jednej rzeczy nie rozumiem, wyjaśnijcie mi proszę
Autor: Gość: patriota
IP: *.chello.pl
07.10.08, 00:37
w Polsce jak i na świecie bardzo prześladowane są sekty. jako człowiek od
wielu lat zainteresowany pokrewnymi tematami które z tematyką sekt się
zazębiają, nie rozumiem tej obłudy? większość sekt, to są niegroźne
organizacje wyodrębniające się spośród społeczeństwa (teraz jeszcze mówmy o
definicji sekty bo jest tu śmietnik informacyjny), które sobie chcą się
odłączyć od tego społeczeństwa i prowadzić własne życie skupione wokół własnej
społeczności i pewnych zasad, które sobie wymyślają, często oparte na jakiejś
sferze duchowej, wierze też, rodzaju filozofii. nie ma co tego rozwijać. kiedy
mówię że sekty nie są niczym złym, z zasady zawsze można spotkać się z świętym
oburzeniem i przykładami rzucanymi garściami jak to ludzie są traktowani w
sektach. oczywiście po pierwsze zacznijmy od tego, że relacje "mediów" czy
wymiaru sprawiedliwości najczęściej są przekłamane i niezgodne z
rzeczywistością, a poza tym są wyolbrzymiane. jednak te "drastyczne" przykłady
prania mózgów, zniewolenia, manipulacji, wykorzystywania i zmuszania do
różnych czynności członków niektórych sekt, nawet jeśli mają coś wspólnego z
prawdą, są jedynie wyjątkami od reguły, które ją potwierdzają :). większość
ludzi żyjących w społeczności sekt rzeczywiście prowadzi życie dla
przeciętnego popkulturowego konsumpcyjnego zjadacza chleba z zachodniej
cywilizacji niezrozumiałe, ale nie uważa tego za coś złego i nie przeszkadza
mu to, on tego chce! jednak w przekazie "społecznym" sekta ciągle oznacza
"zły". jedynie dlatego że kilka procent sekt potrafi wyrządzać krzywdę swoim
członkom, a przede wszystkim dlatego że część z nich wpada w kolizję z prawem,
i w ten dopiero sposób daje się je jakoś "rozgonić", na szczęście często
nieskutecznie.
teraz mamy Tybet. Tybet jest mekką pewnej religii, która dała początek setkom
odłamów i tysiącom sekt rozrzuconych po całym świecie. w wyniku przedziwnej
poprawności politycznej, oraz niezwykłej popularności buddyzmu w kulturze
zachodu od wielu lat, nie zauważa się istnienia tych sekt które często
wykorzystują swoich członków i poddają jeszcze większej manipulacji niż
statystyczna sekta. w Polsce popularny bardzo lama Nydahl i jego diamentowa
droga to jest stricte zakamuflowana sekta, której działalność 'biznesowa' jest
szeroko znana w kręgach zainteresowanych. takich lamów jest setki w świecie,
którzy z prawdziwym buddyzmem nie mają nic wspólnego. nie rozumiem czemu,
obłuda na temat buddyzmu jest aż tak wielka, buddyzm w swoich "odłamach" nie
różni się od statystycznej sekty niczym, a państwo Tybet jest takim państwem
jak powiedzmy "Watykan", to po prostu sekta uznana za religię. dlaczego jedne
religie się hołubi i promuje, a pod ich płaszczykiem robi potężny biznes i
rozgrywki polityczne, a inne się piętnuje i prześladuje? kto dał państwom
moralne prawo do tego żeby oceniać, jaka sekta jest w porządku, a jaka nie
jest w porządku, i czy coś jest sektą, czy odłamem religijnym czy jeszcze
jakąś tam formą pośrednią (bo to nazewnictwo jest g. warte).
nie rozumiem teraz kolejnej obłudy, wiążącej się z problematyką "wolnego
Tybetu". jako człowiek byłem od lat anarchistą który nie widzi żadnej wartości
w istnieniu instytucji państwa, bo ta instytucja jest winna na przykład
Hitlera i Stalina i II Wojny Światowej, albo na przykład istnienia państwa
Północna Korea i Kuba, oraz Chiny. Tybet de facto nie jest państwem - jest
pewną "autonomią" bez państwowego podmiotu, mekką religijną, rodzajem duchowej
wspólnoty wielkiej sekty uznanej dziś za religię. nie rozumiem czemu
zwolennicy państw, chcą nagle żeby owa sekta stała się państwem? przecież jest
to swoisty paradoks, według terminologii "państwowców" Tybet zajmuje obszar
należący do innych państw, i nie ma swojej podmiotowości jako państwo, Chiny
tępią sektę która przez Chiny nie jest uznawana za równoprawną religię, a cały
świat tylko dlatego że lubi buddyzm będący przecież czymś w rodzaju
międzynarodowej sekty, wstawia się za wolnym Tybetem. ja tego nie rozumiem, bo
albo jedno, albo drugie.
jeśli jesteśmy za anarchią, i nie uznajemy państw to rozumiem że jesteśmy za
wolnym Tybetem jak i wolną jednostką, po to żeby wyzwolić się spod ucisku
państwa i tolerujemy wszystkie sekty.
jeśli jesteśmy państwowcami i wyznaczamy jakieś pożal się boże normy społeczne
i jesteśmy ksenofobami którzy nie tolerują "sekt" uznajemy autonomię Chin w
decydowaniu o losach Tybetu, który jest przez Chiny uznawany za sektę która
nie chce uznać wyższości Chin nad tą sektą.
inaczej to jest jakaś schizofrenia i moralność Kalego, jednych potępiamy,
innych kochamy bo lubimy akurat sektę z Buddą a nie państwo z Chinami. czemu
Tybet ma być uznany za równoprawne państwo, i czemu nie jest nazywany sektą
tylko religią, przecież to minimalna społeczność? tradycja czyni cuda?