Dodaj do ulubionych

Z greenpointskiego na polski

12.04.06, 02:43
Kto się na to porwie - lesli ze smiechu się nie wykopyrtnie:

--------------------------------------------------------------------------------

Dziad i Baba
"Był sobie dziad i baba", stara bajka się chwali...
On się Dzianem nazywał, na niš Mery wołali.
Bardzo starzy oboje, na retajer już byli,
filowali nie bardzo, bo lat wiele przeżyli.

Mieli hauzik maleńki, peintowany co roku,
porć na boku i stepsy do samego sajdłoku;
plejs na garbydż na jardzie, stara picies, co była
im rokrocznie piciesów parę buszli rodziła.

Kara była ich stara, Dzian fiksował jš nieraz,
zmieniał pajpy, tajery i dzionk służył do teraz.
Za kornerem, na stricie, przy Frankowej garadzi,
mieli parking na dzionki, gdzie nikomu nie wadził.

Z boku hauzu był garden na tomejty i kabyd?,
choć w markiecie u Dzioa Mery mogła je nabyć.
Czasem ciery i plumsy, bananasy, orendzie,
wyjeżdżała, by kupić przy hajłeju na stendzie.

Miała Mery dziob ciężki, pejda też niezbyt szczodra;
klinowała ofisy za dwa baki i kwodra.
Dzian był różnie: waćmanem, helprem u karpentera,
robił w majnach, na farmie, w szopie i u plombera.
Ile razy Ajrysie zatruwali mu dolę,
przezywajšc go "green horn" lub po polsku "grinolem".
Raz un z frendem takiego fajtujšc dał hela,
że go kapy na łykend zamknęli do dziela.

Raz w rok, w Krysmus lub Ister, zjeżdżała się rodzina:
z Mejnu Stela z hazbendem, Ciet i Olter z Brooklyna.
Byli wtedy Dzian z Mery bardzo tajerd i bizy,
nim pakiety ze storu poznosili do frizy.
A afera to wielka, boć tradycji wcišż wierni,
polsie hemy, sosycze i porkciopsy z bucierni:
i najlepsze rozbify i salami i stejki:
dwa dazeny donaców, kiendy w baksach i kiejki.
Butla "Calvert", cygara - wszak drink musiał być z dymem
kicom popkorn i soda wraz ze słodkim ajskrymem.

Często, gęsto Dzian stary prawił w swoich wspominkach,
jak za młodu do grilu dziampnšł sobie na drinka.
To tam gud tajm miał taki, że się trzymał za boki,
gdy mu bojsy prawili fany story i dzioki.
Albo, jak to w dziulaju, brał sandwiczów i stejków,
aby basem z kompanii na bić jechać do lejku.
Tam, po kilku hajbolach, zwykle było w zwyczaju
?piewać polskie piosenki ze starego het kraju.

Raz ludziska zdziwieni - ot symater [what's the matter] - szeptali,
że u Dzianów na porciu co? się bolbka nie pali.
A to ?mierć im do rumu przyszła tego poranka....
On był polski krajowy, ona - Galicyjanka.

M. KIERKLO, (New Britain, Con.)
Wzięte z:
www.iit.edu/~moskjoh/polisz.php
--
"Mądrej głowie dość dwie słowie".
Przepisy kulinarne są dłuższe.
Obserwuj wątek
    • hetman4 Re: Z greenpointskiego na polski 21.04.06, 16:41
      Spróbowałem... nie było łatwo. Do tej pory nie mam pewności, czy coś prócz poetyckiej licencji uprawnia do takich wywodów:
      Ciet – Chadd – Chadrick – Czesław - Czesiek
      Olter – Walter – Waldemar - Waldek
      oraz czy stan Maine ma w polskiej wymowie dwie sylaby (tak założyłem...).


      Dziad i Baba (przez hetmana do polskiego przybliżenie pierwsze smile

      "Był sobie dziad i baba", stara bajka się chwali...
      On się Jasio nazywał, na nią Maryś wołali.
      Bardzo starzy oboje emeryci już byli,
      Nie za bardzo się czuli, bo lat wiele przeżyli.

      Mieli domek maleńki, malowany co roku,
      schody aż do chodnika i werandę tuż z boku;
      Kosz na śmiecie w podwórzu, i brzoskwinię, co była
      im rokrocznie brzoskwini parę korców rodziła.

      Auto mieli już stare, Jaś naprawiał je nieraz,
      zmieniał rurki, opony; pudło służy i teraz.
      Na ulicy za rogiem, tuż przy warsztacie Franka,
      nikomu tam nie wadząc parkowała blaszanka.

      Z boku domku był ogród: pomidory, kapusta,
      choć w sklepiku u Ziutka Maryś mogła je dostać.
      Czasem wiśnie i śliwki, pomarańcze, banany
      wyjeżdżała by kupić przy szosie, gdzie stragany.

      Maryś ciężko tyrała, choć pensja nie brawura:
      Za dwa dolce i ćwiartkę im sprzątała tam biura.
      Jaś robił jako strażnik, i pomocnik stolarza,
      Hydraulik, w kopalni, u chłopa i kramarza.
      Ileż razy Rudzielcy zatruwali mu dolę,
      przezywając „żółtodziób” lub po polsku "grinolem".
      Raz koleś wciągnął Jasia do piekła takiej draki,
      że go gliny na weekend posadziły do paki.

      Na Wielkanoc lub Gwiazdkę zjeżdżał hufiec kuzynów:
      Z Maine Stella z małżonkiem, Czesiek z Waldkiem z Brooklynu.
      Jaś i Maryś w czas taki, zarobieni wprost piesko,
      Utykali w lodówce zakupów sterty z Tesco.
      A jest tego niemało, to z tradycji wynika:
      Polskie szynki, kiełbasy, kotlety od rzeźnika,
      I najlepsze rostbefy, i salami, i steki,
      Ze dwa tuziny pączków, bombonierki, wypieki,
      "Calvert" i papierosy - do drinka dym niewielki.
      Dla dzieci kukurydza, i lody, i bąbelki.

      Często, gęsto Jaś stary prawił w swoich wspominkach,
      jak za młodu przy grillu skoczył sobie na drinka,
      I zabawę miał setną, ze śmiechu trząsł się cały,
      Gdy brać opowiadała przygody i kawały.
      Albo, jak to jest w lipcu, wziąwszy chleb i bryzola,
      mknął zakładowym busem na plażę u jeziora.
      Tam, po kilku łyskaczach, zwykle było w zwyczaju
      Śpiewać polskie piosenki ze starego hen kraju.

      Raz ludziska zdziwieni – Co się dzieje? - szeptali,
      że na Jasiów werandzie żarówka się nie pali?
      A to śmierć w ich pokoje weszła tego poranka....
      On był polski krajowy, a ona - Galicjanka.
      --
      Pozdrawiam, Hetman

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka