Wczoraj, au, to śniło mi się m. in. takie coś :
Najpierw, to byłem zupełnie obojętnym obserwatorem. Spoglądałem sobie - z boku -
na rewolucjonistów, którzy mieli powstrzymać atak kontrrewolucjonistów,
przypuszczony wzdłuż tunelu kolejowego. (Ja wiem, że to nadaje się do Ayrtona
Senny).
Rewolucjoniści byli uzbrojeni w kuchenne noże, widelce, jakieś patyki, i było mi
ich żal. Zapewne, dlatego powiedziałem im, że nawet, jeśli jest ich zaledwie
czterech, to ja się do nich przyłączę. Długo wybierałem broń - ostatecznie,
dostałem do ręki aluminiowy widelec, taki prosto ze stołówki akademickiej...
No, ale potem było coraz gorzej. Zbliżała się bojówka kontrrewolucjonistów.
Ku zgrozie i zdegustowaniu, spostrzegłem, że składa się głównie z nieuzbrojonych
babć, w moherowych beretach (serio), i jest raczej nieliczna. No, cóż,
rewolucjonistów nadal (wraz ze mną), było wciąż tylko pięciu - to i tak kilka
razy mniej.
Doszło do bitwy ! Starcie wręcz z kontrrewolucjonist(k)ami było krwawe -
chwyciłem jakąś babcię za krztok (gardło), i szukałem usilnie, gdzie i jak wbić
jej ten nieszczęsny aluminiowy widelec, tak, aby miało to skutek śmiertelny...
Na koniec znalazłem, krew bryzgnęła, starsza pani, w której tchawicy wierciłem
widelcem, wydała ostatni oddech, i osunęła się na ziemię, ni stąd, ni zowąd,
przejechał parowóz, na który wskoczyłem, aby dalej od rewolucji, aby dalej o
zbrodni...
Rewolucjoniści odziani byli w szaty z przełomu 17 - 18 wieku. Skądś to
wiedziałem. Wiedziałem także, że ich sprawa jest z góry przegrana, a walczy się
o honor przegranych - tylko przeszkadza mi to zabójstwo staruszki, wszak było
zbędne, umarłaby niebawem i tak :(
No, to był na szczęście, tylko sen.
--
cudawianki :)