Pod wpływem postu Barby o Guciu postanowiłam opisać nieszczęście, które przydarzyło się psinie mojej mamy. Migotka - taki prawie jamnik (Nioma, pamiętasz ją z Emira?) dostała tydzień temu paraliżu tylnej części ciała. Na szczęście trafiła od razu na mądrą lekarkę, która odesłała ją do profesora operującego wypadnięcia dysku. Już w pon. mała miała operację, szanse na choćby częściowy powrót do zdrowia oceniono na 50%. Prof. powiedział, że powinna zacząć odzyskiwać czucie gdzieś po tygodniu. Tydzień mija i nic

. Migunia nie ma żadnego czucia, nie kontroluje wydalania, cały czas popuszcza mocz. Mama z bratem zmieniają jej pampersy, próbują ćwiczyć łapki, żeby mięśnie nie zanikły. I nie tracą nadziei. I tu moje pytanie - czy ktoś z was spotkał się z podobnym problemem (wszytko jedno, u kota czy u psa)? Czy rzeczywiście jest nadzieja? I co jeśli jej nie ma... Wózek, pampersy przez całe życie? Czy to nie będzie uporczywe męczenie psa w imię miłości do niego? To ja wypatrzyłam Migotkę w schronie i jestem z nią bardzo związana emocjonalnie, prawie jak z własnymi kotami.