Dodaj do ulubionych

Dla emerytów

12.06.06, 12:16
Specjalny, gościnny wątek dla emerytów, których już nie wpuszczają do knajp
dla małolatów.
Edytor zaawansowany
  • vauban 12.06.06, 12:18
    Ma pytanie, bo nie nadąża za posTempem życia: co to, u licha, znaczy ROTFL ?
    Jak odpowiecie, to opowiem bajkę dla potłuczonych albo inną.
    KOTłownia !
  • vauban 12.06.06, 13:35
    THX, Yaworius, wiedziałem, że jesteś OK. Sądzę po kocie :)
    Teraz już wszystko (prawie) łozumiem. Obiecałem bajkę, oto ona (płód ostatniej
    godziny).

    Bajka dla potłuczonych

    Zapadał zmierzch. Krążące w oddali gawrony myślały już o spokojnym śnie pośród
    odpadków, zeszłorocznych liści i patykiem pisanych winach. Nie były to ich winy.
    W samym środku mrocznego lasu, na uroczyszczu, pośród wiekowych drzew, krzewów i
    zielska, walczyła z grawitacją i własną starością mała, częściowo spróchniała
    chatka, w której to chatce robiła właściwie to samo mała, częściowo spróchniała
    staruszka. Siedziała w bujanym fotelu, dziergając moherowy beret, na jej
    spróchniałych niemal całkowicie kolanach wylegiwał się beztrosko niewielki,
    zupełnie świeży, mruczący kotek.
    Kotek wyglądał wprost słodko. Miał lśniące, czarne futerko, z rodzaju tych,
    które przy dotknięciu sypią iskrami, bursztynowe oczy, białe nastroszone wąsiki,
    mruczał tak sugestywnie, iż miało się wrażenie, że posiada zainstalowany
    wewnątrz elektryczny motorek.
    W kominku wesoło trzaskały płomienie, szumiały kołysane wiatrem drzewa wokoło,
    jednym słowem, wszystko było takie, jakie powinno być w stereotypowej bajce,
    skonstruowanej z archetypów kulturowych.
    Coś tu jednak się nie zgadzało.
    Pewien element nie pasował do tego, ckliwego i kiczowatego, przyznać trzeba,
    obrazka.
    Tym elementem był, spoczywający obok fotela, ciemny, metalicznie błyszczący
    kształt, przypominający zbiornik na wodę, lecz zaopatrzony w nonsensownie
    sterczące stalowe skrzydełka na jednym z końców, kształt, który już na pierwszy
    rzut oka zdecydowanie nie budził zaufania, kształt wyraźnie nie pasujący do
    rustykalnego wnętrza wspomnianej częściowo spróchniałej chatki !
    Staruszka, machinalnie głaszcząc kotka po grzbiecie, ciężko i z namysłem westchnęła.
    - Tak, tak, mój miły kiciusiu ! - zwróciła się skrzypiącym jak stare drzwi o
    północy, lecz przepełnionym tkliwością głosem do kotka. Kotek nie odpowiedział.
    Na wszelki wypadek, udawał, że śpi.
    - Nadchodzi chwila, gdy trzeba podjąć decyzje. Kiedy Zielony Kapturek wraz z
    Wilkiem przytaszczyli mi to znalezisko, pomyślałam sobie na początku: nie. Nie
    zrobię tego, z wielu powodów. Chociaż jestem częściowo spróchniała, to jednak...
    Takich rzeczy się nie robi. Nie wolno. Tak wszyscy mówią. Tak zapisano w
    księgach prawniczych. Ale dzisiaj... Chyba dobrze się stało, że to mamy...
    Kotek przeciągnął się, lecz w dalszym ciągu udawał, że ignoruje słowa staruszki.
    Niezrażona brakiem odzewu, staruszka kontynuowała monolog:
    - Gdyby nie to, co stało się ostatnio... Myślę, że nie zdecydowałabym się na to.
    Lecz teraz już dosyć tego ! Dotąd naigrywano się ze mnie... Starej wariatki...
    Mieszka pośrodku lasu, mówili, uprawia ziółka, trzyma kota, nic takiego, robi
    lecznicze nalewki... Ale teraz, to już przesada !
    Posądzano mnie o czary... Dawniej. Głupcy i ignoranci. Uważali za czary to, że
    napar z mięty leczy chory żołądek ! Masz pojęcie, kocie ?
    Kot nadal dyplomatycznie nie zabierał głosu.
    - Ale teraz ! Przegięli, kurwa ich mać faszystowska ! Nowy burmistrz pobliskiego
    miasteczka mówi - i otumania tym co tępszych wyborców - że prowadzę nielegalną
    klinikę ginekologiczną ! I że specjalizuję się w aborcjach ! Większej bujdy nie
    słyszałam od 1411, kiedy rozgłaszano, że lada moment zdobędą Marienburg ! Wiesz
    co, kocie ? Ja im pokażę !
    Kot przeciągnął się, mruknął w sposób sugerujący akceptację. Zachęcona tym
    staruszka, kontynuowała monolog - mimo tego, że była na wpół spróchniała:
    - Więc teraz wyjawię ci mój plan: to duże coś, tu, obok fotela, to bomba
    atomowa. Wedle tego, co pisze na etykietce - a odczytałam ją, mimo braku
    odpowiednich okularów, bowiem jeszcze w roku 1673 ukradł był mi je ten chuj
    leśniczy - ma ona moc jednej megatony. To aż zbyt dużo, jak na nasze potrzeby,
    ale wcale nie za dużo, aby wyrazić moją złość na tych niewdzięczników ! Przy
    pomocy kilku, prostych zresztą, zaklęć, teleportuję ją dokładnie do gabinetu
    burmistrza - a następnie, w ten sam sposób, zdetonuję. I co ty na to ?
    Kot miauknął, wyprostował grzbiet w typowym kocim łuku, a następnie zaczął
    ocierać się pyszczkiem o nieomal całkowicie spróchniałe dłonie staruszki.
    Staruszka pokiwała trzęsącą się głową.
    - Masz rację. Tak będzie właściwie.
    Z przeraźliwym skrzypieniem prastarych stawów, wstała z fotela. Podeszła do
    bomby, spokojnie spoczywającej na zadeptanym właściwie całkowicie dywanie.
    Wyciągnąwszy przed siebie kościste, poznaczone wątrobowymi plamami a przy tym
    drżące dłonie, półgłosem zaczęła mamrotać skomplikowane i wymagające skupienia
    zaklęcie.
    Była już prawie w połowie zaklęcia, gdy nocną ciszę zakłóciło energiczne
    bębnienie pięściami w drzwi na wpół spróchniałej chatki. Będąc również na wpół
    spróchniałymi, drzwi nie mogły stawiać przesadnie długiego oporu.
    Staruszka była tego świadoma.
    - Kto tam ?! Krzyknęła, mrucząc jednocześnie pod nosem słowa powszechnie uważane
    za obelżywe.
    Zupełnie nie pasowały one do sekwencji słów teoretycznie stanowiących zaklęcie.
    - Otwierać ! Inkwizycja ! Padły złowróżbne wyrazy spoza na wpół spróchniałych,
    lecz ciągle zachowujących swoją formę, drzwi.
    Kot już przed dobrą minutą wycofał się na z góry upatrzoną pozycję pod na wpół
    spróchniałą kanapą.
    - Nie spodziewałam się hiszpańskiej Inkwizycji... zmartwiałymi usty (!) wybąkała
    staruszka.
    Szybko uczyniła rękoma znak, którego nauczyła ją jej prababka, mówiąc: "gdy
    skończy się spirytus rektyfikowany - zacznie się denaturowany". Dotąd nie
    doceniała tej rady. A jednak...
    Znak podziałał ! Świecąca dotąd słabym, fosforycznym światłem skrzyneczka
    detonatora bomby rozbłysła czystą czerwienią. Mechaniczny głos oznajmił
    beznamiętnie:
    - " do detonacji pozostało pięć sekund... cztery... trzy... I tak nie zdążysz
    wprowadzić kodu dezaktywacji... jedna... zero...
    Dalszego ciągu, niestety, nie znamy...



  • aard 12.06.06, 14:58
    A czytałeś obrazy Blq? Wyszukiwarka nie działa, więc nie mogę ich teraz
    namierzyć, ale chyba były na WNie. Nie twierdzę, że to lektura obowiązkowa, ale
    jakoś klim(a)tami mi się skojarzyła z nimi Twoja fajoska bajka o potłuczonych :)

    Dzierżżż!
    --
    Hulaj noga, roweru nie ma!
  • szprota 12.06.06, 17:31
  • szprota 12.06.06, 17:32
  • aard 12.06.06, 19:26
    Nie chciało mi się jednakowóż szukać, NA KTÓREJ stronie też mogłyby być.
    --
    Trzeba chodzić na pogrzeby,
    bo wtedy poznaje się rodzinę [Szprocia_Mama]
  • szprota 12.06.06, 19:37
    jak to dobrze, że mnie nie musi się chcieć, bo mam to w pamięci ;)
    --
    dziś nie
  • aard 12.06.06, 19:53
    "MZtka wszystko może, ale nic nie musi" (c) Keltoi
    --
    Trzeba chodzić na pogrzeby,
    bo wtedy poznaje się rodzinę [Szprocia_Mama]
  • szprota 12.06.06, 20:05
    aard napisał:
    "MZtka wszystko może, ale nic nie musi" (c) Keltoi
    --
    Trzeba chodzić na pogrzeby,
    bo wtedy poznaje się rodzinę [Szprocia_Mama]
    --
    Konfucjusz mówi: to nie ja tako rzekłem,
    to Zaratustra! [Huann]
  • vauban 12.06.06, 21:18
    Jak mnie jutro znow najdzie wena, to wrzucę jeszcze. Samemu mi zaczęło się podobać.
  • szprota 12.06.06, 23:01
  • vauban 13.06.06, 23:55
    Obiecałem, więc daję nowe bzdurki.
    Mam już pomysł na trzecią.


    Inna bajka

    Krasnoludek Hipolit otarł pot z czoła. Oddychał z trudem. "Dawno nie biegałem.
    Cholera, to wieczne siedzenie na naradach aktywu...", pomyślał.
    Zmęczony, zziajany, miał przecież ważną misję do spełnienia. Musiał dotrzeć z
    wiadomością do Oberkrasnoludka Adalberta. Musiał !
    Potykając się o sosnowe szpilki i drobne, suche gałązki, Hipolit przedzierał się
    przez las. Za sobą pozostawił już niebezpieczną, otwartą przestrzeń łąki, pole,
    na którym pszenica przewyższała go już o głowę, przed nim rozciągał się jeszcze
    suchy, sosnowy bór. Dalej będzie gorzej, pomyślał cierpko, ci cholerni leśnicy
    niedawno wprowadzali liściasty podszyt tam, za leśną drogą oddziałową. Od razu
    wlazł mech i paprocie. Z drugiej strony, w gąszczu będzie bezpieczniej. "Te
    cholerne, historyczne czerwone czapeczki ! Jak nic mnie coś wypatrzy, bo to się
    nie zdarzało ? Jakiś grzybiarz, pół biedy, jeśli pijany, będzie myślał, że ma
    delirium..."
    Hipolit wzdrygnął się. Przypomniała mu się sprawa krasnoludka Genzeryka. Poszedł
    kraść jajka z kurnika, potknął czy pośliznął, w każdym razie wpadł do kadzi z
    zacierem u chłopa - bimbrownika. Ile wtedy było załatwiania, mamienia, a
    odzyskać ciało Genzeryka udało się dopiero wykradając je wraz z butelką - chłop
    postawił ją w kredensie, i już zapraszał sąsiadów na oglądanie dziwowiska...
    Na dotatek, robił się głodny. Krasnoludki, z racji małych rozmiarów, muszą jeść
    jak sikorki - tyle, ile ważą. Inaczej brakuje im kalorii, tym bardziej przy
    takim wysiłku, jak przebiegnięcie blisko pół kilometra.
    Nareszcie ! Oto droga - Hipolit rozejrzał się czujnie. Nikogo. Można iść, aby w
    te paprocie.
    Żeby tylko nie napotkać Dziada Borowego - normalnie, to pech, ale w takich
    okolicznościach - to już nie pech, to klęska ! Nie dostarczy wiadomości !
    Lecz co to ? Hipolit uśmiechnął się szeroko. Oto z mchu i poszycia wyłaniał się
    przed nim miły oku widok - dorodny podgrzybek brunatny ! W sam raz na posiłek
    dla zgłodniałego krasnoludka !
    Hipolit wgryzł się w smaczny grzybi miąższ. "Te parę minut... Nikogo nie zbawi.
    Muszę zjeść obiad !" - myślał.
    Skończywszy podgrzybka, oblizał się i raźniejszym krokiem zagłębił się w las.
    Omijał kępy mchu, szyszki, mrówki... Dokuczały mu jednak coraz silniejsze
    skurcze przepełnionego żołądka. "Co jest ? W życiu mi podgrzybek nie
    zaszkodził..." - myślał. Miał już prawie trzy lata, jak na krasnoludka wiek
    dojrzały. Skurcze nasilały się. Nie wytrzymał, ciężko usiadł pod sosnowym
    korzeniem. Oddychał z coraz większym trudem. Zwymiotował, ale nie przyniosło mu
    to ulgi. Miał mroczki przed oczyma.
    "Co się dzieje ?!"
    Hipolit czuł się coraz gorzej. Miał uczucie, że ręce mu drętwieją. Z nosa
    pociekła mu krew. Ostatki rozdygotanej świadomości podpowiadały mu, że to
    koniec. Ale wiadomość ! Co z wiadomością ? Jeśli jej nie dostarczy, zagrożona
    będzie cała krasnoludzkość !
    Brzozowa kora ! Resztką sił zaczął niezgrabnie skrobać po płatku brzozowej kory
    ułamkiem sosnowej igły, maczanej w krwi wciąż płynącej mu z nosa: "Do
    wszystkich. Strajk krasnoludków w oborze PGR - Stare Babki. Odmawiają sikania do
    mleka. Prowodyr..." Niekontrolowane drgawki sprawiły, że igła wypadła mu z
    bezwładnej ręki... Hipolit stracił przytomność.

    Sójka Genowefa, która od dłuższej już chwili przyglądała się konającemu
    krasnalowi z gałęzi, podfrunęła teraz ku drgającemu jeszcze, drobnemu czerwonemu
    kształtowi. Uważnie przeczytała koślawe litery ostatniej wieści Hipolita.
    - Dobrze mu tak. Kapuś pierdolony, doigrał się - mruknęła pod dziobem.
    Sójka Genowefa, w przeciwieństwie do Hipolita, wiedziała aż zbyt dobrze, o co
    chodzi. Na dalekiej, zielonej Ukrainie, doszło do fatalnej eksplozji elektrowni
    atomowej. Podgrzybek wchłonął dostatecznie dużo radioaktywnego strontu, jodu i
    cezu, by stać się wysoce zabójczym dla drobnego i wrażliwego na radiację
    krasnoludka.
    Sójka wiedziała o tym z ptasiego Radia Zamorskiego. Wybierała się od dawna za
    morze, i starała się być poinformowana, czego należy się tam spodziewać.
    Krasnoludek, wierny swoim zasadom, radia tego nie słuchał, zresztą było ono
    przez samych krasnoludków dość skutecznie zagłuszane...

  • aard 15.06.06, 12:54
    Pisz dalej, pisz, to jest chyba jeszcze lepsze! :)))
    --
    Głód sucks
  • szprota 15.06.06, 13:01
    ale obstaję przy myśli, że na WNa z tym :)
    --
    dziś nie
  • aard 15.06.06, 14:00
    Tylko że WNa już nie ma ;)
    --
    In_tuitia veritas
  • szprota 15.06.06, 14:13
    jakkolwiek uwielbiam koty, przypodały dziś w nocy pod Huańskim oknem taki
    koncert, że zamiast spać, próbowałam się doliczyć, ile tego towarzystwa tam
    było. Teraz sobie myślę, że dwoje, rujcząca kotka i migdalący się do niej kocur,
    ale dawały czadu jakby ich było kilkanaście.
    piszę o tym nie dlatego, że popadłam w niepohamowany słowotok, tylko by
    usprawiedliwić swoje dzisiejsze zaniki w koncentracji i pomylenie dwóch wątków,
    tak wszak ważnych dla wszelkiej maści surrealistów, absurdalistów i pomniejszych
    popaprańców.

    --
    Na WSA z Vaubanem!
  • vauban 15.06.06, 14:28
    Może być. Mięta m wszystko jedno. Cieszęcina, że się podoba, gdzie - wszystkoza
    jedno.
    I tak stylu samowystarczalnego naśladowac rady nie ma.
  • szprota 15.06.06, 14:38
    vauban napisał:
    >Cieszęcina, że się podoba, gdzie - wszystkoza jedno.
    ratio żywnościowe :)
    --
    dziś nie
  • vauban 15.06.06, 15:06
    Nie łeb :)
  • aard 13.06.06, 22:50
    vauban napisał:

    > Samemu mi zaczęło się podobać.

    No nareszcie! :))
    --
    In_tuitia veritas
  • vauban 15.06.06, 18:33
    Oto kolejna bajeczka, która mi się właściwie przyśniłła.


    Nowa bajka alternatywna


    (alternatywna, ponieważ jej fabuła dzieje się w rzeczywistości alternatywnej do
    rzeczywistości pierwszej bajki, która to z kolei dzieje sie w rzeczywistości
    alternatywnej.)

    - Nie pierdol mi takich głupot, kurwa mać, kawałku sparszywiałego szkiełka !
    Tymi oto słowy zwróciła się (jak na jej temperament, jeszcze stosunkowo
    łagodnie) królewna Migdalia do swojego magicznego lusterka.
    - Jak to, robi problemy ? Co znowu ? Wszystko miało być już załatwione, ojciec
    się zgadzał, co znów wymyślił ?! Może mi to wytłumaczysz, lustereczko, emmm ?
    Magiczne lustro trzęsło się jak w febrze. Przetrzymało już wiele - kaprysy
    dorastającej królewny rosły wraz z nią. Zniosło już wiele napięć
    powierzchniowych, a nawet takich, które sięgały głębiej w strukturę magicznego
    szkła. Jednakowoż nie było z diamentu - i wiedziało dobrze, że magiczne
    zwierciadła dzielą się na te uprzejme i na te rozbite. Nie miało zamiaru
    dołączyć do tej drugiej kategorii, ale tym razem, sytuacja wydawała się być
    krytyczną.
    A przecież tyle już wytrzymało ! Jakże niełatwa była jego egzystencja ! Ileż
    hipokryzji wymagało odeń dotąd dyskretne ukrywanie własnej opinii na temat
    użytkującej je królewny !
    Pół biedy, gdy zadawała właściwe nastolatkom pytanie : "lustereczko, powiedz
    przecie, kto najpiękniejszą jest na świecie ?". Drobne kłamstwo załatwiało sprawę.
    Gorzej było, gdy królewna dojrzewając, zaczęła zadawać pytania szczegółowsze:
    Czy ludzie rozmnażają się tak samo, jak krasnoludki ? Naprawdę musi odbywać się
    to w tak niewygodny i obrzydliwy sposób ? Czy ten przystojniak wiceksiążę
    Paparazzi to prawdziwy Włoch ?
    Dlaczego mój ojciec król tak bardzo czerwieni się, gdy obmywa mu ręce ta nowa
    pokojówka ?
    Wszystko to było jednakże zaledwie przedsionkiem lustrzanego piekła ! Prawdziwe
    kłopoty nastąpiły wtenczas, gdy królewna Migdalia zaczęła zdawać sobie sprawę z
    własnej odmienności...
    Była to, powiedzmy sobie uczciwie - odmienność niezwykła, by nie rzec wręcz -
    królewska...
    Otóż, skutkiem jakiejś dziwnej, wymendlowanej struktury genetyczno -
    dynastycznej, królewna obdarzona została dupą w poprzek.
    Pod warstwą sukien, na pierwszy rzut oka, jej część dolna nie różniła się
    zanadto od części dolnych dworek - stąd, gdy za młodu przychwyciła jedną z nich
    na oddawaniu moczu, mogła królewna bez żenady zakrzyknąć: Och, jej ! Ty też masz
    cipę ! - jednak w miarę upływu czasu i wzrastania tychże części królewny,
    problem zaczął - dosłownie - narastać.
    Brał sie on częściowo z upodobań kulinarnych królewny. Nie było dnia, aby
    królewski kuchmistrz, zziajany jak zgoniony chart, upiekłwszy naręcza (!)
    przepiórek oraz kotły (!) zajęcy w śmietanie (!), nie otrzymywał, płynącego z
    najwyższych stołków władzy polecenia: Fasolka po bretońsku !!!
    Podwójna ! I do tego hamburgery ! Z surówką z kapusty ! Subito, santo subito !
    (Kucharz był Włochem. Praktykował w restauracji na Via dei Conciliazione w
    Watykanie. Kiepska rekomendacja).
    Taki sposób odżywiania nie mógł jednak przejść bez echa. Dosłownie.
    Jak wiadomo, spożywanie strączkowych, wywołuje gazy. Królewna Migdalia miała z
    nimi problem podwójny - oprócz psucia i tak niezbyt świeżego powietrza w pałacu,
    wywoływały one dodatkowy efekt akustyczny: dupa królewny kłapała !!!
    Kłapała przy sraniu, kłapała przy pierdzeniu, co najgorsze - kłapała również
    przy chodzeniu.
    Zastanówcie się, drodzy moi czytelnicy: czy warto zazdrościć królewnie jej
    pozycji społecznej przy takiej dolegliwości somatycznej ?
    Wracając jednak do dylematów magicznego lusterka: milczało dyskretnie przez czas
    długi, pomijało oczywiste złośliwości, opowiadane przez dworzan od wielu, wielu
    lat, nie odpowiedało królewnie na najbardziej zasadnicze z pytań, jakie kiedyś,
    zduszonym i wstydliwym tonem mu zadała - jakoś udało się wymigać, lecz teraz...
    W dniu jakże ważnym ! Dynastycznie mariażowym ! Scheiss !
    (Lusterko wykonane było w Norymberdze, i po nawet wielu latach, zachowało miłość
    do rodzimego języka).
    Królewna starała się opanować. Odwróciła się od przepięknego,
    biedronmajerankowego biureczka na którym ustawione było magiczne lusterko.
    Usiłowała zebrać myśli.
    - Dobra. Idę teraz do ojca. Wygarnę mu, co o tym wszystkim myślę. Niech się
    tłumaczy. Teraz, kiedy nadarza się niewiarygodna wprost okazja, gdy z powodów
    genetyczno - dynastycznych, mam wreszcie szansę na poślubienie księcia Rudolfa,
    on mówi: nie ? Przecież ja kocham Rudolfa ponad życie ! Rudolf, najdroższy ! Nie
    można zaprzepaścić takiej wielkiej miłości, Rudolfie !! Ach !
    Królewna, zarysowawszy marmurową posadzkę ostro zakończonym szpicem wysokiego
    obcasa, doprawdy, nieźle zapaliła z gumy, i nie minęły dwie minuty, gdy lekko
    zdyszana, stanęła przed drzwiami królewskich komnat prywatnych. Służba wzdłuż
    korytarza ustawiona, starannie udawała, iż nie słyszy charakterystycznych
    kłapnięć, towarzyszących ruchowi pośladków królewny.
    W tym samym czasie, magiczne lusterko królewny, rozsypało się w proch. Zawał
    krystalizacji...
    Niekiedy dotyka przedmiotów magicznych, zwłaszcza zbyt wrażliwych, pozostających
    na niezdrowej diecie lub w ciągłym stresie.
    Otwierać! Zażądała królewna od strzegących odrzwi halabardierów. Zawahali się,
    na ich twarzach pojawiły się znamiona rozterki. Jednak, słowo królewny było
    słowem upoważnionej - wszak na odrzwiach widniał napis, doskonale czytelny -
    "nieupoważnionym wstęp wzbroniony".
    A w tym wypadku, halabardziści postąpić mogli jedynie wedle regulaminu.
    Rzeźbione odrzwia rozchyliły się majestatycznie, jak należy przy okazji
    królewskich wizyt. Królewna Migdalia wstąpiła do prywatnej komnaty królewskiej,
    przepysznie ozdobionej rękoma anonimowych rzemieślników. I stanęła jak wryta.
    Jej oczom ukazał się obraz, jakiego nie spodziewała się nigdy zobaczyć: oto Jego
    Królewska Mość, ojciec wyżej pomienionej, zerwał się z klęczek (!) i, podwijając
    sute królewskie szaty, oblał się był szkarłatnym rumieńcem. Nerwowo manipulował
    przy rozporku.
    Na wspaniałym arcydziele sztuki dywanniczej, mającym przeszło 500 lat kobiercu,
    klęczał książę Rudolf, pantalony mający opuszczone do kostek - przyodzianych
    zresztą w śnieżnobiałe skarpetki frotte. Na jego obliczu malował się rumieniec o
    zaiste kardynalskim odcieniu.
    - Co to, kurwa, znaczy ? Z trudem wyrzekła królewna.
    Jako pierwszy opanował się Król.
    - Córko najdroższa... Spokojnie... - rzekł, próbując zachować opanowanie.
    - Co za, kurwa, spokojnie ??? Co to ma znaczyć ?! - Królewna powiodła nieco
    nieprzytomnym wzrokiem po komnacie.
    - Córuchno... jęknął Król - to dla Twojego dobra...
    - Jak to ? Coo ? - Królewna była już gotowa dać po pysku zarówno ojcu, jak i
    narzeczonemu.
    - Ja ci to wytłumaczę. Powolutku. - Rzekł Król, i wykonał przy tym dziwny ruch
    rękoma. - Otóż, córeczko, muszę wyznać Ci pewną moją fobię: nigdy nie mogłem
    pogodzić się z myślą, że jakiś obcy facet będzie Cię pierdolić. Zatem, zawarłem
    z Rudolfem pewną umowę...
    - Ojcze ! Nigdy nie podejrzewałabym Cię o takie ciągoty ! - wykrzyknęła królewna.
    - To nie ciągoty, córko. To twarda, polityczna rzeczywistość. Pomyśl, kim jest
    Rudolf. Jeśli ja go nie wypierdolę, to jak będę się czuł, zawierając
    dalekosiężne pakty handlowe ? Więc jak, zgoda ? A przy okazji, obiecał mi, że
    nigdy nie wspomni na forum międzynarodowym o Twojej dupie w poprzek...
    Trzeba przyznać, że ten ostatni argument przeważył polityczną szalę. Królewna
    darowała Rudolfowi oportunizm i konformizm.
    Żyli długo i, podobno, szczęśliwie...
  • szprota 15.06.06, 19:30
    na razie masz mój nieustający poklask i bez pressingu prośbę o jeszcze :)
    --
    dziś nie
  • vauban 15.06.06, 23:53
    Będę się starał, mój Dziekanie (Herbert).
    Pomalutku.
    RU daje wielką radość zaglądającemu.
    Zaglądający nie chce być jałowcem (Juniperus communnis L.), i też coś dać.
    Zatem zaowocować zainteresowany zarąbiście.
    Niebawem może odważyć się obnażyć (zaś potem, wybatożyć, gdyż należy).
    Do przeklejania: wola waszszsza. I'm z another planeta. Planeta Turoń.
    Nie moja mówić, co właściwa. Tarzan hungry. Tarzan eat now.
    Vauban sleeps.

    Kotłownia !
  • vauban 17.06.06, 01:56
    Zapoznawszy się dogłębnie z przepastnym wątkiem WSA, składam niniejszym uprzejmą
    prośbę do Szproty o przeniesienie oraz o skasowanie wątku "dla emerytów", ale
    już po przeniesieniu tam treści. Teoretycznie mógłbym wkleić je ponownie, tylko
    po co.
    Szkoda, że od początku nie natrafiłem na właściwe miejsce, nie zakładałbym
    osobnego wątku w Rezerwacie.
    Więcej szczegółów podam, jeśli pozwolicie mi się przed wami obnażyć.
    Z wyrazami.
  • kotbert 17.06.06, 07:33
    Czy pozwolicie mi pozwolić mu??
    To jak?


    --
    zen prostaku, zen
  • aard 17.06.06, 12:12
    vauban napisał:

    > Zapoznawszy się dogłębnie z przepastnym wątkiem WSA,

    Czy naprawdę dogłębnie z tak PRZEPASTNYM wątkiem można się zapoznać? No i że
    jeszcze zmącę wodę vaubanowej autosatysfakcji: a co z WueNem? ;)

    > składam niniejszym uprzejmą
    > prośbę do Szproty o przeniesienie

    To (niestety?) nie jest możliwe, żeby przenosić posty i doklejać je do wątku.
    Ale nie ma tego złego, bo

    > oraz o skasowanie wątku "dla emerytów",

    VETO!! Piękny wątek i tu przynależy. Jak Szprota usunie, to ja przywrócę :))

    > Teoretycznie mógłbym wkleić je ponownie,

    Tak, to jedyna możliwość.

    > tylko po co.

    Właśnie :)

    > Szkoda, że od początku nie natrafiłem na właściwe miejsce, nie zakładałbym
    > osobnego wątku w Rezerwacie.

    Może szkoda, a może nie. Rezerwat wiele zyskał, a stary WS niewiele stracił - i
    tak jest właściwie tylko dla koneserów i powoli odchodzi na śmietnik historii
    surrealizmu...

    > Więcej szczegółów podam, jeśli pozwolicie mi się przed wami obnażyć.
    > Z wyrazami.

    Tu mam zdanie jeszcze bardziej sprecyzowane: z wyrazami pozwalamy!

    Dzierżżższablewdłoń!
    --
    In_tuitia veritas
  • huann 17.06.06, 13:48
    aard napisał:

    > Rezerwat wiele zyskał, a stary WS niewiele stracił - i tak jest właściwie
    tylko dla koneserów i powoli odchodzi na śmietnik historii surrealizmu...

    Bracia Strach* mają Wielkie Oczywiście ;P


    *chodzi o łódzkie kontenery z odpadkami z napisem 'Bracia Strach' Oczywiście
    Wielkie są.


    --
    mundialowe LEEEĆ <a href="forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?
    f=10322">ADAAAAŚ</a> LEEEEEEEĆ !!!!!!!
  • szprota 17.06.06, 15:08
    niejednemu w webie czarny koń na myśli, że po Huańsku zaklnę, nie kupiłam jajek,
    więc nie mam po czym się drapać, ale po rzetelnym i uczciwym namyśle Szprota says.












    a, chuj tam. Aard ma rację. Nic dolać nic Maginiak!



    Vaubanie, bałwanie przepyszny, pajacu wspaniały i bajkomizdrzu znakomity -
    pisząc, że na WSa z tym nie zamiarowałam pokazać ci drzwi i lansować się
    admińskimi zapędy. Po mojemu jest to wątek, który najodpowiedniej rereruje nie
    kreskuje twoim pysznościom. Co nie oznacza bynajmniej [a nie! syn dobosza!], że
    tu i teraz są one mniej mile widziane.
    Mnie osobiście napełnia niepohamowanym IHAHA fakt, że mamy cię tu, albowiem cały
    Rezerwat jest poRUwnywalnie odpowiednim miejscem co WS, a poklasku i
    publiczności, powiem tobie ja, daleko więcej.

    obnażenia rychłam królując nowym szatanom cesarza.

    PS Aardzie, z tym śmietnikiem historii się nie zgodzę. Ale do dyskusji zanęcę po
    zrealizowaniu imperatywu w kwestii pierniczków.
    --
    Dark side of the Moon.
    This Moon.
  • aard 17.06.06, 15:58
    > PS Aardzie, z tym śmietnikiem historii się nie zgodzę. Ale do dyskusji zanęcę
    po zrealizowaniu imperatywu w kwestii pierniczków.

    Szproto, ja też się nie zgodzę. Ale do dyskusji prowoknę, bom taki przeko(r)nik
    bez pony na przebiegunach. Zadem: co będzei, jak się zaardchiwizuje, kuczemu
    (na cztery łapy) zmierza? Wszak jeśli nie śmietnik nawet, lamus jednakowóz to
    jest na pewno.


    PS. Znowu zamieniam i z e!!
    --
    Uwielbiam zapach upału o poranku!
  • szprota 17.06.06, 16:04
    a ja złasowawszy pierniczka (polecam w biedronie za 5 zeta 500 gramów!) dodam
    tylko, że z pamiątkami to można różnie. ja te ważniejsze oprawiam w ramki, kładę
    pod nimi kwiaty, obkładam bieżnikiem z haftem richelieu i klnę na muchy, że
    pstrzą. a mogłam na śmietnik z tym i nie musieć przeprowadzać tylu zabiegów.
    tylko że wyrzucać to ja lubię głupie faktury, a nie pamiątki.
    --
    dziś nie
  • vauban 17.06.06, 14:24
    Do konsumpcji jedynie w nagłych przypadkach. Sposób użycia: zalać, najlepiej wodą.
    Posłucham radAarda i nastroję radaard.
    Cicha woda Vaubana rwie.
  • huann 17.06.06, 14:33
    ale czy nierdzewna? :>


    --
    mundialowe LEEEĆ <a href="forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?
    f=10322">ADAAAAŚ</a> LEEEEEEEĆ !!!!!!!
  • vauban 17.06.06, 14:42
    Chromoniklowa. Uwaga ! Może wywoływać alergie !
  • huann 17.06.06, 14:49
    aleorgie?

    łeee, znowu aleorgieee.


    --
    mundialowe LEEEĆ <a href="forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?
    f=10322">ADAAAAŚ</a> LEEEEEEEĆ !!!!!!!
  • vauban 17.06.06, 14:53
    swoje zdjęcia z aleorgii, a powiem Ci, kim jesteś.
    www.wroze_z_linii_papilarnych.com.pl
    Tamże do nabycia T-shirty z ogórkami. Hit lata ! I wiosny ! I macha skrzydełkami !
    PS. kolejna bajka na warsztacie.
  • huann 17.06.06, 15:58
    to było wczasach, gdy świerzb pod gruszą Lampo-Błyskowitza (tego generała)
    jeździł po Korei.

    ale dziękuję za zapędy, zaza pusty i zazula Cooka!


    --
    mundialowe LEEEĆ <a href="forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?
    f=10322">ADAAAAŚ</a> LEEEEEEEĆ !!!!!!!
  • aard 17.06.06, 14:55
    chomikrowana. Na odzwierzęce S.Tym!
    --
    Im dalej wlazł, tym więcej drzewł
  • vauban 17.06.06, 18:12
    śFińska bajka ludowa.

    Czy pamiętacie, jak w "Wahadle Foucault'a" Umberto Eco, Jacopo Belbo
    eksperymentował z edytorem tekstu ? W pewnym momencie wpadł na szalenie
    inspirujący pomysł, który niniejszym rozwijam (a oto stosowny cytat):

    [Abu, zrób teraz tak: wystukuję to zdanie, daję Abu rozkaz zastąpienia każdego
    "a" przez "akka" i każdego "o" przez "ulla" i wychodzi z tego fragment prawie po
    fińsku.
    Akkabu, zrób: terakkaz takkak: wystukuję tulla zdakkanie, dakkaję Akkabu
    rullazkakkaz zakkastąpieniakka kakkażdegulla "akka" przez "akkaakka" i
    kakkażdegulla "ulla" przez "ulakka" i wychulladzi z tegulla frakkagment
    prakkawie pulla fińsku.]

    Zatem, Madames, Monsieurs, oto nowy, nie do końca przetłumaczony z fińskiego,
    tekst (częściowo zainspirowany przez fragment prozy Bo Carpelana).


    Gwiezdne ullakulla.

    Przy drulladze, prowakkadzącej przez lakkas, w głębullakim śniegu, w czakkas
    mrullaźnej nullacy, leżakkałulla zakkawinięte w fullacze futrulla dzieciątkulla.
    Był strakkaszny mróz, pullakkawietrze byłulla pełne lulladowych igiełek,
    nakkawet wilki leżakkały w legullawiskakkach, nie śmiejąc wyjść na łullawy.
    Dlakkaczegulla dzieckulla takkam leżałulla ? Bulla je zgubiullanulla !
    Nakka niebie jakkarzyłakka się zullarzakka pullalarnakka, mróz sprakkawiakkał,
    że drzewakka trzakkaskakkały, pękakkając, akka dzieckulla leżakkałulla,
    pullarzucullane przy ulladludnej drulladze, i gawullarzyłulla dulla siebie
    samegulla.
    Drullagą jechakkały sakkanie. Pullawullaził nimi Stakkary Mężczyznakka,
    ullabullak niegulla siedziałakka Stakkara Kullabietakka. Ullakkabydwullaje
    widzieli już wiele wiullasen, niestety, nie dane im było doczekać się pullatullamka.
    Stakkarzy Ludzie wrakkacakkali dulla swullajegulla dullamu z takkargu, gdzie
    sprzedakkali wieprzki, i, zakkadowullaleni, myśleli ulla ciepłej izbie,
    gullarącej zupie i bezpiecznym schrullanieniu przed nullacą.
    Stakkara Kullabieta zakkauważyłakka ciemny ksztakkałt w zakkaspie wcześniej, niż
    Stakkary Mężczyznakka.
    - Zakkatrzymakkaj sakkanie ! - krzyknęłakka dulla mężakka.
    Gdy sakkanie zakkatrzymakkały się, wysiakkadła, i uważnie przyjrzakkałakka
    futrzanemu zakkawiniątku.
    - Akkależ tulla dzieckulla ! - pullawiedziakkałakka do Stakkarego Mężczyzny. -
    Zakkabierzmy je dulla siebie i będzie nakkasze !
    - Dullabrze - ulladparł Stakkary Mężczyznakka - akkale jak je nakkazwiemy ?
    - Nakkazwiemy je Gwiezdne Ullakulla, bulla w jego ullaczach ulladbijają się
    gwiakkazdy - pullawiedziakkałakka Stakkara Kullabietakka.
    Jakkak pullawiedzieli, takkak zrullabili. Gwiezdne Ullakulla rósł zdrullawulla,
    zmieniając się z dzieckakka w przystullajnegulla młulladzieńcakka. Kullachakkał
    swullaich przybrakkanych rulladziców, a ullani kullachali jegulla.
    Mijakkały lakkatakka. W dniu, gdy Gwiezdne Ullakulla skullańczył
    ullasiemnakkaście lakkat, Stakkarakka Kullabietakka i Stakkary Mężczyznakka
    przyullazdullabili izbę świątecznym ullabrusem, wyjęli nakkajpiękniejsze
    nakkaczyniakka z kredensu, urullaczyście zakkasiedli nakka drewniakkanej,
    rzeźbiullanej łakkawie, pulla czym Stakkary Mężczyznakka pullawiedziakkał:
    - Mój przybrakkany synu ! Ullatulla ullasiągnąłeś wiek męski. Ullad tej chwili,
    ty sakkam decydujesz, culla jest słuszne, a culla nie. Wiedz, że makkamy z
    makkałżullanką pewne życzeniakka, które chcielibyśmy, akkabyś spełnił. Biullarąc
    Cię nakka wychullawakkanie, mieliśmy nakkadzieję, że pewnego dniakka spełnisz
    nakkasze nakkajskrytsze makkarzeniakka.
    - Takkak się stakkanie, mój przybrakkany ullajcze i mullajakka przybrana
    makkatkulla - ulladpakkarł Gwiezdne Ullakulla, pulla czym, przeprullasiwszy
    nakka chwilę, znikł był zakka drzwiami. Gdy pullajakkawił się pullanullawnie, w
    ręku trzymał ciężką siekierę, której Stakkary Mężczyznakka używakkał dulla
    rąbaniakka twakkardych kłód drzewakka.
    - Wakkasze nakkajskrytsze prakkagnieniakka zullastaną zakkarakkaz spełniullane -
    pullawiedziakkał, i dwullamakka zakkamakkachakkami rullaztrzakkaskakkał
    czakkaszki Staregulla Dullabregulla Makkałżeństwakka. Krew, mózgi i innakka
    makkateria ullarganicznakka rullazbryznęłakka się pulla ściakkanakkach akka
    nakkawet pulla pullawakkale chakkaty.
    Gwiezdne Ullakulla ulladłullażył, niepullatrzebną już, siekierę.
    - Zakkawsze chcieli umrzeć jednullacześnie, takkak, akkaby jednulla nie
    rullazpakkaczałulla pulla strakkacie drugiegulla... Cóż za miłullaść...
    Ullatakkarł łzę.
    - Nulla, akkale terakkaz, czakkas akkaby zakkacząć nullawe, wielkie życie...
    Dulla chulllalery z tą chakkatką nakka kullańcu świakkatakka... Tfu,
    Lakkapullanii - jednulla wychulladzi. Nakka mnie pullara !
    Gwiezdne Ullakulla spakkakullawakkał w tullabullałek skrullamny dullabytek, i
    nie ullaglądakkając się zakka siebie, ruszył dziakkarskim krullakiem w kierunku
    Helsinek.

    Fińska język trudna język...
  • huann 18.06.06, 00:50
    vauban napisał:

    > Fińska język trudna język...

    no, np. 'raz' i 'dwa' to 'yksi' i 'keksi' (prawie jak 'piksi' i 'diksi'),
    natomiast i jednakże gwoli swoiście pojmowanej sprawiedliwości przypomnieć
    muszę, że wyjątkowo zawiłe zdanie brzmiące po polskiemu: 'na niskich łąkach mgła
    ściele się gęsto' to po fińskiemu banalne 'ala vila maila halan vala'...


    --
    mundialowe LEEEĆ JANNE LEEEEEEEĆ !!!!!!!
  • aard 18.06.06, 22:18
    bo bym przez pierwszy akapit nie przebrnął. A tak to i morał mogę wyciągnąć, a
    mianowicie: mementulla mullari.
    --
    Uwielbiam zapach upału o poranku!
  • szprota 18.06.06, 22:30
    przekleiłam bajkę do worda i użyłam polecenia "znajdź i zamień", dzięki czemu
    mogłam nacieszyć się treścią niemąconą formą.
    :D
    --
    dziś nie
  • vauban 18.06.06, 22:37
    Proste, prawda ? Ale i tak zrobiłem coś ze trzy literówki, potem w gąszczu liter
    ich nie zauważyłem :)
  • aard 18.06.06, 22:42
    jedną na początku we "powietrzu", a drugą pod koniec, nie pamiętam w czym.
    --
    Im dalej wlazł, tym więcej drzewł
  • szprota 18.06.06, 22:52
    w słowie "oboje" bo siekierować można trojgiem.
    --
    dziś nie
  • aard 18.06.06, 22:42
    o to mi chodziło, gdy mówiłem o podaniu klucza :)
    --
    Uwielbiam zapach upału o poranku!
  • vauban 19.06.06, 10:06
    Ups !
    Do roboty, Vauban, nierobię !
  • huann 19.06.06, 11:13
    a czy Maksym Gorki to absolutne przeciwieństwo depresji? :>
  • vauban 19.06.06, 12:40
    antymon to pokojowe ministerstwo ?
  • huann 19.06.06, 12:43
    <a
    href="http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=10322&w=11584342">Nuncjusza!</a>
    S! Tym! :)))


    --
    mundialowe LEEEĆ ADAAAAŚ LEEEEEEEĆ !!!!!!!
  • szprota 19.06.06, 20:37
    Jaś Fasola osusza sałatę w skarpecie.
    --
    dziś tak
  • vauban 22.06.06, 16:02
    A dlaczego
    moje nie jest na górze ? Przeca nie śpię ? A ?
    Up !
    --
    Nie będę miał sygnaturki. I już.
  • vauban 23.06.06, 23:53
    Podanie eskimoskie.

    Innukij był wielkim łowcą fok. Pewnego razu, gdy czekał z harpunem w ręce nad
    brzegiem wykutej własnoręcznie przerębli, poczuł nagle, że ktoś poklepał go po
    ramieniu.
    Odwrócił się. Za nim stała bardzo duża foka. Jedną przednią płetwą odebrała mu
    harpun, uderzenie drugiej posłało Innukija do przerębli.
    Morał: gdy nie umiesz pływać, dobrze jest sprawdzić, czy ktoś za tobą nie stoi
    na brzegu.

    Legenda pigmejska.

    M'buRU i Zwa'hi byli braćmi. Pewnego dnia udali się na polowanie. Udało im się
    odnaleźć trop słonia, wytarzali się więc w jego odchodach i podążyli za nim.
    Gdy ślady słonia były już bardzo wyraźne, przyszykowali swoje zatrute oszczepy i
    podkradali się bez najmniejszego szelestu wskroś zarośli. Wtem M'buRU usłyszał
    jakiś dziwny dźwięk dochodzący zza pleców. Obejrzał się i zobaczył wielkiego
    słonia, który wytarzany w obozowej latrynie skradał się ku nim.
    Morał: nawet wdepnięcie w gówno nie przynosi szczęścia, jeśli za późno się
    odwrócisz.

    Klechda kaszubska.

    Józk pojechał na jarmark do Kartuz. Chciał kupić konia, długo wybierał spośród
    wielu, nareszcie znalazł takiego, jakiego chciał. Dobił targu, wypił z
    sprzedającym pokupne, zatabaczyli, i Józk sięgnął po trzos, by za konia zapłacić.
    Niestety, trzosa brakowało. Józk obejrzał się za siebie - i zdołał jeszcze
    ujrzeć znikającą w tłumie gorejącą czapkę na złodzieju.
    Morał: gdy kupujesz konia, patrz mu nie tylko w zęby, ale i dookoła siebie.

  • huann 23.06.06, 23:56

    --
    Czemu tak bardzo boimy sie zastrzyków, a moze wstydzimy niewiem to forum jest na
    kazdy temat, schorzenia ortopedyczne itp.
  • szprota 23.06.06, 23:59
    odkrywczy to jest Kopaliński w Bełchatowie.
    Vaubanie, jeszcze!
    --
    dziś tak
  • huann 24.06.06, 00:03
    szprota napisała:

    > Vaubanie, jeszcze!

    może coś o takich np. Hucułach? ;]


    --
    Czemu tak bardzo boimy sie zastrzyków, a moze wstydzimy niewiem to forum jest na
    kazdy temat, schorzenia ortopedyczne itp.
  • vauban 24.06.06, 00:13
    Spokojnie, jeszcze tyle etnosów do eksploatacji, że hej !

    Opowieść huculska.

    Połoninami, jarami, polnymi dróżkami, jechał chłop na huculskim koniku.
    Zdążał ku wiosce rodzinnej, której nie widział już od długich, długich lat.
    Oto w oddali zarysował się widok jego stron rodzinnych. Znajoma kapliczka
    przydrożna, szare, sterane deszczami strzechy... Już, już za zakrętem ujrzeć
    miał swój rodzinny dom, w nim oczekujących go starych rodziców i ukochaną, do
    której wzdychał przez tyle dni i (zwłaszcza)nocy...
    Spojrzał raz jeszcze - i oczom nie uwierzył...
    - Kto tu, kurwa, postawił MacDonalda ?!
    Morał: uważnie czytaj korespondencję z rodziną - unikniesz nieporozumień.
  • huann 24.06.06, 00:16
    uradowane, dziękujące, pewnie się nieudanielinkujące <a
    href="http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=10322&w=14376723&a=18171980>ICHACHA</a>
    po raz wtóry! :D


    --
    folklor huculski stał się furmankami powożonymi przez bałagułów hieratyczną
    emfazą nieprzyjazną naturze kina i statyką bliższą ekspozycji muzealnej niż
    wizualnej swobodzie, którą oddycha film huculski.
  • vauban 24.06.06, 02:00
    Opowieść mongolska.

    U stóp gór Chatan Chairchan stała jurta zamożnego arata Barsa.
    Bars miał zwyczaj liczyć swoje stada wieczorami. Zapadał zmierzch, a on wciąż
    liczył. Nigdy nie mógł się doliczyć ostatnich wielbłądów i kóz. Bardzo się tym
    martwił.
    Wreszcie zadecydował: dosyć. Nie będę nigdy więcej liczyć!
    Postanawiam: zapomnę całą arytmetykę !
    Po czym położył się spać. Gdy jego kobieta Erechte zbudziła go rano, wyszedł
    przed jurtę i obejrzał swe stada. Tak. Nie pamiętał już nawet tabliczki
    mnożenia. Od tego poranka miał stada liczniejsze niż kiedykolwiek. Od tego dnia
    Bars uspokoił się. Był szczęśliwy.
    Morał: żyj pełnią życia i nie zawracaj sobie głowy pierdołami.

    Opowieść tunezyjska.

    Straszliwy śródziemnomorski pirat Ali Hassan ibn Muhammad Hosrow ben Hassan bin
    Recycle, dla przyjaciół "Ali", dla niewiernych "Czarna Śmierć" albo,
    wzgardliwie, "Cycek", wskazał krzywym bułatem cel swym wiernym psom, kamratom w
    pirackim rzemiośle:
    - Oto statek Giaurów ! Nie minie pięć minut, a będzie nasz !
    - Gdzie, o Allach ! - zakrzyknęli piraci.
    - Taaaaam ! - wskazał im raz jeszcze Ali.
    Niestety, nie dość, że bułat był krzywy z definicji, na dodatek jednooki sternik
    nie doleczył zeza. Straszliwy zgrzyt oznajmił wszystkim, iż statek najechał
    gwałtownie na zdradliwą rafę...
    Morał: w każdym przedsięwzięciu, najważniejszy jest czynnik ludzki.

    Opowieść rumuńska.

    Wstawał świt. Na palach dogorywali ostatni skazańcy. Strażnik Valgodescu
    otrząsał się z porannej wilgoci. Zaklął - dracului ! - znów trzeba będzie oliwić
    kolczugę. Nie lubił tego - oliwa lała się w lniane hajdawery. Zardzewiała,
    skrzypiała jednak nieznośnie.
    Oho ! - jakiś kształt na murze - blisko - czarna, powłóczysta opończa, na
    kształt nietoperzych skrzydeł łopotała złowieszczo - już przy blankach,
    przechyliła się... Rozległ się straszliwy odgłos, jakby wydarty przemocą z
    trzewi: Eueeyyychcheeeee !!!
    Valgodescu poprawił halabardę i zbliżył się.
    - Piórko, czy "Alka - Prim", Panie ?
    - Eueech... tfu... - odparł hrabia Dracula - dziękuję ci, wierny strażniku...
    Bue... - splunął.
    - Powiedz, czy handlarz winem wbity tam oto... tfu, żyw jeszcze ?
    - Nie hrabio, skapiał jeszcze wieczorem - odparł Valgodescu.
    - Miał szczęście... Widzisz, jak mnie załatwił ? I to ma być wino ?
    Jabol, i tyle ! Rzygam już od północy...
    Morał: in vino veritas. Veritatis splendor.
  • aard 26.06.06, 16:00
    vauban napisał:

    > Opowieść mongolska.
    >
    > U stóp gór Chatan Chairchan stała jurta zamożnego arata Barsa.
    > Bars miał zwyczaj liczyć swoje stada wieczorami. Zapadał zmierzch, a on wciąż
    > liczył. Nigdy nie mógł się doliczyć ostatnich wielbłądów i kóz. Bardzo się tym
    > martwił.
    > Wreszcie zadecydował: dosyć. Nie będę nigdy więcej liczyć!
    > Postanawiam: zapomnę całą arytmetykę !
    > Po czym położył się spać. Gdy jego kobieta Erechte zbudziła go rano, wyszedł
    > przed jurtę i obejrzał swe stada. Tak. Nie pamiętał już nawet tabliczki
    > mnożenia. Od tego poranka miał stada liczniejsze niż kiedykolwiek. Od tego
    dnia
    > Bars uspokoił się. Był szczęśliwy.
    > Morał: żyj pełnią życia i nie zawracaj sobie głowy pierdołami.


    A tymczasem tak naprawdę napisał:

    To będzie mówić Język mongolski ć. Przy współczynnikach góry uwieńczają (stawać
    na czele) konstanta. Stają się Stoją Zamożny Chatan Chairchan jurta arata
    Barsa. Zwyczaj musiał kosztować wieczory stadtów w wieczór zagrodzenia. Półmrok
    powalić, ale on to kosztował wciąż. Nigdy może być dodawany ostatnio wielbłądów
    i she-goats. To zmartwiło bardzo to. Wreszcie to określiło dosyć. Nigdy JA
    będzie kosztować większa ilość rozstrzygam JA być zapominać Arytmetyka cała!
    Potem położony śpią. Kiedy kobieta obudziła jego to wczesny Rano Erechte, to ma
    pozostawiany zanim jurtę i to zaobserwowało stadty. Tak więc. To nie pamiętało
    stół powiększenia nawet już. Miał liczne stadty od tego poranku niż kiedyś. To
    było było uspokajane od tych Zagrodzeń dnia. Tam było szczęśliwy. Morał to
    pełnię czegoś długotrwałość i to nie zawraca główny pierdołami.

    --
    Im dalej wlazł, tym więcej drzewł
  • vauban 02.07.06, 14:54
    I tak właśnie miało być ;)
  • vauban 02.07.06, 15:09
    Bajka czechosłowacka

    - Ajjj ! To neji zedni legrace... Jęknął Rumcajs, ryjąc nosem w ściółce
    Rzaholeckiego Lasu. Szyszki kłuły go w nos. Nabity żołędziami pistolet odrzucił
    dla bezpieczeństwa jeszcze podczas swego krótkiego lotu.
    - Krtek ! wykrzyknął, zobaczywszy, o co zawadził zawijastym zbójnickim ciżmem.
    - Nu, pogadi !
    Ze zrujnowanego kretowiska wychynął kreci łebek.
    - Ach, jooo ! Westchnął Krtek.
    - Pozor ! Ja ci, kurwa, pokażę, czarny chuju... charknął przez zmierzwioną i
    omszoną brodę Rumcajs.
    Jak Szarik, z odbicia obu nóg, Rumcajs skoczył ! Obcasami rozdyźdał łebek Krteka
    ! Ciżmy śliznęły po krecich flaczkach - po Warszawsku w rosole, przemknęło
    Rumcajsowi przeze myśl - siadł ciężko na rozsypanej, miękkiej ziemi.
    - Cypiskowi futerko na czapkę... Nie nada się. Trudno - zadecydował Rumcajs,
    otrzepując hajdawery.
    - Hej, Hanecko, głodnym ! - wołał, powracając do zbójeckiego legowiska.
    - Może otworzę Ci puszkę ? - odparła Hanka.
    - Cipuszkę później, głodny jestem ! - rzekł Rumcajs, wycierając jednocześnie nos
    w chusteczkę, zrabowaną przedwczoraj Księciu Panu z Jiczina...

    --
    Gott strafe Rumcajs

  • szprota 04.07.06, 13:47
    że Vauban podtrzymał starą, ginącą tradycję wędrującej pomiędzy utopcami
    sygnaturki z Rumcajsem i bardzo mu się to chwali :D
    --
    dziś nie
  • aard 04.07.06, 16:06
    za wczytanie się w RU, tak ogólnie (sygnaturka wskazuje na jeden z aspektów).
    Mało komu się to udało :))))
    --
    In_tuitia veritas
  • szprota 04.07.06, 18:10
    miał dużo więcej do wczytywania niż, dajmy na to, Kotbert czy Lolik.
    --
    uprawiamy zapping popkulturalny! (c) ready4freddy
  • aard 05.07.06, 10:39
    że miał jeszcze dużo więcej więcej do wczytywania niż, dajmy na to, Szprotaard.

    Acha, miałem nie wspominać :p
    --
    Im dalej wlazł, tym więcej drzewł
  • vauban 05.07.06, 12:09
  • aard 05.07.06, 12:43

    --
    In_tuitia veritas
  • vauban 05.07.06, 12:45
    Tak czy siusiak:

