Dodaj do ulubionych

Chore dziecko i chore relacje rodzinne

10.04.09, 17:23
Witam!

Jestem mama wychowujaca 13-miesieczna coreczke.Natalka urodzila sie z
kraniosynostoza i Zespolem Crouzona. Przy porodzie nie rozpoznano choroby
dziecka (chociaz pytalam czy ksztalt jej glowki jest prawidlowy) w zwiazku z
tym przez 3 tygodnie od jej narodzin zylismy w blogiej nieswiadomosci.
Wszystko zmienilo sie, gdy dziecko trafilo na obserwacje do szpitala, gdyz
mocno ulewalo mleko. Nagle okazalo sie, ze nasze dziecko jest chore i ze
szpital miejski nie moze nam pomoc, bo nie ma tu neurochirurgow
dzieciecych.Zaczelo sie dla nas pieklo. Choroba dziecka byla dla nas szokiem,
do tego non stop przesuwano nam termin operacji coreczki. Gdy Natusia sie
urodzila, miala zarosniety szew strzalkowy i czesciowo wiencowy oraz weglowy
oraz ciemiaczko na 1 cm. Kiedy ja zoperowano /ukonczyla wtedy 7 m-cy/, juz nie
rosla jej czaszka, chociaz mozg dalej sie rozwijal. Operacja sie udala,
przeszlismy wiele, duzo wiecej przeszla Natalka, ale na jakis czas
przynajmniej mamy spokoj. Co prawda u dziecka stwierdzono opoznienie rozwoju
ruchowego /nie pelzala, nie raczkowala, przemieszcza sie po domu skaczac na
pupie, dopiero zaczyna sie podciagac do stania przy meblach/, ale podobno to
nadrobi w swoim czasie - tak przynajmniej twierdzi neurolog. Zastanawiamy sie
czy Natalka juz zawsze bedzie do tylu w stosunku do rowiesnikow. I chyba
oboje z mezem mamy ogromny zal...do czego/kogo? Do losu? Do lekarzy, bo nie
poinformowali rodzicow meza, ze jego schorzenie moze byc dziedziczne? (maz
mial operacje w wieku 3 lat - zbyt pozno, bo prawie calkowicie stracil wzrok,
ale inne byly wtedy realia, inna medycyna). Do rodzicow meza, bo gdy
wrocilismy z Mala ze szpitala, juz wiedzieli, ze jest chora, a mimo tego nic
nam nie powiedzieli...tlumaczyli sie, ze nie wiedzieli jak to
powiedziec...tylko te 3 tygodnie mogly zrobic ogromna roznice i dziecko
mogloby byc wczesniej zoperowane. Eh..same gdybanie...wiem, ze teraz juz nic
to nie da, wiem, ze mogloby byc duzo gorzej, ale jednak sie tym zadreczam.Mam
ogromne poczucie niesprawiedliwosci...Maz kiepsko widzi, ja w wieku 17 lat
zachorowalam na SM i teraz jeszcze nasze dziecko jest chore?? To po co byly te
wszystkie rozmowy z neurologiem zanim zaszlam w ciaze? Przeciez wszystko mialo
byc ok.A teraz zastanawiam sie jak bedzie wygladac zycie naszej coreczki, bo
ludzie potrafia byc okrutni.Na szczescie wielu jest ludzi o ogromnym sercu i
oby tylko na takich trafiala nasza Malenka...pobozne zyczenie...
Druga sprawa, to relacje rodzinne, ktore sa fatalne. Poczatkowo mieszkalismy z
tesciami i do narodzin Nati wszystko wydawalo sie byc ok. A potem szlo juz
lawinowo...Tesciowie zaczeli zachowywac sie zupelnie inaczej niz wczesniej:
stopniowo zaczela wychodzic na jaw cala ich obluda i zaklamanie w stosunku do
nas jako malzenstwa, zaczeli nas spychac z roli rodzicow Natalki do
roli...hmmm...gosci? odwiedzajacych? W kazdym badz razie przebywaliby z
wnuczka caly dzien za wyjatkiem nocy, sami sie nia opiekujac i nie dajac nam
jej tknac. Zreszta tesc powiedzial, ze Natalka jest za mala, zeby maz sie nia
zajmowal (sic!) A przepraszam kiedy tata ma sie zajmowac corka? Kiedy corka
bedzie samodzielna i sama bedzie potrafila o siebie zadbac? Na tym tle doszlo
do pierwszych powaznych zgrzytow, bo doszlismy do wniosku, ze tak dluzej nie
moze byc, ze to rodzice wychowuja dziecko, opiekuja sie nim, a nie dziadkowie.
Oni swoje dzieci juz odchowali. Niestety rodzice meza sa ludzmi dla ktorych
rozmowa miedzy nimi a dziecmi nie istnieje, bo zawsze wychodza z pozycji "Mow,
ja cie wyslucham, ale zrobisz to, co ci powiem, bo tylko ja wiem co jest dla
ciebie dobre i ja znam sie na wszystkim".Tesciowie bronili dostepu do wnuczki
mojej rodzinie - tak jakby zapomnieli, ze Natalka ma jeszcze jednych dziadkow,
ciocie i prababcie. Na chrzcinach Natusi prawie w ogole nie odzywali sie do
mojej rodziny przez co cala uroczystosc byla popsuta. Jakie zdjecia z chrzcin
pokazemy naszej corce? Jedni i drudzy dziadkowie osobno? Co jej powiemy?
Stopniowo sytuacja robila sie coraz gorsza - pewnie dlatego, ze przestalismy
pozwalac sobie wchodzic na glowe i rodzice meza nie mogli juz wymuszac na nas
takiej czy innej decyzji. Nagle nic im sie nie podobalo, nagle nasze wesele
bylo do kitu, moi rodzice beznadziejni /zostalo to ujete dosadniej/, a ja
stalam sie zla synowa. Coraz gorzej czulismy sie w domu tesciow i powoli
zaczynalismy myslec o przeprowadzce, ale bylo to dla nas trudne finansowo. W
koncu nie wytrzymalismy, gdy po ktorejs z rzedu klotni wyszlo na jaw, ze
tesciowie przeszukali nasz pokoj i przeczytali moje prywatne zapiski.Znalezli
tam tez opisy sytuacji z nimi w roli glownej. Te zapiski mialy mi pomoc
rozladowac stres zwiazany z choroba coreczki i niezyczliwa /lagodnie rzecz
ujmujac/ atmosfera w domu tesciow.
Maz stanal po mojej stronie i jednoczesnie stal sie czarna owca rodziny, bo wg
tesciow zon mozna miec wiele, ale rodzicow ma sie tylko jednych.
Generalnie przeprowadzka wyszla nam na dobre, chociaz tesciowie nadal probuja
sie do nas wtracac /ale mieszkajac osobno nie maja juz ku temu za bardzo
okazji - jedynie denerwuja nas, gdy dzwonia z jakims nowym pomyslem n.t tego,
co powinnismy zrobic), a my nadal musimy sie z nimi widywac przy roznych
okazjach ( w koncu wnuczka powinna sie spotykac z dziadkami, mimo ze my
dziadkow nie darzymy sympatia). Dodatkowo denerwuje nas fakt, ze teasciowie
robia wszystko pod publike - kazdy ich gest, kazde slowo...zeby tylko reszta
rodziny i znajomi czy sasiedzi sie nie polapali jakie sa faktyczne relacje
miedzy nami.

Zaczynam sie w tym wszystkim gubic...Meczy mnie ta sytuacja, nie rozumiem jak
ludzie moga byc tacy podli, no i to cholerne poczucie niesprawiedliwosci w
zwiazku z choroba coreczki...

Moze ktos to potrafi lepiej ogarnac, bo ja juz nie daje rady.
Edytor zaawansowany
  • 10.04.09, 19:50
    Witam,
    W Pani liście dotyka Pani dwóch trudnych dla Pani kwestii. Pierwszą
    jest to w jaki sposób przeżywa Pani chorobę córki , drugą jest to ,
    jak przeżywa Pani relacje panujące w Pani rodzinie.
    Zapewne jedna i druga kwestia wpływają na siebie wzajemnie.
    Jeśli chodzi o Pani teściów i relacje z nimi: z tego co Pani pisze
    wprowadzają oni niejasności dotyczące ról , jakie dorośli pełnią w
    rodzinie – to wy jesteście rodzicami, oni są teraz dziadkami Pani
    córki. To dwie role znacznie różniące się od siebie. Wiele zachowań
    teściów, o których Pani pisze, świadczy o trudności z uszanowaniem
    granic ( choćby akcja przeszukiwania pokoju?!!) To dobrze, że
    zaczęli Państwo stawiać granice, mimo niezadowolenia drugiej
    strony. Może początkowo trudno im będzie je uszanować, tym
    bardziej , ze z jakichś przyczyn Pani teściowie wolą widzieć się w
    roli rodziców niż dziadków dziecka. Można jednak spojrzeć na ich
    ingerencję przez pryzmat ich doświadczeń – jak rozumiem wychowywali
    również chore dziecko, wiedzą jak jest to trudne i „po swojemu”
    chcą pomóc, nie znając innych sposobów jak te, które stosują.To, ze
    nie podzielili się z Państwem wiedzą (rozumiem, że to były
    podejrzenia?) dotyczącymi choroby córeczki z jednej strony może
    dziwić i powodować żal (bo może wcześniejsza operacja coś by
    zmieniła?), z drugiej znów może świadczyć o ich chęci ochronienia
    państwa przed cierpieniem, jakiego zapewne sami doświadczyli
    dowiadując się o chorobie syna.
    Może pretensje kierowane do Pani, Pani rodziców, syna to tylko
    wyraz ich żalu o to co spotkało ich i teraz Państwa? Nie zmienia to
    faktu, że trudno jest funkcjonować w rodzinie, gdzie czuje Pani, że
    wokół coś się rozgrywa. Może warto porozmawiać o tym z teściami –
    mając wsparcie męża nic na tym nie stracicie.Może warto jasno
    wyartykułować to co jest dla was pomocą, co nie, jasno powiedziec
    jak widzicie ich i swoje role w wychowywaniu i opiece nad córeczką?
    Co do choroby córeczki – na pewne pytania nigdy nie znajdziemy
    odpowiedzi. Niestety jest też tak j, że na takie pytania
    najbardziej tej odpowiedzi szukamy. Rozmyślamy co można było
    zrobić, czy można było zapobiec. Poszukujemy winnych i
    odpowiedzialnych za cierpienie, którego doświadcza teraz Pani i
    Pani dziecko. Ponieważ choruje Pani sama, jest pani bardziej
    świadoma tego, co to jest życie z chorobą , jakie niesie za sobą
    problemy i trudności. Zapewne uruchamia to natychmiast myśli o tym,
    czego doświadczać będzie pani córka. Nie trudno tu zapędzić się w
    obwinianie siebie i innych. Tyle, ze to niestety nic nie zmieni.
    Pani córeczka ma szansę na rehabilitację i sprawność – na tym
    dobrze jest się skoncentrować. Na pewno choroba powoduje
    ograniczenia w życiu. Ale wiele osób chorych je przezwycięża, czego
    Pani , jak i Pani mąż wydajecie się być dobrym przykładem.
    Pozdrawiam przedświątecznie, A.M.
  • 11.04.09, 07:37
    Witam!

    Seredecznie dziekuje za odp. Pani psycholog. Co do postawy dziadkow Natalki, to
    coz...tesc przyznal sie, ze od razu wiedzieli, iz dziecko jest chore jak tylko
    ja zobaczyli (maz gdy sie urodzil tez mial takie "gorki i dolki" na glowie,
    tylko w innych miejscach, bo inne szwy czaszkowe szybciej mu zarastaly).
    Powiedzial, ze nie chcieli nam powiedziec, bo bali sie naszej reakcji i rzekomo
    tego, ze zaden rodzic nie da sobie powiedziec, ze cos z jego dzieckiem jest nie
    tak. A przeciez widzieli, ze ani polozna na pierwszej wizycie, ani pediatra nie
    zauwazyli problemu...tylko pozniej w szpitalu sie okazalo, ze podobno kranio nie
    da sie nie zauwazyc, bo to widac golym okiem. Dlaczego, wiec nikt nie posluchal
    mamy, ktora pytala sie o wlasciwy ksztalt glowki dziecka??? Jak to w ogole
    mozliwe? Ja wiem, ze peditra, ktory pracuje tylko w przychodni nie czesto
    spotyka sie z takimi "przypadkami", ale juz bardzo male ciemiaczko powinno
    lekarza zastanowic, prawda?
    Z tesciami probowalismy rozmawiac i kazda jedna proba konczyla sie pyskowka.
    Nastawiali sie do tych rozmow bardzo agresywnie, bo chyba nie sa przyzwyczajeni
    do tego, ze rodzic moze z dzieckiem rozmawiac, a nie daj Boze uznac, ze ma
    racje. To ludzie starej daty, wychowani na zasadzie "Rodzicom od dzieci nalezy
    sie szacunek. Dziecko - nawet dorosle-musi rodzicow sluchac we wszystkim".A my
    zburzylismy ich swiat, bo nie podporzadkowalismy sie takiemu zachowaniu.
    Oczywiscie na poczatku nie mowilismy nic, zeby nie wywolywac niepotrzebnych
    konfliktow, ale bylo tylko coraz gorzej. Wtracali sie w kazdy aspekt naszego
    zycia, a najbardziej we wszystko, co dotyczylo Natalki.Tlumaczylismy sobie, ze
    pewnie ciesza sie z wnuczki i zwariowali na jej punkcie...tylko bez
    przesady.Wnuczka to nie jest corka.
    Szczerze mowiac nie wiem, kogo bardziej chcieli chronic: nas czy samych siebie.
    Moze poczatkowo faktycznie nie chcieli psuc naszej radosci z narodzin dziecka,
    tylko potem brneli w to wszystko coraz bardziej i nie mieli sobie nic do
    zarzucenia. Tesc pozniej zaprzeczal, ze odbyl z nami rozmowe, w ktore przyznal
    sie, iz wiedzieli o chorobie wnuczki przed nami; pozniej wrecz krzyczal, ze nie
    zmuszal nas do robienia dzieciaka (uzyl bardziej dosadnych, zeby nie powiedziec
    wulgarnych slow), wiec o co mamy do nich pretensje. "Poza tym chyba wiedzialas,
    ze maz jest chory?!". Tiaaaa...oczywiscie, ze wiedzialam, ale tylko tyle, co nam
    raczyli powiedziec tesciowie i szczerze mowiac do dzis mam watpliwosci czy
    lekarze faktycznie nie powiedzieli tesciom, ze choroba ich dziecka jest
    dziedziczna, bo nie bylo wtedy takiej wiedzy, czy tesciowie to przed nami
    ukryli.Teraz juz chyba wszystkiego moglabym sie po nich spodziewac, a najgorsze
    jest to, ze zanim urodzila sie Natalka wydawali sie byc naprawde milymi ludzmi.
    Okazalo sie, ze swietnie sie maskowali, co wyszlo przy okazji tzw. rozmowy tuz
    przed nasza przeprowadzka. Ludzie potrafia byc podli.
    I co powiemy naszej corce n.t. dziadkow, gdy juz bedzie w stanie zrozumiec
    sytuacje? Budowac mit kochajacych dziadkow czy przedstawic prawdziwa sytuacje?
    Bo niestety ze smutkiem zauwazamy, ze obecnie tesciowie scigaja sie z drugimi
    dziadkami w kupywaniu prezentow dla wnuczki. I o ile moi rodzice kupuja wnusi
    takie zabawki, ktore jej by sie spodobaly, to tesciowie kupuja zazwyczaj albo
    takie, ktore sa bardzo drogie, albo takie, ktorymi bawili sie ich sybowie jako
    dzieci i niewazne, ze gdy korzystali z tych zabawek byli sporo starsi od naszej
    corci. Kupuja to, co im sie podoba, nie myslac w ogole o wnuczce.Ten przyklad
    moze wydac sie blahy, ale duzo jest spraw, ktore traktuja w podobny sposob. To
    oni chca decydowac, to oni wiedza najlepiej...Nawet roczek wnuczki chcieli
    zrobic u siebie w domu, po swojemu. Gdy powiedzielismy, ze to my jestesmy
    rodzicami dziecka, ze my zrobimy dla corki uroczystosc i ze to Natalka zaprasza
    do siebie dziadkow, nie byli zadowoleni. Chcieli sami zorganizowac wszystko po
    swojemu i byc w centrum zainteresowania. Niewazne, ze to roczek wnuczki -
    pochwaliliby sie sasiadka z bloku, ze to oni-dziadkowie-zrobili wnusi
    impreze.Tesc nie przyszedl na pierwsze urodziny wnuczki - obraza majestatu.
    Podobno pracowal, ale wyraznie mowilismy, zeby powiedzial, jezeli nie pasuje mu
    godzina uroczystosci, to sie to zmieni. Boimy sie, ze wnuczke traktuja tak hmmm
    na pokaz i ze na nia przenosza skutki konfliktu miedzy nimi, a nami. Gdy jeszcze
    mieszkalismy z tesciami, potrafili nie przychodzic do Natalki, nie bawic sie z
    nia, gdy byli o cos na nas obrazeni. Dziecko wyciagalo raczki do dziadzia czy
    babci i...zero reakcji.Zwracalismy im na to uwage i tesciowa chyba troszke
    zrozumiala, tylko ze niestety jest ona pod ogromnym wplywem meza (jedyny pan i
    wladca w domu). Dziecko predzej czy pozniej zauwazy jakie sa realacjem iedzy
    nami i dziadkami oraz to jak jest przez dziadkow traktowana i pewnie bedzie
    zadawac pytania. Jak jej wytlumaczyc to wszystko? Zalezy nam na tym, aby dziecko
    mialo jednych i drugich dziadkow, i zeby w ich towarzystwie czula sie dobrze,
    czula sie kochana. Ale pewnie ani dziadkow sila nie zmusimy do okazywania
    milosci wnuczce (zreszta pd tym wgledem w domu tesciow zawsze bylo dziwnie -
    tesciowa moze troszeczke bardziej okazywala synom uczucie, jest bardziej
    wrazliwa, ale tesc domagal sie tylko non stop szacunku, na sile chcial i nadal
    chce byc autorytetem dla synow, ale zapomina, ze szacunku i autorytetu nie da
    sie wymusic), ani coreczki nie przekonamy, ze dziadkowie sa kochani, gdy sama
    tego nie poczuje.

    pozdrawiam serdecznie i zycze Wesolych Swiat!
  • 15.04.09, 08:22
    Witaj!
    Myślę, że stosunek twoich teściów do was i waszej córeczki jest
    związany z chorobą twojego męża. Jestem mamą 9-letniej Julii chorej
    na MPD. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że przez swoją
    nadopiekuńczość(wynikającą z lęku o córkę i o to jak sobie
    poradzi)ograniczam ją...Dlatego staram się "odpuścić sobie" nerwy,
    pozwalam jej robić to co chce- kontrolując tylko czy to bezpieczne.
    Ale nie wiem jak poradzę sobie z tym, gdy Jula będzie starsza...Ona
    będzie chciała wolności, wyjść z domu SAMA, spotkać się z kimś, po
    prostu sama żyć...Może Twoi teściowie nadal uważają, że ze względu na
    chorobę Twój mąż potrzebuje ich opieki i wsparcia, nie jest w stanie
    poradzić sobie sam, nie powinien decydować...
    Co do obaw o rozwój Małej- mam też 2-letniego synka. Jest zdrowy, ale
    też był taki czas, że "napędził nam stracha". Urodził się duży, po
    terminie i miał mały wylew. Mały, ale taki sam jaki u córki
    spowodował MPD...Rozwijał się dobrze, ale...No właśnie. Nie
    raczkował, skakał na pupie, miał 13miesięcy i nawet nie próbował
    wstawał przy meblach...Już miałam w ręku skierowanie do neurologa, a
    on wstał i poszedł! Sam! Wierz mi, rehabilitacja przynosi na prawdę
    dobre efekty! (chociaż w jego przypadku okazała się niepotrzebna).
    Jeśli potrzebujesz pomocy, wsparcia i wiedzy innych rodziców wejdź na
    stronę Nasze-niepokoje.
    Pozdrawiam serdecznie i życzę Wam powodzenia!
  • 16.04.09, 19:21
    Witaj Gaju268!

    Moj maz oczywiscie nie wszystko moze zrobic sam - np. nie przeczyta tekstu
    pisanego zwykla czcionka, musi byc ona w duzym powiekszeniu. Sa takie sprawy,
    ktorych sam nie zrobi, ale naprawde wiekszosc potrafi robic sam, jest bardzo
    samodzielny i nie chce, zeby ktos go wyreczal w sprawach, ktore umie sam zrobic.
    A tesciowie chyba faktycznie traktuja go jak duze dziecko i tak troche na sile
    chyba chca byc mu we wszystkim niezbedni - troche tak jakby chcieli, zeby bez
    nich nie umial sobie poradzic sam. Zamiast byc dumnym z syna, ze pomimo swojej
    niepelnosprawnosci potrafi radzic sobie w zyciu, to teraz okazuje sie, ze
    wszystko jest na nie. Wszystkie jego decyzje sa zle, wszystko co robi jest zle.
    A czemu? Bo nie konsultuje tego z tesciami - tzn. swoimi rodzicami. Nie prosi
    ich o rade, dziekuje za pomoc gdy jej nie potrzebuje, nie uklada swojego/naszego
    zycia pod dyktando swoich rodzicow.
    Coz...ja tez jestem chora przewlekle i moi rodzice tez sie o mnie martwili i
    nadal sie martwia, a mimo to nie probuja mnie sobie podporzadkowac czy w jakims
    sensie hmmm...ubezwlasnowolnic. Pozwalaja mi zyc swoim wlasnym zyciem. A
    tesciowie chcieliby, zeby maz robil wszystko dokladnie tak jak oni i we
    wszystkim sie ich sluchal. A to przeciez dorosly facet, facet ktory ma swoja
    rodzine.

  • 26.05.09, 08:57
    (do gai.) czy rehabilitacja w przypadku twojego syna stala sie
    zbedna to okaze się w przyszłości. mając dziecko z dpm nie jestes
    tego swiadoma to chyba trafiłas na beznadziejnych lekarzy i
    rehabilitantów. Samo to że dziecko skakało jest już nieprawidłowe.
    konsekwencja moga byc wady postawy tzn krzywy kręgosłup, stopy
    koslawe, kłopoty z nauką. Nóż w kiezeni sie otwiera kiedy czytam coś
    takiego. Oczywiście nie bierz tego do siębie bo ja też szukała ale
    znalazłam za późno. a tych wszystkich lekarzy to w kosmos. Mam syna
    z dpm 8 letniego i małego 4 miesięcznego zdrowego ale ma
    napięciaobnizone i asymetrię. Oczywiście lekarze tego nie zauwazyli.
    nasza rehabilitantka widziałamalego i kazała odpowiednio nsić
    układac itp. Nspewno moje drugie dziecko będzie raczkowało, nie bede
    sadzać i kupię porządne buty itp. mimo ze jest zdrowe. Ja juz to
    wiem.Pozdrawiam


    I do ciebie kochana.

    moim zdaniem odpusc sobie teściów. Nie rozmawiaj z nimi bo wychodzi
    na to ze z nimi nie da sie rozmawiać. sa toksyczni. Odseparujcie
    sie wogóle od nich. Dziecko jak bedzie chciało to samo kiedys będzie
    do nich chodziło. szkoda waszego zdrowia. Ja bym tak zrobiła bo
    życie jakieby niebyło (choroba0 jest tylko jedno i nikt drugiego ci
    nie da więc zyj tak żeby niczego nie żałowć ale też tak żeby nie
    pozwolić chodzić sobie po głowie. To tyle.
  • 02.06.09, 10:28
    Rozmawiałam z pediatra na temat obaw związanych z rozwojem synka. Był
    tez badany przez znajomą panią doktor- neuropsychiatrę dziecięcego z
    ogromnym doświadczeniem zawodowym. Konsultowałam go z rehabilitantka
    prowadzącą moją córkę. Gdyby ktokolwiek z nich coś "widział" a jego
    rozwój nadal nas niepokoił, bo przebiegałby nieprawidłowo nie
    zostawiłabym go bez pomocy! Moja córka była rehabilitowana od 30 dnia
    życia, diagnozę postawiono gdy miała rok. Możesz mi wierzyć, że
    znalazłam i wykorzystałam wszystko, co mogło jej pomóc i było dla nas
    dostępne. twoje małe dziecko ma problem- mój synek tez miał. Nie
    twierdziłam, że nie był stymulowany, tylko że nie była potrzebna
    REHABILITACJA! Odpowiednie buty, nie zmuszanie dziecka do aktywności
    nieodpowiedniej do wieku(np.sadzanie) to dla mnie rzecz OCZYWISTA! A
    to czy Twoje dziecko będzie raczkowało- okaże się! Mój synek ustawiał
    się na czworaczkach sam, ale przemieszczał się na pupie. I mimo
    naszych prób(pod kierunkiem rehabilitantki Julii) raczkować zaczął
    dopiero jak umiał chodzić. Nie twierdzę , że to prawidłowe- wręcz
    przeciwnie, to właśnie wzbudziło nasz niepokój. I szukaliśmy pomocy
    lekarskiej. Ale może bez przesady? Każde dziecko ma swój rytm, swoje
    tempo, czasem dzieci "omijają" pewne etapy, albo zmieniają ich
    kolejność. Oczywiście u każdego takiego dziecka możemy i powinniśmy
    szukać zaburzeń. Ale niekoniecznie musimy jakieś znaleźć! Ja np.
    siedziałam mając 5miesięcy, nie raczkowałam, chodziłam mając 10
    miesięcy. Nie mam krzywego kręgosłupa, koślawych stóp i nigdy nie
    miałam problemów z nauką, wręcz przeciwnie. Mam nadzieję, że uda Ci
    się widzieć w dzieciach małych ludzi i że choroba Twojego starszego
    dziecka nie będzie determinowała ich życia...
  • Gość: Maminka IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 29.05.09, 16:19
    Jak ja to dobrze znam z autopsji. Ile nocy przepłakałam -upokarzana
    przez teściów ale dla dobra dziecka czego sie nie robi, przeciez
    dziecko musi mieć kontakt z dziadkami. Skończyła się tak że w końcu
    to moje dziecko na tym ucierpiało, one nie sa głupie -one wszystko
    czują. Dzić od ponad 2 lat nie widujemy się z teściami i i dziwo
    jakoś nam sięcoraz lepiej układa. Dziś dwa razy się zastanowimy
    zanim odnowimy z nimi kontakty. A dziecko z zamkniętego w sobie
    nagle rozkwitło towarzysko. Teraz wiem, że poprzez mylne pojęcie
    dobra dziecka to JA je krzywdziłam, pozwalając mu przebywać wśród
    toksycznych osób. pozdrawiam

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.