Porcja faktów historycznych dla Acrusia.
I ich analiza, z pewnością nie pasująca propagandzistom.
Zgadnij, chłopczyku, ile lat istniał "wolny Tybet"? 38. Nie, nie
uciekły mi żadne zera. Słownie: trzydzieści osiem lat. To krótko.
Bardzo krótko. Wcześniej do kogo należały te ziemie? Do Chin, brawo,
pewnie do tego doszedłeś (jeśli nie doszedłeś, to chyba nie czytasz
tego na trzeźwo). Można więc uznać, że to Dalajlama okupował Tybet.
A co się stało po owych 38 latach? Najazd? Skądże znowu. W roku
1949, po zakończeniu wojny domowej, poza władzą legalnego rządu w
Pekinie (czyli Mao) pozostawała tylko jedna prowincja Chin - Tybet.
Biedny kraik nie mógł sam się zbyt długo utrzymać, a jednocześnie
Mao bał się konfrontacji zbrojnej wyniszczonych Chin z nowym krajem,
od którego dzielił go tylko Tybet - Indiami, a tak by się skończył
najazd na Tybet. Oczywiście, Indie gdyby pojawiła się okazja zajęły
by Tybet. Mao wybrał więc najrozsądniejsze rozwiązanie, czyli zawarł
z tyranem Tybetu Dalajlamą XIV, smarkaczem który jeszcze nie wyrósł
z uwielbienia dla Hitlera zakładającej bardzo dużą autonomię
nowej-starej prowincji Państwa Środka. Chiny zawiodły się na tych
niewdzięcznych draniach i wydarzenia z roku 1959 są nam znane. Ataki
tybetańskich terrorystów szkolonych przez CIA, a w odpowiedzi
represje ze strony legalnego rządu. To pokazało, że dalajlamie i
jego pomarańczowej bandzie ufać nie należy (Zachód nie ma tak
tragicznych doświadczeń i wierzy zarówno w jego "dobrą wolę" jak i
uwielbienie mieszkańców Tybetu).
Szans na wolny Tybet nie ma. Autonomia może być, pod warunkiem
pewnej kontroli rządu miejscowego przez organy chińskie. Kiedy może
być owa autonomia? Nie wiadomo, na pewno nie za życia Tenzina Gyatso.
--
Redakcję GW proszę o napisanie na mój adres e-mailowy, skąd u nich
taka niechęć do wolnych państw.