to ta pani specjalnie, po prostu w pewnym momencie widząc opory w zrobieniu jakiegoś zadania rzuciła: Jak nie umiesz tego zrobić i wiesz, że sobie nie poradzisz, to nie rób. Z czego moje dziecko wyciągnęło prosty wniosek: jak nie chce mi się czegoś robić, to muszę powiedzieć, że nie dam rady/nie umiem.
  • 05.04.17, 12:45
    Dzieki Ci za te słowa o niesamodzielności, moj syn jest taki sam, nic nie wie, nie pamięta, a ja się zamartwiam. Mam nadzieje, ze sobie w życiu poradzi.
    Co do umiejętności wspolpracy- jestem taka sama. Albo robie cos samodzielnie, albo wykonuję polecenia, współpracować nie potrafię, nigdy nie wiem, kiedy jest moja kolej i co właściwie mam zrobić :)
  • 05.04.17, 18:55
    Lista moich życzeń byłaby podobna:

    1) Edukacja domowa lub nauczanie indywidualne (to nie jest to samo) przez cały okres kształcenia.

    2) Dostosowanie programu nauczania do moich możliwości. Nauka programowania od możliwie wczesnego etapu edukacji. Pozwolenie na pisanie na komputerze lub pismem zbliżonym do technicznego od jak najwcześniejszego etapu edukacji. Technikum (np. elektroniczne) zamiast ogólniaka.

    3) Umożliwienie mi kontaktów z nerdami, np. na konwentach fantastyki.

    --
    666rem.wordpress.com/ - świat i życie z punktu widzenia odmieńca.
  • 05.04.17, 18:37
    Na Twoje pytanie odpowiedziała już brynhildr i ja się generalnie zgadzam z tym, co napisała.

    Ogólnie rzecz biorąc, nie mam zielonego pojęcia, czego Twoja córka mogłaby się nauczyć w publicznej podstawówce, czego nie może się nauczyć lepiej, szybciej i przyjemniej gdzieś indziej (np. w prywatnej szkole z małymi klasami) i co będzie jej kiedykolwiek w życiu przydatne. Przy czym chodzi mi o konkrety. "Umiejętności społeczne" to nie jest konkret, bo mogą one oznaczać bardzo wiele różnych rzeczy.

    --
    666rem.wordpress.com/ - świat i życie z punktu widzenia odmieńca.
  • 30.03.17, 21:08
    Uwaga – to piszę ja i jest to moje prywatne stanowisko. Wiem, że specjaliści zjechaliby mnie równo – bo przecież socjalizacja… taka ważna…
    Przypominam, że celem oddziaływań nie jest funkcjonowanie w publicznym liceum, tylko optymalny rozwój.

    Wspieranie rozwoju społecznego służy do tego, żeby rozumieć, jak działa świat (i ludzie), nie do tego, żeby się zaraz zaprzyjaźniać, nawiązywać relacje, czy co tam chcecie . Jeżeli nie rozumiesz – boisz się. Jeżeli się boisz – wytwarzasz sobie rytuały, okopujesz się w stereotypiach, w sytuacjach trudnych wpadasz w panikę i wychodzisz na idiotę. Jeśli umiesz w społeczeństwo, to sobie poradzisz – nadal będziesz autystyczny, ale nie będziesz się bać. Ale przebywanie ze społeczeństwem nie jest jednoznaczne z tym, że się uczysz. Ja pracowałam w jednym miejscu kilka lat. I potem na jakiś czas dołączyła do nas kobieta, która miała poczucie humoru zbliżone do mojego. I tak sobie opowiadałyśmy różne czarnohumorzaste rzeczy… I tak jakoś mimochodem zaczęłam się od niej dowiadywać, jakie panują stosunki w moim miejscu pracy. Że ten z tym, ten przeciw temu, że jakieś koalicje, jakieś animozje… Socjalizowałam się w tym środowisku przez kilka lat i nic nie wiedziałam. Wytłumaczono mi – i się dowiedziałam. Pani odeszła z pracy – i znów pracuję w miłym miejscu, gdzie nie ma żadnego „drugiego” życia. Tak mi pasuje, nie muszę zajmować się rzeczami, które mnie nie obchodzą. Nie ma żadnej presji, żebym opowiadała się po którejś stronie, oceniała czyjeś role w jakichś konfliktach. Orientuję się bliżej w przymiotach psychicznych i zasadach działania 3 osób, z którymi mam bliższy służbowy kontakt. Uważam, że współpracuje nam się dobrze. Czasem przynoszę im jedzenie i książki i wypowiadam się pochlebnie o ich pracy. Oni czasem przynoszą mi jedzenie i książki i wypowiadają się pochlebnie o mojej pracy.

