Dodaj do ulubionych

Ustępowanie dzieciom miejsca???

29.05.16, 22:28
Ciekawy jestem co o tym myślicie.
Ja byłem tak wychowany, że od dzieciństwa ustępowałem dorosłym, ładując się na kolana mamie. Ale teraz widocznie inne zasady wychowania obowiązują, a dzieci takie biedne, niedożywione, nie mogą postać ani usiąść na kolanach rodzica...
Nie dalej jak przedwczoraj jechałem tramwajem (siedząc) i jakiś Brajanek tak na mnie napierał, jakby chciał wymusić ustąpienie miejsca. Jego tatuś siedział za mną, a matka stała obok. I akurat dziś natknąłem się na ten artykuł i komentarze pod nim - hm...

foch.pl/foch/1,132039,18434241,ustepowanie-dzieciom-miejsca-w-komunikacji-miejskiej.html
Edytor zaawansowany
  • horpyna4 30.05.16, 07:38
    Dziecko powinno siedzieć na kolanach rodzica. Samo tylko wtedy, kiedy są wolne miejsca. I należy dziecku tłumaczyć, że po prostu nie wypada nie ustąpić miejsca starszej osobie.

    Dziwię się rodzicom, którzy nie rozwijają w dzieciach empatii, bo potem takie dziecko uważa, że wszystko mu się należy, a innym nic - również rodzicom. Potem na starość jest płacz, jakie to dziecko niewdzięczne, a przecież były spełniane wszystkie jego zachcianki... a to właśnie dlatego.
  • shmu 30.05.16, 08:06
    Generalnie jesli dziecko jest malutkie i nie jest w stanie stac i sie trzymac samo albo jest tlok i maluch moglby byc nadepniety przez kogos to ustepuje miejsca. Poprostu dla malego dziecka moze to byc niebezpieczne albo bolesne jeali autobus czy tramwaj gwaltownie zahamuje. Czasem tez trzepie czlowieka tak w tramwaju, ze ledwo dorosly sie nie przewroci, co dopiero malutkie dziecko.
  • zmija_w_niebieskim 30.05.16, 11:22
    Z tym się zgadzam i dlatego ustępuję. Kiedy jednak dziecko ledwo co wejdzie do autobusu i obrażonym tonem oznajmia :Ja chcę siedzieć - to człowieka krew zalewa. I ma ochotę na złość nie ustąpić.
    Staram się mimo wszystko pamiętać o tym, że po pierwsze - małe dzieci nie mają na tyle rozbudowanego slownictwa, żeby swoje życzenia wyrażać bardziej dyplomatycznie, po drugie - to nie wina dziecka, że się urodziło w prostackiej rodzinie i wreszcie - nawet najbardziej rozwydrzonej małej księżniczce nie życzę rozbitej głowy ani złamanej ręki.
    Zacikam więc zęby, powtarzam sobie w myślach z dziesięć razy NIE CIERRRRRPIĘ DZIECI - i ustępuję, bo co zrobić...Na szczęście rzadko teraz korzystam z miejskiej komunikacji...
  • kora3 30.05.16, 14:00
    Wiesz Zmijo, ja byłam dzieckiem za czasów, gdy znacznie mniej ludzi niż teraz dysponowało samochodami. W związku z tym w komunikacji miejskiej tłok bywał częściej niż teraz i naprawdę sobie nie przypominam, by ktokolwiek mnie czy innemu dziecku ustępował miejsca. Rodzicowi/opiekunowi z malym dzieckiem - OWSZEM. Na zasadzie rodzic siadał i bral dziecko na kolana

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • zmija_w_niebieskim 30.05.16, 17:54
    Ja też sobie tak to wyobrażam, Koro. Widzę dziecko, to ustępuję miejca, nie sprawdzam, kto faktycznie usiądzie - opiekun z dzieckiem, czy samo dziecko. Logika nakazywałaby, że usiądzie opiekun z dzieckiem.
  • liisa.valo 06.06.16, 22:44
    Tyle, że jak dziecko jest małe, to samodzielne siedzenie też jest średnio bezpieczne.

    --
    Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego...
  • kora3 30.05.16, 08:49
    Bardzo dawno jechałam miejska komunikacją, ale: nie ustąpiłabym miejsca, rodzicowi/opiekunowi z dzieckiem TAK. Gdyby na mnie tak napierało dziecko zainteresowałabym się z kim jest (może samo??). Wiedząc, ze z rodzicem/opiekunem, który sobie siedzi JEMU zwróciłabym uwagę, ze zachowanie dziecka mi przeszkadza. Możecie mnie wykląć albo zabanowaćsmile

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • zmija_w_niebieskim 30.05.16, 11:12
    Tatuś SIEDZIAŁ za Tobą, a matka STAŁA obok? W mojej rodzinie nie do pomyślenia...Mój tato posadziłby mamę, albo którąś z nas na wolnym siedzeniu, a sam by stał. Zawsze. Mój mąż miał kontuzję kolana i często bolą go nogi, więc kilka razy kazałam mu usiąść w autobusie, kiedy było tylko jedno wolne miejsce, ale on zawsze się przy tym upewniał, że ja moge stać.
    Rodzony ojciec się nie przejmuje, że się Brajanek przy gwałtownym hamowaniu potłucze, matka nie ma na tyle odwagi, żeby Brajanka posadzić na kolanach tatuśka, ale cały tramwaj ma się zrywać na baczność???
  • yoma 30.05.16, 12:54
    Bo może matka z Brajankiem właśnie odebrali ojca ze szpitala po operacji prostaty?

    --
    Bo nie poradzisz nic bracie mój, gdy na tronie siedzi...
  • kolpik124 30.05.16, 13:22
    na wstępie spozycjonowanie dziecka poprzez przypisanie mu imienia, powszechnie kojarzonego z pretensjonalnością i kiczem

    doskonały dowód na to, że doskonała znajomość sv nie ma nic wspólnego ze słomą wystąjąca z botów i pogarda tak pięknie tu zaprezentowaną...
  • kora3 30.05.16, 13:43
    no może faktycznie imię się tak kojarzy, ale ze zaraz wątek "wstrętny" to przesada.
    Nie podróżowałam dawno komunikacją publiczną, więc nie wiem, czy problem jest prawdziwym czy wydumany. Ale ostatnio miałam okazję widzieć taka scenkę w jednej z publicznych instytucji: korytarz, kilka krzeseł dla oczekujących interesantów i na dwóch - dzieci. A starsza pani o lasce - stojąca, bo miejsc już nie było. dzieci były małe, takie, które bez wysiłku można wziąć na kolana. Ale jakoś rodzice/opiekunowie się nie kwapili. Pozostałe miejsca były zajęte przez osoby starsze, więc jeśliby miał paść argument, że mogły starszej pani o lasce ustąpić inne osoby tu nie przejdzie. I nie, nie czyhałam na miejsce smile nie wybierałam się wcale do tego pokoju, po prostu widziałam przechodząc całkiem gdzie indziej.
    Zauważam tez osobliwy hmmm zwyczaj w kawiarnianych ogródkach - dzieci stojące tam, gdzie się siada. Rodzic/opiekun nie wiedzieć dlaczego zamiast dziecko posadzić na ławce przy stoliku, to je tam stawia, ewentualnie nie reaguje negatywnie, gdy samo staje na niej (reaguje tylko w zakresie asekuracji, by nie spadło). Mowa o dzieciach, które chodzą już. Nie pomyśli taka osoba, że potem ktoś tam usiądzie np. w jasnym ubraniu i spotka go niemiła niespodzianka?

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • majaa 30.05.16, 14:56
    Też, niestety, często widuję w środkach komunikacji miejskiej takie obrazki, że małe dziecko sadzane jest na osobnym krześle obok opiekuna i tenże nie raczy wziąć je na kolana, mimo że tłok coraz większy i z pewnością jakaś starsza osoba chętnie skorzystałaby z miejsca. Czasem znów, jeśli jest wolne tylko jedno miejsce, to mama sadza malutkie dziecko na siedzeniu, a sama stoi obok i musi bez przerwy pilnować, żeby to dziecko nie spadło. Przecież znacznie prościej byłoby posadzić je sobie na kolana. Wtedy i dziecko byłoby bardziej bezpieczne i w autobusie byłoby luźniej. Nie rozumiem, skąd ta dziwna niechęć do brania dzieci na kolana.
  • kora3 30.05.16, 15:06
    Wiesz, mnie to tez zastanawia. Bo przecież jeśli mowa o miejscu pojedynczym czy zewnętrznym to ryzyko spadnięcia zeń malucha jest spore.

    A tak w ogóle - czytałaś zalinkowany przez Kiwasa materiał?smile Natpisane tak tendencyjnie, ze głowa mała. Moja kolezanka z pracy jest zdania, ze napisane pod "męczenników mających dzieci". Ina tak otwarcie dość nazywa osoby, które "się żalą" jak to ciężko jest być rodzicem, bo cały swiat kłody rzuca pod nogi, a to przy tym taki wyczyn, ze wysiada alpinista przy tym smile

    Dodam uprzedzającsmile, że sama jest szczęśliwą mamą dwóch łobuziaków (11 i 8 lat)

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • majaa 30.05.16, 15:33
    Tak, czytałam ten artykuł i mam podobne wrażenie. Tylko zastanawiam się, z czym tak naprawdę ma autorka problem, bo zwyczaj ustępowania miejsca opiekunom z malutkimi dziećmi istnieje u nas nie od dzisiaj. Ale właśnie opiekunom z dziećmi, a nie samym dzieciom. Bo ustąpienie samemu dziecku przeważnie nie załatwia sprawy, ponieważ trzeba je jeszcze dopilnować, żeby faktycznie było bezpiecznie i wygodnie. A o to w tym ustępowaniu chodzi, a nie o to, żeby utwierdzać dziecko w przekonaniu, że jest pępkiem świata i reszta żyje tylko po to, żeby spełniać jego zachcianki.
  • kora3 30.05.16, 15:40
    heh smile nie wiem jak teraz, ale kiedyś w autobusach były specjalne miejsca dla inwalidów, kobitek ciężarnych i osób z dzieckiem "na ręku". To ostatnie w cudzysłowie bo niekoniecznie musiało być az tak małe dzieciatko, żeby nie umiało jeszcze chodzić, czy stać. Po prostu małe - w praktyce od niemowlaka do powiedzmy 6 latek.
    Jak pamiętam ludzi z dziećmi wówczas w komunikacji miejskiej było dużo, bo i mniej rodzin miało samochody, a dzieci było więcej. Ludzie na ogół ustępowali miejsca osobom z małymi dziećmi, ale DZIECIOM - nie.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • majaa 30.05.16, 17:00
    No właśnie. Też pamiętam te czasysmile
  • kora3 30.05.16, 17:44
    o co więc autorce biega? Tradycja w narodzie do ustępowania miejsca osobom z dziećmi "na reku" - jest? Jest! Chyba chodzi o niehołdowanie nowej hehe swieckiej tradycji ustępowania miejsca dzieciomsmile Jak mówię, nie mam okazji obserwować, ale z całego serca kibicuję tym, którzy nowej świeckiej tradycji stawiają opór.smile
    I uprzedzając - nie dlatego że nie mam dzieci ni nie dlatego, zebym dzieci nie lubiła. Ale na Baala, jak zaczniemy ustępować miejsca 5-latkom, to za chwilę będą oczekiwać tego 10- latkowie, a potem 15 - latkowie smile
    Dziwie się też tym, którzy odczuwają presję otoczenia i ustępują miejsca dziecku. Ustąpiłabym, ale jego opiekunowi. - Proszę sobie usiąść z dzieckiem - tymi słowami. Jakby pan albo pani posadzili dziecko, to bym grzecznie powiedziała, że ustąpiłam miejsca IM, a nie dziecku. Serio.
    Nasze społeczeństwo w pewnej części już zupełnie oczadziało od roztrząsania problemu niskiej demografii i stąd takie podejście, jak autorki tego artykułusmile
    Ostatnio ze zniesmaczonym zdumieniem byłam świadkiem w sklepie, jak ok. 8 - letni chłopie powiedział do kobiety, która mogłaby być jego babcią (matką także poniekąd) -Weź s...szaj.
    Zatkało mnie, bo za czasów mego dzieciństwa 8- latek w życiu nie powiedziałby tak do matki,. czy babci. Taki malec to i do kolegi też nie, no już 15- latek - owszem. Moja mama czy babcia chybaby zemdlała, jakby takie słowa usłyszała ode mnie czy siostry. A ta pani usłużne zaproponowała chłopcu inne buty - no zgroza


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • kora3 30.05.16, 17:47
    miało być "sp...rzaj" - oczywiscie
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • azm2 30.05.16, 14:59
    Widziane kilka dni temu w tramwaju w dużym mieście w Polsce: chłopiec (około 5 lat) siedzi, jego babcia w wieku około 70 lat (oceniam na podstawie wyglądu) stoi, jedną ręką trzymając reklamówkę z zakupami i trzymając się za chwyt (tramwaj akurat hamuje), a drugą ręką przytrzymując wnuczka, żeby się nie zsunął.

    Starsza pani nie pomyślała, że, gdyby usiadła, wzięła wnuczka na kolana, a torbę z zakupami postawiła obok (między swoją nogą a ścianą tramwaju - bo rozumiem, że nie chciałaby zgubić zakupów ani kusić ewentualnych złodziei), to:
    1. ona by siedziała - zamiast stać i męczyć nogi,
    2. wnuczek też by siedział, nawet bardziej bezpiecznie i komfortowo niż bezpośrednio na śliskim (sztywny plastik) foteliku,
    3. ona nie musiałaby trzymać w garści zakupów, które swoje ważyły i utrudniały jej utrzymanie równowagi,
    4. w tramwaju byłoby luźniej.

    Ale widocznie takie są polskie babcie w w wieku około 70 lat - wszystko dla wnuczków, a że babci jest niewygodnie? "Nic to" - jak powiedział pan Wołodyjowski. Babcia jest dorosła i silna, dużo już wycierpiała, ale dla ukochanego wnusia wszystko zniesie, a wnusio - malutki, słabiutki, ledwie ma siłę utrzymać zabawkę w ręce.

    I reklamówka z zakupami by się zabrudziła, gdyby postawić ją na podłodze - a to już trudno byłoby przeżyć.
    wink
  • kora3 30.05.16, 15:16
    Wiesz tu akurat babcia mogła nie czuć się na siłach brać 5- latka na kolana na dłużej. Nie widziałam dzieciaka, ale dzieci w tym wieku bywają już ciężkawe niektóre smile I np. dla takiej babci stanie było bardziej komfortowe niż załóżmy trzymanie klocuszka przez powiedzmy 20 minut na kolanach. Ale ogólnie to zastanawiający jest sam trend - dziecko siedzi samo, a rodzic/opiekun stoi i pilnuje, żeby nie spadło. Za czasów mego dzieciństwa tego nie było. Jeśli ktoś ustępował miejsca osobie z dzieckiem, to literalnie to znaczyło to, że taka osoba siada i bierze malucha na kolana. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek widziała, żeby ktoś ustąpił miejsca dziecku.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • zmija_w_niebieskim 30.05.16, 17:51
    > na wstępie spozycjonowanie dziecka poprzez przypisanie mu imienia, powszechnie
    > kojarzonego z pretensjonalnością i kiczem

    Skąd wiesz, że imię nie jest prawdziwe? Założyłam, że autor wątku słyszał, jak się do chłopca zwracali rodzice - skoro udało mu się ustalić, że mama chłopca stała obok, a tato siedział z tyłu, to pewnie imię też usłyszał.
  • kora3 30.05.16, 17:59
    Też tak założyłam - wydalo mi sie to oczywiste, że skoro wymienia imie dziecka, to je usłyszał. Inaczej napisałby "chłopiec" np.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • kiwas 30.05.16, 22:31
    kora3 napisała:

    > Też tak założyłam - wydalo mi sie to oczywiste, że skoro wymienia imie dziecka,
    > to je usłyszał. Inaczej napisałby "chłopiec" np.

    Jedynie zdrobniłem Brajana i zrobiłem zeń Brajanka.
    Ewentualnie był to Ryan, bo dykcja nie była najmocniejszą stroną mamy.
  • kiwas 30.05.16, 22:27
    zmija_w_niebieskim napisała:

    > Skąd wiesz, że imię nie jest prawdziwe? Założyłam, że autor wątku słyszał, jak
    > się do chłopca zwracali rodzice - skoro udało mu się ustalić, że mama chłopca s
    > tała obok, a tato siedział z tyłu, to pewnie imię też usłyszał.

    Tak właśnie było - matka kilka razy się doń zwracała (Brajan)! No chyba, że to było "Ryan", na cześć linii lotniczej, bo mówiła dość niewyraźnie.
  • minniemouse 31.05.16, 02:36
    kiwas napisał:

    Tak właśnie było - matka kilka razy się doń zwracała (Brajan)! No chyba, że to było "Ryan", na cześć linii lotniczej, bo mówiła dość niewyraźnie.

    ale dlaczego zaraz na czesc linii? nie moze byc po prostu Rajanek?

    Minnie


    --
    Ludzie lubią komplikować sobie życie, jakby już samo w sobie nie było wystarczająco skomplikowane.
    Carlos Ruiz Zafón
  • kiwas 31.05.16, 10:58
    minniemouse napisała:

    > ale dlaczego zaraz na czesc linii? nie moze byc po prostu Rajanek?
    >
    > Minnie

    Może smile Tak mi się skojarzyło, bo często latam Ryanem smile
  • kiwas 30.05.16, 22:22
    kolpik124 napisała:

    > na wstępie spozycjonowanie dziecka poprzez przypisanie mu imienia, powszechnie
    > kojarzonego z pretensjonalnością i kiczem

    Ależ tak właśnie mamusia się doń zwracała (Brajan)! No chyba, że to było "Ryan", na cześć linii lotniczej, bo mówiła dość niewyraźnie.

    > doskonały dowód na to, że doskonała znajomość sv nie ma nic wspólnego ze słomą
    > wystąjąca z botów i pogarda tak pięknie tu zaprezentowaną...

    A to powyżej świadczy o kulturze osobistej? Przez grzeczność tylko wspomnę, że buty piszemy przez "u", a nie odwdzięczę się żadną złośliwością.

  • milamala 05.06.16, 00:47
    A to imie dziecka autor watku sam sobie wymyslil? Myslalam, ze podsluchal jak zwracali sie do niego rodzice. No coz sloma z butow wystaje, oczywiscie nie chlopcu a autorowi watku.
  • kora3 05.06.16, 13:05
    No przecież napisał, że słyszał jak zwracali się do dziecka rodzice. "Podsłuchiwać" przy opisanej tak bliskiej odległości wcale nie musiał.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 05.06.16, 16:30
    Odpowiedzialam na wpis: "na wstępie spozycjonowanie dziecka poprzez przypisanie mu imienia, powszechnie kojarzonego z pretensjonalnością i kiczem"
    Nie doczytalam, ze jakoby rodzice sie do chlopca tak zwracali. Zreszta nawet gdyby tak bylo i chlopiec rzeczywiscie tak mial na imie, to uzycie tego imienia zamiast neutralnie "chlopiec" rzeczywiscie mialo swoj "gleboki filozoficzny" sens dla autora tego watku. Zreszta opisana sytacja bardziej swiadczy o samym autorze niz o "tej wstretnej dzisiejszej mlodziezy".
  • kora3 05.06.16, 16:42
    Wiesz no dla mnie od początku jakoś było oczywiste, że skoro Kiwas uzył tego imienia, to je zwyczajnie słyszał. Z opisu sytuacji przez Kiwasa wynikało, że dziecko i rodzice znajdowali się blisko niego zatem to, że usłyszał jak się doń zwracali nie wydało mi się ani troszkę dziwne. zapewne mógł użyć słowa "chłopiec", ale mógł i imienia. Szczerze mówiąc zupełnie nie zwróciłam na nie uwagismile

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • pavvka 06.06.16, 11:15
    Ja uważam jak Milamala, że użycie imienia, nawet jeśli było prawdziwe, służyło jakiemuś celowi. Myślisz, że gdyby imię chłopca było z tych neutralnych, to napisałby np. "jakiś Kuba tak na mnie napierał"?

    --
    Although it is not true that all conservatives are stupid people, it is true that most stupid people are conservative. - John Stuart Mill
  • kora3 06.06.16, 11:47
    A diabli wiedzą przecież nie wiem...
    Przypomniało mi się coś smile - kiedyś dość spektakularnego włamania dokonała grupka nastolatków,. którzy mieli na imiona: Tyberiusz, Klaudiusz, Kasjan i Aureliusz. Trudno w to uwierzyć, ale tak było. No i napisałam o tym używając JAK ZAWSZE imion sprawców i pierwszej litery nazwiska każdego. Miałam te info oficjalnie, z policji. Po tektem pojawiły się prześmiewcze komenty czytelników nawiązujące do imion tych nastolatków. I napisał domnie oburzony pan, ze to skandal, żeby ...dziennikarz naśmiewał się z imion dzieci smile
    Tymczasem ja nijak tych imion nie wyśmiałam, nie nawiązywałam do nich. A że ludzi rozbawiło to, że paczkę złodziejaszków tworzyli nastolatkowie o imionach takich a nie innych, to już nie moja wina. A jakby mieli na imiona Jan, Mateusz, Marek i Łukasz i kojarzyli się z ewangelistami?smile Imiona ewangelistów sa akurat bardzo popularne, ale na zebranie ich w jednej paczce złodziejaszków na bak ktoś zwrócilby uwagę smile

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 06.06.16, 14:24
    Autor watku nie zapodawal nam oficjalnego dziennikarskiego info z imieniem i pierwsza litera nazwiska. On akurat uzyl tego imienia (pewnie nieprawdziwego, bo akurat takie imie to wielka rzadkosc, trzeba miec szczescie jak nieomalze w totka zeby spotkac kogos kto tak ma na imie, ja spotkalam tylko raz w zyciu - w Holandii) w swoim jak sadzil zabawnym celu aby pokazac nam , ze on taki kulturalny i delikatny (ratunku, dziecko na mnie napiera, siniaka mi moze jakiego zrobi albo co) a dziecko to jak widac po imieniu z rodziny patologicznej. Reasumjac, jak powiedzialam, slaby watek, slaby i jeszcze raz slaby. A na siniaki po tym brutalnym ataku Brajana niech sobie autor watku zoltko czy bialko jakies przylozy do swojej delikatnej skory i nie zapodaje nam tu wiecej takich watkow.
  • vi_san 06.06.16, 14:40
    To cię zdziwię. Mieszkam w Polsce, z patologią żadną się nie przyjaźnię i kontaktów nie utrzymuję, a znam po jednej sztuce: Nicola [lat obecnie 23], Dennis [12], Olivier [6], Kewin [4], Bajan [3], Vanessa [3] i Camilla [2]. Wszystko to są dzieci polskich rodziców, mieszkające w Polsce. Więc nie trzeba wygrywać w lotka, żeby spotkać kogoś o takim imieniu.
    Pominę już fakt, iż imię wymienione w pierwszym poście nie ma dla mnie żadnego, najmniejszego znaczenia - całą kwestię rozpatrywałam tylko i wyłącznie z punktu sv. I, owszem, mi tez się zdarzało w zbiorkomach widywać dzieci [niezależnie od imienia!], które na przystanku radośnie brykały, a tuż po wejściu do autobusu/tramwaju uderzały w ryk "Maaaamaaaa, Jaaaa chcęęęęęę sieeeeeedzieeeeeć!", albo też uwieszały się na uchwycie niemal włażąc na osobę siedzącą... I nijak mnie to do ustępowania nie zachęcało...

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • milamala 06.06.16, 14:59
    No to masz szczescie, mnie to sie teraz trafiaja same Jasie, Kubusie,Zosie i te wszystkie inne na topie.
    Co do sv do ja nie widze w opisie w watku niczego do komentowania. Chlopiec napiera (moze byl tlok, moze byl zmeczony-moze wlasnie dlatego, ze jeszcze przed chwila jak przystalo na dzieciaka radosnie brykal), matka stoi (bo lubi, bo boli ja kregoslup od siedzenia itp) ojciec siedzi (moze zmeczony po pracy, moze ma problemy z nogami, albo jak nam tu radosnie zapodal autor watku pan byl na kacu) . I co to moze kogokolwiek obchodzic. Mnei by do glowy nie przyszlo zeby poczuwac sie do ustapienia miejsca dziecku, ktore nie jest juz od bardzo dawna niemowlakiem. I koniec piesni.
  • vi_san 06.06.16, 15:45
    1. Lenki, Julki, Zuzie, Kubusie, Antosie tez się trafiają, wręcz nagminnie. NAtomiast nie trzeba cudów, żeby trafić na Brajana czy Vanessę.
    2. Założyciel wątku nic nie pisze o jakimś potężnym tłoku. Zakładam wstępnie, że gdyby ogólnie był tłok - to "napierania" kilkulatka by raczej nie odnotował. Więc mniemam, że raczej było dość luźno, tyle, że miejsca siedzące zajęte, może kilka osób stało.
    3. A czytałaś może zalinkowany artykuł? Bo w jego kontekście wymowa wpisu jest nieco inna... i jak najbardziej "zahacza" o sv - na prostej zasadzie "Czego Jaś się nie nauczy - tego Jan nie będzie umiał". Skoro kilkulatek jest uczony, że to JEMU się miejsce siedzące należy i JEMU ustępują - to sam ustępować nie zacznie. Proste?
    4. Mnie tez nie przyszłoby do głowy ustępować miejsca kilkulatkowi.

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • milamala 06.06.16, 17:18
    ad 1. co do imion, to nie ma znaczenie, troche wyszlysmy poza watek
    ad 2. ja az tak nie zakladam co autor mial na mysli, z prostego powodu, ja nigdy przenigdy nie odnotowalabym napierania kilkulatka na mnie, bo ilez moze miec sily taki "napierajacy"kilkulatek w starciu z dorosla kobieta (a co dopiero mezczyzna) aby moglo to stanowic jakikolwiek problem dla doroslego.
    3. Przeczytalam tylko watek, a ten niestety nijak sie ma do uczenia dziecka , ze jemu sie miejsce siedzace nalezy albowiem nie mamy zielonego pojecia (tak jak sam autor) czy rzeczywiscie tak wlasnie myslal ow chlopiec. Mogl byc on najzwyczajniej w swiecie zmeczony radosnym wczesniejszym brykaniem i na nikim nie chcial niczego wymuszac. jesli by chcial to zapewne najpredzej wladowalby sie na kolana siedzacemu ojcu i to jemu skomlal o siedzenie. Mam 5 letnia corke i sporo doswiadczenia z jej rownolatkami plci obojga i wierz mi predzej by rodzicom suszyly glowy o siedzenie (a jakby ojciec byl siedzacy to nie ma bola, to juz by na kolanach ojca siedzialy) Nie pominely by rodzicow aby wymusic cos na obcych. To jest zwyczajnie gruba nadinterpretacja ze strony autora watku.
    Jesli autor watku chcial rozpoczac dyskusje na ten temat to powinien wylacznie zalinkowac tekst, bo przyklad "z zycia wziety"w kontekscie zalinkowanego tematu jest jak kula w plot.
  • kora3 06.06.16, 17:43
    Zapomniałaś Milu, ze poza opisem sytuacji Kiwas podlinkował artykuł do dyskusji.
    To raz, a dwa - albo imie jest ważne, albo nie. Dla mnie w tej historii - zupełnie nie. Nie jest natomiast prawdą, ze imię Brajan jest jakies unikatowe wśród dzieci, może w ostatniej 5- latce nie jest najmodniejsze, ale modne było. I w PL nietrudno spotkać dziecko o takim imieniu. Dla mnie nazwanie tak dziecka mając pospolite polskie nazwisko, brak zagranicznych korzeni oraz mieszkając w PL jest pretensjonalne, mozesz mnie udusić smile Ale jest dopuszczone prawem, zatem czyjes dziecko i czyjaś sprawa, nie do komentowania w każdym razie. Miałam na studiach koleżankę o imieniu Prakseda - przedstawiała się i podpisywała Dorota, ale dokumenty miała na Praksedę. Nie sadze, by była zachwycona tym imieniem skoro używała drugiego, ale nikt nie pytał o genezę nadania jej go.
    Mój kolega ze studiów miał na imię Bronek - efekt tradycji w jego rodzinie - nadawanie imion po babci/dziadku. Było to w czasach gdy imiona "pożydowskie" modne nie były i był w szkole podstawowej jako i jego siostra i brat przedmiotem kpin. Sam z tradycji się wyłamal jako i jego rodzeństwo

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vi_san 06.06.16, 23:06
    ad. 1. To ty podniosłaś, że imię sobie wątkodawca wymyślił, albo tez specjalnie nadął "deprecjonujące" - "On akurat uzyl tego imienia (pewnie nieprawdziwego, bo akurat takie imie to wielka rzadkosc, trzeba miec szczescie jak nieomalze w totka zeby spotkac kogos kto tak ma na imie". No wiec nie, nie koniecznie,w każdym razie. Imiona typu Brajan, Kewin, Vanessa czy Olivia się trafiają - może nie nagminnie jak Lenki czy Julki - ale i wcale nie sporadycznie.
    ad. 2. A ja sama i owszem, odnotowałam. Nie tyle ze względu na fakt "uciążliwości" tegoż, co właśnie na "presję". Nie w zbiorkomie co prawda a w kawiarni. Siedziałam przy stoliku pod oknem, a pewien młody człowiek [na oko właśnie sześcio - siedmioletni] najpierw rozwrzeszczał się na swoją matkę [opiekunkę], że on chce przy oknie!!!, a kiedy zajęła sąsiedni stolik, podszedł i "wisiał" na mnie, aż mnie zezłościł i zwróciłam matce uwagę. I dla jasności - nie, nie podszedł do "mojego" stolika naprzeciwko mnie i nie usiadł. Podszedł tuż koło mnie i mi przez ramię wyglądał przez okno. Bo tak. Ewidentnie liczył na to, że jak będzie dość namolny to ja mu ustąpię. A chała...
    3. To może zanim zaczniesz krytykować to zapoznaj się o co chodzi? Bo załączony przez wątkodawcę link wiele zmienia również w wymowie opisanej przez niego sytuacji.

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • milamala 06.06.16, 23:11
    ad 3. Dla mnie nic nie zmienia. Uwazam, ze pan sobie mocno nadinterpretowal sytuacje. Poza jego interpretacja nic nie wskazywalo, ze dziecko probowalo na nim cos wymusic. Nie wrzeszczalo do matki ,ze chce usiasc. Pewnie nie chcialo, bo gdyby chcialo to wgramoliloby sie na kolana siedzacego opiekuna.
  • vi_san 06.06.16, 23:21
    O tyle zmienia, że, owszem, w tej konkretnej sytuacji - dziecko tylko "wisiało" nad obcym sobie pasażerem [już i to powinno sprowokować rodziców/opiekunów do przywołania małego do porządku - mnie jakoś [patologiczni zapewne] rodzice uczyli, że nieładnie jest wisieć komuś nad głową], nie awanturowało się, nie żądało. Natomiast w kontekście podlinkowanego artykułu - zmienia wiele. Bo, niestety, obecnie wiele osób powołując się na "szacunek dla dziecka", "prawo do swobody" i inne równie mądre - daje sobie zwolnienie z konieczności wychowywania dziecka w ogóle. I tak, podtrzymuję stare przysłowie "Czego Jaś się nie nauczy - tego Jan nie będzie umiał". Jeśli 2 - 5 - 9 latkowi wszyscy mają ustępować, bo biduś nie może ustać na nóżkach - to 15 - 20 - 25 latek odwłoka z krzesełka nie zwlecze, bo niby czemu? I o ile jeszcze jestem w stanie przyznać, że 2 - 5 latek może nie stać zbyt pewnie, zwłaszcza, że część kierowców zbiorkomów wyobraża sobie że jest co najmniej Ayrtonem Senną albo innym Michaelem Schumacherem - o tyle już 6 - 7 letnie dziecko powinno wiedzieć, że stojąc trzeba się mocno trzymać uchwytu i już. I, błagam, nie przytaczaj mi, jak Madzioreck, przypadku, kiedy raz po jakimś gwałtownym hamowaniu kilkoro dorosłych się przewróciło i GDYBY akurat wszyscy wzięli i złośliwie upadli na stojące akurat w tym miejscu dziecko - to by je na śmierć zmiażdżyli! Bo, przyznaję, wypadki się zdarzają. Ale patrząc w ten sposób to powinniśmy się wszyscy zamknąć w trumnach i czekać na śmierć, bo nie ma bezpiecznego miejsca na tym Bożym świecie...

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • milamala 06.06.16, 23:45
    Autor watku mogl zalinkowac tekst aby sprowokowac dyskusje. To by wystarczylo, bo przyklad jaki podal niestety na nic nie wskazuje poza tym, ze pan szukal dziury w calym.
    Czy rodzice powinni zwrocic uwage, ze "nie wisi sie nad innym pasazerem"? Moi patologiczni rodzice nic o wiszeniu nigdy nie wspominali. Owszem mialam ustepowac miejsca, a najlepiej w ogole zadnego nie zajmowac, dygac, witac sie, siedziec cicho - ale o wiszeniu jakos zapomnieli.
  • vi_san 07.06.16, 00:19
    Widzisz, a moi jakoś [zapewne z ogromnym trudem, ale bez bicia] wtłoczyli mi [i mojej siostrze] do głów, że o ile nie ma tłoku, który by to uniemożliwił - nie należy nikomu sterczeć nad głową. Czyli jeśli nie możesz usiąść [bądź ustępujesz komuś miejsca] to nie wieszasz się na nim niemal klejąc się do niego, a odsuwasz na tyle, żeby ów ktoś nie odczuwał dyskomfortu. I jakoś umiałyśmy to już jako kilkulatki pojąć! Doprawdy genialne zapewne byłyśmy, skoro dziś nastolatki nie są w stanie zrozumieć... I, dla informacji - oczywiście jeśli było wolne miejsce - jak najbardziej mogłam je ja czy siostra zająć. Dygać nie musiała żadna z nas. Witanie - owszem, obowiązywało wobec sąsiadów i znajomych - do dziś tak mam, że na klatce schodowej mówię "Dzień dobry" sąsiadom, pani, która sprząta itp. Nigdy nie musiałam "siedzieć cicho" - poza szczególnymi okazjami. Wiadomo było np. że w kościele nie należy gadać, w teatrze czy kinie itp. Ale np. w domu przy posiłkach - dzieci były równoprawnymi partnerami w dyskusji, oczywiście na poziomie dostosowanym do percepcji i możliwości dziecka - ale z pełną swobodą wypowiedzi.

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • milamala 07.06.16, 09:21
    Na prawde o klejeniu mowili.? No widzisz moim o wiszeniu i klejeniu nic do glowy nie przyszlo. Dostalas niezwykle szczegolowa instrukcje zachowania, dzieki tem do dzis dzialasz bez najmniejszego zaklocenia, dokladnie tak jak nakrecili rodzice. Bravo.
  • vi_san 07.06.16, 09:26
    Widzisz, wolę być "nakręcona" jak się raczyłaś wyrazić przez rodziców i zachowywać się w sposób nie utrudniający życia nikomu, niż "być wolna" i uchodzić wobec wszystkich za chamkę. No, ale to już co kto woli...
    Używanie "v" w słowie "brawo" - tez jest pretensjonalne - co najmniej równie jak imię Brajanek w Polsce. tongue_out

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • milamala 07.06.16, 10:16
    To byla ironia, bo nieco rozbawila mnie az tak szczegolowa instrukcja zachowania w autobusie. Ja nie dostalam takowej, pewnie dlatego, ze jest to dosc oczywiste , ze sie na innych nie wisi. Nigdy tego nie robilam, ani nawet mnie nie kusilo. Jak mawial klasyk 'oczywista oczywistosc".
  • vi_san 07.06.16, 10:44
    A widzisz - dla ciebie to "oczywista oczywistość". A ja się nie raz i nie dwa spotkałam z takim właśnie "wieszaniem" jako próbą wymuszenia ustąpienia. Wspomniałam o sytuacji w kawiarni - ów chłopiec MÓGŁ usiąść przy "moim" stoliku naprzeciwko mnie i wyglądać, ale nie, on chciał, żebym ja sobie poszła i żeby on mógł siedzieć akurat tam z mamą. Więc sterczał mi pod łokciem, aż nie zwróciłam jego mamuni uwagi. Często też taka sytuacja jest w zbiorkomach właśnie - ktoś staje nad głową osoby siedzącej, a właściwie wiesza się tak, że jeździ odzieżą po nosie siedzącego - i jest to właśnie próba wymuszenia ustąpienia.
    Dlatego też jeśli ów Brajan pchał się na siedzącego wątkodawcę - była to albo próba wymuszenia ustąpienia, albo nie zwracanie uwagi przez dziecko, że może komuś przeszkadzać - stąd moje zdanie, że rodzice/opiekunowie powinni byli owego Brajana przywołać i spowodować, by nie uprzykrzał życia współpasażerom - niezależnie czy specjalnie czy też z nieuwagi. Oczywiście, dziecko ma prawo do nieuwagi - ale rodzice z dzieckiem mają obowiązek na nie zwracać baczenie i pilnować, by nie narzucało się innym.
    I dla wielu ludzi coś, co dla ciebie jest "oczywistą oczywistością" wcale takie nie jest. Dla mnie na przykład oczywistą oczywistością jest mówienie "dzień dobry" gdy wchodzę do osiedlowego sklepiku, a pewna znajoma zapytała mnie kiedyś, czy znam tą ekspedientkę - na moje wyjaśnienie, że nie, zdumiała się, czemu w takim razie się z nią witam? Więc te "oczywiste oczywistości" - wcale nie muszą byś takie oczywiste.

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • milamala 07.06.16, 11:06
    cyt. A widzisz - dla ciebie to "oczywista oczywistość".

    A dla Ciebie nie? Musieli Cie rodzice instrowac?

    Gdyby ten chlopiec koniecznie chcial usiasc, to wladowalby sie najpredzej na kolana siedzacego ojca. W probe wymuszenia miejsca do siedzenia moge uwierzyc w sytuacji gdyby nikt z rodziny nie siedzial i nie byloby zadnego ojcowsko-matczynego kolana do wdrapania sie na niego. A tam bylo.
    Stad wynika moj sceptycyzm co do woli chlopca i dlatego przypuszczam, ze autor watku sobie nadinterpretowal zachowanie chlopca.
  • vi_san 07.06.16, 11:38
    Mila - dla mnie to tez oczywistość. Ale nie dla każdego. Proste?
    A w opisanej przeze mnie sytuacji kawiarnianej? Chłopiec MIAŁ gdzie siedzieć, było kilka stolików wolnych, ale on chciał akurat tam siąść, gdzie siedziałam ja. Bo tak, bo taką miał wizję. I co? Powinnam, zapewne, pokornie stuliwszy uszy ustąpić, bo niuniuś sobie życzy? Otóż nie, Mila. Nie powinnam. Matka zaś powinna sama, nie monitowana przeze mnie przywołać swojego synusia do swojego stolika. Po prostu.
    A wracając na chwilę do zbiorkomów - widywałam sytuacje, że np., sześcio - siedmiolatek ŻĄDA nie tylko ustąpienia miejsca, ale jeszcze chce siedzieć SAM, i g... go obchodzi czy matka chce usiąść. Bo on chce i koniec! I nie wykluczam, że ów Brajan ma właśnie tak - nie będzie siedział ojcu na kolanach bo nie, bo on chce sam i już! A że równocześnie może wiedzieć, że ojciec nie wstanie mu ustąpić [być może np. po operacji, cokolwiek] to "wymusza" na kimkolwiek. Dzieci są RÓŻNE i różnie wychowywane. Tobie się nie mieści w głowie, że kilkulatek może nie chcieć siedzieć u ojca na kolanach a woleć "wymuszać" na kimś obcym? A widzisz, bywa i tak. Podkreślę, żeby nie było: nie wiem jak było w tej konkretnej sytuacji, nie byłam wtedy w tramwaju/autobusie. Tylko w przeciwieństwie do ciebie dopuszczam, że rzeczy dla mnie oczywiste - dla kogoś oczywiste być nie muszą. I to, że moje dziecko by podstąpiło tak nijak nie jest równoznaczne, że KAŻDE dziecko postąpiłoby identycznie.

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • kora3 07.06.16, 12:35
    Vi - może Mila ma takie podejście, bo nie a takich doświadczeń. Ja się przyznam - sama mam ich niewiele. Ale czasem jednak widzę scenki podobne do opisanej przez Ciebie.
    Na wszystko jest rada, gdy człowiek jest kulturalny i nie jest roszczeniowy. W tym dziecko.
    Miałam kiedyś sytuację podobną do opisanej przez Ciebie w kawiarni - usiadłam sobie przy stoliku przy oknie, z którego jest ładny widok. Potem pojawiła się pani z około 6-7 latkiem. Malec idąc przez salę ciekawie zaglądał w stronę tego okna, ale nie podchodził do stolika. Nie zwróciłam na to większej uwagi, myślałam o czyms zupełnie innym czekając na mego rozmówcę. Raczej mimochodem zauważyłam, że malec coś szepcze mamie, ta zaprzecza, ale w końcu skapitulowała i wstała. - Przepraszam panią najmocniej, mam taka prośbę ogromną, mój synek tak chciałby popatrzeć przez okno,. bo taki śliczny widok, czy mógłby podejść na chwilkę do pani stolika? - Ależ bardzo proszę, mam jednak inny pomysł jeśli pani i synek zechcą rzecz jasna. Może się zwyczajnie zamienimy stolikami? Pani z synkiem tu siądzie, a ja przy waszym? Dla mnie to żaden kłopot ..- Naprawdę? Byłoby bardzo miło..Wie pani, my nietutejsi, a takie ładne widoki.- Ależ bardzo serdecznie proszę...
    Chłopczyk o imieniu Karolek, bo mi się przedstawił bardzo grzecznie podziękował smile Powiedzialam, że nie ma sprawy i że cieszę się, ze mu fajnie smile
    Da się? Ano da...
    Głowę dam, że Ty poproszona tak miło o możliwość postania tam dziecka i popatrzenia też byś sama ustąpiła im miejsca przy tym stoliku...Myle się?smile

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vi_san 07.06.16, 13:18
    Oczywiście, że POPROSZONA bym ustąpiła, bo i nic mnie do tego akurat stolika nie wiązało. Natomiast odruchowy opór budzi żądanie "Ja chcę!", wrzaski... Podobnie jak moją niemiłą reakcję wywołał fakt, iż chłopiec nie podszedł choćby usiąść przy moim stoliku naprzeciw mnie, nie zapytał, a po prostu podlazł i sterczał mi pod ręką - dosłownie tak, że miałam kłopot z manewrowaniem filiżanką z kawą, żeby go nie trącić w głowę! Bo on chce. I fakt, że jego mamusia dopiero na moją wyraźną dezaprobatę i zwrócenie uwagi łaskawie przywołała synka, nie bez wymamrotanego "teatralnym szeptem" komentarza o mojej bezczelności, nietolerancji itp. No, nijak ani nie czułam się "winna" ani też nie miałam ochoty ani zamiaru ustępować. Acz gdyby nawet ów chłopiec, nie czepiając się matki, podszedł i zapytał czy może usiąść obok powyglądać przez okno, albo wręcz czy nie mogłabym się z nimi zamienić na stoliki - zapewne po prostu bym się zgodziła.

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • milamala 07.06.16, 13:24
    "Mila - dla mnie to tez oczywistość"

    To czemu rodzice musieli ci to tlumaczyc. Nie czepiam sie, po prostu przeczysz samej sobie, wiec dopytuje.
  • vi_san 07.06.16, 13:46
    Mila, jak rozumiem tobie nigdy rodzice i nikt nie musiał nic tłumaczyć, od urodzenie byłaś taka mądra, że wiedziałaś wszystko co wiesz teraz i w sumie dziw, że w wieku lat trzech habilitacji nie robiłaś, ale to zapewne dlatego, że rodzice byli zajęci uczeniem cię dygania na rozkaz... tongue_out

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • milamala 07.06.16, 14:17
    Dalej nie wyjasnilas, skoro fakt, ze sie nie wisi na kims, byl dla ciebie jak i dla mnie oczywista oczywistoscia to dlaczego rodzice musieli ci to tlumaczyc.
  • vi_san 07.06.16, 14:28
    Mila, jest oczywistością właśnie dlatego, że tak zostałam wychowana. Ty też. I nie, nie chodzi o to, że rodzice ci kilku czy kilkunastoletniej musieli powtarzać 532454325414454324 razy "Milamalu, nie wiś nad panią!". Bo, wyobraź sobie, trudne to, ale do pojęcia, słowo, wychowanie i uczenie dziecka to nie tylko mówienie mu o obowiązujących zasadach, ale i sto milionów innych środków, jak chociażby przykład własny.
    Jak mniemam tobie nikt nigdy nic tłumaczyć nie musiał, poza faktem, że rodzice cię w dyganiu tresowali? A, i milczeć musiałaś.

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • vi_san 07.06.16, 14:34
    Tłumacząc obrazowo - są osoby dla których OCZYWISTE jest, że skoro jest impreza urodzinowa/imieninowa to MUSI na stole być wódka. Są. Dla mnie nie, i nie dlatego, ze jestem abstynentką stuprocentową. Są osoby dla których oczywiste jest, że jeśli kasjerka pomyli się na swoją niekorzyść - to jej strata. Dla mnie nie - dla mnie oczywistością jest, że w takiej sytuacji zwracam ekspedientce/kasjerce różnicę. I tak dalej. Dla informacji - moi rodzice nigdy mi nie mówili w prost "Na urodzinach nie musi być wódki" czy "Jak się kasjerka pomyli na twoją korzyść to masz jej oddać". Jeśli tego nie rozumiesz, że pewnych rzeczy rodzice uczą dziecko nie mówiąc mu wprost o konkretnych przypadkach - to ja odmawiam dalszej dyskusji, bo i tak nie pojmiesz. Mogę tylko współczuć twojemu dziecku, bo wykształcisz kalekę, który w razie czego nie będzie wiedzieć jak postąpić, bo "mtuś nie powiedzieli". tongue_out

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • milamala 07.06.16, 14:46
    Jak sie nie umie odpowiedziec na proste pytanie to najlatwiej odmowic udzialu w dyskusji.

  • vi_san 07.06.16, 14:56
    Tłumaczyłam. Naucz się czytać. Serio, skoro dla ciebie "wychowanie" dziecka oznacza TYLKO mówienie mu konkretnie co wolno a co nie - to ja odmawiam. Po prostu spróbuj, zanim podejmiesz dyskusję, dowiedzieć się czym jest ZŁOŻONY proces wychowawczy... Złożony - składający się z różnych czynników, zarówno z tłumaczenia [rodziców, nauczycieli itd], jak i z wpływu otoczenia, środowiska domowego oraz wiele innych. Jak to zrozumiesz - wówczas możemy rozmawiać dalej.

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • kora3 07.06.16, 15:02
    Wiesz Milu, był tu kiedyś wątek pewnej pani, której przeszkadzało, że siostrzenica meza zagląda do szafek, gdy ich odwiedza.
    Sprawę pogarszał fakt, że owemu mezowi wcale to nie przeszkadzało, a rodzice dziecka nie zwracali mu uwagi.
    Padł zdaje się tez szczegół, że dziecko tak samo robi np. u babci - matki meza i siostry.
    No i co? No i to, że dziecko zachowywało się tak, jak uwazało, że można wszędzie, bo można np. u babci. Nie jego wina, bo nikt mu nie powiedział, że u tej cioci nie można i w zasadzie można tylko wtedy, gdy się zapyta a gospodarz pozwoli. Bo tak jest przecież. Ale u babci sa inne ze tak powiem standardy, niż ogólne. Z reguły już nawet malutkie dziecko wie, że cioci Krysi można się wpakować na kolana radośnie, a obcej osobie - nie.
    I tych róznic wszystkich nas rodzice uczyli - uprzedzając - nie musząc nas bic ani powtarzając do przez kolejne 15 lat. O pewnie z Vi san było nie inaczej, że rodzice jej tłumaczyli, iż z bliskimi dystans także cielesny jest mniejszy, a z niebliskimi - większy, tylko zapewne używają słow i argumentów dostosowanych do jej ówczesnej percepcji.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 15:37
    Kiedys uczono, ze u jednych wolno wiecej u innych mniej i dalej tak ucza. A przynamniej powinni. Nie ma co do tego niezgody.

    Vi san napisala, ze rodzice uczyli jej nie wisiec na pasazerach podczas podrozy srodkiem lokomocji ( przy okazji uczenia, ze nalezy robic miejsce itp). Mnie uczyli , ze nalezy miejsca ustapic, nic o wiszeniu nie wspominali, pewnie dlatego, ze dla mnie to bylo oczywiste, ze wisiec na ludziach nie wypada. Nie msieli mi tego tlumaczyc, bo nigdy na ludziach nie wisialam. Vi san stwierdzila, ze dla niej tez bylo to oczywiste. Wiec dlaczego ja uczyli nie wisiec na ludziach w autobusie, skoro to bylo dla niej oczywistoscia? To nie jest trudne pytanie. Ale odpowiedz najwyrazniej sprawia niebywala trudnosc.
    Twoje wyjasnienie Kora nie ma nic wspolnego z tym czego probuje sie od vi san dowiedziec, na co ona nie odpowiada, nieustannie twierdzac, ze wlasnie odpowiedziala, tylko jakos nikt sie tej odpowiedzi doczytac nie moze, nawet tak wnikliwa osoba jak ty Korciu.
    A tak na przyszlosc lepiej sie dwa razy zastanowic zanim sie zacznie pisac peany jak to mnie dobrze rodzice wychowali, choc wlasciwie wcale nie musieli, bo sama bylam taka boska od poczecia.
  • kora3 07.06.16, 15:44
    No nie wiem, mnie ogólnie rodzice uczyli, że innym nie należy przeszkadzać. I że np. głośne zachowanie przeszkadza. Ogólnie, bo u cioci Ani w ogrodzie np. nie przeszkadza smile

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vi_san 07.06.16, 16:44
    Mila. Ostatni raz, bo zachowujesz się jakbyś nie umiała czytać ze zrozumieniem, a tego uczą w pierwszych latach podstawówki...
    Rodzice nie tłumaczyli mi, że nie należy się na nikim wieszać. Nie musieli, bo po prostu, podobnie jak w przypadku Kory, byłam przez nich nauczona, że ludziom nie należy przeszkadzać. I że bliskość/dystans fizyczny powinien być uzależniony od zażyłości z danym człowiekiem. I o ile np mogłam stojąc przytulić się do siedzącej na krześle mamy - o tyle już nawet do maminej - przyjaciółki - niekoniecznie. I po prostu było to dla mnie oczywiste. Z tym, że rodzice nauczyli mnie tego nie tłumacząc za każdym razem "nie wiś", a po prostu w miarę czasu różnymi środkami. To że ty nie pojmujesz, iż wychowanie to nie tylko powiedzenie "Tak nie rób" - to na prawdę nie moja wina.
    I jakoś Kora bez problemu zrozumiała co mam na myśli - cóż, może to świadczy o tym, że jednak nie ja mam problemy z tłumaczeniem, tylko ty ze zrozumieniem?
    I nigdy nigdzie nie twierdziłam [ani Kora też nie twierdziła tego o sobie], że byłam boska od poczęcia. tongue_out

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • milamala 07.06.16, 17:31
    A moze to ty piszesz z niezrozumieniem - co gorsza samej siebie.

    cyt.
    "Widzisz, a moi jakoś [zapewne z ogromnym trudem, ale bez bicia] wtłoczyli mi [i mojej siostrze] do głów, że o ile nie ma tłoku, który by to uniemożliwił - nie należy nikomu sterczeć nad głową. Czyli jeśli nie możesz usiąść [bądź ustępujesz komuś miejsca] to nie wieszasz się na nim niemal klejąc się do niego, a odsuwasz na tyle, żeby ów ktoś nie odczuwał dyskomfortu. I jakoś umiałyśmy to już jako kilkulatki pojąć! Doprawdy genialne zapewne byłyśmy, skoro dziś nastolatki nie są w stanie zrozumieć... "

    To sa twoje slowa, wiec nie imputuj mi niezrozumienia.
    Ja znac bylam geniuszem nad geniuszami skoro nie potrzebowalam takiego instruktazu, po prostu sama od poczatku wiedzialam, ze chce zachowac dystans w stosunku do innych ludzi na ile to mozliwe i o ile nie jestem zmuszona sytuacja (tlokiem) to nigdy bym nie wpadla na pomysl zblizenia sie do obcego.
    Tobie jednak musieli rodzice jak sama mowisz powyzejj taki szczegolowy instruktaz zapodac i na dodatek z trudem przyjety.
    Po czym okazuje sie jednak,ze wcale nie musieli nic mowic, bo sama w sobie jednak wszystko wiedzialas jeszcze przed urodzeniem, a oni tylko tak ogolnie, li tylko dla przypomnienia.
    Vi san ustal ostateczna wersje i jej sie trzymaj konsekwentnie. A przynajmniej postaraj sie sama siebie zrozumiec, bo to co mowisz w jednym poscie wykluczasz zaraz kolejnym.
    A najlepiej nie wpadaj w taki samozachwyt nad wlasnym wychowaniem.
    Bo to zawsze budzi podejrzenia. Po prostu ludzie rzeczywiscie swietnie wychowani , nie musza az tak usilnie o tym innych przekonywac, ich zachowanie powinno byc jedynym i wystarczajacym na to swiadectwem.
    To tyle w temacie,
  • kora3 07.06.16, 17:45
    Ale wiesz co Milu? Dla dziecka 5- letniego np. może nie być takie wcale oczywiste, ze swoim "wiszeniem" komuś nad głową zwyczajnie mu przeszkadza. Bo dziecko uczone zasadą , poniekąd dobrą - nie czym drugiemu co tobie niemiłe na ogól samo nieodczuwa dyskomfortu, gdy ktoś stoi obok jego siedzenia i trzyma się nawet uchwytu przy tym siedzeniu. Poza tym dorosły zwykle nie opiera się całym sobą o siedzenie, bo ....to technicznie niewykolone. A tak maluch może sobie zwyczajnie nie zdawać sprawy, że choć jemu w analogicznej sytuacji stojący obok dorosły nie przeszkadza, to on dorosłemu owszem. I tu zasada "nie czyń..." nie zadziała, dlatego dziecku trzeba to wytłumaczyć.
    Moja siostra np. jako dziecko bardzo często absorbowała mnie zabawą, gdy robiłam lekcje. Bo skoro ona jest dzieckiem i ja jestem dzieckiem to przecież ja tez się mogę bawić kiedy zechcę smile dziadzio nie może np. b pracuje w nocy i musi spąc, ale ja nie pracowałam w nocy szczególnie. smile I wlasnie mama musiała jej tłumaczyć, ze Korcia chodzi do szkoły i ma z tego tytułu obowiązki, a ona chodzi na razie do przedszkola, więc takowych nie ma, ale mieć bedzei i wtedy będzie jej przeszkadzało, kiedy inne dziecko będzie chciało się z nią bawić, gdy nie może.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vi_san 07.06.16, 17:51
    Nie dostrzegłabyś ironii nawet gdybyś się o nią potknęła, prawda? Ok, rozumiem. No to tłumaczę łopatologicznie: to co pisałam o wtłaczaniu z trudem to była ironia. Tak jak i to, że pisałam iż moi rodzice byli [zapewne] patologiczni. Nikogo i nigdy nie przekonywałam co własnego "świetnego wychowania". Ba, bywa, że mam wątpliwości. To raczej ty robisz [choćby w tym wątku] wrażenie osoby przekonanej o własnej wszechwiedzy. I ok.
    A zupełnie na marginesie - ciekawe jak niby moje czyny i zachowanie mają o czymkolwiek świadczyć na forum...? big_grin

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • milamala 07.06.16, 19:20
    A przyszlo ci do glowy, ze ktos moze kontynuowac twoja ironie, czy juz twoja wlasna ironia w wydaniu kogos innego staje sie dla ciebie nieczytelna?

    Wrocmy zatem do tematu i pominmy ironie.

    cyt.
    cyt.
    "Widzisz, a moi jakoś, wtłoczyli mi [i mojej siostrze] do głów, że o ile nie ma tłoku, który by to uniemożliwił - nie należy nikomu sterczeć nad głową. Czyli jeśli nie możesz usiąść [bądź ustępujesz komuś miejsca] to nie wieszasz się na nim niemal klejąc się do niego, a odsuwasz na tyle, żeby ów ktoś nie odczuwał dyskomfortu. "

    To co wtloczyli czy jak pozniej sie okazalo nic nie musieli wtlaczac, bo wszystko wiedzialas?
  • kora3 07.06.16, 12:48
    Ja myślę, że cal sprawa rozbija się o to, że nikt nie lubi ludzi roszczeniowych i nie liczących się innymi. Bo mnie się należy, mojemu dziecku, mojemu psu itd.
    Wszyscy funkcjonujemy we wspólnej przestrzeni i respektując prawa innych chcielibyśmy, by i nasze respektowano. Ale na ogół grzecznie poproszeni, a nie zmuszani jesteśmy w stanie zrezygnować z ich części na rzecz dobrego samopoczucia innych.
    To jest bardzo prosty mechanizm Milu - gdy cos się na nas wymusza rodzi się bunt i niechęć. Weźmy prostą i "niedzieciową" sytuację - idziesz do marketu i bierzesz mineralną i zgrzewkę chusteczek. Jeśli się będziesz usiłowała wepchnąć bez kolejki, bo przecież ty masz tylko dwie rzeczy i skasowanie tego zajmie sekundy, to najpewniej spotkasz się z oporem. Ale jeśli miło przeprosisz i poprosisz, czy ktoś z pełnym wózkiem mógłby cię przepuścić, to 9/10 poproszonych - przepuści. Tak to zwyczajnie działa ...
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • kiwas 08.06.16, 23:06
    milamala napisała:

    > Chlopiec napiera (moze byl tlok,

    Kurde, ZADNEGO TŁOKU NIE BYŁO!!!!!!!!!!!!
  • milamala 09.06.16, 22:10
    Zapewne byl wiec zmeczony, opieral sie o twoje siedzenie a tym samym o ciebie. Ale to czy chcial wymusic ustapienie miejsca to juz twoja nadinterpretacja. Moze wkurzyc takie opieranie sie kogos o mnie (nawet jak to dziecko), w sensie sama czynnoscc moze byc irytujaca, ale to wszsytko. Zmeczony chlopak, opierajacy sie (zapewne bezmyslnie) o pasazera nie oznacza odrazu, ze probuje wymusic siedzenie. Najpewniej probowal dotrwac do "swojego"przystanku. Nie wyl, nie buczal do rodzicow, ze chce siadac, nie ladowal sie na kolana ojca, nic a nic poza twoja interpretacja nie wskazywalo na probe wymuszenia siedzenia.
  • kiwas 10.06.16, 23:05
    milamala napisała:

    > Zapewne byl wiec zmeczony, opieral sie o twoje siedzenie a tym samym o ciebie.

    Nie o siedzenie, tylko O MNIE.

    > Nie wyl, nie buczal
    > do rodzicow, ze chce siadac, nie ladowal sie na kolana ojca, nic a nic poza two
    > ja interpretacja nie wskazywalo na probe wymuszenia siedzenia.

    Przestań się już czepiać. Nie wiem, czy to był ojciec. To Twoja NADINTERPRETACJA.
  • vi_san 10.06.16, 23:13
    Niezależnie od tego czy chciał wymusić czy nie - mamunia i tatunio, a w każdym razie opiekunowie powinni byli NATYCHMIAST zareagować jak ich dziecko [dziecko będące pod ich opieką] zaczęło polegiwać na kimś obcym. Koniec, kropka. I tu nie ma o czym polemizować. Być może dziecko było śmiertelnie zmęczone. Być może. Samo dziecko - mogło sobie nawet nie zdawać sprawy, że komuś przeszkadza. Dziecko. Ale jego rodzice - już i owszem. I nie pisz, błagam, że oni tez byli zmęczeni a w ogóle to przesada. Bo nie, nie przesada.

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • kora3 06.06.16, 17:28
    Z moim chrześniakiem, który mieszka w PL do klasy chodzi dwóch Alanów i Brajan. Ostatnio byłam na konkursie w przedszkolu. Imiona dzieci z którymi miałam do czynienia: Alan, Alex, Kenin, Estera, Sara, Angelika, Anatola, Pamela - ta ostania dziewczynka jest pochodzenia romskiego i wśród tej społeczności imie Pamela jest bardzo popularne
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • kora3 06.06.16, 17:45
    podziadowskie, a nie pożydowskie - ten słownik jest jakiś złośliwy smile
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 06.06.16, 23:02
    Pozytywne zjawisko, ludzie sie przelamuja, nie czekaja na moralne pozwolenie i nadaja takie imiona jakie im sie podobaja.
  • kora3 06.06.16, 20:06
    Wspominając te historię chciałam pokazać, ze oburzony pan zrozumiał zupełnie opacznie podanie tych imion przeze mnie. ZAWSZE podaję, ale nie zawsze ich kombinacja jest taka i wzbudza chęc czytelników do komentarzy nt. imion podejrzanych. Zwykle komenty dotyczą opisanego problemu, a nie imienia/imion bohaterów tekstu.
    Pamiętam taka sytuację sprzed lat, kiedy moja koleżanka opisywała sprawę pani o imieniu Yvette. Pani była półpolskiego pochodzenia, ale w materiale nie o to szło i nie było to wyjaśniane. Nosiła jedni nazwisko po mężu - bardzo pospolite cos w rodzaju Kwiatkowska. na 100 proc. komentarzy tej ciekawej i bulwersującej sprawy ok. 30 było nie merytorycznych w rodzaju "Trzeba byś stukniętym, żeby kogos o nazwisku Kwiatkowska nazwać Yvette"
    Pomijajac to, ze uwagi te były niemerytoryczne, niegrzeczne oraz głupie, bo pani została tak nazwana prze rodziców noszących zagraniczne nazwisko i za granicą, gdzie.lata mieszkała a Kwiatkowska była po mężu - to pokazuje, że dla sporej części odbiorców przeciętnych obco brzmiące imię ma znaczenie i jest odbierane jako pretensjonalne.
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 06.06.16, 23:07
    Powinnas to ujac nieco inaczej: dla sporej czesci odbiorcow - prostaczkow obco brzmiace imie ma znaczenie i jest odbierane jako protensjonalne. Normalny czlowiek daje sobie siana i nie zajmuje sie imionami dzieci sasiadow, ma wazniejsze sprawy na glowie.
  • kora3 07.06.16, 09:03
    Widzisz Milu - jak wspomniałam uwagi tych ludzi było nie na temat, a przy tym zwyczajnie bardzo niegrzeczne. Natomiast to czy normalny człowiek czytając tekst dowolny nie zwraca uwagi na imię bohatera/rów to pewnie zależy. Ja czytając tekst koleżanki przed drukiem owszem zwróciłam uwagę na to imię. Bo u osoby w tym wieku, co bohaterka tekstu rzadko zdarzają się imiona obcobrzmiące. Czy to zbrodnia, że zapytałam koleżankę czy pani nie jest przypadkiem cudzoziemką? No przecież nie.

    Co natomiast do tego, co piszesz powyżej, ze w PL ludzie zaczeli się przełamywać i nadawać dzieciom imiona jakie chcą nie czekając na "moralne przyzwolenie" - jak zrozumiałam "społeczeństwa"

    Milamalu - w PL ludzie nadają imiona jakie chcą swoim dzieciom i jedyne co ich ogranicza w tym zakresie, to polskie prawo. Poza tym kieruje ludźmi gust, tradycja, moda, czasem jakiś sentyment. W każdym pokoleniu są imiona częściej nadawane, rzadziej.
    W przedwojennej Polsce imion Sara, czy Estera nie nadawali dzieciom Polacy, bo to były imiona z innej kultury, konkretnie żydowskiej. I uprzedzając - nie ze złej, tylko zwyczajnie innej. Żydzi też raczej trzymali się tradycji nadawania swoim dzieciom imion ze swej kultury.
    Teraz nie ma już takich podziałów.
    Natomiast - przyznając rodzicom prawo do ich gustów, trzeba też przyznać innym prawo do tego, ze coś może się podobać, albo nie. Mnie na przykład niektóre imiona się podobają, a inne - nie. Jeśli tylko nie wyrazam niepytana swej opinii w temacie, a pytana taktownie, to co w tym Milamalu złego?

    Jak dla mnie imię powinno korelować z nazwiskiem i tyle. Dżesika Guzik, czy Tyberiusz Pinda są moim zdaniem niezbyt fortunnymi połączeniami.
    I jasne, nikt kulturalny nie będzie się smiał z dziecka, czy z rodziców, ale odbierze takie połączenia za niezbyt fortunne.
    To tak samo, jak z łączonymi nazwiskami. Połączenie typu Ptaszek - Biały, Kwaśny - Żurek, Bury - Zając czy Nędza - Pogóralska są zabawne zwyczajnie. Wiadomo, że czasem ktoś pozostawia sobie pierwszy człon takiego nazwiska wcale nie z fantazji, ale z koniczności rodzinnej, czy zawodowej. Niemniej zabawne to jest i większość ludzi noszących tak brzmiące połączenia nazwisk o tym wie...




    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 09:26
    Nazwisku Pinda zadne imie nie pomoze.
    Ja mam przyklad holenderski gdzie rodzice nazywaja dzieci jak chca i jakos zyja bez stresu i nikomu nie przychodzi do glowy, ze nalezy oceanic polaczenie imienia z nazwiskiem. Nie interesuja sie tym, maja wazniejsze rzeczy na glowie.
  • kora3 07.06.16, 09:50
    milamala napisała:

    > Nazwisku Pinda zadne imie nie pomoze.


    No wiesz, ja znam gościa o takim nazwiskusmile Ma na imię Piotr, a jego syn Adam. Pewnie, że to jest zwyczajnie brzydkie nazwisko i tylesad Ale jednak uwazam, że nie należy podwojaąc hehe szokującego wrażenia jakie robi smile imieniem np. Olivier, Kevin, Rodżer, czy Alan.

    > Ja mam przyklad holenderski gdzie rodzice nazywaja dzieci jak chca i jakos zyja
    > bez stresu i nikomu nie przychodzi do glowy, ze nalezy oceanic polaczenie imie
    > nia z nazwiskiem. Nie interesuja sie tym, maja wazniejsze rzeczy na glowie.


    Milu - jesteś pewna, że nie ma Holendrów zwracających uwagę na to, by imię ich dziecka harmonijnie brzmiało z nazwiskiem? Że nie ma takich, dla których połaczenie jakichś imion i nazwisk nie brzmi dobrze? To, ze się o tym nie mówi zainteresowanemu czy otoczeniu nie znaczy, że się nie ma takich odczuć. Ja przecież też nie mówię rodzicom dziecka, którzy zwracają się do mnie z prośbą o pomoc dla niego, że qrczę imię Amanda do nazwiska Maślanka to tak za bardzo nie pasuje. Co to ma do rzeczy? Poza tym wcale mnie nie pytają, czy wg mnie pasuje. A wg mnie nie pasuje, ale zdanie swe zostawiam dla siebie.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 10:21
    Jestem pewna Korciu, uwierz mi, poza Holendrami mieszka tu mnostwo ludzi z calego swiata o tak przedziwnych imionach, ze jakby tak przecietny Holender chcial sie tym zajmowac to by oszalal. Precietny Holender (ja rowniez) po prost jest przyzwyczajony do innosci. Innosc juz nie jest inna. Jak innosc stala sie popularna to i coraz wiecej holendrskich rodzicow wykazuje fantazje w tworzeniu imion, nie raz tworza je samodzielnie niczym w plemieniu indianskim. Mozna tak zyc, wyrazac siebie nikomu nie wadzac.
  • kora3 07.06.16, 10:34
    Milu, ale nie bierzesz widzisz wcale pod uwagę czynnika społecznego. To nie jest tak, że Holendrzy są sami z siebie szczególni pod względem otwartości na inne kulturysmile Zwyczajnie i po prostu tak to społeczeństwo ukształtowały warunki. Holandia jest krajem atrakcyjnym dla imigrantów zatem pojawia się ich dużo. Są i wrastają w koloryt społeczeństwa. Polska takim krajem nie jest ze względów przede wszystkim ekonomicznych i nic dziwnego, że mało który obcokrajowiec się tu osiedla na stałe. Stąd nie ma NATURALNIE czegoś takiego, że pojawiają się egzotyczne imiona czy nazwiska, jak w Holandii. Na tym to właśnie polega Milu. Nikt się tu nie dziwi, że ciemnoskóry chłopczyk, którego miałam okazje poznać ostatnio w przedszkolu ma na imię Samir i nazwisko brzmiące obco. Bo przecież jasne, że pewnie tata jest cudzoziemcem stąd i nazwisko niepolskie i imię smile

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 10:55
    No przeciez wlasnie o tym napisalam, ze obcokrajowcy przyzwyczaili Holendrow do innosci. Polakow nie mial kto przyzwyczaic. Ale Polacy nie sa uposledzeni prawda, jezdza po swiecie, maja internet, maja tv, wiedza, ze Polska to nie caly swiat. Taka zasciankowosc byla usprawiedliwiona za czasow naszego dziecinstwa, gdzie dostep do swiata mielismy mocno ograniczony. Ale teraz mozna sie samemu przyzwyczaic do innosci, nie czekajac na imigrantow. Holendrom sie udalo zrobic wiekszy ktok na przod, Holender sie nie dziwi, ze bialowlosa niebieskooka dziewczynka ma na imie Laila a jej rownie bialowlosa siostrzyczka Aisza, bo akurat najwyrazniej rodzice lubia arabskie imiona. Na szczescie nie potrzebowali moralnej zgody otoczenia na nadanie takich imion.
  • kora3 07.06.16, 11:34
    Milu, ale nie chodzi o moralne przyzwolenie. Mnie też się akurat arabskie imiona dziewczynek podobająsmile A meskie np. Abdullah - nie. Za to Halil przykładowo - tak.
    Nie w tym jednak rzecz Milu. Jak podkreślam każdy ma prawo nazwać dziecko jak chce, byle zgodnie z polskim prawem, ale musi mieć swiadomośc, że o ile np. w NL Aisz pochodzenia arabskiego i niearabskiego jest full i troszkę, to w Pl imie jego dziecka może budzić zarówno pozytywne jak i negatywne zainteresowanie.
    Matka moich koleżanek z podstawówki bynajmniej nie fanka komunizmu smile byłą rozkochana w literaturze rosyjskiej. Jej córki to Luba, Natasza i Masza.
    Kojarzyły się, że są pochodzenia rosyjskiego, a wówczas to miało określone konotacje, albo jeszcze gorzej - ze nie, ale rodzice fani ZSRR.

    Inny przykład podawany już przeze mnie - tradycja nadawania imion po dziadkach u mego kolegi. On Bronisław, siostra Bolesława, brat Teofil. Wówczas mody na takie imiona u dzieci nie było i były one przedmiotem kpin. Jasne, że nie umarły od tego, ale miło im nie było....No która dziewczynka za naszych czasów dzieciństwa chciałaby mieć na imię Bolka, sama powiedz. Albo chłopak Gienek, czy Antek?
    Teraz Antek, Franek, czy Czesiek wśród gimnazjalistów to norma, ale wtedy - nie Podobnie jak Ariel, Alan itd.
    Pamiętam mojego kolegę ze szkoły o imieniu Janusz - matko, jak on nie znosił, gdy ktoś nań powiedział "Jaś", czy "Jasiek" - bo wówczas Jan to było imię dziadka, rzadziej ojca i było, że "głupi Jasio" - teraz Janków od zarąbania smile
    Niw zrozum mnie źle milu, mnie na serio tito, jak ludzie Nazywają swoje dzieci. Ja zwykle gdy zobaczę takie "dziwne" imię myślę, jak dziecko się z nim czuje, niż jak je ktoś inny odbiera.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 13:23
    Koro, to jak dzieci czuja sie zle ze swoimi "dziwnymi"imionami to efekt braku tolerancji spolecznej. W Holandii tam zadne dziecko nie czuje sie zle ze swoim dziwnym imieniem - z powodu docinkow kolegow czy komentarzy doroslych. To dorosli tworza rzeczywistosc dziecka. jak dziecku ktos nie powie: ty masz dziwne ime, ha ha ha, to dziecko nie bedzie o tym wiedzialo, zwlaszcza, jak dookola beda same dziwne imiona.
    Jestesmy doroslymi ludzmi, i to my mamy uczyc samych siebie oraz nasze dzieci tolerancji a nie oczekiwac, ze to inni tak beda ukladac swoje zycie (np. nadawac imiona dzieciom) jak nam sie podoba.
    W moim pokoleniu (psiadajanym ponoc tyle zalet, ze swiat nie widzial) obserwuje wlasnie taka postawe roszczeniowa: ty masz zyc (nadawac imiona dzieciom) takie jak mnie sie podoba, bo inaczej cie wysmieje, a ja ty sie nie dasz, to twoje dziecko na pewno uwierzy i bedzie sie "zle czulo" ze swoim imieniem". Juz ja tego dopilnuje.
  • kora3 07.06.16, 13:39
    E no nie o to chodzi. Powiem Ci tak - nie chciałabym mieć na imię na przykład Dżesika, Nikola, Alfreda, Rozalia, Władysława, czy Anatola. Bo zwyczajnie mi się te imiona nie podobają i dziś, kiedy już na pewno nie byłabym narażona przez takowe imię na kpiny rówieśników hehe, to najpewniej używałabym imienia drugiego o ile byłoby znośne, albo trzeciego, które wszak sama wybrałam. Znam przynajmniej kilkanaście osób w wieku różnym, którym własne imię się nie podoba, choć nierzadko nie idzie wcale o jakieś szczególne imię.
    Choć czasem - owszem ... Znam młodą kobietę o imieniu Isaura - pokłosie znanego kiczowatego serialu. Dziewczyna przedstawia się Iza i n myśl, ze musi gdzie podawać oficjalne imię zwyczajnie ja skreca. Bo ona się tego imienia zwyczajnie wstydzi - ze pochodzi z beznadziejnego serialu dla pań gospodyń domowych sad Kiedyś powiedziała, że Isa byłoby ok, ale zaraz ktoś pytałby skąd to zdrobnienie, wiec zostaje przy Izie...Mnie się to imię też nie podoba - przyznam.
    Ponowię jednak pytanie: znasz jakąś osobę z naszego pokolenia, która chciałaby mieć na imię Bolka, Gienka, Heńka, czy Józia?

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 13:57
    Jakbys miala 15 a nie 40 lat to pewnie by cie taka popularna teraz Nikolka nawet nie ruszyla. Te nasze "zle" dzieciaki zachowuja sie w tej kwestii lepiej niz my ich rodzice. Oni juz sa otwarci, nie dziwia sie sie ani obruszaja na dzwiek imienia Nikolki,Dzesiki,Fredzi, Wladzia czy Tolka.
    Moze im sie oczywiscie imie jakies nie podoba, ale nie bedzie to poklosie tolerancji spolecznej tylko zwyczajnego gustu wlasnego. Ja Bogu dziekuje, ze rodzice nie obdarzyli mnie imieniem, ktore bylo na liscie a mianowicie Dorota. Normalnie imie, prawda, a ja go nie lubie. I tak zawsze bedzie, gorzej jak ktos bedzie sie zle czul z imieniem tylko dlatego, ze rowiesnicy (albo raczej ich rodzice) beda sobie zarty stroic.

    Znasz kobiete o imieniu Isaura? No to juz na prawde w totka trafilas. Wiez ile jest Isaur w Polsce. Nie chce sklamac ale chyba liczba ta nie przekracza ... 15tu glow.
  • kora3 07.06.16, 14:07
    Możliwe, ja znam, te jedną, jedyną.

    Natomiast zdaje się uszło Twej uwagi, że obok niechcianych przeze mnie imion Dżesika i Nikola wymieniłąm też Rozalię i Władysławę np. smile Trudno te imiona uznać za obcobrzmiące, a tez mi się nie podobają.
    Dorota jest mi obojętna, ale nie dałabym tak córce na imię. Nie dałabym także ponadczasowego imienia Grażyna. A podoba mi się Michalina np. po mej prababci i w sumie choć lubię swoje imię troszkę mi żal, że mi go nie dano, choć chciano (nie dano z innych przyczyn niż hehe strach przed otoczeniem)

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 14:20
    Mnie tez sie nie podobaja, jak jeszcze pewnie z 500 innych. Chodzi o to zeby nam sie faktycznie nie podobaly a nie tylko z powodu braku tolerancji wspolczesnego nam pokolenia.
  • kora3 07.06.16, 14:36
    No dobra, mnie się nie podobają. No i co? Tobie się nie podoba Dorota, imie może nie aż tak popularne teraz, ale nie tak znów rzadkie. No i ? Czy Ty zaczepiłabys rodziców jakiejś Dorotki i oznajmiła, że ci się nie podoba imię? No niesmile Ja rodziców Rozalki tez bym nie uświadamiała, tak samo, jak rodziców Nikoli, czy Eulalii.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 14:55
    Ja juz nie wiem o czym ty mowisz i jak to sie ma do nietolerancji naszego pokolenia w stosunku do imion 'dziwnych". Ja tylko mowie, ze taka tolerancja to nic nadzwyczajnego. Nauczyli sie tego Holendrzy, potrafia to juz w sposob naturalne nasze dzieciaki. A nam sie to ciagle nie udaje. Nie mowie o tobie czy mnie, mowie o naszym pokoleniu, ktore jeszcze trzepie portkami jak tu nazwac pocieche zeby inni sie nie smiali.
    Kiedys ogladalam program w ktorym wystepowal pewien znany psycholog mozna by rzec psycholog - celebryta. On chyba nawet jakims wykladowca uczelnianym jest. Mniejsza o to. Przyznal sie, ze gdy rodzila mu sie corka, bardzo podobalo mu sie imie Abigail.Nie nadal z obawy przed odrzuceniem.
    I na tym dowcip polega,zeby ludzie nie musieli sie powstrzymywac od nadania imienia dziecku takiego na jakie maja ochote ( w ramach prawa, bo nawet Holandia ma swoje granice). A to robia. Kieruja sie mniej wlasnym gustem, a bardziej gustem sasiada.
  • kora3 07.06.16, 15:14
    Wspominałaś już o tym psychologu kiedyś ...Rzecz cała w tym Malamalu, że teraz już nikt nie "trzesie portkami" smile I tez nie przypominam sobie, by ludzie gremialnie tak trzęśli, także ci z naszego pokolenia. Pisałam o tym w tamtej naszej dyskusji - moja kolezanka z podstawówki zeznała kiedyś, ze jak będzie mieć dzieci, to zwać się będą Ariel i Olimpia. Kolezanka pochodziła ze zwyczajnej rodziny dodam. Urodziła syna w wieku lat 19 czy 20 i został Arielem, corkę w kilka lat później - Olimpię. Chłopak tam troszkę był z proszkiem kojarzony, bo ów był wówczas nowością, ale szybko przestał. Mąz mej koleżanki, w wieku do nas obu zbliżonym ma na imię Orfeusz. Inny nasz kolega ze szkoły - Roland - mowa tu o ludziach po 40.smile
    Teraz mało kto po 40 z kobitek decyduje się na dziecko, częściej ludzie mają wnuki w latach 40++, ale ogólnie rodzice nie mają problemu nazwać jakoś dziecko, gdy chcą. Z tym, że s też na dane imiona modysmile Dżessiki i Nikole oraz Brajanowie i Kevinowie - królowali z 10 lat temu tal. Teraz się zdarzają u maluchów, ale Zosie, Krysie, Stefcie, Antkowie, Frankowie itd. przeważają. Nadal nie brak jednak Ań i Agnieszek, Monik i Beat, Piotrusiów, Mareczków i Adasiów. I rodzice tych ostatnich Milu może wcale niekoniecznie zaraz się boją nazwac dziecko Tyberiusz, czy Ignacy, tylko zwyczajnie podobają się im takie ponadczasowe imiona

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 15:49
    Ale tez sa ludzie jak ow pan psycholog, ktory nie nadal dziecku imienia choc bardzo m sie podobalo. A byloby lepiej zeby nikt nie musial takich obaw miec. Bo po co?
  • kora3 07.06.16, 15:59
    Ano pewnie smile podałam dla Ciebie specjalnie smile ranking imion najczęściej nadawanych w Warszawie w poszczególnych latach...
    I teraz przypomnij sobie czasy swego dzieciństwasmile
    U mnie w podstawówkowych klasach były Sylwie, Anety, Beaty, , Agnieszki i Anie, Moniki, Doroty, Joasie, Edytki - jedne z nielicznych w szkole - Ela, Gabrysia, Brygida - jedyne w szkole Żaneta, Natasza, Luba, Masza, Bibianna.
    Zobacz teraz - królują Zosie i Jankowie smile czyli imiona, których za naszego dzieciństwa nikt niemal dzieciom nie nadawał smile

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 16:06
    No tak jest, ludzie kieruja sie moda. I niech sie kieruja, to ich sprawa.
  • kora3 07.06.16, 15:49
    gorny.edu.pl/imiona/
    Pozwoliłam sobie zapodać. smile
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 15:55
    Noi?
  • kora3 07.06.16, 16:04
    Moja konkluzja, powyżej Milu ...Ludzie na ogół nadają dzieciom imiona, które sami chcieliby nosić i dobrze im się kojarzą. Mamy z pokolenia naszych mam chciały być Sylwiami, Edytkami, Anetkami, a nie jak były Halinkami, Krysiami, Helenami, czy Wiesławami. Nie podobały się im pewnie szczególnie imiona typu Zofia, Józefa, Stanisława, Kazimiera, czy Bronisława, które nosiły ich mamy. Młodym mamom w pewnym momencie spodobały się te Nikole i Dżessiki, ale moda na te imiona też minęła i przyszła na te "podziadowskie" jeszcze była krotka jak zauważyłam na słowiańskie - Świętopełk, Mieszko, Wieńczysław itp.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 16:08
    No tak, wyraznie widac wplyw mody. Stad w kazdym pokoleniu jest modny okreslony rodzaj imienia.
    Problem powstaje dla tych ,ktorzy by chcieli sie nieco z mocy wylamac.
  • kora3 07.06.16, 16:17
    Ale właściwie jaki? Problem to jest wówczas, gdy rodzice chcą nazwać dziecko imieniem, które nie figuruje w spisie dopuszczonych imion.
    Jak ci już pisałam - z moich podstawowych koleżanek "podejrzane" były siostry Masza, Luba i Natasza - bo kojarzono, iż maja rosyjskie korzenie, albo ich rodzina jest fanem ZSRR. Rzadka Bibianna, czy Bernadetta nijakich problemów nie miały

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 17:36
    Ale Abigail z czapy pan psycholog nie wyciagnal. Mimo to mial opory spoleczne, ktorych nie przelamal. Mnie dziwi, ze nawet psycholog nie potrafil sie sprzeciwic. Jak silny musi byc w spoleczenstwie (na szczescie juz nie naszych dzieci) trend, skoro ludzie, ktorzy wlasnie powinni przelamywac tego rodzaju trudnosci, poddaja sie temu jak baranki na rzez prowadzone.
  • kora3 08.06.16, 07:36
    Ja myslę, e zwyczajnie i po prostu smile ów pan nie tyle się bał, co brał pod uwagę tzw. aspekt społeczny, ponieważ nie szło o niego samego, a o jego dziecko Milu.
    Rodzice często tak mają i wcale się im nie dziwie. Zreszta w druga stronę też to działa - np. dziecko dorosłe nie chce ujawniać, ze żyje inaczej niż przeciętnie, bo obawia się, ze nie tak ono a rodzice będą przez to szykanowani.
    To nie jest uleganie komus, a zwyczajnie obawa o bliskiego znając jakieś zjawisko, realia.
    Bo Milu mało kto chce "walczyc" ze światem kosztem swego bliskiego, szczególnie dziecka. Przykłady oczywiście bardziej drastyczne, ale obrazujące o co be: ludzie się potrafili kiedyś nie rozstawać choć chcieli, bo dzieci z niepełnych rodzin traktowane były inaczej niż z pełnych itd

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • kora3 11.06.16, 09:38
    Cos dla Milamali, ale nie tylko ...smile
    Młodzieniec wybrał sobie imię na bierzmowanie. Ksiądz katecheta, któremu owo wyjawił wpadł w złość i nie chciał się na nie zgodzić. Młodzieniec się upierał. Sprawa oparła się o kurię, która no rację przyznała młodzieńcowi. Wymogiem kanonicznym jest, by imię przybierane podczas bierzmowania było imieniem świętego. Nie jest ważne, czy jest to świętu popularny, jak Józef, Antoni, Jan czy Wojciech, czy też mniej popularne -ważne jest by był taki święty i tyle.
    Taki świety, jakiego imie przybrał sobie młodzieniec na bierzmowaniu niewątpliwie istnieje. Niewątpliwym jest też, że młodzieniec takowe imię przybiera na bierzmowaniu dla hecy. Jednak prawo , tu kanoniczne jest prawem. Chłopak na bierzmowaniu przybrał sobie imię "Monitor" - skomentujesz?smile
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • asia.sthm 11.06.16, 11:50
    > Chłopak na bierzmowaniu przybrał sobie imię "Monitor" - skomentujesz?

    Ja chetnie - uwazam ze to bardzo dobry pomysl - kazdy wierzacy informatyk ma juz swojego patrona i zawsze to troche odciaza innych swietych, ktorzy maja nawal pracy z ciaglymi modlitwami do nich skierowanymi. Święty Monitor ma teraz pewnie urwanie glowy kiedy serwery siadaja.

    Święty Kwadrat Apologeta tez pewnie ma pelne rece roboty - ktozby przypuszcza po tylu bezczynnych wiekach.

    Św.Doda z Reims nie wiem za co teraz odpowiada, ale ci co ja sobie za patronke przy bierzmowaniu wybrali, pewnie doskonale to wiedza.

    --
    http://hrabi.pl/index/szlaczek1.gif
  • agulha 11.06.16, 21:30
    Twoje rozważania wprawiły mnie w doskonały nastrój i natchnęły do poszukiwań. Jeżeli ktoś chciałby wkurzyć do białości księdza, uważam, że powinien żądać imienia: Prymityw (chłopak) albo Hosanna (dziewczyna) - sprawdźcie - nie do wiary, ale są tacy święci. Uwagę przykuwają też niektóre inne imiona, jako to: Zozym, Fakund, Humbelina, Lul, Mojżesz, Maturyn, Nabor, Nil, German, Humilitas, Jezus, Lang Yang, Pacyfik, Skubilion, Nunilona, Panacea, Floryda, Fulpencjusz bądź Karmel.
  • asia.sthm 12.06.16, 10:08
    Święty Lulu, spraw aby mi sie nie chcialo smiac kiedy czytam liste swietych imion big_grin



    --
    http://1.bp.blogspot.com/-P2HXVmRDoW4/VYrC3IqVzPI/AAAAAAAAB6o/0VKo6vEbt6I/s1600/linia_ozdobna.gif
  • kora3 12.06.16, 10:21
    Hehe smile Wiesz, chłopak chciał zrobić hecę i zrobił. Ksiądz dał się sprowokować. Ale ja to Mili zapodałam w kontekście nadawania dzieciom oryginalnych imion smile Nie sądzę, by ten chłopak posługiwał się na co dzień imieniem Monitor, choć znam osoby, które posługują się na co dzień nieoficjalnym przecież imieniem z bierzmowania.
    Myslę też, że o ile Monitor jest na liscie swietych, to na liscie oficjalnych imion dopuszczonych w PL do nadawania go dzieciom może Monitora nie być smile
    Tu chłopak sam sobie je przybrał i Baala z nim, ale wyobraź sobie, że takie imię wybierają mu na chrzcie rodzice....

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 06.06.16, 14:13
    "Myślisz, że gdyby imię chłopca było z tych neutralnych, to napisałby np. "jakiś Kuba tak na mnie napierał"?"

    No wlasnie, nie moglabym tego lepiej opisac.
  • milamala 06.06.16, 14:11
    Ja tez nie zwrocilam na to uwagi do przeczytania w/w wpisu. Byloby to zrezta i jest nieistotne, bardziej istotne jest , ze sam wpis wydal mi sie od poczatku nieco slaby. Otoz stala sie wielka tragedia bo dziecko sie pchalo na autora watku. Straszne przezycie musialo byc dla doroslego mezczyzny/kobiety - dziecko nan napiera. Ot cala historyjka. Ani dziecko nie siedzialo, totez nie mialo komu ustepowac miejsca. Napieralo, bo pewnie byl tlok, albo faktycznie bylo zmeczone (nozki dzieciece mecza sie szybciej niz doroslego). Nic wiecej sie nie dzialo. Jednym slowem slaby watek i swiadczy bardziej o upierdliwym, szukajacym dziury w calym autorze watku niz o Brajanie i jego rodzicach.
  • kiwas 06.06.16, 11:55
    kora3 napisała:

    > No przecież napisał, że słyszał jak zwracali się do dziecka rodzice. "Podsłuchi
    > wać" przy opisanej tak bliskiej odległości wcale nie musiał.

    Dziękuję, @kora3 <3
    Bardzo wiele trafnych postów Twoich tu i w ogóle
  • kora3 06.06.16, 12:05
    Ale za co dziękujesz? Dla mnie to logiczne, ze się używa imienia jeśli się je zna oraz to, że jeśli się jest na tyle blisko ludzi, ze się słyszy, jak rozmawiają można usłyszeć także jak się do siebie zwracają

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 06.06.16, 14:33
    W oficjalnej informacji dziennikarskiej to logiczne, ale nie w watku na forum.
    Powiedzmy, ze opisujesz na forum/w rozmowie prywatnej historyjke jak to jakis dzieciak ci nadepnal na stope. Nawet jak przypadkowo slyszysz jak ten obcy chlopiec ma na imie to, opisujesz to przyjaciolce w ten sposob;
    "no wiesz, i ten Lukusz (zupelnie nieznany ani tobie ani przyjaciolce) nadepnal mi na stope"
    czy raczej,
    "noi wyobraz sobie, ze ten chlopak nadepnal mi na stope"?

  • kora3 07.06.16, 08:39
    Milu zależałoby od kontekstu. Ostatnio opowiadała mi kolezanka, ze w kolejce do dentysty miała okazję być razem z panią, która rozmawiała przez telefon non stop mówiąc do jakiejś pani rozmówczyni "Halusiu" i powiadając o kimś określanym przez nią jako "Mój Marian". Imiona jak imiona, ale że pojawiały się w trakcie tej rozmowy z dużą czestotliwoscią, to kolezanka wspomniała, że całe szczęście kolezanka halusiowa i ukochana marianowa w końcu weszła do gabinetu, bo zwriowałaby smile

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 09:34
    No wlasnie zalezy od kontekstu.
    Zatem skupmy sie na tym konkretnym. Jakby Ci jakis obcy chlopiec , ktorego imie przypadkowo uslyszalas nadepnal na noge bolesnie i nie przeprosil, a ty zechcialabys opowiedziec o tym przykrym wydarzeniu swojej przyajciolce.
    Powiedzialabys:
    - i wiesz ten Lukaszek w autobusie nadepnal mi na noge/napieral na mnie i nie przeprosil/domagal sie zrobienia mu miejsca
    czy raczej
    - i wyobraz sobie, ze dzis pewien chlopak w autobusie nadepnal mi na noge/napieral na mnie ....

    Dla mnie jest to dosc oczywiste. W tym kontekscie nie uzywa sie imion. Watkodawca je uzyl, choc nie przystalo do kontekstu, bo mial w tym cel. Chcial podkreslic rzekome pochodzenie dziecka, czemu zreszta dal kolejny dowod informujac nas, ze jego tatus byl na kacu. Na wszystkie mozliwe (dosc prymitywne) sposoby dawal nam do zrozmienia, ze rodzina jest 'nei tego".
  • kora3 07.06.16, 09:54
    Bo ja wiem Milu...Gdyby szło o malucha z rodzicami, do którego rodzice co i rusz by się zwracali np. "Stefanku, trzymaj się poręczy, Stefanku nie przewróć się itd." i imie utkwiłoby mi w pamięci to niewykluczone że powiedziałabym w takiej sytuacji koleżance "Wiesz tak zajęci byli opieką nad tym Strefankiem, że zapomnieli mu powiedzieć, że się nie depcze ludzi, a jak się zdarzy taka okoliczność, to się przeprasza" - przykładowo rzecz jasna.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 10:26
    No tak, a w tym przypadku tak bylo? Autor watku nam tu dosc szczegolowo wszystko opisal. Gdyby rodzice wyrazali sie w stosunku do chlopca w tak groteskowy sposob "Brajanku to, Brajanku tamto, nie kop pana bo sie spocisz", to nie mam najmniejszej watpliwosci, ze autor watku by nam tak wazna informacje sprzedal juz w watku zalozycielskim. Dzieki temu mielibysmy juz pelny obraz z jakimi to musial miec biedak do czynienia.
  • kora3 07.06.16, 11:16
    Milu, pytałaś MNIE jak ja bym opowiadala, to ci napisałam- zależy od kontekstu i sytuacji

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 13:26
    Zawezilam tez do tego konkretnego przykladu z watku. Czy tez uzylabys (w dosc nienaturalny sposob) imienia dziecka?
  • kora3 07.06.16, 13:41
    Nie wiem - nie wiem czy je zakonotowałabym, zapamiętałabym ten nieistotny szczegół w ogole

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 14:01
    Pewnie bys nie zapamietala, jesli masz wyjatkowo dobra pamiec do imion (ja nie) to bys zapamietala ale nie powielala, bo po co.
    A nam tu autor nie tylko pieknie zapamietal - choc nie zapamietal kim byli opiekunowie w stosunku do dziecka.
  • kora3 07.06.16, 14:50
    Milu, ale naprawdę nie widzę niczego dziwne, ze zapamiętał w sytuacji, gdy zachowanie dziecka go denerwowało, opiekunowie nie reagowali, sytuacja chwile trwała, a opiekunowie się do dziecka zwracali.
    Moja koleżanka tez zapamiętała "Halusię" i "Mój Marian" smile bo rozmowa pacjentki była dla niej zwyczajnie uciążliwa, gdyż mówiła pełnym głosem, siedząc na krzesełku tuż obok. Gdyby minęła ja ta pani w przelocie w CH, to pewnie nie tylko tych imion by kolezanka nie zapaniętała, ale nawet i tej pani smile

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 15:01
    Dobrze, ze zapamietal, jak ma dobra pamiec, to i o zapamietanie nie trudno. Ale skoro ma taka swietna pamiec, to dziwne, ze nei zapamietal, czy mial do czynienia z matka, czy ciotka albo opiekunka dziecia.
  • kora3 07.06.16, 15:31
    No wiesz, być może dziecko się do niej zwyczajnie nie zwracało, albo li też głosik miało cichutki. Nie wiem, zwyczajnie nie wiem Milu. Nie wiem tez co ma ten szczegól do rzezcy

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 15:54
    Ano to ma do rzeczy, ze pan zapamietal tak malo znaczaca sprawe jak imie dziecka a jakos nie skodowal jaki rodzaj opiekuna jedzie z tym malym terrorysta. Dobra pamiec tylko taka wybiorcza, pamieta akurat to co mu jest do jakiegos celu potrzebne.
  • kora3 07.06.16, 16:06
    No wiesz, moja kolezanka tez zapamietała, nie skumała czy ta Halusia to kolezanka pani, siostra czy kuzynka np. A jej Marian to mąż, syn czy też kochanek przykładowo.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 16:13
    No wiesz ja ja bylam swiadkiem lata temu zabawnej sceny jak pani sztorcowala meza Mariana i skojarzylo mi sie z kabaretem
    www.youtube.com/watch?v=4KKo1R90kNY

    to do dzis to imie pamietam.
    Nie ma to jednak nic wspolnego z sytuacja opisana przez watkodawce.
  • kiwas 06.06.16, 11:54
    milamala napisała:

    > A to imie dziecka autor watku sam sobie wymyslil? Myslalam, ze podsluchal jak z
    > wracali sie do niego rodzice. No coz sloma z butow wystaje, oczywiscie nie chlo
    > pcu a autorowi watku.

    Trzy razy juz pisałem, że słyszałem "Brajan" lub "Ryan".
    Proszę czytać ze zrozumieniem, i nie wybiórczo, tudzież nie obrażać ludzi bez powodu.
    Używanie określenia, że komuś słoma z butów wystaje jest na tym forum wielce niestosowne.
    Mam duży szacunek do wsi.
  • milamala 06.06.16, 14:49
    "Trzy razy juz pisałem, że słyszałem "Brajan" lub "Ryan".
    Proszę czytać ze zrozumieniem, i nie wybiórczo, tudzież nie obrażać ludzi bez powodu.
    Używanie określenia, że komuś słoma z butów wystaje jest na tym forum wielce niestosowne"

    Nie czytalam calosci watku, nie mam takiego obowiazku, przyjelam za wiarygodne to co powiedziala Kora, ze imie uslyszales. Nie zmienia to jednak oceny opisu. Poczytaj reszte wpisow jesli chcesz wiedziec dlaczego.
    Nie wiedzialam, ze popularne powiedzonka mozna tak moco doslownie interpretowac. Mozna nawet zaryzykowac stwierdzeniem, ze taka wydumana nadintepretacja jest az podejrzana. Czyzbys chcial znowu pokazac nam tutaj jaki wielki szacunek masz do ludzkosci (choc poza twoimi zapewnieniami nic wiecej na to nie wskazuje).
    Tak czy owak, ciesze sie ,ze masz wielki szacunek do wsi, bo ja akurat mieszkam prawie na wsi (male miasteczko) a zamierzam sie wyprowadzic na jeszcze wieksza wies. I jakos nie kontempluje i nie oglaszam swojego szacunku do wsi/miasta/malego miasteczka czy portu rybackiego.
  • zmija_w_niebieskim 30.05.16, 17:48
    No może.
    Może być też tak, że ojciec ma pracę stojącą, a matka - siedzącą i obojgu tak wygodniej. Być może. Przyjmijmy.
  • kora3 30.05.16, 17:55
    Wszystko jedno Żmijo. Choć w naszej kulturze raczej panowie stoją, by kobiety, szczególnie ich mogły usiąść, to sytuacje mogą być różne - pan mąż może być chory, kontuzjowany, mogą go cisnąć buty smile - cokolwiek. Jeśli nie może np. z powodu kontuzji wziąć dziecka na kolana, to stojąca z nim matka powinna zadbać, by nie napierało na Kiwasa. Rodzice są zobowiązani do tego, by pilnośc, aby dziecko nie czyniło innym dyskomfortu.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • kiwas 30.05.16, 22:25
    zmija_w_niebieskim napisała:

    > Tatuś SIEDZIAŁ za Tobą, a matka STAŁA obok? W mojej rodzinie nie do pomyślenia.

    U mnie też. Ale tata wyglądał na dość zmęczonego (pospolicie zwą to kacem)...
  • milamala 06.06.16, 14:53
    "U mnie też. Ale tata wyglądał na dość zmęczonego (pospolicie zwą to kacem'

    No prosze opis nam sie tu poszerza w dziwnie wiadomym kierunku, cobysmy juz absolutnie nie mieli watpliwosci z kim napastowany przez dziecko autor watku mial do czynienia.
    Wspolczujemy ogromnie. Zeby tak "kulturalny" czlowiek musial obok "takich" w srodku komunikacji przebywac to ogromna przezycie.
  • madzioreck 02.06.16, 13:54
    zmija_w_niebieskim napisała:

    > Tatuś SIEDZIAŁ za Tobą, a matka STAŁA obok? W mojej rodzinie nie do pomyślenia.
    > ..Mój tato posadziłby mamę, albo którąś z nas na wolnym siedzeniu, a sam by sta
    > ł. Zawsze. Mój mąż miał kontuzję kolana i często bolą go nogi, więc kilka razy
    > kazałam mu usiąść w autobusie, kiedy było tylko jedno wolne miejsce,

    Czy nie widzisz pewnej sprzeczności w tym, co napisałaś? Może ta matka też stała, a ojciec SIEDZIAŁ bo miał ku temu powód?
  • ann.38 30.05.16, 18:19
    Mnie się wydaje, że jeżeli mamy życzenie ustąpić miejsca matce z dziekciem, to niech ona sobie sama zdecyduje jak jej wygodniej. Nie ma co komentować i wnikać czy siada sama czy sadza dziecko. Mnie było wygodniej posadzić dziecko i jeszcze torbę położyć dziecku na kolanach albo obok niego. Siedzieć z dzieckiem na kolanach i jeszcze przytrzymywać torby trochę niewygodnie. Może i dawniej nie ustępowano miejsca dzieciom, ale dawniej generalnie trochę inaczej się dzieci traktowało i nie zawsze było to lepsze niż obecnie.
    A co do ojca siedzącego i stojącej obok matki, to biorąc pod uwagę zamierzoną złosliwość w poście startowym, nie wierzyłabym bezkrytycznie, że taka sytuacja miała miejsce i że autor akurat wie, kto był kim dla kogo. Oczywiście, że ludzie zachowują się przeróznie, ale żeby żona stała, a mąż obok siedział, to raczej się nie zdarza, przynajmniej tu gdzie mieszkam (w kraju wielokulturowym).
  • kiwas 30.05.16, 22:36
    ann.38 napisał(a):

    > A co do ojca siedzącego i stojącej obok matki, to biorąc pod uwagę zamierzoną z
    > łosliwość w poście startowym, nie wierzyłabym bezkrytycznie, że taka sytuacja m
    > iała miejsce i że autor akurat wie, kto był kim dla kogo. Oczywiście, że ludzie
    > zachowują się przeróznie, ale żeby żona stała, a mąż obok siedział, to raczej
    > się nie zdarza, przynajmniej tu gdzie mieszkam (w kraju wielokulturowym).

    Oczywiście, że nie jestem jasnowidzem - mógł to być wujek, stryjek, konkubent matki, jej kolega z pracy, przyjaciel domu, szef, kuzyn etc... Co więcej - kobieta mogła nie być matka, a opiekunką dziecka. W każdym razie cała trójka podróżowała razem.
  • milamala 06.06.16, 15:03
    "mógł to być wujek, stryjek, konkubent matki, jej kolega z pracy, przyjaciel domu, szef, kuzyn etc... Co więcej - kobieta mogła nie być matka, a opiekunką dziecka"

    To dziecko nie zwracalo sie jakos do tych ludzi (mamo, wujku)? Dobrze, ze choc imie dziecka ci nie umknelo.
  • kora3 31.05.16, 09:19
    ann.38 napisał(a):

    . Mnie było wygodniej posadzić dziecko i jeszc
    > ze torbę położyć dziecku na kolanach albo obok niego. Siedzieć z dzieckiem na k
    > olanach i jeszcze przytrzymywać torby trochę niewygodnie
    .

    Oczywiście nie neguję Twego zdania, ale mam pytanie natury technicznej: w jaki sposób wygodniejsze jest umieszczenie 5- letniemu dziecku na kolanach torby z 5- kilowymi zakupami - przykładowo i pilnowanie, by dziecko z krzesła nie spadło wraz z torbą?

    Jako osoba bezdzietna, nie posiadająca osobistego doświadczenia, bo podróżuje także w towarzystwie znanych mi dzieci autem - zasięgnełam jezyka dzietnych. nikt sobie jakoś nie wyobraza (5 osob), by 5- latkowi wpakować na kolana 5- kilowe zakupy smile Odpowiedzi na takie pytania są "Ze co???? Żartujesz sobie??" itp.smile
    Najczęściej podawane rozwiązania: dziecko na kolana,, torba miedzy nogi - przy założeniu, źe zając mają tylko jedno miejsce. Dziecko na kolana nie dlatego, by samemu siedzieć koniecznie -- bezpieczniej dla dziecka i torbysmile
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • ann.38 31.05.16, 09:59
    A dlaczego pytałaś o 5-kilowe zakupy? Trzeba było zapytać o 10-kilowe żebyś mogła postawić więcej znaków zapytania po "że co". Zapytaj ich jeszcze, co myślą o tym, że sadzałam 7-letnie dziecko. Np. w drodze do szkoły, tym razem jeszcze bez 10 kilo ziemniaków, bo nie zdążylibyśmy rano kupić.
    Piszę Ci mniej więcej jak to wygląda z pozycji osoby opiekującej się dzieciem. Ale możemy owszem rozpatrzyć wszelkie warianty- np dziecko 2 lata- torba 3-kg, dziecko 5 lat- torba 2,45 kg, dziecko 4 lata- torba 10kg itd.
  • kora3 31.05.16, 10:17
    Wiesz, nie pytałam o konkretną wagę zakupów, ale luydzie na ogół przyjmują chyba, że zakupy to więcej niż rajstopy, waciki i 2 jabłkasmile Takie coś można bez trudu włożyc do większej torebki, więc nie ma się jakiejś "torby z zakupami", a jeśli to nie jest problemem ją trzymać stojąc. Dlatego też pytani o torbe z zakupami i dziecko wyobrażali sobie raczej normalne zakupy.
    Poza tym ci rodzice byli zaskoczeni tym, że wygodniej jest pilnować dziecka, żeby nie spadło np. podczas hamowania z siedzenia, niż trzymać je bezpiecznie na kolanach. Ogólnie rzecz jasnasmile

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • firlefanz 30.05.16, 22:03
    ustępuję osobie z dzieckiem. jeśli siądzie z dzieckiem na kolanach - aprobuję, jeśli posadzi dziecko - jestem wściekły. totalny absurd!

    Nie mam dziecka, ale uważam, że jeśli ustępuję, to rodzic ma prawo zdecydować jak mu wygodniej - przypuszczam, że w tłoku dziecku trudniej ustać w tramwaju niż przeciętnej osobie dorosłej i rodzicowi jest łatwiej, gdy dziecko siedzi i nie trzeba pilnować, żeby się nie przewróciło.

    Sama zasada ustępowania starszym często jest automatyzmem uniewrażliwiajacym na całą resztę ludzkości, bo ustępować się powinno osobie, która bardziej tego potrzebuje - czyli raczej nastolatkowi o kulach niż emerytce w miarę dobrym zdrowiu.
  • kora3 31.05.16, 09:40
    firlefanz napisała:

    > ak mu wygodniej - przypuszczam, że w tłoku dziecku trudniej ustać w tramwaju ni
    > ż przeciętnej osobie dorosłej i rodzicowi jest łatwiej, gdy dziecko siedzi i n
    > ie trzeba pilnować, żeby się nie przewróciło.
    >


    Ale za to trzeba pilnować, żeby nie spadło smile

    > Sama zasada ustępowania starszym często jest automatyzmem uniewrażliwiajacym na
    > całą resztę ludzkości, bo ustępować się powinno osobie, która bardziej tego po
    > trzebuje - czyli raczej nastolatkowi o kulach niż emerytce w miarę dobrym zdrow
    > iu.


    A to już tchnie demagogią, wiesz? Jasne, że nastolatek o kulach jest uprzywilejowany, tak samo zresztą jak osoba w sile wieku o tychże.
    Pewne rzeczy jak kule, starość czy ciąża w pewnym stadium - są widoczne. "Dobrego zdrowia" czy złego nikt nie ma wypisanego na czole przecież. Mój znajomy ma po wypadku taką przypadłość, że nie działa mu nerw w nodze sad Nosi stymulator elektroniczny i wcale tego nie widać. jakbys go zobaczyła w życiu bys się nie zorientowała, że ma coś nie tak z nogą. Ale ma - i długotrwałe stanie sprawia mu dyskomfort i to spory. Komunikacją nie podróżuje, ale czasem musi z racji spraw zawodowych stać. I skarży się wówczas na dolegliwości. Nie jest w wieku emerytalnym i na to, żeby mu ktoś w autobusie ustąpił miejsca na pewno nie mógłby liczyć, bo nic u niego nie wskazuje na oko, że tego potrzebowałby.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vilez 30.05.16, 23:19
    Dziecko zasadniczo ma słabszą równowagę i świadomość jazdy. Zatem, lepiej żeby siedziało, niż stało. I Tak, ja mam odruch, by ustępować dziecku.Oczywiście, małemu dziecku, nie- dwunastolatkowi czy starszemu.
    I mam świadomość, że kiedyś dziecko to był byt niższego rzędu. I chwała boginiom, że to się zmienia.
  • kora3 31.05.16, 09:00
    Vilez, nie przypominam sobie bym jako dziecko czuła się jak byt niższego rzędu. Wcale tak nie było za czasów mego dzieciństwa lata 70-80 zeszłego wieku. Owszem, zaraz może paść argument, że wówczas gremialnie biło się dzieci. Tylko, ze teraz też. sad
    Ale za moich dziecinnych czasów ja byłam pełnoprawnym człowiekiem, a nie półbogiem i tu jest sądzę clou.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • kiwas 31.05.16, 10:55
    kora3 napisała:

    > Vilez, nie przypominam sobie bym jako dziecko czuła się jak byt niższego rzędu.
    > Wcale tak nie było za czasów mego dzieciństwa lata 70-80 zeszłego wieku. Owsze
    > m, zaraz może paść argument, że wówczas gremialnie biło się dzieci. Tylko, ze t
    > eraz też. sad
    > Ale za moich dziecinnych czasów ja byłam pełnoprawnym człowiekiem, a nie półbog
    > iem i tu jest sądzę clou.

    Dokładnie tak, @kora3 - bardzo trafnie to ujełaś <3
  • kora3 31.05.16, 11:04
    Wiesz, za czasów mego dzieciństwa różnie bywało w szkołach, ale na Baala - nie pamiętam sytuacji, by uczeń mający nawet naganną opinię i uchodzący za ówczesnego "chuligana" - wagarujący, słabo się uczący, rozrabiający - powiedział do nauczyciela "sp....j".
    Ostatnio o takim zachowaniu ucznia w wieku lat uwaga teraz 10 (słownie: dziesięciu) opowiedział mi kolezanka, jest to kolega z klasy jej córki. Zgroza po prostu...

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • majaa 31.05.16, 11:47
    Otóż to! Nikt tu nie pochwala traktowania dzieci jak "byt niższego rzędu", zresztą nigdy się tak nie czułam, będąc dzieckiem. Rozumiałam tylko, że choć oczywiście dla rodziców jestem najważniejsza, to jednakowoż nie jestem pępkiem świata, któremu wszystko wolno i wszystko się należy. Obecnie odnoszę wrażenie, że wielu rodziców próbuje wychowywać dzieci w takim właśnie duchu, niestety. Stąd potem biorą się nastolatki, które nie panują nad językiem i zachowaniem, bez względu na to, gdzie i z kim mają do czynienia.
  • kora3 31.05.16, 11:53
    O to to Majeczko!
    Kiedyś rodzice wychowywali dzieci społecznie i ucząc je gradacji relacji. To własnej o czym wspomniałaś - dla mamy, taty, babci, dziadka jesteś najważniejszy na świecie, a Franiu jest najważniejszy na świecie dla swoich rodziców i dziadków.
    Teraz też nie brak ludzi wychowujących tak dzieci - na szczęście, ale nie brak tez niestety takich, który dziecko kreują na pepek świata. Jak ciężko jest żyć takiemu dziecku i innym z nim widzę po moim kuzynie, który w takim wówczas niepopularnym modelu był wychowywany. Dziś ma po 40-tsce dobrze i od kiedy pamiętam by osobą nielubianą i sfrustrowaną

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 06.06.16, 23:24
    Korcia, pelnoprawny czlowiek moze byc bity?
    Za czasow naszego dziecinstwa, dzieci bilo sie gremialnie, nikt sie tego nie wstydzil ani tego nie ukrywal a co dopiero karal. Czy tak tez robiono z doroslymi w owczesnym czasie? Tez mozna bylo doroslych bic wedle woli innego doroslego?
    Jestes pewna, ze dzieci w owczesnym czasie byly pelnoprawnym czlowiekiem. Jak widac tych pelnoprawnych jednak sie nie bilo, a jesli to grozily za to konsekwencje prawne.
    Dzis dzieci sa niestety tez bite, ale przynajmniej nikt sie z tym nie obnosi, ludzie to ukrywaja (znaczy wiedza, ze zle robia i moze grozic im kara). Oficjalnie nie mozna uderzyc dziecka, tak jak nie mozna bezkarnie bic doroslego.

    Za naszego dziecinstwa Korciu dzieci nie byly pelnoprawnymi ludzmi. Masz prawo miec swoje odczucia, znam takich co nie tylko nie maja poczucia krzywdy za bicie ale sa wrecz wdzieczni rodzicom, ze ich bili, bo inaczej by wyrosli na kryminalistow. Nie zamierzam odbierac ludziom prawa do ich wlasnych odczuc.
    Ale trzymajmy sie faktow, a fakty sa takie ,ze pelnoprawnych ludzi sie nie bije bez konsekwencji prawnych.
  • kora3 07.06.16, 09:39
    milamala napisała:

    " Korcia, pelnoprawny czlowiek moze byc bity?"

    Nie !!!!

    "Za czasow naszego dziecinstwa, dzieci bilo sie gremialnie, nikt sie tego nie ws
    > tydzil ani tego nie ukrywal a co dopiero karal."

    Milamalu nigdy w zyciu nie zostałam uderzona przez nikogo z rodziny, ani nauczyciela. Owszem, pobiłam się czasem z innym dzieckiem, ale jak rozumiem nie o takie cos ci idzie.
    Czy gremialnie dzieci bito wówczas? I tak i nie - zalezało sporo od środowiska. Dokładnie tak, jak i teraz. Bo i teraz moja droga nie brak ludzi, którzy uważają, że lanie jest dla dziecka najlepszą metodą wychowawczą, a de nie szklanka. Jeśli takie osoby tych hmm metod nie stosują, to właśnie ze strachu przed konsekwencjami, a nie z przekonania wcale.

    "Czy tak tez robiono z doroslymi
    > w owczesnym czasie? Tez mozna bylo doroslych bic wedle woli innego doroslego?"

    No niestety Milamalu, ale - w pewnych środowiskach - tak sad Podobnie jak w przypadku dzieci przemoc wobec kobiet miała wówczas większe przyzwolenie społeczne.

    " Za naszego dziecinstwa Korciu dzieci nie byly pelnoprawnymi ludzmi. Masz prawo
    > miec swoje odczucia, znam takich co nie tylko nie maja poczucia krzywdy za bici
    > e ale sa wrecz wdzieczni rodzicom, ze ich bili, bo inaczej by wyrosli na krymin
    > alistow."

    Ale ja nie mam powodów mieć poczucia krzywdy Milu, jak wspomniałam nigdy mnie nie zbito. Moi rodzice stosowali za to wobec nas żelazną konsekwencję. I słuszniesmile, bo bicie jest bardzo niewychowawcze poza tym, że bezprawne i poniżające drugą osobę. Bicie uczy ze silniejszy ma zawsze "rację" oraz tego, że można zrobić wszystko co się chce i potem dostanie się parę razy i po temacie. Znane mi bite dzieci szybko przyzwyczajały się do lania i potem miały taką karę za nic. Mowa tu oczywiście o dzieciach, które nie były w domach katowane...
    Raz jeden w zyciu usłyszałam od mej siostry, że wolalaby dostać lanie smile Miałam chyba z 9 lat i mama zabroniła jej tam czegoś, Zawsze tak było, że znałyśmy sytuację: czego nie wolno i dlaczego, jakie będą tego konsekwencje w tym kara. Tu karą było to, że siostra nie pójdzie na szkolną zabawę karnawałową. No ok. Wszystko miała już przygotowane, uszyte, przystrojone przez mamę przebranie, no ale jak zauważyła mama - na własne życzenie - nie pójdzie. Moja siostra poszła do pokoju płakać, bo wiedziała, ze proszenie mamy nic nie da. Było mi jej bardzo żal, bo wiedziałam, że tak chciała iśc na ten bal. No i ja poszłam mamę poprosić, czy by nie mogła raz ustąpić. No niesad Wiedziała, że nie wolno, wyjaśniła jak było i brak jakichś okoliczności łagodzących. musi się liczyc z konsekwencjami. I wówczas siostra powiedziała do mnie, że wolałaby dostać lanie, jak jej koleżanka. Bo tamtej matka dawała pare klapsów i miała spokój, a moja siostra szlaban na bal.

    "Nie zamierzam odbierac ludziom prawa do ich wlasnych odczuc.
    > Ale trzymajmy sie faktow, a fakty sa takie ,ze pelnoprawnych ludzi sie nie bije
    > bez konsekwencji prawnych"

    Oczywiście Milu, jak wspomniałam ja nie mam z domu doswiadczeń tego typu. Czułam się zawsze w nim pełnoprawnym człowiekiem i bardzo kochanym do tego. Nie bito mnie i nie stosowano wobec mnie argumentacji "nie bo nie" - bo ja jestem dorosła a ty dziecko, wiec nie muszę wyjaśnić ci nakazu, czy zakazu. Miałam też prawo do negocjacji, a także do swoich gustów. Nie było tak, że kupiono mi ubranie np. o którym mówiłam, że go nie chcę, bo mi się nie podoba.
    Ale jak wspomniałam musiałam się liczyć z konsekwencjami i odpowiednio dotkliwą karą niecielesną, gdy znając zasady z własnej woli je złamałam.

    Mój opisany w tym watku kuzyn także nie był w domu bity. Był traktowany jak bóstwo smile Jeśli złamał jakieś zasady to ojciec nań nakrzyczał, ale mama go zaraz broniła, ściskała i dawała coś na otarcie łez. Mając 15 lat nie musiał sprzątać w domu, zrobić sobie kanapki, wyprasować rzeczy do szkoły, bo ma naukę smile Jego rodzice wymagali, by reszta rodziny liczyła się z jego jako nastolatka zdaniem - w tematach innych ludzi, które wcale go nie dotyczyły. Moja mama i mój tata oraz moja ciotka z wujkiem stawiali temu opór, więc "nie kochali dzieci" - wg mamy kuzyna przy milczącym potakiwaniu jego ojca.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 09:59
    Kora, to ze y kiedys nie bylas bita i traktowano Cie jak pelnoprawnego czlowieka to jeszcze nie oznacza, ze to byla norma. Niestety za naszych czasow norma bylo to ,ze; dzieci i ryby glosu nie maja, nie sa zadnymi pelnoprawnymi ludzmi.
    Nie, nie i jeszcze raz nie - bicie nie bylo uzaleznione od srodowiska. Bardzo nieliczne wyjatki nie doswiadczaly przemocy.
    Zapewne czytalas kiedys podsuniety przeze mnie watek na tym forum
    forum.gazeta.pl/forum/w,567,90595799,90595799,Bite_dzieci_dwadziescia_lat_pozniej.html

    Przeczytaj sobie dla przypomnienia.
    Do vi san juz napisalam, jak kiedys opowiadalam na jakims forum, ze kiedys to przemocy wsrod dzieci nie bylo, wtedy ktos mi odpowiedzial, ze jesli ktos tak twierdzi, to oznacza to tylko tyle, ze sam nie byl ofiara przemocy ani sprawca. Dotarlo do mnie. To, ze czegos sama nie doswiadczylam - to nie znaczy, ze nie istnialo albo bylo marginalnym zjawiskiem.
    To, ze nie widzialas tego wsrod innych, to oznacza tylko tyle, ze nikt przy tobie innych dzieci nie bil. A daru bilokacji raczej nie mialas coby ogladac co tak na prawde dzialo sie w ich czterech scianach. Poczytaj link, wtedy sie dowiesz.
  • milamala 07.06.16, 10:09
    ps. Przypomnialo mi sie pewne wydarzenie (a propos "nic takiego nie bylo-bo ja nie widzialam"). W dobie pojawienia sie "fejsboka"a wczesniej "naszej klasy"dostalam e-mail od kolezanki z podstawowki w ktorym dziekowala mi za ... normalne jej traktowanie, za to ze bylam jako jedna z nielicznych dla niej zawsze mila i normalna. Az mi serce zadrzalo jak to przeczytalam. Nie zachowywalam sie wobec niej jakos specjalnie, nic a nic, za co nalezaloby mi dziekowac. Nic o jej negatywnym traktowaniu przez rowiesnikow nie wiedzialam, nie mialam zielonego pojecia co sie obok mnie dzialo, co robili moi rowiesnicy dziewczynce, ktorej jedyna "wina" bylo to, ze jej mama umarla a ojciec sam nie radzil sobie z wychowaniem.
    To, ze czegos nie dostrzegalismy jako male dzieci - to nie znaczy ze nie istnieje. Niestety.
  • kora3 07.06.16, 10:21
    Milu, ale ja znałam dzieci bite w domach. Nie jakoś katowane, czy coś, ale np. takie, które za przewinienie dostawały pasem od ojca...Nie musiałam przy tym być, przecież dzieci z sobą rozmawiały. Często także wówczas odwiedzało się wzajemnie po szkole i w wolne dni, bo nie było wtedy tak gremialnego wyjeżdżania na weekend. Wie c się trochę o zyciu tych swoich rówieśników tez wiedziało tym bardziej, że ludzie tak nie pozowali, jak teraz.

    Nieraz na innych forach spierałam się ostro ze zwolennikami bicia dzieci Milu, wiec naprawdę przekonywanie mnie akurat, że bicie dobre nie jest jest wyważaniem otwartych drzwi.
    A mnie chodzi o to, że stawiasz - świadomie albo nie skrajność w postaci bicia naprzeciw totalnemu uleganiu dziecku we wszystkim, wyręczaniu i uczeniu go ze jest pępkiem świata. To jest także Milu skrajność. Gdzieś tu podałam zatrważające statystyki - większość obecnych gimnazjalistów nigdy nie załadowało prania do pralki, nie robiło zakupów do domu, nie prasowało SWOICH rzeczy, nie sprzątało łazienki. Przecież to Milu kalectwo - mowa o ludziach 12-16 lat, a nie o maluchach jakichś.
    To ma jednak geneze we wcześniejszym wychowaniu, zalinkowana przeze mnie pani profesor wspomina o tym, że przedszkola biją na alarm - dzieci sa totalnie niesamodzielne idąc do przedszkola. Dlaczego? bo rodzice je we wszystkim wyreczają i liczą potem, że dziecko nauczy się przecież w przedszkolu. Owszem, kiedyś się nauczy jeśli mowa o dziecku sprawnym rzecz jasna i bez dysfunkcji, ale co się z nim naużera przedszkolanka, to jej. Jasne, za to jej płacą i takie podejście rodziców widać też potem po uczniach: - Pani za to placą, żeby mnie pani nauczyła - autentyk do nauczycielki w podstawówce.
    Moim osobistym zdaniem Milu takie coś to jest robienie krzywdy przede wszystkim dziecku.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 10:46
    Po pierwsze musze bardzo stanowczo (emocjonalnie) podkreslic: bicie paskiem to jest katowaniem. Nie bylas bita, ale jako dorosla kobieta powinnas miec jakis cien swiadomosci, ze bicie z calej sily przez duzego silnego mezczyzne ciezkim meskim paskiem ze sprzaczka malutkiego, wychudzonego, chybotliwego cialka (kiedys dzieci nie mialy problemow z nadwaga) powiedzmy 5 latki JEST KATOWANIEM.

    Korciu najwyrazniej nie zrozumialas. Bo ja nie rozmawiam z toba o tym, ze bicie jest zle, i nie przekonuje Cie do tego, bo wiem, ze nie musze.
    Ja sprzeciwiam sie tylko twojjmu twierdzeniu, ze "kiedys znowu to tak bardzo dzieci nie bito, a jak juz to w zaleznosci od srodowiska".
    Zaprzeczam takim twierdzeniom, podajac link.
    Nie mozna mowic, ze kiedys czegos nie bylo, lub bylo marginalne, tylko dlatego ze samemu sie tego nie doswiadczylo.
    Na wyjasnienie podalam ci przyklady z mojego zycia dot. przemocy w szkole dzieci wobec dzieci. To, ze zylam w blogiej nieswiadomosci jak zle traktowano kolezanke, to nie znaczy, ze sprawy nie bylo.

    Juz sobie nie dopisuj opowiesci. Gdzie ja tak konkretnie stawiam na skrajnosci przeciwstawiajac bicie totalnemu uleganiu dziecku. Gdzie to ja chocbym sugerowala, ze dzieciom nalezy ulegac? Konkretnie, bez owijania w historyjki? Ktora moja wypowiedz sugerowala to co napisalas?

    A odpowiadajc nie do tematu. Nie martw sie Korciu. Sama bylam wychowana 'na kaleke", nie musialam sprzatac, prac, gotowac, prasowac. Robie to teraz jako dorosla i daje rade.

    Alez ja sie zgadzam co do samodzielnosci dziecka, nalezy je czynic samodzielnym i dawac wolnosc w imie milosci. Nie musze z toba na ten temat polemizowac, mamy dokladnie takei samo zdanie. Choc to raczej nie do tematu.
  • kora3 07.06.16, 11:15
    No może źle się wyraziłam Milu, nie tak Ty, jak takie bywa przeciwstawianie: "Bo dawniej dzieci bito, a teraz ma się do nich szacunek", tylko, ze ów szacunek przejawia się w uleganiu we wszystkim i wyręczaniu. Więc alko model jest z biciem, albo taki jak napisałam. Tymczasem nie na tym to polega. Bić nie wolno, ale wymagać trzeba.

    Co do bicia, to raczej z tym paskiem mieli doświadczenia chłopcy i nie tak pięcioletni, jak znacznie starsi. Ale to nie zmienia faktu, ze bic nie wolno.

    Nie wiem dlaczego Milu byłas wychowywana "na kalekę", być może były jakieś obiektywne przesłanki, jak u mojej siostry do pewnego jej wieku. Ale jeśli nie to się dziwię. Nie chodzi o to, że się człowiek potem nie nauczy - życie zmusi to się nauczy albo znajdzie frajera albo częściej frajerke (panowie), który/a obskoczy te tematy. Tylko, czy własnej matki, ojca komus nie szkoda? Ja bym się idiotycznie czuła, jakby mama po mnie sprzątała, czy tata. Poza tym jak sobie radzić na wyjazdach w dzieciństwie?

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 11:37
    Korciu ja cie bardzo prosze, nie draznij mnie stwierdzeniami, ze jakoby doswiadczenia z paskiem mieli chlopcy i to starsi. Obudz sie do rzeczywistosci, bo wyjde z siebie i mnie tu zaraz jakas cholera wezmie.

    Jak mawiaja Zydzi, sa dwie drogi, jedna na prawo druga na lewo. Tak samo wspolczesne wychowanie bez przemocy przybiera rozne formy. Jedni wiedza, ze bic nei wolno, ale nie wiedza co wolno, i tak sobie zostawiaja tez dzieci na samopas wychowawczy jak nie przymierzajac nasi przodkowie przez setki lat, tyle, ze bez bicia. Ale jest tez calkiem spora grupa ludzi, ktorzy dbaja o to by dziecko wychowywac (tak jak twoi rodzice: bez przemocy, ale konsekwentnie).
    ja jak obserwuje duza liczbe dzieci w szkole mojej 5 latki, poamgajac tam od czasu do czasu, wnisokuje za na taka liczbe dzieci tylko w zasadzie jeden jest wychowywany bezstresowo przez matke. Reszta to calkiem normalne dzieci, nic im nie brakuje.

    Ja tez sie glupio czulam jak matka robila wszystko, nawet mam do niej zal, ze jeszcze czje sie ztego dumna, ze tak sie poswiecala, choc wcale nie chcialam jej poswiecenia.
    Dobrze sobie zawsze radzilam. Na zorganizowane wyjazdy typu kolonie nie jezdzilam, bo nie chcialam, ale za to bardzo wczesnie wyjezdzalam z przyjaciolmi np. pod namioty. Nie bylam uposledzona, choc pamietam do dzis swoja pierwsza zupe jarzynowa. Pol dnia mi zajelo jej ugotowanie. nie wiedzialam ,ze wcale nie trzeba kupowac warzyw osobno i ich siekac. Mozna kupic szybka i zdrowa mrozonke z miksem do zup. Czlowiek zdrowy, ktoremu nic nie dolega tak od siebie jest w stanie szybko sie przystosowac do roznych warunkow. Oczywiscie z odpowiednim wychowaniem latwiej. Wychuchane dzieci po prostu beda mialy trudniej. W koncu beda musialy sobie poradzic.
  • kora3 07.06.16, 11:54
    Milu, rozmawiałyśmy o wspomnieniach, to wspominam. Nie pamiętam, by jakieś dziecko w adekwatnym wieku, gdy miałam 5 lat zwierzało mi się, że dostało lanie paskiem. Nie wykluczam wcale, że były takie, co dostawały sad Po prostu z czasów, gdy już się o tym gadało, że porządnie pasem dostał np. mój dobry kolega z podwórka. sad Matka pojechała do szpitala rodzic drugie dziecko, ojciec matkę zawoził, a on został sam w domu. Pomimo zakazu rodziców poszedł się bawić z kolegą na teren starego budynku przeznaczonego do rozbiórki. No i pech chciał cos się tam stało i czesc budynku uległa zawaleniu, a chłopcy zostali w gruzach uwięzieni. Ojciec z milicja i rodzicami tamtego szukali go pół nocy. W końcu znaleźli, strażacy rozebrali gruzy, wydobyto ich całych i zdrowych. Ojciec tego chłopaczka był siny na twarzy. Złapał go i przyłożył mu paskiem od spodni. Potem zaczał ściskać go i płakać ...
    No, ale można rzec, ze to szczególny przypadek ...
    Natomiast powiem Ci Milu, że wnioskuję też z obserwacji. Za czasów mego dzieciństwa ćwiczyło się na WF-ie na ogół w krótkich spodenkach i koszulkach z krótkimi rękawami. Nie przypominam sobie dieci z siniakami po biciu na WF-ie czy basenie. Jednakowoż raz, gdy moja kolezanka z klasy spadła z roweru - wiem, ze tak było, bo byłam przy tym - i miała dość liczne po tym siniaki, to się tym zainteresowała pani od WF pytając o ich pochodzenie. Wcale nie tak a priori łyknęła tekst o rowerze, bo dopytywała i dopiero fakt, ze inne dzieci to zwyczajnie widziały ja uspokoił.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 13:36
    Nie opowiadaj mi tu o takich szczegolnych przypadkach, tylko poczytaj uwaznie link jaki Ci zapodalam, tam zobaczysz jak wygladala rzeczywistosc, ktorej wowczas nie widzialas, albo jak kazde dziecko, ktore samo nie doswiadcza pewnych rzeczy woli nie widziec zla dookola.
    Z twojej historyjki wynika, ze jednak dzieciaki za naszych czasow znowu takie madre i samodzielne nie byly. Ojciec zostawil dziecko (ktorego wspolczesny rodzic by sam nie zostawil) i mial pretensje, ze dziecko glupio postapilo. Na dzisiejsza logike, to ojcu nalezy sie porzadne lanie, zostawil bowiem dziecko bez opieki, a dziecko jak to dziecko, raz postapi madrze a raz glupio - i dlatego ma rodzicow, ktorzy powinni postepowac raczej madrze.
    Nie plec bzdur, ze sobie siniakow nie przypominasz. Bo ja sobie przypominam, wtedy kazdy byl posiniaczony, bylismy puszczani zwykle samopas i siniakow od tego powstalo wiele. Tak latwo rozpoznawalas jakos dziecko ktory siniak jest po niedanym wejsciu na drzewo a ktory po biciu.
    To , ze slepy nie widzi, a gluchy nie slyszy, to jeszcze nie oznacza, ze w swiecie panuje cisza i jest w nim tylko czarna dziura.
    To dzieci tak maja, ze jak sobie zamkna oczka i same nie widza, to mysla, ze nikt ich nie widzi. Dorosli powinni jzu wiedziec, ze to tak nie dziala.
  • kora3 07.06.16, 13:50
    Wiesz, za moich czasów 10- latek to już było rozumne na ogół dziecko. Więc ta uwaga o tym, że współczesny rodzic by nie zostawił takiego, to taka sobie. Co innego 5- latek także ówczesny, ale 10- letnie dziecko już rozumie sporo.
    Nie opowiadaj mi też o tych wszędzie bitych dzieciach, bo ja miałam liczne grono znajomych dzieci - z podwórza, ze szkoły, z baletu i jakoś nie było takich, które by codziennie lanie dostawały kablem od żelazka. Tym bardziej wśród dziewczynek.
    Przyznałam Ci rację, że wówczas było większe przyzwolenie społeczne na kary cielesne, ale ty znow przeginasz w drugą stronę, ze wszyscy tak gremialnie bili, pewnie jeszcze do krwi i za nic.
    Że są osoby dziś dorosłe mające szczególnie przykre doświadczenia z tym związane? A jasne, na pewno, dziś też sa nadal niestety bite dzieci. Podobnie jak są rodziny, w których ogólnie jest przemoc czy to psychiczna, czy fizyczna. To jest bardzo przykre, ale nie róbmy z tego standardu.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 14:12
    No widzisz, a wspolczesnie (przynajmniej w Holandii) oficjalnie dziecko , ktore powinno byc pod stala opieka opiekuna to dziecko do 12 roku zycia. Mowimy o kraju, gdzie kroluje (w oczach typowego Polaka) zimny chow. Gdzie za dziecmi sie nie biega tak jak w Polsce. Nie bez powodu i nie przez widzimisie jakiegos urzednika, tak a nie inaczej zostala okreslona granica wieku do ktorego dziecko musi byc pod kontrola rodzica.
    A twoj przyklad jest jedynie na to dowodem.
    Najwyraznie 10latek i ten wspoleczesny i ten z naszego dziecinstwa (jak z twojego przykaldu) nie jest jeszcze az tak bardzo odpowiedzialny. Pewnie czasem jest, ale czasem jednak nie. I nie ma w tym nic zlego, takie prawo 10latka.

    Wiesz co ales mnie wkurzyla (i dobrze, bo mzoe sie odessam od tego komputera wreszcie), no wyobraz sobie, ze bicie nie tylko bylo gremialne ale i do krwi i za nic.
    Bo wiesz co, bo nie ma takiej rzeczy , ktora usprawiedliwiala by ubicie dziecka.
    Wiesz nie chce mi sie jzu gadac na ten temat, bo moja corka juz nawet rozumie ,ze jak sama czegos nie widzi, to nie znaczy, ze to nie istnieje.
  • kora3 07.06.16, 14:32
    Milu w Pl tez zdaje się do 12 rz. dziecko powinno być pod opieka dorosłego. Być może to unijna wymóg nawet. Niczym nie usprawiedliwiam bicia dzieci, opanuj się smile Wiem, ze wówczas bywały dzieci bite, ale nie było tez tak, że w każdym domu się dziecko biło. I to chce cały czas podkreślić.
    Przypomniało mi się coś takiego. Moi sąsiedzi mieli dwie córki, młodsza była ode mnie starsza tak z 7-8 lat. Czyli gdy ja miałam 10 to ona 17-18. Razu pewnego pod wieczór, ale letni to jasno było ludzi kupa na zewnątrz przywiozła ją milicja w sztok pijaną. Szczegółów nie pamiętam, ale wyszło chyba na to, ze ze znajomymi bawila się nad nieodległym jeziorkiem, ktoś zauwazyl, ze młodzież pije i się kapie i zawiadomił milicje. Na owe czasy była to osoba dorosła, albo prawie. A jednak jej matka wyszedłszy po nia wraz z siostrą dala dziewczynie w twarz. Sensu to nijakiego nie miało, bo tamta nie kontaktowała. Ale jak to wśród samych swoich, komentowano te sytuację i pamiętam, jak moja sasiadka inna mówiła do mojej mamy, że no bardzo źle się zachowała pannica, ale żeby od razu bić...To była pani o 10 lat gdzieś starsza od mej mamy wtedy i jakoś też miała przekonania, że się dzieci nie bije.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 15:09
    A gdzie ja napisalam, ze w kazdym domu, w twoim sie nie bilo, w domu matyldy tez z tego co pamietam to nie. Napisalam, ze bylo to jednak gremialne, czemu ty wyjatkowo glupio zaprzeczasz.
    A przyszlo ci do glowy,ze ta dziewczyna byla juz jak jeszcze nie dorosla to prawie. Owa sasiadka , ktora sie oburzyla biciem mogla potraktowac ja jak dorosla a nie dziecko. Dla niej pewnie w twarz dostala dorosla a nie dziecko.
    Zreszta w naszej kulturze bicie (jak np. we francji czy we Wloszech) w twarz nie bylo czyms popularnym. Mozliwe tez, ze pani sie zdegustowala niepopularna u nas forma przemocy.

  • kora3 07.06.16, 15:17
    To wiesz, trudno by 17 - latke wyższa od siebie o głowę przłozyła przez kolano i dała jej klapsa.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 16:01
    a co ty pleciesz korciu, czemu miala by jej dac klapsa? O czy mty mowisz.

    Ustalmy, twierdzisz na podstawie jakiejs twojej sasiadki, ktora na widok uderzenia w twarz 17/18 latki troche sie oburzyla, dla ciebie to dowod, ze jednak takiego przyzwolenia spolecznego nie bylo.
    Wiec ja ci wyjasniam, ze ten przyklad jest z czapy, bo pani mogla sie oburzyc na widok bicia doroslej a nie dziecka. Wiec ten przyklad nie tylko nic nie mowi o tym ze jakoby spoleczenstwo wcale tak gremialnie nie przystawalo na bicie dzieci, ani nawet o tym czy owa pani oburzala sie biciem dzieci czy nie. mamy bowiem scene w ktorej pani oburza sie na widok bicia wlasciwie juz doroslej osoby a nie dziecka.
  • kora3 07.06.16, 16:10
    Ale przecież wiesz, że wówczas było przyzwolenie społeczne znacznie większe niż teraz na bicie dorosłej osoby, np. żony. I to bicie nie takie symboliczne, jak tu gdzie dziewczyna dostała z liscia, od kruchej i mniejszej od niej matki, co zapewne by ja upokorzyło, gdyby cokolwiek kumala wtedy, ale krzywdy realnie by jej nie miało szans zrobić

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 16:15
    Oczywiscie, wtedy przyzwolenie na bicie zony (bo juz nie na bicie sasiada, kolegi z pracy czy szefa) bylo wtedy znacznie wieksze. Ale i tak nie mozna bylo tego porownac z przyzwoleniem na bicie dzieci.
  • milamala 07.06.16, 16:17
    wiesz kora, ze ja tu siedze i gawedze na tym forum z toba caly bozy dzien. Chyba sama sobie za chwile wleje.
  • kora3 07.06.16, 16:18
    hehe smile

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • kora3 07.06.16, 16:19
    Ale ta dziewczyna była dzieckiem swych rodziców, prawie dorosłym, ale na ich utrzymaniu i z nimi mieszkającym.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 17:39
    Ale sasiadka byc moze nie utozsamiala jej z dzieckiem. Nie laczyly ja wiezy rodzinne z dziewczyna. Widziala w niej dorosla kobiete. Dla niej ta dziewczyna wcale nie musiala byc dzieckiem, nawet wielce prawdopodobne, ze nie byla.
  • kora3 09.06.16, 06:49
    Nie rozumiesz Milu - w tamtych czasach osoba mieszkająca z rodzicami i pozostająca na ich utrzymaniu traktowana była jak dziecko. Mowa tu także o osobach nominalnie dorosłych, ale zwyczajnie uczących się. Wówczas nie było bezrobotnych, wiec albo się było pracującym i traktowanym jak dorosły, albo uczącym się i traktowanym mentalnie jak dziecko. Obrazowo: gdyby ta dziewczyna była po zawodówce i pracowała, to odbierana bylaby jako dorosła, ale że była uczennicą LO to była DZIECKIEM.
    Ja to pamiętam jeszcze nawet z podejścia tamtego pokolenia do mnie smile Chodziłam do technikum , wówczas było 5- letnie, wiec zdając maturę byłam przedorosła, bo miałam 20 lat - skończonesmile I po tejze maturze zapaliłam pierwszego w życiu papierosa smile czym moja sąsiadka była oburzona i zawiadomiła o tym moja mamęsmile Najlepsze w tym było to, że mieszkająca tuż obok dziewczyna w moim ówczesnym wieku regularnie paliła na balkonie i nie wzbudzało to zdziwienia pani sąsiadki - ta dziewczyna była DOROSŁA, skończyła zawodową szkołę w wieku lat 18, wyszła za mąż i jako 19 - latka urodziła dziecko. Ona była w oczach ludzi DOROSŁA, ja - niesmile Bo ona była pania po szkole, mezatką i mamą, a ja niedawną uczennica. Fakt, ze byłyśmy (heh jesteśmysmile) równolatkami (moja kochana koleżanka z podstawówkowej klasy) nie miał tu niczego do rzeczy moja Milu smile

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 09.06.16, 22:16
    reakcja tej pani nie byla poprzedzona tak wnikliwa analiza. Po prostu zobaczyla w zasadzie dorosla kobiete(w owym czasie norma bylo, ze dziewczyny od niej 2, 3 lata rodzily swoje pierwsze dziecko) i zareagowala (jak sadze) na bicie doroslego. Gdyby matka uderzyla powiedzmy 9latka/tke to pani moglaby sie juz tak nie oburzac.
    Ale to wszystko gdybanie, ktore nie ma znaczenia.
    Bo niezaleznie czy pani oburzyla sie na bicie doroslego czy dziecka, fakt, ze jedna osoba nieco sie oburzyla nie oznacza, ze wtedy bicie dzieci bylo powszechnie nieakceptowane. Jedna przyzwoita "jaskolka' jeszcze wiosny nie czyni.
  • kora3 10.06.16, 07:10
    Analiza nie była potrzebna, bo takie było podejście mentalne. Sąsiadka zwracająca uwagę mnie na papieros także nie poddała sytuacji analizie, gdyby poddała to może doszłaby do wniosku, ze przecież ja mogę palic w miejscu dozwolony,, bo mam 20 lat zatem jestem już doroslasmile

    A co do reszty - Milu, piszesz tak, jakby w każdy domu wówczas bito dzieci - sama jednak przytaczasz przykłady u Matyldy nie bito, u mnie nie bito - w wielu domach nie bito i w wielu bito. Na pewno wieksza była akceptacja tego w społeczeństwie i nie było uregulowań prawnych. To sa oczywistości, ale my piszemy ogolnie nie w temacie bicia, tylko ustępowania miejsca dzieciom. Za tamtych czasów osoba z małym dzieckiem mogła liczyć na ustąpienie jej miejsca? Mogła Milu! Tyle, ze miejsca ustępowało się dorosłemu z dzieckiem, a nie dziecku

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • kiwaczek69 10.06.16, 12:37
    kora3 napisała:

    Za tamtych czasów osoba z małym dzieckiem mogła liczyć na ustąpienie jej miejsca? Mogła Milu! Tyle ze miejsca ustępowało się dorosłemu z dzieckiem, a nie dziecku



    Dokładnie tak, jak i teraz. Nie zmieniło się nic.
    Zapewne także i to, że tak jak teraz, tak i w tamtych czasach bywało, że dorosłemu było z jakichś jemu tylko znanych powodów wygodniej czy bezpieczniej posadzić dziecko, a samemu stanąć obok.
    I pewno wtedy też zawsze znalazł się ktoś, kogo zrozumienie tego faktu kompletnie przerastało...wink W każdym pokoleniu trafiają się tacy "mundrole", co to nawet jeśli nie bardzo wiedzą, o czym mówią, to i tak wiedzą wszystko najlepiejwink
  • kora3 10.06.16, 14:37
    Zalinkowany przez autora watku tekst jest przypomnę - o ustępowaniu miejsca DZIECIOM.
    Jak wspomniałam, nie mogę nic powiedzieć o zjawisku, bo nie mam pola do obserwacji. Ale skoro się o nim mówi/pisze, to pewnie występuje. O ustępowaniu miejsca osobom dorosłym Z DZIEĆMI nie ma po co dyskutować, bo owo zjawisko występuje i słusznie zresztą od bardzo dawna.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 10.06.16, 23:24
    cyt. Milu, piszesz tak, jakby w każdy domu wówczas bito dzieci - sama jednak przytaczasz przykłady u Matyldy nie bito, u mnie nie bito.

    Zdecyduj sie Korcia czy insynuujesz mi, ze pisze jakby w kazdym domu bito, czy nie w kazdym bo u Matyldy i Ciebie nie bito.
  • kora3 11.06.16, 07:26
    Milu, przedstawiasz sprawę tak, jakby wszędzie bito, a domy np. mój i Matti były wyjątkami. Tymczasem było wiele domów gdzie bito i wiele, gdzie nie bito - proste

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vi_san 31.05.16, 13:08
    Nigdy nie byłam "bytem niższego rzędu" , mimo, że moje dzieciństwo to przełom lat 70 - 80. Nie byłam "bytem niższego rzędu" ani dla rodziców, ani dla nikogo. I jakoś, cuda, panie dziejku, pamiętam wyraźnie "Wstań, ustąp pani miejsca!". I ustępowałam! A miałam właśnie coś koło 5 lat! I moi rodzice, patrz, patologia nieodpowiedzialna!, nijak się nie telepali, że może chroń Bóg upadnę! Byłam nauczona, że MUSZĘ się trzymać uchwytu i już. Dziecko kilkuletnie już swobodnie UMIE się trzymać i jest w stanie zrozumieć, że autobus/tramwaj trzęsie i może ostro zakręcić lub zahamować.

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • kora3 31.05.16, 13:17
    Wiesz, ale też kiedyś dzieci - te z naszego pokolenia szczególnie były znacznie bardziej samodzielne niż ich obecni równolatkowie. Pamietam, że ja mając 6 lat poszłam do zerówki. Mieściła się w podstawówce opodal dość ruchliwej ulicy. Mama zaprowadziła mnie w pierwszym dniu, na rozpoczęcie roku. Potem cos ze dwa razy babcia czy dziadek (mieszkałyśmy z nimi wówczas), a potem to już sama zaiwaniałam smile Tak samo większość dzieci z klasy, których rodzice zwyczajnie pracowali od 6 czy 7 rano (a szkoła na 8), a dziadków na miejscu nie maili, bo rodzice przyjezdni. Tyle, ze wówczas już 6 latki były dobrze wyszkolone, jak przechodzić przez jezdnie - np.
    Dziś jak widzę także obowiązujące przepisy zabraniają czegoś takiego Vi. Dziecko ma zaprowadzać do szkoły rodzic czy opiekun i je z niej odbierać - nie kojarzę do jakiego wieku, ale takei 6-8 latki - na bank. Gdzież dziś takie małe dziecko standardowe ma klucze od domu, samo pi niego idzie ze szkoły, samo zamyka drzwi, otwiera...Znam 6- latki jeszcze KARMIONE przez rodzicówsmile

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vi_san 31.05.16, 14:02
    Wiesz, niech będzie, że my byliśmy bardziej samodzielni, niż dzisiejsze dzieciaki. I ok, nie było to ani dobre, ani bezpieczne, te "dzieci z kluczem na szyi". Niech będzie, że dziś szkoła wymaga przyprowadzania i odprowadzania w te i we wte. Ok. Ale wątek nie jest o "przepisach szkolnych". A o nadopiekuńczości niektórych rodziców - karmienie sześciolatka się kwalifikuje jako nadopiekuńczość. Podobnie jak nauczenie kilkulatka, że w autobusie czy tramwaju MUSI się trzymać uchwytu - nie jest sadyzmem i znęcaniem się nad dzieckiem, a po prostu wychowaniem. I, skoro ileś roczników wstecz dzieci były w stanie to pojąć - obecne tez by tę trudną sztukę opanowały! Więc jak dla mnie argument, że biedny niuniuś siedmioletni NIE JEST W STANIE się utrzymać w pionie bo tramwajem zarzuciło - jest "z kosmosu" - bo jakoś zwykle ów kilkulatek ma świetną koordynację jeśli idzie o jazdę na rowerze [w tym i po wybojach, tam nim jakoś nie rzuca], deskorolce, łażeniu po drzewach i innych rozrywkach NA KTÓRE MA OCHOTĘ.
    A za moich czasów to był gigant "obciach", że by do szkoły czy ze szkoły odprowadzała mama czy babcia - raz czy dwa - to ok, ale później? big_grin

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • vilez 01.06.16, 16:22
    > A za moich czasów to był gigant "obciach", że by do szkoły czy ze szkoły odprowadzała mama czy babcia - raz czy dwa - to ok, ale później? big_grin

    Dopóki dziecko nie wpadnie pod auto (moje wpadło).
  • kora3 01.06.16, 17:03
    Ok Vil - dlaczego wpadło? Jeśli jechał pijany kierowca, albo zwyczajnie za szybko, to wpadło z jego winy. Tego NIE przewidzisz, tacy ludzie jeżdzą. Na pasach dla pieszych zginela moja kolezanka.
    Ale jeśli Twoje dziecko wtargnęlo pod samochód, przebiegało w niedozwolonym miejscu itd. - to nikt go nie nauczył zachowania właściwego pieszemu, albo nie potrafiło sobie tych zasad przyswoić. Jeśli nie potrafiło sobie przyswoić w pewnym wieku rzecz jasna, to wybacz, ale rodzice powinni to wiedzieć i albo próbować nad tym wraz z dzieckiem i specjalistą popracować, albo zaprowadzać dziecko, skoro nadal nie przyswaja tych zasad.

    Wiem, teraz się pewnie uniesiesz sad Ale tak jest. Są pewne normy wg których dziecko w okrteslonym wieku powinno sobie już to czy tamto przyswajać. Jeśli nie przyswaja, to właśnie być może ma jakąs dysfunkcje. Lub zwyczajnie jest źle wychowywane. I teraz uprzedzając nie pisałam o Tobie, ani nawet nie miałam na myśli rodziców takiego dziecka. Piszac "źle" miałam na myśli coś innego. Moja siostra byłą do pewnego momentu źle wychowywana. We wczesnym dzieciństwie wiele czasu spędzała w szpitalach sad Jej problem wymagał lezenia plackiem, był związany z dużym cierpieniemsad Z uwagi na to, że wówczas były inne czasy nie można było "leżeć" z nią w szpitalu. Była zatem wyizolowana,. cierpiąca i osamotniona. Ale też traktowana szczególnie, gdy przebywała w domu. To w niej wyrobiło określoną postawę, z którą gdy zdrowotny problem ustał , przyszło powalczyć

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • madzioreck 02.06.16, 14:06
    vi_san napisała:

    bo jakoś zwykle ów kilkulatek ma świetną koordynację jeśli idz
    > ie o jazdę na rowerze [w tym i po wybojach, tam nim jakoś nie rzuca], deskorolc
    > e, łażeniu po drzewach i innych rozrywkach NA KTÓRE MA OCHOTĘ.

