20.05.03, 18:49
MAROKO
Edytor zaawansowany
  • taliza 24.08.03, 13:46
    Bardzo interesuje mnie ten temat. Wkrótce wybieram się turystycznie.
  • beduinka 14.12.03, 10:31
    Tunel połączy Europę z Afryką

    Europa i Afryka zostaną połączone tunelem. Jak podano w Madrycie i Rabacie,
    tunel o długości 39 kilometrów prowadzić będzie pod Cieśniną Gibraltarską.

    W niedzielę hiszpańskie Ministerstwo Rozwoju potwierdziło sobotnie doniesienia
    mediów, iż pod dnem Morza Śródziemnego zbudowane zostaną dwa biegnące
    równolegle tunele kolejowe, które połączą Punta Palomas - 40 kilometrów na
    zachód od Gibraltaru - z Punta Malabata koło Tangeru w Maroku. Ta właśnie trasa
    została wybrana, ponieważ na tym odcinku morze ma zaledwie trzysta metrów
    głębokości.

    Hiszpańskie ministerstwo podało także, iż powołano wspólny komitet ds.
    realizacji porozumienia hiszpańsko-marokańskiego. Budowa tunelu ma rozpocząć
    się już w przyszłym roku. Na wstępne prace - mające potrwać trzy lata -
    przeznaczono już 30 mln dol. - nie wiadomo jednak, jakie będą koszty i termin
    realizacji całego przedsięwzięcia.

    źródło: pap 14.12.03
  • balubasusa 08.02.04, 21:31
    Planuję wyjazd do Maroka w marcu na 10-14 dni. Na co szczególnie zwrócić uwagę.
    Nigdy nie byłem w kraju arabskim. Kiedy w tym roku przypada ramadan? Poleć mi
    ciekawe i praktyczne strony w sieci o Maroku. Podobno wizę można otrzymać po
    wczesniejszej rezerwacji hotelu. Na cały pobyt, co by się wiązało z kilkoma
    miejscami?
  • beduinka 09.02.04, 21:49
    Hiszpania oskarżona o naruszenie marokańskiej strefy powietrznej

    O pogwałcenie marokańskiej strefy powietrznej oskarżył Hiszpanię w sobotę rząd
    w Rabacie. Zdaniem Maroka hiszpańskie odrzutowce wojskowe przeleciały w
    czwartek 5 lutego nad północno-wschodnią prowincją Nador, zaledwie kilka
    kilometrów od Melilli - hiszpańskiej enklawy na kontynencie afrykańskim. Madryt
    tłumaczy, że nielegalny lot odbyły nieuzbrojone samoloty szkoleniowe, zaś
    zmiana kursu była spowodowana bardzo niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi.
    Od czasu poważnego kryzysu sprzed dwóch lat związanego ze statusem
    niezamieszkałej wysepki Perejil Hiszpania i Maroko dążą do unormowania
    kontaktów dyplomatycznych.

    źródło: gazeta.pl, jan 08-02-2004
  • beduinka 24.02.04, 13:50
    Co najmniej 150 śmiertelnych ofiar trzęsienia ziemi


    Co najmniej 150 osób zginęło, a kilkaset innych odniosło obrażenia w wyniku
    trzęsienia ziemi, jakie we wtorek nad ranem nawiedziło północne Maroko - podała
    marokańska agencja prasowa MAP.

    Nie ma jeszcze ostatecznego bilansu ofiar tragedii.

    Źródła medyczne mówiły ostatnio o 86 zabitych. Ostrzegały jednak, że liczba
    ofiar może dojść do 200, a jeden z marokańskich posłów nie wykluczył, że nawet
    do 300 osób.

    Od wstrząsów o sile 6,5 stopnia w skali Richtera najbardziej ucierpiał
    zamieszkany przez mniejszość berberyjską ubogi rejon miasta al-Hoceina na
    wybrzeżu śródziemnomorskim.

    Do al-Hoceiny napłynęły setki rannych. Tamtejszy szpital im. Mohameda V okazał
    się za mały. Według wspomnianego wyżej deputowanego, ratownicy wydobyli spod
    gruzów zaledwie niewielką część ludzi, przysypanych w otaczających miasto
    wioskach.

    Wstrząsy spowodowały też poważne zniszczenia materialne. Wioska Ait Kamara,
    położona 14 km od al-Hoceiny, została całkowicie zrównana z ziemią. Dwie
    sąsiednie - Im-Zouren i Bni-Hadifa - też poważnie ucierpiały. Większość domów
    zbudowana była z suszonych cegieł, nieodpornych na żadne katastrofy naturalne.

    Trzęsienie ziemi - najsilniejsze w tym regionie od 1994 r. - nastąpiło o godz.
    2.30 nad ranem (godz. 3.30 czasu polskiego).

    Epicentrum znajdowało się pod dnem morza w Cieśninie Gibraltarskiej, 15
    kilometrów od afrykańskich wybrzeży i około trzystu kilometrów na północny
    wschód od stolicy Maroka, Rabatu.

    Wstrząsy były wyczuwalne w Hiszpanii, przede wszystkim w południowej Andaluzji.
    Brak jednak informacji o ofiarach bądź stratach spowodowanych przez trzęsienie
    na terytorium Hiszpanii. Przedstawiciel waszyngtońskiego instytutu
    sejsmologicznego, gdzie zarejestrowano trzęsienie na wybrzeżu afrykańskim,
    Butch Kinerney, powiedział, że znaczna siła wstrząsów mogła sprawić, iż były
    one wyraźnie odczuwane nawet w promieniu dwustu kilometrów od epicentrum.

    W 1994 r. w Maroku siła wstrząsów była mniejsza od wtorkowego trzęsienia -
    wynosiła 6 stopni. Najwięcej ofiar w tym kraju spowodowało znacznie słabsze,
    lecz bardziej niszczące trzęsienie w 1960 r., kiedy w rejonie Agadiru na
    południu kraju zginęło około 15 tysięcy ludzi.

    źródło: onet.pl, PAP, mat /2004-02-24
  • beduinka 24.02.04, 17:33
    Co najmniej 300 ofiar trzęsienia ziemi

    Co najmniej 300 osób zabitych - taki najnowszy bilans ofiar trzęsienia ziemi,
    jakie nawiedziło północne Maroko, podały lokalne władze, cytowane przez AP.

    Z kolei marokańska agencja prasowa MAP, cytowana przez AFP, podaje, że zginęło
    już co najmniej 226 osób, a rannych zostało 120.

    Wcześniej MAP informowała o co najmniej 150 śmiertelnych ofiarach.

    źródło: onet.pl, PAP, jkl /2004-02-24
  • beduinka 25.02.04, 19:58
    W wyniku trzęsienia mogło zginąć ponad 600 osób

    Liczba śmiertelnych ofiar wtorkowego trzęsienia ziemi na wybrzeżu
    śródziemnomorskim Maroka może przekroczyć 600 osób - podały w środę lokalne
    władze. W szpitalach przebywa kilkuset rannych.

    Trwa akcja ratunkowa, którą utrudniają zarówno powtarzające się wstrząsy
    wtórne, jak i zła pogoda - deszcz i temperatura około pięciu stopni Celsjusza -
    oraz brak ludzi i sprzętu. Ci mieszkańcy zdewastowanych berberyjskich wiosek,
    które ucierpiały najbardziej, gołymi rękami usuwają ziemię i gruz, szukając
    najbliższych pod ruinami domów.

    Na skutek wstrząsów o sile 6,5 stopnia w skali Richtera najbardziej ucierpiały
    zamieszkane przez mniejszość berberyjską ubogie wioski wokół miasta al-Hoceina.
    Patronat nad akcją ratunkową objął król Maroka, Mohammed VI. W Rabacie w środę
    zapowiedziano, że monarcha osobiście uda się na miejsce tragedii.

    Josephine Shields z północnoafrykańskiego biura Międzynarodowego Komitetu
    Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca powiedziała, że poinformowano ją, iż
    na terenie dotkniętym trzęsieniem ziemi mieszkało 300-400 tys. ludzi. "Ale to
    rzadko zaludniony obszar, dużo tu gór, co oznacza też trudny dostęp do tych
    terenów" - zaznaczyła.

    Podkreśliła, że tym, którzy przeżyli, najbardziej potrzebne są w tej chwili
    koce, ciepła odzież, żywność i woda. Być może konieczne będzie zainstalowanie
    szpitali polowych. Potrzebny jest też sprzęt ratowniczy i poszukiwawczy oraz
    wyszkolone psy. Przysłanie ekip ratowników zapowiedziała już część państw
    Europy oraz Japonia.

    Wstrząsy spowodowały poważne zniszczenia. Wioska Ait Kamara, położona 14 km od
    al-Hoceiny, została całkowicie zrównana z ziemią. Dwie sąsiednie - Im-Zouren i
    Bni-Hadifa - też poważnie ucierpiały.

    Trzęsienie ziemi - najsilniejsze w tym regionie od 1994 r. - nastąpiło we
    wtorek o godz. 2.30 nad ranem (godz. 3.30 czasu polskiego). Większość
    mieszkańców kataklizm zaskoczył w czasie snu. Epicentrum znajdowało się pod
    dnem morza w Cieśninie Gibraltarskiej, 15 kilometrów od afrykańskich wybrzeży i
    około trzystu kilometrów na północny wschód od stolicy Maroka, Rabatu.

    źródło: onet.pl, PAP, MD /2004-02-25
  • beduinka 26.02.04, 09:06
    W trzęsieniu zginęło 571 osób

    W trzęsieniu ziemi, jakie we wtorek nawiedziło śródziemnomorskie wybrzeże
    Maroka, zginęło 571 osób. 405 osób odniosło obrażenia.

    Nowy bilans został ogłoszony na konferencji prasowej przez marokańskiego
    ministra spraw wewnętrznych Mustafę Sahela.

    Poprzednio informowano, że w trzęsieniu zginęły 564 osoby, a 300 jest rannych.

    Trzęsienie ziemi - najsilniejsze w tym regionie od 1994 r. - nastąpiło we
    wtorek o godz. 3.30 czasu polskiego. Większość mieszkańców kataklizm zaskoczył
    w czasie snu. Epicentrum znajdowało się pod dnem morza w Cieśninie
    Gibraltarskiej, 15 kilometrów od afrykańskich wybrzeży i około trzystu
    kilometrów na północny wschód od stolicy Maroka, Rabatu.

    Na skutek wstrząsów o sile 6,5 stopnia w skali Richtera najbardziej ucierpiały
    zamieszkane przez mniejszość berberyjską ubogie wioski wokół miasta al-Hoceina.
    Patronat nad akcją ratunkową objął król Maroka, Mohammed VI.

    źródło: onet.pl, PAP, jkl /2004-02-26
  • beduinka 24.02.04, 19:50
    Front Polisario zwalnia stu Marokańczyków

    Stu marokańskich więźniów, głównie żołnierzy, zwolnili wczoraj partyzanci z
    Frontu Polisario walczącego o niepodległość Sahary Zachodniej, do 1975 roku
    kolonii hiszpańskiej zajętej potem przez Maroko. To humanitarny gest, do
    którego partyzanci zostali namówieni przez władze Kataru. Od zawarcia rozejmu w
    1991 roku Front zwolnił już prawie 2000 więźniów. Pustynne tereny Sahary
    Zachodniej są bogate w złoża fosforytów.

    źródło: gazeta.pl, afp, mar 13-02-2004
  • beduinka 10.10.04, 17:23
    Francuski "Le Monde" o Maroku w pięć lat po śmierci króla Hasana II

    Pięć lat temu zmarł król Maroka Hasan II - długoletni silny przywódca, który
    przeprowadził swój kraj od czasów kolonialnych do progu XXI w. Paryski dziennik
    opublikował właśnie głosy jego rodaków, którzy króla oceniają diametralnie
    różnie

    Driss Basri, jeden z najbliższych współpracowników Hasana, przedstawia go jako
    polityka zrównoważonego, który "umiejętnie balansował między ideologią
    Trzeciego Świata z jej neutralistycznym zabarwieniem a Zachodem, nie ukrywając
    preferencji dla tego drugiego".

    "Ten król zarazem lewantyjski i o cechach typowych dla Zachodu dzięki swojej
    dwoistej kulturze latyno-romańskiej i arabsko-muzułmańskiej przyczynił się do
    umocnienia pokoju i poszanowania nowego porządku prawnego w życiu
    międzynarodowym" - pisze Driss Basri. - "Historia zapamięta jego rolę
    moderatora w konflikcie izraelsko-arabskim, jego wysiłki na rzecz zbliżenia
    świata arabskiego i zachodniego, inaugurację rzeczowego dialogu trzech religii
    objawionych, jak też udział we włączeniu społeczności krajów islamskich do
    wspólnoty międzynarodowej".

    Basri pisze o "niepojętej interwencji USA w Iraku", ale w sposób niecodzienny u
    polityka muzułmańskiego dodaje, że "z każdego nieszczęścia może wyniknąć jakieś
    dobro". Chodzi o promowaną przez prezydenta Busha demokratyzację Bliskiego
    Wschodu. Była to idea bardzo bliska zmarłemu królowi - uważa Basri.

    Odpowiada Basriemu urzędnik marokański i działacz byłej opozycji Abraham
    Serfaty. Według niego marokańczycy pamiętają epokę Hasana II jako "lata
    ołowiane": - Przepraszam czytelników za mój ton oburzenia, ale czyż mogę
    zapomnieć moich przyjaciół, którzy zmarli torturowani, zapomnieć matki, które
    zmarły z wyczerpania w walce o swoje uwięzione dzieci, w tym moją własną matkę?

    Serfaty przypomina pacyfikacje i masowe represje wobec nieposłusznych królowi
    plemion. Hasan II był według niego sprzymierzony z "najbardziej wstecznymi
    siłami kapitalizmu francuskiego". Jeszcze jako następca tronu w latach 50.
    współdziałał z Francuzami i Hiszpanami przeciwko siłom wyzwoleńczym. Również
    polityka gospodarcza Hasana była w przekonaniu Serfaty'ego głęboko błędna. W
    niektórych rejonach kraju nie pozostawiał ludziom innej możliwości niż
    emigracja do Europy.

    Oba artykuły w "Le Monde" zamyka jednak podobna wizja Maghrebu (czyli części
    Afryki zajętej przez Algierię, Maroko, Mauretanię i Tunezję). U obu polityków
    widać przekonanie, że Maghreb zespolony geopolityką, wspólną tradycją i
    interesem musi łączyć wierność islamskim korzeniom z szerokim otwarciem na
    cywilizację europejską. W sytuacji, gdy dużą częścią świata arabskiego wstrząsa
    gorączka islamizmu i islamskiego terroryzmu - to duża szansa.

    źródło: gazeta.pl, Marek Rapacki 29-08-2004
  • beduinka 17.10.04, 13:43
    Góry Riff

    Skaliste i postrzępione pasmo gór Riff, leżących w północnej części Maroka,
    zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od wybrzeża Hiszpanii, wynurza się wprost z
    Morza Śródziemnego. To właśnie stąd pochodzi większość marokańskiego haszyszu.

    W dolinie Hajera

    Masyw Riff zatrzymuje stosunkowo chłodne i wilgotne powietrze znad morza i
    uniemożliwia mu wdarcie się w głąb Afryki. Dzięki temu, obszar ten, jako jeden
    z nielicznych w Maroku, nie ma problemów z wodą. Jest jej dosyć, aby zaspokoić
    potrzeby rolników, jak i zasilić prysznice w licznych tu hotelach i
    pensjonatach, goszczących rzesze turystów urzeczonych pięknem okolicy.

    W tej części Maroka najpowszechniej znanym przez miejscową ludność językiem
    obcym jest hiszpański. Wiąże się to z kolonialną przeszłością Maroka, kiedy
    Francja i Hiszpania podzieliły ten kraj między siebie, region gór Riff przypadł
    Hiszpanii. Dopiero w 1956 roku Hiszpanie wycofali się z tych terenów. Do dziś
    jednak pozostają w ich rękach dwie enklawy na afrykańskim kontynencie: Ceuta i
    Melila.

    Najbardziej chyba malowniczym i godnym poświęcenia kilku dni miejscem tego
    regionu jest Chefchaouen (Szefszawan) - miasteczko położone w Uedzie (czyli
    dolinie) Hajera. Nad miejscowością tą góruje szczyt Jbel Meggou. Aby go zdobyć,
    należy wspiąć się na wysokość 1615 m n.p.m. Nie jest to może wysokość
    imponująca, ale dotarcie tam nie jest bynajmniej tak łatwe, jak mogłoby się
    wydawać. W górach tych nie ma bowiem oznaczonych szlaków, są jedynie ścieżki
    wydeptane przez stada kóz i owiec, a jedynymi ludźmi, których można spotkać, są
    ich strażnicy - riffeńscy pasterze. Jeśli marzycie, by na chwilę zapomnieć o
    zachodniej cywilizacji i wyruszyć na samotną wędrówkę z dala od wyznaczonych
    szlaków turystycznych i schronisk, tu znajdziecie po temu znakomitą okazję.
    Jeśli macie przy tym za dużo pieniędzy, a nie macie ochoty nosić swych bagaży,
    wynajmijcie osły i przewodnika.

    Chefchaouen sięga początkami znacznie dalej niż czasów protektoratu
    hiszpańskiego. Założył go w 1471 r. niejaki Mulaj ibn Raszid. Rozkwit miasta
    przypadł na czasy hiszpańskiej rekonkwisty, kiedy muzułmańscy emigranci z
    Półwyspu Iberyjskiego, uciekając przed prześladowaniami ze strony chrześcijan,
    m.in. tutaj się osiedlali. Miasto, nazywane także Xauen, było zamknięte dla
    niewiernych; w razie złamania tego zakazu groziła kara śmierci. Mimo że dziś
    niemuzułmańscy turyści są tu mile widziani, meczety wciąż pozostają dla nich
    zamknięte.

    Centralnym punktem miasta jest zamknięty dla ruchu kołowego plac Uta el-Hammam.
    W cieniu drzew można tu schronić się przed słońcem, popijając doskonale gaszącą
    pragnienie herbatę miętową. Tu znajdują się dwie najstarsze i najciekawsze
    budowle tej uroczej osady: XV-wieczny meczet wybudowany przez Mulaj ibn Raszida
    i górująca nad placem kazba, czyli rodzaj budowli obronnej. W kazbie znajduje
    się niewielkie muzeum, w którym zgromadzono kolekcję wytworów kultury
    materialnej okolicznych górali. W latach 20. naszego wieku więziono tu Abd el-
    Karima, przywódcę Riffenów zbuntowanych przeciw europejskim kolonizatorom.

    Spacerkiem po medinie

    W Maroku starą część miasta określa się mianem mediny. W Chefchaouen jest to
    istna plątanina wąskich i krętych uliczek, zaskakujących ozdobnymi drzwiami,
    kutymi kratami w oknach, tajemniczymi przejściami kończącymi się miniaturowymi
    placykami. W przeciwieństwie do innych miast Maroka, medina chefchaoueńska jest
    bardzo czysta i pięknie odnowiona; przeważają jasne odcienie niebieskiego.
    Mieszkańcy Chefchaouenu są równie życzliwi jak inni Marokańczycy, ale posiadają
    jeszcze dodatkową zaletę: nie są tak natarczywi w zachwalaniu turystom swoich
    towarów i usług.

    Wieczorami w mieście nieprzerwanie rozbrzmiewa muzyka. W sezonie turystycznym
    organizuje się tu koncerty muzyki ludowej, przyciągające nie tylko turystów,
    ale i mieszkańców okolicznych wiosek.

    Lato to najlepszy czas do zamążpójścia bądź ożenku. Podczas ceremonii zaślubin
    pannę młodą obnosi się w lektyce po mieście. Towarzyszy jej korowód
    rozbawionych weselników i oczywiście orkiestra grająca tradycyjną muzykę
    berberyjską - gnawe, w której można odnaleźć, oprócz arabskich, również
    afrykańskie wątki i tematy muzyczne. Widok pochodu weselnego przywiódł nam na
    myśl tak w ostatnim czasie popularne w Europie Parady Miłości.
    Marokańskie "parady", bądź co bądź miłości przecież, są znacznie bardziej
    kameralne: uczestniczy w nich znacznie mniej ludzi i zamiast muzyki techno mamy
    równie taneczną i żywiołową arabsko-berberyjską muzykę ludową.

    Komu haszysz, komu?

    Okolice Chefchaouenu, podobnie jak cały obszar gór Riff, turyści z Zachodu
    odwiedzają dla jednej jeszcze przyczyny. Jest nią uprawa konopi i produkowany z
    nich haszysz. Oficjalnie władze Królestwa Maroka zabraniają tego rodzaju
    praktyk, ale dla ubogich górali, podobnie jak w Afganistanie czy na Kaukazie,
    produkcja i handel haszyszem nie przynoszą co prawda fortuny, ale są nierzadko
    jedynym możliwym źródłem utrzymania.

    Głównym ośrodkiem handlu haszyszem jest położona w centrum tego regionu Ketama.
    Przed miastem tym ostrzegają nie tylko przewodniki, ale także sami
    Marokańczycy; tam, gdzie w grę wchodzą duże pieniądze, zazwyczaj robi się
    niebezpiecznie. W Chefchaouen można być narażonym co najwyżej na wypowiadane
    szeptem zachęty do zakupu haszyszu lub kifu (rodzaj marihuany), jednak
    stanowcza odmowa szybko zniechęca handlarza.

    źródło: gazeta.pl - turystyka, ROBERT ZYDEL 13-02-1999
  • beduinka 17.10.04, 13:47
    Podróżowanie po Maroku to prawdziwa przyjemność: niebywałe krajobrazy (od
    oceanu, przez góry o przedziwnych formacjach geologicznych, po pustynię),
    niezwykłe miasta ze starożytnymi dzielnicami-targami, rzymskie ruiny, barwne
    rzemiosło, transowa muzyka no i wspaniała kuchnia. Pełno w niej dorodnych
    warzyw, zwłaszcza bakłażanów, cebuli, papryki, marchewki, cukinii, pomidorów
    oraz oliwek kiszonych na wiele sposobów. Do tego wołowina i baranina, kurczaki
    i ryby. Wszystko suto okraszone oliwą z oliwek, ugarnirowane pękami zielonej
    pietruszki i gałązkami świeżej mięty. W dodatku Maroko to prawdziwe korzenno-
    ziołowe królestwo - szafran, kminek, sezam, cynamon, imbir, kolendra, kurkuma,
    kozieradka, liczne odmiany pieprzu... Ich barwne kopczyki cieszą oko na każdym
    targu. Obok nich stosy suszonych daktyli i fig. A łakocie! Nie sposób ich
    zliczyć ani im się oprzeć, zwłaszcza że składają się na nie głównie zmiażdżone
    migdały, orzechy, sezam i miód. No i jeszcze zielono-miętowa herbata, nazywana
    tam whisky Berberów (w 30-milionowym Maroko to oni stanowią najliczniejszą
    grupę etniczną) - to kraj muzułmański i prawdziwej whisky nie uświadczysz.
    Ceremoniał parzenia Berber-whisky zajmuje dobre pół godziny, ale jej ożywczy
    smak nie ma sobie równych.

    Uwaga! Marokańskie dania wcale nie są trudne i da się je ugotować i w Polsce,
    niekoniecznie szukając składników w sklepie z żywnością arabską. Zaś gliniane
    tajine w kształcie stożka, w którym przyrządza się na małym ogniu lub grillu
    potrawy o tej nazwie - clou marokańskiej kuchni - można zastąpić głębokim
    porcelanowym naczyniem do zapiekania z pokrywką. Oto coś małego "na rozgrzewkę".



    Wszystkie przepisy na 4-5 osób





    Tajine z kurczakiem

    4 piersi kurczaka, 4 średnie cebule, 5 niezbyt dużych marchewek, 4 pomidory, 2
    małe cukinie, 6-8 kartofli, papryka zielona i czerwona, po garści zielonych i
    czarnych oliwek z pestkami, tzw. 44 przyprawy (można zastąpić mieszanką kilku
    przypraw, które ma się pod ręką), sól i pieprz, pół szklanki oliwy z oliwek,
    kilka ząbków czosnku)



    Piersi kurczaka podsmażyć lub zgrilować (ja wcześniej nacieram je i szpikuję
    czosnkiem, posypujemy pieprzem, solą i przyprawami, skrapiam oliwą i wstawiam
    na jakiś czas do lodówki), dorzucając ćwiartki cebuli. Na dno tajine bądź
    innego żaroodpornego naczynia wlać trochę oliwy, ułożyć połówki obranych
    kartofli, podsmażone piersi i cebulę. Układać na nich - jeśli to możliwe w
    stożek - pokrojoną w paski marchewkę, paprykę i cukinię. Po wierzchu obłożyć
    ćwiartkami pomidorów, powtykać gdzie się da oliwki i kawałki czosnku.
    Pamiętajmy o posypywaniu kolejnych warstw solą, pieprzem i przyprawami. Całość
    skrapiamy kilkoma łyżkami oliwy, szczelnie przykrywamy i wstawiamy do
    nagrzanego do ok. 160 stopni piekarnika bądź na mały płomień gazu/grilla (w
    Maroku używa się przypominających doniczki glinianych mikro-piecyków na węgiel
    drzewny). Po ok. 30-40 min. - gotowe (sprawdźmy patyczkiem kartofle).





    Rogi gazeli

    30 dag migdałów bez skórki (jeśli są w łupinkach należy sparzyć je gorącą wodą,
    by dały się wyłuskać), 40 dag mąki, 12 dag cukru, 5 dag masła, łyżeczka
    cynamonu, parę łyżeczek wody z kwiatu pomarańczy (ewentualnie likier
    pomarańczowy), cukier puder do posypania



    Zmielone migdały połączyć z miękkim masłem, dodać łyżeczkę cynamonu i dwie
    łyżki wody pomarańczowej. Zagnieść, wałkować ruloniki o przekroju ok. półtora
    centymetra, pociąć je na 5-centymetrowej długości kawałki.

    Do mąki dodać sól i pół litra ciepłej wody, zagnieść ciasto i wyrabiać przez 15
    min., aż stanie się sprężyste. Cienko rozwałkować, pociąć na pasy szerokości 10
    cm. Ułożyć na nich migdałowe nadzienie, skleić dłuższe boki, pociąć na kawałki
    i uformować na kształt rożków. Piec na blasze posmarowanej masłem przez ok. 20
    min w nagrzanym do 160 stopni piekarniku. Skropić pozostałą wodą pomarańczową i
    posypać cukrem pudrem. Pyszne i na gorąco, i na zimno.





    Miętowa herbata mojego przyjaciela Aziza

    4 łyżeczki zielonej chińskiej granulowanej herbaty, 5-8 kostek cukru, 3 gałązki
    świeżej mięty



    Herbatę i cukier wsypać do metalowego imbryka i zalać wrzątkiem, gotować przez
    5 min. Odlać małą szklaneczkę, resztę gotować przez kolejne 5-10 min. Dodać z
    powrotem odlaną szklaneczkę, chwilę odczekać, zestawić z ognia i wrzucić
    gałązki mięty. Po kilku minutach rozlewać do małych szklaneczek. Efekt jest
    większy, a smak ponoć lepszy, jeśli strumień leje się z wysoka, a w
    szklaneczkach tworzy się piana. Napełniwszy pierwszą szklaneczkę, należy
    herbatę wlać z powrotem do czajniczka i dopiero wówczas "nalewać naprawdę".

    źródło: gazeta.pl, Alicja Dąbrowska 16-10-2004
  • beduinka 17.10.04, 13:50
    Uroki Maroka: u wrót Sahary

    Na długo zapamiętam niezwykłe chwile w namiocie Alego. Niestety, gonił mnie
    czas - coś, czego nie mógł zrozumieć

    Droga, a raczej wąski pasek asfaltu przyklejony do wietrzejących skał, pięła
    się ku ośnieżonym szczytom Wysokiego Atlasu. Od przepaści po lewej nie
    odgradzała żadna barierka. Zza każdego zakrętu (podobno jest ich 5 tys.!)
    wyłaniały się coraz ciekawsze widoki - kamienna wioska oddzielona od drogi
    szeroką rozpadliną, starzec na osiołku. Skały tworzyły urzekające stromizny,
    czasem wyglądały tak, jakby zaraz miały się rozsypać. Łączyły się w łagodne
    pagórki, na których gdzieniegdzie rosły jakieś rośliny. Góry ciągnęły się po
    horyzont, z oddali nieregularne i gładkie, z bliska popękane, o fantazyjnych
    kształtach, jak babki z piasku odciśnięte z gigantycznych foremek. Im wyżej,
    tym więcej zakrętów. Ale prawie żadnego ruchu, więc kosiłam zakręty jak na
    wyścigu.



    Krajobraz był coraz bardziej księżycowy. Postanowiłam zobaczyć Ait Benhaddou,
    najsłynniejszą kazbę (twierdzę) w Maroku, tło ponad 20 filmów, m.in. "Jezusa z
    Nazaretu" Franca Zeffirellego. Z daleka prawie zlewała się z kolorem i
    strukturą skały, do której przylegała, i nie zrobiła na mnie dużego wrażenia.
    Co innego z bliska. Zafascynował mnie intensywny kolor wyschniętej gliny, z
    której była wykonana, jej doskonale płaskie ściany i misterne wieże. Wyglądała
    jak rzeźba, a ozdoby z cegły błotnej upodabniały ją do zamku z piasku. Po
    wąziutkich, wysłużonych schodach wspięłam się na jedną z wież, z której widać
    było główny dziedziniec. W rogu pod dachem z trzciny stał osiołek, na środku
    kobiety zwijały przędzę, wokół pętały się kozy. Kazbę otaczały zielone
    pióropusze palm, u jej stóp płynęła częściowo wyschnięta rzeka. Na drugi brzeg
    można było przejść po kolana w wodzie lub po workach z piaskiem. Tej
    wygodniejszej drogi strzegły dzieci. Złapały mnie za ręce i przeprowadziły,
    żądając za tę "usługę" pieniędzy. Kilka razy o mały włos nie wylądowaliśmy w
    wodzie, wśród pokrzykiwań i śmiechu. Pieniędzy nie dostały, ale z butelki coca-
    coli były bardzo zadowolone. Czekały na mnie, gdy wracałam z kazby. Na
    zapewnienia, że nie mam ani pieniędzy, ani coli, jeden z chłopców przeprowadził
    mnie za darmo.



    Do Ouarzazate dojechałam po zmroku. Rozsądek podpowiadał, żeby tu zanocować,
    ale ciągnęło mnie na pustynię. Miałam do pokonania ponad 250 km po bezdrożach.
    Na stacji benzynowej zapytałam, czy droga jest bezpieczna. Zapewniono mnie, że
    tak.

    Do Tinfu, gdzie, jak przeczytałam w przewodniku, można "poczuć atmosferę
    pustyni", dojechałam tak późno, że zobaczenie pustyni musiałam odłożyć do rana.
    Są tu dwa hotele - drogi Porte au Sahara i - dużo tańszy - Repos des Sables.
    Kiedy tam podjechałam, po kilku minutach pojawił się niski człowiek w
    śmiesznych, wąskich przy kostkach i bardzo szerokich w siedzeniu spodniach.
    Powtarzając co chwila pas de probleme, otworzył hotel i zaproponował wyprawę na
    wielbłądach (nie skorzystałam).

    Rano "wrota Sahary" ukazały się w całym swym braku okazałości. Jak okiem
    sięgnąć, płasko i kamieniście, na horyzoncie wysokie góry z płaskimi czubkami.
    Spośród tej "płaskości" wyrastało kilka wydm. Wyglądały jak kupki piasku
    wysypane tu przypadkiem. Nie poczułam "atmosfery pustyni". Pojechałam dalej.
    Nauczyciel, którego wzięłam na stopa, wytłumaczył mi, że wydmy nie
    przemieszczają się dzięki przeciwstawnym wiatrom, które wieją z różnych
    kierunków i trzymają całość w przysłowiowej "kupie". Tak więc, choć mało
    imponujące, są pierwszym zwiastunem Sahary. A ponieważ trwają w jednym miejscu,
    zbudowano przy nich hotel - z widokiem oczywiście.



    Droga, której krawędzie wyznaczają pomalowane na biało kamienie, biegnie
    prosto, wydaje się, że środkiem skalistej pustyni - hamady. Mijają mnie
    hotelowe dżipy, potem kilka podrasowanych samochodów z numerami zawodników.
    Niedobitki po Rajdzie Paryż - Dakar? Przede mną niesamowite formacje skalne i
    znowu zakręty. Powoli unoszące się nad horyzontem słońce oświetlało Dolinę
    Drâa: malownicze przełęcze, gęste, pięknie kontrastujące z rudopiaskową ziemią
    gaje palmowe i miasteczka z domami ulepionymi z gliny lub wypalanych z niej
    cegieł, a potem gliną tynkowane. Byłam coraz bliżej granicy z Algierią, coraz
    bliżej Sahary. Wokół więcej piachu, pojawiają się małe wydemki porośnięte
    kępkami trawy.



    W M'Hamid kończy się droga. Mieszkańcy wioski świetnie wiedzą, że celem
    wszystkich przybyszów jest pustynia i że w M'Hamid jeszcze jej nie ma.
    Prawdziwe wydmy zaczynają się ok. 10 km stąd. Niełatwo tam trafić, więc
    przyjezdnych próbują zatrzymać dziesiątki mężczyzn natarczywie oferujących
    usługi przewodników. Postanawiam radzić sobie sama. W końcu droga się kończy,
    kluczę, próbuję - nie da rady. Nagabuję chłopaka z książkami pod pachą, jest
    miły, ale nie mówi po francusku. Do samochodu podbiega dwóch innych. Twarze
    zakrywają końcówkami turbanów, bo wiatr niesie ze sobą wciskający się wszędzie
    piasek. - Ty wsiadaj - mówię. Chłopak w brązowoburym dżilabie gramoli się na
    tylne siedzenie. Ma szeroki, miły uśmiech. - Mam na imię Ali - szybko
    zatrzaskuje drzwi i wskazuje ręką, żeby jechać prosto, a potem skręcić w prawo.
    Kluczymy, ale w końcu wyjeżdżamy za miasto.



    Droga jest czysto umowna, pewnie istnieje kierunek, w którym trzeba jechać, i
    trasa wśród kamieni i piaszczysto-kamienistych wydm, którą on widzi. Jedziemy
    bardzo wolno, na razie po twardym podłożu. Ali niecierpliwi się, że za wolno. -
    To może poprowadzisz? Ląduję na siedzeniu obok kierowcy i od tej pory czuję się
    jak pasażer kolejki w wesołym miasteczku, co jakiś czas boleśnie zderzając się
    z sufitem. Jedziemy szybko, Ali prowadzi pewnie i wreszcie zaczynam
    widzieć "drogę". Wjeżdżamy w piach. Mój wypożyczony fiat palio przechodzi
    chrzest bojowy. - Trenuję codziennie - mówi Ali. - Citroenem 4 mojego wujka, do
    którego jedziemy. Wjeżdżamy w coraz większe wydmy. Na szczycie jednej z nich
    zakopujemy się. Wysiadamy, odkopujemy koła i wypychamy samochód do tyłu - akcją
    steruje Ali. Zakopaliśmy się jeszcze tylko dwa razy! Cała droga przypominała
    trochę jazdę po lodzie z misternym wprowadzaniem i wyprowadzaniem samochodu z
    poślizgu.

    Wreszcie obozowisko - berberyjskie namioty u podnóża wydm o wiele bardziej
    okazałych niż te, które oglądałam rano - preludium do niekończącego się,
    niebezpiecznego i zachwycającego morza piasku.



    Poszłam na wydmy. Wspinałam się na największą i zbiegałam w dół, potem
    następna, i następna... Z ich szczytów namioty wydawały się małe i odległe. Na
    horyzoncie góry, po przeciwnej stronie, gdzieś daleko, była prawdziwa Sahara...

    Niełatwo chodzić po sypkim piasku. Z każdym krokiem wyrywałam stopę z
    kilkucentymetrowego, błyskawicznie zasypującego się dołka. Piasek miał piękny,
    żółtopomarańczowy kolor. Wiał wiatr, więc po chwili miałam go pełno w oczach i
    uszach. Wysypałam piasek z butów i weszłam do namiotu, do którego zaprosił nas
    wujek Alego (też Ali). Wyglądał zjawiskowo. Wysoki, spowity w niebieską
    jedwabną tunikę z szerokimi rękawami. Śniada twarz osmagana wiatrem, na głowie
    misternie zawiązany czarny turban, na każdym palcu masywne srebrne pierścienie
    wysadzane kamieniami, na szyi kilka imponujących wisiorów. Długo rozmawialiśmy,
    siedząc w targanym wiatrem namiocie, pijąc zieloną, przeraźliwie słodką the a
    la menthe. Słuchałam opowieści o organizowanych przez niego festiwalach
    kultury, oglądałam zdjęcia. Zapraszał na wieczorną imprezę przy ognisku, ale z
    żalem musiałam odmówić. Gonił mnie czas, coś, czego nie mógł zrozumieć.

    Na długo zapamiętam niezwykłe chwile spędzone w gościnie u Alego. Był on
    miejscowym guru - znali go prawie wszyscy w okolicy. Wołali na niego rastafa z
    powodu długich, kręconych włosów ukrytych pod turbanem. Wokół niego skupiało
    się kulturalne życie całej okolicy. Organizował też komercyjne wyprawy na
    wielbł
  • beduinka 17.10.04, 13:51
    Na długo zapamiętam niezwykłe chwile spędzone w gościnie u Alego. Był on
    miejscowym guru - znali go prawie wszyscy w okolicy. Wołali na niego rastafa z
    powodu długich, kręconych włosów ukrytych pod turbanem. Wokół niego skupiało
    się kulturalne życie całej okolicy. Organizował też komercyjne wyprawy na
    wielbłądach. Miałam wielką ochotę przejechać się na grzbiecie tego wspaniałego
    zwierzęcia, ale postanowiłam odłożyć to na kiedy indziej. Wielbłądy Alego były
    brzydkie, przeraźliwie chude, porośnięte kępkami liniejącego futra, całe
    poharatane. Gdy siedzieliśmy w namiocie, na wyprawę wybierała się właśnie para
    Niemców...

    Po powrocie do M'Hamid z żalem rozstałam się z moim przewodnikiem i pojechałam
    z powrotem w kierunku gór z poczuciem, że mam szczęście do poznawania
    niezwykłych ludzi.

    źródło: gazeta.pl - turystyka, Anna Janowska 15-10-2004
  • beduinka 17.10.04, 13:53
    odkryj Fez

    Jeśli przymknąć oko na reklamy coca-coli w mikroskopijnych sklepikach, łatwo
    pogrążyć się w iluzji, że ciągle trwa tu XV wiek

    - Studiujecie budownictwo i przyjechałyście na staż? - spytał Mohamed. Nie,
    spędzamy wspaniałe wakacje na workcampie.

    Rozumiem zakłopotanie Mohameda na nasz widok. Po co dwie kobiety (z Polski!)
    pchają się do łopat, taczek i gruzu (w Maroku!) w 45-stopniowym upale? Wszyscy
    traktują nas pobłażliwie - ot, nieszkodliwe wariatki. Nasz pobyt w Fezie to
    jednak nie tylko budowanie nowego dachu, ale także międzynarodowego
    porozumienia i dialogu. Taki jest cel workcampów (polskie "obozy pracy" brzmią
    niefortunnie, przyjęła się więc angielska nazwa), czyli letnich obozów dla
    wolontariuszy organizowanych przez Service Civil International. Naszym
    workcampem zainteresowały się tylko cztery dziewczyny - oprócz nas dwie
    Hiszpanki, które remontują dom w pobliżu.

    ***

    Przy remoncie medyny (starego miasta) pracujemy w czwórkę, ale nie jesteśmy w
    Fezie same. Trwają tu trzy inne workcampy: remont szkoły, praca w fabryce
    ceramiki, lekcje francuskiego i angielskiego dla dzieci. Wszyscy uczestnicy -
    ok. 40 osób - mieszkają w szkolnym internacie. Przeważają Europejczycy z
    Zachodu, jest też Japonka i grupa Marokańczyków, organizatorów obozu. Większość
    to studenci, wśród gospodarzy jest m.in. szewc, sklepikarz i nauczyciel. Żyjemy
    jak w komunie. Śpimy w kilkunastoosobowych salach, razem jemy, zmywamy, co
    wieczór spotykamy się przy aromatycznej sziszy, czyli fajce wodnej, a w
    weekendy zwiedzamy okoliczne miasteczka. Hitem workcampu jest koncert
    tradycyjnej muzyki gnawa w szkolnej jadalni z okazji urodzin Słowaczki.

    Komunikujemy się, jak się da, nie bacząc na gramatykę. Wokół słychać francuski,
    angielski, arabski, hiszpański, niemiecki. Marokańczycy cierpliwie powtarzają
    podstawowe zwroty po arabsku, nikt nie chce już mówić hello, tylko salam
    alejkum, a szukran wypiera merci.

    Różnice kulturowe dochodzą do głosu głównie w jadalni. Hiszpanie oburzają się
    za każdym razem ("Co za stres!") na widok zrywających się od stołu
    Marokańczyków.

    ***

    W pracy codziennie towarzyszy nam jeden z organizatorów Adil. Jest naszym
    tłumaczem i przewodnikiem w plątaninie wąskich uliczek (podobno jest ich 9,4
    tys.!), ślepych zaułków, bram i podobnych do siebie budynków. Jednak praca w
    obrębie feskiej medyny, największej i najbardziej imponującej w Maroku, której
    najstarsze zabudowania pochodzą sprzed ponad tysiąca lat, to czysta frajda.
    Jeśli przymknąć oko na reklamy coca-coli w mikroskopijnych sklepikach, łatwo
    pogrążyć się w iluzji, że ciągle trwa np. XV wiek. Ustępujemy z drogi
    objuczonym osiołkom, przyglądamy się pracy krawców i szewców w otwartych
    warsztacikach. Ledwo zauważamy olśniewającą fasadę XIV-wiecznej medresy
    wciśniętej między inne budynki. Medyna, choć wpisana na Listę Światowego
    Dziedzictwa UNESCO, jest biedna i przeludniona, a domostwa popadają w ruinę.
    Projekt, w którym bierzemy udział, ma na celu jej renowację, w tym wielu
    zabytkowych domów zamieszkanych przez ubogie rodziny.

    ***

    Nasz brak doświadczenia w pracy na budowie wychodzi na jaw już pierwszego dnia.
    Kiedy po dziesięciu minutach rozcinam sobie palec, w niesienie pomocy angażuje
    się cały dom. Adil siłą ciągnie mnie do lekarza, płaci za opatrunek i zamartwia
    się moim stanem. - Nie ochroniłeś Madame - pogłębia jego poczucie winy nasz
    obozowy kolega Mustafa.

    Dźwiganiu worów z piachem i machaniu łopatą przyglądają się z sympatią
    mieszkające w budynku kobiety, które schodzą się, by popatrzeć na naszą pracę. -
    Work slowly, work slowly - powtarza Adil. Im bliżej południa, tym chętniej
    przystajemy na tę sugestię. Chowamy się w cień, by kontemplować piękny zielony
    minaret, wyrastający, jak nam się wydaje, prosto z dachu, na którym pracujemy.
    Pijemy słodką herbatę z miętą i podziwiamy panoramę Fezu - widok z naszego
    dachu jest fantastyczny! Przyznaję rację wolontariuszce, której wypowiedź
    przeczytałam przed wyjazdem: "Po workcampie lista niezwykłych doświadczeń w
    Twoim życiu znacznie się powiększy".

    źródło: gazeta.pl - turystyka, Aleksandra Lipczak 16-10-2004
  • beduinka 04.12.04, 10:37
    Joanna Woźniczko 27-11-2004
    źródło: gazeta.pl

    Skusił nas napis: zimny prysznic. O, tego nam trzeba w pięćdziesięciostopniowym
    upale, po nocy spędzonej w dusznym autobusie. Przybyliśmy do Fezu prosto z
    Sahary

    W marokańskim hotelu najpierw trzeba wytargować cenę. Wychodzi do nas potężny,
    brodaty le chef z marsem na czole.

    - 80 dirhames! - grzmi.

    Tłumaczę, że pięć osób to już grupa (więc zniżka), że my z biednego kraju
    Bolanda (więc zniżka), że studenci (zniżka) i tak dalej. Nie pomaga...

    - Ale ja mam dzisiaj urodziny!

    Le chef ogląda paszport i kapituluje. Godzi się na nasze 40 i prowadzi do
    pokoików na piętrze - maleńkich i gorących, za to tuż obok upragnionej łazienki.

    Po chwili pukanie do drzwi. Chudy garcon w jednej ręce trzyma bukiet wściekle
    różowych sztucznych róż, w drugiej - paczkę. Odwijam błyszczący papier. W
    środku jest piękna mosiężna taca - stara, pokryta arabeskami. Prezent od le
    chef!

    Zachwycona biegnę do jego kantorka. Składa mi życzenia i powierza opiece Allaha.

    Z tacą w torbie i kwiatami w ręku wyruszyłam na spacer po średniowiecznej
    medynie. Miałam je z sobą w medresach, w farbiarni skór i w herbaciarni...
    Wieczorem - też z prezentami - poszłam z przyjaciółmi na urodzinowe tajine
    (zapiekanki w glinianych stożkach).

    Za każdym razem, gdy wracaliśmy do hoteliku, le chef witał się kordialnie, cały
    w uśmiechach. Zostaliśmy u niego trzy dni.

    Teraz taca wisi na ścianie w moim pokoju. Lubię na nią spoglądać i przypominać
    sobie tamte urodziny.
  • beduinka 30.03.05, 01:21
    Wypadek autokaru w Maroku
    IAR, 2005-03-29 20:17:23


    W Maroku 7. turystów francuskich zginęło w wypadku autokarowym.

    Autobus turystyczny zderzył się koło południa z pojazdem terenowym. 30 osób
    odnioło obrażenia w tym 10 ciężkie.

    Zdarzenia miało miejsce w górskim regionie Taroudant 650 kilometrów na
    południowy-zachód od stolicy kraju Rabatu.

  • gajasirocco 09.04.05, 21:35
    Dobra wiadomość dla turystów spragnionych marokańskiej egzotyki- w tym roku do
    Maroka jeżdzimy bez wiz!!!
    więcej info na www.msz.gov.pl
    --
    sirocco.turystyka.net
  • izzaa 09.04.05, 22:36
    Super:) Wlasnie zastanawiam sie czy podczas tegorocznego urlopu tam nie
    bryknąć ;) w polaczeniu byc moze z Portugalią...to na razie marzenia....
    przynajmniej jedna dobra wiadomość dzisiejszego dnia:)

    --
    Pozdrawiam
    Iza
  • gajasirocco 09.04.05, 23:26
    Cieszę się, że mogłam dostarczyć CI dobrą wiadomość- a więc do zobaczenia w
    Marrakeszu!!!
    --
    sirocco.turystyka.net
  • beduinka 02.05.05, 16:08
    PAP /2005-04-30 16:31:00

    Węgry chcą zorganizować "Rajd Dakar" dla biedniejszych



    Węgry chcą zorganizować imprezę na wzór słynnego Rajdu Dakar, ale przeznaczoną
    dla biedniejszych zawodników. 26 grudnia wystartuje Rajd Budapeszt-Bamako,
    który zakończy się 9 stycznia 2006 roku w stolicy Mali.

    15-dniowa impreza będzie mniej wymagająca niż Rajd Dakar. Kierowcy pokonają
    7632 kilometry przez Maroko i Mauretanię do Mali. Średnia długość etapu to 502
    kilometry.

    "Rajd jest przeznaczony dla tych, którzy nie mają środków by uczestniczyć w
    Dakarze i nie mają takiego zaplecza technicznego by startować w zawodach
    profesjonalnych" - powiedział rzecznik prasowy Rajdu Budapeszt-Bamako Andras
    Szabo Gal.

    W przeciwieństwie do Rajdu Dakar zawodnicy, których liczba będzie ograniczona
    do dwustu, będą mogli korzystać z dowolnego sprzętu, ale w dwuosobowych
    załogach. Przewidziano rywalizację w dwóch klasach - w "zawodach" i w klasie
    turystycznej. W tej ostatniej jedynym celem będzie dotarcie do mety w Bamako.

    Organizatorzy otrzymali już zgłoszenia z Węgier, USA, Anglii, Kanady i
    Kostaryki.
  • beduinka 02.05.05, 16:10
    PAP /2005-04-18 21:37:00

    Sześć dni biegli przez Saharę



    Generalnym triumfem reprezentantów Maroka zakończył się najtrudniejszy bieg
    świata, 20. super-maraton pustynny Sahara. Zwyciężył, już po raz ósmy w tej
    imprezie, Lahcen Ahansal. Trasę długości 245 km, podzieloną na 6 etapów,
    pokonał w czasie 19:09.04.

    Drugie miejsce, podobnie jak przed rokiem, zajął brat Ahansala - Mohyamad ze
    stratą 7.55, a trzecie Lhoucine Akhdar - strata 2:08.40.

    Jubileuszowy bieg był jednym z najtrudniejszych spośród wszystkich. Jego
    uczestnicy, a była ich rekordowa liczba - 798 zawodniczek i zawodników, zmagali
    się z upałem i silnymi burzami piaskowymi. Każdego dnia pokonywali maratoński
    dystans - około 40 km. Zwycięzca uzyskał przeciętną prędkość 12,83 km/godz.
  • beduinka 10.06.05, 15:22
    Maroko-Portugalia: dialog kulturowy
    źródło: arabia.pl; Al-Bawaba, 2005-06-10


    Regionalny instytut badań nad migracją na wydziale Sztuki i Nauk Społecznych na
    Uniwersytecie Ibn Zuhra w Agadirze zorganizował w dniach 10-11 czerwca
    międzynarodową konferencję "Dialog kulturowy między Marokiem a Portugalią".

    Przedsięwzięcie zostało zorganizowane przy współpracy z Uniwersytetem Fernando
    Pessoa i Stowarzyszeniem Camoes w Portugalii.

    Konferencja odbyła się w ramach serii badań i dyskusji na temat migracji, a
    zwłaszcza migracji między Marokiem a Portugalią. Podczas konferencji
    dyskutowano również na temat kulturowego dialogu pomiędzy muzułmanami a
    chrześcijanami, który rozpoczął się już przed niepodległością Portugalii.

  • beduinka 13.06.05, 19:35
    Śmierć nielegalnych imigrantów
    IAR, 2005-06-13


    Co najmniej 14 nielegalnych imigrantów utonęło u wybrzeży Maroka w okolicach
    portowego miasta Tanger.

    Ich łódź zatonęła w drodze do Hiszpanii.

    Lokalne władze poinformowały, że ciała 14 osób, w tym sześciorga dzieci,
    znaleziono na plaży na wschód od Tangeru. Razem z nimi na łodzi mogło się
    znajdować nawet ponad sto osób. Część z nich zdołała dopłynąć do brzegu.
    Marokańscy ratownicy poszukują reszty rozbitków.

  • beduinka 15.09.05, 14:16
    Dyplomata USA ratuje Marokańczyków i spotyka się z pułkownikiem Kaddafim


    gazeta.pl; mz 21-08-2005

    Amerykańska dyplomacja święci triumfy na Saharze. Senator Richard Lugar
    przyczynił się do uwolnienia 404 marokańskich jeńców wojennych przez Front
    Polisario, a libijski przywódca pułkownik Kaddafi, niegdysiejszy wróg Ameryki,
    zaprasza do siebie Busha

    Uwolnieni Marokańczycy byli jeńcami wojennymi o najdłuższym na całym świecie
    stażu. Niektórzy z nich spędzili w prymitywnych obozach na pustyni ponad 20
    lat. Są ostatnimi ofiarami konfliktu o byłą hiszpańską kolonię, Saharę
    Zachodnią. Front Polisario, komunizujący ruch saharyjskich Nomadów, który ich
    przetrzymywał, od 1973 roku walczy o jej niepodległość, najpierw z Hiszpanią, a
    potem z Mauretanią i Marokiem.

    404 więźniów zapakowano w czwartek do dwóch amerykańskich samolotów wojskowych
    w algierskim Tindouf, gdzie znajduje się baza Polisario. Operacji na miejscu
    przyglądał się Amerykanin Richard Lugar, szef senackiej komisji spraw
    zagranicznych, który negocjował ich uwolnienie. - Mam nadzieję, że Algieria i
    Maroko wykorzystają ten budujący moment, żeby rozwiązać wreszcie problem Sahary
    Zachodniej - mówił.

    Dokładnie 30 lat temu Hiszpanie zgodzili się na referendum w sprawie
    przyszłości swojej kolonii. Jednak w listopadzie 1975 r. król Maroka Hassan II
    poprowadził Zielony Marsz, w którym 300 tys. jego poddanych zajęło większość
    Sahary Zachodniej. Jej południowe krańce przypadły Mauretanii. Hiszpanie
    opuścili pustynną kolonię bez walki i bez żalu, ale komunizujący Front
    Polisario proklamował Saharyjską Arabską Republikę Demokratyczną. Szybko
    wykurzył z kraju Mauretańczyków, ale wojna partyzancka z Marokiem trwała aż 16
    lat. Front popierała Algieria, a kibicowały mu kraje bloku radzieckiego. W 1991
    r. z pomocą ONZ wynegocjowano rozejm, którego jednym z postanowień było
    przyszłe referendum w sprawie przyszłości Sahary.

    Jednak do referendum nigdy nie doszło, a Sahara Zachodnia jest do dziś
    administrowana przez Marokańczyków. Kilka tysięcy partyzantów Polisario
    schroniło się w Tindouf, tuż za granicą algierską. Przez lat 90. przetrzymywali
    tam około dwóch tysięcy marokańskich jeńców, chcąc w ten sposób wymusić
    obiecane referendum. Stopniowo więźniowie byli jednak zwalniani, a w zeszłym
    tygodniu wyszli na wolność ostatni.

    - Jestem bardzo szczęśliwy - opowiadał pilot zestrzelonego marokańskiego
    myśliwca, którego Front Polisario więził 25 lat, dwa miesiące i 25 dni. - Przez
    17 lat nie miałem żadnego kontaktu z rodziną. Potem pozwolili mi pisać do niej
    dwa listy rocznie, nie dłuższe niż 11 linijek. To był koszmar.

    Koniec koszmaru więźniów nie przybliża jednak rozwiązania politycznego klinczu.
    Senator Lugar spotykał się w zeszłym tygodniu z marokańskim królem Mohammedem
    VI, który ani myśli rezygnować z Sahary, a partyzantom Polisario oferuje
    tylko "rozległą autonomię".

    Z Maroka specjalny wysłannik prezydenta Busha poleciał do Trypolisu, który w
    latach 80. bombardowały samoloty USA. Dziś libijski przywódca pułkownik Muammar
    Kaddafi jest już niemal przyjacielem Ameryki. W 2003 r. Libia wyrzekła się
    broni masowego rażenia i przyznała do podłożenia bomby w samolocie PanAmu,
    który wybuchł nad szkockim Lockerbie w 1988 r. Trypolis zgodził się wypłacić
    odszkodowania rodzinom 270 ofiar zamachu.

    Wczoraj pułkownik Kaddafi zaprosił prezydenta Busha i sekretarz obrony
    Condoleezzę Rice do odwiedzenia swojego kraju. Senator Lugar mówił, że postępy
    Kaddafiego doprowadzą do skreślenia Libii z amerykańskiej listy krajów
    popierających terroryzm i zniesienia sankcji gospodarczych. Stwierdził, że oba
    kraje chcą otworzyć swoje ambasady w Waszyngtonie i Trypolisie.
  • beduinka 15.09.05, 14:19
    Autor wirusa "Zotob" zatrzymany w Rabacie

    gazeta.pl, PAP, pi 26-08-2005

    W Rabacie aresztowano w czwartek młodego Marokańczyka, domniemanego autora
    wirusa komputerowego "Zotob", którego ofiarą padły min. telewizje CNN i ABC -
    poinformowała w piątek marokańska służba bezpieczeństwa

    Autor wirusa ma 18 lat. Działał prawdopodobnie w porozumieniu z siatką
    fałszerzy kart bankowych.

    Aresztowanie przeprowadził mieszany zespół policji sądowej i wywiadu z pomocą
    amerykańskiego FBI. Amerykanie wytropili, że wirus, który zaatakował także
    komputery w redakcji dziennika New York Times" oraz na lotnisku w San
    Francisco, pochodził z witryny w Maroku.

    18 sierpnia brytyjski "Financial Times" ostrzegał czytelników przed anomaliami
    powodowanymi przez wirus "Zotob", który wykorzystuje braki w zabezpieczeniach w
    systemach operacyjnych Windows 95, 98, ME, NT, 2000 i XP.
  • beduinka 19.09.05, 22:54
    Ile kosztuje król?


    Francuskojęzyczny marokański tygodnik "TelQuel" ujawnił w najnowszym numerze,
    że król Maroka Mohammed zarabia (w przeliczeniu) 50 tysięcy USD miesięcznie, a
    roczne koszty utrzymania królewskiego dworu wynoszą 227 milionów USD.

    Publikacja "TelQuel" została odebrana jako kolejna próba poszerzenia granic
    wolności prasy w tym muzułmańskim kraju. W przeszłości tygodnik poruszał już
    wiele drażliwych kwestii, takich jak homoseksualizm, narkomania i handel
    narkotykami. 12-stronicowe dossier na temat królewskich finansów jest
    wydarzeniem bez precedensu w Maroku, a zapewne i w całym świecie arabskim.

    "Choć nie ma tu żadnej tajemnicy, sprawa budżetu monarchii napawa Marokańczyków
    strachem - napisał tygodnik. - Ani media, ani parlamentarzyści nie śmieli dotąd
    badać tego zbyt uważnie". "TelQuel" zwraca uwagę, że parlament tradycyjnie
    aprobuje budżet monarchii nie wgłębiając się w szczegóły.

    Tygodnik odnotował, że zarobki króla są mniejsze niż pobory szefa dużej
    korporacji w świecie zachodnim. Marokańczycy dowiedzieli się też, że koszty
    utrzymania dworu królewskiego (1100 osób) wynoszą 2,28 miliarda dirhamów (227
    milionów USD) rocznie.

    Śmiałe jak na Maroko publikacje tygodnika "TelQuel" nie wywołały dotąd reakcji
    pałacu królewskiego. Król Mohammed, który ma obecnie 41 lat, usiłuje
    zreformować i zmodernizować Maroko, od kiedy w 1999 r. zasiadł na tronie po
    śmierci swego ojca, króla Hasana, który władał autokratycznie przez 38 lat.

    Edytor "TelQuel" Ahmed Benhemsi powiedział Reuterowi: Od 1999 r. w Maroku można
    mówić, co się tylko chce, pod warunkiem, że nikogo się nie obraża. Ale ludziom
    jakoś trudno jest oswoić się z tą sytuacją. Zdaniem edytora, wielu marokańskich
    dziennikarzy nie orientuje się, jak daleko mogą się posunąć i gdzie są
    nieprzekraczalne granice wolności słowa.

    (PAP/kr / 04 stycznia 2005 15:57)
  • tetys 07.10.05, 18:59
    Uchodźcy wywiezieni na pustynie

    IAR

    2005-10-07

    Organizacja Lekarze Bez Granic zlokalizowała dużą grupę afrykańskich imigrantów
    w pobliżu granicy algiersko-marokańskiej. Wcześniej pojawiły się doniesienia,
    że Maroko wywozi nielegalnych imigrantów, którym nie udało się dostać do
    hiszpańskich enklaw, w pustynny rejon przy granicy z Algierią. Nie mają oni tam
    jedzenia i wody pitnej.


    Rzecznik Lekarzy Bez Granic poinformował, że przedstawiciele organizacji udali
    się na miejsce, by sprawdzić sytuację. Według ich informacji imigranci są
    wywożeni autobusami kilkaset kilometrów na południe od miasta Oujda i tam
    zostawiani. Stamtąd na piechotę starają się wrócić na północ Maroka, by
    ponownie spróbować dostać się na teren Hiszpanii

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka