Hedwig von Andechs - Herzogin von Schlesien Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Hedwig von Andechs Herzogin von Schlesien
    --------------------------
    1174-9.10.1243
    Andechs Trebnitz

    Tochter des Grafen Berthold VI. von Andechs-Meran und der Agnes von Rochlitz,
    Tochter von Markgraf Dedi V.


    Lexikon des Mittelalters: Band IV Seite 1985
    *********************
    Hedwig I., Herzogin von Schlesien (Jadwiga) kanonisiert 26.3.1267
    -------------
    * um 1178/80, + 14. Oktober 1243
    Trebnitz bei Breslau

    Tochter Bertholds V., Grafen von Andechs, und dessen 2. Gemahlin Agnes,
    Tochter Dedos von Rochlitz, Markgrafen von Meißen

    um 1190/92
    oo Heinrich I. Herzog von Schlesien


    Kinder:
    ----------
    Heinrich II., Herzog von Nieder-Schlesien (+ 1241),
    Gertrud, Äbtissin des Zisterzienserinnenklosters in Trebnitz u.a.

    Nach 20-jähriger Ehe legte Hedwig zusammen mit ihrem Mann das
    Keuschheitsgelübde, aber kein Ordensgelübde ab und zog sich in das bereits
    1202 von ihr gegründete Zisterzienserinnenkloster in Trebnitz zurück. Zu dem
    reich ausgestatteten Kloster gehörte auch das in Urkunden wiederholt erwähnte
    und archäologisch gut erforschte Dorf Zawonia in der Nähe von Trebnitz. Dem
    Angriff der Mongolen 1241 (Schlacht bei Liegnitz), Tod ihres Sohnes Heinrich)
    entgingen Hedwig und der Konvent in Krossen an der Oder. - Bereits 1267 wurde
    Hedwig von Clemens IV. wegen ihres umfangreichen karikativen Werkes
    heiliggesprochen. Die feierliche Erhebung ihrer Gebeine erfolgte am 17.
    August 1267, die Translation in die von ihrem Enkel Wladyslaw, Erzbischof von
    Salzburg, errichtete Kapelle am 25. August 1267. Im 14. Jh. verbreitete sich
    der Heiligenkult Hedwigs rasch, ausgehend zu einem von den
    Zisterzienserinnen, zum anderen von der PIASTEN-Dynastie.
    ------------------------------------------------------------------------------
    ------------------------------------------------------------------------------
    --------
    Hedwig zog sich 1238 als Witwe in das von ihr gestiftete Kloster Trebnitz bei
    Breslau zurück.

    Bosl’s Bayerische Biographie: Seite 315
    ************************
    Hedwig, die Heilige, Herzogin von Schlesien
    ------------------------
    * 1174/78, + 14.10.1243
    Andechs/Obb. Trebnitz/Schlesien

    Vater:
    -------
    Graf Berthold IV. von Andechs (+ 1204)

    Mutter:
    ---------
    Agnes von Rochlitz (+ 1195)


    oo Herzog Heinrich I. von Schlesien (+ 1238)

    Aus dem Geschlecht der ANDECHS-MERANIER.
    Wurde im Alter von 12 Jahren verheiratet.
    Das Ehepaar ist Gründer mehrerer Klöster und Spitäler (Trebnitz,
    Zisterzienserinnenkloster; Naumburg/Bober, Augustinerpropstei; Klein Oels,
    Templer-Kommende; Breslau, Hl.-Geist-Spital; Neumarkt, Spital für aussätzige
    Frauen).
    Die Herzogin erwarb sich einen Ruf als Wohltäterin für Arme, Kranke, Witwen
    und Waisen usw. und wurde bereits zu Lebzeiten als Heilige angesehen.
    Heiligsprechung 1267.
    Bis zu Ausgang des Mittelalters weitreichende Verehrung (bis Wien, Trient,
    Antwerpen). Patronin Schlesiens.

    Literatur:
    ------------
    NDB 8; LThK 5; Verf.-Lex. d. MA II.
    ------------------------------------------------------------------------------
    ------------------------------------------------------------------------------
    --------
    Große Frauen der Weltgeschichte: Seite 214
    ****************************
    Hedwig von Schlesien
    ---------------------------
    1174-15.X.1243

    Als 1. regierender PIAST mit deutschem Namen bestieg Herzog Heinrich I. im
    Jahre 1201 den Thron von Polen und Schlesien. 15 Jahre zuvor hatte er einen
    Ritter nach Andechs am Ammersee gesandt, damit er die Tochter Hedwig des
    Grafen Berthold IV., Markgrafen von Istrien, Herzogs von Dalmatien, Kroatien
    und Mähren, für ihn freie. Das fürstliche Fräulein war 12 Jahre alt und lebte
    in der Obhut der Zisterzienserinnen von Kitzingen, als die Werbung erging und
    erhört wurde. Unter ritterlicher Bewachung rumpelte das blumengeschmückte
    Brautwägelchen ostwärts in die Fremde. Auf der Oderbrücke der Kronstadt
    Breslau nahm Herzog Heinrich der Bärtige die Erwählte in Empfang, nannte sie
    zärtlich "Jascha" und "Jadwiga" und versprach, ihr ein treuer und liebender
    Herr und Gemahl zu sein. 6 Kinder entsprossen der glücklichen Ehe, einer der
    Söhne fiel in der Tatarenschlacht bei Liegnitz 1241. Nach dem Tode ihres
    Gemahls, mit dem zusammen sie viele deutsche Siedler ins Land gerufen, viele
    Klöster gegründet und manche Not gelindert hatte, nahm sie das Ordenskleid
    der Zisterzienserinnen des Klosters Trebnitz, an dessen Stiftung sie ihre
    ganze Mitgift gewendet hatte. Sie legte kein Gelübde ab, um nicht auf ihre
    Einkünfte und damit auf die Möglichkeit des Wohltuns verzichten zu müssen.
    Schon zu Lebzeiten vom Volk wie eine Heilige verehrt, erlebte sie noch den
    glücklichen Maitag des Jahres 1235, an dem die Domglocken aller Lande die
    Heiligsprechung ihrer geliebten Nichte Elisabeth von Thüringen verkündeten.
    1267, 24 Jahre nach ihrem Tode, wurde auch Herzogin Hedwig, die Landesmutter
    von Schlesien, zur Ehre der Altäre erhoben, und 7 Jahrhunderte später
    erwählte eine friedlose Welt sie zur Schutzpatronin aller Heimatvertriebenen.
    ------------------------------------------------------------------------------
    ------------------------------------------------------------------------------
    --------
    GENEALOGISCHE TAFELN ZUR MITTELEUROPÄISCHEN GESCHICHTE
    ------------------------------------------------------------------------------
    ----------------------
    Wegener Dr. Wilhelm: Seite 163
    *******************
    66. Hedwig die Heilige
    ----------------------------

    Vermählt mit Heinrich I. Herzog von Schlesien (+ 1238 19/3) SS 19, 566;
    dann Nonne in Trebnitz nördlich Breslau,
    dort + 1243 9/10 und begraben;
    Dießen 14/10: Hadewigis ducissa Zlesie, filia Bertholdi ducis Meranie anno
    1241 Necr. 1, 28.
    ------------------------------------------------------------------------------
    ------------------------------------------------------------------------------
    --------
    GENEALOGISCHES HANDBUCH ZUR BAIRISCH-ÖSTERREICHISCHEN GESCHICHTE
    ------------------------------------------------------------------------------
    ----------------------------------------
    Dungern Prof. Dr. Otto: Seite 27
    ********************
    71. Hedwig, die Heilige
    ----------------------------

    Als Tochter des Herzogs Bertold vermählt mit Heinrich I. mit dem Barte,
    Herzog von Schlesien (MG.SS. 19.566), + 19.III.1238;
    dann Nonne in Trebnitz n. Breslau,
    dort + 9.X.1243 Nec. I. 27 (Diessen) und begraben.
    ------------------------------------------------------------------------------
    ------------------------------------------------------------------------------
    -------
    1188/92
    oo Heinrich I. der Bärtige Herzog von Schlesien
    1165/70-19.3.1238





    7 Kinder:

    Boleslaw
    1190/94-10./11.9.1206/08

    Agnes
    1190/1200-11.5. vor 1214

    Sophia
    1190/1200-22./23.3. vor 1214

    Konrad
    1191/98-4./5.9.1213

    Heinrich II.
    1196/1204-9.4.1241

    Gertrud 1. Äbtissin von Trebnitz
    1200-30.12.1268

    Sohn
    11./12.1208- 1214/17





    Literatur:
    ------------
    Die Andechs-Meranier in Franken. Europäisches Fürstentum im Hochmittelalter.
    Verlag Philipp von Zabern Mainz 1998 Seite 29,64, 94-96,98-
    100,116,134,145,245,248,266,287-293,295,337,374 - Schnith Karl: Frauen des
    Mittelalters in Lebensbildern, Verlag Styria Graz-Wien-Köln 1997, Seite 254-
    269 -














    • Arold!

      ales' mi zrobioou ucieha tymi wszyskimi piyknymi linkami.

      Piyknie Ci dziynkuja. "Schlesien" i "Preussen" powysyuou'eh mojim kolegoom,
      coby sie tyrz podziwali.
      • Rozdział I

        Żywot świętej Jadwigi zaczyna się okresem jej dziecięctwa, następnie obejmuje
        okres jej małżeństwa, z umiłowaniem przez nią czystości i wstrzemięźliwości
        Jadwiga, teraz już święta w Niebie, na ziemi pochodziła ze szlachetnego rodu,
        dzięki czemu wyróżniała się wrodzoną delikatnością obyczajów i wytwornością,
        ale nade wszystko rozsławiała ją zacność życia duchowego. Tak więc piękno
        wlanych jej przez Boga łask i darów uświetniła jeszcze znakomitość jej rodu, a
        świetność jej przodków wysublimowała szlachetność jej cnót i piękno jej umysłu.

        Jadwiga była bowiem córką wielmożnego księcia Bertolda, margrabiego Badenii,
        hrabiego Tyrolu i księcia Meranii; za matkę miała Agnieszkę, równie szlachetnej
        krwi, pochodziła ona bowiem z rodu margrabiów wschodnich; była córką Dedona,
        margrabiego wschodniego i hrabiego Rochlitz; ten zaś był synem Konrada,
        margrabiego miśnieńskiego, łużyckiego i landsberskiego. Stąd też córka, jak
        wyborny owoc z najszlachetniejszego drzewa, przez długie lata nie straciła
        słodyczy dobroci, mocy i woni, jako że wspomożona błogosławieństwami, zachowała
        te dary dla potomnych, którym służyły na pocieszenie. Święta Jadwiga od
        dzieciństwa posiadała nieprzeciętną dojrzałość; lubiła pracować, unikała zaś
        łatwizny. Wzrastała w dobrych obyczajach, unikając młodzieńczej płochości.
        Zachowując czystość niewinnego życia, pilnie starała się utrzymać czystość
        serca w uczciwości i wewnętrznym ładzie. We wszystkich tych i innych sprawach
        nauczycielami jej byli wyznaczeni przez rodziców opiekunowie, jednakże
        właściwym przewodnikiem jej dobrego postępowania był Duch Święty, który od
        najmłodszych lat uczył ją bojaźni Bożej, a także wstrzemięźliwości od każdego
        grzechu, tak że zachowała duszę czystą, wolną od wszelkiej pożądliwości. Nigdy
        więc nie uczestniczyła w zabawach, unikała kontaktów z tymi, którzy gonili się
        w igraszkach.

        Chrystus na krzyżu błogosławi Jadwigę


        W wieku dziecięcym już, w klasztorze w Kitzingen, uczyła się Pisma świętego, a
        kontakt z Pismem św. utrzymywała i w młodości, dzięki czemu Biblia stała się z
        biegiem czasu bogatym źródłem jej wewnętrznej pobożności i płynącej stąd łaski.

        Jadwiga miała czterech braci i trzy siostry: jedna poślubiła króla Francji
        Filipa, druga wyszła za mąż za króla Węgier Andrzeja. Z tej zrodziła się owa
        chwalebna i obecnie już w Niebie święta Elżbieta, małżonka landgrafa
        turyngskiego; jej prześwięte szczątki spoczywają w Marburgu. Trzecia była
        ksienią zakonnic świętego Benedykta w leżącym we Frankonii wspomnianym
        Kitzingen. Jeden z braci, Bertold, został patriarchą akwilejskim; drugi,
        mianowicie Egbert, był biskupem w Bambergu; pozostali dwaj Otto i Henryk -
        wychowani w świeckości i zawodzie rycerskim, odziedziczyli władztwo.

        Samą zaś Jadwigę, służebnicę Pańską, w wieku lat 12 połączono węzłem małżeńskim
        z wielmożnym księciem Henrykiem, władcą Śląska i Polski. Tego więc szlachetnego
        męża poślubiła - jak Sara - nie z pożądliwości, lecz z woli Bożej. Zawierając
        bowiem małżeństwo czyniła to jak powszechnie mówiono - wypełniając raczej wolę
        rodziców aniżeli własną, aby po ustaniu pożycia małżeńskiego najwyraźniej mogła
        stwierdzić, że już wówczas związała się nie ukrywanym zobowiązaniem do
        wstrzemięźliwości. Związana węzłem małżeńskim starała się - zgodnie z nauką
        Apostoła - we wszystkim strzec uczciwości związku i nieskalaności łoża
        małżeńskiego, zachowując jak najdokładniej prawa i obowiązki małżeńskie.

        Spodziewając się przez rodzenie dzieci osiągnąć wieczne zbawienie, a
        równocześnie pragnąc przypodobać się Bogu umiłowaniem czystości, za zgodą męża
        związała się prawnie wstrzemięźliwością, na ile na to pozwalał stosowny czas.
        Zaraz po poczęciu postanowiła - zachowując pełny szacunek dla męża - odłączyć
        się od łoża małżeńskiego i stosunków cielesnych aż do chwili urodzenia dziecka.
        Tej świętej zasady i uczciwego obyczaju przestrzegała od pierwszej ciąży, która
        była ze względu na wiek Jadwigi (13 lat i 13 tygodni) ciężka, i praktyki tej
        nie wyrzekła się do czasu, gdy przestała rodzić.

        Jadwiga została matką trzech synów: Bolesława, Konrada i Henryka, oraz trzech
        córek: Agnieszki, Zofii i Gertrudy. Po urodzeniu tych dzieci zdecydowała się na
        bezwarunkową wstrzemięźliwość i o tym sposobie wstrzemięźliwości, uświęconym
        przez Matkę Kościół, pouczała inne kobiety. W szczególności pouczała swoją
        synową, księżnę Annę, by zachowywała tę zasadę ze specjalnym upodobaniem,
        stawiając siebie za wzór.

        O, jakże szczęśliwe są kobiety, które pozostając w węzłach małżeńskich usiłują
        naśladować przykład tej świętej niewiasty! Jadwiga, jak powiadają, starała się
        nie tylko sama, poza poczęciem potomstwa, żyć wstrzemięźliwie, ale zbawiennymi
        radami i napomnieniami skłoniła swego wielkodusznego małżonka, aby razem z nią
        zachowywał dobrowolnie wstrzemięźliwość przez cały Adwent i Wielki Post, we
        wszystkie Suche Dni czterech pór roku, w wigilie świąt, w dni świąteczne i
        niedziele. Sądziła bowiem, że oddawanie czci świętym nie jest Bogu tak miłe,
        jak wstrzemięźliwość cielesna. Jadwiga i jej małżonek czasami przez okres
        miesiąca, czasem nawet sześć lub osiem tygodni przebywając w jednej łożnicy
        wstrzymywali się od stosunków cielesnych. Z tak świętego drzewa wyrosły więc
        święte gałęzie, z dobrego bowiem drzewa rodzi się dobry owoc. Potomstwo, które
        rodzili tak zacni rodzice,' starało się ze wszech sił czcić Boga i szerzyć
        pobożne obrzędy.

        Syn ich, książę Henryk, następca na tronie ojca, był mężem oddanym Bogu i
        spełniał miłosierne uczynki. On to, wierny i dzielny rycerz Chrystusa, stawił
        opór Tatarom w obronie ludu Bożego, a przelawszy krew, poniósł śmierć w roku
        Pańskim 1241, piątego dnia Id kwietniowych. Córka ich, księżniczka Gertruda,
        naśladując przykładne życie pobożnych rodziców, ale nie idąc w ich ślady
        małżeńskie, obrała raczej służbę Bogu w czystości dziewiczej, w zakonie
        cysterskim.

        A ponieważ ci szczęśliwi małżonkowie żyli w zbożnej myśli cnotliwie i w
        czystości zgodnie z nauką Bożą, aby w ten sposób zasłużyć na większą łaskę
        Bożą, przeto jednomyślnie i zgodnie postanowili zobowiązać się solennie, z
        błogosławieństwem biskupim, iż do końca życia zachowają wstrzemięźliwość.
        Wspomożeni duchem Bożym przez około 30 lat rozłączeni od łoża, przeżyli w
        pojedynkę życie ozdobione przedziwnie pięknem czystości.

        Przez cały ten czas Jadwiga, jako służebnica Pańska, modliła się jak
        najżarliwiej, aby tego blasku czystości, który już wtedy był znany ogółowi i
        bardzo często potwierdzany oczywistymi znakami wobec wielu świadków, nie
        dotknęło w jakiś sposób oczernianie nieprawej opinii, ludzi grzesznych, którzy
        z łatwością dopuszczają do siebie materię skandalu i róże dobrych uczynków
        rozkwitające obok nich ranią oszczerczym językiem jakby ostrzem kolców. Z tego
        powodu Jadwiga unikała spotkań z mężem, aby nie zwracać się doń i nie rozmawiać
        o byle czym, chyba że chciała poruszyć w rozmowie z nim dzieła pobożności,
        nadań duchowieństwu lub uczynki miłosierdzia wobec ludzi pozostających w nędzy.
        Jednakże nie czyniła tego nigdzie indziej, jak tylko w miejscu publicznym albo
        w kościele, bądź w obecności wielu osób, a przynajmniej dwóch
        nieposzlakowanych, które by słyszały jej słowa.

        Męża, gdy był chory, nie odwiedzała, chyba że towarzyszyły jej synowa, księżna
        Anna, i inne kobiety. A gdy przebywała w Trzebnicy, odpoczywała w sali
        sypialnej z siostrzyczkami, którym dawała przykład żaru swej pobożności i
        przeczystej cnoty, dzięki czemu rozciągała na współuczestniczki modlitwy dobrą
        sławę. Mnichom, którzy często ją odwiedzali, zapewniała godne i odpowiednie
        pomieszczenia, w których z dala od życia świeckiego łatwiej było uniknąć
        niegodziwych pomówień.

        Przyjaciółka Chrystusa starała się zawsze zachować wobec Boga największą
        pobożność, a wobec bliźnich największą uczciwość. Zawsze dbała o to, aby mieć w
        domu ucz
      • Rozdział II

        O pokorze świętej Jadwigi

        Jadwiga, służebnica Boża, wiedząc, że Syn Boży Jezus po to zstąpił na ziemię,
        aby ludzi nie tylko słowami, lecz także przykładem swej pokory nauczać,
        okazywała także, o ile tylko mogła, pokorę we wszystkich sprawach, a
        obyczajność swoją wzorowała na tych niewiastach, które w bojaźni Bożej świeciły
        świętym sposobem życia, a których nie zdobiły zewnętrzne sztuczne fryzury ani
        złote klejnoty, ani strojne ubiory, lecz zdobiło to, co jest ukryte w sercu
        człowieka: nieskażony, łagodny i spokojny duch.

        A zatem od zarania młodości nie zamawiała szkarłatnych sukien ani nadmiernie
        kosztownej czy strojnej bielizny; wręcz przeciwnie, od czasu, gdy była
        dziewczyną zadowalała się skromną odzieżą, albowiem ani w niej, ani w wygodnym
        życiu nie szukała świetności, lecz ograniczała się do rzeczy niezbędnych. Czy
        to w zgrzebnym przyodziewku lub skromnych sukniach, czy też w bogatym, jej
        przynależnym stroju, w którym od czasu do czasu zdarzało się ludziom ją
        zobaczyć, nigdy nie ustawało w niej bić serce pobożne i pokorne. Na głowie jej
        nie widywano szafranowych lub fałdowanych czepców, jej odzieży i ramion nie
        zdobiły zapinki ze złota z kameami ani palców kosztowne pierścienie, albowiem
        gardziła wszelkimi oznakami dostojeństwa czy też próżnej sławy i podobnie jak
        Estera nie nosiła ich od czasów młodości.

        Jadwiga słuchając pobożnej lektury, zapomina zjeść bułkę, którą trzyma w ręku


        Po pewnym czasie, gdy weszła w okres dojrzałości i przyzwyczaiwszy się do
        opisanego umiłowania skromności, wszystkie swoje uroczyste i kolorowe szaty
        odrzuciła i przywdziała szarą suknię, a tylko na uroczystości wkładała skromny
        strój kamlotowy. Pragnąc zaś iść w ślady Chrystusa w umiłowaniu pobożności i
        pokory, z wewnętrznego nakazu duszy opuściła zamek i przeniósłszy się z
        nieliczną służbą do Trzebnicy tam w klasztorze panien zakonu cysterek służyła
        Bogu jeszcze za życia i za zgodą swego małżonka, wypełniając tę; służbę dobrymi
        uczynkami.

        Henryk, szczęśliwy z tego powodu, rządził Polską, a będąc nie tylko
        wielbicielem świątobliwości swej małżonki, niewiasty świętej, lecz również -
        stawszy się sam miłośnikiem cnotliwego życia - wkroczył na ścieżki jej
        czystości i pokory, o ile to tylko było dlań możliwe. Albowiem z Pańskiego
        natchnienia i z ciągłych pouczeń swej świętej żony, sam stał się; prawic
        mnichem - nie przez ślubowanie wprawdzie ani strój zakonny, ale przez dewocyjną
        pobożność serca i przez ducha pokory, który jaśniał w jego czynach. Nosił stale
        okrągłą tonsurę i niezbyt długą, lecz uformowaną rzadkim strzyżeniem brodę. Z
        tego powodu aż po dziś dzień, ilekroć wspomina się gdziekolwiek księcia, nazywa
        się go Henrykiem Brodatym.

        Henryk, będąc wspaniałym księciem, zniżał się jednak w swej skromności do
        poziomu ubogich prostaczków, aby przyjmować ich pokornie i łaskawie, gdy mu
        kiedykolwiek przynosili niewielkiej wartości podarunki. Uważał bowiem, że owe
        dary przyniesione przez ludzi ubogich i ze wsi, jak na przykład koszyk z
        jajami, mają większą wartość niż dary bogaczy. Rozważał te myśli w sobie i
        mawiał: "Ponieważ ten ubogi człowiek ofiarował mi jadło odjęte od własnych ust,
        przeto otrzyma w zamian również zapłatę i dary".

        Jest zatem pewne, że przy świętej i dobrej niewieście mąż stał się również
        świętym człowiekiem. Aczkolwiek według prawa poddana Henrykowi, to ona właśnie
        stała się mistrzynią w jego cnotliwym i pobożnym życiu.

        Święta Jadwiga pozostając w klasztorze trzebnickim i wdziawszy habit
        tamtejszych sióstr, nie złożyła ślubów tego zakonu i nie związała się
        posłuszeństwem. Należy jednakże uznać, że doznała wywyższenia przez swe dzieła
        pobożności i pocieszania ubogich.

        Jej córka zaś, przebywając w tym klasztorze, po śmierci ojca jak najbardziej
        stanowczo namawiała matkę, aby ta związała się z zakonem ślubami posłuszeństwa.
        Na to odpowiedziała Jadwiga: "Czyż nie wiesz, córko, jak wielką zasługą wobec
        Boga jest jałmużna? I starała się przekonać córkę, że jej postanowienie
        niewiązania się ślubami posłuszeństwa nie umniejsza jej zasług wobec Boga;
        chciała bowiem mieć w klasztorze, którego była fundatorką, swobodę w swej misji
        pocieszania ubogich z miłości do Chrystusa i być przewodniczką i rządczynią.

        Przeto w klasztorze, przestrzegając milczenia i skrupulatnie zachowując
        wszystkie reguły, Jadwiga przewodziła siostrom nader surowym życiem.

        Prócz tego, co powiedziano już o odzieży tej świętej niewiasty i jej skromności
        oraz prostocie, nie można - jak sądzę - pominąć tego, że księżna nigdy nie
        chciała włożyć nowej sukni, jeżeli przedtem nie była używana i częściowo
        zniszczona przez jakąś inną kobietę z nią współmieszkającą. Nosiła więc dla
        pokory tak długo jakąś odzież, aż ta ze starości zupełnie zużyła się i wprost
        świeciła dziurami. Doszło do tego, że pewnego razu jedna z sióstr
        przebywających w pobliżu księżny, zobaczywszy ją w wytartym płaszczu,
        zawołała: "Księżno, jak długo jeszcze bawić cię będzie noszenie tego płaszcza?
        Ściągnę go z twych pleców i dam potrzebującemu biedakowi". Jadwiga zaś, jako że
        zawsze była łagodna i pełna pokory, odpowiedziała jej w słodyczy serca: "Jeżeli
        gorszysz się tym, że noszę wytarty płaszcz, natychmiast go załatam". I zaraz,
        włożywszy inny płaszcz, stary odrzuciła, tym jednym uczynkiem wypełniając
        podwójne dzieło pokory: nosząc zniszczoną odzież, dla Chrystusa narażała się na
        śmieszność, a na napomnienie zwykłej siostry ów budzący drwiny przyodziewek
        odrzuciła pośpiesznie, dając tym samym przykład swej zgodliwości i braku uporu.

        Służebnica Boża Jadwiga zawsze była pokorna w swych opiniach, ceniła natomiast
        wysoko zdanie innych ludzi. We własnym mniemaniu nie była nikim innym, jak
        tylko grzesznicą, w rzeczywistości zaś - można powiedzieć była naczyniem
        szczerości sumienia i duszy wobec Boga i aniołów, pełnym wszelkiej
        świątobliwości. Wobec ludzi jawiła się jako promieniujące przykładnością życia
        zwierciadło. O sobie mniemała, że brak jej świętości, innym zaś z uniesieniem
        przypisywała dobroć i nie przestawała ich wywyższać. W duchu pobożności i z
        właściwą sobie pokorą była skłonna padać na kolana przed duchownymi i ludźmi,
        których uważała za dobrych, obejmując ich i darząc pocałunkami.

        Gdy siostry w godzinie posiłku zbierały się przed stołem, księżna podchodziła w
        refektarzu do stall i składała na poszczególnych siedziskach sióstr pocałunki.
        Podobnie działo się w sypialni sióstr, gdzie wszystkie stopnic i przejścia,
        przez które przechodziły siostry, między innymi podnóżki umieszczone przed
        łóżkami, a także rózgi, którymi wymierzano kary, Jadwiga pobożnie i pokornie
        całowała. Uważała bowiem, że wszystko, czego dotknęły zakonnice i ludzie
        służący Bogu, i wszystko, z czego te osoby korzystały, jest święte; dotykała
        więc wszystkiego swym pocałunkiem pełnym czci, aby przez zasługi dobrych i
        sprawiedliwych ludzi, którym oddawała cześć w nieożywionych przedmiotach, mogła
        ona zasłużyć na darowanie win i na największą łaskę Bożą. Te codzienne
        ćwiczenia pokory nie mogły odbywać się bez wspaniałej wewnętrznej słodyczy.
        Jakoż więc Bóg, który zważa na modlitwę pokornych, mógłby jej nie wywyższyć w
        błogosławieństwie swej miłości i nie dać jej jako przykładu do naśladowania?

        Zdarzyło się, że jedna z zakonnic klasztoru trzebnickiego zapragnęła przekonać
        się, w jaki sposób służebnica Chrystusowa, pozostając w samotności, oddaje się
        pobożnym praktykom; gdy inne zakonnice leżały w sypialniach, potajemnie weszła
        do kościoła i zobaczyła Świętą, która przechodząc składała zbożne pocałunki na
        poszczególnych klęcznikach i miejscach, których dotykały stopy sióstr. Zwykłym
        obyczajem Jadwiga zwróciła się do Stwórcy o łaskę dla wszystkiego, co
        wystawiono w tym kościele przed ołtarzem ku czci chwalebnej Dziewicy, na którym
        wznosił się wysoki krucyfiks, wyraziście odtwarzający Ukrzyżowanego i budzący
        • Zdarzyło się, że jedna z zakonnic klasztoru trzebnickiego zapragnęła przekonać
          się, w jaki sposób służebnica Chrystusowa, pozostając w samotności, oddaje się
          pobożnym praktykom; gdy inne zakonnice leżały w sypialniach, potajemnie weszła
          do kościoła i zobaczyła Świętą, która przechodząc składała zbożne pocałunki na
          poszczególnych klęcznikach i miejscach, których dotykały stopy sióstr. Zwykłym
          obyczajem Jadwiga zwróciła się do Stwórcy o łaskę dla wszystkiego, co
          wystawiono w tym kościele przed ołtarzem ku czci chwalebnej Dziewicy, na którym
          wznosił się wysoki krucyfiks, wyraziście odtwarzający Ukrzyżowanego i budzący
          dla Niego cześć. Tam, gdy zatopiona w modlitwie księżna - jak miała zwyczaj
          uczyniła małą przerwę, Ukrzyżowany, wyzwoliwszy ramię i rękę od drzewa krzyża,
          wyciągał je nad nią i błogosławił mówiąc donośnym głosem: "Wysłuchana jest
          modlitwa twoja i o co prosisz, z pewnością otrzymasz". Wiarygodne jest
          przypuszczenie, że Jadwiga modliła się wówczas do Boga, aby i siostry, do
          których śladów wielokrotnie zniżała się, wyróżniały się dobrymi uczynkami i aby
          Bóg nie zabronił jej uczestnictwa w ich zasługach z łaskawości Zbawiciela. Do
          tych praktyk pokory, w których księżna się lubowała, ilekroć była ku temu
          sposobność, troskliwie namawiała napomnieniami i przykładem.

          Bywało, że nieraz podchodząc do ręczników, którymi siostry przedtem wycierały
          ręce po myciu, i widząc brud na płótnie, obdarzała mocniej ręczniki
          pocałunkami, a kierowana słodyczą miłości i cnotą pokory, na ręcznikach
          zwilżonych brudem czyniła znak krzyża i dotykała nimi oczy i piersi niby
          kosztownymi relikwiami. Brała naczynie z wodą, w której siostry obmywały swe
          nogi, i wodą tą wielokrotnie przecierała swe oczy, a nieraz i całą twarz; co
          więcej, godne jest podziwu, że obmywała tą wodą i głowę, i szyję, a także
          twarze i głowy swoich potomków- pochodzących od synów, w ich okresie
          dziecięctwa. Miała bowiem mocną nadzieję i wierzyła, że świętość sióstr,
          których dotykała ta woda, posłuży do zbawienia jej samej i wnuków. Swoją synową
          Annę powiadomiła o tych zabiegach i gorliwie nakłaniała do podobnych praktyk.

          Biorąc za przykład pokornego Zbawiciela, który - jak poucza Ewangelia - obmył
          stopy ubogich Apostołów, w wielkim podnieceniu bardzo często obmywała nogi
          biedakom i wytarłszy lnianym ręcznikiem całowała w pokorze nie tylko stopy,
          lecz również ich ręce, a dając im jałmużnę starała się, by żegnali ją
          pocieszeni. W Wielki Czwartek ze specjalnej miłości do Chrystusa, który dla nas
          chciał być uważany za trędowatego, obmywała nogi trędowatym i okrywała ich
          świeżą odzieżą.

          Ubóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa, który dla nas stał się nędzarzem,
          wielbiła taką miłością i czciła takim obyczajem, aby zawsze mieć przy sobie
          ubogich, szczególnie wówczas, gdy udawała się na spoczynek. Wówczas owym
          biedakom z pokornym sercem własnoręcznie na klęczkach podawała wieczerzę, zanim
          sama do swojej zasiadła, a zasiadając do niej nie użyła napoju, zanim ze swej
          szklanicy nie napoiła ubogiego, który wśród innych wyglądał na najbardziej
          ułomnego. Miejsca te, na których siedzieli nędzarze, dotykała swymi wargami -
          jeśli tylko mogła to uczynić potajemnie - w zbożnym pocałunku; w ten sposób
          wielbiła Chrystusa w ubogich, tak jakby byli oni Jego szczególnymi
          przyjaciółmi.

          Pewnego razu poprosiła jedną z sióstr, aby przyniosła jej resztki jedzenia,
          które pozostawili biedacy przy stole sióstr, a w zamian dała zakonnicom
          nietknięte bochenki pszennego chleba. Troszczyła się o to, by w dobroczynnej
          pobożności odwiedzać zgromadzenia zakonne w ich posiadłościach, lecz w trosce o
          to, by nie sprawić ciężaru zakonnikom, zatrzymywała się przed ogrodzeniem
          klasztoru, a także nie pozwalała nikomu ze swej świty, by cokolwiek zabierano
          na niekorzyść zakonu.

          Potrawy osób duchownych uważała za pokarm świętych aniołów; okruchy pieczywa
          zbierane przez żebraków ze stołów zakonników i zakonnic, którym przydzielano je
          jako jałmużnę, odpłatnie odzyskiwała i zanim je spożyła razem z pokarmem,
          oddawała im cześć wielokrotnym całowaniem. Pragnąc mieć zawsze przy sobie
          biednych, w których się lubowała, wybrała spośród innych biedaków dwie ubogie
          niewiasty, którym poleciła każdego tygodnia iść pod furtę lubiąskiego
          klasztoru, aby stamtąd przyniosły od zakonników nieco chleba i sera specjalnie
          dla niej na posiłek. Podobnie po posiłku osób duchownych, z którymi czasami
          wspólnie spożywała wieczerzę, zbierała resztki pokarmu dla siebie, darząc je
          najwyższą czcią, jakby to były relikwie świętych. Pragnęła bowiem na wzór
          nędzarza Łazarza spożywać raczej pokruszone pieczywo żebraków, aniżeli sycić
          się wykwintnym pieczywem lub delikatnymi potrawami, mając na uwadze słowa
          wypowiedziane przez niewiastę kananejską, że "i szczenięta jedzą okruszyny
          spadłe ze stołu panów". Pokarmem wszystkich ubogich a zwłaszcza duchownych,
          których uważała nad się wywyższonych nie bogactwem wprawdzie, lecz świętością,
          delektowała się tak dalece, że pokarm ów uważała za relikwie. Pragnęła na wzór
          Chrystusowych szczeniąt, czyli nędzarzy poniżanych i wzgardzonych przez świat,
          uformować siebie, o ile to tylko było możliwe. Dlatego też od tych, których
          najtroskliwiej żywiła, bardzo często - jak już wspominaliśmy - żebrała.

          Ta służebnica Boża uczyła pokory całym swym życiem, aż do końca nią się
          wyróżniając. W chwili śmierci także ją zachowała, albowiem przy końcu swego
          życia, gdy omawiano jej pogrzeb, Jadwiga najpokorniej prosiła, by pochowano ją
          na wspólnym cmentarzu cysterek lub w jeszcze skromniejszym miejscu w kościele
          (o czym będzie mowa na końcu rozdziału o jej duchu proroctwa). Przeto żyjąc i
          umierając postępowała za Chrystusem, który powiedział: "Uczcie się ode mnie, bo
          jestem cichy i pokornego serca".

          • Rozdział III

            O cierpliwości świętej Jadwigi

            Jadwiga, jak najgorliwiej starając się zachować cierpliwość, ową towarzyszkę i
            przyjaciółkę pokory najbardziej nam wszystkim potrzebną, jako że dzięki niej
            możemy posiąść duszę swoją zgodnie ze słowami Pana naszego, na nikogo nigdy nie
            gniewając się ani nikomu nigdy nie odpowiadając grubiańskim słowem, lecz wręcz
            przeciwnie wszystkich łaskawie pokrzepiając słowami pocieszenia okazywała
            przyjaźń każdemu człowiekowi, jakby mu błogosławiła zgodnie ze swą dojrzałą
            pobożnością.

            Albowiem ktokolwiek w jakimkolwiek wypadku nie ustrzegł się oznajmienia
            księżnie czegoś niepokojącego lub boleśnie poruszającego, nic innego od niej
            nie usłyszał, jak tylko takie lub im podobne słowa, wypowiedziane
            łaskawie: "Dlaczegoś to uczynił? Niech ci Bóg wybaczy!"

            Zdarzyło się kiedyś, że jeden z jej pokojowców, imieniem Chwalisław, zgubił
            trzy piękne srebrne dzbanki należące do niej. Jadwiga nie rozgniewała się ani
            nie okazała niezadowolenia, lecz rzekła tylko: "Idź i szukaj staranniej, może
            przypadkiem uda ci się znaleźć naczynia, które strzegłeś niedbale i zgubiłeś".
            A wypowiedziała to z tak wielką skromnością, że ów Chwalisław nie mógł się
            użalać, skoro dopuścił się opisanego niedbalstwa, do którego sam później się
            przyznał.

            W chwilach wielkiego niepokoju Jadwiga ujawniała zawsze odważnego ducha,
            podobnie jak mocny mężczyzna o łagodnym obliczu, świadczącym, że cierpliwość
            zwycięża wszystkie niepomyślności. Usłyszawszy od wysłańca, że jej mąż, książę
            Henryk, dostał się do niewoli i obolały od ran pozostaje u Konrada, księcia
            kujawskiego, z całą łagodnością i w spokoju ducha powiedziała: "Mam nadzieję,
            że Pan Bóg szybko go uwolni i przywróci do pełni zdrowia po całkowitym
            wyleczeniu ran". Co też się stało.

            Jadwiga poucza swego zarządcę Lotolda, aby był dla swoich poddanych miłosierny


            A gdy z wyżej wymienionym ciemiężycielem dokonywano wielu pertraktacji i
            przedstawiono ugodowe propozycje, a żadne nie mogły dojść do skutku i uwolnić z
            więzów księcia Henryka, zebrała się narada, która uznała za konieczne
            uwolnienie księcia zbrojną ręką przy użyciu oddziałów wojskowych z ludu
            śląskiego. Służebnica Chrystusowa przeraziła się, że chrześcijanie będą walczyć
            między sobą, by zadać przeciwnikowi klęskę i wylać morze krwi, i wobec
            wszystkich oznajmiła, że sama pójdzie na spotkanie z przeciwnikiem, który
            uwięził jej męża.

            Konrad, ujrzawszy służebnicę Bożą, jakby na widok anielskiego oblicza nagle
            strwożony i przejęty lękiem, zupełnie zrezygnował ze swej nieugiętej dotychczas
            wrogości, przystąpił do ugody i uwolnił księcia. Przeto przyjaciółka
            Wszechmogącego, która zwyciężyła niecierpliwość i złość przeciwnika wyłącznie
            cnotliwym działaniem, także w innych przypadkach uciekała się do tej broni.

            Istnieją jeszcze inne przykłady cierpliwości Jadwigi, o których nie należy
            milczeć dla naszego zbudowania i dla jej chwały. Gdy bowiem zgasł jej małżonek
            książę Henryk, który zmarł około 1237 roku, gdy wszystkie niepocieszone siostry
            w Trzebnicy płakały, modląc się w intencji tak wielkiego i hojnego patrona i
            fundatora klasztoru, aby niejako łzami udowodnić, że im brak sił, a liczne
            siostry nawet omdlewały, Jadwiga zjawiwszy się wśród nich z suchymi oczami
            zdawała się zaprzeczać niewieściemu sercu, napominając łagodnie: "Czemu się
            niepokoicie? Czyż nie wiadomo wam, że Stwórca, nie bacząc na nasze uczucia,
            może i musi czynić ze swym stworzeniem wszystko, co Mu się podoba? Z Jego łaski
            pochodzą dotyczące nas działania, a nam przystoi przede wszystkim pocieszenie.
            Jesteśmy bowiem stworzone przez Niego".

            To powiedziawszy zdołała powstrzymać łzy sióstr i uspokoić ich zbyt gwałtowną
            żałość. A przecież pocieszała owe siostry, gdy okoliczności dotyczyły jej
            osobistego zmartwienia; nie dlatego, że śmierć męża była jej obojętna wszak
            miłowała go, jako że był mężem cnotliwym i życzliwym dla swego ludu - ale
            dlatego, że poddała się woli Bożej i chciała dać przykład siostrom stałością i
            cierpliwością w chwili doświadczenia.

            Zdarzyło się podobnie, gdy usłyszała, że syn jej, Henryk, poległ w bitwie z
            Tatarami. Nie roniąc żadnych łez ani nie okazując żadnych oznak bólu,
            pocieszała córkę swoją, ksienię trzebnicką, i synową swoją, małżonkę poległego
            księcia, płaczące i niemal omdlewające z rozpaczy: "Taka była wola Boża, a nam
            trzeba się z nią pogodzić; tego chciał Bóg i tak się podobało naszemu Panu". W
            tej samej godzinie także rozradował się w Panu jej duch i wzniósłszy do nieba
            oczy i ręce powiedziała: "Dzięki Ci czynię, Panie Boże, że raczyłeś mi dać
            takiego syna, który za życia zawsze mnie kochał, otaczał wielkim szacunkiem i
            nigdy niczym nie przysparzał zmartwień. Oczywiście byłoby bardzo dobrze mieć go
            na ziemi przy sobie, przecie jak najbardziej raduję się, że przez przelanie
            swej krwi dla Ciebie, swego Stwórcy, związany został z Niebem. Dlatego gorliwie
            polecam Tobie, nasz Panie Boże, jego duszę".