    Ja mam ograniczoną percepcję kontaktów z innymi ludźmi. 30 osób w klasie to dużo-dużo. Relacje między nimi – to w narząd męski dużo. Te osoby to dla mnie szum w tle. Nie obchodzą mnie. Jeżeli takie są zasady – ja będę z tymi osobami robić wszystko, co mi każecie. Wyuczę się klasyfikować je według jakichś prostych wskaźników. Jeżeli nauczyciel podkreśla, że ktoś jest dobrym uczniem, a ktoś złym: przyjmę ten podział. I zgeneralizuję go do postaci- dobry uczeń: osoba absolutnie dobra. Ale oni dalej mnie nie obchodzą.

    W klasie policzalnej będę mogła pozyskać więcej szczegółowych informacji, bo ilość relacji społecznych będzie skończona. Być może moja klasyfikacja będzie bardziej szczegółowa (średni uczeń, uczeń parcjalnie genialny, dobry uczeń, ale kawał sk…). Kiedy wyląduję w licznym zespole – nie doznam żadnego szoku (chyba, że sensorycznego), bo po prostu nie będę przyswajać wszystkich informacji. Kolega z ławki (dobry, pożyczył podręcznik), koleżanka z przodu (dobra, wymieniamy się ściągami), laska spod okna (zła, splunęła mi pod nogi), facet z tyłu (zły, bo dobrzy tak mówią), dużo – dużo.

    Umiem w społeczeństwo, bo czytam i zapamiętuję teksty źródłowe (np. forum dla normalnych), czasem ktoś coś wyjaśni, czasem sobie coś rozrysuję i sama na coś wpadnę… Normalnie nigdy nie miałam do czynienia z tłumem. Tzn. z całym tłumem jednocześnie. Nie wiem jak wy – ja działam w podsystemach. Nawet jeżeli wychowałam się w siedmioosobowej klasie – kiedy wejdę do trzydziestoosobowej, określę swój ekosystem i szum w tle. Trzydziestoosobowa klasa przyuczyła mnie do znoszenia warunków w hali fabrycznej. Przebywałam w trzydziestoosobowej klasie przez 8 lat, przebywanie z tymi osobami nie sprawiło jednak, że zaczęły mnie one obchodzić.

    Natomiast w trzydziestoosobowej klasie nikt nie zwrócił uwagi na moje supermoce. Nikt nie zauważył, że pomimo bycia „dobrą” wymagam dodatkowych wyjaśnień lub specyficznego podejścia w niektórych sferach. Byłam „dobra”, może mogłabym być genialna. Ale ceniono mnie głównie za to, że nie sprawiam kłopotów. Więc – jak przypuszczam – jedyny szok w przejściu do licznej klasy, to gwałtowny spadek jakości nauczania. Trzydziestoosobową klasę trzeba zdyscyplinować i odpytać.

    To nie jest kwestia zderzania ani ochrony. To kwestia właściwości autystycznego (podkreślam – mojego) mózgu. Ja będę w stanie zassać skończoną liczbę informacji „miękkich” niezależnie od tego, ile osób przebywa ze mną w jednym pomieszczeniu. A narzędziem, którym się posługuję w prawdziwym życiu, są umiejętności twarde.


    --
    To pisałam ja, świr.
  • 30.03.17, 22:01
    Mam taką informację od psychologa że dziecko autystyczne/ZA przetrwa w ciężkich dla siebie warunkach ale będzie to okupione wyczerpaniem zasobów które mogłyby być zużytkowane gdzie indziej.
    To chyba jest zbieżne z twoimi doświadczeniami
    Widziałam dzisiaj w szkole ogólnodostępnej chłopca z ZA który kulił się i zatykał sobie uszy na lekcji. Nauczycielka mówiła że dobrze sobie radzi z nauką ale zastanawiam się jakim kosztem.
    Co prawda w większej grupie podobno łatwiej znaleźć odpowiedniego przyjaciela, znam przypadek kiedy w klasie 10-cio osobowej były tylko dwie dziewczynki no i nie polubiły się, a potem ta druga dziewczynka zmieniła szkołę, odeszła nauczycielka i klasa została rozwiązana- są i takie historie.
    No a moje dziecko pół godziny temu zwymiotowało na tle nerwowym, ponieważ wyobraziło sobie co powie kolega w przedszkolu/ niestety to co ja powiedziałam było zarzewiem tego wyobrażenia/. Dziecko szczegółowo / 7 lat/ opisało stan swojego umysłu w tym momencie, wytłumaczyło że nie jest w stanie sobie z tym poradzić a następnie poszło się wyrzygać.
    Edukacja szkolna nie jawi mi się w jasnych barwach.
  • 31.03.17, 07:37
    @ brynhildr:
    > Ja pracowałam w jednym miejscu kilka lat. I potem na jakiś czas dołączyła do nas kobieta, która miała poczucie humoru zbliżone do mojego. I tak sobie opowiadałyśmy różne czarnohumorzaste rzeczy… I tak jakoś mimochodem zaczęłam się od niej dowiadywać, jakie panują stosunki w moim miejscu pracy. Że ten z tym, ten przeciw temu, że jakieś koalicje, jakieś animozje… Socjalizowałam się w tym środowisku przez kilka lat i nic nie wiedziałam.

    Miałum bardzo podobnie. Po tym, jak na jednej konfie upiłum się z koleżanką z pracy i zaczęłuśmy gadać również o sprawach prywatnych, a potem się zaprzyjaźniłuśmy, dowiedziałum się o trwającym w moim miejscu pracy konflikcie, którego nie zauważyłum wcześniej przez kilka lat.
    Ale moje podejście jest proste: w pracy staram się utrzymywać przynajmniej poprawne relacje ze wszystkimi, bo konflikty i inne głupie gierki o status społeczny wymagają poświęcania im czasu i energii. A mnie brakuje i tego, i tego. Czasem tylko ktoś mnie ostro wkurzy i go zbluzgam lub każę mu [autocenzura: szybko oddalić się]. Ale ponieważ jestem dobru w tym, co robię, szefowie mi to wybaczają.

    --
    666rem.wordpress.com/ - świat i życie z punktu widzenia odmieńca.
  • 05.04.17, 12:46
    W pracy miłam tak samo jak Wy- brynhildr i wanderatte :)
  • 30.03.17, 12:44
    Zgłaszam się. Syn też w 3 gimn. Już 16-latek (z lutego). Orzeczenie ma od 4 klasy SP, diagnozę od końca 3.
    Sprawność manualna również bardzo niska, planowanie takie sobie (ćwiczone w bólach, być może jako najstarszy z 4 dzieci wie, że musi dbać o swoje interesy, choć różnie to wychodzi). Gimnazjum ogólnodostępne, katolickie, ta sama n-cielka wspomagająca od 4 kl.SP (wspaniała i do teraz w pełni akceptowana przez syna). Klasa obecnie 20-osobowa. Relacje z rówieśnikami dużo lepsze niż w SP, choć raczej na zasadzie szacunku i pokojowego współistnienia. Nie ma wspólnych wyjść, zapraszania itd, ale dokuczania też nie.
    Chłopak egzaminami przejęty i ćwiczący testy. Oceny dobre i bdb, takie pogranicze świadectwa z paskiem. Pasjonat historii i wosu. Bdb też z geografii. Ma też wyraźny talent do rysunku, choć tu słaba sprawność manualna mu przeszkadza, niestety. Ale właśnie przygotowuje komiks na konkurs, historyczny oczywiście. Trudności z matmą i językami obcymi. Wyciągamy 4, ale dzięki wielkiej, systematycznej pracy i fajnemu podejściu nauczycieli. Dużo zajęć pozalekcyjnych (w tym również TUS kolejny rok).
    Trudno wchodzi w nowe sytuacje, rozmowa z nim to czasem droga przez mękę, ale kiedy mu zależy to umie się spiąć i sensownie przedstawić problem, prośbę itd.
    Widząc wszelaki postęp jaki zrobił w trakcie gimnazjum jestem z niego dumna. A co będzie w nowej szkole i jak wyjdą egzaminy to już czas pokaże. Już trzęsłam się przy jego przejściu z 3 do 4 klasy, potem do gimn., a za każdym razem okazywało się, że strach ma wielkie oczy, choć bywały i kryzysy, i trudne sytuacje. Wiem jednak, że generalnie idzie ku dobremu. Z tym, że ja jestem matką-dyktatorką i u nas nie byłoby opcji grania na komputerze zamiast np. zajęć z rysunku...Żeby nie było - syn zajęcia wybrał sam i je lubi, ale coś pozaszkolnego rozwijającego zainteresowania mieć obligatoryjnie musiał. Tak jak reszta rodzeństwa.

