Dodaj do ulubionych

Moje pamiątki: 1. Beduiński zamek

10.12.09, 22:00
Mały drewniany przedmiot. Mieści się w dłoniach, drewno jest ciemne, ozdobione
prymitywnymi wzorkami w kształcie kółeczek. Składa się właściwie z trzech,
przesuwających się względem siebie części. Lubię zadawać swym gościom zagadkę:
co to jest?

Dostrzegłem go pośród innych rupieci na półce w sklepiku w Ouzarzat.
Zatrzymaliśmy się na chwilę, by zrobić zakupy i wymienić pieniądze w
miejscowym banku. Sprzedawca oferował klientom zwykły turystyczny chłam:
koraliki, ceramiczne kubki, drucianą biżuterię, trochę skamielin, widokówki.
Podczas gdy Marokańczyk obsługiwał resztę grupy, ja myszkowałem po kątach jego
rupieciarni. Było tam trochę autentycznych berberyjskich wyrobów, między
innymi akcesoria do koni: uzdy, siodła, szczotki do czesania grzywy.

Gdy grupa opuściła sklepik i zostałem sam na sam ze sprzedawcą, zacząłem
wypytywać o ceny różnych przedmiotów. Wiedziałem jednak, co chcę kupić. Co
muszę kupić! Był to oryginalny zamek berberyjski wykonany z drewna. Miał
drewniany skobel i, co najpiękniejsze, drewniany klucz przypominający
szczoteczkę do zębów z kilkoma kolcami. Klucz wsuwało się do szczeliny,
przekręcało przesuwając drewniane kołeczki i skobel dawał się przesunąć. Cena
wywoławcza, 50 dolarów czy euro sprawiła, że głośno się roześmiałem. Równie
wesoło zareagował Marokańczyk słysząc mają odpowiedź – 10 dinarów. Zapowiadały
się długie negocjacje. Mężczyzna zaczął mnie przekonywać, że nie ważne są
pieniądze, ważna jest pamiątka. Bezczelnie uchwyciłem się tego samego
argumentu, jednak inaczej go interpretowałem.

Pośmialiśmy się. I pogadaliśmy trochę o znaczeniu pieniędzy w życiu. Wyszedłem
ze sklepu z zamkiem i uboższy o kilka dolarów. Myślę, że obie strony były
zadowolone. Później takie niezwykłe zamki drewniane widziałem w muzeum w
Marakeszu. Takie drewniane zamki nie stanowią rzecz jasna doskonałej ochrony
przed złodziejem. Myślę jednak, że zamknięte w ten sposób drzwi w jakimś
koczowisku były dostatecznym sygnałem: nie ma nikogo, wchodzić nie można. Dziś
berberyjski zamek jest jedną z moich ulubionych pamiątek.

Link bezpośredni: Ouarzazate
--
"Kornel: mojepodróże"
Edytor zaawansowany
  • kornel-1 10.12.09, 22:03
    Aby dambang zaśpiewał, należy umieścić go na końcu rozpostartej dłoni. Prawą ręka trzyma drewniany kołek i i wykonując koliste ruchy w prawą stronę delikatnie pocierać brzeg naczynia. Przez moment nic się nie dzieje i nagle pojawia się, potężniejący z każdą chwilą, dźwięk. Nuta wibruje, wypełnia całe pomieszczenie. Ręka chce odruchowo przyspieszyć, lecz jest to niepotrzebne. Nie siłą i szybkością, lecz spokojem i miarowością wydobędziemy najpotężniejszy glos…

    Śpiewająca misa dambang pochodzi z Nepalu. Spotykana na obszarze Tybetu, wyrabiana jest ze stopu kilku metali. Sprzedawcy na targu w Kathmandu lub Bhakaipur potrafią zachwalić swój towar: są misy siedmio-, ośmiu- lub, według solennych zapewnień, nawet dziewięcioskładnikowe. Im większa średnica misy, tym niższy dźwięk wydobywany z niej dzięki rezonansowym własnościom naczynia... Woda wlana do dużej misy również wpada w wibracje, jej powierzchnia zaczyna się marszczyć, krople wody zaczynają wyskakiwać z misy, jakbyśmy mieli do czynienia z wrzątkiem. Niesamowite!

