Dodaj do ulubionych

KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI

    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 20.03.11, 13:22
      Spoglądasz w lustro i nie odnajdujesz swojego oblicza, ...
      01.03.2011 21:35
      ~Krystek fabuloso
      Spoglądasz w lustro
      i nie odnajdujesz swojego oblicza,
      tak, jak nigdy nie znalazłaś
      prawdziwego drzewa,
      róży małego księcia,
      koralika dziecięcej bransoletki,
      tak jak nigdy nie poczułaś
      zapachu zasuszonego kwiatu,
      ciepła oddechu na szyi.
      Uciekłaś w swoją samotność
      szarych oparów,
      nikt cię tam nie znajdzie,
      nikt nie chce ciebie znaleźć,
      i tylko zmory samotnych nocy
      pukają do drzwi
      twojego dnia.

      --
      http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg
      AL
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 09.04.11, 22:06
      Jak zwykle, tuż po wiosennym przesileniu, postanowił Chłystek odwiedzić swojego starego przyjaciela Półpałka-Zapałka. Właściwie chciał się nieco rozerwać, a coroczne palenie Papa-Jagi było ku temu doskonalą okazją. Oczywiście Papa-Jaga nie była postacią realną, pojawiła się przed wiekami, w bajkach opowiadanych narybkowi Rodziny Wodników i przetrwała jako symbol ciemnych, zimowych nocy. Od tego czasu, w pierwszy poniedziałek po rozpoczęciu kalendarzowej wiosny, palono jej domniemaną, z najbardziej sękatych gałęzi uczynioną podobiznę. I pomimo, że jak samo imię wskazywało, była to postać o cechach obojnaka, to jednak przybierano ją na tę okazję w kolorową spódnicę, a wiecznie zielone bluszcze doskonale udawały rozpuszczone, długie włosy. Jak zwykle, palenie Papa-Jagi odbywało się w samym środku Kamień-Hejdża, dziwacznej, okrągłej areny, tak starej, że jej budowniczych nie pamiętała nawet najstarsza prababka emerytowanych wiedźm, co zresztą nikogo nie dziwiło, gdyż od paru już wieków cierpiała na postępującą wielkimi krokami demencję. Podążył więc Chłystek do miejsca tego wyjątkowego wydarzenia, a nie zawsze była to droga łatwa, ponieważ prowadziła szlakiem przybagiennym, pełnym zwodniczego echa z Zaprzeszłości i cieni niedokończonych zjaw. Tym razem jednak przyświecały mu przedwcześnie przebudzone, świętojańskie robaczki, a wesoły trzask pękających w ogniu szyszek wskazywał mu dokładny kierunek. Szybko znalazł się na miejscu i niezauważony przystanął nieco z boku. W samym środku Kręgu palił się wielki stos skwierczącego żywicą chrustu, a obok, podparta drągami, stała Papa-Jaga, olbrzymia i sękata, jej bluszczowe włosy spływały aż do ziemi. Na jednym z bardziej płaskich głazów rozsiedli się członkowie Rodziny Wodników i wytrzepując listki moczarki kanadyjskiej ze skołtunionych czupryn stroili jednocześnie swoje wierzbowe fujarki. Ich smętne popiskiwanie mieszało się z gwarem często-gęsto zgromadzonych gości. Między przedpotopowymi, rozsypującymi się niemal w proch kamieniami pomykały na swych miotłach emerytowane wiedźmy, wielogłowe jaszczury udawały strusie i prężyły w kierunku ogniska tylko jedną szyję, smoczkodany łaziły drobnymi kroczkami tu i tam, ciurgotki leśne kwiliły z przejęciem wśród traw, stare satyry bezczelnie rozglądały się za szamankami-młódkami, a rzadkie już w tych okolicach skrzaty żuły gumę i dmuchały z niej balony, co niezwykle bawiło Julenkę. Pod szczytowym kamieniem siedział po turecku Półpałek-Zapałek i w momentach zamyślenia lewitował sobie co nieco i mamrotał mantry nie z tego świata. Chłystek posunął się ku przyjacielowi i przepędziwszy niecierpliwym ruchem ręki natrętną, niczym komar, wiedźmę, potrząsnął go za ramię, spojrzał w jego szeroko rozwarte, jakby przymglone oczy. I w tym samym momencie ujrzał w nich wszystkie wymyślone i prawdziwe legendy tej okolicy, te zupełnie proste, życiowe i te zapierające dech w piersiach, zaczarowane, spełnione w spadających gwiazdach.
      Zaraz potem zapłonęła Papa-Jaga, a chóralna pieśń bajek i baśni uświadomiła Chłystkowi, że nawet w erze internetu, są jeszcze na świecie ludzie, którzy potrafią je usłyszeć
      --
      http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg
      AL
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 29.04.11, 14:05
      Zdębiałem,
      bo cóż oto się skryło
      w tym, w czym niby
      źle się czuło,
      nigdy w tym nie było.
      Spojrzałem raz jeszcze,
      w oczach mi się mroczy?
      Po nocy zjawa
      włosem trzepie, słowem,
      przyszłość wykrzywi
      czasem zawyje,
      i jak Piłat
      znowu ręce myje.

      --
      http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg
      AL
    • krystek.fabuloso Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 04.08.11, 11:58
      Pewnego wieczoru, jak zwykle o tej samej porze o od lat, siedział sobie Chłystek na swojej ławeczce. Akacja znacznie wyrosła od tego pamiętnego dnia, kiedy po raz pierwszy pod nią zasiadł, w międzyczasie, pod wpływem dziwnego kaprysu Natury, straciła wszystkie swoje kolce, ale za to zieleniła się coraz większą zielonością i kwitła tak bezustannie, że aż uginała się pod ciężarem kwiecia, a nowe pączki, rozpychając się w swej młodzieńczej zuchwałości, wydzielały tak intensywny zapach, że Chłystek od dawna już nie miał potrzeby sięgania po szklaneczkę miodnego napitku. Wdychał przeto powietrze pełne słodkości i dopiero co mających się wykluć, wzniosłych myśli i słów, spoglądał w dolinę rozmigotaną setkami światełek Miasta, cichą, a jednak pełną dobrego życia, i czuł się szczęśliwy, czuł się jak malutka drobina Wszystkiego, a jednocześnie jak Król Świata. I wiedział, że nie tylko jemu takie wrażenia były właściwe. Aby się o tym ostatecznie przekonać zerknął w swój Kalejdoskop Zdarzeń, a widział wszystko doskonale, bo księżyc rozpanoszył się na niebie w całej swojej okrągłości, a świętojańskie robaczki nadleciały wielką chmurą i zataczając kręgi nad jego głową, otoczyły ją świetlistą aureolą. Zagrzechotały kolorowe szkiełka, Chłystek przyglądał się im z wielkim ukontentowaniem, nawet wąsa zakręcił (chociaż w sumie nie wiadomo, czy Chłystki są wąsate) i zachwycił się nagle, bo obraz, jaki dojrzał, był właściwie nie z tego świata. Oto, na samym brzegu olbrzymiej mgławicy, na malutkiej poduszeczce, pożyczonej zapewne od Julenki, siedziała Kosmiczna Dziewoja i zaplatała swoje Warkocze Bereniki....słomkę do spijania Mlecznych Dróg odrzuciła, a ta kręcąc się i wirując rozbijała czarne dziury, zakrzywienia przestrzeni i dawno zastygłe światy, wprawiała je w ruch, przywracała życie od nowa, bo prawdą jest, że czasami nic tak nie motywuje jak dobry klaps (w obojętnie jakiej postaci).
      Chłystek zaśmiał się głośno, bo zrozumiał starą prawdę: jak na dole, tak i na górze....albo na odwrót wink
      --
      http://i45.tinypic.com/2rpy7sz.gif
      Krystek fabuloso
    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 21.08.11, 11:34

      Autor: krystek.fabuloso 16.08.11, 12:51

      Chłystek ocknął się nagle z najgłębszej senności swojej popołudniowej drzemki. Zamrugał raz po razu, aby jak najszybciej odsunąć od siebie wizję świata, w którym dopiero co, bez najmniejszego wysiłku i w ułamku sekundy zdobywał niebotyczne szczyty, a zaraz potem, z lekkością młodocianego delfina-wyrostka śmigał pośród tęczowych, koralowych raf. Rozejrzał się szybko dookoła, gdyż nie mógł zrozumieć, co mogło go tak raptownie obudzić, nie był to na pewno powiew chłodniejszego wiatru ponieważ nagrzane powietrze uporczywie stało w miejscu, ani żaden ludzki głos, jako że Miasto w dolinie ukołysała jedna z najbardziej milczących sjest. Być może Miasto spało już zawsze, a jemu się tylko wydawało, że było kolebką niezmąconych nadziei, radości, szlachetnych myśli....i Mędrca. Być może, tym, co go obudziło był zaledwie kiełkujący domysł, iskierka rozeznania, która pojawiła się nieoczekiwanie i ni stad ni zowąd. Przypomniał sobie smutne spojrzenie odchodzącego w siną dal Mędrca, jego milczenie bardziej gorzkie niż piołun i powolny krok przytłoczonego ciężarem nie do zniesienia. Czy Mędrzec był już wtedy większym mędrcem niż to na pierwszy rzut oka się wydawało, a może stał na krawędzi dwóch światów i bywał chwilami jasnowidzem.
      Chłystek postanowił to sprawdzić, wyciągnął zza pazuchy swój Kalejdoskop Zdarzeń, potrząsnął nim leciutko, niemal z szacunkiem, bo przecież nie o byle jakie zdarzenia chodziło tylko o te najwyższej wagi, po czym spojrzał w jego wnętrze pełne przeszłych i przyszłych prawd, niezbadanych wyroków losu i pryskających, niczym mydlane bańki, złudzeń.
      Najpierw pokazał mu się wielki wir zdarzeń niedookreślonych, a w samym jego środku czarna dziura, tak bezdenna, że równie dobrze mogła nie mieć ani początku, a tym bardziej końca, ale także być kolebką niespodzianek wprost nie z tego świata i nagłych zwrotów sytuacji. Po pewnym czasie wir uspokoił się znacznie, jedno jego ramie rozsypało się w połyskliwą niby-mglę, a z niej poczęły wyłaniać i formować się znane i nieznane kształty. Jednym z nich był bez wątpienia Mędrzec, taki jakim go Chłystek widział podczas ich ostatniego spotkania, rozpoznał go natychmiast, pomimo że dostojna toga dawno już straciła swój odcień olśniewającej bieli, a wieniec laurowy zastąpiła zwykła, sportowa czapka z daszkiem, na którym chyba własnoręcznie, wrzaskliwą, seledynową farbą, wymalował słowa - end of games. Stał na małym wzniesieniu powyżej doliny i spoglądał na uśpione Miasto, chwilami stukał w ziemię zdeformowanym od ciągłego używania kosturem - wyraźnie dużo podróżował, szmat świata zobaczył i chyba znalazł odpowiedź. Te odpowiedz pragnął poznać i Chłystek, ale wiedział, że jak świat światem, żaden szkiełkowy obraz, z najlepszego nawet Kalejdoskopu Zdarzeń, nie odezwał się ludzkim głosem. Jakież było więc jego zdziwienie, gdy Mędrzec odwrócił się z wolna i z oddali tego innego świata, wyraźnie i z naciskiem spojrzał mu w oczy, uśmiechnął się smętnie, po czym przemówił
      -Eeech, Chłystku, wielu, tak jak ty i ja, szło od początku po prawej stronie prostej drogi, a jednak błądziło. Nie dlatego że chciało. Wielu zapomniało, a nawet nie chciało i nie chce zrozumieć, że droga ma także lewą stronę, a na niej, zgodnie z zasadami ruchu, dzieją się rzeczy na przekór. Jeżeli ma się szczęście, to wszystko jest w porządku, niekiedy jednak, po tej lewej stronie jedzie szaleniec. Wiedziałem to zawsze, ale chciałem zrozumieć dlaczego i wiesz, odpowiedzi nie znalazłem. Nauczyłem się jednak jednego - wzruszać ramionami.
      Przy ostatnim słowie podniósł Mędrzec swój kostur ponad głowę, szkiełkowy wir rozszalał się od nowa i wciągnął go w sam środek czarnej dziury.
      Chłystek nie przejął się tym zbytnio, pomrugał nawet jedną powieką na pożegnanie, bowiem wiedział, że w centrum czarnej dziury czas jest wieczny.
      ....tylko przez parę jeszcze dni nie mógł przetrząsnąć z Kalejdoskopu bezustannie pojawiającego się w nim seledynowego napisu end of games
      --
      http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg
      AL
    • krystek.fabuloso Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 02.12.11, 16:26
      Czy poczułeś
      kwaśny oddech piwnicy,
      co od swego powstania
      między beczkami
      kiszonych ogórków się snuje
      i często gęsto
      Zefirem się mianuje?
      Czy widziałaś
      pośród kwiatów osty kłujące,
      szyderczo napuszone,
      wściekłe,
      łapczywie wilgoć
      z życiodajnej gleby ssące?
      Czy zauważyliście, że to,
      co mistrzem w pełzaniu
      ciągle marzy o lataniu?,
      lecz wznieść się nie może.
      --
      http://i45.tinypic.com/2rpy7sz.gif
      Krystek fabuloso
        • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 14.03.12, 19:56
          Eeeech, westchnął Chłystek i poruszył się leniwie na swojej ławeczce. Ostatnie dni spowodowały, iż poczuł się tak, jakby cały świat podążał do przodu w spowolniałym tempie. Nawet ciągle opadające kwiaty jego akacji nie potrafiły się tak do końca zdecydować: opadać ku ziemi, czy wzlatywać w niebo, co powodowało, że bezustannie trwający w powietrzu odurzający zapach, utrzymywał wszystko dookoła w stanie szczególnego półsnu. Chłystek otrząsnął się jeszcze raz, otrząsnął się z paru leniwie krążących w jego głowie myśli, otrząsnął się z jakby przylepionego do twarzy uśmiechu i niezdecydowanego gestu rąk. Wyciągnął zza pazuchy swój Kalejdoskop Zdarzeń i jakby odzyskując zapomniane siły, zaczął nim coraz szybciej potrząsać. Uradował go kryształowy, czysty dźwięk dochodzący z jego wnętrza i subtelna poświata różowego światła, którą pozostawiał w powietrzu każdy jego ruch.
          Z zaciekawieniem spojrzał w zdarzenia, które właśnie się ułożyły i zobaczył niespodziewany obraz. Po obu stronach zwykłej, najzwyklejszej drogi siedziały dwie postacie. Po prawej, w wygodnym fotelu Kobieta przyodziana w drogi kostium ( cena była wyraźnie widoczna na wiszącej u kołnierzyka metce). Siedziała wyprostowana, twarz jej promieniała tysiąckrotną słodyczą dobroci, wieniec z luźno splecionych Prawych Słów wspaniale przyozdabiał jej głowę. Po lewej stronie, na byle jak ociosanym pniaku, siedział Kowal Nie Tylko Swojego Losu i jak to kowal, siedział ociężale, pochylony i chwilami tylko spoglądał w dal, w kierunku nieuformowanego Widnokręgu Następstw. Jak wszystkim wiadomo, taki widnokrąg jest zawsze nieuformowany, nieprzewidywalny, niespodziankowy i z każdym krokiem odsuwa się dalej, aby tym bardziej pozostawić wolną drogę wyborów i siędziania.
          Jakież było zdziwienie Chłystka, gdy drzwi Widnokręgu Następstw nagle się rozchyliły a powietrze poruszyło się od nagłego łopotu skrzydeł niezwykłego ptaka. Czy był to ptak Zwiastun, ptak stamtąd, przybyły z chwil, które zanim nastąpią muszą się jednak w jakiś sposób zamanifestować, chociażby po to, aby dać szansę prawdziwego wyboru? Zanim zdążył Chłystek odpowiedzieć sobie na te pytania, ptak opadł miękko na sam środek drogi, zaszczebiotał krótko i sprytnymi oczkami rozejrzał się ciekawie dookoła. Kobieta natychmiast wyciągnęła z kieszeni kostiumu smakowite ciasteczko i rzuciła je ptakowi gestem nieopisanego zachwytu, serdeczności oraz idealnego zrozumienia, a Wieniec Prawych Słów na jej głowie zajaśniał porażającym blaskiem. Kowal nic nie rzucił, od prawie doby sam nic nie jadł, gdyż zajęty był kuciem obcego losu, więc jęknął tylko krótkie cześć i zdusił na policzku łzę, która nie wiadomo po co tam się pojawiła.
          - Cześć - odpowiedział mu ptak, tak zwyczajnie i po ludzku, bo przecież do Kowala Nie Tylko Swojego Losu nawet nie wypada odezwać się inaczej.
          Po czym wzleciał lekko w powietrze i szumiąc skrzydłami zaczął kwilić po swojemu w kierunku Kobiety:

          Nie zrozumiesz spokoju,
          nie poznasz ciszy,
          bo nie tam ona,
          w ułudzie,
          gdzie nikt nie rozumie,
          nikt nic nie słyszy,
          gdzie nie drgnie wiatr
          ani płatek śniegu,
          i słońce nie rozgrzeje
          sopla lodowego
          twego...
          serca,
          duszy?
          Ani złotej myśli,
          co przypadkiem
          w niej się zawieruszy.
          I zniknie bez śladu.

          I odleciał ptak, a Chłystek pomyślał, że rację miał Półpałek-Zapałek mówiąc kiedyś, że sacharyna słodka jest, a nawet pozornie gorycz załagodzi, ale ze słodyczą prawdziwego miodu nie ma nic wspólnego
          --
          http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg
          AL
          • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 29.04.12, 22:18
            SABINA
            Autor: krystek.fabuloso 11.02.12, 09:29

            Zdecyduj się. Nie bądź głupia. Już dziś weź twoją przyszłość we własne ręce.