  • 02.04.17, 20:58
    Macie szczęście z tą klasą 20-osobową i z tym, że jak rozumiem syn chodzi do zespołu szkół podstawówka plus gimnazjum. U nas jednak po przejsciu ze szkoły podstawowej do gimnazjum nastąpiło pogorszenie, również w zakresie motywacji, ambicji, co oczywiście przekłada się na oceny. A można wiedzieć gdzie Twój syn wybiera się do średniej szkoły?
  • 02.04.17, 21:15
    Tak, syn chodzi do zespołu szkół, do szkoły katolickiej (ale publicznej, bez czesnego).
    Wybiera się do LO, do klasy humanistycznej, zastanawiamy się, czy do kameralnego liceum katolickiego, czy do szkoły publicznej. Pewnie będzie startował i tu, i tu, a wybierzemy w ostatniej chwili.
  • 03.04.17, 11:37
    Tak, zaglądam tutaj (jeden z niewielu chyba 'tatów'). Syn 19 lat, późno zdiagnozowany, gimnazjum skończył z dobrymi wynikami. Odmawiał wszelkiej terapii, ale chodził do psychiatry i psychologa. Miał ciężkie objawy choroby dwubiegunowej, które nagle trwale ustąpiły. LO przerwał po pół roku, mimo dobrych stopni, nauczania indywidualnego (części przedmiotów). Każdego ranka była walka, żeby poszedł do szkoły. Okres dojrzewania był bardzo ciężki. Teraz szukam dla syna pracy (w Warszawie). Cały dzień "na komputerze", czego ma sam dość, więc bez protestów przyjął informację o pracy, choć boi się tej nowej sytuacji. Ma dużą wiedzę (filozofia, historia, i in.). Co do doła: koniecznie małżonkowie muszą się wspierać (u nas było różnie), wychodzić z domu, żeby sytuacja dziecka nie przygniotła. Życzę dużo sił i spokoju.
  • 03.04.17, 23:35
    Na pocieszenie , w luźnej rozmowie z jeden z moich klientów stwierdził , że do nich do firmy kilka lat temu zgłosił się 17 latek z ZA, dzieciak bez szkoły bo niedopilnowany i cały boży dzień przed kompem. Chłopak pracuje u nich do tej pory. Tak więc głowa do góry.
    Co mnie natomiast zastanawia i śmieszy to mówienie o zaburzeniach koncentracji i trudnościach w nauce u dzieciaka który nie ma problemu z kilkugodzinnym skupieniem się na grze komputerowej.
  • 04.04.17, 08:45
    Moj taki jest :(.
    Bajki mogłby ogladac godzinami- zwłaszcza swoja ulubiona, a koncentracja w innych dziedzinach lezy, trzeba go za raczke prowadzic. skupia sie tylko na tym, co go interesuje, ubieranie to horror, bo jest nudne. Psychiatra powiedziała mi, ze te cechy "charakteryzuja spektrum" (zastanawiałam sie nad lekami, po sugestii nauczycielki) i nie przepisała. Chociaz w szkole pewnie beda konieczne :(
  • 04.04.17, 09:43
    zamiast szprycować dzieciaka psychotropami wyeliminuj przyczynę czyli komputery, telewizję , smartfony. Skoro dzieciak potrafi się skupić na grach to problemem nie są braki koncentracji tylko nadmiar bodźców.
  • 04.04.17, 11:25
    Próbowałam, nie działa. Jak nie ma zajęcia to biega, zreszta nie raz tu o tym pisałam. Staram sie zagospodarowac mu czas- przedszkole, zakupy, spacer, wyklejanie ksiazeczek, 3 terapie tygodniowo, plac zabaw, bawie sie z nim w domu- ale czasem sa takie chwile, ze musze sie zając małym, domem, i wtedy starszy syn biega... Juz sie dzieci z niego w przedszkolu smieja i go zaczepiają.
    On ma tv, komputera razem moze godzinę dziennie, w porywach dwie. W gry nie lubi grac, juz woli filmiki, jak ktos gra.
  • 04.04.17, 11:35
    Ale co ci przeszkadza, że syn w domu biega. Toż niech biega skoro ma taką potrzebę, bieganie przynajmniej daje jakieś pozytywy.

    "On ma tv, komputera razem moze godzinę dziennie, w porywach dwie"

    To strasznie dużo. Biorąc pod uwagę, że od chwili odebrania dziecka z przedszkola do pójścia spać to tylko 4-5h to twoje dziecko czasami połowę tego czasu spędza przed tv czy kompem, jak ono ma się w takim razie wyciszyć czy chociażby słyszeć własne myśli.
  • 04.04.17, 12:42
    nie, nie tak. Odbieram go o 13:30, sklep, wracamy o 14:30, obiad, bajki jakies poł godziny, potem terapia, spacer itp. Potem mały spi, to sie bawimy, ksiązeczki wyklejamy, cos razem rysujemy, a potem jest wieczor, musze kapać małego, karmic, kapać mamę, to wtedy tez mu puszczam (masze i niedzwiedzia i psi patrol).
    do biegania mam stosunek ambiwalentny, moze mi to juz nie przeszkadza, ale wolałabym, zeby zamiast biegac w przedszkolu porozmawiał z kolegą, pobawił sie zabawkami, bo jest po prostu drazniący i koledzy go zaczepiają o te bieganie.
  • 04.04.17, 13:01
    Ja bym wolała, aby moja córka zamiast być uzdolniona plastycznie była uzdolniona matematycznie, ale ona jest taka jaka jest. Dla dziecka niezależnie czy zdrowego czy zaburzonego zdecydowanie lepszy jest ruch i bieganie niż siedzenie przed tv.
  • 04.04.17, 09:39
    makurokurosek, weź się naprawdę ogarnij. Znowu popisujesz się niewiedzą. Zaburzenia koncentracji mają różne podłoże i nie polegają na tym, że ktoś NIGDY nie może się skupić, a na tym - w bardzo dużym uproszczeniu oczywiście i pomijając inne czynniki - ma problemu ze skupieniem na żądanie. Nawet przy diagnostyce zauważa się, że nowe dla dziecka i atrakcyjne metody diagnostyczne (które w przypadku kilkulatka sprowadzają się de facto do różnych zabaw) sprawiają, że objawy magicznie "znikają". Tyle, że niestety czasowo. I diagnostyka to jak najbardziej uwzględnia. Dziecko jest skupione, bo to nowa i atrakcyjna sytuacja. I gry komputerowe również zapewniają takie efekty. Dużo stymulacji, dużo atrakcji, a skupienie w zasadzie niepotrzebne, bo w grze cały czas dzieje się coś nowego (ok, zależy od gry, ale większość niestety działa właśnie tak).
    Druga sprawa - moje dziecko na przykład w zasadzie nie ma problemów z koncentracją uwagi. W domu. W innych miejscach bywa różnie, ale u niego, efekt, który można by nazwać zaburzeniem koncentracji, czy też osłabioną koncentracją jest spowodowany namiarem bodźców i problemami z integracją sensoryczną - efekt ten sam, natomiast podłoże inne, tych bodźców ma za dużo na raz. I on się skupia, jak najbardziej. Tylko nie na tym, co mówi nauczyciel, a na tym, że jest jakiś nowy dźwięk w klasie, bo szumi klimatyzacja na przykład. Albo na tym, że przez zasłony przenikają promienie słoneczne i rzucają cienie. Nauczyciel w tym momencie jest tłem i trzeba ŚWIADOMIE tę uwagę na niego przenieść. Tyle, że to nie jest takie proste, skoro bodźce wzrokowe są na przykład silniejsze, bo odbierane mocniej. Bo szum na tej konkretnej częstotliwości, jest odbierany mocniej.
    Komputer na przykład, u nas, jest mocno limitowany, pomijając kwestie zdroworozsądkowe, również dlatego, że taki nadmiar bodźców zwyczajnie nie działa na moje dziecko dobrze w za dużej dawce (mimo, że jest to dla niego mega atrakcyjne) i WIDAĆ (oczywiście, jak ktoś swoje dziecko zna), kiedy zaczyna się przestymulowanie. Właśnie dlatego, że jak najbardziej na tej grze/filmie się skupia. Bo te bodźce są tak mocne, że zagłuszają wszystkie inne. Zupełnie tak samo jak niepożądane bodźce w klasie, na wycieczce, czy w sklepie - tylko tam mamy niejako sytuację odwrotną.
  • 04.04.17, 10:05
    "w bardzo dużym uproszczeniu oczywiście i pomijając inne czynniki - ma problemu ze skupieniem na żądanie."

    Czyli dzieciak spokojnie na żądanie może skupić się przy grze, nawet jeśli go obudzisz w środku dnia ale biedaczek ma braki koncentracji bo sie na nauce nie potrafi skupić.