            Tymi darami pokory i cierpliwości, którymi święta Jadwiga w pełni łask stale
            obdarzała Boga, dając najwznioślejsze przykłady, wzmacniała pomyślnie swe losy
            i górowała przy tym nad przeciwnościami. Pokorą swoją uczyła, że pomyślne losy
            nikogo nie wywyższają, a przeciwności nie obalają człowieka.


            • Rozdział IV

              O skromnym stylu życia świętej księżny Jadwigi

              Aby móc żyć dla Chrystusa, który za nas wszystkich poniósł śmierć, święta
              Jadwiga leżąc na ziemi umartwiała chłostą członki swego ciała, przyjmując co
              dzień krzyż udręczenia, nie bojąc się niczego, bo żyła dla miłości Chrystusa,
              który jako Baranek wiedziony na zabicie z największej miłości do nas i dla nas
              wszystkich zechciał ponieść śmierć na krzyżu. W ciele swym zabijała grzechy
              mieczem zadawanego cierpienia, poskramiała cielesne popędy, opanowywała
              występną myśl, na zewnątrz kształtowała siebie jako człowieka bogatego w łaskę,
              a wewnętrznie postępującego cnotliwie. Przestrzegała postu także w dni
              powszednie, z wyłączeniem niedziel i niektórych świąt, kiedy przyjmowała
              posiłek odżywczy. Od czterdziestego roku życia wstrzymywała się całkowicie od
              jedzenia mięsa i pokarmów smażonych na tłuszczu zwierzęcym, nie ustępując nigdy
              ani żadnym prośbom, ani żądaniom, aby poniechać tego chwalebnego zwyczaju.

              Zdarzyło się pewnego razu, że jej brat, biskup hamberski Ekbert, którego czciła
              i kochała, jak wypada kochać brata, niezadowolony skarcił ją, że nie posilała
              się tego rodzaju pokarmami, ale i wówczas księżna nie zmieniła zdania dla
              dobrej przecież rady zacnego człowieka, przez nią kochanego, i uparła się przy
              świętym zwyczaju, który dla miłości Bożej już od pewnego czasu stosowała przy
              Pańskiej pomocy.

              Jeszcze za życia swego małżonka, zanim powszechnie rozeszła się wiadomość o jej
              godnej podziwu pobożności i związanej z nią abstynencji, w dni, w których inni
              spożywali mięso, a dla niej przypadały dni postu od mięsa, w towarzystwie
              księcia Jadwiga oszukiwała służbę udając, że je, gdy tymczasem ugniatała mięso
              i rzucała pod talerz, udając, iż mięso to spożyła. A czyniła to tak sprytnie,
              że trudno było poznać, co z tym mięsem robiła. Dlatego nie przygotowywano dla
              księżny innego jadła postnego.

              Jadwiga panowała nad pokarmowymi potrzebami ciała, znosząc często głód, a mimo
              to zawsze była pełna radości w uduchowionej myśli radującej się w Bogu. Gdy
              zatem uparcie odmawiała pokarmu mięsnego, ksiądz Wilhelm z Modeny, legat
              Stolicy Apostolskiej, złożonej słabością Jadwidze polecił, aby wzmocniła siły
              spożywaniem mięsa. Jadwiga zaś, jakkolwiek wypełniła polecenie legata, niemniej
              odparła, że duch jej bardziej jest obciążony faktem jedzenia mięsa, niż ciało
              udręczone dość ciężką chorobą, podczas której nie przerwała pracy.


              Jadwiga w czasie snu widzi duszę swego syna Henryka niesioną przez aniołów do
              nieba
              Tak zatem pouczana przez Boga i przez Najwyższe Światło niewiasta rozumiała,
              że wstrzemięźliwość jest woźnicą cnót i że Bóg nie przyjmuje ofiary dobrych
              uczynków, jeżeli brakuje im soli wstrzemięźliwości. Przyjęte umartwienia
              wzmacniała stosowanymi modyfikacjami. Jak tylko mogła, pilnie spełniała swe
              zadania, aby osła duszy, to jest ciało swe, dręczyć z dostatecznym
              okrucieństwem chłosty, a siły podtrzymywać skromnym pożywieniem, żeby
              przypadkiem nie przeciążyć ciała nieumiarkowaniem i nadmiernością, lecz zmusić
              je do Bożego jarzma, aby znieść ciężar dnia, a gdy Pan dozwoli, dojść do czasu
              przewidzianego na zapłatę.


              Bez wątpienia z tej właśnie przyczyny Jadwiga różnicowała dni tygodnia i
              stosowała taki system postu, że w niedziele, środy i piątki odżywiała się
              rybami i nabiałem, w piątek wieczorem i we wtorek surowymi jarzynami, a w
              czwartki i soboty tylko chlebem i wodą. Ten sposób postu zachowywała Jadwiga w
              swej służbie Boga i stopniowo stawała się coraz mocniejsza duchem. W
              poszczególnych dniach karmiła się jedynie surowymi jarzynami i chlebem z
              razowej mąki pszennej, popijając to przegotowaną chłodną wodą. W niedziele i
              niektóre święta, zmuszona do tego przez swego spowiednika, biskupa
              diecezjalnego, dwa razy dziennie jadła ryby i nabiał. Wtedy też piła piwo,
              jeżeli nakłaniały ją do tego współtowarzyszące jej kobiety. Ponadto pościła
              tylko o chlebie i wodzie przez wszystkie dni Adwentu i Wielkiego Postu, a także
              w wigilie świętych, w szczególności świętych Apostołów, i w soboty. Lecz
              pożywienie to dostarczało jej organizmowi dostateczne siły, zwłaszcza gdy we
              wspomniane dni prócz trzech opisanych posiłków karmiła się chlebem z domieszką
              popiołu. Post taki jak najściślej stosowała dopóty, dopóki osłabione ciało nie
              upomniało się o inne jadło. Od tej chwili karmiła się jarzynami i kaszą
              gotowaną na piwie, łagodząc w ten sposób zbytni rygor abstynencji.

              Gdy kiedyś zapytano Jadwigę, dlaczego przez tyle dni, święta i wigilie stosuje
              tak twardy post, odpowiedziała: "Potrzebni są nam święci i dlatego powinniśmy
              czcić ich zasługi u Boga, aby za nami orędowali i pospieszyli z pomocą w
              godzinie śmierci. Wiadomo ponadto, że grzechy niwelowane są postem ciała, a
              dusze unoszone ku Niebu; cnoty i nagrody wieczyste darowywane są przez Boga,
              przeto mniemam, że korzystne i pożyteczne jest umartwianie ciała postem".

              Pewni młodzieńcy, synowie szlachty dworskiej, pewnego razu powiedzieli: "Niech
              nas Pan Bóg zachowa od takiej władczyni jak nasza księżna, która żywi się samym
              chlebem i wodą". A powiedzieli tak nie dlatego, że im czegokolwiek było brak,
              lecz z podziwu dla księżny przestrzegającej tak surowego postu.

              Cud, w którym woda przemieniła się w wino

              Oskarżono pewnego razu Jadwigę przed małżonkiem, że stale pije wodę, z którego
              to powodu książę był niezadowolony, ponieważ uważał, że jest to
              wstrzemięźliwość nieprzystojna i rodzi słabość, na którą księżna często
              zapadała. Aby więc postawić ją na nogi, zjawił się w miejscu, gdzie księżna
              siedziała w refektarzu przed posiłkiem i niespodziewanie wtargnąwszy, nagle
              podszedł, a ująwszy dzban postawiony przed nią wypił z tego dzbana napój;
              poczuł jednakże smak dobrego wina, choć była to przecież czysta woda.
              Rozgniewał się na donosiciela mówiąc: "Należałoby ci oczy wydłubać za twoje
              kłamstwo". Nie wiedział bowiem, czego dokonał Bóg: dokonał się mianowicie cud
              na oczach wielu obecnych i służby, która wiedziała, że podali księżnie czystą
              wodę. Woda nagle przemieniła się w wino, a obecni, chcąc wyjaśnić księciu
              prawdę, kosztowali napój przekonując się, że stał się cud dla zasług świętej, i
              głośno chwalili Boga.

              Jedną z obecnych tam osób, które piły wino cudownie przemienione z wody, była
              Adelajda, wdowa po rycerzu Teodoryku z Janowic, niewiasta nader gorliwa w
              pełnieniu dobrych uczynków, która dwakroć nawiedzała progi świętych Piotra i
              Pawła. Świadectwo jej o tak wielkim cudzie było tym ważniejsze, że jej życie
              ozdobione było licznymi dobrymi uczynkami. Przeto tym cudownym aktem Bóg
              poniżył oskarżyciela swej służebnicy i umocnił pobożność ludzi.

              Zaiste, poza tym, co już powiedziano o ścisłym i stałym poście świętej Jadwigi,
              to jeszcze budziło podziw, że księżna, jedząc tak mało, najwstrzemięźliwiej
              odżywiając ciało, nie umarła z głodu przy tak wielkiej, trudnej do naśladowania
              abstynencji. Jej jednak to pożywienie wydawało się wystarczające, ponieważ
              wzmacniała ją moc Najwyższego. Dlatego też magistrowi Idziemu, archidiakonowi
              wrocławskiemu, mężowi wielkiej prostoty życia, zachwyconemu tak wielką
              abstynencją i tak ograniczonymi posiłkami, powiedziała: "Jadam po prostu tyle i
              to mi wystarcza". Rozumiała bowiem, że pokarm jest jak lekarstwo, które się
              zażywa, a więc przyjmuje się go tyle, aby tylko zabezpieczyć potrzeby ciała;
              dbała o to z całej siły, by nie przekroczyć miary.

              Chrystusowi obnażonemu na krzyżu, do którego żadną miarą nie mogła upodobnić
              się w obnażaniu, usiłowała przypodobać się najwytrwalszym naśladowaniem - ile
              tylko mogła - w ubóstwie i niedostatku odzieży, której nie mogła pozbyć się
              całkowicie ze względu na skażenie ciała grzechem. Rozdawszy więc bardzo wiele
              szat, które posiadała w obfitości jako księżna krain, i odrzuciwszy płaszcze
              futrem podbite i kożuszki, Jadwiga zimą i latem używała tylko jednej sukni i
              jedn
              • Chrystusowi obnażonemu na krzyżu, do którego żadną miarą nie mogła upodobnić
                się w obnażaniu, usiłowała przypodobać się najwytrwalszym naśladowaniem - ile
                tylko mogła - w ubóstwie i niedostatku odzieży, której nie mogła pozbyć się
                całkowicie ze względu na skażenie ciała grzechem. Rozdawszy więc bardzo wiele
                szat, które posiadała w obfitości jako księżna krain, i odrzuciwszy płaszcze
                futrem podbite i kożuszki, Jadwiga zimą i latem używała tylko jednej sukni i
                jednego płaszcza, bardzo skromnego; w czasie upałów i w czasie mrozów używała
                go do okrycia wychudzonego ciała, tak bardzo wycieńczonego, że pod jej skórą,
                szorstką i bladą, udręczoną chłostą i odmrożeniami, widoczne były tylko
                zwątlałe kości. A chociaż w jej wnętrzu płonął ogień miłości, przecież nie
                tajał od niego zewnętrzny mróz, tak że nieraz towarzyszące jej niewiasty
                oglądały ją kompletnie przemarzniętą, zwłaszcza w okresie surowej zimy. Gdy
                pytał ją, dlaczego sobie nie pofolguje cośkolwiek i nie sprawi cieplejszej
                odzieży, odpowiadała: "Uczynię to, gdy będzie właściwa pora". I tak pozostawała
                trwając w modlitwie. I trudno się nie dziwić, że ona, lekko ubrana i bosa
                służebnica Boża, szła przez mrozy zimy, . gdy inni, dobrze odziani, wyglądali
                na zmarzniętych. Jadwiga mogła długo w tych warunkach trwać w modlitwie,
                albowiem w jej wnętrzu płonęło serce, a w czasie rozmyślań rozgrzewał ją ogień
                Boży, tak iż jego siła, jak jakaś pochodnia gorejąca nie tylko w niej, ale
                zaiste i w otoczeniu, łagodziła doznawane uczucie zimna.

                Zdarzyło się pewnego razu w porze zimowej, że gdy Jadwiga trwała przez dłuższy
                czas w swym pobożnym ćwiczeniu, jedna ze służących, która na nią czekała bardzo
                zziębnięta, zmuszona była jej wyznać, że dłużej nie wytrzyma - jak wtedy
                myślała - tak srogiego mrozu. A na to Jadwiga, ustępując jej część miejsca, na
                którym stała bosymi nogami, poleciła służącej tam stanąć. Gdy zaś służąca
                spełniła polecenie, natychmiast przez dotknięcie ziemi stopami ustąpił
                nieznośny mróz, a dziewczynę ogarnęło przyjemne ciepło.

                Owa mizerna księżna chadzała trudnymi drogami, albowiem naśladując Chrystusa
                boso przemierzała lód i śnieg. Miała jednak zawsze przy sobie prostacze ciżmy
                niczym nie wyłożone, zawsze chodziła bez pończoch, a obuwie wkładała tylko
                wtedy, gdy miała się spotkać z ważnymi osobami. Wszakże gdy te osoby
                odchodziły, Jadwiga natychmiast ciżmy zdejmowała. Uczynkami swymi pragnęła
                przypodobać się jedynie Bogu, który widzi wszystko, co ukryte, unikała
                natomiast pochwał ludzkich. Jednakże, aby nie gorszyć ludzi faktem, iż księżna
                publicznie chodzi boso, udając się do kościoła wkładała obuwie, ale w kościele
                natychmiast je zdejmowała i oddawała się modlitwie boso, na nagiej posadzce.

                Tak więc przed oglądającymi ją okrywała się doskonale płaszczem tajemnicy, i to
                jeszcze za życia swego małżonka. Początkowo z szacunku dla księcia bała się go,
                czując się winną i lękając się, aby przypadkiem nie zakazał jej tych zbożnych
                czynów. Książę tolerował to jako rzecz ludzką, później z przyzwyczajenia nie
                dostrzegał jej postępowania, a w końcu pochwalał, sam stając się coraz bardziej
                oddany Bogu.

                Cud, w którego wyniku Jadwiga nagle została obuta

                Zdarzyło się pewnego dnia, że księżna swym zwyczajem wyszła na dwór bez obuwia,
                a książę nieoczekiwanym zbiegiem okoliczności właśnie wracał do domu. W pewnej
                chwili znaleźli się twarzą w twarz, tak że księżna nie zdążyła wciągnąć ciżem,
                chociaż miała je przy sobie. Bóg, dla którego miłości Jadwiga chodziła bosymi
                stopami, raczył cudownie uzupełnić jej strój. Albowiem nagle księżna ukazała
                się oczom męża w obuwiu i dzięki temu uniknęła niezadowolenia i nagany
                małżonka.

                Zdarzyło się też pewnego razu, że czy to przez roztargnienie, czy przez
                niedbalstwo wypadło księżnie spod pachy schowane obuwie; znaleźli je zaś
                domownicy i zwrócili księżnie. Spowiednicy Jadwigi bardzo często ją napominali,
                aby chodziła w obuwiu, a nawet opat Günter, będąc wówczas jej spowiednikiem,
                ofiarował jej nowe ciżmy, stawiając warunek, aby je nosiła. Jadwiga przyjęła je
                z podziękowaniem, nosiła je wszakże pod pachą, jak już opowiedziano. Po roku
                opat zwolnił ją z obowiązku posłuszeństwa, ponieważ nadal nie nosiła obuwia na
                nogach. Jadwiga zwróciła mu ciżmy, nie przetarte nawet na podeszwach, lecz
                zupełnie nowe, mówiąc pokornym głosem: "Zaprawdę, ojcze, byłam wam posłuszna,
                bo przecież te ciżmy, któreście mi podarowali, nosiłam często".

                Podobnie rzecz się miała, gdy Jadwiga po długotrwałych umartwieniach była już
                wielce osłabiona, a jej synowa, księżna Anna, prosiła brata Herborda z zakonu
                Braci Mniejszych, podówczas spowiednika Jadwigi, aby zmusił teściową do
                wdziania obuwia przez wydanie jej takiego polecenia. Jednakże księżna wypełniła
                polecenie tylko raz, włożyła jedynie wełniane pończochy na nogi, obuwie nadal
                swoim zwyczajem nosząc pod pachą, i to aż do czasu, gdy przybyła znów do
                wspomnianego spowiednika, od którego odebrała słuszną nagrodę, bo oto pozwolił
                jej umartwiać się chodzeniem boso aż do końca życia.

                Nogi jej były brudne, chociaż pozwalała obmywać je bardzo często. Stopy jej na
                skutek kontaktu z twardym gruntem były zgrubiałe i twarde, a na nich wiele
                dużych blizn po skaleczeniach skóry, tak wielkich, że mogła się w nich zmieścić
                spora gałązka lub można było włożyć palec, zgodnie z zeznaniami siostry Juliany
                z domu trzebnickiego, która składała oświadczenia egzaminatorom.

                Pewnego razu przy wieczerzy wielkopiątkowej księżniczka Gertruda, ksieni i
                córka świętej Jadwigi, podjęła się obmycia nóg siostrom. Gdy podeszła między
                innymi do matki, która również podlegała obrzędowi, ta wzbraniała się przed tym
                najpokorniej, ale ksieni nie chciała ustąpić, zanim nie wypełni dobrego uczynku
                obmywając nogi matki. Wreszcie, na naleganie córki i jej upór, matka zgodziła
                się i podsunęła stopy do mycia. Wówczas wspomniana siostra Juliana, która wtedy
                trzymała miednicę z wodą, ujrzała blizny po przecięciach skóry tak wielkie, jak
                to była już mowa, a w nich skrzepłą krew, pochodzącą najczęściej z okresu
                mrozów. O tę krew święta nie dbała, mieszając ją z błotem i śniegiem, co
                wielokrotnie widziała jej służba. Niewiasty usługujące księżnie widziały, jak
                na trawę spływała krew i na niej zastygała. Pewnego dnia, gdy zmęczona modlitwą
                Jadwiga skierowała się do pokoju służebnego i tam natychmiast zasnęła, siostra
                Juta z domu trzebnickiego, wówczas usługująca księżnie, podeszła do śpiącej i
                zobaczywszy cieknącą z ran ciętych krew, opatrzyła je płótnem, podziwiając
                prosty tryb życia i upokarzanie się tej Bożej służebnicy, o czym później - dla
                przykładu - opowiadała innym.

                Niezależnie od tego, jaki był mróz, księżna odmawiała psałterz z obnażonymi
                ramionami. Również podczas modlitw, z którymi połączone były ruchy obnażonych
                rąk, Jadwiga padała często na ziemię, raniąc sobie niejednokrotnie skórę, a z
                licznych ran ciętych spływały krople krwi. Te oznaki świętości, usilnie
                ukrywane przed oczami służby, udawało się jednak usługującym jej służkom
                zobaczyć, gdy przynosiły jej wodę do mycia rąk. Nie da się bowiem ukryć przed
                wszystkimi zbyt długo tego, co Bóg chce ujawnić na Swoją chwałę.

                Na gołym ciele nosiła księżna twardą koszulę utkaną z końskiego włosia. Miała
                ona zwyczaj ukrywać włosiennicę pod rękawami koszuli płóciennej, pragnąc
                oszukać oczy patrzących na nią, aby nie widziano, jak uciążliwa była ukryta
                odzież.

                Jadwiga nosiła również na lędźwiach węźlistą opaskę z końskiego włosia, której
                dotkliwość odczuwała tak boleśnie, że nieraz usługujące jej służebne musiały ją
                od niej uwalniać i leczyć owrzodziałe członki wysuszaniem miękkimi ręcznikami.
                Pewien mąż, rycerz z zakonu templariuszy, opaskę w ten sam sposób zrobioną,
                zapiętą starannie w woreczku, ofiarował Jadwidze w obecności księżny Anny,
                czyniąc to ze szczerego serca i pobożności. Księżna Anna, przywiązana d
                • Jadwiga nosiła również na lędźwiach węźlistą opaskę z końskiego włosia, której
                  dotkliwość odczuwała tak boleśnie, że nieraz usługujące jej służebne musiały ją
                  od niej uwalniać i leczyć owrzodziałe członki wysuszaniem miękkimi ręcznikami.
                  Pewien mąż, rycerz z zakonu templariuszy, opaskę w ten sam sposób zrobioną,
                  zapiętą starannie w woreczku, ofiarował Jadwidze w obecności księżny Anny,
                  czyniąc to ze szczerego serca i pobożności. Księżna Anna, przywiązana do
                  teściowej, odebrała jej woreczek i otworzywszy znalazła w nim narzędzie
                  okrutnie kaleczące ciało. Zobaczywszy to, gwałtownie i obelżywymi słowami
                  napadła na człowieka, który dostarczył tego rodzaju rzecz teściowej. Gdy to
                  usłyszała służebnica Boża i zrozumiała, o co chodzi, jako że zawsze była
                  łagodna, łaskawym głosem zawstydziła synową mówiąc: "Zaprzestań, córko, napadać
                  i znieważać człowieka, albowiem to, co zrobił, jest zbożne, miłe, pożądane i
                  zgodne z wolą Bożą. Gdyby bowiem Panu Bogu nie podobało się, abym musiała - dla
                  zbawienia - używać tej opaski, nie zrządziłby On, abym otrzymała ją w darze od
                  tego człowieka".

                  Opaskę tę Jadwiga nosiła najpierw na lędźwiach, gdy zaś na skutek kontaktu z
                  ciałem cokolwiek zmiękła, sprawiła sobie nową, jakoby poleconą przez Boga. Gdy
                  księżna Anna stwierdziła, że ta święta kobieta z powodu nadmiernego umartwiania
                  się kompletnie osłabła i że grozić to może zupełnym zniszczeniem sił żywotnych,
                  mocno tym przejęta natarczywie prosiła wspomnianego brata Herborda, spowiednika
                  Jadwigi, aby zachowując dyskrecję przekazał jej stanowcze polecenie odrzucenia
                  instrumentu cierpienia, włosienicy i opaski, i powrotu do delikatniejszej
                  bielizny. Spowiednik, chcąc spełnić prośbę księżny Anny, podczas spowiedzi
                  Jadwigi nakłaniał ją do wysłuchania tej prośby, mówiąc żałośnie: "Niech Bóg ci
                  wybaczy, moja córko, że dałaś do zrozumienia swej synowej to, co było dla mnie
                  tajemnicą". Jadwiga nie usłuchała rady i po jednorazowym zaniechaniu dręczącej
                  odzieży, powróciła do niej i męcząc się doczekała śmierci. Pragnąc wzbogacić
                  owoce swego zbawienia, stale podkopywała swą cielesną glebę i pole ciała pilnie
                  ćwiczyła, nie zwracając uwagi na rady otoczenia, jeżeli widziała w nich
                  przeszkody na drodze swego życia.

                  Syn jej, książę Henryk, zwracając się do ukochanej matki, której zawsze
                  współczuł, mówił: "Nie mogę nakłonić mej matki żadnym błaganiem, aby zechciała
                  postępować łagodniej w swym umartwianiu ciała". Jadwiga zaś powtarzała za
                  Apostołem: "Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia", ponieważ jej słabe
                  kobiece siły cudownie wspomagała moc Boża. Nie kładła się do snu na łożu
                  przygotowanym dla niej w odpowiadającej jej godności książęcej celi, lecz po
                  długich modlitwach wieczornych zasypiała zmorzona snem na gołych deskach lub
                  podłodze pokrytej skórą zwierzęcą. Gdy zmuszona była ulżyć trochę osłabionemu
                  ciału, od czasu do czasu kładła się na słomie zawiniętej w koc lub na zwykłym
                  sienniku z worka.

                  Nigdy swym członkom nie pozwalała spocząć na pościeli, choćby nie wiedzieć jak
                  była słaba. Nawet podczas choroby, gdy usiłowano położyć ją na pościeli,
                  stanowczo sprzeciwiała się temu.

                  Ponad ludzkie siły na świętych trwała czuwaniach. Jutrznię odbywała o świcie, a
                  zdarzało się często, że przychodziła, zanim odezwał się dzwon. Później nie
                  wracała już do łóżka, aby pokrzepić ciało snem, lecz medytując przez całą noc
                  umartwiała swe ciało najokrutniej chłostą, albowiem po Jutrzni wstępowała
                  jeszcze do kapitularza sióstr i tam kazała się biczować służebnym aż do krwi, o
                  czym one opowiadały później ze łzami w oczach.

                  Zapytana o to pani Demunda opowiadała: "Jakże nie mam płakać, gdy jestem
                  zmuszana chłostać człowieka dopóty, dopóki nie wytryśnie krew, i to człowieka,
                  na którym nie ma nic prócz twardej skóry i kości". Tymi słowami dała do
                  zrozumienia, że chodzi o jej panią, świętą Jadwigę, której Demunda była
                  najbliższą służebną, i ona właśnie musiała chłostać swą panią, w szczególności
                  w okresie Wielkiego Postu, w wigilie świętych, w Suche Dni pór roku i,
                  specjalnie na pamiątkę męki Zbawiciela, w wieczory z piątku na sobotę.

                  Siostra Wiktoria z domu trzebnickiego, zmuszona rozkazem i nakłoniona jej
                  prośbami i uporem, chłostała Jadwigę równie często, o czym później opowiadała
                  egzaminatorom Stolicy Apostolskiej.

                  Tak oto .owa kolumna niebiańska, wypełniona wzniosłym duchem, codziennie, z
                  wyjątkiem niektórych dni świątecznych, poskramiała potęgą ducha nikczemność
                  cielesną i nie ustawała nawet w czasie choroby, wówczas również każąc się
                  chłostać. Owa święta starała się tak ciężkie biczowanie zachować w tajemnicy,
                  aby nie mogło być przez żadne oczy dostrzeżone. Jednakże nie udało się to w
                  pełni, albowiem odgłosy długich i mocnych biczowań dochodziły do uszu, nawet na
                  zewnątrz stojącej, służby. Ani najstaranniej zamykane drzwi, ani pilnie na
                  zewnątrz stawiane straże nie mogły utrzymać tajemnicy biczowania. A ponieważ
                  nie można opisać tego zwykłymi słowami, jak ta służebnica Chrystusowa
                  krzyżowała swe ciało wraz z grzechami i pożądliwością, posłużmy się opinią
                  synowej księżny, Anny, która powiedziała: "Gdy słuchałam żywotów różnych
                  świętych, nigdy nie spotkałam ani takiej surowości, ani od niej większej, ani
                  jej podobnej.

                  • Rozdział V

                    O modlitwie i o umiłowaniu Boga przez Jadwigę

                    Przyjaciółka Boga wiedziała, że człowiek ukształtowany w ciele winien
                    pielgrzymować do Pana, aby na tym wygnaniu nie pozostawał bez pociechy Bożej.
                    Duchem i umysłem zawsze usiłowała wyjawić Panu siebie i w cudowny sposób całym
                    sercem wyczuwała obecność umiłowanego Pocieszyciela, aby być owładniętą Jego
                    tajemniczą mową, być pochłoniętą słodyczą miłości i uzyskać skutek zbawiennej
                    łaski, a podniebieniem zakosztować smaku cudownej rozkoszy.

                    I aby dyskretnie mogła to czynić, aby działo się to w spokoju i aby jak
                    najpewniej okazało się skuteczne i często osiągalne, Jadwiga zmieniała
                    wielokrotnie konwencję dat, wyszukiwała różne miejsca, jak i również zmieniała
                    często sposoby szukania Umiłowanego jej duszy.

                    Z doświadczenia już wiedziała, że każdy czas jest odpowiedni, by szukać Boga, i
                    że czuwającym Bóg często się objawia, jak i też tym, którzy Go z tęsknotą
                    szukają. Ćwiczyła się w czuwaniu z wielką żarliwością - jak powyżej opisano -
                    dlatego więc poprzez ciągłą modlitwę wypatrywała i szukała Tego, który umiłował
                    jej duszę. Jej wciąż płonące serce nie mogło się wyzwolić od miłości Tego,
                    którego umiłowała i pragnęła Jego obecności, jak łania pragnie wody ze
                    strumienia.

                    Jadwiga chorując poznaje wchodzących choć ich nie widzi; strofuje nieposłuszną
                    zakonnicę, a innej ujawnia jej ukryte grzechy


                    Dnie przedłużając w noce, a noce wiążąc z dniami, trwała na pobożnych
                    czuwaniach oczekując przyjścia Pocieszyciela, aby otworzyć się przed Nim,
                    przybywającym i kołaczącym do drzwi serca. Od Jutrzni aż do późnych godzin
                    nocnych wypełniała milczenie bez reszty modlitwami, aby usłyszeć głos
                    Umiłowanego, pukającego i przemawiającego ze słodyczą, gdy inni ludzie trwali w
                    gnuśności. Można by rzec, że słyszała Słowa od wieków ukryte i oddalone od
                    gwaru światowego, Słowo najsłodsze, które spływa delicjami i nasyca zbawiennymi
                    sakramentami. Pragnęła poznawać słodycz Jego słów i zazwyczaj czuwała, aby -
                    gdy inni spali - jej ucho mogło uchwycić niejako ukradkiem niteczki Jego
                    szeptu.

                    Umiłowany wynagradzał jej, nie przechodząc obok niej obojętnie, lecz przemawiał
                    do niej o miłości Bożej, rozżarzył jej serce tak bardzo, że w ogniu miłości do
                    Niego rozpoznawała Jego obecność, rozumiejąc, że Ten, którego miłuje, trwa w
                    niej przez niezmienną cnotę.

                    Któż spośród nas wszystkich czuwa tak niezłomnie i przestrzega czasu
                    Nawiedzenia Pańskiego, przyrzeczonego i nadchodzącego, wykorzystując tak pilnie
                    poszczególne chwile okresu oczekiwania, aby - gdy nadejdzie i zakołacze - zaraz
                    otworzyć Mu, jak powiedziano: "trochę snu, trochę drzemania"; kto by mógł
                    przewyższać Jadwigę w tym względzie, przebywszy tyle długich czuwań jak ona?

                    Ilekroć niektóre niewiasty z jej świty przy niej pozostające wstawały wypoczęte
                    po dobrym śnie, zawsze zastawały Jadwigę czuwającą i modlącą się w sypialni
                    przed swym łożem i rozmawiającą z Tym, który godzien jest tęsknoty. Wprawdzie
                    później kładła się, by zażyć nieco snu, lecz wkrótce wstawała i albo czekając
                    na północ, albo wyprzedzając pierwszy brzask "ku uciesze porannych gwiazd, ku
                    wolności wszystkich synów Bóżych" głosiła również chwałę Boga. Wiedziała
                    bowiem, uświadomiona z natchnienia Bożego, że w błogosławieniu Pana należy
                    wyprzedzać słońce i zbierać niebiańską mannę Bożych łask. I tak trwała na
                    chwaleniu Boga w rozmowach pobożnych, nie ustając w modlitwie przez cały dzień,
                    chyba że musiała wspólnie spożywać posiłek albo słuchać o Bogu lub gdy chciała
                    uczestniczyć w dziełach pobożności. Jednakże nawet wtedy nie przestawała się
                    modlić i dzięki temu bez przerwy czyniła dobrze.

                    Spożywając strawę dla pokrzepienia ciała nie przerywała rozmowy z Bogiem,
                    ponieważ - znając dobrze Pismo święte - przeżywała czytane przy stole Słowo
                    Boże. Tym świętym czytaniem tak często się wzruszała, że zapominała o włożeniu
                    do ust kęsa strawy lub trzymała go w ustach nie przeżuwając i zalewając się
                    łzami. Rzeczywiście można o niej powiedzieć za psalmistą: "Jak słodka jest dla
                    mego podniebienia Twoja mowa, ponad miód dla ust moich".

                    Jadwiga miała większą tęsknotę do potrzeb ducha niż do potrzeb ciała. Tak
                    błogosławiła ona Pana w każdej chwili, a na jej ustach była Jego chwała.
                    Jadwiga uważała, że do wychwalania Boga stosowne jest każde miejsce jej
                    księstwa. Chętnie nawiedzała miejsca ukryte i poświęcone Bogu, uważając, że
                    lepiej wprowadzają one w nastrój powagi. Unikając oglądania innych ludzi,
                    poprzez wewnętrzne uniesienia unikała słabości własnego ciała. Owa służebnica
                    Boża wzniósłszy się ku Umiłowanemu mogła być połączona z Bogiem swym duchem i
                    żarliwością umysłu. Umiłowany odpłacał jej wzajemną miłością, gdy dotykała Go
                    promieniem uwielbienia, On strzegł jej od jakiegokolwiek niepokoju, w każdym
                    przypadku wzmacniając jej cnoty.

                    Zdarzyło się pewnego dnia, że Jadwiga modliła się w jednej z komnat i wtedy
                    jeden z jej wiernych sług, Bogusław z Zawonii, mianowany przez nią
                    odpowiedzialnym za zarządzanie kuchnią dla ubogich, wszedł do tego
                    pomieszczenia, by zabrać stamtąd naczynie, w którym zazwyczaj przygotowywano
                    dla Jadwigi wodę do picia. Zastał ją klęczącą przy modlitwie otoczoną takim
                    blaskiem, że przestraszył się do tego stopnia, iż uciekł z tego miejsca
                    pospiesznie. Lecz księżna zawołała go z powrotem, by wręczyć mu naczynie, a on
                    otrzymawszy je ujrzał znowu jasność bijącą od niej i oddalił się szybko
                    przerażony i nic nie rozumiejący. Z tej światłości, która otaczała Jadwigę, i z
                    przestrachu, który zamieszkał w sercu jej sługi, można wnioskować, że już wtedy
                    zbliżała się duchowo do Pana. On to posiadał nieosiągalny blask i jego
                    światłość uszczęśliwia i oświeca każdego, kto przychodzi, na świat.

                    Z tego powodu Bóg nie dopuszczał, będąc wszechmocnym, aby zewnętrzne niepokoje
                    irytowały Jadwigę, gdy tego nie chciała. Zrządzeniem Bożym obdarowana została
                    łaską oglądania we śnie i modlitwie swojego Umiłowanego i pozostawania w Jego
                    pocieszeniach. Czyż nie wypełniło się w niej wtedy owo Słowo najsłodsze
                    Oblubienica: "nie budźcie ze snu, nie rozbudzajcie ukochanej, póki nie zechce
                    sama".

                    Zdarzyło się, że Jadwiga zatopiona w rozmyślaniach o Bogu zapominała o
                    wszystkim innym, modląc się i płacząc tak obficie pod welonem, że księżna Anna,
                    jej synowa, odbierając od niej w czasie Mszy św. pocałunek pokoju, ujrzała jej
                    oczy zakrwawione od łez i twarz zmienioną płaczem. Często widywała Jadwigę w
                    czasie modlitwy, gdy twarz jej mieniła się to śnieżną białością, to
                    zaróżowieniem, jakby zmieniające się oblicze anielskie z radosnego uniesienia,
                    w którym pozostawała.

                    Jadwiga nie zawsze ujawniała przed księżną Anną swe modlitewne przeżycia, ale
                    czasem nie mogła tego uniknąć, albowiem Anna spośród wszystkich niewiast stała
                    w kościele najbliżej i dlatego często dostrzegała rozradowanie, którego
                    doznawała owa służebnica Chrystusa w pocieszaniu ducha. 1 księżna Anna, i brat
                    Herbord, spowiednik Jadwigi, widywali ją porwaną tak wielkim uniesieniem, że
                    zdawała się być bez zmysłów i czucia. Pan Kosma, szlachcic na jej służbie, miał
                    zwyczaj mawiać: "Wielokrotnie zdarzało się, że gdy moja księżna, błogosławiona
                    Jadwiga, trwała w modlitwie, a ja musiałem do niej podejść w jakiejś sprawie,
                    ona zaś była tak zatopiona w modlitwie, że mnie, stojącego obok nie dostrzegała
                    dopóty, dopóki po bardzo długiej chwili nie przyszła do siebie". Duch jej
                    wznosił się od spraw znanych i nieznanych, i od spraw ziemskich ulatywał do
                    niebieskich. I duch ten, przechodząc od rzeczy widzialnych do niewidzialnych,
                    nie przestawał podziwiać wspaniałości Stwórcy w dziełach przezeń stworzonych.
                    Wznosiła zatem częstokroć do Nieba swe oczy, aby ujrzawszy wspaniałość gwiazd
                    na obliczu nieba, tym gorętszą pałać miłością do ojczyzny niebieskiej.

                    Zdarzyło się, że kierując swe oczy na oblicze nieba, gwiazdy i ciała
                    niebieskie, wpadała w kontem
                    • Zdarzyło się pewnego dnia, że Jadwiga modliła się w jednej z komnat i wtedy
                      jeden z jej wiernych sług, Bogusław z Zawonii, mianowany przez nią
                      odpowiedzialnym za zarządzanie kuchnią dla ubogich, wszedł do tego
                      pomieszczenia, by zabrać stamtąd naczynie, w którym zazwyczaj przygotowywano
                      dla Jadwigi wodę do picia. Zastał ją klęczącą przy modlitwie otoczoną takim
                      blaskiem, że przestraszył się do tego stopnia, iż uciekł z tego miejsca
                      pospiesznie. Lecz księżna zawołała go z powrotem, by wręczyć mu naczynie, a on
                      otrzymawszy je ujrzał znowu jasność bijącą od niej i oddalił się szybko
                      przerażony i nic nie rozumiejący. Z tej światłości, która otaczała Jadwigę, i z
                      przestrachu, który zamieszkał w sercu jej sługi, można wnioskować, że już wtedy
                      zbliżała się duchowo do Pana. On to posiadał nieosiągalny blask i jego
                      światłość uszczęśliwia i oświeca każdego, kto przychodzi, na świat.

                      Z tego powodu Bóg nie dopuszczał, będąc wszechmocnym, aby zewnętrzne niepokoje
                      irytowały Jadwigę, gdy tego nie chciała. Zrządzeniem Bożym obdarowana została
                      łaską oglądania we śnie i modlitwie swojego Umiłowanego i pozostawania w Jego
                      pocieszeniach. Czyż nie wypełniło się w niej wtedy owo Słowo najsłodsze
                      Oblubienica: "nie budźcie ze snu, nie rozbudzajcie ukochanej, póki nie zechce
                      sama".

                      Zdarzyło się, że Jadwiga zatopiona w rozmyślaniach o Bogu zapominała o
                      wszystkim innym, modląc się i płacząc tak obficie pod welonem, że księżna Anna,
                      jej synowa, odbierając od niej w czasie Mszy św. pocałunek pokoju, ujrzała jej
                      oczy zakrwawione od łez i twarz zmienioną płaczem. Często widywała Jadwigę w
                      czasie modlitwy, gdy twarz jej mieniła się to śnieżną białością, to
                      zaróżowieniem, jakby zmieniające się oblicze anielskie z radosnego uniesienia,
                      w którym pozostawała.

                      Jadwiga nie zawsze ujawniała przed księżną Anną swe modlitewne przeżycia, ale
                      czasem nie mogła tego uniknąć, albowiem Anna spośród wszystkich niewiast stała
                      w kościele najbliżej i dlatego często dostrzegała rozradowanie, którego
                      doznawała owa służebnica Chrystusa w pocieszaniu ducha. 1 księżna Anna, i brat
                      Herbord, spowiednik Jadwigi, widywali ją porwaną tak wielkim uniesieniem, że
                      zdawała się być bez zmysłów i czucia. Pan Kosma, szlachcic na jej służbie, miał
                      zwyczaj mawiać: "Wielokrotnie zdarzało się, że gdy moja księżna, błogosławiona
                      Jadwiga, trwała w modlitwie, a ja musiałem do niej podejść w jakiejś sprawie,
                      ona zaś była tak zatopiona w modlitwie, że mnie, stojącego obok nie dostrzegała
                      dopóty, dopóki po bardzo długiej chwili nie przyszła do siebie". Duch jej
                      wznosił się od spraw znanych i nieznanych, i od spraw ziemskich ulatywał do
                      niebieskich. I duch ten, przechodząc od rzeczy widzialnych do niewidzialnych,
                      nie przestawał podziwiać wspaniałości Stwórcy w dziełach przezeń stworzonych.
                      Wznosiła zatem częstokroć do Nieba swe oczy, aby ujrzawszy wspaniałość gwiazd
                      na obliczu nieba, tym gorętszą pałać miłością do ojczyzny niebieskiej.

                      Zdarzyło się, że kierując swe oczy na oblicze nieba, gwiazdy i ciała
                      niebieskie, wpadała w kontemplację najwyższego tronu Bożego Majestatu i
                      przyjmowała promień boskiej chwały do swego wnętrza tak obficie, że stawało się
                      to widoczne nawet na zewnątrz, bo ciało jej otaczał na ziemi jasny blask i było
                      widać, jak unosiła się w powietrzu. Tak opowiadali o tym świadkowie. To światło
                      widzialne na zewnątrz ujawniało obecność wiekuistego Światła w promieniującej
                      duszy, a unoszenie się ciała świadczyło o uniesieniu ducha, który podążał do
                      Boga.

                      Podczas nabożeństwa nie pozwalała nikomu z sobą rozmawiać, chyba wyjątkowo w
                      nieoczekiwanym przypadku albo w razie nieuniknionej konieczności, uważając za
                      zgoła nieprzystojne i niegodne wtrącanie ludzkich słów między wypowiedzi Boże;
                      jeśli nie wymaga tego wyjątkowo pilna sprawa i uzasadniona przyczyna, człowiek
                      nie śmie zakłócać spokoju duszy, która jest w kontakcie z Bogiem.

                      Ta święta niewiasta najtroskliwiej ukrywała tajemne współprzeżywanie rozmów z
                      Bogiem, aby w żadnym wypadku nie dowiedziało się o nich otoczenie - nie dzięki
                      powadze księżny, ale dzięki radosnym westchnieniom, których Jadwiga nie mogła
                      zataić, albowiem pokonana siłą miłości i poruszona słodyczą pobożności
                      nieświadomie to współprzeżywanie ujawniała. Jakkolwiek pragnęła mieć do
                      modlitwy miejsca ustronne, które bardziej odpowiadały rozmowom z Bogiem,
                      zsyłającym na nią żarliwą słodycz, i takie miejsca, które usuwają przeszkody w
                      rozmowie, przecież nie chciała słuchać publicznego nabożeństwa w domu, w swej
                      komnacie, jak to było w zwyczaju u innych książąt i magnatów, lecz zawsze w
                      kościele, i dlatego nakazywała jutrznie, msze św., nieszpory i inne nabożeństwa
                      ze śpiewem solennie odprawiać w swej obecności. Z odgłosem dzwonu na jutrznię
                      natychmiast szła do kościoła, zabrawszy z sobą służbę. Ani błoto, ani śnieżyce,
                      ani ulewny deszcz, ani inna niepogoda, ani inne okoliczności - chyba tylko
                      choroba - nie mogły jej powstrzymać przed pójściem do kościoła, by uczestniczyć
                      w nabożeństwie, jeśli nawet kościół był daleko od miejsca zamieszkania.

                      Niezależnie od tego, jacy kapłani odprawiali Mszę świętą, traktowała ich jak
                      najpoważniej, modląc się pokornie albo leżąc krzyżem na ziemi, albo klęcząc,
                      albo z łokciami dotykającymi stóp. Często klęcząc w pokornej modlitwie z sercem
                      skruszonym dotykała pyłu ziemi. Jacykolwiek kapłani przybywali na jej dwór -
                      czy to świeccy, czy zakonni - nie mogli go opuścić, dopóki nie odprawili w jej
                      obecności Mszy św. A jeśli kiedykolwiek zdarzyło się, że na dworze było za mało
                      kapłanów, Jadwiga zaś nie mogła ścierpieć, żeby odprawiano zbyt mało mszy,
                      wzywała zewsząd innych księży, aby uzupełnić nabożeństwa. Kapelani i
                      serwicjałowie obciążeni byli wielką liczbą nabożeństw, gdy Jadwiga przeżywała
                      niedosyt z powodu ich braku. Pewien ksiądz ułożył nawet taki dwuwiersz:

                      In sola missa non est contenta ducissa,
                      Quot sunt presbiteri missas tot oportet haberi.
                      (Jedną Mszą św. księżna się nie zadowala,
                      ilu jest księży, tyle powinno być mszy).

                      Zdarzyło się, że Jadwiga zapragnęła uczestniczyć w wielu mszach, wysłała więc
                      kapelana imieniem Marcin (późniejszego kanonika wrocławskiego), aby sprowadził
                      jakiegokolwiek innego kapłana, który by odprawił Mszę św. Marcin, zmuszony
                      rozkazem, któremu nie potrafił się oprzeć, poszedł, niechętnie wykonując
                      polecenie. Szczęśliwym dla siebie trafem spotkał pewnego łysego konwersa, który
                      właśnie wówczas podążał na dwór książęcy w celu załatwienia jakiejś sprawy.
                      Dobrał go sobie do towarzystwa i powróciwszy z nim na dwór przedstawił go
                      księżnej. Ona zaś, jako że była pełna łatwowiernej prostoty, nie rozpoznała po
                      habicie, że to mnich, ale dostrzegając jedynie tonsurę i biorąc go za kapłana,
                      zwróciła się do niego z prośbą, aby raczył dla niej odprawić Mszę św. A gdy
                      zdumiony odparł, że nie jest kapłanem, a nawet w ogóle jest niepiśmienny,
                      księżna stwierdziwszy pomyłkę prosiła go pokornie o przebaczenie, tłumacząc, że
                      nie miała zamiaru zakpić z niego, lecz proponowała Mszę przez nieświadomość.
                      Kapelanowi natomiast rzekła ze zwykłą sobie łaskawością: "Niech ci Bóg
                      przebaczy, że mię wprowadziłeś w taki błąd". Tylko bowiem z tego rodzaju
                      cierpliwością zwykła była ganić tych, którzy uczynili jej krzywdę lub narazili
                      na wstyd, jak to już poprzednio pisaliśmy w rozdziale o jej cierpliwości.

                      O przeżywaniu przez Jadwigę nabożeństw z ogromną żarliwością, zwłaszcza
                      celebracji Mszy św., świadczą nie tylko poprzednio już opisane łzy i
                      umartwienia, lecz również mówią o tym jej bardzo pobożne uczynki i ćwiczenia
                      cnót. Na wszystkie nabożeństwa dawała ofiarę osobiście albo przesyłała je, a od
                      kapłana, który celebrował Mszę św., domagała się, by nakładał swe ręce na jej
                      głowę i kropił ją wodą święconą, głęboko przekonana, że dzięki temu uzyska od
                      Boga specjalną łaskę, a w chwilach słabości, które zresztą zdarzały się jej
                      bardzo często, czyniła to
                      • O przeżywaniu przez Jadwigę nabożeństw z ogromną żarliwością, zwłaszcza
                        celebracji Mszy św., świadczą nie tylko poprzednio już opisane łzy i
                        umartwienia, lecz również mówią o tym jej bardzo pobożne uczynki i ćwiczenia
                        cnót. Na wszystkie nabożeństwa dawała ofiarę osobiście albo przesyłała je, a od
                        kapłana, który celebrował Mszę św., domagała się, by nakładał swe ręce na jej
                        głowę i kropił ją wodą święconą, głęboko przekonana, że dzięki temu uzyska od
                        Boga specjalną łaskę, a w chwilach słabości, które zresztą zdarzały się jej
                        bardzo często, czyniła to jawnie wobec wszystkich dworzan. Brat Herbord,
                        spowiednik Jadwigi, mawiał: "Nikt nie potrafi wyrazić, jak wielkiej pobożności
                        i wiary była święta Jadwiga w zakresie obrzędu Mszy św. i Najświętszego
                        Sakramentu Ciała Pańskiego".

                        Będąc zdania, że kapłani godni są największego szacunku, ponieważ codziennie w
                        Sakramencie Ołtarza dotykają i pożywają Pana Nieba i Ziemi, który to sakrament
                        sprawują w obecności wiernych, uświęcając cnotę pobożności i przywracając
                        czystość duszy, przeto kapłanów i duchowieństwo, czy to świeckie, czy zakonne,
                        miała w tak wielkim poszanowaniu, że nawet tych, którzy dla uzyskania pewnej
                        jałmużny udawali, że są księżmi, obdarzała podarunkami. Do stołu nie usiadła
                        wcześniej, dopóki nie usiadł kapłan, który uprzednio odprawiał jej Mszę św.

                        Bała się ogromnie błyskawic i grzmotów, ponieważ te zjawiska żywiołów
                        przywodziły jej na myśl Sąd Ostateczny i miecz pomsty Bożej. Myśląc o tym cała
                        drżała ze strachu i podobnie jak święty Hiob lękała się Boga niby wezbranych
                        nad nią fal. I trwała w bojaźni tak długo, dopóki nie przybył wezwany przez nią
                        kapłan i nie złożył na jej głowie uświęconych rąk jako tarczy opieki Pańskiej.
                        Pod osłoną tych rąk, jak gdyby zabezpieczona od grożącej klęski, ugiąwszy
                        kolana pozostawała na modlitwie przez cały czas trwania burzy. Po burzy zaś,
                        uspokojona, z wdzięcznością za nałożenie rąk kapłana, obdarzała je pocałunkami,
                        albowiem po to były poświęcone, aby łagodzić gniew Boga.

                        Uczuciem szczególnej miłości obdarzała tych kapłanów, o których wiedziała, że
                        sumiennie celebrują nabożeństwa. Nie ulega wątpliwości, że miłowała mocniej
                        tych, którzy okazywali większą pobożność w odprawianiu Mszy. Ilekroć pragnęła
                        przystąpić do Sakramentu Ciała Pańskiego, policzki jej zalewały się takimi
                        strugami łez i umartwiała się wówczas takimi modlitwami, klęczeniem i leżeniem
                        krzyżem, że żar jej pobożności wzruszał skutecznie i skłaniał innych, którzy ją
                        otaczali, do wiary.

                        Starała się mieć jak najwięcej obrazów i relikwii świętych, którym oddawała
                        należną cześć. Polecała odnosić je do kościoła i umieszczać w swej obecności
                        tam, gdzie się modliła, aby pod wejrzeniem tych świętych, których miłowała,
                        uświadamiać sobie ich zasługi i dzięki ich wizerunkom uzyskać jeszcze żarliwszą
                        pobożność.

                        Wśród wszystkich świętych szczególną miłością otaczała, jak być powinno, Matkę
                        Chrystusową i dlatego nosiła przy sobie Jej mały obrazek na kości słoniowej.
                        Często brała go do ręki, aby w miłości do Matki Boskiej na Nią spojrzeć i
                        dzięki temu spojrzeniu wzbudzić w sobie jeszcze większe uwielbienie dla Panny
                        Wsławionej. Tym obrazkiem kiedyś Jadwiga pobłogosławiła chorych, którzy
                        natychmiast wyzdrowieli, a obrazek został uznany za cudowny. Fakt ten zapisano
                        dla pamięci wszystkich, do jak wielkich i wzniosłych zasług doszła już Jadwiga,
                        która w żarliwej miłości do Matki Syna Bożego nieustannie nosiła przy sobie Jej
                        obrazek. Z równą pobożnością przeżywała Jadwiga w swym sercu mękę Pana Jezusa.
                        Można o tym wnosić z faktu, że nie zaniedbywała czci nawet najmniejszych znaków
                        przedstawiających tajemnicę Męki Chrystusowej. Gdziekolwiek bowiem na ziemi
                        zobaczyła np. słomę ułożoną w kształcie krzyża, adorując ją i podnosząc z ziemi
                        całowała i kładła w takim miejscu, w którym słomiane krzyże nie mogły ulec
                        zadeptaniu.

                        Ponieważ umiłowała piękno Domów Bożych, ofiarowywała różnym kościołom i
                        ołtarzom ozdoby i cenne akcesoria do kielichów i naczyń kościelnych, a także
                        sprawiała swoim kosztem szaty kapłańskie lewitów i ministrantów i
                        przygotowywała je własnoręcznie lub zlecała wykonanie niewiastom z otoczenia,
                        które haftowały je złotem i jedwabiem.

                        Tak wraz z innymi uczestniczyła w świętych tajemnicach, tak uprawiała pobożne
                        obrzędy, tak z wiernymi wycierała progi świętych Pańskich, tak z umiarkowaniem
                        w obecności innych starała się przekazywać dar swej pobożności.

                        Po zakończeniu nabożeństwa, gdy wszyscy obecni wracali we właściwym czasie do
                        swych domów, aby odpocząć i zatroszczyć się o rzeczy powszednie, Jadwiga
                        pozostawała z kilkoma towarzyszkami w kościele, aby doznać wewnętrznych
                        wzruszeń i rozkoszy duchowych w Przybytku Pańskim. Oddawała się w pełni modłom,
                        pragnąc jak najgłębiej doznać słodyczy Pańskiej pociechy, wciąż przeżywanej na
                        nowo, której smaku wielokrotnie dane jej było - dla jej zasług - kosztować. Gdy
                        wszyscy inni wyszli z kościoła, ona pozostając w samotności mogła już
                        spokojniej i swobodniej na swój sposób rozmawiać z Ukochanym. Wzdychając w
                        modlitwie krążyła od ołtarza do ołtarza, a wzniósłszy oczy ku niebu z całego
                        serca, ze splecionymi rękami, stojąco zanosiła do Boga pokorne modły i padając
                        na ziemię do stóp Jezusa, podobnie jak Maria Magdalena, pokornie kładła się
                        krzyżem.

                        Ponieważ nie mogła bezpośrednio całować śladów męki naszego Zbawiciela, przeto
                        zamiast nich całowała bardzo często ziemię lub też wargami ścierała pokornie
                        kurz z posadzki kościoła i łzami zraszała ziemię, aby żar tej miłości, której
                        ukryć nie mogła, okazać swemu Umiłowanemu i uzyskać przebaczenie grzechów oraz
                        obfitość łask. W przekonaniu, że jest pyłem i popiołem, ustami dotykała pyłu,
                        mając nadzieję i ufność, że jej Umiłowany w tejże chwili oddaje jej pocałunek
                        wiekuistego pokoju. Odczuwając jeszcze niedosyt tego rodzaju umartwień tak
                        długo leżała krzyżem przed swym Panem, jak długo jej słabe ciało mogło to
                        wytrzymać, chyba że wzmacniały je żar pobożności i moc Ducha Świętego.

                        Siostra Gaudencja chcąc z ciekawości podpatrzyć objawy pobożności swej pani i
                        jej modlitwę, wyszła w czasie obiadu z klasztoru i wszedłszy do kościoła
                        zobaczyła księżną leżącą krzyżem i zatopioną w modlitwie tak długo, że czekając
                        na nią można było przeczytać połowę psałterza.

                        Dla większego umartwienia ciała i dla przedziwnego żaru miłości Bożej, który ją
                        podniecał do większych wysiłków, leżąc krzyżem podnosiła piersi i głowę,
                        czytając modlitwy z leżącej przed nią książki. Powstawała przy tym
                        kilkakrotnie, albowiem ciągłym klękaniem czciła Tego, który za nas został
                        ukrzyżowany.

                        Nigdy nie widziano, by w czasie modlitwy siedziała, stała wtedy lub klęczała na
                        gołych kolanach. Dlatego wyrosły na nich wystające i twarde guzy wielkości
                        dwóch jaj albo - jak niektórzy twierdzą - dwu pięści; w zimie były bardziej
                        obrzękłe. Ukrywała je przed bliźnimi jak skarb, dlatego za jej życia nie
                        wiedziano o nich, z wyjątkiem niewielu zaprzyjaźnionych z nią niewiast.

                        Takimi znakami miłości ozdobiona przyjaciółka Boża objawiała się Umiłowanemu
                        niby ozdobiona najdroższymi perłami; a te znamiona miłości - guzy na kolanach,
                        blizny na rękach i stopach, a na pozostałych członkach sińce od odmrożeń -
                        nosiła zawsze w sobie i tak prezentowała się oczom Umiłowanego, takimi
                        pieśniami radości, takimi hymnami wesela z westchnieniami i wzruszeniami
                        sprawiała przyjemność Najwyższemu Królowi, tak przy instrumencie o dziewięciu
                        strunach i przy tej najsłodszej harfie śpiewała Umiłowanemu Oblubieńcowi
                        pobożne psalmy i głębokie, pokorne modlitwy.

                        Takim tańcem serca, takimi poruszeniami ciała, klęczeniem i leżeniem krzyżem
                        igrała wokół tronu Baranka Bożego i tym sposobem całym swym sercem wysławiała
                        Boga. Nawet jeszcze za życia męża każdego dnia chwaliła w taki sposób Boga, od
                        samego świtu spędzając czas w kościele na modlitwie, dopóki w południe nie
                        z
                        • Takim tańcem serca, takimi poruszeniami ciała, klęczeniem i leżeniem krzyżem
                          igrała wokół tronu Baranka Bożego i tym sposobem całym swym sercem wysławiała
                          Boga. Nawet jeszcze za życia męża każdego dnia chwaliła w taki sposób Boga, od
                          samego świtu spędzając czas w kościele na modlitwie, dopóki w południe nie
                          zeszła do czekającej na nią służby, aby - raczej z niechęcią, a nie z ochoty -
                          zjeść z nią skromny posiłek, o czym już wyżej była mowa.

                          Słodycz owej najdoskonalszej uczty, w której brała udział całą duszą, tak
                          dalece odmienił gust jej serca, że był jej niemiły smak codziennego posiłku.
                          Dlatego też nasyciwszy się niejako codziennym pokarmem kontemplacji i ożywiona
                          winem wewnętrznego pocieszenia dopiero w godzinach wieczornych mogła spożyć
                          posiłek dla ciała. Służebnica Chrystusa unosiła się do Boga tak wielkim
                          pożądaniem i tak ogromną miłością, że usiłowała nie tylko siebie całkowicie
                          ofiarować, lecz w miarę możności przenieść na innych swój płomień miłości przez
                          pobożną i wierną służbę. Przeto i osobiście, i przez służącego, którego
                          przeznaczyła do tej misji, pouczała poszczególnych przybyszów na dworze o
                          konieczności spowiedzi i modlitwy oraz o innych rzeczach dotyczących zbawienia.

                          Wśród dworek miała m.in. niewiastę łaziebną w sędziwym wieku, całkowicie nie
                          znającą Modlitwy Pańskiej. Księżna osobiście uczyła ją z takim staraniem Ojcze
                          Nasz, że spędzała z łaziebną nawet noce i przez 10 tygodni przed położeniem się
                          do snu w łóżku, w którym spoczywała staruszka, nakazywała jej powtarzać słowa
                          modlitwy, aby zasypiając z nimi mocniej je sobie utrwaliła w umyśle.

                          Jadwiga nauczyła także swego męża wielu modlitw, aby mógł dzięki nim gromadzić
                          owoce zbawienia przez doskonalenie się w cnotach i aby wzbudził w sobie zbożne
                          czuwanie. Najbardziej bowiem pragnęła, aby ten, którego najmocniej wśród ludzi
                          kochała w Panu, służył Bogu całym swym pobożnym sercem.


                          • Rozdział VI

                            O uczynkach miłosierdzia świętej Jadwigi i o jej umiłowaniu bliźnich

                            Dar pobożności i miłosierdzia tak ogromnie wypełniał serce służebnicy
                            Chrystusowej, że zawsze była gotowa ku chwale Boga, świętych Pańskich i dla
                            wspomożenia bliźnich świadczyć zarówno uczucia, jak i skuteczne działania. W
                            swym sercu bowiem posiadała niezniszczalne słowa Zbawiciela naszego i starannie
                            wypełniała je uczynkami: "Bądźcie miłosierni". Ta szlachetna pani posiadała
                            odziedziczoną po przodkach łaskawość, którą pomnażała miłość do Jezusa
                            Chrystusa. Jego łaską podbudowana, usiłowała, o ile tylko mogła, nieustannie
                            rękami swymi czynić dobrze, a jeżeli nie mogła tego dokonać sama, czyniła przy
                            pomocy innych. Między innymi uczynkami miłosierdzia za najważniejsze uważała
                            dzieło pobożności w rozszerzaniu zbawienia dusz i dlatego radami i zachęcaniem
                            doprowadziła małżonka do tego, iż własnym kosztem zbudował klasztor w Trzebnicy
                            dla mniszek zakonu cysterskiego.

                            Koszty budowy, jak dokładnie wiadomo z rachunków budowniczych, wyniosły aż
                            około 30 tysięcy grzywien. Same mury, nie licząc dachu, który na całym
                            klasztorze został wyłożony ołowianą blachą (tak jak pozostało do dzisiaj),
                            kosztowały 20 tysięcy grzywien.


                            W dniu kanonizacji Jadwigi w Viterbo wyłowiono niezliczoną ilość ryb w
                            jeziorze, gdzie dawniej ryb nie było
                            Wspomniany kościół i klasztor został ufundowany na cześć Wszechmocnego Boga i
                            przesławnej Dziewicy Maryi oraz świętego Apostoła Bartłomieja w roku Pańskim
                            1203, a poświęcony w roku Pańskim 1219. W tym zaś czasie, gdy trwała budowa
                            klasztoru, książę nie zezwolił, aby - czy to w sądzie książęcym, czy też
                            kurialnym - zapadł wyrok śmierci za jakąkolwiek zbrodnię, lecz po darowaniu
                            życia nakazywał kierować skazańca do robót przy budowie, aż do czasu, gdy
                            wyrówna szkodę wyrządzoną przez zbrodnię. Dlatego też, gdy ktoś popełnił
                            mniejsze lub większe przestępstwo, stawał się odpowiednio niewolnikiem pracy
                            stosownie do winy. Po zbudowaniu klasztoru tenże książę Henryk za radą
                            małżonki, świętej Jadwigi, wyposażył go i wzbogacił znacznymi dochodami, które
                            mogłyby wystarczyć na pokrycie wszystkich potrzeb tysiąca osób. Henryk bowiem
                            pragnął przez swą nieustanną łaskę zasłużyć się jałmużnami i stać się godnym
                            tego, by usłyszeć głos Pana: "Byłem gościem, a przyjęliście mnie". Sama zaś
                            Jadwiga wniosła do tego klasztoru jako wiano wieś Zawonię z gospodarstwami do
                            niej przynależnymi w liczbie około 400 z najlepszą glebą.


                            Następnie z miasta Bambergu i z tej diecezji sprowadziła mniszki z zakonu
                            cysterek, które umieściła w nowym klasztorze. W następnych latach przebywało na
                            służbie Bożej około 100 zamkniętych zakonnic, dziś podobno jest ich tam 120.
                            Pierwszą ksienią w tym klasztorze była Petrissa, nauczycielka świętej Jadwigi z
                            lat dziecięcych, którą Jadwiga sprowadziła ze wspomnianego klasztoru
                            bamberskiego do objęcia rządów. Godzi się rzec, że choć zaopatrzenie sióstr
                            było wystarczające w tych przedmiotach, które były niezbędne do utrzymania i
                            odpowiednie do kultu Bożego i ubioru, to przecież Jadwiga nie ustawała w zapale
                            pobożności, aby im dodawać jeszcze więcej, szczególnie gdy zauważyła odczuwane
                            przez nie braki w tym, co potrzebne jest do codziennego użytku.

                            Niektórym rycerzom z zakonu templariuszy wyprosiła Jadwiga u swego męża dużą
                            majętność na najlepszym gruncie, zwaną Oleśnica, gdzie potem powstawały liczne
                            i bogate siedziby. Zakonnikom tym Jadwiga nadała liczne dobra ziemskie i
                            obdarzała ich jak największą czcią. Dla Chrystusa wynosiła ich ponad siebie
                            samą, chcąc tym spowodować ich uczczenie przez innych.

                            Gdy przybywali do niej, Jadwiga unosząc się z miejsca i najłaskawiej ich
                            podejmując, sadzała przy swym stole biesiadnym. Aby zachować ich dobrą sławę od
                            pomówień oszczerców, nie tylko traktowała ich z ogromnym szacunkiem, lecz
                            również dostarczała godziwej gościny, służby i towarzystwa, posyłając im
                            wszystko, co niezbędne, jak długo przebywali u niej, a u księcia najgorliwiej
                            protegowała ich sprawy przed opuszczeniem dworu. Gdy zaś decydowali się
                            odjechać, kazała wkładać do ich toreb podróżnych bochny chleba, wędzone ryby i
                            inne jadło właściwe dla zakonników, aby mieli zaopatrzenie na drogę. Śledząc
                            szlak ich wędrówki pielgrzymowała tą samą drogą i tam, gdzie zatrzymywali się,
                            klękała na ich śladach i wielbiła w nich Boga, któremu templariusze służyli.

                            Inne klasztory Jadwiga również sowicie obdarowywała i posyłała jałmużnę, a
                            szczególnie do Lubiąża, Henrykowa i Wrocławia: do Św. Wincentego, do Najśw.
                            Maryi Panny na Piasku, braciom mniejszym i dominikanom, a także wielu innym
                            ludziom, którzy tylko habit zakonny lub znak Jezusa Chrystusa nosili; również
                            wielu świeckim biedakom nie ustawała czynić dobra, tak jak powiedziano w
                            Ewangelii: "Cokolwiek uczyniliście jednemu z braci moich najmniejszych,
                            mnieście uczynili". Inne miejsca Pisma czytywała swymi oczami i wypełniała
                            uczynkami. Eremitów i inkluzy, do których mogła dotrzeć osobiście, starała się
                            podtrzymywać na duchu dobrymi uczynkami, oddalonym natomiast posyłała odzież,
                            pokarm i inne niezbędne rzeczy przez posłańców.

                            Specjalną troską otaczała trędowatych dla miłości Tego, który dla nas zechciał
                            niejako stać się trędowatym. Pewne trędowate niewiasty wspólnie mieszkające w
                            pobliżu miasta, które zwie się Novum Forum, otoczyła tak troskliwą opieką, że
                            im każdego tygodnia posyłała pieniądze i mięsiwo z dziczyzny i zaopatrywała je
                            bardzo hojnie w odzież i wszystko, co niezbędne, i starała się o nie
                            szczególnie, tak jakby były jej córkami.

                            Do dotkniętych jakimkolwiek cielesnym udręczeniem podchodziła z przedziwną
                            delikatnością współczucia, a dusza jej topniała na widok nędzarzy i chorych,
                            którym przekazywała miłość i podawała pomocną rękę. Jeżeli spostrzegała
                            jakikolwiek brak lub niedostatek, natychmiast uzupełniała je z serdeczną
                            słodyczą. Dlatego też krążyła wśród śpiących dworek i służebnic i dokładnie
                            oglądała ich obuwie, a jeżeli stwierdziła, że któreś jest dziurawe, kazała je
                            szybko naprawić, nie przyznając się do swego w tym udziału.

                            Gdy jakaś zakonnica w klasztorze była obłożnie chora przychodziła do jej łoża
                            każdego dnia osobiście, a uklęknąwszy przy niej wzmacniała ją słowami pociechy,
                            dając jej tymi słowami niejako zastrzyk do pogodzenia się z losem. Nigdy nie
                            odeszła od żadnego chorego, nie pocieszywszy go jakimś podarunkiem.

                            Chorych ze swej służby odwiedzała osobiście i wzywała do nich lekarzy,
                            dostarczając im zapisane leki. Tak się nimi opiekowała, jakby była ich matką.
                            Pamiętała bowiem słodycz owego powiedzenia Pańskiego: "Byłem chory, a
                            odwiedziliście mnie", nie zaniedbywała więc odwiedzić każdego napotkanego,
                            chorego czy biedaka, gdy tylko zdarzała się sposobność. Gdy wędrując po
                            odległych okolicach dowiedziała się o jakimś chorym, kierowała się natychmiast
                            do niego, zaniechawszy celu podróży. Do chorych, do których z powodu odległości
                            osobiście nie mogła dotrzeć, posyłała posłańców z darami, a w im gorszym
                            położeniu był któryś chory, tym obfitsze otrzymywał od niej dobrodziejstwa i
                            pociechy.

                            Odwiedzała niewiasty będące w połogu, zwłaszcza ubogie, i w miarę możności
                            dostarczała im wszystko, czego potrzebowały. Nawet więźniów, których nie mogła
                            osobiście odwiedzić, nie zaniedbywała obdarzać znacznymi podarunkami. Rozpalona
                            była bowiem pragnieniem usłyszenia głosu Pana mówiącego na Sądzie: "Byłem w
                            więzieniu, a przyszliście do mnie", a gdy nie wypadało jej odwiedzać więźniów
                            osobiście, posyłała żywność, napoje i odzież w wystarczającej ilości przez
                            posłańców, żeby nie cierpieli chłodu; aby nie byli zbytnio narażeni na udrękę
                            robactwa, zaopatrywała ich dostatecznie często w lnianą bieliznę, a także w
                            świece, żeby tymi dobrodziejstwami złagodzić okrucieństwa kary, by rozpraszając
                            światłem ciemności więzienne mogli unicestwiać niebezpieczeństwo robactwa z
                            największą sta
                            • Odwiedzała niewiasty będące w połogu, zwłaszcza ubogie, i w miarę możności
                              dostarczała im wszystko, czego potrzebowały. Nawet więźniów, których nie mogła
                              osobiście odwiedzić, nie zaniedbywała obdarzać znacznymi podarunkami. Rozpalona
                              była bowiem pragnieniem usłyszenia głosu Pana mówiącego na Sądzie: "Byłem w
                              więzieniu, a przyszliście do mnie", a gdy nie wypadało jej odwiedzać więźniów
                              osobiście, posyłała żywność, napoje i odzież w wystarczającej ilości przez
                              posłańców, żeby nie cierpieli chłodu; aby nie byli zbytnio narażeni na udrękę
                              robactwa, zaopatrywała ich dostatecznie często w lnianą bieliznę, a także w
                              świece, żeby tymi dobrodziejstwami złagodzić okrucieństwa kary, by rozpraszając
                              światłem ciemności więzienne mogli unicestwiać niebezpieczeństwo robactwa z
                              największą starannością.

                              Doszła więc służebnica Pańska do stopnia najwyższej doskonałości w skali
                              szczególnego miłosierdzia, gdy nie dopuszczała, by nieprzyjaciół i przeciwników
                              swego męża, których kiedyś wtrącił do więzienia, pozbawiono wymienionych
                              dobrodziejstw; wręcz przeciwnie, pilnowała, by hojnie dostarczać im
                              wszystkiego, czego potrzebowali, wypełniając zapisaną naukę: "Jeśli
                              nieprzyjaciel twój głodny, nakarm go; jeśli spragniony, napój go".

                              Prócz wszystkich dobrodziejstw, które świadczyła uwięzionym lub pojmanym w inny
                              sposób, to jeszcze czyniła, że najczęściej swą interwencją doprowadzała do ich
                              uwolnienia i przywrócenia im radosnej wolności. Podobnie nie przestawała się
                              odwoływać do męża w celu ich ułaskawienia. Albowiem klęcząc i wylewając łzy tak
                              długo pokornie błagała go o to, aż uzyskała wysłuchanie prośby. W miarę
                              możności zjawiała się wśród uciśnionych i dotkniętych nieszczęściem i
                              skutecznie im pomagała.

                              Nigdy płaczącym nie odmawiała pocieszenia, a potrzebującym odpowiedniego
                              wsparcia. Swoimi pieniędzmi wykupywała lub pomagała tym, którzy byli obciążeni
                              występkami, dotknięci inkluzą lub też zmuszani do płacenia grzywny. Skazanych
                              na śmierć lub na rozmaite katusze za popełnione zbrodnie wstawiennictwem swoim
                              często wyrywała z niebezpieczeństwa.

                              Pewien duchowny narodowości francuskiej za przestępstwo świętokradztwa, którego
                              się dopuścił, został zasądzony na karę śmierci. Pobożna księżna usłyszawszy, że
                              duchowny przypadkowo powołany do służby Panu został skazany na najdotkliwszą
                              karę, do głębi wzruszona miłosierdziem, zwłaszcza że należał do stanu
                              duchownego, który otaczała najgodniejszą czcią, wstawiła się za nim do
                              posiadającego nad nim władzę i nie ustawała w prośbach dopóty, dopóki nie
                              uratowała duchownego od grożącej mu śmierci.

                              Dla wszystkich biednych była matką, przede wszystkim dla wdów i sierot, dla
                              których była najdoskonalszą pocieszycielką. Gdy trzeba było przed sąd książęcy
                              wnieść ich sprawy i procesy, działała jak najwierniejsza adwokatka.

                              Zebrawszy przy sobie wiele dziewcząt pozbawionych rodziców i przyjaciół,
                              traktowała je ze zbożnym uczuciem litości, na nowo rozbudzając w nich chęć do
                              życia w Chrystusie. Poszczególne sieroty, zaopatrując je stosownie do ich
                              stanu, kierowała bądź na drogę małżeństwa, bądź do zakonu, zgodnie z
                              przeświadczeniem, że tak się będzie podobało Panu. Ponieważ ubogie dziewczęta
                              doceniały jej dobrodziejstwa spływające na nie, chętnie towarzyszyły jej,
                              gdziekolwiek Jadwiga wędrowała. W kościele zawsze obok niej leżała sakiewka
                              pełna denarów, które rozdzielano żebrakom, a ona sama często osobiście
                              dokonywała rozdawnictwa. Służba, często przemęczona przykrym tłumem
                              oblegających żebraków, nie miała prawa kogokolwiek odprawić bez udzielenia
                              pomocy.

                              Pewnego dnia, gdy księżna odprawiała modlitwy przy ołtarzu wzniesionym w jej
                              sypialni, żebracy, którzy tradycyjnym zwyczajem czekali na dworze na jałmużnę,
                              zaczęli wykrzykiwać: "Dzisiaj księżna ukryła się przed nami, dzisiaj
                              pocieszycielka biedaków nie pokazała swego oblicza, nie doznaliśmy jeszcze jej
                              dobrodziejstwa!" Jedna ze służebnic, która to słyszała, powtórzyła skargi
                              księżnie. Ta zaś natychmiast rozkazała: "Biegnij jak najszybciej, weź trzos z
                              przygotowanymi pieniędzmi i rozdaj każdemu z nich tak, jak Pan Bóg cię
                              natchnie". W ten sposób zwykła była dzielić jałmużnę za pośrednictwem innych,
                              ilekroć nie wypadało jej tego czynić osobiście. Teraz ganiła swoje zaniedbanie,
                              że nie dokonała jałmużny osobiście.

                              Szczególnie liczne dobrodziejstwa świadczyła Jadwiga będącym w potrzebie
                              duchownym, którzy poświęcając się służbie Bożej byli zobowiązani przez czystość
                              życia bardziej zbliżać się do Chrystusa niż ludzie świeccy. Ci duchowni zaś,
                              zdążając do odległych miejsc, chętnie zatrzymywali się na dworze księżny. Na
                              przykład towarzyszyli jej aż do Rokitnicy, przebywając około 30 mil, gdzie
                              otrzymali od niej podarunki w srebrnych przedmiotach, szatach i innych
                              potrzebnych im rzeczach.

                              Ksiądz Racław, kapłan i człowiek doświadczony, kanonik gnieźnieński i
                              wrocławski, jeszcze żyjący świadek dzieł miłosierdzia świętej Jadwigi,
                              stawiając za przykład jej szczodrobliwość, opowiadał: "Byłem ubogim studentem
                              we Wrocławiu, a usłyszawszy o dobrodziejstwach, które dla miłości Bożej
                              świadczono, gdy żyła jeszcze służebnica Boża, chodziłem trzykrotnie z
                              towarzyszami do miejscowości Leśna i Rokitnica, gdzie przebywała księżna, aby
                              się z nią spotkać. Ja i towarzysze, którzy ze mną przybyli, za każdym razem
                              bywaliśmy obdarowani połową srebrnego grosza i powracaliśmy radośnie do domu.
                              Ilekroć znalazłem się na jej dworze, spotykałem tam dużą gromadę biedaków".

                              Pragnących pielgrzymować do miejsc świętych i noszących na sobie znak krzyża
                              tudzież innych pielgrzymów obdarzała hojnymi zasiłkami pieniężnymi, aby stać
                              się uczestniczką ich zasług, umożliwiając im drogę do wiecznego zbawienia.

                              • Pragnących pielgrzymować do miejsc świętych i noszących na sobie znak krzyża
                                tudzież innych pielgrzymów obdarzała hojnymi zasiłkami pieniężnymi, aby stać
                                się uczestniczką ich zasług, umożliwiając im drogę do wiecznego zbawienia.

                                Magister Herman, kanonik głogowski i proboszcz świdnicki, powiedział, że
                                księżna z poważnych swych dochodów zaledwie jedną setną część zachowała dla
                                siebie i na potrzeby swej rodziny i służby, całą zaś resztę przeznaczała na
                                użytek Kościoła i na potrzeby biedaków. A gdy brakło jej środków do dzieła
                                miłosierdzia, zwracała się do swego małżonka z żądaniem, aby uzupełnił jej
                                braki, zarządzając rozdanie biedakom potrzebnych rzeczy.

                                Jadwiga miała duży folwark o czterech włókach, który nazywał się Zawonia. Z
                                folwarku czerpała tak obfite ziemiopłody, że najzupełniej wystarczały na
                                utrzymanie jej dworu. W pewnym okresie, gdy nastała pora głodowa, owa
                                służebnica Boża poleciła ogłosić na targowiskach, że wszyscy potrzebujący mogą
                                na tym folwarku otrzymać jałmużnę w imię Boże. Gdy zebrali się owi potrzebujący
                                w poważnej liczbie, kazała dostarczyć im tyle ziemiopłodów, ile każdemu trzeba
                                było na utrzymanie się przy życiu. Gdy ziemiopłodów zabrakło, oddała ludziom
                                całe posiadane mięsiwo. Gdy skonsumowali mięsiwo, rozdała sery, a gdy i serów
                                zabrakło, przydzieliła im smalec i sól do zaprawienia jarzyn, i wszystko inne,
                                cokolwiek można było jeszcze znaleźć do jedzenia, rozdała. Jako wierna i
                                roztropna rozdawczyni dawała pokarm czeladce Bożej czasu właściwego. Księżna
                                przestrzegała słusznej zasady i pouczała męża, aby też jej przestrzegał: gdy
                                świadczy się dobrodziejstwa wielu ludziom, wszystkim należy dawać jednakowo,
                                aby przy sposobności rozdawania dobrodziejstw w nierównej mierze nie powstało
                                między obdarowanymi ziarno zawiści.

                                Owa służebnica Pańska miała na swym dworze trzynastu szczególnie upośledzonych
                                biedaków, których dobrała na pamiątkę 12 Apostołów Chrystusa. A gdy wędrowała
                                od miejscowości do miejscowości, polecała wieźć ich ze sobą na wozach, gdy zaś
                                zatrzymywała się w zajazdach, przede wszystkim starała się o wygodę dla nich i
                                przygotowanie dla nich noclegu niedaleko jej miejsca spoczynku. A zanim
                                przystąpiła do wieczerzy, posługiwała im na klęczkach podając jedzenie.
                                Zasiadając zaś potem do stołu zadowalała się pokarmami suchymi, a misy z
                                gotowanym mięsem i innymi potrawami przyniesionymi dla niej rozdawała owym
                                trzynastu biedakom. Widząc to młodzieńcy szlachetnego rodu, dworzanie książęcy,
                                mówili nieraz, że woleliby być żebrakami częstowanymi potrawami księżny,
                                aniżeli jadać przy stole księcia.

                                Podobnie najlepsze napoje podawane do jej stołu oddawała do picia żebrakom. Gdy
                                zaś kapelani i dworzanie oburzając się mówili: "Księżno, pozwól postawić przed
                                sobą napój, który przygotowano dla ciebie, a który ty oddajesz biedakom",
                                Jadwiga odpowiadała: "Dlatego daję im mój kielich, ponieważ wiem, że oni czegoś
                                tak dobrego nie dostaną". Wszystkim, co miała dla siebie, choćby to było jedno
                                jabłko, dzieliła się z biedakami. Pałała do nich tak wielkim uczuciem, że
                                najchętniej jadłaby z nimi z jednej miski, gdyby to wypadało i gdyby mogła to
                                uczynić nie narażając się na szmer oburzenia otaczających ją dworzan.

                                Dla tej zaś ciżby biedaków, którzy przy jej stole nie znaleźli miejsca, miała
                                specjalną kuchnię i specjalnie wyznaczonych służących, którzy rano i wieczorem
                                jak najstaranniej ich karmili.

                                Oto służebnica Boża, która stała się dla Chrystusa prawdziwie ubogą duchem i
                                wśród bogactwa i wśród rozkoszy uczt wolała być nędzarką, głodować i cierpieć
                                pragnienie czy znosić bez odpowiedniej odzieży mróz. Uważała bowiem za swoją
                                wielką ucztę tę, która wzmacniała szczodrze żołądki biedaków i rozgrzewała
                                mocną miłością Bożą, gdy mogła okryć odzieżą ciała biedaków. "Któż znajdzie
                                niewiastę mężną, która rękę swoją otworzyła ubogiemu, a dłonie swe wyciągnęła
                                ku biednym" i która dzięki wypełnianiu tak wielkich obowiązków pobożności
                                radować się będzie w dniu ostatecznym. Ponadto owa niewiasta dozna szczęścia
                                słysząc głos Pana: "Dawajcie, a będzie wam dane, odpuszczajcie, a będzie wam
                                odpuszczone".

                                Pragnąc być Bogu posłuszną we wszystkim, dawała i rozdzielała to, co posiadała,
                                na pożytek zbożny, ale także darowywała swym poddanym to, co byli jej winni;
                                swoich czynszowników zwalniała z ich zobowiązań tak dalece, że pewnego razu
                                jeden z jej kapelanów imieniem Otton w jej obecności wykrzyknął: "Księżno, ty
                                tak wiele darowujesz swoim wieśniakom, że nam, twoim sługom, nie wystarcza na
                                utrzymanie!" A Jadwiga z sercem oddanym Bogu odparła:

                                "Nie bójcie się! Bóg wam pomoże zaopatrzyć się!" A ponieważ z czynszów nie
                                otrzymywała zgoła nic albo bardzo niewiele, jej urzędnicy ironicznie wyrażali
                                się o niej: "Nic nie mamy z majątków naszej księżny poza tym, co nam
                                odpuściła". Gdy jacyś ludzie byli karani przez jej sędziów za występek grzywną,
                                którą całkowicie darowała, zdarzyło się pewnego dnia, że ludziom z Zawonii i
                                Jawora darowała aż 30 marek. Gdy zaś w żaden sposób nie mogła swych
                                czynszowników i innych biedaków uwolnić od egzekucyjnych orzeczeń sędziów lub
                                innych urzędników, płaciła za nich należność własnymi pieniędzmi.

                                Jadwiga miała notariusza imieniem Ludolf, męża roztropnego i uczciwego, którego
                                często ze łzami w oczach prosiła, aby obchodził się z ludźmi miłosiernie i nie
                                krzywdził ich obciążając i ściągając zaległe czynsze. Aby nie zdarzyło się, by
                                jej ludzie byli zbyt dręczeni przez dworskich sędziów, osobiście brała udział w
                                posiedzeniach sądowych i wówczas zlecała egzekwować wyrok nie przez komornika
                                sądowego czy przez jego sędziego, ale przez jednego z kapelanów, aby skazani
                                biedacy byli traktowani pobłażliwiej.

                                Cóż więcej? To źródło pobożności było do tego stopnia powszechne i tak
                                rozlewające swą słodycz, że każdy, kto znalazł się przy nim, upojony jego
                                słodyczą odchodził od źródła pocieszony. Jeżeli nieraz księżna nie mogła
                                zgodnie z nakazem serca osiągnąć pożądanego skutku, zwracała się do
                                Wszechmocnego i uzyskiwała cuda Jego łaski. Spełniały się mianowicie dotyczące
                                tych ludzi życzenia, o czym opowiedzą następne wiersze.


                                • Rozdział VII

                                  O cudach za życia świętej Jadwigi

                                  Ponieważ dusza tej umiłowanej i wybranej przez Boga była wypełniona tak wielką
                                  łaską, że unosiła się do niego nieustanną pobożnością, niezmiennie kierowała
                                  się ku bliźnim uczuciem miłosierdzia tak dalece, że różne objawy i znaki w jej
                                  życiu osobistym świadczyły o bliskości z Bogiem i o łasce, powodującej cuda,
                                  którą Pan Bóg ją darzył ze względu na jej miłość i zasługi. Wiele rzeczy
                                  ukrytych przed oczami i sercami współżyjących znanych było Jadwidze, zanim się
                                  stały, dzięki objawieniu ich jej przez Boga. Umocniona wiarą apostolską
                                  otrzymała proroczy dar przepowiadania przyszłych wydarzeń, dla innych ukrytych.

                                  1. Jakim sposobem uwolniła siostrzyczkę od ości rybiej

                                  Pani Racława, zakonnica w klasztorze trzebnickim, była przyjaciółką Jadwigi nie
                                  bez powodu. Od lat dziecięcych, umieszczona w klasztorze w Owińskach, była
                                  wychowywana przez Jadwigę i następnie w tym klasztorze została ksienią. Gdy
                                  jako ksieni pewnego dnia zasiadła do wieczerzy przy stole księżny, w gardle jej
                                  mocno utkwiła ość ryby, którą właśnie spożywała, tak że ani przez przepychanie,
                                  ani przez wyciąganie nie można było ości wydobyć. Wielce tym udręczona wstała
                                  wreszcie od stołu, aby następnie spowodować torsje i tak pozbyć się ości.
                                  Zdawała bowiem sobie sprawę z tego, czym to grozi taki wypadek. Lecz gdy i ten
                                  zamiar całkowicie zawiódł i ksieni nie czuła żadnej ulgi, zmuszona
                                  koniecznością zwróciła się do księżny i wyjawiła jej swe cierpienie, które
                                  poprzednio prawdopodobnie ze skromności przed nią ukrywała, spodziewając się,
                                  że Jadwiga dzięki swym zasługom potrafi ją uwolnić od ości.

                                  Księżna jak zawsze okazując współczucie cierpieniu pobłogosławiła ją w Imię
                                  Boże i natychmiast po wykonaniu znaku krzyża zjawił się Lekarz Niebieski i
                                  odpowiadając na zasługi błogosławionej i na wiarę cierpiącej uwolnił
                                  siostrzyczkę od jej męki, która zagrażała życiu. W obecności sióstr siedzących
                                  przy stole, Wiktorii i Wieńczysławy, która była potem ksienią w Trzebnicy, a
                                  wtedy czytała księżnie przy stole, wspomniana siostra Racława wypluła
                                  skrwawioną ość raniącą jej gardło i grożącą niebezpieczeństwem życiu.

                                  2. Jak wyleczyła oczy jednej z sióstr

                                  Wspomniana poprzednio pani Racława, która bardzo opłakiwała śmierć rodzonego
                                  brata, nabawiła się upośledzenia wzroku w postaci bielma, dla niej wielce
                                  przykrego. Obciążona takim nieszczęściem zastanawiała się roztropnie, jak sobie
                                  ulżyć. Zwracając się do księżny, której dobrodziejstwu zawdzięczała pobyt w
                                  klasztorze, powiedziała o wadzie wzroku, która mogła przeszkodzić jej w służbie
                                  Jezusa Chrystusa, do jakiej była przez Jadwigę powołana. Gdy księżna pełna
                                  miłosierdzia i wiary zobaczyła chore oko, rzekła: "Idź po mój psałterz, a gdy
                                  nad swym okiem zaciemnionym bielmem uczynisz nim znak krzyża, zostaniesz
                                  uzdrowiona". Siostra, wierna swej pani, usłuchała polecenia, ponieważ
                                  wiedziała, iż w Piśmie zapisano:

                                  "Dla wierzącego wszystko jest możliwe", i wziąwszy Psałterz, jak jej kazano,
                                  uczyniła znak krzyża i natychmiast bielmo, które ją dręczyło, zanikło.

                                  3. Inny cud. Jak wyleczyła wadę wzroku innej siostry

                                  Pewna inna siostra w klasztorze trzebnickim, imieniem Gaudencja, z płaczu
                                  nabawiła się tak wielkiego bielma na obojgu oczu, że mimo stosowania wielu
                                  leków nie mogła wyleczyć choroby. Jedno oko bowiem było zasłonięte całkowicie
                                  bielmem, tak że nic już przez nie nic widziała, w drugim zaś oku tylko część
                                  źrenicy nie była przesłonięta. Okiem tym mogła cośkolwiek widzieć, ale tak
                                  niewyraźnie, że nawet ludzi nie mogła rozpoznać. Juliana, siostra z tegoż
                                  klasztoru, kierowana miłosierdziem chciała jej pomóc i zapuściła jej oczy
                                  lekiem zwanym kollyrium, który pomógł wielu mającym podobną chorobę, ale jej
                                  jednak nie pomógł. Siostra Gaudeneja widząc, że ludzkie środki nie pomagają,
                                  zasiągnąwszy rozsądnej rady zwróciła się o pomoc Bożą. A spodziewając się
                                  odzyskać zdrowie przez zasługi świętej Jadwigi, krążyła po opustoszałej kaplicy
                                  klasztornej i posługując się ledwo widzącym okiem szukała owego miejsca, gdzie
                                  niekiedy widywała modlącą się Jadwigę. W oczekiwaniu stosownej chwili przybyła
                                  wtedy, gdy św. Jadwiga pozostawała sama i gdy księżna powstała z klęczek,
                                  upadła do jej stóp prosząc pokornie, aby uczyniła znak krzyża na jej zaćmionych
                                  oczach.

                                  Księżna widząc siostrę i słysząc, czego od niej żąda, mianowicie znaku
                                  świętości i objawienia mocy Bożej, co jej zdaniem - przekraczało jej zasługi, w
                                  swojej pokorze zdumiona odmówiła owej siostrze spełnienia prośby,
                                  mówiąc: "Niech ci Bóg daruje, że żądasz ode mnie rzeczy najwyższej mocy, gdy ja
                                  jestem tylko człowiekiem, czyli kruchą glinianą skorupką. Zaniechaj więc,
                                  ponieważ na próżno usiłujesz uzyskać ode mnie to, czego nie mogę ci dać".
                                  Jednakże siostra upierała się, aby Jadwiga dokonała błogosławieństwa, i nie
                                  ustąpiła, aż księżna, niezdolna do oporu i sprzeczki, pokonana pobożnością
                                  siostry uczyniła nad nią znak krzyża mówiąc: "Niech ci, najdroższa siostro, Pan
                                  Bóg pobłogosławi". I oto, co dla słyszących było zaprawdę cudem, znikły
                                  zaciemniające oczy zasłony, które zakrywały oczy przez siedem tygodni, i
                                  siostra natychmiast odzyskała pełny wzrok.

                                  4. Inny cud. Jak wyleczyła niewiastę ze ślepoty

                                  Pewnego razu, gdy księżna bawiła w Rokitnicy i tam swym zwyczajem spędzała
                                  długie godziny na modlitwie w kościele, jedna z jej służebnic, imieniem
                                  Katarzyna, zmęczona długim czekaniem w kościele na księżnę i pragnąc trochę
                                  odpocząć, a może z innego powodu udała się do gospody, by w odpowiedniej porze
                                  wrócić do kościoła i towarzyszyć księżnie. Powróciwszy do kościoła spotkała
                                  dwie niewiasty Niemki obok Jadwigi, z których jedną od dawna znała i wiedziała,
                                  że była niewidoma. Wszakże wówczas zobaczyła ją już widzącą i usłyszała głośne
                                  podziękowania skierowane do Boga i do księżny, ponieważ zakonnica, niewątpliwie
                                  przez zasługi św. Jadwigi, odzyskała wzrok i dlatego księżna winna być czczona
                                  jako święta.

                                  Na słowa tej kobiety księżna oburzyła się, że została ujawniona jej moc, którą
                                  najstaranniej ukrywała przed ludźmi. Rzekła więc do niewiasty, rozgłaszającej
                                  wieść o tym cudzie: "Nie ja, lecz Pan Bóg oświecił cię i spowodował, że
                                  widzisz", i uciekła, jak tylko mogła najszybciej, ukazując uzdrowionej, że
                                  zgoła nie radują jej pochwały. Kobieta jednak nie przestawała głośno wysławiać
                                  świętości księżny. Święta Jadwiga zaś, zwracając się do Niemki wysypała
                                  pieniądze z sakiewki i obdarowała nimi uzdrowioną, sądząc, że tym sposobem może
                                  ją zmusić do milczenia. Niewiasta owa odeszła, ciesząc się z odzyskanego wzroku
                                  i podarunku.

                                  Takim nowym cudem wywyższył Pan Bóg przybytek Swego Majestatu, w którym św.
                                  Jadwiga przebywała z takim uniesieniem i nawiedzała tak gorliwie.

                                  5. Inny cud. Jak uratowała życie powieszonemu człowiekowi

                                  Pewien biedak ukradł sąsiadowi kawał wieprza, mianowicie połowę bekonu, a
                                  pojmany na gorącym uczynku przyprowadzony został przed księcia, męża św.
                                  Jadwigi. Książę kazał go bezzwłocznie powiesić, natomiast krewni skazanego na
                                  szubienicę złodzieja, przypomniawszy sobie wielkie miłosierdzie Jadwigi wobec
                                  biedaków, przybyli do niej z błaganiem, aby raczyła wstawić się za skazanym i
                                  uratować mu życie.

                                  Księżna wysłuchawszy próśb błagających i uległszy im podążyła do męża tłumacząc
                                  mu, że dla tak drobnej sprawy nie powinno się pozbawiać człowieka życia. Henryk
                                  odpowiedział, że o ile mu wiadomo, człowiek ów został już powieszony. Jednakże
                                  jeśli jeszcze żyje, może mu życie darować. Natychmiast posłał rycerza imieniem
                                  Henryk Celtus, by uwolnić skazańca. Posłaniec pośpiesznie pobiegł i zastał
                                  skazanego na szubienicy. Wydobywszy miecz przeciął pętlę, a już powieszony
                                  skazaniec został przywrócony do życia i przybiegłszy do księżny upadł jej do
                                  nóg z podziękowaniem za uwolnienie.

                                  Zaświadczył o tym w kurii papieskiej wobec egzaminatorów ks. Mikołaj
                                  • Zaświadczył o tym w kurii papieskiej wobec egzaminatorów ks. Mikołaj z
                                    Wierzbna, dworzanin księżny obecny wtedy na dworze, gdy księżna wysłała rycerza
                                    i gdy złodziej, powróciwszy w pełni zdrowia spod szubienicy, składał księżnie
                                    podziękowanie.

                                    6. Jeszcze jeden cud. O przywróceniu życia powieszonemu

                                    Znalazłem w pismach opis cudu podobnego do poprzedniego, o którym wspomnę,
                                    ponieważ mniemam, że jest to cud inny wśród tych, które tu zapisano.

                                    Poszukiwano pewnego zbrodniczego wroga księcia i nieprzyjaciela ojczyzny,
                                    którego później pojmano. Książę kazał go wtrącić natychmiast do więzienia,
                                    ponieważ zbliżała się noc, a rankiem po nocnej przerwie rozkazał zaraz wykonać
                                    wyrok śmierci, zanim by rozeszły się pogłoski o jego pojmaniu; znając bowiem
                                    swoją małżonkę, książę chciał uniknąć jej interwencji w obronie złoczyńcy. Kaci
                                    ze swej strony, znając księcia, jak najszybciej wykonali jego rozkaz i gdy
                                    tylko nastąpił świt, zostawili wiszącego na szubienicy, a sami wrócili do
                                    domów.

                                    Tymczasem służebnica Boża, jak miała zwyczaj, wracała z kościoła wczesną porą i
                                    spotkała po drodze księcia. A wiedząc już o całym zdarzeniu, najpierw wyrzucała
                                    mężowi okrucieństwo, a potem pokornie prosiła, aby jej wydał ciało skazanego na
                                    śmierć człowieka. Książę zaś będąc pewny, że złoczyńca, uduszony pętlą, jest
                                    już martwy, powoli skłaniając się do jej próśb powiedział: "Daję ci go, jak
                                    innych dawałem".

                                    Jadwiga przeto wezwała swego urzędnika i kazała mu jak najszybciej pośpieszyć
                                    na miejsce egzekucji i przyprowadzić podarowanego jej człowieka w pełni
                                    zdrowia. Urzędnik ów sprzeciwiając się dowodził księżnie, że wykonanie tego
                                    zadania nie jest możliwe, chyba że chodzi o dostarczenie zwłok, ponieważ
                                    skazaniec został powieszony rankiem i niewątpliwie dawno już wyzionął ducha.
                                    Uszanował powagę rozkazującej i ponieważ nie wypadało mu odmówić rozkazowi
                                    księżny, postanowił przywieźć na dwór zwłoki, aby w ten sposób zaspokoić
                                    niedorzeczne polecenie księżny. Zaprzągłszy konia do pojazdu pędem przybył pod
                                    szubienicę, przeciął pętlę, na której wisiał skazany nędznik, i tego, o którym
                                    mniemał, że nie żyje, znalazł żywym ku zdumieniu wielu obecnych przy jego
                                    wieszaniu, po czym bez śladu uszkodzeń przyprowadził przed oblicze Jadwigi.

                                    Moc Boska bez wątpienia zachowała wspomnianych złoczyńców od śmierci z rąk
                                    katów, aby pokazać wiernym zasługi Bożej służebnicy, a owym grzesznikom,
                                    zgodnie z intencją interweniującej, dać czas na odbycie pokuty. Wówczas książę
                                    rozkazał, aby wszędzie, gdziekolwiek by księżna odwiedzała kustodie publiczne,
                                    otwierano jej te więzienia i domy pracy, a więźniowie dla jej powagi byli
                                    wyzwalani z kajdan i niewoli i cieszyli się przywróceniem pełnej wolności.

                                    7. Inny cud

                                    Gdy w niedzielę pewna niewiasta mieszkająca w pobliżu Wlenia mełła swe ziarno
                                    na młynku, zwanym pospolicie żarna, za karę Boską wbił się tak mocno w jej rękę
                                    drążek, którym obracała żarna, że nawet pomoc męża nie zdołała go wyrwać z
                                    dłoni. (Gdy więc nie można było uzyskać ani żadnej pomocy, ani nawet rady,
                                    wspomniany mąż odpiłował drewno drążka tak z góry, jak i z dołu dłoni i żonę
                                    przyprowadził do służebnicy Bożej, a wyjaśniając szczegółowo, co się
                                    przydarzyło, pokazał kawałek drążka, który tkwił w ręce żony tak mocno, że nie
                                    można było go usunąć. Księżna łaskawie współczując odmówiła za kobietę modlitwę
                                    do Boga, po czym wziąwszy jej rękę w swoje uwolniła od drewna, które tam
                                    tkwiło. Równocześnie prosiła i polecała, aby nikomu nie opowiadała o tym
                                    zdarzeniu. Lecz nie udało się ukryć tego, czego nie chciał ukrywać Bóg dla
                                    chwały świętej Jadwigi.

                                    8. Inny cud

                                    Sądzę, że nie powinien pozostawać w ukryciu cud, który się wydarzył, a który
                                    powinien być ujawniony na chwałę Boga, jego sprawcy. Wydarzyło się pewnej nocy,
                                    że św. Jadwiga, zmęczona czuwaniem i modlitwą tudzież zmożona snem zasnęła. I
                                    oto świeca, którą trzymała przy czytaniu księgi, wypadła z ręki śpiącej,
                                    spalając się całkowicie na jej kartach.

                                    Słuchajcie, jaki to był cud! Świeca leżąca na księdze płonęła i całkowicie się
                                    wypaliła, i to przez całą długość księgi, jednakże nie naruszyła jej ani nie
                                    uszkodziła. To zostało ujawnione przez Demundę, dworkę księżny, i inne służące,
                                    a z czasem dotarło do wiadomości innych osób, aby zaiste ukazany został godny
                                    chwały Majestat Boga, którego przedziwna moc zachowała księgę boskiej
                                    służebnicy nie uszkodzoną przez ogień, tak jak ongiś zachował Bóg od spalenia
                                    krzak gorejący.

                                    Wieloma jeszcze innymi sławnymi czynami Pan Bóg wywyższył Swoją świętą w jej
                                    życiu, na przykład przemieniając wodę w wino lub sprawiając, że idąca boso
                                    księżna ukazała się oczom małżonka w obuwiu, o czym wspomina się w rozdziale o
                                    skromnym trybie życia św. Jadwigi, a także, że poraziła blaskiem niebieskim
                                    swego służącego i że wizerunkiem Matki Boskiej uleczyła wiele osób, o czym
                                    opowiedziano w rozdziale V o jej modlitwach.

                                    • Rozdział VIII

                                      O darze proroctwa świętej Jadwigi

                                      Ponieważ nie tylko przez zdumiewającą działalność, lecz także przez słynną
                                      znajomość wszystkiego okazała się św. Jadwiga godna podziwu za życia, przeto po
                                      cudach, których dokonała ta służebnica Chrystusowa, ujawniły się najbardziej
                                      zasłużenie pewne fakty, świadczące o posiadaniu przez nią daru odkrywania
                                      tajemnic i prorokowania. Napromieniona bowiem jasnym światłem Najświętszej
                                      Światłości dostrzegała intuicją umysłu to, czego nie mogła widzieć ludzkimi
                                      oczami, a także wiele rzeczy, które miały się stać po długim czasie, poznawała
                                      dzięki dobrodziejstwu Niebios.

                                      Przepowiadała wielokrotnie, a jej przepowiednie spełniały się; wprawiało to w
                                      zdumienie umysły słyszących i podziwiali oni w służebnicy Bożej łaskę
                                      dobrodziejstw nadanych jej przez Boga. Wcześnie zaczęła w niej błyszczeć
                                      jasność światła prawdy, tak że od młodości aż do podeszłego wieku i starości
                                      znała wiele przyszłych wydarzeń i przepowiadała je.

                                      1. W jaki sposób przepowiadała ludziom nadejście śmierci

                                      Pewnego razu, gdy jeszcze Jadwiga była młoda, przybył w dzień Bożego Narodzenia
                                      na dwór książęcy pewien człowiek i kiedy siedzieli przy stole, powiedział jej,
                                      że jedno z drzew czereśni w ogrodzie pokryte jest świeżym kwiatem. Usłyszawszy
                                      to księżna posłała kogoś do ogrodu dla sprawdzenia, czy te kwiaty zakwitły na
                                      górze drzewa, czy na dole. A gdy posłaniec powiadomił, że zakwitły na gałęziach
                                      dolnej części drzewa, Jadwiga rzekła: "znak to wzmożonej śmiertelności, która
                                      nadejdzie, ponieważ wielu biedaków umrze jeszcze w tym roku". Spełniło się to
                                      dokładnie tak, jak powiedziała.

                                      2. Jak przepowiedziała śmierć swemu małżonkowi

                                      Małżonka swego uprzedziła, aby nie wyjeżdżał z zamku legnickiego, lecz
                                      pozostawał w nim jak najdłużej i żeby wiedział, iż jeśli tylko wyjedzie,
                                      wkrótce umrze. Książę uwierzywszy jej słowom przez trzy lata przebywał w tym
                                      zamku. Gdy w końcu stamtąd wyjechał i przybył do Krosna, został złożony niemocą
                                      i po około ośmiu dniach odszedł z tego padołu do Pana w roku Pańskim 1238 i
                                      został pochowany w trzebnickim kościele klasztornym.

                                      3. Jak przepowiedziała śmierć swojej służebnej

                                      Była pewna niewiasta imieniem Katarzyna, narodowości pruskiej, którą trzymała
                                      do chrztu i wychowywała sama służebnica Boża, a która następnie związała się
                                      węzłem małżeńskim ze szlachcicem Bogusławem z Zawonii. Tej Katarzynie, która
                                      była szczególnie miłą dworką księżny, przepowiadała wiele o jej przyszłości, a
                                      często takie rzeczy, o których Katarzyna jedynie myślała.

                                      Pewnego razu do niej, rozmyślającej o sprawach powszednich, rzekła Jadwiga z
                                      westchnieniem: "O Katarzyno, czemu na próżno rozmyślasz nad sprawami dnia
                                      dzisiejszego, gdy niebawem śmierć zajrzy ci w oczy?" Co usłyszawszy, zlękła się
                                      owa niewiasta i ogarnął ją wielki strach, albowiem wiedziała, że słowa księżny
                                      zawsze się sprawdzają. Widząc ją tak zaniepokojoną, księżna mówiła
                                      dalej: "Przestań się martwić, Katarzyno, bo jakkolwiek umrzesz, to następnie
                                      wrócisz do życia, a taki ci daję znak: oto poczniesz i urodzisz córkę, która
                                      zaraz umrze, a ty umrzesz po niej".

                                      Katarzyna wówczas jeszcze nie była w ciąży, lecz po pewnym czasie powiła córkę,
                                      a sama dotknięta ciężką niemocą przez trzy dni uważana była za zmarłą. Jednakże
                                      do pogrzebu nie doszło, bo dostrzeżono w niej słabe oznaki życia; tak słabe, że
                                      nie czuła nawet przykładanego do jej ciała ognia dla sprawdzenia, czy żyje.
                                      Powróciła ostatecznie do życia i - jak się powszechnie wierzy - dzięki zasługom
                                      św. Jadwigi odzyskała w pełni zdrowie, aby w ten sposób objawił się duch
                                      proroctwa i moc Boża, którą miała ta święta w sobie; moc Boża współdziałająca z
                                      jej zasługami przywróciła zdrowie pobożnej dworce.

                                      4. W jaki sposób przepowiedziała swojej służącej, jaką śmiercią umrze

                                      Święta Jadwiga miała bliską i serdeczną zarządczynię imieniem Demunda. O niej,
                                      pod jej nieobecność, powiedziała do Katarzyny z wielkim współczuciem: "Demunda
                                      z tego życia odejdzie niedobrą śmiercią". O boleści! Smutną tę przepowiednię
                                      potwierdziło żałosne wydarzenie, albowiem po szczęśliwej śmierci św. Jadwigi
                                      niewiasta owa, przeżywszy kilka lat, zmarła nagłą śmiercią.

                                      5. Jak przepowiedziała swemu synowi śmierć na polu walki

                                      Na trzy lata nim zginął na polu walki książę Henryk, syn św. Jadwigi,
                                      powiedziała ona siostrze z zakonu cysterek w Trzebnicy, imieniem
                                      Adelajda: "Zapamiętaj o moim synu, że nie zejdzie z tego świata w zwyczajnym
                                      łożu". Gdy jej na to zdumiona i przerażona siostra odpowiedziała: "Przestań,
                                      pani, jedynakiem u ciebie pozostał, obawiasz się więc, aby mu się coś złego nie
                                      stało. Proszę, odrzuć tę obawę!" Na to odrzekła księżna: "Nie boję się, ale
                                      wiem z całą pewnością, że polegnie w boju". Zamilczała jednakże, przez kogo
                                      miał być zabity jej syn, ponieważ - jak można się domyślać - ludzie nazbyt by
                                      się przerazili, gdyby przypadkiem przepowiedziała najazd Tatarów, a zdjęci
                                      strachem zawczasu szukaliby ratunku w ucieczce.

                                      Po upływie trzech lat od przepowiedni dzicz tatarska najechawszy część Śląska
                                      uzyskała tak znaczną przewagę, że księżna Jadwiga wraz z córką i synową,
                                      księżną Anną, udały się do zamku w Krośnie, aby uniknąć niebezpieczeństwa.
                                      Kiedy tam pozostawały, Jadwiga pewnej nocy wezwała sekretarkę i
                                      oświadczyła: "Demundo, powinnaś wiedzieć, że straciłam już swego syna. Jedyny
                                      mój syn szybko - niby ptaszę - odleciał ode mnie. Nie będę go już oglądać w tym
                                      życiu". I rzeczywiście syn ów, który miał po ojcu objąć władzę, zebrawszy
                                      wojsko wyruszył na bój z Tatarami i został w nim zabity w roku Pańskim 1241,
                                      jak powiedziano na wstępie, natomiast o jego śmierci wówczas jeszcze nie
                                      dotarła wiadomość do odleglejszych miejsc. Demunda zaś, chcąc pocieszyć
                                      zasmuconą księżnę i osłabić wypowiedziane przez panią słowa, rzekła: "Księżno,
                                      goniec jeszcze nie przybył i nie było jeszcze słychać o tym, co powiedziałaś,
                                      dlatego porzuć te myśli i nie chciej wierzyć w swą przepowiednię". Księżna zaś
                                      na to: "Jest tak, jak powiedziałam, lecz strzeż się ujawnić to komukolwiek, aby
                                      ta smutna wiadomość nie dotarła do mej synowej i do mej córki". Sądziła bowiem,
                                      że ich nocnej rozmowy, w zamkniętym pomieszczeniu, do którego nikt nie miał
                                      dostępu, nikt nie mógł słyszeć. Ale siostra Pinnosa, która spoczywała w tej
                                      samej sypialni i o której sądzono, że śpi, usłyszała słowa rozmawiających.

                                      Przez trzy dni siostry zachowywały milczenie, jak nakazywała księżna, ale po
                                      trzech dniach przybył goniec i obwieścił, że książę Henryk poległ w walce wraz
                                      z wielu towarzyszami owego dnia, w którym św. Jadwiga przepowiedziała śmierć
                                      syna.

                                      6. W jaki sposób przepowiedziała występki księcia Bolesława

                                      Księżna przepowiadała nie tylko wypadki związane z ciałem, lecz również
                                      niebezpieczeństwa dla dusz i przedmiotów. Pewnego razu Anna, jej synowa,
                                      usłyszała, co księżna mówiła o wnuku, księciu Bolesławie, synu Anny: "Biada,
                                      biada ci Bolesławie, bo wielkie nieszczęścia przyniesiesz swojemu krajowi w
                                      przyszłości!" Istotnie spełniły się słowa Jadwigi, co zaświadczyli potem
                                      świadkowie, albowiem książę Bolesław w pewnym czasie pozbył się klucza ziemi,
                                      mianowicie zamku Lubusz w Ziemi Lubuskiej, gdy w licznych wojnach przez siebie
                                      prowokowanych nie tylko utracił wiele posiadłości, ale spowodował śmierć wielu
                                      ludzi. Stąd już na początku jego panowania, gdy objął władzę książęcą w
                                      dzielnicy śląskiej, poczęto przeciwko niemu szemrać, ponieważ m.in. z jego winy
                                      na cmentarzu w Środzie zginęło od pożaru około 800 ludzi obojga płci, a także
                                      wiele innych niebezpieczeństw sprowadził na ziemię polską w różnych latach za
                                      swych tyrańskich rządów.

                                      7. Jak przepowiedziała swemu rządcy nieszczęścia, które przecierpiał

                                      Swojemu kapelanowi i rządcy, Lutoldowi, służebnica Boża kiedyś
                                      powiedziała: "Współczuję tobie, księże Lutoldzie, ponieważ mój wnuk, książę
                                      Bolesław, wiele złego ci uczyni i ciebie
                                      • 7. Jak przepowiedziała swemu rządcy nieszczęścia, które przecierpiał

                                        Swojemu kapelanowi i rządcy, Lutoldowi, służebnica Boża kiedyś
                                        powiedziała: "Współczuję tobie, księże Lutoldzie, ponieważ mój wnuk, książę
                                        Bolesław, wiele złego ci uczyni i ciebie, i wszystkich twoich bliskich pozbawi
                                        majątku". Lutold jednakże był w tym czasie w łaskach u księcia i niemal
                                        oburzony na słowa księżny odpowiedział: "Proszę być o to spokojną, ja i moi
                                        zawsze będziemy w dobrych stosunkach z moim księciem Bolesławem". A ona,
                                        kierowana przeczuciem, rzekła: "Ja jestem spokojna, lecz tobie przydarzy się
                                        to, co powiedziałam".

                                        8. Proroctwa o małżonce, którą pojął Bolesław

                                        Dla tego księcia Bolesława sprowadzono na żonę córkę księcia Anhaltu i
                                        zaręczono z księciem, a święta Jadwiga przy pierwszym spotkaniu natychmiast
                                        westchnęła głęboko i powiedziała, że będzie musiała znieść od małżonka wiele
                                        przykrości.

                                        9. Jak przepowiedziała porwanie sióstr z klasztoru

                                        Święta Jadwiga przepowiedziała, że wspomniany książę Bolesław porwie przemocą z
                                        klasztoru dwie swoje rodzone siostry, poświęcone w Trzebnicy Bogu, i
                                        poszczególne przepowiednie sprawdziły się, ale jedna z tych porwanych z
                                        klasztoru sióstr, księżniczka Agnieszka, powróciła i w zakonie dokonała żywota.

                                        10. W jaki sposób przepowiedziała odszczepieństwo braciszka zakonnego

                                        Niejaki Fryderyk, syn księżny Zofii, złożył śluby w zakonie braci mniejszych.
                                        Jednakże, jak poucza Ewangelia, wielu jest wezwanych przez Boga, lecz nie
                                        wszyscy są wybrani. I rzeczywiście - a jest to bardzo groźne z wielkiej liczby
                                        powołanych zaledwie garstka uzyskuje wybór. Niech ten, który stoi, uważa, aby
                                        nie upaść, starając się stąpać roztropnie. Święta Jadwiga wyjawiła wobec swej
                                        synowej, księżny Anny, i jej służącej Gotlindy, że tenże Fryderyk w przyszłości
                                        upadnie, mówiąc: "Bardzo współczuję księżnie Zofii, ponieważ jej syn jako
                                        odszczepieniec wystąpi z zakonu, w którym złożył śluby". Nędznik ów po upływie
                                        dziesięciu lat spełnił przepowiednie Jadwigi.

                                        11. W jaki sposób księżna ujawniła jeża, którego nosiła w ukryciu jedna z
                                        zakonnic

                                        Siostra Racława, o której było już poprzednio wiele wzmianek, przyszła pewnego
                                        razu do św. Jadwigi, mając w rękawie habitu jeża. Św. Jadwiga, kierowana
                                        intuicją, rzekła z wymówką: "Dlaczego, siostro, nosisz przy sobie rzecz
                                        nieprzystojną?" A ona, która już zdołała zapomnieć o ukrywanym w jej rękawie
                                        zwierzątku, wycofała się ze wstydem, zastanawiając się, jaką nieprzyzwoitą
                                        rzecz ukrywa, o której mówiła księżna. I domyśliła się, że chodzi pewnie o
                                        jeża, którego nosiła pod habitem ku niezadowoleniu księżny. Wyrzuciła go więc
                                        natychmiast i powróciła do Jadwigi. Ta zaś rzekła: "Tak, córko, tak za
                                        pierwszym razem powinnaś była przyjść do mnie. Strzeż się, żebyś w przyszłości
                                        nie nosiła takich niestosownych rzeczy".

                                        12. W jaki sposób przepowiadała, że w przyszłości zostanie wzniesiony ołtarz

                                        Juliana, siostra z klasztoru trzebnickiego, pewnego dnia, gdy dano znak, by
                                        przejść do kaplicy na poranne modlitwy, podążała szybkim krokiem, aby nie
                                        spóźnić się na rozpoczęcie modłów; przeszła w kościele Św. Bartłomieja obok
                                        miejsca, gdzie teraz stoi ołtarz św. Stanisława biskupa i męczennika, nie
                                        wykazując specjalnego uszanowania, ponieważ nie było żadnego powodu do tego i
                                        miejsce to nie było wyróżnione żadnymi tytułami do oddawania czci. Spieszącą
                                        się siostrę przywołała księżna Jadwiga i wskazując to miejsce
                                        powiedziała: "Córko Juliano, miejsce to przeznaczone jest dla pewnego świętego,
                                        na którego cześć kiedyś zostanie wybudowany tu ołtarz, dlatego więc, ilekroć
                                        tędy będziesz przechodziła, nie omieszkaj okazać mu uszanowania". Gdy zaś
                                        księżna mówiła te słowa i pouczała nie tylko siostrę Julianę, lecz także panią
                                        Katarzynę, swoją przyjaciółkę i dworkę, nic jeszcze nie było słychać o zamiarze
                                        kanonizacji owego Stanisława. Po śmierci zaś świętej księżny, po upływie 14
                                        lat, gdy wzniesiono w tym miejscu ołtarz na chwałę Boga i na cześć św.
                                        Stanisława, wypełniła się jej przepowiednia.

                                        13. Jak przepowiedziała swojej damie dworu przyszłe ubóstwo

                                        Ową Katarzynę narodowości pruskiej, o której była już wzmianka, księżna
                                        nakłaniała, aby nauczyła się wytwarzać złote nici i haftować złotogłowia,
                                        ponieważ taki zawód będzie dla niej bardzo użyteczny w przyszłości. Służebna
                                        zgodziła się pokornie na radę księżny, która z miłości do niej radziła jej
                                        rzecz użyteczną, i wyuczyła się wspomnianego zawodu. Dzięki temu po śmierci
                                        swej pani i po utracie całego majątku dorobiła się trzykroć większego bogactwa
                                        i była niewiastą zamożną, bogatą nie tylko w rzeczy doczesne, ale i w cnoty, i
                                        kobietą o dobrej sławie, odbierającą podwójną nagrodę za wierną służbę;
                                        posłuszna swej cnotliwej pani, wkroczyła na ścieżkę jej cnót, choć obfitowała w
                                        dobra doczesne.

                                        14. Jak przepowiedziała własną śmierć

                                        Ta służebnica Boża, która wielu ludziom umiała przepowiedzieć przyszłość, nie
                                        mogła oczywiście nie znać własnego zejścia z tego świata. Dzięki zesłanemu jej
                                        przez Boga objawieniu przepowiedziała, że ciało jej będzie obciążone wieloma
                                        dolegliwościami, aż w najbliższym czasie wyzionie ducha.

                                        Pewnego razu odwiedziła księżnę szlachetna i zacna pani imieniem Milejsa, którą
                                        księżna nadzwyczaj miłowała; a gdy Milejsa miała już odejść, Jadwiga przywołała
                                        ją i rzekła: "Moja droga Milejso, podejdź bliżej i przyjmij mój pocałunek. Chcę
                                        ci bowiem powiedzieć, że gdy teraz odejdziesz, już mnie na tym śmiertelnym
                                        świecie więcej nie zobaczysz". I rzeczywiście - Milejsa płacząc przyjęła
                                        pocałunek Jadwigi i odjechała i już jej więcej nie zobaczyła, ponieważ wkrótce
                                        po jej odjeździe księżna pokonana chorobą zeszła z tego świata i spoczęła w
                                        pokoju.

                                        15. Jak Jadwigę biczowały demony

                                        Posiadając dar proroctwa i przeczuwając, że zbliża się wyzwolenie z ciała, a
                                        rozpoznając bliskość choroby, przez którą zejdzie z tego świata, jednakże będąc
                                        jeszcze zdrowa, wysłała posłańca do pani Katarzyny, swojej chrześniaczki, z
                                        poleceniem, aby ta nie zwlekając szybko przybyła posługiwać jej w nadchodzącej
                                        chorobie. Katarzyna jako wierna służka pośpieszyła posługiwać pani. Zastała ją
                                        jeszcze zdrową, niemniej pozostała przy niej i pilnie koło niej chodziła.

                                        Zdarzyło się, że gdy księżna weszła do jednej z komnat, Katarzyna zobaczyła
                                        trzy demony w ludzkiej postaci, z ogromnym wrzaskiem napadające na księżnę i
                                        okrutnie ją biczujące. Usłyszała, jak owe demony krzyczały z
                                        wściekłością: "Dlaczego jesteś taka święta? Dlaczego poświęcasz tyle czasu
                                        uczynkom miłosierdzia?" Jadwiga zaś, odpierając napaść demonów i z drżeniem
                                        broniąc się znakiem krzyża, wyszła z tej napaści bez skazy. A gdy opuszczała
                                        miejsce walki, pobożna służka podążała za nią i współczując jej,
                                        zwielokrotniała błogosławieństwo Boże nad księżną, czyniąc częste znaki krzyża
                                        za jej plecami, czego wprawdzie księżna nie widziała oczyma ciała, mając twarz
                                        odwróconą, czuła jednak moc krzyża Chrystusowego i zwracając się do Katarzyny
                                        powiedziała: "Katarzyno, zawsze mnie błogosław tym znakiem, albowiem ten znak
                                        Bożej męki ma przedziwną moc".


                                        • 16. Jak została namaszczona, gdy była jeszcze zdrowa

                                          Pewnego razu, gdy ciężko zachorowała i na którą to chorobę później zmarła,
                                          przywoławszy do siebie brata Mateusza z zakonu cystersów, który był jej
                                          spowiednikiem, pokornie prosiła o udzielenie jej sakramentu ostatniego
                                          namaszczenia. Usłyszawszy to siostry zaniepokoiły się i były roztrzęsione,
                                          ponieważ tak oczywistym oświadczeniem dała do zrozumienia, że zbliża się chwila
                                          odejścia z tego świata, zwłaszcza że wiedziały, iż Jadwiga nigdy nie
                                          zapowiadała niczego na próżno, a o czym by nie wiedziała dzięki darowi
                                          proroctwa. Ubolewały więc i bardzo się martwiły, a nie bez przyczyny, ponieważ
                                          obawiały się, że utracą mateczkę, która obdarzała je łaskami i miłowała w
                                          Chrystusie.

                                          Podszedłszy do niej siostra Adelajda, specjalnie jej bliska, rzekła: "Księżno,
                                          dlaczego ranisz nasze serca prośbą 0 ostatnie namaszczenie, gdy jesteś jeszcze
                                          zdrowa i nie wystąpiły żadne objawy choroby. Nie przystoi wszak w takiej
                                          sytuacji tego rodzaju lekarstwo, chyba że zachodzi obawa największego
                                          niebezpieczeństwa". Księżna odpowiedziała: "Wiem, najdroższa Adelajdo, że ty
                                          znasz dobrze przepisy Kościoła, jednakże jest coś takiego, co należy wziąć pod
                                          rozwagę. Umierający, opatrzony sakramentem ostatniego namaszczenia, jest
                                          niejako uzbrojony bronią duchową przeciw zmazom, należy więc chwycić się tego
                                          oręża z największą pobożnością. Jestem wprawdzie jeszcze zdrowa, lecz gdy nagle
                                          zostanę zaliczona między chorych, to obawiam się, że we wzmagających się
                                          boleściach nie będę mogła przyjąć owego zbawiennego sakramentu z należną
                                          pobożnością, jakby wypadało duszy pośpieszającej do Pana". Stała się zatem
                                          zadość jej życzeniu i została namaszczona świętymi olejami, a wkrótce potem
                                          ogarnęły ją takie cierpienia, że niezdołałaby przyjąć tego sakramentu.

                                          To, co się wydarzyło, podano do wiadomości nie po to, aby ową decyzję świętej
                                          naśladować, lecz ze względu na cudowność zdarzenia. Duch Święty przez
                                          objawienie udzielił jej wzmocnienia sakramentem, a ponadto udzielił jej
                                          dyspensy ze względu na jej pobożność.

                                          17. Jak poznała przybywające do niej osoby, nie widząc ich

                                          Gdy księżna zaczęła chorować obłożnie i cierpieć fizycznie, córka jej, wówczas
                                          ksieni klasztoru trzebnickiego, surowo zabroniła wszystkim siostrom i innym
                                          dworkom dręczenia chorej byle jakimi opowiadaniami. Jadwiga jednak znała wiele
                                          spraw nie z opowiadań, lecz z objawienia Bożego, i m.in. wiedziała, kto do niej
                                          przychodzi, chociaż nie widziała odwiedzających, leżąc z twarzą odwróconą. Gdy
                                          po najeździe tatarskim siostry powróciły do klasztoru w Trzebnicy, poleciła
                                          wezwać do siebie siostrę Wieńczysławę, o której powrocie dotychczas nie
                                          słyszała.

                                          Kobiety czuwające przy Jadwidze i jej posługujące w chorobie, w obawie, aby nie
                                          zmarła pod nieobecność swej synowej, księżny Anny, która bawiła wtedy u swego
                                          brata, króla Czech, starały się zawiadomić ją jak najszybciej o chorobie
                                          świekry. Jadwiga jednak zabroniła, mówiąc: "Nie obawiajcie się i do mej synowej
                                          Anny nie posyłajcie wiadomości o mej chorobie. Nie umrę bowiem, zanim ona nie
                                          przyjedzie". I tak też się stało. Gdy Anna powróciła, Jadwiga rzekła: "Czyż nie
                                          powiedziałam wam, że przed jej powrotem nie umrę?"

                                          18. Jak zganiła nieposłuszną siostrę

                                          W owym czasie, gdy księżna obłożnie chorowała, dwie siostry z klasztoru
                                          trzebnickiego, Pinnosa i Benedykta, przyszły do niej w odwiedziny. Księżna
                                          zobaczyła bliżej stojącą Pinnosę, dotknęła ją małym wachlarzykiem z liści
                                          palmowych, które właśnie trzymała w ręku, mówiąc: "Nie wypada ci zaprzeczyć,
                                          gdybyś nawet chciała, że przyszłaś tu bez pozwolenia ksieni. Odejdź zatem i
                                          proś o darowanie swego zaniedbania, a poprosiwszy i uzyskawszy zezwolenie, wróć
                                          do mnie, jeśli będziesz chciała". Zdziwiona siostra, chociaż bardzo bała się
                                          ksieni, pośpieszyła wypełnić polecenie księżny. Przyznawszy się ksieni do
                                          uchybienia, uzyskała przebaczenie i powróciła do księżny. Jadwiga zaś, leżąc
                                          obrócona do ściany, nie widziała wchodzącej Pinnosy, ale przez Ducha przeczuła
                                          jej obecność i powoli rzekła: "Odejdź, naruszycielko reguły, odejdź". Pinnosa
                                          zaś prosiła o wybaczenie, które natychmiast od księżny otrzymała, a chora
                                          rzekła: "W żadnym wypadku, córko, nie czyń nic bez zezwolenia, gdyż wielkie
                                          zasługi należą się temu, kto nosi jarzmo świętego posłuszeństwa".

                                          19. W jaki sposób wyjawiła siostrze ukryte grzechy

                                          Gdy służebnica Boża była udręczona chorobą, od której później umarła, Eugenia,
                                          siostra z klasztoru trzebnickiego, rzekła do drugiej zakonnicy z tegoż
                                          klasztoru, również cysterki: "Siostro Gaudencjo, odwiedźmy świętą księżnę,
                                          naszą matkę, .i czuwajmy przy niej w najbliższą noc". Gaudencja
                                          odpowiedziała: "Chętnie bym to uczyniła, lecz nie ośmielę się; obawiam się
                                          bowiem, że z chwilą, gdy stanę przed jej obliczem, wyjawi moje grzechy, tak jak
                                          siostrze Pinnosie ujawniła winę nieposłuszeństwa i jak siostrę Racławę zganiła
                                          z powodu zwierzątka, które Racława nosiła w habicie", o których to wydarzeniach
                                          była mowa w tymże VIII rozdziale w podrozdziale poprzednim, gdzie opowiedziano
                                          o pierwszym zdarzeniu, a w jedenastym podrozdziale o drugim. Eugenia jednak nie
                                          przyjęła tej wymówki i stanowczo nakłaniała Gaudencję, żeby razem z nią poszła
                                          do księżny.

                                          Przyszedłszy do domu, w którym leżała chora księżna, Eugenia weszła pierwsza,
                                          Gaudencja zaś, przestraszona, pozostała w przedsionku. Zaiste, cudowną jest
                                          sprawą, że chora ani widząc, ani słysząc wiedziała z natchnienia Bożego o
                                          obecności tej, która stała na zewnątrz, i powiedziała do Eugenii, która była
                                          wewnątrz domu: "Eugenio, idź i powiedz Gaudencji, która stoi za drzwiami, te
                                          słowa od Boga i ode mnie: wytykając jej przewinienia, które się jej wydarzyły.
                                          Niech szybko pobiegnie do konfesjonału, by uzyskać tam oczyszczenie grzechów,
                                          które na niej ciążą".

                                          Eugenia wykonała polecenie księżny, Gaudencja zaś zaledwie usłyszała przekazane
                                          słowa księżny, wielce przerażona, gdy usłyszała o sobie prawdę, poszła do
                                          spowiedzi i oczyszczona z grzechów przychodziła potem do księżny w spokoju
                                          duszy, ilekroć chciała.

                                          20. Jak przepowiedziała siostrom przyszłe kłopoty

                                          Podczas choroby księżny, Gertruda, ksieni trzebnicka, a córka Jadwigi, zwróciła
                                          się z pytaniem, gdzie matka wybiera sobie miejsce pochówku. Na to księżna,
                                          unikając jak zawsze wszelkiej pompy, pełna szczerej pokory powiedziała: "Pragnę
                                          być pochowana na wspólnym cmentarzu". Widząc, że córka na to się nie zgadza,
                                          pokornie prosiła, by ją pochować w zakonnym kapitularzu. Gdy i na to córka nie
                                          wyraziła zgody, mówiąc: "pochowamy ciebie w grobowcu mego ojca",
                                          odpowiedziała: "Jeżeli już wypada pochować mnie w kościele, to, córko moja,
                                          zaklinam cię na Boga, żebyś nie złożyła ciała w grobowcu twego ojca, z którym
                                          przez wiele lat żyłam w separacji. Nie chcę bowiem jako nieboszczka być
                                          połączona ze zmarłym mężem, od którego łoża byłam przez długi okres mego życia
                                          odseparowana dla umiłowania czystości". Gdy córka na to powiedziała, że: "W
                                          takim razie pochowamy cię, matko, w grobowcu twego syna, a mego brata",
                                          odparła: "Z nikim razem nie chcę być pochowana, lecz jeżeli w ogóle
                                          zdecydowaliście się pochować mnie w kościele, radzę wam, pochowajcie mnie przed
                                          ołtarzem św. Jana Ewangelisty".

                                          W kościele Św. Bartłomieja przed wspomnianym ołtarzem św. Jana leżą pochowani
                                          chłopaczkowie, jej wnuki, których niewinność miłowała i z nimi chciała
                                          spoczywać w swej pokorze. Pamiętała bowiem słowa Pana z Ewangelii: "Jeśli nie
                                          staniecie się jako dziatki, nie wnijdziecie do Królestwa Niebieskiego". Na to
                                          córka jej odpowiedziała:

                                          "Złożymy cię, matko, przed ołtarzem św. Piotra, abyśmy zawsze twój grobowiec
                                          mieli przed oczyma". Na słowa te księżna, oświecona duchem proroczym,
                                          odrzekła: "Jeżeli to zrobicie, będziecie wkrótce żałować ze względu na poważne
                                          kłopoty, które wynikną w przypadku pochowania mnie w tym miejscu .
                                          • "Złożymy cię, matko, przed ołtarzem św. Piotra, abyśmy zawsze twój grobowiec
                                            mieli przed oczyma". Na słowa te księżna, oświecona duchem proroczym,
                                            odrzekła: "Jeżeli to zrobicie, będziecie wkrótce żałować ze względu na poważne
                                            kłopoty, które wynikną w przypadku pochowania mnie w tym miejscu .

                                            I oto spełniła się jej przepowiednia, ponieważ siostry zakonne miały odtąd
                                            zakłócony spokój z powodu pielgrzymek tłumów do grobu księżny. Tak to ona,
                                            szczęśliwa i błogosławiona, oświecona blaskiem Bożym, znała prawdę zdarzeń
                                            ukrytą przed ludzkimi oczami. Czego nie mogła bowiem poznać jako człowiek,
                                            odkrywało się przed nią prawdziwe światło dane jej przez Boga, chociaż na
                                            zewnątrz nie ujawniała tego, czego była świadoma. Również ksieni, jej córka,
                                            chociaż była świadoma tajemnicy matki, nie mówiła o tym, strzegąc
                                            pieczołowicie, aby w czasie choroby otoczenie nie przeciążało chorej domaganiem
                                            się przepowiedni.


                                          • Rozdział IX

                                            O zgonie Jadwigi i cudach, które mu towarzyszyły

                                            Na początku o tym, jak święci przybyli do niej w jej ciężkiej chorobie

                                            Gdy zbliżał się dzień, w którym św. Jadwiga po dokonaniu uczynków miała
                                            otrzymać chwalebny owoc, Pan Bóg dał jej niejako przedsmak tego wiekuistego
                                            wesela i rozradował jej duszę pocieszeniami, aby nie sprawdziło się w stosunku
                                            do niej proroctwo: "Pociecha skryła się od oczu moich", prawdziwie zastosowane
                                            do grzeszników albo do schodzących z tego świata. Bóg posłał bowiem do niej
                                            mieszkańców ojczyzny niebieskiej, którzy jako już doświadczeni, mogli ją
                                            szerzej pouczać o rozkoszach mieszkańców Niebios i zaprosić ją na przygotowaną
                                            dla niej niewypowiedzianą ucztę.

                                            Albowiem w dzień Narodzin Najświętszej Panny, gdy wszystkie siostry i inni,
                                            którzy posługiwali w jej chorobie, poszli śpiewać lub wysłuchać śpiewów
                                            nieszpornych, pozostała przy niej jedynie jej chrześniaczka Katarzyna. Ta
                                            zobaczyła jakieś postacie ludzkie promieniujące niezwykłym blaskiem, które
                                            podchodziły do łoża księżny. Usłyszała też głos Jadwigi, która mówiła do
                                            gości: "Bądźcie pozdrowione, moja święta pani Mario Magdaleno, święta
                                            Katarzyno, święta Teklo, święta Urszulo" - i wymieniała wiele imion niewiast
                                            świętych, lecz Katarzyna, która była przy tym, nie zapamiętała wszystkich.
                                            Usłyszała także, że księżna rozmawiała z nimi w języku literackim i o ile mogła
                                            zrozumieć lub domyślić się, prawdopodobnie rozmawiała o godzinie śmierci
                                            księżny. Po zakończeniu nieszporów widzenie znikło.

                                            Cud drugi. W jaki sposób odwiedzali ją święci?

                                            Również w dzień św. Mateusza apostoła i ewangelisty, gdy siostry klasztoru
                                            trzebnickiego tradycyjnym zwyczajem zebrały się w kapitularzu, dwie spośród
                                            nich, Pinnosa i Benedykta, przyszły odwiedzić cierpiącą księżnę. Do obecnych
                                            przy jej łożu księżna rzekła: "Klęknijcie i módlcie się". A gdy ją zapytały,
                                            dlaczego mają to uczynić, dodatkowo wyjaśniła: "Czyż nie widzicie świętej Marii
                                            Magdaleny i świętej Katarzyny?" Jeszcze jakiegoś innego męczennika wymieniła
                                            księżna, lecz o imieniu tak rzadkim, że im wypadło z pamięci, zwłaszcza, że
                                            siostra Benedykta nie umiejąc pisać nie zapisała tego imienia.

                                            W taki sposób Pan Bóg sprawiał ulgę w cierpieniach swej umiłowanej i wybranej
                                            odwiedzinami świętych, zanim ją przeniósł do pełni radości wiekuistych.

                                            A gdy Bóg chciał już położyć kres jej udrękom i uwolnić ją od utrudzenia, które
                                            jednak mimo miłości odczuwała, z powłoki cielesnej przeniósł jej przeświętą
                                            duszę do otchłani wiekuistej światłości. Tam będzie na wieki wieków spoglądała
                                            na Pana naszego, Jezusa Chrystusa, dla którego miłości wzgardziła miłością
                                            świecką i całym bogactwem tego świata. Zeszła zaś święta Jadwiga z tego świata
                                            w roku Pańskim 1243, w dzień Id październikowych, w porze nieszporów, czyli o
                                            tej porze, w której zazwyczaj po codziennym poście przyjmowała suchy posiłek.
                                            Została przeniesiona do słodyczy uczty niebiańskiej i do uczestniczenia wraz ze
                                            wszystkimi świętymi w szabacie odpoczynku bez granic.

                                            Cud trzeci. Jak ciało Jadwigi zmieniło się po śmierci?

                                            Gdy życie uleciało już z ciała Jadwigi, pani Wieńczysława, przeorysza klasztoru
                                            trzebnickiego, zwyczajem obowiązującym w klasztorach przystąpiwszy z siostrami
                                            do zwłok kazała je obmyć i wtedy okazało się, że św. Jadwiga nosiła na ciele
                                            najtwardszą włosiennicę i opaskę splecioną z końskiego włosia. Gdy zdjęto z
                                            niej te rzeczy, zaczęły się objawiać oznaki przyszłej chwały: albowiem kolor
                                            jej ciała w wyniku częstego postu i ciągłego biczowania był ziemistożółty,
                                            skóra była pomarszczona, a całe ciało, spalone upałami i odmrożone chłodami
                                            prawie czarne, na oczach wszystkich zajaśniało śnieżnobiałym blaskiem i zaczęło
                                            świecić przedziwną świetlistością.

                                            Jej zsiniałe po śmierci oblicze wybielało, policzki zaróżowiły się, wargi
                                            zaczerwieniły. Patrzącym wydawało się, że jest najpiękniejszą postacią, nie
                                            mającą zgoła żadnych oznak śmiertelnych. Jej stopy poprzednio szorstkie od
                                            częstego stąpania boso, wówczas wydały się białe jak mleko.

                                            Ta widoczna dla otoczenia zewnętrzna białość ciała zmarłej świadczyła o tym, że
                                            Jadwiga została uwolniona od wszelkich blizn i przywrócona do stanu
                                            nieskalaności oraz obdarzona szatą wieczystej nieśmiertelności. Oznaki
                                            pobożnych umartwień, które ukrywała za życia, a mianowicie guzy na kolanach,
                                            które się ujawniły i dały się zbadać przez stojące obok niewiasty, wywołały
                                            podziw i radość otoczenia, bo świadczyły o wielkim modlitewnym uniesieniu tej
                                            wspaniałej niewiasty w służbie Najwyższego Pana.

                                            Jak stwierdziła siostra Juta, która osobiście te guzy oglądała, były tak
                                            wielkie, jak dwie pięści razem, a jeden z guzów był większy od drugiego.
                                            Widoczne w nich były zagłębienia i otwory wypełnione płynem. W czasie modlitwy
                                            bowiem do jej obnażonych kolan na posadce wcierał się kurz i na trwałe tkwił w
                                            zagłębieniach.

                                            Po obmyciu ciała i ustawieniu na katafalku, jak należało, siostry z klasztoru
                                            trzebnickiego zbiegły się natychmiast i każda z nich z wielką pożądliwością, a
                                            nawet chciwością, zabierała, cokolwiek mogła, z nieżyjącej. Jedna obcinała
                                            paznokcie u rąk, inne u nóg, a jeszcze inne włosy z głowy świętej. Wreszcie z
                                            należnym szacunkiem zwłoki, ów skarb nieoceniony, zostały przeniesione do
                                            kościoła i pozostawały tam nie pochowane przez trzy dni. Przy jej ciele wiele
                                            osób czuwało modląc się i chwaląc Pana Boga za wszystko, co widzieli i
                                            słyszeli, a co łaska Boska uczyniła jako wielkie rzeczy przy zmarłej,
                                            nagradzając zasługi swej świętej.

                                            Cud czwarty. Jak uzdrowiła pewną siostrę z obrzęku na ręce

                                            Pewna siostra z klasztoru trzebnickiego, imieniem Juta, miała groźny obrzęk i
                                            zasinienie ręki z powodu zaniku żyły. Gdy żadne lekarstwo nie skutkowało,
                                            wezwała pomocy św. Jadwigi, ufając, że zasługi zmarłej uwolnią ją od
                                            niebezpieczeństwa. Podeszła więc z wiarą do katafalku, jak mogła najbliżej, i
                                            przyłożyła rękę do ciała świętej. Gdy przybliżyła chorą rękę do koszuli, w
                                            którą odziana była zmarła, poczuła nagle przedziwnie piękną woń i ręka
                                            natychmiast wróciła do normalnego stanu.

                                            Cud piąty. Jak uzdrowiła siostrę zakonną z pragnienia

                                            Marta, siostra z klasztoru trzebnickiego, cierpiała na suchość ust, języka i
                                            płuc. Z tego powodu od dwóch lat odczuwała takie pragnienie, że gdy dzwoniono
                                            na Jutrznię, już musiała się napić wody. A ilekroć nie zdążyła ugasić
                                            pragnienia, wchodząc do kościoła piła nawet wodę święconą, co powodowało, że
                                            inne siostry szemrały z tego powodu i ksieni na kapitule uznała ją winną
                                            mówiąc, że występek tej siostry pochodzi nie z choroby w niej tkwiącej, lecz z
                                            nagannego przyzwyczajenia; jeśliby chciała, mogłaby przez wstrzemięźliwość
                                            pozbyć się tego nałogu. Siostra zaś, dręczona nie dającym ugasić się
                                            pragnieniem, zawstydzona i publicznie potępiona, nie mogła się tej potrzeby
                                            picia pozbyć, ponieważ nie było to złośliwe przyzwyczajenie, jak sądziły
                                            siostry, lecz choroba, która tkwiła w jej wnętrzu.

                                            Gdy w dzień śmierci obmyto ciało Jadwigi, jak już o tym była mowa, i
                                            przeniesiono je do kościoła, cierpiąca na pragnienie siostra Marta podeszła do
                                            miejsca, gdzie ciało obmyto, z wiarą, że modlitwa jej w tym miejscu dla zasług
                                            zmarłej będzie skuteczna. Modliła się zaś tymi słowami: "Moja księżno, święta
                                            Jadwigo, uwolnij mnie od tego cierpienia i od wstydu, który mnie nęka z powodu
                                            trapiącego mnie pragnienia". Po tej modlitwie podeszła do naczynia pełnego
                                            wody, w której obmyto zwłoki świętej, a naczynie to odszukała pod nieobecność
                                            wszystkich, którzy udali się na pogrzeb. Obmyła więc usta, szyję i gardło i
                                            natychmiast została uzdrowiona, tak że od tego czasu nie odczuwała żadnego
                                            nienaturalnego i nie dającego się opanować pragnienia.

                                            Cud szósty. Jak na ciele św. Jadwigi pojawiła się jasność i rozlała się cudowna
                                            woń

                                            Trzeciego dnia po śmierci, nim zostało pogrzebane ciało św. Jadwigi, córka jej,
                                            ksieni klasz
                                            • Trzeciego dnia po śmierci, nim zostało pogrzebane ciało św. Jadwigi, córka jej,
                                              ksieni klasztoru trzebnickiego, rzekła do siostry Wieńczysławy, wówczas jeszcze
                                              przeoryszy, aby welon, który okrywał głowę świętej, zdjęła i okryła głowę innym
                                              welonem. Ten zaś, który polecono zdjąć, pochodził od św. Elżbiety, której św.
                                              Jadwiga była ciotką, przeto Jadwiga miała za życia ten welon w wielkim
                                              poważaniu i z miłości do siostrzenicy pieczołowicie go przechowywała. Z tego
                                              też niewątpliwie powodu wspomniana wyżej jej córka postanowiła ów welon
                                              zachować dla siebie, aby w tym welonie pielęgnować pamięć o matce i kuzynce i
                                              aby nie utracić trwałej pamiątki ich miłości. Siostra, która przystąpiła do
                                              katafalku, aby wykonać polecenie ksieni, odsłoniła oblicze świętej i zobaczyła
                                              wówczas leżącą z otwartymi ustami, a z ust wydobywała się przedziwnie piękna
                                              woń. Ciało świętej, które poprzednio, podczas obmywania, miało kolor mleka lub
                                              śniegu, teraz promieniowało niezwykłym blaskiem. I tak dar świetlistości i
                                              szata chwały zdawały się nadal promieniować.

                                              • Rozdział X

                                                O cudach, które się wydarzyły po śmierci świętej Jadwigi

                                                Aby jej nieoceniona cnota nie pozostała nie znana ludziom jak perła lub cenny
                                                skarb ukryty w roli, Pan Bóg raczył ujawnić ją potęgą Swej mocy. Albowiem po
                                                pochowaniu jej ciała z należnym ceremoniałem św. Jadwiga natychmiast zaczęła
                                                jaśnieć wieloma i wielkimi cudami, którymi wzdłuż i wszerz krainy pocieszała z
                                                łaski Zbawiciela wiernych, z pobożnością wzywających jej pomocy, zgodnie z tym,
                                                o czym opowiemy w dalszym ciągu.

                                                Wyliczanie cudów obejmuje: po pierwsze uzdrowienie osób chorych, po drugie
                                                wyleczenie bólów głowy i oczu, po trzecie przywrócenie wzroku ślepym, po
                                                czwarte przywrócenie słuchu głuchym, po piąte przywrócenie mowy niemym, po
                                                szóste uwolnienie od niedowładu rąk, po siódme uzdrowienie niedowładu nóg, po
                                                ósme łącznie uzdrowienie rąk i nóg, po dziewiąte uzdrowienie skurczów, po
                                                dziesiąte uzdrowienie garbatych, po jedenaste uzdrowienie paralityków, po
                                                dwunaste chorych na gorączkę powtarzającą się co cztery dni, po trzynaste
                                                chorych na padaczkę, po czternaste uzdrowienie opętanych, po piętnaste
                                                uzdrowienie chorych na biegunkę, po szesnaste uzdrowienie chorych na błonicę,
                                                po siedemnaste uleczenie chorych na wrzody, po osiemnaste wyrwanie z
                                                niebezpieczeństwa śmierci, po dziewiętnaste wskrzeszenie zmarłych, po
                                                dwudzieste o niektórych szczególnych cudach, które wydarzyły się siostrze
                                                klasztoru trzebnickiego i innym osobom niedługo przed kanonizacją św. Jadwigi.

                                                W imię Pańskie. Amen.

                                                1. Zaczynają się cuda przez zasługi św. Jadwigi. Po pierwsze o przywróceniu
                                                zdrowia osłabionym chorobą

                                                Cud pierwszy

                                                Pewien chłopiec imieniem Dominik, syn szlachcica Witosława w Borku, był ciężko,
                                                obłożnie chory. Choroba zmagała się do tego stopnia, że według powszechnego
                                                mniemania groziła mu śmierć. Albowiem ręce i nogi miał obumarłe, oczy były tak
                                                wywrócone w orbitach, że nie można ich było zamknąć, z jego gardła wydobywał
                                                się ledwo słyszalny dźwięk, a cała pierś niezwykle nabrzmiała, jak zazwyczaj
                                                obserwuje się u zmarłych. Matka jego, przeczuwając zbliżającą się śmierć,
                                                zwróciła się również do chorego i leżącego w łóżku męża: "Syn nasz zaraził się
                                                od ciebie i odchodzi. Nie mamy już naszego syna".

                                                Usłyszawszy to ojciec zapłakał i podniósłszy w górę rękę zawołał: "Księżno
                                                moja, święta Jadwigo, byłem ci wiernym sługą, ty zaś za życia miłowałaś mnie!
                                                Ześlij mi teraz tę łaskę, abym za twoim wstawiennictwem odzyskał zdrowego syna!
                                                Przywróć mi, księżno, zdrowego syna i niech to będzie szczodrą i szczególną
                                                zapłatą za moje usługi".

                                                Zaprawdę cudowne to, że wierny sługa powołuje się na swą służbę w nadziei
                                                uzyskania łaski księżny, a święta księżna nie zapominając o jego wiernej
                                                służbie nie odmawia pomocy i nie ociąga się spełniając prośbę. Natychmiast
                                                bowiem, gdy ojciec wypowiedział słowa modlitwy, syn, o którym sądzono, że
                                                umiera, odwrócił ku ojcu głowę i pocieszył go wzrokiem. Nabrzmiałe piersi
                                                powróciły do normalnego stanu i szybko znikły objawy umierania, a sam chłopiec,
                                                wychudzony i wycieńczony chorobą trwającą od św. Michała do następnego dnia po
                                                św. Marcinie, trzeciego dnia zdrów i cały opuścił łoże boleści bez żadnego
                                                uszczerbku i zmian cielesnych.

                                                Ojciec tego chłopca w czasie badania inkwizytorów zeznał o tym cudzie, chociaż
                                                ledwie mógł mówić z powodu łez i szlochu wdzięczności.

                                                Cud drugi

                                                Chłopiec Walter, syn bogatego mieszczanina wrocławskiego Emila, wskutek upadku
                                                niosącej go niańki tak mocno się potłukł, że doznał silnego uszkodzenia nerek i
                                                opuchnięcia, których nie można było usunąć żadnym lekarstwem. Matka jego zatem
                                                poleciła chirurgowi zastosować nacięcie, które jednakże nie dało rezultatu, a
                                                nawet przeciwnie - chłopiec jeszcze bardziej osłabł.

                                                Niewiasta widząc więc, że nie ma ludzkiego sposobu przywrócenia synowi zdrowia,
                                                wymyśliła za natchnieniem Bożym szczególne antidotum, mianowicie uzyskanie leku
                                                od Najwyższego Lekarza za wstawiennictwem św. Jadwigi. Mając głębokie zaufanie
                                                do zasług świętej ślubowała, że przywiezie śmiertelnie chorego syna do jej
                                                grobowca, wierząc, iż nie zawiedzie się w swym zaufaniu. Złożywszy to
                                                ślubowanie postarała się szybko je spełnić, chociaż doradzano jej, aby nie
                                                zabierała dziecka, o którym sądzono, że jest bliskie śmierci i że należy raczej
                                                spodziewać się pogrzebu.

                                                Po przybyciu do Trzebnicy w pobliżu grobu św. Jadwigi matka usunęła opatrunek z
                                                rany dziecka i położyła syna na grobowcu świętej wraz ze świecą wielkości
                                                chorego i innymi darami; w obecności wielu ludzi, stanąwszy w pobliżu, modliła
                                                się słowami: "Księżno moja, św. Jadwigo, uzdrów mego syna, albo spraw, aby
                                                umarł przed opuszczeniem twego grobu". Do takiej prośby skłoniły ją cierpienia,
                                                które przeżywała z powodu choroby syna, chorował bowiem od świętego Wincentego
                                                biskupa, poprzedzającego święto urodzin św. Jana Chrzciciela, aż do wigilii św.
                                                Bartłomieja.

                                                I oto jak cudowny i godny podziwu jest fakt, że po odmówieniu modlitwy matka
                                                wzięła syna, którego przedtem położyła na grobowcu jako umierającego, zupełnie
                                                zdrowego. Rana zaś z nacięcia, z której poprzednio usunięto opatrunek, była
                                                zaleczona i pozostała po niej tylko bardzo mała blizna, świadcząca o zranieniu.
                                                Chłopiec ów, przez zasługi św. Jadwigi przywrócony do zdrowia, żył przez długie
                                                lata wolny od chorób, a w czasie badania cudów przedstawiony został
                                                inkwizytorom jako zdrowy dla potwierdzenia prawdziwości cudu.

                                                Cud trzeci

                                                Piotr, dworzanin i przyjaciel księcia Henryka, pokonany w święto Bożego
                                                Narodzenia ciężką chorobą, leżał przez wiele dni dręczony atakami boleści. Gdy
                                                cierpiał coraz bardziej, przypomniał sobie świętości błogosławionej Jadwigi i
                                                ufny w jej przychylność zwrócił się do niej słowami: "Święta Jadwigo, przedłuż
                                                jeszcze swoim wstawiennictwem moje życie". Gdy więc w dzień wigilii św.
                                                Sylwestra papieża i wyznawcy powtarzał na łożu tę modlitwę wzywając opieki
                                                świętej, usłyszał kilkakrotnie głos: "Powstań, powstań, dlaczego leżysz?"
                                                Usłyszawszy ten głos i ogarnięty nadal trwającym snem, nie usłuchał rozkazu,
                                                lecz obudziwszy się natychmiast powstał zupełnie zdrów i oświadczył, że od
                                                boleści został uwolniony z Bożego miłosierdzia przez zasługi św. Jadwigi.

                                                Cud czwarty

                                                Sześcioletnia dziewczynka Elżbieta, córka Mechtyldy, żony Hermana Kransona,
                                                mieszczanina wrocławskiego, miała z powodu choroby ciałko tak wychudzone, że
                                                członki jej były znacznie mniejsze, niżby wynikało to z jej wieku. Matka jej
                                                przekonawszy się, że żadne środki nie odnoszą już skutku w leczeniu biednej
                                                córeczki, której siły i zdolność do życia zniszczyła choroba, złożyła ślub w
                                                celu uproszenia litości Boga i udała się z córeczką do grobowca św. Jadwigi.
                                                Położywszy dziecko tuż przy grobowcu, modliła się do św. Jadwigi
                                                słowami: "Panie Jezu, przez zasługi św. Jadwigi wzywam Twego miłosierdzia!
                                                Ulecz moją chorą córeczkę tu leżącą!" I oto miłosierny i litościwy Pan Bóg,
                                                który jest przychylny wszystkim słusznie Go wzywającym, natychmiast okazał Swe
                                                dobrodziejstwo i dziewczynkę, wychudzoną przez półroczną chorobę, przywrócił do
                                                pełnego zdrowia, tak że dziecko, jakby zasuszone, natychmiast odzyskało dzięki
                                                wstawiennictwu Jadwigi normalne ciało.

                                                Cud piąty

                                                Brat Herman, kapłan z klasztoru cysterskiego w Lubiążu, tak ciężko zachorował,
                                                że zarówno on, jak i inni bracia mniemali, że się z tej choroby już nie
                                                podźwignie. Gdy pewnego razu udręczony chorobą wpadł w stan ekstazy, usłyszał
                                                głos mówiący: "Udaj się do Trzebnicy, do grobu św. Jadwigi, a będziesz
                                                uzdrowiony". I od tej chwili brat zaczął wracać do zdrowia i czuć się lepiej. A
                                                poczuwszy się lepiej, zaniedbał polecenia, aby odwiedzić grób św. Jadwigi;
                                                wtedy nastąpił nawrót choroby, jak gdyby w wyniku okazanej niewdzięczności za
                                                wielkie dobrodziejstwo, i zaczął doznawać na nowo udręczeń.

                                                Przyznając się we własnym sumieniu, że to z winy jego zaniedbania powróciła
                                                choroba
                                                • Przyznając się we własnym sumieniu, że to z winy jego zaniedbania powróciła
                                                  choroba i zwielokrotnione boleści, ponieważ zlekceważył Boskie polecenie,
                                                  uprosił ojca klasztoru, ks. Ludwika, wówczas opata lubiąskiego, by mu zezwolił
                                                  udać się do grobowca świętej Jadwigi, tak jak było mu to objawione; i w
                                                  towarzystwie dwóch braci, laika Mikołaja i kapłana Bertolda, cierpiący przybył
                                                  do owego grobowca. A ponieważ był chory, leżąco modlił się tam do Boga o
                                                  odzyskanie zdrowia przez zasługi świętej Jadwigi.

                                                  Zaledwie zaczął się modlić ten sługa Boży, przybył Ten, który przyrzekał
                                                  prawdziwie mówiąc: "Wierzcie, że o cokolwiek w modlitwie prosicie, wszystko
                                                  otrzymacie", i sługę swego pocieszył przywracając mu zdrowie, o które prosił,
                                                  zanim chory powstał, by odejść od grobowca. Gdy modlił się, oblał go zbawczy
                                                  pot, a odprowadzony do gospody tejże nocy pozbył się cierpień, których doznawał
                                                  od wigilii Wniebowzięcia Najśw. Panny Marii aż niemal do św. Michała
                                                  Archanioła.

                                                  I tak za wstawiennictwem św. Jadwigi, przywrócony do poprzedniego stanu, szybko
                                                  powrócił do swego klasztoru. Z wyżej wymienionego klasztoru lubiąskiego wielu
                                                  innych braci zakonnych zostało uzdrowionych przez Boga za orędownictwem św.
                                                  Jadwigi. Jednym z nich był brat Arnold, cześnik, co zaświadczył brat Gotfryd,
                                                  przeor tegoż klasztoru.

                                                  Cud szósty. O dziewczynie, której wypadły włosy

                                                  Święta Jadwiga swoim wstawiennictwem u Boga nie tylko przywracała zdrowie
                                                  ciału, lecz także uzdrawiała dusze, usuwając zmartwienia z serc, o czym mówią
                                                  następne rozdziały.

                                                  Pewna świecka dziewczyna, która wobec Boga utraciła dziewiczą niewinność,
                                                  wstydząc się ludzi udawała w sercu i ubiorze, że ją posiada. Gdy przybyła do
                                                  grobu św. Jadwigi, by złożyć tam welon jako znak swej niewinności, razem z
                                                  welonem zdjętym z głowy wypadły jej wszystkie włosy i stała tak z głową bez
                                                  włosów. Ponieważ nie chciała uznać swego grzechu, lecz raczej z próżności
                                                  chciała uchodzić za niewinną dziewicę, którą nieszczęśliwie już nie była, hańba
                                                  jej została wobec wszystkich ujawniona. A to dlatego, ażeby zwróciwszy się do
                                                  sumienia, stała się pokorniejszą ta, która poprzednio radowała się
                                                  chełpliwością razem z głupimi dziewczynami, nie posiadającymi ani oleju
                                                  miłości, ani piękna czystości.

                                                  Pewien Klemens rodem z Oryniec zapewniał egzaminatorów, że widział owe włosy,
                                                  które wypadły z głowy dziewczyny, jakkolwiek nie był przy tym obecny. Podobne
                                                  zdarzenie opisuje żywot św. Stanisława. Uczy ono, że Bóg ujawnia przez świętych
                                                  i święte, jak wielkim występkiem jest ukrywanie winy przez oszukiwanie.

                                                  Cud siódmy.

                                                  O zagubionym i znalezionym chłopcu Pewien robotnik bawiąc we Wrocławiu miał
                                                  przy sobie trzyletniego synka, którego w czasie nowenny przed św. Janem
                                                  Chrzcicielem wykradły i uprowadziły wędrowne kobiety. Gdy przemierzając ulice i
                                                  rynki szukał przez trzy dni dziecka i z bólem nie mógł go odnaleźć, złożył
                                                  ślubowanie mówiąc: "Święta Jadwigo, spraw, abym odnalazł mego synka, a ja ci
                                                  ofiaruję miarę pszenicy tej wagi, jaką mój chłopiec uzyska na jej szali". Gdy
                                                  wypowiedział te słowa, natychmiast przystąpiła do niego jakaś niewiasta mówiąc
                                                  mu, aby poszedł w pewne miejsce i tam odebrał zagubionego synka, równocześnie
                                                  wskazując to miejsce, w którym z wielką radością wieśniak odnalazł za
                                                  pośrednictwem Jadwigi swe dziecko.

                                                  • Rozdział X - cd.

                                                    O cudach, które się wydarzyły po śmierci świętej Jadwigi

                                                    2. O uzdrowieniach głowy i oczu

                                                    Cud pierwszy

                                                    Pewien mąż imieniem Michał, pobożny i bogobojny, posiadający w klasztorze
                                                    trzebnickim siostrę imieniem Gaudencja, był obłożnie chory i od roku dręczony
                                                    ciężkimi bólami głowy. Człowiek ten w zapale pobożności wzywał pomocy św.
                                                    Jadwigi, aby go od tej wielkiej katuszy Pan Bóg raczył za jej pośrednictwem
                                                    uwolnić. Wreszcie św. Jadwiga objawiła mu się we śnie i powiedziała: "Jeżeli
                                                    chcesz być uzdrowiony, odwiedź osobiście mój grób, a odzyskasz zdrowie".
                                                    Człowiek ów obudziwszy się postanowił skorzystać z rady otrzymanej we śnie i
                                                    udał się do miejscowości, gdzie jest wspomniany grób. Położył się przy nim
                                                    krzyżem modląc się. Podczas tej modlitwy o przywrócenie zdrowia objawił mu się
                                                    pewnien mąż w białych szatach i rzekł: "Powinieneś się modlić i Pana Boga
                                                    wzywać, przez zasługi św. Jadwigi, takimi słowami: "Daj nam, prosimy
                                                    Wszechmocny Boże, abyśmy Cię zawsze sławili, i dozwól łaskawie, abyśmy,
                                                    powołując się na zasługi św. Jadwigi, za jej wstawiennictwem doznali Twojej
                                                    łaski".

                                                    Ów chory był człowiekiem niezbyt uczonym i nie potrafiłby ułożyć takiej
                                                    modlitwy ani zapamiętać skądinąd zasłyszanej, gdyby nie została ona wryta w
                                                    jego pamięć cudowną mocą. Pouczony przez Boga zapamiętał modlitwę i całkowicie
                                                    wyleczony powrócił uradowany do domu. Zanim jednak odjechał, udał się do swej
                                                    siostry Gaudencji i opowiedział jej oraz innym siostrom w klasztorze przebieg
                                                    uzdrowienia i przekazał modlitwę, której się nauczył. Jedna z sióstr, Gosława,
                                                    zapisała modlitwę usłyszaną z ust owego męża, któremu się to zdarzyło, i
                                                    pozostawiła na piśmie potomnym dla uczczenia cudu.

                                                    Cud drugi

                                                    Zygfryd, mieszczanin i brat sędziego wrocławskiego, nagle nabawił się bólu
                                                    oczu, który tak bardzo mu dolegał, że wreszcie nic już nie widział. Wezwał on
                                                    chirurga, magistra Hermana. Magister przystąpił do wycięcia zbędnych tkanek,
                                                    które narosły na jego oczach. Chory zaś, cierpiąc niezmiernie i obawiając się,
                                                    że do istniejącego dołączy się nowy ból, którego już nie może wytrzymać,
                                                    odrzucił środki lecznicze, które w ramach ludzkich możliwości mogłyby mu pomóc,
                                                    i zwrócił się z błaganiem do św. Jadwigi, która już poprzednio wybawiła go z
                                                    innej choroby. Przy czym złożył ślubowanie, że odwiedzi grób św. Jadwigi
                                                    powozem, nocną porą, ponieważ jego oczy nie znosiły dziennego światła.
                                                    Pośpieszył więc jak najszybciej i tam modlił się słowami: "Święta Jadwigo,
                                                    obdarz mnie swą mocą, abym mógł uniknąć tej ogromnej boleści za twym skutecznym
                                                    wstawiennictwem". Po odmówieniu tej modlitwy człowiek, który przyjechał prawic
                                                    ślepy, uzdrowiony nagle powrócił do domu następnego poranka, widząc dobrze.

                                                    Cud trzeci

                                                    Szlachetna pani Bogusława, żona pana Szymona, kasztelana gnieźnieńskiego,
                                                    cierpiała na tak przemożny ból głowy, że nie mogła ani jeść, ani pić, ani nawet
                                                    spać; chociaż podkładała pod głowę delikatne jaśki i miękkie poduszki, nie
                                                    mogła wytrzymać bólu i znaleźć ukojenia. Równocześnie zaś nastąpiło tak wielkie
                                                    zaćmienie wzroku, że nie widziała własnej ręki. Ponieważ ani "kolyrium", ani
                                                    inne lekarstwa nie pomagały, ślubowała odwiedzić grób św. Jadwigi, aby przez
                                                    jej zasługi wybłagać u Pana Boga ukojenie cierpień. Po złożeniu ślubowania mąż
                                                    jej zawiózł ją w odpowiednim towarzystwie do sanktuarium trzebnickiego. Mąż,
                                                    umieszczając ją w powozie, powiedział: "Czy przeżyjesz, czy też w drodze spotka
                                                    cię śmierć, polecam ciebie Bogu i św. Jadwidze".

                                                    I oto gdy umieszczono ją w powozie, nagle uczuła ulgę w bólu głowy, ale wciąż
                                                    jeszcze miała wzrok zaćmiony. Gdy przyprowadzono chorą do grobu św. Jadwigi,
                                                    zaczęła się modlić tymi słowami: "Pani moja, Najświętsza Maryjo, wysłuchaj mnie
                                                    i racz polecić św. Jadwidze, Twojej służebnicy, aby mnie wybawiła od cierpień,
                                                    a ty, św. Jadwigo, wspomóż mnie, twoją niegodną służebnicę". Po tych słowach,
                                                    zanim jeszcze powstała od grobu, w obecności rycerzy i służących, którzy razem
                                                    z nią przybyli, jak również wielu sióstr z klasztoru trzebnickiego, które jej
                                                    asystowały, została uwolniona od bólu głowy i zaćmienia wzroku, tak że odtąd
                                                    widziała normalnie, a bóle głowy nie powtarzały się już.

                                                    I tak niewiasta, która cierpiała nieopisane katusze przez dwa lata, nagle
                                                    przywrócona do zdrowia powróciła do domu. Także inkwizytorzy, którzy badali
                                                    cuda św. Jadwigi, orzekli, że widzieli tę niewiastę i że rzeczywiście widziała
                                                    jasno.

                                                    Cud czwarty

                                                    Pewna dziewczyna imieniem Witosława, córka rycerza Klemensa, miała całkowicie
                                                    zniekształcone oczy, których nie mogła otworzyć i z których często płynęła
                                                    krew, a z powodu bólu nie mogła znieść dziennego blasku. A ponieważ dziewczyna
                                                    w niemowlęctwie została przywrócona do życia za wstawiennictwem św. Jadwigi (o
                                                    czym będzie mowa w podrozdziale o wskrzeszeniu zmarłych w cudzie trzecim),
                                                    rodzice jej, pamiętając poprzednie okazane im dobrodziejstwo, zaprowadzili
                                                    dziewczynę do grobu św. Jadwigi w nadziei uzyskania łaski i usunięcia choroby.

                                                    Pośpieszywszy więc na miejsce, skąd widać było klasztor, w którym spoczywały
                                                    relikwie św. Jadwigi, i zatrzymawszy się tam na chwilę, zdjęli dziewczynkę z
                                                    wozu i ułożywszy na ziemi wzywali z silną wiarą Bożej łaski, zgodnie ze
                                                    zwyczajem polecanym przez wielu innych, którzy udając się do sanktuarium św.
                                                    Jadwigi posuwają się na klęczkach, gdy tylko ujrzą kościół Św. Bartłomieja.

                                                    Wkrótce potem łaskawy Bóg, wezwany z powołaniem się na zasługi św. Jadwigi,
                                                    pospieszył z pomocą i dziewczynka na tym samym miejscu odzyskała wzrok. A
                                                    odzyskawszy wzrok natychmiast pobiegła zrywać kwiaty na pobliskiej łące,
                                                    ponieważ działo się to letnią porą, potem zaś odwieziono ją do domu, głosząc
                                                    chwałę Bożą i świętość Jadwigi ku radości przyjaciół.

                                                    3. O przywróceniu wzroku ślepym

                                                    Cud pierwszy

                                                    Wacław, syn Bratki z Solnik, był podczas Zielonych Świąt bliski śmierci z
                                                    powodu choroby, gdy w jej wyniku stracił wzrok. Po św. Michale trzykrotnie
                                                    przyprowadzała go do grobu św. Jadwigi jego babka Sulisława. Gdy przybyli tam
                                                    po raz trzeci, Wacław w taki sposób błagał orędownictwa świętej: "Łaskawa
                                                    księżno, św. Jadwigo! Przyjdź z pomocą mnie zgnębionemu, jako że masz zwyczaj
                                                    każdemu nieszczęśliwemu miłosiernie przychodzić z pomocą". Pomodliwszy się tak
                                                    na chwilę zdrzemnął się, a potem nagle - jakby z przestrachem obudziwszy się i
                                                    otrząsnąwszy z sennych mar - odzyskał wzrok, którego był przez rok prawie
                                                    pozbawiony, dzięki miłosierdziu Bożemu i wstawiennictwu św. Jadwigi i zdrowy
                                                    powrócił do domu.

                                                    Cud drugi

                                                    Pewien młodzieniec z targowej wsi Oleśnica wstąpił ze swoim ojcem do Trzebnicy,
                                                    aby tam z największą żarliwością wzywać miłosierdzia Bożego przy grobowcu św.
                                                    Jadwigi dla uzyskania wzroku. A ponieważ byli ubodzy, zostali przyjęci do
                                                    przytułku, którym kierował brat Gizelbert, ówczesny kustosz klasztoru
                                                    trzebnickiego. W ciągu trzech tygodni, gdy tam ojciec z synem przebywali, brat
                                                    Gizelbert często słyszał, jak wzywali orędownictwa św. Jadwigi, błagając o
                                                    przywrócenie wzroku.

                                                    W dzień św. Jerzego męczennika w obecności wielu osób zgromadzonych wokół grobu
                                                    św. Jadwigi ów ubogi ślepy chłopiec został pocieszony przez Pana Boga za
                                                    pośrednictwem św. Jadwigi przywróceniem wzroku. Wspomniany brat Gizelbert,
                                                    dając świadectwo o tym cudzie przywrócenia wzroku, powiedział: "Tego, którego
                                                    przedtem widziałem jako całkowicie ślepego, zobaczyłem potem ozdobionego piękną
                                                    mocą widzenia".

                                                    Cud trzeci

                                                    Racława, córka Bogdana z Domaniowa, wskutek choroby oczu straciła całkowicie
                                                    wzrok, tak że nie mogła chodzić bez przewodnika. Na oczach jej utworzyła się
                                                    narośl tak wielka, że zasłoniła całkowicie pole widzenia. Pragnąc wybłagać dla
                                                    córki odzyskanie wzroku, matka jej przez sześć dni pościła na cześć św.
                                                    Jadwigi, a po zakończeniu postu zaprowadziła niewidomą córkę do grobu tej
                                                    świętej i umieściwszy ją na grobowcu stanęła
                                                  • Cud trzeci

                                                    Racława, córka Bogdana z Domaniowa, wskutek choroby oczu straciła całkowicie
                                                    wzrok, tak że nie mogła chodzić bez przewodnika. Na oczach jej utworzyła się
                                                    narośl tak wielka, że zasłoniła całkowicie pole widzenia. Pragnąc wybłagać dla
                                                    córki odzyskanie wzroku, matka jej przez sześć dni pościła na cześć św.
                                                    Jadwigi, a po zakończeniu postu zaprowadziła niewidomą córkę do grobu tej
                                                    świętej i umieściwszy ją na grobowcu stanęła obok i ze łzami w oczach modliła
                                                    się za pośrednictwem św. Jadwigi do Pana Boga o odzyskanie przez córkę wzroku.
                                                    Modlitwa została wysłuchana i przywrócone światło oczom córki. A oczy te
                                                    jaśniały takim blaskiem jak gwiazdy. I tak oto odeszły od grobu matka z córką,
                                                    którą przez dwa lata gnębiła ślepota, a przez łaskawość Bożą została ozdobiona
                                                    najpiękniejszymi oczyma.

                                                    Cud czwarty

                                                    Dziewczę Elżbieta, córka Fryderyka z Brzegu Górnego, była niewidoma. Matka jej
                                                    ślubowała w Trzebnicy, że przyprowadzi ją do grobowca św. Jadwigi, aby tam,
                                                    wzywając pobożnymi błaganiami miłosierdzia Bożego, mogła za wstawiennictwem
                                                    Jadwigi uzyskać łaskę przywrócenia wzroku córce.

                                                    Gdy kobieta przygotowała powóz, aby wypełnić ślub, zjawił się mąż szlachetny
                                                    imieniem Konrad, stryj niewidomej dziewczynki, sędzia w Brzegu Górnym, i rzekł:

                                                    "Byłoby rzeczą pożyteczniejszą, gdybyście konie zaprzęgnięte do tej podróży
                                                    pozostawiły na miejscu i zaprzęgły do pługa, aby uprawić pole. Cóż bowiem
                                                    pomoże tej zupełnie niewidomej ten wysiłek'? Próżne są koszty tej wyprawy i wy
                                                    trudzicie się na próżno".

                                                    Ale pobożna niewiasta nie zaniechała wypełnienia ślubu i przyjechawszy do
                                                    klasztoru trzebnickiego najpierw położyła córeczkę na ołtarzu św. Bartłomieja
                                                    apostoła, a ponieważ nie uzyskała tam łaski, o którą prosiła, przeniosła córkę
                                                    na grobowiec św. Jadwigi i błagała jej pomocy z wielkim nabożeństwem. Po
                                                    dokonaniu tego dziewczynka, która od przeszło dwóch lat była niewidoma,
                                                    przejrzała widzącymi już oczyma dzięki Bogu, a za wstawiennictwem św. Jadwigi.

                                                    Cud piąty

                                                    Zdzisława, żona Przybysława z Trzebnicy, będąc pewnego razu we Wrocławiu,
                                                    zaczerpnęła z pewnej starej studni wodę i obmyła nią twarz i oczy, a uczyniwszy
                                                    to straciła wzrok i przez rok pozostawała w ślepocie. Jej małżonek, powziąwszy
                                                    do żony odrazę, porzucił ją i zamyślał związać się z konkubiną, bo prawnie
                                                    pojąć jej za żonę nie mógł.

                                                    Ksiądz Bertold, ówczesny proboszcz trzebnicki, przeszkodził mu w tych
                                                    zamiarach. W dzień Nowego Roku niewiasta dotknięta ślepotą przybyła w
                                                    towarzystwie przewodnika do grobowca św. Jadwigi i tam ze łzami w oczach tak
                                                    się modliła: "Święta Jadwigo, pomóż mi, abym mogła pozbyć się dręczącej mnie
                                                    ślepoty i ponownie ujrzała światło nieba". I oto natychmiast niewiasta uzyskała
                                                    to, o co pobożnie prosiła, i przyprowadzona do grobu jako ślepa, powróciła
                                                    dzięki łasce Pana Jezusa i pomocy św. Jadwigi z radością, o własnych siłach, do
                                                    domu.

                                                    Cud szósty

                                                    Pewna sześcioletnia dziewczynka Elżbieta, córka Mechtyldy, żony Hermana
                                                    Krancona, obywatela wrocławskiego, o której była mowa poprzednio w podrozdziale
                                                    o przywróceniu zdrowia osłabionego chorobą, była całkowicie pozbawiona wzroku.
                                                    Przeto jej matka ślubowała Panu Bogu, że boso i we włosiennicy razem z córką
                                                    odbędzie jak najprędzej pielgrzymkę do grobu św. Jadwigi, aby Pan Bóg raczył
                                                    uwolnić córkę od nieszczęsnej ślepoty. Wreszcie około Zielonych Świąt udała się
                                                    w drogę, lecz zmęczona podróżą zatrzymała na chwilę wózek, w którym wiozła
                                                    dziecko, pod drzewem, aby odpocząć i nakarmić córkę. I oto nagle na tymże
                                                    miejscu odpoczynku dziewczynka posadzona na ziemi odzyskała piękne, widzące,
                                                    suche i jasne oczy i ta, która przez cztery tygodnie nic zgoła nie widziała,
                                                    przez wstawiennictwo św. Jadwigi z łaski Boga odzyskała wzrok i widziała już
                                                    wszystko. Stwierdzili to inkwizytorzy, którzy ją widzieli.

                                                    4. O przywróceniu słuchu głuchym

                                                    Cud pierwszy

                                                    Siostra Juliana z klasztoru trzebnickiego ogłuchła i nie mogła się z tej
                                                    przypadłości żadnymi ludzkimi środkami wyleczyć. Wiedząc zaś, że najlepszym
                                                    lekarstwem i lekarzem jest Chrystus i zdając sobie sprawę, że nie przez własne
                                                    zasługi, ale przez zasługi świętych, a zwłaszcza św. Jadwigi, może uzyskać
                                                    łaskę Pana Boga, błagała Go o ulżenie jej w głuchocie. Przystąpiła do grobowca
                                                    św. Jadwigi kładąc na nim głowę. Gdy zaś dotknęła grobu, wydało jej się, że
                                                    nagle wpadł jej do ucha jakiś ognisty kamyczek. W ten sposób siostra Juliana,
                                                    gorliwie modląca się do Boga i św. Jadwigi, w dzień Zielonych Świąt pozbyła się
                                                    głuchoty, którą z woli Bożej została dotknięta w święto Objawienia Pańskiego
                                                    tego samego roku. Chociaż siostra w chwili cudu była przy grobie św. Jadwigi
                                                    sama i nikt nie mógł dać świadectwa, że rzeczywiście w tym czasie Bóg ją
                                                    uzdrowił, jednakże cały konwent sióstr tego zakonu przez długi czas był
                                                    świadkiem jej głuchoty i nie miał żadnej wątpliwości, że słuch przywrócił jej w
                                                    cudowny sposób Pan Bóg dzięki wstawiennictwu św. Jadwigi. Niezmierzona jest
                                                    bowiem dobroć Boża, która objawiona tego dnia modlącym się apostołom udzieliła
                                                    ogników miłości, tym zaś razem uwolniła ognistym kamyczkiem służebnicę
                                                    potajemnie błagającą modlitwami o uwolnienie od głuchoty.

                                                    5. O przywróceniu mowy niemym

                                                    Cud pierwszy

                                                    Magusza, żona Andrzeja z Michałowic, od trzech i pół roku straciła mowę i
                                                    władzę w nogach. W ustach język miała tak skurczony, że ledwo był widoczny. W
                                                    nogach nie miała czucia i były zupełnie nieruchome. Matka jej ufała, że Pan Bóg
                                                    może dzięki zasługom św. Jadwigi przywrócić córce zdrowie, i złożyła ślub, że
                                                    odwiedzi z córką grobowiec świętej. Uczyniła to i przybywszy do Trzebnicy
                                                    codziennie przez cztery tygodnie odwiedzała na noszach grób świętej.

                                                    Pewnego razu jakaś szlachetna i urodziwa pani rzekła do niej w
                                                    widzeniu: "Dlaczego leżysz? pobiegnij do kościoła!" I Magusza, jak tylko mogła,
                                                    czołgając się jak najszybciej dowlokła się do klasztoru i dotarła do grobowca.
                                                    A nie mogąc poruszać językiem, modliła się tylko pobożnym sercem, aby Pan Bóg
                                                    przywrócił jej władanie językiem i nogami. I zaraz zaczęła mówić językiem
                                                    uwolnionym z więzów, a także odzyskała władzę w nogach i ona, która przybyła do
                                                    grobu wlokąc się po ziemi, w sobotę Oktawy Zielonych Świąt powróciła do domu
                                                    krocząc i chwaląc moc Boga.

                                                    Cud drugi

                                                    Śniegula, żona Adama z Wrocławia, zbierając kiedyś w dzień św. Wawrzyńca
                                                    męczennika z orzechy laskowe w lesie, została dotknięta paraliżem rąk, nóg i
                                                    języka, a nadto ogłuchła. Tymi więc boleściami znękana leżała przez rok
                                                    obłożnie chora, nie mogąc bez pomocy innych ani ruszyć się z miejsca, ani
                                                    przyjąć pożywienia.

                                                    Ksiądz Bertold, który był wówczas proboszczem trzebnickim i który udzielał
                                                    chorej sakramentów świętych, poradził, aby ją zawieźć do grobu św. Jadwigi w
                                                    nadziei, że tam przez zasługi świętej może odzyskać zdrowie, gdy wszystkie inne
                                                    środki nie pomagają. Posłuchawszy więc dobrej rady, płynącej z pobożności,
                                                    matka owej Śnieguli, imieniem Bielisza, z inną pobożną niewiastą, imieniem
                                                    Juta, zawiozła córkę owiniętą w lniane prześcieradło do grobowca św. Jadwigi i
                                                    przynosiły ją tam wielokrotnie.

                                                    W Niedzielę wielkiego Postu, gdy na Introit śpiewa się Letare Jerusalem..."
                                                    itd., złożono na grobowcu córkę, a matka modliła się tymi słowami wzywając
                                                    najpokorniej świętą Bożą: "Święta księżno Jadwigo, racz pomóc mojej córce!" I
                                                    gdy tak długo trwała w modlitwie, a po ukończeniu świętych obrzędów ludzie
                                                    zaczęli wychodzić i zamykano drzwi kościoła, matka pochwyciła niezdolną do
                                                    ruchu córkę, aby ją wynieść i zawieźć do domu. Chora zaś nagle dzięki łasce
                                                    Bożej odzyskała mowę i wykrzyknęła: "Matko, matko, ty mnie zabijasz, bo nie
                                                    wiesz, co dobrego mnie czeka!" Następnie powstała, dzięki wstawiennictwu św.
                                                    Jadwigi wolna od wszelkich schorzeń, które dręczyły ją od wielu dni, a także od
                                                    głuchoty, i nawet bez laski powróciła do domu, a po upływie trzech lat wstąpiła
                                                    w z
                                                  • W Niedzielę wielkiego Postu, gdy na Introit śpiewa się Letare Jerusalem..."
                                                    itd., złożono na grobowcu córkę, a matka modliła się tymi słowami wzywając
                                                    najpokorniej świętą Bożą: "Święta księżno Jadwigo, racz pomóc mojej córce!" I
                                                    gdy tak długo trwała w modlitwie, a po ukończeniu świętych obrzędów ludzie
                                                    zaczęli wychodzić i zamykano drzwi kościoła, matka pochwyciła niezdolną do
                                                    ruchu córkę, aby ją wynieść i zawieźć do domu. Chora zaś nagle dzięki łasce
                                                    Bożej odzyskała mowę i wykrzyknęła: "Matko, matko, ty mnie zabijasz, bo nie
                                                    wiesz, co dobrego mnie czeka!" Następnie powstała, dzięki wstawiennictwu św.
                                                    Jadwigi wolna od wszelkich schorzeń, które dręczyły ją od wielu dni, a także od
                                                    głuchoty, i nawet bez laski powróciła do domu, a po upływie trzech lat wstąpiła
                                                    w związek małżeński.


                                                  • Rozdział X - cd.

                                                    O cudach, które się wydarzyły po śmierci świętej Jadwigi

                                                    6. O uwolnieniu od niedowładu rąk

                                                    Cud pierwszy

                                                    Piotr z Sokolnik trzymał w jednym pomieszczeniu razem owce i inne zwierzęta.
                                                    Pewnego dnia wśród owych owiec ujrzał jedną tak słabą, ii sądził, że została
                                                    poturbowana przez bydlęta i dlatego straciła siły. Zabił ją więc i wszyscy w
                                                    rodzinie jedli z niej mięso. Wszyscy też potem zachorowali, zarówno on, jak i
                                                    ci, którzy je jedli: jedni dostali skurczów, inni zesztywnieli, a nawet trzej
                                                    chłopcy po zjedzeniu tego mięsa umarli. Sam Piotr wyszedł wprawdzie z choroby,
                                                    ale ręce mu tak zesztywniały i powykręcały się, a palce dłoni tak odstawały od
                                                    stawów, że musiał być karmiony przez innych. Wspomniawszy więc na łaskawość
                                                    Jadwigi, której sława świętości już wtedy powszechnie panowała i bardzo wielu
                                                    skłaniała do wzywania jej pomocy, on również wezwał jej wstawiennictwa i
                                                    uczyniwszy ślub modlił się pobożnie: "Święta Jadwigo, przywróć mi sprawność
                                                    rąk, a ja w utrudzeniu nóg pójdę do twego grobu".

                                                    Aby nie zawiodła go wiara w łaskę Bożą, robił wszystko, by nic nie stanęło na
                                                    przeszkodzie w spełnieniu jego ślubu. Udał się więc do księdza Mikołaja,
                                                    proboszcza w Kostomłotach, męża światłego, wyjawił mu wszelkie słabości i
                                                    ciała, i duszy, a uczyniwszy wyznanie grzechów i opowiedziawszy jak
                                                    najdokładniej przebieg swego wypadku, zgodnie z tym, co się rzeczywiście
                                                    zdarzyło, otrzymał od księdza błogosławieństwo i wypełniając ślub wyruszył w
                                                    drogę. Gdy pielgrzymował do grobu Świętej, od czterech tygodni zesztywniałe
                                                    ręce nagle odzyskały dawną sprawność, stały się miękkie, a gdy stanął przy
                                                    grobie św. Jadwigi, został całkowicie uzdrowiony.

                                                    Cud drugi

                                                    Mieszczanin wrocławski Szymon miał syna, także Szymona, który miał ręce poniżej
                                                    łokci tak bezwładne i spuchnięte, że nie mógł niczego podnieść ani włożyć do
                                                    ust i musieli go karmić inni. Gdy nie pomogły ani liczne środki lecznicze, ani
                                                    nacięcia chirurga, a nawet przeciwnie - stan chorego pogorszył się, matka jego,
                                                    pani Krystyna, uczyniwszy ślub postanowiła przyprowadzić syna do grobu św.
                                                    Jadwigi. Tam z dwiema czcigodnymi matronami jej krewnymi, z Bertrandą i
                                                    Krystyną, przybywszy do grobowca modliły się razem: "Święta Jadwigo, uzdrów
                                                    tego chłopca lub też, gdyby nie było to po twojej myśli, uproś Boga, aby
                                                    szybciej umarł; nim wrócimy do domu". Sądziły bowiem, że lepiej będzie, gdy
                                                    chłopiec przez śmierć uwolni się od cierpienia zamiast przedłużać jego boleści.
                                                    Pan Bóg wysłuchawszy ich modlitwy za wstawiennictwem św. Jadwigi natychmiast, w
                                                    dniu św. Kalista, uzdrowił ręce chłopca, który zaczął chorować w tymże roku od
                                                    św. Jakuba apostoła. Tak w pełni uzdrowiony Szymon wrócił do Wrocławia ku
                                                    radości przyjaciół.

                                                    Cud trzeci

                                                    Pewna kobiecinka w podeszłym wieku z ziemi pomorskiej miała ponad 13 lat rękę
                                                    uschniętą, zesztywniałą i tak przyciśniętą do biodra, że w żaden sposób nie
                                                    mogła nią poruszać. Usłyszawszy o cudach św. Jadwigi przybyła do Trzebnicy z
                                                    wieloma innymi pielgrzymami z Pomorza dla nawiedzenia progów sanktuarium tej
                                                    świętej. Wobec wszystkich zgromadzonych ręka jej odstała od biodra mocą Bożą i
                                                    została tam uzdrowiona; gdy modliła się przy grobie świętej, podszedł do niej
                                                    brat Lambin z zakonu dominikanów, który przypadkiem bawił w Trzebnicy,
                                                    starannie zbadał rodzaj choroby i sposób, w jaki została wyleczona, aby
                                                    poznawszy, że był to cud, mógł zaświadczyć o nim bez wszelkich obaw. Ci zaś
                                                    ludzie w liczbie dwudziestu, którzy przybyli z ową niewiastą, mówili
                                                    głośno: "Świadomi jesteśmy, że ta kobieta, jak opowiedziała, miała rękę
                                                    zesztywniałą i przyciśniętą do biodra, a teraz widzimy ją uzdrowioną".

                                                    Owa kobiecina bratu, bardzo skrupulatnie wypytującemu się o szczegóły,
                                                    opowiedziała: "Jestem wyleczona w cudowny sposób, co można stwierdzić przez
                                                    widoczne znaki. Ręka moja bowiem poprzednio uschnięta i zniekształcona jest
                                                    teraz nawet ładniejsza od drugiej ręki, a w miejscu na biodrze, w którym
                                                    tkwiła, pozostało wgłębienie o odmiennym kolorze skóry. Jeżeli chcecie, mogę
                                                    wam pokazać". Lecz wspomniany brat nie chciał tego ze względu na przyzwoitość
                                                    oglądać, wierząc, że tak jest, jak mówi wielu, którzy to widzieli, obejrzawszy
                                                    więc rękę pozwolił, by kobieta odeszła.

                                                    Gdy po złożeniu dziękczynienia za łaskę kobieta powróciła na Pomorze, pewni
                                                    ludzie wziąwszy ją pod ręce zaprowadzili do księcia Pomorza, który wówczas
                                                    rezydował w zamku Świeciu i zeznali: "Książę, ta niewiasta tu jest urodzona, a
                                                    wiemy o niej, że przez długie lata była obarczona wielkimi więzami cierpienia,
                                                    teraz zaś jest wyleczona i uzdrowiona przez zasługi - jak mówi - św. Jadwigi".
                                                    Potem opowiedzieli księciu po kolei jej cierpienia i przedstawili ojca tej
                                                    niewiasty, który był tam obecny i który potwierdził to wszystko, co ludzie
                                                    opowiedzieli. Książę zaś słysząc, że przez zasługi św. Jadwigi kobieta, jego
                                                    poddana, została wybawiona od cierpień, zalewając się łzami rzekł do obecnych
                                                    rycerzy i wszystkich, którzy z nimi przybyli: "Mój Panie Boże, wiele
                                                    zgrzeszyłem przeciwko Tobie, skoro nie zasłużyłem na to, by zobaczyć ową świętą
                                                    księżnę jeszcze za jej życia, choć przecież tak często przebywałem w Polsce".

                                                    Cud czwarty

                                                    Adelajda, wdowa po Folkmarze z Legnicy, cierpiała na bóle prawej ręki i prawego
                                                    ramienia od stawu barkowego aż po palce. A był to ból tak wielki, że nie mogła
                                                    ani odziewać się, ani cokolwiek podnieść ręką, ani unieść ramienia. Jej służąca
                                                    Bogdanka pomagała jej przy ubieraniu i wykonywała rozmaite potrzebne usługi.
                                                    Gdy nie pomagały żadne lekarstwa, Adelajda zwróciła się o pomoc do św. Jadwigi,
                                                    prosząc ją takimi słowami: "Święta Jadwigo, kochałaś mnie za swego życia, okaż
                                                    mi swoje miłosierdzie i zwróć mi moją rękę i ramię". Następnie wezwała
                                                    płatnerza Henka, aby wykonał z wosku rękę aż do łokcia na wzór chorej ręki, i
                                                    złożyła ją na grobie księżny, by w ten sposób uczcić św. Jadwigę. Po dokonaniu
                                                    tej woskowej rzeźby i przywiązaniu jej do ramienia ręki chorej, Adelajda
                                                    natychmiast odczuła ulgę, a ból, który ją nękał przez 6 tygodni, ustąpił.

                                                    Cud piąty

                                                    Siedmioletni chłopiec Przybko miał rękę uschniętą i tak boleśnie złamaną, że
                                                    pęknięta kość wystawała na zewnątrz. Gdy nie było najmniejszej nadziei na jego
                                                    wyleczenie, babka jego i Radzik z Pielaszkowic, krewny chłopca, zaprowadzili go
                                                    w dzień świętego Bartłomieja apostoła do grobu św. Jadwigi, modląc się o łaskę
                                                    Pana Boga, aby raczył przez zasługi św. Jadwigi uzdrowić chłopca. Odmówiwszy
                                                    modlitwy i pozostawiwszy chłopca przy grobie babka i Radzik, chcąc opuścić
                                                    kościół, odeszli parę kroków, gdy nagle usłyszeli tumult. Powrócili więc do
                                                    kościoła i chłopca, który od czterech lat cierpiał z powodu ręki, znaleźli w
                                                    pełni zdrowia.

                                                    Od cierpień rąk zostało uzdrowionych wielu innych, między innymi Gotfryd
                                                    (zobacz drugi podrozdział o paralitykach), także Bartumiła (zobacz cud czwarty
                                                    podrozdziału o opętanych), także Zdzisława (zobacz cud czwarty podrozdziału o
                                                    paralitykach) i Stanisława (zobacz cud drugi podrozdziału o chorych na wrzody).



                                                  • 7. O uzdrowieniu niedowładu nóg

                                                    Cud pierwszy

                                                    Henryk, syn sędziego z Prusic Silberta, od urodzenia aż do ósmego roku życia
                                                    miał tak nikłe kości piszczelowe, że osiągnęły wielkość zaledwie małej fujarki,
                                                    na której się gra, i nie tylko cierpiał na niedowład nóg, ale także nerek. Nie
                                                    mógł zatem ani stać, ani chodzić, ani siedzieć z powodu tej przypadłości. Od
                                                    czasu do czasu, gdy chciał się podnieść z miejsca, wlókł się pomagając sobie
                                                    rękoma. Matka jego Beatryks, zaiste czcigodna matrona, przygnębiona stanem syna
                                                    ślubowała Najśw. Maryi Pannie, że jak długo będzie żyła, będzie pościła dla jej
                                                    uczczenia przez wszystkie soboty, jeżeli raczy uzdrowić jej syna. I chociaż
                                                    matka starała się to ślubowanie jak najgorliwiej wypełnić, nie została
                                                    wysłuchana, ponieważ Pan Bóg przewidywał coś lepszego odwlekając Swą łaskę, aby
                                                    tym bardziej wzrosły pragnienia matki, która nie zaprzestała spełniać obiecanej
                                                    ślubowaniem służby wobec Najśw. Maryi Panny. Ta zaś również odwlekała
                                                    spełnienie próśb zawartych w modlitwach matki, natomiast we śnie pouczyła ją,
                                                    aby chorego syna zawiozła do grobu św. Jadwigi i tam pobożnie wzywała
                                                    wstawiennictwa świętej za zdrowie syna. Niewiasta owa spełniła to, o czym
                                                    usłyszała w pouczeniu Boskim, i zawiozła dziecko do sanktuarium św. Jadwigi
                                                    modląc się tam takimi słowami: "Święta Jadwigo, racz uzdrowić mego syna, a
                                                    jeżeli go wyleczysz, to ślubuję i obiecuję ci, że dam mu wykształcenie i oddam
                                                    ci go na dożywotnią służbę". Gdy tak wzruszona matka żarliwie się modliła w
                                                    intencji syna w obecności Petroneli, ksieni trzebnickiej, i ks. Bartolda,
                                                    proboszcza trzebnickiego, który kiedyś udzielił chłopcu chrztu, chłopiec nagle
                                                    podniósł się, wziął leżące obok na grobie jajko i radując się obszedł wokół
                                                    grobowiec. Ksieni Petronela, podówczas kustosz sanktuarium, wzięła malowane
                                                    jajko i rzucając je przed oczyma chłopca daleko od grobu, kazała mu iść po to
                                                    jajko; następnie podszedł do matki. Nie miał jeszcze wprawy w chodzeniu i z
                                                    powodu słabych kości piszczelowych nie potrafił jeszcze utrzymać ciężaru ciała,
                                                    jednakże uzdrowiony przez zasługi św. Jadwigi w Tygodniu Wielkanocnym,
                                                    czwartego dnia po świętach całkowicie zdrowy powrócił z matką do domu
                                                    rodzinnego, a jego kości piszczelowe nabrały właściwej mocy stosownie do
                                                    proporcji ciała. Chłopiec zaś, który w wieku siedmiu lat miał wzrost 2-letniego
                                                    dziecka, tak wyrósł i zmężniał, że dorównywał postawą chłopcu 9-letniemu,
                                                    trwając za przyzwoleniem Boskim w zdrowiu i ruchliwości.

                                                    Cud drugi

                                                    Juta, żona wrocławianina Jakuba, urodzona w Budziszynie diecezji miśnieńskiej,
                                                    miała nogi tak zniekształcone przez wylew krwi do mózgu, że nie mogła ich
                                                    rozprostować. Z tego powodu musiała stale leżeć, a stąd nabawiła się na obydwu
                                                    biodrach ropnych odleżyn, w których zaroiły się robaczki i które wydawały
                                                    ohydny odór na cały dom. Ilekroć zaszła tego potrzeba, musiał ją nosić mąż lub
                                                    ktokolwiek inny. Ślubowała więc, że odbędzie pielgrzymkę do grobu św. Jadwigi.
                                                    Mąż przewiózł ją tam leżącą na wozie, ona zaś tak modliła się przy
                                                    grobie: "Święta Jadwigo, poratuj mnie, udręczoną, abym przestała tak cierpieć
                                                    na nogi, żebym mogła chodzić wśród ludzi! Święta Jadwigo, proszę cię przez
                                                    twoją świętość i twą przemożną pobożność, abyś raczyła wyzwolić mnie z tej
                                                    choroby". Po tej modlitwie, w dzień św. Bartłomieja podniosła się z grobowca
                                                    niewiasta w pełni zdrowia i pozostawiwszy wóz, na którym przywieziono ją do
                                                    grobu świętej, powróciła do Wrocławia piechotą, i ta, która przez cały rok była
                                                    pozbawiona możności chodzenia, wkroczyła do domu zdrowa.

                                                    Cud trzeci

                                                    Francuz Kuno, obywatel wrocławski, miał córkę Małgorzatę, która od urodzenia
                                                    miała stopy i łydki tak miękkie, że wydawały się być bez kości. Ponadto
                                                    dręczyła ją jeszcze inna choroba: gdy miała dwa i pół roku, wyrosło jej tak
                                                    znaczne wole, że pokryło całą jej pierś. Dziewczynka więc dotknięta takimi
                                                    wadami przyrodzonymi, nie mogła ani stać, ani siedzieć, lecz ciągle leżała, a
                                                    gdy matka usiłowała postawić ją na nogi, zgrzytała z bólu zębami. Jej
                                                    rodzicielka Katarzyna spoglądając na dziecko przeniknięta boleścią zalewała się
                                                    łzami. Ufna jednak w stawiennictwo św. Jadwigi, warunkowo ślubowała
                                                    mówiąc: "Święta Jadwigo, jeżeli uzyskasz u Boga uzdrowienie mej córki, a mnie
                                                    uwolnisz od utrudzenia ciała i niepokoju duszy, będę pościła przez wszystkie
                                                    lata w wigilię twego święta dopóki będzie żyła moja córka".

                                                    Po złożeniu ślubu rodzice z dzieckiem pospieszyli do grobu św. Jadwigi. Matka
                                                    zaś ogarnięta żarliwym zapałem pobożności dźwigała córkę na plecach, chociaż
                                                    była właśnie brzemienna. Przybywszy do grobowca złożyła na nim córkę. Ojciec
                                                    wycofał się na ubocze z powodu nadmiernej liczby kobiet asystujących przy
                                                    grobie, matka zaś pozostała przy córce i tak się modliła: "Moja księżno św.
                                                    Jadwigo, przez twoją wielką cnotliwość i przez zasługi, którymi zostałaś
                                                    wywyższona przez Boga, przywróć mi, grzesznej, radość przez uzdrowienie mej
                                                    córki". Gdy tak nieustannie modliła się ze łzami w oczach, dziewczynka
                                                    podniosła się z grobowca, powstała i bez trudu zaczęła chodzić wobec wszystkich
                                                    tam zgromadzonych.

                                                    Cud czwarty

                                                    Rodryk, Niemiec rodem z diecezji miśnieńskiej, miał nogi tak zniekształcone i
                                                    uschnięte, że nie czuł ani dotyku, ani zimna. Nie mając sił i środków do życia,
                                                    opuszczony przez wszystkich przyjaciół, przez cztery lata żebrał klęcząc.
                                                    Pewien człowiek, widząc jego pobożność, zawiózł go do grobowca św. Jadwigi.
                                                    Przebywał tam przez pewien czas i modlił się, aby Pan Bóg przez zasługi św.
                                                    Jadwigi przywrócił mu zdrowie. Bóg jednak nie wysłuchał wówczas jego modlitwy,
                                                    powrócił więc do wioski, z której przybył, zwanej Pasikury koło Strzegomia, nie
                                                    zaprzestając wzywać pomocy św. Jadwigi. Pewnej nocy, po odbytych modłach,
                                                    mięśnie jego stóp i łydek zaczęły wzrastać i odczuwać dotyk. I tak uzdrowiony
                                                    został człowiek, przywrócona władza w nogach siódmego dnia po powrocie od
                                                    grobowca.

                                                    Cud piąty

                                                    Pochodzący z Bierutowa chłopak Jan miał nogi zniekształcone i nie mógł chodzić,
                                                    jedynie czołgając się z miejsca na miejsce. Matka jego imieniem Helwiga
                                                    zawiozła go na wozie do Trzebnicy i zdjąwszy z wozu zaniosła na plecach do
                                                    grobowca św. Jadwigi, a kładąc go na grobie modliła się gorąco i
                                                    ślubowała: "Święta Jadwigo, ślubuję ci, że zawsze pozostanę we wdowieństwie,
                                                    bylebyś uzdrowiła mego syna". Wreszcie powiedziała do syna: "Porusz się, synu,
                                                    i wstań". Chłopiec odpowiedział: "Nie mogę, bo bolą mnie nogi". Powstał jednak
                                                    bardzo szybko, a mięśnie jego wydały trzask i rozszerzyły się, gdy powstał, aby
                                                    chodzić. Tak więc ów chłopiec w obecności księdza Gizylberta, kustosza
                                                    trzebnickiego, i wielu innych został uzdrowiony z cierpienia, które znosił od
                                                    urodzenia do piątego roku życia. Później chłopiec został wysłany do szkół i
                                                    nauczył się łaciny, a matka jego wypełniając ślubowanie pozostała we
                                                    wdowieństwie.

                                                    Cud szósty

                                                    Bartumiła, dziewczynka rodem z Kruszyny, wsi w Księstwie Opolskim, cierpiała na
                                                    całkowity niedowład nóg, a całe ciało poniżej nerek było dotknięte całkowitym
                                                    wysuszeniem. Nawet w razie koniecznej potrzeby nie mogła poruszyć się i musiano
                                                    ją nosić na rękach. Dzięki rozgłosowi cudów, które z łaski Boga dokonywała św.
                                                    Jadwiga, za poradą ludzi miłujących Boga rodzice dziewczynki zawieźli ją na
                                                    stosownym wozie do grobowca świętej, gdzie wezwawszy łaski Chrystusa
                                                    dziewczynka owa przez zasługi św. Jadwigi została wyleczona - nie w całości
                                                    wprawdzie - ale od stóp do kolan. Powróciwszy do domu mogła posuwać się na
                                                    kolanach, gdzie chciała.

                                                    Chociaż Bóg był mocen od razu przywrócić pełne zdrowie dziewczynce, jednak
                                                    zarządził inaczej, aby przez odroczenie spełnienia prośby zwielokrotniona
                                                    została modlitwa, przecież jednak przychyliwszy się w końcu do modlitw dokonał
                                                    tego, że przez nowy cud bardziej jeszcze ujawniła się świętość św. Jadwigi.
                                                    Mianowicie po roku od chwili, gdy d
                                                  • Chociaż Bóg był mocen od razu przywrócić pełne zdrowie dziewczynce, jednak
                                                    zarządził inaczej, aby przez odroczenie spełnienia prośby zwielokrotniona
                                                    została modlitwa, przecież jednak przychyliwszy się w końcu do modlitw dokonał
                                                    tego, że przez nowy cud bardziej jeszcze ujawniła się świętość św. Jadwigi.
                                                    Mianowicie po roku od chwili, gdy dziewczynka została częściowo uzdrowiona,
                                                    rodzice jej przywieźli ją ponownie do grobu św. Jadwigi i nadal modlili się
                                                    gorąco do Boga o pełne zdrowie dla dziecka. Pan Bóg zaś, któremu właściwa jest
                                                    litość nad modlącymi się, przez zasługi św. Jadwigi przyszedł miłosiernie z
                                                    pomocą i dziewczynkę całkowicie uwolnił od cierpień, tak że dziecko, które do
                                                    siedmiu lat włącznie nie mogło w żaden sposób poruszać nogami, zaczęło chodzić
                                                    prawidłowo.

                                                    Cud siódmy

                                                    Miłosława, dziewczyna z kasztelanii legnickiej, miała duże ciało, płowe
                                                    warkocze i długie włosy, ale stopy i łydki chrome, tak że mogła przesuwać się
                                                    tylko czołgając się. Przybywszy do Trzebnicy bardzo często czołgając się
                                                    docierała do grobu świętej i przebywając tam dłuższy czas oczekiwała łaski Pana
                                                    Boga, o którą prosiła za pośrednictwem św. Jadwigi. Widząc ją na kolanach
                                                    błagającą o Boskie wspomożenie, ksiądz Gaudenty, proboszcz ze Sadlna,
                                                    powiedział: "Święta Jadwigo, jeśli uzdrowisz tę dziewczynkę, z miejsca uwierzę
                                                    w twoje cuda i że naprawdę zdarzyły się dla twoich zasług". Gdy zaś dziewczynka
                                                    mimo długich godzin spędzonych przy grobie nie otrzymywała upragnionego
                                                    uzdrowienia, siostra Petronilla, wówczas kustosz grobowca św. Jadwigi, a
                                                    później ksieni klasztoru trzebnickiego, niezadowolona kazała chorej odejść od
                                                    grobowca, mówiąc:

                                                    "Widzisz przecież, że Pan Bóg nie raczy ci pomóc; nie spędzaj więc tu czasu na
                                                    czekanie, abyś nam nie przynosiła wstydu, gdy tak czołgasz się, jak widać bez
                                                    skutku dla twojej prośby". Dziewczynka, chociaż dotknęły mocno ją te słowa,
                                                    pozostała jednak nadal czekając na Boskie pocieszenie i błagając o uzdrowienie.
                                                    A gdy usiłowała powstać do modlitwy, stało się to, o co prosiła: albowiem w
                                                    dzień św. Kaliksta papieża i męczennika, który to dzień był rocznicą śmierci
                                                    św. Jadwigi, dziewczyna, która przybyła do Trzebnicy poprzedniego roku w dzień
                                                    św. Jakuba apostoła, uwolniona została od choroby uniemożliwiającej jej
                                                    chodzenie, którą znosiła od urodzenia przez 20 lat. W obecności księżniczki
                                                    Gertrudy, ksieni trzebnickiej, i sióstr Racławy i wspomnianej Petronilli, a
                                                    także wielu innych osób przytomnych i widzących to, uzdrowiona powstała i
                                                    wysławiając Boga odeszła. Gdy ujrzał ten cud ks. Gizelbert, kustosz trzebnicki,
                                                    zarządził uroczyste odśpiewanie Te Deum laudamus.

                                                    Od choroby nóg zostało uzdrowionych jeszcze wielu innych przez wstawiennictwo
                                                    św. Jadwigi. Zygfryd (zobacz cud pierwszy podrozdziału o paralitykach), także
                                                    Magusza (cud pierwszy podrozdziału o uzdrowieniu niemych), również Adelajda
                                                    (cud drugi podrozdziału o uzdrowieniu garbatych), wreszcie Wawrzyniec (cud
                                                    pierwszy podrozdziału o uleczeniu chorych na wrzody).

                                                    8. O równoczesnym uzdrowieniu rąk i nóg

                                                    Cud pierwszy

                                                    Więcymił z Miechowic, młodzieniec mający około 18 lat, doznał całkowitego
                                                    zesztywnienia rąk i nóg, i to takiego, że cały czas musiał leżeć, nie mogąc sam
                                                    jeść, lecz tylko z pomocą innych. Przypadłość tę znosił od Pięćdziesiątnicy aż
                                                    do najbliższego dnia św. Bartłomieja. W tym właśnie dniu znalazł się w
                                                    Trzebnicy, przywieziony przez ojca w nadziei, że przez orędownictwo św. Jadwigi
                                                    zostanie wybawiony od gnębiącej go choroby. Lecz Pan Bóg odwlekał nieco jego
                                                    wyzdrowienie, aby tą zwłoką upewnić się, czy jego pobożność jest trwała i czy
                                                    nadzieja, którą pokładał w zasługach św. Jadwigi, jest skuteczna i prawdziwa.

                                                    Dlatego już następnego dnia, gdy nie doznał łaski uzdrowienia przy grobowcu,
                                                    ojciec ułożył syna na wozie i ruszył do domu. Chory jednak nie przestawał
                                                    wzywać Boga i Jego świętej, chociaż leżał na wozie zdążającym do domu. I oto
                                                    zanim wyjechał z obszaru klasztoru, a kościół św. Bartłomieja był jeszcze
                                                    widoczny, wóz wywrócił się, kaleka spadł na ziemię i nagle wybawiony ze swych
                                                    przypadłości stanął uzdrowiony na rękach i nogach, a tylko w jednej stopie i w
                                                    jednej dłoni pozostały jakieś resztki bólu jako ślady przebytej niemocy.

                                                    Cud drugi

                                                    Dominikanin, brat Mikołaj, był pewnego razu we Wrześni w diecezji
                                                    gnieźnieńskiej jako kaznodzieja. Pewnej nocy w towarzystwie brata Ryszarda spał
                                                    w jakiejś izbie, w której dla nich rozpalono ogień na kominku. I oto z ognia
                                                    wypadło rozżarzone drewienko i zapaliło rozłożoną na podłodze słomę, a płomień
                                                    rozszerzając się groził pożarem całego domu. Gdy zatem bracia zobaczyli, jakie
                                                    niebezpieczeństwo im grozi, brat Mikołaj wstąpiwszy na płonącą słomę ugasił
                                                    ogień gołymi stopami i dłońmi. Gdy ogień ugaszono, pozostałe oparzenia
                                                    sprawiały niemały ból w członkach, którymi posłużył się brat Mikołaj. Aby
                                                    usunąć ten ból, błagał najpokorniej Najśw. Dziewicę i św. Jadwigę, o której
                                                    cudach wiele słyszał. Klęcząc więc wzywał pomocy mówiąc: "Święta Jadwigo,
                                                    uwolnij mnie od tej boleści, którą znoszę". Po odmówieniu błagalnej modlitwy
                                                    ułożył się do snu i zasnął, mając wielkie pęcherze na dłoniach i stopach. Po
                                                    obudzeniu się nie czuł już żadnego bólu i tak został uzdrowiony. Zdarzyło się
                                                    to w roku Pańskim 1263, w czasie Wielkiego Postu.

                                                    Wielu innych jeszcze zostało uzdrowionych od cierpień rąk i nóg przez zasługi
                                                    św. Jadwigi, mianowicie Śniegula (zobacz cud drugi podrozdziału o niemych),
                                                    także Nanker (zobacz cud trzeci podrozdziału o paralitykach), także Idka

                                                    (zobacz cud pierwszy podrozdziału o uzdrowieniu chorych na biegunkę).

                                                    9. O uzdrowieniu skurczów

                                                    Cud pierwszy

                                                    Siostromił, mieszkaniec Wrocławia, całkowicie był dotknięty skurczami. Wylew
                                                    krwi do mózgu poraził jego stos pacierzowy od pleców i stał się całkowicie
                                                    niezdolny do chodzenia. Jego zaś żona, Kryśka, i inna niewiasta imieniem
                                                    Czarnucha, zanosiły go co dzień przed odrzwia kościoła Dominikanów, aby żebrał
                                                    jałmużnę u przechodniów. Gdy zachodziła potrzeba, zanosiły go także do innych
                                                    miejsc. Wreszcie za natchnieniem Bożym złożył takie ślubowanie: "Święta
                                                    Jadwigo, ponieważ inaczej nie mogę, nawiedzę twój grobowiec czołgając się i
                                                    wlokąc za pomocą rąk, ty natomiast racz uwolnić mnie od mej niemocy albo
                                                    przynajmniej wyświadcz mi tę łaskę, abym mógł dosunąć do siebie łydki i stopy".
                                                    Były one bowiem wysunięte i sztywne jak drewno, i tylko inna osoba mogła je do
                                                    niego dosunąć, a gdy były wyciągnięte, nie mógł ich pod siebie podciągnąć.
                                                    Podniósł się więc wypowiedziawszy ślubowanie, aby je wypełnić w możliwy dla
                                                    siebie sposób, i czwartego dnia przed świętem Błagań wyszedł z Wrocławia
                                                    czołgając się i szóstego dnia przybył do Wiszni, odległej od Trzebnicy niepełną
                                                    milę. I w tej miejscowości lub na najbliższym wzgórzu, z którego widać kościół
                                                    św. Bartłomieja, gdzie spoczywają relikwie św. Jadwigi, uzyskał łaskę
                                                    całkowitego uzdrowienia. Poszedł dalej i nawiedził grobowiec św. Jadwigi i
                                                    głosząc Bogu dziękczynienie powrócił trzeciego dnia do Wrocławia, wprawiwszy
                                                    wielu w zdumienie, przedtem znali go bowiem jako dotkniętego skurczami
                                                    nędzarza, a teraz, poznawszy miłosierdzie Boże i zasługi Świętej Jadwigi w tym,
                                                    co się zdarzyło, błogosławili Boga za okazany cud.

                                                    Cud drugi

                                                    Pewna niewiasta mieszkająca w Świeciu, diecezji włocławskiej w ziemi
                                                    pomorskiej, tak niezwykle była zniekształcona skurczem, że kiedykolwiek musiała
                                                    się ruszyć, jej piersi dotykały kolan. Uczyniła ona ślub i wyruszyła w celu
                                                    odwiedzenia świętych progów sanktuarium św. Jadwigi około święta Wniebowzięcia
                                                    NMP i opierając się na kiju przechodziła dziennie po pół mili. I tak sobie
                                                    pomalutku podążając minęła Milicz i pozostały jej jeszcze cztery mile do
                                                    Trzebnicy, a wówczas została przez Pana Boga wyprostowana dzięki zasługom św.
                                                    Jadwigi, która przyszła jej z pomocą w tym całkowitym wyleczeniu. Poszła więc
                                                    dalej
                                                  • Cud drugi

                                                    Pewna niewiasta mieszkająca w Świeciu, diecezji włocławskiej w ziemi
                                                    pomorskiej, tak niezwykle była zniekształcona skurczem, że kiedykolwiek musiała
                                                    się ruszyć, jej piersi dotykały kolan. Uczyniła ona ślub i wyruszyła w celu
                                                    odwiedzenia świętych progów sanktuarium św. Jadwigi około święta Wniebowzięcia
                                                    NMP i opierając się na kiju przechodziła dziennie po pół mili. I tak sobie
                                                    pomalutku podążając minęła Milicz i pozostały jej jeszcze cztery mile do
                                                    Trzebnicy, a wówczas została przez Pana Boga wyprostowana dzięki zasługom św.
                                                    Jadwigi, która przyszła jej z pomocą w tym całkowitym wyleczeniu. Poszła więc
                                                    dalej pełna radości i chwaląc Boga, a dla wyrażenia wdzięczności odwiedziła
                                                    grobowiec św. Jadwigi, tak jak ślubowała. Po czym powróciła do swego domu w
                                                    Świeciu, skąd była wyszła, ciesząc się całkowitym zdrowiem, którego była
                                                    pozbawiona dłużej niż rok. Do tego cudu dodał Pan Bóg jeszcze inny: albowiem
                                                    wspomniana niewiasta po wyzdrowieniu powróciła do stron, gdzie była znana, a
                                                    okazało się, że była dużo piękniejsza niż poprzednio, gdy widziano ją jako
                                                    inwalidkę. Teraz nie tylko pospolity lud, ale sam książę pomorski Świętopełk
                                                    wraz z synem, jako też wojewoda i liczni rycerze oglądali ją przywróconą do
                                                    pełnego zdrowia wbrew oczekiwaniom. Powszechne podejrzenia zostały ze
                                                    wszystkich umysłów usunięte, bo nie mogło być mowy o jakimś podstępnym
                                                    zmyśleniu, gdy wyszła na jaw oczywista prawda.

                                                    Cud trzeci

                                                    Pewien biedny człowiek imieniem Racław, skarcony biczem Bożym, długi czas leżał
                                                    dotknięty skurczem. Żona jego, imieniem Kryśka, zanosiła go często we Wrocławiu
                                                    do kościoła Św. Wojciecha, aby żebrał u przechodniów. Wreszcie kaleka
                                                    posłuchawszy dobrej rady złożył ślubowanie, że odwiedzi grobowiec św. Jadwigi,
                                                    aby Pan Bóg przez jej orędownictwo przywrócił mu zdrowie. A ponieważ z powodu
                                                    ubóstwa nie mógł pozwolić sobie na podwodę, udał się w drogę czołgając się i
                                                    wlokąc za pomocą rąk, byleby wypełnić ślub. Gdy zaś był już w drodze, na którą
                                                    się porwał w tym celu, aby u grobu świętej skuteczniej błagać ją o pomoc,
                                                    poczuł wielki ból, jak gdyby jego mięśnie i kości rozciągały się, jakby się
                                                    rozrywały; a potem doznał ulgi i poszedł naprzód do grobowca, gdzie przez
                                                    wspomożenie świętej odzyskał całkowite zdrowie. Wkrótce potem już zupełnie
                                                    zdrowy nawiedził progi apostolskie.

                                                    Wielu innych nawiedzonych skurczami zostało również uzdrowionych przez zasługi
                                                    św. Jadwigi, mianowicie Przybysława (zobacz cud pierwszy podrozdziału o
                                                    uzdrowieniu garbatych), także Adelajda (cud drugi).

                                                    10. O uzdrowieniu garbatych

                                                    Cud pierwszy

                                                    Przybysława, mieszkająca we Wrocławiu w domu Sędziwoja, była dotknięta skurczem
                                                    ponad dwa lata i w jego wyniku miała na plecach sterczący garb wielkości
                                                    garnka. Matka jej słysząc o cudach, które Bóg czyni za zasługi św. Jadwigi dla
                                                    ludzi z różnych stron, podążyła z córką do grobowca świętej. Przybywszy tam w
                                                    dzień św. Bartłomieja otrzymała niemałe pocieszenie: córka jej mianowicie,
                                                    którą przywiozła jako skurczoną i garbatą, została uzdrowiona z obu
                                                    przypadłości dzięki wspomożeniu św. Jadwigi.

                                                    Cud drugi

                                                    Adelajda, 7-letnia dziewczynka, córka Miecza z Wrocławia, była dotknięta
                                                    skurczem nóg i tak zniekształcona, że nie mogła się poruszać; z długotrwałego
                                                    skrzywienia wyrósł jej garb. Gdy nie pomogły żadne zabiegi lecznicze, matka jej
                                                    ślubowała, że zawiezie ją do grobu św. Jadwigi, co też uczyniła. Umieściła
                                                    córkę obok grobu, a sama ze łzami w oczach wzywała pomocy św. Jadwigi dla
                                                    córki. Nagle przyszło Boskie pocieszenie dla płaczącej i modlącej się matki,
                                                    albowiem dziewczynka, o której uzdrowienie matka modliła się ze łzami,
                                                    dotknąwszy grobowca podniosła się, stanęła na nogach i zaczęła chodzić, a
                                                    przecież od św. Marcina biskupa i wyznawcy aż do trzeciego dnia po św. Janie
                                                    Chrzcicielu następnego roku była i chroma, i garbata. I tak oto po odzyskaniu
                                                    zdrowia i wybawieniu od obu przypadłości powróciła do domu ku wielkiej radości
                                                    matki. Pozostał jednakże mały ślad garbu, ponieważ Opatrzność Boża zarządziła,
                                                    aby ślad ów był najlepszym dowodem cudu, dokonanego przez świętość Jadwigi.

                                                    Wielu jeszcze innych garbatych uzyskało zdrowie dzięki orędownictwu św.
                                                    Jadwigi, mianowicie Małgorzata (zobacz wyżej, cud trzeci podrozdziału o
                                                    uzdrowieniu niedowładu nóg).

                                                    11. O uleczeniu paralityków

                                                    Cud pierwszy

                                                    Zygfryd, obywatel wrocławski i brat tamtejszego sędziego, dotknięty został
                                                    paraliżem prawej części ciała, tak że nie mógł stąpać prawą nogą i ta porażona
                                                    część ciała była pokryta wgłębieniami jak podziurawiona koszula. W tej części
                                                    ciało było pozbawione całkowicie naskórka. Gdy wszelkie wizyty lekarskie i
                                                    lekarstwa przez nich przepisywane nie dały rezultatu, skorzystał z rady swojej
                                                    małżonki, pani Bertrandy, i zwrócił się z prośbą o pomoc do Pana Boga. Aby ją
                                                    tym łacniej uzyskać, ślubował odwiedzić grobowiec św. Jadwigi. Z Wrocławia udał
                                                    się do Trzebnicy powozem i tam, przyniesiony przez dwóch mężów, przystąpił do
                                                    grobowca świętej w dzień przeniesienia relikwii św. Bartłomieja apostoła i cały
                                                    położył się na grobowcu, a zalewając się gorzkimi łzami modlił się tymi
                                                    słowy: "Święta Jadwigo, racz mnie wspomóc i wybawić od tych boleści".
                                                    Skończywszy modlitwę człowiek, który od półtora roku był dręczony budzącą
                                                    litość chorobą, nagle powstał na oczach wielu zakonnic klasztoru trzebnickiego
                                                    i wielu innych obecnych i natychmiast wyzdrowiał i został wybawiony ze
                                                    wszystkich przypadłości dzięki Opatrzności Boskiej i dla zasług św. Jadwigi.

                                                    Cud drugi

                                                    Gotfryd z Koźmina, miasteczka w Wielkopolsce, popadł w stan ostrej gorączki.
                                                    Gdy cierpiał na nią niezwykle ciężko przez 15 dni, wzywał pomocy św. Jadwigi i
                                                    ślubował mówiąc: "Moja księżno, św. Jadwigo! Wspomóż mnie i racz uzyskać dla
                                                    mnie zdrowie od Pana Boga, a ja odbędę pieszą pielgrzymkę do twego grobowca".
                                                    Gdy złożył ślubowanie, opuściła go męcząca gorączka, ale dotknięty został
                                                    paraliżem, stracił władzę w rękach i możność władania nimi. Ponadto w rękach
                                                    odczuwał tak wielki ból, że raczej wolał umrzeć, aniżeli nadal znosić mękę tak
                                                    potwornej boleści. Przeto niejednym odwiedzającym go w tej chorobie proponował,
                                                    że daruje swego konia za pozbawienie go życia i uwolnienie od ościenia udręki,
                                                    która go gniotła. Ponieważ jednak nikt nie chciał spełnić tego niegodziwego
                                                    czynu, jako że nie wolno było pozbawiać życia drugiego człowieka, chory zaczął
                                                    błagać św. Stanisława i jemu składać ślubowanie, aby raczył mu przyjść z
                                                    pomocą. Gdy zaś i to nie pomagało, a wzrastały cierpienia, zwrócił pożądanie
                                                    swego serca ku św. Jadwidze, ślubując jej, że odwiedzi jej grobowiec. Brata
                                                    swego Teodoryka nakłonił prośbami, aby podjął trud doprowadzenia go do
                                                    Trzebnicy. Gdy tak razem szli i przebyli cztery mile, usiedli przy drodze dla
                                                    odpoczynku, Gotfryd zaś, ponieważ nie mógł władać rękami, siedząc przyglądał
                                                    się bratu przygotowującemu dla niego posiłek, by wzmocnić ciało. Po chwili
                                                    chory czekający na posiłek zaczął wołać: "Bracie najdroższy, czuję już, że jest
                                                    lepiej w moich rękach przez łaskę Bożą i zasługi św. Jadwigi!" I natychmiast
                                                    wyciągnął rękę po chleb i włożył go sam do ust, aby spożyć, i wyciągnąwszy ręce
                                                    do nieba powiedział: "Dzięki Ci czynię, Panie Boże, i tobie, św. Jadwigo,
                                                    ponieważ odzyskuję władzę w moich rękach, której byłem pozbawiony przez długi
                                                    czas". Potem poszli dalej i po upływie dwóch dni ukończyli drogę i w przeddzień
                                                    św. Wincentego biskupa przybyli do Trzebnicy, do grobowca św. Jadwigi. Tam
                                                    Gotfryd, leżąc krzyżem powiedział: "Święta Jadwigo, błagam cię, abyś raczyła
                                                    wspomóc mnie przez twoje zasługi i wstawić się za mną u Pana Boga". Nagle
                                                    poczuł, jakby oblewała go gorąca woda i tak w obecności swego brata i wielu
                                                    innych, którzy razem z nim pielgrzymowali, został całkowicie uzdrowiony w swych
                                                    rękach i całym ciele od męki, na którą cierpiał przez cztery miesiące.

                                                    Cud trzeci

                                                    Pani Wisława, ż
                                                  • Cud trzeci

                                                    Pani Wisława, żona Ulryka, cześnika pana Henryka księcia Śląska, miała wnuka
                                                    imieniem Nanker, który od dzieciństwa popadł w jakieś choroby, w paraliż jednej
                                                    ręki i jednej nogi, tak poważnie, że nie można mu było pomóc ani staraniami
                                                    lekarzy, ani nacieraniem maściami, ani różnymi lekarstwami skomponowanymi
                                                    ludzką sztuką. Matka więc jego ślubowała zanieść go do sanktuarium św. Jadwigi.
                                                    Gdy go tam zawieziono i umieszczono na wierzchu grobowca, ustąpiło drżenie
                                                    chorych członków. Lecz gdy został umieszczony w gospodzie, po krótkim czasie
                                                    zaczął cierpieć ponownie i nastąpił nawrót choroby. Tak bowiem zrządził Pan
                                                    Bóg, aby nadal był błagany przez zasługi św. Jadwigi, aby mógł okazać swą moc,
                                                    wielkie miłosierdzie i ujawnić jak najobficiej cnotę świętości św. Jadwigi
                                                    rodowi ludzkiemu przez nowy cud. Dlatego gdy wspomniana matka stwierdziła
                                                    nawrót choroby syna, ponownie zaniosła go do grobowca św. Jadwigi i zalewając
                                                    się łzami płynącymi z głębi serca ponawiała modlitwy i nie przestawała błagać
                                                    dopóty, aż uzyskała pełne uzdrowienie syna. Bo oto nagle dano mu coś do ręki,
                                                    mógł to ująć i trzymać, i odszedł uzdrowiony ten, który od dwu i pół roku był
                                                    złożony opisaną chorobą.

                                                    Cud czwarty

                                                    Szczęsława, żona Mateusza z Tyńca, będąc w połogu szóstego dnia po Popielcu
                                                    została porażona paraliżem rąk i nóg, tak że trzeba było ją karmić i poić przez
                                                    rurkę trzcinową. Cierpiała również wielki ból, gdy musiano ją z koniecznej
                                                    potrzeby poruszyć. Leżała zatem nieprzerwanie, a gdy ją poruszano lub
                                                    wynoszono, czy też tylko obracano na drugi bok, nie mogła powstrzymać bólu,
                                                    nawet wówczas, gdy dla ulżenia cierpieniom czyniono to za pomocą prześcieradła.
                                                    I w takich męczarniach upłynął czas do św. Jerzego męczennika. W to święto, gdy
                                                    dzień zbliżał się ku końcowi, została namaszczona zbawczym sakramentem
                                                    ostatniego namaszczenia. Tejże zaś nocy ukazała się jej czcigodna pani w
                                                    habicie mniszki i rzekła: "Idź, odwiedź grobowiec św. Jadwigi, a będziesz
                                                    uzdrowiona". Po obudzeniu chora opowiedziała mężowi, co widziała i słyszała we
                                                    śnie, i uporczywie prosiła, aby ją jak najśpieszniej zawiózł do grobowca św.
                                                    Jadwigi. Jednakże małżonek odmówił wypełnienia prośby żony, obawiając się, że
                                                    gdyby zmarła w drodze, ludzie mogliby powiedzieć, że świadomie przyśpieszył jej
                                                    śmierć, i tak przez nieroztropny pośpiech zaszkodziłby swej dobrej sławie;
                                                    sądzono powszechnie, że ta niewiasta niebawem umrze.

                                                    Przemogło jednak nierozsądne w jego mniemaniu błaganie małżonki i mąż za radą
                                                    przyjaciół chorą żonę, bliską śmierci, wyprawił do Trzebnicy w odpowiednim
                                                    towarzystwie, mianowicie dobrał swego syna i córkę oraz dwóch służących.
                                                    Wszyscy oni przybywszy do Trzebnicy powozem pod klasztor trzebnicki posadzili
                                                    chorą na zydlu i tak zanieśli do grobowca św. Jadwigi, gdzie chora ze łzami
                                                    rzekła: "Święta Jadwigo, przyjdź mi z pomocą cierpiącej na chorobę".

                                                    Duża ciżba przy tym obecna także modliła się w tej intencji do Boga. I oto
                                                    nagle, przeniesiona na niewielką odległość od grobowca, za wstawiennictwem św.
                                                    Jadwigi uzyskała od Pana Boga uzdrowienie i sama wsiadła do powozu, którym
                                                    przyjechała, bez pomocy służących i odjechała do domu. A w drodze, gdy była
                                                    trzy mile od grobowca, w dzień wigilii apostołów Piotra i Pawła, wybawiona
                                                    została od wszelkich schorzeń, które tego roku ją dotknęły. Gdy zaś wjechała do
                                                    swego obejścia, małżonek widząc ją wysiadającą bez pomocy z powozu, do którego
                                                    przedtem z trudem ją wniesiono na ramionach kilku mężczyzn, i spoglądając na
                                                    podchodzącą ku niemu szybkim krokiem, gdy pamiętał ją półżywą sprzed trzech
                                                    dni, napełniony został podziwem i radością. W pośpiechu zbiegli się ludzie z
                                                    całej wsi, by zobaczyć niewiastę, która niejako została wskrzeszona z martwych,
                                                    i wysławiali w pokornej modlitwie Boga oraz zasługi św. Jadwigi.

                                                    Wielu innych paralityków zostało uzdrowionych przez wstawiennictwo św. Jadwigi,
                                                    mianowicie Śniegula (zob. podrozdział o uzdrowieniu niemych, cud drugi).


                                                  • Rozdział X - cd.

                                                    O cudach, które się wydarzyły po śmierci świętej Jadwigi



                                                    12. O uzdrowieniu chorych na gorączkę powtarzającą się co cztery dni

                                                    Cud pierwszy

                                                    Żona obywatela wrocławskiego Bernarda, Adelajda, cierpiała od wielu lat na
                                                    powtarzającą się co cztery dni gorączkę i wiele poniosła kosztów na lekarzy i
                                                    lekarstwa, które jej jednak wcale nie pomogły. Gdy zaś doszła do przekonania,
                                                    że nie może być wyleczona, uczyniła ślub świętej Jadwidze i udała się do
                                                    sanktuarium, modląc się tam słowami: "Święta Jadwigo, jeśli masz jakieś zasługi
                                                    u Pana Boga, uwolnij mnic od gorączki, na którą cierpię!" Lecz daremnie się
                                                    trudziła, ponieważ gorączka, z którą przyszła do grobowca, nie opuszczała jej.
                                                    Niemniej powtarzała tę modlitwę, nawiedzając cztery razy sanktuarium świętej,
                                                    chociaż upragnionego zdrowia na tym miejscu uzyskać wtedy nie była godna. I nic
                                                    dziwnego, że nie mogła usunąć choroby ciała, ponieważ z własnej woli
                                                    zatrzymywała w sobie gorączkę duszy, tak jak grot w ranie uniemożliwia pełne
                                                    uzdrowienie ciała. Owa bowiem niewiasta, jak potem się przyznała, wątpiła
                                                    ciągle w to, że mogą jej pomóc coś niecoś w uzdrowieniu zasługi św. Jadwigi.
                                                    Dlatego Pan Bóg zwlekał z jej uzdrowieniem, aż wreszcie wynagrodził jej trudy
                                                    podwójnym darem, a mianowicie po odkryciu i uleczeniu choroby duszy
                                                    równocześnie uwolnił jej ciało od cierpień. Upomniana zatem przez Pana Boga w
                                                    pewnym śnie i niemało wzmocniona kazaniem pewnego zakonnika, który ją pouczył,
                                                    żeby do grobowca św. Jadwigi przystępowała z mocną nadzieją, usunąwszy jak
                                                    najśpieszniej wszelką tamę niewiary, po raz piąty odwiedziła grobowiec świętej
                                                    i błagała pokornie o wiarę i wyleczenie choroby mówiąc: "Święta Jadwigo,
                                                    uwolnij mnie, bo w przeciwnym razie bardzo się na ciebie pogniewam!"

                                                    I oto natychmiast wszystkie stawy palców jej rąk zaczęły z wielkim bólem się
                                                    rozciągać i zaraz za wstawiennictwem świętej Jadwigi została uwolniona od
                                                    gorączki, na którą cierpiała od dwunastu lat i dwudziestu czterech dni.

                                                    13. O uzdrowieniu chorych na padaczkę

                                                    Cud pierwszy

                                                    Beatrycze, córka Zbyluta z Prusic, była chora na padaczkę. Gdy napadło na nią
                                                    to straszne cierpienie, mogła ona wszystko, cokolwiek pochwyciła, czy to własne
                                                    ciało, czy inne osoby, w ataku pokąsać. A tak bardzo przygniatała ją ta
                                                    przeklęta choroba, że czasami w ciągu jednego dnia zdarzało się trzynaście
                                                    ataków i nie sposób było pomóc jej lekarstwami, które jej podawano. Matka jej,
                                                    pani Wieńczysława, ufna w zasługi św. Jadwigi, uczyniwszy ślub i ułożywszy
                                                    córkę w powozie, sama zaś idąc pieszo obok powozu, przybyła do grobowca tej
                                                    świętej i ułożywszy córkę na grobowcu tymi słowami modliła się: "Święta
                                                    Jadwigo, ponieważ ty masz u Boga moc niezwykłą, a ja wierzę, że jesteś święta,
                                                    pomóż mojej córce!"

                                                    Niebawem Bóg, zlitowawszy się, przez wstawiennictwo św. Jadwigi wybawił
                                                    dziewczynkę od choroby i od tej chwili nie odczuwała tego wstrętnego
                                                    cierpienia, które było jej udziałem przez dwa lata.

                                                    Cud drugi

                                                    Dobromiła, córka Klemensa, rycerza z Jeszkotli, od urodzenia chorowała na
                                                    padaczkę. Rozpoznać choroby nie można było wcześniej, zanim weszła w stan
                                                    dziecięctwa i doszła do tego wieku, kiedy mogła raczkować po ziemi. Dwa lub
                                                    trzy razy, a nawet częściej w ciągu dnia następowały ataki tej choroby. Ojciec
                                                    zaś i matka dziewczynki boso pielgrzymujący do grobowca św. Jadwigi,
                                                    umieściwszy dziecko na tymże grobowcu ze łzami błagali Boga, aby raczył
                                                    litościwie dla zasług św. Jadwigi uzdrowić je. Po skończonych modlitwach
                                                    odebrali dziecko całkowicie wyleczone, tak że nigdy już nie objawiła się ta
                                                    straszna choroba żadnym atakiem.

                                                    14. O wyleczeniu opętanych

                                                    Cud pierwszy

                                                    Adelajda, pasierbica żony Hildebranda, chora na umyśle, zaledwie mogła być
                                                    trzymana w zamknięciu i opowiadała, że widuje potwory. Gdy ją macocha Ula dla
                                                    wyleczenia prowadziła do grobowca św. Jadwigi i odbyły większą część drogi,
                                                    przybyły na pewne wzgórze, z którego widać było kościół przechowujący ciało
                                                    Jadwigi, owa chora zaczęła krzyczeć: "Ja już tonę...", chociaż na szczycie
                                                    wzgórza nie było żadnej wody w pobliżu. Przyprowadzona do sanktuarium św.
                                                    Jadwigi, gdy modliło się o nią wielu tam obecnych, nagle uwolniona została od
                                                    nieszczęśliwej choroby, która ją dręczyła od czterech tygodni.

                                                    Cud drugi

                                                    Pewien brat z zakonu dominikańskiego był poniekąd obłąkany. Jego inny brat z
                                                    tego samego zakonu zaprowadził go do grobowca św. Jadwigi. Gdy tam przy
                                                    grobowcu razem modlili się, brat chory przytulił głowę do grobowca i zasnął. Po
                                                    pewnym czasie obudziwszy się wstał wybawiony od tej choroby tak całkowicie, że
                                                    nigdy do niego nie powróciła.

                                                    Cud trzeci

                                                    Dobrosława, żona Michała z Brukalic, ze względu na to, że była agresywną
                                                    maniaczką, trzymana była w skrępowaniu, aby nie rozdzierała samego ubrania i
                                                    nie niszczyła innych rzeczy, które mogłaby pochwycić; z tym, czego mogła
                                                    dotknąć rękami, obchodziła się okrutnie. Ilekroć podawano jej krucyfiksa, pluła
                                                    nań i zgrzytała zębami. Zaprowadzono ją wreszcie do grobowca św. Jadwigi. Tam w
                                                    obecności wielu po modlitwie za wstawiennictwem św. Jadwigi została wybawiona
                                                    od cierpienia, które znosiła od św. Wita do św. Bartłomieja tegoż roku.

                                                    Cud czwarty

                                                    Bratumiła, żona Wieńczysława mieszkającego we wsi Jelcz, pewnego dnia ujrzała
                                                    diabła w postaci jakiegoś żebraka i natychmiast zaczęła bronić się znakiem
                                                    krzyża. Wróg zaś odwieczny odezwał się do niej mówiąc: "Czemu podnosisz to
                                                    drewno przeciwko mnie?" Drewnem nazwał rękę, którą kobieta uczyniła znak
                                                    krzyża. Pochwyciwszy tę rękę ścisnął ją tak mocno, że wszystkie jej palce
                                                    zostały głęboko wciśnięte. Od tej pory ręka jej uschła, a odciśnięte palce
                                                    diabelskie pozostały na dłoni. Znosiła ponadto wiele urojeń i gwałtownych bólów
                                                    ciała od tego wroga zbawienia, tak że pozbawiona została całkowicie korzystania
                                                    z rozumu. Gdy jej na przykład wymieniano świętych lub pokazywano krucyfiks,
                                                    pluła nań.

                                                    Przyjaciele zaprowadzili ją do grobowca św. Jadwigi szóstego dnia po tygodniu
                                                    wielkanocnym i tam codziennie przez osiem dni doprowadzano ją do grobu, aż w
                                                    końcu została uwolniona od wpływu diabła i odzyskała sprawność rozumu dzięki
                                                    wstawiennictwu św. Jadwigi. Jednakże jej ręka, którą diabeł ścisnął, pozostała
                                                    sucha. Ręka ta przez dwa lata była w pracy nieużyteczna, a mąż jej tak się tym
                                                    zniechęcił, że poszedł do biskupa wrocławskiego, ks. Tomasza, z żądaniem
                                                    rozwodu, twierdząc, że taka żona nie jest użyteczna w gospodarstwie.

                                                    Biskup zaś, mąż roztropny i wykształcony, odpowiedział mu: "Ponieważ otrzymałeś
                                                    żonę zdrową, to teraz musisz chorą pielęgnować". Także ks. Bertold, proboszcz
                                                    trzebnicki, archiprezbiter, nakłonił owego męża żądającego rozwodu, aby złożył
                                                    rzetelne zapewnienie, że nie wypędzi żony z powodu jej uschniętej ręki, bo jest
                                                    to niezgodne z prawem.

                                                    Po trzech latach od wybawienia jej od diabelskiego opętania kobieta ponownie
                                                    pośpieszyła do grobu św. Jadwigi, aby dzięki pomocy świętej uzyskać uzdrowienie
                                                    ręki. Przez siedem dni odwiedzała jej grobowiec, modląc się słowami: "Święta
                                                    Jadwigo, polecam ci moją duszę i moje ciało i błagam cię, abyś przywróciła
                                                    zdrowie mojej ręce". W końcu Pan Bóg zlitował się nad nią i przez zasługi św.
                                                    Jadwigi w drzwiach kaplicy, w której spoczywały relikwie świętej, usunął swoją
                                                    mocą uschnięcie z ręki kobiety i darował jej pełnię zdrowia około dnia św.
                                                    Jakuba apostoła.

                                                    15. O uzdrowieniu chorych na biegunkę i krwotoki

                                                    Cud pierwszy

                                                    Idka, córka Łukasza, mieszczanina wrocławskiego, będąc z ojcem i matką Jadwigą
                                                    u swego dziadka w Raciborzu, mieście odległym od Wrocławia o 20 mil polskich,
                                                    zapadła na bardzo ciężką biegunkę, tak że wątpiono, czy przeżyje. Prócz tego
                                                    Pan Bóg doświadczył ją jeszcze inną plagą, nie mogła mianowicie władać ani
                                                    rękami, ani nogami.

                                                    Gdy więc musiała podciągnąć nogi albo cokolwiek jeść, konieczna była pomoc osób
                                                    trzecich. Rodzi
                                                  • Gdy więc musiała podciągnąć nogi albo cokolwiek jeść, konieczna była pomoc osób
                                                    trzecich. Rodzice jej uczynili ślub, że zaprowadzą ją do grobowca św. Jadwigi.
                                                    Ułożyli ją na wozie i modlili się żarliwie do Pana Boga, aby raczył jej pomóc
                                                    przez zasługi św. Jadwigi. Gdy zaś przyjechali pod miasto Wrocław, dziewczynka
                                                    zupełnie ozdrowiała na całym ciele i odzyskała władzę w rękach i nogach.
                                                    Rodzice rozradowani tą zmianą kontynuowali jednak podróż do sanktuarium św.
                                                    Jadwigi i w wigilię św. Michała złożywszy tam dziękczynienie i wygłosiwszy
                                                    pochwałę świętości Jadwigi powrócili do domu.

                                                    Cud drugi

                                                    Bertranda z Czernej przez 16 tygodni cierpiała na krwotoki tak ciężko, że żadna
                                                    pomoc lekarska, chociaż wiele na nią wydała, nie dawała rezultatu. Powszechnie
                                                    sądzono, że nie wyjdzie ona z tej choroby i że musi umrzeć Chora złożyła ślub,
                                                    że odwiedzi grobowiec św. Jadwigi jeżeli święta obdarzy ją zdrowiem - i
                                                    natychmiast została uzdrowiona.

                                                    Ponieważ jednakże za namową męża zlekceważyła ślubowanie, bardzo szybko
                                                    nastąpiła recydywa, a choroba przybrała jeszcze na sile. Powtórzyła więc ślub i
                                                    wypełniła go pełna niepokoju, ale została w pełni uzdrowiona przez
                                                    wstawiennictwo świętej.

                                                    16. O uzdrowieniach chorych na błonice

                                                    Cud pierwszy

                                                    Piotr, Czech ze Skaszyc, ze służby książęcej cierpiał na chorobę gardła zwaną
                                                    błonicą, która go tak mocno zaatakowała, że nie mógł przez trzy dni ani mówić,
                                                    ani przyjmować pokarmu, ani napoju i ledwo mógł oddychać. Gdy jednak ślubował,
                                                    że pójdzie do grobowca św. Jadwigi bosymi stopami i we włosiennicy, jeżeli
                                                    Jadwiga go wyleczy z tej choroby, po złożeniu ślubu ułożył się do spoczynku i
                                                    zasnął; a gdy się obudził, poczuł się zupełnie zdrowy. Dzięki więc czynił Bogu
                                                    i św. Jadwidze, bo wierzył, że zdrowie odzyskał przez jej wstawiennictwo.

                                                    17. O wyleczeniu chorych na wrzody

                                                    Cud pierwszy

                                                    Wawrzyniec z Łukowic, mąż w podeszłym wieku i godny poważania, miał na
                                                    piersiach owrzodziałą ranę, z której sączyła się ropa i wydobywał się bardzo
                                                    dokuczliwy odór. Z tego powodu małżonka jego poczuła do męża odrazę i opuściła
                                                    go. Chory miał ponadto obrzęk nogi i nie mógł chodzić, a leżąc narażony był na
                                                    liczne niewygody. Ufając Panu Bogu wzywał Jego miłosierdzia przez zasługi św.
                                                    Jadwigi i doznał tak wielkiej ulgi, że powstał z łoża i mógł cokolwiek chodzić.
                                                    Uczynił więc ślub, że pójdzie do grobowca św. Jadwigi i podpierając się
                                                    szczudłami, jako że był jeszcze słaby, poszedł, chwiejąc się, ze swego domostwa
                                                    odległego o 3 mile od Trzebnicy. I w ciągu 5 dni z wielkim trudem dotarł do
                                                    grobowca szóstego dnia przez Św, Bartłomiejem, gdzie zaraz rozpoczął
                                                    modlitwę: "Święta Jadwigo, uzdrów mnie, a za to będę sługą do końca życia".
                                                    Człowiek, który cierpiał prawie 15 miesięcy, natychmiast całkowicie wyzdrowiał,
                                                    zarówno jeśli idzie o nogi, jak o ranę na piersiach i w ciągu jednego dnia
                                                    powrócił do swego domu, odbywając na zdrowych nogach drogę, którą poprzednio
                                                    szedł z trudem przez pięć dni. Ksiądz Wolimir, biskup włocławski, który był
                                                    jednym z inkwizytorów cudów, własnoręcznie obmacał to miejsce na piersiach,
                                                    gdzie była rana cudownie wyleczona przez zasługi św. Jadwigi, pozostawiając
                                                    świadectwo, że ranę tę znalazł całkowicie wyleczoną.

                                                    Cud drugi

                                                    Stronisława miała na prawym barku wrzód wielkości dłoni, który wreszcie pękł i
                                                    wypłynęła zeń ropa, pozostawiając w następstwie wgłębienie. Ta sama kobieta
                                                    została też pozbawiona władzy w prawej ręce i zgnębiona tymi dolegliwościami
                                                    trwała w nich od czasu jeszcze przed najazdem Tatarów aż do upływu 6 lat po
                                                    śmierci Jadwigi. A wtedy owa kobieta odwiedziwszy grobowiec świętej modliła się
                                                    ze łzami w oczach: "Moja księżno, św. Jadwigo, przywróć mojemu ciału całkowite
                                                    zdrowie, abym mogła być wybawiona od jego udręk". Niewiasta została natychmiast
                                                    uzdrowiona i wybawiona całkowicie od jednej i drugiej choroby, na które
                                                    cierpiała. Pozostały jednak po ustaniu bólu pewne ślady wrzodu w miejscu
                                                    owrzodzenia.

                                                    18. O wyrwanych z niebezpieczeństwa śmierci

                                                    Cud pierwszy

                                                    Ośmioletni chłopiec Dominik, syn rycerza Witosława z Borku, został kopnięty
                                                    przez konia w skroń tak potężnie, że uważano chłopca za zmarłego przez taki
                                                    czas, jaki jest potrzebny, aby przejść piechotą jedną polską milę. W końcu
                                                    nabrawszy sił powrócił wprawdzie do życia, ale pozostała mu w głowie potężna
                                                    rana. Gdy rodzice i przyjaciele przykładali mu maście i proszki, które tylko
                                                    mogli dostać, nie wychodziło mu to na zdrowie, a nawet w ranie powstało dzikie
                                                    mięso długości jednego palca i przeszkadzało zagojeniu się rany.

                                                    Gdy więc nad chłopcem zawisło niebezpieczeństwo śmierci, ojciec jego,
                                                    przypomniawszy sobie pomoc św. Jadwigi, która wybawiła go już raz z innej
                                                    śmiertelnej choroby (o czym mowa w podrozdziale o uleczeniu chorych, cud
                                                    pierwszy), udał się do Trzebnicy, do progów sanktuarium św. Jadwigi, aby się
                                                    pomodlić w intencji swego syna. I oto w ciągu trzech dni, w których ojciec
                                                    pielgrzymował, jego syn, który po otrzymaniu śmiertelnej rany chorował od
                                                    święta Narodzin Świętej Dziewicy aż do oktawy po Objawieniu Pańskim następnego
                                                    roku, został tak całkowicie uzdrowiony, że matka jego, wybiegając na powitanie
                                                    powracającego męża, zawołała: "Syn nasz dzięki łasce Bożej całkowicie
                                                    wyzdrowiał!" Pozostała jednak nieznaczna blizna w miejscu rany, bo tak zrządził
                                                    Bóg, aby tym wyraźniejsza była oczywistość cudu.

                                                    Cud drugi

                                                    Izentruda, żona Berolda z Wrocławia, była w ciąży. Gdy upłynęło 9 tygodni,
                                                    powinna była poczuć ruchy płodu w łonie, a gdy tego nie było, przelękła się, że
                                                    grozi jej niebezpieczeństwo śmierci. Nie można jej było dać żadnej zbawiennej
                                                    rady poza tym, aby wezwała orędownictwa św. Jadwigi i udała się do jej grobu,
                                                    co też Izentruda uczyniła. Ponieważ jednak wątpiła w zasługi świętej i za mało
                                                    ufała, słusznie nie doznała łaski uzdrowienia, którego pragnęła, dopóki
                                                    ciemności jej niewiary mocno tkwiące w jej sercu nie ulegną rozproszeniu dzięki
                                                    światłu wiary. Zatrzymawszy się w domu pewnego gospodarza usłyszała od niego
                                                    mądrą radę, aby o zdrowie błagała z całą ufnością, pozbywszy się niewiary.
                                                    Kobieta powróciła więc do grobowca św. Jadwigi i żarliwie modliła się, aby
                                                    święta raczyła jej pomóc. Cudowne to jest zaiste, że zaledwie została
                                                    uzdrowiona dusza z choroby zwątpienia, zaraz nastąpiło uzdrowienie ciała,
                                                    albowiem gdy kobieta powróciła do grobowca św. Jadwigi i tam się modliła,
                                                    dziecko w jej łonie zaczęło się poruszać, gdy zaś ponowiła modły, dziecko
                                                    poruszyło się silniej, gdy zaś po raz trzeci modliła się z wiarą, wyczuła już w
                                                    pełni życie płodu. Powróciwszy do domu, we właściwym czasie urodziła zdrową
                                                    córkę, którą wkrótce nazwano imieniem Małgorzata, czyniąc dzięki Bogu i św.
                                                    Jadwidze, przez której orędownictwo wybawiona została od grozy śmierci.

                                                    Cud trzeci

                                                    Pewna dziewczyna imieniem Berchta, czerpiąc wodę w okolicy Wrocławia wpadła do
                                                    Odry i wciągnięta została wartkim prądem rzeki pod kolejne cztery koła
                                                    młyńskie. Pewien mężczyzna ujrzawszy to wołał krewną dziewczyny o tym samym
                                                    imieniu i krzyczał: "Berchto, Berchto! twoją krewniaczkę porwał prąd rzeki!"
                                                    Gdy usłyszała to owa krewna, wybiegła z domu wołając: "Księżno moja, święta
                                                    Jadwigo, błagam cię, nie pozwól, by zginęła moja krewniaczka, lecz wybaw ją od
                                                    niebezpieczeństwa!" Gdy wielokrotnie powtarzała to wezwanie do świętej, zbiegło
                                                    się około stu osób, chcąc zobaczyć, co się stało. Wielu z tych, którzy zbiegli
                                                    się dla obejrzenia tego zdarzenia, również wzywało miłosierdzia Bożego, aby
                                                    przez zasługi św. Jadwigi wybawił tonącą w głębinie dziewczynę, by nie zginęła
                                                    w nieszczęśliwym wypadku. Inni zaś przynieśli łodzie i narzędzia do wyłowienia
                                                    topielicy, gdyby ją przypadkiem znaleziono w wodzie, głębokiej w tym miejscu na
                                                    20 łokci.

                                                    "O, jak przedziwny jest Bóg w swoich świętych!". Zaprawdę Jego cuda powinny być
                                                    znane pobożnej duszy, zwłaszcza jaśniejące w obecnych czasa
                                                  • "O, jak przedziwny jest Bóg w swoich świętych!". Zaprawdę Jego cuda powinny być
                                                    znane pobożnej duszy, zwłaszcza jaśniejące w obecnych czasach! Z mocy bowiem
                                                    Bożej dziewczyna, mająca wtedy 18 lat, wciągnięta pod młyńskie koło, wypłynęła
                                                    bez żadnego okaleczenia ciała, jak również bez uszkodzenia młyńskich kół, a
                                                    przecież jak mówiono - owe koła łatwo mogły się połamać nawet z powodu lichego
                                                    drewienka. Gdy obecni przy tym oczekiwali, że wyciągną z głębiny martwą
                                                    topielicę, nie przypuszczali bowiem, aby mogła wyjść z życiem osoba, którą
                                                    pochłonęła taka masa wody, i to przez taki długi czas, nagle dziewczyna ukazała
                                                    się wszystkim patrzącym po drugiej stronie rzeki, gdy stanęła na brzegu i
                                                    strząsnęła z odzienia wodę.

                                                    Tak dzięki wstawiennictwu św. Jadwigi dziewczyna owa uniknęła śmierci piątego
                                                    dnia po św. Michale, chociaż pozostawała pod wodą przez taki czas, jaki jest
                                                    potrzebny do przemarszu ćwierci mili polskiej. Aby jednak wszyscy przekonali
                                                    się w sposób widoczny, że był to cudowny wypadek, na ciele dziewczyny, na jej
                                                    grzbiecie i nogach, pozostały sińce spowodowane uderzeniami łopatek kół.

                                                    19. O wskrzeszeniu zmarłych

                                                    Cud pierwszy

                                                    Chłopiec imieniem Mikołaj, syn pewnego młynarza, w święto Podwyższenia Krzyża
                                                    Świętego wpadł do wody, która przepływała ponad kołem młyńskim, i utonął. Gdy o
                                                    tym dowiedziała się jego matka wielkim krzykiem, płynącym z bólu serca,
                                                    spowodowała zbiorowisko wielu ludzi. Wśród nich był także Walter z Praczy,
                                                    właściciel owego młyna, który dojrzał chłopca przygniecionego na drewnianym
                                                    łożysku pod kołem, a jego nogi sterczały nieco ponad prądem, który go zatopił.
                                                    Z powodu braku odpowiednich narzędzi do podniesienia koła młyńskiego nie można
                                                    było podnieść owego wielkiego koła, które przygniatało chłopca. Różnymi więc
                                                    sposobami próbowali go wyciągnąć, kierując strumień wody tak, aby poruszać
                                                    koło. Gdy to nie dało rezultatu, a chłopiec leżąc między kołem a łożyskiem
                                                    uniemożliwiał ruch koła, mimo dużego prądu wody przepływającego ponad kołem,
                                                    przyniesiono siekiery i zaczęto rąbać żerdzie podtrzymujące całą konstrukcję
                                                    koła młyńskiego i wyciągnięto chłopca, oczywiście martwego, zsiniałego,
                                                    zmarzniętego, zesztywniałego i nieruchomego, jakby był z drewna.

                                                    Nic dziwnego, że chłopiec był martwy, wszak leżał pod wodą przez czas, w jakim
                                                    można przejść pieszo jedną milę lombardzką. Chociaż nie było żadnej nadziei na
                                                    przywrócenie chłopcu życia, wspomniany Walter, ufny w pomoc św. Jadwigi,
                                                    zwracając się do niej wielokrotnie modlił się: "Święta Jadwigo, wskrześ tego
                                                    chłopca, a jeżeli go wskrzesisz, pójdę pieszo razem z nim do twego grobowca".
                                                    Wytrząsnąwszy z ciała chłopca wodę, ile tylko się dało, położył go przy
                                                    ognisku. Chłopiec leżał nieruchomo jak martwy od południa do zachodu słońca w
                                                    dniu wspomnianego święta. I zaiste gdy ci wierzący ludzie nie przestawali się
                                                    modlić do Boga z powoływaniem się na zasługi św. Jadwigi o przywrócenie chłopca
                                                    do życia, tegoż wieczora zaczął on oddychać, a następnego ranka wstał z
                                                    martwych zdrowy, zgoła nie cierpiąc żadnego bólu. Pozostał tylko na grzbiecie
                                                    pewien siny znak po przygnieceniu go płatem koła.

                                                    Cud drugi

                                                    Wilhelm, chłopiec nie mający jeszcze pełnych 2 lat, syn Wincentego, kasztelana
                                                    z Olesna, w miejscowości, która nosi nazwę Otmęt, przyniesiony został nad rzekę
                                                    Odrę. Jego opiekun, położywszy dziecko na brzegu i pozostawiwszy je samotnie,
                                                    wszedł dla ochłodzenia się i popływania do wody. Gdy tak zajęty pozostawał
                                                    dłuższy czas w wodzie, chłopiec nie widząc opiekuna poszedł w jego ślady i
                                                    wpadłszy do rzeki utonął. Gdy po pewnym czasie opiekun powrócił na brzeg i nie
                                                    znalazłszy dziecka szukał chłopca w falach rzeki, znalazł topielca i wyciągnął
                                                    z wody, którą, jak tylko mógł, wytrząsnął z ciałka dziecka. Powróciwszy do domu
                                                    z tym chłopaczkiem, usiłował zataić przed rodzicami wydarzenie, ale ukryć się
                                                    tego nie dało: rozgrzany przez matkę wypluł resztę wody i umarł.

                                                    Rodzice opłakując jego zgon razem ze służbą modlili się do Pana Boga, z
                                                    powołaniem się na zasługi św. Jadwigi, aby raczył przywrócić chłopcu życie. Gdy
                                                    ojciec i jego małżonka Berchta złożyli ślubowanie, że przyniosą dziecko do
                                                    grobu św. Jadwigi, jeśli tylko wróci do życia, chłopiec natychmiast ożył. Gdy
                                                    zaś rodzice odkładali wykonanie ślubu, następnego dnia chłopiec ponownie umarł.
                                                    Rodzice, przypisując to swej opieszałości w tym, co powinni byli zrobić,
                                                    ponowili swe modlitwy i ślubowanie i znów zostali wysłuchani przez Pana Boga za
                                                    wspomożeniem św. Jadwigi, do której progów udali się bez zwłoki. Od tamtego
                                                    dnia chłopczyka widywano zawsze w kwitnącym zdrowiu.

                                                    Cud trzeci

                                                    Witosława, noworodek płci żeńskiej, zmarła jeszcze przed otrzymaniem sakramentu
                                                    chrztu. Babka zaś jej, imieniem Sulisława, przyjechawszy i odbierając ją od
                                                    matki, a swej córki, zabrała ją oczywiście martwą. Zwoławszy całą służbę wraz z
                                                    nią opłakiwała głośno nie tyle martwe niemowlę, ile raczej fakt, że zmarło bez
                                                    sakramentu chrztu, a równocześnie modliła się, aby Pan Bóg przez zasługi św.
                                                    Jadwigi raczył dać jej chociażby tyle życia, by mogła przyjąć ów sakrament. I
                                                    oto Pan Bóg wysłuchał próśb modlących się i udzielił dziewczynce niejakich
                                                    oznak życia, i zaniesiono ją w niecce wciąż jeszcze wyglądającą raczej na
                                                    zmarłą niż żywą do chrztu. Ochrzczona zaś niebawem odzyskała pełnię zdrowia.

                                                    Cud czwarty

                                                    Pietrucha, córka Marcina z Wrocławia, zmarła mając 7 tygodni. Elżunia, jej
                                                    matka, chcąc udać się do pewnego miasta, poprosiła niewiastę imieniem
                                                    Bogusława, aby zaopiekowała się niemowlęciem, dopóki nie powróci po załatwieniu
                                                    swoich spraw. Jakkolwiek owa niewiasta podjęła się opieki, ale źle opiekowała
                                                    się niemowlęciem, albowiem pozostawiła dziecko w kołysce i poszła do
                                                    sąsiedniego domu wykonać tam jakąś usługę. Tymczasem do izby wpadł wieprz,
                                                    przewrócił kołyskę, dziecko upadło na twarz i udusiło się pod wieloma
                                                    powijakami. W końcu powróciła matka i zapytała Bogusławę o dziecko, które jej
                                                    powierzyła. Ta odpowiedziała, że zająwszy się posługą zapomniała o nim. Gdy zaś
                                                    matka weszła do mieszkania, wieprz wyskoczył i uciekł, a dziecko znalazła
                                                    martwe.

                                                    Ciałko jego od dłuższego czasu było już zimne i sztywne jak z drewna. Matka
                                                    opłakiwała zmarłą córeczkę, a ból jej powiększał strach, że mąż po powrocie do
                                                    domu skarci ją za zaniedbanie. Gdy małżonek przybył, również opłakiwał śmierć
                                                    dziecka, ale cierpiał nie tyle z samego zgonu córeczki, ile z powodu grzechu
                                                    zaniedbania. Obawiał się bowiem, że odpowiedzialność za utratę dziecka spadnie
                                                    i na niego, i na żonę. Przypomniawszy zaś sobie powszechną sławę cudów św.
                                                    Jadwigi, powiedział do żony: "Wezwijmy ufnie świętą Bożą, która królując w
                                                    niebie otrzymała taką władzę od Boga, że jeśli się o coś słusznie prosi,
                                                    uzyskuje się wraz z pocieszeniem przez wzgląd na jej zasługi". I tak w
                                                    ustronnym miejscu w domu razem modlili się. Bogusława, czuwając przy dziecku,
                                                    modliła się słowami: "Święta Jadwigo, błagam cię przez twoje zasługi, wybaw
                                                    mnie od grzechu, który popełniłam nie pilnując dostatecznie dziecka, a ja ci
                                                    ślubuję, że jeżeli ono powróci do życia, piechotą odwiedzę twój grób". Po tych
                                                    modlitwach rodzice przeszli do izdebki, w której leżała martwa dziewczynka, aby
                                                    ją pochować. Wówczas znaleźli żywą tę, którą złożyli tam jako martwą, a ona
                                                    ssąc pierś matki stopniowo nabierała sił i odżyła.

                                                    Dziecko po powrocie matki do domu leżało bez życia tak długo, że w tym czasie
                                                    można było upiec chleb w piecu chlebowym. O jakiej zaś godzinie zmarła, nie
                                                    sposób ustalić z tego powodu, że nikogo przy niej nie było.

                                                    Cud piąty

                                                    Pewna niewiasta ze wsi należącej do szpitalników, która się nazywa Lisięcice, w
                                                    diecezji ołomunieckiej, straciła życie. Gdy leżała już martwa cały dzień, za
                                                    winy, z których nie oczyściła się całkowicie przez zadośćuczynienie, za karę
                                                    miała poddać się ogniowi piekielnemu. Ale Pan Bóg, jak mówi proroctwo, "dziwny
                                                  • Cud piąty

                                                    Pewna niewiasta ze wsi należącej do szpitalników, która się nazywa Lisięcice, w
                                                    diecezji ołomunieckiej, straciła życie. Gdy leżała już martwa cały dzień, za
                                                    winy, z których nie oczyściła się całkowicie przez zadośćuczynienie, za karę
                                                    miała poddać się ogniowi piekielnemu. Ale Pan Bóg, jak mówi proroctwo, "dziwny
                                                    jest w świętych swoich" chcąc, aby nawet w odległych krainach cuda św. Jadwigi
                                                    utwierdzały jej świętość, tak zrządził, że owej zmarłej niewieście, już
                                                    obejmowanej piekielnymi płomieniami, w widoczny sposób ukazała się święta i
                                                    wyciągnęła ją mocą Bożą z płomieni, przywołując ją do poprzedniego życia z
                                                    łaski Pana. Ta niewiasta, która przedtem nigdy nie słyszała o sławie św.
                                                    Jadwigi i o jej cudach, lecz przez tę świętą została wyzwolona z udręk płomieni
                                                    zaświata i przywrócona do poprzedniego stanu, przez cztery lata, które przeżyła
                                                    od owego wskrzeszenia, nie przestawała sławić św. Jadwigi i opowiadać wszystkim
                                                    napotkanym ludziom, co się jej przydarzyło, i wielu ludziom pokazywała ślady
                                                    oparzeń, które pozostały na jej ciele, na potwierdzenie dobrodziejstwa Bożego
                                                    zmiłowania w postaci cudu.

                                                    Cud szósty

                                                    W miasteczku Prusice w diecezji wrocławskiej umarł pewien człowiek, który miał
                                                    być pochowany na cmentarzu klasztoru, tam gdzie spoczywa ciało św. Jadwigi. Gdy
                                                    zwłoki jego spoczywały przez dwa dni, powstał on z martwych. Wieść o tym cudzie
                                                    dotarła do księcia, który z początku nie chciał wierzyć, ale polecił sprowadzić
                                                    przed swe oblicze owego wskrzeszonego człowieka. Kazał także przywołać przed
                                                    swoje oblicze właściciela tego gospodarstwa, w którym przebywał i umarł ów
                                                    człowiek, o którym mówiono, że został wskrzeszony, aby ów właściciel
                                                    gospodarstwa powiedział prawdę o całym zdarzeniu. Obydwaj równocześnie stanęli
                                                    przed obliczem księcia i stanowczo potwierdzili, że prawdą jest, iż człowiek
                                                    ten umarł i że został rzeczywiście wskrzeszony dzięki wstawiennictwu św.
                                                    Jadwigi.

                                                    Ponadto patrz wyżej w podrozdziale o wyrwanych z niebezpieczeństw śmierci (cud
                                                    drugi), o płodzie ożywionym w cudowny sposób w łonie matki Izentrudy, o
                                                    ożywieniu ptaszka i inne.

                                                    Cud siódmy

                                                    Pan Bóg Wszechmocny zgodnie ze świadectwem proroka, iż "zbawia bydlęta i
                                                    ludzi", zrządził, a w tym również uczynił godną Swojej czci św. Jadwigę, że
                                                    miała ona moc wskrzeszania nie tylko ludzi, lecz także martwych stworzeń na
                                                    pociechę swych gorliwych wyznawców, o czym mówi podany niżej przykład.

                                                    Siostra Krystyna z klasztoru trzebnickiego hodowała dla rozrywki pewnego
                                                    ptaszka, zwanego przepiórką. Gdy pewnego razu siostra Agata trzymała go w ręku,
                                                    ptaszek skonał. Siostra pozbyła się martwego ptaszka kładąc go na murku, gdzie
                                                    mógł być zjedzony przez inne zwierzę. Dowiedziawszy się o tym siostra Krystyna,
                                                    pozbawiona swej pociechy, z czułości serca bolejąc nad śmiercią ptaszka, udała
                                                    się do grobu św. Jadwigi modląc się: "Święta Jadwigo, wierzę, że jeżeli
                                                    zechcesz, możesz mnie pocieszyć. Przeto błagam cię, abyś moje serce napełniła
                                                    radością, przywracając życie memu ptaszkowi". Po tej modlitwie poszła na
                                                    miejsce, gdzie leżał nieżywy ptaszek, i znalazła go tam żywego. Święta Jadwiga
                                                    bowiem nie chciała po swej śmierci pozostawiać sióstr martwiących się o drobne
                                                    sprawy, albowiem za życia zawsze starała się je pocieszać, jak to wykażemy w
                                                    dalszym ciągu.

                                                    Cud zachowania oznak siostry zakonnej

                                                    Siostra Juliana z klasztoru trzebnickiego w noc noworoczną po rannych
                                                    modlitwach poszła się ogrzać przy piecu w kotłowni klasztornej i wskutek jej
                                                    nieuwagi jej zakonne oznaki, mianowicie opaska i welon, wpadły do ognia.
                                                    Wspomniany piec wydzielał tak ogromne ciepło, że ilekroć ktoś nieostrożnie
                                                    stanął blisko odsłoniętego otworu, buchający z pieca żar zapalał obuwie i inne
                                                    części odzieży, które tylko mógł dosięgnąć. Ogromnie zmartwiona utratą tych
                                                    rzeczy, których nie mogła wskutek żaru wyciągnąć, wezwana dzwonem na Jutrznię
                                                    odeszła, pozostawiając oznaki klasztorne w przekonaniu, że są stracone.
                                                    Jednakże mając nadzieję w opiece św. Jadwigi pobiegła szybko do grobowca
                                                    świętej i tak się modliła: "Święta Jadwigo, wierzę, że naprawdę jesteś święta,
                                                    i ufam w twoje zasługi! Ocal moje oznaki zakonne!". Spiesząc do kaplicy wzięła
                                                    udział w Jutrzni, w pierwszej Mszy św., a następnie w kapitule. Uczestnicząc
                                                    osobiście w tych nabożeństwach błagała o pomoc Pana Boga, a także św. Jadwigę,
                                                    aby zostały ocalone jej stroiki.

                                                    Po zwykłym zakończeniu kapituły pośpieszyła na miejsce, w którym pozostały
                                                    wymienione oznaki. Nie mogąc ich ze względu na żar wyciągnąć ręką, użyła do
                                                    tego celu laski z zakrzywionym hakiem i nią wyciągnęła z paleniska nietknięte
                                                    przez ogień i zupełnie nie uszkodzone stroiki. Później inkwizytorzy swymi
                                                    pieczęciami potwierdzili ten cud i załączyli owe stroiki świadczące o świętości
                                                    św. Jadwigi.

                                                    20. O cudach, które się wydarzyły w czasie kanonizacji św. Jadwigi

                                                    Cud ukazania się światła

                                                    Siostra Elżbieta, kustosz klasztoru trzebnickiego, pewnej nocy, powstawszy
                                                    jeszcze ze snu przed Jutrznią, stwierdziła, że lampa w sypialni zgasła. Aby
                                                    zapalić ją na nowo, poszła po światło do kościoła. Przechodząc zaś obok miejsca
                                                    spoczynku relikwi św. Jadwigi, zobaczyła cały grobowiec otoczony najjaśniejszym
                                                    blaskiem światła. W swej niewieściej trwożliwości powróciła do sypialni i od
                                                    razu rozpowiadała, jak wielkie i niezwykłe widziała światło.

                                                    Taki sam cud ukazania się światła i postaci dostojników kościelnych

                                                    Także siostra Juliana z klasztoru trzebnickiego w podobnej sytuacji po tym, jak
                                                    lampa zgasła w sypialni, poszła po światło do kościoła i zobaczyła tam znowu
                                                    nie tylko wielkie światło wokół grobowca św. Jadwigi, ale także jak gdyby dwóch
                                                    biskupów i dwóch opatów, wszystkich w albach stojących przed grobowcem, których
                                                    znaczenie zostanie opowiedziane poniżej.

                                                    O zapachu, który poczuły siostry czuwające przy grobie

                                                    Pewnego dnia w rocznicę śmierci św. Jadwigi przed jej grobowcem czuwało kilka
                                                    niewiast modląc się, a wśród nich Agnieszka, Krystyna, Małgorzata, Joanna,
                                                    siostry z klasztoru trzebnickiego, które odbywały pobożne czuwanie czytając
                                                    psałterz. Gdy tak razem czytały psalmy i modliły się, rozszedł się przedziwnie
                                                    słodki zapach, uderzając w nozdrza wszystkich sióstr. Zdumiały się wszystkie
                                                    poczuwszy tak mocny i niezwykły zapach, a zdziwienie było tym większe, że żadna
                                                    nie miała nic pachnącego, ale nie mogły się o tym nawzajem poinformować ze
                                                    względu na obowiązujące milczenie.

                                                    Gdy zapach nie ustawał, siostra Agnieszka znakami rąk zapytała pozostałe, czy
                                                    odczuwają słodycz owej woni, którym wciąż była cudownie urzeczona. Na to
                                                    siostry odpowiedziały: "odczuwałyśmy i czujemy". Światło zatem, o którym była
                                                    wyżej mowa, jaśniejące w ciemności nocy, ukazanie się dostojników Kościoła i
                                                    owa woń rozlewająca się po domu Pańskim oznaczały i dawały do zrozumienia, że
                                                    święta tu pochowana, której żywot jaśniał na świecie blaskiem dobrych uczynków,
                                                    była "dobrą Chrystusową wonią" na każdym miejscu, i że ona już "widziała
                                                    światło w światłości", i pozostała jakby zapachem balsamu w obliczu Boga.
                                                    Wskazywały one bowiem, że przybliża się czas, w którym w świętym Bożym Kościele
                                                    święta Jadwiga będzie dopisana do katalogu świętych za przyzwoleniem
                                                    dostojników tegoż Kościoła.

                                                    W tym samym roku ks. Wolimir, biskup włocławski, i ojciec Szymon, prowincjał
                                                    dominikanów w Polsce, zostali mianowani przez Stolicę Apostolską
                                                    egzaminatorami, którzy rozpoczęli śledzić i badać żywot i cuda św. Jadwigi. W
                                                    roku Pańskim 1262, w siódmym dniu Kalend listopadowych, zapisali oświadczenia i
                                                    imiona świadków, i cały proces zlecony im w tej sprawie, i przyłożywszy
                                                    pieczęcie przekazali papieżowi oświadczając mu, że o wielu innych cudach i
                                                    uzdrowieniach chorób, które stały się z wiary w zasługi tej świętej, także
                                                    słyszeli, ale nie mogli ich przebadać z powodu trudności przywołania świadków z
                                                    odległych krain. Przeto papież dał im drug
                                                  • W tym samym roku ks. Wolimir, biskup włocławski, i ojciec Szymon, prowincjał
                                                    dominikanów w Polsce, zostali mianowani przez Stolicę Apostolską
                                                    egzaminatorami, którzy rozpoczęli śledzić i badać żywot i cuda św. Jadwigi. W
                                                    roku Pańskim 1262, w siódmym dniu Kalend listopadowych, zapisali oświadczenia i
                                                    imiona świadków, i cały proces zlecony im w tej sprawie, i przyłożywszy
                                                    pieczęcie przekazali papieżowi oświadczając mu, że o wielu innych cudach i
                                                    uzdrowieniach chorób, które stały się z wiary w zasługi tej świętej, także
                                                    słyszeli, ale nie mogli ich przebadać z powodu trudności przywołania świadków z
                                                    odległych krain. Przeto papież dał im drugie zlecenie dotyczące przebadania tej
                                                    samej sprawy i wtedy, badając na nowo, odnaleźli więcej cudów niż poprzednio,
                                                    które spisawszy, powtórnie przekazali Stolicy Apostolskiej.

                                                    Pierwsze, powyżej podane badanie odbyło się w kapitularzu sióstr klasztoru
                                                    trzebnickiego we wspomnianym roku Pańskim; drugie badanie - w roku Pańskim
                                                    1263, w piątym dniu przed Kalendami marcowymi, w domu tychże sióstr; trzecie -
                                                    w roku Pańskim 1264, szesnastego dnia przed Kalendami kwietniowymi tamże, w
                                                    kościele Św. Bartłomieja apostoła; w tymże roku we Wrocławiu w domu ojców
                                                    dominikanów siódmego dnia przed Kalendami kwietniowymi. Również w innych
                                                    miejscach prałaci i wymienieni inkwizytorzy przeprowadzili badania o życiu i
                                                    cudach św. Jadwigi. Ponieważ nie znalazłem spisanych tych faktów, dla
                                                    zwięzłości dzieła nie zatroszczyłem się, aby je podać.

                                                    O dziewczynie wybawionej od choroby przed kanonizacją św. Jadwigi

                                                    Gdy zatem wysłano wielu posłów i dostojnych prokuratorów dla promocji
                                                    kanonizacji św. Jadwigi do kurii papieskiej, ksiądz magister Mikołaj,
                                                    scholastyk krakowski, a potem biskup poznański, postanowił pojechać tamże w tym
                                                    celu. Zobaczył on córkę swego brata dręczoną tak wielką boleścią, że wydawała
                                                    się ona bliższa śmierci niż życia, szczególnie gdy leżąc w agonii zamknęła oczy
                                                    wśród pełnych bólu przyjaciół. Współczując odchodzącej ze świata dziewczynie
                                                    wypowiedział słowa: "Święta Jadwigo, wierzę, że będziesz świętą i zdecydowałem
                                                    się pojechać do kurii rzymskiej w celu promowania twej chwalebnej kanonizacji.
                                                    Abym jednakże mógł tam śmielej występować, uczyń dla mnie cud, wybawiając córkę
                                                    mego brata z choroby". Po tych słowach przystąpił z innymi osobami do stołu i
                                                    oto zanim skończył posiłek, nadbiegł ktoś z wiadomością, że dziewczynka poczuła
                                                    się lepiej, i to tak znacznie, że bawi się ze swoją matką wesoło klaszcząc w
                                                    dłonie. Tym radosnym zachowaniem rozproszyła poprzedni ponury nastrój.


                                                  • Rozdział XI

                                                    O kanonizacji świętej Jadwigi i cudach jej towarzyszących

                                                    W roku Pańskim 1264, przedostatniego dnia sierpnia, w trzecim roku pontyfikatu
                                                    Ojca św. Urbana IV, gdy Salomon, archidiakon krakowski, i Herengebert, dziekan
                                                    wyszehradzki wraz z wieloma innymi dostojnymi osobami pracowali nad
                                                    przygotowaniem kanonizacji świętej, zarządzone zostało ponownie przez papieża
                                                    ustne badanie świadków przebywających w kurii na okoliczności życia i cudów św.
                                                    Jadwigi, a jej kanonizacja została odroczona aż do czasów papieża Klemensa IV.

                                                    Tenże Ojciec św., Klemens, papież Kościoła Powszechnego, chociaż był
                                                    dostatecznie poinformowany przez właściwe świadectwa ludzi o wybitnych
                                                    zasługach świętej Jadwigi, zapragnął, aby Bóg dla jej zasług uczynił cud, który
                                                    mógłby ujrzeć własnymi oczyma, a który spowodowałby, że on sam, papież,
                                                    zostałby świadkiem jej świętości. A ponieważ w przeszłości, jako człowiek
                                                    świecki, miał ze swą ślubną żoną córkę pozbawioną wzroku, w czasie uroczystych
                                                    Mszy św., które odprawiał, błagał Pana Boga, aby przez wstawiennictwo tej,
                                                    której proces kanonizacyjny właśnie się toczył, przywrócił wzrok jego córce,
                                                    jeżeli Jadwiga jest rzeczywiście święta. A Pan Bóg Wiekuisty bez zwłoki
                                                    przychylił się do modlitw Swego namiestnika i obdarzył jego córkę jasno
                                                    widzącymi oczyma, jemu zaś udzielił oglądania żądanego cudu na własne oczy, aby
                                                    mógł rozsławiać chwałę Syna Bożego w Jego Świętej przez szybkie wyniesienie jej
                                                    na ołtarze, a o której mógł powziąć dostateczną pewność na podstawie tego cudu,
                                                    że została przeniesiona do jasności niebieskiej krainy.

                                                    Upewniwszy się w prawdzie i poznawszy wolę Bożą najwyższy kapłan nie zwlekał
                                                    już z dopełnieniem tego, czego domagały się usilnie pobożne życzenia. Zebrawszy
                                                    więc w mieście Viterbo kurię, wobec wszystkich wygłosił rzecz o życiu i cudach
                                                    św. Jadwigi i zasługi jej skomentował publicznym kazaniem, wpisawszy ją do
                                                    katalogu świętych w dzień Kalend grudniowych roku Pańskiego 1267.

                                                    Tak wypełniło się i sprawdziło widzenie siostry Juliany, o którym była już
                                                    mowa, mianowicie o dwóch biskupach, ponieważ to, co papież Urban IV przez
                                                    zarządzenie badania rozpoczął, papież Klemens IV w trzecim roku swego
                                                    pontyfikatu przez wpisanie Jadwigi w poczet świętych szczęśliwie zakończył.
                                                    Dwóch zaś opatów, którzy również ukazali się owej siostrze w widzeniu,
                                                    oznaczało, że w czasie przeniesienia zwłok rzecz się dokona. Będzie o tym mowa
                                                    w następnym rozdziale o przeniesieniu zwłok tej świętej.

                                                    Cud pojawienia się ryb

                                                    Moc Zbawiciela uczyniła ów dzień kanonizacji uroczystością szczególnie sławną i
                                                    cudownie radosną. Tego dnia, w którym odbywała się powyższa uroczystość,
                                                    obowiązywała abstynencja: nie wolno było spożywać mięsa, a równocześnie nie
                                                    można było zdobyć ryb, jako pokarmu stosownego na tę uroczystość, chociaż
                                                    poszukiwano ich we wszystkich pobliskich miejscowościach. W mieście Viterbo
                                                    była dolina, w której wprawdzie znajdował się staw, ale jak dotychczas nigdy
                                                    nie było w nim ryb. Tymczasem wówczas zauważono, że staw ten ma ogromne mnóstwo
                                                    ryb. Ich obfitość, przygotowana przez Boga na pożywienie wiernych, połączyła
                                                    wielką radość ducha z uciechą cielesną.


                                                  • Rozdział XII

                                                    O przeniesieniu zwłok świętej Jadwigi w czasie uroczystości i o cudach, które
                                                    się wtedy wydarzyły

                                                    Wysłani dostojnicy powróciwszy z Kurii, z wielką radością z powodu uroczystej
                                                    kanonizacji św. Jadwigi w mieście Viterbo, natychmiast wyznaczyli dzień
                                                    uroczystego przeniesienia ciała świętej. Ciało jej, godne największej czci,
                                                    przeniesione zostało w roku Pańskim 1267 w dniu Kalend wrześniowych. Grobowiec
                                                    świętej był mocno zamurowany kamieniem i cementem. Otworzono go z wielkim
                                                    trudem, używając żelaznych przyrządów, w obecności dostojnych księży: Mikołaja
                                                    opata lubiąskiego i Maurycego, kiedyś opata kamienieckiego, odzianych we
                                                    wspaniałe, zdobione szaty kapłańskie, aby następnie odprawić w uroczystym dniu
                                                    Mszę św. Księża ci w obecności księcia Konrada głogowskiego, jego synów i
                                                    siostry Agnieszki, tudzież innych wybitnych osób przystąpili z pobożnością i
                                                    wielką czcią do podniesienia z ziemi owych relikwi, najgodniejszych najwyższego
                                                    uczczenia. Przybyło wielu prałatów i dostojników świeckich, których dopuszczono
                                                    do uroczystości, natomiast dla uniknięcia hałasów i niepokojów wyłączono
                                                    pospólstwo. Wspomniani ojcowie zostali niejako przez Boga powołani, aby dać
                                                    świadectwo prawdy widzeniu siostry Juliany, która zobaczyła dwóch biskupów i
                                                    dwóch opatów, o czym była już mowa. I oto z ust ich, jak gdyby dwóch godnych
                                                    wiary świadków, poszła w świat wieść o cudach, które potęga Zbawiciela raczyła
                                                    zdziałać i ujawnić. Albowiem po odrzuceniu ziemi z mogiły i uniesieniu górnej
                                                    płyty sarkofagu, w którym leżało święte ciało, rozpłynęła się wokoło woń o tak
                                                    wielkiej sile i takiej słodyczy, że dusze stojących wokół zostały wprawione w
                                                    podziw i radość. Gdy podniesiono z ziemi kości świętego ciała, okazało się, że
                                                    mięśnie zanikły i rozpadły się wiązadła członków. Tylko trzy palce lewej ręki
                                                    świętej zachowały się całkowicie nietknięte: trzymały one w uścisku figurkę
                                                    Najświętszej Panny.

                                                    Figurkę tę św. Jadwiga za życia często z sobą nosiła i gdy ją po śmierci
                                                    chowano, nie można jej było z dłoni wyjąć, bo umierająca tak silnie zacisnęła
                                                    palce. Przeto cuda, które dokonywane były przy pomocy owej figurki, o czym była
                                                    już mowa, nabrały teraz nowego potwierdzenia, ponieważ Matka Boża zachowała od
                                                    zniszczenia ściskające Jej figurkę palce przez tak długi czas. Mózg w głowie
                                                    świętej mimo tego, że leżał w ziemi przez prawie 25 lat, znaleziono z mocy
                                                    Bożej w stanie nienaruszonym, chociaż według opinii ludzkiej szpik i materia
                                                    mózgu najwcześniej ulegają rozkładowi. Ponadto z głowy św. Jadwigi sączył się
                                                    jakiś czysty i przejrzysty płyn, o niezwykle słodkiej i cudownej woni,
                                                    powodując, że całuny i płótna, którymi Jadwiga była otulona, były mokre, jak
                                                    gdyby je wyjęto z rzeki i wykręcono dla osuszenia.

                                                    Na powyższą uroczystość napłynęła nieprzebrana liczba ludzi z różnych krain.
                                                    Więc książęta i szlachta tych ziem, prałaci i rektorzy wielu kościołów, tłum
                                                    mnichów i mniszek różnych zakonów uświetnili swoją obecnością tę uroczystość,
                                                    podczas której celebrowano przeniesienie. Byli tu: znamienity król Czechów
                                                    Ottokar, książę Śląska Władysław, biskup Salzburga i jego bracia książęta
                                                    śląscy, wnukowie świętej i wielu książąt opolskich, poszczególni ze swoim
                                                    rycerstwem według godności swego stanu i dostojeństwa świeckiego, którym
                                                    błyszczeli, przynosząc chwałę i ozdabiając różnorodnością wielu barw swoich
                                                    namiotów równinę pól, na których stanęli wokół klasztoru trzebnickiego. Każdy z
                                                    nich specjalnymi darami i datkami na ofiarę okazywał uczucie żarliwej
                                                    pobożności do tej świętej Bożej, a cały lud wypełniał swe śluby i każdy w
                                                    gorliwej pobożności ofiarował to, co przyrzekł, lub składał ofiarę w miarę
                                                    swych możliwości zgodnie z natchnieniem Pańskim, dla honoru i uczczenia
                                                    świętej.

                                                    Jakkolwiek dostęp do grobu świętej był trudny, to jednak z powodu niezliczonego
                                                    tłumu zgromadzonych, z których każdy chciał dotrzeć do relikwi, aby je
                                                    ucałować, doszło do kontuzji cielesnych z powodu niebezpiecznego i
                                                    niesamowitego naporu tłumu. W świątyni słychać było odgłosy uniesienia i
                                                    zbawczej radości; głosem pełnym słodyczy śpiewano pieśń Chwała Bogu na
                                                    wysokościach. Chwałę Bogu głosiły nie tylko śpiewy mężczyzn i kobiet świeckich
                                                    i osób zakonnych, ale także dźwięki organów, które pobudzały serca wiernych do
                                                    żarliwej pobożności i duchowej radości. Dom Boży nieustannym światłem
                                                    rozjaśniał blask woskowych świec, ozdobionych kwiatami, które poustawiano w
                                                    rozmaitych punktach kościoła. Patrzącym sprawiały szczególną radość świece
                                                    płonące w szklanych kulach, które zwisały w sanktuarium, poruszane zgodnie z
                                                    zamysłem ich twórcy w ten sposób, że naśladowały ruch gwiazd na firmamencie. I
                                                    dobrze się stało ze zrządzenia Boskiego, że tego rodzaju światła ozdabiały
                                                    uroczystości tej świętej, która za życia wstawała ze snu oglądając gwiazdy na
                                                    niebie, o czym była mowa poprzednio, i z ich podziwiania rozpalała się w niej
                                                    radosna miłość Boga. Pogoda i widok niebios zdawały się pomnażać radosny
                                                    nastrój uroczystego święta. Taka wówczas panowała pogoda dzięki zamknięciu
                                                    wiatrów w Skarbcach Pana Boga, że ludzie ze względu na wielką ciżbę nocując po
                                                    lasach i polach pod gołym niebem, radowali się czystością powietrza. Również
                                                    owe światła, które płonęły na chwałę Bogu i uczczenie świętej Jadwigi, a mając
                                                    ozdabiać tę uroczystość przeniesienia świętych zwłok i celebrowaną Mszę św.,
                                                    nie doznały żadnej przeszkody w paleniu się, bo nie było najmniejszego
                                                    podmuchów wiatru.

                                                    Te wszystkie rzeczy uczynił bowiem Ten, który - jak uczy Pismo święte - "czyni
                                                    zgodę na wysokościach". Z Jego łaski nie tylko wyżyny niebieskie, lecz także
                                                    niziny, a mianowicie dusze ludzkie, ogarnięte zostały takim spokojem, że - jak
                                                    to się zdarza w tak wielkim zgromadzeniu - nie było nikogo, kto by był martwy
                                                    lub ranny; było bowiem rzeczą godną i stosowną, że lud zgromadzony na
                                                    uroczystości tej, która wskrzeszała martwych i leczyła rany i choroby, za
                                                    wstawiennictwem jej zasług powrócił do swoich domów w zdrowiu i radości.

                                                    Ponieważ zaś z życia i poprzednio omówionych cudów, a także z powagi Stolicy
                                                    Apostolskiej jaśniej niż słońce stało się znane i wciąż pouczające wiernych, iż
                                                    Jadwiga zaiste jest świętą i włączoną do towarzystwa aniołów, wielu nadal i
                                                    wciąż udaje się do jej bazyliki, oddając jej hołd i modląc się do niej, aby z
                                                    jej pomocą i wstawiennictwem uzyskać łaskę u Boga.

                                                    Módl się za nami wznoszącymi do ciebie korne modły, o święta Jadwigo, aby Pan
                                                    Bóg, który cię przeniósł do wieczystej chwały, również nas po nędzy doczesnego
                                                    życia włączył do towarzystwa aniołów, który żyje i króluje na wieki wieków.
                                                    Amen.

                                                    Słowniczek

                                                    Eremita - pustelnik = zakonnik żyjący w pustelni (eremie)

                                                    inkluza - ascetka lub zakonnica zamykająca się na całe życie w celi i
                                                    przyjmująca pokarm przez okienko

                                                    introit - śpiew na wejście do Mszy św.

                                                    jutrznia - polska nazwa dla mututinum, czyli pierwszej części modlitw
                                                    brewiarzowych, które w klasztorach odmawiano przed wschodem słońca

                                                    kanonik - duchowny wchodzący w skład kapituły katedralnej lub kolegiackiej

                                                    kapelan - kapłan pełniący służbę Bożą w kaplicy klasztornej lub szpitalnej,
                                                    albo kapłan przydzielony do obsługi duszpasterskiej pewnych osób

                                                    konwers - zakonnik w klasztorze klauzurowym (zamkniętym), który nie składa
                                                    ślubów uroczystych i tym samym może załatwiać różne sprawy poza klasztorem

                                                    ksieni - polska nazwa opatki, czyli przełożonej niektórych klasztorów żeńskich

                                                    kustodia - tu: naczynie do przechowywania konsekrowanej Hostii nieszpory -
                                                    wieczorna część modlitw brewiarzowych

                                                    opat - przełożony niektórych klasztorów męskich posiadających tytuł opactwa, w
                                                    których żyje minimum 15 zakonników

                                                    podwoda - furmanka z zaprzęgiem konnym dawana władzom do przewożenia kogoś lub
                                                    czegoś

                                                    serwicjat - dom przymusowych robót

                                                    stalle - ozdobne ławy pod ścianami prezbiterium, przeznaczone dla dostojników
                                                    zwła
                                                  • tonsura - wygolony krążek na wierzchu głowy; tonsury większe nosili członkowie
                                                    niektórych zakonów, mniejsze zaś posiadali klerycy diecezjalni jako znak
                                                    przynależności do stanu duchownego

                                                    włosiennica - szata pokutna wykonana z szorstkiej tkaniny (kiedyś nawet z
                                                    włosia) i noszona dla umartwienia ciała

                                                    włóka - narzędzie rolnicze złożone z kilku żelaznych lub drewnianych belek
                                                    połączonych łańcuchami, które służyło do ścinania cienkiej górnej warstwy
                                                    gleby; stąd później miara powierzchni gruntu ornego (30 morgów = 16,8 ha)


Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Bestsellery

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.