            Taki napis, nieco już odrapany i nieco ochlapany jesiennym błotem zauważyła Sabina wracając po pracy do domu. Do tej pory nigdy go nie widziała, co było dziwne, gdyż umieszczony był powyżej witryny starego budynku na zakręcie. Zakręt ten uważała za feralny. Podczas zimowych miesięcy niejeden już raz potłukła się boleśnie padając na zamarznięte grudy brudnego śniegu. Latem zaś, przyczyną poślizgów stawały się licznie rozsiane na chodniku efekty przemiany materii bezpańskich psów.
            Sabina miała za sobą nie tylko ciężki dzień. W ostatnich miesiącach w ogóle nic jej nie wychodziło; szef po raz kolejny odmówił podwyżki, oczekiwany po bogatym wujku spadek przypadł w udziale jakiejś nieznanej instytucji dobroczynnej, w łazience uparcie kapała woda, a Mariusz wyprowadził się tym razem na dobre i podłapał sobie starszą kobietę, właścicielkę zakładu pogrzebowego i pękającego w szwach bankowego konta. Sabina poczekała parę minut na samym rogu. Wiało jak diabli, z samego czubka olchy, wyraźnie w jej kierunku, złośliwie skrzeczała nastroszona wrona. Zniecierpliwiona machnęła na ptaka torebką i w tym samym momencie zdecydowała się wziąć przyszłość we własne ręce. Pchnęła odrapane drzwi, z półmroku wnętrza powiało wilgotnym zapachem gotującego się kapuśniaku i smażonych ziemniaków. W rogu pomieszczenia, za ogromnym, staroświeckim biurkiem siedziała czarownica. Nie miała ani pypcia na nosie, ani kołtuna na głowie, nigdzie też nie widać było czarnego kota. Poprawiła czerwony szal i wpatrując się uporczywie w rozłożone karty zapytała nieco kpiącym tonem
            - Czy ty wiesz ile razy pośliznęłaś się na tym zakręcie? Pfuj, i to na czym! Czy ty w ogóle patrzysz pod nogi?
            Sabina odwróciła się na pięcie, nie miała ochoty na wysłuchiwanie docinków, lecz zdecydowany głos kobiety zatrzymał ją na miejscu.
            - Siadaj! Nie udawaj takiej wrażliwej po tym, ile zniosłaś, gdy Mariusz, na każdym kroku, przerabiał ciebie jak chciał
            Sabina osunęła się na krzesło W pierwszej chwili zdumienie odjęło jej mowę, po chwili, wyraźnie pytającym tonem, wybełkotała coś niezrozumiałego. Kobieta roześmiała się głośno.
            - Niech ci się nie wydaje, że czytam w twoich myślach. Dwa lata byłam żoną tego typka. Wyniósł się do innej, gdy zrozumiał, że wycisnął ze mnie wszystko, co się tylko dało. Sprzedałam dom po rodzicach, ogołociłam konta, na koniec pozostała mi tylko ta buda, której nikt nie chciał. Jestem Alicja. Oczywiście nie ta z Krainy Czarów.
            - Aha, no - odpowiedziała Sabina pociągając nosem
            Siedziała sztywno i z niezbyt rozumnym wyrazem twarzy. To była jej zwykła reakcja w sytuacjach, gdy spadały na nią nieoczekiwane informacje. Być może dlatego szef nie reagował na prośby podwyżki. Zaświtała jej w głowie myśl, że zawsze była pierwsza do usługiwania innym oczekując w zamian mało, albo nic. Alicja, jakby czytając jej myśli, skinęła potakująco głową.
            - Wyciągnij trzy karty - rozkazała - Potem popatrzymy w kulę i trochę sobie pogadamy.
            Nad kartami zastanawiała się dobry kwadrans i jedyne, co wygłosiła było głośne psia krew.
            - Psia krew! – wrzasnęła raz jeszcze i pchnęła ku Sabinie szklaną kulę.
            Kula była porysowana, nieco już matowa, lecz pomimo tych niedociągnięć wyraźnie rwała się do pracy. Podskoczyła dwukrotnie i rzuciła aż pod sufit snop zielonkawego światła, w którym poczęły wirować kolorowe obrazy. Były to fragmenty z życia Sabiny, bardzo realne, aż za bardzo. Spoglądała na nie z niedowierzaniem, ramionami szarpały lodowate dreszcze, a w momencie, gdy zobaczyła siebie szlochającą u kolan Mariusza i proszącą by został, twarz jej oblała się krwistym rumieńcem wstydu. Postanowiła zamknąć się na tydzień w mieszkaniu i po prostu wyć z rozpaczy. Nad sobą samą, nad własnym, spieprzonym, durnowatym życiem.
            W tym właśnie momencie usłyszała głos Alicji.
            - Nie byłabym czarownicą, gdybym nie potrafiła ci czegoś zaproponować - powiedziała - Czegoś bardzo przyjemnego dla nas obu. Moja kula nie tylko pokazuje to, co było, można w niej zmienić to, co ma się stać, wystarczy malutka manipulacja. Musisz tylko bardzo chcieć.
            Sabina nie zadawała zbędnych pytań. Chciała, oj, jak chciała. Zrobiły to śmiejąc się coraz bardziej, jak szalone.
            Tydzień potem Sabina dostała podwyżkę, w sprawie kapiącej wody wezwała złotą rączkę, z przyjemnością przeczytała w gazecie artykuł omawiający sensacyjną plajtę pewnego zakładu pogrzebowego. I popłakała się ze śmiechu, gdy któregoś popołudnia zobaczyła podnoszącego się z chodnika, upapranego psią kupką, Mariusza. Nawet wrona skrzeczała tym razem w jego kierunku.
            --
            http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg
            AL
            • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 05.07.12, 21:48

              Wszystkiego najlepszego, Maseczko smile
              Autor: krystek.fabuloso 02.07.12, 18:14


              Tego dnia miała to być moja ostatnia klientka. Wiedziałem, że się spóźni, przylatywała prosto z Lizbony i jak się okazało, nie tylko pociągom zdarzał się na tej trasie kwadrans opóźnienia. Jeszcze raz przejrzałem krótki list polecający mojej znajomej jeszcze z czasów uniwersyteckich:

              Drogi Krystianie

              Mam nadzieję, że znajdziesz czas, aby zająć się wyjątkowym przypadkiem pani M. Z racji swojego trzeźwego umysłu i wrodzonej odporności na uderzenia losowe, nigdy nie potrzebowała pomocy psychologicznej, jednakże na przestrzeni ostatnich paru lat nasila się u niej przekonanie, że w swoim otoczeniu słyszy, widzi, wyczuwa? coś niejasnego, coś, co chciałaby zrozumieć. Porozmawiaj z nią, proszę

              Ala Schamane

              Już sam styl tego krótkiego pisma, jak również pseudonim zawodowy mojej koleżanki uświadomiły mi, że sporo się oddaliła od kolegi Freuda i podążała raczej zawikłanymi śladami jungowskich archetypów. Nie przeszkadzało mi to bynajmniej, sam byłem zafascynowany, co z takiego pojęcia jak nieświadomość zbiorowa potrafią wydobyć współcześni przedstawiciele chociażby nauk ścisłych.
              W tym momencie usłyszałem pukanie. Jeszcze zanim zdążyłem odpowiedzieć, drzwi otworzyły się, pani M. weszła do gabinetu, poczułem subtelny zapach Ete De Murano.
              - Dzień dobry - powiedziała dźwięcznym, bardzo kobiecym głosem – Nie mam zbyt dużo czasu, wiec przejdźmy od razu do rzeczy. Kanapa, czy fotel?
              Po raz pierwszy w mojej karierze zawodowej opanowały mnie niekoniecznie zawodowe asocjacje, na tyle natrętne, że zaledwie potrafiłem wydukać:
              - Fotel wystarczy, tylko proszę się odprężyć i zamknąć oczy
              Zauważyła moje zakłopotanie, lecz zbyła je zaledwie dostrzegalnym uśmiechem, a ja, już po raz któryś uświadomiłem sobie, że kobiety o silnej osobowości wyjatkowo zaniżają moją samoocenę i prowokują tym samym do konfabulacji. Tym razem dowartościowałem się głośnym chrząknięciem mającym podkreślić moje nietuzinkowe kompetencje
              - Hmm, hmm, porozmawiajmy o pani dzieciństwie......- zaproponowałem
              - Proszę mi tu nie hmykać! – zawołała groźnym tonem - Od paru lat mam alergię na hmykanie. Czy wy, mężczyźni, zawsze myślicie, że kobieta podczepi jakąś ważną, epokową treść pod to wasze hmm, że da się nabrać i pomyśli, że jest to przejaw waszego wewnętrznego bogactwa? Otóż nie!
              Gwałtowność tej wypowiedzi olśniła mnie. Wiedziony instynktem zawodowego skrzywienia chwyciłem drobną dłoń klientki i ściskając znacząco palce, oświadczyłem:
              - Właśnie postawiła pani pierwszy krok na drodze do rozwiązania. Z czym kojarzy pani alergię hmykającą, no z czym?
              Zaczęła opowiadać. Trwało to dobrą godzinę i pomimo licznych dygresji, skrótów myślowych jak i zabawnych powiastek o elementach tak nieprawdopodobnych, że nie do pojęcia w realnym świecie, potrafiłem sobie wyrobić jako taki obraz. Otóż pani M. brała od paru lat czynny udział w wymianie poglądów na różnych portalach internetowych. Jej logiczny umysł programistki zderzał się w tym czasie z ludzkimi barierami typu: ciemny naiwniak, umysł wieśniaczy, pień toporno-zadufany, niewinność wybielona, a nawet wykrzywiony renesans i podjudek zawęgłowy. Nic dziwnego, że klientka starając się takie bariery zrozumieć i wyjaśnić, nie tylko obrywała maczugami po wirtualnych plecach, ale także słyszała, widziała, czuła?? coś dodatkowego. W tym momencie byliśmy już jednak oboje tak blisko rozwiązania, że prawie jednocześnie zawołaliśmy: Eureka!
              Eureka uspokoiła nas bardzo.
              Doszliśmy bowiem do wniosku, że pani M. słyszała po prostu poszczekiwanie kretynów.
              --
              http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


              AL
                • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 11.08.12, 21:25

                  Złota Rybka
                  Autor: krystek.fabuloso ☺ 06.08.12, 19:27


                  Dłuższy już czas nie zaglądał Chłystek do swojego Kalejdoskopu Zdarzeń, a nawet traktował go po macoszemu, gdyż wcale nie przejmował się, że leżąc na ziemi, tuż obok jego wygodnej ławeczki, powoli stawał się niewidzialny, tak bardzo oplatał go już powój i otulały polne bratki. Rzeczywistość tak pełna była zdarzeń, że chwilami zdawało się być ich więcej niż możliwości w Kalejdoskopie. Tego jednak dnia bukłak z miodnym napitkiem zaświecił dnem, chłodniejszy wiatr skierował zapach akacji w inną stronę, Miasto w dolinie rozhuczało się, zapewne nową aferą, i nie dziwota, że w takiej sytuacji opanowało Chłystka dziwaczne zniechęcenie. Rozejrzał się po swoim zakątku tak, jakby się go uczył od nowa, jeszcze raz spojrzał na bukłak, w którym zaaferowana osa starała się skorzystać ze śladu ostatniej, złotej kropli i ociągając się nieco sięgnął po Kalejdoskop Zdarzeń. Ten aż zadżal w jego dłoni z radości, zadźwięczały kolorowe kryształki, a gdy spojrzał w jego wnętrze zdarzenia zaczęły się układać tak szybko, tak niecierpliwie, że nie był w stanie ani ich policzyć, ani tym bardziej zrozumieć. Chłystek począł kolebać Kalejdoskopem łagodnie, a ten uspokoił się natychmiast i rozpoczął pokazywanie zdarzeń tak jak się należy; powoli i z rozmysłem.
                  Jako pierwsze pokazała się olbrzymia kanapa, skakały po niej jakieś dziwaczne, bezsensownie jazgotliwe stworki, jeden z nich kleił słowa przy pomocy przeterminowanej, renesansowej zaprawy, drugi kłaniał się ustawicznie na wszystkie strony, a chwilami poklepywał po grzbiecie wyświechtaną książkę, która, to wyskakiwała z Niczego, to chowała się za plecy jednego ze stworków, wyraźnie, acz nieudolnie bawiąc się ze wszystkimi w ciuciubabkę. Stworki biły jej bezmyślnie brawo, lecz zdecydowanie wolały wierzgać nóżętami udając w ten sposób jednolity zaprzęg nędrców. Chłystek potrząsnął Kalejdoskopem niecierpliwie, zupełnie tak samo, jak niegdyś pilotem, gdy zmieniał nudny odcinek Muppet Show na wiadomości ze świata lub interesujący program medyczny.
                  Tym razem zobaczył Półpałka -Zapałka, który wisiał zaczepiony prawą nogą na gałęzi przed swoją dziuplą, pochrapywał głośno, a chwilami recytował skomplikowane algorytmy Chwil Które Dopiero Nadejdą. Te chwile zainteresowały Chłystka najbardziej, gdyż jako jeszcze nienarodzone kryły w sobie jak największy potencjał rozwiązań. Dlatego tez, gdy ujrzał samego siebie kroczącego znajomą ścieżką w kierunku pobliskiego strumyka, szybko odsunął od siebie Kalejdoskop i nie pozwolił mu tym samym na przedwczesne wyjaśnienie celu własnej wędrówki.
                  Postanowił wyjaśnić ją sam.
                  Ścieżka była tuż, tuż, a strumyk zupełnie niedaleko, zaledwie kilkadziesiąt metrów od jego akacji. Już na miejscu przekonał się, iż upały i susza spowodowali, że dość szeroki strumyk prezentował się teraz jak srebrzysta nitka wijąca się wśród traw. Nie wydawał nawet typowo strumykowych odgłosów i był w wyraźnie apatycznym nastroju. Chłystek zaczął się już zastanawiać, dlaczego to wszystko ma należeć do jego zdarzeń, gdy nagle usłyszał cichy głos, tak cichy i nierealny, iż wydawał się być z innej bajki. Postąpił krok do przodu i dopiero wtedy ujrzał, zaplątaną w trawy, mocno już osłabioną brakiem wody, Złotą Rybkę. Machnęła na niego maleńką płetwą i rzekła z lekka znudzonym głosem
                  - Tak, tak, wiem, powinnam teraz wygłosić to, co w takich okolicznościach mówią wszystkie Złote Rybki, ale oboje doskonale wiemy w czym rzecz, wiec zaczynaj szybko z życzeniami, nie mam czasu i okrutnie mnie suszy.
                  - Chciałbym...- rozpoczął Chłystek
                  Rybka przerwała mu gniewnym ruchem ogonka
                  - Tylko daj sobie spokój z tymi oklepanymi życzeniami. Co drugi prosi mnie o pokój na ziemi, albo o zdrowie dla wszystkich ludzi tego świata. Kompletnie bez wyobraźni, do tego myśli taki, że punktuje u mnie swoją dobrocią na pokaz i zasługuje w ten sposób na spełnienie drugiego życzenia, a to jest identyczne u wszystkich
                  - Bogactwo - bąknął Chłystek
                  - Ha! - krzyknęła Rybka triumfalnym glosę – Wiedziałam! Ale jakem Złota, nie nabiorę się, nie dam nawet złamanego dukata....nie dam!
                  Zniecierpliwiony Chłystek najpierw zatkał jej pyszczek palcem, bo wyraźnie miała ochotę się rozkrzyczeć, czego przede wszystkim właśnie u rybek nie znosił, a potem delikatnie zanurzył ja w chłodnej wodzie strumyka.
                  - Nie chciałem od ciebie nic wielkiego, w każdym bądź razie nie dla mnie. Myślałem, że może zechcesz tak zaczarować Stworki z Kanapy, że przestana jazgotać. Co prawda mało mnie to obchodzi, bo na szczęście ich zdarzenia nigdy nie będą moimi, ale lubię uczłowieczać.
                  Złota Rybka wywinęła ponad wodą popiątne salto i zaśmiała się tak gromko jakby była przynajmniej wielorybem. I tyle z ją widział. Złote Rybki też mają granice swoich możliwości.

                  --
                  http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                  AL
                      • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 03.02.13, 12:54
                        przedźwięk (przeredagowane)


                        kroczę śladem rozsypanego dźwięku
                        staromodnego pianina wspominam
                        splatam stare i nowe trwając w cieniu
                        dobrego drzewa tam gdzie jemioła

                        szczęściem posypuje głowę
                        gaszę łzę co po policzku
                        ciepłą słodyczą płynie

                        wstrzymuję oddech

                        tęsknotę chcę ukoić klęcząc niemal
                        u źródła ciągle będącego czasu

                        --
                        http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                        AL
                        • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 04.02.13, 19:30
                          zaszeptanie


                          rozpisałeś sobie niebo
                          na ogród fontannę i beztroskę
                          modlitwa błądzi za horyzontem

                          wiem
                          wspólnie zdmuchnęliśmy płomień
                          wosk i tak się kończył

                          teraz naszeptuję czas zaklęciami
                          jestem z nim sam na sam

                          --
                          http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                          AL
                            • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 25.03.13, 16:21
                              kilka słów o Wenecji

                              miasto stojącego powietrza
                              pachniało wodorostami
                              i księżyc łamał się w zatoce

                              powiedziałam
                              jesteśmy jak gondolierzy
                              lecz brakuje nam łodzi


                              na Ponte di Rialto
                              przywoływałeś nasze oddechy
                              zatraciły się

                              nieprzycumowane


                              --
                              http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                              AL
                                  • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 13.05.13, 10:43
                                    ta rzeka

                                    szarość pustego niegdyś mostu
                                    spełnia się krokami tam i z powrotem
                                    smugi kolorów łączą dwa brzegi

                                    tu chmurzyły się bielą śliwy
                                    na wiosnę
                                    lipy chrzciły rzekę kwieciem

                                    słyszę w niej wśmianą radość
                                    mojego dzieciństwa
                                    --
                                    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                    AL
                                    • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 16.05.13, 17:29
                                      Po tygodniowym urlopie powrócił Chłystek do swojego domostwa w Mieście, ale w czterech ścianach sypialni i na miękkim łożu wcale nie było mu dobrze. Dlatego po krótkiej, pełnej majaków nocy, ruszył już o świtaniu ku swojej ławeczce i dopiero siedząc na niej poczuł w sercu, że jest u siebie.
                                      Akacja natychmiast sypnęła specjalnie na tę okazję dojrzałym kwieciem i, pachnąc do granic wytrzymałości, okazywała mu swoją radość.
                                      Chłystek rozejrzał się z zadowoleniem, pociągnął z bukłaka porządny łyk miodnego napitku, po czym wsłuchał się w swój świat.

                                      Od stawu dochodziło smętne i nieco chrapliwe, gdyż poranne, popiskiwanie wierzbowej fujarki. To najstarszy wodnik, Stróżywód, wspominał w ten sposób lata młodości i z przejęciem wygrywał popularny niegdyś na bagnach przebój "Rybał ci ja, rybał". Nikt już nie pamiętał frywolnych ponoć słów, ale pozostała melodia, która niewtajemniczonym wydawała się być jedynie szelestem kołysanego wiatrem sitowia i tataraku.

                                      Większość starych dębów dygotała gwałtownie, co oznaczało, że do dziupli nie dotarł jeszcze blask świtu i tym samym emerytowane wiedźmy chrapały w najlepsze.
                                      Ostatnio zresztą przesypiały nie tylko noce, ale i większość dni. Mało która wystawiała nos na świat, gdyż uważały, że staje się on coraz bardziej paskudny, wrogo nastawiony do wiedźm - także tych najbardziej zasłużonych dla rodzaju ludzkiego.

                                      Chłystek pokiwał głową ze zrozumieniem, ponieważ czuł, iż być może jest ostatnim człowiekiem, do którego miały jako takie zaufanie. Aby dodać więc sobie otuchy i poprawić nastrój, pociągnął tym razem trzy łyki miodnego napitku i sięgnął po Kalejdoskop Zdarzeń.
                                      Należało sprawdzić co porabia Półpałek-Zapałek.
                                      Kolorowe kryształki najpierw rozsypały się z rozmachem, jakby chciały w jednym obrazie ukazać cały świat, ale już po paru sekundach prawidłowo odzwierciedliły najbliższą okolicę. Zobaczył więc Chłystek miejsce po dawno już wygasłym ognisku, znajome drzewo i pustą dziuplę - nigdzie natomiast nie dojrzał Półpałka-Zapałka.
                                      Zaniepokojony, zerwał się na równe nogi i już chciał biec na poszukiwanie przyjaciela, gdy nagle coś przycupnęło obok niego na ławeczce.

                                      - Panie tego - zaskrzeczała postać, a Chłystek, po sposobie powitania, rozpoznał wiedźmę Skurczylichę.
                                      Imię to otrzymała przed wiekami, ponieważ już jako nastolatka była bardziej skurczona niż jej praprababka, a w międzyczasie zmniejszyła się jeszcze bardziej i wielkością przypominała trzykilogramową torebkę suszonych śliwek.

                                      - Witaj, a co tam? - odpowiedział Chłystek, starając się wychwycić spojrzenie jej nerwowo rozbieganych, kaprawych oczu.
                                      Chwilę skubała coś przy niecierpliwie wierzgającej miotle, potem zawęszyła przeciągle, odkaszlnęła i spróbowała splunąć przez lewe ramię, co jej jednak nie wyszło.
                                      - Suszy mnie nieco - oznajmiła mlaskając jęzorem i popatrując łakomie na bukłak z miodnym napitkiem.
                                      Chłystek nalał jej parę łyków w naprędce skręcony z liścia łopianu kubeczek i cierpliwie czekał, co powie.
                                      - Zabrali go - zawyła nagle. - Najpierw przyszło tu takich dwóch, opukiwali drzewa, niektóre znaczyli czerwoną farbą , w ściółce grzebali jak borsuki. Aż jeden dojrzał Półpałka-Zapałka jak zawieszony nogą na swoim konarze zażywał poobiedniej sjesty. Wołali na niego i rzucali szyszkami, ale spał jak zabity. Następnego dnia przyszło ich więcej i zabrali Półpałka do Miasta. Teraz siedzi w wiezieniu za włóczęgostwo, podkładanie ognia w lesie, konszachty z mącicielami i wstecznictwo umysłowe.
                                      - Wstecznictwo umysłowe? - zdziwił się Chłystek.
                                      - A tak - przytaknęła Skurczylicha. - Dla tych miastowych każdy, kto rozumie ptaki i drzewa, rozmawia ze skrzatami, a czasami z którąś z nas, jest niespełna rozumu.

                                      Chłystek zasępił się, gdyż równie dobrze można by i jego oskarżyć o to samo. Dowód siedział tuż obok. Posiadanie jedynego na świecie Kalejdoskopu Zdarzeń też było niezgodne z wyobrażeniami przeciętnego zjadacza chleba.
                                      Nagle jego twarz rozjaśniła się w szerokim uśmiechu.
                                      - Nie martw się, Skurczylicho - powiedział pewnym siebie głosem. - W pierwszej chwili sam chciałem biec i ratować Półpałka, ale doszedłem do wniosku, że nie trzeba. Sam się z tarapatów wyplącze, gdyż ma coś, czego tamci nie mają. Wyobraźnię.
                                      --
                                      http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                      AL
                                      • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 16.07.13, 08:37
                                        sjesta


                                        na niebie bocian układał chmury
                                        jaskółki latały nisko
                                        stolik pod gruszą śnieżył obrusem
                                        fajans kofiewarki rozpychał aromat

                                        cienie wiśni nawet nie drgnęły
                                        na trawnikach
                                        płożyło się lipcowe południe

                                        a hortensje kwitły bezpretensjonalnie
                                        --
                                        http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                        AL
                                        • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 21.07.13, 12:03
                                          wiersz


                                          łany rozsypią się w chleby
                                          sianokos zapachnie miętą
                                          a ja zamarzę ach żeby
                                          ziemia ta była świętą

                                          aby powietrze śpiewało ptakami
                                          splatane w warkocze dziewczyny
                                          aby ścieżki biegły lasami
                                          i wstydziły się jarzębiny

                                          a gdy wiersz już w noc się rozpłynie
                                          z nim się prześpisz za pan i za brat
                                          widzisz cuda w ramionach młyna
                                          pędzel trzyma twój prywatny skrzat
                                          --
                                          http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                          AL
                                          • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 14.08.13, 19:14
                                            Pewnego dnia otrzymał Chłystek tajemniczy list.

                                            Dojrzał go na swojej ławeczce pod akacją i w pierwszej chwili wydawało mu się, że to tylko zwidy spowodowane odurzającym zapachem kwiecia. Dopiero otworzywszy wesoło szeleszczącą kopertę, rozpoznał zamaszyste pismo swojego ojca chrzestnego i zdumiał się, że po tak wielu latach zechciał do niego napisać. Po raz ostatni bowiem widzieli się we wczesnej, chłystkowej młodości i już wtedy sędziwy Dogrzej często zapominał własne imię, a mijane na ulicy dziewczyny mylił z siostrzenicami, których zresztą nigdy nie posiadał. Opinia starego podrywacza i Alfonsa-dziwaka przylgnęła do niego niczym przylepiec na muchy.

                                            Wyglądało jednak na to, że pamięć chrzestnego nie uległa pogorszeniu, wręcz przeciwnie, zdawała się być lepsza niż kiedykolwiek przedtem. Chłystek wygładził kartkę i z niejakim zdumieniem począł mamrotać jej treść.

                                            Drogi bratanku, Chłystku.

                                            Sporo wody upłynęło w naszej Pluszczycy od czasu, gdy ruszyłeś w świat, aby odnaleźć Sens. Nie wiem czy trafiłeś na jego ślad, czy może zagubiłeś się na drodze ku niemu, albowiem jest ona jedną z najbardziej zwodniczych. Bez wzgledu jednak na to w jakim punkcie swojego życia się znajdujesz, jestem zmuszony wyrwać Cię z niego. Proszę, przybądź jak najszybciej do Rodzinnego Gniazda. Sprawa niecierpiąca zwłoki.

                                            Pozdrawiam.

                                            Dogrzej




                                            Zdziwił się Chłystek prośbą, gdyż po pierwsze, zupełnie zbiła go z pantałyku, po drugie zaś, nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek istniało jakieś Rodzinne Gniazdo. Postanowił rzecz sprawdzić i w tym celu zerknął w Kalejdoskop Zdarzeń.

                                            Kolorowe kryształki najpierw zawirowały szaleńczo, po czym próbowały ułożyć się raz tak, raz siak, lecz niestety, nic im nie wychodziło. W końcu rozsypały się bezobrazowo po całym polu widzenia i błyszczały tak markotnie, że Chłystka ogarnęło głębokie współczucie. Niemniej trzeba było coś postanowić, listu ojca chrzestnego nie pozostawia się tak po prostu - bez odzewu.

                                            Chłystek przewiesił przez ramię plecak-niezbędnik, w którym znalazło się miejsce nie tylko na Kalejdoskop Zdarzeń, ale i na bukłak z miodnym napitkiem, garść orzechów laskowych oraz kilka orkiszowych sucharów, po czym ruszył dziarsko przed siebie wierząc, że prędzej czy później trafi mu się jakaś możliwość podróży.

                                            I nie mylił się.

                                            Za trzecim dębem napotkał wiedźmę Zgryźlichę, która specjalnie w tym celu hodowanym pazurem, zajęta była wydłubywaniem korników na pierwsze śniadanie. Mlaskała przy tym tak głośno, że nie sposób było jej nie zauważyć.

                                            Za dwa łyki miodnego napitku przewiozła Chłystka na miotle nie tylko za las, ale i za trzy góry, co okazało się wyczynem nie lada, gdyż na tej wysokości powietrze było już mocno rozrzedzone i wymagało tym samym wielkich umiejętności lotniczych.

                                            Zaraz potem natknął się Chłystek na tabor cygański podążający w tym samym kierunku co i on, zaś ostatni odcinek trasy spędził na karku narowistego osiołka, który gnał przed siebie takim galopem, że niezauważenie minęli cel i trzeba było wracać dobrych pięć kilometrów.

                                            Mieścina była niewielka, pokryta kurzem zaprzeszłości, gorące, sierpniowe podmuchy byle jakiego wiatru tarmosiły od niechcenia pożółkłe firanki w uchylonych oknach. Od pustego ponad sto lat przystanku dorożek, ciągle jeszcze rozchodził się ostry swąd końskiego potu, a poirytowane nim krwiożercze muchy latały nerwowo w poszukiwaniu ofiar. Zaraz obok, na progu niskiego budynku poczty, przesypiał pracę brzuchaty urzędnik. Jego ciężki, urywany oddech rozdmuchiwał na boki popiół ze sterczącego w kąciku ust, dawno już wypalonego papierosa. Gromadka umorusanych, bosonogich chłopców zabawiała się strzelaniem z procy, a właściciel sklepiku szorował niespiesznie beczkę po kiszonych ogórkach - stróżka mętnych popłuczyn płynęła zygzakiem aż po wielkie drzewo na samym środku placu.

                                            Chłystek rozejrzał się dookoła - rozpoznał zapachy, skrzyżowanie dwóch szaro brukowanych ulic, przechylony krzyż na kopule ubogiego kościołka i zrozumiał, że musiał tu bywać jako dziecko.

                                            Pewnym już krokiem ominął mizerny rynek i dwie przecznice dalej odnalazł Rodzinne Gniazdo. Parterowe, obszerne domostwo rozsiadło się niejako w zdziczałym ogrodzie - pachniało miętą, różami i żywicą. Na huśtawce przymocowanej do potężnego konaru wiekowego dębu siedział przystojny, młody mężczyzna i spoglądał na Chłystka lekko kpiącym wzrokiem. Widząc jednak jego wahanie, wyciągnął jako pierwszy rękę.

                                            - Witaj, Chłystku. Nie poznajesz mnie? - wychrypiał niepasującym do swojego wyglądu głosem.

                                            - Niby nie - wybąkał Chłystek niepewnie.

                                            - Jestem Dogrzej, twój ojciec chrzestny. Kiedy byłeś małym knypkiem nosiłem cię na barana, pokazywałem, hihihi, jak zaglądać panienkom pod spódnice i wąchać tabakę.

                                            - Pamiętam, pamiętam, ale...

                                            - Tak, wiem, widzisz przed sobą innego człowieka i zadajesz sobie pytanie, jak to może być, że jestem młodszy od ciebie.

                                            Dogrzej zeskoczył z huśtawki i zanim dotknął stopami ziemi, wyraźnie odmłodniał o przynajmniej trzy lata. Zauważył to, gdyż twarz nagle mu spochmurniała. Machnął ręką w geście najwyższej rezygnacji.

                                            - Widzisz, to się dzieje co pewien czas, nieregularnie i niespodziewanie. A wszystko przez kwiat paproci. Parę dni temu, jako staruch, obleśniak i pokraka, wyczytałem w twoich dziecinnych bazgrołach, że potrafi spełnić największe marzenie. Ostatkiem sił poczłapałem do lasu i przypadkiem natknąłem się na piękny okaz. Z daleka kusił mnie blaskiem, mamił niczym przebiegły diabeł, no i w starczym obłędzie powiedziałem mu, że chciałbym młodnieć. Rozumiesz? Ja, durny dziad, myślałem, że młodnieć i być młodym oznacza to samo. I teraz masz chłopie placek. Cofam się w latach w zastraszającym tempie, niedługo przejdę odwrotną mutację głosu, albo nie zdążę jej nawet zauważyć. Załatwiłem już sobie miejsce w domu dziecka - zakończył smętnie.

                                            Chłystek stał jak rażony piorunem. To, co widział i słyszał nie mieściło się w głowie nawet jemu, a przecież jak mało kto obeznany był w czarach-marach emerytowanych wiedźm i zwodniczych tonach wodnikowych fujarek. Nie potrafił się też domyślić dlaczego Dogrzej wezwał właśnie jego, wiadomo bowiem było, że drugiego kwiatu paproci nikt nie znajdzie przez następnych sto lat. I nie mogła w tym pomóc ani znajomość z Półpałkiem-Zapałkiem, ani z Echami Zaprzeszłości.

                                            Dogrzej, jakby odgadując jego myśli, potrząsnął przecząco głową.

                                            - Nie szukam ratunku, Chłystku - oznajmił. - Chcę tylko abyś przejął tę posiadłość i coś z niej zrobił, w tych ścianach mieszka historia naszego rodu. Podpisałem już wszystkie papiery, do ciebie należy reszta.

                                            Powiedziawszy to ujął go pod ramię i pociągnął w kierunku domu. Nie doszedł jednak do drzwi. Na każdym schodku tracił po pięć lat, na ostatnim już tylko raczkował, a na wycieraczce zniknął tak szybko i dokładnie, jakby go nigdy nie było - tylko pod nogi Chłystka potoczyła się staromodna, mocno już zniszczona tabakierka.

                                            Podniósł ją w zamyśleniu. Machinalnie przygotował sobie porządnego niucha, wciągnął go zadowolony, że napływających do oczu łez nie można było określić jednoznacznie. A w momencie potężnego kichnięcia, które zdawało się wyrzucać z niego zmęczenie, melancholię i smutek, doznał olśnienia. Tak, po cóż zbyt wiele się zastanawiać. Gniazdo Rodzinne nadawało się doskonale na salon odnowy nie tylko dla bogatej klienteli, ale przede wszystkim dla emerytowanych wiedźm.

                                            Bo dawno już wymagały renowacji.
                                            --
                                            http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                            AL
                                            • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 21.08.13, 17:46
                                              kochanek

                                              spieszę do niego, świat tętni motylem
                                              uśmiech nie schodzi z twarzy
                                              mówiłeś - pamiętaj, zawsze marzyłem
                                              z tobą cud ma się zdarzyć


                                              jeszcze daleko, już pachnie powietrze
                                              tym, co nastąpić musi
                                              wiem, rozkołyszesz, ubierzesz nas w tęczę

                                              nie potrzebujesz kusić
                                              --
                                              http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                              AL
                                              • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 08.09.13, 20:51
                                                Niepokorna


                                                Wiedziałam, że u większości ludzi wzbudzam współczucie. I nienawidziłam tego. Podniosłam głowę i spojrzałam prosto w oczy siedzącej naprzeciwko psycholog - też nie potrafiła ukryć litości.

                                                - Poradzę sobie - zapewniłam. - Zawsze musiałam być silna, aby w ogóle móc żyć. Po rozprawie podejmę moją pierwszą pracę, myślę, że obowiązki pozwolą mi zapomnieć.
                                                - Tak, oczywiście - przytaknęła beznamiętnym tonem. - Podziwiam panią - dodała szybko. - Co prawda nic to w wyroku nie zmieni, ale fakt, że pani wybacza jest dla mnie czymś niewyobrażalnym. W całej mojej karierze nie spotkałam się z takim przypadkiem - powiedziałabym... świętej pokory. Gdyby jednak, w przyszłości, coś nie tak, zareaguję nawet na telefon po północy, zawsze. Podziękowałam skinieniem głowy.

                                                Byłaś taka naiwna, łatwowierna i czysta, prawdziwa dziewczyna z dobrego domu.
                                                I tak oszałamiająco piękna.
                                                Przy tobie byłam niedostrzegalna, nikt nie zwracał na mnie uwagi. Cudowne. Obiecywałaś, że zawsze będziemy razem, na dobre i na złe, pomożesz mi żyć. A przecież, wbrew wszystkiemu, to ja byłam tą silną. Paradoksalnie to ja stałam mocno na ziemi, gdy ty bujałaś w obłokach, rozmarzona, a potem zakochana. Pamiętam jak mieniłaś się na twarzy, wymawiając jego imię. Wtedy zrozumiałam, że już nie ze mną chcesz być na zawsze, tylko z nim. Nie miałam ci tego za złe, cieszyłam się twoją miłością jakby była moją, przeżywałam nasze wspólne już zwątpienia i nadzieje.
                                                Nie przedstawiłaś go rodzicom, nawet nie wiedzieli jak wygląda. Dziwiło mnie to trochę, ale wspominałaś, że jest nieśmiały, ma jakieś nieuzasadnione opory i musisz go dopiero oswoić.
                                                Nawet spotykaliście się ukradkiem.
                                                Widziałam was raz z daleka, nie wydał mi się mniej pewny siebie niż inni mężczyźni. Słyszałam jego śmiech, obejmował cię tak, jakbyś była już jego na zawsze.

                                                Tego dnia przyniosłaś wizytówkę i szalik z monogramem, schowałaś pod poduszkę i wiem, całą noc sprawdzałaś czy ciągle tam są. Rano twarz jaśniała ci uśmiechem szczęśliwej panny młodej i chyba nieco tego blasku spłynęło na mnie, gdyż ojciec, pytając co zamierzam robić po południu, po raz pierwszy od lat zdrobnił moje imię. Byłam wniebowzięta.




                                                - Już czas - usłyszałam głos terapeutki. - Właśnie otworzyli drzwi.

                                                Na sali usiadła obok mnie, uścisnęłam szybko dłoń adwokata i całą uwagę skupiłam na ławie oskarżonych. Siedział sztywno, jak wyciosany z kamienia posąg, spojrzenie nieruchomo wbite we mnie, na twarzy wyraz nieopisanej nienawiści. Gdyby mógł rozszarpałby mnie na strzępy i nie tylko ja miałam takie odczucie - na sali, tu i tam podnosił się groźny szept oburzenia. I jeszcze spotężniał, gdy mimowolnie dotknęłam palcami okaleczonego policzka. Obrońca przeciwnej strony poruszył się niecierpliwie i zerknął na swojego klienta z wyraźnym obrzydzeniem. Wyobrażałam sobie jak ciężko mu było stać oficjalnie po stronie człowieka, którego opinia publiczna już od samego początku sprawy napiętnowała jako potwora i okrutnika.

                                                Potem zabrał głos oskarżyciel, obrońca przekonywał o chwili słabości swojego klienta, sędzia zadawał pytania przyciszonym głosem, obserwując moje reakcje - prawdopodobnie nie chciał mnie dodatkowo zranić. Padały słowa takie jak: czyn haniebny, niewyobrażalne okrucieństwo, niewinny, bestialstwo. Nie obchodziły mnie. Widziałam tylko jego coraz bardziej wykrzywioną twarz i dziękowałam Bogu, że pozwolił mi wywalczyć sprawiedliwość.

                                                Dostał dziesięć lat.

                                                Zbyt mało za to, co zrobił, wystarczająco by stracił część życia - żeby poczuł jak to jest.

                                                Ułamek sekundy po ogłoszeniu wyroku, wyskoczył z ławki i runął w moim kierunku. Uderzeniem pieści powalił protestującego obrońcę. Dwóch policjantów zdołało go powstrzymać tuż przede mną. Miotał się jak szaleniec, usiłował dosięgnąć mnie celnym kopniakiem, coraz bardziej rozwścieczony, nieobliczalny - jak zwierz zamknięty w pułapce.

                                                - Ty zdziro! - wrzeszczał. - Nie znam cię, ty dziwko. Ludzie, jak tak można, to ona na mnie napadła! To ona, ta dziwka... - wyjęczał opadając bezsilnie na podłogę.



                                                Byłaś taka łatwowierna. A ja - nie potrafiłam ciebie ochronić przed niczym. I byłam bezradna, gdy ogłosiłaś mi beznamiętnym tonem, że jesteś w ciąży i ślubu nie będzie, bo jak się okazało, on jest już żonaty, ma dwoje dzieci, dobrze prosperującą firmę i nie ma zamiaru zajmować się problemami przelotnej znajomości.

                                                Nie byłam wystarczająco czujna.

                                                Myślałam, że przepłaczesz noc, a potem wspólnie zastanowimy się co robić dalej. Myślałam, że wyrzucisz ciężki od łez szalik z monogramem i zaufasz bliskim. A potem była już tylko pustka i wyrzuty sumienia, bo nie zauważyłam, że zdołałaś zgromadzić tyle środków nasennych.

                                                Odeszłaś cicho. A zaraz po tobie ojciec. Nie wytrzymał.




                                                Pochyliłam głowę i spojrzałam mu prosto w oczy. Jęczał rozpaczliwie. Za plecami policjantów przejmująco szlochała elegancko ubrana kobieta - pewnie żona. Następna, którą unieszczęśliwił.

                                                - Najlepiej by było, gdyby się powiesił - usłyszałam przenikliwy szept nie wiadomo kogo.

                                                Ten szept słyszałam jeszcze przez parę dni. Dodawał mi siły podczas pierwszych dni mojej nowej pracy, a nawet później, gdy odbierałam mamę po długim pobycie w szpitalu. Uśmiechała się łagodnie, ale już bez bojaźni, chociaż w dalszym ciągu mnie nie poznawała.

                                                Myślałeś zapewne, że wszystko się skończyło. Bezboleśnie. Że możesz cieszyć się żoną i dziećmi, a może następna, naiwną dziewczyną. Zapomniałeś o mnie. A raczej nie wiedziałeś, że w ogóle istnieję. Tak bardzo było ci wszystko obojętne, nawet nazwisko mojej siostry.
                                                Śledziłam cię.
                                                Nie było to łatwe, musiałam dojeżdżać trzydzieści kilometrów do twojego miasta. Po miesiącu dokładnie wiedziałam kiedy i gdzie bywasz. Zaplanowałam spotkanie nad rzeką. Doskonałe miejsce, spokojne, słabo uczęszczane, idealne dla dla łaknącego wolności joggera. Czekałam na ciebie prawie godzinę, bo akurat tego dnia rachuby mnie zawiodły i zjawiłeś się później. Zarośla na zakręcie doskonale nas osłaniały i nikt nie widział jak wyskoczyłam ci wprost pod nogi. Do końca nie zrozumiałeś co się dzieje. Nawet wtedy, gdy ścigany moim krzykiem, uciekałeś podrapany i z plamami mojej krwi na podkoszulku.

                                                Znaleziono mnie skatowaną, w szoku. Na policzkach miałam rany cięte w kształcie litery K - wykonane nożem, w pokaleczonych rękach ściskałam kurczowo szalik z monogramem.
                                                Obok, z odtrąconym kołem, leżał mój inwalidzki wózek.

                                                --
                                                http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                AL
                                                • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 30.10.13, 10:16
                                                  przejesiennie

                                                  już jarzębina się zmarszczyła
                                                  w lesie dzięciołem wartko huczy
                                                  omdlewa pęd dzikiego wina
                                                  chmury są spięte szarym kluczem

                                                  w kielichach dolin mgły falują
                                                  jak w wielkich tyglach czarodzieja
                                                  chłodnym porankiem dęby tulą
                                                  by milczeć gdy się rydze śmieją

                                                  za horyzontem dzień się wścieka
                                                  gna huraganem piorunami
                                                  rzęsistych łez wylewa rzekę
                                                  i kuksańcami jesień rani

                                                  lecz gdy zaiskrzy babim latem
                                                  wiatr wspomni słodki zapach wrzosów
                                                  flet z liścia zagra nam sonatę
                                                  a niebo sypnie garść turkusów
                                                  --
                                                  http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                  AL
                                                  • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 04.11.13, 19:27
                                                    skarb

                                                    gdzieś na wzgórzu pośród świerków
                                                    za kamieniem w siwym mchu
                                                    słychać raz po raz siekierkę
                                                    i ktoś klnie prawie bez tchu

                                                    pokopana ziemia jęczy
                                                    puszczyk kwili smętny hit
                                                    raptem coś tam w dole brzęczy
                                                    jakby złotych zębów zgrzyt

                                                    ten z siekierą w dół wskakuje
                                                    czar odczynia pluje w kąt
                                                    kurcze blade nie skutkuje
                                                    zamiast skarbu zgniły swąd

                                                    ściągnął pomoc z Bies Czad Blues'a*
                                                    zeszła się też cała wieś
                                                    ten i ów zaprzedał duszę
                                                    a ze śmiechu pęka bies


                                                    *Bieszczadzkie spotkania bluesowe
                                                    --
                                                    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                    AL
                                                  • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 16.12.13, 08:26
                                                    w starym kinie

                                                    zamykam kolejny rozdział powieści
                                                    dzielonej na mnie i ciebie
                                                    melodia pozytywki ustaje
                                                    w połowie wiedeńskiego walca

                                                    d-moll zawsze przepowiada najgorsze

                                                    epilog kiełkuje gorczycą
                                                    zwiastuny z być może się stanie
                                                    falują sepią niemego filmu
                                                    smętnie wtopione w ciszę
                                                    --
                                                    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                    AL
                                                  • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 15.03.14, 22:12
                                                    Kiedy cisza staje się nieznośna

                                                    Gdy któ­re­goś dnia obu­dzi­ła Chłyst­ka prze­ni­kli­wa cisza, zdu­miał się bar­dzo i pod­świa­do­mie ode­brał ją jako za­gro­że­nie. Za­zwy­czaj, zanim jesz­cze otwo­rzył oczy, roz­po­zna­wał od­gło­sy zwia­stu­ją­ce upal­ny dzień, kie­ru­nek do­pie­ro wy­klu­wa­ją­ce­go się wia­tru i mu­zycz­ne za­mia­ry miesz­ka­ją­cych po są­siedz­ku cy­kad-in­dy­wi­du­ali­stek. Pra­gnął wy­ło­wić cho­ciaż­by sze­lest opa­da­ją­cych kwia­tów aka­cji, od­gło­sy życia mró­wek, lub wart­ki ciąg ma­rzeń śpią­ce­go bor­su­ka - nic z tego. Cisza ob­le­pi­ła wszyst­ko jakby gęstą watą. Przez chwi­lę po­czuł się w obcym świe­cie, ale nie byłby Chłyst­kiem, gdyby nie ze­chciał do­ciec przy­czy­ny ta­kiej sy­tu­acji.

                                                    Na­pręd­ce obmył twarz garst­ką ze­bra­nej z trawy rosy, po czym tak od­świe­żo­ny ru­szył na po­szu­ki­wa­nie. Nie spo­tkaw­szy nawet li­siej kity, sta­nął w końcu pod drze­wem Zą­bel­li, zwa­nej tak dla­te­go, po­nie­waż była po­sia­dacz­ką wy­jąt­ko­wo po­kaź­nych roz­mia­rów kła, któ­rym po­tra­fi­ła świet­nie się po­słu­gi­wać pod­czas chy­żych wspi­na­czek na naj­wyż­sze dęby i sosny. Le­ża­ła w dziu­pli, na le­go­wi­sku z mchów i zmur­sza­łych ka­wał­ków huby. I mu­sia­ła już tak spać od dłuż­sze­go czasu, może ty­go­dni, gdyż ob­na­żo­ne do kolan nogi gęsto po­ra­sta­ły pur­chaw­ka­mi, pę­ka­ją­cy­mi ze świ­stem przy naj­lżej­szym nawet ruchu. Chły­stek szturch­nął ją lekko w ramię, ale gdy w od­po­wie­dzi chrząk­nę­ła tylko ni­czym po­iry­to­wa­ny war­chlak, zde­cy­do­wał się na kon­kret­niej­sze me­to­dy.

                                                    - Bum, bum, Zą­bel­lo! - huk­nął jej pro­sto w twarz.

                                                    Wiedź­ma za­wa­chlo­wa­ła nie­po­rad­nie ob­wi­sły­mi usza­mi i usia­dła tak nagle, że wszyst­kie pur­chaw­ki buch­nę­ły brą­zo­wym pyłem. Mach­nę­ła kilka razy po­krzy­wio­ną reu­ma­ty­zmem ręką, po czym ki­cha­jąc za­ma­szy­ście i z na­le­ży­tym na­masz­cze­niem, skie­ro­wa­ła na Chłyst­ka za­cie­ka­wio­ne spoj­rze­nie.

                                                    - A gdzież to po­dzia­ły się twoje sio­stry? - za­py­tał.

                                                    Za­śmia­ła się skrze­kli­wie i do­pie­ro na ten dźwięk od­po­wie­dział cały Las. Roz­krzy­cza­ły się wrony, za­hu­czał pusz­czyk, zde­ner­wo­wa­ne wie­wiór­ki chru­pa­ły gło­śno i po­spiesz­nie orze­chy, za je­zio­rem za­pi­ska­ły smęt­nie wierz­bo­we fu­jar­ki za­ko­cha­nych wod­ni­ków. Nawet le­ni­wy ze sta­ro­ści żubr-we­te­ran mla­skał z takim prze­ję­ciem, że aż echo nio­sło. Wiedź­ma zaś po­pu­ka­ła się zna­czą­co w głowę.

                                                    - Ech, za­po­mi­nal­ski już je­steś, Chłyst­ku - stwier­dzi­ła. - Po­da­ro­wa­łeś nam prze­cież odzie­dzi­czo­ny po wujku dom, z pro­po­zy­cją, aby­śmy zro­bi­ły z niego SPA. Więk­szość z nas za­ka­sa­ła rę­ka­wy i za­bra­ła się do ro­bo­ty. Ej, żebyś wie­dział jak się zmie­ni­ły. Praw­dzi­we z nich da­mul­ki. No wiesz - nowe biu­sty, pod­nie­sio­ne po­ślad­ki, roz­cze­sa­ne koł­tu­ny i wy­pa­lo­ne bro­daw­ki. Przy­po­mi­na­ją bar­dziej lalki Bar­bie, niż wiedź­my. - Za­koń­czy­ła z gorz­kim wes­tchnię­ciem.

                                                    Za­fra­so­wa­ny Chly­stek po­dra­pał się za pra­wym uchem. Przy­po­mniał sobie swój hojny gest, ale do­pie­ro teraz zro­zu­miał, że w ten spo­sób po­zba­wił Las wy­jąt­ko­wo­ści - była to bo­wiem je­dy­na knie­ja, w któ­rej po­gło­wie eme­ry­to­wa­nych wiedźm znacz­nie prze­kra­cza­ło nie­ustan­nie za­ni­ża­ną śred­nią kra­jo­wą. Do­szedł do wnio­sku, że przy­kro by mu było miesz­kać w są­siedz­twie tak zde­for­mo­wa­nej ubyt­kiem oko­li­cy i już zło­żył pięść aby za­dud­nić nią po­spiesz­ny­mi mea cul­pa­mi, gdy nagle po­czuł mięk­kie do­tknię­cie na wy­sta­ją­cej z dziu­pli, lewej nodze. Obej­rzał się zdu­mio­ny. Za­le­d­wie mu­ska­jąc na­prę­żo­ną łydkę, le­wi­to­wał Pół­pa­łek-Za­pa­łek, a uśmiech na jego twa­rzy był z ga­tun­ku tych wiel­ce obie­cu­ją­cych.

                                                    - Wiem, co cię trapi, Chłyst­ku - za­ga­ił. - Nie­któ­re dobre po­my­sły ob­ra­ca­ją się prze­ciw nam. Pa­mię­tasz słyn­ną akcję z ku­kuł­ka­mi? Tak się roz­mno­ży­ły i de­ner­wo­wa­ły ku­ka­niem ród wod­ni­ków, że ode­bra­no im plany bu­do­wy gniazd. I co teraz mamy? Stado nie­ro­bów pod­rzu­ca­ją­cych jajka ro­dzi­com z po­wo­ła­nia. Istny hor­ror! Tego już nie da się na­pra­wić, ale jeśli cho­dzi o wiedź­my, to mam po­mysł. Za­świ­tał mi wczo­raj pod­czas sje­sty, gdy od po­po­łu­dnio­wej ciszy roz­bo­la­ła mnie głowa, a w za­pa­chu dzi­kie­go ty­mian­ku za­czę­ły ku mnie na­pły­wać Zjawy, Wi­dzia­dła i Ha­lu­cy­na­cje. Prze­gna­łem je spe­cjal­nym za­klę­ciem i po­mysł mógł się od­po­wied­nio roz­wi­nąć.

                                                    - I co ci on pod­po­wia­da? - za­py­tał Chły­stek.

                                                    - Mu­si­my zor­ga­ni­zo­wać do­kształt - ogło­sił Pół­pa­łek-Za­pa­łek. - Coś w ro­dza­ju po­wrót wiedźm do ko­rze­ni. W końcu, pra­cu­jąc w SPA, muszą mieć cer­ty­fi­kat z zio­ło­lecz­nic­twa i zna­jo­mo­ści wpły­wu le­śne­go po­wie­trza na re­duk­cję mikro zmarsz­czek.

                                                    - Ale czy ze­chcą?

                                                    - Ho, ho, zro­bi­my od­po­wied­nią re­kla­mę, stwo­rzy­my modę na bycie wiedź­mą. Za­pew­ne nie­wie­le tych praw­dzi­wych da się na­brać, ale wiesz, jak to jest z ludź­mi. Je­że­li im się od­po­wied­nio wmówi, że po na­szym do­kształ­cie do­świad­czą wyż­szych po­zio­mów świa­do­mo­ści, opa­nu­ją le­wi­ta­cję i pra­wiecz­ne taj­ni­ki oczysz­cza­nia aury, to ochot­ni­czek przy­bę­dzie aż nadto. Ogło­si­my ostrą se­lek­cję, co bę­dzie do­dat­ko­wym bodź­cem. Przyj­mu­je­my tylko ze­zo­wa­te od uro­dze­nia, skocz­ne, ciem­no­wło­se i ko­niecz­nie z wadą wy­mo­wy. Za­klę­cia brzmią do­pie­ro ta­jem­ni­czo i prze­ko­ny­wu­ją­co, gdy nie spo­sób ich zro­zu­mieć.

                                                    Chły­stek chciał przy­brać po­waż­ny wyraz twa­rzy, lecz nie wy­trzy­mał i wy­buch­nął tak grom­kim śmie­chem, że za­sko­czo­na Zą­bel­la skur­czy­ła się do roz­mia­rów pra­wie nie­zau­wa­żal­nych.

                                                    - A niech cię, Pół­pał­ku - wy­krztu­sił, roz­ba­wio­ny. - Za­wsze mia­łeś do­sko­na­łe po­my­sły, ale ten jest wręcz ge­nial­ny. Świet­nie po­tra­fisz wy­ko­rzy­stać ludz­ką sła­bość w dą­że­niu do tego, aby po­ka­zać się waż­niej­szym i bar­dziej nie­zwy­kłym niż prze­cięt­ny zja­dacz chle­ba. I kto wie, może te młode wiedź­my nie będą miały nic prze­ciw­ko, żeby łą­czyć się z wod­ni­ka­mi i przy­spo­rzyć im po­tom­stwa, bo tym na­szym eme­ry­to­wa­nym amory wy­wie­trza­ły z głów już parę setek lat temu. Czyli - nie ma tego złego, co by na dobre nie wy­szło.

                                                    --
                                                    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                    AL
                                                  • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI - Kiedy przeszłość... 23.05.14, 20:52
                                                    Kiedy przeszłość się budzi


                                                    Spoglądałam na jasny, obszerny pokój, który miał być moim salonem.
                                                    Czterech mężczyzn w niebieskich kombinezonach wnosiło właśnie meble. Pachniało drewnem, klejem stolarskim i świeżą farbą, na parkiecie tańczyły cienie wiekowych lip. Jako dziecko miałam wrażenie, że rosną po drugiej stronie ulicy na wyciągniecie ręki.

                                                    - Niezłe mieszkanie pani sobie fundnęła - stwierdził z uznaniem jeden z pracowników. - Ze sto metrów będzie.
                                                    - Sto piętnaście - poprawiłam.
                                                    - Aha. Mury tu porządne, doskonała cegła. Wiem, kuzyn pracował przy renowacji. Te kamienice należały przed wojną do bogatych Niemców. Fabryki mieli po tamtej stronie rzeki, tu wygodnie mieszkali. Tylko siatki musi pani w okna powstawiać, bo komary od rzeki lecą i tną jak szalone.
                                                    - Wiem.

                                                    Oczywiście, że wiedziałam. Mieszkanie należało do babci, a brzeg rzeki wydeptywałam od wczesnego dzieciństwa, łowiąc na małą wędkę uklejki, które lądowały na starej patelni przywiezionej jeszcze zza Buga.
                                                    Wspaniałe czasy i wspomnienia. Nigdy potem nie było już tak pięknie. Rodzina porozjeżdżała się po świecie, a ja coraz rzadziej odwiedzałam stare kąty, tym bardziej, że wraz z postępującą chorobą Parkinsona babcia stała się nieznośna. Korzystała tylko z najmniejszego pokoju, a w kuchni graniczącej z salonem pojawiała się tylko po to, aby w pospiechu coś zjeść. Twierdziła, że w ścianie dziwnie puka, tak, jakby z wysoka spadała metalowa kulka i jakiś czas toczyła się po nierównej powierzchni. W końcu zrezygnowała z przygotowywania posiłków i jadła tylko to, co przynosiła stara, znajoma pielęgniarka. Otrzymałam od niej list, w którym informowała, że obie nie życzą sobie żadnych odwiedzin, gdyż z mojej winy, a zwłaszcza z powodu prowadzenia prywatnego gabinetu psychologicznego, członkowie rodziny stracili ze sobą kontakt.

                                                    Jakież było moje zdziwienie, gdy otrzymałam mieszkanie w spadku.
                                                    Świeżo po rozwodzie, ciągle jeszcze z nieuporządkowanymi myślami, szukałam nowych dróg w życiu. Powrót do zaufanego miejsca dał mi poczucie bezpieczeństwa.
                                                    W przeciągu dwóch miesięcy nowe gniazdko zostało urządzone, miałam nawet własny gabinet, a w kalendarzu zaznaczone terminy przyjęć. Świat lśnił wszystkimi kolorami tęczy.

                                                    Stracił je po paru dniach. Pracowity tydzień i nadzieja weekendowego lenistwa. Chyba ze zmęczenia, a może dlatego, że w snach prześladowały mnie koszmary, obudziłam się w środku nocy z nieprzepartą ochotą na szklankę zimniej wody. Ciemność za oknem kuchennym drżała migotliwym blaskiem zepsutej lampy ulicznej, na parapecie układały się fioletowe cienie.

                                                    I wtedy usłyszałam.
                                                    Dźwięk spadającej metalowej kulki. Wydawało się, że podskoczyła parę razy, cichnąc tak nagle, jakby przeniknęła do innego świata. Już zamierzałam wzruszyć ramionami, gdy odgłos powtórzył się. Natarczywie i ze wzmożoną siłą. A potem jeszcze raz, i jeszcze.
                                                    Miałam wrażenie, że kolejne dźwięki spadania stają się coraz bardziej niecierpliwe, jakby czekały na moją reakcję lub chciały coś zakomunikować.
                                                    Wiedziona impulsem przysunęłam się do ściany, palce automatycznie wystukały marsz Radetzkiego. Musiałam zatkać uszy, gdyż w odpowiedzi, tuż spod tynku, wydobyła się istna kakofonia dźwięków, jakby kulek było tysiące. Małych i dużych, brzmiących subtelnie lub głucho, przerażająco.
                                                    Nawet nie wiem kiedy uciekłam do łóżka i, drżąc pod kołdrą, usiłowałam sobie wmówić, że przemęczony umysł jest w stanie wyprodukować najbardziej niesamowite omamy. Byłam trzeźwą kobietą.
                                                    --
                                                    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                    AL
                                                  • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI - Kiedy przeszłość... 23.05.14, 20:53
                                                    Wytrzymałam długo. Aż do dnia, gdy wbrew wszystkiemu postanowiłam upiec ciasto.
                                                    Było ciche, niedzielne południe. Kręciłam się po kuchni, udając sama przed sobą, że jestem w dobrym humorze i tak w ogóle to na wszystko gwiżdżę. Od nocy dzieliło mnie dobrych dziesięć godzin, słońce dodawało odwagi. To, że nerwy miałam napięte jak postronki zrozumiałam dopiero w momencie, gdy na pierwszy dźwięk od strony ściany rzuciłam w jej kierunku już wypełnioną ciastem blachę. Rzuciłam z rozmachem, determinacją i siłą nagromadzonej wściekłości. Runął potężny kawał tynku, obnażając cegły oklejone strzępami szarozielonej tapety. Jak zahipnotyzowana zaczęłam wyciągać je bez wysiłku jedna po drugiej, gdyż, jak się okazało, nie były spojone zaprawą. W ścianie ujrzałam wnękę, a w niej słoik wypełniony pożółkłymi wycinkami z niemieckich gazet.

                                                    Od tego dnia nigdy już nie usłyszałam okropnego dźwięku, zaabsorbowało mnie natomiast odczytywanie wiadomości z tysiąc dziewięćset dwudziestego roku. Wszystkie dotyczyły makabrycznego mordu dokonanego na młodej Żydówce. Emma Pluskat miała dziewiętnaście lat, gdy wyciągnięto ją z wód Odry. Zabójca udusił ją przy pomocy drutu, przeciął powłoki brzuszne, pozbawiając ciało wnętrzności. Istniało podejrzenie, że dziewczyna była w ciąży. Sprawcy nigdy nie ujęto.

                                                    Zaleciłam sobie urlop.
                                                    Nie opuszczało mnie przekonanie, że wszystko, co do tej pory się wydarzyło musi mieć jakiś sens. Nieważne – zwidy czy zdolność wychwytywania pętli czasowych. Chciałam wiedzieć, co za tym wszystkim tkwiło.

                                                    Los mi sprzyjał. Potrzebowałam zaledwie dwóch dni, aby odszukać we Frankfurcie byłego pracownika tamtejszego archiwum. Chętnie udzielał wszelkich informacji. To od niego dowiedziałam się, że podejrzany w sprawie Hannes Stauffer, był właścicielem kamienicy, w której mieszkałam. Z braku dowodów nie został oskarżony, a dziesięć lat później ożenił się z córką bogatego przemysłowca, z którą miał syna Ottona. Podczas wojny młody Stauffer wyparł się ojca, zagorzałego zwolennika NSDAP, lecz wkrótce potem został wysłany na front wschodni, po czym słuch po nim zaginał.

                                                    W pewnym momencie archiwista ściągnął okulary i spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem.
                                                    - Raczej pani tego nie wie - rzekł z namysłem. - Emma Pluskat została pochowana na żydowskim cmentarzu po waszej stronie. Do dzisiaj znajduje się tam kamień nagrobny. Trochę już nadszarpnięty czasem, ale napisy są jeszcze doskonale widoczne.
                                                    - Poszukam tego miejsca - odparłam z naciskiem. - Ta historia niezwykle mnie interesuje. No i jak pan sądzi - czy wycinki z gazet gromadziła osoba niewinna? Hannes Stauffer był podejrzany, ale nic mu nie udowodniono. Niemniej ta sprawa musiała go wyjątkowo zajmować. Z dat wynika, że powracano do niej jeszcze dobrych parę lat, a on to wszystko zbierał i pozostawił dla potomności. Nawet swój wizerunek, gdyż jest na wielu fotografiach. Przystojny był, bardzo aryjski.
                                                    - Kto wie. - W zamyśleniu potarł zmęczone powieki. - Równie dobrze mógł być niewinny.
                                                    - A jak mam wytłumaczyć te dziwne odgłosy w ścianie?
                                                    Uśmiechnął się lekko, wskazując palcem na sufit.
                                                    - Wiele niewytłumaczalnego dzieje się między niebem a ziemią.

                                                    Tydzień po rozmowie pojechałam na cmentarz żydowski. Od dawna znajdował się w rozsypce. Pamiętałam go dobrze z czasów dzieciństwa, gdyż często służył nam jako plac zabaw - zawsze rosły tam nieprzebrane ilości konwalii. Dlatego z niejakim rozrzewnieniem szłam ledwo dostrzegalnymi ścieżkami, wypatrując mniej zniszczonych kamieni. Widok zburzonej do połowy kaplicy, a może grobowca, spowodował, że stanęłam jak wryta. Déjà vu?!
                                                    Nagła burza wspomnień, jasna i plastyczna niczym rzeczywistość, utworzyła wokół mnie panoramiczny obraz przeszłości. Słyszałam wesołe głosy bawiących się w chowanego przedszkolaków i mój własny... Pałka, zapałka, dwa kije, kto się nie schowa...
                                                    To miejsce miało dla mnie szczególne znaczenie. To tu po raz pierwszy uświadomiłam sobie czym jest grób. Płakałam zrozpaczona ludzkim przemijaniem. Moim i tej kobiety, której imię przerysowałam wtedy z kamienia na kartkę, aby w domu pokazać mamie i prosić o przeczytanie. Emma Pluskat!

                                                    Znałam ją. Właściwie zawsze. To ona zakończyła ufny i niefrasobliwy etap mojego dzieciństwa, aby po tylu latach jeszcze raz zasiać w moim sercu niepokój. Stojąc przy jej grobie, roztrzęsiona i na skraju załamania nerwowego, dopiero po paru minutach zauważyłam, że ziemia wokół była uprzątnięta, a stojący z boku znicz migotał ciepłym płomykiem.
                                                    Zachwiałam się. Niespodziewanie poczułam na plecach silne, męskie ramię.


                                                    *

                                                    Hallo, Michael

                                                    Miło mi, że postanowiłeś otworzyć we Frankfurcie nową filię Twojej firmy. Wiem, robisz to ze względu na mnie, ale i Tobie będzie wygodniej przyjeżdżać do Słubic. Dzielić nas będzie tylko rzeka.
                                                    Ciągle nie mogę uwierzyć, że zbliżyła nas tragedia z przeszłości.
                                                    I ciężko mi pojąć, że najpierw Twój ojciec, a potem Ty nosiłeś w sobie wyrzuty sumienia, których nigdy nie miał Hannes Stauffer. Zawsze będę powtarzać - cóż mogą dzieci za grzechy rodziców. Emma na pewno myślała tak samo, dlatego musieliśmy się spotkać, także po to, abyś w końcu odzyskał spokój i wolność.
                                                    A jeżeli mam dzielić z Tobą wolność, to tak, zgadzam się. I myślę, że nasza podróż w nieznane spodoba się jeszcze komuś. Jutro znowu zapalę dla niej znicz.


                                                    --
                                                    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                    AL
                                                  • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI - Kiedy przeszłość... 22.06.14, 13:34

                                                    Nie ma to jak u siebie


                                                    Po ty­go­dnio­wym po­by­cie w SPA, gdzie pod­dał się ma­sa­żom, wir­tu­ozyj­nie wy­ko­ny­wa­nym przez cu­dow­nie od­mło­dzo­ne eme­ry­to­wa­ne wiedź­my, po­je­chał Chły­stek do Sto­li­cy, aby wy­gło­sić parę pre­lek­cji w cen­tra­li Zie­la­rzy z Dzia­da Pra­dzia­da. Zwią­zek ów miał licz­ne po­wią­za­nia z or­ga­ni­za­cja­mi naj­bar­dziej po­stę­po­wych rol­ni­ków, ugru­po­wa­niem po­li­ty­ków dzia­ła­ją­cych w te i wewte oraz sza­ma­na­mi od wiel­kie­go przy­pad­ku. Fi­nan­so­wo stał nie­źle, jako że za­wsze mógł li­czyć na sub­wen­cje zna­nych kon­cer­nów far­ma­ceu­tycz­nych, o czym Chły­stek nie miał zie­lo­ne­go po­ję­cia.

                                                    Pod­ję­to go wspa­nia­le, gdyż w mię­dzy­cza­sie znany był już poza gra­ni­ca­mi kraju jako eks­pert kul­tu­ry wod­ni­ków, a o prze­pis miod­ne­go na­pit­ku biły się nawet ko­ro­no­wa­ne głowy.
                                                    Ko­mi­tet po­wi­tal­ny pod po­sta­cią dwóch mło­dzia­nów w nie­ska­zi­tel­nie skro­jo­nych gar­ni­tu­rach po­wiózł go do naj­lep­sze­go ho­te­lu w mie­ście, gdzie oprócz wy­god­ne­go łoża i luk­su­so­wej ła­zien­ki cze­ka­ła ko­lek­cja prze­róż­nych bu­te­le­czek wy­peł­nio­nych sy­ro­pa­mi, po­jem­nicz­ków z bli­żej nie­okre­ślo­ną za­war­to­ścią i de­ko­ra­cyj­nie po­ukła­da­ne sa­szet­ki zio­ło­wych her­ba­tek.
                                                    Po spo­ży­ciu obia­du zło­żo­ne­go z ko­tle­ci­ków gry­cza­no-so­jo­wych i bu­kie­tu ja­rzyn przy­po­mi­na­ją­cych sma­kiem mocno roz­go­to­wa­na mar­chew­kę, po­pro­szo­no Chłyst­ka o wy­gło­sze­nie pierw­sze­go wy­kła­du.

                                                    Cała trój­ka wje­cha­ła na pła­ski dach ho­te­lu, który spe­cjal­nie na tę oka­zję prze­kształ­co­no w ogród.
                                                    Ol­brzy­mie, gra­ni­to­we do­ni­ce stały w rów­niut­kim sze­re­gu, a w każ­dej z nich wy­pro­sto­wa­na na sztorc mi­nia­tu­ro­wa brzo­za. Nie­wy­so­kie płot­ki ugi­na­ły się pod cię­ża­rem pną­cych na­stur­cji, skrzyn­ki na ba­lu­stra­dach błysz­cza­ły czer­wie­nią maków. Ca­łość do­peł­niał wiel­ki wazon z ga­łąz­ka­mi czar­ne­go bzu - białe kwia­to­sta­ny roz­sie­wa­ły in­ten­syw­ny za­pach.
                                                    Chły­stek sta­nął za pul­pi­tem mówcy i w pierw­szej chwi­li nie po­tra­fił skon­cen­tro­wać się na ni­czym innym poza ster­tą ko­lo­ro­wych ulo­tek. Od­dy­chaj pełną pier­sią, Za­po­mnij o bie­gun­ce, Bi­ceps w trzy dni, Ki­chaj na katar mi­ga­ły mu przed oczy­ma te, i po­dob­nie zdu­mie­wa­ją­ce na­pi­sy.
                                                    Po­trzą­snął nie­do­wie­rza­ją­co głową i prze­niósł wzrok na wi­dow­nię.

                                                    Sta­no­wi­ły ją przede wszyst­kim panie w róż­nym wieku. Spo­glą­da­ły na niego z za­cie­ka­wie­niem i nieco dra­pież­nie, czego Chły­stek w żad­nym wy­pad­ku nie mógł pojąć. Stał więc, jak to on, bar­czy­sty, ogo­rza­ły, z bujną czu­pry­ną spło­wia­łych wło­sów i za­chę­ca­ją­cym uśmie­chem w sta­lo­wo-sza­rych oczach. A gdy cisza za­czę­ła go nużyć, ro­ze­śmiał się grom­ko i nie­fra­so­bli­wie, po czym naj­zwy­czaj­niej w świe­cie za­czął opo­wia­dać o do­bro­dziej­stwach Na­tu­ry. O tym, jak pach­nie zie­mia po wio­sen­nym desz­czu, kiedy naj­le­piej zbie­rać dziu­ra­wiec, co śni, leżąc na swo­jej ła­wecz­ce pod aka­cją, i jak zro­bić wy­jąt­ko­wy syrop z kwia­tów czar­ne­go bzu.
                                                    Panie skrzęt­nie spi­sy­wa­ły każde słowo, dzi­wiąc się chwi­la­mi gło­śno, lecz przede wszyst­kim chci­wie ob­ser­wo­wa­ły ruchy jego opa­lo­nych rąk i grę mię­śni pod lnia­ną ko­szu­lą.
                                                    Gdy nad­szedł czas za­da­wa­nia pytań, na­stał nie­sa­mo­wi­ty har­mi­der.

                                                    - Do końca przy­szłe­go ty­go­dnia muszę zrzu­cić dzie­sięć ki­lo­gra­mów - za­ję­cza­ła pulch­na blon­dyn­ka. - Czy zna pan ja­kieś ziół­ko?
                                                    - Cudów nie ma - oznaj­mił Chły­stek. - Nie­mniej dużo ruchu na świe­żym po­wie­trzu i roz­sąd­ne od­ży­wia­nie wiele może.
                                                    - Co mam zro­bić, aby mnie ko­cha­no? - py­ta­ła wy­so­ka ko­bie­ta o su­ro­wych ry­sach twa­rzy.
                                                    - Samej ko­chać. I czę­ściej się uśmie­chać.
                                                    - Moje dziec­ko nie ma ape­ty­tu, nie chce jeść tego, co my - za­szlo­cha­ła młoda matka.
                                                    - A może pani ze­chce jeść to, na co ono ma ocho­tę. Trze­ba za­py­tać.
                                                    - Dla­cze­go...
                                                    - W jakim celu...
                                                    - Dla­cze­go...
                                                    - Kie­dyś po­ma­ga­ły mi wszyst­kie zioła, które zbie­ra­ła moja bab­cia! - krzyk­nął ktoś z ostat­nie­go rzędu. - Teraz te wszyst­kie na­lew­ki i sa­szet­ki ku­pio­ne w ap­te­kach nawet za­pa­chem się nie róż­nią.
                                                    - To nie na­le­ży do te­ma­tu na­szej dys­ku­sji - ogło­sił szyb­ko jeden z ele­ganc­kich mło­dzia­nów. - Pro­szę, pro­szę bar­dzo, pan Chły­stek jest go­to­wy do udzie­la­nia au­to­gra­fów, pro­szę pod­cho­dzić moje panie, zaraz bę­dzie­my robić pa­miąt­ko­we zdję­cia. Do­dat­ko­wo ofe­ru­je­my pro­mo­cyj­ny pa­kiet pro­duk­tów firmy Extra­hy­pe­ri za­wie­ra­ją­cy ze­sta­wy zio­ło­we na cały rok. Pro­duk­ty firmy Extra­hy­pe­ri są ab­so­lut­nie nie­szko­dli­we, gwa­ran­tu­je­my stu­pro­cen­to­we efek­ty i tym samym za­do­wo­le­nie na­szych klien­tów.

                                                    Panie za­czę­ły jak na ko­men­dę wy­ma­chi­wać port­mo­net­ka­mi, nie­któ­re prze­py­cha­ły się za­cie­kle, chcąc zdo­być po­zy­cję jak naj­bli­żej Chłyst­ka.
                                                    A ten po­czuł się nie­swo­jo.
                                                    Ota­cza­ły go obce za­pa­chy, śmiech i pa­pla­ni­na ko­biet przy­po­mi­na­ły ja­zgot źle na­stro­jo­nych, wierz­bo­wych fu­ja­rek, do tego maki w skrzyn­kach po­gu­bi­ły nagle wszyst­kie płat­ki, a mi­nia­tu­ro­we brzo­zy, my­śląc, że nikt tego nie za­uwa­ży, za­czę­ły się giąć i prze­cią­gać z ulgą ujarz­mio­ne ogrod­ni­czą musz­trą ga­łę­zie.
                                                    I zo­ba­czył Chły­stek fałsz tego świa­ta, przy­le­pio­ne do twa­rzy uśmie­chy i ma­rze­nia uza­leż­nio­ne od pi­guł­ki na wszyst­ko.

                                                    Bez słowa opu­ścił roz­krzy­cza­ne to­wa­rzy­stwo.
                                                    Tej nocy nie spał w ho­te­lu.
                                                    Spę­dził ją na ławce przed dwor­cem i nawet się nie zdzi­wił, gdy o po­ran­ku zna­lazł w za­ci­śnię­tej dłoni kil­ka­na­ście monet. Star­czy­ło na bilet w jego stro­ny.

                                                    Dwa dni potem od­wie­dził swo­je­go przy­ja­cie­la Pół­pał­ka-Za­pał­ka.
                                                    Wie­czo­rem roz­pa­li­li ogni­sko, nad któ­rym na­tych­miast roz­tań­czy­ły się ćmy.
                                                    Wsłu­cha­ni w szmer lasu, i cze­ka­jąc na pie­czo­ne kar­to­fle, po pro­stu mil­cze­li.

                                                    --
                                                    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                    AL
                                                  • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 25.06.14, 21:45
                                                    z punktu widzenia ślimaka


                                                    - Jeżeli dasz tylko krok do przodu, zegar rozpocznie wędrówkę wstecz - zapowiedział Głos, a w jego tonie wyczułam lekkie rozbawienie.

                                                    Jak miałoby to być możliwe? Leżałam na wilgotnej ziemi zalana tęczowym światłem przesączającym się przez ciężkie krople rosy, które sprawiały wrażenie, że lada chwila osuną się z traw ponad moją głową. I chyba byłam sparaliżowana, gdyż mogłam poruszać wyłącznie powiekami.
                                                    Dziwne, ale świadomość tego faktu wcale nie zrobiła na mnie wrażenia. Rozciągnięta na wznak, spoglądałam na dłuższą wskazówkę słońca roztrącającą na boki napływające chmury. Czas pokazywał południe.
                                                    Kątem oka dostrzegłam ślimaka przylepionego do łodygi jakiejś nieznanej mi rośliny. Nastawił czułki w moim kierunku i chwilami uderzał jedna o drugą w dziwacznym rytmie, który kojarzył mi się z alfabetem Morse'a. Dźwięk był szeleszczący, nieprzyjemnie nachalny i przeszkadzał mi skupić się na sobie.
                                                    Kurcze, dlaczego tu jestem i skąd się wzięłam jęknęłam bezgłośnie.

                                                    - Awaria systemu - odpowiedział szybko Głos. - Przeskok na linii spowodowany zbyt sutą kolacją u Chińczyków. Jesteś pewna, że nie domieszano do woku jakichś grzybków halucynogennych? Spin twoich komórek dostał prawdziwego amoku i teraz zamiast być taka jakaś, jesteś taka owaka. Nawet ja nie potrafię określić na jaką płaszczyznę i w jakie okienko wpadłaś. Ale może da się coś zrobić.

                                                    Jesteś Bogiem pomyślałam.

                                                    - Chyba nie. - Głos jakby się zawahał. - Raczej iluzja. Ty i tobie podobni powołujecie mnie do życia, a potem ja robię to samo z wami. Takie szalone sprzężenie zwrotne bez początku i końca, jak halucynacja, niemniej z namacalnymi przejawami, których dowodem jesteś ty chociażby. Ja jestem ponad wszystkim i we wszystkim, chociaż jako nieokreślony sam w sobie nie mam znaczenia.

                                                    Cholera, a jednak grzybki.

                                                    - Nie przejmuj się, posłuchaj, co ślimak nadaje.

                                                    Zamknęłam oczy i posłuchałam.
                                                    Poruszyłam ręką, nogą, a potem rzuciłam budzikiem o ścianę. Nie dlatego, że dzwonił. Chciałam się przekonać, że coś mogę.
                                                    Z prawdziwą przyjemnością odnalazłam siebie w rzeczywistości.
                                                    Wszystko jest raczej OK. Oczywiście muszę się tylko przyzwyczaić, że zegarki chodzą w przeciwną stronę, a w bankach używają liczydeł, bo dziwnym trafem poznikały komputery.
                                                    --
                                                    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                    AL
                                                  • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 11.09.14, 19:39
                                                    Zabić muchę

                                                    Lubię świe­że po­wie­trze i spo­kój pen­sjo­na­tów na ubo­czu. Taka at­mos­fe­ra wy­jąt­ko­wo sprzy­ja mojej pracy na­uko­wej. Prze­ko­na­łem się o tym już nie­jed­no­krot­nie.
                                                    Za­wsze, gdy we­wnętrz­ny im­puls zmu­szał mnie do opra­co­wa­nia nowej teo­rii, pod­da­wa­łem się na­mo­wom wy­pró­bo­wa­nych przy­ja­ciół, któ­rzy ta­jem­ni­czy­mi spo­so­ba­mi za­ła­twia­li pokój w ulu­bio­nym ho­te­lu - nawet pod­czas se­zo­nu, kiedy ofi­cjal­nie nie ma już wol­nych miejsc.
                                                    Dy­rek­cja i więk­szość kel­ne­rów znała mnie do­sko­na­le, nikt nie za­da­wał zbęd­nych pytań, a po­sił­ki przy­no­szo­no o ści­śle okre­ślo­nych go­dzi­nach. Ide­al­ne wa­run­ki. Naj­lep­sze, jakie na­uko­wiec może sobie tylko wy­ma­rzyć.

                                                    Tak było i tym razem.
                                                    Spo­koj­nie, krok po kroku roz­wi­ja­łem skom­pli­ko­wa­ne wzory i rów­na­nia. Po­wo­li za­czy­na­ła mnie już roz­pie­rać słusz­na duma, al­bo­wiem ro­zu­mia­łem, że tym razem nie pra­cu­ję nad tylko epo­ko­wym od­kry­ciem. Szy­ko­wał się prze­łom, po któ­rym wszyst­ko, do tej pory oczy­wi­ste i praw­dzi­we, miało wy­glą­dać kom­plet­nie ina­czej. Jutro po­wi­ta czło­wie­ka innym ob­li­czem i obo­jęt­ne mi było czy za­go­ści na nim gry­mas okru­cień­stwa, czy może uśmiech łaski. Na­ukow­cy nie za­sta­na­wia­ją się nad ta­ki­mi ba­na­ła­mi.

                                                    I wtedy po­ja­wi­ła się ona.
                                                    Nie wiem w jaki spo­sób wpa­dła do po­miesz­cze­nia, jako że nigdy nie otwie­ra­łem okna, a poza tym za­bez­pie­czo­no je mocną siat­ką.
                                                    Po­cząt­ko­wo sie­dzia­ła na pa­ra­pe­cie i czy­ści­ła od­nó­ża - dziw­nie po­wy­krę­ca­ne i tak samo czar­ne, jak obrzy­dli­wie drga­ją­cy od­włok. Jakoś to znio­słem, ale gdy za­czę­ła latać zyg­za­kiem z kąta w kąt, bu­cząc przy tym jak w furii, nie wy­trzy­ma­łem.
                                                    Rzu­ci­łem na oślep butem.
                                                    Coś tam spa­dło, coś szczek­nę­ło, ale przy­naj­mniej uspo­ko­iła się.

                                                    Jed­nak­że jej obec­ność źle wpły­nę­ła na ob­li­cze­nia. Przez to pa­skud­ne stwo­rze­nie mu­sia­łem cof­nąć się do przed­ostat­nie­go wzoru, gdzie w mo­men­cie roz­ko­ja­rze­nia ują­łem ostat­nie licz­by w na­wias. W re­zul­ta­cie zbłą­dzi­łem po­tęż­nie, a na ko­rek­tu­rę zmar­no­wa­łem dobre trzy go­dzi­ny. Na­pię­cie opa­dło, gdy znowu wy­sze­dłem na pro­stą. Mój cel za­ja­śniał ni­czym słoń­ce na ho­ry­zon­cie. Za­tar­łem z ra­do­ści ręce...

                                                    Prze­le­cia­ła tuż koło ucha i wy­lą­do­wa­ła na kart­ce mię­dzy róż­nicz­ką i dwa koma czte­ry.
                                                    Aż mnie coś dźgnę­ło pod że­bra­mi na widok ta­kiej pro­fa­na­cji. Mo­głem ją bez pro­ble­mu wal­nąć, ale oba­wia­łem się plamy na ob­li­cze­niach. Chyba o tym do­brze wie­dzia­ła, gdyż, tu­piąc w miej­scu wszyst­ki­mi od­nó­ża­mi, świ­dro­wa­ła w róż­nych kie­run­kach jed­nym okiem. La­ta­ły w nim zło­wro­gie, krwi­ste bły­ski, a od­bi­cie mojej po­sta­ci, ma­ka­brycz­nie po­wie­la­ne w każ­dym z om­ma­ti­diów, kur­czy­ło się coraz bar­dziej, jakby to wła­śnie ona, mucha, miała naj­więk­szy wpływ na prze­ja­wy życia tego świa­ta. Jakby to ona miała naj­więk­szą moc spraw­czą.
                                                    Dmuch­ną­łem, by spę­dzić ją z kart­ki.
                                                    Nic.
                                                    Do­pie­ro po paru se­kun­dach od­wró­ci­ła się, wy­pi­na­jąc na mnie od­włok.
                                                    Bez­czel­na, nędz­na kre­atu­ra!
                                                    Miała mnie w gar­ści i wie­dzia­ła o tym.
                                                    Jak spa­ra­li­żo­wa­ny wpa­try­wa­łem się w każde, naj­mniej­sze nawet drgnię­cie ko­sma­tych od­nó­ży, czar­nych jak smoła i jak smoła lep­kich. Obrzy­dli­wych. Cze­ka­łem, aż wy­nie­sie się z mojej pracy. Cze­ka­łem, aż będę mógł ją za­tłuc ni­czym wście­kłe­go psa. Jak za­dżu­mio­ne­go szczu­ra, albo mo­ski­ta na­pom­po­wa­ne­go ma­la­rią. A ona kpiła sobie ze mnie w żywe oczy. Bydle takie!

                                                    W pew­nym mo­men­cie ru­szy­ła się.
                                                    Zro­bi­ła parę kro­ków w jedną stro­nę, parę w drugą, a potem jakby od nie­chce­nia pod­fru­nę­ła, przy­sia­da­jąc na brze­gu lamp­ki.
                                                    Szyb­ko wrzu­ci­łem moje cenne pa­pie­ry do szu­fla­dy, waląc jed­no­cze­śnie na oślep sta­rym bru­lio­nem. Huk­nę­ła pę­ka­ją­ca ża­rów­ka, ale mało mnie to obe­szło.
                                                    Mucha ko­ło­wa­ła pod su­fi­tem, war­cząc ni­czym he­li­kop­ter.

                                                    Pu­ści­łem się za nią uzbro­jo­ny w mokry ręcz­nik - aby bar­dziej bo­la­ło, gdy na­resz­cie tra­fię.
                                                    Fakt, spryt­na była. Chwi­la­mi nawet uda­wa­ła, że mój atak się po­wiódł. A gdy na czwo­ra­kach prze­szu­ki­wa­łem pod­ło­gę, wy­pa­tru­jąc tego, co z niej zo­sta­ło, ona cza­iła się w ja­kimś za­ka­mar­ku, aby po pół go­dzi­nie wy­peł­znąć z niego i trium­fal­nie prze­le­cieć mi koło nosa.
                                                    Jed­nak na każ­de­go przy­cho­dzi kres.

                                                    Do­pa­dłem ją przy oknie, i znowu butem.
                                                    W ude­rze­nie wło­ży­łem wszyst­kie siły ja­ki­mi jesz­cze dys­po­no­wa­łem.
                                                    Na­resz­cie!
                                                    Le­ża­ła wśród okru­chów szkła jak mały, czar­ny kleks.
                                                    Jak zgnie­cio­ny strup.
                                                    W zmiaż­dżo­nych oczach zga­sły krwa­we re­flek­sy, od­włok prze­stał mi ubli­żać.

                                                    Po­czu­łem się jak praw­dzi­wy zwy­cięz­ca, co zresz­tą było zro­zu­mia­łe. Po go­dzi­nach walki na­resz­cie zli­kwi­do­wa­łem po­two­ra. Za­dzwo­ni­łem po kel­ne­ra, chcąc się po­chwa­lić cho­ciaż przed tak pro­stym czło­wie­kiem.
                                                    Przy­szedł, ro­zej­rzał się i w mgnie­niu oka wle­pił mi w ramię za­strzyk.

                                                    Dzi­siej­szy świat jest dziw­ny.
                                                    Nigdy nie wia­do­mo czego się można po kimś spo­dzie­wać.

                                                    --
                                                    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                    AL
                                                  • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 23.05.15, 09:34
                                                    Bociany

                                                    Czekałam na nie dłużej niż zwykle.
                                                    Pola za miastem zażółciły się już rzepakiem, lecz gniazdo na kominie starej piekarni pozostawało puste. Kiedyś, już od świtu przez nieszczelne okna mojego mieszkania sączył się z niczym nieporównywalny zapach chleba pieczonego według tajemnej receptury. Zaraz potem, jeszcze zanim ruszyły pierwsze samochody dostawcze, poranna cisza zaczynała wypełniać się najpierw pojedynczymi głosami, a potem uporczywym burczeniem rosnącej gromady emerytek, młodych matek poubieranych na szybko w domowe dresy i zaspanych, pokaszlujących wyrostków.
                                                    Wszyscy czekali na chleb.
                                                    I tak trwało latami. Każdego dnia. Aż do śmierci właściciela.
                                                    Wkrótce stara piekarnia stała się przedszkolem. Komin przetrwał, gdyż wybrali go sobie na mieszkanie Antek i Tekla.
                                                    Od tego czasu, sama nie wiem dlaczego, zaczęłam mierzyć moje życie ich powrotami.
                                                    Szczególnie latem naginałam dni do ptasiego rytmu. Zalewając wrzątkiem kawę w filiżance wiedzialam, że za chwilę Antek powita wschodzące słońce natarczywym klekotem, a potem wzniesie się, prostując ociężałe nocą skrzydła. Zawsze kołował nad kominem tak długo, aż jego partnerka, jak to prawdziwa kobieta ma w zwyczaju, kończyła czochranie piór i podnosiła w jego kierunku dziob, dając tym samym sygnał odlotu. Odfruwały za miasto na rozlegle, częściowo podmokłe tereny - prawdziwy raj.
                                                    Przez pierwsze dwa lata, gdy tylko pogoda sprzyjała, podążałam śladami ich skrzydeł na niebie. Siadywałam na rozgrzanym nasypie zardzewiałych torów kolejowych i, szydełkując, wchłaniałam w siebie świeżość soczystych, usianych kaczeńcami łąk. Tekla znała mnie. Zazwyczaj podchodziła do mojego stanowiska i, łypiąc w kierunku koszyka z prowiantem, zastygała na parę minut w dziwacznej pozie niby-baletnicy.
                                                    Myślałam, że tak będzie zawsze.
                                                    Nie miałam skrzydeł, a ziemia, w odróżnieniu od powietrza, usiana jest przeszkodami.
                                                    Złamana kość udowa zrastała się powoli i źle, ale w gnieździe pojawiło się ich pierwsze dziecko - Klemens - i postawiło mnie na nogi.
                                                    Kuśtykałam od okna do okna, czasami wychodziłam na powietrze, godzinami okupując ławeczkę obok przedszkola.
                                                    Następnych piskląt już nie liczyłam.
                                                    Były, byłam ja.

                                                    Ostatnio moja lekarka radziła mi bardziej na siebie uważać. Siły już nie te i serce coraz słabsze.
                                                    Ale doczekałam się. Bociany wróciły - brudne i wymęczone jak nigdy.
                                                    Mam przed sobą następny rok...
                                                    --
                                                    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                    AL
                                                  • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 10.07.16, 21:48
                                                    Kadr


                                                    O godzinie piątej trzydzieści dworzec kolejowy w Padwie budzi się powoli do życia.
                                                    Czekam przed oszklonymi drzwiami kafejki. Od pachnącego cappuccino i świeżego cornetto dzielą mnie minuty. Jestem zmęczona, zziębnięta i zaspana, i meczy mnie kaszel z trudem tłumiony syropem z kodeiną.
                                                    Kobiecy głos zapowiada następny pociąg - słowa wsiąkają w pustkę peronów, ocierają o szyny, aby z dziwnym poszumem zaniknąć gdzieś tam, gdzie w przerwie między budynkami pojawia się na horyzoncie różowa kreska brzasku.

                                                    Słyszę drobne, niecierpliwe kroki następnego klienta. Niewysoka kobieta zasiada przy stoliku obok, i gwałtownie pochylając głowę zapala słomkę papierosa. Kątem oka dostrzegam przesadnie wybotoksowane usta, sztuczne rzęsy i krwiste tipsy. Przechodzący mężczyźni omiatają jej karykaturalnie wymodelowaną postać spojrzeniami, w których rozbawienie miesza się z litościwą pobłażliwością.
                                                    Następny atak kaszlu każe mi sięgnąć po pierwszą tabletkę przezornie zabranego antybiotyku. Popijam łykiem wody z butelki, z trudem opanowując nieprzyjemny dreszcz.

                                                    Drzwi kafejki rozsuwają się powoli.
                                                    Zamawiam americano i podwójną porcję wrzątku w metalowym dzbanuszku. Ciepłe cornetto rozpływa się w ustach, pozostawiając wspaniały smak, lecz nie usuwa burczącej pustki żołądka. Kawa rozgrzewa coraz bardziej. Rozcieram zesztywniałe, jakby nie moje dłonie, poruszam szybko palcami stóp.
                                                    Chwilę potem ten sam kobiecy głos zapowiada pociąg do Bolonii. Dziwne, tak szybko minęły dwie godziny i brzask zamienił się w dzień. Musiałam przysnąć, gdzieś między ostatnim łykiem kawy a niedokończonym cornetto.
                                                    Chwytam bagaż i podążam w kierunku hamującego pociągu.

                                                    --
                                                    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                    AL
                                                  • m.maska Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 13.07.16, 02:21
                                                    I to się wydarzyło przed zaledwie 10 tygodniami... i co z tego, że pobłażliwie na nią spoglądali? ważne, że ona była dumna z siebie... a ten nieszczęsny kaszel towarzyszył Ci podczas całej wycieczki wink

                                                    --
                                                    http://s7.directupload.net/images/120410/klvh35gq.jpg
                                                  • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 04.08.16, 09:39
                                                    przelotnie

                                                    smętny dzień za hotelowym oknem
                                                    bezduszna szarość kamienia

                                                    słyszę oddech poduszki
                                                    mozolnie prostującej nocne zmarszczki
                                                    gaśnie zapach bezprzytomnych wzniesień

                                                    w betonowe objęcia lotniska
                                                    spływają z chmur samoloty
                                                    - szczęśliwe
                                                    --
                                                    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                    AL
                                                  • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 10.08.16, 20:35
                                                    Stary, poszerzony tekst.

                                                    Obok siebie


                                                    Upalny, sobotni dzień.

                                                    Nasycone wilgocią ostatnich burz powietrze lepi się do skóry, dusi namiastką słabego wiatru, który w swojej bezsilności nie jest już nawet w stanie poruszyć źdźbłem trawy. Mimo tego postanawiam zostawić za sobą zmęczenie siedmiu dni wytężonej pracy, idę pobyć w moim miejscu. Już od dawna jest moim. Przybywam tu zawsze, gdy dochodzę do wniosku, że znowu potrzebuję uporządkowania myśli, wyprostowania emocji.

                                                    Ustawiam się na samym środku drewnianego mostku, kładę dłonie na ciepłej balustradzie. Poniżej monotonnie mruczy potok wpadający do nefrytowego dzisiaj Salzachu, na tle chabrowego nieba, jak obrysowany granatową konturówką, króluje majestatyczny masyw Untersbergu.

                                                    Sam masyw poprzecinany jest licznymi korytarzami i pieczarami, z których wiele niezbadanych jest do dziś i to właśnie z nimi związane są wiekowe legendy. Najstarsza głosi, że w jednej z grot spoczywa Karol Wielki i czeka na swoje zmartwychwstanie. Budzi się jednak co sto lat, aby sprawdzić, czy kruki ciągle jeszcze latają ponad szczytem. Tak na dobre może się obudzić tylko wtedy, gdy żadnego z tych ptaków już nie dojrzy - jak na razie za każdym razem musi kontynuować następne sto lat snu.

                                                    Ponoć w niepoznanej głębi góry istnieje świat-odbicie najbliższej okolicy. Zdarzało się, że niezorientowani turyści nie mogli własnym uszom uwierzyć, gdy podczas wędrówki dochodziły ich śpiewy spod skał - najczęściej w porze południowej mszy świętej. Natrafić też można na złośliwe gnomy pilnujące nieprzebranych skarbów, olbrzymie wiedźmy handlujące lubczykiem i innymi, nie mniej skutecznymi ziołami, jak również najnormalniejsze kozice górskie, a czasami zobaczyć cień skrzydeł przelatującego wysoko sępa płowego.

                                                    Widoki są wspaniałe, niezwykłe, już zawsze okoliczne ludy nadawały tej górze miano świetlistej, magicznej, cudownej, i korzystały z uzdrawiającej mocy wód licznych strumieni i potoków.

                                                    Dalai Lama uznał Untersberg za czakrę serca całej Europy. Być może dlatego, że i on słyszał opowieści o niezwykłych fenomenach mających tu miejsce - o przeskokach czasu i grotach, w których ten czas się zatrzymuje. Przed laty głośno było o mężczyźnie, który zawędrował daleko w głąb pieczar, wydostał się na światło dzienne po około sześciu godzinach i przerażony nie mógł uwierzyć, że w tym czasie minęło ponad trzydzieści lat. Geolodzy, z całą powagą, tłumaczą te zjawiska specyficznym pęknięciem grzbietu górskiego.

                                                    Mój znajomy, człowiek bardzo ciekawski, zawędrował kiedyś w to niezwykłe miejsce, tak zwaną Mittagsscharte, a jako że był zmęczony i słońce tak pięknie świeciło, uciął sobie krótką drzemkę. Obudził się w tym samym świecie, w którym zasnął. Jedynie plecak zniknął i nie pojawił się do dziś.

                                                    W takim oto miejscu stoję w bezruchu, tak po prostu czekając. Staram się zapanować nad strzępami myśli: w pracy już odczuwają, że mam wolne i w związku z tym chaos poczeka do poniedziałku, jarzębina się czerwieni, dlaczego rzeka tak szybko płynie, w totolotka znowu nic...

                                                    Słońce przygrzewa coraz mocniej i drewniana balustrada zaczyna wydzielać nikły zapach żywicy, szum potoku hipnotyzuje. Zwracam twarz w kierunku Untersbergu, który wydaje się być tak blisko, jak na wyciągnięcie ręki.

                                                    I jestem sama.

                                                    Skupiona na sobie, rzeczach z pozoru ważnych, na wszystkich, jak je mam w zwyczaju nazywać, nieszczególnościach, drobiazgach, które niekiedy w sposób gwałtowny i nieokiełznany zawłaszczają emocjami, zapędzając nas na drogi bez powrotu i sytuacje bez wyjścia.

                                                    Powoli nastrajam się do pulsu tego, co bliskie - zapachu kwiatów powoju oplatającego część balustrady, szmeru wody, napięcia desek pod stopami i milczenia szarobiałych głazów u brzegu rzeki. Zatracona w ciepłej, przyjaznej nieskończoności i oddalona od siebie, przestaję odczuwać własne ciało. Wtapiam się w powietrze, rozpływam w nim jak strzęp cukrowej waty, coraz lżejsza i coraz wyżej. Wrażenie bycia we wszystkim i skupienia wszystkiego we mnie wzmaga się coraz bardziej, zaczynam spoglądać jakby nie moimi oczami. I widzę, jak moja rzeka paruje ogromnymi, różowymi bańkami przypominającymi te mydlane, ja jednak wiem, że są wieczne i symbolizują życie, którego elementem także i ja jestem. Widokiem tym zachwycam się do łez, a one lecą w granatową czeluść kosmosu, rozsypują w gwiazdy i mgławice, wybuchają, tworząc nowe światy.

                                                    Wiem, że cały czas uczestniczę w akcie tworzenia, że nie jestem tylko marnym, nic nieznaczącym okruchem we wszechświecie, ale ważną częścią wszystkiego, bez której nie byłoby nic.
                                                    Lecę. Bez końca, czasu, bez przestrzeni.

                                                    Kosmos przecina ostry krzyk rybitwy.

                                                    Wracam do siebie. I do białych kwiatów powoju, które właśnie zamykają się w oczekiwaniu następnej burzy
                                                    --
                                                    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                    AL
                                                  • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 10.09.16, 19:15
                                                    pod skrzydłami jaskółek

                                                    wiatr łamie dźwięki w półtony
                                                    cisza zamarła w trawach
                                                    obserwując ptasie zygzaki
                                                    czuję na skórze kolor jutra

                                                    cienie przeciągają ramiona w dal
                                                    aby rankiem dogonić brzask
                                                    przysypiam w powolny puls ziemi
                                                    i tak mi w tym dobrze

                                                    źdźbło trawy osuwa się po policzku
                                                    --
                                                    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                    AL
                                                  • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 29.12.16, 18:45
                                                    Srebrzysta cukiernica / 1


                                                    Wracałam z pracy szybkim, acz chwiejnym krokiem, trzymając się dla pewności torebki.Andrzej na pewno był już w domu i jak zwykle w ten dzień przygotował wystawną kolację - doskonale gotował. Rok w rok wychodziłam z biura dwie godziny wcześniej i leciałam do niego jak na skrzydłach. Tym razem było jednak inaczej. Od pewnego czasu zaczęła powstawać między nami pusta przestrzeń - mijaliśmy się w drodze do pracy, łazienki, czy kuchni, najczęściej rozmawiając sms-owymi skrótami. Oboje awansowaliśmy w szaleńczym tempie, ale nasz wspólny czas kurczył się zastraszająco. Ostatni urlop wywietrzał mi z głowy dobre trzy lata temu. Pogubiłam się w tym wszystkim i zapomniałam, jak można spoglądać w oczy mężczyźnie, za którego wyszłam z wielkiej miłości. Wyjątkowej, takiej tylko dla nas. Andrzej zdawał się tego nie dostrzegać, chociaż czasami miałam wrażenie, iż widzę w jego twarzy wahanie, pytania czekające na właściwy moment. Nagle, pomimo pięknego dnia, poczułam pojedyncze krople deszczu na policzkach. A może były to łzy. Odrzuciłam tę myśl, szybko skręcając w boczną uliczkę, gdzie wystające daszki zapewniały ochronę.

                                                    I wtedy ją zobaczyłam.

                                                    Na pierwszy rzut oka wyglądała na drobną handlarkę wyprzedającą mizerne resztki rodzinnych drobiazgów - dopóki nie uniosła głowy znad tych paru rzeczy pieczołowicie trzymanych na opinającej kolana spódnicy. Siedziała na staromodnym krześle, z ramion, aż do ziemi, opadał gruby szal o srebrzystym połysku. Pomarszczoną twarz rozjaśniał spokojny uśmiech, niebieskie oczy spoglądały na mnie z lekkim rozbawieniem. Niepewnie, jakby przyciągana nieznaną siłą, zbliżyłam się do nieznajomej - pachniała ziołami, wiatrem i tym czymś nieokreślonym, charakterystycznym wyłącznie dla dobrych ludzi. Milcząc, spoglądałyśmy na siebie parę długich minut.

                                                    - Czekałam na ciebie - odezwała się wreszcie dźwięcznym, młodym głosem.

                                                    A mnie zupełnie to oświadczenie nie zdziwiło. Oczywiście, że czekała tylko i wyłącznie na mnie, takie spotkanie nie mogło być przypadkiem, musiało się po prostu stać.Dlatego bez zastanowienia przyjęłam zaproszenie i chwilę potem siedziałam już na kanapie w jej przytulnym mieszkaniu. Wyglądało na to, że rzeczywiście była przygotowana na moją wizytę - na stoliku stały dwie filiżanki w kwiatki, a z kuchni dochodził zapach ciasteczek orzechowych i świeżo parzonej herbaty. Poczułam się jak u siebie, jak w czasach dzieciństwa na wakacjach u babci, gdzie godzinami potrafiłam przeglądać stare fotografie, a z wyjątkową czcią te najważniejsze, ustawione na fortepianie, który po wojnie przetrwał wraz z rodziną trud długiej podróży zza Buga.

                                                    - Jestem Tekla - oznajmiła, stawiając tacę na stoliku. - Śniłam tej nocy, że z cienia mojej uliczki wynurzy się postać młodej kobiety ze śladami łez na policzku. Dlatego siedziałam przed domem i wypatrywałam, kiedy nadejdziesz.

                                                    - Magdalena - odpowiedziałam pospiesznie, niepewnie pociągając nosem, gdyż jej wyjaśnienie nieco mnie zakłopotało, tym bardziej, że zabrzmiało jak najzwyklejsza rzecz pod słońcem, a ja nie chciałam wierzyć w jasnowidzenie, prorocze sny i niezwykłe przeczucia.

                                                    - W mojej rodzinie prawie wszystkie kobiety to miały. - Pokiwała głową, jakby chciała rozwiać moje wątpliwości. - Jednak największy talent posiadała bezsprzecznie moja prababka Krystyna. Widziała przyszłość, a pod jej ręką rozkwitały róże. Wystarczyło, że przeszła obok krzewu, a ten w parę godzin obsypywał się kwieciem. Ludzie kochali ją, ale byli i tacy, którzy odczuwali paniczny lek, gdyż ukrywali przed światem swoje brudne plany, a ona mogła je z łatwością odczytać.

                                                    Wsypałam do filiżanki łyżeczkę cukru, a po zamieszaniu pociągnęłam łyk aromatycznej herbaty. I dziwne, nagle poczułam się jakby spadł ze mnie jakiś nieznośny ciężar. Coś, co ze sobą już od dawna nosiłam, a jednak nie miałam pojęcia, że aż tak mi przeszkadza. Miałam wrażenie, że stałam się lżejsza, przyjemnie wiotka, wypoczęta i świeża jak po kąpieli w uzdrawiającym źródle. W głowie lekko szumiało i całe otoczenie objawiło mi się naraz w żywszych, klarownych barwach. Tekla spoglądała na mnie z coraz większą czułością.

                                                    - Oczekiwałam właśnie takich reakcji - rzekła - ale mimo wszystko nie byłam pewna. Nieprawdopodobne, jak w tym świecie pewne znaki nabierają treści i wydarzenia następują po sobie w ten, a nie inny sposób. Jesteś mi bardzo bliska, kochanie - tak, jakbyśmy były ze sobą spowinowacone. Wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale w tej chwili uszczknęłaś ze strumienia przeznaczeń mojej rodziny.

                                                    - W jaki sposób?

                                                    Nie potrzebowała odpowiadać, jednocześnie spojrzałyśmy na cukierniczkę. Do tej pory nie zwracałam na nią zbytniej uwagi, ale nagle, prawie magicznie przyciągnęła mój wzrok. Była niezwykła. Przepiękne, misterne cacko o srebrzystym, łagodnym blasku i tym czymś nieokreślonym, tajemniczym, jakby zamknęła w sobie czas wypełniony opowieściami.

                                                    -Tak właśnie jest - przytaknęła Tekla, odgadując moje myśli. - Krystyna dostała ją jako prezent ślubny od bardzo dalekiej kuzynki. Ponoć srebro uzyskano, przetapiając zrabowany posążek jakiegoś azteckiego bożka i w związku z tym mój pradziadek obawiał się klątwy. Parę lat cukiernica przeleżała w schowku, aż nagle, nie wiadomo w jaki sposób pojawiła sie na stole podczas przyjęcia noworocznego. Zapewne jakaś panna służąca wyciągnęła ją na światło dzienne, ale tak naprawdę nikt już nie myślał o fatum. Wręcz przeciwnie. Krystyna zaszła wreszcie w ciążę, rodzinie wiodło się coraz lepiej, a gdy na świat przyszła córeczka radości nie było końca. Tak, tak, to była moja babcia, cudowna kobieta, chociaż jako młoda dziewczyna popełniła spore głupstwo. Uciekła z oficerem, a przecież miała narzeczonego z porządnego domu i w jednym z jasnowidzących snów widziała siebie spadającą w przepaść. I rzeczywiście, ten butny wojak nie był jej przeznaczeniem.

                                                    - Równie dobrze mógł nim nie być narzeczony.

                                                    - O nie, gdy babcia przyjechała do rodzinnego domu, aby się pojednać, zasiedli do podwieczorku, a na stole stała cukiernica. Wzięła jedną łyżeczkę cukru, tak jak ty. I zrozumiała. Narzeczony przebaczył jej natychmiast. Wkrótce wzięli ślub i byli najlepszym małżeństwem, jakie tylko można sobie wyobrazić. Mieli troje dzieci: dwóch chłopców i dziewczynkę, moją mamę. Wszyscy byli bardzo uzdolnieni matematycznie i nie tylko. Żyli w ciężkich czasach, wojna rozrzuciła rodzinę po całym świecie, a oni i tak wiedzieli o sobie wszystko, pozostając w specyficznych, dla nikogo niezrozumiałych związkach. Dzisiaj powiedziano by, że porozumiewali się telepatycznie, nie potrzebowali listów, które ginęły, ani telefonów, których nie było. Moja mama jako jedyna z nich wróciła do Polski. Miała tylko mnie, pięciolatkę… i cukiernicę. Ojca nie pamiętam, zginął pod Monte Cassino i obie w tę noc śniłyśmy strzały, krzyki i odgłos, jakby ktoś upadał. Musiałyśmy radzić sobie same, a czasy były ciężkie.

                                                    - Opowiadasz niezwykłe rzeczy - wtrąciłam, nawet nie zastanawiając się dlaczego mówiłyśmy sobie na ty. - Niejeden reżyser z chęcią nakręciłby świetną sagę, gdyby tylko mógł skorzystać z twoich wspomnień. Ja, niestety, niewiele wiem o mojej rodzinie. Zachowało się co prawda sporo zdjęć - na jednym z nich przystojny ataman w bogatym stroju - ale dziadek opowiadał mi o nich bardzo zdawkowo, miałam wrażenie, że czegoś się bał i chciał chronić swoich bliskich. Za to gdy przeszedł na emeryturę zapragnął pokazać mi to, co było dla niego najważniejsze. Przyjął posadę organisty i zdarzyło się, że tylko dla mnie zagrał w pustym kościele Ave Maria, co zawsze wspominam ze łzami w oczach. Był bardzo mądry, często snuł opowiadania o przyszłości, z których praktycznie wszystkie się sprawdziły. Zabierał mnie także na wędrówki po lasach i łąkach, pokazywał zioła, a potem uczył jak nimi leczyć. Aha, moja prababcia miała na imię tak samo jak ty, Tekla.
                                                    --
                                                    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                    AL
                                                  • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 29.12.16, 18:47
                                                    Srebrzysta cukiernica / 2

                                                    - Myślę, że i twój dziadek miał dar widzenia. A ty? Czy zauważyłaś kiedykolwiek, że intuicja podpowiada ci bezbłędnie, a sny po prostu się realizują?

                                                    - Od lat nie śnię - zaprzeczyłam szybko.

                                                    Zbyt szybko. Tekla zrozumiała natychmiast, i kiwając potakująco głową, zajrzała mi głęboko w oczy. Nie potrafiłam niczego przed nią ukryć, więc zobaczyła w nich strach, cierpienie i desperację, która towarzyszyła mi przez lata walki z tym, jak to ona nazwala, darem. Zniszczyłam go wreszcie i mogłam rozpocząć normalne życie, w czym bardzo pomógł mi Andrzej. A teraz? Teraz oboje niszczyliśmy siebie nawzajem.

                                                    - Widocznie tak musiało być - wyszeptała Tekla, gładząc lekko moje włosy. - Wiesz, dziecino, chciałabym mieć taką córkę jak ty, niestety, los nie dał mi dziecka. Jestem ostatnia w linii tych innych kobiet mojej rodziny i nie mam nikogo godnego, komu mogłabym przekazać…

                                                    Opanowało mnie dziwne drżenie, wyczekiwanie na coś ekscytującego, przed czym jednak broniłam się resztkami sił.

                                                    - Nie, nie! - protestowałam, widząc, jak podaje mi cukierniczkę. - Nie mogę przyjąć takiego prezentu, jest zbyt cenny.

                                                    - Ach, gadanie - zaśmiała się, a jej głos przypominał łagodne gruchanie zadowolonego gołębia. - Dla takich ludzi jak my jest bezcenna, dla innych to tylko wartość srebra. Idź już, teraz wiesz, co masz robić.

                                                    - Wiem.

                                                    Rzeczywiście siąpił deszcz. Zapalające się właśnie latarnie rzucały drżące światło na mokry asfalt. Biegłam do domu, kurczowo zaciskając palce na mojej cukiernicy i wyczuwałam przeszłość, którą zachowała w sobie na zawsze. Pomimo zawirowań wojennych i nieoczekiwanych przeciwności losu były to w przeważającej mierze dobre czasy. Jak przez mgłę słyszałam kołysankę, którą niegdyś śpiewała Krystyna swojej córeczce, jej śmiech przepełniony zachwytem, widziałam małą Teklę przystępującą do Pierwszej Komunii i pełne miłości spojrzenie jej śmiertelnie rannego ojca, gdy ostatni raz całował zdjęcie swojej dziewczynki. Szarpana emocjami, zadyszana i spłakana dotarłam wreszcie do drzwi mieszkania.

                                                    - Czekałem na ciebie - oznajmił Andrzej. Zupełnie tak samo, jak przedtem Tekla.

                                                    - Wiem. Nie pytaj o nic. Odnalazłam ciebie i nas - powiedziałam, wtulając się w jego otwarte ramiona.

                                                    Na następny dzień oboje poprosiliśmy o długi urlop, a po dwóch miesiącach postanowiłam odwiedzić Teklę, aby opowiedzieć jej o moim szczęściu i pewnej słodkiej, radosnej tajemnicy.

                                                    Wąska uliczka z wystającymi daszkami wydała mi sie obca i cicha. Zdezorientowana, zapukałam do paru drzwi, pytając o kobietę w długim, srebrzystym szalu. Ludzie zaprzeczali, wzruszając ramionami.

                                                    Nikt nigdy nie słyszał, aby kiedykolwiek mieszkała tu Tekla.
                                                    --
                                                    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                    AL
                                                  • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 29.12.16, 18:50
                                                    Powrót

                                                    Dobrze ponad rok upłynął od dnia, w którym Chłystek uratował świat. Wielkość jego czynu rozniosła się lotem błyskawicy nie tylko po wszystkich kontynentach - dotarła także do najdalszych wysp i wysepek, a nawet szczytów pływających gór lodowych. I jak to bywa, ludzkość zapragnęła wielbić bohatera.

                                                    Zanim się Chłystek zreflektował, dobrze zorganizowane grupy wygadanych managerów zaczęły przekazywać go sobie w niekończącym się łańcuchu spotkań z prezydentami ważniejszych państw, odczytów na stadionach, audiencji u papieża, tudzież wizyt w przedszkolach i domach spokojnej starości. Dopiero po miesiącach wyczerpujących podróży i nasilającym się bólu ustawicznie potrząsanej prawicy zauważył, że coś jest nie tak. Ale potrzebował jeszcze paru tygodni, aby podjąć prawdziwie męską decyzję. Korzystając z zamieszania na targowisku w New Delhi, przycupnął szybko za dwiema świętymi krowami, a gdy ucichł rwetes poszukujących go ochroniarzy, wycofał się tak skutecznie, że wszelki ślad po nim zaginął.


                                                    To był prawdziwy wstrząs dla całego świata. Śmiertelnie blade dziennikarki najbardziej oglądalnych programów telewizyjnych przeprowadzały dzień w dzień wywiady z wybitnymi detektywami. Pierwsze strony wszystkich gazet krzyczały wytłuszczonym pytaniem - Gdzie jest Chłystek! Wysuwano śmiałe hipotezy i fantastyczne domniemania, które jednak nie dawały chociażby cienia złudzeń, że cośkolwiek jest w nich prawdziwe. Smutek zapanował i rozdzieranie szat, i pewnie trwałoby to długo, gdyby nie zadziwiająca wiadomość z Kazachstanu, gdzie w zabitej deskami wsi krowa wydała na świat cielaka przypominającego z wyglądu duże prosię. Śmiertelnie blade dziennikarki natychmiast odzyskały naturalną karnację, większość detektywów powróciła do zwyczajnych obowiązków, a szefowa Międzynarodowej Ligi Kobiet zapomniała, że jeszcze miesiąc wcześniej zamierzała przyznać Chłystkowi tytuł Honorowej Kobiety Roku. Parę dni potem już nikt nie myślał o bohaterze, który dotarł w międzyczasie do Tybetu i zamieszkał w jednym z licznych klasztorów, gdyż należał mu się wypoczynek. Tu mógł spokojnie siedzieć całymi dniami po turecku i wpatrywać się w jakiś punkt na ścianie, a nocami zażywać snu, do którego utulały go mrugające przez okienko gwiazdy. Żaden mnich nie zapytał Chlystka o imię, ani o powód pobytu - po prostu, każdy z nich tak był skupiony na poprawnym wypowiadaniu mantr, a wieczorem na misce ryżu, że dodatkowa osoba u nikogo nie budziła zainteresowania.

                                                    Mijały dni, a czas jakby stał w miejscu. Dopiero chłodniejsze wiatry zapowiadające zimę otrzeźwiły Chłystka i poczuł, że czas najwyższy wracać do domu. Zapakowawszy więc w torbę nieco prowiantu i dwie tybetańskie misy, ruszył w drogę. Całe szczęście, że posiadał jeszcze pokaźny zwitek banknotów, którymi obsypywali go wielbiciele podczas spotkań na stadionach, dlatego skorzystawszy z usług dwóch linii lotniczych, jednej kolejowej, oraz przypadkowo zatrzymanej taksówki, stosunkowo szybko dotarł do celu. Wysiadł na obrzeżu Miasta, które niegdyś wydało mu się niezwykłą biała perłą, miejscem, gdzie praktycznie co drugi obywatel tworzył unikatowe dzieła sztuki, poezję, a Mistrz wygłaszał słowa, nad których sensem łamali sobie głowy samozwańczy filozofowie. Jasne ściany domów pokryte były patyną brudu i krzykliwymi graffiti, wyboiste chodniki i obszarpane z liści kikuty ostatnich drzew robiły przygnębiające wrażenie. Przez wielką bramę fabryki produkującej plastikowe butelki i wytłaczanki do jajek wysypywały się gromady ludzi spieszących do swoich mieszkań, telewizorów i kotletów schabowych. Chłystek odwrócił się z niesmakiem i pomaszerował w kierunku Lasu, a każdy jego krok wybijał rytm tęsknoty.

                                                    Chwilę przystanął na niewielkiej polanie okolonej z jednej strony pasmem dorodnych brzóz. Jesień pomalowała już ich czuby miodowym kolorem, białe pnie błyszczały w ostrym słońcu. Rześkim powietrzem chciało się po prostu oddychać. Chłystek westchnął głęboko i zamierzał ruszyć dalej, gdy ni stąd ni zowąd, gwałtownie hamując, zatrzymał się tuż przy nim samochód terenowy.

                                                    - Proszę zawrócić i nie pokazywać się tu nigdy więcej!

                                                    - A to dlaczego? - zapytał spokojnie, spoglądając w gniewne oczy młodej kobiety, która zeskoczywszy z siedzenia jeepa prawie się z nim zderzyła.

                                                    - Nie zauważył pan tabliczki z napisem, że to teren prywatny?

                                                    - Prywatny? Od kiedy?

                                                    - Ha, następny niewiedzący. Ale niech pan wie, że nic nie wskóracie, nie jesteście w stanie zabrać mi mojej łąki nawet gdybyście tu przychodzili setkami - oznajmiła.

                                                    - To chyba jakieś nieporozumienie. Naprawdę nie zamierzam pani niczego zabierać - zapewnił Chłystek, rozkładając uroczyście ręce. - I nie mam pojęcia dlaczego pani na mnie krzyczy i prawie rozjechała tym samochodowym potworem.

                                                    Dziewczyna poprawiła energicznym ruchem rozwichrzone włosy, zaczerpnęła głęboko powietrza, jakby chciała coś ważnego powiedzieć, ale widząc komicznie zaskoczony wyraz twarzy Chłystka, wybuchnęła wesołym śmiechem.

                                                    -Tak, teraz widzę, że nie należy pan do tej kliki.

                                                    - Nie należę do nikogo - odpowiedział aż nazbyt gorliwie i zaczerwienił się, czując na sobie jej zaciekawione, lekko kpiarskie spojrzenie. - Do widzenia - dorzucił, odchodząc z nagłym pośpiechem.

                                                    - Do widzenia - powtórzyła z naciskiem, aczkolwiek bardzo miękkim tonem.

                                                    Jeszcze dłuższy czas czuł Chłystek jej wzrok na plecach i musiał się przyznać sam przed sobą, że po raz pierwszy w życiu zaniepokoiła go prosta wymiana zdań z nieznajomą kobietą. Poruszyła w nim coś, o czym w ogóle nie miał pojęcia, coś, co wyjątkowo irytowało, a czego za nic na świecie nie chciał już utracić. Dopiero mocniejszy powiew wiatru i szum prastarych dębów przypomniał mu, gdzie się znajdował. Podniósł głowę i zadowoleniem zauwazyl miotły wystające z większych dziupli. Gwizdnął przeciągle. Nie musiał długo czekać - z najbliżej wychyliła się rozczochrana głowa wiedźmy. Pogmerała zakrzywionym palcem w kołtunie, i mrużąc oczy wypatrywała źródła dźwięku.

                                                    - Wróciłeś - zaskrzeczała.

                                                    Chłystek poczuł się w domu.

                                                    - Jak się masz, Ślizgullo? Jak tam twoje siostry i plemię Wodników? - zapytał.

                                                    - A dobrze, wszystko prawie po staremu, yh, yh - odparła, pokasłując gwałtownie, a jej wielkie uszy trzęsły się we wszystkie możliwe strony. - Więcej nas trochę, bo parę z tych, które założyły SPA, zostało w międzyczasie matkami, ale nie chcąc wychowywać dziatwy poza Lasem, podrzuciły nam tu kilkoro maluchów. Na miotłach już latają aż furczy, ale z chodzeniem jeszcze nie tak. A ty co, zbladłeś nieco, i zamyślony taki.

                                                    - Bo właśnie o mało co, a zostałbym przejechany przez taką jedną z blond warkoczem. Twierdzi, że jest właścicielką łąki - wyjaśnił, starając się mówić obojętnym tonem, co jednak nie uszło uwadze bystrej wiedźmy.

                                                    Wybuchnęła tak donośnym śmiechem, że aż dąb zadygotał, a z konarów, niczym grad, posypały się żołędzie. Mocno zmieszany Chłystek przeklinał w duchu sam siebie, gdyż zrozumiał, że przejrzała go na wylot.

                                                    - Ma na imię Agnieszka i jest naszym człowiekiem - oznajmiła Ślizgulla, kłapiąc z uciechy zębami. - Zaprzyjaźniła się bardzo z Półpałkiem-Zapałkiem, więc jeśli chcesz więcej szczegółów na jej temat, to musisz go odwiedzić.

                                                    - Taki miałem zamiar - odparł Chłystek i pomaszerował dalej w poszukiwaniu przyjaciela.

                                                    cdn.
                                                    --
                                                    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                    AL
                                                  • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 14.08.17, 20:15
                                                    W swoim świecie

                                                    Chłystek szedł, stąpając niemal nabożnie po ziemi, którą znał od tak dawna. Rozglądał się przy tym często i coraz bardziej zdziwiony, gdyż po roku nieobecności wiele uległo zmianie. A to zagajnik brzóz poszerzył się o wiotkie samosiejki, strumyk rozlewał miejscami swoje wody w miniaturowe jeziorka, kilka prastarych dębów, leżąc w wysokich trawach, powoli przechodziło w inne formy życia, a wiele sosen naznaczył ktoś czerwoną farbą. Chłystek wiedział, że jest to wyrok śmierci i marszczył czoło coraz bardziej, gdyż drzewa stały w pełni sił i możliwości dalszego rozwoju.
                                                    Rozchmurzył się dopiero wtedy, gdy był już zupełnie blisko jezior i bagien zamieszkiwanych przez Plemię Wodników. Ciekawskie ważki furczały głośno, przelatując z zawrotną szybkością tuż przy jego głowie, pachniało wodorostami, mchem i dymem - to Półpałek-Zapałek, jak zwykle o tej porze dnia, piekł kartofle w ognisku. Zobaczywszy Chłystka stracił panowanie nad lewitacją i opadł gwałtownie na ziemię.
                                                    - Do diaska! - zawołał ze zdumieniem. - Kogo, jak kogo, ale ciebie dzisiaj się nie spodziewałem.
                                                    - A kiedy?
                                                    To proste pytanie spowodowało, że obaj wybuchnęli gromkim śmiechem, a las zawtórował im radosnymi echami. Świat mocno pojaśniał, bo oto znowu spotkało się dwóch przyjaciół, dwie dusze tak sobie bliskie, jakby byli bliźniakami.
                                                    - Myślałem, że przenocujesz w Mieście - oznajmił Półpałek-Zapałek. - O twoim powrocie doniesiono mi godzinę temu.
                                                    - Po drodze zamieniłem parę słów ze Ślizgullą. Jak wiadomo jest największą plotkarką w Lesie, więc na pewno to ona pospieszyła z wiadomością, hmm, miotłą zawsze szybciej niż na nogach.
                                                    Powiedziawszy to zasiadł przy ognisku i zabrał się za wygrzebywanie kartofli z ogniska. Mocno jeszcze gorące pachniały apetycznie przypieczoną skórką; były jak kiedyś, jak zawsze, jak w domu. Chłystek skierował wzrok ku ziemi, aby ukryć przed Półpałkiem-Zapałkiem nagle zwilgotniałe oczy, ale poczciwy przyjaciel poklepał go tylko ze zrozumieniem po ramieniu i siedzieli tak przez jakiś czas cicho, bo rozumieli się bez słów. Dopiero piskliwy, dochodzący znad bagien dźwięk fujarek i coraz mocniej czerwieniejący horyzont uświadomił im, że jednak trzeba sobie co nieco przed zapadnięciem nocy poopowiadać. Roztoczył więc Chłystek przed Półpałkiem-Zapałkiem panoramę świata, który choć na wskroś człowieczy był im jednak wyjątkowo obcy. Opowiadał o wiecach na olbrzymich stadionach, strzelaninach pośród ulic wielkich miast, mówił o tym, jak dziwnie wyglądają kobiety po zdjęciu sztucznych rzęs przed spaniem, o tym, że każdy chce koniecznie mieć to, co pokazują w telewizji, chociaż tak naprawdę nikomu nie jest potrzebne. Zachwycał się niezapomnianym widokiem ośnieżonych szczytów w Tybecie, hukiem największych wodospadów i obruszał na znieczulicę w traktowaniu najsłabszych.
                                                    - Wszystko to już poza mną - ogłosił na koniec uroczystym głosem. - Teraz zamierzam znowu żyć.
                                                    - Czas najwyższy - przytaknął Półpałek-Zapałek. - Wszyscy bardzo już za tobą tęsknili. Ale nie myśl, przyjacielu, że tu nadal po staremu. Chciwość ludzka doszła i do nas. Sam widziałeś, co się stało z Miastem. Ci, co tam rządzą chcą też naszego Lasu, ale w ostatniej chwili zapobiegła temu Agnieszka kupując wszystkie łąki od tego pijaczyny Bolusia i teraz tamci nie mają dostępu, a od strony bagien boją się. Raz próbowali, ale paru figlarzy z Plemienia Wodników tak się z nimi zabawiło, że do dzisiaj siedzą na zamkniętych oddziałach psychiatrycznych i wrzeszczą, gdy tylko zobaczą coś zielonego, a już szczególnie boją się sałaty i szczypiorku.
                                                    - Nie znam sie na cenach łąk - wtrącił Chłystek - ale myślę, że nie sprzedano ich za parę groszy. Czy Agnieszka jest bogata?
                                                    - Teraz tak - zaśmiał się Półpałek-Zapałek. - Zaraz po studiach pracowała trzy lata w gminie, a na tym się przecież nie dorobiła.
                                                    - To skąd ma pieniądze?
                                                    - Hehe, nie uwierzysz. Wygrała parę milionów w totolotka. Jako dziecko często spędzała w tych stronach wakacje, a teraz wróciła i zajmuje się ochroną środowiska. Jak już wspomniałem, pomagamy jej jak możemy. Wiem, że i ty też jesteś z nami, chociaż doszły mnie słuchy o jakimś zatargu z Agnieszką.
                                                    Chłystek zakaszlał nieco nerwowo, gdyż poczuł, że na sam dźwięk tego imienia robi mu się gorąco, a skóra na karku dziwnie cierpnie, jakby przelatywały po niej stada mrówek.
                                                    - Żaden zatarg - sapnął - Myślała, że jestem obcy i o mało, a staranowałaby mnie swoim jeepem.
                                                    - O tak, to energiczna dziewczyna - przyznał Półpałek-Zapałek. - Jak w sam raz dla ciebie.
                                                    Chłystek wstał tak nagle, jakby go wąż ukąsił i począł chodzić tam i z powrotem długimi, nieco chaotycznymi krokami. W głowie mu szumiało tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy, próbując miodnego napitku, łyknął go nieco za dużo. Czuł dziwne osłabienie w ramionach, ręce mu drżały i nawet nie zauważył, że ucichły dzięcioły zdumione jego zachowaniem, a wiedźma Ślizgulla, która właśnie nadleciała na swojej miotle, zatrzymała się tuż przy krzywej sośnie, i dłubiąc bezmyślnie w nosie spoglądała na niego okrągłymi ślepiami. Miał wrażenie, że cały świat wstrzymał oddech i oczekuje na coś, co musiało się stać, na coś, przeciwko czemu nie potrafił się opierać. W końcu stanął, oparł rozpalone czoło o pień brzozy i czekał na nie wiadomo co.
                                                    I stało się.
                                                    Usłyszał lekki szelest. Odwrócił się powoli i z głośno bijącym sercem, gdyż wiedział, czuł całym sobą. Przed nim stała Agnieszka, w jej oczach ujrzał pytanie, na które koniecznie musiał odpowiedzieć.
                                                    - Jesteś jak wiosenny deszcz i pachniesz wszystkimi kwiatami tego świata.

                                                    cdn.



                                                    --
                                                    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                    AL
                                                  • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 23.05.19, 19:53
                                                    W jego świe­cie


                                                    - Je­steś jak wio­sen­ny deszcz i pach­niesz wszyst­ki­mi kwia­ta­mi tego świa­ta - po­wie­dział Chły­stek pra­wie szep­tem, czu­jąc in­stynk­tow­nie, że od tej chwi­li wszyst­ko bę­dzie ina­czej.

                                                    I rze­czy­wi­ście.

                                                    Na mo­ment wszyst­ko sta­nę­ło, nawet po­wie­trze zmie­ni­ło stan sku­pie­nia, wy­da­wa­ło się być gęste i lep­kie ni­czym nek­tar kwia­to­wy. Ze­sztyw­nia­łe ze zdu­mie­nia ga­łę­zie drzew na­prę­ży­ły się do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści, za­mar­ło re­cho­ta­nie żab w po­bli­skim sta­wie, śpiew pta­ków i brzę­cze­nie owa­dów. A jako że czas jest względ­ny, wy­da­ło się Chłyst­ko­wi jakby owych parę se­kund trwa­ło całą wiecz­ność. Stał więc nie­ru­cho­mo, i wpa­tru­jąc się z na­pię­ciem w oczy Agniesz­ki roz­po­zna­wał jej duszę.

                                                    Otrzą­snął się, sły­sząc ostry świst koło ucha. To Śli­zgul­la za­czę­ła wy­wi­jać na swo­jej wy­raź­nie roz­ra­do­wa­nej mio­tle kar­ko­łom­ne ła­mań­ce, i rżąc od czasu do czasu grom­kim śmie­chem krzy­cza­ła na łąki i lasy:

                                                    - Chły­stek zba­ra­niał, Chły­stek zba­ra­niał!

                                                    - A idź ty won! - za­krzyk­nął po­iry­to­wa­ny Pół­pa­łek-Za­pa­łek, oga­nia­jąc się od niej jak od na­tręt­nej muchy.

                                                    Śli­zgul­la za­wa­chlo­wa­ła gwał­tow­nie ogrom­ny­mi usza­mi, wcią­gnę­ła za­ma­szy­ście wi­szą­cy u nosa śluz, mla­snę­ła przy­dłu­gim ję­zo­rem, i po­ga­nia­jąc zde­ner­wo­wa­ną mio­tłę kop­nia­ka­mi po­gna­ła ku ba­gnom.

                                                    - Co się dzie­je, dla­cze­go każe mi pan odejść? - za­py­ta­ła nieco prze­stra­szo­nym gło­sem Agniesz­ka.

                                                    Zdzi­wio­ny Chły­stek spoj­rzał szyb­ko na przy­ja­cie­la.

                                                    - Czy to zna­czy, że ona nie widzi?

                                                    Pół­pa­łek-Za­pa­łek za­prze­czył lek­kim ru­chem głowy.

                                                    - Jak to moż­li­we, Śli­zgul­la wspo­mnia­ła, że jest na­szym czło­wie­kiem.

                                                    - Bo jest, opo­wia­da­łem ci prze­cież, ale chyba ma ja­kieś opory, być może ja­kieś nie­cie­ka­we za­prze­szło­ści z dzie­ciń­stwa. Myślę jed­nak, że wcze­śniej czy póź­niej za­sko­czy.

                                                    -Hola, moi pa­no­wie, czy to ład­nie mówić o kimś tak, jakby tego kogoś tu nie było? - za­py­ta­ła Agniesz­ka roz­ba­wio­nym gło­sem, cho­ciaż w jej oczach cza­iła się nie­pew­ność i za­sko­cze­nie. Chły­stek zmie­szał się mocno, ujął jej szczu­płą dłoń, i mu­ska­jąc lekko usta­mi wy­szep­tał ciche prze­pro­si­ny. Lecz zanim zdą­żył coś­kol­wiek wy­ja­śnić, wtrą­cił się Pół­pa­łek-Za­pa­łek.

                                                    - Ko­cha­na Agniesz­ko, je­steś tu z nami od nie­daw­na i nie we wszyst­kim zo­rien­to­wa­na. Nasz Las jest wy­jąt­ko­wy, je­dy­ne takie miej­sce na świe­cie, gdzie baśń prze­mie­sza­ła się z prze­szło­ścią i cza­sem ak­tu­al­nym. Nie­któ­rzy, tak jak Chły­stek, nigdy nie mieli pro­ble­mu, aby to zo­ba­czyć. Inni, tak jak ty, po­trze­bu­ją uświa­do­mie­nia.

                                                    - Ja­kie­go uświa­do­mie­nia, panie Szy­mo­nie? - za­py­ta­ła nieco bez­rad­nym tonem i drgnę­ła prze­stra­szo­na, gdyż w tym samym mo­men­cie Chły­stek par­sk­nął nie­po­ha­mo­wa­nym śmie­chem.

                                                    - Prze­pra­szam - wy­bą­kał, gdy już był w sta­nie zła­pać po­wie­trze. - To takie dla mnie nowe i za­baw­ne. Szy­mon! No nie!

                                                    - A jak?

                                                    - Pół­pa­łek-Za­pa­łek.

                                                    Tym razem ro­ze­śmia­ła się Agniesz­ka.

                                                    - To brzmi jak z bajki o ki­jach-sa­mo­bi­jach.

                                                    Chły­stek spo­waż­niał i po­now­nie ujął jej dłoń.

                                                    - Agniesz­ko, sły­sza­łaś - to miej­sce jest nie­zwy­kłe. Scho­dzą się tu wszyst­kie czasy, wszyst­kie bajki i le­gen­dy, także te, które do­pie­ro po­wsta­ną. Wiem, że cięż­ko ci uwie­rzyć, ale je­że­li tylko ze­chcesz, to po­mo­gę ci zo­ba­czyć.

                                                    Przez chwi­lę wa­ha­ła się. W końcu cie­ka­wość w niej zwy­cię­ży­ła.

                                                    - No do­brze, po dru­giej stro­nie lasu stoi stara le­śni­czów­ka. Ku­pi­łam ją i za­mie­rzam wy­re­mon­to­wać. Pójdź­my tam, a po dro­dze wszyst­ko mi wy­ja­śnisz.

                                                    - Znio­sę cię tam - szep­nął Chły­stek, pod­no­sząc ją jak piór­ko.

                                                    Chcia­ła za­pro­te­sto­wać, ale w mo­men­cie, gdy po­czu­ła cie­pło jego sil­nych ra­mion ogar­nę­ło ją dziw­ne osła­bie­nie. Pod­da­ła się więc ryt­mo­wi jego kro­ków, ude­rzeń serca, za­słu­cha­ła w mia­ro­wym od­de­chu. I pra­wie pły­nę­ła wraz z nim po ukwie­co­nej łące peł­nej sze­le­stów ukła­da­ją­cych się w wier­sze. Nagle, w chwi­li naj­więk­sze­go roz­ma­rze­nia, usły­sza­ła cichy śpiew, nie­zwy­kłą me­lo­dię nu­co­ną dzie­cin­nym gło­sem dziew­czyn­ki. Było w tej me­lo­dii coś tak nie­wy­obra­żal­nie słod­kie­go, że aż łzy na­pły­nę­ły jej do oczu. Chły­stek za­uwa­żył jej wzru­sze­nie i na­tych­miast wy­ja­śnił.

                                                    - To jedna z pio­se­nek Ju­len­ki, przy­niósł ją tutaj przed­wczo­raj­szy wiatr, praw­da, że pięk­na?

                                                    Spoj­rza­ła ku jego uśmiech­nię­tej twa­rzy i nawet się nie zdzi­wi­ła, wi­dząc tuż za nimi le­wi­tu­ją­ce­go Pół­pał­ka-Za­pał­ka. Czuła się tak do­brze i bez­piecz­nie jak nigdy przed­tem. Za­tra­ci­ła po­czu­cie czasu i chyba rze­czy­wi­sto­ści, gdyż z każ­dym kro­kiem wy­da­wa­ło się jej, że widzi coś, czego nigdy nie było. Chwi­la­mi pod­no­sił ją Chły­stek nieco wyżej i niby przy­pad­kiem mu­skał jej po­li­czek swoim. Za­trzy­my­wa­ła wtedy od­dech w dziw­nym ocze­ki­wa­niu, a fala przy­jem­ne­go go­rą­ca wę­dro­wa­ła po niej tam i z po­wro­tem. Tro­chę za­czę­ło ją to nie­po­ko­ić, ale jesz­cze bar­dziej ciem­ne smugi, które po­ja­wi­ły się ni stad ni zowąd. Do­pie­ro po pew­nym cza­sie roz­po­zna­ła w nich jakby znie­kształ­co­ną po­stać śmi­ga­ją­cą wokół nich w za­wrot­nym tem­pie. Wo­dzi­ła za nią wzro­kiem, co oczy­wi­ście nie uszło uwa­dze Chłyst­ka.

                                                    - Idziesz moim kro­kiem, czu­jesz moim ser­cem, wi­dzisz i sły­szysz prze­ze mnie, bo sta­li­śmy się jed­nym - oznaj­mił piesz­czo­tli­wym tonem.

                                                    I szli, za­ta­pia­jąc się coraz bar­dziej w jego świe­cie.

                                                    Przed le­śni­czów­ką cze­ka­ła już na nich Śli­zgul­la z ko­szy­kiem peł­nym malin. Agniesz­ka spoj­rza­ła na nią nie­do­wie­rza­ją­co i w tej samej chwi­li zro­zu­mia­ła, że jak to już wcze­śniej po­wie­dział Pół­pa­łek-Za­pa­łek, wła­śnie za­sko­czy­ła.



                                                    --
                                                    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                    AL
                                                  • al-szamanka Re: KRYSTKOWE PRZEKLEJANKI 27.05.19, 09:21
                                                    Antek

                                                    Od zawsze przyjaźniłam się z Antkiem.
                                                    Pojawił się któregoś dnia na zalanej słońcem polnej ścieżce. Z obu jej stron niebieściły się olbrzymie chabry. Olbrzymie, bo byłam wtedy bardzo mała. Dziecko widzi wszystko inaczej. Antek pojawił się w momencie koniecznym. Upadłam, boleśnie rozdzierając sobie skórę na kolanie, a on podszedł do mnie bez słowa i opatrzył otarcie liściem babki. Zaraz potem zaczął cichutko mamrotać nieznane mi słowa, kiwając się rytmicznie na boki.
                                                    Świat zamilkł wsłuchany w jego głos, tęcza, niczym latający dywan zafalowała, podlatując tuż pod jego małe stopy przybrane w fikuśne ciżemki. Zauważyłam, że zapinające je klamerki usiane były drobniutkimi diamencikami, które mrugały do mnie wesoło. Poczułam, że ból ustąpił prawie natychmiast. Wiedziałam też, że znalazłam przyjaciela na zawsze.
                                                    I byłam taka szczęśliwa, na tej ścieżce pachnącej kwiatami i szorstkiej od nagrzanego słońcem, parzącego piasku. Powietrze nad nią drżało chaotycznie, chwilami zaś poruszało się leniwie i jakby w tańcu z chmarami dmuchawców.


                                                    Antek wziął mnie za rękę i poprowadził przez pola i łąki. Kłaniał się przy tym każdemu krzaczkowi, gdyż jak twierdził zamieszkiwały je rodziny elfów i skrzatów. Podejrzewałam, że był jednym z nich, gdyż był taki mały, mniejszy niż ja. Ale nie pytałam.
                                                    Nie zapytałam nigdy.
                                                    Cieszyłam się tylko z jego obecności, z tego, że przylatywał do mnie na skrzydłach wiatru, albo spuszczał się po promyku słońca do mojego pokoju. Zawsze we właściwym momencie, zawsze wtedy, gdy potrzebowałam jego pomocy, czy pocieszenia, bo wbrew pozorom małe dziewczynki mają mnóstwo problemów.
                                                    Pomagał naprawiać moje lalki, a potem, już w szkole, podpowiadał podczas klasówek, tak, że byłam jedną z najlepszych uczennic. I był bardzo uczynny. To on naganiał wszystkie spadające gwiazdy w moim kierunku tylko po to, aby mogły spełnić każde moje życzenie. Pokazywał obrazy malowane mroźnym pędzlem zimy i hafty młodej wiosny, nauczył gwizdów zakochanych kosów.

                                                    Spędziliśmy ze sobą długie lata.
                                                    Aż do momentu, gdy poznałam Przemka, i gdy po paru tygodniach znajomości poczułam na ustach jego pocałunek.
                                                    Antek rozpłynął się w powietrzu jak srebrna mgiełka.
                                                    Myślę jednak, że w jakiś sposób będzie przy mnie zawsze.

                                                    --
                                                    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


                                                    AL
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka