Kapitalne spostrzeżenie, od siebie mógłbym powiedzieć, że symfonia rości sobie
często pretensje do spojrzenia uniwersalnego, może niekoniecznie bezosobowego,
ale nawet w jednostkowym skupieniu (ja czuję w VIII Szostakowicza ważną
przemowę wybitnej jednostki o tym, co widzi na zewnątrz) jest to spojrzenie z
reguły jakoś panoramiczne, "od siebie o świecie". A w koncercie, co by się nie
działo - zawsze jest zderzenie jednostki i tego świata, w miejsce uniwersalnego
spojrzenia jest dialog, i to on jest tutaj w centrum. "Od siebie o sobie" I
chyba dlatego w koncercie zawszze jest domniemanie że ta mowa jest o kimś
osobowym.
Tutaj pojawia się wiele niuansów, przenikania postaw, na przykład Mahler i jego
koncepcja budowania świata, uzurpowania sobie niemal pewnej misji zaklęcia
świata w dźwiękach jest przykładem skrajnym... ale nawet te koncerty tzw.
symfoniczne, kolubryniaste Brahmsy czy Busoni, no Szostakowicze - to jednak
zawsze to jest raczej muzyka "od kogoś", mniej ważne co naokoło.
No mnie jednak bliższa jest symfonia
A na marginesie marzy mi się napisanie hybrydy, ale takiej, żeby ta mowa "O
sobie" i ta "o świecie" przenikały się, nakładały, jedna wyrastała z drugiej.
Dobrze to wyszło Wojciechowi Zychowi w jego świetnym koncercie na klarnet
basowy i orkiestrę, też sporo ważnego wniosły koncerty Schnittkego, zwłaszcza
IV skrzypcowy i altówkowy, mniej V concerto grosso.
apf