Gdzieś u północno-wschodnich wybrzeży Australii, w zatoczce, znajdował się
hotel klasy peerelowski ośrodek wczasowy. W przedsionku były kanapy i takie
chujowe kręcone fotele na jednej nodze (jak ma Brzoza, zum Beispiel), na
których rozłożyliśmy się z jakąś ekipą z betami, bo nie było miejsca w
pokojach. Wśród ekipy byli m.in.: Koleżanka Pawła-Strzałki, K., niejaka Krysia,
Makar (mój instruktor wspinaczki) z żoną Makareną (też instruktorką) plus parę
innych osób, których już nie pamiętam.
Makarena robiła nam wszystkim test wyboru ze znajomości prądów morskich i
pamiętam, że miałem kłopot z szybką odpowiedzią na pytanie, czy Prąd
Peruwiański jest ciepły, czy zimny (rano, po zastanowieniu, doszedłem do
wniosku, że zimny). Co ciekawe pytania były zadawane na głos, a odpowiedzi
(literkami) trzeba była zapisywać na... sznurowadłach! Potem nie mogłem znaleźć
buta, na którym zapisałem jedną z odpowiedzi i oblałem!
A fale przyboju rozbijały się tuż za szklanymi drzwiami...
--
Cierniowa korona zakwitła przebiskroniami.