    Nie odróżniasz dwóch zupełnie różnych sytuacji. Trochę inną kontrolę masz, kiedy sama prowadzisz rower i na tym jesteś skupiona, a inną kiedy jedziesz pojazdem przez kogoś innego i nie skupiasz się na tym, na sytuacji na drodze itd.. Nie znam nikogo, kto w komunikacji miejskiej cały czas trzyma się tak mocno i z uwagą, aby być przygotowanym na gwałtowne hamowanie. Ludzie stoją, gadają, czytają, dzieci paplają i nikt nie trwa w stanie gotowości na hamowanie.
  • pavvka 31.05.16, 14:25
    Wiesz, jeśli o to chodzi, to może faktycznie w tamtym pokoleniu przesadzano z pozostawianiem dzieci samopas (imo dziś przesadza się w drugą stronę, ale to inna historia). Ale stanie w autobusie to nie jest kwestia samodzielności, tylko poczucia równowagi i sprawności ruchowej, a nie ma powodu żeby dzisiejsze dzieci pod tym względem traktować jako niedorozwinięte w porównaniu z tymi sprzed 30-40 lat. Owszem, 2-latek obiektywnie może mieć problem z utrzymaniem równowagi w jadącym autobusie, natomiast pełnosprawny 5-6 latek nie powinien.

    --
    "There's a word for people like that...No, I'm saying, there's a word and I don't know what it is. I'm not being fucking poetic."
  • vilez 01.06.16, 08:07
    Kiedy właśnie dzieci miewają częściej niż dorośli niedorozwój równowagi, i jeszcze i kilka innych aspektów do tego dochodzi (mniejsza waga-łatwiej latają po autobusie przy wstrząsach, mają słabszą orientację, co się w konkrecie dziej- typu: uwaga, zaraz wchodzimy w zakręt, muszę się mocniej trzymać itp). I owszem 5-6 latek może mieć problem.
  • yoma 31.05.16, 17:57
    >Znam 6- latki jeszcze KARMIONE przez rodzicówsmile 

    Istnieją niepełnosprawności, których na pierwszy rzut oka nie widać, a z których rodzice niekoniecznie mają ochotę się zwierzać wszystkim naokoło...

    --
    Najdłuższy miesiąc w roku to trzeci.
  • kora3 01.06.16, 08:47
    Moi Państwo - za czasów mojego i Vi i pewnie jeszcze paru osób dzieciństwa owo "samopas" to nie była niefrasobliwość rodziców, tylko konieczność. Pracowało się od 6-7, szkoła była na 8 (rzadziej 7.30) i nie było możliwości zaprowadzenia dziecka na 5.30 do świetlicy.
    Czy to było złe i niebezpieczne? pewnie - bywało. Teraz są reklamy pt. "Powiedz tak" gdy dziecko pyta czy może samo wyjść na podwórkosmile - przekonywanie rodziców, ze dziecko się bardzo ucieszy, że może. Potem mamy takich jak ja studentów, o których wynikach w nauce dowiaduje się mama, czy tata. Noż ludzie.smile
    Niepełnosprawność?
    Dziecko, które umie śmigać po tablecie, układać klocki itd. nie umie łyzki utrzymać i ubrać się samo? Osobliwa dysfunkcja motorycznasmile Jak ja chodziłam do szkoły to 99 proc. dzieci umiało utrzymać pioro/długopis w ręku, samo założyć kurtke i buty, wiązać te buty itd. Tera dzieci mają takie dysfunkcje, że potrafią obsługiwać tablet, ale nie umieją wiązać butówsmile Tralalalala smile
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vi_san 01.06.16, 10:09
    Dokładnie, Koro. I "za [mitycznych] naszych czasów" też bywały dzieci niepełnosprawne, z dysfunkcjami nie widocznymi na pierwszy rzut oka... I, owszem, tym dzieciom rodzice pomagali w wiązaniu butów, trzymaniu łyżki itd. W przypadku CHOROBY. Niepełnosprawności. Jeśli dziecko nie dałoby rady [fizycznie bądź psychicznie] opanować tych nieskomplikowanych w normalnym układzie czynności. Jednak obecnie mamy rodziców wysyłających za dwudziestoparolatków aplikacje do pracy, mamusie ganiające do profesorów dowiedzieć się o wyniki niuniusia, tatusiów, którzy na kaprys dzieciątka wożą je i odbierają z imprez itede. Czy to znaczy, że w latach szczenięcych nie bywałam na imprezach? Oczywiście że bywałam! Ale po prostu wiedziałam, że w godzinach od ... do ... na komunikację miejską nie mam co liczyć [na taksówki szkoda mi było kasy] więc ALBO wracałam wcześniej [ostatnim kursem], albo czekałam do rana [na kurs pierwszy]. I to pomimo tego, że mój tata miał samochód! Nie przyszłoby mi do głowy że powinien po mnie jeździć, bo ja chcę pobalować! Spaliłabym się ze wstydu, gdyby moja mama dzwoniła czy jeździła do mnie na uczelnię się dowiadywać o cokolwiek! Nie wyobrażam sobie, że któreś z moich rodziców miałoby mi pisać CV czy jeździć je składać do ewentualnego pracodawcy!
    Dokładnie jak piszesz - obecne dzieci mają "dysfunkcje" nie pozwalające zawiązać butów na kokardkę, ale pozwalające śmigać na tablecie, nie pozwalające się utrzymać w tramwaju czy autobusie, ale pozwalające na śmiganie na deskorolce, rowerze czy inne... Jasne, dysfunkcje... big_grin

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • kora3 01.06.16, 10:54
    vi - san założyłam tu kiedyś wątek o tym, ze z dorosłymi dziećmi rodzice przychodzą na ...rozmowy kwalifikacyjne. Oczywiście część mnie wyśmiała, ale czesc - miała podobne doświadczeniasad To smutne, ale taka jest prawda, że część rodziców wychowuje dzieci tak, że są pępkiem swiata i cala reszta musi się do nich dostosować sad
    Ja od moich rodziców wiele w życiu dostałam - przyznaję. Ale nigdy nie uwzałam, ze to mi się należy...Pamiętam jak miałam 17 lat i zrobiłam prawko. Tata dał mi swój samochód stary. Matko, jak się cieszyłam, jaka wdzięczna bylam,. jaka dumna smile A przecież mojego tatę było stać kupić mi nówkęsmile Ale po co? Po co 17- latce na dojazd do szkoły i imprezy nowy samochód? Jasne, gruchota by mi nie dal, bo strach i koszty przecież, ale 6- latek wówczas, zachodni samochód to był luksussmile
    Pamietam moje zdumienie, jak nowo poznana kolezanka powiedziała mi, ze za dobrze zdaną maturę tata zafundował jej wycieczkę zagraniczną. Nie, żeby wycieczka była dla mnie czyms egzotycznym, ale to, ze za maturę - owszem.
    Za dobrze zdana maturę dostałąm smile ...gratulacje. Tak samo za dobrze zdany egzamin na studia. Ojca tamtej dziewczyny rozumiem - jej mama zmarła, gdy była mała i jej rodzeństwo. Ojciec wychowywał dzieci (3) sam z pomocą właśnie starszej córki, był niezamożny i nie mógł jej zapewnić na co dzień tego, co chciałby. Dlatego właśnie postanowił tak nagrodzić corkę. Ja nijakiej nagrody nie dostałam za maturę - zdanie matury i to dobrze było moim obowiązkiem. No, ale też byłam na wycieczce, tej samej smile Byłam, bo moich rodziców było stać ją wykupić, a ja byłam bardzo wdzięczna im i losowi, ze tak jest. Nie uważałam, ze mi się należy. Tamta dziewczyna - także tak nie uważała.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vilez 01.06.16, 16:00
    > obecne dzieci mają "dysfunkcje" nie pozwalające zawiązać butów na kokardkę, ale pozwalające śmigać na tablecie

    Tak, na tym polega część dys... Wiedza się kłania...
  • kora3 01.06.16, 16:15
    Dobra Vil podziel się wiedzą - dziecko umie trzymać długopis/kredkę/ ułożyć klocki/puzzle ale nie umie trzymać łyżki? No weź. Można założyć, ze ma jakiś problem neurologiczny, gdy nie umie trafić tą łyzką do ust. Ale nie ma takiego problemu, bo lizakiem i lodem umie smile
    Po prosru nie ma doświadczenia z jedzeniem sztućcami, bo jest karmione.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vilez 01.06.16, 16:30
    Tak, może nie umieć trafić do ust. Trzymanie kredki może być z tym związane lub nie być. Lizaka i loda łatwiej donieść do ust, niż łyżkę (nie wyleje się). Problem może być ponadto nie tylko w motoryce, ale w innych aspektach (psychologia)- i nie mówię tu o wychowaniu, ale po stronie dziecka.
    Dziecko bez problemów samo chwyci za sztućce lub (prędzej) zje ręką, nie będzie musiało być karmione. A karmione na siłę, odmówi jedzenia. Tak to wygląda. Po prostu nie rozumiesz.

    Ostatni raz: wiedza, Koro. Jest powszechnie dostępna.
  • kora3 01.06.16, 16:45
    Vil - wiedza pewnie jest powszechnie dostępna, ale nie zawsze interesujesz się wszystkim. Ja się stykam raczej z dziećmi niepełnosprawnymi i chorymi - poważnie. Nie miałam interwencji związanej z tym, że gdzieś nie honorują orzeczenia specjalistów o dysfunkcji, czy kierują dziecko do specjalnego ośrodka szkolno - wychowawczego bo nie
    umie wiązać.
    Jestem daleka od stwierdzeń niektórych, że "nie ma żadnego ADHD, tylko rozkapryszone dzieci"smile - na pewno nie raz je słyszałaś. Jest krzywdzące i tyle. Ale podciąganie rozpieszczenia i wyręczania dziecka we wszystkim pod kazdą możliwą dysfunkcję także nie jest rozsądne.
    Są dzieci, które z pewnymi rzeczami sobie nie radzą, bo maja dysfunkcję, są także takie, które tego zwyczajnie nie umieją, bo sa wyręczane przez rodziców. Ot i tyle.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vilez 01.06.16, 10:36
    Czyli dołączyłaś do grona, które mało wie na temat dysfunkcji, ale się wypowie w temacie. Co moim zdaniem kończy temat w zakresie sensownej rozmowy.
    Podpisano: matka dwójki dzieci z dys...
  • kora3 01.06.16, 11:05
    Vilez, ja jako osoba mająca kontakt ze specjalistami od różnych dysfunkcji wiem, że bywają i to takie niewidoczne gołym okiem, ALE jeśli dziecko potrafi śmigać na deskorolce i rowerze to NIR MA zaburzeń równowagi, jeśli potrafi śmigać po tablecie/kompie, pisać, układać puzle, to NIE MA problemu z utrzymaniem łyżki.
    Mam takiego kuzyna, obecnie 40++, który jako dziecko bardzo wielu rzeczy "nie umiał" - nie umoał sobie zrobić kanapki, sprzątać, prać, czyścić butów smile Jest osobą całkowicie sprawna i zawsze tak było. Zwyczajne we wszystkim wyręczali go rodzice, głownie mama. Chłopisko owo mieszkając w akademiku w miescie odległym od jego rodzinnego miasta ok. 50 km co tydzień przywoził sobie z domu pełną wałówę przygotowaną przez matke łącznie Vol z CHLEBEM przez mame zakupiony i POKROJONYM. W nagrodę hehe przywoził mamie co tydzień brudne ubrania - także majtki i skarpety - choć w akademiku były pralni i pralnia w ogóle. Sam się chwali, że on pralek nastawiać nie umie. smile

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • majaa 01.06.16, 13:00
    Ależ Vilez, my tu chyba wszyscy rozumiemy, że są dzieci faktycznie dysfunkcyjne, które potrzebują szczególnego traktowania. Problem jednakże polega na tym, że obecnie takie zachowania, jak opisała Kora spotyka się na tyle często, że trudno uwierzyć, że każdy z tych przypadków jest rzeczywiście dysfunkcyjny. Musisz przyznać, że w sferze wychowania sporo się ostatnio zmieniło i to właśnie niekoniecznie wszystko na lepsze.
  • kora3 01.06.16, 15:01
    O to chodzi Maju. Teksty o dysfunkcjach to czysta demagogia. Bo przecież wiadomo, że rozmawiamy o przeciętnym dziecku, a nie dotkniętym autyzmem, ADHD itd.
    Prosty przykład: jak ja chodziłam do zerówki, czyli miałam 6 lat, to może jedno, albo dwoje dzieci nie umiało wiązać sznurowek. I szybko się nauczyły, bo musiały. Gdy do I klasy jako 6 - latek poszedł mój siostrzeniec nie umiała tego połowa jego klasy.
    I uprzedzając - nie, nie dlatego, by ta połowa była dysfunkcyjna, bo takie dzieci były odraczane "z urzędu" na rok. Po prostu ta połowa nie umiała, bo nie musiała - butki im wiązano i tyle.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vilez 01.06.16, 15:35
    Dzieci "nieprzeciętne" też należą do społeczności. I jest ich znacznie więcej, niż prawdopodobnie Ci się wydaje. Dlatego Wasze komentarze są z rejestru: i straszno i smutno.
    Dziecko wiąże butki niejako naturalnie- nauczy się samo (będzie próbowało). To, które nie wiąże, na 99 % ma dys...
  • kora3 01.06.16, 15:57
    Vil to może wyjaśnij mi jedno: świat idzie z postępem i wiele rzeczy, które dawniej nie były do "przeskoczenia" teraz stanowią niewielki problem. Np. zez.
    I dziwnym trafem 40 lat temu prawie dzieci z dysfunkcja w mej klasie zerowej było na 30 - 2. Dysfunkcja musiała im samoczynnie minąc, jako ze potem juz wiązać umiały.
    Teraz, gdy sa nowoczesne formy terapii/leczenia, rodzice sa światlejsi statystycznie niż wówczas dysfunkcyjnych dzieci na klasę jest połowa. Weź mi to wytłumacz. Tym bardziej, że mowa tu o 6- latkach, które w tym roku szkolnym nie musiały jeszcze obligatoryjnie iśc do szkoły - rodzice mogli wybrać, czy idą jako 6- latki, czy za rok.
    Dzieci, których rodzice zdecydowali, że idą jako 6- latki były poddawane testom na okoliczność dojrzałości szkolnej. Skoro tyle w przeciętnej, bo nie integracyjnej klasie trafiło się dzieci z dysfunkcjami, to kto je u licha dopuścił do wcześniejszego pójścia do szkoły? Przecież testom poddawane były w różnych poradniach i różnych przedszkolach - to nie jest wiejska szkółka w małej miejscowości, ze wszystkie dzieci ten sam zespół specjalistów kwalifikował.
    Wychodzi zatem na to, że paradoksalnie - dziś, gdy o tych dysfunkcjach wiemy i można je poddawać terapii, jest ich znacznie więcej - procesowo na tym przykładzie - 40 lat temu 6,6 proc. - obecnie 50 proc.

    W klasie w średniej szkole miałam kolegę, który na 99 proc. był dyslektykiem. Nie wiem jak on zdał egzamin z języka polskiego do tej szkoły, ale maturę zdał tylko dzięki wielkiemu sercu naszej polonistki. Chłopak ustnie wypowiadał się świetnie, był oczytany, miał ogromny zasób słow, ale pisał koszmarnie. O dysleksji, dysgrafii nikt wówczas nie słyszał smile Nasza polonistka podejrzawała, że ma on właśnie jakąś dysfunkcję i dlatego mu pomogła z tą maturą. Poza nim nikt takich błedów nie robił i wszyscy normalnie zdali mature z polskiego.
    Dziś w klasie syna mej przyjaciółki - technikum elektroniczne, czyli takie jak moje smile na 17 osób w klasie 5 ma orzeczenia o dysleksji, bądź dyskografii. Nirmalnie wysyp nastąpił. 30 kat temu 1 ba 30 ludzi, teraz - 5 na 17.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vilez 01.06.16, 16:10
    Pisałam Ci już o braku rzetelnej wiedzy na ten temat.

    Wyjaśniam, choć sprawy są dość proste:

    1. Kiedyś nie diagnozowano tych problemów, tylko dzieci z problemami traktowano jako mało zdolne lub wprost: głupie. Kierowano do specjalnych szkół, klas lub poddawano ostracyzmowi w normalnej szkole (jako tych głupków).

    2. Niektóre problemy są wyprowadzalne lub częściowo wyprowadzalne, a niektóre nie i nawet najcudowniejsze terapie nie pomogą. Pomoże zmiana stosunku otoczenia, np. zmiana Twoich reakcji na problem.

    Gdy byłam dzieckiem, to w mojej klasie jakaś 1/4 miała albo problemy z czytaniem, z matmą (dziś: dyskalkulia), gimnastyką (zaburzenia motoryki) czy manualne (np. dysgrafia, zaburzenia sensoryczne). Różnego stopnia. Tylko- niezdiagnozowane.

    Dziwię się, że tego nie rozumiesz.
  • kora3 01.06.16, 16:32
    Vil, moje reakcje na takie problemy są ... żadne. Nie mam wśród uczniów, ani studentów nikogo z dysgrafią, czy dysleksją. Gdyby były osoby z takimi orzeczeniami - honorowałabym je i tyle.

    Mam wrażenie, że chcesz mi wmówić, iż zła kobieta jestem. smile No ale dobra - skoro te dwoje dzieci z mej zerówki było "głupkami", to jak to się stało, że rychło nauczyły się te butki wiązać? Bardzo prosto - pewnie tym dzieciakom przy wyjściu z przedszkola mama czy tata wiązali i gitara. W zerówce zajęcia kończyły się wcześniej niż praca rodziców, swietlicy można było siedzieć, nie musiało się. Pani nauczycielka nie asystowała przy ubieraniu się dzieci w szatni. Jak dzieciak nie umiał zawiązać butów, to szedł w rozwiązanych. Było to niewygodne i obciachowe, więc się nauczył.

    Oczywiście teraz uprościłam bardzo smile Nie neguje Vil bynajmniej istnienia dysfunkcji, ale nie znam nikogo, kto trafił do szkoły specjalnej, bo jako 6- latek nie umiał wiązać smile
    Nie sądze tez Vil, by zmiana stosunku otoczenia spowodowała, że osoba która ma trudności z matematyką przestała je mieć.
    Nie wszyscy mamy takie same uzdolnienia - to raz. A dwa - ja sama matematyki nie lubiłam do coś V klasy szkoły podstawowej. Nie miałam większych trudności, ale nie był to mój ulubiony przedmiot. Zmieniła mi się nauczycielka tego przedmiotu i hehe cud. Cud dotknął więcej niż połowe mej klasy. Po prostu babka umiała wytłumaczyć, zainteresować matmą i tyle.

    Poza tym Vil, nie podciągajmy wszystkiego pod dysfunkcje. Są ludzie w dolnej granicy normy intelektualnej i tyle. Nadal sa w normie, ale pewnych rzeczy nie są w w stanie opanować. To smutne i niesprawiedliwe , ale jest faktem i

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vilez 01.06.16, 16:44
    Smutne jest przede wszystkim to, co Ty piszesz. Piszesz bez ładu i składu. Bez znajomości sprawy, za to z uogólnieniami, od których źle się robi.
  • kora3 01.06.16, 16:51
    Vil, no nie przesadzaj smile Temat wątku jest ustępowaniu miejsca dzieciom. Ogólnie, przeciętnemu dziecku. Nie mówimy o dziecku z zaburzeniami równowagi (takie chyba tym bardziej rodzic powinien wziąć na kolana, bo bezpieczniej), z niedowładem nóżek, czy innym schorzeniem//chorobą. Większość ludzi w tym dzieci nie ma dysfunkcji, prawda? Dlatego właśnie dysfunkcje są dysfunkcjami, że są poza normą.
    Zatem skoro mowa o zjawisku polegającym na ustępowaniu miejsca dzieciom, to mowa o statystycznych, przeciętnych dzieciach, a nie szczególnych.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • majaa 02.06.16, 09:49
    Tak, masz rację, to jest i straszne i smutne, że zamiast włożyć trochę wysiłku, poświęcić czas i zachęcić 6-latka do nauczenia się wiązania sznurówek, robi się z niego "dziecko dysfunkcyjne". Ale w końcu od czego są rzepy, prawda?
    Podobnie jest z pieluchami. Jak nie było pampersów, to i sikających w majty 3-4-latków było znacznie mniej. I nie, nie chodzi mi bynajmniej o to, że pampersy to zło i trzeba je zlikwidować. Chodzi tylko o to, żeby nie przeginać pały, że się tak nieelegancko wyrażęwink
  • kora3 02.06.16, 10:08
    W samo sedno Maju, o to mi szło smile
    Vil stara się nas przedstawić jako ciemną masę, która nie pojmuje, że sa różne dysfunkcje itd. To dobry chwyt, ale nie zawsze działa hehesmile
    Dokładnie jest tak, jak piszesz ...

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • majaa 02.06.16, 10:44
    Cóż, trochę już żyję na tym świecie, Korciu, i tzw. metoda zawstydzania nie robi na mnie wrażeniawink
  • kora3 02.06.16, 10:56
    Rozumiem smile
    Inna sprawa, że mnie niezwykle irytują ludzie zaprzeczający, że różne dysfunkcje, bo "za moich czasów tego nie było" . Vol przegina w drugą stronę wg mnie- dziecko jest rozpieszczone, rozkapryszone, mało samodzielne bo wyręczane - zaraz dotknięte dysfunkcja. smile

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • majaa 02.06.16, 11:05
    Mogę się tylko pod tym podpisaćsmile
  • kora3 02.06.16, 11:13
    smile tak mi się przypomniałosmile Syn mojej koleżanki - obecnie dorosłe chłopisko bo 25 - letnie, jako uczeń klasy I szkoły podstawowej niezwykle rozrabiałsad Na lekcjach olewał wszystko i malował sobie coś tam itd.
    Koleżanka urodziła bo młodo, no w wieku 19 lat, wykształcenia pedagogicznego nie miała, netu wówczas nie było. Teraz pewnie uznano by go za wyjątkowo dysfunkcyjne dziecko, a on się zwyczajnie nudził. smile idąc do szkoły umiał już czytać i pisać, znał cyfry i podstawowe działania matematyczne. Pozbawianie literek i cyferek niemożebnie go nudziło i dziecko zajmowało się - całkiem logicznie zresztą - czymś innym, bo zwyczajnie to już umiało. Po konsultacjach ze specjalistami dzieciaka przeniesiono klasę wyżej - dysfunkcja ustała jak reką odjął smile

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • agulha 04.06.16, 01:18
    A propos dzieci dysfunkcyjnych. W dalszej rodzinie jest mężczyzna upośledzony w stopniu średnim. To znaczy, że jest znacznie gorzej niż np. w zespole Downa. Kiedy był młodym chłopakiem, jego ojciec bardzo cierpliwie i długo go uczył - aż nauczył, choć nikt w to nie wierzył - posługiwać się zegarkiem. W sensie, że Jurkowi można było powiedzieć, żeby wrócił z podwórka o czwartej, i on umiał odczytać, że to już jest właśnie ta godzina.
    Dziecko dysfunkcyjne też można uczyć samoobsługi, a nawet trzeba.
  • kora3 04.06.16, 09:04
    Agulho - masz rację, ale niektóre rzeczy bywaja przez dziecko niepełnosprawne czy dysfunkcyjne bardzo trudne do opanowania, albo wręcz niemożliwe do opanowania przez to konkretne dziecko.
    Tylko, że w tym wątku argumentacja dotycząca dysfunkcji jest czysto demagogiczna. A to dlatego, że wątek jest o ustępowaniu miejsca w komunikacji zbiorowej DZIECIOM. Nie - rodzicom/opiekunom z dzieckiem, tylko dziecku.
    To, ze obecnie znacznie częściej niż kiedyś rodzice traktują dziecko jak półboga i wymagają tego od otoczenia jest faktem. Podobnie jak faktem jest, iż dzieci są obecnie znacznie mniej samodzielne niż kiedyś.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • yoma 02.06.16, 15:39
    >Dziecko, które umie śmigać po tablecie, układać klocki itd. nie umie łyzki utrzymać i ubrać się samo? 

    A tak. Porażenie mózgowe w stopniu lekkim plus zaburzenia karmienia i już, niestety, trzeba karmić, choć klocki ułożyć umie. Doprawdy nie dziwiłabym się pani Ziucie spod piątki, że ulega stereotypom, ale komuś wykonującemu tak długo taki zawód jak Kora się dziwię.

    --
    Najdłuższy miesiąc w roku to trzeci.
  • kora3 03.06.16, 09:08
    Podobnie jak na Majke, nie podziała na mnie "zawstydzanie" - dobrze wiesz o czym pisałam - o całkiem SPRAWNYCH dzieciach, które rodzice wyręczają wskutek czego dziecko w wieku lat 6 nie umie się samo ubrać, nie umie samo posługiwać się sztućcami, nie umie wiązać butów.
    Zatem może napiszę wprost: porozmawiajmy o statystycznym dziecku, a nie o sparaliżowanym, bezrękim, beznogim, niewidomym, głuchym itd.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • yoma 03.06.16, 09:56
    Nie, droga Koro. Pisałaś, ze złośliwym uśmieszkiem satysfakcji, że TY widziałaś 6-letnie dzieci o zgrozo karmione przez rodziców. Jeśli nie pamiętasz, co sama napisałaś, to sprawdź.

    Po tylu latach w twoim zawodzie powinnaś już wiedzieć, że rzeczy niekoniecznie są takie, jakimi się wydają. I bardzo cię proszę, abyś zamilkła na temat różnych niedociągnięć zdrowotnych u ludzi. Albowiem wiesz guzik.

    --
    Bo nie poradzisz nic bracie mój, gdy na tronie siedzi...
  • kora3 04.06.16, 07:13
    Tak, potwierdzam zanm takie dzieci i jako, e znam też rodziców to wiem, iż te dzieci nie są niepełnosprawne czy nie mają żadnych problemów z dysfunkcjami.
    Sama tu kiedyś założyłam watek o babci udającej, że jej cos około wówczas 6- letni wnuk nie ma żadnych problemów - a miał. Dziecko nie umiało wielu rzeczy, które umie przeciętny 6- latek i to był fakt.
    Ja natomiast pisałam o dzieciach zdrowych Yomo.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • kora3 04.06.16, 09:28
    babyonline.pl/jak-nie-popsuc-dziecka-mowi-psycholog-prof-anna-brzezinska,problemy-wychowawcze-artykul,17674,r1p3.html
    Osobliwe, bo jest chyba fachowcem - polecam lekturęsmile Tu też ciekawa statystyka smile
    www.edziecko.pl/rodzice/56,79361,12334806,17-dzieci-nie-moze-bawic-sie-w-berka,,7.html
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vilez 04.06.16, 10:58
    Miałam już z Tobą na ten temat nie rozmawiać, ale ... ze względu na osobę autorki artykułu (prof. A.B.) która jest moją znajomą wiem, jakie ma poglądy na temat.
    Zatem, gdzie widzisz w jej wywodach odnośnik do Twoich bredni na temat dzieci dysfunkcyjnych albo o jeździe w autobusie? Bo zapewniam Cię, że Twoje poglądy to przeciwny biegun względem poglądów AB.
  • kora3 04.06.16, 11:16
    Vilez - w tym wątku jest "podwatek" dotyczący NIESAMODZIELNOSCI dzieci - ogólnie. To co mówi pani profesor zdaje się potwierdzać tezę, że brak pewnych umiejętności u dzieci w pewnym wieku świadczy o braku samodzielności tychże spowodowanej tym, że rodzice je w nich wyręczają, a nie dysfunkcjami.
    Naturalnie nie oznacza to, że dysfunkcje nie występują - występują, ale równolegle ze zwyczajnym brakiem samodzielności. Prosto mówiąc pani profesor dostrzega problem braku samodzielności i nie "podciąga" go pod dysfunkcje.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 06.06.16, 23:35
    Koro to, ze kiedys popelniano bledy (6 latki sa za male na przechodzenie po ruchliwej ulicy bez opiekuna, u mnie prawie 5latka przechodzi przez ulice, ale niezbyt ruchliwa) to nie znaczy, ze mamy je kontynuowac. To ,ze cos robili nasi rodzice, to nie znaczy, ze z automatu bylo dobrze.
  • kora3 07.06.16, 11:00
    Milu, to ze nasi rodzice tak a nie inaczej robili wynikało nie z błędnego podejścia, a bardzo często z konieczności zwyczajnie. Tam skąd pochodze Milu, czyli na Śląsk w czasach mego zdzierstwa przyjeżdżało bardzo wielu ludzi by się tam osiedlić, zyc i pracować. Ówczesne państwo - prawda - starało się zapewnić im lokum i inne rzeczy typu szkoła, przedszkole żłobek, ale one powstawały później niż osiedla. W efekcie trudno było o miejsce w przedszkolu, bo "stare" czyli takie na osiedle rdzennej ludności nie miało miejsc dla dzieci z kilkunastu wieżowców nowego osiedla. W szkołach dzieci uczyły się i na 3 zmiany, bo szkoła też nie miała miejsca.
    Pracę się zaczynało od 6 lub 7, a szkolła była przeważnie na 8. Na babcie czy dziadka dziecka nie można było liczyć, bo mieszkali daleko, na sąsiadkę też nie, bo na ogół była to też dzieciata i pracująca osoba, a instytucja niani niemal wówczas nie istniała. Dlatego właśnie rodzice dzieci z naszego pokolenia tak robili, jak robili - klucz na szyję, żeby dziecko nie zgubiło, obiad w szkole itd.
    No nie był w większości ich wybor, tylko konieczność Milu. Dziś rodzice także pracują, ale godziny pracy sa inne, przepisy inne, w szkołach i przedszkolach zwykle mało dzieci, którym nauczyciele mogą w związku z tym posiwecac więcej czasu i uwagi.
    Ale co widzę odmiennego bardzo: mianowicie wówczas dzieci miały jakieś obowiązki zwyczajnie: 10- latek bez trudu sam się mył i ubierał, am robił sobie kanapki do szkoły, bo i sam do niej wychodził. To, ze sam szedł po ulicy było niebezpieczne i przez to złe, ale to, ze sam wykonywał wspomniane czynności to było akurat dobrze. Tak samo dobrze było, ze taki dzieciak miał obowiązek przykładowo odkurzyć całe mieszkanie nim poszedł na podwórko.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 11:24
    Dzis tez dzieci maja swoje obowiazki. Moja prawie 5 latka sobie sama robi kanapki, musi posprzatac, tak jak jej kolezaznki i koledzy gdy do nas przychodza. Widze, ze niektore sprzataja automatycznie (znaczy w domu tez to robia) a niektore sie probuja migac. Nie widze jakiegos jednego powszechnie obowiazujacego kierunku w tej kwestii. Jedni rodzice dbaja o to a inni nie.
    Kiedys tez tak bylo. Rodzice byli rozni. Jak wspomnialam sama nie musialam nic robic. Matka wolala sama wszystko zrobic, bo predzej, bo lepiej, bo wygodniej.

    Zgadzam sie, owczesny samopas wsrod dzieci czesto byl koniecznoscia, ale niestety najczesciej niefrasobliwoscia w obecnym rozumieniu. Taki okres przechodni po epoce w ktorej dziecmi sie w ogole nie zajmowano, tylko powolywano je na swiat i tak sobie przez ten swiat przechodzily tylko w nielicznym procencie docierajac do doroslosci a obecnym trendem sprawowania rzeczywistej opieki (dochodzacej w skrajnych przypadkach do grubej nadopiekunczosci). Nasi rodzice jeszcze nie wiedzieli , ze dzieckiem mozna i nalezy sie lepiej zajac.
    Jak juz tak sie dzielimy historyjkami to niedawno ogladalam program kryminalny z bodajze 1975czy 6 roku. Seryjny morderca,pedofil wzial 2 letnie dzieck z piaskownicy i zabil. Odrazu wspolczesnym ludziom rodzi sie pytanie, jak to wzial dziecko z piaskownicy, a gdzie rodzice. Pan policjant odrazu dopowiedzial, ze dziecko znajdowalo sie po opieka matki (ulga) , ktora w tym czasie znajdowala sie ... we wlasnej kuchni na ktoryms pietrze bloku i od czasu do czasu zerkajac na ta 2 latke z okna kuchni. W owczesnym rozumieniu to byla opieka, dzis na matce nie pozostawiono by suchej nitki. Ten przyklad obrazuje podejscie owczesnych rodzicow, nie zwiazane z koniecznoscia, a raczej brakiem wiedzy i umiejetnosci przewidzenia konsekwencji.
  • kora3 07.06.16, 12:05
    Widzisz Milu, ja jakkolwiek nie mam dzieci, wiec nie można mi zarzucić bycia nadopiekuńczą matką, to nie wyobrażam sobie, bym pozostawiła w piaskownicy 2 -latka mając z nim jedynie kontakt wzrokowy co jakiś czas przez okno. Nie pamiętam też, by mojej matce przyszło do głowy tak się "zajmować" moją 2- letnią siostrą. Ba, nie przypominam sobie, by takie maleńkie dzieci KTOKOLWIEK pozostawiał same.
    Inna sprawa, że to może kwestia ze tak powiem topografii. U nas piaskownica i cały plac zabaw był usytuowany w środku mniej wiecej osiedla, dość daleko od poszczególnych bloków. Nie było technicznej możliwości, by matka mogła zerkać na dziecko. Ale szzerze to nawet matkę, która tak sprawowałaby opiekę nad 2- latkiem patrząc z okna swego domu na swój ogrodzony ogród uznałabym za nieodpowiedzialną i to skrajnie. Pedofil dziecku by nie groził pewnie, ale inne realne niebezpieczeństwa tak.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 13:44
    Ale pleciesz Korcia.
    NIKT (prawie nikt) we wspolczesnym swiecie nie zostawilby 2 latka samego w piaskownicy i lecial obiad pichcic. Jesliby to zrobil, to spotkaloby sie to z powaznymi konsekwencjami prawnymi.
    Ale kiedys nasi rodzice (w sensie pokolenie, a nie twoi czy moi) takie mieli podejscie. Wydawalo im, ze pozostawienie 2 latka samego i tylko na niego spogladanie od czasu do czasu to juz opieka. Co potwierdzil owczesny policjant wyrazajac sie w taki sposob jak zacytowalam, ze "dziecko pozostawalo pod opieka matki, ktora w tym czasie przebywala w kuchni i od czasu do czasu zerkala przez okno". Taka byla mentalnosc pokolenia naszych rodzicow.

    Na litosc Korcia, ja tez sobie nei przypominm zeby ktos kiedys zostawil malenkie dziecko samo np. w piaskownicy. A wiesz dlaczego? Bo sama bylam dzieckiem i mnie to po prostu nie interesowalo, nie kodowalam swiata z punktu widzenia doroslego (o laboga jakies dziecko bez opieki). W piaskownicy interesowal mnie piasek i lopatki a nie obserwacje czy jakies dziecko jest samo.
  • kora3 07.06.16, 14:18
    No dobra dobra Milu - jak miałas 2- latka to niewiele wiedziałaś jeszczesmile Ale pomysł sobie, źe jak moja siostra miała 2- latka, to ja miałam 8 prawie. Więc już doskonale pamiętam jak było i nie przypominam sobie by tak malutkie dziecko rodzic zostawiał samo w piaskownicy, albo nawet pod opieką starszego rodzeństwa. Owszem, moja siostra zostawala pod moja opieką gdy miała lat 5-6, a ja 11-12 - czyli już byłam duza i samodzielną dziewczynką. Ale 2- latki w zyciu by mi 8- latce matka nie powierzyła ....

    Swoją drogą wiesz, jak tak teraz analizuję, to w tamtych czasach na moim osiedlu, to trudno byłoby takiemu pedofilowi zawinąć takie dzieciatko, nawet gdyby matka tak zrobiła któraś, jak tamta. A to dlatego, że dzieci były niejako "pod opieką" sąsiadów. W tamtych czasach panie z pokolenia mojej babci na ogół nie pracowały i jak pamiętam często wysiadywały wspólnie na ławkach na skwerach, czasem z jakąś robótką reczną, czasem ot tak pogadać z sąsiadkami. W TV wówczas gie co było, a taka pani w adekwatnym do mego obecnego wieku smile już na ogół babcią była, ale nie zaraz staruszką. Tak siedząc panie te miały oko na swoje wnuczeta, ale i zwyczajnie na maluchy od sąsiadów. Już widze, ze przychodzi obcy gośc, bierze dziecko sąsiadki, a one - nic. Natomiast rzecz inaczej się miała na osiedlach tych nowych - tam mieszkali ludzie przyjezdni, z reguły pracujący wszyscy, słabo się znający. I tam pewnie łatwiej do takiej sytuacji mogło dojść, niż pod slaską kamenicą, gdzie się ludzie znali "od zawsze"

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 14:24
    Ty sobie nie przypominasz ale za to dobrze pamietaja o tym kroniki policyjne. I skonczmy ta dyskusje.
  • kora3 07.06.16, 14:46
    Ale c to jakies nagminne było Milu? Te pedofilskie ataki? No właśnie NIE i nie dlatego wcale, żeby wówczas zjawisko pedofilii jako takie nie istniało. Po prostu moja droga problemu ze tak powiem nie eksponowano. Bo miał w oczach opinii publicznej dotyczyć zgniłego Zachowu, a nie zdrowych społecznie krajów KDL

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 15:13
    Nie wiem czy nagminne bo w przeciwienstwie do ciebie ja bylam zajeta piaskiem, wiaderkiem i lopatka a nie skanowaniem rzeczywistosci oczami doroslej.

    Wiem tylko tyle, ze teraz normalna matka nigdy by swojego 2 letniego dziecka samego w piaskownicy nie zostawila. A wtedy tak sie stalo, calkiem normalna matka tak zrobila. A potem policjant swoja wypowiedzia jedynie zaswiadczyl, ze w owczesnym czasie taka byla wlasnie norma.
  • kora3 07.06.16, 15:28
    No to ja ci powiem - sama zetknęłam się z pedofilem mając lat 6. I owszem bawiłam się wówczas z moją kuzynką pod jej blokiem, a mama z ciotka były u ciotki w domu. Kuzynka po cos poszła do domu, a ja zostałam pilnować zabawek. Podszedł jakiś mężczyzna, którego pamiętam do dziś - był wysoki, młody, ciemnowłosy, dość niestarannie ubrany i miał w torbę czymś wypchaną. Powiedział mi, żeby poszła z nim do piwnicy, bo tam czeka na mnie tatuś. I tu ukłon w strone mojej mamy smile - bo na tyle na ile umiałam zrozumieć tłumaczyła mi, że mam NIGDY z NIKIM nigdzie w ustronne miejsca nie chodzić, nawet z kims kogo znam, a dopiero z obcym. Nie dac się zwabić na żadną zabawkę, ani smakołyk i zawsze w takiej sytuacji uciekać, a gdyby mnie ktoś trzymał głosno wzywać pomocy. Poza tym jeszcze wiedziałam, że mój biologiczny tata nie żyje i nie przyjdzie już, ani do piwnicy, ani nigdzie. To było w biały dzień, sporo ludzi się tam kręciło po osiedlu, wiec gośc siłą nie miał za bardzo szans mnie zaciągnąć do tej piwnicy. Powiedziałam typowi, żeby poczekał, że wezme tylko coś dla tatusia z domu i pognałam do mieszkania ciotki. Obie wraz z moją mamą po mej opowieści natychmiast zdecydowały się iść na milicje, ale nie trza już było, bo mieszkającego obok milicjanta po służbie zaalarmował jego nastoletni syn, który widział całą scenkę. Ale nie byłam na te okolicznośc przesłuchiwana i moja mama także nie. Nie wiem zatem jak się sprawa dla owego pana skończyła.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 16:04
    Dobrze, ze wszystko sie dobrze skonczylo.
  • kora3 07.06.16, 16:47
    Dobrze i niedobrze Milu - bo skoro nie musiałam zeznawać, ani moja mama, to znaczy kochana, że sprawie ukręcono łeb. Nastoletni syn milicjanta owszem widział, że obcy pan mnie zaczepia, ale nie był blisko i nie mógł wiedzieć i zeznac co on do mnie mówił, prawda? Mam niestety przekonanie, że gościowi przegrożono, żeby sobie dał spokój z zaczepianiem dzieci i tyle. Może dał, a może wykorzystał jakieś dziecko ze swego najbliższego otoczenia, z rodziny. To wcale nie jest rzadkie.
    A ze takim sprawom ukręcano łeb to wiem z mojego drugiego kontaktu z pedofilem. To był znajomy mego dziadka jeszcze z młodości, nieco odeń młodszy.Gośc miał zonę i dość sporo dzieci. Bywał u dziadka czasami, kiedy i ja z siostrą byłyśmy. No i razu pewnego mając 11 lat przyszłam ze szkoły po drodze zabierając siostrę z przedszkola i poszłam do dziadka na obiad. Dziadek gdzies na chwile musiał wyjść, ale ja już duza byłam, nie było problemu. I przyszedł do dziadka ów człowiek. Wpuściłam go, bo znajomy dziadka no i dziadek zaraz miał wrócić. Zaprosiłam pana do pokoju, moja siostra bawiła się w drugim. Gdy chciałam wyjść, bo co 11 - latka miała do gadania z powiedzmy 40 -letnik kolegą dziadka, pan mi zagrodził drogę i próbował obmacywać, wyrwałam mu się i tak mnie ścigal dookoła stołu, wreszcie złapał i usiłował sięgnąć pod bluzke. Musiał być bardzo zdeterminowany, bo przecież wiedział, że dziadek zaraz wróci, powiedziałam mu to przy jego wejściu. Poza tym wiedział, ze nie zamknęłam drzwi na klucz. No i pod ta bluzką nie miał czego szukac, zaczęłam się dość poźno rozwijać płciowo (genetyka). Zaczełam się z nim szatotać już na serio i wołac moja siostrę. Ta przybiegła, zobaczyła niecodzienną scene i rozdarła się ale tak na maksa. Po prostu wrzeszczała. Jej krzyk zwabil sasiadke zza sciany, która bez pukania weszla do domu dziadka. Zapytała "Co pan tu robi, dlaczego Kora płacze, a K. krzyczy?" , a gośc na to nie wiem do widzenia i poszedł sobie. Nadszedł dziadek, ja płakałam, sąsiadka opowiedziała o krzykach i dziwnym zachowaniu gościa. Dziadek był opanowanym człowiekiem, ale wtedy był na maksa wqrzony. Zostawił mnie z sasiadką i wyszedł. Gdy wrócił powiedział mi, żebym temu człowiekowi nigdy nie mówila dzień dobry, nie odzywała się doń, nawet gdyby on próbował, pod zadnym pozorem z nim nie rozmawiała i nigdy mu nie otwierała drzwi. Po tym zdarzeniu rozmawiała ze mną długo mama i kolezanka mamy po fachu tez. A gościa nigdy jakoś później nie spotkałam. W kilka lat po tym zdarzeniu z klepsydry dowiedziałam się o jego zgonie. Miałam coś 17 czy 18 lat. I dopiero po śmierci tego gada dziadek mi powiedział, że był wówczas na milicji. No i co? I nic Milu..- Dzieci czasem wymyslaja. No tak sasiadka slyszałą, ale w sumie tylko wrzaski, dziewczynkom nic się nie stało, no dobrze porozmawiamy z nim, będziemy mieć na oku. O i tyle. Typ dziadka mego unikał i cześć. ale diabli wiedzą, czy nie skrzywdził jakiegoś dziecka, choćby nawet swojego, miał jedną coreczke młodsza ode mnie cos 2 lata, albo jakiegoś z dalszej rodziny, z sąsiadów. Już się nie dowiemy

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 19:28
    No widzisz Korciu, takie to byly te "wspaniale" czasy, ludzi "super kulturalnyc", ak wspaniale nas kultury uczacychh. Teraz przynajmniej nikt by sprawie nie probowal lba ukrecic (no chyba zeby chodzilo o jakas miejscowa szyche ale i na to sa sposoby, zawsze mozna ze sprawa zapoznac taka Korcie i jej kolegow a szychy jednak negatywnego rozglosu medialnego sie boja). Dzis nikt by nie mial sumienia (jakby nei mial w tym interesu) zeby ukrecic leb sprawie, bo ludzie maja swiadomosc, ze taki niedoszly pedofil jednej na szczescie nic nie zrobil ale juz drugiej dziewczynce moze sie nie udac, a ta druga rownie dobrze moze byc corka takiego policjanta.
    To byly duzo bardziej dzikie czasy, wbrew wspomnieniom wiekszosci teskniacej za czasami z dziecinstwa.
  • kora3 08.06.16, 08:00
    Milu, ale nikt z nas nie miał wpływu na aparat państwa - zrozum. Takim sprawo ukręcano łeb, bo chodziło o propagandę - państwo socjalistyczne miało być wolne od takich zboczeń jak pedofilia. To nie mój dziadek czy mama przecież sprawę olali, tylko państwo. To było działanie nie oddolne, a odgórne.

    Nie tak dawno, pare lat temu Milu wybuchła wielka wrzawa i niestety nagonka, także w mediach sad na sąd, który w trybie szybkim postanowił o umieszczeniu dziecka w pogotowiu opiekuńczym czy rodzinie zastępczej.
    Historia wyglądała tak, że dziewczynka w przedszkolu malowała dziwne rysunki przedostające małą postać z głową pomiędzy nogami dużej. Na pytanie kto jest na rysunku dziecko wskazywało, ze ono o "dada" - tak mówiło na dziadka ze strony matki,z którym miało czesty kontakt. Przedszkolanka słusznie i przytomnie zgłosiła sprawę organom scigania. I teraz powiesz pewnie - I bardzo dobrze, ze teraz tak jest.

    Dobrze, dobrze. Sprawą zajął się sąd i nakazał matce (o ojcu nie było, matka i dziecko mieszkało z partnerem matki, nie miał do dziecka praw), by na czas wyjaśnienia sprawy izolowała dziecko od dziadka. Nie było to jakies trudne, bo nie mieszkał z nimi, ale mamusia nie zastosowała się do nakazu sądu, bo ona nie wierzyla, ze jej ojciec mógłby robić krzywdę jej dziecku. Piecze nad sprawą miał oczywiście kurator i powiadomił sąd, że zakaz kontaktu z dziadkiem nie jest respektowany. Sad wydał postanowienie o czasowym umieszczeniu dziecka poza rodziną i postanowienie to wykonano.
    I się zaczęło Milu sad bezduszny sad zabiera dziecko matce!!! Z przykrością stwierdzam, ze w tej manipulacji uczestniczyły media sad Sąd wcale nie był bezduszny, tylko matka kretynka. Sąd nakazał izolację dziecka od dziadka do czasu wyjanienia sprawy. Było to łatwe i wykonalne, ale mamusia nie posłuchała, bo nie wierzyla, ze jej ojciec mógłby robić takie coś. No to sąd zgodnie z prawem postanowił co postanowił. No to sąd bardzo jest zły i bezduszny Milu.
    Kolejny przykład to niepełnosprawny chłopiec w podobnym trybie umieszczony poza rodziną. matka od 11 roku zycia mająca "objawienia" czytaj - chorobę psychiczną. Widuje zmarłych, anioły, Matkę Bozą, swietych. Jej mąż, ojciec dziecka nie widuje, ale w objawienia żony wierzy. W szkole zwracają uwagę na dziwne opowieści dziecka, bo ono też ma szczepione, ze mama widzi to i owo. Sad i nakaz podjęcia leczenia psychiatrycznego. Zignorowany nakaz, bo pani uważa się za zdrową sad No to postanowienie o umieszczeniu poza rodziną. I masz - wrzawa - sad bez serca odebrał dziecko matce, bo jest religijna. Nie do diaska - odebrał, bo jest chora psychicznie i nie chce się leczyc! Jakby ta kobieta widywała kosmitów, krasnoludki itd. to dawno by ja maz próbował ubezwłasnowolnić z pozytywnym skutkiem. Ale ze MB i anioły, to jest religijna, no wolne żarty smile I tu też wymuszono na sadzie, by dzieciak wrócił do rodziny , do chorej matki, która niszczy mu zycie.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 08.06.16, 21:15
    Juz mnie akurat nie musisz tlumaczyc co potrafia zrobic dziennikarze. Prawie zawsze przedstawiaja sytuacje taka - jaka nie jest. Albo w pogonie za sensja, albo z glupoty i niecheci do zrozumienia czegokolwiek. Pracowalam kiedys w sadzie ktory glownie zajmowal sie sprawami medialnymi.
  • kora3 09.06.16, 06:09
    Milu, ale tu nie idzie o dziennikarzy, a o podejście społeczeństwa. Kiedyś bagatelizowano sprawy pedofilii, vo tak działało państwo ODGÓRNIE - w naszym pięknym zdrowym socjalistycznym społeczeństwie nie ma pedofilii. A już szczególnie w rodzinach. Teraz sprawa wygląda jeszcze bardziej schizofrenicznie - dziecko przytuliło się do wujka - wujek molestuje, ALE jak można izolować dziecko od dziadka który BYĆ może naprawdę molestuje? To mamusia decyduje czy molestuje - paranoja

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 09.06.16, 22:19
    Spoleczenstwo nie wie jak sprawa wyglada, dowiaduje sie od dziennikarzy, a dziennikarze sa rozni, niektorzy licza na latwa i szybka sensacje.
  • kora3 10.06.16, 06:37
    Milu, nie zwalaj wszystkiego na dziennikarzysmile W opisanych sprawach ja byłam społeczeństwem, czyli odbiorca informacji, a nie dziennikarzemsmile I co? I to, że jakos pomimo tego, że czesc mediów przedstawiała je jak przedstawiała jakos umiałam wyłowić z nich fakty: dziwne rysunki, prawidłowa reakcja przedszkola, prawidłowe zachowanie sądu, niestosowanie się do nakazu sądu, konsekwencje i NIEPAWIDLOWA reakcja społeczna.
    W tym przypadku media na szczęście niektóre smile nie szukały sensacji, tylko dostosowały się do chórku "dziecka nie wolno zabierać rodzinie" ...


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 10.06.16, 23:27
    cyt."W tym przypadku media na szczęście niektóre smile nie szukały sensacji, tylko dostosowały się do chórku "dziecka nie wolno zabierać rodzinie"

    Czyli tak jak napisalam albo z powodu poszukiwania sensacji, albo z glpoty. W podanym przez ciebie przykladzie byla to glupota dziennikarska.
  • kora3 11.06.16, 07:30
    To się nazywa Milu politpoprawność - jest w narodzie "mądrość" pt. "najlepiej zawsze i wszedze jest dziecku w rodzinie biologicznej" oraz druga "osoba mająca odjazd na tle religijnym to święta krowa" - a reakcja społeczna na opisane sprawy jest tylko pokosiem tych postaw

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • agulha 08.06.16, 00:28
    Podoba mi się Twój słownik hihihi. Zupełnie serio mi się podoba. Te "czasy Twojego zdzierstwa". smile smile
  • kora3 08.06.16, 08:03
    Qtcze, ja na serio nie wiem skad ten słownik to bierze smile Sam "se" poprawia hehe

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vi_san 08.06.16, 16:17
    Słowniki w telefonach to w ogóle rozrywka - mi ostatnio poprawił "cuda" na "Buckingham"...

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • minniemouse 09.06.16, 01:47
    kora3 napisała:
    Qtcze, ja na serio nie wiem skad ten słownik to bierze smile Sam "se" poprawia hehe

    Korciu, a nie mozesz sobie zainstalowac takiego programu gdzie tylko podkresla bledy
    na czerwono (czy jaki tam kolor ma dany program), a ty juz sama wybierasz wlasciwe?
    to w sumie zaoszczedza czasu i nerwow.

    Minnie





    --
    Ludzie lubią komplikować sobie życie, jakby już samo w sobie nie było wystarczająco skomplikowane.
    Carlos Ruiz Zafón
  • madzioreck 02.06.16, 14:01
    vi_san napisała:

    nijak się nie telepali, że może chroń Bóg upadnę! Byłam nau
    > czona, że MUSZĘ się trzymać uchwytu i już. Dziecko kilkuletnie już swobodnie UM
    > IE się trzymać i jest w stanie zrozumieć, że autobus/tramwaj trzęsie i może ost
    > ro zakręcić lub zahamować.

    Do niedawna myślałam tak samo. Do czasu, kiedy (rok temu) przeżyłam takie hamowanie autobusu (ktoś zajechał mu drogę), że osoby stojące (i trzymające się poręczy) po prostu pofrunęły do przodu i upadały jedna na drugą. Gdyby było tam jakieś dziecko, mogłoby tego nie przeżyć. Skończyło się przyjazdem pogotowia. Nie byłabym więc taka pewna, że świadomość, że "trzeba się trzymać" u 5-latka cokolwiek pomoże przy gwałtownym hamowaniu.
  • kiwaczek69 02.06.16, 16:38
    Moja teściowa w efekcie takiego właśnie hamowania złamała nogę.
    Ja sama, kiedy jeszcze jeździłam komunikacją (a jeździłam bardzo dużo, także z dziećmi) zaliczyłam kilka takich hamowań, w których małe dziecko samodzielnie stojące z cała pewnością przeleciałoby przez cały autobus i mogłoby się to bardzo źle dla niego skończyć. I nijak to się ma do świadomości, że trzeba się trzymać - przeciętny 5 latek, nie mówiąc już o młodszym dziecku, po prostu nie ma wystarczająco dużo siły, żeby w takiej sytuacji zachować równowagę, choćby i się starał.
  • pavvka 02.06.16, 17:02
    Dziecko może i ma mniej siły, ale też i mniej masy do utrzymania i niżej położony środek ciężkości. W związku z tym po pierwsze działa na nie mniejsza siła kiedy autobusem rzuca, po drugie jeśli nawet się przewróci, to poleci z mniejszą siłą i z mniejszej wysokości, po trzecie kości też ma mniej łamliwe niż osoba starsza.

    --
    I am not a vegetarian because I love animals; I am a vegetarian because I hate plants. - A. Whitney Brown
  • madzioreck 02.06.16, 17:43
    pavvka napisał:

    > Dziecko może i ma mniej siły, ale też i mniej masy do utrzymania i niżej położo
    > ny środek ciężkości. W związku z tym po pierwsze działa na nie mniejsza siła ki
    > edy autobusem rzuca, po drugie jeśli nawet się przewróci, to poleci z mniejszą
    > siłą i z mniejszej wysokości, po trzecie kości też ma mniej łamliwe niż osoba s
    > tarsza.

    Mhm, a jak przygniecie je z dużym impetem troje czy czworo dorosłych, to w czymś mu ta mniejsza masa pomoże? Złamania to naprawdę nie jest najgorsze obrażenie, jakie można odnieść w takich sytuacjach.
    W sytuacji, o jakiej pisałam, na "kole" autobusu wylądowało kilka osób, które wcześniej "przeleciały" 2-3 metry.
  • vi_san 02.06.16, 17:21
    I sądzisz, że w przypadku takiego hamowania dziecko siedzące na krześle nie poleci do przodu i nie wyrżnie buźką o oparcie fotela przed nim wybijając sobie ząbki, rozwalając łuk brwiowy tudzież nie zjedzie z tego krzesełka lecąc na ziemię i łamiąc sobie rączki i nóżki?
    Mogę cię zmartwić - wypadki się zdarzają. Kilka tygodni temu mój jadący jak najbardziej przepisowo kolega został niemal "zmiażdżony" przez jadącego na "późnym żółtym" tira. Wylądował w szpitalu i jaki z tego wniosek?

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • madzioreck 02.06.16, 17:38
    vi_san napisała:

    > I sądzisz, że w przypadku takiego hamowania dziecko siedzące na krześle nie pol
    > eci do przodu i nie wyrżnie buźką o oparcie fotela przed nim wybijając sobie zą
    > bki, rozwalając łuk brwiowy tudzież nie zjedzie z tego krzesełka lecąc na ziemi
    > ę i łamiąc sobie rączki i nóżki?

    Pomyśl chwilę: lepiej, żeby dziecko wybiło ząbki, rozwaliło łuk brwiowy, złamało nóżki i rączki, czy żeby zostało zmiażdżone przez 3-4 dorosłych, którzy z impetem na nie upadli? Pomyśl! Nie sugerowałam nigdzie, ze siedzenie chroni przez wszelkimi urazami i że da się zrobić tak, żeby hamowanie było bezszkodowe!
  • vi_san 02.06.16, 17:52
    No a teraz sama pomyśl - słowo, to nie boli! - poleciało na siebie 4 - 5 osób. Ktoś się potłukł, ktoś skręcił nogę, ktoś złamał rękę. Ile było trupów? Zapewne gęsto walały się dookoła owego pojazdu? No, chyba jednak nie... No to może gdyby jakieś dziecko akurat ultrapechowo stało i wszyscy ci dorośli specjalnie właśnie na nie polecieli - to też jednak miałoby nikłe, ale szanse przeżycia? Wypadki są niebezpieczne. Dla wszystkich pasażerów kierowców. Są. Ok, nie powinny mieć miejsca. Ale bywają.
    I na koniec mam jedno pytanie: wiadomo, że osoby starsze mają dużo bardziej kruche kości i dużo trudniej znoszą urazy niż dzieci. Kto ci daje prawo do oceny, że LEPIEJ by dzieciątko się nie poobijało, a że czyjaś 75 letnia matka/babcia się połamie to już ci wisi?

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • kiwaczek69 02.06.16, 19:12
    75-letnia osoba jest na tak samo uprzywilejowanej pozycji jak małe dziecko i nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie od niej wymagał zwalniania miejsca. Ma za to pełne prawo podejść do osoby zajmującej miejsce dla osoby uprzywilejowanej i o zwolnienie go poprosić, tak jak ja to czyniłam wielokrotnie. Może nawet bez ryzyka poprosić o miejsce jakiekolwiek i na podstawie swoich doświadczeń twierdzę, że w znakomitej większości przypadków to miejsce otrzyma. Co jej zresztą nie uchroni w 100% przed skutkami niebezpiecznego hamowania - moja teściowa nogę złamała mimo tego, że miała miejsce siedzące, z którego podczas tego hamowania po prostu spadła. I oczywiście dziecko siedzące jest także narażone - moje własne zresztą doznało właśnie rozcięcia łuku, siedziało u mnie na kolanach i podczas ostrego hamowania uderzyło głową w kasownik. No, ale wolę jednak rozcięty łuk niż ewentualny lot po autobusie zakończony przygnieceniem przez kilka ciężkich osób dorosłych.
  • madzioreck 02.06.16, 21:50
    Kiwaczku, próżny trud, vi_san nie zrozumie, za to jeszcze ze 3 razy przekręci Twoje słowa.
  • kora3 04.06.16, 07:21
    A gdyby Twoje dziecko siedziało samo, a nie na Twoich kolanach, to jak myślisz: jego obrażenia byłyby większe, czy mniejsze?
    Przecież cały ten watek nie jest o ustępowaniu miejsca rodzicom/opiekunom z dzieckiem, tylko samemu DZIECKU. W sensie dorosły wstaje z miejsca i zajmuje je dziecko - solo.
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • madzioreck 02.06.16, 17:39
    Rozumiem, że jakbyś miała kogoś reanimować, to byś nie reanimowała, bo żebra można połamać... taka logika.
  • vi_san 02.06.16, 17:46
    Ok, koniec dyskusji, bo ty i tak już wiesz, że ja bym z kałasza dobiła. I to zarówno dzieci jak i dorosłych. big_grin

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • madzioreck 02.06.16, 21:53
    vi_san napisała:

    > Ok, koniec dyskusji, bo ty i tak już wiesz, że ja bym z kałasza dobiła. I to za
    > równo dzieci jak i dorosłych. big_grin
    >
    No skoro uważasz, że wybicie ząbków jest gorsze od przygniecenia z ogromną siłą, to tak właśnie myślę. Co tam życie, żeber szkoda.
  • vi_san 03.06.16, 10:26
    Ostatni wpis, bo średnio ci idzie czytanie ze zrozumieniem. Ile razy słyszałaś o dzieciach, które miły żywot straciły przygniecione przez pięcioro dorosłych, którzy upadli w wyniku gwałtownego hamowania? Podkreślę - zginęły nie w wyniku wypadku, katastrofy w ruchu lądowym, a PRZYGNIECENIA przez inne osoby, które na to dziecko upadły? No bo ja jakoś, cuda, pani kochana - ani razu.Natomiast o zdarzeniach typu "dziecko przy gwałtownym zakręcie/hamowaniu zjechało z krzesełka i się potłukło/połamało" - i owszem, bywało. Wypadki się zdarzają - i są niebezpieczne, zarówno dla dzieci jak i dorosłych, zarówno dla pasażerów jak i kierowców, zarówno dla siedzących jak i stojących.
    A na koniec - jakoś jak miałam lat kilka nikomu z dorosłych nie przyszłoby do głowy ustępować dzieciakowi miejsca, ba, moi [patologiczni zapewne] rodzice uczyli mnie, że to JA mam ustępować. Poruszałam się komunikacją miejską, autobusami, tramwajami, stałam trzymając się uchwytów i jakoś byłam w stanie opanować trudną wiedzę, że jeśli się NIE BĘDĘ trzymała - to upadnę i potłukę sobie co nieco. Owszem, nauczyłam się tego po tym, jak zajęta głupotami nie zauważyłam zakrętu i poleciałam na podłogę tramwaju. A moi [patologiczni zapewne] rodzice, zamiast rozpaczać, ze ich dziecko mogło zginąć marnie i żądać od wszystkich, żeby natychmiast ustąpiono miejsca siedzącego - skwitowali to spokojnie "Gdybyś uważała nic by się nie stało!". Podkreślę dla nie umiejących czytać - nie mam na myśli dziecka niepełnosprawnego, z dysfunkcjami ruchowymi bądź psychicznymi uniemożliwiającymi mu przyswojenie zachowań prawidłowych. Mowa o dzieciach zdrowych, pełnosprawnych, które po prostu są przez kochające mamunie traktowane jak centrum wszechświata. A potem, wspomniane mamunie są zwykle zdumiona, że 15 - 20 letni buc siedzi na odwłoku i nie ruszy by starszej osobie ustąpić. A czemu miałby cokolwiek, skoro całe życie to JEMU wszyscy mieli ustępować?

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • madzioreck 03.06.16, 14:30
    vi_san napisała:

    > Ostatni wpis, bo średnio ci idzie czytanie ze zrozumieniem.

    To podobnie jak Ty. Wyraźnie napisałam, ze myślałam tak samo, póki nie przeżyłam takiego hamowania, że żadne trzymanie się nie pomogło. Przeżyjesz, zrozumiesz.
  • vi_san 03.06.16, 15:13
    Zrozum: w przypadku TAKIEGO hamowania - to niezależnie czy się stoi czy się siedzi krzywda może się stać. I dziecko siedzące na krzesełku pod wpływem szarpnięcia może wyprysnąć i rąbnąwszy główką w kasownik też ponieść śmierć na miejscu. Albo o oparcie siedzenia przed nim. Natomiast proszę, podaj mi statystykę, ile dzieci ZGINĘŁO [czyli poniosło śmierć!] w wyniku "przygniecenia" przez kilkoro dorosłych przewróconych w wyniku ostrego hamowania? Jeśli podasz jeden taki przypadek - to sukces. Przypomnę tylko, że to TY twierdzisz, że kilkoro dorosłych przewróconych z nagła może zmiażdżyć dziecko na śmierć, ja o takim przypadku nie słyszałam...
    A dla twojej informacji: TAKIEGO hamowania nie przeżyłam nigdy, za to przeżyłam kilka innych. I jakoś nie potwierdzają twojego mniemania.

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • kiwaczek69 03.06.16, 15:19
    Vi_san, a jak często podróżowałaś komunikacją miejską mając małe dziecko/dzieci pod opieką?
  • milamala 06.06.16, 23:31
    Vi san dziekuj Bogu, ze zylas co tu ukrywac w dosc niszowym srodowisku, gdzie dzieci sie nie bilo.
    Ja tam od kilkulatkow nie oczekuje zeby mi miejsca ustepowali.
    Za to mialam sytuacje oto taka, ze jechalam z moja wowczas 2.5 letnia corka, autobus zajety byl prawie caly przez grupe nastolatkow. Zaden nie ustapil miejsca (2.5 latek jeszcze sie sam nie trzyma, ja musialam corke trzymac i siebie.) i wiesz co, cala ta grupa byla pod opieka nauczycielki, na oko dziewczyny w moim wieku. Myslisz, ze ruszyla glowa owa pani nauczycielka i cos powiediala tym dzieciakom. Miala to w doopie. Jak widac nasze pokolenie tak rzekomo swietnie wychowane (mamusia mowi: wstan to wstaje) chyba takie swiete nie jest.
  • vi_san 06.06.16, 23:52
    A z ciekawości - kto wychował [albo raczej wyhodował] tą grupę nastolatków? Bo jakoś jestem przekonana, że właśnie takie mamusie, które "szanują prawa dziecka" [cudzysłów nie przypadkowy!], i które swojemu dzieciątku nigdy - przenigdy nie kazałyby ustąpić, bo jeszcze paniątko by nóżkę skręciło... To i się paniątko nauczyło, że od siedzenia to jest ono, a reszta? A co je obchodzi reszta? W tym i ty i twoje dziecko...
    Ja bym miejsca ustąpiła - podkreślam, żeby nie było, że "zmieniam front" - 2,5 letnie dziecko jeszcze za pewnie na nóżkach nie stoi. Ale już gdyś weszła z sześcio - siedmiolatką - nie widziałabym powodów, żeby wstawać.
    I żeby nie było - nie twierdzę, że "nasze" pokolenie jest całe świetnie wychowane. Gdyby było - nie mielibyśmy teraz tylu młodych [nastoletnich] bufonów, którzy uważają się za pępek świata i klękajcie narody. Twierdzę jednak, że w "naszym" pokoleniu znacznie częściej można się zetknąć z ustępowaniem miejsca, niż wśród młodych, którzy wychowani w poszanowaniu dla WYŁĄCZNIE swoich praw - nie dostrzegają nikogo.
    Nie wiem też na ile moje środowisko było "niszowe" - wychowywałam się w "stoczniowych" blokach w Trójmieście, nie sądzę, by akurat ten krąg był jakoś "niszowy". Owszem, moi rodzice - to nauczyciela, ale i u sąsiadów, wśród kolegów, koleżanek ze szkoły itp - były pojedyncze, sporadyczne wypadki bicia dzieci. No, dobra, klaps [też bicie!] się zdarzał, w sytuacjach "podbramkowych" [np. przyłapanie naszej "paczki" zimą na przechodzeniu po lodzie na drugi brzeg Wisły!], ale też nie jako "metoda wychowawcza".
    A, i jeszcze dla jasności - jestem jak najbardziej zwolenniczką "szanowania praw dziecka" jako po prostu człowieka. Ale poszanowania praw, z zachowaniem praw innych ludzi! Czyli wolność i prawa dziecka kończą się tam, gdzie się zaczyna wolność i prawa innego człowieka. A tak abstrahując od ustępowania miejsca w zbiorkomach, a pozostając w temacie wychowywania - ostatnio jedna moja znajoma usłyszała, że swojej córce zafundowała traumę i depresję, złamała jej życie i osobowość, bo... Trzynastolatce KAZAŁA zmyć po śniadaniu kubek i talerz! Po śniadaniu, które ta trzynastolatka zjadła. Jeden kubek po herbacie i jeden talerz po kanapkach. Doprawdy, psycholog niezbędny, bo dzieciątko się nie pozbiera z podłości matki...

    --
    Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie - Terry Pratchett "Pomniejsze Bóstwa"
  • milamala 07.06.16, 09:48
    Vi san juz teraz sobie przypomnialam, kiedys na tym forum toczylam burzliwa dyskusje na temat: jak to kiedys bicia i klapsa prawie nie bylo - BO U MNIE NIE BYLO.
    Poczytaj pewien watek z pewnego forum, niech Ci sie naswietli, jak bardzo sporadyczne bylo bicie dzieci w owym okresie. Rodzina nauczycielska niczym sie nie roznila. W moim bloku najczesciej pani nauczycielka chodzila w koszuli nocnej wraz ze swoja wowczas mala coreczka, bo bala sie wrocic do domu w ktorej krolowal pijany jej maz - lekarz weterynarii. Na schodach pijany najczesciej lezal pan operator kamery miejscowego oddzialu telewizji. A sasiad ojciec kolezanki - matematyk liceum prawie nie wracal trzezwy po pracy do domu. Nie miej zludzen co do wyjatkowosci rodzin nauczycielskich.
    Zapraszam do lektury, moze i Tobie sie oczy otworza, jak kiedys mnie. Uczestniczylam w jakies internetowej dyskusji na temat przemocy w szkole. Twierdzilam, ze za moich czasow dzieci byly jakies spokojniejsze, nei byly takie wredne i agresywne, nie dokuczaly rowiesnikom. Wtedy ktos mi odpowiedzial; jesli ktos twierdzi, ze w owych czasach nei bylo przemocy wsrod dzieci, to oznacza to tylko tyle, ze sam nie byl ofiara przemocy ani przemocowcem.
    I wiesz co ... dotarlo do mnie.

    forum.gazeta.pl/forum/w,567,90595799,90595799,Bite_dzieci_dwadziescia_lat_pozniej.html
  • kora3 07.06.16, 10:03
    Ok, kiedyś przemoc domowa była bardziej widoczna i miała też tzw. przyzwolenie społeczne oraz także o zgrozo przyzwolenie państwa.
    Pamiętam, jak mój dziadek wezwał milicję, że u sąsiadów słychać płacz dzieci i kobiety i odgłosy przemocy. Uslyszał, ze się młode małżeństwo dociera, a dziadek niech się nie wtrącasad Nie sądz jednak, że teraz przemocy domowej nie ma - niestety jest, choć jest na nią mniejsze przyzwolenie społeczne i państwo za nią każe.
    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • milamala 07.06.16, 11:00
    No Kora, rany boskie, gdzie ja napisalam, ze teraz przemocy nie ma. Wrecz przeciwnie napisalam wyraznie, ze przemoc jest, ale teraz sie ja ukrywa, bo lud juz wie, ze to przestepstwo.
  • claratrueba 31.05.16, 15:35
    Byłam w podstawówce czyli było to latach 70tych ubiegłego wieku, kiedy podobną scenę opisała "Nasza Trybuna" a w nast. wydaniu ukazało się sporo listów od czytelników o treści uderzająco podobnej do tej dyskusji.
    Czyli temat też był aktualny, też bulwersujący. Czyli nie było to ani wtedy, ani teraz zachowaniem powszechnym, bo rzeczy powszechne nikogo nie bulwersują.
    Nie zgadzam się z przekonaniem o jakiejś rażącej i powszechnej niezaradności, schamieniu dzieci. Po prostu dzięki mediom mamy więcej wiadomości o jakichś bulwersujących przypadkach niż wtedy, kiedy skazani byliśmy na własne obserwacje i papierowe gazety, których czytelnictwo nie było wysokie.
    Po prostu zawsze byli ludzie, którzy potrafili swoje dzieci wychowywać i tacy, którzy nie potrafili.
    I zawsze były generalizacje o upadku wychowania- Katon Starszy to w VII w.p.n.e. o tym pisał (potem to trzeba było tłumaczyć na lekcjach łaciny- i zawsze "było aktualne"!).
  • vilez 31.05.16, 21:34
    Mityczny "złoty wiek", czyli "za moich czasów..." wiecznie żywe smile
  • kora3 01.06.16, 08:55
    Nie lubie Vil "za moich czasów" udawanego. Że wówczas wszystko było le4piej, fajniej. Ale tu sa fakty. Producent serków i jogurcików puszcza reklamę "Powiedz tak" - powiedz tak, gdy dzieciak chce sam wyjść na podwórko itd. To jest dramat Vil.
    Ja mam na bieżąco kontakt z młodymi i obcymi mi ludźmi - studentami i uczniami. O wyniki w nauce części z nich, co w sytuacji studenta uważam za zgroze, informują się poza wywiadówkami (w przypadku uczniów) rodzice. Dzieci sa coraz bardziej "male" - 15-latek "nie umie" zrobić sobie kanapek smile - jeśli jest pełnosprawny nie ma takiej opcji - zwyczajnie mu się nie chce. Mnie też się w tym wieku nie chciało smile - tylko jak sobie nie zrobiłam - nie miałam, bo matka poszła do pracy i tyle.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vilez 01.06.16, 10:42
    Ja też na bieżąco kontakt z młodymi ludźmi, ba- całe życie zawodowe go mam. Dzieci własne mam. I widzę, jak ta rozmowa robi się i straszna i śmieszna.
  • kora3 01.06.16, 11:09
    I co nie dostrzegasz różnicy pomiędzy standardem wychowania i samodzielnością dzieci kiedyś i dziś?
    Za czasów mej młodości było nie do pomyślenia, by rodzice STUDENTA kontaktowali się z wykladowcą ws. wyników nauki swego DOROSŁEGO dziecka. Teraz to jest dość powszechne! Mam takie doświadczenia ja, ale mają tez inni prowadzący zajęcia. Tu też wspominało o tym pare osób.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • claratrueba 01.06.16, 12:54
    Koro, nie było i nie ma standardów wychowania. Słowo "maminsynek" to nie jest wymysł naszych ("strasznych") czasów, bardzo dobrze takich pamiętam ze swoich lat szkolnych i ich mamusie. Tych "normalnych" to nie zawsze pamiętam- bo to tak działa.
    Odwiedzam swoje dawne osiedle- nadal dzieciarni na ogródku jordanowskim nie brakuje. Nadal dzieciaki z podstawówki jeżdżą na obozy harcerskie a obozy militarne, survivalowe i temu podobne wakacje dla "tych współczesnych niezaradnych dzieci" to musiałam rezerwować dla swojego syna zimą bo za dużo chętnych, za mało miejsc.
    Od 22 lat mam okazję obserwować rozwój, wychowanie sporej grupy rosnącej wraz moim synem- są ofermy, są przeciętnie zaradni, są "kozacy" jeżdżący w dzicz z plecakiem, są i tacy, którzy od 15-15 roku życia zasuwają w wakacje na budowach, od pierwszego roku studiów idą do pracy. A z "rozpieszczoną mimozą niezdolną do życia" w podstawówce to właśnie niedawno się spotkałam- teraz ten młody człowiek 24 letni jeździ po Azji "czym się da", robi setki kilometrów na piechotę i ma własną firmę.
    Nie, Koro, nie ma "standardowego wychowania" i nie ma "standardowego młodego człowieka" dokładnie tak samo jak nie ma "standardowej matki/ojca".
    Poza jednym- standardem w czasach moje podstawówki było bicie dzieci. Do tego stopnia, że kłamałam, że "dostaję lanie" (żebyśmy nie wyszli na "dziwną rodzinę"). W dostałam (w twarz) raz- od nauczycielki. I fakt, że mój ojciec zainterweniował to była sensacja. Bo przecież to "normalne, ze nauczyciel bije". Widzieliśmy to codziennie. Może dlatego słowa "spier.." nie słyszał zbyt często.
    Pierwszy artykuł potępiający bicie, który czytałam (a czytałam prasę bardzo regularnie) pojawił sie w "Polityce" w drugiej połowie lat 80-tych. Do dzisiaj go pamiętam jako "wielką nowość"- nawet tytuł "Wychowanie przez pranie".
    To akurat JEDYNA zmiana w wychowaniu, którą naprawdę widzę. I bardzo mnie cieszy.
  • kora3 01.06.16, 14:45
    Claro smile przewidziałam argument o biciu n postów temu smile
    Uprzedzając - nie jestem za biciem kogokolwiek, dzieci zaś szczególnie. Nie byłam bita w domu, w szkole - też nie, ale o przypadkach bicia przez nauczycieli - słyszałam -raczej z czasów wcześniejszych niż moja własna edukacja.

    Jasne, maminsynki są w każdym pokoleniu i nie wszystkim to zostajesmile Ale zdania mimo to nie zmieniam - obecnie znacznie więcej rodziców traktuje dzieci jak półbóstwa niż kiedyś i od otoczenia takiego ich traktowania wymaga.

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vilez 01.06.16, 15:40
    Ty widzisz "półbóstwa", a inni widzą: szacunek dla dziecka. Ot, różnica mentalna.
    Najbardziej mnie jednak dziwi Twoja skłonność do używania klisz. Oczy przecieram, bo miałam Cię za osobę jednak bardziej... hm.. odporną na klisze.
  • kora3 01.06.16, 16:06
    vilez napisała:

    > Ty widzisz "półbóstwa", a inni widzą: szacunek dla dziecka. Ot, różnica mentaln
    > a.


    No tak - różnimy się mentalnie. Dla mnie szacunek dla dziecka nie przejawia się w służeniu mu, tylko traktowaniu poważnie jego potrzeb, ale nie na zasadzie zaspo0kajania ich przez dziecko KOSZTEM innych. Np. dziecko siedzi, a babcia stoi smile

    > Najbardziej mnie jednak dziwi Twoja skłonność do używania klisz. Oczy przeciera
    > m, bo miałam Cię za osobę jednak bardziej... hm.. odporną na klisze.


    Nie bardzo zrozumiałam - serio


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • agulha 04.06.16, 01:29
    Co do tego bicia, to naprawdę jestem zdziwiona. Poszłam do szkoły podstawowej w roku 1974. Połowę podstawówki chodziłam do szkoły muzycznej (tj. ogólnokształcącej muzycznej), drugą połowę do normalnej rejonowej. Bicia dzieci sobie nie przypominam. Raz była jakaś historia, że pan od ZPT pociągnął za ucho jakiegoś kolegę i/lub rzucił kluczami w chłopców - była wielka afera. A propos interwencji, gdyby jakikolwiek nauczyciel ośmielił się mnie uderzyć, to nie wiem, czy wyszedłby żywy z rąk mojej matki albo mojego ojca, chociaż generalnie nie należeli oni do typu rodziców wiecznie biegających do szkoły (na wywiadówki chodziło któreś z nich, o ile pamiętam, i tyle).
  • vilez 01.06.16, 14:10
    Dostrzegam, że standardy wychowania poszły w górę. NA szczęście. Traktowanie dzieci też jest lepsze.

    Oczywiście, że kiedyś było częstsze, że rodzice studentów kontaktowali się z uczelnią w sprawie nauki swych dzieci, niż dziś. Mam doświadczenie, mój mąż również. Dopiero teraz studenci "pracują" za dorosłych. Kiedyś to nie tylko rodzic, ale nawet rektor/dziekan i inne takie persony wnikały w życie osobiste studentów, dziś tego nie ma.
    Wybija Ci ciągle mityczne "za moich czasów". Z akcentem na mityczne w sensie: nieprawdziwe.
  • kora3 01.06.16, 14:48
    Wybacz Vilez, ale zwyczajnie nie wierze smile Może Ty i mąz mieliście jakieś wyjątkowe szczęście heh trafiać na tych kontaktujących się z uczelnią rodziców. smile Ani ja ze studenckich czasów nie mam takich doświadczeń, ani moja matka, ani nikt z teraz "przesłuchanych" na szybko moich współpracowników w wieku od 50+ do 35 +. Wszyscy pytani o takie coś otwierają oczy szeroko ze zdumienia. smile

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • claratrueba 01.06.16, 15:20
    Koro, pracowałam na uczelni (podłej, ale jednak wyższej) kilka lat temu przez 3 semestry, miałam i mam kontakt z innymi wykładowcami. Nigdy nie słyszałam o kontaktowaniu się rodziców.
    Nie twierdzę, że to się nie zdarza.
    Podobnie jak nie twierdzę, że samoloty nie spadają. Choć głównie o takich się mówi.
    O "powszechności" czy nawet tylko "częstości" jakiegoś zjawiska mogą wypowiadać się ci, którzy mają do czynienia z odp. dużą liczbą osób z jakiejś grupy wiekowej, środowiskowej czy zawodowej. Inaczej to jest dyskutowanie o "przypadkach" a nie "zjawiskach".
  • kora3 01.06.16, 15:32
    Ależ Claro, ja Ci wierzę, ze się z tym nie spotkałaś - ja owszem. I* pare osob tu tez wspomniało o tym zjawisku. Tymczasem za czasów moich studiów nie było takich nawet przypadkow! Niczyim rodzicom nie przyszłoby do głowy iśc do wykładowców się informować, czy pisać do nich np. maile. Jasne, to nic strasznego zaraz dla takiego prowadzącego zajęcia,. ale mega obciach! smile

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vilez 01.06.16, 15:31
    To, że nie wierzysz, to już świadczy tylko o Tobie. Tak jak świadczą generalizacje o dys...

    Tak, mieliśmy z tym do czynienia. Kiedyś. Dziś już nie. I to jest właśnie ta zmiana.
    Zwyczajnie nie masz doświadczenia, my - mamy.
  • kora3 01.06.16, 15:36
    No może i doświadczenia nie mam Vil. Co prawda skończyłam jedne studia i drugie, a teraz mam ułamek etatu na uczelni i prowadzę zajęcia dla młodzieży w szkole (pozalekcyjne). Jak ja studiowałam niczyim rodzicom nie przyszłoby do głowy przyjść na uczelnię i informować się u wykładowców o wyniki swego dorosłego dziecka.
    Teraz nierzadko rodzice się w takiej sprawie kontaktują, owszem, ten kontakt jest łatwiejszy, bo można mail napisac zamiast przychodzić i być może to tychże zachecasmile Ale nie jest to wcale rzadkie, choć hehe jako osoba bez doświadczenia zapewne mogę się mylić smile

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vilez 01.06.16, 15:45
    To jest kwestia faktów- nie masz tego doświadczenia (nie uczyłaś powiedzmy 20-30 lat temu). A jednak śmiesz pisać do osób, które to doświadczenie mają: "nie wierzę". Coraz bardziej mnie zadziwiasz (sv)...

    Obecnie (powiedzmy ostatnie 10 lat) żaden rodzic studenta nie skontaktował się z nami. A uczymy studentów wielu wydziałów. Studenci wszystko załatwiają sami.
  • kora3 01.06.16, 16:10
    vilez napisała:

    > To jest kwestia faktów- nie masz tego doświadczenia (nie uczyłaś powiedzmy 20-3
    > 0 lat temu). A jednak śmiesz pisać do osób, które to doświadczenie mają: "nie w
    > ierzę". Coraz bardziej mnie zadziwiasz (sv)...


    No wówczas ja nie uczyłam, ale przecież wówczas ja studiowałam smile
    >
    > Obecnie (powiedzmy ostatnie 10 lat) żaden rodzic studenta nie skontaktował się
    > z nami. A uczymy studentów wielu wydziałów. Studenci wszystko załatwiają sami.


    No widzisz Vil, a do mnie czasem piszą rodzice studentow. Nie tylko do mnie - uprzedzając - bo z ciekawości pytałam o takie doświadczenia innych prowadzących zajęcia. Tu też parę osob przy okazji innego watku pisało, że ma teraz podobne doświadczenia. Uprzedzając - mnie to jakos szczególnie nie przeszkadza - odpisanie na mail to pare chwil.


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vilez 01.06.16, 16:26
    Jeśli dobrze widzę, to nikt poza Tobą nie pisze o takim doświadczeniu- że rodzice studentów do niego piszą.

    Gdy byłam studentką, to też nie pisali do mnie rodzice innych studentów. Zasadniczo rodzice pisali do wykładowców/władz uczelni.
  • kora3 01.06.16, 16:35
    vilez napisała:

    > Jeśli dobrze widzę, to nikt poza Tobą nie pisze o takim doświadczeniu- że rodzi
    > ce studentów do niego piszą.


    Napisałam Ci przecież - pare osob wspomniało o tym przy okazji INNEGO watkusmile - kiedyś
    >
    > Gdy byłam studentką, to też nie pisali do mnie rodzice innych studentów. Zasadn
    > iczo rodzice pisali do wykładowców/władz uczelni.


    W celu? Nie spotkałam się z takim przypadkiem jako studentka. No pewnie, że profesor by mi się nie zwierzył z tego, ale asystent już tak smile


    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • vilez 01.06.16, 16:39
    W innych wątkach ... w tym wątku piszą Ci dwie osoby, że się z czymś takim nie spotkały.

    W celu takim, że pisze się do przełożonego dziecka, a nie- kolegi.

    Asystent by Ci się zwierzył albo i nie zwierzył, bo i niby czemu miałby Ci zwierzać sprawy innych osób.
  • kora3 01.06.16, 17:12
    Oj Vil, przecież asystentami zostawali nasi starsi koledzy nie? Po prostu się gadało, a poza tym było się ciekawym jak to jest być "po tamtej stronie" czyli zamiast studentem - pracownikiem uczelni. Był nim też mój eksmąż - wiele opowiadał o pracy wtedy, ale też nie wspomniał o takim przypadku.
    Weź pod uwagę to, że to głownie asystenci (magistrzy i doktorzy) prowadzili zajęcia, na których oceniało się na bieżąco - ćwiczenia i laboratoria np. - w przypadku moich studiów. Profesorowie prowadzili wykłady i oceniali podczas egzaminów.


    Inna sprawa, ze wówczas komórki były rzadkością, a i dostęp swobodny do netu - też. Taki rodzic musiałby się pofatygować na uczelnię. Teraz nie musi.

    Jasne, nie wykluczam, że w jakiejś ekstremalnej sytuacji tacy rodzice się fatygowali - nie wiem - ktoś został ich zdaniem niesłusznie skreślony, czy co tam. To i pewnie do dziekana/rektora. Ale o dowiadywaniu się o wyniki w nauce studenta nigdy nie słyszałam wówczas. A sporo miałam znajomych pracujących wtedy na uczelniach - nie tylko mojej pierwszej

    --
    Korcia
    "droga ekspresowa do serca faceta nie wiedzie wcale przez żołądek...Jest hmmm nieco poniżej .. na mapie- oczywiście smile"
  • donna_moderna 01.06.16, 10:08
    Miałam raz taką sytuację: wsiada do tramwaju babcie ok. 70-tki i dzieciak z plecakiem, może z 11 lat. Ja grzecznie wstaję i mówię: proszę, tu jest wolne miejse. A babcia podziękowała i mówi do młodego, żeby sobie usiadł. Zagotowło się we mnie, ale co zrobić? W ten sposób wychowamy sobie pokolenie totalnych ignorantów i egoistów, ale co ja tam wiem...
  • kiwaczek69 02.06.16, 13:13
    Przyznam, że czytam ten wątek z zażenowaniem oraz dużym niesmakiem. Dawno nie spotkałam się z taka ilością krzywdzących stereotypów tudzież takim brakiem zrozumienia dla drugiego człowieka lub choćby chęci wykazania tego zrozumienia - a to wszystko okraszone protekcjonalnym tonem co poniektórych "fachowców" od wychowywania dzieci i sprawowania nad nimi opieki. W zdumienie wprawia mnie chórek krzewicieli mitu złotego wieku, tych wspaniałych czasów, gdy dzieci wychowywało się na samodzielnych, zaradnych, empatycznych i zupełnie nieroszczeniowych osobników - czego oni sami są najlepszym dowodem - bo na przykład nie marudzili na 6-letnie zachodnie auto z okazji zdania egzaminu na prawo jazdy, jak również nie oczekiwali specjalnych nagród za zdanie maturybig_grin Co ma w rzeczy samej szczególną wartość w sytuacji, gdy dobra dostępne dla innych tylko wyjątkowo i w postaci owej nagrody ma się po prostu w zasięgu rękibig_grin

    Tak się składa, że mam córkę maturzystkę, z prawem jazdy. Z okazji zdania egzaminu na prawko córka otrzymała od nas prawo do korzystania z naszego samochodu w sposób nie kolidujący z potrzebami pozostałych użytkowników - czyli trzeba się dogadać; i na dodatek trzeba też czasem zatankować. Z okazji zdanej matury opłacimy jej kurs, który umożliwi córce dorabianie sobie w wakacje oraz w trakcie studiów. Wśród znajomych córki jakoś nie widzę wysypu kosztownych prezentów z okazji matury, widzę natomiast, jak sobie młodzież zagospodarowuje te najdłuższe w życiu wakacje i właściwie każde z nich część tych wakacji przeznacza na pracę zarobkową.
    Dam sobie głowę uciąć, że miejsca w tramwaju też ustępująsmile
    Moje córki w każdym razie ustępują, choć gdy były małymi dziećmi, ustępowano im (a w zasadzie nam) miejsca. A jeśli nie ustępowano, to podchodziłam do miejsca przeznaczonego dla matki z dzieckiem i prosiłam o ustąpienie - nigdy nie spotkałam się z negatywna reakcją na taka prośbę.
    I bywało, że sadzałam dziecko, a sama stałam - chociażby w okresie, gdy byłam w ciąży. Nie chciałam ryzykować uderzenia w brzuch podczas ostrego hamowania, już nie wspominając o tym, że z większym brzuchem trudno było się zmieścić (dodam, że dla postronnego obserwatora mój brzuch ciążowy nie był taki oczywisty, mam taka budowę, że mogłam być po prostu wzięta za kobietę o pełniejszych kształtach).
    Albo gdy miałam torbę z zakupami - o wiele wygodniej było mi posadzić dziecko i położyć mu torbę na kolanach albo choćby na podłodze pod nóżkami dziecka (jeśli była cięższa), niż sadowić się, pakować dziecko na kolana i torbę gdzieś upychać.
    Dlatego przychylam się do zdania niektórych uczestników wątku, aby pozwolić matce zagospodarować ustąpione przez siebie miejsce w sposób najbardziej dla niej dogodny. I niekoniecznie od razu wyciągać wnioski, że oto matka wychowuje roszczeniowego chama, sadzając go na ustąpionym miejscu. Może właśnie kiedyś powie temu dziecku - gdy byłeś mały, ustępowano Ci miejsca po to, abyś był bezpieczny. Teraz pora na Ciebie - ustąp tym, którym trudno jest stać albo może to być dla nich niebezpieczne w razie ostrego hamowania.
    Ja matce z małym dzieckiem ustępuję zawsze, pomna własnego doświadczenia. Moje córki nauczone przeze mnie też to robią.






  • vilez 02.06.16, 15:41
    Dziękuję Ci za ten wpis. Lżej mi się zrobiło smile