Dodaj do ulubionych

Wuja aarda z podróży do Argentyny kronika

31.12.03, 12:33
A no właśnie, przyszła pora na szczegóły:

Rzecz się tyczy wyprawy na najwyższy szczyt Ameryki Południowej (i całej
zachodniej półkuli) - Aconcagua (6962 m n.p.m.). Wyjeżdżamy we czterech 8
stycznia 2004 samolotem do Santiago de Chile. Nim wszystko pozałatwiamy i
wyruszymy w góry pewnie bedzie 13 albo i 14 stycznia. Mniej więcej wtedy
zaczną się codzienne realcje na żywo w Radio TOK FM (w Łodzi 97,4 MHz) oraz
nieregularne doniesienia w Radio Classic (tylko w Lodzi i okolicach - 89,6
MHz). Będzie też artykuł w gazecie Wyborczej Łódź (nie wiem dokładnie, kiedy,
ale chyba jeszcze przed wyjazdem) oraz audycja na żywo w TV TOYA 6 stycznia
ok. godz. 21. No i jeszcze jest stronka naszej Wyprawy w portalu Onet.pl (ale
ta prawdopodobnie nie będzie aktualizowana przed naszym powrotem):
wyprawy.onet.pl/6036,472,1144754,ekspedycja.html

Zapraszam wszystkich do słuchania, czytania i oglądania, bo mam nadzieję, ze
zechcecie nam kibicowac, mimo, że z Forum jadę tym razem tylko ja.

W miarę przybywania szczegółów, będę raprtował tutaj, a może nawet - kto wie -
napiszę coś z jakiejś kafejki u samego celu podróży...?

Pozdraard
--
A_tak_w_ogóle to po
prostu chciałem podbić.
Obserwuj wątek
    • keltoi Re: Wuja aarda z podróży do Argentyny kronika 01.01.04, 23:54
      Pisz, Aardziku, piiiisz !!
      Pięknie tam pewnie, że łeb urywa... I tylko sobie nic nie zrób, dobrze? Wróć i
      przywieź dużo ładnych wspomnień i zdjęć. :*
      --
      "Świat stanął na głowie... Najlepszy zawodnik w golfa jest czarny, najlepszy
      rapper jest biały,a Niemcy nie chcą iść na wojnę..."byManson
    • dziad_borowy Prośba do Wuja Aarda z podróży 07.01.04, 11:42
      Czy Wuj Aard bylby tak uprzejmy i w imieniu Dziada dokonal rytualnego
      zatkniecia praslowianskiego dębu na szczycie gory na ktora sie wybiera. W razie
      braku dębu prosilbym o zasadzenie takowego w szczytujacych szczelinkach
      skalnych. A w razie braku, ze tak powiem, nasienia mogloby to byc cokielwiek
      inniego praslowianskiego, np. horagiewka z tajemniczymi literkami WN tudziez
      NS. Czy bylby?
      Dzierżdąb!!!
    • aard Jutro wyjazd - dziś pożegnanie 07.01.04, 11:49
      No właśnie, żegnajcie najmilsi! Wylatywać nam czas...

      Jeszcze garść szczegółów. Dziś o 15:05 w Radiu Classic jest audycja "Pięć minut
      o sporcie". W niej słuchajcie wywiadu z nami.

      Wczorajszy występ w TOYA był podobno w miarę udany, to i dobrze. O TOK FM nadal
      nie wiem nic więcej, niz napisałem. Czy ktoś widział już może nasz artykuł w
      Wyborczej Łódź? Szanowna R....cja nie raczyła mi odpisać, kiedy się on ukaże...

      Ściskam Was mocno, a MZtkę to nawet całuję w zderzak :-*

      Może cóś pisał będę, może nie, ale zaglądajcie!

      Wasz góraard
      --
      A_tak_w_ogóle to po
      prostu chciałem podbić.
    • zamek WMZ na drogę dał błogosławieństwo 07.01.04, 20:38
      zaczem wszystko powieść w odcinkach się musi.
      Pobłogosławion Rednatch udawał się właśnie ku Radiu Classic, toteż po drodze
      wyznał mi, ze w TokFM cienkie złamane takie te siedzą i skompilowały taką
      paszteciarską umowę o spolupracy, że summa summarum relacji we wspominanym nie
      będzie :( Zaś w Classicu i owszem, nadto SMSami Frater-Pater ponoć feuillietony
      krionikarsie słać zamierza.
      Tyle zejść, ile wejść, Fratrze! DzierżGór!!!
      --
      Schloß
      • dziad_borowy Re: WMZ na drogę dał błogosławieństwo 08.01.04, 10:20
        zamek napisał:
        > Tyle zejść, ile wejść, Fratrze! DzierżGór!!!
        Ja sie ogolnie na Andach i innych Karakorum slabo znam ale mam nadzieje, ze nie
        ma tam schodow ruchomych na sam szczyt, bo w takiej sytuacji Aard moglby miec
        maly problem ze spelnieniem tego rownania i do kraju swoich przodkow powrotem,
        co za tym idzie.
        I Aardzie, moja prywatna prosba, jesli te schody jednak beda to sprawdz prosze
        czy porecze rowno ze schodami suna, co pozwoli obserwacje na ten temat na caly
        swiat rozszerzyc.
        Dzierżgór!!!
    • aard Ze Santiago de Chile slow kilka 11.01.04, 01:15
      Lets zacznijmy :-)))

      Hola Amigos!

      No to jestesmy w halasliwym, upalnym i w zasadzie meczacym Santiago. Dopiero od
      wczorajszego poludnia, ale mamy juz poczucie, ze starczy. Za godzine wsiadamy w
      autobus do Mendozy (u nas jest 21 - bedziemy jechac cala noc). Tam zalatwiamy
      formalnosci (wykupujemy pozwolenia na wejscie do Parco Provincial Aconcagua) i
      ruszamy w GORY :-)))))

      Jak na razie wszystko przebiega pomyslnie, lot byl udany i spokojny, choc
      DLUUUUGI. Na szczescie jednak nie tak bardzo meczacy. Najprzyjemniejsze ze
      wszystkiego bylo chyba wyjsc z budynku lotniska i na wlasnej skorze odczuc, ze
      jest LATO! :-D
      Dawno nie mialem takiej radochy, po prostu idac ulica.

      Chile (przynajmniej stolica) wyglada na kraj nieco biedniejszy od Polski, jest
      sporo bezdomnych (ale maja lepsze warunki, bo jest cieplej), a ceny sa nieco
      wyzsze. Natomiast na kazdym kroku spotyka sie policje i innych mundurowych,
      wiec jest bezpiecznie, tym bardziej, ze zdaja sie oni wypelniac swoje zadanie
      OBSERWACJI, a nie czepiania sie cudzoziemcow w nadziei wyludzenia lapowki, jak
      to bylo w Rosji. Co ciekawe, kazdy mundurowy - nawet straznicy w Ogrodzie
      botanicznym - nosi pistolet. W supermarkecie jest ich co najmniej kilkunastu,
      stoja na podwyzszeniach i bacznie obserwuja sale :-)

      Udalo sie zauwazyc pare niesamowitych rzeczy. Po pierwsze pewien gatunek
      drzewa, ktory bylby zwyczajny i troche podobny do jakiegos tam buku, gdyby nie
      korzen, ktory jest jakby kolem otaczajacym podstawe lodygi. Cos jak betonowa
      podstawka pod parasol, tylko o srednicy 2-3 metry. Inna ciekawostka to wagoniki
      metra na kolach zaopatrzonych normalne opony! A propos opon, to w Santiago jest
      chyba najwiecej autobusow na swiecie. Na wiekszych ulicach wlasciwie nie ma
      chwiloi, zeby nie miec w polu widzenia co najmniej trzech. Widzialem taki
      obrazek: ulica o 4 pasach ruchu i przed skrzyzowaniem na kazdym z nicvh stoi
      autopbus... Ale dzieki temu nawet o 12 w nocy wcale nie czekalem - po prostu
      wsiadlem. Co kraj to obyczaj :-)
      No i jeszcze slonce zasuwajace w druga strone...

      A propos slonca, dzis zdazylem sie juz spalic (nie docenilem go chyba) i od
      jutra zasuwam w dlugim rekawie, dobrze, ze mam te bielizne ze srebrna nitka...

      To chyba wszystko na dzis i zarazem pewnie na dlugo via internet, bo nie
      porzypuszczam, zeby byl dostep w gorach ;-)

      Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie,m a szczegolnie MZtke et consortes.
      aA
      Rd

      PS. Przepraszam, ze tak na powaznie, ale jakies 3 metry za mna jezdza stadami
      autobusy, wiec nie mardzo mam wene...

      --
      A_tak_w_ogóle to po
      prostu chciałem podbić.
    • aard Re: Wuja aarda z podróży do Argentyny kronika 11.01.04, 22:50
      Czesc,

      pisze z kompa,ktory ma zla klawiature, wiec bede sie streszczal. Jestesmy juz w
      gorach,w ostatnim miejscu,gdzie mozna dojechac samochodem i czekamy na
      pozostala dwojke, ktora ma tu byc pojutrze (wtorek). Zapewne w srode ruszamy w
      gore.

      Niestety jest tez zla wiadomosc. Nie ma tu zasiegu komorkowego i prawdopodobnie
      nie bedzie az do powrotu o Chile (w Argentynie nie udalo mi sie ani razu nic
      zlapac, dziwne, bo Tomek raz odebral SMSa, wiec siec byla. Czyzby moj telefon
      nie wspolpracowal? W kazdym razie mozecie sie niestety spodziewac milczenia
      nawet do 29-30 stycznia. Ale i tak piszcie czasem do wuja aarda. Moze akurat
      odbiore.

      Argentyna jest dosc dziwnym krajem - celnicy drobiazgowo trzepia bagaze
      Chilijczykow, a nam tylko sprawdzaja paszporty. Czyzby sie nie lubili? Autobus
      te sama trase jedzie w jedna strone 2, a w druga 4 godziny. Na dworcu
      autobusowym kazda trase obsluguje inna linia i nie ma ani wspolnego rozkladu
      jazdy, ani kasy biletowej. Ale za to taksowka przez pol miasta wielkosci
      Czestochowy kosztuje 5,5 PLN. Tania jest tez benzyna - najdrozszy gatunek jest
      po 2.6 PLN za litr.

      Udalo juz sie nam wynajac muly (za dwa zaplacimy we czworke 130 USD) i
      zakwaterowac za darmo pod namiotem na te dwa dni czekania. Pogoda dopisuje,wiec
      byloby naprwde cudownie, gyby nie brak zasiegu. No coz, nie mozna miec
      wszystkiego.

      Pozdrawiam Wszystkich (besitos para todos) i licze, ze jednak ktos oprocz mnie
      sie na moim watku odezwie. Co to, niedziela, czy co??!

      Zajrze jeszcze pojutrze. Adios amigos!
      --
      Zadna_sygnaturka_nie_jest_mnie_godna!_:-p
      • maginiak América del Sur... 12.01.04, 09:49
        ...to Ameryka Południowa po hiszpańsku:-). Wygląda na to Aardzie, że surrealizm
        wszędzie za Tobą łazi, nawet tam gdzie pieprz rośnie:-).
        Cieszę się, że wynajęliście już muły (a tak na marginesie: gdyby Ci się udało
        jednego takiego muła przemycić do Polski, to ja bym go bardzo chętnie
        odkupiła). Acha, wczoraj specjalnie sprawdziłam, jak jest z tymi taksówkami w
        Częstochowie - jechałam przez pół miasta i zapłaciłam 7 złotych. Rzeczywiście
        mniej się opłaca... dlatego gdybyś jednak przywiózł tego muła, to byłoby
        fajosko (nie musiałabym płacić za taksówki będąc w Częstochowie tylko bym sobie
        jeździła na własnym mule (sam widzisz, jak mi zależy, dlatego przemyśl proszę
        tę sprawę).
        I ciesz się Aardzie argentyńskim latem, bo u nas spadł ostatnio kilometr
        świeżego śniegu:-).
        --
        Jedyne do czego doszłam to wniosek, że to jednak nie ten.
        • zsazsa Muleadores, ole 12.01.04, 12:32
          na mnie mówią czasem ty mule, więc mogę służyć, ale na alle vieren
          bo na dwóch łapkach mułowi głupio.
          moją czasem też muli w bebachach choć to kwestia innej fauny (bakteryjnej).
          ogonek sobie doczepię zagwózdkiem, jak Kłapouch, z tej Książki Co Dla Dzieci.
          tylko po Częstochowie ja raczej nie, bo bym za bardzo parskał śliną.

          poza tym andzistę pozdrawiam
          z pewną taką nutką
          żeż każdemu dane wg możności i zasłużności: na jednego wali się wodospad
          i tłum gorących santiażek a na mnie angielskie gips szpachlowy, zimnych.

          materiał ów mnie poszarza, nie postarza, mulebiście.

          (że sprawiłem sobie mp3-słuchacz, to zapoznaję się z koledą zespołu Tata
          Aardzika i taka fajna, że zapominam jak jest z tym gipsem szpachlowym w
          odróżnieniu od tynkarskiego i tak mi juz zostaje i co z tego i strona 78
          i ooo i ooo i ooo

          mulety w dłoń, mujer! i zupa gotować por favor z o mułków rzecznych!
          surre na muler he!
          • zsazsa Prv: Aard 12.01.04, 12:49
            a jeszcze cuś: gdybyś gdzieś bywszy zdybał, Aardzie, w krainie dalekiej czyli
            czylijskiej, osobnika nazwiskiem Tapia, Tapia powtarzam, to się ciesz, a potem
            powołaj głośno na mnie, lub nie, pierw się kontaktuj jakoś, ze mną, to zadam
            uproszczony schemat genealogiczny jak to jeden z mech pradziadów któryś tam
            most stroił, i wystroił tez córkę, i ona za adwokata, Tapię, przed drugą wojną
            było, wyszła, ale pamięć starsza, wspomnianego, szczegóły if acclipable, el
            Szkottor passo (dublo) i dublony! dublony! i Diablo i kapitan Hak i generał
            HcArtur i wątek hahaha papapa
      • aard Małego z Aconcagui AD 2005 relacja 16.01.05, 19:39
        Dla tych co na Morzu (Niewiedzy): Mały jest jednym z Elbrusiąt. A oto, co
        napisał @:

        "od czego tu zaczac, bo przeciez nie od poczatku (co bede opowiadal jak wroce?)

        po przybyciu do mendozy (juz nie pamietam kiedy) w hostelu campo baso poznalem
        dwochbraci brazylijczykow (braci b) z samochodem, wiec udalo mi sie z nimi
        zabrac najpierw na maly rekonesans aklimatyzacyjny w okoloicy vallecitos, gdzie
        goruje cerro plata (w/g knig lokalnych 6300 - 5995 de facto) tam spedzilismy 5
        dni, ze wzgledow wysokosciowych czytaj bol glowy nie udalo mi sie wejsc na
        wiecej niz 5300, ale gorka nie byla moja objective, tylko sama wysokosc, wiec
        sie nie meczylem i zawrocilem.

        chwile potem jechalem do punta vacas 2400, gdzie zaczalem moja przygode z aco,
        pierwszy etap to 11.5 km do pierwszego obozu akcesyjnego las lenas aka pampa
        lenas - 2800, dodam tylko ze solo i bez mulow a za to z 40kg na garbie, juz w
        obozie powital mnie koniak z rak braci synow matki rosyji :-), drugiego dnia
        tylko 14.5km do casa piedra czyli domek ze skaly( i taki byl) 3200, po drodze
        minalem dwoch kanadyjczykow z 50kg na garbie, szli na lodowiec polakow direct
        i.... zaproponowali mi udzial, teraz to mialem myslowke, bo przeciez
        planowalem "tylko" falso polaco=polishtravers=eastern normal, ale nie
        uprzedzajmy

        ostatni etap do bejskampu plaza argentina 4200 to tylko 8km, ale pod gore i pod
        wiatr!!!!!!! ale bedac zaklimatyzowanym dalem rade, tylko ten garb

        kolejnego dnia tj. 7.01.05 ruszylem do campu 1 na troszke ponad 4900m, 8.01
        depozyt w c2 na 5900, 9.01 rest. 10.01 przeprowadzka na c2, 11.01.05 4.10 rano
        ruszam na szczyt, bezchmurnie, zimno tak, ze trzy pary skarpet i torebki
        foliowe nie powstrzymuja mnie przed zatrzymaniem sie dwa razy na maly masaz
        stop, do canallety docieram po 2g i tu wita mnie wiatr, ale jakos daje rade,
        jeden wielki piarg jest zmrozony, moje raki calkiem siedza wiec idzie, ostatnie
        metry sie dluza ale o 11.10 jestem na gorze. przede mna wszedl solo jeden
        lokal, i jeden kanadyjczyk, ktory na szczycie witam mnie usciskiem dloni, uff,
        time to go down

        a co z direct? byl to trudny wybor, nie wiem czy sluszny, ale rozsadek
        podpowiadal mi ze lekcja wspinania w lodzie na wysokosci ponad 6k to nie
        najlepszy pomysl, wiec pewnie innym razem

        wracac mialem przez berlin, do plaza de mulas i w dol do puenta del inca, ale
        12 nad ranem okazalo sie ze jestem jak by to powiedziec, pol slepy, nie moge
        wyjac szkiel z oczu, otworzyc je to inna sprawa, w koncu jakos sie zmuszam do
        dzialania, zdobywam od nowozelandczyko kropelki, znajoma amerykanka i niemiec
        rowniez sluza pomoca, ale efekt jest taki ze schodze do plaza argentyna, gdzie
        jak na zlosc jest juz prawie dobrze, ale wracac mi sie nie chce, wiec kontynuje
        do casa piedra, gdzie przejscie rzeki, ktora kilka dni temu byla rzeczka, jest
        nie mozliwe mimo kilku prob, postanawiam przeczekac, w nocy zmarznie i nad
        ranem bedzie rzeczka

        13 budze sie o 6 zwarty i gotowy .... a tu wody jak by wiecej, na szczescie
        jeden z mularzy dostrzegl biznes i przybyl z mulem i mulem, wsiadlem na grzbiet
        rumaka o maly wlos nie ladujac z drugiej strony przywalony plecakiem

        5minut i jestem na drugiej stronie, i teraz marsz 26km do cywilizacji, slonce
        prazy, garb wazy, pic sie chce, w koncu docieram mocno wycienczony do drogi,
        stad tylko 1km do blokady wojskowej, wolam wody, i leze, leze, leze, po 2g
        dochodze do siebie i lapie stopa do mendozy

        i tu jeszcze mala dygresja, gory sa piekne i nigdy nie jest sie samym jak
        powiedzial slynny lodzki himalista

        jednak wracajc do cywilizacji zauwazylem dwie rzeczy, ktore wprawily mnie w
        niepokoj

        pierwsza rzecz. wracajac na lono dobrej cywilizacji wsrod ludzi, zauwaza sie
        pewien dystans ludzi w stosunku do ciebie, mowia jak by przez nos, staraj sie
        nie przebywac w towim towarzystwie zbyt dlugo, zaczynasz myslec i nagle tez
        jakos nie jest tobie zrecznie

        zapach gor

        to trzeba przezyc

        druga rzecz, w koncu wymarzony prysznic, szykuje sie by zaczac pachniec jak
        miasto, zdejmuje ubrania i ..... nie wierze, jest to jednak mozliwe

        z kosci na osci

        uff, sie rozpisalem, teraz tylko sie zazeram i opijam, i ..... szukam partnera
        na mercedario lub ojos del salado, a jak sie nie uda to lojenie w
        arenales .........

        P."

        BRAWO, BRAWO, BRAWO!!! :-)))
        --
        Cierniowa korona zakwitła przebiskroniami
    • aard Raport przed wyjsciem w gory ostatni 14.01.04, 00:40
      Dzis jest ostatni kontakt, przed (maksymalnie) koncowka stycznia (moze nawet
      31). Badzcie dobrej mysli, jako i my jestesmy, ale nie spodziewajcie sie cudow -
      zasiegu po prostu nie ma.

      Sa tez dobre wiesci - dzis przyjechali Dudi i Marek, wiec jestesmy w
      komplecie :-) jUTRO RUSZAMY NA TRASE. Dwa dni dziela nas od bazy Plaza de
      Mulas, a potem 5-6 dni aklimatyzacji (wielokrotne wejcia na Nido de Condores i
      raz do Berlina) i wreszcie pierwszy termin ataku szczytowego. Powinnismy miec 6
      dni na potencjalny atak, wiec bedzie ok, nawet jesli pogoda na poczatku nie
      dopisze.

      A propos pogody: dzis na pustyni padal deszcz!! Powaznie, dwie godziny siapilo,
      a nawet padalo, mamy nagrane na kamere (Marek przywiozl). Poza tym, wczoraj z
      Tomkiem poszlismy w gory celem zdobycia szycztu Las Lenas (4320), ale
      zawrocilismy za 3600, bo zrobilo sie naprwde trudno. Wejsc bysmy weszli, ale z
      zejcsiem bez liny mogloby byc trudno, wiec odpuscilsimy. Dzis kupowalismy
      pamiatki i ogladalismy zrodla termalne w Puente del Inca - nie kapalismy sie,
      bo woda mocno siarkowa i trzeba by sie splukac, a u nas tylko lodowata woda.
      Teraz siedzimy i saczymy amerykanskiego Buwieisera po 4 PLN za litr (w
      knajpie!) i zagryzamy gratisowymi oliwkami i frytkami. Ta Argentyna, to jest
      cenowy raj! Kto twierdzil, ze tu jest drogo, musi to odszczekac.

      To chyba tyle. W razie braku SMSosci bede sie mailowal po zejsciu z gor, ergo
      najpozniej 31.01. Cierpliwosci tedy, Amigos i hasta pronto!

      Wash,
      aard

      Maginiaczq, mula jednego (we wlasnej niestety osobie), postaram sie Ci
      przywiezc. Z innymi bedzie klopot, bo przepisy fitosanitarne,m sama rozumiesz...

      Buziaki teddy!
      --
      A_tak_w_ogóle to po
      prostu chciałem podbić.
      • dziad_borowy Re: Raport przed wyjsciem w gory ostatni 14.01.04, 11:49
        aard napisał:

        > A propos pogody: dzis na pustyni padal deszcz!!
        To, ze na pustyni pada deszcz to calkiem normalne. Tam zawsze pada. Ale to nie
        taki zwykly deszcz, lesz najkwasniejszy z kwasnych deszczy co doprowadzilo do
        delegalizacji roslinnosci na jej terenie. I ostal sie jeno piach.
        Dzierż piach w zębach skrzeczący!!!
    • aard Oglaszam przetarg na 3 kamyki ze szczytu! 30.01.04, 04:53
      Alez sie dzialo! Do opisania, nawet pokrotce, sie nie kwalifiqje. No, ale
      sprobuje. Spotkalismy przefantastycznych Polakow w bazie - ludzi z agencji
      gorskiej Pamir (www.pamir.pl) w tym szefa Jacka Telera, ktory udzielil nam
      wielu bezcennych rad i byl wspanialym towarzyszem wieczornych pogaduszek. Poza
      tym (Widzmun!) byl dziesiatki razy na Piku Lenina i sluzy pomoca i rada w
      organizacji wyprawy!

      Aklimatyzowalismy sie rooznie, kazdy na swoj sposob, byly wiec noclegi w
      Confluencia (3400), Plaza de Mulas (4400) - 2, w Camp Canada (5030), Nido de
      Condores (5500) i Camp Berlin (5900), potem zejscie do Plaza de Mulas na 2
      noce, wejciena Berlin (noc) i atak szczytowy. Pierwszy i od razu udany. Pogoda
      dopisywala, do 14 czyste niebo i odpowienia do wysokosci temperatura (w Plaza
      de Mulas max. 15) w Berlinie lekko ponizej zera w cieniu, a na szczycie o
      15.20, o dziwo okolo zera!), a potem sie chmurzylo, ale padalo tylko przez
      pierwsze 3 dni. Byle tez wietrznie, ale wiatr byl slaby, max. 50km/h (tak na
      oko).

      Atak byl dla nas bardzo wyterzajacy, na wysokosci 6000 m cisnienie powietrza to
      ok. 450 hPa, tlenu tez proporcjonalnie mniej, wiec oddychalo sie bardzo szybko
      i bardzo plytko. Przy podejsciach konieczne byly postoje nawet co 5-10 krokow,
      stawianych bardzo wolno! W sumie atak szczytowy trwal dla mnie od 7.10 do
      15.20, zejscie 2 godziny. To chyba dajue pojecie o trudnosciach w oddychaniu...

      Widoki ze szczytu powalajace, Cordiliera de la Ramada (Mercedario!) jak na
      dloni, ksiazka szczytowa wypisana i wymalowana, zdjecia porobione, twarz
      opalona, ale nie spalona i ogolnie alles git :-)

      Przepraszam, ze malo smileysow, ale tu inny uklad klawiatury jest. Badzcie
      pewni, ze usmiecham sie caly czas!

      Zejcie bylo meczace (do bazy z Berlina idzie sie 2.5 godzni po piargu o sporym
      nastromieniu w bolacych butach), ale bezproblemowe. Za to nazajutrz, kiedy juz
      chcielismy schodzic z Plaza de Mulas, dowiedzielismy sie, ze nie mozemy, bo...
      w Concfluencii, 15 km dalej Rio Horcones ma wysoki stan wody i zalalo kladke,
      wiec nas nie puszcza!! Poczulismy sie uwiezieni, wiec zrobilismy wraz z grupa
      Angoli Wielka Ucieczke. Jak z obozy na Sybirze ;-) Na szczescie straznicy byli
      malo czujni i sie udalo. W Confluencii przekroczylismy faktycznie wzburzana
      rzeka maczac sie do kolan. Phi!

      Potem juz tylko 10 km marszu, bolace stopy, zachod slonca, obiad w knajpie
      (Budweiser!), PRYSZNIC (pierwszy po dwoch tygoniach, dobrze, ze wszyscy tak
      samo smierdzielismy...) i sen...

      Wczoraj impreza z winkiem, a dzis odbylismy rafting. Fantastyczny, ale to juz
      osobna historia...

      Do rozdania mam: 3 kamyczki ze szczytu (nie liczac tych zaklepanych dla Lei,
      Oli i Wiedzmuna), wiec prosze sie zglaszam i licytowac szerokosc usmiechu.
      Przetarg zamykam po powrocie, to jest 2.02.

      Sciskam Was wszystkich, a Was wsyzstkie caluje (moge?)

      Wujaard w Santiago de Licze.
      --
      A_tak_w_ogóle to po
      prostu chciałem podbić.
    • aard Bardzo Wszystkim dziekuje za Wszystko! 01.02.04, 01:18
      Kroinika online pojawi sie na Onecie a ten watek powoli zmierza do lamusa
      Forum. Jutro wsiadamy w samolot do F n M. a stamtad to W n W. i co za tym idzie
      juz nie bede pisywal z krajow dalekich o porach nieludzkich na forum
      (nie)lodzkim. Darujcie!

      A we wtoreq do pracy :-/

      PS. (Zamek, MZtka) Na Szczycie zaspiewano, oczywiscie, hymn Elbrusiat ze
      szczegolnie mocnym akcentem na "pa-a-a-ste-rzy" i na "przybiezeli".
      --
      Naukowcy!_To_wy_ukrzyżowaliście_rezusa!
    • aric skoro się wszystko skończyło jak należy... 02.02.04, 12:17
      Mogę spokojnie napisać, że ciesze się niezmiernie razem z tobą i jesteśmy dumni
      z Didi, że mamy takiego, nie boję się użyć tego słowa, przyjaciela.:))
      Mam nadzieję, że zobaczymy się jutro wieczorem w doborowym towarzystwie.:))))
      I cóż, kamyk dla Didi się należy, prosiła cię na kilka dni przed wyprawą.:))

      Czekam na dalsze twoje wyczyny, byśmy mogli sie pochwalić jakiego to znamy
      Wielkiego Człowieka"!!!!!!!!
      --
      in de nejm of 666.
      • zsazsa Akuczkonagua, epizod 2, Piwna strona mocy 09.02.04, 10:05
        aard napisał:
        nick_defaultowy_nie_wiem_czy_chce_być_ujawniony

        a nikuczok_defaultowy_wojciech_ujawniany napisał:

        "pozdrowienia z bazy na 4.4000 pod Aconcagua. trzy dni drogi w morderczym
        upale, mijając po drodze padłe muly, z ktorymi kondory blyskawicznie sie
        uwijaja - a tu prosze, internet i lacza satelitarne. dzis dzien bazowy, lecze
        sie z wysokosciowki, mam bardzo niskie wysycenie tlenu we krwi, bedzie ciezko
        wejsc wyzej ale nie poddam sie bez walki. lekarze zalecaja picie 4 litrow plynu
        dziennie, polacy stosuja sie do tego po swojemu - 4 litry piwa."

        Co na to Ekspaart?
        - czemu nie zabrać takiego mula? (w bonusie kondora pijającego się w popocony
        kołnierz u tlenhełmu korkowego)
        - co znaczy "upal"? czy te muly padają od upalu, od kondora, od beztlenu,
        od niechcenia, czy co? (serio pytam)
        - ile i co pić trzeba (if trade secret or kryptoreklaming then gosub if)?
        • aard Niesień piwny, trzydniowy 09.02.04, 12:14
          zsazsa napisał:

          > a nikuczok_defaultowy_wojciech_ob(za)(ja)wiany napisał:
          >
          > "pozdrowienia z bazy na 4.4000 pod Aconcagua. trzy dni drogi w morderczym
          > upale,

          Hm... nam ten odcinek zajął 1,5 dnia. Ciekawe, gdzie on zrobił drugi obóz?
          Pewnie przy Żółtych Skałach, ale i tak jest tam marnie z wodą. Odwodnił się, to
          i nasycenie tlenem krwi ma słabe. Nic nie uchodzi bezkarnie, nawet para z
          gwizdka (bo jej ciężko pod górę).

          > mijając po drodze padłe muly, z ktorymi kondory blyskawicznie sie
          > uwijaja

          Konfabulant albo duuużo się zminiło przez dwa tygodnie. Leży słownie JEDEN
          szkielet muła, dawno objedzony. Kondora nie było ani jednego.

          - a tu prosze, internet i lacza satelitarne. dzis dzien bazowy, lecze
          > sie z wysokosciowki, mam bardzo niskie wysycenie tlenu we krwi, bedzie ciezko
          > wejsc wyzej ale nie poddam sie bez walki. lekarze zalecaja picie 4 litrow
          > plynu dziennie, polacy stosuja sie do tego po swojemu - 4 litry piwa."

          > Co na to Ekspaart?
          > - czemu nie zabrać takiego mula? (w bonusie kondora pijającego się w popocony
          > kołnierz u tlenhełmu korkowego)

          Miałoby to zbyt dużą wagę. Nie jesteśmy aż tak ważni.

          > - co znaczy "upal"? czy te muly padają od upalu, od kondora, od beztlenu,
          > od niechcenia, czy co? (serio pytam)

          Nie mam pojęcia. Myśmy akurat mieli na tym odcinku snieżycę. Muły musiały
          popadać ostatnio, widocznie zamiast śniegu. Od czego? Od przypadku, do
          przypadku, jak mniemam.

          > - ile i co pić trzeba (if trade secret or kryptoreklaming then gosub if)?
          Trzeba cokolwiek, ale pije się herbatę z własnych torebek , bo piwo jest dla
          krezusów (3 dolary puszka 350 ml). Nam wszelako zalecali 5 litrów, ale zapewne
          po Kuczoku widać, że on i na co dzień sporo pije.

          --
          A_tak_w_ogóle to po
          prostu chciałem podbić.
          • zsazsa Zółte płynne złoto w Górach Czarnych 09.02.04, 12:41
            [sapanie, tup, tup, tup, tup]

            A: Uuuch, jaaaak mi go-rą-coo...
            B: No co ty, przecież śnieżyca jak andiabli!

            [wtem z offu:]

            C: Kto qrka wypił całe piwo trzy i pół słownie dolara puszka?!!
            D: I to cały, qrqa, konteneras!!
            C: Półtora dnia szukali my tego piwa! Gdyby nie to, już by my byli na miejscu!!
            D: No więc który to, cholera by go?!

            [wtem myśl w mózgu:]

            B: Qra, to pewnie A! I to dlatego tak mu teraz gorąco!

            [B, C i D zmierzają w stronę A, z zamiarem niezbyt cnym]

            A: Noo coo wyyy?!!
            B: Ach ty mule jeden zakichrany, poczekaj jak zaraz w ryj zarobaczysz!!

            [nazwany mułem A pada, po ciosach paru. B, C i D nie zostawią tak kolegi.
            piwo piwem a kodeks kodeksem. no ale pić też nie ma czego. trza iść po
            autochtonach. wysępić coś i wykondorzyć.]

            podobieństwo liter alfabetu ściśle niezamierzona. podziwiam i dziwpopam
            • neochuan andy warchoł prezętuju: 17.02.04, 14:43
              leciał muł iłem, lecz
              migiem go obsiadły
              i nieba
              wem zjadły
              bo był muł
              opadły
              tyłem
              (czyli na ogonie
              z drugiej miał skronie
              jak to os
              łykonie)...
              --
              może i pionek - za to na poziomie
      • neochuan fjufió! 17.02.04, 13:50
        w rzyci samej! się zmieniło: kronika o nas fotki nie działa, za to polecam dwa
        nowe, rozbudowane działa:
        1. NEWS (dotyczący wszystkich KIERUnków stron świataka), i
        2. ciekawy jeden link!
        ;-P, ale 8-)
        --
        może i pionek - za to na poziomie
      • aard No i jest problem 26.05.04, 10:57
        W omawianym terminie nie ma mnie w Łodzi :-(
        Wyjeżdzam bowiem w sobotę 5 czerwca na tydzień w góry.

        Kamień wszelako mogę pozostawić w dobrych rękach. Czyich?
        --
        Coś w życiu musi być stałego,
        może to być passa
        (choćby szewska na Kilińskiego).
    • neochuan chory aard! :((( 09.06.04, 12:42
      wczoraj z gór zadzwonił aard. jest chory na gardło! nie wiedział jeszcze, czy
      wrócą od razu do Łodzi, czy posiedzą gdzieś w pobliżu, by się kurować na łonie.
      tak, czy siak - nici z potencjalnego wspólnego zdobywania Pradziada...
      z wyrazami współczucia (eh, co z tym gardłem...) - neochuan 8*-(((
      ps. i co ja teraz zrobię z dłuuuugim weekendem??
      --
      antydzierżbór pra dziadzie...
    • h8red A czy? 05.03.06, 16:51
      Wuj Aard to będzie nadawał również z Wyspy jak już będzie?

      --
      Deus de vida longa aos meus inimigos
      Para que possam ver de pe minha vitoria
      • aard Wujostwa Mag.giaardów z gejowania po Słowacji kron 16.08.06, 15:00
        ika.

        Najpierw piosenka:
        (na melodię "Tango libido" Pudelsów)

        Ona by chciała do trójkąta*,
        ona by chciała jeszcze raz.
        Po autostradzie mi się pląta,
        lecz ja niestety mówię "pas"!
        Ja chyba całkiem oszalałem!
        Czym to się skończy, kto to wie?
        Całą Słowację przejechałem,
        a ciągle jechać mi się chce.

        Refren:

        Tango bicyklo,
        ona by chciała do trójkąta.
        Tango bicyklo,
        Ona by chciała jeszcze raz!
        Tango bicyklo,
        po autostradzie mi się pląta!
        Tango bicyklo,
        lecz ja niestety mówię "pas".

        Chyba już całkiem zwariowałem:
        na łańcuch kładę gruby smar,
        "Jedna Słowacja to za mało!",
        już Wiednia mnie pociąga czar!
        Ja przecież wcale nie chcę źle,
        chce mieć w liczniku cały świat!
        Moja partnerka krzyczy "nie!",
        lecz ja już jak najbardziej „tak”.

        Refren

        Czy to jest bicykl, czy obsesja?
        Już nawet Bóg pedałem jest!
        Więc czemu płacze ma dziewczyna?
        wszak (z)drożna życia jej jest treść!
        Gdy od poranku do wieczoru
        kilometrami pędzi w dal,
        tak dużo czasu na siodełku,
        że i odcisków nie jest żal!

        Refren

        Nie jestem w końcu taki młody,
        na łańcuch kładę gruby smar
        i kiedy wiatr zawiewa w oczy,
        to nie chce mi się pędzić w dal.
        Lecz jeśli teraz nie, to kiedy
        poginać przez drogową sieć?
        Pedały mnie ratują z biedy,
        gdy wielki kundel chce mnie zjeść.

        Refren

        *Trójkąt – w slangu rowerowym mała saszetka umieszczona wewnątrz obrysu ramy
        (też trójkątnego zresztą) przeznaczona na najpotrzebniejsze drobiazgi.


        A teraz...

        Słowacja, Lato 2006 – Kronika wyprawy rowerowej
        16 dni, 860 km


        Wstręt baj Miki (albo aknołledżments)

        Pomysł wyprawy rowerowej w góry wschodniej i środkowej Słowacji chodził mi po
        głowie od 1997 roku, a konkretnie od poprzedniej i zarazem niestety ostatniej
        dotychczas tego typu wyprawy, kiedy to z kuzynem Maćkiem przez tydzień
        przejechaliśmy z Węgierskiej Górki k. Żywca do Bratysławy, którą potem przez
        prawie tydzień zwiedzaliśmy. Machnęliśmy wtedy (razem z Bratysławą i jednodniową
        wycieczką wokół niej) równo 1.000 km i bynajmniej nie było to za dużo ;)

        Na tamtej trasie były jednak tylko dwa poważniejsze podjazdy, których pokonanie
        (a zwłaszcza następujących po nich zjazdów ;) napełniło mnie ochotą
        skomponowania trasy o takim profilu, gdzie niemal codziennie byłyby ze dwa
        poważne podjazdy i – zwłaszcza – zjazdy po nich ;) Do tego celu idealna wydała
        się Słowacja wschodnia i środkowa, bo blisko i można dojechać do granicy
        względnie niedrogo pociągiem, na miejscu tanio, drogi dobre i gór ile dusza
        zapragnie. Wkrótce po powrocie z “tamtej” wyprawy zabrałem się za planowanie
        następnej (włącznie ze szczegółowo skomponowaną trasą, która przetrwała niemal
        niezmieniona od tamtego czasu!) z nadzieją, że może już za rok...

        Niestety jakoś tak wyszło, że z roku zrobiło się 9 lat, a Maciek – mimo że
        zaproponowałem mu udział w nadchodzącej wyprawie – niestety nie dał rady z nami
        pojechać. Pożyczył za to Magdzie sakwy, a mnie kask, za co bardzo mu niniejszym
        DZIĘKUJEMY.

        Zatem z roku zrobiło się 9 lat, a z Maćka zrobiła się Magda ;) którą poznałem
        właśnie na wycieczce rowerowej ok. roku temu. Z jednej wycieczki zrobił się rok
        i wiele wspólnych wycieczek, a ponieważ tradycja zobowiązuje, więc
        postanowiliśmy kontynuować ją razem i zrealizować to, co czekało w mojej głowie
        od tak dawna. Za to, że się odważyła i mi zaufała, że da radę, chciałbym ja z
        kolei Magdzie bardzo serdecznie PODZIĘKOWAĆ.

        Dziękujemy też Rodzicom Magdy za to, że – mimo że nie bardzo wierzyli, że damy
        radę – jednak nie uznali pomysłu za niemożliwy i nie tylko opiekowali się przez
        dwa tygodnie psem ;) ale i zafundowali Magdzie wypasiony kask :) oraz Rodzicom
        Mikiego za – jak zwykle – życzliwe wsparcie oraz to, że kupili nam trochę
        jedzonka na pierwsze dni. Wagi podziękowań nie umniejsza wcale fakt, że tego
        jedzonka Miki w końcu zapomniał od Nich zabrać ;)

        Last but not least dziękujemy Czarnemu, który ze psem wychodził i to bez nadziei
        na wynagrodzenie w postaci lentilek, których zresztą w końcu nie dostał ;)

        Wracając zaś do nas, czyli Magdy i Mikiego (lat oboje po dwadzieścia kilka) – po
        odpowiednich, a czaso– i funduszochłonnych przygotowaniach sprzętu (choć i tak
        mieliśmy tuż przed wyjazdem wrażenie, że mógłby być przygotowany lepiej),
        zdecydowaliśmy się rzucić w tę przygodę, choć bez pewności, że starczy nam sił
        na przejechanie całej trasy. Z drugiej strony mieliśmy 16 dni wolnego (licząc z
        weekendami), a trasa miała – teoretycznie – 10 dni plus odpoczynki, więc czemu
        miałoby się nie udać?

        W ramach przygotowania kondycyjnego (choć wyczytaliśmy w dwóch niezależnych
        źródłach, że to nie ono jest najważniejsze) machnęliśmy kilka jednodniowych
        wycieczek, z czego jedną z Łodzi nad Zalew Sulejowski i z powrotem (wyszło 123
        km w 5,5 godziny efektywnego czasu jazdy, cała wycieczka trwała równo 10 h) w
        koszmarnym upale i tak nas to rozzuchwaliło, że nawet jeszcze przed wyjazdem na
        Słowację zaczęliśmy się zastanawiać, co zrobimy, jeśli zaplanowaną trasę uda nam
        się przejechać szybciej. Co prawda rozsądek studził nieco te zapędy, ale i tak
        zdążyliśmy sobie wymarzyć dojazd pociągiem do Bratysławy, a potem rowerem do
        Wiednia i po krótkim zwiedzaniu z powrotem rowerem.

        W ramach zaś przygotowania teoretycznego przejrzeliśmy pozostały po poprzedniej
        wyprawie Pascalowski przewodnik po Słowacji i... zwątpiliśmy, czy jechać.
        Dominował ton, że “tu nie warto wchodzić, bo najciekawsza i tak jest bryła od
        zewnątrz” lub “widok z bramy” bądź też, że “nie ma po co odwiedzać tego muzeum,
        chyba że ktoś jest zapalonym miłośnikiem kogoś-tam” lub wreszcie, że “nie ma
        sensu zbaczać z drogi, by zobaczyć tę cerkiewkę, bo freski są zdecydowanie
        wypłowiałe”. Zaraz, halo! To po co my tam jedziemy?!

        W końcu zdecydowaliśmy, że jedziemy odpocząć psychicznie i zjeździć kawałek
        świata, a ewentualne zwiedzanie dokonywać raczej z zewnątrz, a jeśli gdzieś
        wchodzić, to jedynie na wyraźne wskazanie przewodnika, który zamierzaliśmy
        jednak czytać przed pobytem w każdym z opisywanych w nim miejsc.

        Wreszcie 21 lipca wsiedliśmy w nocny pociąg z Łodzi do Gorlic i zaczęła się
        Przygoda...
        --
        Tnący brzytwy się chwyta
    • aard Wujostwa Mag.giaardów kronika - Dnie 1 - 3 15.08.06, 12:53
      Dzień 1.
      22 lipca (sobota)
      Łódź – (pociąg) – Gorlice – Bardejov, 67 km

      Pociąg z Kaliskiej odjechał o 1:15 z dziesięciominutowym opóźnieniem i
      oczywiście od razu Miki zrobił się głodny :p Zalosował tedy kanapkę z serem
      wędzonym by Magdy Mama plus kabanosa i chciał zagryźć jajem na twardo, których w
      wilię wyjazdu nagotował był siedem, ale te bez rozmrożonej lodówki się przez
      dobę popsuły i gwoli niesmrodzenia w przedziale Miki wywalił je przez okno. Dość
      spektakularnie po kolei wyfruwały z foliówki. Mieliśmy przedział dla siebie, a
      rowery bezpiecznie przypięliśmy tuż obok na ostatnim pomoście, więc można było
      iść spać. Magda zasnęła i śnił jej się Mikiego Tata sprawdzający bilety w
      pociągu “dla jaj” oraz czekoladowy piesek. Miki nie bardzo mógł zasnąć, więc za
      to co stację wyglądał, co z rowerami. Były.

      Kraków jednak przespaliśmy i obudziliśmy się w Stróżach, gdzie odłączali wagony
      do Krynicy. Stąd już tylko 35 minut do Gorlic-Zagórzan. Tamże, wysiadłszy w
      środku niczego, “ubraliśmy” rowery w sakwy, torbę z żarciem i namiot oraz kari
      maty i heja! Pierwszy przystanek na stacji benzynowej pomiędzy Zagórzanami a
      właściwymi Gorlicami na mycie zębów. Potem, w centrum Gorlic na ładnym ryneczku
      była kawa i fanta limonka. No i zakupy w Albercie (dobre jabłka, 3 paczki gum
      Orbit po 25 drażetek i woda). Potem już out z Gorlic w kierunku na Konieczną.

      No i zaczęło się darcie pod górę. Najpierw troszkę z fragmentami zjazdu nawet,
      gdzie Magda zgłosiła, że nie może zmieniać przerzutek (Miki sprawdził – fałsz) i
      coś jej stuka w pedale (Miki sprawdził – prawda, coś stuka w suporcie – łożysko?
      Niezły numer na początek!). Cichcem pojechaliśmy dalej – może się suport nie
      zorientuje? ;)

      A dalej, za Małastowem był pierwszy megapodjazd na przełęcz Małastowską (604 m),
      na którym w pełnym skwarze i słońcu zrobiliśmy tylko dwa postoje po kilka minut.
      A podjazd miał z pięć kilometrów i ponad 300 metrów różnicy wzniesień jak nic.
      Na przełęczy zmęczenie i radość, że “dajemy radę”, a potem ładny, choć nie tak
      długi jak podjazd, zjazd do Gładyszowa. Następnie droga falowała przez Zdynię i
      Konieczną aż do przeł. Dujawa, gdzie kawa, toaleta i przejście graniczne. Za
      granicą za to ładny choć lekko wyboisty zjazd do Becherova, potem pierwsze
      zakupy za korony w Zborovie i jeszcze chwilka, i byliśmy w Dluhej Luke (Długiej
      Łące) pod Bardejovem. Tam się rozglądnęliśmy za kwaterą, ale zaśpiewali po 300
      Sk/os, więc odpuściliśmy. Do Bardejova był rzut suchym beretem po mokrym
      asfalcie (wcześniej przeszła burza), a tam po sprawdzeniu kilku drogich
      “penzjonów” zawitaliśmy w końcu do znajomej z poprzedniej (górskiej) wycieczki
      noclegowni (Ubytovňa) tuż przy murach starego miasta, gdzie nocleg kosztował 200
      Sk/os. Warunki za to spartańskie – zimna woda i niezbyt czysto, ale łóżka OK
      (choć w jednym przy jego przestawianiu wyłamały się nogi!) i szło się wyspać.
      Przed snem jednak rundka po starym mieście (piechotą ;), trochę fotek i kolacja
      (vypražany syr z hranolkami i tatarska omačka + 0,5 l piwa Kozel = 220 Sk/ 2
      os). Restauracja też ta sama co poprzednio – w bramie na wschodniej pierzei
      rynku (nazwa nam się nie utrwaliła, ale polecamy).

      Noc upłynęła spokojnie, co niekoniecznie było normą, bo spotkani nazajutrz dwaj
      rowerzyści z Inowrocławia mówili, że w „penzionie” za 215 Sk/os mieli pod oknem
      cygańskie wesele do 4 nad ranem...


      Dzień 2.
      23 lipca (niedziela)
      Bardejov - Kokošovce, 65 km

      Pobudka samoistna Mikiego o siódmej i nieudana wyprawa po chleb – w niedzielę
      Billa i Hypernova czynne od ósmej. Magda się wylegiwała, ale nie było się co
      spieszyć bo woda na miejscowej kuchence elektrycznej gotowała się trzy
      kwadranse... Śniadanie, Billa (woda, batony, mleko kakaowe) i o 11 w drogę.

      W Klušovskej Zabave odbiliśmy o głównej drogi w prawo, żeby uniknąć długiego
      podjazdu (a nie ze względu na ruch, który był raczej niewielki) i... trafiliśmy
      na podjazd oraz wspomnianych dwóch z Polski, z którymi potem się nawzajem
      wyprzedzaliśmy przez większość dnia. Przyjechali pociągiem z Inowrocławia do
      Medzilaborcov, ale muzeum Warhola czynne od godz. 12, więc nie zwiedzili. Droga
      falowała przez Hertnik, Fričkovce, Osikov do Raslavic, a potem główniejsza przez
      Tulčik i Kapušany (piękne ruiny zamku na wzgórzu, ale nie wjechaliśmy – za
      stromo) do supergłównej dwupasmówkę nr 18 do Prešova. Dłuuugi zjazd w dolinę i
      już senna mieścina wokół nas. Jeżdżąc po opustoszałym centrum (w sumie nic
      ciekawego do oglądania plus vypražany syr z americkimi opekanymi zemiakami i
      biele hrozno – napój bezalkoholowy z winogron ponoć mający przypominać wino, ale
      bardzo smaczny = lekko ponad 200 Sk/2 os) zastanawialiśmy się, gdzie są
      ludzie... A potem pojechaliśmy do Tesco na obrzeżach. Byli tam! Wszyscy!! Nawet
      “nasi” z Inowrocławia!

      W Tesco kupiliśmy sporo różnego żarcia, a Mikiemu zwariował licznik w rowerze.
      Podczas postoju pokazywał prędkości od 77 do 180 km/h. Stwierdziliśmy, że gdzieś
      tu musi być jakieś radio (licznik jest bezprzewodowy i komunikuje się z
      czujnikiem radiowo) i rzeczywiście po odjechaniu od drzwi Tesco licznik
      znormalniał. Dalej zmierzamy ku Kokošovcom. Na wyjeździe z miasta zahaczamy o
      Intersport, gdzie Magdzie kupujemy gumowe “rączki” na kierownicę za 129 Sk, bo
      ją bolały dłonie od nazbyt twardych wcześniej gum. Pomogło.

      Stamtąd jeszcze z osiem kilometrów głównie pod górę i już kemping, gdzie... nie
      przewidziano możliwości rozbicia namiotu! Tylko domki po 200 Sk/os, a tymczasem
      my już jakoś wyczerpaliśmy ochotę nocowania „na bogato”. Prysznic bierzemy zatem
      “na krzywy ryj” i zjeżdżamy nad pobliskie jeziorko, gdzie – jak nam powiedziano
      – wolno rozbić się na dziko. Tyle że tam aż ROI się od gzów! Nawet nie
      zatrzymaliśmy się u celu i już uciekaliśmy z powrotem, bo żarły żywcem nawet
      przez ubranie! Rada w radę postanowiliśmy popytać we wsi, czy kto nam nie
      pozwoli się rozbić w ogródku, ale po drodze trafiliśmy na piękną ukrytą łąkę i
      tamże za darmochę się zaokrętowaliśmy (bez gzów, tylko trochę komarów). Magda
      nieco się bała koni, których nie było (Magda: fałsz! Były konie. Dwa duże
      przedefilowały o zmierzchu z najprawdopodobniej “strażnikami lasu-teksasu” i
      jeden malutki – samopas), ale noc upłynęła spokojnie.


      Dzień 3.
      24 lipca (poniedziałek)
      Kokošovce - Košice, 60 km

      Pobudka samoistna o siódmej – Miki znów nie mógł wytrzymać gorąca w namiocie.
      Magda wstała na gotowe śniadanie ok. 7:45 (woda, tym razem na maszynce
      benzynowej, gotowała się 7 min! :) ). Pożarliśmy po 2,5 bułki oraz kawę
      posłodzoną zagęszczonym mleczkiem Piknik – mniam! O 9:45 już byliśmy przed
      miejscową Coop-Jednotą na batonika, picie (było już ze 30 st. Celsjusza!) i
      toaletę w barze i po godz. 10 heja! Tego dnia zebraliśmy się pierwszy i ostatni
      raz tak sprawnie. Okazuje się, że sypiać „na dziko” jest podwójnie warto ;)

      Zjazd do Dulovej Vsi, potem podjazd (lekki) do Zaborskeho i dłuuugi zjazd ku
      autostradzie D1. Wzdłuż niej na południe do Petrovej, tam wiaduktem nad nią
      (kilka fotek cyknęliśmy) i postój w Kendicach na “tankowanie” i lody. Jeszcze
      smarowanie kolan Fastum “na wszelki wypadek”. Dalej Ličartovce, Bretejovce (cały
      czas lekko w dół) i Budimir, gdzie był “kaštiel”, czyli mały, odrapany dworek z
      nieczynnym w poniedziałki – zresztą w środku zapewne wypłowiałym – muzeum. Ale z
      ładnym ogródkiem. Tamże pożarliśmy zatem sucharki z nutellą. Dalej
      przejechaliśmy dla odmiany pod autostradą, która zresztą tu się kończyła,
      przechodząc w dużą dwupasmówkę. Woleliśmy nią jednak nie jechać, bo raz, że
      spory ruch, a dwa że w tym miejscu szła dość ostro pod górę (więc w tym sporym
      ruchu trzeba by raczej długo przebywać). Zamiast tego jedziemy
      • aard Wujostwa Mag.giaardów kronika - Dnie 3 - 4 15.08.06, 12:55
        prosto przez Beniakovce, dalej okropnym (w stylu drogi Ustrzyki Grn. -
        Wołosate!) asfaltem (ale remontują w ramach SAPARDU) do Hrašovika i główną w
        prawo ostro pod górę (jednak nie dało się tego uniknąć, ruch też był niemały) aż
        ku granicy Košic. Tu najlepszy jak dotąd zjazd (Miki: 62,5 km/h) ku centrum,
        chwilka błądzenia i już jesteśmy na PIĘKNEJ starówce.

        Okazała się ona warta dziewięciominutowego filmiku, ale ten nakręciliśmy potem,
        bo najpierw była próba odnalezienia baru, gdzie Miki jadł z Bananem pyszne
        żarcie w 1999 roku w drodze koleją w góry Rumunii. Niestety bar zlikwidowali,
        szukamy przeto restauracji i, jak zwykle grymasząc na ceny, lądujemy najpierw w
        Levočskym Domu, ale tam menu dnia “nie je”, to i my nie jemy. Zamiast tego pizza
        w knajpie “Roberta” po 69 Sk w promocji (bardzo dobra, choć o ok. 1/3 mniejsza
        niż polski standard, Huann by się nie najadł :p). Zakupy w domu towarowym (nie
        hipermarkecie) Tesco przy głównym placu, po wyjściu z którego okazało się, że
        próżniowo pakowane salami jest spleśniałe. Miki wygrzebuje zatem paragon z kosza
        i idzie do pani w okienku od przyjmowania butelek, która patrzy na spleśniałe
        salami i mówi, że data ważności jest 16 sierpnia, więc ona nie widzi problemu
        (!!). Miki na to, że nic go to nie obchodzi, on chce mieć dobre salami. Pani
        wreszcie zgadza się niechętnie na wymianę. Odjeżdżamy jak pyszni kręcąc film.

        Po filmie spad na południe Košic, gdzie ma być kemping (ten na zachód od miasta
        w Bukovcu, gdzie zamierzaliśmy pierwotnie spać, ponoć zlikwidowali). Kemping
        odnajdujemy z trudem, a z jeszcze większym trudem udaje nam się nań dostać,
        dwukrotnie okrążając po drodze dwupoziomowe skrzyżowanie oraz przejeżdżając
        przez chaszcze i chybotliwą, kaziową kładkę nad strumieniem. Sam kemping
        znajduje się między autostradą a lotniskiem – czujemy się jak w domu! :p

        Namiot, prysznic, kolacja, paciorek i lulu...


        Dzień 4.
        25 lipca (wtorek)
        Košice – Krasnohorske Podhradie, 75,5 km

        Noc, mimo autostrady i lotniska, spokojna, a poranne wyganianie z namiotu odbyło
        się tak: o 6:40 Mikiego wygoniła duchota, a o 7:15 Miki wygonił Magdę.
        Śniadanie, prysznic i przygotowania, włącznie ze smarowaniem łańcuchów trwały do
        10:45 (nie wiemy, jak ten czas nam zleciał! Zwłaszcza, że bez paciorka!), a
        potem naprzód.

        Kilka kilometrów drogą ekspresową było dość nieprzyjemnych (duży ruch, no i
        trąbili na nas – i słusznie). Potem spokojne falowanie droga nr 548 przez Malom
        Ide (drugie śniadanie pod sklepem), Šemše i Novačany (Magdzie po drodze dwa razy
        spadł łańcuch, ale chyba z powodu niedostatecznych umiejętności płynnego
        zmieniania przerzutek podczas jazdy na zmianę w dół i pod górę, bo po krótkim
        kursie tegoż problem znikł). Wkrótce był Jasov, a w nim ładny, choć nie do końca
        odrestaurowany klasztor norbertanów, nieczynna restauracja i wyglądający z
        daleka na również nieczynny kemping, a potem burza przeczekana w tartaku, która
        zabrała nam ok. półtorej godziny. Na wyjeździe z Jasova duże osiedle cygańskich
        slumsów – rozpacz. Zrobiliśmy tylko jedną fotkę, bo trochę się obawialiśmy
        zatrzymać na dłużej w pobliżu tego „mrowiska”.

        Z powodu burzy byliśmy już w niedoczasie, więc “żabi skok” przez Medzev do
        Štosu, gdzie krótki popas. No a po nim zaczęła “prawdziwa” jazda. Najpierw ok. 5
        kilometrów wprawdzie dość łagodnego, ale żelaznie konsekwentnego monotonnego
        podjazdu na przełęcz nad Smolnikiem (783 m, średnia ok. 8 km/h), tam znów krótki
        popas i długi zjazd po fatalnej nawierzchni do Smolnika. Następnie znów dość
        łagodnie do góry przez Uhorną i tam naprawdę zaczęła się wyrypa. Znak drogowy
        głosił trzykilometrowy podjazd o nastromieniu 18% (pierwszy raz w życiu taki
        widzieliśmy, nawet w Alpach tak nie bywało!!). I rzeczywiście – przymusowy
        postój na złapanie oddechu co zakręt, a potem nawet częściej, a ostatnie 1500
        metrów podprowadziliśmy rowery, bo okazało się to efektywniejsze czasowo niż
        próby podjazdu.

        Na przełęczy 999m byliśmy zmachani i całkowicie mokrzy od potu. Ponadto zaczęło
        się ściemniać i wchodziła mgła, co nie napawało nas optymizmem w kwestii
        bezpiecznego zjazdu do wsi. Zatem szybka przebiórka w suche i cieplejsze ciuchy
        i jak strzała w dół (nawierzchnia ponownie kiepska) aż do samego kempingu w
        Krasnohorskim Podhradiu (zjeżdżając, na samym początku wsi po lewej stronie, 170
        Sk/2 osoby plus namiot). Dojechaliśmy o 20:20 i po rozbiciu namiotu oraz kolacji
        od razu spaaać...



        --
        Im dalej wlazł, tym więcej drzewł
        • aard Wujostwa Mag.giaardów kronika - Dnie 5 - 7 15.08.06, 12:55
          Dzień 5.
          26 lipca (środa)
          Dzień restowy, 18,5 km

          Pobudka jakoś po ósmej, bo namiot był w cieniu i dało się pospać dłużej.
          Generalnie leniwie, więc Miki skoczył po zakupy do obydwu sklepów we wsi i po
          niespiesznym śniadaniu, pisaniu kartek pocztowych i wczorajszej kroniki o godz.
          14 wyjechaliśmy do Rožňavy. Tam oczywiście Tesco (można płacić kartą! Gotówki
          wzięliśmy 4.000 SK na dwie osoby i okazało się to ok. dwukrotnie za mało, bo np.
          na kempingach zawsze trzeba była płacić gotówką), gdzie zjedliśmy niezbyt
          smacznego pieczonego kurczaka z frytkami oraz kupiliśmy owoce i takie tam. W
          mieście obejrzeliśmy pobieżnie dwa kościoły, rynek, zgraliśmy w e-kafejce fotki
          z aparatu na płytę i zajrzeliśmy do sklepu rowerowego, żeby Mikiemu kupić nowy
          licznik, bo VDO wczoraj na ostatnim podjeździe już kompletnie przestał działać.
          Liczniki były jednak dość kijowe i nietanie, a przy tym jeno za gotówkę, więc
          wyszliśmy się zastanowić i... licznik Mikiego zdecydował się zacząć działać!
          Widocznie czujnik był za daleko od magnesu i stąd jego wczorajszy strajk.
          Postanowiwszy dać mu jeszcze jedną szansę, zjedliśmy zatem jeszcze lody w Tesco
          (nadal był upał) i heja pod górkę na kemping.

          A na kempingu były: piesek jamnikowaty, co ciągle kichał, więc go ochrzciliśmy
          Flonidan i dwa rzędy umywalko-prysznico-toalet – jeden rząd damski, a drugi
          męski. Była też jedna umywalnia naczyń, ale tylko w damskim rzędzie (seksiści!).
          Potem poczytaliśmy mocno przeterminowane już polskie gazety, co je zabraliśmy
          byli ze sobą, kolacja i spać.


          Dzień 6.
          27 lipca (czwartek)
          Krasnohorske Podhradie – Levoča, 80 km

          Pobudka planowo o siódmej, prysznic, śniadanie, pakowanie, suszenie namiotu z
          nocnej wilgoci i już była godz. 10 (!!). W Tesco w Rožňiavie (apteka, bo Miki
          nabawił się jakiejś uczuleniowej wysypki na kolanach) byliśmy o 10:30, wyjazd o
          11. Przez Betliar i Gemerską Polomę płasko, potem stopniowo coraz ostrzej pod
          górę na przeł. Sulova (910 m). Stamtąd zjazd do Hnilca i znowu pałowanie do góry
          na przeł. 1165 m (nasz osobisty rekord wysokości zdobytej na siodełkach). Dalej
          16 km (!!) zjazdu do Spišskej Novej Vsi  Tamże nic ciekawego, rzeczywiście
          (niemal) wieś. Potem już krańcowo zmęczeni falujemy do Levočy ciastka i batonik
          w Billi i jeszcze 4 km na kemping w pięknie wciętej w Levočske Vrchy dolinie.
          Teren połogi, ale powinno dać się spać. Levoča od strony kempingu wygląda
          pięknie w promieniach zachodzącego słońca!
          To był kolejny długi dzień, więc tym razem opis krótki :p


          Dzień 7.
          28 lipca (piątek)
          Levoča – Spišky Hrad, Hrabušice (Podlesok), 63 km

          Pobudka o siódmej, ale nic nam to nie dało, bo znów wyjechaliśmy o dziesiątej.
          Dlaczego to tyle trwa? I to bez paciorka?!

          Najpierw zwiedziliśmy Levočę, dobrze zachowane mury starego miasta, ładny rynek
          z europejsko prezentującym się ratuszem (flagi UE, Słowacji i prawdopodobnie
          Levočy), potencjalnie fajny kościół gotycki ze słynnym ołtarzem Mistrza Pawła,
          ale nie chciało nam się płacić za wstęp (nawet nie sprawdziliśmy ile) oraz
          kościół luterański, “dla którego surowego wnętrza nawet nie warto starać się o
          (wypłowiałe zapewne :p) klucze” (niezawodny z zniechęcaniu Pascal). Drugie
          śniadanie w Billi, jeszcze raz przejazd przez miasto celem uniknięcia męczącego
          podjazdu główną szosą (na starym mieście podjazd okazał się jeszcze bardziej
          męczący) i ruszamy w kierunku na Prešov.

          Na początek kolejny podjazd (zaczynamy mieć ich już serdecznie dość – czy te
          słowackie miasta nawet jak leżą na wzgórzu, to i tak w dolinie?!), ale
          wynagrodził nam to dłuuugi zjazd (Miki po raz drugi na tym wyjeździe przekracza
          60 km/h). Później był Spišsky Hrchov, gdzie wypiliśmy zimną colę i kupiliśmy
          ćwierć kilo pysznej bryndzy za 50 Sk. Tam też, otoczony parkiem, neobarokowy
          pałacyk, a na otwartej na oścież bramie do parku napis po słowacku “POPRAWCZAK” (!).

          Falując sobie dalej ku wschodowi raz po raz mamy okazję oglądać imponujące ruiny
          Spišskiego Hradu, które wyłaniają się w coraz to bliższej odległości. Może warto
          dodać (ale tylko dla miłośników topografii :p), że droga, którą się poruszamy
          (nr 18, Košice – co najmniej Brno, bo mijamy właśnie jej 630. kilometr) jest
          straszliwie ruchliwa i jazda nią jest właściwie męczarnią. Na dodatek Magdzie
          znów spada łańcuch, na szczęście tylko raz (Magda: sama go założyłam!! :D)

          Po 11 upiornych kilometrach tą drogą odbijamy na południowy wschód w kierunku na
          Spišske Podhradie. Przy wjeździe do miasteczka po prawej open air impreza z
          puszczanym z playbacku polskim didżejem zachwalającym karnawał 2000. Po lewej
          zaś przeurocze “miasteczko w miasteczku” - Spišska Kapitula – otoczone murem
          budynki dawnego kolegium jezuitów, wraz z kolegiatą, gimnazjum, wieżą zegarową
          itp. Podziwiamy ją chwilę i zjeżdżamy do centrum w kierunku dumnie piętrzącego
          się na kolejnym wzgórzu zamku.

          Zamek okazał się nie do zdobycia nie tylko dla hord tatarskich, ale i dla nas.
          Najpierw długo hamowały nas przeszkody terenowe w postaci bardzo stromej i
          zarośniętej ścieżki, a potem – gdy już totalnie wykończeni jednak pokonaliśmy
          ten najtrudniejszy na naszej wyprawie “podjazd” - skutecznie zatrzymała nas
          opłata za wstęp – 100 Sk od osoby. Pascal zresztą twierdzi (a jakże!), że zamek
          i tak lepiej wygląda od zewnątrz niż od środka, a miary dopełniła godzina – była
          już 15:30, a przed nami szmat drogi.

          Częściowo sprowadzając rowery, a częściowo zjeżdżając z zamkowej góry trochę
          lepszą - “oficjalną” - ścieżką docieramy do asfaltu, gdzie okazuje się, że
          Mikiemu po tych cholernych chaszczach coś strasznie stuka w tylnym kole i że
          póki co nie możemy zdiagnozować, co to. Mając nadzieję, że w trakcie jazdy samo
          ustąpi (to coś się “wykruszy”) ruszamy ku Spišskim Vlachom mijając po drodze
          kolejne osiedle cygańskich slumsów – wyjęte jak żywcem z krajów trzeciego
          świata. Dla lokalsów stanowimy zresztą nie lada atrakcję, w ramach której jeden
          chłopczyk ściga się z Mikim przez chwilę na swoim rowerku, a inny nawet obsypuje
          Magdę garścią piachu. Zapewne z braku chleba i soli :p

          We Vlachach drogowskaz “Spišska Nova Ves 22 km” trochę nas załamuje, więc
          zarzucamy po kawie i kanapie (w sumie 96 Sk) w knajpce z sympatycznym barmanem
          na ryneczku. Jeszcze tankowanie bidonów i w drogę. Tym razem mamy wiatr w plecy,
          ale w kość dają nam częste, dość ostre i długie na 0,5 – 1 km podjazdy
          powtarzające się z denerwującą regularnością. Jakiś planista-nowator poprowadził
          bowiem drogę w poprzek dolin. Wreszcie w Jamniku (!) pokrzepiamy się napojem
          Citron z miejscowej Jednoty i już trochę łatwiejszym terenem poginamy do
          Spišskiej Novej Vsi.

          Tę mijamy obwodnicą od północy, której zresztą nie ma na mapie. Natomiast na
          przystanku autobusowym na tejże spotykamy kociaka tak wychudzonego i dzikiego,
          że zjada nam pól suchej bułki, aczkolwiek broń boże nie z ręki. Zostawiamy mu
          rozdrobnione drugie pół i ruszamy dalej na zachód z coraz silniejszym wiatrem. W
          ogóle robi się burzowo. Za to po prawej świetnie widoczne Tatry.

          Wkrótce trafiamy na przejazd kolejowy i – tłumacząc się sami przed sobą
          nadchodzącą burzą i zmęczeniem – z lekkim poczuciem winy cofamy się wzdłuż torów
          do stacji kolejowej (na tym odcinku wiatr w ryj, już całkiem nieprzyjemny),
          mając nadzieję, że jeszcze złapiemy jakiś pociąg do Vydrnika (jest tuż przed
          godz. 19). Pociąg rzeczywiście ma być o 19:19, więc załatwiając bankomat
          (pobieramy 3.500 SK, potem się okazało, że ideałem byłoby kolejne 4.000)
          kupujemy szybko bilety w okienku z reklamą “Cestujte s brontozaurom!” (76 Sk w
          sumie) i z wielkim mozołem ładujemy ubrane rowery do vlaka.

          Po kwadransie drogi i niewielkiej słownej utarczce z chłopakiem, który uparł
          się, żeby przejść obok naszych rowerów do następnego wagonu, mimo iż ten był
          prawie pusty, podziwiając
          • aard Wujostwa Mag.giaardów kronika - Dnie 7 - 9 15.08.06, 12:56
            podziwiając płonące w zachodzącym słońcu Tatry, jesteśmy w Vydrniku na peronie
            ze zdekapitowanym przez pociąg, opuchniętym od upału do ponaddwukrotnego
            rozmiaru i śmierdzącym jak nieszczęście, rozkładającym się kotem. Stąd jeszcze
            jakieś 4 km przez Hrabušice do kempingu w Podlesku (165 Sk za noc / 2 os plus
            namiot). Jeszcze bardzo smaczne bryndzowe halušky ze skwarkami (so slaninou) w
            niezbyt skądinąd przyjemnej restauracji Koliba, rozbicie namiotu, paciorek i
            spaaaaaać...
            Nie nastawiamy budzika – jutro dzień restowy.


            Dzień 8.
            29 lipca (sobota)
            Dzień restowy, 0 km (tzn. 500 m :p)

            Wstaliśmy jak bóg dał (czyli o 7:33) i totalnie na luzie spacerkiem przez dzień:
            prysznic, śniadanie, pranie, gazety, paciorek, drugie śniadanie, gazety, drugi
            paciorek. W międzyczasie w oddali słychać było zbliżającą się powoli burzę,
            która jednakowoż jakoś nie chciała definitywnie nadejść. W końcu, chcąc nie
            chcąc, rankiem świtkiem koło południa zebraliśmy się w góry. Bramę Parku
            Narodowego Slovensky Raj (bilety po 40 Sk) minęliśmy o 12:40.

            Doliną Sucha Bela po drabinkach, klamrach i łańcuchach przez miniwodospady i
            inne takie szliśmy w górę tak długo, ze zrobiło się nudno. W samej dolinie
            zresztą było jeszcze dość spokojnie i przyjemnie, ale na przełęczy powyżej już
            full ludzi i tak samo cały czas na Glackej Ceste aż do Podleska, gdzie byliśmy
            tuż przed 16. Po drodze jeszcze minęliśmy liczną grupę Polaków dość
            spektakularnie kłócących się, czy iść drogą prostą czy okrężną przez
            Klaštorisko. My nie mieliśmy takich dylematów – to miał być dzień restowy ;)

            Halušky w Kolibie i wreszcie zaczęło lać. Od razu z kopyta. Po około godzinie
            spędzonej w namiocie, kiedy deszcz nieco się uspokoił wymiękliśmy od tego
            leżenia i poszliśmy na piwo i frytki do pobliskiego ogródka “Topvar”. Na same
            frytki zresztą czekaliśmy chyba ze trzy kwadranse i bynajmniej nie okazały się
            tego czekania warte.

            Na kolację o 21 sucharki z nutellą, herbatka, paciorek i lulu...


            Dzień 9.
            30 lipca (niedziela)
            Podlesok – Pohorelska Maša, 51 km

            Budzik zadzwonił o siódmej, a wstaliśmy o ósmej, bo było pochmurno i zbierało
            się na deszcz. A tak naprawdę to nam się nie chciało :p Przynieśliśmy sobie pod
            „nasze” drzewko zestaw stacjonarny typu „jezus” (czyli zrośnięte dwie ławki i
            stół między nimi) i tam, skrapiani niekiedy kapuśniaczkiem uskuteczniliśmy
            najważniejszy posiłek dnia. Potem było już tylko gorzej...

            Zwijanie obozowiska w średnio silnych strugach deszczu zajęło nam do około
            godziny 11, a potem siedzieliśmy pod daszkiem – najpierw na kempingu, potem w
            knajpie – do 12.30 kiedy to na dobre opuściła nas nadzieja, że ten deszcz się
            kiedyś definitywnie skończy (na zmianę padał i przestawał) i zdecydowaliśmy
            (tzn. Miki zdecydował :p), że ruszamy.

            Akurat się lekko przetarło – na tyle, że kiedy znowu zaczęło padać to już
            byliśmy za daleko aby wrócić (tzn. jakieś 2 km od kempingu ;). Przed strugami
            deszczu schroniliśmy się w knajpie „Piecky” w Pile, gdzie przy kawie
            odczekaliśmy około 1 godzinę, ale kiedy o godzinie 13.40 nadal tak samo padało,
            Miki stwierdził, że to musi być lokalne i kiedy przedrzemy się przez góry, to
            pogoda się poprawi. Narzuciliśmy więc peleryny, a sakwy Magdy ubraliśmy w worek
            na plecak i heja!

            Przez chwilę było jeszcze w dół, ale już potem cały czas lekko, ale
            konsekwentnie do góry. Po około połowie podjazdu znów się lekko przetarło i
            można było (chwilowo?) zdjąć peleryny. Na przełęczy (985 m) zrobiło się nawet
            jakby ładnie (Miki: wyszło na moje! ), więc pochowaliśmy mokre pokrowce,
            założyliśmy cieplejsze ubrania do zjazdu i dalejże hajże! Po dwudziestukilku
            minutach byliśmy pod (nad? ;) Dobšińską Jaskinią Lodową, gdzie komercha
            straszliwa, dzikość tłumu i w ogóle kicha, ale za to pogoda ładna, no i
            machnęliśmy po 3 kanapki z pasztetem i czekoladę.

            Potem było troszkę falowania i wreszcie dość ostry ale krótki podjazd na
            Przełęcz Besnik (994 m), skąd po krótkim odpoczynku i przebiórce ruszyliśmy w
            najdłuższy zjazd tego wyjazdu – Doliną Hronu – kończący się po jakichś… 120 km w
            Zwoleniu. Lajtowo zatem przez Telgart (znów cygańskie slumsy, ale sami ludzie
            przynajmniej próbują jakoś pracować, bo sprzedają przy drodze grzyby i jagody),
            mijając po prawej Šumiač i dalej Valkovnię (ruiny czego tylko się dało i
            cygańskie slumsy) ku wyczekiwanemu kempingowi w Pohorelskiej Maše.

            Wreszcie w tejże wielka tablica oznajmująca kemping i wyciąg narciarski i w
            ogóle szmery-bajery, więc zjeżdżamy z drogi w lewo a tam: zapuszczona zagroda,
            blok mieszkalny podobny do szkoły, kolejna zapuszczona zagroda z jeszcze
            bardziej zapuszczonym, a przy tym zardzewiałym kampowozem, na widok którego Miki
            już się był ucieszył (ale jednak nici) i wreszcie na poły zrujnowany opuszczony
            zakład produkcji (jak się później dowiedzieliśmy od przesympatycznego pana z
            rudą suczką marki pseudowyżeł, którą oczywiście nazwaliśmy Flonidan)
            wentylatorów i silników, ale kempingu ni widu ni słychu. Zjeżdżamy więc do
            knajpki celem zasięgnięcia języka oraz z nieśmiałą nadzieją zakupienia chleba,
            bo dopiero chwilę wcześniej przypomniano nam że jest niedziela i czynnego sklepu
            nie uświadczysz. Jest tuż przed 19, kiedy w knajpce dowiadujemy się, że chleba
            nie ma, ale za to kempingu... tez nie ma. Rada w radę pytamy w knajpce czy ktoś
            pozwoliłby nam przekimać u siebie w ogrodzie i wtedy okazuje się, że kemping
            jest, jeno nieczynny i że tam spokojnie możemy się rozbić. Kierujemy więc swe
            koła z powrotem trochę pod górę, tuż przed mostem na Hornie w prawo
            kilkadziesiąt metrów po asfalcie i oczom naszym ukazuje się zamknięta brama,
            zaciągnięty łańcuch, zakaz ruchu, płot, dziura w płocie, a za nimi z lekka
            zapuszczony, ale wciąż robiący niezłe wrażenie, teren wypasionego niegdyś kempingu.

            Świerszcze cykają niemiłosiernie głośno, więc rozbijamy się możliwie jak
            najdalej od wysokiej trawy i rozpoczynamy suszenie po porannej zlewie.
            Szczęściem mamy cały kemping dla siebie, bo po rozłożeniu rzeczy do suszenia
            okazuje się, że z sześciu zadaszonych stolików zajmujemy... sześć. Gotujemy,
            jemy... Magda w tym czasie prezentuje swoją schizę pt. „Przyjdzie cała wieś i
            nam ukradnie rowery”. Na to Miki, ze tutaj każdy ma rower, więc jeśli już to
            przyjdą po nas lub chociaż naszą kasę. O dziwo to Magdzie nie poprawiło nastroju...

            W międzyczasie odwiedzili nas: czterech chłopców na rowerach, pani z dzieckiem
            oraz pan z uroczą Flonidan o imieniu Nora. Ci pierwsi w ogóle się nami nie
            zainteresowali, natomiast pan popadł w monolog, z którego zrozumieliśmy że
            niegdyś wieś była znacznie ludniejsza i nieźle prosperowała, a teraz zakład z
            wentylatorami upadł i „jest problem”. Pan zresztą o problemie mówił nonstop ale
            z uśmiechem nieschodzącym z twarzy. W ogóle był bardzo sympatyczny. Powiedział
            też, że kemping nie działa nie z powodu braku popularności, tylko ponieważ
            właściciel zmarł i „jest problem”. No i rodzina jego jest liczna i nie potrafi
            się między sobą dogadać, i „jest problem”. Wreszcie pożegnał nas obiecując że
            przyjdzie rano zobaczyć, czy wszystko w porządku, czy też może – odpukać – „jest
            problem”, co z kolei bardzo uspokoiło Magdę ;)

            Wreszcie, po dniu pełnym wrażeń przystąpiliśmy do zasłużonego snu, a wcześniej
            paciorka, który przerwało nam najście pana z panią i latarką, który zaczął
            otwierać kolejne drzwi od zabudowań kempingu, zamykać się z panią i latarką
            wewnątrz w celu nieznanym, po czym we trójkę (latarka najpierw) wychodzili i
            zanikali w kolejnych drzwiach. Ostatecznie, po chmielewsku znudzeni tą zagadką,
            usnęliśmy.

            --
            Im dalej wlazł, tym więcej drzewł
            • aard Wujostwa Mag.giaardów kronika - Dnie 10 - 11 15.08.06, 12:57
              Dzień 10.
              31 lipca (poniedziałek)
              Pohorelska Maša – Banska Bystrica (Tajov), 90 km

              Spaliśmy jak dzieci do siódmej, potem niemal bez śniadania (po 2 suchary z
              czekoladą, bo brak pieczywa) i bez mycia, wyjechaliśmy już zaraz po 10 (!!?).
              Przez cały wyjazd zresztą zastanawiamy się jak nam ten poranny czas ucieka. Czy
              po powrocie do Łodzi będziemy zdążać rano do pracy? ;)

              Droga wiodła przez fragment Pohoreli (reszta była w bok od szosy), Hel’pe (gdzie
              pod Jednotą- Coop’em zjedliśmy pyszne śniadanie) i inne dość ciągnące się wioski
              ku Breznu. My też zresztą się ciągnęliśmy, bo byliśmy jacyś rozespani,
              niewyraźni i zdecydowanie niechętni jeździe. Na nogi podstawiły nas dopiero:
              najpierw kawa na rynku w Breźnie (uroczy!), a potem napój energetyczny z Lidla
              gdzie kupiliśmy też colddogi czyli rožky (podłużne bułki – „paluchy”) i parky
              (parówki) ze słoika, które to colddogi jednakowoż zjedliśmy później. Dalsza
              droga szła nam już sprawniej, zwłaszcza że było wciąż z góry, a przeciwny wiatr
              nie był zbyt silny. Cięliśmy równo 24-25 km/h i zatrzymało nas dopiero siku,
              podczas którego lekko pokropiło ;)

              Po kolejnych kilku kilometrach z drogi zgonił nas trochę poważniejszy deszcz i
              przetrzymał nas jakieś 30 minut pod drzewem (colddogi). Zresztą dobrze się
              stało, że mieliśmy czas do namysłu, bo ten odcinek szosy był opatrzony zakazem
              ruchu rowerów, więc po deszczu cofnęliśmy się i pojechaliśmy boczną – jak pan
              inżynier przykazał (zjazd z szosy na Lučatin). Nawet podwójnie dobrze się stało,
              bo po drodze napotkaliśmy i obfotografowaliśmy bardzo ładny zamek w Slovenskiej
              Lupce. Ta droga, w przeciwieństwie do głównej, falowała, więc nieco wolniej, ale
              wciąż żwawo podążaliśmy ku BB. Na przedmieściach tejże byliśmy po 17 i od razu
              udało nam się dostać benzynę ekstrakcyjną (technicky benzin) na stacji Shell.

              Usatysfakcjonowani nadspodziewanie łatwym sukcesem udaliśmy się więc na miacho.
              Miacho ładne, pochyłe, rynek uroczy – z zakazem ruchu nawet rowerów, lody niezłe
              (Magda mówi, że zgoła dobre). Potem wpadliśmy na pomysł, aby poszukać informacji
              turystycznej, ale była już zamknięta. Napotkany lokals powiedział nam, ze
              kemping w BB już nie funguje (potem taksówkarz twierdził, że owszem, ale nie
              można się rozbijać) ale jest inny, w Tajovie czyli ... 7 km pod górę. Szlag nas
              trafił. Ale cóż było robić – zakupy w Lidlu i heja…

              Ściemniało się już, kiedy resztką sił wprowadzaliśmy rowery pod ostatnią, bardzo
              solidną choć na szczęście króciutką górkę. Wreszcie jest: kemping
              „dwugwiazdkowy” za 340 SK (2 osoby + namiot) z twardą kamienistą glebą(!) i
              płaczącym żywicą drzewem, o które Miki niefortunnie oparł rower. Na szczęście
              kupiliśmy byli benzynę, więc rano było co robić, a póki co ciepły (!) prysznic,
              kolacja i spać. To było kolejny długi dzień.


              Dzień 11.
              1 sierpnia (wtorek)
              Banska Bystrzyca – Bratislava, 33 km

              Rano, poza praniem windstoppera i siodełka benzyną z żywicy, oraz lekko
              siąpiącym deszczem, właściwie standard, ale z powodu deszczu, wyjazd dopiero o
              11.30 z wilgotnym namiotem. Szybki zjazd do Lidla na drugie śniadanie (colddogi)
              i lekko okrężną drogą jedziemy na dworzec z planem sprawdzenia pociągów i
              dalszej jazdy rowerami do Zvolenia, skąd pociągiem do Bratysławy. Okazało się
              jednak, że pociąg mamy albo za godzinę, albo dopiero wieczorem, więc robimy
              tylko szybką rundkę po mieście ze szczególnym uwzględnieniem ruskich armat i
              czołgów przed muzeum w kształcie rozpołowionego grzyba i wsiadamy w pociąg
              osobowy do Zvolenia (godz. 14.56 ze stacji BB Mesto).

              Pociąg wyjechał z 20 minutowym opóźnieniem, więc w Zvoleniu mamy nerwową
              przesiadkę na pośpieszny do Bratysławy połączoną z dyskusją z panami z
              SOK-istami którym Miki z niewinnym uśmiechem mówi, że „tak, oczywiście
              wnieśliśmy rowery po schodach zamiast przejeżdżać między peronami”. W sumie
              prawie prawda, bo nie przejeżdżaliśmy tylko pędziliśmy ;) Pouczyli nas jeszcze,
              żeby nie jeździć po peronie, my ze skruchą, że to z powodu pośpiechu i pociąg
              ruszył.

              Podróż do Bratysławy trwała 3 godziny (320 Sk/os). Na miejscu byliśmy przed 19,
              krótka rundka po starym mieście (wszystko oprócz knajpek pozamykane) i jedziemy
              do znanego z poprzedniej wyprawy akademika na Račiańskiej. Cena tak samo jak
              poprzednio powala (wtedy kosztował w przeliczeniu 4 zł za noc!), tylko tym razem
              w drugą stronę – 290 Sk. Zwijamy się więc do Zlatych Piesków. Jesteśmy tam przed
              godz. 22 – cena 315 Sk (2 os plus namiot). Wybieramy jedno z kijowych miejsc pod
              namiot (nierówno i twardo) i lekko po godz. 23 lulu...

              --
              - Lubię, jak na cmentarzu nikogo nie ma.
              - Ale tam zawsze ktoś jest! [CallB&aard]
              • aard Wujostwa Mag.giaardów kronika - Dnie 12 - 13 15.08.06, 12:58
                Dzień 12.
                2 sierpnia (środa)
                Bratislava, 40 km

                Tesco w Zlatych Pieskach, Stare miasto, kawa w „Bank+Coffee” na Venturskiej (52
                Sk duża pyszna latte w kubku), obiad w „A-Klub” na Panskiej (menu dnia: 109 Sk),
                hrad, pomnik radzieckiego zwycięstwa (zwany „Slavin”), dworzec – sprawdzenie
                pociągów powrotnych, kawa, bezpłatny Internet w punkcie informacji miejskiej,
                podwieczorek w Tesco i zjazd na kemping.
                Mycie, kolacja i spać.


                Dzień 13.
                3 sierpnia (czwartek)
                Bratysława – Wiedeń, 73 km

                W nocy ktoś imprezował i nawet nas obudził, jak mieliśmy wrażenie, nad ranem,
                ale potem jeszcze dosypialiśmy chyba dość długo, bo ze wstaniem nie było
                większych problemów. Szczególnie zmotywowany był Miki, bo jakoś ciągnęło go do
                tego Wiednia po nieudanej próbie dotarcia tam podczas poprzedniej wyprawy z
                Maćkiem, 9 lat temu (wtedy przeszkodziła pogoda). Zatem zerwaliśmy się o
                siódmej, chcemy przystąpić do mycia, a tu... nie ma w przedsionku namiotu
                Mikiego kosmetyczki! Szukamy cierpliwie w namiocie, wokół namiotu, w sakwach,
                wreszcie w łazience, gdzie każde z nas było wczoraj wieczorem (choć tam akurat w
                sumie bez sensu, bo dokładnie pamiętaliśmy stawianie jej w przedsionku namiotu
                TUŻ przed pójściem spać!). No wcięło! Ktoś jak nic stwierdził, że mu się
                przydadzą: szczoteczki i resztka pasty do zębów, płyn do soczewek kontaktowych i
                jedna ich (używana) para, lusterko, maszynka do golenia, resztka dezodorantu i
                kilka prezerwatyw. W sumie strata niewielka, ale: zębów nie możemy umyć, a Miki
                odtąd nie może już do końca wyjazdu zdjąć soczewek (brak płynu), no i zanosi
                się, że będzie śmierdział ;) Zatem okrojone do twarzy mycie, śniadanie na
                stoliku przed namiotem w pokropującym niekiedy deszczu, pakowanie i naprzód do
                Tesco po uzupełnienie “zguby”.

                Wydawszy kilkaset koron, Miki zdołał kupić: dwie szczoteczki, dezodorant i
                prezerwatywy. Drugą resztkę pasty mieliśmy na szczęście gdzie indziej, a bez
                pozostałych rzeczy trzeba się będzie jakoś obejść. Jeszcze kupiliśmy trochę
                żarcia w przewidywaniu, że w Austrii będzie drożej i ruszamy.

                Miki nie najszczęśliwiej dobrał trasę przez miasto, bo wypadła bardzo ruchliwymi
                ulicami i Magda najadła się przez to nieco strachu, ale jakoś dobrnęliśmy do
                ścieżki rowerowej prowadzącej pod Mostem SNP i stamtąd dalej ścieżką do
                autostrady na Petržalce. Przeciąwszy ją, widzimy drogowskaz “Wien 64 km” i
                trochę nas przygięło, bo sądziliśmy, że będzie ok. 40. Po chwili już byliśmy
                przy przejściu granicznym. Odprawa ultrakrótka (rzut oka na dowody) i jesteśmy
                przy austriackim punkcie informacyjnym, gdzie dowiadujemy się, że ścieżka
                rowerowa do Wiednia zaczyna się 100 m stamtąd. I że wiedzie w większości nad
                Dunajem. W to nam graj! A jeszcze jak pani powiedziała, że jest doskonale
                oznakowana i bez mapy trafimy na bank, to już rewelacja! Rzeczywiście, za chwilę
                mapka ścieżek w okolicy (około pięciu tematycznych “tur”!) i drogowskaz “Wien 32
                km” Zatkało nas. Czyżby Bundestrasse szła takim łukiem, że dwukrotnie nadkłada
                drogi?

                Ruszamy więc, na razie asfaltem wzdłuż szosy (ale oddzielonym pasem zieleni),
                ale już parę kilometrów dalej, w Wolfsthal, ścieżka odbija w prawo, w kierunku
                rzeki. Dobra nasza, myślimy. Po kilometrze przez pola w lewo i za kilometr znów
                w lewo aż znowu jesteśmy przy szosie. No trudno, wracając “zetniemy” to
                “kolanko”. Dalej znów wzdłuż szosy do Hainburga (tuż przed nim jeszcze jedno
                “kolanko”, ale mniejsze). Tam bocznymi ulicami docieramy do rzeki, gdzie
                przystajemy na chwilę z zamiarem napicia się w knajpce kawy, ale odstraszają nas
                ceny dań (kawy w karcie nie ma) i trochę zbyt elegancki wygląd restauracji
                “Goldener Anker”. Tam też chwilowo wyprzedza nas ewidentnie rumuński statek
                wycieczkowy “Steaua Deltei”, ale pod austriacką flagą. Ki diabeł? Potem
                widzieliśmy jeszcze analogiczny z Serbii, ale nie udało nam się bezspornie
                rozszyfrować, czemu oba były pod banderą AT.

                Dalej wzdłuż odnogi Dunaju docieramy przez pola do mostu przed
                Bad-Deutsch-Altenburgiem. Ścieżka rowerowa wyprowadza na most, gdzie prowadzi
                wąskim chodnikiem za barierką, a że wchrzaniliśmy się pod prąd, więc
                przejechanie 2 km mostu zajmuje nam nieco przydługo, bo co chwilę wymijamy
                rowerzystów z naprzeciwka i ktoś z nas – ze względu na wąskość chodnika – musi
                się zatrzymywać. Pod koniec okazuje się jednak, że dobrze, że nie pojechaliśmy
                drugą stroną szosy, bo w dalszej części mostu był remont nawierzchni i chyba nie
                udałoby nam się przejechać. Zjazd z mostu i już jesteśmy na lewym brzegu, gdzie
                ścieżka prowadzi już niestety szutrową drogą do Stopfenreuth. Tu mijamy coś
                wyglądającego na kemping, ale nawet nie zaglądamy, tylko jedziemy dalej.
                Drogowskaz “Wien 52,5 km” - wyszło szydło z worka...

                Następny odcinek ścieżki to najnudniejsze 21 km w naszym życiu. Zdecydowanie
                więcej tu już o nim napisaliśmy, niż się na nim działo. Po prostu ścieżka szła
                marnej jakości asfaltem, a czasami szutrem, na zwieńczeniu wału
                przeciwpowodziowego, prosto jak strzała, a po obu stronach drzewa i czasem
                prześwitujące między nimi starorzecze. Poważanie, NIC więcej przez 21 km!!
                Podczas postoju Miki wyciągnął więc radio i trochę go słuchaliśmy jadąc, ale
                niedługo, bo zaczął najpierw siąpić, a potem padać deszcz, więc trza było
                schować. Jednak zanim w tym celu się zatrzymaliśmy, byliśmy już nieco zmoczeni i
                zdecydowaliśmy, że nie ma sensu zakładać peleryn, bo i tak już jesteśmy mokrzy.
                Założyliśmy więc tylko ochronny pokrowiec na Magdy sakwy. Błąd! Podczas dalszej
                drogi tym cholernym niekończącym się wałem, który ciągnął się aż do Schönau
                przemokliśmy już całkiem konkretnie. Kiedy wreszcie nasze “modły” zostały
                wysłuchane i pojawił się najpierw zakręt (!!), a potem na horyzoncie coś innego
                niż cholerne drzewa lub łąki, przesiąknięci, ale jeszcze nie ociekający
                wylądowaliśmy w ogródku knajpki “Hermi's Radlertreffpunkt” tuż przy wale.
                Chcieliśmy już koniecznie napić się kawy, ale oczywiście nie można było płacić
                kartą, a u nas gotówki całe 30 eurocentów, więc pod daszkiem zjedliśmy tylko po
                dwie słodkie minibułki z makiem i – znów nie zakładając peleryn! – w dalszą
                drogę. Nadal padało, ale mieliśmy to już generalnie gdzieś.

                W Schönau droga – wreszcie – opuszczała wał i wracała w lewo ku rzece
                (drogowskaz “Wien 32 km” - znowu??!). Nie doszła jednak do niej, bo skręciła w
                prawo wzdłuż kolejnego wału (Dunaju nadal nie było widać zza gęstego lasu) i tak
                sobie szła przez kolejne kilkanaście kilometrów marnego asfaltu, a my wzdłuż
                niej napotykając już jednak co jakiś czas jakąś odmianę krajobrazu już to w
                postaci zestawu stacjonarnego “jezus”, już to – nieco później – drogowskazu
                opisującego kolejne odchodzące w bok ścieżki jako “Löbau”. Deszcz natomiast w
                tym czasie lał już jak z cebra, a my ociekając jak niewyciśnięte gąbki mieliśmy
                totalnie wszystkiego dość i niemal bezrozumnie parliśmy na pedały, żeby wreszcie
                znaleźć się w tym – tyleż teraz upragnionym, co znienawidzonym – Wiedniu. Po
                kolejnych kilku kilometrach wreszcie udało nam się wyjrzeć zza wału, lekko
                poniżej którego jechaliśmy i zobaczyliśmy jakieś zakłady przemysłowe. Cóż za
                odmiana! Za kilka chwil pojawiła się ulica prowadząca wśród rafinerii (Shell,
                OMV), a potem drogowskaz “Wien Zentrum 10 km”. Lało nadal, więc jak te zmokłe
                kury dowlekliśmy się do jakiejś główniejszej “Rafineriestrasse” (czy jakoś tak)
                i tam spytaliśmy kierowcę autobusu na pętli, jak dojechać do kempingu “Neue
                Donau”. Do pierwszego skrzyżowania, powiedział, to jest około 4 km (!!), a tam w
                prawo i za chwilę będzie kemping. Matko, nareszcie!

                Ulica ciągnęła się niemiłosiernie i faktycznie dopiero po jakichś 4 km było
                s
                • aard Re: Wujostwa Mag.giaardów kronika - Dnie 13 - 14 15.08.06, 12:59
                  Ulica ciągnęła się niemiłosiernie i faktycznie dopiero po jakichś 4 km było
                  skrzyżowanie z tablicą dumnie obwieszczającą kemping. Jeszcze jakieś 100 metrów
                  pod górę i już (!) jesteśmy u bram raju. Daszek! Recepcja! CIEPŁO!

                  Kiedy Pani poprosiła, żebym wypełnił kartę pobytu, stwierdziłem, że to
                  niemożliwe. Spojrzała zdziwiona. Pokazałem jej, jak ociekamy, więc pozwoliła nam
                  się rozbić, wysuszyć i przyjść później. W ciągłym deszczu rozkładamy namiot na
                  samym końcu kempingu (dobre 500m od recepcji!), rozbieramy rowery i zrzuciwszy
                  najbardziej ociekające rzeczy (tj. te grubsze, które wchłonęły najwięcej wody,
                  bo totalnie przemoczone było i tak dokładnie wszystko, co mieliśmy na sobie)
                  wpełzamy do środka. Tam się rozbieramy, wycieramy, ubieramy w rzeczy z sakw – co
                  ciekawe, te z sakw Mikiego (nieosłoniętych) były suchsze niż te z sakw Magdy
                  (osłoniętych, ale fakt że nie na całej wysokości – dolne części były narażone na
                  wodę ściekającą z pokrowca)! i ładujemy w wilgotne miejscami śpiwory. Po jakiejś
                  półtorej godzinie i krótkiej drzemce (wciąż pada) nieco odżywamy i gotujemy
                  kawę. Bez mleka, ale na szczęście z cukrem. Gorąca, pyszna! Wreszcie nakładamy
                  peleryny i idziemy zapłacić. Znajdujemy też pralnię wraz z bębnową suszarką,
                  więc rozwieszamy tam nasze rzeczy (na suszarkę niestety nie mamy monety 50
                  centów!). Kemping za dwie noce kosztuje nas EUR 37,60. Shit!

                  Jeszcze minizakupy na stacji benzynowej tuż obok (mleko! czekolada! płatność
                  kartą!), kolacja w kempingowej kuchni, słuchamy pani recepcjonistki odradzającej
                  nam wyprawę do centrum w taką pogodę (nadal pada i już się ściemnia, a do
                  centrum jest jej zdaniem 10 km) i wreszcie można iść spać (choć Miki średnio
                  komfortowo, bo – mądra głowa – wziął ze sobą tylko jedną parę długich spodni i
                  jedną bluzę z długim rękawem, więc śpi w mokrych rzeczach, żeby wyschły, bo w
                  pralni jest nazbyt wilgotno, żeby była na to realna szansa). To był chyba
                  najdłuższy dzień na tej wyprawie...



                  Dzień 14.
                  4 sierpnia (piątek)
                  Wiedeń, 53 km

                  Rano nadal siąpi, ale twardo wstajemy przed ósmą (rzeczy Mikiego prawie suche!),
                  prysznic, leniwe śniadanie i przed dziesiątą “na miacho”. Tuż przed wyruszeniem
                  przestało siąpić, więc nawet nie musimy zakładać peleryn :p

                  Wiedeń okazuje się być miastem pedałów – wszędzie ścieżki rowerowe! Nawet mostem
                  jedzie się zdecydowanie osobno niż samochody, bo pod spodem prowadzi osobna
                  kładka dla rowerów! Leciutko błądząc docieramy do wesołego miasteczka na
                  Praterze – dla Mikiego główny powód wizyty w mieście – które jednak dopiero
                  powoli się budzi, więc tylko zasięgamy języka w informacji, że większość
                  atrakcji otwiera się wczesnym popołudniem i przy wciąż poprawiającej się
                  pogodzie, pełni nadziei i zapału, jedziemy dalej. Zahaczamy po drodze o Billę,
                  gdzie zbieramy do koszyka niewielkie zakupy, a przy kasie okazuje się, że... nic
                  nie możemy kupić, bo owszem, można płacić kartami, ale wyłącznie austriackimi!!
                  Potem ta sama informacja w PennyMarkt i zapada decyzja: pobieramy 50 EUR z
                  bankomatu.

                  Tak zaopatrzeni wreszcie kupujemy “coś dobrego” na cały dzień i uderzamy do
                  ścisłego centrum. Przy katedrze św. Stefana znów zaczyna padać, więc
                  bezskutecznie próbujemy przeczekać w podcieniach naprzeciwko i zniechęceni
                  wreszcie ruszamy dalej po obfotografowaniu katedry (Magda nawet zajrzała do
                  środka, ale wstęp kosztował 5 EUR, więc odpuściła). W kapuśniaczku oglądamy i
                  fotografujemy Operę i Hofburg, potem już przestaje padać, więc jeszcze rundka po
                  Ringu i znów wracamy na Prater. Tu wreszcie wszystko działa, więc Miki
                  “sprawdza” dwie kolejki górskie, w tym wymarzony od ósmej klasy podstawówki (!!)
                  “Boomerang” (fajne, choć w sumie bez rewelacji, aczkolwiek pierwszy raz w życiu
                  siedziałem w rollercoasterze tyłem do kierunku jazdy), zjadamy po kebabie,
                  wspólnie robimy przejażdżkę go-kartami i usatysfakcjonowani wracamy do centrum.
                  Tam się jeszcze sporo szwendamy, nawet robimy wypad wzdłuż rzeki na zachód do
                  imponująco się prezentującego wieżowca, który Miki omyłkowo bierze za nową
                  UNIQA-Tower (okazało się, że to galeria handlowa i hotel w Donau Turm), pijemy
                  kawę w McDonaldzie i postanawiamy wpaść do znajomej Mikiemu knajpki na cidera.
                  Knajpki jednak nie udaje się odnaleźć (chyba przestała istnieć), ale w końcu
                  trafiamy na “Guiness Pub” i tam – w zdecydowanie anglojęzycznym otoczeniu –
                  sączymy 0,5l Strongbowa za 4,70 EUR (!!). Wreszcie zaczyna się ściemniać, więc
                  wsiadamy na siodełka i – dość mocno błądząc bo Miki postanowił jechać “na czuja”
                  i to się zemściło – wracamy w końcu po 21 na kemping. Kolacja, mycie i lulu.


                  --
                  - Lubię, jak na cmentarzu nikogo nie ma.
                  - Ale tam zawsze ktoś jest! [CallB&aard]
                  • aard Wujostwa Mag.giaardów kronika - Dnie 15 - 16 15.08.06, 13:01
                    Dzień 15.
                    5 sierpnia (sobota)
                    Wiedeń – Bratysława, 92 km

                    Pobudka o siódmej, bo zdecydowaliśmy, że chcemy jeszcze dziś skoczyć do centrum
                    zobaczyć “Hundertwasserhaus”, mycie, jedzenie, pakowanie, zwijanie (suchego!)
                    namiotu, porzucenie rzeczy w recepcji i jedziemy.

                    Rzeczony Haus ciekawy, ale z nóg nie zwala i po obfotografowaniu i kebabie u
                    znajomych Turków na Praterze wracamy jak strzelił na kemping. Tam ubieramy
                    rowery i o 14:15 ruszamy w znajomą drogę powrotną. Zahaczamy jeszcze o Spar,
                    gdzie – w przewidywaniu dłuuugiej nocy – kupujemy za resztkę euro trzy
                    “nibyredbulle” i już znajome ulice, wały. Mamy silny wiatr mniej-więcej w plecy,
                    więc pędzimy 25-28 km/h :) Krótki postój w znajomej knajpce w Schönau (zaczyna
                    kropić) i jak najszybciej gnamy dalej, żeby uciec przed deszczem, ewidentnie nas
                    goniącym z zachodu. Najnudniejszy odcinek świata przelatujemy z jednym postojem
                    i średnią dobrze ponad 20 km/h, potem już most, Hainburg, ścinamy “kolanka” i
                    granica. Cały ten odcinek (lekko ponad 60 km) w 3,5 godziny :)

                    Na granicy jakby się przeciera, ale nie marudząc jedziemy dalej ścieżką
                    rowerową, która nas jednak wyprowadza na manowce, bo w okolice mostu
                    autostradowego właściwie poza miastem. Wracamy więc klnąc i przebijamy się znaną
                    już drogą ku Petržalce, gdzie po krótkich poszukiwaniach namierzamy Tesco.
                    Zakupy obejmują wypasiony obiad złożony z ponad 800g pysznego gulaszu wołowego
                    na gorąco. Palce lizać! :) Potem jedziemy do znajomej “Bank+Coffee” na kawę,
                    skąd równo o 22 wychodzimy, bo zamykają. Jeszcze fotograficzna rundka po centrum
                    i na dworzec.

                    A na dworcu dopiero się zaczyna. Pani w kasie mówi, że w pociągu, którym
                    zdecydowaliśmy się jechać do Žiliny nie ma wagonu bagażowego i że najpewniej nie
                    zgodzą się przewieźć nim rowerów. Mimo to kupujemy bilety do Skalite-Serafinov i
                    – po chwili zastanowienia – jednak bilety bagażowe na rowery na tę samą trasę.
                    Pani co prawda sugerowała, żebyśmy zapłacili w pociągu po 20 Sk, ale przecież...
                    nie mamy gotówki! Dobrze że pomyśleliśmy o tych biletach bagażowych – przydały
                    się później...

                    Na peron udaje nam się wtaszczyć rowery bez ich rozbierania, więc jesteśmy
                    mobilniejsi i kiedy podstawiają pociąg możemy spokojnie go zlustrować. Z tyłu ma
                    kilka kuszetek, więc tam wstawienie rowerów odpada. Idziemy do przodu, a tam na
                    samym czele... pierwsza klasa! No tragedia! Trudno, konduktora nie widać, to
                    pakujemy rowery na przedni pomost (już bez sakw), wnosimy resztę majdanu i przy
                    rowerach na korytarzu czekamy co się wydarzy i czy nas aby nie wyrzucą... O
                    dziwo nic się nie wydarza i kiedy pociąg rusza oddychamy z lekką ulgą. Ale
                    oczywiście, do Žiliny daleko...


                    Dzień 16.
                    6 sierpnia (niedziela)
                    Bratysława - Łódź, 9 km

                    Po kilku minutach spokoju decydujemy się przenieść bagaże i siebie do drugiej
                    klasy, żeby nie prowokować i tylko co jakiś czas filować na rowery, a w razie
                    potrzeby nawet udawać, że to nie nasze :p Jednak z powodu tego filowania, mimo
                    że jest już po północy, co najmniej jedno z nas musi czuwać. Miki zgłasza się na
                    ochotnika i właściwie więcej czasu spędza czytając na korytarzu niż siedząc w
                    przedziale, w którym jest zresztą nieznośnie gorąco. Do Žiliny jednak nie tylko
                    nikt się nie czepia rowerów (mimo że konduktor je ewidentnie widział, to jednak
                    olał), ale nawet nie sprawdza nam biletów! O 2:34 po raz drugi oddychamy z ulgą
                    na peronie w Žilinie. Następny pociąg, do Čadcy, odjeżdża o 3:50...

                    O 3:54, kiedy w mającym przed chwilą odjechać pociągu nadal jest ciemno i
                    głucho, decydujemy się czegoś dowiedzieć. Od trzeciej napotkanej pani w
                    uniformie dowiadujemy się wreszcie, że pociąg o 3:50 w weekendy nie jeździ.
                    Fajna ta informacja kolejowa na dworcu w Bratysławie... Ale nie ma tego złego:
                    następny pociąg jest o 4:45 i to od razu do Skalitego. Mało tego – to ten sam
                    pociąg, na który przesiedlibyśmy się w Čadcy! Więc w sumie jesteśmy o jedno
                    rozbieranie rowerów do przodu :)

                    Ale są też minusy: ten pociąg ma wagon bagażowy, do którego trzeba oddać rowery.
                    To jeszcze nie problem, ale pani chce po 20 Sk w gotówce od sztuki... Na
                    szczęście obejrzawszy bilety zmienia zdanie i stwierdza, że możemy jechać bez
                    dopłaty. Uff...

                    W pociągu wreszcie zasypiamy jak dzieci i konduktor budzi nas dopiero podczas
                    postoju w Skalitem. Jest szósta, mgła, zimno i siąpi. No i znów góry wokoło.
                    Konduktor mówi, ze to jeszcze nie jest Serafinov, ale że do Serafinova odchodzi
                    “motorek” o 6:30. Totalnie zaspani wywalamy rzeczy z wagonu, rowery z bagażowego
                    i ciskamy to wszystko pod ścianę budynku stacji. “Nasz” pociąg rusza w drugą
                    stronę...

                    Po ubraniu rowerów początkowo zamierzamy jechać do granicy właśnie na nich, ale
                    widząc w jakim jesteśmy stanie (kulbaczenie rowerów zajęło nam pół godziny!)
                    decydujemy się jednak wsiąść w to coś, co wygląda jak autobus szynowy. W
                    ostatniej chwili zresztą! Odjazd i już mkniemy przez końcowy – kilkukilometrowy
                    odcinek, oglądając po lewej stronie dumnie piętrzące się w totalnie zachmurzone
                    niebo filary do estakad nowej drogi międzynarodowej, której na razie są jedynym
                    śladem. Po kilku minutach jesteśmy na przystanku Serafinov. Tu jeszcze większe
                    zadupie, nikogo nie ma, a “pociąg” natychmiast odjeżdża z powrotem, więc
                    zostajemy całkiem sami wśród gór o 6:45 w niedzielę.

                    Nic to! Szukamy drogi do przejścia granicznego! No tak, ale po chwili okazuje
                    się, że jedyną drogą, która nie kończy się po max. 100 metrach jest ta
                    prowadząca wzdłuż torów z powrotem ku Skalitemu... Jak to? Wg mapy ma być 3 km
                    dość dużą szosą do całodobowego przejścia drogowego, a tu dosłownie “koniec
                    świata”!! No naprawdę - innej drogi nie ma! Wreszcie decydujemy się na
                    desperacki krok i kierujemy się żółtym górskim szlakiem za napisem “Zwardoń”.
                    Podprowadzamy rowery na niewielkie wzniesienie i... oczom naszym ukazuje się
                    tablica “Rzeczpospolita Polska – turystyczne przejście graniczne”! Szok! Nie
                    było chyba nawet kilometra od Serafinova. Pytamy grzecznie napotkanego Pana,
                    którędy do stacji w Zwardoniu, a Pan mówi, że drogą 300 metrów w dół i już. No
                    to zjeżdżamy i faktycznie – jest stacja z czynną kasą, a pani mówi, że pociąg o
                    7:53 do Katowic jak najbardziej odjeżdża. Rewelka! Kupujemy bilety, chwilę
                    czekamy i jest. Wsiadamy do przedziału “dla podróżnych z większym bagażem
                    ręcznym” na końcu jednostki i natychmiast zasypiamy.

                    Budzimy się lekko przed Katowicami (zresztą chyba to było w Żywcu, ale zaraz
                    znów zasnęliśmy, więc wydawało się, że chwilę przed końcem trasy :p), kiedy
                    jakaś pani przystawia nasze rowery swoim – też z sakwami. Po “chwili” Katowice.
                    Wysiadamy i okazuje się, że owa pani też jedzie do Łodzi. Pociąg do Łodzi ma być
                    o 12:40, jest 11:15, więc pani prosi nas o popilnowanie roweru, a sama idzie
                    kupić coś do żarcia. Po jakimś czasie wraca z dwoma snickersami dla nas :) Potem
                    wreszcie podstawiają pociąg, wsiadamy, przysypiamy, kołyszemy się, trochę
                    czytamy i wreszcie ŁÓDŹ KALISKA. Jest ciut po 17 w niedzielę, kiedy oboje
                    meldujemy się w domach z głowami pełnymi wspaniałych wspomnień i odjechanych
                    pomysłów na następną wyprawę rowerową. Może już za rok...?

                    --
                    - Lubię, jak na cmentarzu nikogo nie ma.
                    - Ale tam zawsze ktoś jest! [CallB&aard]

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka