Dodaj do ulubionych

Stefan Niesiołowski - autor

31.01.19, 17:17
Stefan Niesiołowski
Ojciec Hubert i chrześcijaństwo


W moim przypadku bardzo trudno wskazać na sytuację, o której mógłbym powiedzieć, że odmieniła moje życie. Nie było przełomu, nawrócenia, czegoś porównywalnego do przeżycia np. André Frossarda - religia katolicka zawsze była w moim domu światłem nadziei, źródłem dobra i miłości. Z tego chociażby powodu każda krytyka Kościoła była traktowana jako podłość, pomieszana w dodatku (z uwagi na dyktaturę komunistyczną) ze szkodliwą głupotą i brakiem patriotyzmu. Wychowywany w atmosferze uznawania związku katolicyzmu z polskością za coś tak oczywistego jak np. prawo grawitacji, traktowałem krytykę Kościoła, Ojca Świętego, Episkopatu czy nawet poszczególnych księży, jako działanie wybitnie szkodliwe dla Polski, podlizujące się komunistom, a z uwagi na brak możliwości obrony drugiej strony - po prostu podłe. Moi Rodzice swoim życiem, każdego dnia potwierdzali zgodność słów z czynami, a swoją niezłomną postawą sprzeciwu i niezgody na prześladowania religii i Kościoła - co w czasach stalinowskich, na które przypadało moje dzieciństwo, było stałą praktyką reżimu - ukształtowali na stałe moją niechęć do wszelkiej przemocy, obłudy, kłamstwa. Pamiętam, że tylko w kościele podczas niedzielnego kazania, podczas rekolekcji czy na nauce religii mogłem usłyszeć coś, co było całkowicie odmienne od zakłamanej rzeczywistości. Ta atmosfera rodzinnego domu, małej salki katechetycznej przy ulicy Nowej, przy kościele św. Piotra i Pawła w Łodzi, ukształtowały mnie i uczyniły odpornym na wszelkie wątpliwości. Należy zawsze i w każdej sytuacji stać przy religii katolickiej, szanować Ojca Świętego i słuchać Episkopatu. Ta obowiązująca w naszym domu prawda pozostała moją prawdą i prawdą całej mojej rodziny do dziś.

Ta postawa w jakimś stopniu przesądza odpowiedź na interesujące pytanie ankiety. Ale jednocześnie nie oznacza niestety postępowania zawsze i w każdej sytuacji zgodnego z nakazami Ewangelii. Byłoby z pewnością pięknie, gdyby tak było, ale bardzo trudne i czasem wydawać się może, że ponad ludzką miarę, jest wzięcie swojego Krzyża, rozdanie wszystkiego ubogim i pójście za Panem Jezusem. Podobnie wypełnianie przykazania miłości drugiego człowieka jak siebie samego. I dlatego też jestem ostatnim, który byłby skłonny potępić drugiego człowieka, odwrócić się od kogoś tylko dlatego, że jest grzesznikiem, że nie wypełnia tak prostych, a jednocześnie tak trudnych słów - miłujcie nieprzyjaciół waszych. Ale nie mogę z kolei uznać postawy, która z grzechu, słabości, własnej niedoskonałości, czyni cnotę. Postawy wobec Kościoła krytycznej, często wrogiej tylko dlatego, że pozostaje On wierny swojemu Założycielowi. Czym innym jest wyznanie własnej słabości, czym innym natomiast pycha i podejmowana od zawsze próba uczynienia z grzechu cnoty, z kłamstwa prawdy, a z obłudy moralnej normy.

Dopiero na tym tle chciałbym odnieść się do pytania zasadniczego - czy spotkałem kapłana, który odmienił moje życie. Wydaje mi się, że w jakimś stopniu tak. Było ich kilku, a generalnie mogę powiedzieć (jeśli można w ogóle tak powiedzieć), że miałem w życiu wielkie szczęście do księży. I być może to, że nie miałem wahań co do słuszności wyznawania religii katolickiej, to obok domu rodzinnego, w takim samym stopniu zasługa księży, których było mi dane poznać. Począwszy od pierwszego, którego kazania pamiętam, nieżyjącego od dawna proboszcza parafii św. Piotra i Pawła, ks. kanonika Wacława Sitka, więźnia obozu koncentracyjnego w Dachau, który walcząc z rozpowszechnianym w latach pięćdziesiątych poglądem o sprzeczności między wiarą i rozumem, stał na ambonie i krzyczał. Pytanie: czy tylko ciemnota wierzy? Odpowiedź: nieprawda - ksiądz (tu silny akcent na słowo "ksiądz") Mikołaj Kopernik był człowiekiem głęboko wierzącym.

Zgadzam się, że można stracić wiarę przez złego księdza, chociaż musiała to chyba być słaba wiara. Ale nie lekceważyłbym niszczycielskiego wpływu lektury Marksa, która potrafiła zainspirować i nadal w wielu środowiskach inspiruje nienawiść do religii, Kościoła, Pana Boga jako pierwotnych przyczyn nieszczęść na ziemi. Prostacka, ale sugestywna marksistowska wizja Kościoła jako sojusznika bogatych, a wroga biedaków, jako symbolu ucisku najbardziej dziwacznych mniejszości, albo po prostu ludzi nie uznających niektórych zasad moralnych i 10 przykazań, nadal kształtuje postawy i przekonania wielu. Niestety, nie mogę dostrzec winy tylko po naszej kościelnej stronie, a dobrej woli po stronie naszych wrogów.

c.d.n.


--
http://fs1.directupload.net/images/user/150112/w8kfc76t.gif
www.youtube.com/watch?v=wccL2xJ78sU
Edytor zaawansowany
  • m.maska 31.01.19, 17:18
    Miałem wspaniałych katechetów i katechetki w szkole podstawowej i średniej, gdy religia została usunięta ze szkół i z naszej klasy chodziło na nią bardzo niewielu (nie wymagało to wtedy żadnej odwagi, a jednak było jakimś świadectwem wiary i może dlatego starałem się religii nigdy nie opuszczać). Ale największy, decydujący wpływ wywarli na mnie duszpasterze akademiccy z ośrodka ojców jezuitów, a przede wszystkich ojciec Hubert Czuma. To z ojcem Hubertem pojechałem (jeszcze w jedenastej klasie) na pierwszy obóz duszpasterstwa akademickiego w Bieszczady i potem jeździłem na te obozy przez całe studia, a nawet kilka lat po studiach, gdy już byłem asystentem w Katedrze Zoologii Uniwersytetu Łódzkiego. Te obozy to było coś zupełnie fantastycznego, przede wszystkim dzięki osobowości ojca Huberta. Wszyscy byliśmy nim zafascynowani i wszyscy traktowaliśmy nasze dwutygodniowe pobyty w górach jako coś wyjątkowego. To tam, tak mi się przynajmniej wydaje, moja wiara ukształtowała się w stopniu ostatecznym - w czasie wieczornych nauk, dyskusji, a przede wszystkim podczas Mszy świętych odprawianych pod gołym niebem, przy ołtarzu przybranym leśnymi kwiatami. Wśród bieszczadzkich drzew czuło się bliskość Boga i ogromną wartość nauki Pana Jezusa, tak samo w czasach nam współczesnych, jak w przeszłości. To ojciec Hubert potrafił poprzez cierpliwe tłumaczenie przekonywać nas, że za wszystkich ludzi w jednakowym stopniu umarł na Krzyżu Jezus Chrystus, że wszyscy są jednakowo ważni i wszystkich Pan Bóg kocha tak samo. Te obozy to był fragment innej, piękniejszej, bardziej duchowej rzeczywistości. Nie było konfliktów i pijaństwa typowego dla, także mających swój niezaprzeczalny urok, obozów ZSP, naukowych lub jeszcze innych najprzeróżniejszych "świeckich" studenckich sposobów organizowania wakacji. Sam kontakt z ojcem Hubertem i rozmowa z nim na każdy tzw. trudny temat, sprawiały trudną do wyjaśnienia, a tym bardziej do przekazania, radość i satysfakcję, jaką daje obcowanie z kimś wybitnym.

    Od nowa odkrywałem wartość i radość spowiedzi, która była długą rozmową podczas spaceru po ścieżkach, na które po deszczu wychodziły czarno-żółte salamandry. Wychodziliśmy z obozu w stronę Połoniny Wetlińskiej, a wracaliśmy już po zachodzie słońca, gdy znad potoku podnosiły się mgły, oświetlone były jeszcze tylko same wierzchołki ciemnozielonych ścian gór, a wszystko wokół wydawało się wielką piękną katedrą. To, co w osobowości ojca Huberta wywierało na mnie, a przecież nie tylko na mnie, największe wrażenie, to nie budząca najmniejszych wątpliwości wiarygodność, zgodność tego, co mówił, z tym, jak postępował, jakaś trudna do określenia uczciwość, delikatność, bezinteresowna miłość do każdego z nas, zrozumienie i gotowość do wysłuchania naszych banalnych i w gruncie rzeczy mało odkrywczych problemów, typowych dla ludzi w wieku dwudziestu kilku lat. W jego zachowaniu nigdy nie było znudzenia, wszystko było ważne, każdy był wysłuchany. Z drugiej strony imponowała mi jasność tego, co mówił. Nauka Ewangelii, ewangeliczne przesłanie było, jak wyjaśniał nam ojciec Hubert, i jest w każdej epoce czymś wyjątkowym, tak jak wyjątkowa była na Krzyżu śmierć Boga za człowieka. Dlatego musimy być wierni Panu Jezusowi i wypełniać Jego przykazania, kochać Boga i wszystkich ludzi i zawsze o tym pamiętać. To było z jednej strony trudne. Z pewnością wielu, i ja sam wolałbym usłyszeć coś innego, coś mniej radykalnego. Ale z drugiej strony to było proste, jednoznaczne i niepodważalne. Wielokrotnie później, w najróżniejszych trudnych sytuacjach, których w moim życiu nie brakowało, przypominałem sobie te słowa. Pamiętałem o tamtych spowiedziach i starałem się pamiętać o najpiękniejszym przykazaniu miłości. Można powiedzieć najkrócej tak: bardzo ceniłem wielu księży, w tym wspaniałych duszpasterzy akademickich, których poznałem, ale nikt - być może to kwestia akurat okresu życia, w którym dane mi było spotkać ojca Huberta, nie uczynił tak wiele, abym przynajmniej starał się być chrześcijaninem.

    Autor - z wykształcenia biolog, pracownik naukowy Uniwersytetu Łódzkiego - był działaczem opozycji demokratycznej, więzionym i skazanym w procesie "Ruchu". Jest członkiem ZChN i posłem Akcji Wyborczej Solidarność.


    --
    http://www.bilder-hochladen.net/files/itqm-ly-288c.gif
    www.youtube.com/watch?v=wccL2xJ78sU
  • al-szamanka 31.01.19, 18:43

    Gdybym nie wiedziała, to myślałabym, że napisał to jakiś święty, a to patrzcie seksmaniak Niesiołowski.

    --
    http://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg


    AL

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka