Moja trikolorka do niedawna była kotem z gatunku niezależnych, z dewizą życiową: człowiek jest od tego, by mnie karmić i głaskać. Ja jestem od tego, by dawać się głaskać.
Jedyne odstępstwo od tego to powitanie mnie gdy wracam do domu. Idąc po schodach słyszę miauczenie, w przedpokoju czeka Fraszka, prowadzi mnie do kuchni i uwala się na bok do głaskania.
Poza tym - dystans. Sypia z reguły osobno i w zasadzie nigdy nie ładuje się na kolana. Wzięta na ręce wyrywa się z wrzaskiem i machaniem pazurami. To znaczy tak było dotychczas.
Bo od pewnego czasu Fraszka robi się przylepa.
Coraz częściej przychodzi spać do mnie. Ze dwa razy obudziłam się z kotem w ramionach. Na rękach wytrzymuje nawet kilkanaście sekund, co najwyżej cicho skrzeczy z niezadowolenia.
A teraz jeszcze zaczęła sama, z własnej woli, przychodzić mi na kolana.
Złagodniała z wiekiem? Przecież jest młodziutka - ma pięć lat! Chyba raczej nabiera ogłady od Duszki-księżniczki