Re: Filh.Łódzka-Niezwykły Volodos i świetny Priet
To wrzucam swoje trzy grosze na ten sam temat
To już moje czwarte z Wołodosem spotkanie - ale pierwsze, gdy
gra z orkiestrą (Filharmonii Łódzkiej, pod dyrekcją Carlosa Miguela
Prieto). Specjalnością tego pianisty są utwory wirtuozowskie, ale
nie tylko. Ostatnia płyta CD to program wyłącznie lisztowski, zaś
ostatnia rejestracja (na DVD, w wiedeńskim Musikverein) jeszcze nie
ukazała się - jest praktycznie powtórzeniem jego zeszłorocznego
koncertu na festiwalu w Dusznikach (cudem jakimś szklarze duszniccy
nie zarobili po tym koncercie grosza; byłem, słyszałem, ociupinkę
przygłuchłem). Swoją sprawnością budzi i podziw i respekt, ale
szukam w jego pianistyce - nie powiem, z pewną trudnością - pewnej
delikatności, poezji, czegoś - tu wyrzeczę to słowo - romantycznego.
Dlatego z taką ciekawością jechałem do Łodzi. Czy znalazłem czegom
szukał. Krótko: nie. Radości grania (i słuchania) Brahmsa musiałem
się raczej doszukiwać niż odczuwać. Miałem do czynienia z
niesłychanie sprawnym rzemiechą, natomiast kreacji, sztuki - ech,
chciałoby się, ale widać nie ten adres, nie tym razem. Dowiedziałem
się tylko, że Volodos odbył tylko dwie krótkie próby w czwartek,
natomiast planowana piątkowa w ogóle się nie odbyła. Natomiast
jeżeli ktoś będzie marudził, że któryś z naszych dyrygentów prowadzi
dwie orkiestry równocześnie, to dedykuję informację z biogramu
dyrygenta: Carlos Miguel Prierto jest dyrektorem artystycznym
czterech orkiestr równocześnie (3 w Meksyku i 1 w USA), do tego
zajęcia uboczne.
Znacznie ciekawsza (choćby ze względów poznawczych) była druga część
koncertu z muzyką kompozytorów meksykańskich. Męczyły co prawda
nieco niedźwiedzie w łódzkim wykonaniu synkopy (a to podstawowy rytm
serca tej muzyki), ale w miarę rozgrywania się nastrój fiesty
wzrastał, by w zagranej na bis zarzueli Jeronimo Gimeneza La Boda de
Luis Alonso osiągnąć nastrój iście karnawałowy.
"Pan Arcadi po prostu nie mógł tego zrobić lepiej" - stwierdza mój
szanowny przedmówca. A ja to stwierdzenie zamieniam na pytanie, na
które z żalem odpowiadam - w swoim imieniu oczywiście - zapewne
mógł... Do tego nieszczególnie brzmiący instrument, z suchym,
metalicznym dźwiękiem (któremu wcale nie pomógł solista). Szkoda i
tyle. A to dopiero początek jego tury koncertowej z tym utworem.
Pięknym zaiste.
Pozdrawiam i dorzucam osobno słów parę o recitalu Piotra
Anderszewskiego we Wiedniu.