"Jadąc do Babadag" Andrzej Stasiuk
"Czternaście esejów na trzystu stronach. Trzy piękne fotografie.
Tytułowy esej zostawiony czytelnikowi na deser. Nagroda Nike w 2005
roku. Eseje drukowane we fragmentach w "Gazecie
Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym". Nie można było nie kupić. Nie
można było nie przeczytać. Stasiuk kocha świat i ludzi. Tak się
zdarzyło nieszczęśliwie lub szczęśliwie, że kocha akurat Ukrainę,
Mołdawię, Słowację, Węgry, Słowenię, Rumunię, Albanię. Porusza się
gdzieś tam przez grzbiety Karpat, schodząc w te południowo-wschodnie
wyżyny, stepy, równiny, niziny, zaczynając od polskich Bieszczad, a
kończąc aż w Grecji... Stawiając żelazną kurtynę przed Europą
Zachodnią: Hiszpanią, Francją, Holandią, Włochami, Austrią,
Szwajcarią, całą Skandynawią. Czy słusznie? Gdyby się zastanowić i
znaleźć powody zachwytu na przykład nad Mołdawią, to trudno się
zgodzić nad brakiem uczuć w stosunku do Włoch. Dlaczego właściwa
Stasiukowi jest apoteoza Bałkan i Karpat a nie Alp? Jeżeli podnieca
się ugrofińskimi przemytnikami z Węgier, to dlaczego nie wybiera się
w podróż do Finlandii? Skąd czułe opisy Romów bałkańskich, a nie
Basków? Dlaczego bliżej Stasiukowi do Dojczlandu, który stawia
prawie na równi z karpacką słowiańszczyzną, a nie jedzie za
gastarbeiterami i złodziejami samochodów dalej, do Holandii, Belgii,
Francji? Dlaczego nie pisze o Polakach, Romach, Ukraińcach myjących
się w paryskich fontannach i zbierających szpinak w Hiszpanii?
Miłość jest dziwna, niezrozumiała, szalona... Zatem co jest takiego
wspaniałego w krajobrazie z "parterowymi chałupami zagrzebanymi w
upale, z wynędzniałymi osłami, z przedwiecznym wzrokiem starych
kobiet w czerni, wpatrzonych w pylistą pustkę". Czy, żeby to
zobaczyć trzeba jechać setki, tysiące kilometrów? Własnym samochodem
w strachu o benzynę, olej. Autostradami lub polnymi prawie że
drogami, wypatrując zmęczonymi oczami przydrożnej oberży, gdzie
niekoniecznie przyda się wyuczony w szkole angielski bądź niemiecki?
Albo autostopem, zastanawiając się nad skutkami odezwania się słowem
do miętolącego w ustach niebanderolowane marlboro śmierdzącego
przemytnika czy wygolonego na łyso osiłka w czarnych okularach z
napisem "adidas" w prawym dolnym rogu lewego lustrzanego szkła… Czy
może z rozdygotanym ze strachu przyjacielem w rozklekotanym
autobusie, zbliżającym się do granicznego przejścia w kraju, którego
tak naprawdę nie ma? Podróże okazują się także szlakiem literackim,
gdzie nie podpiera się przewodnikiem. Szuka w swoich fascynacjach
literackich miejsc zapomnianych, na starych mapach dróg nieznanych.
I stamtąd przywozi nieprawdopodobne wręcz opisy. Sceny jakby
uwiecznione w przedwojennym kinematografie. Stasiuk zachwyca
szczegółami, drobiazgami w opisywanych twarzach, garderobie, gdzie
zwraca uwagę czytelnika na złote kolczyki w cygańskich uszach,
czarne kapelusze. Zachwyca drobiazgami, nad którymi nikomu nie
przyszłoby do głowy się pochylić: "Węgierskie bilety kolejowe są
piękne. Przypominają małe banknoty". Należy też zwrócić uwagę na
właściwy Stasiukowi soczysty język."
(recenzent: Jerzy Lengauer)
Polecam !
--
Dla
trampowców, podróżników, ciekawych inności świata, tolerancyjnych
dla różnych kultur. Dla wymiany doświadczeń...