    Teraz, gdy biorę misą do dłoni i delikatnie pocieram drewienkiem jej brzeg, przypomina mi się gwarny i zatłoczony plac Durbar w jednym z królewskich miast Nepalu. Plac wypełniony buddyjskimi i hinduistycznymi świątyniami, kolorowo ubranymi newarskimi kobietami i uczniami w schludnych mundurkach.

    Link bezpośredni: Patan
    --
    "Kornel: moje podróże"
  • kornel-1 10.12.09, 22:29
    W pudełku leży garść potłuczonych skorup. Niewiele zostało z glinianej miseczki. Bo też i taki los tych miseczek. Chociaż... akurat tę chciałem uratować! Rozsypała się jednak w podróży powrotnej z Indii, mimo zabezpieczeń nie udało mi się jej dowieźć w całości. Trudno..

    Gdy wypijemy kawę lub herbatę z automatu, kulturalnie zgniatamy plastikowy kubek i wyrzucamy do kosza. W Indiach jest inaczej. Hindus żyje bliżej natury. Nie potrzebuje tyle chemii na co dzień. Roznosiciele napojów wędrują po dworcu, po targu, przeciskają się korytarzem wzdłuż wagonów wlekącego się ekspresu..„Kofi, kofi!” towarzyszy pasażerom od świtu do nocy. Czasem dla odmiany słyszymy „Cza-i, cza-i!” Herbata kosztuje 2 rupie, kawa niewiele więcej. Gdy pociąg przystaje na stacji, z okien wyciągają się niecierpliwie ręce. Sprzedawcy podbiegają i zręcznym ruchem nalewają napój do glinianej czarki. Jest już posłodzony, ale czasem trudno po smaku odróżnić herbatę od kawy! Miseczki są jednorazowe, po użyciu wyrzuca się, po prostu, przez okno. Lub zdecydowanym ruchem rozbija o ziemię.

    Uśmiecham się do moich skorup. Przypomina mi się niesamowity ścisk w pociągu jadącym do Jaipuru, chwile grozy, gdy nasz wagon second class został oblany kolorową farbą podczas święta Holi a później zaatakowany przez chuliganów kamieniami. Ach, Indie...

    Link bezpośredni: Jaipur
    --
    "Kornel: moje podróże"
  • kornel-1 10.12.09, 22:46
    A tu niepozorny kamienny krążek. Ma trzy centymetry średnicy, z jednej strony ozdobiony jest reliefem z islamskimi symbolami i cytatami z Koranu. Jest lekko wyszczerbiony, ma pewno wiele lat za sobą. Kamyk taki muzułmanin kładzie przed sobą podczas modlitw i bijąc pokłony dotyka go czołem.

    Znalazłem go na miękkim dywanie w sanktuarium Imama Rezy w Mashhadzie. To najświętsze miejsce dla irańskich szyitów i jednocześnie najbardziej niezwykłe wspomnienie dla mnie. Ilekroć spojrzę na tę pamiątkę, przypominają mi się rozentuzjazmowane tłumy przy grobowcu Imama, pełna religijnej ekstazy atmosfera tego miejsca. Pamiętam tez spokój i skupienie w chłodnych wnętrzach maszhadzkiego meczetu i wspólne mogły kilku tysięcy wiernych na dziedzińcu...

    Kamyk muzułmanin nosi przy sobie – zawinięty w chustkę wraz z różańcem. Może też wypożyczyć kamyk ze skrzynki umieszczonej przy wejściu do meczetu. Te jednak pozbawione są napisów: można powiedzieć, że to odmiana no name.
    Lubię mój kamyk. I wciąż nie wiem, jak się on nazywa... Może ty wiesz?

    Link bezpośredni: Mashhad
    --
    "Kornel: moje podróże"
  • kornel-1 10.12.09, 23:09
    Oto metalowa bransoletka na rękę. Wygląda na stare srebro, tak zresztą zachwalają swe towary sprzedawcy w Jordanii wołając „Silver, silver!”. To, że jest to przedmiot tylko posrebrzany czy wręcz wykonany z cynowej blachy i cynowych drucików – zupełnie mi nie przeszkadza. „Zdobyłem” go w Petrze a dokładniej w jednym z Grobowców królewskich. Tam, gdzie turyści zwykle nie wchodzą, w najgłębszym, najciemniejszym pomieszczeniu, leżała właśnie ta ozdoba. Przedmiot - oczywiście współczesny – należał do jednego ze sprzedawców, którzy przechowują swój towar właśnie w tych mrocznych wnętrzach.

    Bransoletka ta – obok buteleczki z kolorowym piaskiem usypanym we wzorki to moje pamiątki ze starożytnego miasta Nabatejczyków. Siq, Skarbiec, Wielka Kolumnada oraz Monastyr to słowa, które pobudzają nasze wspomnienia. Urozmaicone formy skalne, kolorowe nacieki, faliste warstwowania, gdzie niegdzie czarny otwór pieczary, tu i ówdzie stadko kóz skubiących niewidoczną trawkę... To były miłe chwile....

    Link bezpośredni: Petra
    --
    "Kornel: moje podróże"
  • kornel-1 10.12.09, 23:34
    Nie wszystkie pamiątki się zachowały. Wzorki usypane z kolorowego piasku wsypanego do butelki niestety zatarły się podczas transportu z Petry. Czas upływa nieubłaganie: aby więc wspomnienia się nie zatarły – wspominam swoje wędrówki, czytam dzienniki podróżne, przeglądam zdjęcia..

    Wspominam czasem marokańską kapę – której już nie ma. Kupiona w Fezie, została zjedzona przez mole. Mam przynajmniej pewność, że to prawdziwa wełna była! Prawdę więc mówił o swych towarach feski sprzedawca dywanów, który urządził dla naszej trampingowej grupy prawdziwy show.

    Kolejno rozkładane dywany lub raczej grube narzuty tworzyły coraz wyższy stos na podłodze wielkiego sklepu. Marokańczyk opowiadał o sposobach wytwarzania carpetów, tłumaczył znaczenie beduińskich i arabskich motywów. A my oszołomieni tym bogactwem ulegaliśmy reklamie... Ceny przedstawiane przez sprzedawców spadały a feeria wzorów i kolorów zachęcało do kupowania. Ja spokojnie czekałem na zakończenie targów. Gdy grupa już opuszczała pomieszczenie – przedstawiłem swoja cenę i kupiłem upatrzoną narzutę.

    Link bezpośredni: Fez
    --
    "Kornel: moje podróże"
  • netgabriela 11.12.09, 01:10
    Pięknie opisanesmile
    U Beduinów kupiła ziołam, których do tej pory nie zastosowałam smile) Mam nadzieję,
    że kiedyś się odważę..to tylko zioła na cerę smile
    Moje kolorowe piaski w butelce jeszcze się nie zatarły.. i mam nadzieję, ze to
    się nie stanie... bedę niepocieszona albo ruszę w kolejną podróz..
    Czytałam troche twoich relacji z podrózy i jestem pod wrażeniem...kto by tak nie
    chciał??
    Kornel-1 smile) szóstka z plusem
    Pozdrawiam ciepło z nad Bałtyku smile)
    Mam nadzieję, że moje podróże nigdy sie nie skończą smile
    --
    start motyla.....
  • davidoff_pce 11.12.09, 01:48
    Czytało się świetnie. Dzięki, Kornel.

    Moje ulubione pamiątki to przede wszystkim prezenty z urodzin spędzonych w Phnom
    Penh:
    -kilka strasznie wygniecionych w walizce modeli origami zrobionych z khmerskich
    banknotów - wartość rynkowa poniżej 1$, ale nie oddałbym za nic;
    -szalik - do dziś nie wiem, czy moja uczennica gdzieś go kupiła, czy sama
    zrobiła na drutach, przerażona moimi opowieściami o polskich zimach;
    -mały ręcznik do rąk - strasznie dziwny prezent, ale w Kambodży wszystko było
    dziwne; po powrocie nie prałem go tak długo jak się tylko dało, żeby nie stracić
    naturalnego zapachu; po pierwszym praniu to już nie to samo, ale i tak trzymam
    go w widocznym miejscu, chociaż już nie wącham.

    Poza tym kolejny prezent, choć już nie urodzinowy. Khmerka, u której jadałem
    obiady przez kilka miesięcy, przed moim wyjazdem dała mi 2 T-shirty - Adidasa i
    Pumy. Oba zupełnie nie z mojej odzieżowej bajki. Ten pierwszy wygląda nawet na
    oryginalny. Pewnie wykradziony przez jakąś szwaczkę z fabryki firmy i sprzedany
    na targu za kilka dolarów. Uśmiecham się do siebie zawsze, kiedy widzę je w
    szafie, a czasem nawet je zakładam.

    Kilka pirackich płyt z dzikim khmerskim karaoke - włączam je sobie regularnie.
    Brakuje mi brzmienia języka khmerskiego i tym wyciem brak ten sobie rekompensuję.

    Wszystkie najważniejsze pamiątki są z Kambodży, bo i podróż najważniejsza. Może
    dorzuciłbym jeszcze wietnamskie pałeczki, ale to już nie ta ranga. Zabawne jest
    to, że rzeczy, które kupiłem jako pamiątki, myśląc, że o czymś będą mi
    przypominały, albo schowałem gdzieś głęboko, albo rozdałem. Największą wartość
    mają pospolite przedmioty, które wiążą się z niezwykłymi ludźmi i sytuacjami.
  • mimbla.londyn 11.12.09, 09:01
    Milo z Toba "podrozowac"...
    smile


    --

    "Jakiż piękny byłby świat gdyby istniała reguła zwiedzania labiryntów." Umberto Eco
  • kornel-1 12.12.09, 20:27
    W szafie leży natomiast inny prezent – czerwono-czarny koc z lorestańskimi wzorami. To podarunek od rodziny Hojata. Młodego Irańczyka poznałem w autobusie, gdy wracałem z Choqa Zanbil. Zaprosił mnie do rodzinnego Khorramabadu, oprowadził po twierdzy Falak-ol-Aflak. Po wspaniałym obiedzie, już podczas sjesty na rozłożonych dywanach nastąpiła tradycyjna wymiana darów. Ja wręczyłem cepeliowskie pisanki, a dostałem ów wełniany koc. Ta wizyta u irańskiej rodziny, tak serdeczne przyjęcie i życzliwy stosunek do cudzoziemców są dla mnie kwintesencją perskiej gościnności.

    A propos wymiany prezentów: właśnie na takie nieoczekiwane okazje zabieram ze sobą różne drobiazgi. Przydają się, gdy wypada podziękować za gościnę. Myślę, że to sympatyczne dla obu stron. Nie wyobrażam sobie wciskania pieniędzy! Poza tym miła jest dla mnie myśl, że w Palmirze, u syryjskiej rodziny, wisi grafika z Sukiennicami, matka Gairata, stara Ujgurka trzyma jakieś drobiazgi w cepeliowskiej szkatułce, a w szamańskim tipi nad Chubsugułem leży długopis ze stylizowanym Smokiem Wawelskim.

    Link bezpośredni: Khorramabad
    --
    "Kornel: moje podróże"
  • kornel-1 12.12.09, 21:01
    Z należnym pietyzmem przechowuję w irchowym woreczku niewielki szklany prostopadłościan - pamiątkę z Petersburga. To utrwalony techniką laserową portret. Takie drobiazgi są sprzedawane od lat w miejscach turystycznych: przedstawiają trójwymiarowy wizerunek charakterystycznego dla miejscowości zabytku lub jakąś postać. Ale w tym wypadku – mam osobisty stosunek do osoby sportretowanej: bo to ja sam tam jestem!

    Zwiedzając Twierdzę Pietropawłowską w pewnej chwili stanąłem przed dylematem, na co wydać ostatnie zaoszczędzone na trampingu dolary: na 15-minutowy lot śmigłowcem nad Newą, czy poprosić o wykonanie na poczekaniu portretu przy pomocy tej stosunkowo rzadkiej w 2003 roku techniki. Ze śmigłowca akurat wysiadała grupa zadowolonych Japończyków a w Inżyniornym Domie rozłożyli się panowie ze sprzętem do laserowego rycia podpowierzchniowego. Wybrałem utrwalenie siebie w trzech wymiarach. Mam nadzieję, że w tej postaci przetrwam kilka tysięcy lat!

    Teraz, gdy obracam w dłoni szklaną zabawkę, przypomina mi się uśmiechnięta postać rzeźbionego Piotra Wielkiego, na kolana którego tak lubią wskakiwać śliczne petersbużanki; wspominam przepych Soboru św. Piotra i Pawła, mrok i chłód carskich kazamat i nostalgię za czasami minionymi, uczucie, które towarzyszyło mi w muzeum kosmonawtiki i rakietnoj tiechniki.

    Link bezpośredni: Petersburg
    --
    "Kornel: moje podróże"
  • kornel-1 12.12.09, 22:11
    Przede mną leży sznur niebieskich lub raczej turkusowych kamyków. Okrągłe i
    wygładzone, zostały nanizane kobiecą ręką na krótką nitkę.. Obok – wykonana z
    czarno-bordowego aksamitu i ozdobiona srebrnym łańcuszkiem szmaciana frotka,
    którą polskie dziewczę z ochotą użyłoby do upięcia swych włosów. Nie są to
    jednak kobiece akcesoria, lecz ozdoby noszone przez Tybetańczyków.- na nadgarstku.

    Podróżując po prowincji Qinghai niejednokrotnie dziwiłem się widząc młodych
    mężczyzn przystrojonych w takie błyskotki. Oczywiście, również i Tybetanki noszą
    biżuterię i inne ozdoby swojego ubioru: pozłacane kolczyki, kolorowe koraliki i
    ozdobne zapinki we włosach, sznury muszelek, a nawet noże z inkrustowaną
    rękojeścią. I co ważne – stroją się tak na co dzień, nie na użytek turystów, jak
    w masajskiej wiosce.

    Drobiazgi te, jak również metrowy kawałek pięknej tkaniny z przeznaczeniem na
    serwetę, kupiłem w Garze, mieścinie na skraju Wyżyny Tybetańskiej. Dotarłem tam
    po dniu pełnym emocji i przeżyć związanych z lamajskim świętem w Serxu.
    Uroczystości religijne i popisy pomarańczowo-wiśniowo odzianych mnichów na długo
    wryły mi się w pamięć.

    Link bezpośredni: Serxu
    --
    "Kornel: mojepodróże"
  • kornel-1 12.12.09, 23:15
    Podczas moich wojaży miałem czasem trudności z kupieniem czegoś oryginalnego i autentycznego. Szczególnie w odniesieniu do dzieci jest kłopot w znalezieniu prezentu. Czy to Turcja, Jordania czy Indie – wszędzie półki z zabawkami uginają się od chińskich wyrobów i to w dodatku przedstawiających zachodnią kulturę: lalki Barbie, laserowe karabiny, samochody z napisem POLICE. Zunifikowany świat, niechciana strona globalizacji...

    W Aqabie długo, długo chodziłem po sklepikach pełnych plastikowej tandety. W końcu znalazłem drewnianego wielbłąda, którego można, od biedy uznać za wytwór lokalnego rękodzieła. Stoi teraz na półce u syna obok egipskiej piramidki i betlejemskiej szopki otrzymanych od babci.

    Pobyt w Aqabie to wspomnienie snoorklingu na rafach koralowych, to moje "odkrywania" kolorowego podwodnego świata, to piekielny 50-stopniowy upał, kiedy zawinięta w alu-folię ryba już po półgodzinie jest upieczona...

    Link bezpośredni: Aqaba
    --
    "Kornel: moje podróże"
  • kornel-1 12.12.09, 23:20
    A tu mamy zestaw kości z baranich... kostek. To mongolska gra zwana
    szagai. Pojedyncza kosteczka ma nieregularny kształt. Uważne oko
    dostrzeże jednak, że kość może upaść na podłoże na cztery różne sposoby nazywane
    tradycyjnie: mori (koń), temi (wielbłąd), choni (owca) i
    jama (koza). Garść takich kostek, przechowywanych zwykle w skórzanym
    woreczku, służy do gry lub przepowiadania przyszłości. Wyrzucenie czterech koni
    to dobra wróżba: zapewnia powodzenie na całe życie!

    Szagai kupiłem w sklepiku przy pałacu Bogdo Gegena, ostatniego
    mongolskiego władcy. To obowiązkowa pamiątka z Mongolii. Przywiozłem stamtąd dla
    syna także oryginalne szachy: pionki i figury zostały wykonane z kości lub
    kamienia, połowa pokryta jest czerwoną farbą. Zamiast wież – żółwie! Tak, takie
    same żółwie, jak te, które stoją w Karakorum budowanym kiedyś przez Dżyngis
    Chana. Jakież to mongolskie! Szachy ustawiane są na baranim wojłoku z wypaloną
    szachownicą. Po grze – szachownicę się zwija i wraz z pionami pakuje do –
    również wojłokowego – cylindrycznego pudła. Co za wygoda!

    Link bezpośredni: Ułan Bator
    --
    "Kornel: mojepodróże"
  • kornel-1 13.12.09, 21:03
    W kubeczku przechowuję garść chropowatych białych kulek wielkości ziaren grochu. To dar dla jednego z bogów w Złotej Świątyni w Varanasi. Zaciekawiony, czym są owe kuleczki – zachowałem je do późniejszej identyfikacji. Hinduistyczni bogowie nie byli jednak poszkodowani – zaniosłem im na tacce z suszonych liści płatki róż i naszyjnik z kwiatów. Skłoniłem się a kapłan ozdobił moje czoło czerwonym znakiem. Płatki i kwiaty zostały wysypane na wielki stos a ja dostałem „na wymianę” naszyjnik z biało-żółtych kwiatów – tych jednak nie zabrałem do domu.

    Usiadłem na wilgotnej posadzce przedsionka. Dałem się pogrążyć, zatopić w niesamowitej atmosferze tego miejsca. Woń kadzideł mieszała się z zapachem kwiatów i mleka kokosowego rozbryzgującego się wokół, gdy kapłan roztrzaskiwał orzechy o framugę. Dźwięki dzwonów i dzwoneczków przeplatały się szeptem modlitw. Później, tam, gdzie inny kapłan polewał wodą obły czubek lingamu złożyłem ofiarę pieniężną dla Śiwy, a na moim czole pojawiły się pasy namalowane jasnożółtą farbą.

    A te białe kuleczki? – zapytacie. To skrystalizowany cukier, widocznie i bogowie lubią słodycze wink

    Link bezpośredni: Varanasi
    --
    "Kornel: moje podróże"
  • kornel-1 13.12.09, 21:06
    Wśród „religijnych” pamiątek znajduje się zielona wstążeczka. Wzbudza we mnie bardzo miłe wspomnienia. Wędrowałem wówczas przez slumsy w Damaszku. „Wędrowałem” to określenie niezupełnie pasujące do tamtej sytuacji. Przemykaliśmy chyłkiem przez opustoszałe na czas sjesty uliczki, jakieś podwórka, bramy, zaułki. A towarzyszyło nam mało przyjemne uczucie wyimaginowanego zagrożenia. No, ale to był nasz pierwszy raz! Od tamtej pory poruszam się po medinie i obcych miasteczkach zupełnie swobodnie.

    W końcu dotarliśmy do muzułmańskiego cmentarza. Przy bramie ponury Arab w zapytał nas, czy przyszliśmy odwiedzić grób Fatimy. „Oczywiście!” – odrzekliśmy zgodnie. Syryjczyk podwinął galabiję i poprowadził nas krętą drogą pod grobowiec ukochanej córki Proroka. Tu przejął nas inny Arab, poprosił przy wejściu na bok i zawiązał nam na przegubach zieloną wstążeczkę. Wewnątrz niewielkiego budynku kilka modlących się kobiet przytulonych głowami do krat ochraniających trumnę. A na kratach – mnóstwo wstążeczek. Ja swojej wstążeczki nie zdjąłem do końca trampingu. Uznałem, że będzie mnie chronić i zapewniać powodzenie. Brałem ją również na kolejne wyjazdy. Sprawdziła się!

    Link bezpośredni: Damaszek
    --
    "Kornel: moje podróże"
  • kornel-1 16.12.09, 00:02
    Miłym prezentem – dla kobiet – jest wszelkiego rodzaju biżuteria. Pierwszym takim zakupem były złote kolczyki. Syryjski złotnik wziął nas do siebie, do sklepiku na pięterku. Długo szukałem czegoś odpowiedniego, będącego kompromisem między tym, co jest ładne i tym, na co mnie stać. Ostatecznie wybrałem kolczyki w kształcie półksiężyców z cyrkonowym oczkiem. Wypiliśmy mocno słodzoną herbatę, dostałem jakiś certyfikat autentyczności i śliczne drewniane intarsjowane pudełko. Później starałem się kupować biżuterię z regionalnymi motywami i chociaż nie zawsze trafiałem w gust, to jednak te prezenty były oznaką, że się o kimś pamięta.

    Po latach przybyło również trochę puzderek, jak choćby to cynowe, emaliowane, kupione wraz z miniaturowym czajniczkiem podczas długich targów (na dywanie i przy herbacie, rzecz jasna!) w Erfoud. Albo to inne – bardziej niezwykłe: okrągłe, wykonane z karelskiej brzozy z wytłoczonym na wieczku wizerunkiem cerkwi w Kiżi Kupiłem je po błyskawicznych targach od Rosjanki nieopodal wodospadu Kiwacz. A miejsce to te ż jest niezwykłe. Bo oto w niemal idealnie płaskim krajobrazie Karelii, gdzie jak okiem sięgnąć tajga, mokradła i jeziora – nagle napotykasz na kilkunastometrową kaskadę. To drugi, co do wysokości, wodospad w Europie! W kategorii wodospadów nizinnych, dodajmy dla porządku. A cerkiew w Kiżi? To po prostu trzeba zobaczyć!

    Wśród biżuterii przywiezionej z azjatyckich trampingów znajduje się wisiorek z jadeitu. Ten – pochodzi z Kunmingu w Syczuanie, ale podobne arcydzieła sztuki rzemieślniczej widziałem też i w Xinjangu, na Jedwabnym Szlaku. Jakże się wówczas zachwycałem misternymi wzorami, filigranowymi postaciami i roślinnymi motywami wyrżniętymi w półszlachetnym kamieniu! Dziś chińscy mistrzowie kamienia używają do obróbki wiertarek dentystycznych i elektrycznych szlifierek. A wyroby z jadeitu (żadu) są obowiązkową pamiątką z Chin. „Mój” wisiorek to delikatny zielonkawy kwiat z koralowym nasionkiem w środku. Przypomina mi parną atmosferę subtropikalnych prowincji Państwa Środka.

    Linki bezpośrednie: Damaszek, Kiwacz, Kunming
    --
    "Kornel: moje podróże"
  • kornel-1 16.12.09, 00:07
    Osobną pozycję w moich pamiątkach stanowią zbiory mineralogiczne. Największe okazy to kęsy lawy z Etny – przywiozłem tego kilkanaście kilogramów, z myślą, iż będę sprzedawał po kawałku na krakowskiej giełdzie minerałów. Jednak jakoś trudno mi było rozstać się z tą lawą: wciąż zachwyca swymi kolorami: jest szara, brunatna, brązowa, czarna, czerwona, ruda, biała, żółta, zielonkawa, fioletowa, niebieska, kremowa, stalowa, pomarańczowa... Gdzieś w szufladzie leżą też kawałki lawy z Wezuwiusza i z wulkany Horgo w Mongolii.

    Na widok mini-kolekcji minerałów z Atlasu zawsze się uśmiecham. Śmieję się z własnej naiwności. Ja - stary chemik - dałem sobie wcisnąć podrabianą geodę! Na szczęście szczotka ametystowa i płytka z agatu zakupione od fałszywego Berbera okazały się - po sprawdzeniu – prawdziwe.

    Mniej odległe w czasie i bliższe geograficzne są innznaleziska – sąto fluoryty z Kletna. Trafiłem na nie z Sergiuszem w strumieniu rozmywającym zbocze w Masywie Śnieżnika. Przez dobrą godzinę wyławialiśmy z wody fioletowo-białe kamyki. Jakże ślicznie lśniły w słońcu! Później „płaciliśmy” nimi podczas autostopowania po Ziemi Kłodzkiej.

    Linki bezpośrednie: Etna, Ouarzazate, Kletno
    --
    "Kornel: moje podróże"
  • kornel-1 19.12.09, 13:07
    Odrębną kategorię pamiątek stanowią ciuchy. Pierwsze moje zakupy miały miejsce w Aleppo, kiedy to Alexander, mówiący co nieco po polsku Syryjczyk, zaciągnął mnie do swojego sklepu w długim suku. Oj, potrafił on bajerować! Chciałem kupić tylko arafatkę (3USD), ale już po chwili miałem i kółko do mocowania chusty (razem 5 USD) i galabiję (razem 10 USD) i wierzchnie nakrycie na galabiję (razem 15 USD). Po zakupach przebrałem się w ten strój, przeeszerowałem przez pół miasta i niepostrzeżenie dołączyłem do reszty grupy siedzącej w kawiarni przy fajce wodnej. Ależ miałem radochę widząc ich zaskoczone miny, gdy w końcu się zorientowali, kim jest ten zakutany w chustę Arab!

    Innym ciuchem przywiezionym ze Wschodu był ubiór ujgurski: biała koszula ze stójką (często występuje w wersji z ozdobną lamówką) oraz białe, także bawełniane spodnie. Przydałaby się do kompletu charakterystyczna kwadratowa czapeczka – jednak nie zdecydowałem się na jej zakup.

    Linki bezpośrednie: Aleppo, Kaszgar
    --
    "Kornel: moje podróże"
  • kornel-1 19.12.09, 13:13
    Opowiadając o pamiątkach nie sposób nie wspomnieć o alkoholach. Co prawda, alkohol ma w mojej diecie niemal zerowy udział, tym niemniej zdarzyło mi się kilka razy kupić jakiś trunek „na pamiątkę”. Dokładnie: na pamiątkę, nie na handel – o który podejrzewała mnie straż graniczna na przejściu w Brześciu. Wyglądałem najwyraźniej na przemytnika, a mój podarty plecak na narzędzie przestępstwa. Jakże zawiedzioną minę miał funkcjonariusz rzeszukujący mój plecak, gdy w końcu wyłuskał z niego wódkę „Санкт-Петербург”, całe 0.25 litra!

    Zabawne jest to, że te różne alkohole stoją potem latami poupychane gdzieś po kątach. Albo sączone po trochu, niczym niesmaczne lekarstwo. Tak było na przykład z rumuńską palinką sprzedawaną w plastikowych opakowaniach. Pod koniec opróżniania półlitrowej butelki, już sam nie wiedziałem, czy czuję śliwowicę, czy rozpuszczony polietylen wink

    Goście moi nie mieli również ochoty na mongolską wódkę „Хубилай” ozdobionej wizerunkiem wnuka Dżyngis Chana. Ostatnio się nad nią zlitowałem. Normalna była! A u mojej mamy wciąż stoi chińska nalewka z zakonserwowaną w alkoholu żmiją i kawałkami żeń-szenia. Tak, jakby była nie do przełknięcia. W ogóle mam pecha do chińskich alkoholi. Wino wytrawne – wcale nie takie tanie zostało określone przez koleżankę jako „skiśnięte” i powędrowało do zlewu. Hm...

    Linki bezpośrednie: Brześć, Plaiul Foii, Pekin
    --
    "Kornel: moje podróże"
  • kornel-1 19.12.09, 13:18
    Czasem podsuwam gościom pod nos dwa kawałki mongolskiego sera. Przechowuję je w szczelnie zamkniętym słoiku – zapach mają nie do wytrzymania! Ale taki był on od początku. Słowo! Takie właśnie sery, twarde po wysuszeniu na słońcu jak podeszwa, Mongołowie pałaszują ze smakiem! Mam nadzieję, że ten zapach pomoże zrozumieć, czym jest życie Europejczyka w tym kraju baraniny i kumysu...

    Próbie czasu oparła się również chińska herbata przywieziona też z Mongolii. Ma postać sprasowanej cegły. Zabawnie wygląda przygotowywanie sute-caj w jurcie: „Cegłę” kładzie się na progu i młotkiem odłupuje kawałki herbacianych wiórek. Wrzuca do wrzątku a później miesza z podgrzanym prawie do wrzenia mlekiem. I soli.

    W drewnianym rzeźbionym pudełku leży wciąż nierozpakowana herbata „Darjeeling”. Kupiona za grosze w Delhi przypomina mi kwitnące rododendrony i plantacje herbaty w Zachodnim Bengalu, ale przede wszystkim oczekiwanie na wschód słońca pod Kanczedżongą.

    Warto również wspomnieć o dużym kawałku plastra miodu przywiezionym z trampingu po Iranie. Stęskniłem się za tamtejszymi upałami!

    Linki bezpośrednie: Moron, Dardżyling, Alamut
    --
    "Kornel: moje podróże"
  • kornel-1 19.12.09, 13:19
    Kończę tę wyliczankę. Nie o wszystkich pamiątkach i prezentach przywiezionych z kilkunastu trampingów wspominałem; wybrałem te, które są dla mnie najciekawsze lub budzą jakieś miłe skojarzenia. Z pewnością w mojej kolekcji brakuje wielu interesujących rzeczy. Często, po prostu, nie było mnie stać na taki zakup.

    Na szczęście – dla wspomnień – mam zdjęcia. Robione kiedyś prostym aparatem a później „lepszą” cyfrową hybrydą, stoją ułożone w kilkudziesięciu albumach. Ale ja wolę je oglądać w postaci multimedialnej prezentacji. Uzupełnione lokalną muzyką i moim komentarzem, układają się wielogodzinną opowieść. Lubię tak torturować swych gości!

    Kornel
    --
    "Kornel: moje podróże"

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Booking.com
Nakarm Pajacyka