    " Dużo stymulacji, dużo atrakcji, a skupienie w zasadzie niepotrzebne, bo w grze cały czas dzieje się coś nowego (ok, zależy od gry, ale większość niestety działa właśnie tak).

    Nie wiem jakie gry tak działają, bo wszystkie z którymi ja miałam do czynienia ( gry strategiczne, edukacyjne) wymagały skupienia i myślenia, ale fakt ja nigdy nie grałam w żadne strzelanki . Bombardujesz dzieciaka głupimi grami z nadmiarem bodźców, a później się dziwisz że dzieciak ma problemy z koncentracją.

    "który można by nazwać zaburzeniem koncentracji, czy też osłabioną koncentracją jest spowodowany namiarem bodźców" "I gry komputerowe również zapewniają takie efekty. Dużo stymulacji, dużo atrakcji,"

    Czyli sama sobie zaprzeczasz. Dzieciak ma nadmiar bodźców, więc dowalmy mu ich jeszcze więcej i posadźmy na kilka godzin przed kompem i idiotycznymi grami.

    " Tylko nie na tym, co mówi nauczyciel, a na tym, że jest jakiś nowy dźwięk w klasie, bo szumi klimatyzacja na przykład. "

    Albo na myśleniu o tym jak zasiądzie po szkole do kompa i kolejnej idiotycznej gry.

    " Tyle, że to nie jest takie proste, skoro bodźce wzrokowe są na przykład silniejsze, bo odbierane mocniej. "
    To ciekawe bo jakoś przy grze komputerowej te bodźce mu nie przeszkadzają

    "Komputer na przykład, u nas, jest mocno limitowany"

    Czyli do konkretów, ile czasu twój dzieciak przy kompie spędza?
  • 04.04.17, 10:07
    You're adorable:D

    --
    trzecipasazer.wordpress.com/
  • 04.04.17, 10:33
    Naprawdę nie wiem, czy masz tak niski poziom inteligencji, że rozumiesz co się do ciebie pisze, czy po prostu masz takie zaburzenia koncentracji, że nie umiesz się skupić i przeczytać ze zrozumieniem. Albo jedno i drugie.
    Czytaj, dużymi literami: ZABURZENIA KONCENTRACJI MAJĄ RÓŻNE PRZYCZYNY. Pisałam o dwóch różnych sprawach (masz tam wyżej, jedna sprawa, DRUGA sprawa) nie jest problemem znalezienie sobie dodatkowych informacji w tym temacie, jak już wiesz czego masz szukać. Chyba, że to przerasta twoje możliwości intelektualne.
    Moje dziecko w strzelanki nie gra w ogóle, ale oczywiście marokurocostam wie lepiej co robią cudze dzieci.
    Piszę, że moje dziecko w zasadzie problemów z koncentracją nie ma, ale marokuro, oczywiście z tego wywnioskowała, że ja się "dziwię, że dzieciak ma problemy z koncentracją". Cudownie. Jak to zrobiłaś? Hmmm?
    Moje dziecko - podkreślę, bo to dla ciebie jakieś mega istotne chyba, bez tego nie dasz rady zrozumieć najwyraźniej - ze zdiagnozowanym przez dwa niezależne zespoły diagnostyczne ZA - w stabilnym, znajomym otoczeniu NIE MA problemów z koncentracją uwagi. NIEWIELKIE problemy zaczynają się, gdy są zmiany i DUŻA ilość NOWYCH bodźców. Koncentrację uwagi ĆWICZYMY od 3 lat dość intensywnie i on UMIE tę uwagę skupić czy przenieść ŚWIADOMIE, mimo tego, że nie jest to dla niego łatwe, ze względu na (również zdiagnozowane) problemy z integracją sensoryczną. Oczywiście do pewnego poziomu bodźców.
    Komputer, z którego korzysta w ograniczonym czasie (jak już bardzo chcesz wiedzieć, chociaż to absolutnie nie twoja sprawa - za wyjątkiem soboty, kiedy może posiedzieć chwilę dłużej przy komputerze, o ile nie wyjeżdżamy - to jest to maksymalnie godzina) oprócz zwyczajnej rozrywki służy również do tego, żeby tę koncentracją i odporność na bodźce ćwiczyć. Telewizora nie mamy wcale, więc w tej godzinie mieści się zarówno granie jak i oglądanie 2 ulubionych seriali (2 razy w tygodniu).
    I - skup się - jak piszę, że bodźce dźwiękowe czy wzrokowe są silniejsze niż tło i NA NICH koncentruje się uwaga samoistnie (trudne słowo) to znaczy, że świadomie tę uwagę trzeba przenieść na np. nauczyciela. Przy komputerze (czy telewizji, jak ktoś woli) te bodźce SĄ JUŻ wystarczająco silne, żeby samoistne skupienie uwagi wystarczało. Dlatego WYDAJE SIĘ w przypadkach dzieci, które potrzebują mocniejszych bodźców do zachowania koncentracji, że NIE TRACĄ tej koncentracji przy komputerze/grach/telewizji.
    Natomiast NIEKTÓRE dzieci, w tym moje, mając zaburzenia integracji sensorycznej, taki nadmiar bodźców są w stanie tolerować jedynie przez określony czas - stąd występowało w poprzednim poście następne trudne słowo, które chyba sobie pominęłaś: przestymulowanie. I tego u mojego dziecka staram się unikać. Tyle, że jednocześnie MUSI być wystawiany (oczywiście w stopniu dopasowanym do jego, indywidualnych możliwości) na różne bodźce, bo tak też się ćwiczy. Zwyczajnie.
  • 04.04.17, 10:52
    " nie jest problemem znalezienie sobie dodatkowych informacji w tym temacie, jak już wiesz czego masz szukać. Chyba, że to przerasta twoje możliwości intelektualne."

    Raczej powinnaś skierować to do siebie, skoro do tej pory nie obiło ci się o uszy informacja o negatywnym wpływie gier komputerowych ( zwłaszcza takich o jakich piszesz) na koncentrację dzieci

    "Moje dziecko w strzelanki nie gra w ogóle, ale oczywiście marokurocostam wie lepiej co robią cudze dzieci. "
    W strzelanki może nie , ale w inne idiotyczne gry które jak sama napisałaś, nie wymagają myślenia.
  • 04.04.17, 11:17
    Oj, biedactwo. Gdzie ja napisałam, w jakie gry gra moje dziecko? Hmmm? Znowu problemy z czytaniem?
    Napisałam:
    a) (pierwszy post)
    I gry komputerowe również zapewniają takie efekty. Dużo stymulacji, dużo atrakcji, a skupienie w zasadzie niepotrzebne, bo w grze cały czas dzieje się coś nowego (ok, zależy od gry, ale większość niestety działa właśnie tak).
    Primo: nic tu nie ma o tym, w jakie gry gra MOJE dziecko.
    Secudno: Jak ty mylisz skupienie z myśleniem.. cóż, wnioskuję zatem (jak widać po całości, chyba słusznie), że jak się nie skupisz to masz problemy z myśleniem. Wyobraź sobie, że spora część ludzi jednak nie musi się specjalnie skupiać (świadomie utrzymywać koncentracji), żeby myśleć. Wystarczy im do tego samoistna koncentracja uwagi, albo i to nie ;) Ja tam na przykład mam wrażenie, że myślę cały czas, nawet jak się nie koncentruję, ale ok, przyjmuję do wiadomości, że ty masz inaczej.
    b) (drugi post) O grach było tylko tyle, że moje dziecko nie gra w strzelanki wcale. Hmmm. I rozumiem, że się nie skupiłaś, bo nie wyszło ci myślenie?

    i teraz c) (tutaj)
    Ani ja, ani sądząc po tym co obserwuję u mojego dziecka, również dziecko nie mamy problemów z koncentracją przy grach logicznych i strategicznych, wyobraź sobie. I dla mnie - a ja akurat gram, bo mi to sprawia przyjemność - i dla dziecka, takie na przykład zagadki logiczne nie wymagają specjalnego skupienia i koncentracji, bo są przyjemne i rozluźniające. Nie wymagają specjalnego skupienia. Są na tyle przyjemne i atrakcyjne, że to skupienie jest samoistne, nie trzeba się dodatkowo świadomie koncentrować. Ale rozumiem, ok, ty masz inaczej. Współczuję.
  • 04.04.17, 11:29
    "Dużo stymulacji, dużo atrakcji, a skupienie w zasadzie niepotrzebne, bo w grze cały czas dzieje się coś nowego"

    Czyżby rozdwojenie jaźni? opisałaś. Nie wpadłaś na to, że mogą być gry edukacyjne , które jak najbardziej i skupienia i myślenia wymagają, o grach strategicznych już nie wspomnę. Opiłaś za to gry nie wymagające skupienia i myślenia czyli typową rozrywka dla ...... Gdybyś miała kontakt z innymi grami nie opisałabyś tych najbardziej prymitywnych.
    " Są na tyle przyjemne i atrakcyjne, że to skupienie jest samoistne, nie trzeba się dodatkowo świadomie koncentrować. Ale rozumiem, ok, ty masz inaczej. Współczuję."

    Widać mierzę wyżej niż ty i nie kręcę mnie zjadacze czasu. Ale widzisz w przeciwieństwie do ciebie ja mam dwójkę dzieci zdrowych.
  • 04.04.17, 11:53
    To oświeć nas tutaj - w jakie gry grają twoje dzieci i ty sama, skoro są tak rozwijające. Konkretne przykłady poproszę - może przynajmniej w tej dziedzinie będzie tu z ciebie jakikolwiek pożytek i skorzystamy z doświadczenia.
    Bo moje dziecko na przykład, żeby podać konkrety gra w Minecrafta, na poziomie creative - i naprawdę fajne rzeczy potrafi tam już zbudować. I logiczne gry typu Portal. Oraz od czasu do czasu drobiazgi typu puzzle, łamigłówki, sudoku, escape the room.
    Potrafi też programować w Logo i Scratchu i też jest to dla niego rozrywką.
  • 04.04.17, 12:10
    Mój młody jeżeli już gra w jakieś gry, a jest to bardzo rzadko to są to gry z serii reksio.
    np. Reksio liczy - wymaga nie tylko umiejętności liczenia, dodawania, mnożenia i rozpoznawania stron świata, wymaga również skupienia, myślenia, przewidywania i planowania.
    Starsza nie gra w ogóle.
  • 04.04.17, 13:35
    Żartujesz czy coś? To prościutkie gierki dla małych dzieci. I z tego co widzę na stronie producenta, to bardziej zręcznościówki z elementami prostych zadań logicznych i pamięciowych i tyle. No, faktycznie mamy inne pojęcie o tym co jest rozwijające. Ok, fajnie, że takie gry też są, może dla niektórych dzieci jest to jakaś stymulacja czy nauka przez zabawę. Ale ja nie będę patrzeć, że dla jakiś tam dzieci to "gra edukacyjna", ja patrzę na to, czego potrzebuje MOJE dziecko. A moje dziecko liczyło do 500 jak miało 3 lata. Nie umiał jeszcze powiedzieć wyraźnie, ale doskonale potrafił ułożyć liczby z kloców, czy cyferek magnetycznych. Układał ciągi geometryczne jak miał 4 lata. Nauczył się dodawać w słupku liczby 3 cyfrowe zanim jeszcze poszedł do przedszkola. Jakim cudem miałoby być dla niego rozwijające dodawanie do 10 czy 20? Bo i owszem, zagra w taką grę (zresztą jak pisałam, czasem w takie drobiazgi łamigłówkowe gra, ale rzadko), ale że ona jest dla niego jakimkolwiek wyzwaniem to niestety, ale nie. To już lepiej niech buduje sobie coś w Minecrafcie albo bawi się Scratchem.
  • 04.04.17, 15:15
    "Żartujesz czy coś? To prościutkie gierki dla małych dzieci"

    Mój syn ma 5 lat, starsza natomiast nie gra w ogóle.
  • 04.04.17, 15:22
    Na twoim miejscu bardziej bym postawiła na Scratchem, zwłaszcza jeżeli programowanie go ciągnie. Jest sporo konkursów i krajowych i międzynarodowych z programowania. Sama znam informatyka który mając 10 lat zdobył 2 miejsce w ogólnoeuropejskim konkursie na programowanie na amidze ( zaznaczę chłopak całkowicie normalny , nie zaburzony). W wielu szkołach również programowanie jest wprowadzone od klasy 1 w innych od 4. Ale programowanie jak najbardziej wymaga skupienia i myślenia, to nie jest gierka w której jak to opisałaś skupienie jest niepotrzebne.
  • 04.04.17, 12:41
    Aerra: a ile miał lat jak zaczął Scratcha?

    --
    trzecipasazer.wordpress.com/
  • 04.04.17, 13:18
    Same początki to jak miał około 5 lat - ale to tak na luzie całkiem, dość nieregularnie i podstawy w sumie. Ale gdzieś od roku (teraz ma 7 i pół) jak zaczął chodzić na robotykę mocno się wciągnął i trochę bardziej zaawansowane rzeczy robi ;)
  • 04.04.17, 13:34
    Witaj, czy mogę napisać do Ciebie maila na wfrewy@gazeta.pl?
  • 08.04.17, 21:17
    Cześć, napisz proszę na: skrajpuszczy@wp.pl Pozdrawiam

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.