    --
    Gott strafe RUmcajs
  • vauban 19.07.06, 02:39
    Spośród nieznanych przygód Guliwera, najbardziej lubię tą, mój drogi
    Piętaszku... Zagaił rozmowę Robin Son, zachłystując się wprost dymem ze swego
    doskonałego, kubańsko - radzieckiego cygara.
    - O, Panie i Autorytecie mój, jam robak, w prochu u stóp twych pełzający... Racz
    oświecić mój ciemny umysł, Panie mój ! Jedyny i Wielki ! - z czołobitnością
    odpowiedział Piętaszek, starając się jednocześnie nie rozlać drogocennego wina z
    drzewa Dżewe poza obrąb kielicha, wyrżniętego (!) w najczystszym krysztale
    górskim. Trunek mienił się w promieniach słonecznych jak żywa istota.
    - Dziękuję ci, mój wierny sługo. Lecz wracając do tematu...
    - Temat nie gołąb, nie ucieka - niezdarnie zażartował wierny Piętaszek.
    - Doprawdy, Piętaszku... Czy nie spoufalasz się ze mną zanadto ? - z przekąsem
    powiedział Robin.
    - Gdzieżbym śmiał, Wasza Miłość... - odparł Piętaszek - jeno myślałem o ptaszku,
    którego...
    - Doprawdy, Piętaszku, nie myśl. Proszę cię. Nie wychodzi ci to najlepiej.
    Pozostaw to zadanie mnie - twojemu Panu. Wiem wszystko o ptaszkach. Wszelkiego
    rodzaju. Twój prostacki umysł może objąć niewielką doprawdy cząstkę szlachetnej
    wiedzy ornitologicznej. Wiesz co nieco o ptakach - na potrzeby kuchni. Wiesz
    (albo zdaje ci się, że wiesz) to i owo o pieczeniu kur na ognisku. Wszelako nie
    upoważnia cię to do wydawania sądów a priori na temat gołębi, kur, drobiu...
    - Kiedy, Panie, ja nie o tym chciałem, naprwadę... - sumitował się Piętaszek.
    - Drób grzebiący... Galliformae... to jest, chciałem rzec, kurakowate... Jest to
    temat, jakim pragnąłbym zaprzątnąć mój analityczny umysł... Wyższa cywilizacja,
    Piętaszku, charakteryzuje się szczególnym podejściem filozoficznym, jeśli chodzi
    o drób...
    - Ale, Panie mój, czy nie kończy się on kurzym obozem zagłady ? Jak inaczej
    nazwać te ogromne, obrzydliwe fermy drobiowe, z których jednej właścicielem jest
    Pan Mój ? - rzekł Piętaszek, coraz zuchwalej popatrujący na Robina.
    - A masowa produkcja jaj ? Handel komórkami ? Telefonia komórkowa ? Mocium
    Panie, czyż nie są to objawy globalizacji, jakim ulegamy nieświadomie nawet tu,
    na tej teoretycznie bezludnej wyspie ?
    - Eee. Nudzisz mnie, Piętaszku - odparł Robin (nawet nie wiedział, że właśnie w
    tym momencie Królowa nadała Mu - pośmiertnie, gdyż uważany był od dawna za
    zaginionego bez wieści - tytuł lordowski, zatem należałoby sprostować całą
    linijkę: Eee. Nudzisz mnie, Piętaszku - odparł Sir Robin etc.) - Spieeee...
    uchchch... alaj... Ziewnięcie rozdarło mu od niedawna arystokratycznie
    zarysowaną szczękę.
    - Jak Pan każe - odrzekł Piętaszek.
    Ocean huczał i huczał.
    Cią g w dal szym od cinku.
    --
    dziki Lenin jest Pszczyński
  • vauban 20.07.06, 01:29
    Huk oceanu monotonią swą sprawiał, że Sir Robin Son, niezależnie od ilości
    trunków, niezmordowanie serwowanych przez zacnego Piętaszka, zastanawiał się
    niekiedy nad kwestiami ciągłości i nieciągłości egzystencji.
    Ciągłość raziła monotonią - wciąż te same palmy, szumiące do wtóru fal, wciąż
    ten sam widok na koralową plażę, wciąż przepocone pachy Piętaszka.
    Nieciągłość, jakkolwiek rzadka, związana była zwykle z irytującymi zjawiskami
    przyrodniczymi - tajfun, na przykład. Prócz konieczności stawiania na nowo
    chatki z bambusa, tajfun stawiał Sir Robina w krępującej dla niego konieczności
    pofolgowania instynktowi samozachowawczemu. Musiał wtenczas wstać z hamaka,
    przebyć najeżony trudnościami odcinek drogi z plaży do najbliższej jaskini, i
    pozostawać tam, w chłodzie i wilgoci aż do czasu rozpogodzenia. Sir Robin
    nienawidził tego z całego serca. Prostoduszny Piętaszek nie pojmował zmian
    nastroju swego Mistrza i Pana.
    - Dlaczego, Panie mój, wybuchasz tak wielką złością z tak błahego i poniekąd
    niezależnego od naszej woli zjawiska, jakim jest zła pogoda ? - pytał Sir Robina.
    - Czyż mamy na to jakikolwiek wpływ ? Wszak jest to zwyczajne zjawisko
    meteorologiczne. Powieje, popada i przestaje, a przy okazji oczyszcza nam
    latrynę. Osobiście, zdecydowanie wolę zdać się na siły przyrody, niż czyścić ją
    ręcznie, względnie kopać co pół roku nową, za przeproszeniem Jaśnie Pana, dziurę
    na kupy...
    - Kochany mój, najmilszy Piętaszku, mordo ty moja ! - odrzekł Sir Robin.
    - W swej prostoduszności, widzisz tylko wymiar praktyczny, wręcz wąsko
    utylitarny. Tajfun, to podniosłe misterium natury, ma dla ciebie wymiar
    spuszczenia wody w toalecie. Więcej wyobraźni, kwiatuszku. Rozpętane żywioły i
    ich majestat... Nalej mi jeszcze, dziękuję, stary. No, po prostu, to działa na
    mnie tak, że nie wiem co. Nolmarnie, jakby mi klóriki po brzuchu się ganiały.
    Nalej jeszcze. Nie rozlewaj, głupku ! Czy ty wiesz, ile dali by na Allegro za
    ten rocznik, hep ! Czy mówiłem, że ten hamak trzeba by wymienić na lepszy ?
    W jaskini za daleko do barku. Hep ! Czy ten transatlantyk hep ! nie mógł rozbić
    się trochę bliżej jaskini, co ? Hep ! Aż mi cię żal, jak widzę jak hep ! Ganiasz
    po każdą butelkę aż na rafę, nie mógłbyś przynieść więcej od razu, hep ! I mnie
    przestraszyć, bo czkawki dostałem hep !
    - Panie mój, spiżarnia transatlantyka świeci pustkami. Przyniosłem stamtąd już
    właściwie wszystko... - odrzekł Piętaszek, starając się przybrać przepraszający
    wyraz twarzy.
    - Serio ? - zaniepokoił się Sir Robin - kurwa, chujowo... Skąd weźmiemy żarcie i
    picie ? Ale źle !
    - Bez obaw, mój Panie. Pan kazał się przestraszyć, zatem zrelacjonowałem to, co
    zdarzy się za jakieś trzydzieści lat, o ile szlag nie trafi pokładowych lodówek
    - na razie działają...
    - O. No to nieźle. I czkawka minęła. Piętaszku, kocham cię ! Co ja bym bez
    ciebie zrobił ! Daj pyska, mój robaczku !
    - Dam, Panie, dam i więcej...
    Zapadał zmierzch. Zachodzące słońce rzucało ostatnie promienie, sprawiając, że
    koralowa plaża mieniła się przepysznymi odcieniami różu, czerwieni i pomarańczu.
    Palmy kołysały się w łagodnych podmuchach orzeźwiającej bryzy. Fale szumiały,
    przypominając o wiecznej stałości i zmienności natury. W powietrzu unosił się
    zapach egzotycznego kwiecia i miłości.
    CDN
    --
    jest dziki Pszczyński Lenin.
  • huann 25.07.06, 23:08
    i jego Pana Sirrobina Sona zbliżali się nieubłaganie nasi Szwedzi...
  • vauban 27.07.06, 04:12
    Mówiły miękko fale, i przyciągnęłam go w dół ku sobie tak że mógł uczuć moje
    piersi pachnące tak a serce mu biło jak szalone i tak powiedziałam tak chcę Tak.
    - Sir Robinie ! Ach, Sir Robinie, zbudź się ! Majaczysz !
    Słowa Piętaszka niechętnie docierały do Robin Sonowej świadomości. Po - przez
    strzępy snu, zamazane wspomnieniami młodzieńczych lektur, bezustannym szumem
    fal, na wpół zatartym wizerunkiem naprawdę_jaka_jesteś_nie_wie_nikt_dziewczęcia,
    tytanicznym wysiłkiem przeżarły rozliczne warstwy zamglenia Robinowego umysłu,
    jednak. Jego spontaniczna erekcja zanikała zwolna, podobnie jak postalkoholowa
    glątwa.
    - W czym rzecz, psie mój wierny ? - Sir Robin sklecił z trudem zgłoski.
    - Ach, Panie Mój, mam złe wieści... - powiedział Piętaszek.
    - W dawnych, dobrych czasach, przynoszących złe wieści uśmiercano, Piętaszku.
    Zakonotuj to sobie, bądź też, jeśli wolisz, wyrzuć sobie na margines...
    - Ale, w rzeczy samej, o co ci chodzi ?
    - Panie, dwie rzeczy zdarzyły się podczas twej ostatniej nieprzytomności: ślady
    stóp ludzkich na plaży i maszt okrętu na horyzoncie widzialny ! Czyżby ratunek
    nam zgoła nadciągał ? Alboli wyspa nasza nie jest bezludną ? Rady, Panie, szukam
    u Ciebie !
    - Okręt. Kurwa, nie mam ochoty wsiadać na żadne pływające cholerstwo. Sam
    widziałeś, czym to się ostatnio skończyło. Poza tym, naruszają nasz 200 - milowy
    pas wód przybrzeżnych. Piętaszku, oto zadanie dla ciebie: opierdol ich -
    ktokolwiek by to nie był - każ im zapłacić cło, i resztę... Takie tam...
    Będziesz sam wiedział. I podaj mi Martini z lodem.
    - Oto Martini, Panie, loda niestety zrobić zmuszony będę nieco później. Mój Pan
    nie wyraził zdania wobec innego zjawiska, mianowicie śladów stóp na plaży. O ile
    wiem, Pan nie chodzi wcale - noszę Pana na plecach nawet do latryny - zaś ja
    używam tenisówek Made in China, jakich kontener znalazłem wyrzucony na brzeg, i
    Panu zalecam noszenie... W sumie, do latryny to mógłby się Pan własnonożnie
    pofatygować...
    - Piętaszku, nie zapominaj, iż żyjemy w eklektycznych czasach - ja gram rolę
    dziewiętnastowiecznego rozbitka, a ty mojego dziewiętnastoletniego sługi...
    Należy w takich sprawach zachowywać formę nawet pomimo wszystko. Zatem rzekłeś,
    iż obcy na wyspie naszej jakiś przebywa ?
    - O tak, Panie Mój Nieomylny... odrzekł Piętaszek.
    - Właśnie. Jeszcze martini, podwójne, nie, poczwórne... W końcu, należą mi się
    wakacje... Zgodnie z utartą fabułą, poinni być to ludożercy.
    - Jak to, i Pan Mój mówi to z takim spokojem ?
    - Oczywiście. Są niegroźni. Mnie nie tkną, bo o kim byłaby opowieść ? Ty też
    jesteś potrzebny. Nie zjjeeeeedzą cięęęę... uuuachch... - Sir Robin ziewnął jak
    hopipotam (Alternatywny hipopotam, wybitnie mięsożerny, występuje w tropikach i
    w rewii na lodzie - przypis autora).
    - Martini !!! Piętaszszku, lej ! W puchary... Zwierz Alpuhary... Dzierżż !
    - Pan Mój, w obliczu takich zdarzeń, trzeźwość zachować powinien... -
    bezskutecznie marudził Piętaszek, dolewając jednocześnie trunek do kielicha Sir
    Robina. Służalcza natura brała w nim jednak górę.
    - Lej, chuju. Tak mawiał mój pradziadek do swojego chuja, gdy pojawiły się
    problemy z prostatą. Moszsze nie ? Mosz nowy worek, Piętaszku ? Czyżby świt
    wstawał ? Lej, bo ci wleję !
    - Naści, Panie... rzekł Piętaszek, oglądając się jednocześnie trwożliwie przez
    lewe ramię. Coś mówiło mu, że nie pozostaną długo sami na tej, skądinąd
    bezludnej, wyspie...
  • vauban 10.08.06, 03:45
    Siedząc na plaży, Piętaszek gryzł bezsilnie dłonie.
    Jak otrzeźwić wiecznie pijanego Sir Robin Sona, w obliczu nadciągających
    kłopotów ? Jak nie narazić się na demonstrację jego wielkopańskich zaiste manier
    ? No i jak wybrnąć z honorem z idiotyczno - homoseksualnej zależności, w którą
    popadli obaj - zarówno Piętaszek, jak i Sir Robin, znalazłwszy się na tej
    okropnej, bezludnej - a zatem pozbawionej możliwości wyboru partnera /
    partnerki, wyspie ?
    Piętaszek łamał sobie głowę i łamał...
    - Bez wodki nie razbieriosz ! - orzekł na koniec, i rozejrzał się uważnie po
    okolicy. Jego Pan spał. Dobrze ! - pomyślał sobie. Da radę !
    Piętaszek nigdy nie był intelektualistą, co więcej, nie ukończył żadnej szkoły,
    miejscem jego edukacji były smrodliwe zakątki portowej Odessy.
    Kradło się - wiedział, jak. Wiedział też, po co.
    Dźgało się - wiedział, jak. Nóż był zawsze naostrzon.
    Pływało się - navigare necesse est, jak mawiał doń pewien stary, rozpustny marynarz.
    ...Ale, żeby w taki sposób... Na bezludną wyspę trafić ? Tego ja się,
    nieszczęsny, nie spodziewał !
    - Ech, job jewo mat' ! - zaklął był w rodzimym języku. Pora zbudzić tego burżuja
    - Robin Sona ! Zapłaci mi on kiedyś za moje krzywdy, ot, zapłaci...
    Piętaszek powstał z pnia nadgniłej palmy, i nakierował swe kroki ku
    nieprzytomnemu z przepicia Sir Robinowi.
    ... Tymczasem, szwedzki okręt szykował się już do rzucenia kotwicy...
  • vauban 27.09.06, 13:45
    Jeśli mi nie zainstalują internetu, teraz, natychmiast !
    Idę robić awanturę tepsom !
  • aard 27.09.06, 14:10
    Szprota ma rację! Mój mąż by nie zrobił.
    --
    Tnący brzytwy się chwyta
  • vauban 02.10.06, 23:31
    Ale ile to trwało, groarrrrr !
  • szprota 03.10.06, 00:56
    ale już? na stałe? hura? miej tepsę i patrz w tepsę?
    ja się dzisiaj integrowałam z ludźmi z pracy i kolegą Grzesiem i mieliśmy
    pogadankę o kotach rozrywanych przez psy, odgryzionych uściech sąsiadki
    rotwajlera, alkoholizmie w rodzinie i jak mandat za przekroczoną podwójną
    przenegocjować w mandat za zaśmiecanie na Litwie.
    --
    miej surrce
    i patrz w surrce
  • vauban 03.10.06, 01:31
    Na stałe, ba ! Szybciej nawet nieco działa niż na Fałata (Fałat to był malarz.
    Ale akwarelowy - powered by Mr. Wiśniak & Gruby Pies).
    Tepsy, Tamtepsy i Tutepsy. Oraz Owepsy, Innepsy, Czyjeś_tam_psy i w ogólności
    kynologia. Śmiejący się rottweiler oraz wczorajszy sen o tym, jak zostałem
    Handym - bezzłotąrączką, brr...
    Ja tam od wczoraj jestem kompetentnym uczestnikiem dialogu nieustającego z mym
    teściem o wkrętach, gipsie, zrywaniu tapet, tarczach szlifierskich i milionach
    innych przyjemnych rzeczy, jednym słowem, remont na całego ;)
    Koty obserwują...
  • szprota 03.10.06, 01:41
    Fałatu, bo wspomnian również przez ciotkę Lilę, co to Lewis Carrol byłby
    zachwycony, a jej ciasteczka miały swoje lata, a i tak były smaczniejsze od
    polewek ostatnich.
    re-mąt usqtecznili zaś rodzice ostatnio przy nomen omen wybitnym współudziale
    kafelków, co były bez fugi, więc Bach.
    --
    tym forum niepodzielnie rządzi sadomasoneria!
  • vauban 03.10.06, 01:46
    nieprzychylnie na Czarną, ale jeszczem nie kosztował. Z recenzyj wynika, że co
    za szybko, to niezdrowo :P
    W słynnym meteorową przygodą Ustępie jutro może być kafli Mozart :/
  • szprota 03.10.06, 01:50
    niechaj se mruczą, to żaby nie da się połknąć, a nie polewki wypić, a recenzyje
    zaciekłe, bo coście nie chcieli, tomacie. pomidor!

    --
    tym forum niepodzielnie rządzi sadomasoneria!
  • vauban 03.10.06, 01:53
    Pożryjemy, zobaczymy (czy Strawiński Dziadka... do Orzechów !!?)
  • szprota 03.10.06, 02:02
    A Piotruś był straszny. Strawiński bił dziadkiem kniazia Igora, nie był bowiem
    świętym ani tureckim, i przebył wpław czajcze jezioro bez DNA.
    --
    miej surrce
    i patrz w surrce
  • szprota 03.10.06, 02:14
    może to zresztą był Pawełek?
    [łabądź nie wyszedł. czarny znaczy taki. w tym aparacie.]
    --
    tym forum niepodzielnie rządzi sadomasoneria!
  • huann 07.10.06, 11:14
    i w ogóle straszny byłem jesteśmy łabędzie.

    --
    słowo mówione przelewane z ust
    do inkaust stało się słowem pisanym [huann]
  • vauban 13.11.06, 23:00
    Bajęda bretońska.
    Jacques obrabiał swe pole od lat. Obrabiał je jego pradziad, dziad i ojciec.
    Jacques nie chciał być gorszy.
    Zatem pracowicie, od rana do nocy orał swoje trzy hektary. Dziwił się nieco, że
    nic na nich nie chce wyrosnąć. Złośliwy sąsiad, Jean - Martin powiadał
    wprawdzie, że oprócz orki dobrze byłoby czasem na tym polu coś kiedyś również
    zasiać, ale Jacques był ponad takie docinki.
    Orał więc wytrwale.
    Pewnego dnia, gdy słońce w swym biegu osiągnęło zenit, a posłuszne woły ciągnęły
    radło, Jacques poczuł, że coś zawadziło o pług.
    Zatrzymał zaprzęg, i przyjrzał się uważnie przeszkodzie.
    Spod grud żyznej ziemi przebijał blask złota. Jacques odgarnął humus, podniósł
    znalezisko do oczu. Była to złota korona królów francuskich.
    Jeszcze tego samego wieczoru, na Ile - de - Cite, z polecenia królewskiego
    wzniesiono i podpalono stos, na którym skwierczał był zawistny sąsiad Jean -
    Martin, oskarżony dla wygody panującego o czary.
    morał: władza deprawuje, władza absolutna deprawuje absolutnie.
    --
    powidoki
  • vauban 21.12.06, 22:56
    - Piętaszku ! Piętaszkuuu !
    Głos Robin Sona odbijał się bezsilnie od palmowych kłodzin *.
    Odpowiadał mu jedynie monotonny szum fal i wiatr we włosach.
    - Jeeny. Na nikogo już nie można liczyć - stęknął Robin, i usiadł ciężko na
    piasku. Odechciało mu się wszystkiego.
    - Wszystko huj. Mam dosyć - stwierdził, i, rzuciwszy jeszcze okiem w stronę
    szwedzkiego statku, rzucającego bezczelnie kotwicę w koralowym atolu, splunął
    pogardliwie do przejrzystej morskiej wody.
    Wiatr wiał. Robin Son siedział nieruchomo na plaży. Ramiona drgały mu w
    spazmatycznym odruchu wzgardy, lecz nie był w stanie wykonać kroku naprzód.
    - Piętaszkuuu ! - zawołał, bez nadziei na odzew.
    - Jestem, o Panie ! - doszedł go głos wiernego sługi, dochodzący z oddali i z
    charakterystycznym przydechem, znać wołający w biegu i zdyszany.
    - Tu jesteś, krosto... No, dobra. Słuchaj ! Natychmiast przynieś mi mój rewolwer
    na złotej tacy !
    - Tej ze statku, co tam ?... Upewnił się Piętaszek.
    -Tak. Mamy może jakąś inną ? Chcę sobie stylowo palnąć w łeb, mój drogi. I ma
    się to odbyć naprawdę porządnie, więc leć po tacę... No, i sprzęt...
    - Panie ! Pan mówi poważnie ? - zaniepokoił się Piętaszek.
    - Tak. I, kurwa, pospiesz się, bo nie będę czekał pół dnia. Ten statek... Moje
    wakacje - wszystko przesrane. Oby to...
    Piętaszek, trzeba oddać mu sprawiedliwość, bardzo długo szukał i tacy, i
    rewolweru. Przynosząc je, miał minę zbitego przez kochającego pana psa systemu
    basset.
    - Panie mój, oto jest to, o co prosiłeś... Zwracam jednak uwagę, iż do rewolweru
    nie mamy naboi !
    - Tak ci się tylko zdaje, otóż mamy. Jeden nabój, w sam raz dla mnie... Chowałem
    go w skarpetce, abyś podstępnie nie wydarł mi go... Teraz się przyda.
    Robin Son, z determinacją wypisaną na obliczu, załadował nabój do bębna
    rewolweru. Spojrzał smutnie na Piętaszka, przyłożył broń do skroni i pociągnął
    za spust. Huknęło.
    - O, rety ! - wzdrygnął się Piętaszek. Otarł z twarzy bryzgi krwi i mózgu.
    - No, to mam, wolne, nareszcie. Warto było poczekać - stwierdził.
    Szwedzki statek majestatycznie opuszczał szalupy. Ciało Sir Robina drżało w
    ostatnich skurczach na piasku plaży. Zapadał zmierzch.
    --
    cuda na kiju
  • vauban 21.12.06, 23:01
    Otóż, palmy nie mają jakoby pni - mają KŁODZINY, uchacha !
    --
    cuda na kiju
  • vauban 22.12.06, 02:45
    pomyślało mi się: stary jestem ! Mam siwe skronie !
    Kurwa mać, jeszcze trochę (2 lata), i czterdziestka na karku, od życia w podarku.
    Dzierżż, ale psiakrew, niedobrze.
    --
    cuda na kiju
  • szprota 22.12.06, 02:53
    za kilka dni wyświetli mi się w wizytówce, że mam 30 lat.
    póki co myślę o tym wieku w wyłącznie kategorii powziętego niegdyś
    postanowienia, że gdy dotrwam trzydziestki, ostrzygę się i ufarbuję na blond.
    --
    Kojarzenie ludzi w pary jest określaniem funkcji ze zbioru chłopców do zbioru
    dziewczynek.
  • vauban 22.12.06, 03:00
    niezłe będzie :)
    --
    cuda na kiju
  • szprota 22.12.06, 03:01
    nie będzie, nie zrobię tego, szkoda mi włosów ;]
    --
    Kojarzenie ludzi w pary jest określaniem funkcji ze zbioru chłopców do zbioru
    dziewczynek.
  • vauban 22.12.06, 03:02
    Też bym chciał mieć trzydzieści...
    --
    cuda na kiju
  • vauban 22.12.06, 03:03
    ale nastrój się zrobił, chlip...
    --
    cuda na kiju
  • szprota 22.12.06, 03:07
    to ja dla rozruszania jeszcze zrzut z koleżanki Oli:
    Szprota 2:58:32
    KŁYKCIE! STRASZLIWE KŁYKCIE!
    Breblebrox 2:58:57
    Eklektyczny kontrabas?
    Szprota 2:59:15
    nie, cytrynowy fortepian!
    Breblebrox 3:00:10
    Rozszabrowałaś moje delikatne fale eteru...
    Szprota 3:00:22
    ale tylko między krze
    Breblebrox 3:01:08
    Widzę że jesteś wytrawnym koneserem sera!
    Szprota 3:01:20
    bo ke sera, sera.
    Breblebrox 3:02:00
    Tylko nie próbuj wzbudzić mojego współczucia, to twoja wina!
    Breblebrox 3:02:32
    Czy ktoś zamawiał taksówkę?
    Szprota 3:02:35
    nie wpędzaj mnie w poczucie wina, powinnam go unikać
    Szprota 3:02:44
    pielęgniarka trochę.
    Breblebrox 3:03:35
    Zżera mnie niebotyczna kijanka
    Breblebrox 3:03:47
    To samo co weekend
    Breblebrox 3:04:13
    KIJANKA< KIJANKA!!! Rozumiesz?
    Szprota 3:04:16
    cóż, każdy ma jakąś żabę do połknięcia. jakie to szczęście, ze biedronka jest
    tak blisko.
    --
    no drugs
    no alko
    no kids
  • vauban 22.12.06, 03:11
    mogą być ;0
    --
    cuda na kiju
  • vauban 22.12.06, 03:13
    z kotami: były dwa, kuweta była w sam raz. Na trzy, jest za mała.
    Wydatki ! Ciągle i zawsze wydatki !
    --
    cuda na kiju
  • szprota 22.12.06, 03:14

    --
    Kojarzenie ludzi w pary jest określaniem funkcji ze zbioru chłopców do zbioru
    dziewczynek.
  • vauban 22.12.06, 15:21
    ale problem kociej kuwety (za małej) niewątpliwie pozostał nierozwiązany:/
    --
    cuda na kiju
  • szprota 22.12.06, 15:23
    i chyba faktycznie każde chadza oddzielnie, bo Kotę widzę zawsze w tej
    mniejszej, granatowej ;]
    schnę po supportowaniu taty w wyprawach namierzających prezenty.
    --
    no drugs
    no alko
    no kids
  • vauban 22.12.06, 15:25
    dni, albowiem dopiero po tzw. świętach będzie możliwość zakupu urządzenia
    większego kalibru.
    Z klapką i krytego :P
    --
    cuda na kiju
  • vauban 22.12.06, 15:27
    dwie kuwety, ale jedna przepadła w trakcie przeprowadzki, nikt nie ma pojęcia,
    gdzie. Niemiło !
    --
    cuda na kiju
  • vauban 01.02.07, 23:08
    popełniłem taki tekst:

    ... jeszcze kilka nakłuć igły, i oto będę. Jestem. Ręce szwaczki są chude,
    czerwone, obracają mnie na wszystkie strony, badają: żadnych dziur, sieczka się
    nie sypie, oczka trzymają się na miejscu, dobrze jest.
    Pewnie, że dobrze. Leżę w pudełku, zaczynam swoją ziemską tułaczkę, rozmyślam.
    Kim jestem ?
    Oto lustro (to nazywa się:lustro. Skąd to wiem ?). Widzę siebie w kartonowym
    pudle, niebieski plusz, czarne oczy, niebieska kokarda pod szyją. No, mogło być
    gorzej. Mogłem być jak ten różowy dinozaur w sąsiednim pudełku: brzydki, z
    grzebieniem z filcu i kretyńskim wyrazem pyska. Ja przynajmniej inteligentnie
    spoglądam, oczy z guzików lśnią, uśmiech niewymuszony. Co dalej ?
    Oho, zabierają mnie gdzieś. Hej, hej, słyszeliście kiedyś o morskiej chorobie ?
    Nie rzucajcie tak tym pudłem ! To nieważne, że się nie stłukę, trochę godności,
    cholera, myślicie sobie, że pluszowym misiem można tak sobie pomiatać ?
    Ach ! Z rozmachem wciśnięto mnie na półkę. Dopychają z boku różowego dinozaura.
    No, tragedia po prostu, mam się z nim tu razem męczyć ? Ta pierdoła nie umie
    nawet do trzech policzyć, w sam raz na zabawkę dla niemowlaka, bo starsze
    dziecko odrzuci go ze wstrętem. O losie, losie...
    Zabrali dinozaura, na szczęście. Jakaś paniusia na obcasie: "Mój synuś będzie
    zachwycony". Biedne dziecko, mieć matkę z takim gustem to prosta droga do
    nieszczęścia. Wykolei się, jak dwa i dwa jest cztery. Po takich traumatycznych
    przeżyciach z dzieciństwa, wódka będzie dlań jedyną alternatywą. Albo narkotyki.
    Ciekawe, jak ja trafię. Jestem nie byle kto, więc mam nadzieję, że nie byle gdzie.
    Czas płynie, latają muchy, kurz osiada - a ja tkwię na półce. Nudno jest...
    Pogadałbym z kimś, nawet z dinozaurem.
    O, zdjęli mnie z półki. Ręce, oczy. Macają, oglądają. "To ile on kosztuje ?"
    Sprzedawczyni mówi coś, czego nie dosłyszę, śmiech i przekomarzania. Szelest
    papieru, to zapakowują mnie i znowu morska choroba, niosą, niosą...
    Nareszcie, ciepło i jakieś zapachy, odwijają mnie z papieru, sadzają na czymś
    miękkim. O, łoże z baldachimem. Właściwy miś na właściwym miejscu, nie ma co !
    Czasami warto poczekać, aby zostać naprawdę docenionym. Nieźle, wcale nieźle.
    Jestem głaskany, przytulany, jest mi dobrze. Kobieta, która mnie kupiła, jest -
    jak się dowiaduję - księżną. To mi pochlebia. Spać w objęciach księżniczki - tak
    dobrze nie ma nawet jej małżonek, książę Jaromir. Nic zresztą dziwnego, ode mnie
    nie zajeżdża piwem i rybami, zawsze jestem miły w dotyku i ogolony, w
    przeciwieństwie do księcia. Nie chrapię też w nocy, nie peroruję gromko o
    polityce, jestem po prostu pluszowym misiaczkiem. I dobrze nam z tym, nam, bo
    jesteśmy parą - księżna i ja. Znamy się dobrze, znamy swoje sekrety. Dni płyną
    nam, jak w bajce.
    Co to ? Czyje kroki tak dudnią w korytarzu pałacowym ? Bach - bach, bach -
    bach... Wpadł, wściekły, rozgląda się. Ja ? O co chodzi ? Ja tu tylko leżę...
    Niedobrze, miecz w ręku - za co ? Uderzył - boli, cholera, nie mam się gdzie
    schować, uderzył znowu - sypią mi się trociny z rozerwanego brzucha, to już
    chyba koniec... Mamo, Mamo, Szwaczko !

    Kontekst jest tu:
    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=71&w=46668609
    --
    cudawianki :)
  • tlss 08.02.07, 00:51
    Za górami za lasami, za siedmioma dymiącymi dymarkami, za jedną górą żył sobie
    smok co pasjami lubiał nadgryzac księżniczki. I w zależności od humoru
    nadgryzał je w całości lub też pozostawiał bez rączki, lub nóżki.
    Z tego to powodu w kręgach dworskich zwano smoka smokiem ortopedą lub po prostu
    nadgryzaczem.
    To swoiste hobby połączone było ze swoistym gustem kulinarnym (smok bowiem
    lubił sobie przed konsumpcją doprawic księżniczkę a to pieprzem a to solą a to
    posmarowac musztardą saperską), gdyż jak twierdził lepiej mu wchodzą.
    Pomimy tutaj także tak nieistotne szczegóły jak 4 wyprawy walne z Brombergii,
    Bławatii i Torunii pod jednym sztandarem lub kilkoma w celu ubicia smoka.
    Wszystkie one bowiem zakończyły się odwrotem na z góry upatrzone pozycje a i w
    żadnych kronikach o nich nie przeczytacie ze względu na zalecenia dynastyczne
    idące z góry.
    Powrócmy więc do smoka któremu nie wystarczało menu złożone z napotkanych
    owieczek czy też krówek i który to uważał że niedziela bez księżniczki w menu
    jest niedzielą straconą.
    Sami rozumiecie że tego typu gusty kulinarne smoka w ciągu paru lat
    doprowadziły do swoistej przewagi popytu nad podażą.
    Nie pomagało też smokowi to że rodzicie przebierali księżniczki w zbroje i
    wysyłali do obozów wojennych celem zmylenia smoka.
    Smok rzeczywiście wielokrotnie został zmylony co jednak nie zapobiegło licznym
    mezaliansom oraz tragediom dynastycznym.
    Chcąc dogodzic swoim gustom kulinarnym smok nadgryzacz musiał zapuszczac się
    coraz dalej i dalej. Aż w końcu dopadł jedną księżniczkę znad morza lodowatego.
    Lot w obie strony trwał około 6 dni sami więc rozumiecie że zaraz po lądowaniu
    smok przystapił do doprawiania przyprawami zemdlałej księżniczki.
    Co jednak próbował księżniczkę nadgryźc czy też połknąc to ją zwracał albowiem
    była okrutna w smaku. I nie pomagało tu smarowanie musztardą saprepską,
    pieprzenie, solenie czy o zgrozo korzystanie z przypraw Kamisu.
    Smok zwracał i zwracał i połknąc ani nadryźc nie mógł bo księżniczka okrutnie
    niedobra była w smaku.
    W końcu całą ją obślinił i doprzyprawiał a z tego żalu że jej zjesc ani
    nadgryżc nie mógł padł i już nie wstał.
    A z tej bajki drogie dzieci a zwłaszcza dziewczynki morał taki że częste mycie
    skraca życie z czym się po przeczytaniu tej bajki pewnie chętnie zgodzicie.
    Tak więc nie blokujcie łazienki rano przez godzinę bo was smok połknie i tyle.
  • vauban 28.02.07, 17:56
    Gdy rzutem oka w mig obejrzon, wybrzeża skraj natężonym wzrokiem pomierzony, kot
    w skok, ot, kot, w skoku swym nad wyraz wyrażony, elo.
    Kot z Vik, skok, skik, śmig, kot na plaży, słońce, słońce się zamarzy.
    Kołysze się szalupa, morze wokoło chlup chlupa, szumuszu szuszu, pszchachch,
    dobrze kotu, że aż strach.
    Palma, Malma, Matka Alma, co z Vik nie jest, lecz nadąża, bo zaraz kolejna
    ciąża, jeszcze nie zginęła, póki sztabę zgięła. Prawdziwa Matka Wikingów...
    Kot w skok, jakiż byłby zen* zwiadowca, gdyby nie zginęła owca, nie zginęła i
    nie zginie, pozdychały za to świnie.
    Sven Svensson z Vik, on porządek zrobi w mig, oto zbliża się Piętszek, zaprawdę
    gotów do pracy i do obrony.

    ...Piętaszek zastanawiał się już od paru kwadransów, co zrobić w nowej, a
    niewygodnej dlań sytuacji.
    - z jednej strony, mogą mnie oskarżyć o zabójstwo, jestem jedynym świadkiem. Na
    cholerę przywiało tu tych Szwedów ! Źle mi było z Robin Sonem ? Nie ! Były,
    rzecz jasna, pewne niedogodności - ale, w sumie... No, chyba, że załapię się na
    szwedzki statek jako kucharz. Trochę doświadczenia już mam.
    - z drugiej strony, ewidentnie widać, iż sir Robin palnął sobie w skroń
    własnoręcznie - może jakoś to wytłumaczę jego mizantropią. Na widok obcych, mógł
    był biedak popaść w depresję - a w ładowniach tankowca nie znalazłem prozaku...
    - jak by nie było, zawsze jakoś było, jeszcze nigdy tak nie było, aby jakoś tam
    nie było - dodał sobie otuchy Piętaszek, i śmielej wystąpił w stronę szwedzkiego
    kapitana, który w ślad za kotem z Vik, odważny do szaleństwa, stawiał właśnie
    stopę na plaży Bezludnej Wyspy.


    --
    cudawianki :)
  • vauban 03.03.07, 01:46
    Czyli wklejanie powtórzonych tekstów.

    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=71&w=46668609
    no, ale, może w końcu ktoś przeczyta.

    Rzecz się dzieje w świecie zwierzątek.

    - Jest rzeczą oczywistą dla każdego, kto tylko ma choć trzy szare komórki, że to
    właśnie bobry stanowią szczyt ewolucji i są lepsze od wiewiórek ! - zapalczywie
    krzyknął bóbr Bobek w kierunku rudej wiewiórki Joanny.
    - Akurat - prychnęła wiewiórka Joanna, zajęta w tejże chwili ogryzaniem bukowego
    orzeszka - bobry szczytem ewolucji, paradne. Niby dlaczego, płaskoogonowy gryzoniu ?
    - To zupełnie proste ! - bóbr nastroszył futerko - nasze, bobrze żeremia, są
    szczytem technologii i budownictwa wodno - lądowego. Naszymi kanałami możemy
    chwalić się przed całą Europą, ba ! Przed całym światem ! Nawet ludzie nie
    zbudowali niczego, co choć trochę byłoby lepsze od bobrzej konstrukcji. Ich tamy
    i kanały są po prostu żałosne i prymitywne. Bóbr, to brzmi dumnie. Tryumf woli,
    maestria, całkowite panowanie nad materią, wyzwolony w bobrzych łapkach geniusz,
    tryumf natury ! Nasze bobrze osiedla to arcydzieła architektoniczne.
    Klimatyzacja, ekologiczność, wyrafinowane systemy bezpieczeństwa... Gdzie wam do
    nas, wiewiórom... Mieszkacie na drzewach, i na drzewach skończycie. Niech się
    wiewiórom nie marzy dominacja nad dumnym światem bobra !
    - Phi - zlekceważyła bobrze wywody wiewiórka - takie sobie gadanie, dobre na
    zwierzęcy sejmik, tam wielu wygaduje podobne brednie. Co z tego, że zbudowałeś
    sobie żeremie ? Ja mam wygodną dziuplę, i wystarczy. Spiżarni mam dość,
    wszystkie wypchane orzeszkami, mimo, że dopiero marzec i nie zapowiada się na
    razie wiosna. A ty masz zamarzniętą kałużę, ogryzione patyki i pełno głodnych
    bobrząt w żeremiu... Ja mam sucho, a ty mokro - i nie zmienisz tego, łuskowata
    gadzino z wrogiej Żeremii !
    - Aha ! To dlatego mi przygadujesz, że mieszkam w Żeremii !? - Bobek zirytował
    się już nie na żarty - a tobie w tej zapyziałej Topolii to lepiej ? U mnie
    rezyduje zwierzęcy Wojewoda, u ciebie zaledwie Sejmik, ukradziony zresztą...
    - Kto niby ukradł Sejmik ? Sam się zainstalował, i jeszcze orzechy mi wykradają,
    na diety niby... A kto usiłował podrosjanić Zwierzęcą Akademię Nauk i przenieść
    ją do żeremiowiska, na te ohydne bagno ? Może nie bobry ?
    Wiewiórka Joanna była już wyraźnie zdenerwowana. Orzeszek wypadł jej z łapek,
    ale nie zauważyła tego, kontynuując słowną napaść na bobra.
    - Bobry zawsze się rządziły, jak tylko chciały ! Kopać kanał - to od razu wam
    wolno, a na zwykłą dziuplę trzeba było czekać, aż umrze poprzedni lokator
    dzięcioł ! Pod ochronę was wzięli, to teraz kopiecie, kopiecie, a ludzie
    narzekają, że im łąki podtopiliście. Futrzaki ! Żeby tak jak w średniowieczu
    było, kiedy książę Jaromir w post was zwykł był jadać, a to z racji łuskowatego
    ogona - e, temu facetowi wszystko się zresztą z rybą kojarzyło - wiewiórkom
    dobrze wtedy było...
    - Ekhem, a księżnej futro z wiewiórczych ogonów ? - bóbr Bobek nie ukrywał
    złośliwości w głosie.
    - To były błędy i wypaczenia, to się nie powtórzy. I twoje szczęście, a kołnierz
    alchemika książęcego to był może z królika ? Co ?
    - No nie, z bobra. Cholerny świat. W gruncie rzeczy, to ludzie zawsze psuli nam
    szyki. Wiewiórkom też nie było zawsze łatwo...
    - Właśnie, gryzonie powinny trzymać się razem, a nie wyzłośliwiać się w
    bezsensownych sporach - zasugerowała Joanna.
    - Tak jest ! No, co złego, to nie ja - podaj łapkę, ssaku...
    - Niech będzie - zgodziła się wiewiórka.


    ... Majestatycznie, z warkotem, w dolinę rzeczki zjeżdżał potężny buldożer. Za
    nim widać było kolumnę ciężarówek, betoniarek, tłum ludzi.
    - Będziemy budować tutaj nową drogę, będzie lepiej ! - powiedział jeden z
    robotników. Inni obrzucili go niechętnym spojrzeniem.
    - Żeby tylko w terminie płacili, psiekrwie... mruknął któryś. Szczęknęły łopaty.
    --
    cudawianki :)
  • vauban 08.03.07, 23:53
    Właśnie minęła pierwsza rocznica mojego zalogowania się na forum.
    I dawno, i niedawno... Dużo się wydarzyło przez ten rok.
    Pewne jest to, że się wiele nauczyłem. No, i spotkałem wspaniałych ludzi :D
    --
    cudawianki :)
  • huann 09.03.07, 00:13
    a ludzie spotkali Was ;P

    vauban napisał:

    > Pewne jest to, że się wiele nauczyłem. No, i spotkałem wspaniałych ludzi :D


    --
    a tymczasem uchatka, podobnie jak śliwka kalifornijska błędnie
    zwana dalej foką, stąd nie tyle polędwica, co schab.
  • szprota 09.03.07, 18:17
    ja jako ja nie zareagowałabym inaczej.
    --
    brite: -co to znaczy: "koszerny bełkot"?
    breblebrox: -To taki cymes lingwistyczny.
  • vauban 09.03.07, 18:20
    Ahymm, zobaczymy, jak zareaguje prowokant ;)
    --
    cudawianki :)
  • huann 09.03.07, 18:34
    ładna mapka! coś jak ta mapa świataka z wątku 'dupa jasiu na podlasiu', czy coś ;)

    --
    a tymczasem uchatka, podobnie jak śliwka kalifornijska błędnie
    zwana dalej foką, stąd nie tyle polędwica, co schab.
  • vauban 09.03.07, 18:45
    że Łódź ma bezpośrednie połączenie z Bydgoszczą, ale nie z Warszawą. Tak
    powstaje nowe centrum Europy środkowej, uchacha...
    --
    cudawianki :)
  • szprota 09.03.07, 19:02
    serio, wolę jechać do Byczy niż Wawy.
    --
    brite: -co to znaczy: "koszerny bełkot"?
    breblebrox: -To taki cymes lingwistyczny.
  • szprota 09.03.07, 19:03

    --
    może i pantoflarz - za to pełen buty! © Huann

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka