Dodaj do ulubionych

Haraga, czyli alkohol...

14.07.05, 20:10
Mahomet, nauczony smutnymi doświadczeniami z alkoholem (w jego czasach znane
było w Arabii tylko wino) zakazał swoim wyznawcom picia alkoholu. Obecnie
wiele krajów muzułmańskich jest objętych prohibicją, a w innych trudno kupić
coś "mocniejszego". Tymczasem wielu expatriate'ów ma ogromne zaiłowanie do
alkoholu i gotowe jest podjąć nawet spory wysiłek albo i ryzyko, byle móc się
zamroczyć.
Ja osobiście nie odczuwam takiej potrzeby i, choć nie jestem ortodoksyjnym
abstynentem i doceniam pozytywne skutki kieliszeczka whisky do przepłukania
dziąseł przed snem, to nigdy niczego nie "pędziłem". Myślę jednak, że wielu
będzie miało sporo do napisania w tej materii...

--
Salaamu Wa-alleikum

Chaladia Bolandi
Zapraszam na Forum "Home & Abroad"
Edytor zaawansowany
  • 15.07.05, 09:06
    Wielu jedzie na kontrakty w nadziei, że brak alkoholu pomoże im wyleczyć się z
    choroby alkoholowej. Niestety Polak nawet na pustyni sobie poradzi. W Q8
    chłopcy piją spirytus dostarczany przez polskiego lekarza pracującego w jednym
    z tamtejszych szpitali.
  • 15.07.05, 13:08
    Ja tam raczej widziałem (w Libii, gdzie bywałem z Rodzicami, którzy tam
    pracowali) jak ludzie WPADALI w chorobę alkoholową. O wyleczeniu się się z
    alkoholizmu na pustyni jakoś nie słyszałem.

    Normalny, odporny psychicznie człowiek w alkoholizm na pustyni raczej nie
    wpadnie, za to zagubiony w niezrozumiałym dla siebie świecie, odcięty od
    rodziny i koniec-końców bardzo słaby psychicznie (nawet jeśli jako robotnik
    posiada ogromną siłę fizyczną) - tak. Ludzie pili na campach głównie dlatego,
    żeby zapomnieć, gdzie są.

    Zupełnie inne picie widywałem ostatnio (dwa lata temu) w Emiratach. Tam whisky
    leje się litrami z powodów towarzyskich. Expaci złażą się do "swoich" pubów i
    zawsze ktoś coś postawi. W ten sposób codziennie można wypić 100 gram C2H5OH.
    Niby niewiele, ale przy takich temperaturach i przy aplikowaniu takich dawek
    365 dni w roku wcześniej czy później też można wpaść w alkoholizm...


    --
    Pam Pa Ram Pam!
  • 15.07.05, 14:20
    Dobra to teraz wytłumaczę o co chodziło.
    Otóż ludzie Ci jechali do Q8, gdzie jest całkowita prohibicja, z myślą, że brak
    alkoholu sprawi, że nie beda pić, co jest proste i logiczne, jeśli czegoś nie
    ma to musisz się bez tego obyć.
    To tyle teorii, bo okazało się, że alkohol jednak jest i z tego co wiem, to
    niektórzy sa już wrakami.
    Oczywiście nie mam tu zamiru dyskutować na temt leczenia choroby alkoholowej.
  • 15.07.05, 15:09
    Problemem jest wiara w to, że w krajach arabskich się nie pije alkoholu.
    Znajomy lekarz twierdzi, że w Saudii (chyba najbardziej "suchy" kraj na
    świecie) alkoholików jest więcej na 1000 mieszkańców niż w Europie. No bo jak
    jest kasa, do tego żona nie odważy się protestować, do tego "zakazany owoc
    kusi"...
    Nikt nigdzie nie wytępił alkoholizmu, nikotynizmu, prostytucji itp zjawisk.

    --
    Pam Pa Ram Pam!
  • 15.07.05, 21:07
    Z tego co widze to glownym daniem expatow przynajmniej z polski jest raczej
    piwo,aczkolwiek oczywiscie nie tylko.Nadmienic tez wypada ze w Abu Dhabi jest
    wynalazek istniejacy chyba tylko w tym jednym miejscu na ziemi-licencja
    alkoholika:-)Wiekszosc expatow ja oczywiscie posiada:-)Wybor specyjalow w
    Speeneysie jest raczej bogaty.
  • 15.07.05, 21:55
    Opowiadał mi pewien expat z Libii, że w Zanzurze na campie był osioł,
    którego "nasi" skarmiali tym, co zostawało z pędzenia samogonu i w końcu biedne
    zwierzę wpadło w alkoholizm. Stało się to niebezpieczne dla samych
    wytwórców "haragi", jako że zwierz bezbłędnie wyczuwał, gdzie a danym momencie
    pracowała "aparatura" i pochodził do tego baraku w nadzieji, że może coś
    mu "skapnie". A że w niedługim czasie Campowy i Project Manager posiedli wiedzę
    o tej słabości campowej maskotki, to nie miali specjalnych problemów z
    wykryciem lokalnych bimbrowni...



    --
    Salaamu Wa-alleikum

    Chaladia Bolandi
    Zapraszam na Forum "Home & Abroad"
  • 16.07.05, 12:29
    Wiadomo, że owoc zakazany kusi i …. smakuje. W Abu Dhabi, na placu budowy
    pompowni wody, roboty budowlane wykonywała firma pakistańska NCC Pak Ltd. Jeden
    z pakistańskich inżynierów, wiek około 24 lat, był wyjątkowo namolny i raz po
    raz męczył naszych chłopców o jakiś ”gorzałkowy” poczęstunek. Twierdził, że
    nigdy w życiu nie pił alkoholu i chciałby koniecznie spróbować. Alkohol owszem
    na budowie mieliśmy. Dwa galony spirytusu przyjechały z kraju Tirem (z
    przeładunkiem w Q8) wysłane przez ekipę z Mery-Pnefal, Falenica. Na cle w UAE
    przeszły jako „płyn do czyszczenia i konserwacji przyrządów pomiarowych”. Nad
    dystrybucją czuwała dobrana „komisja”. Nadarzyła się okazja, aby zaprosić
    Pakistańczyka na imieniny Michała. Wieczorem, w czwartek, przyszedł punktualnie
    i przyniósł nawet gift dla solenizanta. Wypił na przywitanie naparstek około
    40% mieszanki spirytusu z sokiem pomarańczowym. Lekko się skrzywił. Popił
    szklanką wody. Po 5 minutach wypił następny naparstek i……… zakończył imprezę,
    która się jeszcze nie rozpoczęła. Położył się na łóżku i z miejsca usnął. Nie
    było możliwości, aby go obudzić. Nie pomogły żadne nasze dalsze zachęty. Nie
    obudziły go nawet polskie śpiewy biesiadne. Obudził się dopiero nad ranem z
    silnym bólem głowy i po cichu opuścił miejsce imprezy. Gdybym tego nie widział,
    to nigdy nie uwierzyłbym, że tak niewielka ilość alkoholu może zwalić z nóg
    dorosłego mężczyznę.

    Tripoli; 16-07-05
  • 16.07.05, 13:47
    To, że na alkoholu można dobrze zarobić na Bliskim Wschodzie, wiadomo od dawien
    dawna. Tajemnicą poliszynela jest, że największym hurtowym przemytnikiem
    alkoholu do Arabii Saudyjskiej jest Hamas. Kontroluje on większość prywatnych
    bimbrowni w Libanie i w przygranicznych terenach Syrii. Ma tam własne rozlewnie
    tego co przypomina z wyglądu wiele markowych whisky, ale w smaku bardziej jest
    zbliżone do diesla . Przez Saudi Arabia, libańskie podróbki trafiają tez i do
    Q8. od kiedy Hamas uprawia ten proceder? Jakie ma na tym przebicie? Trudno
    powiedziec.....

    Niżej podpisany wwiózł do Q8 w 1983 flachę 0,7 Jasia Wędrowniczka i uzyskał
    przebicie jak 1 do 12. Jak to było możliwe? Otóż wtedy do Iraku latało się
    przez Kuwejt. Pasażerów przybyłych Lotem, Kuwejckie Immigration upuchało po 3-
    4ch w taksówkach a kierowcom taxi wręczano coś w rodzaju „temporary collective
    transit visa”. Kierowca miał limitowany czas do 2ch godzin na dostarczenie
    swoich pasażerów na granicę w Safwan’ie. (Około 160 km) Trzeba przyznać, że
    chłopcy gnali swoimi „Japońcami” zdrowo. Po dotarciu na miejsce, wręczali
    te „tctv” razem z paszportami tamtejszemu urzędującemu oficerowi. Ten oglądał
    obowiązkowo delikwentów i wielkim niebieskim stemplem potwierdzał kierowcy na
    jego kopii dostarczenie pasażerów na granicę wpisując dokładną godzinę
    przybycia. Następnie stemplował wszystkim w paszportach „wyjazd” z Kuwejtu i
    kierował wprost do autobusu kursującego regularnie między kuwejckim i
    irackim „check point”. Wystarczyło jednak powiedzieć, że oczekuje się np. na
    przyjazd samochodu osobowego z Iraku i już nie było obowiązku dalszej podróży
    autobusem. Wtedy już można było sobie na spokojnie pooglądać towary na
    straganach handlowych. W jednym z nich szybko i sprawnie dokonywano transakcji
    wymiany towaru na pieniądze i było, wreszcie, po kłopocie. Wtedy, za złapanie
    kogokolwiek na posiadaniu alkoholu groziły w Kuwejcie bardzo surowe kary
    łącznie z więzieniem i deportacją. (Nie wiem jak jest dzisiaj.) Czy warto było
    ryzykować? Było się młodym a to była straszna pokusa. Za butelkę zakupioną w
    Warszawie za 6,50 USD dostałem w Safwanie 75 USD. W drodze powrotnej do kraju –
    też przez Kuwejt – dołożyłem 15USD i kupiłem dwukasetowca Sharp’a model Q100
    (czy jakoś zbliżony) w modnym grafitowym kolorze. Ten sam dwukasetowiec w
    Pewexie kosztował 244 USD. I to tyle wyjasnień.

    Tripoli: 16-07-05

  • 16.07.05, 19:11
    Parę lat temu w Saudii doszło do zamachu bombowego, w którym zgniął jakiś
    chaładzia. Jakież było zdziwienie wszystkich, gdy okazało się, że to nie był
    żaden zamach terrorystyczny islamistów, ale porachunki Białych zamieszanych w
    przemyt alkoholu. Znajomy lekarz, w tym momencie w Al Ain, przypomniał sobie,
    że zatrzymany sprawca był u niego felczerem - taki zarabia 2-3 tysiące USD/m-c,
    a istotnie żył na poziomie o wiele wyższym niż by na to pozwalała jego pozycja
    zawodowa.
    Oczywiście na koniec łajdaka osądzono i chyba ścięto. Co bardzo dobrze, bo to
    jest dno dna i czterdzieści metrów mułu, żeby Biały mordował Białego na pustyni.

    --
    Salaamu Wa-alleikum

    Chaladia Bolandi
    Zapraszam na Forum "Home & Abroad"
  • 17.07.05, 06:54
    Gdy nadchodzi muzulmanski weekend w Bahrainie bardzo ciezko o wolny pokoj w
    jakimkolwiek hotelu:-)Kto zyw i kogo stac z A S tlumnie gna przez most na wyspe
    gdzie moga sie do woli nachlac+"panienki"oczywiscie:-).Po powrocie zas udawaja
    swietoszkow:-)
  • 23.07.05, 09:26
    stanrick napisał:

    > Gdy nadchodzi muzulmanski weekend w Bahrainie bardzo ciezko o wolny pokoj w
    jakimkolwiek hotelu:-)Kto zyw i kogo stac z A S tlumnie gna przez most na wyspe
    gdzie moga sie do woli nachlac+"panienki"oczywiscie:-).Po powrocie zas udawaja
    swietoszkow:-)


    Arabia Saudyjska jest państwem religijnym. Tak jak Citta di Vaticano. Mają
    Mekkę, Medynę i parę innych miejsc świętych na swoim terytorium. Trudno więc w
    takim miejscu zezwolić na prostytucję, alkohol itp rzeczy, których Koran
    zabrania. Nie jestem zbyt religijny, ale jakoś nie pasowałby mi w Watykanie
    sklep monopolowy, knajpa albo dom publiczny czy choćby bar "go-go".

    Inna spraw oczywiście, czy taka prohibicja powinna obejmować aż tak duży
    obszar "dookoła" Miejsc Świętych, jakim jest Saudia. I chyba ku temu "idzie",
    bo SA zapewne przeżyje jakąś "rewolucję" po której rozpadnie się na centrum
    religijne wokół Mekki, jakieś naftowe emiraty i beduińską resztę. Oczywiście
    proces rozpadu będzie się odbywał przy gwałtownym wzroście światowych cen ropy
    naftowej i równie gwałtowym spadku populacji Saudysów drogą wzajemnego
    wyżynania się. Ale, że ich jest coś koło 20 milionów...


    --
    Pam Pa Ram Pam!
  • 17.07.05, 06:59
    .
    > Oczywiście na koniec łajdaka osądzono i chyba ścięto. Co bardzo dobrze, bo to
    > jest dno dna i czterdzieści metrów mułu, żeby Biały mordował Białego na
    pustyni
    > .
    >
    Dodac nalezy iz sciecie w AS to swego rodzaju wydazenie towazyskie,jako ze
    zwoluje sie kogo sie da,a chetnych oczywiscie nie brakuje gdyz cereminial
    odbywa sie publicznie ku uciesze gawiedzi.Jezeli faktycznie scieli bialego to z
    cala pewnoscia frekwencja musiala byc bardzo duza:-)
  • 17.07.05, 11:44
    W Iranie, pełna prohibicja obowiązuje od czasów zwycięstwa rewolucji
    Khomeini’ego. Za posiadanie alkoholu i jego domową produkcję grożą
    barbarzyńskie kary. W skrajnych przypadkach, nawet do orzekania kary śmierci.
    Szczególnie na głębokiej prowincji, gdzie surowe wyroki w oparciu o kanony
    prawa koranicznego lokalni hakimi stosują wręcz taśmowo. Na szczęście, już
    łagodniej i w sposób cywilizowany obchodzi się z łamiącymi zasady prohibicji w
    Teheranie i dużych – tych postępowych – miastach irańskich jak Tabriz, Shiraz
    czy Bandar Abbas. Na posiadanie niewielkich ilosci alkoholu - glownie wina -
    przez nieliczne (chrzescijanskie) mniejszosci, patrzy sie juz przez palce. Ale
    sprawa nie dotyczy miastach i regionow, które są oficjalnie ogłoszone jako
    święte. Dobrze jest znać wewnętrzną geografię Islamskiej Republiki Iranu i
    odróżniać miasto czy miasteczko uznane za święte (Qum, Mashad itp.) od nie
    świętych. To na pewno przyda się, aby uniknąć różnych niespodzianek i
    nieporozumień związanych np. z ubiorem, jazdą taksówką czy autobusem i innych
    możliwych niezręcznych sytuacji trudnych do przewidzenia dla obcokrajowca.

    W samym Teheranie, u szczytu ulicy Khaleeda Islambouli’ego (zabójcy egipskiego
    prezydenta Anwara Saddata – nazwa tej ulicy jest przyczyną długoletniego
    konfliktu politycznego między Iranem i Egiptem) mieszczą się niewielkie koszary
    pilnie strzeżone przez policję. To tutaj policja zwozi osoby obojga płci
    złapanych na piciu lub posiadaniu gorzały, zażywaniu narkotyków oraz
    dopuszczających się zachowań etycznie niemoralnych. Złapanych w wyniku „braku
    zachowania czujności”, akcji usłużnych sąsiadów lub, – co najgorsze – donosu
    aktywisty Basiss’u. Na szczęście, oskarżeni o pijaństwo i rozpustę są tam
    najłagodniej traktowani. Jeśli jest to pierwsze wykroczenie, to kolegium lub
    sąd grodzki zasądza zwyczajowo karą pieniężną. Gorzej, gdy występuje recydywa.

    Przemyt jest poważnym problemem dla Iranu. W okresie, gdy tam pracowałem (2002-
    2004) irańskie MSW oceniało jego roczną skalę na poziomie 4.2 – 4.5 miliardów
    Dolarów USA. (dane zaczerpnięte z Iran News) W tym alkohol stanowi 25-30%
    szmuglowanych towarów. Irańskie służby graniczne i celne staczają regularne
    bitwy z gangami przemytników na wodach Zatoki Perskiej i na terenach
    pogranicznych z Pakistanem. Bywało też, że irańskie służby graniczne urządzały
    pogonie za przemytnikami w głębi pakistańskiego Baludzistanu. W tych bitwach i
    potyczkach, w ciągu ostatnich 10-ciu lat poległo blisko 3 tysiące żołnierzy
    straży granicznej, strażników rewolucji i urzędników państwowych, o czym Iran
    oficjalnie poinformował ONZ prosząc jednocześnie o międzynarodowe wsparcie
    logistyczne.

    Na ile taka międzynarodowa pomoc i doradztwo mogą być możliwe? Na ile mogą być
    skuteczne? Iran raczej poniesie totalną klęskę w walce z lokalnym
    bimbrownictwem i ze zorganizowanym przemytem alkoholu. Tylko czy ta
    hipotetyczna klęska może też być przyczyną (iskrą?) zmian ustrojowych w Iranie?
    To już oddzielna sprawa i do przemyśleń i analiz innych strategów.

    Tripoli; 17-07-05
  • 17.07.05, 13:00
    Zas z tego co slychac przemyt narkotykow do UAE z Iranu jest jesli nie
    calkowicie to w sporej czesci wyeliminowany.Niemniej moja wiedza z cala
    pewnoscia jest plytka z racji braku bezposredniego zainteresowania sie tym
    tematem.
  • 17.07.05, 21:25
    Pracując w Sudanie miałem okazję obserwować różncę pomiędzy podejściem "PRL-
    owskim" i "Zachodnim" do problemu alkoholizmu jednostki.

    Na campie żyli względnie zgodnie Polacy, Chorwaci, Słoweńcy, Brytyjczycy,
    Niemcy i Austriacy. Obok mieszkali jeszcze pakistańscy spawacze. Plus
    oczywiście lokalna służba - trochę chrześcijan, trochę animistów, ale i
    muzułmanie się trafiali.
    Polacy, jak się można było spodziewać, pedzili i pili. Kadra inżynierska na
    równi z klasą robotniczą. Ale wszycy patrzyli wszystkim na to, co robili i
    wypuszczenie kogoś po pijanem z campu samochodem nie wchodziło w rachubę, a
    osoba zapijająca się regularnie przez tydzień byłabez dyskusji odprawiana do
    kraju.
    Tymczasem pewien Irlanczyk (NB zamieszkały nominalnie w Szkocji) pił na umór
    niemal codziennie, siadał potem za kierownicę i następnjego dznia stawiał się
    nie całkiem przytomny do pracy - a jego koledzy jakoś nie potrafili się temu
    przeciwstawić. Przewidując kłopoty (choć miałem wtedy ledwo trzydzieści parę
    lat, miałem pewne doświadczenie i wiedziałem, jak to się skończy) zapytałem
    przełożonego tego Irisha, czy on nie widzi, co się dzieje i że to się MUSI źle
    skończyć. Odpowiedź była mniej-więcej taka: "On jest pełnoletni i żaden sąd nie
    pozbawił go prawa do decydowania o sobie. Nic więc zrobić nie możemy. A ty
    jesteś dzieckiem komunizmu, że wogóle rozważasz możliwość podjęcia jakicholwiek
    działań naruszających jego prawa obywatelskie". Trzebaż było, że w parę dni
    potem gość rozjechał na śmierć dwie dziewczyny. Uciekł na camp i schował się.
    Efektem był najazd na camp policji, rewizja (naleziono parę instalacji do
    produkcji samogonu, jakąś pornografię i coś tam jeszcze).
    Na drugi dzień spotykam tego samego dumengo Szkota, z którym rozmwiałem o
    problemi i pytam się, czy dalej tak uważa. Odprł, że oczywiście tak, a to co
    się stało to są koszty demortacji i praw obywatelskich. Koszta te były znaczne,
    bo około 20.000 funtów wydał Mott Ewbank Preece i pewno drugie tyle Rząd JKM na
    wyciągnięcie kretyna alkoholika z kalambusza.
    Z tego, co się dowiedziałem parę lat później, nadal pił, tylko w innych krajach
    i nic nie wskazywało na to, by miał jakiekolwiek wyrzuty sumienia z powodu
    zabicia dwóch dziewczyn...

    --
    Salaamu Wa-alleikum

    Chaladia Bolandi
    Zapraszam na Forum "Home & Abroad"
  • 18.07.05, 17:18
    Poniewaz temat jest ciekawy, nosny i w ogole, to mimo, ze ekspat ze mnie zadny,
    pozwole sobie opisac turystyczne spotkanie z alkoholem na Bliskim Wschodzie.
    Spotkanie mialo miejsce w pieknym, choc dusznym, czterdziestopniowym Damaszku.
    Juz okolo miesiaca bylismy w podrozy, w tym od tygodnia w Syrii i ostatniego
    zimnego Efezika w Turcji wspominalizmy niezwykle cieplo. Tytulem wstepu nalezy
    jeszcze wspomniec, ze o krajach arabskich wiedzielismy tyle ze sa na wschodzie,
    o muzulmanach ze lubuja sie w ladowaniach na cudzych wiezowcach, a o islamie ze
    jego bynajmniej nie zaleta jest prohibicja.
    W Damaszku mielismy namiary na niezly(tani) hostel, gdzie po krotkich i glosnych
    negocjacjach ustalilismy cene "made for very poor students from very poor
    Bolanda". Hostelarz po angielsku poprosil o pokazanie nam naszego spania, innemu
    mieszkancowi tego przybytku. W wiekszych miastach w Syrii spalismy w
    normalnych taniutkich hotelach dla tubylcow oraz w hostelach gdzie lokowalismy
    sie na tzw. dachu. Wygladalo to tak, ze dach wylozony byl matami, wokol wisialo
    pranie a nad glowami mielismy prowizoryczny daszek dajacy rownie lichy cien. To
    jednak bylo tanie i liczyla sie atmosfera backpackingu. W takich miejscach mozna
    bylo znalezc mase ciekawych ludzi z masa ciekawych informacji. I tak tez bylo w
    tym przypadku. Kiedy szlismy nas dach, zaczelismy rozmawiac miedzy soba po
    polsku. W tej samej chwili nasz przewodnik gwaltownie odwrocil sie i wydajac
    znajomy okrzyk plemienny Polan (zaczynajacy sie na k.), powital nas na ziemii
    damascenskiej. Bylem tak samo szczesliwy ze spotkania jak z faktu, ze w pore
    zlapalem sie poreczy stromych schodow i nie fiknalem na reszte kompanii. Ale juz
    nastepne slowa krajana wprawily mnie w oslupienie. Zapytal wprost: "Chlopaki
    pijecie?", a widzac nasze skonfudowane mordy dodal od razu smutno "bo tu nie ma
    z kim sie napic".
    Oczywiscie szybko zapewnilismy kolege, ze a jakze pijemy, niesmialo wyrazajac
    przy tym watpliwosc czy nas ta przyjemnosc nie bedzie kosztowala kalambusza czy
    innego sciecia glowy. Tomek, bo tak mial na imie spragniony student pedagogiki,
    z miejsca zapewnil nas, ze nie ma sie czego obawiac. Tak mu sie spodobalo w tym
    Damaszku, ze juz siedzial tu 3 tygodnie i znal kazdy kamyk czy monopolowy. Jakos
    nie bardzo wierzylem w jakikolwiek monopolowy ale i tak sie zgodzilismy na
    wieczorna degustacje.
    Tym bardziej, ze za dnia mielismy w planie przeblaganie Allaha w meczecie
    Omajaddow oraz slynne lody w suku. Zreszta meczety oprocz niewatpliwych walorow
    historyczno-estetycznyczno-kulturowych, mialy dodatkowe zalety: w srodku jest
    chlodno a podlogi wysciela sie puszystymi dywanami.
    Po obiadku, drzemce u Omajaddow i lodach, jakos mniej przerazala nas wizja
    oddania zycia za flaszke, wiec wybralismy sie z Tomkiem do monopolowego. Byl juz
    fajny wieczorek, gwiazdy pewnie wesolo swiecily, chociaz ich nie dostrzegalismy.
    Moze to przez swiatka miasta, a moze przez oslepiajacy blask mieniacych sie
    flasencji na wystawie dawno nie widzianego, ulubionego rodzaju sklepu....
    Zakupilismy troche syryjskiej rakiji (niepamietam nazwy) oraz kilka piwek dwoch
    rodzajow: miejscowa Barrade i libanskiego pilsa.
    Nastepny wybor dotyczyl miejsca degustacji. Hostel odpadal, jakos nie widzialem
    sie w roli propagatora wizerunku Polaka pijaka.
    Wzgorza wokol Damaszku, skad rozposciera sie fantastyczny widok na to miasto,
    oprotestowal, z uw3agi na odleglosc, spragniony przyszly pedagog. Tomek
    zaproponowal jednak park nieopodal. Na moja uwage dotyczaca patroli policji
    uzbrojnej w kalachy, zniecierpliwiony krajan jeszcze raz przypomnial 3
    tygodniowa znajomosc kamykow damascenskich. Bylem bezsilny ale pocieszalem sie
    mysla, ze przynajmniej umre zrelaksowany, z piwkiem w reku.
    Szybko znalezlismy park a w nim laweczke. Bez zbednych ceremonialow zaczelisnmy
    od wodeczki. Takiego swinstwa juz dawno nie pilem, na moj gust byl to rodzaj
    piolunowki, gorzkiej nie jak wodka ale absynt wlasnie. Kiedy juz powoli
    przyzwyczajalem sie do trunku, karaluchy wielkie niczym piesc coraz weselej
    smigaly miedzy lawkami a szczury radosnie machaly ogonkami, podszedl do nas
    patrol policji. Wiele razy podchodzil do mnie patrol policji ale nigdy patrol
    nie nosil automatow pod pacha, saddamowskiego wasika pod nosem i nie pozdrawial
    imieniem Allaha.
    Zaczalem w myslach przeliczac dolary na lapowke i ewidetnie za drogo wychodzila
    ta flaszka. Panowie lamana angielszczyzna, spytali co mamy w butelce. Tomek
    spokojnie odpowiedzial, ze tonik. Milosz blysna slepiami i schowal twarz w
    dloniach, Kuba zajal sie przecieraniem okularow a ja obserwowalem narade dwoch
    przedstawicieli wladzy. Jeden od razu wydal mi sie sympatyczny, ciagnal
    drugiego- wymachujacego rekami za rekaw i cos mu tlumaczyl. Nie mam pojecia
    jakich uzyl argumentow ale drugi upewnil sie jeszcze czy aby napewno jest to
    tonik. Siegnalem po flaszke i spytalem czy moze zechcialby sam ocenic, ale
    machnal tylko reka. Sympatyczniejsza czesc patrolu kiwnela jeszcze z usmiechem
    glowa dodajac sluzbowe "Welcome" i odmaszerowali zgodnie w mroki miasta...
    Przy miejscowej Barradzie, chyba najgorszym piwie swiata, Tomek potwierdzil ze
    scenariusz przerabial juz nie raz. My piewszy raz, wiec otwarcie libanskich
    browarkow oraz nastepnej "rakiji" jest w pelni usprawiedliwione.
    No coz, drogi powrotnej raczej nie pamietam, chyba ze kierowanie ruchem z
    wysokiej platformy znajdujacej sie na srodku wiekszego skrzyzowania sa tylko
    wytworem zbiorowej wyobrazni....
    Aha no i rano bardzo pomogl soczek vel koktajl owocowy, specjalnosc syryjska za
    jedyne 30 funciakow...
  • 23.07.05, 10:37
    Przykre doświadczenia naszego młodego kolegi z degustacji „syryjskiej rakiji”
    nie są niczym nowym dla bywalców na Bliskim Wschodzie. Wcześniej czy później
    każdy rodak, niezależnie czy to turysta, naukowiec, stypendysta(tka), inżynier,
    rezydent, ksiądz czy dyplomata musi przekroczyć ten specyficzny alkoholowy
    rubikon.

    Zakładam, że „zakupiona syryjska rakija” to była flaszka (flaszeczka?) araku;
    napoju alkoholowego bardzo popularnego w Turcji, Syrii, Iraku, częściowo w
    Libanie i sporadycznie w Jordanii. Otóż o zgubnych wpływach araku na umysły i
    samopoczucie Polaków historycznie wiadomo już od dawien dawna. Mówiono, że, na
    kilkanaście dni przed swoją śmiercią w Stambule w roku 1855 Adam Mickiewicz
    począł się bardzo kiepsko po spożyciu araku w towarzystwie Sadyk Paszy (Michał
    Czajkowski). W bodajże pierwszym wydaniu książki gen. Władysława Andersa „Bez
    ostatniego rozkazu”, w wersji nieocenzurowanej, przywołuje autor poufny rozkaz
    wewnętrzny wydany jeszcze w Teheranie zakazujący aprowizacji i spożywania
    araku. Rozkaz ten nie wspomina o innych napojach alkoholowych. Skąpość
    informacji na temat szkodliwości araku w następnych dziesięcioleciach wynika
    tylko z faktu sporadycznych kontaktów i pobytów naszych rodaków w „rejonie
    krajów arakowych”. Jednak wraz z masowym pojawieniem się polskich expatriatów
    na Bliskim Wschodzie, arak - głównie za sprawą rewelacyjnie niskiej ceny -
    powrócił do łask polskiej braci kontraktowej. Tak naprawdę, to arak nigdy nie
    konkurował z wyrobami rodzimej camp’owej produkcji bimbrowniczych. Miał głównie
    zastosowanie w sytuacjach awaryjnych i wyjątkowych jako „środek
    wspomagający”, „jeśli zabrakło” i/lub, gdy trzeba było wypić „strzemiennego”.
    Piorunujące i długotrwałe skutki takich mieszanek przerastały wytrzymałość
    organizmu bardzo wielu polskich twardzieli, takich co to w kraju mógł to i owo
    i jeszcze trochę……. Arak wypity w takiej postaci i zmieszany z innymi
    alkoholami powoduje przynajmniej 48 godzinnego kaca. I na takiego kaca, żadne
    polskie metody nie skutkują. Takiego kaca po prostu trzeba odespać.

    Wyżej zalogowany sam doświadczył w Iraku zgubności takiej mieszanki araku z
    piwem. I to dwukrotnie. W sposób naiwny pierwszy przypadek (kolacja w
    restauracji nad Tygrysem w czwartym dniu po przylocie) potraktowałem jako wynik
    stresu po podróży, zmiany klimatu i rodzaju pożywienia. Natomiast,
    katastrofalne skutki zdrowotne ponownego zmieszania araku z piwem podczas
    kolacji w tydzień później można śmiało już przypisać własnej li tylko głupocie.
    Zapewniam solennie wszystkich czytających; dalszych przypadków już nie było.
    Nie sprawdziło się powiedzenie „do trzech razy sztuka”.

    Arak da się pić i można go polubić. Jednak wymaga doczyszczenia.
    Jeden ze skutecznych sposobów jest następujący:

    Flaszki z zakupionym arakiem wkładamy do zamrażalnika w lodówce. Butelki
    wyjmujemy, gdy w zmrożonej i zagęszczonej mieszaninie widać pływające fuzle.
    Wtedy przelewamy zawartość jednej butelki do drugiej przez lejek wyłożony gazą.
    Fuzle osadzają się na gazie a arak po odfiltrowaniu zabarwia się na lekko
    fioletowo. Zmiana koloru w niczym nie pozbawia smaku. Tak odcedzony arak
    serwujemy z kostkami lodu co powoduje kolejną zmianę koloru z lekko fioletowego
    na biały-mleczny oraz przełamanie smaku, bliżej anyżkowego. W takiej postaci
    jest doskonałym dodatkiem do świeżych zielonych sałatek, białego słonego sera i
    oliwek. I co najważniejsze. Nie ma się absolutnie kaca………


    TRipoli; 23-07-2005


  • 21.07.05, 14:30
    Z wizami libijskimi od dawien dawna zawsze były określone kłopoty. I są nadal.
    Dotyczy to praktycznie specjalistów wszystkich narodowości pracujących w
    Libijskiej Jamahirya. Stosunkowo najsprawniej t.zw. business visa czy working
    visa udaje się uzyskać w ambasadzie libijskiej na Malcie. Coraz częściej też
    wielu zamorskich expate’ów zamiast podróżować do domu, spędza tam swoje 2-3
    tygodniowe wakacje z rodziną, chociaż kraj zalicza się raczej do bardzo
    drogich. Bywa wszak, że nie tylko żona z dziećmi doleci z dalekiej Kanady czy
    Australii, ale czy to jest aż tak ważne? (Żona nie żona, pisz pan żona)

    Po urlopie, niestety trzeba wracać do pracy. Czysty przelot Airbusem A319 z
    Luqa Airport do Tripoli trwa w sumie nie dłużej niż 40 minut. Stewardessy Air
    Malta nie są specjalnie urodziwe i nie pierwszej już młodości. To akurat nikomu
    nie przeszkadza. Natomiast dziewczyny są niesamowicie sprawne i świetnie
    zorganizowane. W czasie 20 minut czystego lotu tj. od momentu uzyskania przez
    samolot pułapu przelotu do momentu rozpoczęcia schodzenia do lądowania, obie
    stewardessy jeżdżą wózkami po pokładzie serwując expate’om co sobie tylko
    zażyczą z posiadanych alkoholi i bez żadnych ograniczeń. Odnosi się wrażenie,
    że z wieloma „frequent travelers” znają się od dawna. I wszyscy korzystają z
    tej okazji. Nie wyłączając muzułmanów. Wszak jest to ostatnia możliwość napicia
    się dobrego alkoholu przed kolejnym urlopem, który będzie dopiero za 30-60 dni;
    zależnie od rotacji kontraktowej. Niesamowite w tym wszystkim jest to jak dużo
    wielu potrafi wyżłopać w tak krótkim czasie i jeszcze się dobrze trzymać na
    nogach przy odprawie paszportowo-celnej. Niesamowite…….

  • 21.07.05, 20:34
    Istotnie, pijany expat w samolocie to był zawsze postrach steawrdess.
    Wielu z tych panów było nie tylko pijanych, ale także napalonych na kobiecie
    wdzięki - stąd nie dziwię się, że Air Malta w tak szczególny sposób dobierało
    swój personej na rejsy do Libii.

    --
    Salaamu Wa-alleikum

    Chaladia Bolandi
    Zapraszam na Forum "Home & Abroad"
  • 22.04.06, 23:46
    Piwo w Egipcie w latach '80 było dostępne, a jakże, w postaci jednej
    marki "Stella" z wersją o podwyższonym standardzie "Stella Export". W Kairze,
    gdzie chyba je warzono, nie było większych problemów z nabyciem tego trunku w
    niezłej jakości. Ale im dalej na południe, tym było gorzej. I dlatego, że na
    południu "rządzili" islamiści (od El Minyi do Suhagu przynajmniej) i dlatego,
    że dystrybucję piwa prowadziła firma państwowa, która nie miała samochodów-
    chłodni i rozwoziła piwo zwykłymi ciężarówkami. Tak więc latem, przy
    temepraturach 30-45°C piwo w Kairze było, jak napisałem, znośne, w Qenie już
    gorsze, tym bardziej gorsze w Luksorze, w Edfu nie dawało się pić, a w Assuanie
    buteli potrafiły eksplodować. Oczywiście co lepsze hotele kupowały piwo w
    Kairze i organizowały dowóz na własną rękę.
    Podobnie postępowały hotele w miastach "rządzonych" przez islamistów (np.
    Asyut, hotel "Badr") - gdzie piwo sprzedawano tylko gościom hotelowym "po
    cichu".


    --
    Salaamu Wa-alleikum

    Chaladia Bolandi
  • 24.04.06, 20:03
    W Omanie podobnie jak w UAE. Liquor License, tylko dla expatów - każdy zakup w
    "sklepie, którego nie ma" odnotowany jest w tejże licencji. Limit miesięczny to
    bodajże 20% pensji, kontrakt trzeba dołączyć do podania o wydanie licencji.
    Rzecz jasna za licencję trzeba zapłacić. Wyjątkiem od reguły są puby gdzie
    Omańczycy trąbią równo z expatami i kluby dla wojska, policji i ... firmy
    naftowej. Niektóre z nich sprzedają alkohol nawet w Ramadanie. A propos Ramadanu
    to tuż przed jego rozpoczęcie expatów ogarnia szał zakupów i nierzadki jest
    widok ludzi wyjeżdżający ze sklepu dwoma wózkami pełnymi wódy, piwa etc.
    Kiedyś przywiozłem z Polski Łącką - pierwszy raz w życiu widziałem jak murzyn
    zzieleniał..
    Pozdrawiam ze zwrotnika Raka (prawie) - robi się coraz cieplej..
  • 24.04.06, 21:34
    nizwa napisał:

    > W Omanie podobnie jak w UAE. Liquor License, tylko dla expatów - każdy zakup w
    > "sklepie, którego nie ma" odnotowany jest w tejże licencji. Limit miesięczny
    to
    > bodajże 20% pensji, kontrakt trzeba dołączyć do podania o wydanie licencji.
    > Rzecz jasna za licencję trzeba zapłacić. Wyjątkiem od reguły są puby gdzie
    > Omańczycy trąbią równo z expatami i kluby dla wojska, policji i ... firmy
    > naftowej. Niektóre z nich sprzedają alkohol nawet w Ramadanie. A propos
    Ramadan
    > u
    > to tuż przed jego rozpoczęcie expatów ogarnia szał zakupów i nierzadki jest
    > widok ludzi wyjeżdżający ze sklepu dwoma wózkami pełnymi wódy, piwa etc.
    > Kiedyś przywiozłem z Polski Łącką - pierwszy raz w życiu widziałem jak murzyn
    > zzieleniał..
    > Pozdrawiam ze zwrotnika Raka (prawie) - robi się coraz cieplej..


    Liquor licence w UAE wystepuje wylacznie w emiracie Abu Dhabi.W zadnym innym z
    siedmiu.W samym miescie zas nie ma kolejek w sklepach z alkoholem gdyz zawsze
    byl i jest sprzedawany w ramadanie.W ramadanie tylko nie wydaje sie nowych
    licencji.Kolejki bywaja wylacznie na policji.Wydac zas mozna 10% dochodow.W
    ostatnim ramadanie(po smierci szejka Zayeda)w Abu Dhabi wszystkie puby byly
    otwarte,tyle ze bez muzyki na zywo.
    A cieplej robi sie,ale to raczej nic nowego:-)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.