Dodaj do ulubionych

ISLAM W EUROPIE

06.11.03, 22:39
Edytor zaawansowany
  • 06.11.03, 22:44
    Jak norweska minister chciała unowocześnić islam w swym kraju

    Wypowiedź norweskiej minister o konieczności "modernizacji" islamu w Norwegii
    wywołała konsternację wśród tamtejszych muzułmanów i... u luterańskiego biskupa
    Oslo. Tak naprawdę chodzi o coś więcej niż słowa

    - Muzułmanie żyjący w Norwegii muszą pogodzić się z tym, że są mniejszością w
    postępowym i zorientowanym na równouprawnienie społeczeństwie - powiedziała
    kilka dni temu gazecie "Aftenposten" minister Erna Solberg, odpowiadająca m.in.
    za integrację imigrantów i rozwój regionalny. - Islam w Norwegii musi się
    modernizować - dodała.

    Na reakcję nie trzeba było długo czekać. O wyjaśnienia do pani minister
    zwróciły się organizacje muzułmańskie. Przedstawiciele World Islamic Mission w
    tym kraju zapytali Solberg wprost, co miała na myśli, mówiąc o "modernizacji".
    Minister słynąca zarówno z politycznej odwagi, jak i niewyparzonego języka
    odpaliła, że czas zakazać przymusowych i aranżowanych z góry małżeństw, których
    ofiarami padają kobiety, że trzeba ułatwić procedury rozwodowe muzułmańskim
    kobietom i wymusić na muzułmańskiej społeczności, by przyznała równe prawa
    dziewczynkom i kobietom.

    W Norwegii liczącej ok. 4,4 mln ludzi i zamieszkałej w 95 proc. przez
    etnicznych Norwegów (ok. 3-4 proc. to norwescy Finowie) żyje około 70 tys.
    muzułmanów. Część z nich to potomkowie imigrantów z Maroka czy Pakistanu, ok. 2
    tys. to osoby, które z różnych powodów przeszły na islam. Z wydanego niedawno
    norweskiego studium o integracji kobiet muzułmanek pt. "Female Integration"
    wynika, że na drodze integracji muzułmanów stoi głównie zwyczaj aranżowanych
    małżeństw. Aż 82 proc. kobiet córek Marokańczyków żyjących w Norwegii
    poślubiło - często wbrew własnej woli - innych Marokańczyków, nierzadko
    członków tych samych rodzin czy klanów. W przypadku Pakistańczyków odsetek ten
    wynosi 76 proc.

    Za winnych polityki izolacji muzułmanów w Norwegii Solberg uznała immamów jako
    strażników konserwatyzmu. Jej zdaniem nie mogą się oni przyzwyczaić do tego, że
    żyją w kraju, w którym ich religia nie jest i nie będzie dominująca. -
    Religijni przywódcy nie mogą być ot tak sobie sprowadzani do Norwegii z krajów,
    w których islam jest wiodącą religią - tłumaczyła, podkreślając, że "powinni
    uczyć się w Europie". - Immamowie, którzy przyjeżdżają do Norwegii, są
    zobowiązani uczyć się norweskiego i orientować się w narodowej tradycji -
    polemizował z minister Solberg Amber Khan z norweskiego oddziału World Islamic
    Mission.

    Do debaty przyłączył się Gunnar Staalsett, luterański biskup Oslo. Skrytykował
    on wypowiedź minister, twierdząc, że zbytnio upraszcza ona obraz islamu. -
    Oczywiście jest potrzeba unowocześnienia społeczności religijnych, ale
    wszystkich - nie tylko muzułmańskiej - powiedział w norweskiej telewizji NRK.


    źródło: gazeta.pl Jacek Pawlicki 06-11-2003
  • 24.02.04, 21:05
    rzeklbym ze imamowie w islamie, jak ksieza katoliccy sa ostoja najwiekszego
    betonu i reakcjonizmu
    nic nowego
    wystarczy posluchac chwile naszych biskupow
    czlowiekm odf razu ma ochote przejsc na ateizm

  • 07.12.06, 14:26
    Myslisz - dlaczego tyle osob wychodzi z KK??
    --
    !איזה יום שמח, כל היום
  • 09.11.04, 17:22
    Mein Kampf?

    źródło: Kosciol.pl

    Główni członkowie norweskiej prawicowej partii Kristiansand ośwadczyli,
    że "Mein Kampf" Hitlera oraz Koran są tym samym gatunkiem książki, która wzywa
    do nienawiści. Powiedzieli też, że chcą, by islam w Norwegii został
    zdelegalizowany.
    - Nie jesteśmy jedynymi, którzy się tego domagają - powiedział Halvor Hulaas,
    szef partii - ta opinia jest dobrze zakorzeniona w krajach skandynawskich.
    Teraz ściągamy tu ludzi, którzy praktykują swoja religię w takiej samej formie,
    jak robili to w roku 600. Jesli ich nie powstrzymamy, to już niedługo wolność
    religijna w Norwegii może się skończyć ale dla nas. Karina Udnæs, również jedna
    z przywódczyń partii idzie jeszcze dalej, mówiąc: - Najwyższy czas by Europa i
    Norwegia zdelegalizowały jak jest to w przypadku nazizmu - przecież im prorok
    Mahomet kzał zabijać wszystkich "niewiernych". Halvor Hulaas podkreśla, że
    Udnæs nie jest odosobniona w swoich poglądach. - Islam tak, jak jest
    praktykowany stanowi zagrożenie dla naszego systemu społecznego i stylu życia.

    Szef Kristiansand dodał, ze obecnie dużą groźbą jest budowanie wciąż nowych
    meczetów w norweskich miastach.
  • 07.12.06, 14:30
    Niestety, kraja arabskie legalnie drukuja, czytaja i popieraja Mein Kampf. A
    zatem jest o co sie bac. Szczegolnie w tolerancyjnym kraju. Inaczej wolnosc
    slowa bedzie naduzywana w imie prawa do neofaszystowskich i terrorystycznych celow.
    --
    !איזה יום שמח, כל היום
  • 07.12.06, 14:35
    www.intelligence.org.il/eng/sib/3_05/mein_kampf.htm
    christianactionforisrael.org/antiholo/arabmk.html

    Nie mowiac juz o tym ,ze owczesny Mufti Jerozolimy sam proponowal Hitlerowi
    pomoc uczniem Muftiego Jerozolimy, i szedl pieknie w jego slady.

    Wiecej historii...
    www.tellthechildrenthetruth.com/gallery/index.htm

    A zatem, jest sie czego bac. Polaczenie islamu z nazizmem dobre na pewno nie
    jest i nie bedzie. Dla danego panstwa, regionyu czy dla calego swiata...
    --
    !איזה יום שמח, כל היום
  • 11.11.03, 17:53
    Za prawnym zakazem noszenia "widocznych oznak religijnych w szkole", czyli
    głównie chust muzułmańskich dziewczyn, opowiada się 55 proc. Francuzów - wynika
    z sondażu instytutu CSA w "Le Figaro". Prezydenta Chiraca, który oświadczył
    ostatnio, że "laickość nie podlega negocjacjom", popiera w tej sprawie 62 proc.
    sympatyków prawicy i aż 58 proc. mężczyzn. Bardziej wstrzemięźliwe są kobiety
    (mimo wszystko 53 proc. za zakazem chust) oraz młodzi w wieku 18-24 lata (51
    proc.). 42 proc. Francuzów chce kompromisu w sprawie miejsca islamu w szkole.
    Tylko 19 proc. jest kategorycznie przeciw usuwaniu niepokornych dziewczynek ze
    szkół.

    ŹRÓDŁO: GAZETA WYBORCZA, RS 09-11-2003
  • 11.11.03, 21:02
    No to i krzyżyki proponuję wsadzić pod bluzki, żeby ich nie było widać...
    Ciekawe, jak się ma sprawa z tałesami, pejsami itp?
    W ostatecznym rozrachunku Sikhowie mają też "religijne" (a może bardziej
    kulturowe) nakrycia głowy wynikające z tego, że się nigdy nie strzygą i podobny
    kołtun można nosić tylko pod turbanem, jeśli się nie chce wyglądać
    nieestetycznie.

    --
    Salaamu Wa-alleikum

    Chaladia Bolandi
  • 25.11.03, 22:23
    "Ciekawe, jak się ma sprawa z tałesami, pejsami itp?"

    Antysemityzm we Francji jest straszliwy - to nie przesada. Liczba ataków na
    Żydów wciąż rośnie - za znaczną ich częścią stoją mieszakający tam muzułmanie,
    ale nie jest to wyłącznie ich domena. Ksenofobia francuska daje o sobie znać.
  • 12.11.03, 23:02
    Czy laickość Francji dotyczyć ma też rachunków żony prezydenta Chiraca?


    Obrońcy laickości zaatakowali we Francji prezydenta Chiraca za kosztowny wyjazd
    jego żony do Rzymu na beatyfikację Matki Teresy.

    "Laickości się nie negocjuje" - to twarde stwierdzenie Jacquesa Chiraca sprzed
    kilku dni ściągnęło na jego głowę gromy obrońców laickości we Francji, gdy
    satyryczny tygodnik "Canard Enchaine" ujawnił, że pobyt żony prezydenta
    Bernadette, premiera Jean-Pierre'a Raffarina i ok. 40-osobowej delegacji
    Francuzów podczas beatyfikacji Matki Teresy w Rzymie kosztował 100 tys. euro.

    W ataku "Canard Enchaine" pod adresem żony prezydenta jest oczywiście wiele
    złośliwości (Pierwsza Dama Francji musi się przecież zatrzymywać w hotelach o
    pewnym standardzie), ale laicy wykorzystali tę publikację, by zaatakować
    Chiraca za to, iż inną miarę przykłada on do islamu, a inną do chrześcijaństwa.
    W poniedziałek w Valenciennes na północy Francji prezydent wypowiedział się o
    zaogniającym się ostatnio sporze o chusty islamskie noszone przez młode
    muzułmanki w republikańskich szkołach. Ostrzegł, że jeśli będzie trzeba,
    prawnie zakaże takich praktyk. Ostatnio ze szkół usunięto wiele młodych
    dziewczyn właśnie za chusty - najgłośniejsza była sprawa sióstr Levy
    wyrzuconych z liceum na północy Paryża. - Laickość stanowi dla każdego
    obywatela fundamentalną ochronę - gwarancję, że nie tylko jego przekonania będą
    respektowane, ale też że przekonania innych nie zostaną mu nigdy narzucone -
    mówił Chirac. - Francja nigdy nie pozwoli, by przeszkody obce prawu naszej
    demokracji wpływały na nasze serca, umysły i zwyczaje.

    Choć to ostrzeżenie adresowane było do muzułmanów, to komentatorzy podkreślali
    także, iż z podobnych pobudek Chirac jest zdecydowanym przeciwnikiem
    umieszczenia w preambule konstytucji Unii zapisów o "chrześcijańskich
    korzeniach" Europy. Czyni tak także ze względów politycznych - podobna wzmianka
    ściągnęłaby na niego niechybną krytykę całej lewicy, co pogrzebało szansę na
    ratyfikację konstytucji w ewentualnym referendum we Francji (a Chirac się nad
    nim zastanawia).

    Właśnie o konstytucji rozmawiać miał w weekend w Rzymie z sekretarzem stanu
    Watykanu Angelo Sodano premier Raffarin - co zdradził mediom... prezydent
    Aleksander Kwaśniewski (Stolica Apostolska i urząd premiera milczą na ten
    temat). Okazją do jego przyjazdu do Rzymu była beatyfikacja Matki Teresy z
    Kalkuty. Wybrała się na nią delegacja na czele z panią prezydentową, premier z
    żoną, wieloma deputowanymi, ich doradcami itd. Jak donosi "Canard Enchaine"
    Francuzi przylecieli dwoma Falconami, zatrzymali się w jednym z najdroższych
    rzymskich hoteli Hassler, wydali huczne przyjęcie z udziałem wielu kardynałów w
    Villa Bonaparte, siedzibie ambasady Francji przy Watykanie. Tylko rachunek za
    hotel wyniósł 100 tys. euro.

    Jean-Francois Kahn, redaktor naczelny lewicowej "Marianne", uznał to w środę
    wieczorem w popularnym radiu RTL za niedopuszczalną rozrzutność, kontrastującą
    ze skromnością Matki Teresy, opiekunki hinduskich biedaków, oraz podkreślał
    sprzeczność między deklaracjami prezydenta o laickości a wizytą oficjalnej
    delegacji w Watykanie. W dyskusji radiowej polemizowano z nim: Francja jest
    laicka, ale żyją w niej też katolicy (właśnie Papież mianował trzech Francuzów
    kardynałami). Swej religijności pani Chirac nigdy zresztą nie ukrywała.



    źródło: Gazeta Wyborcza Robert Sołtyk
  • 25.11.03, 21:54
    kobieta wykluczona ze składu ławników za noszenie muzułmańskiej chusty

    Muzułmanka została wykluczona ze składu ławników za noszenie na głowie chusty.
    Decyzję w tej sprawie podjął we wtorek minister sprawiedliwości Dominique
    Perben. Jego zdaniem chusta na sali sądowej w Bobigny pod Paryżem łamała
    wpisaną do francuskiej konstytucji zasadę świeckości instytucji państwowych. We
    Francji trwa gorąca debata na temat noszenia chust w szkołach i urzędach
    publicznych. Dziennik "Le Parisien" skontaktował się z mężem kobiety, który
    stwierdził, że w pełni rozumie decyzję. Poinformował, że jego żona cieszy się,
    że nie będzie musiała wypowiadać się w trudnej sprawie o próbę morderstwa.

    źródło: GW, 25-11-2003
  • 13.12.03, 22:43
    Francja: Kościoły chrześcijańskie nie chcą zakazywać nosić muzułmańskich chust
    w szkołach

    O niezakazywanie muzułmańskim dziewczętom noszenia chust na głowach w szkołach
    zaapelowali do prezydenta Jacques'a Chiraca francuscy przywódcy Kościołów
    katolickiego, protestanckiego i prawosławnego. Ich zdaniem o wiele
    poważniejszym problemem niż chusty jest to, że Francji nie udaje się
    zintegrować ze społeczeństwem 5 mln muzułmańskich obywateli. We Francji toczy
    się gorąca debata, czy chusty są sprzeczne z laickim charakterem państwa.

    źródło: gw, afp, 08.12.03
  • 13.12.03, 22:48
    Czy francuski parlament zakaże symboli religijnych w szkołach publicznych?

    Za wprowadzeniem ścisłego zakazu noszenia "ostentacyjnych" oznak religijnych w
    szkołach publicznych we Francji opowiedziała się wczoraj grupa ekspertów pod
    kierunkiem Bernarda Stasiego. W raporcie dla prezydenta proponują oni, by
    najważniejsze święta muzułmańskie i żydowskie stały się dniami wolnym od lekcji

    Spór o muzułmańskie chusty, które nosi w publicznych szkołach niespełna 1,5 mln
    młodych Francuzek wyznania muzułmańskiego, podzielił kraj na dwa obozy.
    Zatwardziali obrońcy laickości chcieli jednoznacznego zakazu - najlepiej w
    formie ustawy. Miałby on dotyczyć wszelkich oznak religijnych - nie tylko w
    szkołach, ale i w służbach publicznych. To zdanie zwyciężyło.

    Część prawicy i związki wyznaniowe ostrzegały, że zakazy prawne to fałszywa
    droga, gdyż doprowadzi do zerwania dialogu z dziewczynkami w chustach i ich
    rodzicami oraz umocni przekonanie wielu muzułmanów, iż są prześladowani. Jednak
    republikańska Francja jest dumna ze swych standardów laickości i nie chce
    ustąpić mniejszości, którą na dodatek uważa za manipulowaną przez islamskich
    radykałów.

    Raport komisji Stasiego (stanie się on zapewne podstawą do napisania ustawy)
    stara się znaleźć równowagę, ale w głównym punkcie jest zgodny z
    opinią "laików" - w szkołach należy zakazać chust islamskich, dużych krzyży
    oraz żydowskich kip. Byłyby za to dozwolone, jak obecnie, małe medaliki,
    krzyżyki lub gwiazdy Dawida na łańcuszku, małe Korany itp. Te zasady miałyby
    zostać przyjęte także na uniwersytetach, w szpitalach, zakładach pracy. Nie
    byłoby też można zasłaniać się przekonaniami religijnymi, by odmówić udziału w
    przewidzianych programem lekcjach (niektóre małe muzułmanki odmawiały
    uczestnictwa w gimnastyce, biologii, a nawet historii).

    Dodatkowo, i to jest wielka nowość, wolne od zajęć szkolnych byłyby żydowskie
    święto Jom Kippur (Sądny Dzień) oraz muzułmańskie Id al Adha (Święto
    Ofiarowania) - tak samo jak chrześcijańskie Boże Narodzenie czy Wielkanoc.
    Pracownicy w zakładach pracy mieliby mieć prawo wyboru, które ze świąt
    religijnych wolą jako dzień wolny - co nie będzie zapewne trudne do
    wprowadzenia w życie, zwłaszcza w dużych fabrykach, dotąd zamykanych np. 25
    grudnia.

    By ułatwić zbliżenie i dialog między młodzieżą - w 60-mln Francji jest ok. 6
    mln muzułmanów i 600 tys. żydów - w szkołach ma być obchodzony Dzień Marianny
    (symbol Republiki) w czasie Tygodnia Walki z Rasizmem - nauczyciele będą
    wówczas rozmawiać z uczniami o laickości. W stołówkach szkolnych menu ma
    uwzględniać potrawy odpowiadające uczniom wszystkich wyznań. Komisja Stasiego
    opowiada się także za wprowadzeniem do szkół nauki arabskiego oraz
    uzupełnieniem w programach historii wykładów na temat niewolnictwa, kolonizacji
    i imigracji.

    Za noszenie chust z francuskich szkół usunięto już dziesiątki dziewczynek, a
    mimo to ich liczba nie spadła. Problem dotyczy marginesu, ale jest on często
    wyolbrzymiany. Pierwsze reakcje na propozycje komisji były ostrożne. Można
    jednak oczekiwać, że raport dyskusji o laickości we Francji nie zakończy. Wręcz
    przeciwnie.

    źródło: GW, Robert Sołtyk 11-12-2003
  • 19.12.03, 12:31
    Chirac za zakazem chust muzułmańskich

    Prezydent Francji wypowiedział się za ustawą, która zakaże noszenia "ostentacyjnych oznak religijnych" w szkole. Chodzi przede wszystkim o chusty muzułmańskie

    W przemówieniu wygłoszonym w środę w Pałacu Elizejskiemu prezydent Jacques Chirac wypowiedział się za przyjęciem wniosków raportu komisji ekspertów pod kierunkiem Bernarda Stasi w sprawie obrony laickości szkoły francuskiej. "Laickość jest jednym z największych osiągnięć Republiki. Odgrywa kluczową rolę dla harmonii społecznej. Nie możemy sobie pozwolić na jej osłabienie" - powiedział prezydent.

    Jednocześnie jednak prezydent odrzucił inne zalecenia komisji w kwestii wprowadzenia do kalendarza szkolnego obok chrześcijańskiego Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy dwóch dodatkowych dni świątecznych z okazji muzułmańskiego święta Id Al Adha (Święto Ofiarowania) i żydowskiego Jom Kippur (Sądny Dzień).

    Decyzja Chiraca została ogłoszona, gdy w szkołach rozgorzała wojna o prawo do chust. Z zakazem wojuje już 1500 uczennic muzułmańskich, które są bohaterkami w swoim środowisku. Republikańska Francja, przywiązana do laickości szkoły ale też wystraszona tym co uważa za zagrożenie ze strony źle zasymilowanych imigrantów arabskich, poparła ideę zakazu. W sondażu tuż przed decyzją prezydenta prawie 60 proc. Francuzów opowiedziało się za ustawowym zakazem noszenia chust muzułmańskich przez uczennice.

    Jednak od aprobaty dla raportu do samej ustawy droga jest jeszcze daleka. Rząd musi opracować projekt, a parlament musi go przyjąć.

    źródło: gw, afp, mak 17-12-2003
  • 19.12.03, 12:42
    O decyzji Chiraca w sprawie ustawy o zakazie chust

    Poparcie prezydent Francji dla zakazu noszenia chust islamskich komentuje redaktor naczelny katolickiego dziennika "La Croix" Guillaume Goubert

    Guillaume Goubert

    redaktor naczelny katolickiego dziennika "La Croix"

    Ustawa odpowiada na zaniepokojenie elektoratu francuskiego, który widzi rosnący wpływ muzułmanów. W trakcie debaty doszło do dziwnego sojuszu ksenofobów antyarabskich i obrońców laickości.

    Przede wszystkim nie podoba nam się samo ograniczanie obecności symboli religijnych w szkole. Nasza redakcja była też przeciwna załatwianiu problemu ustawą, kiedy można było to zrobić zwykłymi rozporządzeniami. Akt prawny tej rangi może być odebrany jako napiętnowanie chusty islamskiej, usztywni stanowiska, zmniejszy pole manewru szkoły, a nie zwiększy go. Być może sama zapowiedź jego wprowadzenia sprawi, że kolejne młode muzułmanki rzucą wyzwanie państwu i przyjdą do szkoły w chuście. Przecież laickość szkoły jest już zapisana w przepisach, którymi rządzi się szkoła. Trzeba było jedynie wesprzeć nauczycieli, którzy mają dziś do czynienia z ofensywą niektórych środowisk muzułmańskich. Przy całej naszej dezaprobacie i my jesteśmy zwolennikami szkoły świeckiej, która nie może być miejscem prozelityzmu religijnego. Medalik na szyi dla katolików, symboliczna zasłona na włosy - mówimy tak. Jednak czador albo chusta, która zasłania całą postać - na to się nie zgadzamy.

    Prezydent nie podchwycił natomiast innej sugestii raportu ekspertów wprowadzenia dodatkowych świąt religijnych - żydowskiego i muzułmańskiego.

    ŹRÓDŁO: GW, not. mak 17-12-2003
  • 28.12.03, 20:52
    Protest przeciw zakazowi noszenia chust we Francji

    Około 3 tysięcy osób demonstrowało w niedzielę na ulicach Paryża przeciw rządowemu projektowi ustawy zakazującej noszenia we francuskich szkołach publicznych muzułmańskich kobiecych chust na głowę, jarmułek i dużych krzyży.

    Wśród demonstrujących dominowali muzułmanie, było wiele młodych kobiet z chustami na głowach. Protestujący przeszli przez centrum Paryża niosąc transparenty z napisami: "Moja chusta, mój głos", czy "Chusta, krzyż, jarmułka - pozwólcie nam wybierać". W czasie demonstracji spalono flagę Francji oraz dowody osobiste tego kraju.

    "We Francji obowiązuje wolność słowa. Na razie korzystali z niej ci, którzy chcą wprowadzić nową ustawę. Teraz nasza kolej" - powiedziała Wuassilla, jedna z organizatorek protestu.

    Wcześniej w środę prezydent Francji Jacques Chirac przedstawił propozycję ustawy zakazującej noszenia we francuskich szkołach publicznych muzułmańskich kobiecych chust na głowę, jarmułek i dużych krzyży.

    "W pełni świadomie uważam, że noszenie strojów lub symboli, które w wyraźny sposób deklarują przynależność religijną, powinno być w szkołach zakazane" - oświadczył Chirac w transmitowanym przez telewizję przemówieniu. "W tym celu niezbędna jest ustawa" - dodał prezydent, wzywając parlament do jej uchwalenia jeszcze przed rozpoczęciem kolejnego roku szkolnego we wrześniu 2004 roku.

    Sprawa chust, noszonych przez muzułmańskie uczennice, stała się jednym z głównych tematów publicznych dyskusji we Francji po tym, gdy w kilku przypadkach zakaz chust zaowocował bojkotem zajęć szkolnych.

    źródło: gw, PAP 22-12-2003
  • 02.01.04, 11:59
    Francja miała prawo zakazać kobietom muzułmańskim noszenia chust - uważa
    egipski imam, przywódca sunnitów

    Francja miała prawo zakazać kobietom muzułmańskim noszenia chust - uważa
    egipski imam, przywódca sunnitów. Egipski szejk Muhammad Sajed Tantawi, uważany
    za duchowego przywódcę około miliardowej społeczności sunnitów na świecie,
    spotkawszy się z odwiedzającym Kair ministrem spraw wewnętrznych Francji
    Nicolasem Sarkozym oświadczył, że jego kraj "miał prawo zakazać noszenia
    islamskich chust w miejscach publicznych, zwłaszcza szkołach, a muzułmanie we
    Francji powinni się poddać temu zakazowi".

    źródło: GW, ricz, pap 30-12-2003
  • 26.01.04, 23:30
    Nieudany zamach na muzułmańskiego prefekta we Francji

    Przed świtem w niedzielę wyleciał w powietrze samochód należący do mianowanego
    w ub. tygodniu pierwszego od ośmiu lat muzułmańskiego prefekta (wojewody) we
    Francji Aissa Dermouche'a. Eksplozja nastąpiła o 4.40 rano, 20 metrów od domu
    prefekta w Nantes. Prokuratura nie podejrzewa, kto mógłby być sprawcą, prefekt
    nie otrzymywał pogróżek, ale zamach był starannie przygotowany Prezydent Chirac
    potępił zamach i zażądał surowego ukarania sprawców.


    źródło: gazeta.pl, AFP, rs 18-01-2004
  • 26.01.04, 23:40
    Nieudany zamach na francuskiego prefekta z imigracji

    Druga bomba w prefekta "z imigracji". Ładunek wybuchowy domowej roboty
    eksplodował w niedzielę rano przed wejściem do wyższej szkoły handlowej w
    Nantes kierowanej od 1989 r. przez Aissę Dermouche'a, urodzonego w algierskiej
    Kabylii Francuza, nowo mianowanego prefekta (wojewody) departamentu Jura,
    pierwszego od ośmiu lat muzułmanina na tak wysokim stanowisku państwowym.
    Tydzień temu w powietrze wyleciał samochód prefekta zaparkowany przed jego
    domem w Nantes. W obu zamachach nikt nie został ranny. Policja myślała
    początkowo, że motywy nieznanych wciąż zamachowców były prywatne, ale nie
    wyklucza też inspiracji politycznej.


    źródło: gazeta.pl, RS 25-01-2004
  • 30.01.04, 17:00
    Imigrant idealny

    Nominacja urodzonego w Algierii muzułmanina na prefekta nie uspokoi coraz
    radykalniejszych francuskich islamistów.


    Aissa Dermouche miał 18 lat, gdy po raz pierwszy postawił stopę na francuskiej
    ziemi w 1976 r. Młody Algierczyk, pochodzący z zacofanego południa tej byłej
    francuskiej kolonii, zamieszkanego przez berberyjski lud Kabilów, przywiózł do
    Francji jedynie ręce do pracy i niezwykły upór. Dekadę później był już
    doktorem, a wkrótce został rektorem Wyższej Szkoły Handlowej w Nantes. Ale nie
    zapomniał o swych algierskich korzeniach i nie przestał chodzić do meczetu.
    Premier Jean-Pierre Raffarin i minister spraw wewnętrznych Nicolas Sarkozy,
    szukający "idealnego imigranta" do wyniesienia na eksponowane stanowisko, nie
    mogli znaleźć lepszego kandydata.
    14 stycznia Dermouche, nowo mianowany prefekt Jury na wschodzie Francji, był na
    ustach wszystkich.
    Aż 59 proc. Francuzów uznało, że nominacja Dermouche'a była ważnym wydarzeniem.
    Rzeczywiście, wyniesienie urodzonego poza granicami Francji muzułmanina na dość
    wysoki urząd to wyraźna deklaracja rządu, który chce zaprosić do aktywniejszej
    współpracy 5 mln mieszkańców Francji pochodzących z krajów arabskich, głównie z
    Algierii.
    Problem w tym, że gest ten może okazać się już nieco spóźniony.


    Jarosław Giziński (jgizinski@newsweek.pl), Maciej Zagrodzki


    Artykuł ukazał się w tygodniku Newsweek Polska, w numerze 05/04 na stronie 55
  • 26.01.04, 23:32
    Demonstracje w Europie przeciw zakazowi noszenia chust islamskich

    10 tys. demonstrantów w Paryżu, drugie tyle w innych większych miastach
    Francji, demonstracje także w Berlinie, Londynie, Sztokholmie, Oslo i stolicach
    Bliskiego Wschodu - muzułmanie protestowali w sobotę przeciw planom władz
    francuskich prawnego zakazu noszenia przez dziewczyny muzułmańskie chust
    islamskich w szkołach. Prezydent Jacques Chirac zapowiedział uchwalenie
    specjalnej ustawy przed początkiem roku szkolnego we wrześniu 2004, podobne
    prawo dyskutowane jest także w Belgii oraz wielu landach Niemiec. Choć problem
    jest marginalny, bo we Francji dotyczy ok. 1,5 tys. dziewczynek na niemal 6 mln
    wyznawców islamu nad Sekwaną, to zdaniem władz zakaz jest konieczny, gdyż
    dziewczynki te najczęściej odmawiają także udziału w pewnych lekcjach (WF,
    biologia, nawet historia czy literatura), będąc pod wpływem radykalnych
    antyzachodnich imamów. Protestujący w Paryżu skandowali: "Jedna chusta - jeden
    głos", "Nie odzierajcie nas z naszej godności", "Gdzie jest francuska
    tolerancja". Twierdzą, że chusta islamska jest elementem tradycji, a nie
    znakiem politycznym, jakby to chciały widzieć władze. Feministyczne organizacje
    kobiet islamskich twierdzą z kolei, że jest wręcz przeciwnie - chusta to według
    nich symbol podporządkowania kobiet w islamie patriarchalnej władzy.

    Nowe prawo popiera zdecydowana większość Francuzów, a zapowiedź jego przyjęcia
    dała prezydentowi Chiracowi wielki przypływ popularności (plus osiem punktów w
    sondażach w styczniu br., po wielu miesiącach systematycznego spadku - ponad
    połowa opinii pozytywnych).

    W Wielkiej Brytanii rząd zapowiedział, że nie zamierza zakazywać chust ani
    innych symboli religijnych. Tu integracja muzułmanów nie pociąga za sobą
    asymilacji, jak chcieliby to robić Francuzi poprzez laicką szkołę.

    źródło: gazeta.pl, Robert Sołtyk 18-01-2004
  • 26.01.04, 23:36
    Czy Francja zabroni noszenia bród - symboli religijnych w miejscach publicznych?

    Planowany zakaz noszenia w szkołach chust islamskich, kip, i "zbyt dużych"
    krzyży poszerzony zostanie o bandany i brody, o ile będą noszone z przyczyn
    religijnych - poinformował francuski minister oświaty Luc Ferry. Zwolnione mają
    być natomiast sikhijskie turbany, gdyż Sikhowie przekonali władze, że turban ma
    dla nich znaczenie kulturalne, a nie religijne.

    źródło: gazeta.pl, dw 22-01-2004
  • 29.01.04, 14:37
    Projekt ustawy o zakazie chust zaakceptowany przez rząd francuski

    Rząd francuski zatwierdził projekt ustawy zakazującej uczniom szkół publicznych
    noszenia "znaków i ubiorów, które ostentacyjnie wskazują przynależność
    religijną", w tym chust islamskich, mycek żydowskich i dużych krzyży
    chrześcijańskich. Przewodniczący posiedzeniu rządu prezydent Jacques Chirac
    stwierdził, że projekt potwierdza neutralność szkół i respektuje laickie
    tradycje i wartości Republiki. Jeśli przegłosują go parlamentarzyści, zacznie
    obowiązywać od września, czyli od nowego roku szkolnego.

    źródło: gazeta.pl, afp, mar 28-01-2004
  • 14.02.04, 22:10
    Francja bez chust i krzyży


    Kontrowersyjna ustawa uchwalona. Francuscy muzułmanie, żydzi i chrześcijanie
    nie będą mogli manifestować swej wiary w szkołach - zdecydowało we wtorek
    zdecydowaną większością głosów Zgromadzenie Narodowe

    Za ustawą, która od wielu tygodni wzbudzała we Francji gorące emocje, głosowało
    494 posłów rządzącej prawicy i socjalistycznej opozycji, przeciw było tylko 36.
    W tej sprawie musi się jeszcze wypowiedzieć Senat, jest jednak prawie pewne, że
    po wakacjach uczennice i uczniowie francuskich szkół publicznych nie będą mogli
    stawić się w klasach w muzułmańskich chustach, żydowskich kipach czy z dużymi
    krzyżami na piersiach. Takich symboli "ostentacyjnie" manifestujących
    przynależność do jakiejś religii zakazuje bowiem ustawa.

    Problem pojawił się, gdy do szkół zaczęło trafiać coraz więcej dziewcząt w
    muzułmańskich chustach. Według różnych źródeł jest ich od kilkuset do kilku
    tysięcy. Sprawy kilku - szczególnie sióstr Levy ze szkoły w Aubervilliers pod
    Paryżem - stały się jednak głośne, gdy dyrekcja postanowiła je wyrzucić,
    ponieważ uparcie odmawiały zdjęcia chust. Zdarzało się, że niektóre dziewczęta,
    argumentując to względami religijnymi, odmawiały udziału w zajęciach wf. czy
    lekcjach biologii o rozmnażaniu.

    Prezydent Jacques Chirac, kierując się prośbami nauczycieli, postanowił
    uregulować tę sprawę ustawowo. Projekt ustawy zaproponowała specjalnie zwołana
    komisja.

    Według sondaży zakaz noszenia wyraźnych symboli religijnych popiera ok. 70
    proc. Francuzów, w tym 40 proc. muzułmanów. Zwolennicy powołują się na bardzo
    silną we Francji tradycję rozdziału państwa od Kościoła. Argumentują, że brak
    muzułmańskiej chusty umożliwi dziewczętom lepszą integrację w społeczeństwie, a
    rodzice nie będą mogli ich zmusić do zakrywania głowy. Za projektem
    opowiedziała się większość nauczycieli. Socjaliści chcieli nawet, by został on
    zaostrzony i zakazywał wszelkich widocznych symboli religijnych.

    Kampanię przeciw ustawie prowadziły m.in. niektóre organizacje muzułmańskie,
    skrajnie lewicowe i broniące praw człowieka. Ich zdaniem ustawa narusza swobody
    obywatelskie, może przyczynić się do jeszcze większych napięć między
    muzułmanami a resztą społeczeństwa i do usztywnienia stanowiska tych z nich,
    którzy dotychczas nie bronili swych symboli. We Francji mieszka najliczniejsza
    [w Europie?] mniejszość muzułmańska - od 5 do 7 mln osób, głównie pochodzących
    z Afryki Północnej, i 600 do 700 tys. Żydów [narodowość: Ż, wyznanie: ż; albo:
    wyznawców judaizmu].

    Najwyżsi hierarchowie Kościoła katolickiego we Francji opowiedzieli się przeciw
    ustawie, lecz niektórzy biskupi są innego zdania.

    Francuską debatę z zainteresowaniem śledzono w innych krajach, które mają
    podobny problem. Brytyjskie władze zapowiedziały, że nie zamierzają wprowadzać
    podobnych zakazów. Gdy siostry Levy wyrzucano ze szkoły, Trybunał Konstytucyjny
    w Niemczech orzekł, że nie można zakazać noszenia chusty muzułmańskiej
    nauczycielce. Niektóre kraje arabskie groziły Francji pogorszeniem stosunków w
    razie przyjęcia ustawy.


    źródło: gazeta.pl, Reuters, AFP, dp 10-02-2004
  • 14.02.04, 22:12
    Arabowie wybaczą Francuzom decyzję o chustach - mówi prof. Janusz Danecki


    Dla "Gazety"

    prof. Janusz Danecki, szef Zakładu Arabistyki Uniwersytetu Warszawskiego

    Głosowanie sprawy chust we francuskim parlamencie to niepotrzebne zaostrzanie
    związanego z nimi konfliktu. Myślę, że cała sprawa dosyć szybko by "przyschła",
    gdyby nie nadano jej takiego rozgłosu.

    Spór o chusty odżył m.in. z powodu reakcji Zachodu na atak z 11 września 2001
    roku. W ostatnich kilku często wszystkich muzułmanów utożsamiano z islamskim
    ekstremizmem, czy nawet terroryzmem. Ich odpowiedzią jest więc podkreślanie i
    obrona własnej tożsamości - chusta jest ostatnim znakiem religijnym noszonym
    przez muzułmanki mieszkające w miastach.

    Jaka będzie reakcja państw arabskich na decyzję Francuzów? Zasadniczo mogą
    liczyć oni na szybkie wybaczenie - Arabowie ich po prostu lubią. Co innego,
    gdyby takie prawo przyjęli Amerykanie - na arabskim Bliskim Wschodzie
    wybuchłaby wtedy ogromna burza.


    źródło: gazeta.pl, not. tobi 10-02-2004
  • 14.02.04, 22:14
    Dlaczego muzułmanki noszą chusty?

    "O proroku! Powiedz swoim żonom i swoim córkom, i kobietom wierzących, aby się
    szczelnie zakrywały swoimi okryciami. To jest najodpowiedniejszy sposób, aby
    były poznawane, a nie były obrażane".

    To jeden z wersetów Koranu służących teologom muzułmańskim do określenia miary
    przyzwoitości kobiecego stroju. Większość jest zdania, iż kobieta musi
    zasłaniać włosy, nosząc chustę (hidżab), oraz że ubranie nie powinno ukazywać
    kształtów ciała.

    Ponieważ Koran nie mówi wprost o elementach ubioru kobiety, podstawą do
    ustalenia szczegółów stroju pobożnej muzułmanki stały się hadisy - opowieści o
    życiu Mahometa i przekazy jego wypowiedzi. Jeden z nich mówi: "Gdy do Proroka
    przyszła Asma, córka Abu Bakra, Prorok rzekł do niej: Asmo, gdy kobieta
    dojrzeje, nie powinna ukazywać więcej niż tyle - następnie Prorok wskazał na
    swą twarz i dłonie".

    Stąd tradycyjni teolodzy obstają przy nakazie zasłaniania całego ciała oprócz
    twarzy i dłoni; niektórzy jednak doszukiwali się nakazu okrywania również
    twarzy, dłoni i stóp. Dostosowanie się kobiet do nakazów teologów i prawników
    muzułmańskich zależało w dużym stopniu od ich pozycji społecznej,
    wykształcenia, od epoki, w której żyły, polityki państwa, a nawet od czynników
    ekonomicznych. Symboliczny akt wrzucenia hidżabu do morza, dokonany przez
    egipską feministkę Hudę Szarawi w 1923 r., potwierdza zależność między
    emancypacją kobiet arabskich a ich ubiorem.


    źródło: gazeta.pl, rps na podstawie arabia.pl
  • 14.02.04, 22:16
    Komentarz francuski - za ustawą

    Dla "Gazety" komentuje Bernard Teper, prezes Unii Rodzin Laickich, za ustawą:

    - Tę ustawę popiera nawet większość muzułmanów. Sprawi ona bowiem, że
    muzułmańscy fundamentaliści nie będą mogli wywierać presji na dziewczęta.
    Jestem przekonany, że większość zastosuje się do ustawy. To fundamentaliści
    każą dziewczętom nosić chusty, nie pozwalają im uczestniczyć w zajęciach w.f.,
    chodzić na basen, słuchać o reprodukcji na lekcjach biologii, kwestionują też
    niektóre informacje historyczne. To utrudnia integrację młodych muzułmanek w
    społeczeństwie. Wyznawcy islamu, tak jak katolicy, żydzi i wszyscy inni, muszą
    respektować francuskie prawo.

    Ta kwestia to kontynuacja walki, która toczy się już od wieku. Gdy sto lat temu
    przyjmowano ustawę o rozdziale państwa i Kościoła, Kościół katolicki był temu
    przeciwny. A dziś w większości popiera ustawę o zakazie symboli religijnych. Tu
    chodzi o prawo kobiet do emancypacji, o to, by mężczyźni nie narzucali im, co
    mają robić. To ta sama bitwa o równość mężczyzny i kobiety, o antykoncepcję,
    prawo do aborcji, rozwodu, równej płacy za równą pracę, która toczy się od
    dziesięcioleci. Chusta jest symbolem podporządkowania kobiety mężczyźnie.


    źródło: gazeta.pl, not. dp 10-02-2004
  • 14.02.04, 22:18
    Francuski głos przeciw ustawie

    Dla "Gazety" komentuje Sonia Meddour, działaczka organizacji Młodzi Muzułmanie
    we Francji, przeciw ustawie:

    - Ta ustawa pogorszy sytuację dziewcząt muzułmańskich. Wykluczanie ze szkoły
    tych, które nie chcą zdjąć chusty, nie jest żadnym rozwiązaniem. Nie będą miały
    dostępu do edukacji, życia społecznego. W zamian nic im się nie proponuje. Do
    niedawna te, które nie chciały chodzić do szkoły, mogły korzystać z kursów
    korespondencyjnych. Ostatnio, gdy sprawa stała się głośna, odmawia się im
    jednak tych kursów.

    Zdecydowana większość dziewcząt nosi chusty dobrowolnie. Nie wiem, jaką podejmą
    decyzję - czy zdejmą chusty, czy przestaną chodzić do szkoły. Dziewczęta, które
    są zmuszane do noszenia chust przez rodzinę, stanowią na szczęście niewielką
    mniejszość. Jestem jednak przekonana, że ich rodzice nie zmienią zdania.
    Wypiszą je ze szkół. Dla nich nie będzie już żadnego wsparcia, odnalezienie się
    w społeczeństwie będzie prawie niemożliwe. Autorzy tej ustawy nie myślą, jakie
    przyniesie ona skutki długoterminowe.

    Muzułmanów przekonuje się, że chodzi tylko o szkołę. Tak naprawdę muzułmańskie
    kobiety są jednak stygmatyzowane wszędzie. Bardzo trudno im znaleźć pracę,
    nawet w prywatnych przedsiębiorstwach. Zdarza się nawet, że kobiety popadają z
    tego powodu w depresję. I to ma być integracja muzułmanów w społeczeństwie?

    źródło: gazeta.pl, not. dp 10-02-2004
  • 16.02.04, 20:20
    Manifestacje muzułmanów w Paryżu za chustami

    Setki muzułmańskich kobiet w chustach wyszły w niedzielę na ulice Paryża,
    Marsylii, Lyonu, Lille i kilku innych miast francuskich w proteście przeciwko
    zakazowi chust islamskich w szkole. Rząd jest zdecydowany wprowadzić ustawę,
    którą parlament przyjął w ubiegły wtorek. Prawo, które zabrania noszenia
    ostentacyjnych oznak religijnych w szkołach, cieszy się poparciem 70 proc.
    Francuzów. We wtorek trafi do francuskiego senatu. Przeciwnicy ustawy nie liczą
    na sukces manifestacji, natomiast wzywają 5 mln potencjalnych wyborców
    muzułmańskich, by w odwecie zagłosowali przeciwko partii Chiraca w marcowych
    wyborach regionalnych.

    źródło: gazeta.pl, mak 15-02-2004
  • 14.02.04, 22:19
    Brigitte Bardot broni zwierząt zabijanych podczas muzułmańskiego święta

    Brigitte Bardot, była gwiazda filmowa dziś broniąca praw zwierząt, próbuje
    przekonać francuskich muzułmanów, by w bardziej humanitarny sposób zabijali
    barany podczas dorocznego święta Id al Kebir. W środę gwiazda przekonywała
    imama paryskiego meczetu, by przed poderżnięciem gardła zwierzętom podawano
    środki usypiające. Imam Dalil Boubakeur zgodził się, że jakieś znieczulenie być
    może będzie możliwe. - To wspaniale, dajecie mi najlepszy prezent w życiu -
    cieszyła się gwiazda. W 2000 r. Bardot została skazana za podżeganie do
    nienawiści rasowej, gdy w książce skrytykowała muzułmańską praktykę.

    źródło: gazeta.pl, ap, dp 12-02-2004
  • 14.02.04, 22:21
    Le Pen oskarżony o podsycanie nienawiści rasowej

    Lider francuskich nacjonalistów Jean-Marie Le Pen został w piątek oskarżony o
    podsycanie nienawiści rasowej. Paryska prokuratura żąda dla niego kary dwóch
    miesięcy więzienia w zawieszeniu.

    Powodem oskarżenia jest wypowiedź Le Pena, jaką dziennik "Le Monde" opublikował
    w kwietniu ubiegłego roku: "W dniu, w którym będziemy mieli nie pięć milionów,
    ale 25 milionów muzułmanów we Francji, będą oni u władzy. Francuzi przylgną do
    murów, ustąpią z chodników, spuszczą oczy".

    Prokurator zażądał także zakazania Le Penowi brania udziału w życiu publicznym
    przez rok oraz ukarania go grzywną w wysokości 8 tysięcy euro.

    Prawnicy Le Pena nie uczestniczyli w piątkowej sprawie w paryskim sądzie.
    Wcześniej poprosili o oddalenie sprawy twierdząc, że ich klient nie podsycał
    nienawiści rasowej.

    Sąd ma wydać wyrok w tej sprawie 2 kwietnia.


    źródło: gazeta.pl, PAP 14-02-2004
  • 05.04.04, 14:54
    15 islamistów zatrzymanych pod Paryżem

    15 osób zatrzymały w poniedziałek francuskie służby bezpieczeństwa w operacji
    przeciwko islamskim fundamentalistom prowadzonej w regionie paryskim -
    poinformowało francuskie MSW.

    Celem operacji byli podejrzani o udział w zamachach terrorystycznych w
    Casablance (Maroko) z 16 maja ubiegłego roku, w których zginęło 45 osób. We
    Francji toczy się śledztwo w sprawie śmierci w tych zamachach trzech obywateli
    francuskich. Prywatne radio Europe 1 podało, że to sąd prowadzący śledztwo dał
    zielone światło do operacji przeciwko fundamentalistom.

    Oficjalnie nie wspomina się o ewentualnych powiązaniach aresztowanych z
    zamachami bombowymi w Madrycie. Jedno ze źródeł Reutera powiedziało jednak, że
    niektórych z nich podejrzewa się o kontakty z marokańskim ugrupowaniem
    fundamentalistycznym GICM, które mogło brać udział w przygotowaniach madryckich
    zamachów. To właśnie organizacja GICM jest obarczana odpowiedzialnością za
    zamachy w Casablance i powiązania z al-Qaidą.

    W zatrzymaniu dziewięciu mężczyzn i sześciu kobiet wzięły udział ekipy
    kontrwywiadu DST i elitarne jednostki policyjne RAID. Operację przeprowadzono
    rano w podparyskich miasteczkach Mantes-la- Jolie oraz Aulnay-sous-Bois. W obu
    mieszka wielu imigrantów.

    Zgodnie z francuskim prawem, w ciągu 96 godzin należy spodziewać się formalnego
    wszczęcia śledztwa przeciwko aresztowanym, albo ich zwolnienia.

    źródło: onet.pl, PAP, mat /2004-04-05

    ps. jak ja "lubię" to określenie "islamiści"
  • 27.04.04, 14:22
    Szukali siły roboczej, a przyjechali ludzie. Francuscy muzułmanie

    źródło: gazeta.pl - duży format, Olga Stanisławska 17-09-2003

    Czują, że Francja ich nie chce. Nie są już jednak Tunezyjczykami, Algierczykami
    czy Marokańczykami. Są stąd

    Czternaście młodych kobiet. Czternaście karnacji, od jasnych po całkiem ciemne.
    Pod czapkami frygijskimi czarne, kręcone włosy. Na frontonie Zgromadzenia
    Narodowego w Paryżu zawisły w święto narodowe ogromne portrety dziewczyn z
    przedmieścia - nowych wcieleń Marianny, symbolu francuskiej Republiki.

    Co chciały powiedzieć te dziewczyny? To oczywiste - nasze twarze, tak różne, to
    właśnie jest Republika. Ale Francja nie przywykła jeszcze do tego nowego
    obrazu, jaki odsyła jej lustro. I każego dnia ktoś stawia twoje miejsce w tym
    kraju pod znakiem zapytania, jeśli masz na imię Leila czy Samira - albo Nadir
    czy Ahmed.

    Claude Debussy i Dywizja Leclerca

    Na balkonie w Venissieux Said czyta książkę.

    Venissieux - zastępy szarych bloków wyrosłe u boku Lyonu. Wiatr przesuwa po
    asfalcie pomięte papiery. Daleko do sklepu, daleko do kina. Trudne
    przedmieście, mówi się.

    Said Bouanane wychował się po nieparzystej stronie Boulevard Lenine. Hamid,
    najstarszy brat Saida, zabraniał mu przechodzić na parzystą stronę. Po
    parzystej stronie było centrum handlowe i tam najczęściej biły się chłopaki.
    Tłukły się całe osiedla - na przykład "Claude Debussy" przeciw "Dywizji
    Leclerca".

    - Miałem siedem lat, gdy w wiadomościach dawali reportaż z Venissieux -
    opowiada Said. - Zobaczyłem tłum, a w tłumie siebie, jak rzucam kamieniem w
    policyjny samochód. "Said, to nie ty?!" - krzyknął któryś z braci, ale Hamid
    szturchnął go na czas. Nie chcieliśmy, żeby mama się martwiła.

    O co były tamte zamieszki? O eksmisje. Wysiedlano rodziny, które nie miały na
    czynsz.

    Said pamięta, jak ludzie spostrzegli, że w czasie manifestacji policja omija
    kobiety. Odtąd to one stawały w pierwszym szeregu. Aż kiedyś policjanci
    postanowili przejść mimo wszystko. - Wiesz - mówi Said - gdy chłopak z
    przedmieścia zobaczy kobietę taką, jak moja matka, z zakrwawioną głową, to mu
    się robi ciemno przed oczami.

    Matka Saida przyjechała do Lyonu za mężem. To były lata 60., lata nagłego
    rozwoju, i Francja ściągała po najodleglejszych osadach Anatolii czy Afryki
    Północnej setki tysięcy mężczyzn do pracy przy taśmie. Ludzi przywykłych do
    znoju, często niepiśmiennych, uważano za najlepszą siłą roboczą, wytrzymałą,
    uległą. Naganiacze podawali im ręce, ale nie był to gest powitania. Sprawdzali,
    czy ich dłonie są dość szorstkie.

    - Jechali najbiedniejsi - mówi Amina, siostra Saida. - Wszyscy jesteśmy dziećmi
    biedaków.

    Kryzys paliwowy gwałtownie przerwał lata prosperity. W 1974 roku Francja
    wstrzymała masowy nabór robotników. Ci, którzy mieli już pracę w Lyonie czy
    Roubaix, bali się wyjechać - drzwi mogły zatrzasnąć się za nimi na zawsze.
    Pozwalali się wykorzystywać, znosili pogardę. Niebawem - wierzyli - mieli
    przecież wrócić do domu.

    Tymczasem powoli przenosili się z imigranckich hoteli robotniczych czy baraków
    w obozach przejściowych do bloków stawianych naprędce na peryferiach miast.
    Coraz bardziej tęsknili do bliskich. Francja, kraj praw człowieka, przyznała im
    prawo sprowadzenia rodzin.

    Nie wiedzieć jak, wyrosło nowe pokolenie. Pokolenie, które nie miało już domu
    innego niż Francja.

    Jak Said. Said urodził się tutaj, w Lyonie.

    Schowajcie strzelby

    Miał dziesięć lat, gdy nauczył się prowadzić samochód. W Venissieux, mówi,
    szybko się dorasta.

    Pierwsza fala dzieci maghrebskich imigrantów, która się wychowała we Francji,
    wierzyła w szkoły i uniwersytety. Les Beurs - mówili o sobie. Słowo "Beur" było
    slangową przeróbką słowa "Arabe", ale miało już znaczyć jakby coś innego.

    Rachid Taha, muzyk, pamięta, jak latem jeździł z rodzicami do Algierii. Nie
    miał prawa zasnąć po drodze - musiał czytać ojcu francuskie drogowskazy. Odkąd
    chodził do francuskiej szkoły, lepiej od niego dawał sobie radę we Francji.

    Dzieci imigrantów patrzyły, jak urzędnicy kpili z ich taty, który robił błędy
    wypełniając formularze. Jak lekceważyli mamę, która nie umiała czytać i pisać.

    Ale ich życie miało już być inne.

    W wielu rodzinach ciułano każdy grosz, żeby dać im lepsze wykształcenie. Powoli
    jednak rozwiewała się ich wiara w dyplomy. Zaczynały się lata 80. i Francja
    odkrywała nagle, co znaczy bezrobocie. Arabskie nazwisko nie pomagało w
    staraniach o pracę. Venissieux - wystarczał czasem adres, żeby podanie lądowało
    w koszu.

    We Francji obowiązuje "prawo ziemi". Każdy, kto tu się urodził i tu mieszka, po
    skończeniu 18 lat ma prawo do francuskiego paszportu. Said, jak jego siostra
    Amina, byli więc Francuzami.

    Okazało się jednak, że są Francuzi lepsi i gorsi.

    Przedmieście, jak soczewka, ogniskowało społeczne problemy. Upalnego lata 1981
    roku Minguettes, osiedle, na którym wychował się Said, trafiło na pierwsze
    strony gazet. Rodea, podczas których bandy wyrostków ścigały się w kradzionych
    samochodach, były wstrząsem - Francja odkrywała rozkład, jaki trawił
    przedmieścia.

    Gdy w 1981 roku wybory wygrał Fran(ois Mitterand, lewica, tłumy świętowały na
    ulicach.

    Na przedmieściach nie zmieniło się wiele.

    O ósmej wieczorem 9 lipca 1983 w osiedlu Courneuve na przedmieściu Paryża 48-
    letni pracownik transportu miejskiego Rene Aigueperse wyciągnął z szafy
    strzelbę i podszedł do okna. Na dworze dokazywały dzieci. Rodzice pozwolili im
    się bawić petardami - było święto, ostatni dzień ramadanu. Rene Aigueperse,
    wyczerpany upałem, źle znosił hałas. Kula trafiła w pierś 9-letniego Toufika
    Ouannesa.

    Godzinę później Toufik zmarł w szpitalu.

    Rene Aigueperse został skazany na pięć lat, z tego dwa w zawieszeniu.

    To nie było pierwsze zabójstwo imigranta z Maghrebu. Rene Aigueperse nie był
    pierwszym zabójcą, który dostał śmiesznie niski wyrok, Toufik nie był też
    pierwszym postrzelonym dzieckiem. Ale tamtego lata przepełniła się miara.

    To właśnie młodzi z Minguettes wpadli na pomysł marszu Beurów na rzecz równości
    i przeciw rasizmowi. "SOS-Przyszłość Minguettes" - nazwali swoje
    stowarzyszenie. Na ekrany wchodził właśnie film o Ghandim. Martin Luther King i
    Ghandi - to byli ich idole.

    Gdy marsz ruszał z Marsylii, nie było dziennikarzy. Ale gdy kilka dni później
    pijani legioniści wyrzucili z pędzącego pociągu młodego Marokańczyka, Francja
    przeżyła szok. Marsz zakończył się tryumfalnym pochodem stu tysięcy ludzi na
    ulicach Paryża.

    "Schowajcie strzelby - pisali w ulotce młodzi z Minguettes. - Polowanie
    skończone".

    Francuzi zdali sobie nagle sprawę, że Beurowie byli częścią Francji i mieli już
    nią pozostać.

    Mitterrand osobiście odwiedził Minguettes. "Nie ruszaj mojego kolegi!" - kraj
    pokrył się naklejkami stowarzyszenia SOS-Rasizm, które powstało na fali marszu.
    Ale młodzi z przedmieść poczuli nagle, że nie chodzi już o nich. Partia
    Socjalistyczna na gwałt chciała poprawić sobie wizerunek, i SOS-Rasizm dało jej
    się uwieść. Rzucano ogólnobrzmiące hasła, organizowano darmowe koncerty.
    Przychodziły tłumy. Ale nikt już nie mówił o konkretnych problemach. O życiu w
    blokowiskach, o dyskryminacji w pracy.

    Policja nadal inaczej traktowała tych, co mieli zbyt kręcone włosy.

    Gdy rok później ich ojcowie, imigranci, organizowali strajk w zakładach
    Talbota, politycy tłumaczyli Beurom, że prawa imigrantów to nie jest ich
    sprawa. Oni byli już przecież Francuzami.

    Tymczasem na osiedlach młodsi bracia dorastali, patrząc na gorycz starszego
    rodzeństwa. Dorywcza praca. Bezrobocie. Siedzenie na balkonie, łażenie po
    okolicy. Znów jakaś praca. Dyplomy? Co im przyszło z dyplomów?

    Coraz trudniej było wychowywać dzieci rodzicom w Venissieux.

    Pamięć imigrantów

    Said, jak wielu, zostawił szkołę, gdy miał 15 lat. Chciał mieć własne
    pieniądze. I miał - drogie koszule, złote łańcuszki. - Lubiliśmy to,
  • 27.04.04, 14:31
    Pamięć imigrantów

    Said, jak wielu, zostawił szkołę, gdy miał 15 lat. Chciał mieć własne
    pieniądze. I miał - drogie koszule, złote łańcuszki. - Lubiliśmy to, co się
    rzuca w oczy - mówi. Gdy skończył osiemnastkę, jeździł BMW.

    Pod skórą na głowie do dziś ma ziarna śrutu. To skinhedzi. Jeszcze w areszcie,
    gdzie ich razem zamknięto, bili się dalej. Blizna we wnętrzu dłoni? Gołą ręką
    chwycił za nóż, który chciał mu wsadzić w brzuch jakiś Tunezyjczyk.

    Jeden z braci sprzedawał na osiedlu haszysz. Matka znalazła paczuszkę: - Co to
    jest? - pytała przez łzy. - Gdy policjanci przyprowadzili go w kajdankach,
    wszyscy akurat byliśmy w domu - mówi Said. - Aż się w nas gotowało! To matka
    nas powstrzymała...

    Policjanci przeszukali cały dom, nie weszli tylko do jej pokoju.

    Brat dostał cztery lata.

    Matka Saida kiwa głową, słuchając jego słów. Rozumie po francusku, lecz nie
    mówi za dobrze. Rzadko wychodzi z domu. Źle się czuje w tłumie. Woli popatrzeć
    na telewizję, wytrzeć kurze. W kafelkach jej kuchni można się przeglądać.

    - Tęskni za Algierią - mówi Said. Wstaje od stołu, zbiera naczynia, przeciera
    blat gąbką.

    Ojcowie w Venissieux wracali do domu zmęczeni, przybici. Pogrążali się często w
    milczeniu. "Przykro mi, że nie mogę porozmawiać z ojcem o miłości, o codziennym
    życiu, pójść z nim do kina czy kawiarni - mówił Rachid Taha. - To kwestia
    synowskiego szacunku. A przynajmniej tak im powiedziano."

    Yamina Benguigui, wychowana we Francji tak jak Taha, przełamała tabu. Nakręciła
    dokument "Pamięć imigrantów". Starzy mężczyźni ocierali łzy, opowiadając po raz
    pierwszy o życiu przeżytym z dala od domu, o brzemieniu obcości, o
    upokorzeniach, o wszystkich tych latach poświęconych po to, żeby ich dzieci
    miały lepsze życie.

    Said siada na dywanie w pokoju. Na biurku podręcznik do nauki arabskiego, na
    półce przy łóżku wiersze libańskiego poety Khalila Gibrana. W milczeniu skręca
    papierosa. W ogóle Said niewiele mówi. - Ot, takie tam historie - wzrusza
    ramionami. - Historie z przedmieścia.

    - Czego najbardziej się w życiu wstydzę? Że skłamałem matce - odpowiada Said
    bez wahania.

    Ojciec Saida umarł na raka kilka lat po przyjeździe. Said prawie go nie pamięta.

    Matka wychowała ośmioro dzieci sama.

    Większości się udało - może być z siebie dumna. Amina jest księgową, gra w
    amatorskim teatrze, Lahsen został informatykiem, Samir ma bistro w centrum
    Lyonu.

    Said też dawno się ustatkował. Znalazł pracę w organizacji humanitarnej -
    budował dom dziecka w Rumunii, jeździł w konwojach do Sarajewa. Potem przejął
    ze znajomymi bar w pobliskim bloku. Sprzedaje papierosy i gazety, przyjmuje
    zakłady na wyścigi. Wciąż mieszka z matką - potrzebny jej w domu mężczyzna.
    Był, owszem, czas, gdy chciał wynająć mieszkanie. Miał pracę, zarabiał dosyć.

    Trzy razy agencja złożyła mu propozycje. Wszystkie trzy razy w Minguettes.

    Said patrzy za okno. Na horyzoncie ciemny pas rzeki i dachy Lyonu. Daleko, za
    daleko, żeby odróżnić budynki.

    - To tak, jakby człowiek, który raz mieszkał w Minguettes, już nie mógł
    zamieszkać gdzie indziej - mówi. - Jakby trzymali nas tu w jakimś zoo.

    Milknie. A potem dodaje:

    - To nie jest kraj dla mnie.

    Tylko gdzie jest kraj dla Saida?

    Francja - Algieria 4:1

    Gdy w 1998 roku Francja wygrała Mundial, Francuzi na moment stracili głowę.

    W zwycięskiej drużynie byli piłkarze, których rodziny pochodziły z Bretanii i
    kraju Basków, z Armenii i Ghany, z Antyli i Nowej Kaledonii. Na ich czele stał
    nowy bohater narodowy - Zineddine Zidane, syn kabylskich imigrantów z Algierii
    wychowany na marsylskim przedmieściu.

    Wszyscy walczyli dla Francji. Jak niegdyś Algierczycy czy Senegalczycy na
    skinienie imperium przelewali krew pod Verdun, tak teraz zdobywali puchar
    świata. Cud się dokonał. Integracja wydawała się faktem.

    "W narodzie francuskim można pochodzić skądkolwiek, jeśli dokądś się razem
    zmierza" - entuzjazmował się prawicowy dziennik "Le Figaro".

    - E, Brazylijczycy sprzedali ten mecz - mówił Said. - Nie widziałaś, jak marnie
    grał Ronaldo?

    Życie przyzwyczaiło go - nie ufać.

    Mit narodzony tamtego lata szybko się zresztą rozwiał.

    Pierwszy w historii towarzyski mecz Francja - Algieria miał oficjalnie
    przypieczętować przyjaźń między oboma narodami. Część miejsc rozprowadzono po
    przedmieściach Paryża, wśród chłopaków, których rzadko stać jest na bilet. Ale
    młodzi Beurowie wygwizdali Marsyliankę, a potem na oczach oniemiałego
    francuskiego premiera wybiegli z algierskimi flagami na murawę tego samego
    stadionu, na którym Francja zdobyła niegdyś mistrzostwo świata.

    To było tak, jakby kazano im wybrać duchową ojczyznę - i instynktownie stanęli
    po stronie Algierii, tej połowy ich samych otaczanej we Francji pogardą. Nie
    chcieli zmarnować okazji, by choć na chwilę wedrzeć się na ekrany. Oznajmić
    swój bunt wobec świata francuskich polityków, który zawsze ich lekceważył. Po
    co ściągnięto ich tu, na ten stadion? Żeby patrzyli, upokorzeni, jak Algieria
    nieuniknienie wychodzi ze spotkania z Francją przegrana...?

    Francja prowadziła właśnie 4:1.

    Nazajutrz w Algierii gazety pisały o chuliganach, którzy przynieśli jej wstyd.
    I nie zrozumieli historycznego znaczenia meczu.

    Jak je mieli zrozumieć? Algieria była dla nich mitem, legendą, i czasem jeszcze
    słonecznym pejzażem wakacji. O jej historii - swojej historii - nie wiedzieli
    wiele. Nie uczyła ich o niej szkoła, nie uczyli rodzice.

    - To była dla nas tajemnica - powiada Malek Boutih, do niedawna przewodniczący
    SOS-Rasizm. - Nasi rodzice walczyli o niepodległość Algierii, a potem
    emigrowali do Francji...

    Po obu stronach morza Śródziemnego rany wciąż są świeże. We Francji do niedawna
    brutalną algierską wojnę nazywano oficjalnie "operacją utrzymania porządku".
    Opublikowane dwa lata temu wspomnienia emerytowanego francuskiego generała
    wywołały burzę - generał opisywał stosowane przez jego ludzi tortury. Ale znów
    spory dotyczyły tylko metod prowadzenia wojny, nie samej jej istoty - obrony
    francuskiego panowania nad Algierią.

    Francja do dziś nie zaczęła rozliczać się ze swoją kolonialną przeszłością.

    W Algierii jej władza trwała najdłużej. Jak bez pamięci tych 130 wspólnie
    przeżytych lat - lat pogardy, nienawiści, miłości - zrozumieć, czym są dziś
    Francja, i Algieria, i co znaczy być Algierczykiem we Francji?

    Gdy w 1962 roku Algieria zdobywała niepodległość, przepełnionymi statkami
    opuszczały ją setki tysięcy Francuzów, którzy, jak Albert Camus, przyszli na
    świat w Oranie czy Algierze. Wieźli z sobą poczucie krzywdy.

    Podobnymi statkami wracali do domu żołnierze. Milion francuskich oficerów i
    poborowych przeszło w tamtych latach przez Algierię. Zamknęli się w swoim
    milczeniu, samotni, z pamięcią pacyfikacji, odwetów, tortur, gwałtów, egzekucji.

    Całymi rodzinami płynęli też do Francji harki, Algierczycy, którzy walczyli po
    francuskiej stronie. Przepełniała ich gorycz - byli niedobitkami oddziałów,
    które Francja zostawiła na śmierć w Algierii.

    W porcie w Marsylii śledziły ich spojrzenia algierskich robotników. Bo ani
    wojna w Algierii, ani jej niepodległość nie przerwały strumienia rąk do pracy,
    który płynął do Francji od lat 50. Gastarbeiterom algierskim harki wydawali się
    zdrajcami narodu. Ale ich też dręczyły pytania. Czy sami nie sprzeniewierzali
    się temu, co Camus nazywał "rozdzierającą nadzieją jego rodzinnej ziemi"?

    Dopiero w 1973 roku, gdy fala rasistowskich morderstw we Francji kosztowała
    życie ponad 50 Algierczyków, rząd Bumediena wstrzymał falę wyjazdów.

    Bo Algieria mogła być niepodległa. Ale nie wszyscy Francuzi umieli zakończyć
    żałobę po Algierii Francuskiej.

    Podżegacze i recydywiści

    Wydawałoby się, że Algierczycy czy Marokańczycy, gdy stawali przy taśmie w
    zakładach Citro(na, kroczyli przetartą drogą. Wcześniej we Francji znalazły dom
    setki tysięcy Włochów, Belgów, Polaków, Ormian, Hiszpa
  • 27.04.04, 14:37
    Podżegacze i recydywiści

    Wydawałoby się, że Algierczycy czy Marokańczycy, gdy stawali przy taśmie w
    zakładach Citro(na, kroczyli przetartą drogą. Wcześniej we Francji znalazły dom
    setki tysięcy Włochów, Belgów, Polaków, Ormian, Hiszpanów, Rosjan,
    Portugalczyków. Co trzeci Francuz ma przynajmniej jednego dziadka lub babcię
    cudzoziemkę.

    To były narody europejskie - mówi skrajna prawica. Potrafiły się zaadaptować.

    Nikt nie pamięta już dziś ksenofobii, jaką wzbudzały tamte fale imigrantów.
    Jeszcze w początku XX wieku mówiono, że Włosi i Polacy są zbyt religijni, by
    wtopić się w laicką Francję. Jedni i drudzy żyli w kręgu własnych stowarzyszeń.
    W każdym Włochu - jak dziś w każdym Arabie - widziano terrorystę. Gdy w 1894
    roku prezydent Francji Carnot zginął z rąk włoskiego anarchisty, wielu Włochów
    musiało uciekać z Lyonu, ogarniętego antywłoskimi zamieszkami.

    W latach 30. Polacy stanowili ponad jedną trzecią mieszkańców kopalnianych
    zagłębi na północy. Antoine de Saint-Exupery, wstrząśnięty, opisywał sceny
    wydalania polskich robotników - wagony pełne zmęczonych ludzi, oderwanych nagle
    od wszystkiego, co zdobyli przez lata, pelargonii na parapecie, ogródka
    pokrytego węglowym pyłem.

    "Bardzo odmienny z etnicznego punktu widzenia od rasy francuskiej, a zwłaszcza
    od naszych ras południowych, Polak trudno asymiluje się we Francji" - pisał w
    naukowej rozprawie Henri Baroin, doktor nauk prawniczych.

    Prawie co drugi mieszkaniec Venissieux był w tamtych latach obcokrajowcem. Gdy
    wiosną 1936 roku stanęły w Venissieux zakłady Berlieta, prawicowa prasa lyońska
    pisała o gwałtowności Włochów i Polaków: "Mieszkańcy naszego miasta ujrzeli
    pochód tych podżegaczy, rabusiów, recydywistów, którzy, gdy trafi się okazja,
    rzucą się na ich kramy i podpalą im domy..".

    Robotnicze protesty pozwoliły dzieciom Polaków czy Włochów spełnić dwie
    najważniejsze potrzeby, sprzeczne tylko na pozór - wyrazić bunt wobec
    społeczeństwa, które je odrzucało, i znaleźć w nim swoje miejsce. Ruch
    związkowy wytyczał ramy ich rewolty i pomagał zdobyć szacunek dla siebie. Czy
    ramię w ramię z rodowitymi Francuzami nie walczyli o lepsze życie dla
    wszystkich?

    Ale wypalił się robotniczy etos. Dzieciom imigrantów z Maghrebu zabrakło
    struktur, które nadałyby sens ich buntowi. Ich rewolty są autodestrukcyjne.
    Skierowane przeciw symbolom porządku i państwa - skrzynkom na listy czy budkom
    telefonicznym. Przeciw własnemu otoczeniu, przeciw własnym najbliższym, przeciw
    samym sobie.

    Barbarzyńcy u wrót

    W każdej niemal paryskiej kamienicy jest dziś na liście lokatorów arabskie
    nazwisko. Po cichu rośnie maghrebska klasa średnia, pracowita, ambitna.
    Dyskretni inżynierowie, urzędniczki. Wielu intelektualistow z Maghrebu znalazlo
    schronienie we Francji.

    Ale gdy mówi się o imigracji maghrebskiej, na myśl zawsze przychodzi Minguettes.

    Francja boi się dziś swoich przedmieść. Ludzie z centrum nie zapuszczają się na
    peryferie, jakby otaczał je niewidzialny kordon sanitarny.

    Minguettes opisuje się tylko przez przeczenia. Nieładne. Niebezpieczne. Nie po
    drodze.

    Jak włączyć w krwioobieg miast te osiedla, źle pomyślane i zaniedbywane przez
    lata? Francuska prasa, pisząc o przedmieściach, nieodmiennie pisała o nich -
    imigrantach z Maghrebu. Problemy przedmieść miały dowodzić, że Maghrebczycy nie
    potrafili przystosować się do życia we Francji - jakby te same problemy nie
    nękały innych wielkich metropolii, od Moskwy przez Warszawę po Mexico City.

    "Osiedla" lub "dzielnice" - to eufemizmy, ukute we Francji na określenie tych
    obcych przestrzeni. "Młodzież z dzielnic" - oto barbarzyńcy, którzy stanęli u
    wrót miast.

    Sa drugim pokoleniem, ktore sie wychowuje we Francji. Odkąd słowa "Beur"
    zaczęli używać politycy, oni sami mówią "Reubeu". Złości ich, gdy słyszą
    ciągle, że jak im się coś nie podoba, mogą wrócić do swojego kraju - oni,
    urodzeni pod Paryżem czy Lyonem, wychowani na Louis de Funesie! Złości ich, że
    przy każdej okazji wspomnia się o islamie, który, według statystyk, praktykuje
    tylko jeden na pięciu.

    Czują, że Francja ich nie chce. Nie są już jednak Tunezyjczykami czy
    Algierczykami - jak ich koledzy nie są Senegalczykami czy Kurdami. Są stąd - z
    Minguettes.

    Na osiedlu wszyscy podobnie się ubierają. Nike'i, dżinsy z opuszczonym krokiem,
    dresy - jak na innych przedmieściach, od Tarchomina po Bronx. Akcent wszyscy
    już mają podobny. Dzieci Francuzów witają się przykładając dłoń do serca, jak
    dzieci Algierczyków. Bywa nawet, że poszczą z nimi w ramadan - niektóre
    obyczaje muzułmańskie wślizgnęły się do osiedlowej subkultury. Stały się
    znakiem tożsamości przedmieścia, jak rap albo rai.

    Rai, zrodzone w Algierii, łączy popularną arabską muzykę z rytmami rocka czy
    popu. Rai to radość życia, i gorycz. "Mam dosyć barów w sobotnie wieczory,
    wciąż tylko whisky, kobiety i jakieś historie..." Histoires rymuje się z nudhul
    dar - "wracam do domu". To algierski dialekt. W domu mówi się pół na pół, po
    francusku i po arabsku, czasem po kabylsku. Rai jest ich dumą - arabskie rytmy
    dawno wdarły się na listy przebojów i do modnych klubów Paryża. Ich samych
    bramkarze tam nigdy nie wpuszczą. Kręcone włosy, śniada skóra... Możesz być
    zresztą blondynem - nie wejdziesz, jeśli wyglądasz jak z przedmieścia.

    Na przedmieściach wszyscy już noszą to samo piętno. Nie etniczne już tylko, ale
    terytorialne.

    Nie trzeba mieć śniadej cery, żeby poczuć się w Minguettes za kratami. Popsuła
    się winda społeczna. W latach 60. na stu przyjętych do elitarnych uczelni
    francuskich było siedemnaścioro dzieci robotników. Dziś jest ich ledwie
    siedmioro.

    Młodzi z Minguettes wierzą, że społeczeństwo ma wobec nich dług.

    Brak nadziei, gorycz, kryzys tożsamości - wszystko to odgrywają na dziewczynach.

    Dwadzieścia lat temu córki imigrantów walczyły o swoje prawa i wierzyły w
    ideały Republiki. Prawda - rzadziej stykały się z rasizmem, niż chłopcy.
    Wychodziły za mąż za rodowitych Francuzów, przenosiły się do lepszych dzielnic.

    Ale subkultury blokerskie rzadko sprzyjają dziewczynom. Gdy rozregulowują się
    normy społeczne, one są zwykle pierwszymi ofiarami. Wyrostki na osiedlu
    traktują dziewczyny jak towar, ale w domu zmieniają się w strażników honoru
    sióstr. Obwołują się obrońcami magrebskiej tradycji - ale tej tylko, której
    pętami mogą krępować kobiety.

    I nowe Marianny z przedmieścia czują dziś, że mają mniej wolności, niż miały
    ich starsze siostry.

    Policja wszędzie, sprawiedliwość nigdzie

    To policja uosabia w oczach chłopakóch z bloków system, który zepchnął ich na
    margines. Prawie wszystkim sprawom w sądzie dla nieletnich towarzyszą
    oskarżenia o obrazę munduru czy opór wobec policji. Nienawiść jest wzajemna -
    policja gra na przedmieściach w chorą grę prowokacji.

    Drobne kradzieże czy włamania zbyt często kończą się motocyklem rozbitym o mur
    w ucieczce przed policyjnym samochodem, strzałem w nocy z policyjnej broni. Sąd
    zwykle bierze stronę policjantów.

    "Policja wszędzie, sprawiedliwość nigdzie"- mówią napisy na murach.
    Aresztowania w Minguettes wyglądają dziś jak akcje komandosów - policjanci
    znikają, zanim w proteście zaczną płonąć samochody.

    - Dlatego dziś nawet do brygady antykryminalnej próbują rekrutować ze szczurów -
    mówi Said. - Znasz to słowo? Szczur to taki jak my. Poza prawem. Z
    przedmieścia.

    Byłam w Lyonie u księdza Christiana Delorme. Ojciec Delorme jest tu postacią
    mityczną. To on zainicjował przed laty strajk głodowy w obronie wydalanych
    młodych Algierczyków, i był wśród inicjatorów marszu Beurów 1983 roku.

    - Nie posuwamy się naprzód - powtarza ojciec Delorme - bo nasz stosunek do tych
    ludzi pozostał kolonialny.

    Prawda, to Francja dała światu ideał wolności, równości i braterstwa wszystkich
    ludzi. Ale ideał ten potrafił żyć w dziwnej harmonii z inną wizją - wizją ras
    jakoby niżej stojących w ewolucji człowiek
  • 27.04.04, 14:39
    Prawda, to Francja dała światu ideał wolności, równości i braterstwa wszystkich
    ludzi. Ale ideał ten potrafił żyć w dziwnej harmonii z inną wizją - wizją ras
    jakoby niżej stojących w ewolucji człowieka. To właśnie na tej wizji,
    wizji "ras spóźnionych", zbudowano ideologię kolonialną.

    - Kiedy kolonie uzyskiwały niepodległość, całe rodziny z roli "tubylców"
    przechodziły prosto do roli "imigrantów" - ciągnie ojciec Delorme. - Czy w ten
    sam sposób, w jaki niegdyś mówiono o "tubylcach", nie mówi się dziś
    o "młodzieży z przedmieścia"?

    Arab na niby

    Said nie lubi określenia "Beur". To bękarcie słowo, głupi eufemizm, jakby
    słowo "Arab" było obelżywe. Jakby on wziął się znikąd, a nie był dzieckiem
    swych rodziców, Arabów. Synem swojej matki, która urodziła się w arabsko-
    kabylskiej wsi, i do dziś dnia na twarzy ma tatuaż, który w tamtych czasach
    miały wszystkie dziewczyny w okolicy.

    Matka Saida w Venissieux mieszka od 40 lat. Wielu imigrantów, jak ona, we
    Francji spędziło większość życia. Tu mają dzieci i wnuki. I nawet ci, którzy
    nigdy nie nauczyli się dobrze po francusku, są już innymi ludźmi, niż byli
    przed laty.

    "Oni nie tylko budowali czy odbudowywali Francję - pisze historyk imigracji
    Gilles Desrumaux. - Oni są Francją, w jej różnorodności i bogactwie."

    Od 30 lat mówi się o przyznaniu cudzoziemcom prawa do głosu w wyborach do władz
    miast, w których mieszkają. Projekt jednak coraz bardziej się oddala.

    - Nie, nie jestem żadnym tam "Beurem" - mówił Said. - Jestem Arabem. Arabem z
    Francji.

    Pod dworcem w Lyonie minął nas mężczyzna, mówiący do komórki po arabsku.

    - Libańczyk - pokiwał głową Said. - Jak ja bym chciał mówić tak jak on !

    Szliśmy chwilę w milczeniu.

    - No, bo ja jestem takim Arabem na niby. Arabem z czekolady - rzucił raptem
    Said. Zaśmiał się, ale poczułam nagle, że nie jest mu do śmiechu. Że naprawdę
    boli go ta jego jakby niepełna arabskość. Jakby był w tym podwójny wstyd. Być
    Arabem - i nawet to nie naprawdę.

    Po arabsku Said rozmawia właściwie tylko z matką. Algieria? Nie, w Algierii nie
    był od dziecka. Algierczycy mogliby go powołać do wojska i nie pomógłby mu
    francuski paszport. Cóż, że dla innych rekrutów zawsze byłby tylko Francuzem -
    Algieria uważa, że ma prawo do synów imigrantów.

    - Gdybym miał ojca - odezwał się znowu Said - może mówiłbym lepiej po arabsku?

    To było jeszcze zimą. Chłodno było, światła na nabrzeżach Rodanu odbijały się
    na mokrej jezdni. Nie obejdzie się bez śniegu, mówił Said. W radio w
    samochodzie Tracy Chapman śpiewała blues bycia Czarnym w Ameryce. Didżej
    nagabywał słuchacza z Bretanii: - Jak mówicie po bretońsku "morze"?" Z jakiej
    mąki robi się u was naleśniki na święta?

    - Słyszysz? - powiedziałam. - Ludzie powoli się przyzwyczają, że nie wszyscy są
    tacy sami.

    - E tam - wzruszył ramionami Said. - Zanim oni się przyzwyczają do nas...

    Nasi przodkowie Galowie

    "Nie sądzę, żebyśmy potrzebowali systemu, który przepuściłby wszystkich przez
    jedną foremkę, tworząc kopie stereotypowego Anglika" - zapewniał w 1966 roku
    brytyjski minister spraw wewnętrznych.

    Wielka Brytania, jego zdaniem, potrzebowała raczej atmosfery tolerancji, w
    której może rozkwitnąć różnorodność kultur.

    Francja wybrała jednak inny model. O różnorodności kultur zbyt często się tu
    nie mówi. Chwali się raczej "metissage culturel", melanż. Francja chce być
    tyglem, w którym rozmaite tradycje na trwale stopią się w jedno.

    Francuzi są dumni ze swojej koncepcji Republiki, która miała jednoczyć
    wszystkich. Od Rewolucji 1789 roku narodowość nie łączyła się tu z ideałem
    czystości etnicznej - oznaczała więź polityczną Czym miał być naród? Zespołem
    wspólników, których przedstawiciele zasiadają w jednym parlamencie. Skąd
    pochodzę, w co wierzę - to miały być sprawy prywatne.

    Organizacja nowoczesnego państwa wymagała jednak wspólnego języka i punktów
    odniesienia. Szkoła i wojsko promowały jedną, oficjalną kulturę. Bretończycy i
    Baskowie, Korsykanie i Alzatczycy musieli zwolna nauczyć się mówić po francusku.

    Narody opierają się nie tylko na pamięci, lecz i na zapomnieniu - pisał Ernest
    Renan. Francuzi zapomnieli, jak się niegdyś różnili. Zapomnieli o bratobójczych
    walkach i stworzyli mit wspólnej historii - Francuzem był każdy, kto czerpał
    dumę z walczącego z Rzymianami Wercengetoryksa.

    "Nasi przodkowie Galowie mieli jasne własy i niebieskie oczy" - powtarzały
    arabskie i afrykańskie dzieci w szkołach kolonialnych. Oficjalna doktryna
    mówiła, że skoro Bretończycy dali się przetworzyć we Francuzów, czemu nie mieli
    dać się przetworzyć mieszkańcy francuskich kolonii?

    Laurent Danchin przez 30 lat uczył w tych szkołach na przedmieściach Paryża,
    gdzie w ławkach siedzą dzieci Chińczyków i Malijczyków, Francuzów i Turków.
    Wpada w furię na myśl, że wobec dzieci imigrantów stosuje się te same metody
    wychowawcze, jakie stosowano wobec ich dziadków w koloniach.

    "Trzeba zerwać z hipokryzją 'abstrakcyjnego obywatela', bez żadnego określonego
    pochodzenia" - pisał niedawno w dzienniku "Liberation". Rolą szkoły jest
    połączyć prywatną, rodzinną historię dziecka z historią z podręcznika. Dlaczego
    w podręcznikach wciąż nie ma pozytywnych postaci z historii Algierii czy
    Wietnamu, które pozwoliłyby wielu uczniom poczuć po raz pierwszy, że szkoła
    mówi także i do nich? Trzeba rozumieć, skąd się przychodzi, żeby wiedzieć,
    dokąd się zmierza!

    Krok w jego stronę

    Czasy francuskich szkół z ich "przodkami Galami" wycisnęły swe piętno na
    Magrebie.

    Język francuski - mawiał Kateb Yacine - był jego łupem wojennym.

    Yacine nie był jedynym pisarzem algierskim, który domagał się niepodległosci
    Algierii, ale pisał w języku Moliera - wzbogacając za jednym zamachem
    literaturę francuską i algierską. W Algierze po francusku wychodzi dziś
    kilkanaście dzienników. W kawiarniach Tunisu młodzi ludzie, którzy w życiu nie
    wychynęli za rogatki miasta, wtrącają w rozmowie francuskie słowa.

    Francuzi jednak przez lata kolonii traktowali Arabów czy Afrykanów jak rasy
    niższe. Dziś o rasie wstyd mówić - mówi się o przenoszonej z pokolenia na
    pokolenie religii i kulturze, której się nie da pogodzić z demokracją i
    wartościami europejskimi. Jakby przypadki kurczowego powrotu do tradycji nie
    były przejściowym efektem przenosin w nowe warunki. Jakby ludzie nie potrafili
    dokonywać wyborów, a kultura francuska utraciła swe magnetyczne działanie.

    Prawda, zawsze nowe fale imigrantów ściągały na siebie ksenofobię, pozwalając
    odetchnąć tym, którzy przyjechali wcześniej. Tym razem jednak na odruchy
    ksenofobii nałożyły się dodatkowo elementy rasizmu i kolonialnych nawyków, a
    potem i strach przed fundamentalizmem islamskim.

    Socjologowie uważają jednak, że to właśnie imigranci z Maghrebu trybem życia
    najbardziej przypominają rodowitych Francuzów. Przeciętni Algierczycy lepiej
    sobie radzą z kulturą i biurokracją francuską niż choćby Portugalczycy, którzy
    przyjeżdżali masowo do Francji w latach 70. Są mniej religijni, i częściej
    zawierają mieszane małżeństwa.

    Na Portugalczyków - największą grupę imigrantów - nikt nie zwraca już dzisiaj
    uwagi. Algierczycy wciąż są solą w oku.

    "Paradoksalnie, to właśnie sukces integracji jest we Francji przyczyną
    dyskryminacji - mówi Malek Boutih. - W Londynie w nocnych klubach nie ma
    dyskryminacji, bo Czarni nie mają ochoty spotykać się z Białymi, a Biali z
    Czarnymi."

    Tylko co to właściwie ma znaczyć - integracja?

    - Mówi się, że Algierczycy gorzej się integrują, niż Tunezyjczycy czy
    Marokańczycy. Że zawsze robią jakieś problemy - oburza się Sadek Sellam,
    Algierczyk od lat mieszkający we Francji. - Ale ten bunt znaczy właśnie, że się
    integrują lepiej! Przez lata kolonii Francja powtarzała im, że są Francuzami.
    Czy można się dziwić, że teraz się domagają równości?

    Za przykład integracji Francuzi wolą jednak stawiać Azjatów. Imigracja z Azji
    była mniej m
  • 27.04.04, 14:42
    Za przykład integracji Francuzi wolą jednak stawiać Azjatów. Imigracja z Azji
    była mniej masowa - jechali najzaradniejsi. Chińczycy, nauczeni doświadczeniem
    wieków diaspory, stworzyli w Paryżu własny świat. Nie rzucać się w oczy - oto
    ich zasada.

    W teorii Francuzi potępiają brytyjski model odrębnych etnicznych społeczności.
    Czy imigranci nie powinni mieszać się z innymi, uczyć się języka, brać udział w
    życiu kraju...? W praktyce Francja ceni tę chińską społeczność, która żyje za
    dyskretnie zamkniętymi drzwiami.

    Sklepy, w których wszystkie napisy są po chińsku, bawią Francuzów swoją
    egzotyką. Arabów bezustanku wzywa się do większej integracji.

    To oni - tak bliscy, a tak dalecy - pozostają w Europie symbolicznym Obcym.

    Sami ściągają na siebie rasizm, gdy mówią na ulicy po arabsku - potrafią
    tłumaczyć niektórzy. Jakby wystarczyć miało, żeby Arabowie przeszli na
    francuski, by nadszedł kres dyskryminacji.

    Czy fale antysemityzmu w zachodniej Europie nie brały niegdyś za cel Żydów
    doskonale zasymilowanych? Czy oskarżany o zdradę kapitan Dreyfus, którego
    bronił Zola, nie był oficerem francuskiej armii? Ta umiejętność asymilacji była
    wręcz jednym z zarzutów, które stawiano Żydom - wróg zdawał się groźniejszy, bo
    był niewidoczny.

    - Integracja to proces, który musi przebiegać w dwie strony - powtarzał mi w
    Lyonie ojciec Delorme. - Cudzoziemiec, to jasne, musi wykonać największy
    wysiłek. Ale choćby nie wiem jak się starał, niczego nie zdziała, jeżeli my nie
    zrobimy kroku w jego stronę.

    Źródło wszystkich problemów

    Nie wszyscy jednak mają ochotę na ten krok.

    To Francja jest krajem Europy, w którym najsilniej urosła skrajna prawica.
    Francuzi nie zdawali sobie z tego sprawy aż do lata ubiegłego roku. To wtedy ku
    ogólnemu zdumieniu Jean-Marie Le Pen, szef Frontu Narodowego, stanął naprzeciw
    Jacquesa Chiraca w drugiej turze wyborów prezydenckich.

    "Cudzoziemcze, tyś źródłem wszystkich naszych problemów..." - śpiewał z ironią
    Rachid Taha. Właśnie to mówił Le Pen najbiedniejszym Francuzom, bezrobotnym,
    rozgoryczonym. Francja była ofiarą spisku. Na zewnątrz czyhała na nią Unia
    Europejska, która chciała pożreć jej suwerenność. Od wewnątrz zagrażali jej
    imigranci.

    Nieważne, że wielu z tych, których Le Pen wskazywał palcem, urodziło się i
    wychowało we Francji. Imigrant to ten, kto ma ciemniejszą cerę i niewysokie
    zarobki. W dyskursach skrajnej prawicy słowo "imigrant" zastąpiło
    słowa "Żyd", "Arab", czy "Murzyn".

    Imigracja to bieda, anarchia, przestępczość... - wyliczał Le Pen. Front
    Narodowy miał położyć kres temu wszystkiemu.

    - Francuzom wydaje się dzisiaj, że przyjmując imigrantów zrobili dobry uczynek -
    mówił mi z goryczą ojciec Delorme. - Zapomnieli już, że sprowadzali ich po to,
    żeby wypracowali dobrobyt dla Francji!

    W halach Citro(na jeszcze w latach 80. trzy czwarte robotników było
    cudzoziemcami. Ale i dziś, gdy zamyka się coraz więcej fabryk, imigranci są
    potrzebni. Bez imigrantów, legalnych i nielegalnych, stanęłyby betoniarki w
    Paryżu czy Marsylii. To oni zamiatają chodniki, zmywają naczynia.

    Każdy milion bezrobotnych we Francji - mówi Le Pen - to milion imigrantów za
    dużo.

    Ale to fałszywy rachunek. Większość ekonomistów sądzi przeciwnie - aby utrzymać
    swój poziom rozwoju, Francja musi przyjmować nowych imigrantów.

    Przed drugą turą wyborów Francuzi, wstrząśnięci, masowo wyszli na ulice przeciw
    Le Penowi. Honor Republiki - zdawałoby się - został ocalony.

    Ale czy na pewno?

    Politycy francuskiej prawicy odcinają się od Le Pena stanowczo. Ale ich hasła
    jakby coraz bardziej zbliżają się do jego haseł.

    - Politycy boją się Le Pena - mówił mi rok temu Sadek Sellam. - Wierzą, że może
    skomentować ich decyzje tak, że stracą wyborców. Obawiają się, że w ludziach
    drzemie rasizm...

    Sondaże przyznają im rację. W końcu lat 90. aż 40 procent Francuzów
    przyznawało, że ma poglądy choć trochę rasistowskie.

    Dziś najpopularniejszą postacią francuskiego rządu jest minister spraw
    wewnętrznych. Nicolas Sarkozy, ambitny młody polityk prawicy, przeforsował
    nowe, restrykcyjne prawa - jakby przemoc i wykluczenie dało się zlikwidować,
    nie likwidując przyczyn, które je wywołują.

    Prawo karze odtąd za zbieranie się na klatkach schodowych albo żebranie na
    ulicy - a przecież nie powstały nowe domy kultury czy bezpłatne stołówki. Do
    Afryki wylatują czartery z wyłapanymi na ulicy nielegalnymi imigrantami.

    Le Pen i jego partia pewnie już nigdy nie osiągną podobnego tryumfu, co latem
    2002 roku. Bo i kto jeszcze potrzebuje Le Pena?

    Pociechy państwa Ben Ali

    Zapada wieczór. W Minguettes ludzie wyłączają telewizor dopiero, gdy idą spać.
    Po talerzach anten satelitarnych można poznać, kto ogląda Algierię czy Maroko.

    Dwie francuskie stacje kablowe nadają już programy po arabsku i po kabylsku.
    Ale w głównych programach francuskiej telewizji Said i Amina zobaczą niemal
    wyłącznie przedmioty, na które ich nie stać i ludzi, którzy nie wyglądają jak
    oni. Kiedy się kończy ramadan, w wiadomościach trafią na reportaż, jak arabska
    rodzina przygotowuje święto. Ale gdy telewizja pokazuje, że dzieci mają za
    ciężkie tornistry, nieodmiennie filmuje pociechy państwa Dupont, a nie państwa
    Ben Ali.

    "Telewizja dowodzi, jak społeczeństwo postrzega samo siebie" - zauważa z
    goryczą Calixte Beyala, kameruńska pisarka mieszkająca we Francji.

    We Francji nie ma mowy o "pozytywnej dyskryminacji", jaka w USA zwiększyła
    liczbę czarnej czy latynoskiej młodzieży na studiach, i wprowadziła na ekrany
    aktorów z mniejszości etnicznych. Nikogo nie wolno prześladować za kolor skóry,
    pochodzenie czy wiarę - ale nikt też nie może korzystać z przywilejów.

    Ta zasada to podstawa Republiki. Nie wolno jej zmieniać - uważa Malek Boutih,
    do niedawna przewodniczący SOS-Rasizm. We Francji, jego zdaniem, zasady są
    dobre - tylko praktyka zła.

    "Telewizja wciąż przenosi stereotypy na temat mniejszości - powiada Beyala. - A
    przecież dobry film z czarną czy arabską obsadą byłby lepszym antidotum na
    rasizm, niż dziesięć lat manifestacji!"

    Prawda, że moda na tele-realite dodała barw telewizji. We francuskich
    odpowiednikach "Big Brothera" czy "Idola" są Beurowie i Czarni. Dobrze
    sprzedają się Khaled i Faudel - śpiewają, wiecznie uśmiechnięci, słodkawe
    piosenki o miłości. Furorę robi Jamel Debbouze, zabawny aktor z "Amelii". I kto
    wie, czy najbardziej znanym Francuzem na świecie nie jest dziś Zineddine Zidane.

    Ale Zidane rzadko się wypowiada. Agenci kontrolują każde jego słowo.

    Boją się, że w kibicach także drzemie rasizm.

    "Moje zwycięstwo jest też zwycięstwem mego ojca. Zwycięstwem wszystkich
    Algierczyków dumnych ze swojej flagi, którzy poświęcali się dla swoich rodzin,
    ale nigdy nie porzucili swej kultury" - powiedział przed laty Zidane autorowi
    książki o francuskim futbolu.

    Z drugiego wydania książki zdanie to wykreślono.

    Panie Boutih, niech pan wytłumaczy...

    Sport i rozrywka, to więc ich domeny. Mogą bawić tłumy.

    Ilu deputowanych, senatorów, prefektów czy merów wywodzi się z imigracji z
    krajów Maghrebu? - zapytywał półtora roku temu tygodnik "Nouvel Observateur".
    Odpowiedź była wstrząsająca. Żaden.

    W parlamentach Wielkiej Brytanii, Holandii czy Niemiec zasiadają dzieci Turków
    czy Pakistańczyków. We Francji po marszach lat 80. Beurowie wrócili do swoich
    przedmieść. Działali na osiedlach, zostawali pedagogami społecznymi. Czasem
    trafiali do rady miasta. "To pasowało politykom - uważa Malek Boutih. -
    Politycy nie chcieli równości. Chcieli mieć pośredników, takich szefów
    bambusów, którzy załatwiliby im święty spokój. Jeszcze dziś słyszę
    czasem: 'Panie Boutih, niech no pan wytłumaczy swoim ludziom...'."

    Podczas wyborów wśród kandydatów francuskich partii pojawia się zwykle ktoś o
    arabskim nazwisku - trzeba przyciągnąć jakoś głosy Beurów. Na liście zwykle
    jednak będzie ostatni Tylko do Parlame
  • 27.04.04, 14:44
    Podczas wyborów wśród kandydatów francuskich partii pojawia się zwykle ktoś o
    arabskim nazwisku - trzeba przyciągnąć jakoś głosy Beurów. Na liście zwykle
    jednak będzie ostatni Tylko do Parlamentu Europejskiego trafiają czasem
    deputowani o pochodzeniu arabskim.

    Lewica nie była tu lepsza od prawicy - dopiero Jacques Chirac latem 2002 roku
    wprowadził do rządu Tokyę Saifi, pierwszą minister z korzeniami w imigracji
    maghrebskiej. Stanowisko zajmowała niezbyt ważne, ale miała rangę symbolu.

    Jak te Marianny z przedmieścia, których portrety zawisły na Zgromadzeniu
    Narodowym w rocznicę zdobycia Bastylii.

    "Ciągle nie bierze się pod uwagę myśli, że Francja jest wielorasowa, bogata
    różnorodnością twarzy i krzyżujących się kultur, że wspólny los zbudowany jest
    z rozmaitych wkładów i że przyszłość tego kraju leży też w rękach milionów
    cudzoziemców" - pisał 20 lat temu Tahar Ben Jelloun, francuski pisarz urodzony
    w Maroku. Żadnemu narodowi nie jest łatwo przemyśleć na nowo swą tożsamość,
    nawet jeśli ma w swej historii kolonialne imperium, wzniesione dzięki pracy
    ludzi wszystkich kolorów skóry. Francuzi wprowadzali niegdyś swoją kulturę w
    koloniach - dziś patrzą z obawą, jak inne kultury zapuszczają korzenie w ich
    ziemi...

    Lecz można by pomyśleć, że Francja coraz bardziej zaczyna się przyzwyczajać do
    myśli, że jest krajem mulitietnicznym, i że taka, multietniczna, już będzie
    Europa.

    Że zaczyna rozumieć, że z jej historii nie da się wykreślić tego roku, gdy jej
    pośrednicy dotarli do wsi pod Biskrą, gdzie urodzili się ojciec i matka Saida.

    Bo było tak, jak mówił szwajcarski pisarz Max Frisch - szukano siły roboczej, a
    przyjechali ludzie.
  • 24.07.04, 11:24
    http://serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,42786,2195906.html
    ks. Marek Łuczak 23-07-2004 , ostatnia aktualizacja 23-07-2004 19:44

    Niech politycy francuscy zakazujący noszenia chust myślą raczej o godności
    człowieka - pisze ks. Marek Łuczak

    W mediach nie milkną głosy na temat zakazu noszenia muzułmańskich chust we
    francuskich szkołach publicznych. Niektórzy dziwią się katolickim środowiskom,
    które w większości stają po stronie wyznawców Allaha. Punktem wyjścia rozważań
    nie zawsze muszą być względy aksjologiczne. Warto uwzględnić kwestie czysto
    utylitarne: ograniczanie swobód religijnych kogokolwiek jest podcinaniem
    gałęzi, na której się siedzi.

    W kontekst sporów na styku islamu z kulturą zachodnią wpisuje się najnowsza
    książka Oriany Fallaci "Siła rozumu". Włoska dziennikarka nie oszczędza nikogo,
    kto w jakikolwiek sposób pomaga muzułmanom. O zgrozo - w przypadku Kościoła
    katolickiego - jej krytyka dotyczy nawet działalności charytatywnej wśród
    imigrantów.

    To prawda, że katolicy, przynajmniej większość z nich, negatywnie oceniają
    decyzję francuskich władz zakazującą noszenia chust. Jednak nie jest to wyraz
    żadnego tchórzostwa, jak chciałaby Fallaci, ale racjonalnej kalkulacji.
    Niestety, o ile rozum pojawia się w tytule ostatniego jej bestselleru, o tyle
    znika już na następnych stronach książki, wyparty przez zwykłą furię.

    Siła aksjomatu

    Zarzutu nieracjonalności nie można postawić osobom, które wydały ten zakaz. I
    chyba na tym polega szkopuł. Zresztą nie tylko w przypadku wspomnianego sporu,
    ale wszędzie tam, gdzie pojawia się przestrzeń dla jakiejkolwiek rzeczowej
    dyskusji. Niewłaściwe zrozumienie jej przebiegu może prowadzić do
    niebezpiecznego wniosku, że ktoś po drodze popełnił błąd. A źródłem rozminięcia
    się jest nie tyle błąd logiczny, ile założenie przyjęte na wstępie każdego
    rozumowania.

    Jeśli chodzi o francuski punkt widzenia, mamy do czynienia z prawidłowym
    wnioskowaniem. Z właściwych przesłanek wynika właściwy wniosek. Podobnie jest w
    przypadku przeciwnego poglądu. Stąd brak porozumienia, więcej nawet - brak
    szans na jakikolwiek konsensus.

    Jeśli ktoś w swoim myśleniu wyjdzie z przekonania, że najważniejsze jest dobro
    Republiki i świecki charakter państwa, to będzie skazany na myślenie przeciwne
    przekonaniu kogoś, dla kogo najważniejsza będzie godność osoby i wolność
    religijna. Więc na różnicy przyjętych założeń polega cała różnica zdań.

    Laickość religią panującą

    Autorzy francuskiego zakazu opowiadają się po stronie Republiki. Jednak
    prawdopodobnie do końca nie zdają sobie sprawy ze złożoności problemu.
    należałoby bowiem zapytać: o jaką republikę chodzi? Niestety, za sprawą coraz
    powszechniejszego relatywizmu konieczne jest dziś określanie pojęć dodatkowymi
    przymiotnikami. Ponieważ zbyt wiele jest wieloznaczności, domagają się tego
    elementarne zasady metodologii. Zatem dla Francji wartością jest nie tyle
    Republika, ile republika laicka. Laickość nie jest neutralnością - tak jak nie
    jest nią wyznaniowość państwa będąca na przeciwległym biegunie. Czyli dla
    państwa wyznaniowego nie jest alternatywą państwo laickie, jak chcieliby
    Francuzi.

    Nie może być mowy o neutralności, gdy w ramach wspólnego państwa jedni
    ograniczają prawa drugich. W momencie zaistnienia takowej sprzeczności
    interesów każde rozwiązanie jest patowe. Przegrani poczują się albo zwolennicy
    zakazu, albo przeciwnicy. Byłoby zdecydowanie lepiej, gdyby państwo w ogóle nie
    ingerowało w sprawy tak delikatne jak ludzkie sumienie.

    Echem dyskusji o chustach jest opinia, że laicyzm we Francji staje się
    ideologią. Dla innych koncepcja państwa bardzo wyraźnie akcentująca rozdział
    Kościoła (bez przymiotnika "przyjazny") jest nie tyle ideologią, ile -
    paradoksalnie - rodzajem religii. Niestety, choć w pluralistycznej
    rzeczywistości byłoby to do przyjęcia, francuski kazus pokazuje coś
    niepokojącego: laicyzm staje się religią panującą, przez co paradoks jest nie
    tylko wyraźniejszy, ale wprawia w jeszcze większe zdumienie.

    W tym miejscu warto przypomnieć naukę św. Augustyna. Już przed wiekami uznał on
    Kościół i państwo za porządki doskonałe, które mają osobne cele i wystarczające
    środki do ich realizowania (na tym ostatnim polega ich doskonałość). Każdy
    spełnia właściwą sobie funkcję, co nie oznacza żadnej sprzeczności, ale wręcz
    szansę na wzajemne uzupełnienie.

    Prokreacja zamiast wojny

    W „Gazecie Świątecznej” z 13 czerwca br. ukazał się artykuł Miłady Jędrysik
    pt. „Rozum w cieniu furii” traktujący o najnowszej książce Fallaci. Odnosząc
    się do francuskiego zakazu noszenia chust, autorka przywołuje argument
    demograficzny. Pisze, że już dziś w Europie mieszka kilkadziesiąt milionów
    muzułmanów i ich liczba stale rośnie. Stawia też następujące pytanie: „Czy
    spowoduje to, że za kilkadziesiąt lat wyznawcy islamu w Europie osiągną »masę
    krytyczną « i zgodnie z duchem demokracji będziemy musieli uznać ich żądania,
    by żyli według własnych reguł?”.

    Może moja obawa jest bezpodstawna, ale nie potrafię nie zapytać: a jeśli za
    kilkadziesiąt lat nie tylko przegłosują, że mogą nosić chusty i mamy im na to
    pozwolić, ale że my musimy się zachowywać jak oni, bo takie jest święte prawo
    większości? Gdyby demokratycznie przegłosowali, że islam staje się religią
    państwową, byłaby to tragiczna konsekwencja dzisiejszej polityki Francji, która
    zmusza muzułmanów do zdejmowania chust. Oby Francuzi nie musieli ich sami
    nosić. Europa zna z historii zasadę Cuius regio, eius religio (Czyja władza,
    tego religia). Widać historia nie zawsze jest nauczycielką życia.

    Bracia muzułmanie

    Kiedy chrześcijaństwo pojawiło się na mapie starożytnego świata, niewolnictwo
    było rozpowszechnione. Jak wynika z biblijnych przekazów, nikomu nie zależało
    na rewolucyjnych zmianach porządku społecznego. Można nawet zaryzykować
    twierdzenie, że Chrystus i Apostołowie szanowali (akceptowali) ten porządek.
    Jednak znana jest scena, w której do chrześcijanina św. Pawła przychodzi
    niewolnik Onezym. Skarży się na swojego pana, od którego uciekł. Paweł chciał
    nawet na początku zatrzymać sługę przy sobie, ale ostatecznie postanawia
    odesłać go do właściciela. Jednocześnie pisze najkrótszy tekst Nowego
    Testamentu, List do Filemona, w którym zawiera wyjątkowe przesłanie: przyjmij
    go, ale nie jako niewolnika, lecz brata.

    Niektórzy w tym wydarzeniu widzą początek ewolucji, która doprowadziła do tego,
    że niewolnictwo straciło rację bytu. Gdy rozpowszechniła się świadomość
    godności człowieka, nie wypada akceptować tego, co się tej godności sprzeciwia.
    Decyzja Pawła jest przykładem chrześcijańskiej pedagogii, wychowywania do
    szacunku dla drugiego człowieka.

    Święte prawo sumienia

    Jeden z ważniejszych dokumentów Soboru Watykańskiego II traktuje o wolności
    religijnej. Taki też polski tytuł ma deklaracja z 1965 roku. Wymowne jest, że w
    łacińskim tytule zawarte jest słowo "godność" ("Dignitatis humanae"). Choć, jak
    czytamy w dokumencie, w dzisiejszych czasach ludzie coraz bardziej uświadamiają
    sobie godność osoby ludzkiej, francuski przykład wydaje się temu przeczyć.

    Ojcowie soborowi w następujący sposób sformułowali ogólną zasadę wolności
    religijnej: "Osoba ludzka ma prawo do wolności religijnej. Tego zaś rodzaju
    wolność polega na tym, że wszyscy ludzie powinni być wolni od przymusu ze
    strony czy to poszczególnych ludzi, czy to zbiorowisk społecznych i
    jakiejkolwiek władzy ludzkiej, tak aby w sprawach religijnych nikogo nie
    przymuszano do działania wbrew jego sumieniu ani nie przeszkadzano mu w
    działaniu według swego sumienia".

    Opłacalna inwestycja

    Może we francuskim rozumowaniu należałoby zmienić punkt wyjścia? Zamiast
    akcentować pierwszeństwo Republiki, politycy winni raczej uwzględniać godność
    człowieka. To samo zadanie stoi także przed wszystkimi, którzy
    chcą "cywil
  • 24.07.04, 12:05
    Dzięki- warto przeczytać! Pzdr!!!
  • 12.10.04, 21:08
    Ćwierć miliona "nielegalnych" we Francji

    We Francji żyje ćwierć miliona ludzi, którym w ostatnich latach odmówiono
    azylu - alarmują media. Wśród nich są radykalni islamiści, którzy bez przeszkód
    mogą krążyć po całej Unii, montując np. terrorystyczne siatki

    Tajny raport francuskiej administracji trafił na czołówkę środowego "Le
    Figaro". Dotyczy głównie tego, że nielegalni przybysze kosztują Francję
    dziesiątki milionów euro. Wynika z niego jednak też jasno, że tolerowani nad
    Sekwaną cudzoziemcy mogą być dla Europy śmiertelnym zagrożeniem.

    Nielegalni imigranci, którym odmówiono prawa do azylu, pochodzą we Francji
    głównie z muzułmańskich państw Afryki. Po odmownym rozpatrzeniu ich wniosku
    zwykle udaje im się uniknąć odesłania do ojczyzny i po prostu "rozpływają się"
    we Francji, znikając spod kontroli władz. Zwykle lądują u krewnych lub
    znajomych na przedmieściach wielkich miast, gdzie żyją pozbawieni wszelkich
    praw i zazwyczaj też źródeł utrzymania (części udaje się uzyskać pomoc
    socjalną) z poczuciem odrzucenia przez Zachód. Tam zaś łatwo mogą ich pozyskać
    islamiści, którzy werbują ochotników do Dżihadu.

    Szeregi tych wykluczonych, zwanych we Francji "ludźmi bez dokumentów", rosną od
    lat. W 1998 r. starających się azyl we Francji było 28 tys., a w 2003 r. już 61
    tys. W tym roku z 40 tys. rozpatrzonych wniosków 34 tys. odrzucono, głównie od
    przybyszów z muzułmańskich państw Afryki. Mimo to najwyżej co piątego z nich
    udało się deportować lub zachęcić do wyjazdu dobrowolnie.

    Raport sugeruje, by organizować azylantom lekcje języka oraz dać możliwość
    pracy, np. sezonowej. Wszystko po to, by nie pozostawali bezczynni i się nie
    alienowali. To jednak problemu nie rozwiąże. Według cytowanego przez "Le
    Figaro" adwokata Alaina Jakubowicza, który w merostwie Lyonu zajmuje się
    sprawami azylantów, osoba, której wniosek odrzucono, zwykle "schodzi do
    podziemia". Nawet jeśli zostanie złapana, to nie sposób jej wyrzucić -
    wystarczy, że ukryje przed Francuzami kraj pochodzenia, a wtedy deportacja
    staje się niemożliwa. - Ta część ludności jest niezwykle mobilna. Może
    podróżować z kraju do kraju, wrócić do swoich ojczyzn, a potem znów przyjechać
    do Francji z wizą turystyczną - mówi Jakubowicz. Jego zdaniem konieczne jest
    pilne, by we Francji skrócono procedury rozpatrywania wniosków o azyl.

    źródło: gazeta.pl, Robert Sołtyk, Strasburg 15-09-2004
  • 10.06.05, 12:38
    Na egzaminy można w chustach
    IAR, 2005-06-08


    Począwszy od jutra muzułmańskie maturzystki we Francji mogą przychodzić na
    egzaminy maturalne w chustach. Muszą jednak pozwolić się skontrolować, czy nie
    ukrywają pod chustą słuchawek lub innych niedozwolonych przedmiotów.

    Na tę wyjątkową sytuację podczas egzaminów końcowych zezwala ustawa o
    neutralności światopoglądowej w szkołach. Informując o tym, media francuskie
    przytoczyły wypowiedź rzecznika ministerstwa edukacji, który oświadczył, że
    wszystkie uczennice i uczniowie poddawani są takiej samej kontroli przed
    wejściem na salę egzaminacyjną, a więc muszą przedstawić dowód tożsamości i
    pozwolić na kontrolę teczek. Uczennice i uczniowie noszący długie włosy będą
    sprawdzani, czy nie kryją pod nimi słuchawek.

    Specjalne przepisy dotyczące egzaminów zawarte są w ustawie o neutralności
    światopoglądowej w szkołach, która weszła w życie jesienią ubiegłego roku. Na
    jej mocy, uczniom nie wolno nosić wyraźnych oznak świadczących o ich
    przynależności religijnej. Obok muzułmańskiej chusty zaliczono do nich żydowską
    kipę, sikhijski turban i duży krzyż.

  • 10.06.05, 23:08
    Wojna Arabów z Romami w Perpignan


    Robert Sołtyk, Paryż 30-05-2005

    Perpignan, miasto gorącego południa Francji znane dzięki festiwalom
    kulturalnym, od tygodnia żyje w strachu. By powstrzymać zamieszki między
    Cyganami i Arabami, ściągnięto trzy kompanie sił specjalnych policji

    Wszystko zaczęło się w niedzielę tydzień temu. Arab ukradł Cyganowi samochód.
    Na wieść o tym banda młodych Cyganów uzbrojonych w kije baseballowe i żelazne
    drągi wtargnęła do arabskiej kawiarenki, gdzie na oczach licznych świadków
    zakatowała na śmierć młodego Mohameda Bey-Bachira. By inni zapamiętali, że
    Cyganom aut się nie kradnie.

    Wśród coraz liczniejszej w Perpignan społeczności arabskiej zawrzało. Młodzi
    postanowili zemścić się na Romach. Żyją oni na południu Francji od wieków,
    nadając tamtejszej kulturze, zwłaszcza muzyce, charakterystyczny klimat. Obie
    społeczności należą do społecznych nizin. W Perpignan od 50 lat żyją niemal na
    tych samych ulicach, ale osobno - bez mieszanych małżeństw, wspólnych sklepów
    czy zabaw.

    Arabska zemsta spełnić się jednak nie mogła. Romowie pozamykali w domach żony i
    dzieci, wystawili na rogach ulic uzbrojone bojówki. Pojawiła się także policja -
    zdaniem Arabów zamiast aresztować morderców Mohameda i rozbroić Romów, zaczęła
    ich chronić. Młodzi Arabowie co noc na starówce podpalali więc z zemsty
    samochody na chybił trafił, demolowali sklepy. W sobotę odbył się niemal
    pięciotysięczny marsz milczenia społeczności arabskiej ku czci zabitego.

    W niedzielę, dniu referendum nad konstytucją europejską, wybuchły otwarte
    starcia. Z samochodu, który krążył po mieście, strzelano do przypadkowych
    Arabów. Zginął kolejny mężczyzna, którego personaliów nie podano, dwie osoby
    zostały ranne od kul, w tym jedna - ponoć kobieta - w głowę. Wywołało to
    regularną bitwę między uzbrojonymi w maczety i noże kilkuset Arabami a policją
    francuską na centralnym placu Cassanyes. Wynik: cztery osoby ranne od broni
    białej, dwie trafione butelkami, w tym jeden policjant, kilkadziesiąt spalonych
    aut i całkowicie zdewastowane sklepiki w historycznym centrum.

    Napięcie nie spada. Romowie twierdzą, że żyją w ciągłym strachu przed Arabami,
    którzy nic nie robią, a zaczepiają ich kobiety. Arabowie skarżą się, że to
    Cyganie nie pracują, a stać ich na drogie limuzyny. Francuscy mieszkańcy
    Perpignan skarżą się, bo - jak podsumowuje "Libération" - w starciu obu
    społeczności stali się naraz zakładnikami i rozjemcami mimo woli.
  • 13.11.03, 20:11
    Integracja społeczna imigrantów po holendersku

    Holenderscy politycy prześcigają się w pomysłach na zintegrowanie społeczne
    imigrantów, ale niektórzy z nich nie przebierają w słowach. Tak jak jeden z
    liderów opozycyjnej Partii Pracy, który nazwał Marokańczyków... cipami!


    Tego skandalicznego - jak na wciąż przecież tolerancyjną wobec imigrantów
    Holandię - sformułowania użył niedawno w Amsterdamie Tjalling Halbertsma,
    lokalny lider Partii Pracy - PvdA. Podczas jednego z wieców dotyczącego cięć w
    budżecie dla organizacji młodzieżowych miał według świadków krzyczeć na cały
    głos: "Rozprawimy się z tymi cipami Marokańczykami, jeśli nie będą słuchać".

    Brzydkie słowo na "c" (Halbertsma użył słowa "kut", co w języku holenderskim
    jest wulgarnym określeniem kobiecych narządów płciowych) wywołało wielką
    konsternację w PvdA. Sam Halbertsma wyjaśniał, że przekręcono jego słowa. Media
    przypomniały szybko i jemu, i partii, że już w zeszłym roku z takim epitetem
    zwracał się do Marokańczyków inny z liderów PvdA niezadowolony z tego, że
    zawiódł się na ich poparciu w kampanii wyborczej.

    Obelgi, podobnie jak i inne przejawy nietolerancji wobec cudzoziemców w ogóle i
    muzułmanów (którzy stanowią 6 proc. mieszkańców) w szczególności, to w Holandii
    wciąż rzadkość. Niestety, sen o wieloetnicznym społeczeństwie skończył się w
    2002 roku wraz z pojawieniem się populistycznego i antyimigranckiego ruchu Pima
    Fortuyna. Zamordowanie jego lidera (na szczęście dla imigrantów - przez
    rodowitego Holendra) na kilka dni przed wyborami sprawiło, że problem imigracji
    nabrał nowego wymiaru. Politycy głównych partii establishmentu zorientowali
    się, że na rosnącej niechęci do imigrantów i strachu przed szalejącymi po
    ulicach miast gangami marokańskich nastolatków populiści mogą zbić całkiem
    niezły kapitał, w tym partia pogrobowców Fortuyna - Liście Pima Fortuyna.
    Dostojni politycy zaczęli więc mnożyć własne programy oswajania, integrowania
    czy wreszcie sprowadzania ze złej drogi przybyszów z Afryki Północnej, z byłych
    kolonii itd.

    Ucz się, płać i płacz

    I tak podczas niedawnej debaty parlamentarnej nad nową ustawą imigracyjną
    światło dzienne ujrzało kilka dość kontrowersyjnych pomysłów dotyczących losu
    kandydatów na obywateli Holandii. Odpowiedzialna za tę dziedzinę minister -
    wywodząca się z liberalnej partii VVD Rita Verdonk - zaproponowała, by
    imigranci skończyli kursy języka holenderskiego i historii Holandii, i to
    zarówno nowi, którzy już na takie kursy muszą chodzić, jak i od dawna tu
    przebywający, w tym ludzie starsi. Co więcej, za te kosztujące kilka tysięcy
    euro kursy musieliby sami zapłacić. Zdając sobie sprawę, że zdecydowana
    większość imigrantów to ludzie bez pieniędzy, minister powiedziała, że gminy
    powinny udzielać im korzystnych kredytów na takie kursy. Niewykluczone, że
    część kosztów zwracałoby państwo.

    Tak wyglądałaby marchewka. A kij? Kijem - zdaniem pani minister - byłoby np.
    odebranie przywilejów socjalnych, zapomóg czy zasiłków tym, którzy nie zdaliby
    egzaminów bądź w ogóle nie stawiliby się na kursach. Odbieranie przywilejów to
    ulubiona sankcja minister Verdonk. Kilka tygodni temu powiedziała, że trzeba
    się zastanowić, czy nie wprowadzić takich właśnie kar wobec rodziców nieletnich
    imigrantów dopuszczających się przestępstw. Była to reakcja na wstrząsające
    doniesienia o terroryzowaniu pacjentów podamsterdamskiego domu starców przez
    gang nastoletnich Marokańczyków. Takie gangi zalazły za skórę wielu Holendrom,
    a jak wskazują sondaże, obywatele Niderlandów uważają, że marokańska młodzież
    będzie stawała się jeszcze bardziej agresywna i groźna.

    Lekcje z Holocaustu u imama?

    Obecnemu rządowi nie wypada stosować recepty populistów, czyli nasilenia
    przymusowych deportacji nielegalnych imigrantów. Stąd minister Verdonk uważa,
    że warto by zastosować "filtry" w krajach, z których przybywa ich najwięcej.
    Ci, którzy chcieliby przyjechać do Holandii z Turcji czy Maroka (właśnie z tych
    krajów napływa najwięcej imigrantów) w celach matrymonialnych bądź łączenia
    rodzin, musieliby zdać elementarny egzamin z "holenderskości" już w swoim
    kraju.

    Pozostający w opozycji socjaliści i partia pracy krzywo patrzą na pomysły pani
    minister. Są też inicjatywy idące jeszcze dalej. Ayaan Hirsi Ali, deputowana z
    tej samej liberalnej partii VVD, zaproponowała, by wziąć pod baczną obserwację
    działające legalnie 43 szkoły islamiczne i odcinać dopływ publicznych i
    prywatnych funduszy do nich, jeśli okazałoby się, że są one gniazdem
    nietolerancji, antysemityzmu i nienawiści rasowej czy agresji skierowanej
    przeciw mniejszościom seksualnym. Holenderskie służby specjalne zmroziły jakiś
    czas temu opinię publiczną informacją, że część tych szkół może być wylęgarnią
    islamskich ekstremistów, ewentualnych adeptów al Kaidy.

    Być może dlatego Ayaan Hirsi Ali chciałaby, aby szkoły te wprowadziły do swoich
    programów lekcje z historii Holocaustu i edukację seksualną. W szkołach
    islamicznych miałyby się też odbywać lekcje mówiące o różnych preferencjach
    seksualnych. Na tak rewolucyjne posunięcie nie chce się zgodzić nawet minister
    Verdonk.

    W umowie koalicyjnej sprzed kilku miesięcy znalazł się znaczący
    zapis: "Ktokolwiek chce pozostać w naszym kraju, musi odnaleźć się w
    holenderskim społeczeństwie, uczyć się języka holenderskiego, rozumieć
    holenderskie wartości i żyć zgodnie z nimi". Prowadzona dotąd "holenderyzacja"
    polegająca na uczestnictwie "nowych" imigrantów w kursach językowych przyniosła
    efekty. Według danych MSW liczba podań o azyl spadła w ostatnim roku aż o 70
    proc.!

    Jeden z ministrów poprzedniego rządu planował rozciągnięcie obowiązku
    znajomości holenderskiego również na imamów z ponad 450 działających w
    Niderlandach meczetów. Według tych porzuconych planów islamski kleryk, który
    oblałby egzamin z języka swego nowego kraju, musiałby się liczyć z utratą prawa
    do pobytu. Nowy rząd nie wrócił do tego pomysłu.

    ŹRÓDŁO: Gazeta Wyborcza, Jacek Pawlicki 13-11-2003
  • 13.05.04, 14:28
    Imię Mohammed nie jest już najpopularniejszym imieniem w Amsterdamie. Jak
    przypomniał holenderski dziennik "De Telegraaf" to imię od 20 lat utrzymywało
    się na pierwszym miejscu wśród imion najczęściej nadawanych chłopcom urodzonym
    w stolicy Holandii.

    Wszystko wskazuje na to, że po latach królowania na liście amsterdamskich imion
    w tym roku Mohammeda zastąpi Lukas. Mohammed spadł na drugie miejsce, a tuż za
    nim uplasował się Sam.

    Wśród dziewczynek najpopularniejszym imieniem w tym roku jest Sara, która
    utrzymuje się na pierwszym miejscu od 1990 roku. Na drugim miejscu znalazła się
    Eva, a trzecie zajmuje Charlotte.

    źródło: onet.pl, IAR, MFi /2004-05-13
  • 23.10.04, 02:17
    Holandia coraz bardziej muzułmańska

    źródło: IAR, 2004-10-20

    Po raz pierwszy chrześcijanie stanowią w Holandii mniejszość. Zwiększa się za
    to liczba muzułmanów.

    Jak wynika z ankiety przeprowadzonej przez dziennik "Trouw" i Holenderskie
    Towarzystwo Biblijne, jedynie 33 procent Holendrów jest lub czuje się członkami
    kościołów protestanckiego lub katolickiego. Pozostali są ateistami lub
    wyznawcami innych religii.

    Jeszcze 8 lat temu chrześcijanie stanowili połowę mieszkańców Holandii. Dziś
    najczęściej nadawanym imieniem jest w tym kraju "Muhammad".

    Zdaniem profesora socjologii z Uniwersytetu w Amsterdamie dane te są godne
    uwagi, gdyż w ostatnich latach twierdzono, iż następuje powrót do
    religii. "Okazuje się, że jest wręcz odwrotnie" - uważa profesor Hijme
    Stoffels.

    Najniższa w historii jest też liczba osób, posiadających Biblię w domu. Jedynie
    połowa pytanych ma ją w domu. Wielu jej nie czyta, bo "jest ksiegą starej
    daty". Jedynie 20 procent uważa, że Biblia zawiera wciąż aktualne treści.
  • 28.10.04, 19:48
    Ayaan Hirsi Ali

    Ayaan przyznała publicznie, że przestała wierzyć w Allaha. W Holandii rzecz
    normalna, ponad połowa ludności nie należy do żadnej gminy wyznaniowej. Dla
    Ayaan jednak według szariatu, religijnego prawa, jest to podpisanie wyroku
    śmierci na siebie. To niesłychana zdrada. Islamska społeczność wybuchła nowym
    protestem. O Ayaan Hirsi Ali, Somalijce, która została liberalną holenderską
    parlamentarzystką, pisze Sasza Malko

    "Ile masz dzieci, babciu?" - pytała mała Ayaan. "Jedno" - odpowiadała babcia,
    bo jej osiem córek się nie liczyło. Uważała też, że ma tylko jednego wnuka. "A
    my?" - pytały Ayaan i jej siostra. "Wy będziecie naszej rodzinie rodzić
    synów". "Mam się stać fabryką synów" - myślała Ayaan.

    "Masz być posłuszna - mówiła babcia. - Masz być cierpliwa. Masz słuchać Boga,
    ojca, męża, brata, rodziny, klanu. Od tego zależy twój honor. Za to dostaniesz
    nagrodę na tamtym świecie. Dla kobiet są tam daktyle i winogrona".

    Ayaan i jej siostra były w połowie szkoły, kiedy matka zakazała dziewczynkom
    dalej do niej chodzić. Po co im to mieszanie w głowach? I tak za parę lat
    zostaną wydane za mąż. Niech się lepiej uczą prowadzenia domu - orzekła. W
    obronie córek, ich edukacji stanął ojciec. Zagroził matce, że ją przeklnie na
    zawsze. Przeklnie ją też - powiedział - jeśli jego dziewczynki zostaną
    obrzezane. Ale ojciec rzadko bywał w domu. "Do tej pory nie wie - mówi Ayaan -
    że mama i babcia dopięły jednak swego". Ayaan opowiada po latach chłodno,
    pobieżnie. "Islam wymaga, by dziewczyna wychodziła za mąż jako dziewica. Dogmat
    dziewicy jest gwarantowany przez wycięcie klitoris, zaszycie warg sromowych i
    zamknięcie dziewczyny w domu".

    Ayaan urodziła się w Somalii w 1969 r. Jej ojciec, przywódca demokratycznej
    opozycji Hirsi Magan, siedział w więzieniu. Zobaczyła go po raz pierwszy, gdy
    miała sześć lat. Ojciec wyszedł na wolność i wyemigrował do Arabii Saudyjskiej.
    Rodzina pojechała za nim. Po roku przeprowadzili się do Etiopii, w końcu
    zacumowali w Kenii.

    Ojca prawie nigdy nie było w domu. Znikał na rok, czasami na parę lat, miał
    inne żony, które też czekały na niego latami. Bo dla ojca najważniejsza była
    sprawa. Od rodziny też wymagał pełnego poświęcenia dla ojczyzny i
    opozycji. "Gdy narzekałyśmy, że chcemy mieć tatę jak wszyscy, mówił, że to
    zaszczyt być powołanym do wyższego celu, że musimy nieść nasz los z podniesioną
    głową" - opowiada Ayaan.

    W Nairobi Ayaan poszła do elitarnego liceum Moslem Girls Secondary School. Były
    tam dziewczęta z Kenii, Jemenu, Somalii, Pakistanu, Indii. „Zdolne,
    inteligentne dziewczyny. Znikały po kolei, na porannym apelu coraz częściej
    było słychać »nieobecna «, czyli wydana za mąż. Spotykałam je po roku, dwóch,
    grube, w ciąży, z dzieckiem na ręku. Wola walki, światełko w oczach, wszystko
    zgasło. Stały się fabryką synów. Dzięki Bogu, że ojciec mieszkał wtedy z nami,
    bo i ja zostałabym wydana za mąż w 16. urodziny”.

    Była połowa lat 80. Ayaan przez chwilę opanowała - ku uciesze matki -
    ortodoksyjna religijność. "To była fascynacja naszą cudowną uduchowioną
    nauczycielką islamu. Poddam się bez reszty woli Allaha, powtarzałyśmy za nią".
    Zawinięta w czarne płótno hołdowała z całego serca czystości i powściągliwości.
    Ale zakochała się, były cielęce zaloty, całowanie po kątach, wszystko surowo
    zakazane religijnym prawem. Jej wiara zaczęła się kruszyć.

    W 1991 r. Ayaan miała 22 lata. W domu pojawił się nagle daleki kuzyn z
    Kanady. "Czas na małżeństwo i dzieci" - oświadczył ojciec. Nawet on, taki
    postępowy, nie wyobrażał sobie innego sposobu na wejście w dorosłe
    życie. "Wierz mi, to dla ciebie najlepsze". O dyskusji nie było mowy. Ayaan
    uciekła w dzień ślubu. Uciekła z Kenii, okrywając hańbą ojca i cały klan. Już z
    Holandii napisała list, błagając o zrozumienie. Ojciec list odesłał z
    dopiskiem, że dziewczyna, która go zdradziła, nie ma prawa uważać się za jego
    córkę. Sześć lat milczał, aż pewnego wieczoru zadzwonił do akademika w
    Leiden. "A be - powiedział do słuchawki - moje dziecko".

    Pierwsze miesiące w Holandii musiały być szokiem dla zbuntowanej, ale jednak
    wierzącej afrykańskiej mahometanki. Cała Holandia wydała się jej kompletnie
    nieprzyzwoita. Dziewczyny w spódniczkach ledwie zakrywających pupę, mężczyźni i
    kobiety w krótkich spodenkach na rowerach, na trawie obściskujące się pary. I
    to przyzwolenie w gruncie rzeczy na wszystko, abyś tylko innym nie przeszkadzał
    żyć - absolutna odwrotność jej świata zakazów. "Stanęłam przed potwornym
    dylematem: według mojej wiary byłam sto razy lepsza, a musiałam przyznać, że
    pogańscy Holendrzy radzą sobie w życiu lepiej niż my".

    Najpierw mieszkała w ośrodku dla azylantów. Uczyła się holenderskiego,
    pracowała jako sprzątaczka, sortowała listy. Nosiła czarną chustę, najpierw z
    trochę odsłoniętym czołem, potem na pół zsuniętą na tył głowy, ku zgorszeniu
    lokalnej somalijskiej społeczności. Aż pewnego dnia wyszła na ulicę z odkrytą
    głową.

    Przeniosła się do akademika. Skończyła politologię w Leiden. Zamieszkała ze
    swoim holenderskim chłopakiem. Znalazła dobrą pracę w przedsiębiorstwie
    farmaceutycznym. I byłaby, jak się w Holandii mówi, azylowym yuppies, gdyby nie
    to, że przez całe studia dorabiała jako tłumaczka somalijskiego w pomocy
    społecznej, w klinikach aborcyjnych, w domach dla bitych kobiet. Wstąpiła do
    socjaldemokratów.

    Wtedy właśnie wybuchła afera imama El Moumni z Rotterdamu. Głosił swoim
    wiernym, że Holendrzy to zwyrodnialcy, homoseksualizm to zaraźliwa, groźna
    choroba, a cały Zachód stoi niżej niż psy. Ktoś to w końcu przetłumaczył i w
    kraju zawrzało. Pod pręgierz go, do sądu - grzmiały organizacje gejów. Do czego
    to podobne - wołali politycy - wydajemy miliony na integrację obcokrajowców, a
    ich kapłani hodują nam wrogie pokolenia. No tak - mądrzyli się publicyści - z
    drugiej jednak strony nie wolno odbierać ludziom ich kultury; i kto niby ma
    kontrolować kapłana? Sam imam był zdziwiony zamieszaniem. "Ja nie uprawiam
    żadnej polityki - powtarzał w telewizji - tylko głoszę od lat te same prawdy
    wiary".

    "I wtedy zrozumiałam - mówi Ayaan - że Somalia dopadła mnie w Holandii".
    Porzuciła biznes. Zatrudniła się w fundacji Wiardi Beckman, instytucie naukowym
    przy partii socjaldemokratów. Zaczęła publikować precyzyjnie logiczne artykuły
    o tym, że islamska społeczność w Holandii wcale nie jest tak zintegrowana, jak
    by chcieli wierzyć politycy. Że polityka integracyjna nie może bazować na
    równości kultur, kiedy hierarchiczna kultura islamu jest zaprzeczeniem
    indywidualistycznej kultury Zachodu. Pisała, że dopóki szariat rządzi umysłami
    mahometan w Holandii, dopóty kultywowanie "integracji z zachowaniem własnej
    osobowości" za pomocą ogromnych subsydiów równa się popieraniu swoistego
    apartheidu, a rezultatem jest frustracja. Pisała o kulcie męskości, o przemocy
    w rodzinie, o podrzędnej pozycji kobiet, o tym, że mrzonką jest emancypacja
    islamskiej młodzieży w Holandii, gdy jest wychowywana przez matki-analfabetki i
    wszechwładnych ojców.

    Przez dziesiątki lat holenderscy politycy uważali, że pozostawienie
    mahometańskiej mniejszości wszystkich jej wartości jest rozsądniejsze niż
    przymusowa asymilacja. Nigdzie w Europie nie ma więc tylu meczetów, islamskich
    szkół, organizacji i mediów co w Holandii. Efektem był społeczny spokój
    nieporównywalny z sytuacją Niemiec, nie mówiąc już o Francji. Ale też zjawiska
    opisywane przez Ayaan Hirsi Ali. Zamknięcie się większości we własnym
    środowisku. Dyktat grupowych poglądów i opinii. Ulice i dzielnice miast
    rozpoznawalne nie tyle po przeważającym typie ubioru i specyficznych sklepach,
    ale i po talerzach anten telewizyjnych na każdym balkonie skierowanych w jedną
    stronę. Dawniej nazywano je "talerzami nostalgii", ostatnio mówi się
    o "talerzach propagandy". Imigranckie dzielnice masowo rezygnują z kabli, czyli
    z h
  • 28.10.04, 19:48
    Przez dziesiątki lat holenderscy politycy uważali, że pozostawienie
    mahometańskiej mniejszości wszystkich jej wartości jest rozsądniejsze niż
    przymusowa asymilacja. Nigdzie w Europie nie ma więc tylu meczetów, islamskich
    szkół, organizacji i mediów co w Holandii. Efektem był społeczny spokój
    nieporównywalny z sytuacją Niemiec, nie mówiąc już o Francji. Ale też zjawiska
    opisywane przez Ayaan Hirsi Ali. Zamknięcie się większości we własnym
    środowisku. Dyktat grupowych poglądów i opinii. Ulice i dzielnice miast
    rozpoznawalne nie tyle po przeważającym typie ubioru i specyficznych sklepach,
    ale i po talerzach anten telewizyjnych na każdym balkonie skierowanych w jedną
    stronę. Dawniej nazywano je "talerzami nostalgii", ostatnio mówi się
    o "talerzach propagandy". Imigranckie dzielnice masowo rezygnują z kabli, czyli
    z holenderskiej telewizji.

    "Jak można liczyć na zdrowy rozwój chłopców - pisze Ayaan Hirsi Ali - kiedy w
    domu i w telewizji słyszą, że są panami stworzenia i że kobiety można tłuc dla
    ich własnego dobra, a w holenderskiej szkole muszą słuchać nauczyciela-geja
    albo nauczycielki w T-shircie. Jak można liczyć na normalny rozwój dziewcząt,
    gdy ich wychowanie oparte jest na zaprzeczeniu ich samodzielności i
    odpowiedzialności za siebie. Fizyczne i psychiczne rozdzielenie mężczyzn i
    kobiet daje nikłą szansę na rozwój umiejętności komunikowania, tak koniecznej w
    rodzinie. Mahometańskie kobiety skarżą się, że mężowie prawie z nimi nie
    rozmawiają. Małżeństwa są aranżowane przez rodziny. Chłopcy są obarczani
    odpowiedzialnością za dziewczynę, której prawie nie znają. Wszystko to prowadzi
    do niezrozumienia, złości i bezsilności, skąd jeden krok do przemocy".

    Ayaan cytuje partyjnych kolegów, holenderskich socjaldemokratów. "Nie
    przesadzaj, z czasem przejdzie samo, zwyczajne problemy społecznych dołów,
    należy tych ludzi popierać, a nie atakować". "30 lat temu mieliśmy podobne
    problemy z katolikami i wszystko się wyrównało".

    Dyskusje te odbywały się w rodzinnym kręgu partii pracy, w czasopismach o
    wąskim zasięgu. Mało kto wiedział, że u socjaldemokratów pracuje młoda
    Somalijka, która niczego nie owija w bawełnę, nie okrywa płaszczem miłości, a
    do tego świetnie pisze. Pozostałaby najpewniej lokalną znakomitością,
    ewentualnie dyżurnym specjalistą od komentarzy prasowych, ale nadszedł 11
    września. Niechciany, niezręczny, dotąd omijany temat islamu stał się z dnia na
    dzień najważniejszy.

    W ciągu kilku miesięcy Ayaan Hirsi Ali została gwiazdą telewizyjną.
    Konfrontowano ją z konserwatywnymi imamami. Dyskutowała z agresywną arabską
    młodzieżą w czarnych chustach. Spierała się z islamskimi inteligentami pełnymi
    zrozumienia dla motywów terroryzmu ("zamach sam w sobie jest zły, ale
    rzeczywistość i uczucia wiodące do niego są usprawiedliwione").

    Młoda, piękna dziewczyna mówiła cicho i z namysłem, w nienagannym holenderskim.
    Jej rozmówcy po kolei dostawali szału, obrażali ją, krzyczeli - jak śmie
    dyskutować ze starszymi.

    Telewizji nie może się przydarzyć nic lepszego niż kłótnia na żywo. Ayaan była
    zapraszana coraz częściej i mówiła rzeczy straszne dla mahometan. Dotykała
    spraw najbardziej intymnych. Mówiła: "Z dogmatu bezkrytycznej wiary, z
    kompleksu honoru i wstydu wynika totalne zaprzeczenie - w zaparte i do końca -
    czegokolwiek złego ze strony wierzących". "Nie da się rozdzielić kultury i
    religii, jeśli wola Allaha objawiona w Koranie określa ideologię, politykę,
    prawo, osobowość jednostki i jej stosunek do społeczeństwa. Religia jest
    kodeksem regulującym myśl i zachowanie. Bez zadawania pytań na temat wiary nie
    mamy szans na uczciwe spojrzenie na siebie samych" - twierdziła, a jej
    rozzłoszczeni rozmówcy wychodzili ze studia w trakcie programu.

    Dziesiątki organizacji przy meczetach, tureccy radni, marokańscy posłowie -
    wszyscy potępiali Ayaan Hirsi Ali i żądali przeprosin. "Przewodniczący
    liberalnych mahometan Mehmet Kaplan zażądał kategorycznie, by socjaldemokraci
    wyrzucili mnie z pracy. Dał mi do wyboru: albo nigdy więcej nie powiem słowa na
    temat islamu, albo mam iść na kurs religii do imama. Mój szef Paul Kalma,
    dyrektor socjaldemokratycznej fundacji naukowej, był przy tej rozmowie.
    Zszokowany zapytał: "Jeśli pan jest mahometańskim liberałem, to jacy są wasi
    konserwatyści?". To mnie wtedy uderzyło. Partia, która najwięcej mówi o
    wielokulturowym społeczeństwie, nie ma pojęcia, co się w tym społeczeństwie
    dzieje".

    Na marokańskich stronach internetowych można było przeczytać, że Ayaan Hirsi
    Ali jest renegatką, która wyrzekła się Boga. Anonimowi autorzy wymieniali
    pomysły, jak by tu seksualnie zaspokoić tę małpę, żeby zamknęła gębę. Czara
    przepełniła się pod koniec zeszłego lata. Coraz częściej zaczęło padać proste
    stwierdzenie, że tej k... trzeba poderżnąć gardło. Policja potraktowała
    pogróżki poważnie i poradziła Ayaan wyjechać na parę miesięcy. Poleciała do
    znajomych do Stanów. Partia pracy zapłaciła za podróż.

    Lokalna społeczność somalijska donosiła ojcu Ayaan o jej wyczynach. W
    międzyczasie przeniósł się do Londynu i ożenił na nowo z pierwszą żoną, tą
    sprzed matki Ayaan. "Ma 73 lata, jest szanowaną osobą i działaczem, choć -
    informuje nas Ayaan mailem - od 13 lat w Somalii nie ma rządu, nie ma więc też
    opozycji".

    Ojciec wspierał Ayaan w jej walce o prawa kobiet, ale gdy publicznie
    zakwestionowała Koran, nie zdzierżył. Jego córka w jednym szeregu z Rushdim,
    przeklęta przez wiernych? Wyrzekł się jej po raz drugi. Powiedział w wywiadzie,
    że o żadnych pogróżkach nie słyszał, jego córce mitomance przewróciło się w
    głowie. "Rozczarowałam go. Znów okryłam hańbą. Żal mi go i jednocześnie jestem
    na niego zła - bo kocha swoje dzieci warunkowo. Zawsze gdy musi wybrać między
    dziećmi i swoją społecznością, wybiera to drugie. To boli. Od października nie
    miałam z nim żadnego kontaktu".

    Partia pracy też znalazła się w kropce. Oczywiście socjaldemokraci są jak
    najbardziej zwolennikami praw kobiet, emancypacji. Jednak co innego być stroną
    w tak kontrowersyjnej sprawie. Nie mówiąc już o antagonizowaniu półtora miliona
    wyznawców islamu w Holandii, którzy tradycyjnie głosują na socjaldemokratów.
    Trzeba być ostrożnym. Islam jest w tej chwili drugim wyznaniem w kraju po
    katolicyzmie, ale już przed tradycyjnym holenderskim protestantyzmem.

    Holenderscy liberałowie z partii VVD nie mają problemu z islamskimi społecznymi
    dołami. To nie jest ich krąg wyborców. W tym czasie mieli za to ogromny problem
    z populistycznym konkurentem, krótko później zastrzelonym Pimem Fortuynem,
    który błyskawicznie rósł w siłę dzięki twardej antyislamskiej, antyimigranckiej
    postawie. Liberałowie wysłali więc do Ameryki mądrą kobietę, byłą minister
    transportu, by przekabaciła Ayaan Hirsi Ali.

    Ayaan wróciła do Holandii późną jesienią już jako członek liberalnego VVD,
    sztandarowy krytyk islamu z zapewnionym miejscem w parlamencie po następnych
    wyborach. Napisała kilka artykułów, równie uczciwych i bolesnych jak
    poprzednie. Tłumacząc zmianę orientacji, dobrała się do skóry socjaldemokratom.
    Pisała o hipokryzji politycznej poprawności i zagłaskiwaniu imigrantów. Pisała,
    że "troska o słabszych wypisana na sztandarach socjaldemokracji kończy się tam,
    gdzie zaczyna się islamska społeczność: tam nagle w oczach socjaldemokratów
    ważniejsze od konstytucyjnych praw jest zachowanie grupowej osobowości
    imigrantów". Jeśli cierpią na tym ich kobiety, to trzeba się z tym
    pogodzić. "Socjaldemokraci cytują na okrągło własne optymistyczne raporty.
    Tymczasem kliniki aborcyjne i domy dla kobiet wypełnione są żonami i córkami
    imigrantów, a w rodzinie kobiety pozostają własnością grupową ojca, męża,
    braci, rodziny".

    Na początku grudnia upadł w atmosferze skandalu prawicowo-populistyczny rząd.
    Ayaan ruszyła w podróż przedwyborczą po kraju. Zdobyła miejsce w parlamencie
    ogromną ilością głosów, ponad dwa razy
  • 28.10.04, 19:49
    Na początku grudnia upadł w atmosferze skandalu prawicowo-populistyczny rząd.
    Ayaan ruszyła w podróż przedwyborczą po kraju. Zdobyła miejsce w parlamencie
    ogromną ilością głosów, ponad dwa razy większą niż potrzeba. Wybory wygrali
    chadecy i socjaldemokraci. Liberalna partia Ayaan - VVD - współodpowiedzialna
    za chaos upadłego rządu, z trudem wyszła na swoje. Zwycięstwo Ayyan jest w tym
    świetle jeszcze bardziej spektakularne.

    Pojawiła się na zaprzysiężeniu nowego parlamentu jak zwykle promiennie
    uśmiechnięta. Przy drzwiach jednak stanął ochroniarz, holenderski BOR-owiec.
    Któryś z posłów powiedział wtedy z mównicy, że jest mu wstyd za społeczeństwo,
    w którym człowiek musi chodzić z ochroną z powodu własnych poglądów.

    Umiarkowane organizacje islamskie również wyraziły żal z tego powodu, ale i
    zrozumienie dla współwyznawców. Charakterystyczne były wypowiedzi dyrektora
    meczetu Aya Sofia w Amsterdamie Haci Karacaera: "Ayaan Hirsi Ali mówi o
    skrajnościach. Licznych, zasługujących na potępienie, ale skrajnościach. Setki
    tysięcy imigranckich rodzin żyją w spokoju i szacunku dla siebie - mówił. -
    Prowadzą normalne życie, dzieci chodzą do szkoły, coraz więcej studiuje. Nie
    dość, że dzień w dzień muszą udowadniać Holendrom swoją wartość, to czują się
    teraz niesprawiedliwie zaatakowani przez dziewczynę z ich środowiska".

    Tu akurat Karacaer ma rację. W Holandii jest wiele młodych osób w
    ortodoksyjnych chustach i nakryciach głowy, które biorą normalny udział w życiu
    publicznym. Noszą się dumnie, twierdząc, że są nowoczesnymi mahometanami.
    Nareszcie - twierdzą - powstało pokolenie oddzielające codzienność od religii,
    pokolenie społecznego awansu, aktywne i jednocześnie wierzące. Czują się
    obrażeni wypowiedziami Ayaan Hirsi Ali. Haci Karacaer też należy do tego
    pokolenia. Jest nie tylko dyrektorem meczetu, lecz także przewodniczącym
    tureckiej organizacji religijnej Milli Görüs w Holandii.

    Losy tej organizacji są kolejnym przykładem holenderskiej specyfiki. W
    Niemczech Milli Görüs jest ekstremalnie prawicowo-religijną, podejrzaną, w
    efekcie zabronioną organizacją. Holendrzy natomiast uznali Milli Görüs
    początkowo za ruch nieprzyjazny, ale z oczywistymi korzeniami w tureckiej
    mniejszości. Mimo wszystko Milli Görüs istniał i był zapraszany do rozmów. Stał
    się jednym z partnerów rządu. Przez to odpowiedzialnym za to, co mówi i czyni.
    W tej chwili to jedna z największych organizacji społeczno-religijnych,
    mahometańsko-umiarkowana, zawsze na barykadach o unowocześnienie islamu. Jej
    przewodniczący Haci Karacaer ma Ayaan Hirsi Ali za złe, że „jej słowa brzmią
    jak: »Won z powrotem do waszego islamskiego kąta, z całym waszym zacofaniem «”.

    Chrześcijański dziennik "Trouw" pod koniec stycznia opublikował wywiad z nową
    posłanką Ayaan Hirsi Ali w formie współczesnego komentarza do dziesięciu
    przykazań. Mówiąc o przykazaniu "Nie będziesz brał imienia Pana Boga swego
    nadaremnie", Ayaan powiedziała: "Według mnie to okropne, że ja, żyjąc w
    demokratycznym państwie, gdzie wolność słowa jest dobrem najważniejszym, ciągle
    jeszcze mam do czynienia z szantażem zza grobu proroka Mahometa". Powiedziała
    też: "Mierząc naszą współczesną, zachodnią normą, prorok Mahomet był po prostu
    plemiennym tyranem jak ben Laden czy Chomeini. Był też perwersyjnym
    człowiekiem, bo jak inaczej określić jego ożenek z Aiszą, dziewięcioletnią
    córeczką swego najlepszego przyjaciela".

    Po raz pierwszy Ayaan używa słów "my", "nasze" w innym niż dotąd kontekście.
    Nie mówi już w imieniu "nas, mahometan", tylko w imieniu "nas, ludzi Zachodu".
    Krótko przedtem Ayaan przyznała publicznie, że przestała wierzyć w Allaha. W
    Holandii rzecz normalna, ponad połowa ludności nie należy do żadnej gminy
    wyznaniowej. Dla Ayaan jednak według szariatu, religijnego prawa, jest to
    podpisanie wyroku śmierci na siebie. To niesłychana zdrada.

    W islamskiej społeczności wybuchł nowy protest. Bluźnierstwa z ust wiarołomnej!
    Prorok Mahomet według niej to tyran i pedofil! "To nierozsądna, niesmaczna
    wypowiedź" - przyznali politycy włącznie z lewicą. Do rozmowy włączyli się
    teolodzy i socjolodzy, ministrowie i posłowie, rozpętała się kolejna narodowa
    dyskusja o wolności słowa i granicy tolerancji. Jedni twierdzili, że nie wolno
    obrażać uczuć religijnych. Inni - że prorok Mahomet faktycznie miał związek
    seksualny z dziewięcioletnim dzieckiem. Pytanie, jak to teraz nazwać. Pedofilia
    to pedofilia, w Holandii dostaje się za to 12 lat więzienia. Jeszcze inni
    wspominali burzę sprzed 30 lat, kiedy największy holenderski pisarz Gerard Reve
    epatował naród swoją erotyczno-mistyczną wersją kultu maryjnego.

    Wykwintna holenderska intelektualistka, żona marokańskiego poety i księgarza,
    powiedziała mi, z trudem ukrywając chłodną niechęć: "Jeśli Ayaan Hirsi Ali chce
    udawać staroświecką ateistkę, to jej sprawa. Niech jednak nie plecie głupstw.
    Po pierwsze, obrzezanie kobiet to nie mahometański, lecz afrykańsko-pogański
    obyczaj zakorzeniony w niektórych krajach islamu, w Sudanie, Somalii, Egipcie,
    a na przykład w Maroku zupełnie nieznany. Po drugie, ożenek z dzieckiem był w
    czasach Mahometa na porządku dziennym. To historyczna prawda - przez tysiące
    lat dziewczynka po pierwszej menstruacji szykowana była za mąż. Dzieciństwo
    jako takie to w zasadzie XIX-wieczny wynalazek, przedtem traktowano dzieci jak
    nierozumnych dorosłych".

    26 lutego na pierwszych stronach gazet pojawiła się wiadomość złożona wielką
    czcionką, że 56 krajów skupionych w Organisation of the Islamic Conference
    (OIC) żąda od lidera liberałów Gerrita Zalma, by zmusił swoją posłankę Ayaan
    Hirsi Ali do odszczekania jej "niedopuszczalnych wypowiedzi" i do publicznych
    przeprosin. 21 ambasadorów islamskich krajów przekazało list tej treści
    Zalmowi, kopie poszły do przewodniczącego parlamentu i do rządu. Był to nad
    wyraz kategoryczny list pisany w gorączce zbliżającej się wojny z Irakiem. Mowa
    w nim była o obrażaniu półtora miliarda mahometan na świecie. List
    wyrażał "nadzieję, że wypowiedzi Ayaan Hirsi Ali nie doprowadzą do podziału,
    polaryzacji i starcia między różnymi grupami w holenderskim społeczeństwie".

    Gerrit Zalm zareagował lakonicznie. Jego partia nie ma stanowiska w sprawach
    wiary lub niewiary - powiedział - a każdy poseł ma pełne prawo udzielać
    prywatnie wywiadu, o czym i komu chce. Inni politycy nie byli tak
    małomówni. "Niedopuszczalne naciski", "hucpa", "ukryte groźby", "reżimy i
    dyktatury", "Sudan, Iran, Irak chcą nas uczyć, co to wolność słowa?". Rząd
    powiedział mniej więcej to samo w okrągłych, dyplomatycznych zdaniach.

    Nadszedł marzec. Zbliżająca się wojna wyparła wszystko inne z publicznej uwagi.
    Sprawa posłanki Hirsi Ali przeniosła się na dalekie strony opinii w gazetach,
    ku cichemu zadowoleniu wszystkich. "Czas kończyć z tym Ayaan show" - głosił
    komentarz redakcyjny bulwarowej gazety "Algemeen Dagblad". Innymi słowy, czas
    wrócić do sytuacji, w której wszystko jest spokojne i mdłe, jak to w Holandii
    zwykło być. Ale Ayaan jest jak zadra, jak pchła w futrze. Podgryza. "Pewnie, że
    chciałabym mieć dzieci, spokojnie pisać książki i nie myśleć o niczym więcej -
    powiedziała ostatnio w wywiadzie. - Życie z ochroniarzami odziera człowieka z
    prywatności. To dość dziwaczna egzystencja, zawsze na patelni. Nic to, nie
    poddam się, za dużo ludzi na mnie liczy. W międzyczasie będę posłanką, chyba
    napiszę doktorat". Ayaan jest córką swego ojca. Jej sprawa jest inna,
    poświęcenie to samo. Misja przede wszystkim.

    8 marca, z okazji Dnia Kobiet, Ayaan Hirsi Ali w dzienniku "NRC Hnadelsblad"
    pisze, że mahometańskie dziewczęta w Holandii też chciałyby wyjść sobie na
    ulicę, ot tak, kiedy im się spodoba. Też chciałyby palić lub nie palić, móc
    podróżować, mieć przyjaciela, ewentualnie nie mieć dzieci w małżeństwie lub
    zdecydować się na miłość z przyjaciółką. Za te chęci spot
  • 28.10.04, 19:50
    8 marca, z okazji Dnia Kobiet, Ayaan Hirsi Ali w dzienniku "NRC Hnadelsblad"
    pisze, że mahometańskie dziewczęta w Holandii też chciałyby wyjść sobie na
    ulicę, ot tak, kiedy im się spodoba. Też chciałyby palić lub nie palić, móc
    podróżować, mieć przyjaciela, ewentualnie nie mieć dzieci w małżeństwie lub
    zdecydować się na miłość z przyjaciółką. Za te chęci spotyka je kontrola
    tysięcy oczu, pobicie, czasami porwanie. Te, które się zdecydują, czeka
    odrzucenie i samotność.

    Tym razem Ayaan skierowała swoje słowa do holenderskich feministek.
    Zaproponowała Trzecią Falę Emancypacji poświęconą wyłącznie kobietom islamu.
    Pisała wyjątkowo oględnie, jak parlamentarny dokument. Ale w krótkich wywiadach
    czuć jej ironię i zniecierpliwienie: Holenderki dyskutują niemrawo o
    ezoterycznych aspektach kobiecej osobowości, a pod ich nosem dzieją się rzeczy
    wołające o pomstę do nieba. Jedno jest więc pewne - nadeszła kolej na
    holenderskie feministki.

    źródło: Sasza Malko 12-04-2003
  • 02.11.04, 22:49
    Theo van Gogh zamordowany

    W Amsterdamie został rano zamordowany kontrowersyjny holenderski reżyser
    filmowy i pisarz Theo van Gogh.

    Holendrzy są zszokowani zamordowaniem kontrowersyjnego reżysera i pisarza Theo
    van Gogha. 47-letni artysta został zastrzelony rano w centrum Amsterdamu.
    Policja potwierdziła, że reżyser został zaatakowany także nożem.

    Theo van Gogh został zaatakowany przed 9.00 rano. Świadek zdarzenia powiedział
    w Radiu 1 Journal, że sprawca strzelił, a następnie przez jakiś czas pochylał
    się nad leżącym reżyserem, po czym uciekł. Świadek widział na ofierze list.

    Policja potwierdziła, że zatrzymany przez policję sprawca wbił w ciało ofiary
    list. Nie chciała jednak ujawnić szczegółów. Wcześniej świadkowie mówili, że
    był napisany po arabsku, inni, że były to wersety z Koranu. Reżyser Theo van
    Gogh krytycznie oceniał islam.

    W pościgu za mordercą w okolicach Oosterparku i Mauritskade doszło do ponownej
    strzelaniny, w której niegroźnie ranni zostali policjant i sprawca. Zabójcą
    holenderskiego reżysera jest 26-letni mężczyzna posiadający obywatelstwa
    marokańskie i holenderskie.

    Theo van Gogh współpracował z walczącą o prawa kobiet muzułmańskich deputowaną
    holenderską, ale pochodzącą z Somalii Ayaan Hirsi Ali. Wspólnie zrealizowali
    kontrowersyjny film telewizyjny "Submission", po którym reżyser otrzymywał
    pogróżki. W grudniu miała się odbyć premiera jego filmu o zamordowanym dwa lata
    temu kontrowersyjnym polityku Pimie Fortuynie.

    Premier Holandii zaapelował o powstrzymanie się od spekulacji na temat motywów
    mordu. Policja wysłała na ulicę większą liczbę policjantów w obawie przed
    antymuzułmańskimi zamieszkami. Wieczorem w centrum Amsterdamu zapowiedziano
    manifestację upamiętniającą reżysera.

    źródło: IAR, Gal /2004-11-02
  • 02.11.04, 22:56
    Reżyser zabity za film o losie muzułmańskich kobiet

    W Amsterdamie w biały dzień zamordowano reżysera Theo Van Gogha, który swoim
    oskarżycielskim i obrazoburczym filmem oburzył społeczność muzułmanów w
    Holandii.

    We wtorek jadącego na rowerze Van Gogha zaatakował mężczyzna w tradycyjnej
    marokańskiej galabii (długiej sukni). Kilka razy wystrzelił z pistoletu, a
    następnie sztyletem przygwoździł do ciała ofiary zapisaną kartkę - nie wiadomo
    jednak, co na niej napisał. Zabójca został zatrzymany po krótkiej wymianie
    ognia z policją. Ma 26 lat, obywatelstwo holenderskie i marokańskie, nie był
    wcześniej karany.

    47-letni reżyser zapłacił życiem za swój ostatni film - "Submission"
    ("Poddanie"), w którym przedstawił pożałowania godną - jego zdaniem - sytuację
    kobiet w kulturze islamu. Główną bohaterką fikcyjnej historii jest
    systematyczne upokarzana przez męża kobieta. Zgwałcona przez wuja, zostaje
    brutalnie ukarana przez męża za rzekome cudzołóstwo. W jednej ze scen występuje
    w przezroczystej tunice, pod którą widać piersi zapisane cytatami z Koranu i
    ślady od uderzeń batem.

    Latem tego roku, po emisji filmu w holenderskiej telewizji, zawrzało w
    milionowej mniejszości muzułmańskiej (5 proc. społeczeństwa). Napięcie
    potęgował fakt, że "Submission" powstała we współpracy z uważaną za zdrajczynię
    przez środowiska muzułmańskie w Holandii Ajaan Hirsi Ali. Jako młoda
    dziewczyna, uciekła ona z Somalii przed ślubem zaaranżowanym przez rodziców.
    Dziś, po 12 latach, Ajaan walczy w holenderskim parlamencie z tak okrutnymi
    zwyczajami stosowanymi przez muzułmanów, jak np. obrzezanie dziewczynek.
    Publicznie wyrzekła się swej dawnej wiary i krytykuje imigrantów, którzy w
    Holandii słabo się asymilują. Zarówno ona, jak i Van Gogh wielokrotnie
    otrzymywali pogróżki i często korzystali z ochrony policji.

    - Sytuacja jest nerwowa, na ulice posłano masę policji - mówi "Gazecie" Jan
    Minkiewicz, polski dziennikarz mieszkający w Holandii. Burmistrz Amsterdamu
    zwołał na wieczór wiec, który ma uczcić pamięć zamordowanego. - W tej sytuacji
    nie potrzeba ciszy, ale hałasu! - mówił. - Głośno i jasno wykrzyczymy, jak
    ważna jest dla nas wolność wypowiedzi. Liczę, że na mój apel masowo odpowiedzą
    islamscy imigranci.

    Są już pierwsze głosy potępienia zbrodni ze strony muzułmanów. - Jego wizja
    islamu wywołuje w nas odrazę, ale żaden motyw nie usprawiedliwia morderstwa -
    powiedział o zabitym Ayhan Tonca, przedstawiciel muzułmanów w kontaktach z
    rządem.

    Van Gogh często utrzymywał, że jest praprawnukiem Vincenta van Gogha, bodaj
    najmodniejszego spośród najwybitniejszych malarzy. W grudniu w internecie miała
    odbyć się premiera jego kolejnego filmu, tym razem opowiadającego o
    populistycznym polityku Pimie Fortuynie, gorącym orędowniku zaostrzenia prawa
    imigracyjnego, zabitym dwa lata temu przez lewaka i obrońcę zwierząt.

    źródlo: gazeta.pl; mz 02-11-2004,
  • 09.11.04, 12:13
    W Holandii swego czasu zawieszono w TV emisje programu ,,Koopspijkers" w ktorym
    przedstawiano w satyryczny sposob Premiera i Krolowa i inne osoby ze swiata
    polityki i biznesu.Nic w tym programie nie bylo gorszacego,teksty kulturalne a
    karykatury przedstawianych osob nawet ladniejsze niz te osoby sa w
    rzeczywistosci,a jednak Premier kilkakrotnie atakowal tworcow programu za
    teksty i karykatury.Krolowa nie miala nic przeciwko,ale Premier byl wyjatkowo
    oburzony.Teraz po smierci dziennikarza Theo,ktory byl zdecydowanie
    antymuzulmanski i wcale nie liczyl sie ze slowami,ten sam Premier mowi o
    wolnosci slowa.Pytam -gdzie tu konsekwencja?Czy wolnosc slowa ma dwa oblicza?Ma
    jedno,ale na pewno ma granice!Nikt nie ma prawa w sposob wulgarny obrazac
    czyjes uczucia religijne.Zabijanie nie jest rozwiazaniem,ale przyslowie
    mowi,zeby nie wsadzac kija w mrowisko.Moze powtarzam pewne mysli po kims,ale
    nie kopiuje a jedynie podpisuje sie pod tym,ze wolnosc tez ma swoje granice i
    nikt nie ma prawa do godzenia w czyjes uczucia,w czyjas tozsamosc.To ma sie
    nazywac wolnosc?To jest podrzeganie do nienawisci i niestety taka niebezpieczna
    gra nie tylko w tym przypadku skonczyla sie tragicznie.
    I jeszcze jedno:nie tak dawno Niemiec zastrzelil holenderskiego
    policjanta,jeszcze pozniej Holender bestialsko zabil swoja ex-zone i jej
    partnera...W mediach oczywiscie obie sprawy wspomiano,ale bez emocji a przeciez
    to tez byly zabojstwa,tez zgineli ludzie.Dlaczego nie rozpetano w tych
    sytuacjach nagonki jaka probuje sie rozpetac po zabojstwie Theo?Moze dlatego,ze
    tam nie brali udzialu muzulmanie,ze nie chodzilo o islam.Ale jesli tak ,to
    znowu mamy do czynienia z dyskryminacja.Dla mnie czlowiek to czlowiek,bez
    wzgledu na to kim jest i smierc jednego nie powinna byc zalosniejsza niz
    drugiego.
  • 13.11.04, 18:41
    Śmierć reżysera Theo van Gogha dzwonkiem alarmowym dla Holandii

    źródło: gazeta.pl, Jacek Pawlicki 03-11-2004,

    Gdyby Theo van Gogh przeżył, nakręciłby zapewne film o zamachu na siebie
    samego. Zszokowani jego zabójstwem Holendrzy zastanawiają się, co stało się z
    ich krajem. Czy to koniec holenderskiej tolerancji?

    47-letni reżyser i gazetowy komentator, praprawnuk brata słynnego malarza
    Vincenta van Gogha, został brutalnie zamordowany we wtorek rano w Amsterdamie
    przez 26-letniego fanatyka z podwójnym obywatelstwem, holenderskim i
    marokańskim. Część gazet pisze, że zanim sięgnął po nóż, oddał do niego osiem -
    dziewięć strzałów, a do ciała przyczepił kartkę z wersetem z Koranu.

    Siedem minut hałasu

    Powód zamachu nie jest do końca jasny, ale wszystko wskazuje na to, że była to
    zemsta za oskarżycielski i obrazoburczy dla muzułmanów film van Gogha -
    "Submission" ("Podporządkowanie") przedstawiający straszny los muzułmańskich
    kobiet.

    Policja twierdzi, że zabójca utrzymywał kontakty z jednym ze 150 islamskich
    terrorystów z czarnej listy holenderskich służb specjalnych. Chodzi o Samira
    Azzuza, który planował zamach na lotnisko Schiphol pod Amsterdamem.

    We wtorek późnym wieczorem blisko 20 tys. Holendrów, w tym również muzułmańscy
    imigranci, wyszło na ulice centrum Amsterdamu ze świecami, trąbami, garnkami,
    by zademonstrować "głośne" poparcie dla ofiary nietolerancji. O "siedem minut
    hałasu" w obronie wolności słowa, której hołdował van Gogh, prosił sam
    burmistrz Amsterdamu Job Cohen. Porównał on reżysera do Voltaire'a -
    przedstawiał jako artystę szczerego i wygadanego, niezgadzającego się z
    establishmentem, broniącego własnego zdania za wszelką cenę.

    Film "Submission" zrobiony we współpracy z somalijską emigrantką, a dziś
    holenderską deputowaną Ayaan Hirsi Ali przedstawiał historię muzułmańskich
    kobiet bitych, gwałconych i zmuszanych do małżeństwa, proszących w końcu Allaha
    o pomoc. Gdy tę zaledwie 10-minutową produkcję holenderska telewizja
    wyemitowała w sierpniu w środowiskach muzułmańskich rozpętało się piekło, bo
    film zawierał obrazoburcze dlań treści, w tym wersety Koranu na nagim ciele
    kobiety. Mimo gróźb van Gogh nie chciał policyjnej ochrony.

    Stygmat Fortuyna

    "Podporządkowanie" miało być pierwszą częścią kontrowersyjnego tryptyku.
    Reżyser przygotowywał też inny film - "06-05" o zabójstwie populisty Pima
    Fortuyna (zamordował go 6 maja 2002 roku holenderski lewicowy radykał).
    Polityczny mord na Fortuynie, który miał szansę zostać nawet premierem
    Holandii, wstrząsnął dwa lata temu krajem, podobnie jak dziś zabójstwo van
    Gogha. Co więcej, wyniósł chwilowo do władzy wrogo nastawionych wobec
    imigrantów populistów i choć dziś są oni w rozsypce, ich program odziedziczył
    częściowo centroprawicowy rząd Jana Petera Balkenendego.

    Jakie będą skutki zabójstwa van Gogha? - Nie wykluczam dalszej radykalizacji
    nastrojów w środowiskach muzułmanów (900 tys. osób w 16-milionowej Holandii) -
    mówi "Gazecie" holenderski politolog Jean Tillie. - Wszystko w odpowiedzi na
    rosnącą niechęć do nich ze strony zwyczajnych Holendrów - dodaje.

    Według Tilliego podwaliny słynnego kiedyś w całej Europie wieloetnicznego
    społeczeństwa Holandii zaczęły chwiać się już sześć lat temu, ale dramatyczny
    ich rozpad rozpoczął się po 11 września 2001 roku. - Podstawą spójności
    holenderskiego społeczeństwa i jego filarów: protestanckiego, katolickiego,
    ateistycznego i środowisk muzułmańskich, była tolerancja, dzięki niej
    dogadywały się one między sobą. Teraz zamiast tolerancji mamy dezintegrację i
    rozpad - mówi Tillie.

    Zdaniem politologa odpowiedzią na zaistniałą sytuację nie może być zaostrzenie
    prawa wobec imigrantów i ich przymusowe wydalanie (co planuje rząd), ale
    odbudowa więzi między poszczególnymi społecznościami.
  • 13.11.04, 18:44
    Wojna religijna w Holandii?

    źródło: gazeta.pl, rs, jap 08-11-2004

    W odwecie za zabójstwo reżysera Theo van Gogha przez radykała islamskiego
    próbowano podpalić meczety i podłożono bombę pod szkołą. Islamiści grożą
    ścinaniem politykom głów

    W poniedziałek o 3.30 nad ranem potężna eksplozja obudziła mieszkańców jednej z
    dzielnic Eindhoven. Wybuch poważnie uszkodził wejście do szkoły islamskiej
    Tarik Ibnoe Ziyad. Nikt nie zginął, ale straty materialne są duże. A ludzie w
    szoku.

    To kolejny akt niepokojów, które ogarniają Holandię od tygodnia, gdy
    muzułmański fanatyk zabił Theo van Gogha.

    Van Gogh był autorem filmu "Podporządkowanie" o ciężkim losie kobiet w islamie,
    dla części muzułmanów - bluźnierczego, bo pokazywał np. wersety Koranu wypisane
    na nagim ciele. W ubiegły wtorek Mohammed Bouyeri, z pochodzenia Marokańczyk,
    strzela do reżysera, o potem dźga go śmiertelnie nożem. Gazety spekulują, że to
    zemsta, dżihad...

    Jeszcze we wtorek 20 tys. mieszkańców Amsterdamu wychodzi na ulice, by
    protestować przeciw "mordowaniu wolności słowa". W środę policja aresztuje
    przyjaciół Marokańczyka. Pojawiają się spekulacje, że miał kontakty z al Kaidą -
    z siatkami w Casablance i Hiszpanii. Holenderska skrajna prawica
    krzyczy: "Dosyć islamu w Holandii!".

    Słowa przechodzą w czyny. W miniony weekend dochodzi do nieudanych prób
    podpaleń meczetów, m.in. w Rotterdamie, Bredzie, Utrechcie. Do meczetu w
    Amsterdamie ktoś wrzuca świńską głowę. Policja podejrzewa się, że stoją za tym
    bojówkarze skrajnej prawicy.

    Działają też radykałowie muzułmańscy. Dwóch z nich publicznie grozi obcięciem
    głowy przywódcy populistycznej prawicy Geertowi Wildersowi, który zapowiadał,
    że będzie "walczyć z islamizmem zalewającym Holandię". W sobotę policja ich
    aresztuje.

    W 16-mln Holandii żyje 900 tys. muzułmanów. Ich masowy napływ zaczął się w
    latach 60. Jeszcze niedawno Holendrzy żyli w zgodzie z imigrantami. Teraz
    wydaje się, że budowane mozolnie na tolerancji i poszanowaniu odmienności
    społeczeństwo wieloetniczne jest podzielone i leży w gruzach. Holendrzy boją
    się fundamentalizmu islamskiego, a potomkowie imigrantów z Maroka czy Turcji -
    nietolerancji. W sondażu telewizji RTL Nieuws niemal połowa Holendrów
    deklaruje, że od morderstwa van Gogha jest mniej tolerancyjna wobec islamu.

    Konflikt ma echa w sąsiedniej Belgii. Szef belgijskiego MSW Patrick Dewael,
    liberał, zapowiedział wczoraj ostry rządowy plan walki z radykalnym islamizmem.
    Meczety i szkoły koraniczne mają być inwigilowane, by wyłapywać duchownych
    wzywających do przemocy.

    - Holendrów dopadła islamofobia - mówi "Gazecie" profesor Herman L. Beck,
    badający islam w Holandii na Uniwersytecie w Tilburgu. - Mam nadzieję, że na
    krótko. Większość muzułmanów rozumie, że w Holandii nie ma miejsca na szariat,
    a Holendrzy wiedzą, że nie wszyscy muzułmanie to fundamentaliści.
  • 13.11.04, 18:46
    Znów posypały się świńskie łby - historyk religii o ostatnich wydarzeniach w
    Holandii

    źródło: gazeta.pl, Rozmawiał Jacek Pawlicki 08-11-2004

    Rozmowa z Hermanem L. Beckiem, profesorem fenomenologii religii na
    Uniwersytecie w Tilburgu i historykiem islamu w Holandii

    Jacek Pawlicki: Coś się psuje w państwie holenderskim. Świńskie łby w meczecie,
    bomba przed muzułmańską szkołą, sondaże zwiastujące koniec polityki
    tolerancji...

    Herman L. Beck*: - Odżyła niechęć do islamu i antymuzułmańskie nastroje,
    ukrywane w holenderskim społeczeństwie od setek lat, a narastające od zamachów
    11 września. Zamachy w USA i w Madrycie w marcu br. spowodowały, że Holendrzy
    zaczęli obawiać się islamskiego fundamentalizmu. Groźni są tylko nieliczni
    młodzi radykałowie, ale nawet garstka ludzi może spowodować nie lada problemy.
    To jest główny powód ostrej reakcji na morderstwo Theo van Gogha.

    Dwa lata wcześniej Holendrów zradykalizował polityczny mord Pima Fortuyna,
    populistycznego polityka krytykującego islam i wzywającego do zaostrzenia
    polityki wobec imigrantów. Tamto zabójstwo nie miało nic wspólnego z islamem
    [Fortuyna zabił holenderski lewak], ale pokazało, że w Holandii są politycy
    przeciwni, a nawet wrodzy, islamowi. Według nich fundamentem holenderskiego
    społeczeństwa jest spuścizna judeochrześcijańska. Odrzucają fakt, że muzułmanie
    też mają swój wkład w kulturę europejską, chociażby poprzez przekazywanie
    spuścizny greckiej.

    Kto jest odpowiedzialny za obudzenie tych antyislamskich nastrojów?

    Te nastroje nie narodziły się teraz, sięgają czasów średniowiecza. Chociaż
    mieszkańcy obecnych ziem, na których leży Holandia, nie mieli wówczas prawie
    nic wspólnego z islamem, funkcjonował bardzo negatywny obraz islamu,
    utwierdzany przez Kościół katolicki. To był przecież czas krucjat do Ziemi
    Świętej i rekonkwisty Hiszpanii.

    Reformacja nic tu nie zmieniła?

    Podejście protestantów do islamu nie było lepsze, dla nich prorok Mahomet był
    antychrystem. Taki wizerunek islamu jedynie umocnił się w wyniku doświadczeń
    kolonialnych, np. podczas panowania w holenderskich Indiach (dzisiejszej
    Indonezji).

    Władze długo przekazywały Holendrom obraz islamu jako religii agresywnej,
    antyholenderskiej. Od lat 60. XX w. mamy w Holandii muzułmańskich imigrantów z
    Turcji i Maroka, ale zawsze jednak działo się coś niedobrego, a związanego z
    islamem na świecie. Stare uprzedzenia nieustannie odżywały w holenderskim
    społeczeństwie.

    Mówi pan o uprzedzeniach czy o łagodnej formie rasizmu?

    To rodzaj islamofobii. Oczywiście teraz do głosu dochodzą radykalni prawicowi
    politycy. Wszystko to nakłada się na rosnące poczucie niepewności z powodu
    tego, co się dzieje na świecie, wojnę z terroryzmem, Irak, gdzie są
    holenderskie wojska oraz decyzję UE o ewentualnym rozpoczęciu negocjacji
    członkowskich z Turcją. Dla prawicowych polityków i części społeczeństwa
    muzułmanie są idealnym celem oskarżeń o wszelkie zło i niepewność.

    Czy nie obawia się pan radykalizacji postaw obu stron? Na razie wybuchają
    niegroźne ładunki pod szkołami muzułmańskimi, ale może być przecież gorzej?

    Nie sądzę, choć niepokoje społeczne mogą jeszcze potrwać nawet kilka tygodni.
    20 lat temu było dużo gorzej. Wtedy świńskie łby posypały się po raz pierwszy
    do meczetów, a była to reakcja na niechęć społeczności muzułmańskiej wobec
    homoseksualizmu. Holendrzy wyszli na ulicę, by protestować przeciw tej
    nietolerancji, sprofanowano wówczas kilka meczetów. Wszystko rozeszło się
    jednak po kościach.

    Co będzie dalej ze stosunkiem Holendrów do muzułmanów?

    W Holandii nie ma miejsca na szariat i większość muzułmanów doskonale to
    rozumie. Muzułmańscy intelektualiści i umiarkowani immamowie będą przypominać
    muzułmanom - i już to robią - że jeśli chcą żyć w Holandii, muszą szanować
    panujący tu styl życia, być tolerancyjni, przestrzegać prawa. Nikt nie jest
    jednak w stanie przewidzieć, co zrobi mała grupka fundamentalistów.

    Czekają nas kolejne zamachy?

    Mogą spróbować zamordować Ayaan Hirsi Ali [holenderską poseł pochodzenia
    somalijskiego, scenarzystkę filmu Theo van Gogha], już jej zresztą grozili.
    Jestem jednak pewien, że większość holenderskich muzułmanów nie opowie się po
    stronie fundamentalizmu, gdyż Holandia jest ich ojczyzną, miejscem, w którym
    się urodzili i robią kariery.

    A co stanie się z holenderskim modelem społeczeństwa wielokulturowego, z
    kulturą tolerancji?

    Przetrwa, choć teraz sytuacja wygląda nie najlepiej.
  • 13.11.04, 18:51
    Płoną meczety w Holandii

    źródło: gazeta.pl, Grzegorz Rzeczkowski, afp, pap 09-11-2004


    Podpalane są meczety, w powietrze wyleciała szkoła. Muzułmanie w Holandii drżą
    o życie

    Kontrowersyjny reżyser Theo van Gogh zginął tydzień temu z ręki marokańskiego
    fanatyka - zapłacił życiem za nakręcenie filmu o muzułmankach wykorzystywanych
    przez mężów. Kilka dni po zabójstwie w płomieniach stanęły pierwsze meczety. W
    czasie weekendu nieznani sprawcy podpalili świątynie w Rotterdamie, Utrechcie,
    Bredzie oraz w Huizen w okolicach Amsterdamu. Kolejny meczet w Rotterdamie
    pokryły antyarabskie napisy, a mury amsterdamskiego centrum pomocy imigrantom
    oblano czerwoną farbą.

    Jednak najpoważniejszy incydent wydarzył się wczoraj. W szkole koranicznej w
    Eindhoven wybuchła bomba i poważnie uszkodziła budynek.

    Choć w żadnym z ataków nikt nie ucierpiał, na muzułmanów żyjących w Holandii
    padł blady strach. Przerażenia nie kryją też holenderskie władze. - Nie możemy
    dopuścić do zdestabilizowania sytuacji. Musimy skończyć ze wzajemnym
    obwinianiem się - alarmował burmistrz Eindhoven Alexander Sakkers.

    Ostatnie badania opinii społecznej pokazują, że aż 47 proc. Holendrów czuje
    niechęć do imigrantów z krajów muzułmańskich. Takie nastroje to woda na młyn
    dla nacjonalistów, którzy zorganizowali już kilka antyarabskich marszów.
    Rasistowskie wybryki doprowadziły nawet do zamknięcia strony internetowej
    poświęconej van Goghowi - tyle było na niej wyzwisk.

    W 16-milionowej Holandii żyje około 900 tys. muzułmanów - jedna trzecia z nich
    pochodzi z Maroka.
  • 06.06.05, 14:26
    Pogranicznicy zaprzeczają, by szykanowali holenderską wycieczkę


    gazeta.pl; PAP 02-06-2005

    Straż Graniczna zaprzecza zarzutom stawianym im przez opiekunów i uczniów z
    holenderskiej wycieczki, która po odprawie na przejściu granicznym w
    Ludwigsdorf-Jędrzychowice (Dolnośląskie) poskarżyła się na zbyt długie
    procedury i potraktowanie uczniów "w sposób dyskryminujący i rasistowski"

    Do incydentów miało dojść podczas wjazdu i wyjazdu z Polski 24 i 26 maja.
    Skargę na zachowanie pograniczników przekazano ambasadzie RP w Hadze.
    Rzeczniczka ambasady Małgorzata Zdzienicka potwierdziła w rozmowie z PAP, że we
    wtorek do placówki dotarł list opisujący incydent. Nie zdradziła szczegółów,
    ale sprawę określiła jako "niezwykle przykrą"

    Dodała, że gdy tylko list trafił do ambasady, został przekazany Komendzie
    Głównej Straży Granicznej, "by wyjaśnić, do czego na przejściu granicznym
    rzeczywiście doszło"

    Jak powiedział PAP rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Aleksander Chećko,
    sprawa jest wyjaśniana. Dodał, że z dotychczasowych ustaleń wynika, że "relacje
    holenderskich mediów są przesadzone"

    Jak poinformował PAP rzecznik prasowy Łużyckiego Oddziału Straży Granicznej
    Leszek Duczyński, postępowanie wyjaśniające nie potwierdziło zarzutów
    o "rasistowskim, ksenofobicznym, czy wręcz seksualnym kontekście zachowania
    funkcjonariuszy ani polskiej, ani niemieckiej straży granicznej". Dodał, że
    polski strażnik nie rozmawiał z nikim oprócz opiekunki grupy. "Wiele
    wątpliwości budzi też to, w jakim języku miałby czynić niestosowne uwagi.
    Strażnik nie mówi ani po niderlandzku, ani angielsku, ani arabsku, tym bardziej
    turecku, czy filipińsku" ? powiedział

    Według Duczyńskiego, zgodnie z procedurą, do autokaru weszło dwóch
    pograniczników: Niemiec i Polak. Pierwszeństwo kontroli przysługiwało
    niemieckiemu strażnikowi. "Stwierdził on, że wśród pasażerów znajdowały się
    osoby z innych krajów niż unijne, a wobec nich wymagana jest kontrola
    paszportowa. Mieli być jej poddani obywatele Maroka, Turcji i Filipin.
    Niemiecka kontrola wykazała, że jeden Marokańczyk nie ma wizy i jego pobyt w
    Niemczech jest nielegalny. Został ukarany mandatem" ? powiedział

    Według pograniczników, kolejne dwie osoby pochodzenia marokańskiego miały ważne
    wizy, ale nie posiadały ważnych paszportów. Jedna Marokanka legitymowała się
    paszportem matki, druga nie miała paszportu, ale była wpisana na listę
    uczestników wycieczki. Niemcy potwierdzili ich tożsamości w Amsterdamie i
    wystawili zastępcze dokumenty podróży

    Duczyński mówił, że po tych czynnościach, które trwały mniej więcej od godz. 11
    do godz.13, do autokaru wszedł ponownie polski funkcjonariusz. Odebrał od
    opiekunki grupy paszporty i poinformował, że ich sprawdzenie zajmie ok. 30
    minut. "Żeby nie przedłużać czasu odprawy, poprosił kierowcę autobusu, aby ten
    wykorzystał przerwę na wykupienie opłaty drogowej. O godz. 13.30 zakończyła się
    polska odprawa graniczna i autokar opuścił przejście" ? dodał rzecznik.
    Podkreślił, że nieprawdą jest, że podobnym "szykanom" poddano wycieczkę podczas
    powrotu do Holandii

    "Chciałbym wyrazić ubolewanie, a wszystkich pokrzywdzonych i czujących się
    poszkodowanymi - przeprosić. Sprawa będzie ona przedmiotem szerszego omówienia
    i wyciągnięcia wniosków, aby takie sytuacje już nigdy nie miały miejsca" -
    dodał Duczyński

    Sprawa wzbudziła duże zainteresowanie holenderskich mediów. Jeden z zajmujących
    się nią dziennikarzy, Cees Grimbergen telewizji NCRV powiedział PAP w czwartek,
    że choć uczestnicy wycieczki nadal utrzymują że w czasie przekraczania granicy
    doszło ze strony straży granicznej do "zachowań rasistowskich, seksistowskich i
    dyskryminujących", on byłby ostrożny w wydawaniu takich opinii

    Jego zdaniem, błędnie zinterpretowano zachowania straży - pobyt autokaru na
    granicy był dłuższy, gdyż nie wszyscy uczestnicy wycieczki posiadali wymagane
    polskim prawem dokumenty. Według niego, również pytanie, czy w wycieczce jadą
    normalne dzieci, które miał zadać jeden ze strażników, mogło wynikać z
    odmienności kulturowej. "Polska nie jest tak wielokulturowa i bogata etnicznie
    jak Holandia; pytanie nie musiało mieć podtekstu rasistowskiego" - powiedział

    Dodał, że w czwartek wieczorem w programie w telewizji holenderskiej spotkają
    się uczestnicy wycieczki i przedstawiciele polskiej placówki dyplomatycznej w
    Hadze by porozmawiać m.in. o "granicznym incydencie".(PAP) jur/ ktl/ kot/ dsr/
    malk/ itm/
  • 15.06.05, 15:09
    Holandia - pożar meczetu
    IAR, 2005-06-15

    W Rotterdamie spłonął w nocy jeden z tamtejszych meczetów. Przyczyna pożaru nie
    jest znana.

    Sala modlitw meczetu została całkowicie zniszczona. Pożar wybuchł dzień po
    skazaniu na rok więzienia mężczyzny, który jesienią zeszego roku podpalił inny
    meczet w Rotterdamie. Stało się to wkrótce po zamordowaniu przez muzułmańskiego
    fanatyka reżysera filmowego Theo van Gogha. W swoich filmach krytykował on
    dyskryminację kobiet w muzułmańskich społecznościach. Po śmierci van Gogha w
    Holandii doszło do fali ataków na muzułmańskie obiekty.

  • 23.09.05, 19:52
    PAP, JP /22.09.2005 21:55




    Telefon komórkowy dla wyznawców islamu
    W Holandii ukazała się w sprzedaży pierwsza na świecie "islamska" wersja
    telefonu komórkowego, który pięć razy dziennie wzywa do obowiązkowej dla
    muzułmanów modlitwy.
    Telefon model "Likone 1800" pokazuje, w jakim kierunku znajduje się święte
    miasto wyznawców islamu, Mekka, i ma w swojej pamięci pełną oficjalną wersję
    Koranu po arabsku i po angielsku.
  • 23.09.05, 22:04
    A ja myślałem że oficjalna wersja Koranu jest tylko po arabsku...
    Przynajmniej kiedyś na historii ktoś mnie uczył, że kraje arabskie używają
    arabskiego dlatego, że nie tłumaczy się Koranu...
  • 23.09.05, 23:23
    tetys napisał:

    > A ja myślałem że oficjalna wersja Koranu jest tylko po arabsku...
    > Przynajmniej kiedyś na historii ktoś mnie uczył, że kraje arabskie używają
    > arabskiego dlatego, że nie tłumaczy się Koranu...

    zgadza się
    Wg muzułmanów Koran jest tylko po arabsku... a w innych językach to nie jest
    jego tłumaczenie, lecz przełożenie znaczenia
  • 23.09.05, 23:33
    Dziękuję za opinię fachowca :):):)
  • 02.06.07, 19:36
    Holenderski imigrant walczy z muzułmańskimi imionami

    Paweł Szczerkowski
    2007-06-02

    Marokańscy i tureccy imigranci w Europie są często zmuszani, by nadawać swoim
    dzieciom muzułmańskie imiona. Jeden z nich postanowił się temu przeciwstawić

    34-letni Moussa Aynan nie posiadał się z oburzenia, gdy urzędniczka magistratu
    w holenderskim Haarlem podsunęła mu listę imion do wyboru. Właśnie urodził mu
    się syn i przyszedł zarejestrować go w ewidencji ludności. Na liście były tylko
    imiona arabskie.

    - Zostałem ostrzeżony, że jeśli nie dam swojemu synowi imienia z listy, będę
    miał problem z moim rządem - opowiada "Gazecie" Aynan, syn imigrantów
    marokańskich i radny Haarlem. - Moim rządem! Jestem obywatelem Holandii, a oni
    uważają, że moim rządem jest rząd marokański!

    Aynan dowiedział się w urzędzie, że listę sporządziły władze Maroka i rozesłały
    do wszystkich krajów Europy. Podobnie postąpiła Turcja. Holenderskie magistraty
    podsuwają listy bez pytania każdemu świeżo upieczonemu rodzicowi, który ma
    marokańskie lub tureckie pochodzenie. Podobnie jest w Belgii, a władze
    francuskiej Tuluzy opublikowały listę imion na swojej stronie internetowej.
    Jeśli ktoś nie nada imienia z listy, nie ma potem szans np. na otrzymanie
    marokańskiego czy tureckiego paszportu i odwiedzenie krewnych.

    - W Holandii prawie wszyscy się dostosowują, bo większość tutejszych imigrantów
    z Maroka ma wciąż podwójne obywatelstwo i rodzinę w ojczyźnie - mówi Aynan. -
    Nie mam nic przeciwko arabskim imionom, ale każdy powinien mieć prawo wyboru.
    To jest dyskryminacja, jakim prawem władze chcą mi narzucać imiona dla moich
    dzieci?

    Moussa Aynan przyjechał do Holandii razem z rodzicami, gdy miał siedem lat.
    Mówi, że w szkole nigdy nie spotkał się z dyskryminacją. Sytuacja zmieniła się
    na początku lat 90., gdy kryzys gospodarczy spowodował upadek tradycyjnych
    gałęzi przemysłu i wzrost bezrobocia. Wielu Holendrów uznało, że winni są
    imigranci, których jest za dużo.

    Dla samego Aynana przełomem był zamach w 2002 r. na Pima Fortuyna, polityka,
    który zdobył wielką popularność, głosząc antyimigranckie hasła, i miał szansę
    zostać premierem. - Byłem studentem, gdy tamtego wieczoru zginął Fortuyn
    [później okazało się, że zabił go działacz praw zwierząt, nie islamski
    fanatyk]. Siedziałem w barze studenckim. Jakiś chłopak wstał i krzyknął: Zabić
    wszystkich muzułmanów! - wspomina Aynan. - Czułem strach, uznałem, że mam dwa
    wyjścia - albo wyjechać z Holandii, albo zostać i coś zrobić. Wtedy
    postanowiłem zaangażować się w politykę i w końcu zostałem radnym.

    Gdy radny Moussa Aynan na początku tego roku dowiedział się o listach imion,
    też postanowił coś zrobić. Poruszył sprawę we władzach Haarlem, a w kwietniu
    założył stronę internetową, na której prowadził kampanię w sprawie imion.
    Usłyszał o niej cały kraj, Aynan pojawił się w programach telewizyjnych i
    zyskał niemałą sławę. To był też początek jego kłopotów. Z całego kraju zaczęły
    spływać listy i e-maile z wyrazami poparcia, ale więcej było tych z groźbami i
    wyzwiskami typu "faszysta" i "rasista".

    - Znalazłem się między młotem a kowadłem, pod obstrzałem grup muzułmańskich, bo
    walczę z muzułmańskimi imionami, i prawicowych ekstremistów, bo jestem
    imigrantem - opowiada Aynan, który kilka dni temu zamknął stronę w internecie.
    Twierdzi, że nie mógł już znieść oszczerstw pod swoim adresem, a jego żona
    zaczęła się obawiać o bezpieczeństwo rodziny.

    Ale Aynan nie zamierza się poddawać. Dzięki jego interwencji sprawą zajmie się
    teraz parlament Holandii, gdzie jest duża szansa na przyjęcie prawa, które
    ukróci narzucanie imion przez magistraty. Zaczął też zbierać w tej sprawie
    podpisy, na razie ma ich 300.

    Zdaniem holenderskiego socjologa Hermana Vuijsje sprawa list z imionami to
    kolejny przykład, jak bardzo napięte są stosunki między społeczeństwem
    holenderskim a społecznością muzułmańską. - Holenderskim urzędom wydaje się, że
    namawiając ludzi do przestrzegania list imion, robią im przysługę, że pokazują,
    jak bardzo Holandia jest przyjazna imigrantom. Chcą dobrze, ale nie rozumieją,
    że w ten sposób utrudniają ich integrację ze społeczeństwem - mówi "Gazecie"
    socjolog.


    Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 26.01.08, 19:25

    Holandia nie chce kobiet bez twarzy
    Jacek Pawlicki
    2008-01-26, GW

    Po dwóch latach burzliwych dyskusji rząd holenderski wprowadza częściowy zakaz
    noszenia muzułmańskiego stroju zasłaniającego twarz
    Zobacz powiekszenie
    Fot. JEAN-PIERRE JANS/HOLLANDSE HOOGTE/EKPICTURES
    Rotterdam,czerwiec 2006 r. Już niedługo holenderskie muzułmanki w takich
    strojach nie będą mogły chodzić do szkoły ani pracować w instytucjach rządowych
    ZOBACZ TAKŻE

    * Muzułmanki coraz częściej noszą chusty (21-12-07, 01:00)
    * Brytyjczycy chcą, by muzułmanki przestały zakrywać twarze (16-10-06, 01:00)
    * Niemcy: Zgoda na muzułmańskie chusty (10-07-06, 01:00)
    * Kto ich kocha, a kto wyrzuca. Imigranci w krajach Unii Europejskiej
    (15-01-03, 00:00)

    Koalicyjny gabinet Jana Petera Balkenende ma zatwierdzić nowe prawo w przyszłym
    tygodniu. Tradycyjnych islamskich strojów - tzw. burek i nikabów - nie będzie
    można nosić w szkołach. Zakaz będzie obowiązywał też kobiety pracujące w
    instytucjach rządowych.

    Władze tłumaczą, że zakaz jest częściowy, ograniczony do instytucji, a więc nie
    jest pogwałceniem konstytucyjnej zasady wolności wyznawania religii.

    Burka to specjalna szata zasłaniająca całą kobietę od stóp do głowy z wyjątkiem
    małego otworu na oczy. W Europie burkami często błędnie nazywa się strój
    zakrywający szczelnie głowę, czyli nikab. Zwolennicy burek powołują się na
    zapisy Koranu. W rzeczywistości wiele zależy od interpretacji świętej księgi
    muzułmanów. Do noszenia burek talibowie zmuszali kobiety w Afganistanie.

    Sprawa zakazu burek i nikabów zapadła w szczególnym momencie. Holandia obawia
    się niepokojów społecznych związanych z planowaną publikacją obraźliwego wobec
    Koranu filmu. Paradoksalnie obie sprawy - zakaz i lęk przed reakcją muzułmanów
    na film - wiążą się z jedną osobą - Geertem Wildersem.

    To właśnie ten przywódca populistycznej i antyimigranckiej Partii Wolności
    zażądał dwa lat temu, by zabronić muzułmankom zakrywania twarzy w miejscach
    publicznych. Jego propozycję podchwyciła natychmiast ówczesna minister imigracji
    Rita Verdonk, nazywana "żelazną Ritą" z powodu nieustępliwej polityki wobec
    imigrantów. Chciała przeforsować zakaz w dużo ostrzejszej formie - kobiety w
    burkach nie miałyby wstępu do sklepów, pociągów, samolotów, środków komunikacji
    miejskiej. Musiałyby też odsłaniać twarz na dworcach, w pociągach, na
    lotniskach, w kinach czy innych budynkach publicznych.

    Holenderscy muzułmanie protestowali, mówiąc, że rząd najwyraźniej chce
    sprawdzić, jak daleko może ograniczyć prawa i wolności obywateli. - Władze chcą
    pokazać, że normalnym Holendrom niedobrze robi się na widok tych "mutantów" -
    mówił o dyskryminowaniu kobiet w burkach Yassim Hertog ze stowarzyszenia
    zrzeszającego muzułmańskich uczniów i studentów w Holandii.

    Przeciwnicy zakazu argumentowali, że choć w Holandii mieszka milion muzułmanów,
    burki i nikaby nosi ledwie kilkadziesiąt kobiet. I że dla tak małej liczby osób
    nie warto wprowadzać specjalnego prawa.

    Rząd zdecydował się na kompromisowe rozwiązanie. - Większość Holendrów popiera
    ograniczony zakaz - zapewnia Philip van Praag z uniwersytetu w Amsterdamie.

    Napięcia między muzułmanami a Holendrami nie są czymś nowym w Holandii. Trzy
    lata temu muzułmański fanatyk zastrzelił, a potem podziurawił nożem na ulicy
    reżysera Theo van Gogha. W swym filmie "Podporządkowanie" van Gogh chciał
    zwrócić uwagę - podobnie jak Sooreh Hera - na hipokryzję muzułmanów. Film
    pokazywał prześladowanie kobiet w islamie, by wywołać społeczną dyskusję.
    Zamiast dyskusji było morderstwo, a po nim eskalacja napięć między białymi
    Holendrami a muzułmanami. Spalono nawet kilka meczetów.

    Holenderski zakaz noszenia burek nie będzie pierwszy w Europie Zachodniej. We
    Francji i kilku niemieckich landach obowiązuje zakaz noszenia muzułmańskich
    chust w szkołach. Także francuskie urzędniczki nie mogą nosić chust w pracy. We
    Włoszech istnieje zakaz zasłania twarzy, co ma zapobiegać aktom terroryzmu.

    Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 13.11.03, 21:45
    Mohamed to najpopularniejsze imię dla syna w Brukseli

    Mohamed - to imię najczęściej nadają rodzice swym synom w Brukseli - wynika z
    danych Narodowego Instytutu Statystyki. Najpopularniejsze imię dla dziewczynki
    w stolicy Belgii to Sara.


    ŹRÓDŁO: Gazeta Wyborcza 29-08-2003
  • 17.01.04, 21:07
    Belgia zamierza zabronić obecności symboli religijnych w urzędach, szkołach i
    szpitalach

    Czy pielęgniarz muzułmanin może odmówić podania pacjentowi wieprzowego kotleta,
    a gorliwa chrześcijanka - bojkotować pacjentkę po aborcji?

    W Belgii miały miejsce tego typu przypadki, dlatego też modna ostatnio na
    zachodzie Europy krucjata przeciw noszeniu strojów religijnych w miejscu pracy
    rozpoczęła się w Belgii od... brukselskich szpitali. Do parlamentu federalnego
    trafi niebawem projekt ustawy zakazującej noszenia i umieszczania symboli
    religijnych w urzędach i szkołach. Przeciwnicy takiego zakazu argumentują, że
    jest on bez sensu, ponieważ każda taka placówka może go wprowadzić we własnym
    zakresie. Już np. w większości francuskojęzycznych szkół katolickich w Walonii
    (frankofońskiej części Belgii) noszenie muzułmańskich chust jest zakazane.

    Belgijska droga

    Eksperci przyznają, że przymiarki do ustawy to początek ofensywy przeciw
    obnoszeniu się w miejscach publicznych z symbolami religijnymi w rodzaju
    islamskich chust, wielkich krzyży czy jarmułek. Belgia czerpie wzory od
    sąsiadów, którzy z chustami już się rozprawili - Francuzów i Niemców. W
    odróżnieniu od Francji belgijscy muzułmanie, potomkowie imigrantów z Turcji,
    Maroka czy Pakistanu, mają dużo więcej swobody, a szkoły katolickie w Belgii
    nie są wyznaniowe, uchodzą za elitarne i kształcą dzieci ludzi bogatych i
    wpływowych. Z chustą i krzyżem walczyć więc znacznie trudniej.

    Belgia zmierza więc do całkowitego zakazu drobnymi kroczkami. Na początek więc
    zabronione będzie noszenie strojów religijnych w szpitalach grupy Iris w
    Brukseli (m.in. w znanym szpitalu Baron Lambert). Zakaz wejdzie w życie od
    końca stycznia. - Musieliśmy wprowadzić pewne reguły, gdyż sytuacja stawała się
    problematyczna - tłumaczy Michel Peeters, szef kilku szpitali należących do
    grupy Iris. - W pewnych szpitalach pacjenci narzekali na to, że opiekowali się
    nimi ludzie zbyt agresywnie manifestujący swoją religijność - opowiada Jean-
    Marie Amand z brukselskiego szpitala Brugmanna. Zdarzało się, że personel
    próbował nawracać pacjentów na swoją religię, odmawiał wydawania posiłków
    zawierających niejadalną dla muzułmanów wieprzowinę, dochodziło do sekowania
    pacjentek po aborcji.

    Arena kontra Dawael

    Szpitale będą pierwsze, ale nie ostatnie. 6 stycznia dwoje belgijskich
    senatorów Anne-Marie Lizin z Partii Socjalistycznej i liberał Alain Destexhe
    opowiedziało się za zakazem symboli religijnych, takich jak muzułmańskie chusty
    czy krzyże w szkołach i budynkach administracji publicznej. Spod zakazu miałyby
    być wyłączone szkoły stricte religijne. Nowe prawo chroniłoby neutralność
    światopoglądową państwa i... równouprawnienie kobiet i mężczyzn.

    Do publicznej debaty w sprawie chust i innych symboli religijnych włączyli się
    też politycy. Zdaniem liberała, ministra sprawiedliwości i wicepremiera
    Patricka Dawaela nie powinno się ich nosić również w instytucjach rządowych,
    takich jak ministerstwa i w sądach. Podobną opinię wygłosił wcześniej szef MSZ
    Louis Michel. Spośród partii tworzących koalicyjny rząd przeciw zakazowi są
    socjaliści. Socjalistka, minister ds. integracji socjalnej Maria Arena
    oskarżyła Dawaela o prowadzenie kampanii wyborczej przed wyborami do Parlamentu
    Europejskiego. Przeciw planom Dawaela zaprotestowało też 15 różnych belgijskich
    stowarzyszeń i organizacji zrzeszających wyznawców islamu.


    źródło: gazeta.pl, Jacek Pawlicki 13-01-2004
  • 14.02.04, 22:26
    Czy muzułmanin będzie ojcem chrzestnym córeczki belgijskiego księcia?

    Belgijski książę Laurent zasugerował, że ojcem chrzestnym jego córeczki będzie
    muzułmanin. Media spekulują, że może to być syn byłego szacha Iranu, lecz szef
    belgijskiej dyplomacji ostrzega, że to wywołałoby skandal w stosunkach z Iranem.

    Choć urodzony w 1963 r. Laurent Benoit Baudouin Marie jest 10. w linii do
    tronu, Belgowie lubią go chyba najbardziej spośród rodziny królewskiej. Głównie
    za to, że jest najmniej królewski i najbardziej ludzki - ze wszystkimi swymi
    słabościami. Nie przeszkadza im to, że zdarzało mu się często przekraczać
    dozwoloną prędkość na autostradzie (kocha szybkie samochody) czy mówić rzeczy,
    które księciu nie przystają. W młodości był outsiderem bez chorych ambicji, a i
    dziś nie tęskni do władzy. Teraz polubi go bardzo widoczna w Belgii muzułmańska
    mniejszość, sfrustrowana ostatnio toczącą się w katolickiej w większości Belgii
    debatą na temat zakazu noszenia chust islamskich.

    Byle nie Pahlawi!

    Córka 40-letniego księcia Laurenta i jego 30-letniej żony księżniczki Clair
    urodziła się w Brukseli w miniony piątek 6 lutego. Jest pierwszym dzieckiem
    pary, która stanęła na ślubnym kobiercu w kwietniu zeszłego roku. Na
    transmitowanej przez telewizję "poporodowej" konferencji prasowej Laurent
    ogłosił, że ich córka Luiza Zofia Maria może mieć niechrześcijańskiego
    chrzestnego. Zapytany, kto dostąpi tego zaszczytu, książę odpowiedział:

    -Może to być mój przyjaciel, który jest muzułmaninem.

    Dwór króla Belgów Alberta II wstrzymał się od komentarzy. Rolę tę przejęły
    ochoczo belgijskie media, w większości pozytywnie reagując na plany Laurenta.
    Francuskojęzyczny dziennik "La Libre Belgique" znalazł duchownego, który
    pochwalił wybór na ojca chrzestnego niechrześcijanina. - To bardzo mocny gest -
    ocenił ojciec Gabriel Ringlet. Kropkę nad i postawił rzecznik belgijskiego
    episkopatu, tłumacząc, że właściwie w ceremonii chrztu ważne jest, aby
    przynajmniej jedno z rodziców chrzestnych (chrzestną Luizy Zofii będzie siostra
    księżnej Klary) było chrześcijaninem, który odebrał sakrament chrztu, komunii i
    bierzmowania. Drugi z chrzestnych może pełnić funkcję... świadka. Muzułmanin
    mógłby więc stać się świadkiem chrztu, nie martwiąc się o to, że główną rolą
    chrzestnego jest utwierdzanie chrześniaczki w wierze katolickiej.

    Dwie inne gazety - flamandzki "Het Laatste Nieuws" i francuskojęzyczny "Vers
    l'Avenir" - wszczęły własne dziennikarskie śledztwa w sprawie ewentualnego ojca
    chrzestnego. Obie ogłosiły, że może nim być bliski przyjaciel Laurenta Reza
    Pahlawi, mieszkający w USA syn b. szacha Iranu Rezy Pahlawiego obalonego w 1979
    r. Choć nikt z otoczenia dworu nie potwierdził tych doniesień, szef belgijskiej
    dyplomacji Louis Michel dał do zrozumienia w miniony wtorek, że rząd na taki
    wybór się nie zgodzi, gdyż to nadszarpnęłoby stosunki z Iranem. - To byłoby
    trudne z punktu widzenia naszej dyplomacji, Laurent o tym wie - powiedział
    Michel. Krótko mówiąc, chrzestnym może być muzułmanin, byle nie syn szacha.

    Książę jedności

    Debata w Belgii koncentruje się nie wokół nazwiska przyszłego chrzestnego, ale
    intencji księcia. Instytucja króla jest w językowo podzielonej na
    flamandzkojęzyczną Flandrię i francuskojęzyczną Walonię Belgii łącznikiem i
    gwarantem jedności. Czy politycznie poprawny gest lubianego księcia nie
    zadziałałby jak symbol pojednania? - Dla muzułmanów tak, ale nie dla
    nacjonalistów ze skrajnie prawicowego Vlamsbloku - uważają eksperci. "La Libre
    Belgique" napisał, że wybór muzułmańskiego chrzestnego został bardzo dobrze
    przyjęty przez organizacje muzułmańskie. - To jest gest, który się liczy, nawet
    jeśli chrzest pozostanie sprawą prywatną - zwierzył się gazecie muzułmański
    deputowany do belgijskiego parlamentu Mustafa Ouzekhti. Jego zdaniem to "bardzo
    ważne świadectwo, szczególnie w dobie islamofobii narastającej na świecie od
    zamachów 11 września". Według Ouzekhtiego dla muzułmanina nie jest żadnym
    problemem uczestniczenie w chrześcijańskiej ceremonii, choć zastrzegł,
    że "islam nie zna instytucji ojca chrzestnego".

    Choć muzułmanie, których w Belgii jest ok. 400 tys., stanowią niespełna 5 proc.
    ludności, są dużo "głośniejsi" i bardziej wpływowi niż ich bracia w sąsiedniej
    Francji. Potomkowie imigrantów ściąganych do pracy w Belgii z Maroka czy Turcji
    cieszą się tu większą swobodą. Paradoksalnie Belgia jest też ojczyzną
    nacjonalistycznego i antyimigranckiego Bloku Flamandzkiego, dla którego są
    wrogiem numer jeden i celem masowych deportacji.

    źródło: gazeta.pl, Jacek Pawlicki 13-02-2004
  • 03.03.07, 14:11
    Koran w odcinkach w belgijskiej prasie

    źródło: arabia.pl, KUNA
    2007-03-02

    Belgijski dziennik „De Standaard” poinformował dzisiaj o zamiarze publikacji w
    odcinkach Koranu w języku flamandzkim począwszy od najbliższego poniedziałku.
    Wydrukowanie Koranu pozwoli Belgom na lepsze zrozumienie muzułmańskiej świętej
    księgi, a co za tym idzie umiejętność rozróżnienia pomiędzy islamem a
    terroryzmem, poinformował „De Standaard”, główny dziennik we Flandrii.

    Koran będzie drukowany jako specjalny darmowy dodatek do belgijskiej gazety, w
    którym znajdą się również informacje na temat muzułmańskiej kultury i sztuki.



    (tłum. hs)

    =========================================

    a może by tak Koran po polsku w odcinkach w Gazecie Wyborczej?
  • 31.01.08, 09:39
    Fundusz zdrowia finansuje przywracanie dziewictwa

    ulast
    2008-01-30, ostatnia aktualizacja 2008-01-30 08:51

    PRZEGLĄD PRASY. Muzułmanki w Belgii coraz częściej decydują się na operacyjne
    przywrócenia dziewictwa. W innym przypadku nie mają szans na małżeństwo. Koszty
    zabiegu pokrywa Belgijski Fundusz Zdrowia - pisze "Rzeczpospolita".
    Zobacz powiekszenie
    Fot. ODD ANDERSEN AFP
    Przedmałżeński seks nie jest im obcy, ale ich społeczność oczekuje, by były
    dziewicami
    Zabieg przywrócenia błony dziewiczej trwa zaledwie pół godziny i kosztuje od
    1800 do 2500 euro. Koszty tej operacji refunduje państwo. Nie wiadomo dokładnie,
    ile kobiet decyduje się na ten krok, bo w statystykach medycznych ten zabieg nie
    jest odróżniany od rekonstrukcji organów płciowych. Według Belgijskiego
    Stowarzyszenia Ginekologów (GBS) operacje te stają się coraz popularniejsze.

    Większość pacjentek to muzułmanki z Maroka, Tunezji czy Turcji, które urodziły
    się i wychowały w Belgii. Dziewictwo straciły dobrowolnie lub wskutek gwałtu.
    Boją się reakcji rodziny. Wiedzą, że nie będąc dziewicami, nie mają szans na
    wyjście za mąż - mówi w rozmowie z "Le Soir" ginekolog zrzeszona w GBS.

    Kobieta może również poprosić lekarza o "certyfikat dziewictwa", miejscowe
    szpitale dostarczają ich aż kilkadziesiąt rocznie. Według ekspertów spowodowane
    jest to rosnącym fundamentalizmem wśród europejskich muzułmanów.

    - Wiele moich pacjentek jest uwięzionych w pułapce między dwoma światami, Z
    jednej strony mieszkają w świeckim kraju, więc seks przedmałżeński nie jest im
    obcy, a z drugiej - w ich społeczności oczekuje się od nich, by pozostały
    dziewicami - cytuje "Le Soir" jednego z belgijskich ginekologów.

    Źródło: "Rz", gazeta.pl, 31.01.08
  • 13.11.03, 22:19
    Ateńczycy spierają się, gdzie w ich mieście powinien stanąć meczet


    Grecki kościół prawosławny nie chce, by ateński meczet stanął obok lotniska. -
    Czy pierwszą rzeczą, jaką zobaczą w Grecji zagraniczni goście, musi być
    muzułmański meczet? - pyta

    Gdzie powinien stanąć pierwszy w Atenach meczet? - odpowiedź na to pytanie
    podzieliła mieszkańców miasta. Do dyskusji włączyły się już nie tylko władze i
    zwykli obywatele, lecz także kościół prawosławny.

    - Z powodu bliskości lotniska miejscowość Peania jest pierwszym greckim
    miejscem, które widzą zagraniczni goście. Czy pierwszą rzeczą, jaką zobaczą w
    Grecji, musi być muzułmański meczet? - mówił w rozmowie z dziennikarzem agencji
    AFP rzecznik greckiego kościoła prawosławnego ojciec Epifanios. Tłumaczył, że
    grecki Kościół nie jest przeciwny budowie meczetu w innym miejscu. Dodał
    jednak, że nie podoba mu się pomysł, by meczetowi towarzyszyło islamskie
    centrum kultury. - Nie rozumiemy, jaki cel miałoby spełniać takie centrum -
    stwierdził. Wcześniej prawosławni duchowni sugerowali, że takie centrum mogłoby
    się stać ośrodkiem politycznej agitacji ekstremistów.

    Głos kościoła prawosławnego jest jednym z wielu krytykujących projekt budowy
    meczetu w Atenach. Sprawa ciągnie się od dwóch dziesięcioleci. Po raz pierwszy
    została podniesiona w latach 80. przez ambasadorów państw muzułmańskich. Wtedy
    grecki rząd zdecydował, że meczet powstanie. Długo nie podejmowano jednak
    żadnych kroków. W 2000 r. władze centralne przeznaczyły na budowę duży teren
    właśnie w Peanii, 20 km na północny wschód od Aten, gdzie znajduje się także
    lotnisko. Od dawna wiadomo, że budowę sfinansuje rząd Arabii Saudyjskiej.
    Projekt mocno promuje greckie ministerstwo spraw zagranicznych, które chce, by
    olimpiada w Atenach w 2004 r. była okazją do pokazania Grecji jako kraju
    tolerancyjnego i otwartego także na muzułmanów. Grecy wielokrotnie byli
    krytykowani, m.in. przez Unię Europejską, za nieprzestrzeganie praw
    mniejszości. Ostatni taki głos odezwał się w środę, gdy w raporcie Parlamentu
    Europejskiego skrytykowano Grecję właśnie za to, że muzułmanie nie mogą wznosić
    meczetów ani chować zmarłych na swoich cmentarzach.

    Plany władz państwowych nie podobają się jednak władzom lokalnym. Rada miejsca
    Peanii zaproponowała, by meczet powstał lepiej w zachodnich Atenach,
    robotniczej dzielnicy, gdzie mieszka wielu imigrantów. Podkreślają, że u nich
    nie ma żadnych muzułmanów.

    Grecja jest w 97 proc. prawosławna, a w konstytucji zapisano, że prawosławie
    jest "dominującą religią" w kraju. Ostatnio do kraju przybywa jednak coraz
    więcej muzułmańskich imigrantów z Albanii i innych krajów bałkańskich, a także
    z Nigerii, Pakistanu czy Egiptu. Jedyny dotychczas meczet w Grecji stoi na
    północnym wschodzie kraju, w Tracji, gdzie mieszka 120-tys. mniejszość turecka.



    ŹRÓDŁO: Gazeta Wyborcza 04-09-2003
  • 04.12.03, 23:12
    Grecja wciąż dyskryminuje muzułmanów


    Modlą się na chybcika w prywatnych mieszkaniach, barakach, domkach. W
    metropolii naznaczonej wspaniałymi świątyniami pogańskiej przeszłości i
    prawosławnymi krzyżami współczesnych kościołów nie uświadczy się ani jednego
    minaretu. Stutysięczna rzesza mieszkających w Atenach muzułmanów nie ma swojej
    świątyni. Najbliższe meczety są o 800 kilometrów stąd, w Tracji, na tureckiej
    granicy.

    Awersja Greków do meczetów jest poniekąd zrozumiała - przywołują one w pamięci
    wielowiekową turecką okupację, utracony Konstantynopol, straszliwą klęskę wojny
    z Atatürkiem. Podobne uczucia budziły w Warszawie prawosławne cerkwie po
    odzyskaniu niepodległości - wielki sobór na placu Saskim został wówczas
    rozebrany. Ale pozostałe cerkwie ocalały i dziś trudno sobie bez nich wyobrazić
    Warszawę. Także meczet na drodze do Wilanowa po początkowych trudnościach z
    lokalizacją wrósł w krajobraz miasta. Ale ateńskiego meczetu jak nie było, tak
    nie ma, choć Grecja jest niepodległa już prawie 200 lat. Inne państwa
    bałkańskie mimo podobnych historycznych obciążeń meczetów jednak nie zabraniają
    budować. A zresztą dlaczego mścić się na muzułmańskich imigrantach z Nigerii za
    klęski Bizancjum?

    Póki niemal jedynymi muzułmanami w Atenach byli imigranci, szanse na meczet
    były żadne. Ale gdy Atenom przyznano prawo organizowania w roku przyszłym
    igrzysk olimpijskich, sytuacja się zmieniła - muzułmańscy zawodnicy i turyści
    muszą mieć gdzie się modlić. Postanowiono wybudować meczet pod miastem, w
    Peanii. Arabia Saudyjska zgodziła się pokryć całość kosztów. A wtedy wybuchła
    burza: zaprotestował i burmistrz miasteczka, i kościół. Peania jest na drodze z
    lotniska do Aten i groziło, że meczet będzie pierwszą rzeczą, jaką w Grecji
    zobaczą turyści. - No i co sobie pomyślą o naszym kraju? - protestowali
    dostojnicy, zastrzegając, że nie mają nic przeciwko meczetom w ogóle, byle nie
    tu.

    Istotnie: widząc meczet w Peanii, turyści mogliby odnieść błędne wrażenie, że
    Grecja jest krajem religijnej tolerancji. Wygląda na to jednak, że zostanie im
    to oszczędzone. Nawet jeśli decyzja o budowie meczetu zostanie w końcu podjęta,
    to jest całkiem możliwe, że do rozpoczęcia igrzysk jego budowa nie zostanie
    zakończona. Turyści i zawodnicy, podobnie jak imigranci, modlić się więc będą w
    przypadkowych pomieszczeniach, w tymczasowo zaadaptowanych na izby modlitw
    hotelowych salach. Religijnie nie będzie to wielkim problemem: w kwestii
    świątyń islam jest ujmująco pragmatyczny i z taką niewygodą może się pogodzić.
    Ale cena tej niewygody będzie wysoka. Tysiące muzułmanów raz jeszcze przekonają
    się, że są w Grecji niemile widzianymi gośćmi, co politycznie nie będzie
    zresztą dla Grecji zbyt kosztowne - jej konsekwentnie antyizraelska polityka
    sprawia, że państwa arabskie niezbyt są skłonne do publicznej krytyki Aten.

    To prawda, gdzie indziej bywa gorzej - w Arabii Saudyjskiej nie tylko nie wolno
    budować kościołów, ale samo praktykowanie chrześcijaństwa jest przestępstwem.
    Ale Arabia nie dała światu demokracji. I nie jest członkiem Unii Europejskiej.

    źródło: gazeta.pl Dawid Warszawski 02-12-2003
  • 13.11.03, 22:44
    Polityczna burza we Włoszech o krzyże w szkołach


    Włoski muzułmanin wytoczył batalię przeciw krucyfiksom, które w majestacie
    prawa były wieszane we włoskich szkołach od czasów Mussoliniego. To na jego
    wniosek sędzia z L'Aquili nakazał precedensowe usunięcie krzyży ze szkoły w
    Ofenie. Kościół katolicki i politycy zgodnie zaprotestowali

    Polityczna burza rozpętała się gdy w sobotę sędzia Mario Montanaro przychylił
    się do wniosku przewodniczącego Stowarzyszenia Muzułmanów we Włoszech Adela
    Smitha o usunięcie krucyfiksów ze szkolnego budynku. Uznał tym samym argumenty
    islamskiego aktywisty, który upierał się, że obecność krzyży w klasach
    to "narzucanie ogółowi wartości, które nie są wspólne dla wszystkich
    obywateli". Sędzia Montanaro wyjaśnił, że jest to "przejaw jednoznacznej woli
    państwa do umieszczenia katolicyzmu w centralnym miejscu w szkołach
    publicznych, bez śladu najmniejszego uznania dla roli innych religii w rozwoju
    ludzkości".

    Szkoła w Ofenie, 25 km od Rzymu, dostała miesiąc na zdjęcie krzyży, ale władze
    oświatowe nie mają zamiaru zastosować się do tego polecenia. I co więcej, mają
    poparcie resortu oświaty oraz świata politycznego.

    W 59-milionowych Włoszech żyje ok. 800 tys. muzułmanów, głównie imigrantów. Sam
    Adel Smith nie ma najlepszej opinii wśród muzułmańskich duchownych. Agencje
    informacyjne cytują wypowiedź imama z Mediolanu (gdzie żyje ok. 70 tys.
    muzułmanów), który nazwał aktywistę "izolowanym prowokatorem".

    Obraza?

    Już w niedzielę w atmosferze gorącej polemiki politycznej włoski minister
    sprawiedliwości Roberto Castelli nakazał wszczęcie specjalnego dochodzenia,
    które ma sprawdzić, czy kontrowersyjna dla włoskich katolików decyzja sędziego
    była zgodna z prawem. Zaprotestowało też ministerstwo edukacji, twierdząc, iż
    podstawa prawna wieszania krzyży w szkołach - ustawa z 1923 roku uchwalona
    przez jeszcze przez rząd Benito Mussoliniego - nigdy nie została formalnie
    zniesiona.

    Również przedstawiciele włoskiego Kościoła katolickiego nie czekali na wynik
    dochodzenia ministra i wydali swój "wyrok" na orzeczenie sędziego. - Taka
    decyzja spowoduje rozprzestrzenienie się nietolerancji wobec symboli
    religijnych - powiedział dziennikowi "La Repubblica" biskup Rino Fisichella.

    - Jak ktoś może nakazać usunięcie z klas symbolu podstawowych wartości naszego
    kraju? To orzeczenie obraża większość Włochów - dodał kardynał Ersilo Tonini na
    łamach "Corriere della Sera".

    - Nie możemy zgodzić się, by sędzia ot tak sobie kasował tysiące lat historii -
    powiedział z kolei minister spraw socjalnych Roberto Maroni. Jedynie związek
    zawodowy nauczycieli ucieszył się z decyzji, uznając to za wygraną w batalii
    między Kościołem a państwem laickim.

    Riposta Smitha

    Adel Smith, wychowany w Egipcie syn Włocha i Egipcjanki, nie pozostał dłużny
    biskupom. Odpowiedział im w dzienniku "La Repubblica", że "Włochy to nie
    Watykan". - Nie walczę z krucyfiksami, tylko upominam się o konstytucyjne
    prawo, by symbole religijne nie były umieszczane w szkole, do której chodzą
    moje dzieci - dodał. Podpisany w 1984 nowy konkordat między Watykanem a Rzymem
    stanowi, że we Włoszech nie ma religii państwowej.

    Wojna Smitha z krucyfiksami zaczęła się dwa lata temu. Jego dwóch synów uczyło
    się w podstawówce w Ofenie, a ojcu przeszkadzały wiszące tam krucyfiksy. Smith
    zwrócił się więc do władz szkoły, by usunęły krzyże, gdyż katolicyzm nie jest
    religią państwową Włoch. Krzyże na krótko zniknęły ze ścian, ale powróciły tam
    gdy Smith wywiesił w klasie swych dzieci napis "Allah jest wielki". Gdy
    krucyfiksy wróciły, muzułmanin zażądał, by zawiesić też jedną z sur Koranu.
    Ponieważ szkoła odmówiła, poszedł do sądu.

    Włoska prasa przyrównała spór o krzyże do debaty, jaka w kilku europejskich
    krajach toczy się wokół sprawy noszenia zwyczajowych chust przez muzułmańskie
    dziewczęta w laickich szkołach. Niedawno francuskie władze nakazały usunięcie
    dwóch dziewcząt obstających przy chustach. W przypadku Smitha nie chodzi jednak
    o batalię laickości z religią, tylko o starcie dwóch religii, i to w drażliwym
    momencie, kiedy Włochy przewodzą Unii Europejskiej i kierują pracami nad
    konstytucją Unii. Jednym ze spornych punktów debaty konstytucyjnej jest
    odwołanie się w preambule do dziedzictwa chrześcijańskiego. Co ciekawe, włoski
    rząd jest przeciwny takim zapisom (stając w obronie laickości i nie chcąc
    drażnić muzułmańskiej Turcji, która jest kandydatem do UE), ale eksperci
    sugerują, że batalia o krzyże może przyczynić się do zmiany stanowiska w tej
    sprawie.


    ŹRÓDŁA: Gazeta Wyborcza Jacek Pawlicki 27-10-2003
  • 13.11.03, 22:47
    Chrystusa nie wyrzuca się siłą


    Gest Adela Smitha jest nikczemnym aktem nietolerancji podkopującym stanowisko
    ludzi, którzy dążą do pokojowego dialogu - pisze z Włoch Andrea Camilleri.

    Żeby dobrze zrozumieć, co wydarzyło się ostatnio we Włoszech - czyli usunięcie
    krzyża ze szkolnej sali - trzeba pamiętać, że istnieje ustawa - pochodząca z
    1934 roku, lecz wielokrotnie (również niedawno) nowelizowana - która nakłada
    obowiązek wywieszania symbolu religijnego w szkołach i sądach.

    Adel Smith, muzułmanin, którego dzieci uczęszczają do włoskiej szkoły
    publicznej w miasteczku Ofena (w regionie Abruzzo), skierował sprawę do sądu,
    wnosząc - w imię wolności wyznania - o usunięcie krzyża z klasy. Sędzia uznał
    jego racje i zarządził zdjęcie krzyża ze ściany, lecz jego nakaz nie został
    wyegzekwowany w stosownym terminie. Adel Smith wezwał więc siły porządkowe,
    które krucyfiks zdjęły i wyniosły.

    Adel Smith jest osobą dobrze znaną we Włoszech ze swoich skrajnych poglądów, od
    których najwybitniejsi przedstawiciele włoskiej wspólnoty muzułmańskiej zawsze
    jednoznacznie się odcinali.

    Z kolei wyrok sędziego nie jest prawomocny i nie ma zastosowania w innych
    włoskich szkołach. Więcej - nie ma zastosowania nawet w klasie sąsiadującej
    przez ścianę z salą lekcyjną, w której uczą się dzieci pana Smitha. Poza tym
    żaden wyrok czy nakaz nie może stać w sprzeczności z prawem państwowym. Jeśli
    prawo jest przestarzałe, to owszem, zawsze można je zmienić, lecz taka decyzja
    należy wyłącznie do parlamentu.

    Więc jak to jest - dużo hałasu o nic? Nie. Wobec napływu do Włoch coraz to
    nowych osób spoza Unii Europejskiej będących wyznawcami innych religii z dnia
    na dzień problem staje się coraz bardziej jątrzący. Lecz sposób, w jaki
    postawił sprawę pan Smith, jest najgorszy z możliwych. Znamienne zresztą, że w
    jednomyślnej dezaprobacie dla jego działań ramię w ramię stanęli niewierzący i
    katolicy. Ponadto do wydarzenia tego doszło w niezwykle delikatnym momencie - w
    chwili, kiedy Gianfranco Fini, wicepremier i jeden z dwóch (obok Umberto
    Bossiego) sygnatariuszy ustawy represjonującej przybyszy spoza Unii, zaczyna
    postulować przyznanie prawa wyborczego

    zarejestrowanym imigrantom, a jego propozycja natrafia na silny sprzeciw
    niektórych jego kolegów z rządu. Gest Adela Smitha w oczywisty sposób może
    skompromitować stanowisko Finiego w oczach prawicy, a nawet doprowadzić do
    zaostrzenia konfliktu.

    Kilka kilometrów od Olfeny leży miejscowość, która nazywa się Sant'Eusanio
    Forconese. Burmistrz tego miasteczka nazwał żądanie Adela Smitha "prowokacją".
    I nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby burmistrz ten nie nazywał się
    Mahmoud Srour, gdyby nie był z pochodzenia Syryjczykiem i gdyby nie był jedynym
    wyznawcą Islamu pełniącym we Włoszech funkcję burmistrza.

    Jestem człowiekiem niewierzącym i muszę wyznać, że uważam cały ten epizod za
    smutny, wręcz ponury. Gest Adela Smitha jest nikczemnym aktem nietolerancji
    podkopującym stanowisko ludzi, którzy dążą do pokojowego dialogu, wzajemnego
    zrozumienia i przyzwoitego współżycia. Chrystusa nie wyrzuca się przy pomocy
    sędziów, papieru podaniowego i funkcjonariuszy porządku publicznego. To, co się
    stało, dla jednych jest bolesne, dla innych zaś obraźliwe. Czy to naprawdę było
    nam w ogóle potrzebne?



    źródło: Gazeta Wyborcza Andrea Camilleri, przeł. Jarosław Mikołajewski 02-11-
    2003
  • 14.12.03, 09:01
    beduinko czy uważasz że powinny je ściągać w publicznej szkole?
    Jeżeli muzułmanom nie odpowiadają krzyże to powinni zrezygnować z chust!
    Nie powinno być tak że muzułmanie mogą manifestować swoją wiarę a inni nie!
    P.S. beduinko opisz jak taktują muzułmanie chrześcijan w Arabii Sudyjakiej jak
    są tolerancyjni dla innych wyznań!
    --
    Piszesz wiersze – opublikuj je:

    www.wiersze.gery.pl/
  • 16.02.04, 20:09
    Awantura wokół obrzezania muzułmanek

    źródło: gazeta.pl, Jacek Pawlicki 16-02-2004

    Włoski ginekolog rozpętał gorącą debatę na temat rytualnego obrzezania
    muzułmańskich dziewczynek, proponując "symboliczny" zabieg - alternatywny wobec
    krwawego rytuału. Choć sam jest przekonany, że znalazł kompromisowe rozwiązanie
    pomiędzy tradycją na nowoczesnością, opinie są jednak podzielone.

    Urodzony w Somalii, a działający od ponad 25 lat we Włoszech doktor Omar
    Abdulcadir chce, by florencki szpital Careggi, gdzie pracuje, dokonywał
    zabiegów rytualnego, choć bezbolesnego obrzezania dziewczynek pochodzących z
    afrykańskich krajów islamskich. Chodzi o młode Somalijki, dziewczynki z
    Erytrei, Ghany, Burkina Faso czy Wybrzeża Kości Słoniowej mieszkające wraz z
    rodzicami imigrantami we Włoszech i innych krajach Europy. Alternatywą - jak
    mówi - jest wysyłanie dziewczynek na zabiegi do Afryki, z których wracają
    okaleczone i z traumą na całe życie. Albo rytuał w nielegalnych podziemnych
    klinikach, urągających podstawowym prawom higieny i sztuki lekarskiej.

    Bez bólu...

    To właśnie kontakt z pacjentkami po "tradycyjnych" zabiegach, których około pół
    tysiąca rocznie przychodzi z potwornymi powikłaniami do jego gabinetu, skłonił
    ginekologa do zaproponowania "alternatywy" dla rytuału. Jego działania
    napędzają też przykre doświadczenia rodzinne. W jednym z wywiadów prasowych
    Abdulcadir powiedział, że w młodości widział, jak ten bolesny zabieg
    przechodziło jego siedem sióstr w Afryce, i nie chce, aby to się powtarzało. A
    teraz do wieku rytuału dojrzewają jego siostrzenice...

    Ginekolog zwrócił się w styczniu o pozwolenie na przeprowadzanie takich
    zabiegów we Florencji do lokalnych władz lekarskich. Chce założyć pierwsze na
    świecie Centrum Medyczne Zabiegów i Przeciwdziałania Obrzezaniu Kobiet. Zabieg,
    o jakim mówi, różniłby się od wersji praktykowanej w Afryce czy też w
    nielegalnych centrach obrzezania we Włoszech. Zamiast wycięcia łechtaczki i -
    co się zdarza w wersji ortodoksyjnej - prawie całkowitego zaszycia warg
    sromowych Abdulcadir proponuje nakłucie igłą znieczulonej poprzez zamrożenie
    łechtaczki. - Mówi, że "symbolicznie można uważać rytuał za dokonany", gdy
    pojawi się kilka kropel krwi. - Nie ma rany i bólu - tłumaczy lekarz
    korespondentowi BBC.

    Wiedzę o granicach akceptacji rytuału przez tradycyjne rodziny imigranckie
    lekarz czerpie z ankiet, jakie wypełniło dla niego 137 obrzezanych kobiet
    pochodzących z Afryki, a żyjących we Włoszech i USA. Wynika z nich, że rytuał
    zawsze wiąże się z ingerencją w genitalia i krwią. Inaczej jego wynik nie jest
    akceptowany.

    ...i zrozumienia

    Dziesięć lokalnych organizacji imigrantów z krajów afrykańskich poparło jego
    inicjatywę. Ucieszyły się także liczne rodziny imigrantów z Afryki. Działacze
    praw człowieka i kobiet są oburzeni. - Zgoda na taki proceder utrudni walkę
    setek tysięcy kobiet mówiących "nie" obrzezaniu. Ten akt symbolizuje
    przekazanie kobiet pod kontrolę mężczyzn - uważa Cristiana Scoppa, jedna z
    gorących włoskich przeciwniczek Abdulcadira. - W cywilizowanym świecie nie
    można tolerować obrzezania dziewczynek w wieku 8-12 lat, przed wydaniem ich za
    mąż - mówi cytowana przez włoskie media Daniela Colombo, inna przedstawicielka
    stowarzyszenia walczącego o prawa kobiet z krajów rozwijających się. Włoska
    polityk Patrizia Paoletti Tangheroni skierowała interpelację do ministra
    zdrowia, prosząc, by zabronił zabiegów.

    Przeciwnicy propozycji ginekologa mają też inne argumenty. ich zdaniem zabieg i
    tak zostanie uznany za niewystarczający przez tradycjonalistów. A z drugiej
    strony zahamowałby proces odchodzenia od upokarzającego rytuału. W 1990 roku
    prawie 99 proc. dziewczynek z rodzin somalijskich imigrantów było poddawanych
    obrzezaniu, dziś odsetek ten wynosi ok. 60 proc.

    Dyskusja nie toczy się już tylko między organizacjami kobiecymi, społecznością
    imigrantów a ginekologiem. We włoskim parlamencie znajduje się projekt ustawy
    zakazujący przeprowadzania we Włoszech zabiegów obrzezania. Podobne zakazy pod
    karą więzienia obowiązują w Szwecji, Norwegii i Wielkiej Brytanii.

    Za, a nawet przeciw

    Abdulcadir tłumaczy, że byłby szczęśliwy, gdyby straszna tradycja w ogóle
    zamarła. - Moja propozycja jest jedną z tysiąca, nie jest idealna, ale co mam
    powiedzieć matkom, które przychodzą do mnie z córkami, wiedząc, że jeśli im nie
    pomogę, zostaną wysłane na zabieg do Somalii? - pyta dziennikarzy lekarz.
    Jeszcze w styczniu władze lokalne we Florencji były dość przychylnie nastawione
    do jego propozycji, ale pod wpływem licznych artykułów w prasie odnoszą się doń
    z coraz większą niechęcią. Ostateczna decyzja ma zapaść w lutym.
  • 16.02.04, 20:11
    Głosy ekspertów i lekarzy - za i przeciw obrzezaniu kobiet

    Manan Vasenwala, kardiolog z Centrum Kardiologicznego w Indiach

    Propozycja dr. Abdulcadira zasługuje na więcej uwagi. Nie można przecież
    tolerować wykonywania prymitywnych zabiegów - podejście kompromisowe jest więc
    sensowne. Nakłuwanie łechtaczki pod znieczuleniem jest bezbolesne. (...) Kłopot
    w tym, że dokładnie nie wiadomo, czy ten alternatywny zabieg będzie
    akceptowalny [przez tradycyjne rodziny imigrantów - red.]. Jeśli tak, to
    powinien być rozpowszechniony.

    Nadaraja Bathirunathan, emerytowana wykładowca mikrobiologii Uniwersytetu w
    Chartumie w Sudanie, dziś na emigracji w Manchesterze

    Obrzezanie kobiet jest jedną z najbardziej okrutnych i złych praktyk
    religijnych. Modyfikowanie tego obyczaju, by stał się mniej zły - pozostaje
    wciąż złem, które powinno wywoływać oburzenie i odrazę u tych wszystkich,
    którzy przysięgali na Hipokratesa.

    Raha Shojai, ginekolog z uniwersytetu w Marsylii

    Może zaskakiwać, że kobiece obrzezanie, opisywane jako postępowanie prawdziwie
    nieludzkie mające doprowadzić do pozbawienia seksualności kobiety, jest często
    przeprowadzane przez same kobiety. Na przykład w tradycyjnych rodzinach z
    Afryki rytuał jest nadzorowany i przeprowadzany przez babkę bądź matkę
    dziewczynki. (...) Choć uznaje się, że kobiece obrzezanie wynika z religii
    muzułmańskiej, w Koranie nie ma ani słowa na jego temat. Takich praktyk nie ma
    np. w Iranie.

    źródło: gazeta.pl, wybrał i tłumaczył jap 16-02-2004
  • 17.10.04, 13:17
    Islam przeciwko terrorowi

    Z Mario Scialoja, sekretarzem Światowej Ligi Muzułmanów we Włoszech, rozmawia
    Agnieszka Zakrzewicz

    Jest Pan Włochem, katolikiem, który przeszedł na islam. Aktualnie we Włoszech
    jest blisko 10 tys. rodowitych Włochów, którzy, tak jak Pan, wybrali islam. Jak
    szacują różne źródła - w Itali żyje od 600 tys. do 1 miliona emigrantów
    wyznania muzułmańskiego. Na przestrzeni kilku ostatnich lat islam stał się
    drugą (po katolickiej), religią Włoch. Co przekonało pana do tej religii?
    - Bezpośredni związek człowieka z Bogiem. W islamie nie było tych wszystkich
    męczenników, świętych, apostołów i przede wszystkim hierarchii eklezjastycznej -
    to mnie przekonało. Do Boga zwracam się bezpośrednio, bez pośredników... Nie
    muszę spowiadać się księdzu. Kiedy przekroczyłem Rubikon? Ostateczną decyzję o
    przyjęciu islamu podjąłem w 1988 roku, w Nowym Jorku. Byłem wtedy ambasadorem
    Włoch przy ONZ i miałem za sobą już lata spędzone jako ambasador w Arabii
    Saudyjskiej. Mój dobry przyjaciel, ambasador Iranu, zarzucał mnie wtedy
    literaturą szyicką - szyitą jednak nie zostałem. Myślę, że duży wpływ na to, że
    zmieniłem religię, miał fakt iż uczęszczałem do szkoły prowadzonej przez księży
    katolickich. Muszę przyznać szczerze, że w katolicyzmie denerwuje mnie
    najbardziej politeistyczny charakter wiary, jaki ta religia przybrała w
    ostatnim czasie. Armia świętych, którzy zasiadają w raju i do jakich z osobna
    można zwracać się z prywatną prośbą... Nie ukrywam mojej dezaprobaty dla
    politeizmu katolickiego kiedy rozmawiam z moimi katolickimi przyjaciółmi, jak
    kardynał Martino, którego znam od 25 lat. Powtarzam to również mojej żonie,
    która jest nadal katoliczką.

    Choć w religii islamskiej nie ma pośredników pomiędzy Bogiem i wiernymi, we
    Włoszech powstało wiele meczetów, na których czele stanęli mułłowie, których
    Włosi traktują jak interlokutorów religijnych wspólnoty muzułmańskiej, tak
    jakby byli księżmi. Czy zgadza się Pan z tą obserwacją?
    - Nie sądzę, aby we Włoszech byli mułłowie, którzy stali się wybitnymi
    osobistościami religijnymi i mam nadzieję, że Włosi nie wpadną w pułapkę
    klerykalizacji islamu. We Francji istnieje już Rada Muzułmanów stworzona przez
    osoby o światopoglądzie laickim, a nie przez osoby pełniące funkcje religijne.
    Również we Włoszech minister Pisanu wraca do projektu stworzenia wzorem
    francuskim Rady Muzułmanów, jaka będzie działać przy Ministerstwie Spraw
    Wewnętrznych, współpracować z państwem i jego instytucjami. Wydaje mi się, że
    minister Pisanu zrozumiał bardzo dobrze, iż musi szukać interlokutorów wśród
    muzułmanów laickich. Do udziału w tworzeniu Rady są zaproszone wszystkie osoby
    dobrej woli, znające dobrze język i kulturę włoską.

    Wraz z Magdi Allamem (znanym dziennikarzem pochodzenia egipskiego - przyp.
    red.) oraz 25 innymi przedstawicielami wspólnoty muzułmańskiej we Włoszech
    podpisał Pan "Manifest muzułmanów włoskich dla życia i przeciwko terroryzmowi".
    Jak doszło do decyzji o wydaniu tak ważnego dokumentu potępiającego terroryzm i
    opublikowaniu go na łamach "Corriere della Sera"? Dlaczego nastąpiło to tak
    późno?
    - Manifest miał zostać wydany 11 września, w trzecią rocznicę zamachu
    terrorystycznego na World Trade Center. Przyśpieszyliśmy jego wydanie na 8
    września, dzień po porwaniu w Bagdadzie dwóch włoskich zakładniczek z
    organizacji charytatywnej Most i ich współpracowników irackich. Był to nasz
    protest przeciwko temu porwaniu. Manifest ukazał się na łamach "Corriere della
    Sera", gdyż wiedzieliśmy, iż ten dziennik popiera naszą inicjatywę od samego
    początku i jest na nią otwarty dzięki pośrednictwu Magdi Allama. Manifest
    spotkał się z pozytywnym przyjęciem ze strony prezydenta Włoch - Carlo
    Ciampiego i premiera Silvio Berlusconiego. Został on nazwany manifestem
    muzułmanów umiarkowanych. Mnie termin "muzułmanin umiarkowany" nie podoba się.
    Islam jest jeden i jest to religia pokoju. Ja nazywam ten manifest "prawdziwym
    przesłaniem islamu", który przeciwstawia się wszelkim wypaczeniom islamu
    poprzez wpływy polityczne i radykalizację wiary. Pod naszym manifestem,
    potępiającym wszelkie formy terroryzmu i integryzmu, mogą się podpisać
    wszystkie włoskie organizacje islamskie, które przyjmą jego założenia w
    całości. Na pytanie: dlaczego tak późno? - odpowiem: lepiej późno niż wcale.
    Sytuacja wreszcie do tego dojrzała. Włoski rząd chce prowadzić dialog z
    muzułmanami, którzy żyją na terenie Włoch i chcą zintegrować się w ramach
    struktur tego państwa oraz stworzyć umiarkowany islam europejski. My
    postawiliśmy w manifeście tylko jeden postulat polityczny - chcemy, by włoski
    rząd przyspieszył proces naturalizacji emigrantów, gdyż włoskie prawo
    emigracyjne jest bardziej restrykcyjne niż francuskie czy niemieckie.

    Katolicy i laicy żyjący w Europie są jednak zaniepokojeni ekspansją islamu.
    Katolicy boją się islamizacji Europy. Niewierzący obawiają się, że religia
    islamska będzie zawłaszczać państwo laickie, tak jak robi to religia katolicka -
    albo jeszcze bardziej. Zwłaszcza ateistom jest trudno uwierzyć w islam laicki.
    Czy może istnieć religia świecka?
    - Islam jest religią wolną. Nie ma Watykanu, co dezorientuje katolików i laików
    przyzwyczajonych do struktur kościelnych oraz hierarchii klerykalnej. W islamie
    nie ma kleru, są tylko kierunki oraz szkoły myśli religijnej i filozoficznej.
    Islam nie był też nigdy religią ekspansywną, bo nie ma prozelityzmu czynnego.
    Nawracanie i szerzenie wiary jest koncepcją i metodą religii katolickiej.
    Allach nie przykazał muzułmanom, aby nawracali niewiernych... Większym
    zagrożeniem dla katolików są świadkowie Jehowy, którzy nawracają pukając do
    drzwi.

    Świadków Jehowy jest jednak stosunkowo mało, a emigrantów muzułmańskich coraz
    więcej. Czy rosnące obawy katolików i laików o islamizację Europy są słuszne,
    czy to zwyczajna ksenofobia?
    - Nie mogę zaprzeczyć, że gdybym znajdował się po drugiej stronie - na miejscu
    przedstawicieli hierarchii watykańskiej, byłbym zaniepokojony islamizacją
    Europy. Ten nowy fenomen nie ma jednak nic wspólnego z religią. Muzułmanie nie
    podbijają Europy, aby zaprowadzić tu islam. Ich masowy napływ ma przyczyny
    ekonomiczne i egzystencjalne. Uciekają z krajów biednych, często przed nędzą,
    głodem i wojną, szukając nadziei na lepsze życie w bogatej Europie. Wpływ na
    emigrację ma nie Koran, lecz anteny satelitarne znajdujące się dziś nawet w
    najbardziej zapomnianych przez Allacha zakątkach świata. Kiedy mieszkańcy
    Afryki widzą w telewizji, jak się żyje we Włoszech, chcą przyjechać tutaj i
    żyć, jak Włosi. Rozumiem obawy moich przyjaciół katolików, którzy już dziś
    zdają sobie sprawę z tego, że niektóre miasta Włoch za 50 lat mogą mieć
    większość mieszkańców wyznania islamskiego - to nie jest jednak inwazja
    religijna lecz naturalny proces historyczny, jakiemu trudno będzie zapobiec.
    Jest to emigracja spontaniczna, jakiej nie sposób kontrolować. Islam, który
    ogniem i mieczem chciało zaprowadzić w Europie imperium otomańskie, został
    odparty pod Wiedniem. Można było walczyć z nim, bo była to inwazja zbrojna. Do
    bezbronnych emigrantów wierzących w Allacha nie można przecież strzelać...
    Kościół katolicki obawiający się o stratę prymatu religijnego w Europie
    powinien dbać przede wszystkim o to, aby mieć więcej wiernych. Przecież to nie
    jest wina włoskich muzułmanów, że Włosi przestali chodzić do kościołów...
    Zresztą tylko 5 proc. muzułmanów włoskich chodzi do meczetów.

    Ostatnio ukazała się we Włoszech trzecia książka Oriany Fallaci - "Oriana
    Fallaci rozmawia z Orianą Fallaci". Właśnie w tej książce Fallaci, jak
    Kasandra, przepowiada Euroarabię i zmierzch cywilizacji zachodniej. Co Pan
    myśli o bestsellerach słynnej włoskiej dziennikarki, która ma miliony
    czytelników we Włoszech, w całej Europie oraz w Ameryce i mówi publicznie to,
    co oni myślą po cichu?
    - Książki Oriany, którą pozn
  • 17.10.04, 13:18
    - Książki Oriany, którą poznałem w Moskwie w 1971 roku, pozostawiam bez
    komentarza. Drugą książkę, którą wydała "Siłę Rozsądku" skomentowałem podczas
    programu telewizyjnego "Eskalibur", siedząc pomiędzy reprezentantem Ligi
    Północnej i Aleksandrą Mussolini. Wytłumaczyłem, że Fallaci przedstawia
    jednostronną i bardzo powierzchowną wizję świata i historii. Jej książki
    zawierają wiele głupstw i fałszywych mitów o wyższości cywilizacji zachodniej.
    Oczywiście książki te zostały stworzone po to, aby stać się światowym
    bestsellerem w aktualnej sytuacji pełnej napięć cywilizacyjnych i konfliktów.
    Jak zawsze - gratuluję jej sukcesu. Wydaje się, że Oriana jest tym razem
    naprawdę chora. Jeszcze dwa lata temu nie wierzyłem w jej choroby, bo ona
    posługiwała się sprytnie kłamstwem przez całe swoje życie. Znam ją przeszło 30
    lat. Poznałem ją, kiedy z Uzbekistanu przyleciała do Moskwy, ciężko chora na
    wózku inwalidzkim. Pojechałem na lotnisko osobiście, aby przewieź ją do
    szpitala. Okazało się później, że wcale nie była chora, a tylko chciała zrobić
    reportaż na temat szpitali komunistycznych w ZSRR. Tak Oriana Fallaci zrobiła
    karierę.

    Na szczęście porwanie dwóch pacyfistek włoskich zakończyło się ich uwolnieniem.
    Czy w przypadku śmierci Simony Pari i Simony Torretty obawiał się Pan represji
    na muzułmanach we Włoszech?
    - W Rzymie nie. Na północy Włoch, gdzie duży wpływ ma Liga Północna myślę, że
    mogłoby dojść do epizodów odwetu. Na szczęście dwie kobiety z organizacji
    charytatywnej zostały uwolnione.

    Dziękuję za rozmowę.



    --------------------------------------------------------------------------------


    Mario Scialoja ma za sobą długą karierę dyplomatyczną jako ambasador Włoch w
    Arabii Saudyjskiej i przy ONZ. W 1988 roku przeszedł na islam. Jest aktualnie
    Sekretarzem Światowej Ligi Muzułmanów we Włoszech. Stał się
    promotorem "Manifestu muzułmanów włoskich dla życia i przeciwko terroryzmowi",
    uznanego za ważny dokument wydany przez przedstawicieli islamu umiarkowanego we
    Włoszech.

    źródło: trybuna impuls, nr 6, 16-17.10.2004
  • 12.06.05, 21:56
    Niepoprawny politycznie minister
    PAP

    Włoski minister sprawiedliwości Roberto Castelli został oskarżony o podsycanie
    nastrojów antymuzułmańskich, ponieważ powiedział, że we Włoszech muzułmanki
    powinny być karane grzywną za paradowanie w zakrywających je szczelnie burkach.

    Chodzenie z zakrytą twarzą jest przestępstwem, nie wolno tego robić -
    powiedział dziennikarzom Castelli. Kobiety, które tak robią, powinny być
    karane grzywną.

    Niedzielna wypowiedź ministra, członka Ligi Północnej, to kolejny głos
    oburzenia we Włoszech, które borykają się z rozrastającą się populacją
    muzułmańskich imigrantów. Przez jednych muzułmańska społeczność jest uważana
    za błogosławieństwo dla gospodarki, przez innych - za rosnące obciążenie i
    zagrożenie.

    Ludność Włoch liczy 57 milionów, w tym - jak się ocenia - milion oficjalnie
    zarejestrowanych muzułmanów, dzięki czemu islam stał się drugim po
    katolicyzmie wyznaniem kraju. Jednak według stowarzyszeń opieki socjalnej,
    liczba wyznawców Mahometa we Włoszech jest daleko wyższa i wciąż rośnie.

    Tymczasem opozycyjni politycy zażądali już rezygnacji Castellego i innych
    ministrów z Ligii Północnej, która znana jest z wystąpień przeciwko
    imigrantom. Opozycja uważa, że wypowiedzi ministra sprawiedliwości sa
    niedorzeczne, ponieważ na włoskich ulicach rzadko kiedy zauważyć można
    muzułmankę w burce.

    W zeszłym miesiącu sędzia z Bergamo przyjął do rozpatrzenia pozew o obrazę
    islamu przeciwko znanej włoskiej pisarce Orianie Fallaci, złożony przez
    islamskiego radykała Adela Smitha, lidera Związku Włoskich Muzułmanów.

    Minister Castelli, nie kryjąc oburzenia z decyzji sędziego z Bergamo, określił
    tę sytuację jako próbę zdławienia wolności słowa i przekonań.

    A jak pisze w niedzielę Reuters, powołując się na włoskie agencje ANSA i AGI,
    Castelli zapowiedział, że Fallaci nie zostanie skazana, ponieważ rząd zmieni
    przepisy dotyczące zniesławienia.

    W "Sile rozumu" z 2004 roku Fallaci napisała m.in. że "Europa coraz bardziej
    staje się prowincją i kolonią islamu". Wymieniła w niej również zbrodnie,
    jakich islam dopuścił się w ciągu wieków w Europie i zarzuciła mu nową - jak
    to ujęła - materialną i duchową kolonizację Starego Kontynentu.

    W trylogii, do której obok "Siły rozumu" należy również "Duma i wściekłość", i
    która we Włoszech rozeszła się w ponad milionowym nakładzie, Fallaci pisze
    również o bezkarnym profanowaniu włoskich zabytków przez muzułmańskich
    imigrantów i ich gwałtownym rozrastaniu się w wielkie rodziny.

    Agencje przypominają, że Adel Smith wsławił się już próbą podania do sądu
    papieża Jana Pawła II, dopatrując się obrazy w jego książce "Przekroczyć próg
    nadziei". Zerwał też krzyż w szpitalnej sali i żądał od dyrekcji szkoły, do
    której chodzą jego dzieci, usunięcia symboli chrześcijańskich
  • 16.06.05, 08:56
    Horror z Abu Ghraib na płótnach Fernando Botero

    Anita Kwestorowska, Rzym 15-06-2005

    Jeden z najsłynniejszych współczesnych malarzy protestuje przeciwko wojnie w
    Iraku. Dzisiaj w Rzymie zostanie pokazana wstrząsająca seria 65 scen
    torturowania więźniów w wiezieniu Abu Ghraib.



    Seria obejmuje 23 wielkoformatowe oleje i 42 rysunki. Zainspirowana została
    ubiegłorocznymi wydarzeniami w bagdadzkim więzieniu Abu Ghraib, w którym
    Amerykanie torturowali, gwałcili i poniżali irackich jeńców. - Moje prace
    zrodziły się z gniewu na bezprzykładne okrucieństwo - wyjaśnia Botero.



    Sceny odtworzone przez artystę, podobnie jak zdjęcia wcześniej publikowane w
    prasie, przedstawiają nagich lub przebranych w damską bieliznę Irakijczyków z
    zasłoniętymi oczami lub workami nałożonymi na głowy. Jeden z jeńców ma
    przymocowane do ciała kable elektryczne, inni są bici kijami, atakowani przez
    psa, przywiązani do krat czy wieszani na linach za nogi. Są też rozebrane,
    związane kobiety. Nie zabrakło słynnej piramidy z nagich, zakneblowanych i
    ułożonych jeden na drugim Irakijczyków oraz sceny oddawania moczu na leżących
    na ziemi jeńców. Botero precyzyjnie odmalowuje szczegóły horroru. To sztuka dla
    wytrzymałych.

    Prace z serii "Abu Ghraib" nie będą wystawione na sprzedaż, zostaną ofiarowane
    amerykańskim i europejskim muzeom. Wcześniej objadą świat, "by ocalić
    wspomnienie tej hańby" - zapowiada Botero, powołując się na siłę antywojennego
    przesłania "Guerniki". Pod koniec roku seria zostanie przeniesiona z Rzymu do
    Niemiec, a na początku 2006 roku do Stanów Zjednoczonych, gdzie będzie
    prezentowana w największych i najbardziej prestiżowych muzeach.

    Fernando Botero (ur. 1932 w Medellin) mieszka i pracuje w Paryżu, Monte Carlo,
    Pietrasanta i Nowym Jorku. Na rzymskiej wystawie znajdzie się ponad sto dzieł z
    ostatnich lat, także zabawnych scen obyczajowych i pastiszy arcydzieł dawnych
    mistrzów, które przyniosły mu światową sławę. Artysta stworzył już wcześniej
    prace podobne do serii z Abu Ghraib zainspirowane wojną domową w Kolumbii w
    latach 90.


    "Fernando Botero. Ostatnie 15 lat", 16 czerwca - 25 września 2005, Palazzo
    Venezia, Rzym
  • 01.07.06, 13:24
    Awantura dwie godziny po ślubie

    Dwie godziny po ślubie para nowożeńców tak pokłóciła się w autobusie
    komunikacji miejskiej w Bolonii, że musiała interweniować policja.
    O tej zakończonej na komisariacie bardzo nietypowej "podróży poślubnej"
    poinformowała w piątek agencja ANSA.

    O godzinie 12.30 27-letnia Włoszka i starszy od niej o pięć lat Marokańczyk
    wzięli ślub w miejscowym urzędzie stanu cywilnego. Wkrótce po ceremonii wsiedli
    do autobusu, w którym zaczęli coraz głośniej i coraz energiczniej dyskutować.
    Gdy, jak wynika z relacji pozostałych pasażerów, nowożeńcy przystąpili do
    okładania się pięściami, interweniował kierowca, który zadzwonił na policję.
    Dopiero funkcjonariusze zdołali rozdzielić awanturujących się małżonków.
    Wezwali następnie karetkę, by opatrzono zranioną w czasie bójki nogę młodej
    żony.

    Krewkim małżonkom postawiono zarzut zakłócenia porządku publicznego. Policja
    odkryła przy okazji ich spisywania, że Marokańczyk otrzymał w marcu nakaz
    opuszczenia Włoch, gdyż przebywał w tym kraju nielegalnie. Obecnie jednak po
    ślubie nakaz ten już go nie dotyczy.

    zrodlo PAP, ML /01.07.06 00:02
  • 26.11.03, 08:14
    Basen tylko dla muzułmanek

    Lokalne władze duńskiego miasta Aarhus, w centrum kraju, postanowiły udostępnić
    w każdą niedzielę miejscowy basen Gellerup wyłącznie muzułmańskim kobietom,
    które będą mogły się kąpać zgodnie z wymogami islamu

    Kobiety będą się kąpały w udostępnionych im specjalnych szatach kąpielowych
    zakrywających całe ciało. Pierwszy duński basen oferujący tego rodzaju usługę
    znajduje się w dzielnicy zamieszkałej w 90 proc. przez imigrantów, między
    innymi przez muzułmańskie kobiety, które dotychczas odmawiały chodzenia na
    basen ze względu na obowiązującą tam koedukacyjność.

    Władze Aarhus, drugiego co do rozmiarów duńskiego miasta, postanowiły także
    zaproponować bezrobotnym imigrantom szkolenia, które pozwolą im zostać
    ratownikami na na basenach w dzielnicach zamieszkałych w większości przez
    cudzoziemców.

    Przeciwko tym postanowieniom zaprotestowała jedynie skrajnie prawicowa partia
    PPD, jedyny parlamentarny sojusznik obecnego, liberalno-konserwatywnego rządu.
    Członkom partii nie podoba się "pozytywna dyskryminacja" i "wykorzystywanie
    pieniędzy podatników na zakup zasłon prysznicowych i specjalnych kostiumów dla
    muzułmanek".

    Louise Frevert, rzeczniczka partii, która doprowadziła do uchwalenia w Danii
    jednej z najbardziej restrykcyjnych europejskich ustaw imigracyjnych,
    oświadczyła, "że nie można traktować odmiennie poszczególnych grup społecznych
    takich jak muzułmanie, hindusi czy buddyści, ponieważ odbywa się to kosztem
    pozostałych obywateli".

    W przeciwieństwie do skrajnie prawicowych polityków, duński związek pływacki
    oraz stowarzyszenie pracowników basenów wyraziły swoje zadowolenie z podjętej
    przez władze miasta decyzji.

    "Dotychczas w naszych klubach pojawiało się niewielu imigrantów. Chcemy mieć
    wkład w integrację ludności zagranicznej w naszym kraju, także w dziedzinie
    sportu i dlatego chętnie uwzględnimy istniejące między nami różnice kulturowe",
    podkreślił prezes związku pływackiego Kaj Aagaard. W liczącej 5,3 miliony
    mieszkańców Danii żyje obecnie około 5 proc. imigrantów, oraz 3 proc.
    cudzoziemców z duńskim obywatelstwem.


    ŹRÓDŁO: AFP 2003-11-2
  • 28.12.03, 20:48
    Dania: czy sklep może zakazać pracownicom noszenia muzułmańskich chust?

    Spór o islamskie chusty, podobny do tego, jaki toczy się we Francji, rozgorzał także w Danii. Sklep Dansk Supermarked zwolnił pracownicę, 25-letnią Najlę Ainouz, która przychodziła do pracy w chuście. Kobieta pozwała supermarket do sądu za dyskryminację. W piątek sąd w Kopenhadze orzekł jednak, że nie ma ona racji. Wskazał m.in. na to, że obowiązujący w firmie zakaz dotyczy wszelkich nakryć głowy i że dotyczy tylko tych pracowników, którzy mają kontakt z klientami. - Cała ta debata nie pomoże cudzoziemcom w Danii. Może spowodować, że niektóre firmy będą się obawiały zatrudniania cudzoziemców, by nie robić sobie kłopotów - komentował rzecznik supermarketu. Związkowcy zapowiadają odwołanie do sądu najwyższego.


    źródło: gazeta.pl, afp, dp 19-12-2003
  • 24.02.04, 19:55
    Duński rząd nie chce wpuszczać do Danii radykalnych imamów

    źródło: gazeta.pl, Jacek Pawlicki, AFP 19-02-2004,

    Pod hasłami walki z wpływami radykalnego islamu rząd Danii zaostrza prawo
    imigracyjne. Premier Anders Fogh Rasmussen zapewnia, że bez tego nie da się
    zintegrować imigrantów z krajów muzułmańskich

    Aby dostać pozwolenie na legalny pobyt w Danii, islamscy duchowni będą musieli
    przekonać władze, że mają odpowiednie wykształcenie i kwalifikacje zawodowe. I -
    co ważniejsze - udowodnić, że są samowystarczalni finansowo. Ci, którzy nie
    spełnią tych wymogów, mogą pożegnać się z perspektywą nauczania w kraju, w
    którym muzułmanie stanowią już 3 proc. społeczeństwa. W liczącej 5,5 mln ludzi
    Danii żyje 170 tys. wyznawców islamu; jest on drugą religią w tym luterańskim
    kraju.

    Obecnie, aby otrzymać zgodę na osiedlenie się w Danii, wystarczy powiedzieć, że
    ma się kwalifikacje do udzielania ślubu we własnej religii (co często jest
    trudno zweryfikować), pod warunkiem że jest ona uznawana w Danii. - Zagraniczni
    duchowni zbyt łatwo mogli dostać prawo pobytu - tłumaczy premier Rasmussen.

    Rząd uważa, że zaostrzając prawo, zamknie drogę do radykalizmu. Argumentem za
    jest przekonanie, że radykałowie, którzy z reguły nie są samowystarczalni
    finansowo, nawołują do kultywowania tradycji, np. noszenia chust islamskich,
    obrzezania dziewczynek, czy też wręcz sprzeciwiają się polityce asymilacji i
    nauce duńskiego.

    Za kilka tygodni nowe prawo trafi do rąk deputowanych i zapewne zostanie
    przyjęte. Jest bowiem owocem międzypartyjnych ustaleń z jesieni 2003 r.
    Pomysłodawcą była populistyczna i ksenofobiczna Duńska Partia Ludowa, od której
    poparcia zależy pomyślność działań rządu Rasmussena. Ludzie tej partii nie
    ukrywają, że choć nowe przepisy będą dotyczyły duchownych wszystkich religii,
    to ich ostrze skierowane jest w muzułmanów.

    Zielone światło dla zaostrzenia prawa dała zarówno partia premiera, jak i
    opozycyjni socjaldemokraci. Problem w tym, że rząd chce upiec dwie pieczenie na
    jednym ogniu i przy okazji walki z radykalizmem wprowadzić kilka istotnych
    zmian do prawa imigracyjnego. Jak wynika z przecieków, rozważane jest odebranie
    praw do pobytu w Danii tym azylantom, którzy wyjadą na wakacje do kraju
    rodzinnego.
  • 05.03.05, 22:59
    Czy Mahomet zakazywał kobietom stroić się i malować

    Dania wstrząśnięta kazaniem imama


    Imam Raed Hleihel z duńskiego Aarrhus zaapelował do muzułmańskich mężczyzn,
    żeby dopilnowali swoich żon, by ubierały się odpowiednio. Strój powinien
    zakrywać całe ciało, od stóp do głów. Zabronił także używania perfum. Dania
    jest oburzona. Duchownego skrytykował nawet premier.



    Imam kazanie wygłosił w największym meczecie Kopenhagi. Według niego
    muzułmanki, które się stroją i malują, chodzą do fryzjera, nie dostaną się do
    nieba. - Prorok pozwolił kobietom pokazywać ręce i twarz. Pokazywanie
    czegokolwiek innego jest zabronione - mówił. Przestrzeganie tych zasad jest
    niezbędne, ponieważ inaczej kobiety mogą stać się narzędziem diabła. - Kiedy
    kobieta wychodzi z domu, śledzi ją szatan. Kusi i próbuje skłonić do
    popełnienia niecnych występków - przemawiał.

    Imam Hleihel ostrzegł także tych wyznawców islamu, którzy sądzą, że mogą się
    zasymilować w Europie. - Muzułmanie mogą być zaakceptowani na Zachodzie dopiero
    wówczas, gdy całkowicie zrezygnują ze swojej wiary - oświadczył. Dlatego -
    według niego - ważne jest trzymanie się "prawdziwej nauki".

    Wygłoszone 18 lutego kazanie w całości opublikowała gazeta "Jyllands-Posten".
    Potępili je m.in. członkowie rządu, z premierem Andersem Foghem Rassmussenem na
    czele. Duński minister szkolnictwa Bertel Haarder jest
    wstrząśnięty "średniowiecznym spojrzeniem na kobiety". - Chcę wezwać młode
    dziewczyny i ich matki, aby przeciwstawiły się takim wstecznym poglądom -
    powiedział. U Erika Bonnerupa z Ministerstwa Integracji "wypowiedzi imama
    wywołują zimne dreszcze". Duńska Partia Ludowa zażądała wstrzymania budowy
    meczetu w Aarrhus.

    Od treści kazania zdystansowało się sześć tureckich stowarzyszeń z Aarrhus, a
    Muhhammed Khatib, rektor arabskiej szkoły w Kopenhadze, orzekł, że jego
    przesłanie godzi w integrację muzułmanów z duńskim społeczeństwem.

    W 5-milionowej Danii żyje około 200 tysięcy muzułmanów, z czego 15 tysięcy w
    Aarrhus.

    Anna Nowacka-Isaksson

    źródło: rzeczpospolita 03.03.05 Nr 52
  • 12.11.06, 18:33
    Kto namaluje najładniejszą świnię

    Konkurs odbywa się w Indonezji, nazywa się "Król Danii i świnie". Wzięły w nim
    udział same dzieci - około 70 przedszkolaków i uczniów indonezyjskich szkół
    podstawowych i średnich. Ich zadaniem było przedstawienie duńskiej rodziny
    królewskiej jako świnie.

    Organizatorzy konkursu w najbardziej muzułmańskim kraju świata nie sprecyzowali
    tylko, których monarchów dzieci mogą malować. Czy obecną królową Małgorzatę II,
    czy też np. poprzedniego króla Fryderyka IX, który zmarł w 1971 roku.

    Praca jest zbiorowa - starsze dzieci rysowały szkice, młodsze je kolorowały.
    Zwycięzcy otrzymają równowartość 550 dolarów, a ich rysunek zostanie przesłany
    do Kopenhagi na adres pałacu królewskiego.

    Konkurs ogłosiła jedna z indonezyjskich rozgłośni radiowych. Jak twierdzi, jest
    to odpowiedź na karykatury Mahometa, które napoczątku tego roku opublikowała
    duńska gazeta " Jyllands-Posten". Świnie jako temat prac zostały wybrane
    celowo, by obrazić Duńczyków. Muzułmanie uważają bowiem, że są one nieczyste, i
    dlatego nie jedzą wieprzowiny.

    Po prawie roku od publikacji karykatur Dania wciąż jest celem różnych ataków.
    Nasiliły się one niedawno, gdy publiczna telewizja pokazała fragment
    amatorskiego filmu, który muzułmanie uznali za obraźliwy. Widać na nim młodych
    ludzi, którzy biorą udział w konkursie na karykaturę Mahometa. Nie pomogło
    potępienie filmu przez premiera Andersa Fogha Rasmussena. W Indonezji na
    dywanik w Ministerstwie Spraw Zagranicznych został wezwany duński ambasador w
    tym kraju.

    Kilka dni temu Egipcjanie opublikowali sondaż, z którego wynika, że Dania, obok
    Izraela, jest dla nich wrogiem numer 1. Tak uważa ponad 60 procent Egipcjan.

    Rzeczpospolita 7 listopada 2006
    k.z., reuters

    --------

    mi oczywiście takiej zabawy nie popieram
  • 19.12.03, 13:22
    na stronie planetaislam.com znajdziesz duzo informacji o islamie i historii
    islamu w Polsce. Gdybys mial jakies pytania pisz na forum; postaram sie
    wyjasnic watpliwosci.
  • 19.12.03, 12:38
    Rzeczypospolita 19.12.03 Nr 295
    fragment artykułu pt. "Zachowajmy ostrożność" / Anna Marszałek, H.K., E.CZ.

    Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego prowadzi m.in. śledztwo w sprawie działalności Algierczyka, podejrzanego o międzynarodowy
    terroryzm. 37-letni Mourad A. z paszportem brytyjskim został zatrzymany na podkrakowskim lotnisku w Balicach 26 września.
    Przyleciał do Polski rejsowym samolotem z Zurychu. Zatrzymała go, na podstawie międzynarodowego listu gończego, podczas odprawy
    celnej Straż Graniczna. Od kilku miesięcy na wniosek prokuratora generalnego Republiki Algierii mężczyzny poszukiwał Interpol.
    Podejrzewany jest o tworzenie i przynależność do organizacji terrorystycznej, działającej poza Algierią. Mourad A. nie przyznał
    się do zarzucanych mu czynów. Trafił jednak do aresztu, gdzie czeka na ekstradycję.

    - Przy okazji sprawy Algierczyka, ABW trafiła na związanego z nim Polaka, który przez dłuższy czas przebywał jako gastarbeiter w
    Wielkiej Brytanii - mówi "Rz" oficer ABW. - Człowiek był w skrajnej depresji, zdeterminowany i niebezpieczny. Zmienił wyznanie i
    jako neofita gotów był dokonać dla ekstremistów nawet zamachu samobójczego. Objęliśmy go specjalną opieką - dodaje.
  • 03.01.04, 00:41
    "Świat islamu" przygotował kalendarz muzułmański

    Podział roku według kalendarza księżycowego, podstawowe zasady islamu,
    kalendarium wydarzeń muzułmańskich i słowniczek wyrazów wschodnich używanych w
    języku polskim - takie dane zawiera kalendarz muzułmański, który przygotowała
    do druku redakcja pisma "Świat islamu".
    Wydawnictwo ukaże się w nakładzie około tysiąca egzemplarzy jeszcze przed
    końcem roku. Będzie można je nabywać przede wszystkim w gminach muzułmańskich -
    poinformował redaktor naczelny "Świata islamu" Józef Konopacki.

    W kieszonkowym kalendarzu na 2004 rok są zaznaczone godziny codziennych modlitw
    i wszystkie muzułmańskie święta. Obok kalendarza księżycowego, jest też
    tradycyjny podział roku według kalendarza gregoriańskiego.



    źródło: PAP 2003-12-26
  • 03.03.04, 22:48
    natrafiłam na Onecie na zapis czatu z Selim Chazbijewicz

    Moderator: Dzisiejsze spotkanie odbywa się w ramach projektu Mosty Tolerancji,
    organizowanego wspólnie przez Fundacje Kultury Chrześcijańskiej ZNAK, Konsulat
    Generalny USA w Krakowie i portal Onet.pl. Gość za chwile będzie z nami,
    pytania możecie zadawać już teraz.

    Moderator: Witamy serdecznie naszego Gościa, zaczynamy spotkanie.

    lilianna: Jak żyje się muzułmanom w Polsce? Czy Pana zdaniem Polacy są
    tolerancyjni wobec innych religii?

    Groszek: czy kiedykolwiek spotkały Pana w Polsce szykany z powodu Pańskiej
    wiary?

    Selim Chazbijewicz: Witam serdecznie.
    Raczej nie spotkały mnie nieprzyjemności. Muszę stwierdzić, że istnieje w
    Polsce tolerancja. Nie mogę powiedzieć, że muzułmanom żyje się w Polsce gorzej
    z powodu wyznawanej religii. Zdarzają się czasami nieporozumienia, ale są one
    raczej natury towarzyskiej i nie można ich traktować jako szykan czy
    prześladowania. Przynajmniej tak było dotąd.

    Kropka: proszę opowiedzieć coś o tradycji tatarskiej. Czy to kultura
    muzułmańska, a więc Mahomet, ramadan, itd., czy Tatarzy mają swoje własne
    tradycje, święta. Gdzie można o tym poczytać? Czy jest jakaś powieść o polskich
    Tatarach?

    Selim Chazbijewicz: Tatarzy w większości wyznają Islam. Aczkolwiek nie tylko,
    zdarzają się wśród Tatarów chrześcijanie, albo buddyści lub szamaniści.
    Poczytać o tym można w wielu książkach naukowych, natomiast nie ma żadnej
    powieści o polskich Tatarach - przymierzam się do napisania takiej powieści.

    posthuman: Jak spędza pan święta ? Jakie święta maja Tatarzy ?

    Selim Chazbijewicz: Tatarzy mają święta związane z tradycją muzułmańską, ale
    mieszkając w Polsce siłą rzeczy uczestniczą w świętach chrześcijańskich, w
    mniejszym lub większym stopniu. Ja osobiście święta spędzam na odpoczynku.

    gustaff: Kim są polscy muzułmanie? To sunnici, szyici? Inny odłam?

    Selim Chazbijewicz: To są sunnici, szkoły hanafickiej.

    Lucynka: gdzie żywsza jest tradycja tatarska dzisiaj, na Litwie czy w Polsce?

    Selim Chazbijewicz: Bardziej na Litwie. Również na Białorusi, gdzie obecnie
    mieszka najwięcej dawnych Tatarów Wielkiego Księstwa Litewskiego.

    Krasnal: Ilu Tatarów żyje w Polsce?

    Selim Chazbijewicz: Około 4 000.

    Piotrek: Jak Pańska rodzina trafiła z Litwy do Polski?

    Selim Chazbijewicz: Moja rodzina w okresie międzywojennym również mieszkała w
    Polsce, tylko, że Polska miała inne granice. I Wilno znajdowało się w granicach
    Rzeczpospolitej. Ja mieszkam w Gdańsku, a moja rodzina trafiła tam jako
    repatrianci z kresów, w 1945 roku.

    Zeus: Dlaczego Związek Tatarów Polskich powstał dopiero w 1992 r? Czy wcześniej
    nie było żadnych organizacji, skupiających ludność tatarską w Polsce?

    Selim Chazbijewicz: Związek Tatarów polskich powstał dopiero w 1992 roku,
    ponieważ przed 1989 ówczesne władze zabraniały nam rejestracji. Mógł działać
    tylko w ograniczonym zakresie Muzułmański Związek Religijny, który skupiał
    ludność tatarską.

    Iza: czym zajmuje się Wspólna Rada Katolików i Muzułmanów?

    Selim Chazbijewicz: Rada ta zajmuje się przede wszystkim tworzeniem atmosfery
    dialogu i tolerancji. Chodzi tu o próbę wzajemnego zrozumienia i akceptacji
    swojej odmienności. A przez to perspektywiczne zapobieżenie możliwym
    konfliktom. Ponieważ dialog jest jedyną możliwością świata. Staramy się o tym
    przekonać zarówno stronę muzułmańską, jak i chrześcijańską.

    adzia: czy Tatarzy przyłączą się do postu i modlitwy o pokój jak apeluje Ojciec
    Św.-14 grudnia?

    Selim Chazbijewicz: 14 grudnia akurat trwa jeszcze muzułmański post w okresie
    ramadanu. A więc Ci którzy przestrzegają postu będą pościć. Postawa i apele
    Jana Pawła II mają dla nas szczególną wartość, bo są one wezwaniem do
    wyrzeczenia się agresji, co jak już wspominałem jest jedyną możliwością zarówno
    dla muzułmanów jak i dla chrześcijan. Inicjatywy papieskie popieramy i uważamy,
    że w dzisiejszym świecie mają one dużą wartość.

    dadak: Jak Tatarzy są odbierani przez muzułmanów z państw arabskich.... Czy nie
    traktują was oni jak "gorszych" braci - dlatego, że żyjecie wśród społeczności
    katolickiej i całkowicie się zasymilowaliście?

    Selim Chazbijewicz: Odbierani są różnie. Arabowie próbowali nas nieraz pouczać
    o tym co jest dobre, a co złe, co przyczyniło się do tego, że wybraliśmy własną
    drogę rozwoju, jako muzułmanie polscy czy europejscy. Uważamy, że akulturacja z
    otoczeniem polskim, czy europejskim nie jest niczym złym, a odwrotnie -
    sądzimy, że świat muzułmański powinien się zeuropeizować, wzorem np. Japonii,
    co przyczyniłoby się do bardziej bezkonfliktowego jego rozwoju.

    laco: Powybijane szyby w meczecie w Gdańsku odebrano jako akt wandalizmu, czy
    jako wystąpienie przeciw muzułmanom?

    Selim Chazbijewicz: I jedno i drugie.

    Michal32: Czy Koran nakazuje mieć nakrycie głowy w pomieszczeniach? Pewien mój
    uczeń muzułmanin siedzi w klasie w czapce i szczerze mówiąc nie bardzo mi się
    podoba się taka demonstracja.

    Selim Chazbijewicz: Wg Koranu nie ma żadnych nakazów nakrywania głowy. Ani w
    pomieszczeniach, ani na zewnątrz, ani podczas modlitwy. Siedzenie ucznia w
    nakryciu głowy jest wyłącznie jego fantazją.

    Kasia: O czym piszecie Państwo w kwartalniku Życie Muzułmańskie? Czy to pismo
    bardziej literackie, czy społeczne?

    Selim Chazbijewicz: Życie Muzułmańskie już się nie ukazuje - od 1991 roku. Od
    1993 roku wydajemy Rocznik Tatarów Polskich, który jest czasopismem naukowym,
    literackim i społecznym. Od roku 1999 wydajemy również dwumiesięcznik Życie
    Tatarskie, czasopismo społeczno kulturalne.

    Kartel:, jakiego Pan jest wyznania?

    Selim Chazbijewicz: Jestem muzułmaninem.

    Bolek: czy Tatarzy w Polsce osiedlali się stopniowo po ich najazdach na nasze
    ziemie? czy zatem nie trwało długo ich asymilacja z Polakami? Przecież przybyli
    tu jako najeźdźcy.

    Selim Chazbijewicz: Tatarzy osiedlali się w Wielkim Księstwie Litewski od XV do
    XVII wieku i przybywali jako emigranci polityczni, na skutek walk wewnętrznych
    w państwach tatarskich. Osiedlani byli na zasadzie tzw. kozackiej (otrzymywali
    ziemię w zamian za służbę wojskową w armii polskiej).

    Tybetan_monk: Co jest priorytetem w wyznaniu muzułmańskim?

    Selim Chazbijewicz: To zależy od interpretacji. Wg. sufich - miłość, wg.
    fundamentalistów - dzihad, wg. tradycjonalistów - praca na rzecz własnego
    zbawienia.

    Marek3: W Polsce funkcjonuje Stowarzyszenie Braci Muzułmanów, które uchodzi za
    fundamentalistyczne. Czy rzeczywiście jest ono takie? I czy zna Pan jego
    reakcje na zamachy z 11 września?

    Selim Chazbijewicz: Nie utrzymujemy kontaktów ze Stowarzyszeniem Braci
    Muzułmanów i nie znamy ani jego kierownictwa, a nie jego reakcji.

    Siwy_2: Na czym bazuje wyznanie Muzułmańskie oprócz Koranu?

    Selim Chazbijewicz: Na tradycji Proroka Mahometa, która nazywa się Sunną. Są
    to - czyny, wypowiedzi i zachowania Proroka Mahometa, które powinny służyć za
    wzór muzułmanom. Aczkolwiek nie ma obowiązku bezwzględnego, ślepego
    naśladownictwa.

    dadak: czy przy tak ogromnym zróżnicowaniu kulturowym pomiędzy chrześcijanami a
    muzułmanami możliwe jest jakiekolwiek porozumienie ..... podział przebiegający
    również przez sferę ekonomiczną także jest nie do przeskoczenia - jak Pan myśli
    co - globalnie - jest większym problemem i przeszkodą w porozumieniu - wyznanie
    czy ekonomia?

    Selim Chazbijewicz: Sądzę, że obie rzeczy. Ekonomicznie świat islamu związany
    jest poprzez ropę naftową z krajów arabskich. Wymiana ekonomiczna jest również
    blokowana przez ruchy fundamentalistyczne w islamie, które są przeszkodą
    również dla samych muzułmanów. Świat islamu powinien, o czym już wspominałem,
    przyjąć drogę rozwoju Japonii, tzn. europejską technologię i cywilizację, przy
    zachowaniu podstawowych wartości kulturowych wtedy wymiana ekonomiczna stałaby
    na innym poziomie.

    ebrat: Czy religia muzułmańska (być może jakiś jej od
  • 03.03.04, 22:50
    ebrat: Czy religia muzułmańska (być może jakiś jej odłam) zezwala na inne
    traktowanie "niewiernych". Np. czy jest dopuszczalne oszukiwanie, okradanie
    etc. osób nie będących wyznawcami Mahometa? Czy tez kodeks etyczny tej religii
    nakazuje traktować wszystkich jednakowo?

    Selim Chazbijewicz: W żadnym wypadku. W Koranie są wyraźne wskazówki co do
    tego, że nie muzułmanów należy szanować, przestrzegać umów z nimi zawartych i
    dotrzymywać słowa. Jak również należy szanować ich zwyczaje religijne.
    Wszystkie inne interpretacje wskazują na sekciarski charakter, których to sekt
    w islamie jest mnóstwo i obecnie nie sposób nad nimi zapanować.

    dadak: jak wygląda w waszej społeczności (muzułmańskiej) stosunek do kobiet??
    czy ich pozycja zbliżona jest bardziej do wzorca europejskiego czy
    muzułmańskiego??

    Selim Chazbijewicz:, Jeżeli chodzi o muzułmanów polskich to zdecydowanie
    polskiego i europejskiego. Wzorzec muzułmański w sensie teoretycznym nie jest
    restrykcyjny wobec kobiet, natomiast bardzo często jest interpretowany w
    kategoriach plemiennych obyczajów narodowości stojących na niższym od
    europejskiego poziomi cywilizacyjnym. Stąd to traktowanie kobiet.

    marianna: czy to prawda, że wg islamu dzieci należą do ojca, a nie do obojga
    rodziców?

    Selim Chazbijewicz: Nieprawda.

    gustaff: Co oznacza Pańskie imię

    Selim Chazbijewicz: Moje imię ma formę turecką, ponieważ pisze się przez "e".
    Natomiat dosłownie w języku arabskim oznacza - zdrowy. Co nie zawsze jest
    zgodne z prawdą.

    Kasia: Jakie są najważniejsze ośrodki kulturalne i religijne polskich Tatarów?

    Selim Chazbijewicz: Gdańsk, Białystok i Warszawa.

    adzia: Czy odbył Pan już pielgrzymkę do Mekki? Jak ona wygląda?

    Selim Chazbijewicz: Tak, odbyłem, dwa lata temu. Dla człowieka mieszkającego w
    Polsce i Europejczyka jest to w kategoriach kulturowych podróż do krainy baśni
    z 1000 i jednej nocy.

    Maxim: Czy według pana możliwe jest ucywilizowanie świata islamu? Obserwując
    np. poglądy talibów czy prawa panujące chociażby w Arabii Saudyjskiej islam
    jawi się jako matecznik barbarzyństwa.

    Selim Chazbijewicz: Tak to się odbiera i jest nam z tego powodu wstyd.
    Ucywilizowanie islamu jest nie tylko możliwe ale i konieczne. Ten ruch
    społeczny i polityczny zaczął się na początku XX wieku i nazywa się
    modernizmem. Przykładem tych możliwości jest choćby Turcja. I w tym kierunku
    powinien dążyć świat muzułmański. Tutaj moderniści muszą stoczyć walkę z
    fundamentalistami. Aby iść w kierunku globalnej cywilizacji, której nie sposób
    odrzucić.

    Marek3: Sposrod wielkich światowych religii ostatnio jedynie islamowi wyraźnie
    przybywa wyznawców. Czy w Polsce ten trend tez jest zauważalny?

    Selim Chazbijewicz: W Polsce raczej nie. Zdarzają się osoby, które deklarują
    chęć przyjęcia islamu, niemniej jednak dajemy im czas do namysłu, ponieważ
    rozumiem, że jest to religia na tyle różna od polskich realiów, że okresowa
    fascynacja może być przyczyną poważnych kłopotów i komplikacji osobistych.

    ebrat: Czy religia muzułmańska ma jakiś wpływ na ekonomie krajów, w których
    stanowi wyznanie obowiązujące. Czy jakieś zasady religijne ograniczają lub
    odwrotnie - wspomagają np. wolny rynek?

    Selim Chazbijewicz: Religia muzułmańska ma wpływ poprzez obyczajowość, która
    nie jest religijna tylko narodowa lub plemienna, a uważana jest za religijną.
    Osobiście uważam, że islam nie działa hamująco na wolny rynek, pod warunkiem
    oczywiście jego interpretacji w duchu liberalnym a nie fundamentalistycznym.

    ele44: Wracając do głównego tematu czatu chciałbym prosić o Pańskie zdanie na
    temat celów wojny w Afganistanie.

    ele44: czy popiera Pan pogląd, że głównym celem wojny w Afganistanie jest
    przejęcie kontroli przez USA nad tym ważnym geopolitycznie i gospodarczo krajem.

    Selim Chazbijewicz: Nie znam tych celów. oprócz deklarowanego oficjalnego. Mogą
    one mieć przyczynę geopolityczną, gospodarczą czy inną. Osobiście sądzę, że
    najlepszym rozwiązaniem dla Afganistanu byłby powrót króla. Być może tak, to
    jest powód, ale nie uważam kontroli USA za rzecz straszną. Odwrotnie - być może
    ona przyniesie wytchnienie biednym Afgańczykom.

    Muminek_I-szy: Czy nie uważa Pan, że dziennikarze robią zbyt mało by przełamać
    stereotyp Islam = terroryzm, a czasami wręcz go umacniają? Dla mnie jest to
    religia ludzi miłujących pokój, o czym mogłem się przekonać będąc w Pakistanie
    czy Uzbekistanie.

    Selim Chazbijewicz: Z tym się zgadzam. Dziennikarze nie tylko nie przełamują
    tego stereotypu, ale wręcz go utrwalają.

    Maxim: Istnieje pogląd, ze powstanie niepodległego państwa palestyńskiego
    rozwiązałoby w znacznym stopniu problem konfrontacji Zachodu z Islamem. Co
    według pana stanowi główna przeszkodę na drodze palestyńskiej niepodległości?

    Selim Chazbijewicz: Sądzę, że relacje z Izraelem. Duchowy przywódca polskich
    muzułmanów - Tatarów, dr Jakub Szynkiewicz już w 1932 roku, przebywając w
    Palestynie stwierdził w wywiadzie dla ówczesnej prasy żydowskiej, że Żydzi
    bezwzględnie posiadają prawo do własnego państwa na terenie Palestyny. Na tym
    samym stanowisku stoję ja, jak i inni polscy muzułmanie. Uważam, że ze strony
    palestyńskiej powinna być gwarancja dla ludności żydowskiej, istnienia państwa
    Izrael, co być może stanowiłoby przełom w negocjacjach na temat państwa
    palestyńskiego. Tę gwarancję powinny dać wszystkie ugrupowania palestyńskie,
    również fundamentalistyczne.

    Tybetan_monk: jak w procentach można wyszczególnić sufich, fundamentalistów i
    tradycjonalistów w islamie?

    Selim Chazbijewicz: Trudno wyszczególnić w procentach. Fundamentalistów nie ma
    dużo, ale są bardzo głośni i agresywni, najwięcej jest najprawdopodobniej
    tradycjonalistów.

    Tybetan_monk: w jaki sposób moderniści mają walczyć z fundamentalistami poprzez
    następny rozlew krwi?

    Selim Chazbijewicz: Poprzez próbę przekonania oraz działania polityczne.
    Unikając oczywiście rozwiązań siłowych. Przede wszystkim szkolnictwo, prasa,
    media, propaganda oraz przyczynianie się do podwyższenia stopy życiowej w
    krajach muzułmańskich, czyli działania ekonomiczne.

    ophiuhus: Czy jest zgodne prawem islamskim wykonywanie kary śmierci?

    Selim Chazbijewicz: Zależy, kiedy. Prawo muzułmańskie mówi, że np. w wypadku
    zabójstwa decydentem kary jest rodzina zabitego. Może ona zażądać śmierci, a
    może też wybaczyć.

    Moderator: Kończymy, ostatnie pytanie...

    Groszek: Co potrawa zwana Tatarem ma wspólnego z Tatarami?

    Selim Chazbijewicz: Nic.

    Moderator: Bardzo dziękujemy panu Selimowi za udział w spotkaniu, życzymy
    zdrowia! :)

    Selim Chazbijewicz: Wzajemnie!:)

    ------------

    Selim Chazbijewicz - biografia
    Prezes Związku Tatarów Polskich, imam gminy muzułmańskiej w Gdańsku

    Urodził się 17.11.1955 roku w Gdańsku. Wywodzi się z Tatarów polsko-litewskich.
    Od II połowy XV wieku rodzina mieszkała w majątku Chazbijewicze pod Wilnem
    (obecnie Kazbiai) oraz w dawnym powiecie nieświeskim.

    W roku 1980 Selim Chazbijewicz ukończył studia polonistyczne na Uniwersytecie
    Gdańskim. W 1991 zrobił doktorat na Wydziale Nauk Społecznych UAM w Poznaniu.

    Jest autorem pięciu książek poetyckich i trzech eseistycznych na temat kultury
    i dziejów polskich i litewskich Tatarów. Członek Stowarzyszenia Pisarzy
    Polskich, w latach 1986-91 redaktor naczelny kwartalnika "Życie Muzułmańskie" -
    pisma polskich muzułmanów. W roku 1992 założył Związek Tatarów Polskich, od
    1999 jest jego prezesem. Od roku 1998 współprzewodniczy Radzie Wspólnej
    Katolików i Muzułmanów. Jest pracownikiem naukowym Instytutu Nauk Politycznych
    Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.


    źródło: onet.pl
  • 03.03.04, 23:09
    MINARET ŚWIATA
    Z Ryszardem Kapuścińskim
    rozmawiają
    Wojciech Bonowicz i Łukasz Tischner

    Kiedy zetknął się Pan po raz pierwszy z islamem? Czy jeszcze w rodzinnym Pińsku?

    RYSZARD KAPUŚCIŃSKI: W Pińsku raczej nie... Ale było to już rzeczywiście dość
    dawno - moje doświadczenie spotkania z islamem trwa ponad 40 lat. Zetknąłem się
    z nim w 1956 roku podczas pierwszej wielkiej podróży, kiedy odwiedziłem Indie,
    Pakistan i Afganistan. Były to kraje, które w latach 1946-1947 podzielił
    niesłychanie krwawy konflikt religijny między muzułmanami i wyznawcami
    hinduizmu. Przyjechałem tam co prawda już kilka lat po zakończeniu zamieszek,
    ale ślady tego dramatu były wciąż świeże. Od tego czasu niemal bez przerwy
    stykam się z kulturą muzułmanów, i to niekoniecznie na terenach tradycyjnie
    kojarzonych z islamem.

    Rozpocznijmy zatem od szkicowej mapy. Jakie obszary naszej planety zamieszkują
    dzisiaj muzułmanie?

    Islam znajduje się obecnie w stanie ogromnej ekspansji, co właściwie wypływa z
    samej istoty tej religii. Jej dynamizm od samego początku był duży. Obecnie
    jest to około miliarda ludzi, ale liczba ta gwałtownie wzrasta. Islam zaczął
    się rozprzestrzeniać najpierw w kierunku Morza Śródziemnego - aż do Półwyspu
    Iberyjskiego, potem rozwijał się w przeciwną stronę - w głąb Azji. Te dwa
    kierunki stanowią jakby dwa skrzydła tej religii, która zrodziła się na
    Półwyspie Arabskim. Pod tym względem nic się nie zmieniło. W naszym stuleciu
    jednak pojawiły się nowe tendencje. Ostatnio gwałtownie powiększa się liczba
    muzułmanów w Stanach Zjednoczonych, a także w Kanadzie. Równocześnie poprzez
    napływ imigrantów islam szybko rozprzestrzenia się i na naszym kontynencie.
    Przypomnijmy, że od średniowiecza, od czasów rekonkwisty Europa nie gościła tak
    wielu muzułmanów. Dzisiaj są to emigranci. Bardzo duża grupa Turków zamieszkuje
    Niemcy, migracja z Afryki Północnej kieruje się przede wszystkim do Francji i
    do Hiszpanii, do Anglii trafiają emigranci z całego Commonwealthu, trzeba też
    wspomnieć o Skandynawii, która przyjęła sporą rzeszę uchodźców. Ale islam
    rozprzestrzenia się nie tylko poprzez migrację. Na jego rozwój wpływa także
    ogromna dynamika demograficzna ludności muzułmańskiej. O ile w niektórych
    krajach europejskich odnotowuje się niż demograficzny, o tyle w krajach
    islamskich można mówić o permanentnym wyżu. Warto więc uwzględniać ten czynnik -
    procent ludności muzułmańskiej w Europie wzrasta szybciej, niżby wskazywały na
    to dane o liczbie imigrantów.
    Trzeci kierunek rozprzestrzeniania się islamu to obecnie Azja Środkowa. Ten
    nurt jest zapewne najważniejszy. Po upadku ZSRR następuje bowiem bardzo silna
    ekspansja islamu, który trwał na tamtych terenach, ale teraz, po okresie
    komunistycznej ateizacji, odzyskał należne mu prawa i środki działania. Czwarty
    kierunek wpływu to Daleki Wschód, Azja Południowo--Wschodnia (Indonezja,
    Malezja, Filipiny itd.). W tamtym regionie wzrost liczby wyznawców islamu jest
    pochodną wysokiego wskaźnika przyrostu naturalnego. Istnieje wreszcie i piąty
    kierunek rozwoju - Afryka Środkowa i Południowa, przenikanie islamu z Północy w
    głąb Afryki.

    Co leży u źródeł współczesnej ekspansji islamu?

    Jest to w gruncie rzeczy religia biednych, ludów kolorowych. A właśnie ta część
    ludzkości staje się dziś coraz liczniejsza. Europa się starzeje, w krajach
    muzułmańskich natomiast ludność jest bardzo młoda, dynamiczna, ale i uboga.
    Istnieje też inny powód. Islam jest religią bardzo prostą. By być muzułmaninem,
    trzeba wyznać, że się nim jest, i praktykować pięć filarów wiary, do czego nie
    potrzeba intelektualnego przygotowania. Dla ludzi prostych, szczególnie w
    Trzecim Świecie (ale i w wielkich miastach Ameryki Północnej i Europy), bardzo
    ważne jest poczucie identyfikacji z islamem, bo zaczynają się czuć członkami
    jakiejś wspólnoty, rodziny. Dobrze wiemy, jak zasadniczą rolę we współczesnym,
    wielokulturowym i chaotycznym świecie odgrywa poczucie tożsamości. A islam daje
    to tym ludziom - muezzin budzi ich rano, mają swój meczet (to nie tylko miejsce
    modlitwy, ale i spotkań z bliskimi), swoje ummy - wspólnoty, i kiedy znajdą się
    w tarapatach, mają się do kogo zwrócić o pomoc.

    Islam jest zapewne jedyną spośród wielkich religii świata, która ma wciąż
    znaczne sukcesy "misyjne".

    Rzeczywiście. Musimy jednak pamiętać, że w odróżnieniu od religii
    chrześcijańskich islam nie zna pojęcia misji. On się rozprzestrzenia w inny
    sposób.

    Wydaje się, że istnieje wiele odcieni islamu, który zjednuje sobie wyznawców na
    różnych kontynentach. Islam amerykański, europejski, azjatycki, afrykański
    znacznie się od siebie różnią. Czy to jest wciąż ten sam islam? Religia
    Mahometa w Europie będzie poddawana coraz większemu ciśnieniu sekularyzacji. W
    Ameryce islam staje się przede wszystkim religią ludzi czarnych, żyjących w
    wielkomiejskich gettach. Odmiennie jest w innych częściach globu.

    Co ciekawe, islam, w przeciwieństwie do innych religii, skutecznie opiera się
    procesom sekularyzacyjnym. Właśnie to niepokoi zachodnich politologów i
    socjologów. Samuel Huntington krytykuje swoich rodaków, którzy
    mylili "westernizację" z modernizacją. Amerykanie myśleli, że jeżeli da się
    Coca Colę, telewizor i samochód, to obdarowani staną się podobni do Amerykanów.
    Tak się jednak nie dzieje - mieszkańcy krajów islamskich przyjmują zachodnią
    technologię, ale nie przyswajają sobie zachodnich wartości. Potoczna obserwacja
    potwierdza tę tezę. Wynika to zapewne stąd, że islam, podobnie jak prawosławie,
    nie doświadczył ani reformacji, ani oświecenia. Jeśli w islamie pojawiał się
    jakiś prąd modernizacyjny, to jego orędownicy byli wyklinani, wyrzucani poza
    nawias ummy.
    Takie wyłączenie jest dla muzułmanina najcięższą karą. Bo jak głosi przysłowie:
    jeden muzułmanin to jeszcze nie muzułmanin... Wynika to przede wszystkim z
    doświadczeń życia w ekstremalnych warunkach pustynnych, gdzie jednostka nic nie
    znaczyła. Europejczyk nie potrafi tego zrozumieć. W zachodniej cywilizacji
    kładzie się nacisk na indywidualizm. To wolna jednostka staje się najbardziej
    twórcza, niezależna, może "być sobą". W tradycji islamu jest odwrotnie - dla
    muzułmanina znaleźć się samemu to znaczy zginąć. Człowiek zdany na samego
    siebie nie może funkcjonować nie tylko w sensie religijnym, ale i biologicznym.
    Być w ummie to znaczy być w tym, co stwarza człowieka.
    Dlatego właśnie jeśli nawet muzułmanin zostanie przeniesiony do Paryża,
    Londynu, zachowa nadal związki ze swoim meczetem. Jego pierwszym odruchem
    będzie złożenie datku na budowę meczetu. Tam będzie się potem spotykał z innymi
    wyznawcami i słuchał religijnych przywódców. Będzie oczywiście przestrzegał
    najważniejszej dla muzułmanina zasady sali - odbywanej pięć razy dziennie
    modlitwy. Kiedy obserwuje się, jak o stałej godzinie z tłumu wyodrębnia się
    grupa muzułmanów, którzy zaczynają się modlić, robi to potężne wrażenie. Jest
    to jednolity, ustalony od czternastu wieków rytm ruchów ciała i modlitewnych
    formuł.

    Poruszający opis gromadzenia się na modlitwę milionowej wspólnoty przedstawił
    Pan w Szachinszachu.

    Jest to jeden z najbardziej niesamowitych obrazów, jakie można zobaczyć na
    świecie. W tym tłumie nikt nie wydaje żadnych komend, poleceń. Oni się zbierają
    i nagle zaczynają modlić. Może to być wielomilionowe zgromadzenie, ale
    przebiega to zawsze tak samo. Z tego doświadczenia wypływa silne poczucie
    jedności i równości. Muzułmanin modli się także w czasie podróży. Jeżeli jedzie
    pociągiem, to o określonej porze rozkłada swój dywanik i zaczyna się modlić,
    jeśli leci samolotem robi to samo (niektóre linie lotnicze przygotowują dla
    muzułmanów specjalne miejsca do modlitwy).
    Co ciekawe, jeśli się długo żyje wśród muzułmanów, coraz wyraźniej widać, że
    oni nie zaniedbują swoich praktyk. Bardzo rzadko się zdarza, żeby ktoś
    wyłamywał się z porządku codziennego celebrowania wi
  • 03.03.04, 23:12
    Co ciekawe, jeśli się długo żyje wśród muzułmanów, coraz wyraźniej widać, że
    oni nie zaniedbują swoich praktyk. Bardzo rzadko się zdarza, żeby ktoś
    wyłamywał się z porządku codziennego celebrowania wiary. A jest to w końcu
    obowiązek pięciu modlitw dziennie, odbywanych często w bardzo trudnych
    warunkach. Nawet jeśli ktoś zostanie z tego obowiązku zwolniony (np. ze względu
    na ciężki stan zdrowia), to będzie się zawsze usprawiedliwiał przed swoją
    wspólnotą czy innym muzułmaninem.
    Bardzo charakterystyczna dla islamu jest konsekwencja w przestrzeganiu pięciu
    naczelnych zasad...

    Czy pozostaje to w związku z silną więzią wspólnotową?

    Wszystko jest w pewien sposób wspólnotowe. Bo przecież i dawanie jałmużny jest
    obowiązkiem wobec wspólnoty, i publiczne wyznanie wiary, i modlitwa, a nawet
    post. Również pielgrzymka do Mekki - hadżi odbywa się zawsze w grupach.
    Pielgrzymka jest oczywiście marzeniem każdego muzułmanina. W momencie, kiedy ją
    odbywa, otrzymuje na całe życie tytuł - hadżi. Będzie z tego bardzo dumny i
    zawsze będzie podkreślał, że jest hadżi Ibrahim - ten, który odbył pielgrzymkę.
    Stwarza to pewną hierarchię i odtąd taki hadżi Ibrahim znajduje się już wśród
    pomazanych, błogosławionych.
    Islam jest niezwykle spójny, przenika wszelkie obszary życia. Trzeba bowiem
    pamiętać, że islam to nie tylko wiara, lecz, jak mówią muzułmanie, "wszystko".
    Jest więc zwłaszcza prawem. Prawo islamskie - szaria - drobiazgowo ustala i
    określa zasady postępowania muzułmanina, zwłaszcza jego obowiązki wobec Boga,
    wobec sąsiada (Innego) i wobec samego siebie.

    A poza tym, jak mówił Chomejni, islam "jest polityką"...

    Tak. Jest polityką, gospodarką, etyką, filozofią... Nie można nawet powiedzieć
    o kimś, że przestał wierzyć, bo jeśli przestał wierzyć, to tym samym przestał
    istnieć. Islam, w przeciwieństwie do chrześcijaństwa, nie zna zasady: "Co
    cesarskie, oddajcie cesarzowi, co boskie, Bogu." W świecie islamu państwo i
    religia są jednością. W tej totalności tkwi specyfika islamu.

    Wróćmy jednak do kontekstu europejskiego. Wielu komentatorów zwraca uwagę, że
    to przede wszystkim sposób przyjęcia emigrantów z krajów islamskich sprawia, że
    środowiska te mają skłonność do swoistej "gettoizacji", skupiania się wokół
    przywódców religijnych. Czyli to nie jedynie względy religijne przesądzałyby o
    takim, a nie innym losie muzułmanów w Europie. Bo przecież wielu z nich ucieka
    ze swych ojczyzn dlatego, że nie chcą być poddawani presji religii politycznej.
    Może to zatem Europa, wbrew hasłom o tolerancji i akceptacji odmienności, nie
    stwarza im odpowiednich warunków do egzystencji.

    To dobry przykład potwierdzający zasadę, że nawet ten, kto nie chce praktykować
    jakiejś skrajnej formy islamu i przeniesie się do innej kultury, odkrywa w
    sobie na powrót muzułmanina. Może on być na przykład przeciwnikiem czadoru
    (zasłona twarzy kobiety) albo buntować się przeciwko afgańskim talibom, ale to
    wcale nie znaczy, że kiedy znajdzie się w innej cywilizacji, przestanie być
    muzułmaninem. Będzie dalej odbywał religijne praktyki, choć będzie to islam
    w "złagodzonej" formie. Zmiana ta jednak nie dotknie samego rdzenia wiary.
    Dochodzimy w tym momencie do zasadniczego tematu kulturowej różnicy między
    islamem a Zachodem. Islam jest religią o siedem wieków młodszą od
    chrześcijaństwa. Europa wyrasta z tradycji chrześcijaństwa, które przechodzi
    stałą transformację (reformacja, oświecenie, ekumenizm...). Jest religią, która
    poszukuje swego miejsca w zmieniających się warunkach historycznych. Islam
    natomiast pozostaje bardzo stabilny. Wychodzi bowiem - co stanowi istotną
    różnicę - z tradycji rodziny, plemienia i koncepcji państwa, w którym nie ma
    podziału na sferę świecką i religijną.
    Kultury te więc nie przystają do siebie. Na dodatek w różnych etapach swojej
    historycznej koegzystencji często toczyły ze sobą wojny. W VIII wieku Karol
    Młot zatrzymał ofensywę islamu w głąb Europy. W XVII wieku z odsieczą wiedeńską
    nadciągnął Jan III Sobieski. Islam jest zatem taką siłą - polityczną, a czasem
    militarną - która kontestowała (i często kontestuje) Europę czy cywilizację
    zachodnią. Europa oczywiście również odnosi się do islamu niechętnie i
    nierzadko bardzo wrogo. Za sprawą zachodnich mediów dokonała się nawet swoista
    przemiana w języku. Mówi się "islamista"...

    Pewna orientalistka zwracała niedawno uwagę w "Tygodniku Powszechnym", że
    słowo "islamiści" odnosić się powinno wyłącznie do badaczy islamu...

    Właśnie! Potem mówi się "fundamentalista islamski", a obecnie mówi
    się "terrorysta islamski". W rezultacie słowo "islam" przestaje funkcjonować
    samodzielnie, zawsze towarzyszy mu jakiś złowrogi kontekst. Przeciętny człowiek
    Zachodu, który czerpie swą wiedzę o świecie z telewizji, pamięta jedynie, że
    muzułmanie to albo fundamentaliści, albo terroryści. On nie ma żadnej
    obiektywnej wiedzy o cywilizacji islamu.

    Co więcej, często nie dostrzega różnicy między muzułmanami wywodzącymi się z
    odmiennych kultur - na przykład z Algierii i z Pakistanu. Nierzadko obejmuje
    ich wspólną nazwą... Arabów.

    Tak, tak... Malezyjczycy to też Arabowie... Wszyscy są Arabami... Wciąż
    pokutuje stereotyp, że islam to kultura arabska.
    Warto w tym momencie zaznaczyć, że rozpatrujemy islam na różnych poziomach jego
    konkretyzacji. Jest to więc jedna z tych wielkich planetarnych religii, która
    przenika bardzo różne kontynenty, kultury, języki i dlatego ma rozmaite
    odcienie narodowe czy regionalne. Islam w Stanach Zjednoczonych jest
    praktykowany przede wszystkim przez ludność afroamerykańską zamieszkującą
    getta, potworne slumsy wielkich metropolii. Ci czarnoskórzy muzułmanie nazywają
    siebie The Nation of the Islam - narodem islamskim. Tam więc jest to religia
    biednych, często bezrobotnych mieszkańców wielkich miast. Takie muzułmańskie
    dzielnice widziałem ostatnio w Detroit. Jest to widok zadziwiający. W dzielnicy
    jest ponad trzydzieści kościołów, ale wszystkie są zamknięte. Znikła stamtąd
    Polonia (podobnie jak inni biali mieszkańcy), natomiast ludności islamskiej
    przybywa. Kolejna grupa amerykańskich muzułmanów to emigranci z Indonezji,
    Malezji, Filipin itd.
    Na terenie Europy islam jest bardziej zróżnicowany etnicznie i kulturowo. Mamy
    więc maghrebijski typ islamu (wywodzący się z Afryki Północnej), o silnych
    tradycjach walki antykolonialnej. Islam maghrebijski ma bardzo głęboki rys
    niepodległościowy, wyzwoleńczy i on właśnie odegrał postępową rolę. Ten typ
    islamu jest bardzo widoczny we Francji. Inny typ islamu występuje w Niemczech.
    Tam muzułmanie wywodzą się przede wszystkim z Turcji i Bośni. Oni są bardziej,
    choć też tylko do pewnego stopnia, zsekularyzowani.
    Bardzo zróżnicowany islam można spotkać na obszarze Bliskiego Wschodu. Przede
    wszystkim w Afryce Północnej i w całym rejonie Morza Śródziemnego. Występuje
    tam i bardzo skrajny, uciekający się do terroryzmu, islam Kadafiego, i
    dość "liberalny", otwarty islam tunezyjski, wreszcie islam obejmujący Afrykę
    Sahelu i Sahary, Afrykę Wschodnią i Zachodnią, który jest naprawdę tolerancyjny
    i nie zna pojęcia terroryzmu ani fundamentalizmu. Ten ostatni typ islamu
    pokrywa się zresztą z obszarem występowania kultury Bantu, która była bardzo
    pokojowa, oparta na zasadzie współpracy i współdziałania.
    Jeszcze większe zróżnicowanie występuje w Azji. Są tam więc i ruchy
    ekstremalne, jak talibowie w Afganistanie czy niektóre odłamy szyizmu w Iraku i
    w Iranie, i islam bardzo oświecony - na przykład w Malezji, gdzie żyje wielu
    wybitnych intelektualistów i myślicieli.
    Trzeba więc pamiętać, że używając słowa islam, ogromnie zubażamy opisywaną
    rzeczywistość. Jest to zresztą jedna z największych przywar europejskiej
    mentalności, że mamy skłonność do upraszczania i narzucania własnych kategorii
    (mieszkaniec Afryki nigdy nie powie o sobie, że jest Afrykańczykiem, tylko że
    należy na przykład do ludu Aszante
  • 03.03.04, 23:14
    Trzeba więc pamiętać, że używając słowa islam, ogromnie zubażamy opisywaną
    rzeczywistość. Jest to zresztą jedna z największych przywar europejskiej
    mentalności, że mamy skłonność do upraszczania i narzucania własnych kategorii
    (mieszkaniec Afryki nigdy nie powie o sobie, że jest Afrykańczykiem, tylko że
    należy na przykład do ludu Aszante...).

    W ten sposób wytwarzamy sobie nieuchronnie przeciwników. Bo jeśli złączy się
    Afrykanów czy Afroamerykanów w jedną społeczność, to kształtuje się w nich
    poczucie siły poprzez zaprzeczenie dotychczasowej, a tworzenie
    nowej, "szerokiej" tożsamości.

    Oczywiście, a poza tym oni się czują poniżeni. Jak ktoś będzie podkpiwał z
    polskiej kultury i twierdził, że Polacy to naród pijaczków i złodziei, to też
    będziemy się tym czuli dotknięci.
    Przykładem takiego fałszywego stereotypu jest powszechne przekonanie o
    upodobaniu muzułmanów do przemocy. Otóż wbrew temu, do czego przekonują nas
    media, islam jest religią pokojową. To religia równowagi, kontemplacji,
    cierpliwości. Muzułmanin to przede wszystkim człowiek wiary i pobożności, który
    nie szuka i nie potrzebuje racjonalnych uzasadnień dla swej wiary. Dlatego
    zresztą teologiczna dyskusja z nim jest praktycznie niemożliwa.

    Z drugiej strony jednak średniowieczni arabscy filozofowie, jak Awerroes,
    utrzymywali, że istnieją dwie prawdy - dostępna człowiekowi prostemu prawda
    wiary oraz prawda rozumowa, dostępna jedynie wtajemniczonym. I w islamie zatem
    istniałaby tradycja intelektualnej spekulacji nad prawdami objawionymi.

    Oczywiście. W Koranie ukryta jest pewna wewnętrzna prawda, a wierny winien
    kroczyć po ścieżce tej prawdy. Konieczność rozwoju duchowego, poszukiwanie
    prawdy, która zbliża do Boga, nazywa się tarika. Muzułmanin albo jest już na
    tej drodze, albo jej dopiero poszukuje. Kryje się w tym zresztą piękna
    egzystencjalna formuła - muzułmanie wierzą, że w każdej osobie i w każdej
    rzeczy zawiera się jakaś ukryta tajemnica. Zasada tariki przenika całą tradycję
    sufizmu, mistyki islamu. W tym sensie możemy więc mówić o dwóch prawdach - dla
    nieoświeconych i dla wybranych, umysłów wtajemniczonych.
    Dochodzimy w tym miejscu do kolejnej istotnej różnicy między wyznawcą Allaha i
    chrześcijaninem. Islam, podobnie jak judaizm i chrześcijaństwo, jest religią
    Księgi. Wedle muzułmanów jednak Koran został dany bezpośrednio od Boga. Jest to
    zatem religia objawienia słowa, a nie objawienia Boga-człowieka, i dlatego ten,
    kto kwestionuje Księgę, kwestionuje istnienie Boga. Ta odmienność tłumaczy,
    choć nie usprawiedliwia, reakcję muzułmanów na Szatańskie wersety Salmana
    Rushdiego, który, zdaniem ortodoksów, kpił sobie w tej powieści z Koranu.
    Muzułmanie przywiązują wielką wagę do nauki, oświaty. Islam przypomina w tym
    względzie judaizm. Kiedy ostatnio odwiedzałem rejon Sahelu, południa Sahary, to
    w najbardziej zapadłych wioskach, gdzie życie zamiera wraz z zachodem słońca, a
    budzi się następnego dnia o brzasku, gdzie nie ma systemu oświaty, dróg... nie
    ma nic, istnieje tylko jedna instytucja - szkółka koraniczna. Dzieci zbierają
    się przy ognisku, gdzie wieczorem jest jeszcze trochę światła i ich nauczyciel
    (ulema) czyta im Koran, na którym uczą się czytać i pisać. Jest to ich jedyne
    doświadczenie obcowania z książką, jedyna forma oświaty, jaka istnieje na tych
    niezwykle rozległych terenach świata. Ponieważ do szkółki koranicznej może
    chodzić każde dziecko, starsze przyprowadzają swoje dwu-, trzyletnie
    rodzeństwo, którym muszą się opiekować. Dla tej gromady dzieci Koran jest
    jedynym uniwersytetem. Nawet więc w tak ekstremalnych warunkach, gdzie panuje
    straszliwa bieda - w tamtych wsiach naprawdę nie ma co jeść - trwa nauka
    Koranu, który jest dla nich całą wiedzą.

    Niektóre kraje islamu wszakże są bardzo bogate i to właśnie ku nim kieruje swe
    apetyty Zachód. Kontakty Zachodu ze światem islamu mają zresztą najczęściej tło
    ekonomiczne.

    Oczywiście wielką atrakcją krajów arabskich są największe na świecie złoża ropy
    naftowej. Wiążą się z tym dwie kwestie. Po pierwsze islam zmienił swe oblicze -
    pozostał wprawdzie religią ubogich, ale sam stał się bogaty. Bogate kraje
    arabskie bowiem zaczęły łożyć spore sumy na rozwój wspólnot (budowę meczetów,
    druk Koranu...) - na rozszerzanie się islamu. Dzięki temu powstaje sporo
    meczetów i szkółek koranicznych w Afryce, Albanii i Bośni. Widać w tym świadomą
    politykę muzułmanów, choć, o czym należy pamiętać, ta planetarna religia nie ma
    żadnego centrum ani kogoś w rodzaju głowy Kościoła - działania te wypływają
    jedynie z ducha wspólnoty.
    Po drugie fakt, że w krajach muzułmańskich znajdują się największe zasoby ropy
    naftowej, jest przyczyną napięcia, jakie istnieje między światem islamu i
    Zachodem. Jest to napięcie podszyte ogromnym strachem. Jeżeli bowiem spojrzymy
    na kraje muzułmańskie oczami przywódców Stanów Zjednoczonych - jedynego obecnie
    światowego mocarstwa - zrozumiemy, skąd biorą się histeryczne reakcje na
    incydentalne nawet przejawy terroryzmu czy przemocy w krajach islamskich. Otóż
    Stany Zjednoczone w okresie zimnej wojny, obawiając się, że ZSRR uzyska znaczne
    wpływy w krajach naftowych, rozpoczęły na Alasce i w Teksasie bardzo
    kapitałochłonne inwestycje, które miały powiększyć własne zasoby ropy naftowej.
    W momencie, kiedy skończyła się zimna wojna, Amerykanie uznali, że nic już nie
    zagraża ich interesom w świecie arabskim, dlatego mogą zrezygnować z tych
    kosztownych inwestycji i bez przeszkód sprowadzać ropę z Zatoki Perskiej. A
    przecież to właśnie tanie paliwo napędza amerykańską cywilizację, której sukces
    oparty jest na samochodzie i ropnym ogrzewaniu mieszkań. Amerykańskie zapasy
    ropy naftowej tymczasem wynoszą zaledwie niecałe 3% zapasów światowych, a 50%
    konsumpcji ropy w Stanach Zjednoczonych opiera się na paliwie z importu. Gdyby
    więc zamknięto "arabski kurek", Stany Zjednoczone byłyby sparaliżowane. Region
    Zatoki Perskiej pozostaje zatem obszarem żywotnych interesów amerykańskiego
    mocarstwa i to powoduje, że spokojna dyskusja o islamie jest tam praktycznie
    niemożliwa.
    Stan ten pogłębił się ostatnio, od kiedy ujawniono, że konkurencyjne źródło
    ropy naftowej znajduje się w rejonie Morza Kaspijskiego. Region ten jest o tyle
    ważny, że to stamtąd popłynie w przyszłości ropa do Japonii i Chin. Tam
    ścierają się obecnie interesy trzech stron - islamu, Rosji i Stanów
    Zjednoczonych. Jest to więc kolejne potencjalne źródło napięcia między islamem
    a Ameryką.

    Pewnie dlatego tak duże emocje wzbudziła w Stanach Zjednoczonych wojna w
    Czeczenii.

    Oczywiście. Polacy patrzą z politowaniem na Amerykanów i dziwią się, dlaczego
    popierają oni Rosję. Czyżby Amerykanie byli tacy naiwni? Polacy nie rozumieją
    najczęściej jednej rzeczy - Stanom Zjednoczonym zależy w tej chwili na
    utrzymaniu silnej Rosji, bo prawosławna Rosja staje się przedmurzem, które może
    powstrzymać awans islamu na północ Azji (ta ekspansja przebiegała historycznie
    wzdłuż Wołgi). Postęp islamu mógłby rozpołowić Rosję na dwie części -
    europejską i syberyjską.
    Amerykański socjolog Immanuel Wallerstein uważa, że reakcja świata islamu na
    konfrontację z Zachodem może przybierać trzy postaci: model Chomejniego -
    izolację od polityki światowej, model Husajna - zbrojnej konfrontacji, i trzeci
    model - indywidualny, czyli formę migracji do świata Zachodu. Utrzymuje on, że
    za 20, 30 lat konfrontacja będzie się rozwijać, ale modele pozostaną trwałe.
    Myśl amerykańska kładzie zatem nacisk na konfrontacyjność. Wśród politologów i
    socjologów islamskich dominują głosy bardziej pojednawcze - oni nie mówią na
    ogół o konfrontacji cywilizacji, lecz o wymianie. Skłaniają się raczej ku
    tradycji Bronisława Malinowskiego, który uczył, że kontakt jest przede
    wszystkim wymianą. W obu cywilizacjach bowiem istnieje tyle wartości
    sprawdzonych przez historię, że w dobie rewolucji komunikacyjnej te dwa światy
  • 03.03.04, 23:15
    Amerykański socjolog Immanuel Wallerstein uważa, że reakcja świata islamu na
    konfrontację z Zachodem może przybierać trzy postaci: model Chomejniego -
    izolację od polityki światowej, model Husajna - zbrojnej konfrontacji, i trzeci
    model - indywidualny, czyli formę migracji do świata Zachodu. Utrzymuje on, że
    za 20, 30 lat konfrontacja będzie się rozwijać, ale modele pozostaną trwałe.
    Myśl amerykańska kładzie zatem nacisk na konfrontacyjność. Wśród politologów i
    socjologów islamskich dominują głosy bardziej pojednawcze - oni nie mówią na
    ogół o konfrontacji cywilizacji, lecz o wymianie. Skłaniają się raczej ku
    tradycji Bronisława Malinowskiego, który uczył, że kontakt jest przede
    wszystkim wymianą. W obu cywilizacjach bowiem istnieje tyle wartości
    sprawdzonych przez historię, że w dobie rewolucji komunikacyjnej te dwa światy
    mogą się wzajemnie ubogacać.

    Czego może nauczyć się człowiek cywilizacji łacińskiej w zetknięciu ze światem
    islamu?

    Bardzo ważna jest postawa, którą przyjmiemy. Trzeba bowiem pamiętać, że nasz
    stosunek do islamu kształtuje siła potęgi wielkich sieci telewizyjnych. Na ogół
    więc nie mamy własnego poglądu, własnej wiedzy - korzystamy z pośrednictwa tych
    kanałów informacji. Ponieważ sieci owe mają za zadanie kształtować nieufność w
    stosunku do świata muzułmańskiego, nasz punkt widzenia naznaczony jest
    stronniczością. Dyskutujemy więc zazwyczaj, dysponując jedynie zmanipulowaną
    porcją informacji, którą daje się nam do wierzenia.
    Czy tego chcemy, czy nie, musimy pogodzić się z faktem, że żyjemy w świecie
    wielokulturowym, który będzie się stawał jeszcze bardziej różnorodny. Dzisiaj
    nie da się już pozostawać w kulturowej izolacji. Naszym zadaniem jest więc
    znalezienie sobie w tym świecie miejsca, a pierwszą zasadą owego poszukiwania
    jest zasada tolerancji, uznania, że, jak mówił Bronisław Malinowski, nie ma
    kultur wyższych i niższych. Zasadzie tolerancji musi towarzyszyć poznawcza
    ciekawość - musimy zdobyć elementarną wiedzę o kulturze islamu - i życzliwość.
    Taka postawa nie jest jedynie odruchem dobrego serca, ale od niej zależy sam
    byt naszej cywilizacji, w tym i naszego kraju. Bo przecież już niedługo i do
    Polski, która staje się coraz atrakcyjniejsza dla uchodźców, zacznie napływać
    migracja z krajów muzułmańskich. To są procesy nieodwracalne, gdyż gwałtownie
    powiększająca się grupa najbiedniejszych musi szukać dla siebie miejsca.
    Dlatego tak ważne jest, byśmy chcieli poznawać kulturę muzułmanów.

    Takiej postawy życzliwej ciekawości możemy się uczyć z Sonetów krymskich.

    Tak. Sonety pozostają pięknym świadectwem urzeczenia kulturą islamu.

    Co osobiście zawdzięcza Pan kontaktom z kulturą islamu? Jakie jej cechy są Panu
    najbliższe?

    Bardzo wiele. Przede wszystkim za sprawą muzułmanów żyję! W różnych sytuacjach
    wojennych dzięki temu, że szli do walki, udało mi się przeżyć. Generalnie moje
    doświadczenia kontaktu z muzułmanami było bardzo dobre. Szczególnie w małych
    społecznościach wiejskich spotykałem ogromnie przyjaznych, spokojnych ludzi.
    Byli bardzo pobożni, serio traktowali zasady swej wiary, które nakazują
    szacunek dla drugiego człowieka. Koran bowiem uczy, by nie gardzić nawet
    innowiercą - w przeszłości, gdy islam był w natarciu, mieszkańcy podbitych
    krajów nie byli zmuszani do konwersji, wyznawcy innych religii zobowiązani byli
    jedynie do płacenia podatku. Ludzie, którzy mnie przyjmowali, byli bardzo
    gościnni i czerpali z tego satysfakcję. Otaczali mnie swoim duchem wspólnoty.

    Wynika to chyba ze skażenia, o którym Pan wspominał, ale trudno się oprzeć
    natrętnej myśli, że muzułmanie są jednak podatni na ekstremizmy. Te skandujące
    tłumy w Iraku czy Iranie nie są jedynie marginesem. I właśnie tego najbardziej
    boi się Europejczyk. Skłonny jest uwierzyć w ową tolerancję czy pokojowość
    muzułmanów, lęka się jednak, że wówczas, gdy imamowie nakażą swemu ludowi
    zabijać, wierni bezkrytycznie się im poddadzą.

    Jeśli wspomniał Pan o imamach, to trzeba dopowiedzieć, że funkcja ta istnieje
    jedynie w szyizmie, a szyici stanowią 10 % całej ludności muzułmańskiej. Tylko
    w szyizmie istnieje religijna struktura czy hierarchia. Tego rodzaju
    mobilizacja jest rzadka w sunnizmie. Co charakterystyczne jednak, jest to
    mobilizacja typu defensywnego. Szyici protestują wtedy, gdy czują się poniżeni.
    Kiedy coś im zagraża, reagują masowo i w tym zbiorowym ruchu są doskonale
    zorganizowani, bo nauczyli się tego praktykując wspólną modlitwę. Taki tłum
    rzeczywiście robi potężne wrażenie: ma jeden cel, jedną emocję, ale nie jest to
    grupa atakująca. W czasie rewolucji irańskiej podziwiałem ich dyscyplinę -
    podczas milionowych manifestacji w Teheranie nie zniszczono na chodnikach ani
    jednej trawki, a gdy tłum mijał szpitale, zapadało całkowite milczenie. Tą masą
    ludzką nikt nie kierował! Przypomnę też inny fakt: chociaż rewolucja
    Chomejniego była zdecydowanie antyamerykańska, nikomu spośród 55 000 Amerykanów
    mieszkających wówczas w Iranie włos nie spadł z głowy.
    Można wspomnieć także o przypadkach przerażających, ale takie incydenty
    zdarzają się w każdej kulturze i nie da się ich wyeliminować. Przecież na
    ulicach Nowego Jorku rocznie ginie od kuli 2000 ludzi i nie ma na to rady!
    Istnieją wreszcie zjawiska ogromnie zafałszowane. Na przykład w Algierii mamy
    dziś do czynienia z oczywistą wojną domową, do której nie przyznaje się rząd
    stworzony dzięki przewrotowi wojskowemu. Oficjalnie więc mówi się, że jacyś
    bandyci zabijają niewinną ludność, ale tak naprawdę nie sposób rozstrzygnąć,
    kto strzelał czy podrzynał gardła. Niektórzy Algierczycy utrzymują, że robi to
    reżim militarny po to, by w oczach opinii światowej jeszcze bardziej zohydzić
    swych przeciwników. To są takie strefy, o których jako doświadczony reporter
    mogę powiedzieć, że jeśli samemu się czegoś nie stwierdziło, nie zbadało,
    niczemu nie można dawać wiary. Trzeba więc dużej wnikliwości, by dojść prawdy.
    Warto o tym pamiętać, słuchając komentarzy na temat polityki światowej.
    Oczywiście propaganda istnieje także w krajach muzułmańskich. Potęgą jest
    radio, które jest tanie, lekkie i może być używane tam, gdzie nie ma
    elektryczności. Muzułmanin jest bardzo dumny, gdy słyszy w swoim odbiorniku, że
    świat islamu jest potężny, że świat islamu jest światem Boga. Podczas wojny w
    Zatoce odczytywano w radio specjalne ogłoszenia o śmierci muzułmańskich
    żołnierzy. Mówiono: "Gratulujemy rodzicom - tu następowało nazwisko - których
    syn zginął dziś w walce tam i tam!" Dostąpili wielkiego zaszczytu, bo mają
    syna, który zginął jako mudżahedin. Ci rodzice, jeśli było ich na to stać,
    rozdawali potem swoim bliskim specjalnie w tym celu wywołane zdjęcia syna-
    bohatera.
    Powtarzam jednak - w swojej istocie islam jest religią pokojową.

    Bardzo dziękujemy za rozmowę.

    RYSZARD KAPUŚCIŃSKI, ur. 1932, pisarz, reporter, publicysta. Autor m.in.:
    Cesarz (1978), Szachinszach (1982), Imperium (1993), Lapidaria (wyd. łączne -
    1997).


    źródło: Miesięcznik ZNAK
  • 03.03.04, 23:17
    Muzułmanie w Polsce. Ważny jest wygląd

    źródło: gazeta.pl, Smoleński (28-09-01 18:15)

    Hani jest Palestyńczykiem. Z kilkudniowym zarostem i wąsami wyglądał
    podejrzanie. Poszedł więc do fryzjera i zgolił zarost. Powiedział do żony: -
    Teraz wyglądam jak Polak

    Według policji była to banda wyrostków. Wracali z dyskoteki, może po kilku
    piwach, więc przeszli przez niski płot i zaczęli rzucać kamieniami - taka
    chuligańska normalka. Akurat szli ulicą Abrahama, akurat rzucili w okna
    gdańskiego meczetu.

    Przypadek - zamiast meczetu mógł to być sklep akwarystyczny albo kiosk, zresztą
    straty nie są zbyt wielkie. Tylko dlaczego na trawniku wciąż leżą przygotowane
    zawczasu, starannie ułożone pryzmy betonowego złomu? Więc dla pewności policja
    postawiła pod świątynią radiowóz.

    Po cichu policjanci opowiadają, że pewnie wyrostki chciały odreagować to, co
    zobaczyły w telewizji. Łobuzy też mają serce - mówią nieoficjalnie, choć nie
    chcą łobuzów rozgrzeszać.

    Teraz ich szukają, ale bez wielkiej nadziei na sukces, bo społeczeństwo nie
    chce współpracować, milczy. Nic nowego. Społeczeństwo milczy, gdy szukają
    sprawców włamań do piwnic. Taki los.

    Meczet stoi od 1990 r., wybudowany ze składek wiernych, dzięki materialnemu
    wsparciu niemieckich wspólnot islamskich i pieniądzom z Arabii Saudyjskiej. Był
    budowany akurat wtedy, gdy w pobliżu stawiano kościół; ta sama betoniarka
    kręciła się na obu budowach. Co piątek modli się w nim kilkudziesięciu Arabów z
    Trójmiasta. Co niedziela - polscy Tatarzy. Od ubiegłej niedzieli straszy
    wybitymi szybami.

    Kto zastrasza, niech się wstydzi

    Kilka dni przed zamachem skończył się gdański tydzień kultury muzułmańskiej.
    Tamara Szabanowicz, po ojcu Tatarka, przewodnicząca gminy muzułmańskiej, była
    szczęśliwa, bo wszystko pięknie się udało, meczet przy Abrahama odwiedzały
    tłumy, nie tylko muzułmanów. Właśnie wsadziła do pociągu grupę Tatarów z Krymu
    (mieszkali w Domu Pojednania przy kościele św. Trójcy), weszła do sklepu
    papierniczego, gra radio, a tam wiadomości jak z "Wojny światów" Orsona
    Wellesa. Słucha, nie wierzy, wybiera towar, słucha, płaci, na ulicy bawią się
    dzieci.

    - Zaczęłam się bać - opowiada. - O nas, o meczet, o społeczność. Tę noc z
    szybami wyśniłam, czułam przez skórę, że się wydarzy.

    11 września kilka tysięcy ludzi zginęło pod gruzami World Trade Center i
    waszyngtońskiego Pentagonu. Gdy nad Manhattanem stały jeszcze kłęby dymu
    zmieszane z betonowo-azbestowym pyłem, oglądałem w BBC World rozmowę z
    brytyjską muzułmanką, śniadoskórą i w czadorze, lecz jej akcent nie pozostawiał
    wątpliwości, że urodziła się na Wyspach. Po dziewczynie mówili brodaci
    mężczyźni, kobiety w kwefach, nastoletni, ciemnoocy chłopcy. Opowiadali o
    modlitwach za niewinne ofiary, a potem pytali, dlaczego nienawiść spada również
    na nich. Bali się, nawet dorośli nie potrafili tego ukryć.

    W ciągu następnych kilku dni w Londynie ostrzelano meczet, inny spalono na
    przedmieściach Manchesteru. W Arizonie zastrzelono Hindusa, bo wyglądał jak
    muzułmanin, w całych Stanach FBI prowadzi śledztwa w sprawie 40 aktów
    antymuzułmańskiej agresji. Prezydent Bush odwiedził Centrum Islamu w
    Waszyngtonie. Przed kamerami powiedział: "Ci, którym się wydaje, że mogą
    zastraszać współobywateli, by wyładować swą złość, nie reprezentują tego, co
    najlepsze w Ameryce, lecz to, co najgorsze w ludzkości, i powinni się
    wstydzić". Jednak strach amerykańskich muzułmanów nie zniknął. Jego okruchy
    przyszły do Polski.

    Jak głupia baba

    Poniemiecka kamienica we Wrzeszczu, poniemieckie meble, na ścianie krzyż, na
    stole sernik, ale kawa parzona po arabsku, specjalnie dla gości. W telewizji
    zapowiedź studia wyborczego. Bogusia i Muhamad, małżeństwo z wieloletnim
    stażem. Od razu mówi, że urodził się muzułmaninem, nie żałuje tego, ale też nie
    wybierał, raczej nie chodzi do meczetu. Pyta głośno, czy jest Arabem, bo
    przecież zanim Syrię podbiły idące z Półwyspu Arabskiego wojska Proroka,
    mieszkali tam inni ludzie, więc może jego przodkowie pochodzą od tych innych.
    Nigdy wcześniej o to nie pytał, nigdy tak się przed obcymi nie otwierał.

    Pochodzi z nadmorskiej Lattaki. Ojciec zginął na budowie, gdy Muhamad był
    kilkuletnim chłopcem, matka (na zdjęciach kobieta w skromnej chustce) sama
    wychowała czworo dzieci; dowód, że samotna muzułmańska kobieta umie być
    zaradna. Ćwierć wieku temu przyjechał do Polski, ale studiów nie skończył.
    Poznał Bogusię, był nawet ślub kościelny, choć poprzedzony rozmową Bogusi z
    księdzem, że może lepiej powinna samotnie, za to po katolicku, wychować syna.
    Kamil (imię wybierali tak, by dobrze brzmiało w Polsce i w Syrii) był
    chrzczony, potem miał zdecydować, którą wiarę i tradycję wybrać. Jednak gdy
    Bogusia pojechała na saksy do USA, Muhamad posłał syna na religię, po co mają
    dziecku dokuczać, że jest inne. Woleli siedzieć w domu, niż chodzić do
    restauracji, żeby Bogusia nie usłyszała, że puszcza się z Arabem. Ale pewnie by
    nie usłyszała, bo Muhamad - jak sam mówi - ma dobry wygląd.

    Nad dobrym wyglądem Muhamad zastanawia się dopiero teraz. - Nie czuję
    zagrożenia, nie sądzę, by ludzie dziwnie na mnie patrzyli - zapewnia. - Ja
    naprawdę nie wyglądam na Araba. Lecz koledzy z krajów arabskich boją się. Nawet
    mój przyjaciel, syryjski chrześcijanin, świadek na ślubie i ojciec chrzestny
    Kamila. Bo ma zły wygląd.

    - Gdy w meczecie wybito szyby, bardzo się zdenerwowałam - dopowiada Bogusia. -
    Ludzie znają nas tyle lat, szanują, ale boję się, że reakcje będą coraz
    mocniejsze. Słyszałam w radiu, że w Krakowie właściciele zamykają arabskie i
    tureckie bary, że zmienia się obsługę na Polaków, że coś się stało w łódzkich
    akademikach, gdzie jest dużo studentów z Bliskiego Wschodu. Ja nie wiem, czy
    mój mąż naprawdę nie wygląda, nie wiem.

    - Gadam jak głupia baba - ciągnie Bogusia - ale co mam zrobić, gdy w szkole coś
    powiedzą Kamilowi, co robić, gdy się zacznie? Uciekać do pierwszej lepszej
    ambasady?

    - Przestań - ucina Muhamad. - Kamila wszyscy lubią. Przestań.

    Słowa gorsze od kamieni

    Nie wiadomo, jak praprzodek Tamary i Heleny Szabanowicz zjechał do Polski.
    Mogło być tak, że przybył tu jako polityczny uchodźca, może spiskowiec
    uciekający przed gniewem chana. A może przywleczono go na arkanie, jak
    niewolnika zdobytego na wojnie.

    Wiadomo, że działo się to około XV stulecia, potem rodzinę uszlachcono; na
    tarczy herbowej mieli poziome i pionowe kreski połączone ze sobą. Będzie pewnie
    ze czterysta lat jak stracili język, ale miłość do koni została - dziadek
    Szabanowicz był ułanem, został ranny w kampanii 1920 r. Przed wojną mieszkali
    tam, gdzie dziś jest Białoruś, kiedy we wrześniu 1939 r. sowieckie wojska
    zagarnęły kresy. Dziadek, choć zmobilizowany do Armii Czerwonej, uciekł przez
    granicę, żeby walczyć o Polskę.

    Do Gdańska przyjechali za Ibrahimem Swajkiewiczem, imamem wileńskim. W latach
    50. ojciec musiał nazywać się Benedykt Szabaniewicz, ale już dekadę później
    wrócił do imienia Bekir i nazwiska Szabanowicz. Modlili się po domach, a Tamara
    i Helena czuły się inne tylko dlatego, że nie chodziły na religię, więc inne
    dzieci czasami coś powiedziały. No i kiedy umarła mama, a ksiądz wyciągnął
    kartotekę i czarno na białym pokazał, że Szabanowiczowie nie przyjmowali
    świątecznych wizyt po kolędzie, ale dał pozwolenie na pochówek.

    Z tatarskości zostały im lekko skośne oczy, świadomość pochodzenia i wyznanie;
    rzecz jeszcze kilka dni temu bardzo intymna, przeżywana w samotności lub w
    islamskiej wspólnocie. Dziś wyznanie to sztandar.

    - Zawsze traktowani byliśmy z życzliwością, ludzie byli nas ciekawi,
    prowadziłam w meczecie otwarte zajęcia o tym, czym jest islam - mówi Helena
    Szabanowicz, siostra Tamary, przewodnicząca Towarzystwa Kultury Muzułmańskiej. -
    Teraz jestem rozgoryczona, rozczarowana, nie boję się, ale jest mi smutno, że
    jesteśmy tak bardzo daleko od siebie.
  • 03.03.04, 23:18
    - Zawsze traktowani byliśmy z życzliwością, ludzie byli nas ciekawi,
    prowadziłam w meczecie otwarte zajęcia o tym, czym jest islam - mówi Helena
    Szabanowicz, siostra Tamary, przewodnicząca Towarzystwa Kultury Muzułmańskiej. -
    Teraz jestem rozgoryczona, rozczarowana, nie boję się, ale jest mi smutno, że
    jesteśmy tak bardzo daleko od siebie.

    - Ja nie czuję się zagrożona, ale Arabowie tak - ciągnie. - Co Polacy wiedzą o
    muzułmanach? Że mają haremy, że po ulicy mężczyzna, jak jakiś cham, idzie
    przodem, a kobieta drobi za jego plecami. Tymczasem on idzie przodem, żeby
    torować kobiecie drogę, brać na siebie niebezpieczeństwa.

    Gdyby nie te szyby w meczecie, nic właściwie by się nie stało. Tylko dzieci
    Heleny usłyszały w szkole od kolegów: "Coście zrobili, to wszystko przez was".
    I były słowa Prymasa o obcych i terrorystach, dla Heleny Szabanowicz
    boleśniejsze niż kamienie ("Do Polski mogą wejść ci, przed którymi bronił nas
    Jan III Sobieski, a my nie chcemy ani innej kultury, ani terroryzmu".).
    Przygasły wspomnienia z organizowanych od dwóch lat spotkań ekumenicznych,
    radość ze współpracy z katolickimi księżmi i ze słów dziewczynki-katoliczki,
    która po wykładzie w meczecie powiedziała: - Jakie to proste, jakie podobne.





    Tamara Szabanowicz: - Tak czekaliśmy na słowa katolików, tak czekaliśmy.

    Helena Szabanowicz: - Słowa Prymasa mogą usprawiedliwiać akty przemocy wobec
    muzułmanów.

    Mąż Heleny Hani jest Palestyńczykiem. Oglądał wiadomości z Nowego Jorku i
    wydzwaniał do Palestyny; za oceanem już sprzątali gruzy, a w rodzinnej wiosce
    na Zachodnim Brzegu waliły się domy pod gąsienicami izraelskich czołgów. A
    potem poszedł do fryzjera i zgolił zarost. Powiedział do Heleny: - Teraz
    wyglądam jak Polak.

    Hani z kilkudniowym zarostem i wąsami miał zdecydowanie zły wygląd.

    Hani prowadzi bar z arabskim jedzeniem, ma stoisko z zieleniną. Jeździ na
    giełdę warzywną, która dla niego jest również giełdą nastrojów. Kilka razy bił
    się - to było jeszcze przed zamachem - bo nie podobał się handlującym. Teraz
    słyszy agresywne komentarze i gesty, a jeśli Ameryka uderzy na Afganistan -
    pewnie będzie gorzej. Niemalże z dnia na dzień sprzed stoiska Haniego zniknęła
    kolejka. Polacy - myśli Helena - też się boją, bo Arab, muzułmanin to musi być
    terrorysta.

    - Słyszałam, jak ktoś, wskazując stoisko szwagra, wykrzykiwał: "Dość rządzenia
    czarnuchów" - mówi Tamara. - Aż przystanęłam, próbowałam wsłuchać się w
    rozmowę, zrozumieć motywy. Ale czy bym się wtrąciła, czy starczyłoby mi odwagi?
    Nie wiem.

    "Czarnuchy", agresja na giełdzie, uszczypliwe uwagi w szkołach, komentarze
    Prymasa i niektórych polityków ("Jak to możliwe, żeby na pokład samolotu
    wpuścić kilku Arabów"?), wreszcie meczet - wszystko układa się w jakiś ponury
    ciąg.

    - Czy ktokolwiek pisał w gazetach, jakiego wyznania był Timothy McVeigh? - pyta
    Helena.

    Kalendarz Muhamada

    Muhamad ma swój kalendarz pobytu w Polsce. Najważniejsze są trzy daty.
    Pierwsza - zamach na Jana Pawła II w 1981 r., gdy chuligani w Łodzi zaatakowali
    akademik, gdzie mieszkali arabscy studenci. Nie było go tam, zna sprawę z
    przekazów i pewnie nie bałby się, bo - przypomnijmy - ma dobry wygląd. Druga -
    pielgrzymka Papieża w 1987 r., kiedy groziła mu deportacja, choć był żonaty i
    miał dziecko; nie miał ważnego syryjskiego paszportu, więc nie miał wizy,
    Służba Bezpieczeństwa ostrzega Arabów mieszkających w Gdańsku (wygląd już nie
    miał znaczenia), że podczas papieskiej wizyty nie wolno im wychodzić z domów;
    to oczywiste środki, by zapobiec zamachowi. Trzecia - atak na Amerykę.

    Muhamad krzyczy, gdy Bogusia mówi, że się boi, ale sam nie ma pewności, co
    będzie. Nie mają pewności jego arabscy przyjaciele. Dlatego wolą nie mówić nic,
    chcą żyć tak, jakby ich nie było.

    - Kiedy Polacy zaczęli się bać islamu? - pytam Helenę Szabanowicz.

    - Nie wiem - odpowiada.

    - Może gdy w 1992 r. po polsku wydano "Szatańskie wersety".

    - Nie wiem, choć to książka obrażająca naszą religię.

    Gdy w 1972 r. terroryści z palestyńskiego Czarnego Września zabili na
    olimpiadzie w Monachium izraelskich sportowców, nikt tego nie kojarzył z
    islamem. Tak samo jak wtedy, gdy w 1986 r. na szkocką wioskę Lockerbie spadł
    amerykański jumbo jet. Jednak gdy książka Salmana Rushdiego, na którego wydał
    wyrok śmierci sam ajatollah Chomeini, została przełożona na polski, pod
    przekładem nie podpisał się ani tłumacz (autor japońskiego przekładu został
    skrytobójczo zamordowany), ani wydawnictwo (kilka zachodnich domów wydawniczych
    i księgarń wyleciało w powietrze). Rozmawiałem wtedy z księgarzem
    sprzedającym "Szatańskie wersety". Powiedział, że przestraszył się nie na
    żarty, gdy przed wystawą, gdzie wyłożył książkę, zobaczył mężczyznę o arabskiej
    urodzie. Nic się nie stało. Jednak strach przed terrorem stał się realny.

    Tamara Szabanowicz też nie umie znaleźć momentu, gdy islam i terror zlały się w
    polskiej świadomości w jedno. Chyba było z tym jak z wezbraną rzeką - nikt nie
    zauważa, gdy przybiera, ale wszyscy się boją, gdy wylewa. Kiedy patrzy w
    przeszłość, myśli, że polscy muzułmanie byli może zbyt ufni: - Ufaliśmy sobie i
    temu, co robimy, ufaliśmy ludziom, którzy nas znają, którzy wiedzą, że islam to
    nie droga morderców. Nie podejrzewaliśmy, że można tak posłużyć się wartościami
    islamu, że można czynić takie zło.

    Jednak czy polska wspólnota muzułmańska mogła zrobić coś więcej dla polskiej
    świadomości? Nie mogła, są ich raptem trzy, cztery tysiące, w Gdańsku garść
    tatarskich rodzin, dwie rodziny tureckie, trochę osiadłych Arabów, do meczetu
    przychodzi kilkadziesiąt osób.

    - Dla nas to oczywiste, że muzułmanin jest człowiekiem prawym - opowiada
    Tamara. - Teraz mam udowodnić, że jestem uczciwa, takie - czuję - jest
    społeczne oczekiwanie. Ale jak mam to udowodnić? I jak mam to zrobić z dnia na
    dzień?

    Przegrali własne dusze

    Fatima jest półkrwi Palestynką, dzieciństwo spędziła w krajach arabskich, teraz
    studiuje w Polsce. Jej rodzice przyjechali do Polski w latach 90. Ich arabscy
    znajomi prowadzą restauracje, są lekarzami, inżynierami, biznesmenami.

    Dziewczyna ma zły wygląd, włosy ukryte pod ciemną chustką wskazują na wyznawaną
    religię. Kiedyś palestyńskie studentki mieszkające w Warszawie lub Łodzi nie
    nosiły chust, chłopcy z Organizacji Wyzwolenia Palestyny, z socjalizującej
    Syrii i Libii nie demonstrowali religijności. Ale zmieniła się i Polska, i
    islam. Chustka na włosach nikogo już nie dziwi.

    Fatima ignoruje pytanie o strach, choć ma świadomość, że islamska chustka nie
    jest dziś bezpiecznym nakryciem głowy. Potępia zamach, ale prosi, by sięgnąć
    głębiej. - Jest jakiś powód - mówi - dla którego na świecie tak nienawidzą
    Ameryki.

    Bo dla Fatimy to rzecz równie ważna jak zwalone wieże World Trade Center.

    Mieszkający w Polsce Palestyńczyk Mustafa Abdel Ellah powiedział "Naszemu
    Dziennikowi": "Osobiście wydaje mi się, że za zamachem stoi izraelski Mossad.
    Mówię tak dlatego, że my, Palestyńczycy, doskonale ich znamy od lat... Po
    drugie, my doskonale wiemy o akcjach Izraelczyków skierowanych przeciw własnym
    rodakom". Inny Palestyńczyk Amer Hajatle dodał: "Trzeba zwrócić uwagę, kto na
    tych zamachach skorzysta. Odpowiedzieć łatwo: jest takie państwo na świecie.
    Proszę zwrócić uwagę na pierwsze komentarze w Jerozolimie. Oni jakby czekali na
    ten moment. Dla nich cały zamach był darem losu. Potraktowano nieszczęście
    innych narodów jako wielką premię... Powstaje też pytanie, co islam na samym
    zamachu mógłby zyskać? Odpowiedź brzmi: nic. A co Izrael na tej akcji mógłby
    uzyskać? Odpowiedź brzmi: bardzo dużo".

    Redakcja nie skontrowała tych opinii żadnym innym głosem. Tamara Szabanowicz
    wierzy, że są to opinie odosobnione.

    - Skąd się bierze zdolność tworzenia tak szalonych konstrukcji? - pytam.

    - Z poczucia krzywdy - odpowiada Tamara. - Krzywda potrafi być tak wielka, że w
  • 03.03.04, 23:19
    - Z poczucia krzywdy - odpowiada Tamara. - Krzywda potrafi być tak wielka, że w
    nieszczęściu człowiek zatraca siebie. Wiem, że Jaser Arafat potępił zamach, ale
    patrzyłam na Palestyńczyków z Zachodniego Brzegu radujących się z zamachu i
    myślałam, że to ludzie, których nieszczęście przekroczyło próg ludzkiej
    wytrzymałości. Radujących się nie było dużo. Ale przegrali własne dusze.

    Kto nie zna litości

    W gdańskim meczecie dostałem książeczkę ze zbiorem hadis, mądrości proroka
    Mahometa. Hadisy to druga, po Koranie, wykładnia wiary, podręcznik religii,
    prawa i etyki. Jest ich kilkaset tysięcy. - Może one pomogą panu nas zrozumieć -
    powiedziała Tamara Szabanowicz.

    "Droga do raju prowadzi pod osłoną mieczy".

    "Kto stanie do walki na ścieżce Boga, ten uczyni lepiej, niżby modlił się przez
    60 lat".

    "Męczennik za wiarę może od Boga oczekiwać siedmiu nagród: już za pierwszą
    przelaną krew wybaczone mu zostaną wszystkie grzechy, pokazane mu będzie
    miejsce, jakie czeka na niego w raju, ozdobiony zostanie szatą wiary, jego
    żonami zostaną 72 czarnookie hurysy, zaoszczędzone mu będzie cierpienie w
    grobie, chroniony będzie od największego strachu: ognia piekielnego, na głowie
    będzie nosił koronę dumy, w której jeden rubin znaczy więcej niż cały świat,
    będzie miał prawo wstawić się u Boga na Sądzie Ostatecznym za 70 swoich
    krewnych".

    "Kto wyszykuje wojownika, by walczył w imię Boga, ten sam walczy w imię islamu;
    kto otacza opieką wojownika, ten sam walczy w imię islamu".

    Ale Muhamad mówi, że dżihad to walka z samym sobą. I że Prorok powiedział
    również:

    "Każda wojna jest zwodnicza".

    "Niechaj nikt nie stoi bezczynnie, gdy niesprawiedliwie zabija się człowieka.
    Na każdego, kto widział, że jest to człowiek bezbronny, spadnie przekleństwo.
    Niechaj nikt z was nie stoi bezczynnie, gdy niesprawiedliwie biją człowieka. Na
    każdego, kto widział, że jest to człowiek bezbronny, spadnie przekleństwo".

    "- Czy chcecie, bym wam powiedział, kto z was jest najgorszy?

    - Powiedz nam, wysłanniku Boga....

    - Gorszy jest ten, kto nienawidzi ludzi i kogo ludzie nienawidzą. A
    chcielibyście wiedzieć, kto jest od nich gorszy? Ten, po kim nie można
    spodziewać się niczego dobrego, a przed jego złym charakterem nikt nie potrafi
    się obronić".

    "Kto nie zna litości dla ludzi, dla tego Bóg również nie zna litości".

    Tamara Szabanowicz czuje, że zamach połamał dusze polskich muzułmanów.

    - Boję się, że będą mnie pytać, czy się wstydzę - mówi. - Tak, wstydzę się,
    tylko czy wstyd to właściwe określenie moich uczuć? Wiem, że współczuję
    skrzywdzonym. Dla tych, co zabili, mam chyba litość. Ale nie wiem, czy to
    litość dla nich, czy dla ich rodzin, przyjaciół, nauczycieli. Być
    odpowiedzialnym za stworzenie takiego monstrum...

    I dalej: - Bez przerwy myślę o tych, którzy rzucali kamieniami. Odkąd pod
    meczetem stoi policja, jestem spokojniejsza. Ale jeśli sprawców złapią, jeśli
    będzie konfrontacja, jeśli poznam, że to ktoś z sąsiedztwa... co wtedy zrobię?
    Nie myślę o karaniu. Mam wielką potrzebę spotkać się z nimi, porozmawiać. Ale
    czy oni zechcą?

    Współpraca Sebastian Łupak

    Cytowane hadisy pochodzą z książki "Mahomet. Mądrości Proroka".
  • 20.03.04, 21:05
    Jaki wizerunek muzułmanów przekazują polskie media?

    Polski dziennikarz patrzy na islam

    Agata Skowron-Nalborczyk


    Do wydarzeń z 11 września ubiegłego roku islam i muzułmanie byli w polskich
    mediach tematem incydentalnym: pisano o nich przy okazji inwazji Iraku na
    Kuwejt w 1990 r. albo gdy talibowie zajęli Kabul w 1996 r. Rzadko był to
    wizerunek odpowiadający rzeczywistości, częściej zbitki klisz i błędów. Dziś
    jest inaczej, choć nie zawsze lepiej.


    Nigdy nie planowałam zająć się takim tematem. Lektura polskiej prasy i
    oglądanie TV dostarczyły jednak tylu impulsów, że nie mogłam pozostać obojętna.
    A zgromadzony materiał okazał się tak... interesujący, że na jego podstawie
    prowadzę dziś wykłady dla studentów arabistyki na temat obrazu muzułmanina i
    islamu w polskich mediach. Błędy merytoryczne czy brak podstawowej wiedzy są
    bowiem często tak niebywałe, że czasem zastanawiam się, czy sąsiadujący artykuł
    o genetyce pisano z podobną znajomością rzeczy.

    Kobieta muzułmańska

    Przed 11 września islam trafiał „na łamy” na ogół za sprawą tematu, który
    zawsze może liczyć na zainteresowanie czytelników, czy raczej czytelniczek.
    Chodzi o sytuację kobiety w społeczeństwie muzułmańskim, która, co ciekawe,
    interesuje Europejczyków od początku ich kontaktów z islamem. Już w
    średniowieczu chrześcijańscy teolodzy zwracali uwagę na rozpustne życie Proroka
    (tyle żon!) i folgowanie przezeń ludzkim słabościom w celu zdobycia wyznawców,
    np. przez zgodę na wielożeństwo. No i ten rozpalający zmysły obraz raju z
    hurysami dla zasłużonych! Mało kto wie, że dla kobiet także przewidziano
    pięknych młodzieńców, którzy mieli im usługiwać.
    Szczególnie od wieku XIX i jego romantycznych fascynacji wątki erotyczno-
    haremowe cieszyły się popularnością w literaturze i malarstwie. Przyczynę
    zwięźle ujął autor beznadziejnego tekstu o podróży do Iranu w „Życiu” (z 11
    września 1997) Edward Pyrek: seks to „taki ciekawy temat”. I jak malarze
    portretujący odaliskę w haremie mieli pretekst do malowania nagiej kobiety, tak
    piszący dziś o niedoli muzułmańskiej kobiety mogą przemycić kilka pobudzających
    zmysły czytelnika obrazków. Przykładem opis potajemnej prywatki w Iranie ze
    zmysłowymi tańcami i sposobami na zachowanie dziewictwa w nierzetelnym niestety
    tekście Marcina Mellera („Polityka” z 31 października 1998). Zdaniem autora
    Iran to kraj hipokrytów, młodzi Irańczycy prowadzą się dobrze tylko na pokaz,
    organizując narkotykowo-erotyczne przyjęcia. Tylko że taki tryb życia prowadzi
    jedynie grupa bogatszej młodzieży, a taką znaleźć można wszędzie. Z kolei Beata
    Pawlak, zajmując się przywróceniem małżeństwa czasowego w Iranie,
    pisze: „Małżeństwo tymczasowe wymyślili szyici u zarania islamu” („Magazyn GW”
    z 15 grudnia 1995). Tymczasem u zarania islamu nie było jeszcze szyitów, a ten
    rodzaj związku praktykowano powszechnie, póki nie został zakazany przez kalifa
    Omara (634–644) jeszcze przed politycznym sporem, w wyniku którego powstał
    podział na sunnitów i szyitów.
    Dużo w tekstach o kobiecie w islamie uogólnień. Podobno w Syrii „mężowie
    traktują swe żony bez szacunku. Biją je po twarzy, nakazują wykonywanie
    upokarzających czynności, np. czyszczenie ubikacji po jego w niej bytności” –
    pisze Ewa Kownacka („Kobieta i życie” z 24 lipca 1999). Mieszkałam w wielu
    domach syryjskich i nic takiego nie widziałam. Za to byłam świadkiem, jak mąż
    zmywał naczynia po posiłkach czy przynosił do domu zakupy. Kownacka pisze też,
    że w Syrii obowiązuje zwyczaj zasłaniania twarzy, co jest nieprawdą, cóż, że
    często powielaną. Z kolei Joanna Krupa („Kulisy” z 17 maja 2001) utrzymuje, że
    do śmierci Chomejniego Iranki mogły pokazywać jedynie oczy. Wystarczy obejrzeć
    zdjęcia z manifestacji w Teheranie za jego życia, by stwierdzić, że to
    nieprawda. Kobiety irańskie mają obowiązek zasłaniać tylko włosy. Co zabawne,
    podobne teksty ilustrowane są często zdjęciami kobiet z odsłoniętymi twarzami
    na ulicy – czy ich autorzy nie zdają sobie sprawy z tego, co widzą? Czy też tam
    nie byli?

    Islam winien wszystkiemu?

    Niezmiennie powtarza się też stwierdzenie, że kobiety w islamie nie mają
    żadnych praw, a religia zastępuje prawo. Jednak w świecie islamu prawo istnieje
    i ma swe instytucje, tylko jego źródłem nie są ustawy, lecz słowo Boga.
    Przepisy prawne odnoszące się do kobiet są czasem niezrozumiałe czy szokujące
    dla osób z zewnątrz (np. zeznanie jednego mężczyzny mogą podważyć zeznania
    dopiero dwóch kobiet). Jednak nie wszystkie te normy obowiązują jednakowo w
    całym świecie islamu. Niektóre kraje, np. Tunezja czy Turcja, przejęły
    częściowo prawodawstwo europejskie.
    Często islam traktowany jest niesłusznie jako jednolita całość, bez
    dostrzegania różnic między konserwatywną Arabią Saudyjską a zlaicyzowaną Syrią
    lub Tunezją. Powtarzającym się zabiegiem jest używanie zwrotu „w większości
    krajów muzułmańskich” czy „w świecie islamu”, które poprzedzają omówienie
    zjawiska charakterystycznego tylko dla jednego kraju. Podobnie poglądy
    obowiązujące w całym islamie prezentuje się zapatrywania jednego odłamu itd.
    Często też państwa muzułmańskie postrzegane są wyłącznie przez pryzmat islamu.
    Zestawienie „Prawa człowieka w krajach islamskich” („TP” z 3 lutego br.) omawia
    sytuacje w poszczególnych krajach, których jedyną cechą wspólną jest religia
    wyznawana przez większość mieszkańców. Tak jakby np. to, że w dyktaturze
    wojskowej, jaką jest Irak, nieprzestrzeganie praw człowieka było związane z
    islamem! Przecież państwa islamskie nie mają na to wyłączności; weźmy choćby
    niedawną sytuację w chrześcijańskim Chile czy afrykańskie dyktatury w państwach
    silnie schrystianizowanych, jak Zimbabwe, którego prezydent jest katolikiem.
    To islam obarczany jest jednak winą za wszystko, co złe w państwach
    muzułmańskich. Nie tylko za to, że mężowie biją żony, ale także za to, że młode
    matki ostro karzą dzieci w Algierii (Monika Słowakiewicz w „Magazynie GW” z 5-6
    grudnia 1997). Proszę wczytać się w taką oto notatkę: „Islamski zamach. 9 osób
    zginęło w niedzielę podczas wybuchu bomby w rzymskokatolickim kościele w
    Bangladeszu. Nie wiadomo, kto jest odpowiedzialny za zamach” („Życie” z 4
    czerwca 2001). Nie wiadomo, ale zamach był „islamski”?

    Pisać każdy może...

    Przykłady błędów można wyliczać w nieskończoność: polskiemu Tatarowi „na
    chrzcie nadano imię Szaban” („Rzeczpospolita” z 3 czerwca 1993), a „azan”
    (wezwanie do modlitwy) to ceremonia nadania dziecku imienia (Wiadomości KAI z
    23 listopada 2000)...
    Najbardziej jednak oburzają nie błędy, ale brak szacunku dla opisywanych ludzi.
    Przykładem wspomniany artykuł w „Życiu” o Iranie, w którym Edward Pyrek,
    popisując się niewiedzą (układ sur w Koranie kojarzy mu się ze stronami wierszy
    ks. Twardowskiego, a Persepolis to prehistoryczne ruiny) widzi jedynie podarte
    skarpetki u wychodzącego z meczetu (wszyscy Polacy mają skarpetki bez dziur,
    czyż nie?) i donosi, że Iran to kraj „frustracji seksualnej” (zresztą wszyscy
    Azjaci to według niego „sfrustrowani seksualnie mężczyźni”), a homoseksualizm
    jest na pograniczu z Pakistanem „czymś normalnym, codziennym, bo tradycyjnym”.
    Jest to obelga, gdyż w islamie homoseksualizm jest poważnym grzechem – co nie
    znaczy, że nie występuje. Autor tekstu, ponoć wytrawny podróżnik, nie zrozumiał
    różnicy dystansu w kontakcie ludzi Wschodu ze sobą – dotykanie, głaskanie jest
    oznaką sympatii i wyraża bliskość, a nie homoseksualne zamiary.
    Dalsze rady dla Polaków wybierających się do Iranu są żenujące: nie należy pani
    domu klepać po plecach (polski zwyczaj?), wwozić filmów por
  • 20.03.04, 21:07
    Dalsze rady dla Polaków wybierających się do Iranu są żenujące: nie należy pani
    domu klepać po plecach (polski zwyczaj?), wwozić filmów pornograficznych
    (ciekawy pogląd na temat zawartości turystycznego plecaka) i jeśli jest się
    kobietą, uważać, by nie zostać wziętą za seksualną modliszkę, bo Azjaci z
    chęcią „poddaliby się takiej konsumpcji”. Na list do redakcji ówczesny
    naczelny „Życia” odpowiedział, że są to opinie autora wysnute z
    jego „konkretnych obserwacji”, do których ma prawo. Zgoda, autor ma prawo
    napisać, co mu się podoba. Ale czy redakcja ma prawo drukować „opinie”, oparte
    na braku wiedzy?
    Inny przykład pochodzi z „Wprost” (z 22 marca 1998), gdzie w tekście Roberta
    Stillera można przeczytać zdania świadczące o „wyjątkowym” szacunku dla
    opisywanych ludzi: „Reszta muzułmaństwa, szczególnie arabskiego, to bierna i
    obojętna masa, która potrafi włączać się w akcje na zasadzie niszczącego
    motłochu, lecz z natury w nic się nie angażuje. Ryczą i mogą być niebezpieczni.
    Ale premedytacji mają w sobie tyle co powódź”. Tekst jest o tym, że kultura
    arabska nie wniosła nic oryginalnego do światowego dziedzictwa, a jedyne godne
    uwagi dzieło to „Księga tysiąca i jednej nocy”. Inny przykład, rekordowy jeśli
    chodzi o ilość błędów, to tekst „Postne obżarstwo. Ramadan, miesiąc pokuty i
    przebaczenia” („Polityka” z 10 stycznia 1998), gdzie Anna Mariańska twierdzi,
    że Ali, czwarty kalif prawowierny, był „dysydentem i twórcą szyizmu”, gdy odłam
    ten ukształtował się dopiero po jego śmierci. Autorka podważa sens ramadanu i
    nie pała sympatią do muzułmanów. Podobnie jak w wielu innych tekstach opisywani
    muzułmańscy goście kawiarni nie piją, lecz „chlipią” lub „siorbią”,
    zaś „wyszminkowane piękności”, czyli lokalne gwiazdy piosenki „zawodzą”.
    Czasownik ten jest popularny także u innych autorów, którzy używają go wobec
    muezzina i modlących się wiernych.

    Katolicy o „islamistach”

    O islamie można pisać w Polsce wszystko. Listy ze sprostowaniami pozostają
    często bez odpowiedzi. Tak było w przypadku serii listów w sprawie
    słowa „islamista”, które w języku polskim znaczy „znawca, badacz islamu”,
    natomiast np. w angielskim „fundamentalista muzułmański”. Od wojny w Zatoce
    (1990-91) dziennikarze, wzorując się na anglojęzycznych tekstach, stosują ten
    wyraz niezgodnie z polskim znaczeniem. Na listy w tej sprawie nie było żadnej
    odpowiedzi. Zareagował jedynie „TP” – i w tym czasopiśmie „islamista” pojawia
    się w złym znaczeniu tylko mniej więcej dwa razy do roku.
    Szczególnie oburzające jest milczenie autorów katolickiego programu „Czasy” po
    liście protestacyjnym, podpisanym m.in. przez dwoje profesorów i dwóch księży
    werbistów. Oto jesienią 2000 „Czasy” przedstawiły reportaż z Libanu, którego
    treść służyła udowodnieniu tezy zawartej w pierwszym zdaniu: „Trwa dramat
    chrześcijan Bliskiego Wschodu”. Według autorów „prześladowania chrześcijan
    rozpoczęto w VII w. i trwają do dnia dzisiejszego”. Tymczasem w VII w. zaczęły
    się wojny muzułmanów z Bizancjum, a najnowsze badania historyczne wykazują, że
    późniejsze prześladowania chrześcijan były lokalne i krótkotrwałe. Warto też
    zwrócić uwagę, że władcy muzułmańscy mieli chrześcijańskich poddanych, gdy
    chrześcijańscy nie mieli poddanych-muzułmanów, bo wyznawców islamu wypędzali,
    więc nie mieli kogo prześladować. Brak tu miejsca na szczegółowe omówienie
    błędów w tym reportażu. Powiedzmy tylko, że jako tło relacji z Libanu
    pokazano... Wielki Meczet Omajjadów w Damaszku.
    List protestacyjny dotarł do autorów programu, red. Tomasz Królak obiecał
    odpowiedzieć i do dziś – nic. Reportaż zawierał tak wiele typowych uogólnień
    (np. „chrześcijanie nie mogą obejmować żadnych stanowisk w rządzie”, gdy słynny
    Tarik Aziz, wicepremier Iraku, to chrześcijanin) i błędów w odniesieniu do
    relacji muzułmańsko-chrześcijańskich, że służy mi dziś jako pomoc naukowa w
    czasie zajęć ze studentami. Tylko gdzieś w duszy tli się żal, że to katolicki
    magazyn.
    Oczywiście nie wszystkie materiały w mediach o islamie prezentują taki poziom.
    Ukazują się teksty fachowców, ale nie tylko. Wyważony i prawdziwy obraz wojen
    krzyżowych kreślił ks. Jan Kracik („TP” z 18 lipca 1999). Dowodem, że można
    pisać rzetelnie, są Wojciech Jagielski i Olga Stanisławska z „Gazety
    Wyborczej”: wykazują się nie tylko wiedzą, ale i wyczuciem atmosfery świata
    muzułmańskiego, zaś Juliusz Urbanowicz z „Wprost” przed wyjazdem do Iranu
    kontaktował się ze specjalistami. Bez zarzutu jest ogół tekstów w „Newsweeku”,
    numery poświęcone islamowi „Znaku” czy „Jednoty”. Rzetelnie przygotowane teksty
    są też na ogół mniej sensacyjne. Cóż... Kiedy w ramach I Warszawskiego Tygodnia
    Wielokulturowego (maj 2001) omawiałam błędy w polskich mediach,
    dziennikarka „Wprost” zapytała: „Czy pani chce, żeby pisać
    tylko politycznie poprawne artykuły? Przecież takich nikt by nie chciał
    czytać!”.

    Po 11 września: lepiej, ale...

    Zamachy na USA zaowocowały w Polsce taką ilością materiałów na temat islamu, że
    choć pisali je wszyscy (od indologów po ekonomistów) i choć nie brakowało
    wpadek, to przynajmniej przyczyniły się do rozpowszechnienia się wiedzy w tej
    dziedzinie. W wywiadach wypowiadali się specjaliści czy polscy muzułmanie, a
    tematyka wykraczała poza typową dotąd zbitkę przemocy i erotyki.
    Paradoksalnym może wydawać się fakt, że mimo dalszego występowania tu i ówdzie
    stwierdzeń, że islam chce zniszczyć cywilizację zachodnią, a wszyscy muzułmanie
    są nietolerancyjni wobec chrześcijan, autorzy bardziej trzymają się faktów. I
    choć na początku dowodzono, że stosowanie przemocy jest integralną częścią
    islamu, to dziś bardziej podkreśla się jego zróżnicowanie, ukazuje tendencje
    modernistyczne i konieczność podejmowania dialogu międzyreligijnego. Widać też
    ton zrozumienia dla sytuacji islamu i społeczeństw muzułmańskich – oraz
    większego szacunku dla muzułmanów. Choć niewiedza objawia się nadal: w lutowym
    numerze „Znaku”, poświęconym pismom świętym wielkich religii, w imieniu islamu
    pisze członek sekty Ahmadijja – to tak, jakby za całe chrześcijaństwo
    wypowiadał się Świadek Jehowy.
    Ktoś może zapytać: czy warto zajmować się w Polsce negatywnym i stereotypowym
    wizerunkiem islamu i jego wyznawców? Otóż nie tylko warto, ale trzeba. Nie
    tylko dla prawdy. Na zachodzie Europy zrozumienie dla tego problemu jest dziś
    większe także dlatego, że rośnie tam liczba obywateli-
    -muzułmanów. Podejmuje się więc poważne prace badawcze i przygląda się
    podręcznikom szkolnym, gdyż wiele osób kończy zdobywanie wiedzy na szkole – a
    potem ogranicza się do mediów. Negatywny obraz muzułmanina owocować może tam
    wrogością do kolegi z klasy czy sąsiada.

    Autorka jest iranistką i arabistką, doktorem w Zakładzie Islamu Europejskiego
    Instytutu Orientalistycznego Uniwersytetu Warszawskiego, stypendystką Instytutu
    Janineum i Fundacji Arabistycznej im. A. Czapkiewicza.

    źródło: Tygodnik Powszechny Nr 37 (2775), 15 września 2002
    www.tygodnik.com.pl/numer/277537/skowron.html
  • 20.03.04, 21:38
    Polecam wam raport na temat wiedzy Polaków o mniejszościach wyznaniowych. Oto
    link:
    sekty.sluzew.dominikanie.pl/opinie/s1-obop2.html
    A tutaj kilka informacji z tego raportu dotyczących muzułmanów:

    - W Polsce, poza katolikami, są także wyznawcy innych religii. Czy zna Pan(i)
    kogoś, kto jest innego wyznania niż katolickie?
    a więc jakiegoś muzułmanina zna tylko 3% Polaków

    - w pytaniach o odczucia względem religii dominuje brak opinii. I tak
    muzułmanów za:
    + tolerancyjnych uważa 4%, nietolerancyjnych 20%
    + wykształconych 2%, niewykształconych 11%
    + przyjaznych 5%, nieprzyjaznych 13%
    + podporządkowanych własnym przywódcom 23%, niepodporządkowanych własnym
    przywódcom 2%
    + uczciwych 6%, nieuczciwych 7%
    + stwarzających zagrożenie dla społeczeństwa 10%, niestwarzających
    zagrożenie dla społeczeństwa 12%
    + Ulegających przesądom 12%, nieulegających przesądom 4%

    (Badanie zostało przeprowadzone w dniach 15 - 17 maja 1999 r. na
    reprezentatywnej, losowej próbie mieszkańców Polski powyżej 15-tego roku życia.
    Zrealizowano 1041 wywiadów. Maksymalny błąd statystyczny dla takiej wielkości
    próby wynosi +/-3,0%)
  • 22.03.04, 18:18
    Tomasz Miśkiewicz - muftim polskich wyznawców islamu

    Tomasz Miśkiewicz z Białegostoku został pierwszym po wojnie muftim
    Muzułmańskiego Związku Religijnego (MZR) w RP, najważniejszej organizacji
    polskich wyznawców islamu. Mufti jest jednocześnie przewodniczącym Związku.

    Wyboru dokonał 15. nadzwyczajny kongres MZR w RP, który w sobotę wieczorem
    zakończył się w Suchowoli (podlaskie).

    Tomasz Miśkiewicz jest imamem (muzułmańskim duchownym), dotychczas był
    przewodniczącym Rady Imamów w RP. Na stanowisku przewodniczącego zastąpił
    Stefana Koryckiego, który kierował Muzułmańskim Związkiem Religijnym w RP od
    marca 2001 roku, ale zrezygnował ze względu na stan zdrowia.

    "Reaktywowaliśmy stanowisko muftiego, jako przewodniczącego organizacji.
    Przysługuje ono jedynie duchownym. Gdyby nie było kandydata spełniającego
    potrzebne kryteria, przewodniczący nadal byłby przewodniczącym, a nie muftim" -
    powiedział PAP wiceprzewodniczący Najwyższego Kolegium MZR w RP, Józef
    Konopacki.

    Przewodnicząca gminy muzułmańskiej w Bohonikach Mirosława Korycka podkreśliła,
    że to pierwszy mufti polskich wyznawców islamu od II wojny światowej. Jak
    wyjaśniła, wcześniej można było go wybrać, ale nie było odpowiednich kandydatów.

    Głównym powodem zwołania kongresu była konieczność zatwierdzenia projektu nowej
    ustawy o stosunku państwa do MZR w RP, nowelizującej przedwojenne przepisy z
    1936 roku.

    Kongres zatwierdził projekt umowy z rządem w tej sprawie, co oznacza, że rząd
    gotowy dokument będzie mógł skierować na parlamentarną ścieżkę legislacyjną.
    Polscy muzułmanie liczą, że ustawę uchwali jeszcze parlament tej kadencji.

    Jak powiedział Konopacki, nowa ustawa reguluje wszystkie ważne kwestie
    społeczności muzułmańskiej w Polsce, m.in. sprawy majątkowe, sprawę dni wolnych
    od pracy i nauki czy muzułmańskiego duszpasterstwa (imamatu) w Wojsku Polskim.

    Do tej ustawy dopasowany jest też nowy statut Muzułmańskiego Związku
    Religijnego, który został w czasie kongresu zatwierdzony.

    MZR w RP istnieje od osiemdziesięciu lat, liczbę swoich członków ocenia na 5
    tys. osób, to przede wszystkim polscy Tatarzy, choć ostatni spis powszechny
    wykazał ich dużo mniejszą liczebność.

    Jest organizacją apolityczną, zajmuje się organizowaniem życia religijnego
    polskich wyznawców islamu, skupionych w gminach muzułmańskich w Białymstoku
    (gmina białostocko-kruszyniańska), Bohonikach, Warszawie, Gdańsku i Gorzowie
    Wielkopolskim.

    W Bohonikach i Kruszynianach są jedyne w Polsce zabytkowe meczety i dwa z
    czterech zabytkowych mizarów, czyli muzułmańskich cmentarzy. Przedstawiciele
    związku działają w Radzie Wspólnej Katolików i Muzułmanów, która nie ma swego
    odpowiednika w Europie.

    Związek zajmuje się m.in. organizacją lekcji religii dla dzieci wyznawców
    islamu, prowadzi też działalność wydawniczą.

    źródło: onet.pl, PAP, JP /2004-03-21
  • 27.03.04, 00:47
    Mamy muftiego!

    Polscy muzułmanie po 60 latach mają swego muftiego. Został nim dotychczasowy
    imam gminy białostockiej Tomasz Miśkiewicz.

    Mufti jest autorytetem religijnym u muzułmanów sunnitów, który oprócz pełnienia
    funkcji duchownego zajmuje się wykładnią prawa koranicznego.

    Poprzedni mufti - Jakub Sienkiewicz - wyemigrował z Polski pod koniec II wojny
    światowej. Teraz Miśkiewicza wybrali na tę funkcję członkowie Muzułmańskiego
    Związku Religijnego w RP - największej i najstarszej organizacji polskich
    wyznawców islamu, zrzeszającej pięć tysięcy członków, głównie polskich
    Tatarów. - Bardzo się cieszymy, że wreszcie mamy muftiego. Dotychczas nie
    mogliśmy go wybrać, bo brakowało odpowiedniego kandydata - mówi Józef Konopacki
    z MZR.

    Najważniejszy muzułmanin w Polsce ma 26 lat, pochodzi z Suchowoli na Podlasiu.
    Jest polskim Tatarem. Tomasz Miśkiewicz odebrał bardzo staranne wykształcenie
    koraniczne. Przez ponad dziesięć lat kształcił się za granicą - w Syrii,
    Sudanie oraz Arabii Saudyjskiej, gdzie ukończył teologię. Mówi płynnie po
    arabsku. Oprócz funkcji muftiego będzie równocześnie przewodniczącym MZR. W
    skład związku wchodzi siedem gmin: w Bohonikach i Kruszynianach na Podlasiu, a
    także w Białymstoku, Warszawie, Gdańsku, Poznaniu i Gorzowie.

    źródło: metro, greg 24-03-2004
  • 26.04.04, 23:20
    Półksiężyc nad Wiertniczą

    Religię wyznaje się z potrzeby ducha, a nie w akcie solidarności z Arafatem.


    Po 11 września 2001 roku z ulicy Wiertniczej w Warszawie do dzielnicowej
    komendy policji zaczęły napływać dziwne doniesienia. Arabskich imigrantów
    idących na modlitwę do meczetu podejrzewano o związki z fundamentalistycznymi
    ugrupowaniami islamskimi. - Sąsiedzi podnieśli alarm, że niby Arabowie
    opanowali dzielnicę - mówi Emir Popławski, przewodniczący warszawskiej gminy
    muzułmańskiej. Wyznawcy islamu z Warszawy nie łączą swej religii z polityką -
    to niemuzułmanie mają tendencję do kojarzenia jej z talibami i płonącymi
    szczątkami World Trade Center. - Podstawową wspólnotą, w której żyją wyznawcy
    islamu, jest społeczność muzułmańska. W naszych kontaktach rozmowy na tematy
    polityczne są rzadkością, bo to nie ma znaczenia dla naszego życia religijnego -
    wyjaśnia Maciej Abdullah Kochanowicz, socjolog i podróżnik, nawrócony w czasie
    studiów. Nie ma potrzeby walki ze stereotypami, opinia innych go nie
    interesuje: W swojej religijności odnoszę się tylko do Boga. I do nikogo
    więcej.

    Polskich muzułmanów przybywa i wiąże się to nie tylko z napływem imigrantów z
    krajów arabskich. Niektórzy Polacy wychowani w katolickich rodzinach, wrośnięci
    w polską kulturę i obyczajowość - wybierają islam.


    I wtedy zrozumiałem

    Kiedy nawraca się dorosły człowiek, trudno mówić o nagłym olśnieniu. To raczej
    stopniowy proces obejmujący zarówno wzrost religijnego zaangażowania, jak i
    zgłębianie wiedzy na temat islamu. Piotr Ibrahim Kalwas nawrócił się po
    przeczytaniu Koranu. Swą drogę do islamu opisał w powieści "Salam" łączącej w
    sobie elementy autobiografii i reportażu z podróży po krajach muzułmańskich. -
    Zwykle człowiek przyjmujący inną wiarę niż ta, w której się wychował, ma dużo
    do zarzucenia związanej z nią kulturze. Mnie w krajach islamskich podoba się
    to, że tam wszystko jest podporządkowane duchowości - mówi pisarz. Długo szukał
    swojej drogi - był punkiem, pisał scenariusze do "Świata według Kiepskich".
    Zawsze szedł pod prąd. - Wielu jest ludzi, którzy dawniej byli punkowcami, a
    potem się nawrócili. Malejonek wybrał chrześcijaństwo, a ja - islam.
    Poszukiwania muzyczne sprawiły, że zainteresowali się kulturami
    pozaeuropejskimi, które zdaniem Kalwasa są bardziej nasycone duchowością. -
    Religijność Zachodu ogranicza się do form - twierdzi.

    Środowisko laickie jest bardziej otwarte i łatwiej akceptuje wyznawców islamu.
    Rodzice Mohammeda, studenta egiptologii, który przyjął islam jako
    szesnastolatek, pozostawili mu wolną rękę w kwestiach religii. - Nie byłem
    ochrzczony. Kiedy zdecydowałem się przyjąć islam, rodzice mi pogratulowali. W
    jego przypadku fascynacja islamem była konsekwencją zainteresowania kulturą
    Egiptu. Dopiero po nawróceniu pojął istotę religii jako takiej: Wtedy
    zrozumiałem, o co chodzi w chrześcijaństwie. W mniej komfortowej sytuacji jest
    Jarek wywodzący się z katolickiej, konserwatywnej rodziny. Utrzymuje dobre
    stosunki z rodzicami, o ile nie rozmawiają o religii. - Oczywiście jestem
    obecny w domu podczas katolickich świąt, ale ich nie obchodzę - mówi. - To
    zresztą Koran nakazuje mi kochać i szanować rodziców bez względu na różnice
    wyznaniowe między nami.


    Czciciele Słońca obwieszeni granatami

    Mohammed i jego znajomi przeprowadzili ankietę na temat islamu pod bramą
    Uniwersytetu Warszawskiego - od wychodzących z kam-pusu studentów dowiedzieli
    się m.in., że muzułmanie są czcicielami Słońca i oddają hołd świętemu
    kamieniowi Kaaba. - Takie błędy zdarzają się nawet w książkach poważnych
    profesorów. Próbujemy to zmieniać przez odczyty, szkolenia, publikacje -
    wyjaśnia Mohammed i zapowiada, że w tym roku ruszy w nowej formule pismo "Świat
    Islamu", dotąd adresowane tylko do Tatarów.

    Osoby zainteresowane przyjęciem islamu także często posługują się stereotypami.
    Jarek twierdzi, że niektórzy sugerują się medialnym wizerunkiem muzułmanów i
    przychodzą do meczetu w przekonaniu, iż spotkają tam obwieszonych granatami
    terrorystów. - Chrześcijanie szukają wyżycia się w anarchizmie i w innych
    alternatywnych prądach. Islam traktują jak jeden z nich - twierdzi. Islam
    przyciąga młodych buntowników, bo kojarzy im się z antyglobalizmem i niechętnym
    stosunkiem do USA. Obawa przed takimi "nawróceniami" powoduje, że nie wszyscy
    polscy muzułmanie patrzą z aprobatą na działalność wyznających islam hip-
    hopowców Włodiego i Eldo. - W tym, co robią, jest więcej serca niż wiedzy, to
    nie jest działalność pochwalana przez islam jako taki - mówi jeden z moich
    rozmówców. Mohammed dodaje: Nie tędy droga. W tak delikatnych kwestiach jak
    religia lepiej nie stosować rozwiązań inwazyjnych. Są wykłady i tak dalej.
    Działalność raperów pochwala w pełni Piotr Kalwas - wychodząc z założenia, że
    chłopaki nie szerzą wiedzy o islamie jako religii, ale nawołują do bycia
    dobrymi ludźmi: W ich muzyce występują tylko delikatne wątki muzułmańskie, ale
    wzbudzają ciekawość, pokazują coś dobrego.


    Wątpliwości neofity

    Każdy, kto chce przyjąć islam, chodzi do meczetu na kursy obejmujące naukę
    arabskiego i lekturę Koranu. Do niedawna problem stanowiły młode kobiety, które
    przyjmowały tę religię przed planowanym ślubem z Arabem. Dziś przybywa kobiet
    nawracających się z własnej woli i niemających w najbliższej perspektywie
    zamążpójścia. - Zawsze tłumaczyłem - wspomina Emir Popławski opiekujący się
    nowo nawróconymi - żeby się zastanowiły, bo życie kobiet w krajach
    muzułmańskich różni się od ich życia tutaj.

    Niektórzy boją się dyskryminacji, ale polskich muzułmanów ten problem rzadko
    dotyka, a jeśli już się coś takiego zdarza, na ogół wynika to z niewiedzy, a
    nie z nienawiści. Bądź co bądź, w Polsce islam nie jest nowością. - W małych
    miejscowościach, zamieszkanych po części przez Tatarów, islam nie budzi
    sensacji - mówi Emir Popławski. W Kruszynianach, gdzie jeden z najstarszych w
    Polsce meczetów sąsiadował z zabytkową cerkwią, w okresie Bożego Narodzenia
    katolicy, prawosławni i wyznawcy islamu obchodzą potrójne święta wraz z
    sąsiadami. W wielkiej Warszawie bywa różnie. - Zdarzało się, że ktoś pytał,
    dlaczego Polak przyjmuje islam. Nawet w środowisku studenckim traktuje się to
    jak przejaw ekscentryzmu - mówi Maciej Kochanowicz.

    Nawracający się na islam podporządkowują religii całe życie: godzą się na
    abstynencję alkoholową, rezygnują ze spożywania wieprzowiny, przyjmują
    obowiązek modlenia się pięć razy w ciągu dnia. Od żadnej z tych reguł nie ma
    odwołania. - Głębię wiary odczuwam przez cały czas - przyznaje Piotr Kalwas. -
    W islamie wszystko jest podporządkowane religii: jedzenie, spanie, ubiór, seks.
    Przestrzeganie zasad to sprawa indywidualna. Islam nie jest monolitem i w
    każdym kraju muzułmańskim występują w tym zakresie inne wymagania. Jak mówi
    Mohammed, w Europie często się o tym zapomina - wiele krzywdzących stereotypów
    powstaje nie w związku z islamem jako religią, ale właśnie z obyczajami
    poszczególnych kultur w łonie islamu. - Obok zasad religii istnieje tradycja
    lokalna - nie islamska, lecz muzułmańska. Są takie społeczności muzułmańskie,
    które żyją na poziomie europejskiego średniowiecza. To trzeba zmienić.


    Raj prawie idealny

    Piotr Kalwas lepiej czuje się w krajach muzułmańskich. Inaczej niż Mohammed,
    który uważa, że pewnych różnic przeskoczyć się nie da. - Tu czuję się dobrze,
    choć bliżej mi do muzułmanów z innych krajów niż do polskich katolików.
    Chciałbym być archeologiem orientalistą, ale nie widzę potrzeby zrywania z
    Polską. W krajach arabskich nie jest idealnie, bo ludzie wszędzie są tacy sami.
    Są nierówności społeczne i inne znane nam problemy - twierdzi. Choć mieszkańcy
    tych krajów są otwarci i życzliwi w stosunku do wyznawców islamu z Europy, a
    muzułmanie imigranci, którzy przychodzą do warszawskiego meczetu, odnoszą się
    do swoich polskich współwyzna
  • 26.04.04, 23:29
    Raj prawie idealny

    Piotr Kalwas lepiej czuje się w krajach muzułmańskich. Inaczej niż Mohammed,
    który uważa, że pewnych różnic przeskoczyć się nie da. - Tu czuję się dobrze,
    choć bliżej mi do muzułmanów z innych krajów niż do polskich katolików.
    Chciałbym być archeologiem orientalistą, ale nie widzę potrzeby zrywania z
    Polską. W krajach arabskich nie jest idealnie, bo ludzie wszędzie są tacy sami.
    Są nierówności społeczne i inne znane nam problemy - twierdzi. Choć mieszkańcy
    tych krajów są otwarci i życzliwi w stosunku do wyznawców islamu z Europy, a
    muzułmanie imigranci, którzy przychodzą do warszawskiego meczetu, odnoszą się
    do swoich polskich współwyznawców z sympatią, to raczej trzymają się razem. -
    Czasami przywożą dziwne zwyczaje, niemające związku z religią, i twierdzą, że
    taki związek istnieje - mówi Jarek. Ale te "dziwne zwyczaje" niektórych
    wyznawców islamu nie mają nic wspólnego z zagrożeniami, jakich obawiają się
    Europejczycy. Wbrew temu, co niektórzy sądzą, nie ma u nas radykalnych
    fundamentalistów. - Właściwie są, ale tacy, którzy chcieliby realizować
    radykalne idee pokojowymi środkami, a nie tacy, którzy robiliby to przy
    zastosowaniu przemocy - uważa Mohammed.

    W naszym kraju działa Polski Związek Studentów Muzułmańskich i Związek
    Muzułmanów Polskich. Organizacje te wydają czasopisma poświęcone islamowi i
    sprawom polskiej wspólnoty muzułmańskiej. Wiele inicjatyw związanych z
    rozpowszechnianiem nauk islamu wychodzi z meczetu na Wiertniczej. To nie jest
    wbrew pozorom walka o akceptację. - W islamie jest miejsce dla przekazywania
    innym wiedzy o religii, ale to nie służy przełamywaniu stereotypów - mówi
    Maciek Kochanowicz. - Jeśli człowiek ma poczucie, że ma coś, co jest piękne,
    chęć podzielenia się tym jest czymś naturalnym.



    Karolina Wasielewska, gazeta studencka
  • 20.01.05, 18:55
    Euroislam

    rozmawiał: Dawid Warszawski 16-07-2004 , Gazeta Wyborcza


    W islamie trzeba oddzielić religię od państwa, tak jak to zrobiło
    chrześcijaństwo - mówi imam Selim Chazbijewicz

    Dawid Warszawski: Panie imamie, jesienią zeszłego roku na uroczystości żałobnej
    w warszawskiej synagodze po zamachu terrorystycznym na synagogę w Stambule
    odczytano Pański list. Napisał Pan w nim, że społeczność muzułmańską toczy rak
    terroryzmu i że prosi ona o pomoc w walce z nim. Dlaczego jest to rak? Dlaczego
    nie mają racji ben Laden i jego duchowni poplecznicy, którzy twierdzą, że to
    właśnie jest islam?

    Imam Selim Chazbijewicz: - Mordercy nie mogą mieć racji. Ale część muzułmanów
    wpadła w pułapkę lęku przed Europą i kompleksu Europy równocześnie. Terroryzm
    jest zarazem kalką europejskich zachowań, zresztą wszystkie ruchy i ideologie
    polityczne w islamie zrodzone w wieku XX są takimi kalkami. Element przemocy
    był jednak w islamie zawsze obecny. Nie wiem, czemu to przypisać.
    Powiedziałbym: charakterowi narodowemu Arabów, ale nie mam zamiaru obrażać
    narodu ani kultury, która składa się na kulturę muzułmańską, a więc również w
    pewnym sensie moją. Mówię w pewnym sensie, bo jestem również, czy może nawet
    bardziej, przynależny do kultury europejskiej, jestem euromuzułmaninem. Jednak
    w islamie zawsze były takie skrajności. Poczynając od sekty azrakitów, która
    już w niecałe sto lat po śmierci proroka Muhammada mordowała wszystkich, którzy
    nie wyznawali jej poglądów, a zwłaszcza tych muzułmanów, których uznała za
    niewiernych. Może to kwestia wieku? Islam jest najmłodszym monoteizmem. Ale
    myślę, że tak naprawdę główną rolę odgrywa tu brak ewolucji doktryny. Azrakici
    i im podobni byli marginesem, ale w islamie nastšpiło w średniowieczu
    zatrzymanie naturalnego rozwoju teologicznego.

    Dlaczego islam bardziej bał się zmiany doktryny niż chrześcijaństwo czy
    judaizm?

    - Zwolennicy zmian w islamie przegrali. Judaizm był w sytuacji swoiście
    komfortowej, bo przez dwa tysiąclecia nie sprawował władzy politycznej. W
    chrześcijaństwie z kolei dość wcześnie nastąpiło oddzielenie religii od
    państwa. Natomiast państwa muzułmanów pozostały islamskie, teologia była
    podstawą polityki, a państwo musiało dbać o własne interesy i przejęło kontrolę
    nad teologiš. Islam jest religią oraz systemem kulturowym czy cywilizacyjnym, a
    więc ideowym, ideologia zaś musi podlegać modyfikacjom. Próbowano to zatrzymać
    sztucznie i stąd jest tak, jakby ktoś chodził w przyciasnym ubraniu.

    Czyli religijne uzasadnienie terroryzmu w islamie jest anachronizmem?

    - Po części tak. Ja myślę, choć bywałem za to atakowany, że cywilizacja
    muzułmańska powinna rozwijać się w zupełnie inny sposób. Tak twierdził krymski
    Tatar Ismail Gaspriński, wielki reformator, który żył w latach 1856-1914. W
    latach 80. XIX wieku wydawał czasopismo, które się nazywało "Terdżuman", co w
    języku tatarskim znaczy tłumacz. Chodziło mu o tłumaczenie jednej kultury na
    drugą. Pismo miało za zadanie przybliżać narodom Wschodu cywilizację Europy. Z
    czasem "Terdżuman" stał się najbardziej poczytnym pismem na Bliskim Wschodzie,
    docierał do Indii, Persji, oczywiście Turcji. Był tam najbardziej opiniotwórczą
    gazetą. Koncepcja Gasprińskiego znalazła kontynuatorów. Wyrosła z niej cała
    reforma turecka i przeprowadzona potem przez Atatürka laicyzacja państwa.

    Ale to zrobiło państwo, nie religia.

    - To zrobili ludzie wychowani w islamie, którzy chcieli oddzielić religię od
    państwa. Ich dzieło należy kontynuować: islam powinien mieć swoją głęboką
    odnowę na wzór chrześcijańskiej. Z tą koncepcją walczą ortodoksi skrajni,
    nazywani fundamentalistami. Chcą przywrócić państwo muzułmańskie, choć bardzo
    wielu uczonych wątpi, czy takie państwo kiedykolwiek istniało w takim
    znaczeniu, jakie dzisiaj mu się nadaje. Ja sam zaś jestem głęboko zafascynowany
    tymi reformami i ruchem młodotureckim w ogóle.

    Ale poza Turcją to się nigdzie nie dokonało. Mało tego, ten odłam opinii
    muzułmańskiej, który najgłośniej słychać dzisiaj, pewnie w Panu upatrywałby
    odszczepieńca, kapitulanta czy wręcz zdrajcy. Na ile to, co Pan mówi, jest
    reprezentatywne dla współczesnej opinii islamskiej?

    - Niewątpliwie "moderniści" muzułmańscy, zwolennicy przemian, okcydentalizacji,
    są obecnie w mniejszości. A już na pewno są mniej słyszalni. Ich poglądy
    podziela większość polskich Tatarów. Na świecie niewątpliwie myślą w ten sposób
    elity tureckie, a sądzę, że również spora część elit irańskich, którym obecny
    reżim został narzucony. Iran by się bardzo szybko zeuropeizował, gdyby ten
    reżim pękł. Myślę, że podobny proces zaczął się już w Pakistanie, choć nie jest
    kontynuowany. Tak samo w Malezji, już nie mówiąc o muzułmanach europejskich.
    Muzułmanie po prostu nie zdołali wykształcić odpowiednich elit. Kształcili je
    świadomie muzułmanie rosyjscy, ale zniszczyli je bolszewicy. Powstała tam młoda
    inteligencja nastawiona nacjonalistycznie i laicko, ale została wymordowana.
    Muzułmanie w wieku XX niemal nie mieli przyzwoitych przywódców politycznych,
    Arabowie zaś to w ogóle tragedia pod tym względem.

    Czy islam bośniacki odegrał tu jakąś rolę? Czy ludobójstwo Bośniaków wpłynęło
    na obraz Europy w oczach muzułmanów?

    - Niewątpliwie bośniaccy muzułmanie patrzą dziś na Europę nieufnie. Mam stamtąd
    krewnych. Nie wybrali azylu w Turcji czy w krajach arabskich, tylko żyją w
    Danii i tam się naturalizują. Mimo wszystko wybrali kulturę europejską.

    Upatruję odnowy islamu w europeizacji, okcydentalizacji. Dobrze rozumianej, nie
    chodzi o hamburgery i coca-colę, tylko o system szkolnictwa, który byłby w
    stanie wytworzyć całkiem nowe elity intelektualne, pozbawione kompleksu wobec
    Europy i partnerskie wobec niej - jak Japończycy. Na razie partnerstwa nie ma,
    trwa walka, nienawiść połączona z kompleksem.

    Na specyfikę wewnętrzną islamu, o której Pan mówił, nakłada się też trwający
    już sto lat konflikt polityczny w Izraelu/Palestynie.

    - Tutaj dopiero młode pokolenie, po obu stronach, ma szanse cokolwiek zrobić.
    Te narody muszą jakoś koegzystować. Niewątpliwie powinno powstać jakieś państwo
    palestyńskie, chociaż nie wiem, czy nie byłoby tworem w pewnym sensie
    sztucznym. Musiałoby żyć z dotacji krajów naftowych, bo żadnych bogactw
    naturalnych tam nie ma. Arafat przechodził już tyle metamorfoz, że nie wydaje
    mi się wiarygodnym rozmówcą. Zaczynał w organizacji Braci Muzułmańskich, potem
    był marksistą, potem znowu się deklarował jako muzułmanin, jeszcze był po
    drodze socjalistą. Arafat za długo chce rządzić. Kiedyś trzeba oddać władzę
    młodszym, sprawniejszym, bardziej wykształconym.

    Niedawno wrócił Pan z Izraela. Jakie wrażenia?

    - Pozytywne. Jest to po prostu dobrze zorganizowany kraj. Widać dbałość Żydów o
    ten kraj, ich bezinteresowną doń miłość. Jest tam jednak wszędzie widoczne
    napięcie. Jak się wchodzi do sklepu, do kawiarni czy na pocztę, wszędzie są
    bramki, trzeba pokazywać, co się ma w torbie. Atmosfera jest prawie wojenna,
    ludzie z bronią na ulicach. Zarazem bardzo rzuca się w oczy wzajemne
    odgrodzenie się obu społeczeństw: w Jerozolimie w dzielnicy żydowskiej nie
    widać Arabów, a Żydzi z kolei prawie nie wchodzą do dzielnicy arabskiej.

    Czy zgodziłby się Pan na kompromis w sprawie miejsc świętych?

    - Myślę, że można by się porozumieć. Trzeba jednak rzeczywiście dobrej woli obu
    stron, z wykluczeniem ekstremistów. Tymczasem widziałem po stronie żydowskiej
    złotą menorę przygotowaną do wniesienia do świątyni, która miałaby stanąć na
    Wzgórzu Świątynnym, gdzie dziś jest meczet al Aksa i Kopuła Skały. Niemniej
    Abraham i Salomon są również czczeni przez muzułmanów - jako Ibrahim i Sulejman.

    Muzułmański Związek Religijny w Polsce zajmuje w świecie muzułmańskim dość
    nietypowe stanowisko w sprawie konfliktu wokół wypowiedzi muftiego Jakuba
    Szynkiewicza.

    - W 1932 roku mufti Szynkiewicz był w Jerozo
  • 20.01.05, 18:56
    - W 1932 roku mufti Szynkiewicz był w Jerozolimie na światowym kongresie
    muzułmańskim. W wywiadzie dla jednej z tamtejszych gazet żydowskich powiedział,
    że Żydzi mają prawo do stworzenia własnego państwa w Palestynie. Miał bardzo
    szerokie horyzonty.

    Jak to zostało przyjęte?

    - Bardzo niedobrze. Ówczesny przywódca muzułmanów palestyńskich mufti Hadż al
    Huseini miał do niego pretensje o tę wypowiedź. Ale Tatarzy polscy, polscy
    muzułmanie nigdy nie byli antyżydowscy.

    Czy to wpłynęło na stosunek innych muzułmanów do polskich Tatarów?

    - Być może, choć przed II wojną cały konflikt żydowsko-palestyński nie był tak
    nagłaśniany, więc i wypowiedź muftiego Szynkiewicza nie stała się wielką
    sensacją. Po wojnie zaś powstała dla nas zupełnie inna sytuacja, bośmy się
    stali w Polsce malutką mniejszością, całkowicie odciętą od wpływów i kontaktów.
    Mufti Szynkiewicz, uciekając przed Armią Czerwoną, wyjechał do Egiptu, a potem
    do USA, gdzie zmarł.

    Zapewne z muftim i z Panem nie zgodziłby się w sprawie Izraela/Palestyny ani w
    żadnej innej poznański imam Ammar, deportowany z Polski.

    - Wolałbym, żeby mnie w ogóle z nim nie łączyć. My z takimi ludźmi nie mamy nic
    wspólnego.

    Dlaczego?

    - Tak jak Polak katolik różni się od katolika Irlandczyka, Hiszpana, tak polski
    Tatar różni się w sposób istotny kulturą, tradycją, wychowaniem, wszystkim, od
    muzułmanina z Jemenu. Wspólna jest podstawa religii, ale ona nie jest tak
    szeroka, by stawiać tu znak równości. Sposób myślenia tego pana jest mi
    całkowicie obcy i mam nadzieję, że obcy pozostanie, mimo że podczas modlitwy
    wykonujemy te same rytualne gesty. On zresztą, wbrew temu, co pisały media, nie
    był duchownym. W islamie nie ma duchownych. Jest gmina muzułmańska w Poznaniu i
    on tam prowadził modlitwy, ale równie dobrze mógłby je prowadzić ktoś inny.
    Nasi imamowie nie przypominają księży, już raczej rabinów. Czytałem wywiad z
    tym panem w "Dzienniku Bałtyckim" - to było żenujšce. Jego interpretacja islamu
    to populizm z elementami socjalizmu i dużą dozą totalitaryzmu. Nie chciałbym
    żyć w państwie, którym rządziliby tacy ludzie.

    Czy upatrywałby Pan w reakcji władz polskich czy polskiej opinii publicznej na
    tę sprawę rasizmu, dyskryminacji?

    - Nie. Ja bym sam go wydalił. Władze polskie zareagowały najlepiej jak mogły,
    zanim się stało coś złego. Jest zresztš jeszcze paru ludzi w Polsce, których
    trzeba by potraktować tak samo.

    To, co Pan mówi, pokazuje specyfikę polskiego islamu, islamu polskich Tatarów.

    - Polscy Tatarzy to nie jest cały polski islam: sąš jeszcze grupy młodsze,
    Arabowie, jak pan Ammar, i konwertyci, często szczególnie radykalni. Niewiele
    mamy z nimi wspólnego. Polscy Tatarzy są grupą etniczną żyjącą na obszarze
    Rzeczypospolitej już od sześciuset lat. Przywędrowali mniej więcej w drugiej
    połowie wieku XIV. Turcy osmańscy i Tatarzy krymscy zarzucali polskim Tatarom,
    że walczą w armii koronnej przeciw swoim pobratymcom. Oni zaś odpowiadali: ani
    Bóg, ani Prorok nie każe wam napadać na Polaków i Litwinów, i my was zwalczamy
    jako bandytów, a nie współwyznawców. Dokładnie to samo można by odnieść do
    czasów współczesnych.

    Rozmawiamy w Sandomierzu 14 czerwca, na zakończenie zwołanej przez lokalną
    organizację Ekosan konferencji, w której uczestniczyli polscy muzułmanie,
    katolicy i Żydzi. Czy możliwa jest kontynuacja takiego dialogu w Polsce i poza
    Polską?

    - Sądzę, że będzie wielu przeciwników, ale ten dialog powinien być
    kontynuowany. Uczmy się na przykładzie ruchu paneuropejskiego. Jeszcze 50 lat
    temu uważano jego entuzjastów prawie za szaleńców, a dzisiaj mamy zjednoczoną
    Europę. Mam nadzieję, że tak będzie również z naszym dialogiem. Obecnie uważani
    za szaleńców, zdrajców czy odszczepieńców, będziemy kiedyś postrzegani jako
    prekursorzy tego, co wszyscy wówczas uważać będą za normalne: pokojowej
    koegzystencji, uczenia się od siebie nawzajem.



    Selim Chazbijewicz

    Profesor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Ukończył studia polonistyczne na
    Uniwersytecie Gdańskim, zrobił doktorat na Wydziale Nauk Społecznych UAM w
    Poznaniu. Jest autorem książek poetyckich i eseistycznych na temat polskich i
    litewskich Tatarów. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, w latach 1986-91
    redaktor naczelny kwartalnika "Życie Muzułmańskie". Założył Związek Tatarów
    Polskich, jest jego prezesem. Imam gminy w Gdańsku do 2003 roku.
    Współprzewodniczy Radzie Wspólnej Katolików i Muzułmanów.


    rozmawiał: Dawid Warszawski


  • 02.04.05, 21:30
    Meczet pod (samo)kontrolą


    Muzułmanie w Polsce: problem czy szansa?

    Wydalenie w ubiegłym roku Ahmeda Ammara, echa niedawnego zabójstwa
    holenderskiego reżysera Theo van Gogha, a ostatnio wypowiedź naczelnego
    muftiego RP Tomasza Miśkiewicza o zagrożeniu, jakie mogą stanowić mieszkający w
    Polsce muzułmanie pochodzenia arabskiego, budzą niepokój. Tymczasem to właśnie
    polscy muzułmanie mają szansę zapewnić nam bezpieczeństwo, jakiego nie jest w
    stanie dać polski wywiad.

    Paweł Kubicki /2005-02-06 Tygodnik Powszechny


    Atmosfera wokół społeczności arabsko-muzułmańskiej w Polsce nie jest najlepsza.
    Szereg artykułów o konwertytach, talk-shows pokazujące islam w niekorzystnym
    świetle, wreszcie komunikaty ugrupowań terrorystycznych o potencjalnych
    zamachach w Polsce sprawiły, że ta otwarta dotąd społeczność zaczęła się
    zamykać. Jak pisał na jednym z internetowych forów Ibrahim Piotr Kalwas, polski
    konwertyta: “Gdy zobaczyłem ekipę »Polsatu« w meczecie, szybko uciekłem”.
    Nieufność do dziennikarzy przenosi się także na wszystkich nie-muzułmanów,
    którzy w opinii wielu muzułmanów zajmują się głównie krytyką islamu, bez
    podjęcia próby zrozumienia go. Emir Popławski, przewodniczący Gminy
    Muzułmańskiej w Warszawie, twierdzi: - Zawsze powtarzam, że islam jest religią
    pokoju. Jednak większość rozmówców woli słuchać o zamachach i walce, a nie o
    islamie i jego zasadach.

    Przeciętny Polak, który czyta doniesienia o tym, że muzułmanie dokonali
    samobójczego zamachu, a z drugiej strony słyszy wypowiedź polskiego
    muzułmanina, że islam zakazuje samobójstwa, jest skłonny raczej uwierzyć temu,
    co widzi w telewizorze, niż deklaracji muzułmanina. Nie rozumie, że choć
    podstawowe zasady islamu są wspólne, to już interpretacja szczegółów może być
    bardzo zróżnicowana. Ponieważ nie ma instytucji, która mogłaby ostatecznie
    określić “kanoniczność” pewnych praw, tylko od jednostek i wpływu organizacji
    zależy, jak będą wyglądały szczegóły wyznawanej wiary i postawa względem
    społeczeństwa.

    O ile w krajach arabskich - gdzie tradycja dla danego regionu jest wspólna -
    nie ma problemu różnej interpretacji, o tyle w takich krajach jak Polska, gdzie
    stykają się tradycje kulturowe muzułmanów z wielu państw, różnice w
    interpretacji zasad wiary są bardziej widoczne. Problem dotyczy także
    konwertytów, którzy w zależności od tego, w jaki sposób dowiedzieli się o
    islamie i kto ich uczy nowej religii, prezentują inny stosunek do społeczeństwa
    i do panujących w Polsce reguł życia codziennego.

    Zakazany owoc

    Najstarszą organizacją zrzeszającą muzułmanów w Polsce jest Muzułmański Związek
    Religijny (MZR). Założony w 1925 r. jest wciąż najliczniejszą wspólnotą;
    zrzesza ok. 4-5 tys. sunnitów szkoły hanafickiej, w większości osób pochodzenia
    tatarskiego. Na jej czele stoi mufti Tomasz Miśkiewicz, który ukończył wyższe
    studia z teologii muzułmańskiej w Arabii Saudyjskiej, a z pochodzenia jest
    Tatarem.

    Drugą z wielkich organizacji jest Liga Muzułmańska, która jest platformą
    łączącą Stowarzyszenie Studentów Muzułmańskich w Polsce i Muzułmańskie
    Stowarzyszenie Kształcenia Kulturalnego. Ten niedawno zarejestrowany związek
    wyznaniowy jest chyba najaktywniej działającą organizacją muzułmańską. Z
    mniejszych należy jeszcze wspomnieć o Stowarzyszeniu Jedności Muzułmańskiej i
    Stowarzyszeniu Braci Muzułmanów.

    Warto tu dodać, że nagłaśniany ostatnio w mediach konflikt między Ligą
    Muzułmańską i MZR tak naprawdę nie dotyczył zasad, ale kwestii przewodnictwa
    nad polskimi muzułmanami. Niestety, na takich nieporozumieniach zyskują
    jednostki skrajne, lawirujące między jedną a drugą instytucją. Tak właśnie było
    z Ahmedem Ammarem, który, nieprzyjęty do Ligi Muzułmańskiej, wstąpił do Związku
    i założył jego oddział w Poznaniu.

    Legalnie zarejestrowane stowarzyszenia i związki wyznaniowe dążą do pełnej
    współpracy z państwem polskim i zakładają integrację ze społeczeństwem, przy
    zachowaniu tożsamości muzułmańskiej. - Obrona państwa polskiego jest
    obowiązkiem każdej osoby mieszkającej na terenie RP, bez względu na wiarę,
    pochodzenie lub narodowość - mówi Iwona Alkhalayla, przewodnicząca Ligi
    Muzułmańskiej. - Jeśli Polska jest bezpieczna, to muzułmanie, stanowiący część
    społeczeństwa polskiego, też będą bezpieczni. Dlatego uświadamiamy naszemu
    środowisku te fakty; niejednokrotnie potępialiśmy też akty terroru i zabijanie
    niewinnych ludzi.

    Popiera ją Abdulkarim al-Fohaidi, przewodniczący Muzułmańskiego Stowarzyszenia
    Kształcenia i Kultury. - Nasze organizacje stanowią autorytet religijny dla
    większości polskich muzułmanów i mają pozytywny wpływ na ich środowisko.

    W ciągu ostatnich kilku lat można było jednak spotkać przynajmniej kilka
    ugrupowań, które nie tylko nie nawoływały do dialogu - lansując np. ideę
    promowania islamu na trasie pielgrzymki Papieża i mówiąc o wadach
    chrześcijaństwa podczas nabożeństw - ale stanowiły zagrożenie. Tak było choćby
    w przypadku promowania islamu przez jednego z czeczeńskich liderów za pieniądze
    z przemytu narkotyków i sprzedaży broni. Podobnie było z drukarnią algierskich
    bojowników, którą polskie służby zlikwidowały na początku lat 90. w okolicach
    Warszawy, i kilkoma innymi forpocztami ugrupowań związanych z Czarnym Islamem z
    USA czy Pakistańczykami z Wielkiej Brytanii.

    Może się to wydawać dziwne, ale według danych MZR i Ligi Muzułmańskiej po 11
    września 2001 r. nastąpiło gwałtowne zwiększenie liczby konwersji na islam.
    Zakazany owoc lepiej smakuje, a atmosfera wokół islamu przyciągnęła też różnej
    maści buntowników czy społecznych outsiderów, dla których islam był jeszcze
    jednym elementem dochodzenia do dojrzałości.

    Główne muzułmańskie organizacje potraktowały takie osoby prawidłowo: nie
    przyjmowały ich od razu w swoje szeregi, tylko odsyłały do książek i dawały
    czas na przemyślenie. Zmniejszyło to może liczbę konwersji, ale pozwoliło
    odsiać te jednostki, których zmiana wiary była powierzchowna i które w
    przyszłości mogłyby być manipulowane. Na islam przechodzi bowiem coraz więcej
    ludzi młodych, często niepełnoletnich. Starają się ich przejąć drobne,
    sekciarskie organizacje - tym samym wyłączając ich spod wpływu legalnych
    stowarzyszeń bądź związków wyznaniowych, które stosują samokontrolę i, w sposób
    dyskretny, ale ustawiczny, są inwigilowane przez służby specjalne.

    Terrorystów trzeba łapać

    Dziś polski rząd staje przed dylematem: pozwolić działać organizacjom, a tym
    samym mieć na nie pewien wpływ, czy też wprowadzić zakazy, powodując ich
    zejście do podziemia oraz utratę choćby minimalnej kontroli. Niestety przykład
    Holandii, Francji czy Wielkiej Brytanii pokazuje, że zarówno likwidowanie, jak
    i zezwolenie na wszystko, nie gwarantują sukcesu. W Polsce brakuje spójnej
    polityki względem polskich muzułmanów, choć widać kroki w celu nawiązania
    silniejszych więzi z umiarkowanymi organizacjami.

    Wydaje się, że wąska społeczność muzułmanów w Polsce może nam bardziej pomóc
    niż zaszkodzić. Ostatnie wydarzenia w Europie pokazują, że problem asymilacji
    jest bardziej skomplikowany niż to się do niedawna wydawało. Spokojna Holandia
    w wyniku jednego wydarzenia stała się krajem, w którym płoną meczety.

    Kontrola społeczności muzułmańskiej przez służby specjalne jest konieczna i
    bezdyskusyjna. Jeden z ambasadorów państw arabskich w Warszawie miał ponoć
    stwierdzić: “U nas służby bezpieczeństwa kontrolują niektóre organizacje
    muzułmańskie, dlaczego u was nie mają tego robić? W końcu takie mamy czasy, że
    nie ma się co dziwić, tylko trzeba sobie pomagać i współpracować w łapaniu
    terrorystów”.

    Większego problemu nie widzą też same organizacje. - Nie mamy nic do ukrycia,
    jeżeli chcą nas podsłuchiwać i badać, mają do tego prawo - mówi Iwona
    Alkhalayla. - Należy jednak odróżnić przemyślaną kontrolę od szykan, których
    zaczątków byliśmy ś
  • 02.04.05, 21:31
    Większego problemu nie widzą też same organizacje. - Nie mamy nic do ukrycia,
    jeżeli chcą nas podsłuchiwać i badać, mają do tego prawo - mówi Iwona
    Alkhalayla. - Należy jednak odróżnić przemyślaną kontrolę od szykan, których
    zaczątków byliśmy świadkami w momentach największego strachu Polaków przed
    zamachami terrorystycznymi.

    Tak naprawdę najlepiej, gdy społeczność - jak w “Roku 1984” Orwella -
    kontroluje się sama. Dlatego tak ważna jest jedność i współpraca między
    organizacjami muzułmańskimi w Polsce, a także wymiana informacji z polskimi
    służbami specjalnymi.

    "Starzy" i "nowi"

    Atmosfera nagonki i nieufność środowiska muzułmańskiego nie służą ani
    muzułmanom, ani Polakom innych wyznań. Należy pamiętać, że tak jak Tatarzy są
    zintegrowani ze społeczeństwem, tak samo spora część nowych muzułmanów, Polaków
    z dziada pradziada, także nie powinna mieć kłopotów z integracją - etnicznie są
    tacy sami i poza religią niczym się nie różnią. Jeżeli zaś chodzi o Arabów, to
    większość z nich mieszka tu już od wielu lat - często od czasu studiów w latach
    60., 70. i 80. W Polsce założyli rodziny i jeśli nawet nie oni, to drugie
    pokolenie muzułmanów - dzieci z małżeństw mieszanych - jest w pełni wtopione w
    polską kulturę.

    Trzeba też pamiętać, że przeważająca część muzułmanów w Polsce nie jest aktywna
    społecznie i nie należy do żadnej organizacji. Mają ugruntowaną opinię na temat
    islamu i rzadko poszukują kontaktu z autorytetami religijnymi, a tym samym
    trudno wpaść im w ręce fundamentalistycznych organizacji.

    Największym zagrożeniem pozostają nowi muzułmanie i przybysze. Dlatego tak
    ważne jest, by trafiali do sprawnie działających organizacji, takich jak MZR i
    Liga Muzułmańska, które promują islam otwarty na współpracę, a nie
    rygorystyczny i niechętny dialogowi.
  • 06.06.05, 14:25
    Pogranicznicy zaprzeczają, by szykanowali holenderską wycieczkę

    gazeta.pl; PAP 02-06-2005

    Straż Graniczna zaprzecza zarzutom stawianym im przez opiekunów i uczniów z
    holenderskiej wycieczki, która po odprawie na przejściu granicznym w
    Ludwigsdorf-Jędrzychowice (Dolnośląskie) poskarżyła się na zbyt długie
    procedury i potraktowanie uczniów "w sposób dyskryminujący i rasistowski"

    Do incydentów miało dojść podczas wjazdu i wyjazdu z Polski 24 i 26 maja.
    Skargę na zachowanie pograniczników przekazano ambasadzie RP w Hadze.
    Rzeczniczka ambasady Małgorzata Zdzienicka potwierdziła w rozmowie z PAP, że we
    wtorek do placówki dotarł list opisujący incydent. Nie zdradziła szczegółów,
    ale sprawę określiła jako "niezwykle przykrą"

    Dodała, że gdy tylko list trafił do ambasady, został przekazany Komendzie
    Głównej Straży Granicznej, "by wyjaśnić, do czego na przejściu granicznym
    rzeczywiście doszło"

    Jak powiedział PAP rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Aleksander Chećko,
    sprawa jest wyjaśniana. Dodał, że z dotychczasowych ustaleń wynika, że "relacje
    holenderskich mediów są przesadzone"

    Jak poinformował PAP rzecznik prasowy Łużyckiego Oddziału Straży Granicznej
    Leszek Duczyński, postępowanie wyjaśniające nie potwierdziło zarzutów
    o "rasistowskim, ksenofobicznym, czy wręcz seksualnym kontekście zachowania
    funkcjonariuszy ani polskiej, ani niemieckiej straży granicznej". Dodał, że
    polski strażnik nie rozmawiał z nikim oprócz opiekunki grupy. "Wiele
    wątpliwości budzi też to, w jakim języku miałby czynić niestosowne uwagi.
    Strażnik nie mówi ani po niderlandzku, ani angielsku, ani arabsku, tym bardziej
    turecku, czy filipińsku" ? powiedział

    Według Duczyńskiego, zgodnie z procedurą, do autokaru weszło dwóch
    pograniczników: Niemiec i Polak. Pierwszeństwo kontroli przysługiwało
    niemieckiemu strażnikowi. "Stwierdził on, że wśród pasażerów znajdowały się
    osoby z innych krajów niż unijne, a wobec nich wymagana jest kontrola
    paszportowa. Mieli być jej poddani obywatele Maroka, Turcji i Filipin.
    Niemiecka kontrola wykazała, że jeden Marokańczyk nie ma wizy i jego pobyt w
    Niemczech jest nielegalny. Został ukarany mandatem" ? powiedział

    Według pograniczników, kolejne dwie osoby pochodzenia marokańskiego miały ważne
    wizy, ale nie posiadały ważnych paszportów. Jedna Marokanka legitymowała się
    paszportem matki, druga nie miała paszportu, ale była wpisana na listę
    uczestników wycieczki. Niemcy potwierdzili ich tożsamości w Amsterdamie i
    wystawili zastępcze dokumenty podróży

    Duczyński mówił, że po tych czynnościach, które trwały mniej więcej od godz. 11
    do godz.13, do autokaru wszedł ponownie polski funkcjonariusz. Odebrał od
    opiekunki grupy paszporty i poinformował, że ich sprawdzenie zajmie ok. 30
    minut. "Żeby nie przedłużać czasu odprawy, poprosił kierowcę autobusu, aby ten
    wykorzystał przerwę na wykupienie opłaty drogowej. O godz. 13.30 zakończyła się
    polska odprawa graniczna i autokar opuścił przejście" ? dodał rzecznik.
    Podkreślił, że nieprawdą jest, że podobnym "szykanom" poddano wycieczkę podczas
    powrotu do Holandii

    "Chciałbym wyrazić ubolewanie, a wszystkich pokrzywdzonych i czujących się
    poszkodowanymi - przeprosić. Sprawa będzie ona przedmiotem szerszego omówienia
    i wyciągnięcia wniosków, aby takie sytuacje już nigdy nie miały miejsca" -
    dodał Duczyński

    Sprawa wzbudziła duże zainteresowanie holenderskich mediów. Jeden z zajmujących
    się nią dziennikarzy, Cees Grimbergen telewizji NCRV powiedział PAP w czwartek,
    że choć uczestnicy wycieczki nadal utrzymują że w czasie przekraczania granicy
    doszło ze strony straży granicznej do "zachowań rasistowskich, seksistowskich i
    dyskryminujących", on byłby ostrożny w wydawaniu takich opinii

    Jego zdaniem, błędnie zinterpretowano zachowania straży - pobyt autokaru na
    granicy był dłuższy, gdyż nie wszyscy uczestnicy wycieczki posiadali wymagane
    polskim prawem dokumenty. Według niego, również pytanie, czy w wycieczce jadą
    normalne dzieci, które miał zadać jeden ze strażników, mogło wynikać z
    odmienności kulturowej. "Polska nie jest tak wielokulturowa i bogata etnicznie
    jak Holandia; pytanie nie musiało mieć podtekstu rasistowskiego" - powiedział

    Dodał, że w czwartek wieczorem w programie w telewizji holenderskiej spotkają
    się uczestnicy wycieczki i przedstawiciele polskiej placówki dyplomatycznej w
    Hadze by porozmawiać m.in. o "granicznym incydencie".(PAP) jur/ ktl/ kot/ dsr/
    malk/ itm/
  • 16.09.05, 12:43
    Muzułmanie opublikowali zasady życia w Polsce




    zrodlo: gazeta.pl, Aleksandra Krzyżaniak-Gumowska 15-09-2005 ,

    Muzułmanie w Polsce są zwykłymi Polakami, a nie obcym elementem. Dlatego
    powinni brać udział w budowaniu bezpiecznej Polski - mówiła w czwartek szefowa
    Ligi Muzułmańskiej


    Dyskusje nad zebraniem zasad muzułmanina-Polaka, przełamaniem fałszywych
    stereotypów i pokazaniem jasnego stanowiska islamu wobec współczesności i
    terroryzmu trwały dwa lata. Ostatecznie powstała 7-stronnicowa Deklaracja
    Muzułmańska, którą wczoraj przedstawiły trzy organizacje: Liga Muzułmańska w
    RP, Stowarzyszenie Studentów Muzułmańskich w Polsce i Muzułmańskie
    Stowarzyszenie Kształcenia i Kultury. - Muzułmanie żyją w Polsce od wieków
    [Tatarzy - red.], ale wciąż przyjeżdżają też nowi: na studia, do pracy. Jest
    ich teraz ok. 30 tys. Ich dzieci wiążą się z Polską. Chcemy skorzystać z tego,
    że polskie prawo sprzyja integracji - mówił Nidal Abu Tabar, imam z Lublina.

    Deklaracja składa się z dwóch części. Pierwsza to reguły życia muzułmanów:
    muzułmanin nie powienien popadać w żaden rodzaj ekstremizmu, islam to religia
    pokoju, dialogu, szanująca deklarację, równość płci, odrzucająca przemoc i
    terroryzm. Druga część to praktyczne wskazówki dla muzułmanów, jak żyć w
    Polsce - z zaznaczeniem, że Polska jest ojczyzną, a islam wyznawaną religią.
    Dlatego deklaracja zaleca, aby muzułmanie "integrowali się ze
    społeczeństwem", "działali na rzecz ogółu obywateli", mając wolność wyboru
    światopoglądu czy opcji politycznej.

    Do rozmów nad kształtem deklaracji nie zaproszono organizacji zszeszającej ok.
    5 tys. osób pochodzenia tatarskiego. - W przeciwieństwie do Tatarów, którzy w
    Polsce mieszkają od wieków, muzułmanom różnych narodowości przyjeżdżających do
    Polski taka deklaracja jako wskazówka może się przydać. Trochę to jednak
    dziwne, że nie było z nami konsultacji - mówi mufti Tomasz Miśkiewicz.

    Iwona Alkhalayla, przewodnicząca Ligi: - Pan Miśkiewicz jeśli przeczyta
    deklarację i będzie chciał podpisać, to oczywiście zapraszamy. Tak samo innych,
    którzy identyfikują się z punktami zawartymi w deklaracji.
  • 26.11.06, 13:12
    Nasze muzułmanki uważają się za wyzwolone

    Małgorzata Skowrońska 2006-05-05, gazeta.pl

    Osoby, które przeszły na islam, były rozczarowane dotychczas wyznawanym
    systemem religijnym. Chodziło im nie o samą wiarę, ale o to, że zasady
    chrześcijańskie nie znajdowały odzwierciedlania w ich życiu. Rozmowa z
    Aleksandrą Łojek-Magdziarz *


    Małgorzata Skowrońska: Co takiego atrakcyjnego jest w islamie, że Polki
    wychowane w tradycji europejskiej, a więc i chrześcijańskiej, decydują się na
    zmianę wiary?

    Aleksandra Łojek-Magdziarz: Islam daje im niezależność, ale też pozwala czuć
    się bezpiecznie. Muzułmanki mogą pracować. Koran tego nie zabrania. Dzięki
    obowiązkom ciążącym na mężczyźnie w rodzinie muzułmańskiej kobieta jest
    zabezpieczona. Utrzymaniem rodziny zajmuje się mężczyzna. Kobieta zarobione
    przez siebie pieniądze może zatrzymać i wydać na własne potrzeby.

    Świetny układ.

    - Też byłoby mi fajnie w takim układzie. W islamie często kobiety skarżą mężów
    o to, że nie były utrzymywane na przykład przez dwa miesiące. Sąd wtedy żąda od
    męża rachunków za utrzymanie domu. Jeśli ich nie było, kobieta może starać się
    o rozwód. Oczywiście, dotyczy to tylko niektórych krajów kregu islamskiego.

    To, o czym Pani mówi, zaprzecza stereotypowi, że muzułmanki nie są wyzwolone.

    - Uważają, że są wyzwolone. Prowadziliśmy badania finansowane przez
    budapeszteński Open Society Institute, dlaczego Polacy przechodzą na islam.
    Wtedy poznałam kobiety, które zostały muzułmankami. W wywiadach mówiły, że
    zasłanianie się pozwala im pełnić znacznie więcej funkcji społecznych. Ubrane w
    tradycyjny strój muzułmanki nie stają się obiektami seksistowskich żartów. Pod
    tymi chustami kryją się piękne kobiety. Im po prostu odpowiada tradycyjny
    podział ról między kobietę i mężczyznę, jaki panował do połowy XX wieku w
    Europie.

    Bohaterki reportażu bardzo ortodoksyjnie podchodzą do swojej nowej wiary.

    - To charakterystyczne dla osób, które przeżyły konwersję. Polskie muzułmanki
    są o wiele bardziej ortodoksyjne niż tzw. średnia. Właściwy jest im taki
    syndrom neofity, który chce udowodnić, że może być dobrym muzułmaninem.

    Czym kobiety, które Pani badała, tłumaczyły przejście na islam?

    - Początkowo zakładaliśmy, że to kwestia mody. Badania jednak tego nie
    potwierdziły. Osoby, które przeszły na islam, były rozczarowane dotychczas
    wyznawanym systemem religijnym. Chodziło im nie o wiarę, ale o to, że zasady
    chrześcijańskie nie znajdowały odzwierciedlania w ich życiu. W domu był nakaz
    cotygodniowego chodzenia do kościoła, lecz rodzina w ogóle ze sobą nie
    rozmawiała. Kolejną sprawą jest bunt wobec popkultury i potrzeba wyraźnego
    podziału na to, co męskie, i na to, co żeńskie.

    Odnoszę wrażenie, że bohaterki reportażu przeszły pranie mózgu. Zachowują się
    jak ktoś, kto właśnie odnalazł się w sekcie.

    - Te dziewczyny miały zawsze dużą potrzebę religijnych doświadczeń. Zmieniły
    wiarę, bo w katolicyzmie nie znalazły oparcia. Wiele z nich należało przed
    konwersją do różnych ruchów katolickich i było bardzo zaangażowanych w sprawy
    Kościoła. Nie odnoszę jednak wrażenia, że znalazły się teraz w sekcie. Są
    ciepło przyjmowane, otrzymują wsparcie. I to nie tylko duchowe. Gdy jedna z
    nich miała kłopoty mieszkaniowe, inne natychmiast się skrzyknęły i próbowały
    jej pomóc. Mają swoje fora internetowe, na których radzą sobie, co zrobić z
    kłopotliwym mężem. Nie ma jednak mowy o indoktrynacji. Żadna z nich, mimo że
    jestem im życzliwa, na tyle na ile badacz może być życzliwy, nigdy nie
    nakłaniała mnie do przejścia na islam.

    Jaka jest aktywność misyjna muzułmanów? W jaki sposób zdobywają nowych
    wyznawców?

    - Nie przejawiają nadmiernej aktywności. Często konwertyci przyznają się, że to
    sami szukali kontaktu z islamem. Zaczynali od książek na jego temat.
    Zainteresowanie islamem jest ogromne. Prowadzę zajęcia z ideologii dżihadu i
    sztuki islamu. Przychodzi na nie bardzo wiele osób. W większości są to
    dziewczyny.

    Czy tym świeżo nawróconym dziewczynom nie przeszkadza to, że islam kojarzony
    jest z międzynarodowym terroryzmem?

    - Bardzo. Wszędzie gdzie tylko mogą, podkreślają, że nie są terrorystkami i że
    islam nie jest religią terroru. Ich zdaniem islam został wykorzystany do
    politycznych celów. W mediach islam przedstawiany jest jako religia łamiąca
    prawa kobiety i wyznanie samobójców. W tym trudnym kontekście pojawiają się
    konwertyci. Ilu ich jest? Gminy muzułmańskie nie prowadzą takich statystyk.
    Najczęściej badacze podają, że miesięcznie 25 Polaków porzuca chrześcijaństwo
    na rzecz islamu.

    Czym innym jest jednak bycie muzułmanką w Polsce, a czym innym bycie muzułmanką
    w krajach arabskich. Nie wierzę, że ten idealny islam, jaki wyznają bohaterki
    reportażu, pozwalałby im na taką niezależność poza granicami Europy.

    - Wszystko zależy od kraju. W Kazachstanie, Uzbekistanie, Tunezji lub Sierra
    Leone muzułmanki robią, co chcą. Ale są też takie kraje, w których sytuacja
    muzułmanek jest dużo trudniejsza - np. Arabia Saudyjska i Iran. Tamtejsze
    muzułmanki muszą walczyć o swoje prawa, które, paradoksalnie, często wynikają z
    Koranu, ale im nie zostały dane. W Arabii Saudyjskiej. dopiero niedawno kobiety
    otrzymały prawo posiadania dowodu osobistego. W tych krajach z pewnością nasze
    konwertytki nie miałyby wolności w europejskim rozumieniu. Pojawia się jednak
    pytanie, czy one chcą tej wolności. Niekoniecznie jest im ona do szczęścia
    potrzebna.

    * Aleksandra Łojek-Magdziarz - absolwentka iranistyki UJ. Swoją pracę
    magisterską poświęciła irańskiemu prawu karnemu. Przetłumaczyła książkę J.
    Jansena "Podwójna natura fundamentalizmu islamskiego". W Katedrze Porównawczych
    Badań Cywilizacji UJ prowadzi autorskie kursy "Ideologia dżihadu", "Sztuki
    islamu". Na socjologii UJ pisze pracę doktorską "Sunnicki dżihad - obrona
    islamu przed westernizacją i penetracją Zachodu".
  • 04.07.07, 21:43

    Piątek, 29 czerwca 2007

    Małżeństwo fałszowało wnioski wizowe dla obcokrajowców
    wp.pl, PAP

    Prokuratura Okręgowa w Zielonej Górze skierowała do sądu akt oskarżenia
    przeciwko 38-letniemu obywatelowi Egiptu, który wraz ze swoją polską żoną -
    również oskarżoną - kierował procederem podrabiania wniosków o wydanie wiz dla
    obcokrajowców pochodzenia arabskiego - poinformowano w zielonogórskiej
    prokuraturze okręgowej.


    W toku śledztwa ustalono, że oskarżony obywatel Egiptu nielegalnie dostał się
    do Polski i mieszkał w Krośnie Odrzańskim (Lubuskie), gdzie poznał 38-letnią
    kobietę, z którą się ożenił. Wspólnie rozpoczęli przestępczy proceder.
    Małżeństwo sprowadzało do Polski obcokrajowców, głównie obywateli Egiptu, i
    umożliwiało im przedostanie się do Niemiec i innych krajów Europy Zachodniej.




    REKLAMA Czytaj dalej





    Proceder polegał na tym, że 38-latek podrabiał wnioski o wydanie wiz tak, by
    wyglądały one na wnioski sporządzone przez rzekome polskie małżonki
    cudzoziemców. Kobiety - prawdopodobnie za opłatą - godziły się na to i
    udostępniały swoje dane. Pochodziły z terenu województw: lubuskiego i
    dolnośląskiego. Sfałszowane wnioski i akty stanu cywilnego następnie wysyłane
    były do Ambasady RP w Kairze. Takie dokumenty stanowiły podstawę dla wydania
    wizy wjazdowej do naszego kraju.

    Sprawę wykryli funkcjonariusze lubuskiej Straży Granicznej. Śledztwo przejęła
    Prokuratura Okręgowa w Zielonej Górze.

    Egipcjaninowi i jego polskiej żonie grozi do 5 lat pozbawienia wolności. (js)
  • 30.05.08, 20:05

    Arabski szejk odchudza się w Ustroniu
    Ewa Furtak
    2008-05-29, gazeta wyb.

    W jednym z beskidzkich domów wczasowych w Ustroniu przebywa Abdullah Fahd,
    członek rodziny królewskiej z Rijadu
    O tym, że mają u siebie takiego znamienitego gościa, mieszkańcy Ustronia
    usłyszeli w czwartek w radiu RMF FM. Wieść błyskawicznie się rozniosła. Ludzie
    zaczęli się zastanawiać, w którym hotelu szejk się zatrzymał i pierwsze
    podejrzenia padły na luksusowy pięciogwiazdkowy hotel Belweder. Tyle że tam, jak
    się okazało, nikt szejka nie widział.

    - Do jednej z "piramid" przez kilka lat przyjeżdżał mężczyzna w turbanie na
    głowie. Może to on? - zastanawiał się jeden z ustrońskich masażystów. - Tylko w
    radiu mówili, że szejk kąpie się w basenie. Hotel, o którym myślałem, basenu nie
    ma - poprawił się szybko.

    A może hotel Diament? Kiedyś byle jaki, a teraz pięknie odnowiony, oferujący
    zabiegi SPA? To także było pudło. Mieszkańcy zaczęli więc przypuszczać, że to
    chyba jakaś plotka. - Dzwoniłem do koleżanki, która pracuje w recepcji w jednej
    z "piramid". Jak powiedziałem o szejku, zapytała, ile wypiłem - opowiada Konrad
    Cieślar, mieszkaniec Ustronia.

    Jak się wreszcie okazało, szejk, i owszem, zjawił się w Ustroniu, tyle że w
    niedużym domu wczasowym. Abdullah Fahd będzie się tam odchudzał
    najprawdopodobniej do początku przyszłego tygodnia. Szejk stosuje dietę dr.
    Marka Bardadyna, znanego specjalisty od diet i odchudzania.

    - Moja dieta jest dosyć popularna w krajach arabskich. Nie miałem teraz czasu na
    wyjazd do Rijadu, więc zaprosiłem pacjenta do Polski. Wybraliśmy Ustroń, bo
    tutaj jest jeden z ośrodków, który ma licencję na stosowanie mojej diety -
    tłumaczy dr Bardadyn.

    W beskidzkich kurortach arabski szejk to na razie sensacja. Tymczasem u
    sąsiadów, na Zaolziu, w uzdrowisku Darków koło Karwiny, kuracjusze z krajów
    arabskich to codzienność. Uzdrowisko ma nawet stronę internetową w arabskiej
    wersji językowej. - Goście z Arabii Saudyjskiej zaczęli przyjeżdżać tu już na
    początku lat 90. zeszłego wieku. Przyjeżdżają całymi rodzinami. Pisałam o nich
    wiele razy - opowiada Martyna Radłowska-Obrusnik, dziennikarka z "Głosu Ludu",
    wydawanej w Czechach gazety Polaków.

    Źródło: Gazeta Wyborcza Bielsko-Biała

    miasta.gazeta.pl/bielskobiala/1,88025,5260069,Arabski_szejk_odchudza_sie_w_Ustroniu.html
  • 17.01.04, 21:22
    Imam, który radził, jak bić żony, by nie zostawiać śladów, skazany


    Mohamed Kamal Mustafa, imam i autor kontrowersyjnej książki - poradnika
    mówiącego, jak islamscy mężowie mają bić swe nieposłuszne żony, by nie
    zostawiać śladów, został skazany przez sąd w Barcelonie na 15 miesięcy więzienia

    Jak podała sieć BBC, Mustafa nie pójdzie jednak za kratki, gdyż hiszpańskie
    prawo przewiduje, że wyroki poniżej dwóch lat ulegają zawieszeniu. Zapłaci
    jednak karę w wysokości 2160 euro. W czasie swego procesu imam zawiadujący
    meczetem w leżącym na południu Hiszpanii mieście Fuengirola bronił się, mówiąc,
    że interpretował tylko zapisy Koranu. Innego zdania były jednak organizacje
    kobiece z Hiszpanii i sędzia.

    Oburzenie organizacji obrony praw kobiet wywołała opublikowana w 2000 roku
    książka Mustafy "Kobiety w islamie". Znalazł się tam następujący passus
    dotyczący karania nieposłusznych żon: "Razy powinny być skoncentrowane na
    rękach i stopach, a wymierzone rózgą cienką i lekką, tak aby na ciele nie
    pozostały blizny czy też siniaki". Książka, która rozeszła się w 3 tys.
    egzemplarzy, została usunięta z muzułmańskich ośrodków kulturowych w całej
    Hiszpanii.


    źródło: gazeta.pl, jap 14-01-2004
  • 26.01.04, 23:25
    Sąd jej nie uwierzył, bo była za dobrze ubrana

    Pewien Marokańczyk został uwolniony od zarzutów znęcania się nad żoną, ponieważ
    sąd uznał, że kobieta była zbyt dobrze ubrana jak na ofiarę przemocy domowej.

    Hiszpański sędzia powiedział, że podczas kolejnych rozpraw kobieta miała zawsze
    inną sukienkę, pierścionki, bransolety i kolczyki, co w ogóle nie pasuje do
    wizerunku osoby, która miesiącami cierpiała z powodu agresji męża.

    22-letnia Marokanka zeznała, że do małżeństwa zmusiła ją rodzina, gdy miała 17
    lat. Gdy mąż zaczął ją bić, uciekła od niego i zamieszkała w domu dla samotnych
    matek.

    Na dowód pokazała sędziemu wyniki obdukcji lekarskich z tamtego czasu. Ten
    jednak nie dał im wiary i uznał, że kobieta zbyt dobrze się wyraża i nie
    wygląda na osobę zastraszaną i maltretowaną.

    Marokańczyk został więc oczyszczony ze wszelkich zarzutów.

    Kobiece organizacje w Hiszpanii zapowiedziały apelację wyroku. Przedstawicielka
    jednej z nich powiedziała, że to kolejny przykład męskiego szowinizmu, który
    każe niektórym sędziom uważać, że ofiara przemocy domowej powinna być biednie
    ubrana, głupia i milczeć.

    źródło: onet.pl 2004-01-25
  • 09.02.04, 21:51
    Hiszpania oskarżona o naruszenie marokańskiej strefy powietrznej


    O pogwałcenie marokańskiej strefy powietrznej oskarżył Hiszpanię w sobotę rząd
    w Rabacie. Zdaniem Maroka hiszpańskie odrzutowce wojskowe przeleciały w
    czwartek 5 lutego nad północno-wschodnią prowincją Nador, zaledwie kilka
    kilometrów od Melilli - hiszpańskiej enklawy na kontynencie afrykańskim. Madryt
    tłumaczy, że nielegalny lot odbyły nieuzbrojone samoloty szkoleniowe, zaś
    zmiana kursu była spowodowana bardzo niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi.
    Od czasu poważnego kryzysu sprzed dwóch lat związanego ze statusem
    niezamieszkałej wysepki Perejil Hiszpania i Maroko dążą do unormowania
    kontaktów dyplomatycznych.

    źródło: gazeta.pl, jan 08-02-2004
  • 14.02.04, 21:20
    Powrót hiszpańskiego taliba

    Hiszpanie wysłali w czwartek samolot wojskowy do amerykańskiej bazy Guantanamo
    na Kubie po "hiszpańskiego taliba" - schwytanego podczas wojny w Afganistanie
    Hameda Abderrahmana Ahmeda, pochodzącego z hiszpańskiej enklawy Ceuta w
    północnym Maroku. W Hiszpanii stanie on przed sędzią Baltazarem Garzonem, który
    oskarżył go o przynależność do organizacji terrorystycznej. Wśród 660 więźniów
    Guantanamo jest 21 Europejczyków. W ciągu dwóch lat funkcjonowania więzienia
    Amerykanie przekazali do innych krajów 87 zatrzymanych


    źródło: gazeta.pl, rps 12-02-2004
  • 30.01.04, 17:16
    Niemiecki front islamski

    Muzułmańscy ochotnicy z Niemiec walczą dziś z Rosjanami w Czeczenii i
    Amerykanami w Iraku. Jutro mogą uderzyć w Berlinie, Monachium albo Hamburgu.


    Gdy po tragicznych atakach na World Trade Center i Pentagon wyszo na jaw, że
    trzej piloci samobójcy - Mohammed Atta, Marwan al Szehhi i Ziad Dżarrahi -
    przez długi czas mieszkali jako studenci w Hamburgu, niemieccy politycy
    pospieszyli z zapewnieniem, że pozostali przy życiu współpracownicy zamachowców
    zostaną surowo osądzeni.
    Początkowo wszystko szło dobrze. Marokańczycy Mounir al Motassadeq i Abdelghani
    Mzoudi, domniemani członkowie terrorystycznej siatki, zostali ujęci i
    postawieni przed hamburskim sądem. Nie przyznawali się do winy, ale i nie
    wypierali przyjaźni z Attą. Gdy w lutym ubiegłego roku Motassadeq skazany
    został w pierwszej instancji na 15 lat więzienia, nic nie zapowiadało sensacji.
    Wybuchła jednak w grudniu, gdy z braku dowodów z aresztu zwolniony został
    Mzoudi. Teraz odpowiada z wolnej stopy i czeka na wyrok, który ma zostać
    ogłoszony 22 stycznia. Niestety, może dojść do kompromitacji prokuratury, która
    żąda dla Mzoudiego 15 lat więzienia, ale ma słabe argumenty. Mzoudi zaś liczy
    na uniewinnienie. Zdążył już nawet złożyć wniosek o... azyl polityczny w
    Niemczech. Twierdzi, że ojczyste Maroko może go wydać Amerykanom.
    Niezależnie od wyroku proces domniemanych towarzyszy Mohammeda Atty nie
    zakończy problemu islamistów w Niemczech. Wręcz przeciwnie - walka z nimi
    dopiero się zaczęła. Policja i służby bezpieczeństwa uważają, że wśród 4,1 mln
    muzułmańskich imigrantów w RFN działa nadal wiele radykalnych organizacji.
    Przeciwko tym, które nawołują do terroru, podjęto zdecydowane kroki.
    O świcie 11 grudnia ponad 5 tys. policjantów ruszyło do akcji. W siedmiu
    landach rozpoczęła się wielka obława na członków organizacji Państwo Kalifatu.
    W Wiesbaden, Kolonii, Ingolstadt rekwirowano materiały propagandowe, ulotki i
    broń. Nie ma wątpliwości: grupa wzywa do wojny z Zachodem i chce obalić
    demokratyczny rząd Turcji.
    Państwo Kalifatu to jedno z wielu ugrupowań terrorystycznych, które znalazły w
    Niemczech bezpieczną przystań. Po zamachach w Nowym Jorku organizacja została
    zdelegalizowana, ale nie skapitulowała. Prawie dwa tysiące jej członków
    prowadziło podziemne akcje propagandowe w meczetach. Planowali zamachy na
    obiekty publiczne.

    Analitycy służby bezpieczeństwa szacują, że wśród niemieckich muzułmanów jest
    ok. 30 tys. radykalnych islamistów działających w setkach małych organizacji. A
    wspólnoty muzułmańskie, które dobrze znają islamskie środowiska i mogłyby pomóc
    w wyłapywaniu groźnych radykałów, nie są chętne do współpracy z niemiecką
    policją. Pod specjalny numer telefonu, gdzie można zostawić informacje o
    terrorystach, nie zadzwonił jeszcze nikt.
    Muzułmanów do współpracy z władzami zniechęca przekonanie o wrogości części
    Niemców do imigrantów z Turcji i państw arabskich. Jako potwierdzenie tych
    nastrojów odbierane są informacje o atakach faszyzujących grup na azylantów i
    imigrantów.
    Od ataku na World Trade Center policja wzmocniła środki bezpieczeństwa w
    pobliżu "wrażliwych" obiektów, takich jak ambasady. Powoli za kratki wędrują
    też najgroźniejsi terroryści. W Dortmundzie uwięziono Shadiego Mustafę Abdallę,
    27-letniego Palestyńczyka z Jordanii, członka islamistycznej organizacji Al
    Tawahid (Jedność Wierzących). Spędzi on w więzieniu tylko cztery lata, bo
    zdecydował się współpracować z policją. Ma zeznawać przeciw trzem dawnym
    kompanom w procesie, który powinien ruszyć wiosną przyszłego roku.
    Życiorys Abdalli pokazuje, że do terrorystycznych organizacji niekoniecznie
    trafiają zaślepieni fanatycy. Abdalla żył w Niemczech z zasiłków, trwonionych
    na alkohol i narkotyki. Zmienił się, gdy nawiązał kontakt z islamską grupą,
    która nawróciła go na "właściwą drogę". Inni niemieccy rekruci "świętej wojny"
    są podobni: młodzi, biedni i przeżywają życiowe trudności.
    Al Tawahid wyłapuje takich ludzi i zachęca do współpracy. Daje pieniądze i
    funduje wyjazdy za granicę na szkolenia. Być może współpracuje z al-Kaidą, ale
    nie zostało to udowodnione. W zeszłym roku niemiecka komórka Al Tawahid
    planowała zamachy na siedzibę gminy żydowskiej w Berlinie oraz na dyskotekę i
    kawiarnię w Düsseldorfie. Z planów nic nie wyszło, bo - jak przyznała policja -
    niedoszli zamachowcy byli nieudolni.

    28 listopada zatrzymano w Hamburgu 30-letniego Marokańczyka, któremu postawiono
    zarzut planowania zamachów na amerykańskie wojska stacjonujące w Iraku. Miał on
    współpracować z islamską grupą działającą we Włoszech. Kilka dni później na
    dworcu kolejowym w Monachium aresztowano mężczyznę podejrzewanego o
    przynależność do radykalnej muzułmańskiej organizacji Ansar el Islam, której
    przypisuje się krwawy zamach na kwaterę ONZ w Bagdadzie.
    Utworzona krótko przed zamachami z 11 września, zrzesza radykalnych Kurdów
    pochodzących z północnego Iraku. Jej przywódca, mułła Krekar, znał podobno
    osobiście lidera al-Kaidy Osamę bin Ladena i ślubował mu prowadzenie na całym
    świecie "świętej wojny". Od tego czasu grupa rozrosła się. Dziś liczy około
    tysiąca aktywnych członków,
    z czego mniej więcej stu przebywa w Niemczech, czekając w uśpieniu na rozkazy.
    W przeddzień sylwestra to właśnie oni byli sprawcami wielkiego zamieszania. Na
    wiele godzin opancerzone pojazdy policyjne zablokowały drogi dojazdowe do
    wojskowego szpitala w Hamburgu. W okolicy zaroiło się od uzbrojonych
    funkcjonariuszy, legitymowano przechodniów i przeszukiwano ich torby. Powód?
    Pojawiły się ostrzeżenia - dostarczone ponoć m. in. przez CIA - przed atakami
    islamskich terrorystów z Ansar el Islam. Zamachowcy-samobójcy chcieli podobno
    zdetonować umieszczone w samochodach bomby, wybierając za cele hamburski
    szpital Bundeswehry oraz bazę lotniczą amerykańskiej armii położoną w pobliżu
    Frankfurtu nad Menem.
    Wśród zagrożonych obiektów wymieniano również niemieckie elektrownie atomowe.
    Skończyło się na alarmie, ale według danych zgromadzonych przez wywiad wielu
    islamistów ciągle czeka na rozkazy. Inni wyjeżdżają za granicę pomagać swoim
    pobratymcom. Jeszcze kilka lat temu pomagali Czeczenom w walce z Rosjanami. Po
    powrocie stawali się bohaterami dla współwyznawców. Obecnie nowym poligonem
    stał się dla nich Irak. Agenci tajnych służb starają się mieć pod kontrolą
    strumień podążających tam muzułmanów, ale - zgodnie z prawem - nie mogą nikomu
    zabronić wyjazdu. Nie wiadomo, kto chce tylko odwiedzić rodzinne strony, a kto
    myśli o przyłączeniu się do "świętej wojny". Albo kto dopiero na miejscu
    podejmie decyzję.

    To jednak nie ci, którzy wyjeżdżają, są największym zmartwieniem Niemców. - Na
    razie rozkaz brzmi: wyruszajcie do Iraku. Ale co zrobi niemiecki muzułmanin,
    gdy usłyszy rozkaz: zrób coś w Niemczech? - pyta retorycznie minister spraw
    wewnętrznych Bawarii Günther Beckstein.
    Beckstein ostrzega, że terroryści są coraz bliżej granic Niemiec. Ostatnio
    uderzyli na Stambuł. Nie ma pewności, że następny nie będzie Berlin. Niemieckie
    media przypominają jednak: terroryści nie muszą do nas przyjeżdżać. Mamy ich na
    miejscu.
    Ostatnio w jednym z meczetów na południu Niemiec wdowa po poległym w Czeczenii
    mężu opowiadała, jak dumna jest, że żyła z prawdziwym męczennikiem.
    Zapowiedziała, że teraz pośle na wojnę syna. Tłum słuchał w milczeniu. Po
    chwili rozległy się brawa.



    Filip Gańczak

    Artykuł ukazał się w tygodniku Newsweek Polska, w numerze 04/04 na stronie 50

  • 14.02.04, 21:15
    Zakaz noszenia chust dyskutowany w Niemczech


    Gazeta.pl > Świat > Ostatnio w Niemczech Sobota, 14 lutego 2004




    Zakaz noszenia chust dyskutowany w Niemczech



    ZOBACZ TAKŻE


    • Francja bez chust i krzyży (10-02-04, 17:18)







    tobi 11-02-2004, ostatnia aktualizacja 11-02-2004 17:14

    Zakaz noszenia muzułmańskich chust przez pracowników państwowych i
    samorządowych w Hesji zaproponowali rządzący w tym landzie chadecy. W trzech
    innych niemieckich landach dyskutuje się zasadność zakazu noszenia chust przez
    nauczycielki podczas prowadzenia lekcji. W Niemczech mieszka 3,5 mln
    muzułmanów, głównie Turków.


    źródło: gazeta.pl, tobi 11-02-2004
  • 12.10.04, 21:04
    Niemcy wydaliły Libańczyka organizatora szczytu islamistów

    Niemcy deportowały w sobotę Libańczyka, który jest jednym z organizatorów
    Pierwszego Arabsko-Islamskiego Kongresu w Europie, zapowiedzianego na początek
    października w Berlinie. Niemieckie MSW zapewnia, że zrobi wszystko, by nie
    dopuścić do przeprowadzenia imprezy, gdyż jego zdaniem ma ona służyć
    propagandzie islamskiego fundamentalizmu i terroryzmu. Według organizatorów
    kongres ma mobilizować Arabów i muzułmanów do "walki przeciwko hegemonii i
    okupacji amerykańsko-syjonistycznej". Niemieckie konsulaty mają odmawiać wiz
    cudzoziemcom, którzy jako cel podróży podadzą udział w kongresie. 42-letniemu
    Libańczykowi Fadiemu Madi cofnięto wizę pobytową w Berlinie, gdyż niemiecka
    prokuratura federalna prowadzi przeciwko niemu śledztwo pod zarzutem
    członkostwa w "podejrzanych organizacjach".

    źródło: gazeta.pl, afp, anr 19-09-2004
  • 12.10.04, 21:05
    W Berlinie nie będzie zlotu islamistów

    Pierwszy Arabsko-Islamski Kongres w Europie zakazany. Władze Berlina zabroniły
    wczoraj przeprowadzenia tej imprezy, zapowiedzianej na początek października.
    Na internetowej stronie kongresu wzywano do "oporu przeciwko amerykańsko-
    syjonistycznemu terrorowi i okupacji". Według władz Berlina można to rozumieć
    jako poparcie dla samobójczych zamachów terrorystycznych przeciwko USA i
    Izraelowi, a takiej propagandy państwo nie może tolerować. W sobotę wydalono z
    Niemiec Libańczyka Fadiego Madi, jednego z organizatorów imprezy. Drugi z
    organizatorów Gabriel Daher, też z Libanu, oświadczył w niemieckim radiu, że
    rezygnuje z prac przygotowawczych do imprezy.

    źródło: gazeta.pl, afp, ap, anr 20-09-2004
  • 10.12.04, 22:46
    Kolejny nieco tendencyjny artykuł na onecie "Niewolnice Koranu" głównie o życiu
    Turczynek w Niemczech. Chciaż ma też momenty ciekawsze: "Gdybym pozostała w
    Turcji – marzy czasami. – Tam ludzie żyją o wiele nowocześniej niż my tu, w
    Niemczech. Chodzą do dyskotek, wychodzą na dwór. Nie chciała wierzyć własnym
    oczom, gdy po raz pierwszy zobaczyła na plaży w Alanyi Turczynki w seksownych
    bikini – przedstawicielki liberalnej średniej i górnej klasy społecznej, które
    nie opuściły swego kraju."
    "Tego rodzaju wypaczenia mają niewiele wspólnego z islamem. – Przed kilkoma
    laty nie szukano uzasadnień w Koranie dla podobnych reguł zachowań – twierdzi
    badacz islamu Ghadban, jednak jest coraz częstszą praktyką przedstawianie tych
    reguł jako danych przez Boga: „Kultura patriarchatu wykorzystuje religię, aby
    trzymać kobiety w posłuszeństwie”.
  • 18.06.05, 20:07
    PAP, MFi /2005-06-18 00:06:00

    Kompromisowy kostium kąpielowy dla małej muzułmanki



    Sąd w Hamburgu uznał, że dziewięcioletnia muzułmańska dziewczynka, której
    rodzice pochodzą z Pakistanu, może i powinna uczęszczać na organizowane przez
    szkołę lekcje pływania.

    Z kolei szkoła nie powinna protestować przeciwko noszeniu przez tę uczennicę
    zakrywającego całe ciało kostiumu kąpielowego.

    Taki kostium okazał się kompromisowym rozwiązaniem. Wcześniej hamburski sąd
    uznał rację szkoły, która obstawała przy udziale muzułmańskiej uczennicy w
    nauce pływania. Rodzice nie posyłali małej na basen, twierdząc, że byłaby tam
    zmuszana do "grzesznego postępowania".
  • 25.09.05, 13:25
    Saudyjczyk chce kupić dom Papieża

    IAR; 2005-09-24

    Wciąż nie został sprzedany dom w Marktl w Bawarii, gdzie w 1927 roku urodził
    Josef Ratzinger, obecny papież Benedykt XVI. Właścicielka domu wystawiła go na
    aukcję, tłumacząc, że jej prywatność zakłócają tłumy turystów.


    Aukcja zakończyła się miesiąc temu, ale transakcji jeszcze nie sfinalizowano.
    Właścicielka rodzinnego domu Josefa Ratzingera Claudia Dandl spośród 30
    chętnych wybrała sześciu. Prowadzi z nimi rozmowy, bo - jak zapewnia - nie
    chodzi jej o uzyskanie najwyższej ceny, lecz o to, by dom znalazł się we
    właściwych rękach. Podkreśla, że ważne jest, jak nowy posiadacz ma zamiar
    użytkować budynek.



    Wśród sześciu potencjalnych kupców są szejk z Arabii Saudyjskiej, osoba
    prywatna ze Stanów Zjednoczonych oraz "szacowna rodzina z Niemiec". Oferują od
    2 do 5 milionów euro. Dom pochodzi z 1745 roku. Rzeczniczka właścicielki
    ocenia, że pertraktacje zakończą się najwcześniej za dwa tygodnie.
  • 16.01.07, 20:13
    onet.pl, IAR, MFi /14.01.2007 06:32

    Coraz więcej Niemców przechodzi na islam

    Coraz więcej Niemców przechodzi na islam. Jak podał tygodnik "Der Spiegel" w
    internetowym wydaniu, od lipca 2004 do czerwca 2005 r. religię muzułmańską
    przyjęły cztery tysiące obywateli Niemiec.
    Oznacza to czterokrotny wzrost w porównaniu z okresem poprzednich 12 miesięcy.

    "Der Spiegel" powołuje się na studium opracowane przez Centrum Islamskie w
    Soest. Badania sfinansowało federalne ministerstwo spraw wewnętrznych.REKLAMA
    Czytaj dalej

    O ile jeszcze przed kilku laty na islam przechodziły głównie kobiety, które
    wychodziły za mąż za muzułmanów, o tyle w badanym okresie motywacje nowych
    wyznawców islamu były różne. Salim Abdullah z Centrum Islamskiego podkreśla, że
    większość z nich podejmuje taką decyzję z własnej woli.

    Zdaniem berlińskiego imama Mohammeda Herzoga, wiele osób, które przyjmują
    islam, to chrześcijanie rozczarowani swoim wyznaniem. Natomiast socjolog
    religii Monika Wohlrab-Sahr wskazuje, że często motywacją jest poszukiwanie
    nowych przeżyć. "Ludzie chcą się odróżniać, stąd zainteresowanie islamem" -
    powiedziała tygodnikowi "Der Spiegel" pani socjolog.

    W Niemczech mieszkają ponad 3 miliony muzułmanów.
  • 18.02.07, 19:43
    Amerykańska armia urządza casting na Irakijczyków

    gazeta.pl, Christian Fuchs, Der Spiegel

    2007-02-16

    Amerykańska armia poszukuje w Niemczech 600 Arabów, którzy zechcieliby odegrać
    rolę Irakijczyków podczas ćwiczeń wojskowych w tzw. Mini Iraku w sercu Bawarii.
    Dzięki symulacji warunków panujących w Iraku żołnierze amerykańscy mają nauczyć
    się obcowania z ludźmi z arabskiego kręgu kulturowego oraz szacunku do
    miejscowych przywódców.


    Przedpołudnie na Nestorstraße w Berlinie. Budynek z niebieskiego szkła
    naprzeciwko stacji kontroli pojazdów. Drogę na drugie piętro wskazują tablice
    informacyjne z napisem: "Casting/Info Statisten" (casting/spotkanie informacyjne
    dla statystów). W pustym, pomalowanym na biało pomieszczeniu siedzi 29 mężczyzn
    i 2 kobiety arabskiego pochodzenia. Z przodu stoi wysoki chudy Niemiec, który
    monotonnym głosem werbuje muzułmanów zebranych w sali do specjalnej pracy dla
    amerykańskiej armii.

    Na samym początku pyta: "Czy mają Państwo coś przeciwko współpracy z
    Amerykanami?". Niektórzy zainteresowani odpowiadają na to pytanie opuszczając
    salę. - Mogą Państwo wyjść w każdej chwili - woła nieco bezradnie Niemiec.

    Armia USA poszukuje obecnie 600 statystów mówiących po arabsku - m. in. poprzez
    ogłoszenia w berlińskiej bulwarówce "B.Z.", w których zaprasza do udziału w
    castingu w sprawie pracy. Tego typu spotkania odbywają się obecnie w wielu
    dużych miastach na terenie Niemiec.

    W dniach od 20 marca do 11 kwietnia amerykańska armia chce przeprowadzić
    symulację sytuacji w Iraku i potrzebuje do tego realistycznych warunków.
    Arabowie mają przez trzy tygodnie bez przerwy mieszkać w Combat Maneuver
    Training Center (wojskowy ośrodek szkoleniowy) w Hohenfels, położonym w Górnym
    Palatynacie w samym środku Bawarii, między Norymbergą i Regensburgiem.

    Fragment filmu "Weltverbesserer auf dem Schlachtfeld" ("Naprawiacz świata na
    polu bitwy") w reżyserii Teresiny Moscatiello przedstawia sceny, które zostały
    nakręcone w Hohenfels w 2003 roku podczas ćwiczeń symulujących sytuację w Iraku.

    Na wojskowym poligonie o powierzchni 16 tys. hektarów znajduje się dziesięć
    sztucznie założonych wsi, gdzie często odbywały się już takie symulacje. -
    Statyści mają przez 24 godziny na dobę ogrywać rolę Irakijczyków - mówi
    mężczyzna przeprowadzający casting w Berlinie. Kobiety muszą nosić na głowach
    muzułmańskie chusty, mężczyźni turbany. W obrębie poligonu znajduje się meczet,
    dom publiczny, wiele baraków i obiektów noclegowych dla "cywilów na polu bitwy"
    ("Civilians on the Battlefield (COB)") - jak w wojskowym żargonie nazywa się
    statystów.

    Ich zadaniem będzie udawanie: burmistrza, terrorystów, kobiet w ciąży,
    handlarzy. Amerykańskie jednostki wojskowe mają wypełniać podczas ćwiczeń
    określone zadania. Główne zadanie cywilów będzie polegać na nierozumieniu
    amerykańskich żołnierzy.

    Mini-Irak w sercu Bawarii

    W styczniu George Bush ogłosił nową strategię dla Iraku, w myśl której
    odpowiedzialność za bezpieczeństwo w kraju ma być w coraz większym stopniu
    przekazywana Irakijczykom. Ponadto Bush chce wysłać do Bagdadu kolejnych 21,5
    tys. żołnierzy.

    Właśnie to ostatnie działanie ma na celu "ponowne przejęcie kontroli nad
    miastem, także w obliczu wojny domowej" - taką opinię w sprawie wyraża Benjamin
    Schreer, ekspert z grupy badawczej ds. polityki bezpieczeństwa w Stiftung
    Wissenschaft und Politik (Fundacja Nauka i Polityka). - Szczególnie trudne
    będzie przejęcie kontroli nad większymi grupami osób w obcym kulturowo
    środowisku miejskim. Zamachowcy często strzelają do amerykańskich wojsk z tłumu.
    Żołnierze będą ćwiczyć ze statystami właśnie na wypadek takich sytuacji. - W
    jednym ze scenariuszy 150 osób będzie odgrywać masową demonstrację - mówi
    mężczyzna, który rekrutuje statystów w Berlinie.

    Ponadto żołnierze mają być szkoleni, jak postępować z Arabami. Zostaną nauczeni
    zasad współżycia społecznego i szacunku. Przed odbyciem takich ćwiczeń wielu z
    nich po prostu nie wiedziałoby, jak mają się zachowywać w obcej kulturze. Nic
    dziwnego - większość amerykańskich żołnierzy w wieku 19-24 lat nigdy przedtem
    nie opuściła swojej ojczyzny. Klika tygodni po odbyciu szkolenia w obozie w
    Niemczech mają już walczyć w Iraku.

    Bernhard Bergbauer w 2003 roku uczestniczył we wcześniejszych ćwiczeniach w
    Hohenfels, symulujących sytuację w Iraku. W dokumentalnym filmie
    "Weltverbesserer auf dem Schlachtfeld" mówi o amerykańskich żołnierzach: -
    Podczas ćwiczeń mogli nauczyć się np. że do szejka nie mówi się: "I don't
    fucking care who you are!" ("Gówno mnie obchodzi, kim jesteś"), ale że trzeba go
    traktować z szacunkiem, bo to ważna osobistość, a także tego, że podczas
    demonstracji po prostu należy zachować spokój - mówi Bergbauer.

    Czasami jednak Bergbauer wątpi w sens takich szkoleń. - Kiedy słyszymy, że
    podczas demonstracji w Iraku zastrzelono trzech cywilów, nasuwa się pytanie, czy
    te ćwiczenia rzeczywiście coś dają - mówi Bergbauer.

    Dać się zastrzelić za 90 euro

    Po wstępie wygłoszonym przez prowadzącego rekrutację na berlińskiej Nestorstraße
    wywiązuje się dyskusja. Pewien Libańczyk chce wiedzieć, w jaki sposób chronieni
    są odtwórcy ról i czy ze względów bezpieczeństwa do uczestnictwa w szkoleniach
    zostanie dopuszczona prasa. - Kto nam zagwarantuje udzielenie pomocy w
    przypadku, gdy Amerykanie popełnią jakiś błąd? - krzyczy. - Co obchodzi Jankesów
    jakiś zabity Arab! Robi się niespokojnie. - Nie, żadne słowo na temat akcji nie
    przedostanie się na zewnątrz. Na poligonie nie będzie żadnych mediów -zapewnia
    niemiecki pracownik- Będą Państwo zatrudnieni w niemieckiej firmie. Obowiązują
    tu najwyższe środki bezpieczeństwa.

    Do tej chwili pomieszczenie opuściła już ponad połowa Arabów. Chcieli trafić do
    filmu, a ta oferta wcale nie wydaje im się kusząca - 21 dni spędzonych wśród
    granatów dymnych i oślepiających, zamaskowanych jeepów oraz helikopterów Black
    Hawk, dopóki nie zostanie się na niby zastrzelonym z karabinów na podczerwień.
    Niektóre symulacje trwają dziesięć godzin, inne całą dobę.

    Pensja dla wielu nie jest przekonująca. Za dzień pracy statysta otrzymuje 90
    euro. Kto wyjedzie przed upływem trzech tygodni, otrzyma jeszcze mniejszą kwotę.

    Palestyńczyka Mohamada Kaboulito to nie odstrasza. Jest jednym z kandydatów,
    którzy pozostali. - Będę wykonywać każdą pracę, którą dostanę - mówi asystent
    kupca. Jest bezrobotny, a musi zapewnić byt swojej rodzinie. 27-letni muzułmanin
    twierdzi, że do USA ma "normalny stosunek".

    Najpierw otrzymuje podstawowe informacje na temat pracy, potem musi wypełnić
    kwestionariusz oceny. Następnie zdaje test z języka niemieckiego i angielskiego.
    Później, w momencie podpisywania umowy, będzie musiał doręczyć zaświadczenie o
    niekaralności, wystawione przez policję, kartę ubezpieczenia społecznego, dowód
    ubezpieczenia zdrowotnego i kartę podatkową.

    Zbyt duże wymagania, zbyt wiele zastrzeżeń

    Casting w Berlinie jest organizowany przez firmę b.o.r.k. Dienstleistungen GmbH,
    która realizuje publiczne zamówienie armii USA wraz z przedsiębiorstwem Detektei
    - Service und Sicherheit. b.o.r.k. Dienstleistungen GmbH milczy na temat
    szczegółów swojej działalności, gdyż nie chce trafić na czołówki gazet, tak jak
    firma Optronic GmbH & Co, która organizowała castingi do 2005 roku. Od 1999 roku
    przedsiębiorstwo działało na zlecenie USA i nie wychodziło na tym źle. Dziennik
    "Taz" przypuszcza, że właściciel firmy, Hans-Werner Truppel, zwerbował w sumie
    ponad 3 tys. statystów do odgrywania ról na polu bitwy i otrzymywał za to od
    amerykańskiego wojska 10 mln euro rocznie. W 2002 roku próbował jednak
    nielegalnie przewieźć do Korei Północnej 22 tony bezszwowych rur aluminiowych do
    produkcji uranu nadającego się do tworzenia broni jądrowej. Po ponad rocznym
    pobycie w tymczasowym areszcie w maju 2004 roku Truppel został skazany na cztery
    lata pozbawienia wolności za naruszenie przepisów niemieckiej ustawy o obrocie
    towarowym z zagranicą i próbę
  • 18.02.07, 19:43
    Casting w Berlinie jest organizowany przez firmę b.o.r.k. Dienstleistungen GmbH,
    która realizuje publiczne zamówienie armii USA wraz z przedsiębiorstwem Detektei
    - Service und Sicherheit. b.o.r.k. Dienstleistungen GmbH milczy na temat
    szczegółów swojej działalności, gdyż nie chce trafić na czołówki gazet, tak jak
    firma Optronic GmbH & Co, która organizowała castingi do 2005 roku. Od 1999 roku
    przedsiębiorstwo działało na zlecenie USA i nie wychodziło na tym źle. Dziennik
    "Taz" przypuszcza, że właściciel firmy, Hans-Werner Truppel, zwerbował w sumie
    ponad 3 tys. statystów do odgrywania ról na polu bitwy i otrzymywał za to od
    amerykańskiego wojska 10 mln euro rocznie. W 2002 roku próbował jednak
    nielegalnie przewieźć do Korei Północnej 22 tony bezszwowych rur aluminiowych do
    produkcji uranu nadającego się do tworzenia broni jądrowej. Po ponad rocznym
    pobycie w tymczasowym areszcie w maju 2004 roku Truppel został skazany na cztery
    lata pozbawienia wolności za naruszenie przepisów niemieckiej ustawy o obrocie
    towarowym z zagranicą i próbę wsparcia produkcji broni atomowej. W 2005 roku
    armia rozpisała nowy przetarg na zamówienie publiczne w zakresie organizacji
    castingów.

    Wojsko amerykańskie trenuje z muzułmańskimi statystami od 2003 roku. -
    Znalezienie ich w Niemczech wcale nie jest takie proste - mówi Timothey L. Good
    odpowiedzialny za proces rekrutacji "cywilów na polu bitwy". Mężczyzna
    rekrutujący statystów w Berlinie stwierdza również, że nie tylko wymagania
    stawiane aktorom-amatorom są zbyt wysokie, lecz także zastrzeżenia kandydatów
    wobec USA są zbyt duże.

    Dlatego w pustej sali na Nestorstraße pod koniec castingu siedzą już tylko
    cztery osoby zainteresowane pracą statysty.

    (C) 2007 Der Spiegel
  • 09.01.08, 10:04
    Muzulmanie w Niemczech sa slabo zintergowani, zreszta jak w wiekszosci krajow.
    Udzial w ciezkich przestepstwach mlodziezy arabskiej i turecjiej wynosci ponad
    70%,..a jest och zaledwioe 5% spolecznestwa.
    pielegnuja swoje tradycje i religie az do chorego poziomu zabijania corek, ktore
    nie chca nosci chust lub zyc jak uciemiezone muzulmani. To sporadyczne
    przypadki..ale w roku 2007 bylo ich prawie 60.
    Zmuszaja swoje dzieci do aranzowanych malzenstw z ludzmi. Czesto te osob to
    osoby z ich "rodzinnego" kraju, bez wyksztalcenia i znajomosci jezyka. Kobiety
    sprowadza sie po to zeby rodzily dzieci, siedzialy na socjalu itd. Mezczyzn, bo
    muzulmanin nie zgodzi si ena slub corki z nie-muzulmaninem. Wiec lepsze leniwy z
    wlasnego kraju niz pracowity niemiec. ITD..

    ale to bardzo ogolnie. Wiele osob (rowniez muzulmanow) odcina sie od tej masowej
    spolecznosci. zyja i pracuja jak kazdy opbywatel..tylko tych jest w porownaniu z
    "masowka" malo.

  • 09.03.04, 21:19
    Brytyjski muzułmanin w Hamasie

    Brytyjski muzułmanin przeprowadził jeden z samobójczych zamachów w Tel Awiwie w
    2003 r. - wynika z kasety wideo upublicznionej przez palestyński Hamas. To
    pierwszy przypadek, kiedy Hamas posłużył się cudzoziemcem w walce z Izraelem.
    Zdaniem obserwatorów świadczy to o umiędzynarodowieniu tej organizacji, która
    próbuje się włączyć do "ogólnoświatowego starcia islamu z Zachodem". Wlk.
    Brytania już przed kilkoma miesiącami informowała, że jej obywatele działają w
    terrorystycznych organizacjach na terenie Izraela i Zachodniego Brzegu.

    źródło: gazeta.pl, tobi 09-03-2004
  • 15.02.07, 00:45
    onet.pl, wenn /15.02 00:19


    Matka wybrała mu żonę, bo sam nie mógł się zdecydować

    Yusuf Islam poprosił swoją matkę o pomoc w wyborze kandydatki na żonę, ponieważ
    nie potrafił samodzielnie zdecydować, z kim spędzi resztę życia.
    Brytyjski artysta, który w 1978 roku pożegnał się z pseudonimem Cat Stevens i
    przeszedł na islam, zapewnia, że zawarte w 1979 roku małżeństwo z Fauzia
    Mubarak Ali nie było zaaranżowane przez rodziców, jednak matka rzeczywiście
    pomogła mu w wyborze żony.

    -Ludzie uważają, że moje małżeństwo zostało zaaranżowane, ponieważ
    uczestniczyła w tym moja matka. Prawda jest taka, że brałem pod uwagę dwie
    kobiety, z którymi się spotykałem. Przedstawiłem obie mojej matce i zapytałem
    ją o radę, po czym poszedłem za jej wskazówkami. Oczywiście to był również mój
    wybór, ale pozwoliłem, aby matka miała swój udział w mojej decyzji.
  • 27.04.07, 10:45
    info.onet.pl, WENN, ML /27.04.07 00:16


    Brytyjskie zasiłki socjalne dla "haremów"

    Osiedlający się w Wielkiej Brytanii imigranci, którzy mają kilka żon, mogą
    pobierać na swoje "haremy" specjalne zasiłki socjalne - chociaż zgodnie z
    brytyjskim prawem bigamia jest przestępstwem karanym pozbawieniem wolności do
    lat 7.
    Zgodnie z zasadami islamu, muzułmanin może mieć nawet cztery żony, pod
    warunkiem, że będzie w stanie zapewnić każdej z nich godziwe życie.

    Chociaż w Wielkiej Brytanii bigamia jest nielegalna, imigranci, którzy zawarli
    związki małżeńskie w kraju, gdzie poligamia jest zgodna z prawem, mogą w pełni
    korzystać z brytyjskiego systemu świadczeń społecznych. Parlamentarzyści
    brytyjscy domagają się jak najszybszej zmiany przepisów i usunięcia
    rozbieżności.

  • 23.06.07, 02:14
    Tydzień islamskich protestów przeciw Salmanowi Rushdiemu

    pit2007-06-23,

    Uliczne protesty, palenie flag, rezolucje w parlamentach, głosy potępienia ze
    strony rządów - tak świat islamu zareagował na przyznanie przez królową
    brytyjską tytuł szlacheckiego pisarzowi Salmanowi Rushdiemu.
    Choć od uroczystości nadania szlachectwa mignął już tydzień, nie milkną głosy
    oburzenia. Protestowano na ulicach miast Iranu, Pakistanu, Malezji i Kaszmiru.
    Wolny od pracy piątek dał okazję to nasilenia demonstracji. Po piątkowej
    modlitwie islamscy radykałowie wyszli na ulice głównych miast Pakistanu -
    Karachi, Lahore i Islamabadu. Uczestnicy liczących po kilka tysięcy osób
    manifestacji palili brytyjskie flagi i kukły przedstawiające Rushdiego

    Urodzony w Indiach Salman Rushdie naraził się muzułmanom w 1988 r. powieścią
    pt. "Szatańskie wersety". Zawarte w niej opisy życia proroka Mahometa część
    muzułmanów uznała za bluźniercze. Rok później duchowy przywódca Iranu ajatollah
    Chomeini wydał fatwę (klątwę) z wyrokiem śmierci na Rushdiego. W obawie o życie
    pisarz pozostawał w ukryciu przez dziesięć lat.

    Napięcie między Londynem i fanatykami islamskimi wzrosło w poniedziałek za
    sprawą wypowiedzi pakistańskiego ministra ds. religii Mohammeda Ejaz-ul-Haqa. -
    Jeśli ktoś popełnia zamachy samobójcze w obronie honoru proroka Mahometa, jego
    krok jest usprawiedliwiony - oświadczył podczas debaty parlamentarnej tuż przed
    jednogłośnym potępieniem przyznania pisarzowi tytułu szlacheckiego przez
    brytyjską królową. Słowa ministra spotkały się z potępieniem Londynu. Do
    protestu przyłączył się MSZ Francji.

    Rządy Iranu i Pakistanu wezwały w środę brytyjskich ambasadorów, żądając
    odebrania pisarzowi tytułu szlacheckiego. - Konsekwencje prowokacji, która
    rozgniewała muzułmanów, będą skierowane w brytyjską królową i rząd - groził
    irański przedstawiciel ds. kontaktów z Europą Ibrahim Rahimpour. Zapewnienia
    Brytyjczyków, że Rushdiego uhonorowano za dokonania literackie oraz że rząd
    brytyjski szanuje Islam, nikogo nie uspokoiły. - Obraźliwy, podejrzany i
    nieprzemyślany krok brytyjskiego rządu jest oczywistym znakiem islamofobii,
    która dogłębnie zraniła uczucia 1,5 mld muzułmanów - grzmiał Rahimpour. Wczoraj
    decyzję królowej potępił premier Pakistanu Shaukat Aziz. To najwyższy rangą
    polityk pakistański, który przyłączył się do protestów.

    Choć w 1998 r. irański rząd umiarkowanego prezydenta Mohammada Chatamiego
    oświadczył, że nie popiera już wyroku śmierci na pisarza, fatwa wciąż
    obowiązuje. Rok temu podtrzymał ją ajatollah Ali Chamenei. - Rushdie to
    renegat, którego zabicie znalazłoby w Islamie usprawiedliwienie - powiedział.

    W czwartek stowarzyszenie pakistańskich kupców obiecało dziesięć milionów
    rupii, czyli 165 tys. dolarów, za głowę pisarza. Nie przebili Irańskiej
    Fundacji Męczenników, która rok temu zaoferowała 2,8 mln dolarów.


    Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 11.07.07, 14:11
    ostrzegam: artykulik jest napisany w głupiutki sposób!

    onet.pl, PAP, JG / 11.07.2007

    Brytyjka poślubiła syna Osamy bin Ladena
    - 51-letnia Brytyjka Jane Felix-Browne została drugą żoną 27-letniego syna
    Osamy bin Ladena - Omara i ubiega się dla niego o wizę, by mógł odwiedzać
    Wielką Brytanię - poinformował brytyjski dziennik "Times".
    - Po prostu poślubiłam mężczyznę, którego spotkałam i w którym się zakochałam,
    dla mnie to po prostu Omar. Jego serce jest czyste, jest pobożny, spokojny,
    jest gentlemanem i moim największym przyjacielem - mówi w rozmowie z gazetą
    Jane Felix-Browne.

    - Byłoby miło, gdybym mogła jak każda inna mężatka powiedzieć, że to jest mój
    mąż, tak i tak się nazywa, lecz muszę być realistką. Mam tylko nadzieję, że
    ludzie nie będą mnie zbyt surowo oceniać. Poślubiłam syna, a nie ojca - dodaje.

    Jane Felix-Browne wyznaje, że ma świadomość, iż niektórzy ludzie będą wrogo
    nastawieni do jej małżeństwa.

    Pani Felix-Browne, która ma za sobą już pięć małżeństw, spotkała Omara we
    wrześniu w Egipcie. Bajeczny romans zaczął się, gdy młody bin Laden zobaczył
    Jane, jak jeździła konno niedaleko piramidy Cheopsa. Ślub wzięli w Egipcie i
    Arabii Saudyjskiej w obrządku islamskim i obecnie czekają na pozwolenie od
    władz w Rijadzie na legalizację związku. "Times" nie podaje, kiedy doszło do
    ślubu.

    Jak twierdzi panna młoda, "Omar jest wobec wszystkich ostrożny. Nieustannie
    obserwuje ludzi, którzy według niego mogą go śledzić. Nie bez powodu obawia się
    kamer. Jest synem Osamy. Ale kiedy jesteśmy razem, zapomina o bożym świecie".

    Pani Felix-Browne przyznaje, że poznała członków rodziny bin Ladena, kiedy
    mając 16 lat była żoną Saudyjczyka. Jak twierdzi, poznała Osamę bin Ladena w
    latach 70. na przyjęciu w Londynie.

    "Times" przypomina, że Omar bin Laden opuścił Arabię Saudyjską, gdy jego ojciec
    został stamtąd wydalony za ekstremistyczne poglądy. Żyjąc na wygnaniu w
    Sudanie, a później w Afganistanie, widział jak powstaje i działa Al-
    Kaida. "Omar nie zrobił niczego złego. Był dzieckiem, kiedy był w
    Afganistanie" - tłumaczy nowa żona młodego bin Ladena.

    Dodaje, że Osamę "po raz ostatni widziała w 2000 r., kiedy razem z synem byli w
    Afganistanie". "Opuścił ojca, gdyż uważał, że nie należy walczyć, czy być w
    armii. Omar szkolił się na żołnierza i miał tylko 19 lat" -
    zaznacza. "Powiedział mi, że nie miał kontaktu ze swoim ojcem od dnia, kiedy go
    opuścił. Tęskni za ojcem. Omar nie wie, czy to jego ojciec był odpowiedzialny
    za zamachy z 11 września. Nie sądzę byśmy się kiedykolwiek dowiedzieli" -
    powiedziała Felix-Browne "Timesowi".

    Jane Felix-Browne, która przybrała islamskie imię Zaina Mohamed, ma trzech
    synów i pięcioro wnucząt. Omar ma już żonę i dwuletnie dziecko. Do Omara Zaina
    zwraca się "habibi", czyli "mój kochany". Ma nadzieję, że mąż przyjedzie do
    Wielkiej Brytanii, ale obawia się, że "może mu się nie spodobać pogoda".
  • 08.01.08, 09:38

    Brytyjski biskup kontra islam
    mkuz
    2008-01-08, GW

    Śpiew muezina, który zwołuje na modlitwę do meczetu, przeszkadza nam bardziej
    niż dzwony w kościele - uważa brytyjski biskup Rochester. Na Wyspach rozpętała
    się religijna awantura

    Ostry spór o rolę i naturę islamu w Wielkiej Brytanii zaczął się, gdy w
    niedzielnym wydaniu konserwatywnego "Daily Telegraph" ukazał się tekst
    anglikańskiego biskupa. Wielebny Michael Nazir-Ali napisał m.in., że na Wyspach
    trudno jest żyć razem z muzułmanami, niektóre islamskie dzielnice miast to
    strefy, do których nie można wejść, a młodzież w tych miejscach może być
    wychowywana w duchu ekstremizmu.

    Wspomniał też - i to wywołało chyba największy oddźwięk - że społeczności
    muzułmańskie eskalują swoje żądania, m.in. żądając zezwoleń na zwoływanie do
    meczetu na modły przez muezina. Takie nawoływanie jest normą w państwach
    arabskich, ale nie w Europie. W samej Wielkiej Brytanii na 2 tys. meczetów
    jedynie nieliczne mają taką możliwość.

    Organizacje islamskie na Wyspach natychmiast oskarżyły biskupa o szerzenie
    nienawiści religijnej i zażądały jego ustąpienia. - To fałszywy obraz
    rzeczywistości. Nasze społeczności są znacznie lepiej zintegrowane niż dziesięć
    lat temu, więc jeśli Kościół anglikański jest odpowiedzialny, powinien podjąć
    konkretne kroki w sprawie tych opinii - mówił "Daily Telegraph" Ajmal Masoor z
    Towarzystwa Muzułmańskiego Wielkiej Brytanii.

    Jednak odwołania biskupa Nazir-Alego zapewne nie będzie. Większość hierarchów
    Kościoła anglikańskiego jest zdania, że Nazir-Ali powiedział otwarcie o
    problemie, który z powodu politycznej poprawności jest rzadko dyskutowany.
    Biskup Blackburn Nicholas Reade stwierdził, że chrześcijanie mogą mieć kłopoty z
    kultywowaniem swojej wiary w tych regionach Anglii, gdzie społeczności
    imigranckie są silne.

    Sam duchowny, który rozpętał ostrą dyskusję, należy do barwnych postaci
    anglikańskiego Kościoła. To Pakistańczyk wychowany w wierze chrześcijańskiej i
    pierwszy niebiały hierarcha nominowany na tak wysokie stanowisko w Wielkiej
    Brytanii. Nazir-Ali znany jest z kontrowersyjnych sądów - to on powiedział
    m.in., że obowiązkiem małżeństw jest posiadanie dzieci, a bezdzietne pary "tylko
    sobie dogadzają".

    Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 21.03.04, 00:04
    AGATA SKOWRON-NALBORCZYK

    Europa z chustą na głowie

    Kiedy myślimy o cywilizacjach chrześcijańskiej (czy szerzej: europejskiej) oraz
    muzułmańskiej, uważamy, że tradycyjnie były one od siebie oddzielone
    terytorialnie. Ta pierwsza określona jest geograficznie już przez swoją nazwę,
    natomiast tę drugą zwykliśmy uważać za właściwą dla obszarów Afryki Północnej,
    Bliskiego Wschodu czy dalszych części Azji.

    Osobność cywilizacji europejskiej wydaje się podkreślana przez fakt, że
    kształtowała się ona w opozycji właśnie do islamu. Europejska tożsamość, jak
    udowodnił to Josep Fontana, kształtowała się w zetknięciu z
    innymi, "niewiernymi" czy "barbarzyńcami". To właśnie obrona własnych wartości
    przed naporem islamu stanowiła w dużym stopniu podstawy tworzenia się kultury
    europejskiej. Nie bez przyczyny po raz pierwszy mieszkańcy naszego kontynentu
    nazwali się Europejczykami w roku 732 - miało to miejsce w kronice opisującej
    chrześcijan zagrożonych przez ekspansję muzułmańską.

    W naszej świadomości panuje także przekonanie, że obie te cywilizacje są nie
    tylko rozdzielone geograficznie, ale też osobne w sensie kulturowym, że ich
    wartości są sprzeczne, nieprzystające do siebie i, stanowiąc wyłącznie wzajemne
    zagrożenie, mogą tylko rywalizować o wpływy we współczesnym świecie.

    Na tym tle niepokojącym faktem może wydawać się rosnąca populacja muzułmanów na
    terenie Europy, którą szacuje się dziś na około 40 milionów1 (w tym ludność
    napływową tej religii w Europie Zachodniej i Środkowej na 15 milionów, rodzimą
    zaś na 25 milionów), co stanowi już mniej więcej 5% ogółu mieszkańców tego
    kontynentu. Głównie jako niebezpieczna postrzegana jest ludność napływająca z
    różnych krajów Azji czy Afryki. Powoli jednak zaczyna być traktowana w ten
    sposób także autochtoniczna ludność muzułmańska, jako również w pewien sposób
    obca europejskiemu systemowi wartości i podatna na wpływy fundamentalistyczne,
    płynące z krajów islamu.

    Sytuacja jest jednak znacznie bardziej skomplikowana, niż to na pierwszy rzut
    oka wygląda, a traktowanie wspólnot muzułmańskich, tak napływowych, jak i
    rodzimych, jako potencjalnych źródeł zagrożenia, przynosi nieoczekiwane i
    niepożądane skutki.

    Tradycyjna religia europejska?

    Przyzwyczajeni jesteśmy do myślenia o podziale terytorialnym pomiędzy światem
    europejsko-chrześcijańskim a światem islamu jako o czymś stałym i odwiecznym, a
    przecież z historycznego punktu widzenia nie zawsze tak było.

    Obecność muzułmanów na terenie kontynentu europejskiego ma bardzo długą
    historię i sięga początków istnienia islamu. Pierwszy jej etap należy już do
    przeszłości - chodzi oczywiście o muzułmański okres w historii Hiszpanii (VIII-
    XV w.) oraz rządy muzułmańskie na Sycylii (IX-XI w.) i w południowych Włoszech
    (IX-X w.). Mimo że muzułmanie zostali usunięci z tych terenów, wpływy ich
    kultury rozprzestrzeniły się na całą Europę. Nie miejsce tu na wymienianie
    poszczególnych aspektów i zasięgu tych wpływów, wystarczy wspomnieć może choćby
    o omawianych wielokrotnie zasługach Arabów dla filozofii lub medycyny, czy
    mniej znanych związkach wysławianej przez prowansalskich trubadurów miłości
    idealnej, niespełnionej, prowadzącej do doskonalenia duchowego - z
    wcześniejszym, podobnym wzorcem miłości idealnej, występującym w liryce
    arabskiej, m.in. właśnie andaluzyjskiej.

    Kiedy muzułmanie wciąż byli obecni na terenie Hiszpanii, mongolskie podboje na
    wschodzie Europy kładły w XIII w. podstawy dla trwającej do dzisiaj obecności
    muzułmanów w innej części kontynentu. Potomkowie tych najeźdźców utworzyli
    bowiem muzułmańskie organizacje państwowe, których pozostałością są liczne
    skupiska Tatarów i innych tureckojęzycznych grup, rozmieszczone od środkowej
    Wołgi po Kaukaz i Krym. Wielu z nich zawędrowało jeszcze dalej i potomków ich
    można spotkać dziś na wschodnich terenach dawnej Rzeczypospolitej Obojga
    Narodów, czyli w Polsce, na Litwie i Białorusi; niektórzy dotarli nawet do
    Finlandii.

    Prawie równolegle z wypieraniem muzułmanów z Hiszpanii inni wyznawcy tej
    religii, Turcy osmańscy, rozpoczynali swą ekspansję od strony Półwyspu
    Bałkańskiego. Ich podboje i późniejsze panowanie na tych terenach, zakończone w
    XIX w., są przyczyną obecności populacji muzułmańskich w Grecji, Bułgarii,
    Rumunii, Albanii czy Bośni. Jest to ludność turecka, która pozostała po
    wycofaniu się władzy osmańskiej, lub zislamizowana ludność autochtoniczna, jak
    np. słowiańscy Bośniacy, również słowiańscy Pomacy w Bułgarii i Grecji, czy
    wreszcie Albańczycy.

    Jak zatem widać, wbrew temu, co utarło się mniemać, islam był obecny na
    terenach Europy prawie od początku swoich dziejów, a przez to wartości jego
    kultury na stałe wpisały się w szeroko pojętą cywilizację europejską i widoczne
    są do dzisiaj: od obecności w krajobrazie, przez architekturę czy stroje
    narodowe, po wpływy w literaturze i filozofii.

    Najbardziej dynamiczna religia w Europie

    Do połowy XX w. ludność muzułmańska mieszkała głównie na terenie Bałkanów i
    Rosji, mniejszości zaś tej religii w innych państwach były traktowane jako
    lokalne zjawiska, dodające kolorytu krajobrazowi. Muzułmanie ci posiadali
    obywatelstwo w swoich rodzimych krajach i niczym, poza religią lub czasem
    wyglądem zewnętrznym (jak niektórzy polscy Tatarzy), nie odróżniali się od
    współobywateli. Mniejszości te były zintegrowane z lokalnymi społecznościami, a
    reprezentujące ich organizacje były uznawane przez prawo.

    Dopiero w II połowie XX w. liczne grupy muzułmanów zaczęły się pojawiać w
    pozostałych częściach Europy, szczególnie na zachodzie. Proces ten, będący
    jednym ze skutków kolonialnego panowania mocarstw europejskich, rozpoczął się
    już wcześniej, niemniej znaczące rozmiary przybrał dopiero w wyniku powojennej
    imigracji, gdy zabrakło rąk do pracy, początkowo przy odbudowie ze zniszczeń
    wojennych, a potem w szybko rozwijających się gospodarkach państw
    kapitalistycznych.

    Od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku napływ imigrantów, w tym muzułmanów,
    przybierał na sile. Przybywali oni jako gastarbeiterzy, ale także jako
    studenci, czy też poszukujący azylu uciekinierzy polityczni. Pochodzą prawie ze
    wszystkich krajów muzułmańskich, od Indonezji do Senegalu i choć liczebnie
    przeważają tu Turcy i Marokańczycy, skład etniczny mniejszości muzułmańskich
    jest w każdym państwie europejskim różny, w zależności od jego specyfiki (np.
    położenie geograficzne) i historii. Z powodu takiej, a nie innej kolonialnej
    przeszłości we Francji przeważają Maghrebijczycy (czyli mieszkańcy północnej
    Afryki na zachód od Libii), znający od początku język francuski i mający z tego
    powodu mniejsze problemy z adaptacją; w Wielkiej Brytanii mamy do czynienia ze
    znaczącą populacją Pakistańczyków, w Austrii - Bośniaków.

    Islam jest w Europie najbardziej dynamiczną religią. Notuje najwyższy przyrost
    wyznawców, nie tylko dzięki napływowi imigrantów, ale także dzięki wysokiemu
    przyrostowi naturalnemu. Jego wyznawcy tworzą drugą co do liczebności wspólnotę
    religijną nie tylko we Francji, ale także np. w Austrii.

    Proces migracji z krajów muzułmańskich do Europy nie jest zakończony, w
    znacznym stopniu ma jednak charakter nielegalny. W związku z sytuacją po
    wydarzeniach 11 września 2001 roku kraje Unii Europejskiej zaostrzyły swoją
    politykę, wymierzoną przeciwko nielegalnemu napływowi imigrantów, w tym
    muzułmanów. Utrzymanie liczby europejskich muzułmanów na stałym poziomie jest
    jednak niemożliwe, choćby ze względów demograficznych.

    Mówienie o islamie jako takim, czy o jedności wszystkich europejskich
    muzułmanów jest niewłaściwe, choć oczywiście religia ta stanowi pewien łączący
    wyznacznik. Niemniej wyraźnie widać, że poszczególnym grupom trudno przekroczyć
    dzielące je granice, a nawet zdobyć się na podejmowanie starań w tym kierunku.
    Szyiccy Irańczycy zazwyczaj trzymają się z daleka od centralnych organizacji
  • 21.03.04, 00:05
    Mówienie o islamie jako takim, czy o jedności wszystkich europejskich
    muzułmanów jest niewłaściwe, choć oczywiście religia ta stanowi pewien łączący
    wyznacznik. Niemniej wyraźnie widać, że poszczególnym grupom trudno przekroczyć
    dzielące je granice, a nawet zdobyć się na podejmowanie starań w tym kierunku.
    Szyiccy Irańczycy zazwyczaj trzymają się z daleka od centralnych organizacji
    muzułmańskich, zwykle zdominowanych przez sunnickich Turków czy Arabów, a
    portugalscy ismailici indyjskiego pochodzenia utrzymują chętniej kontakty z
    podobnymi grupami w Wielkiej Brytanii, a nawet Brazylii, niż z innymi
    muzułmanami na terenie Portugalii. Trudno także porównać problemy wracających z
    wygnania Tatarów Krymskich z kłopotami, z którymi borykają się nieznający
    języka niemieckiego gastarbeiterzy tureccy w RFN. Nie mówiąc już o dylematach
    młodych Turków urodzonych w Niemczech, lecz niemogących uzyskać obywatelstwa
    tego kraju ze względu na prawny związek obywatelstwa z narodowością niemiecką.

    Zagrożenie dla wartości europejskich?

    Populacja muzułmańska na terenie Europy stale rośnie, a jej obecność jest coraz
    bardziej widoczna. Muzułmanie to już nie tylko gastarbeiterzy, samotni
    mężczyźni, przebywający tymczasowo na obczyźnie. Gdy dołączyły do nich rodziny,
    w państwach europejskich pojawiło się drugie i trzecie pokolenie muzułmanów o
    obcych korzeniach. Ci urodzeni w Europie, znający często lepiej język kraju
    pobytu niż mowę przodków, nie traktują swego zamieszkania tutaj jako
    przejściowego pobytu. Oni są tu na stałe i wynikiem tego jest ich rosnąca
    troska o infrastrukturę religijną: o meczety, sale modlitw, szkoły religijne
    oraz zapewnienie takich warunków prawnych, które pozwoliłyby im na wypełnianie
    obowiązków religijnych oraz pielęgnowanie kulturowego dziedzictwa.

    Ponieważ wielu z nich buduje swoją tożsamość, opierając się na religii, powodem
    gorących dyskusji staje się kwestia, czy tradycyjne wartości islamu dadzą się
    pogodzić z wartościami zakorzenionymi w cywilizacji europejskiej. Debaty te
    rozgorzały w wyniku takich wydarzeń, jak rewolucja islamska w Iranie, wojna
    domowa w Libanie, sprawa "Szatańskich wersetów" Rushdiego, wojna w Zatoce,
    dyskusje na temat hidżabu (tradycyjnej zasłony dla kobiet) w szkołach, a
    ostatnio ataki terrorystyczne na USA. Co więcej, pojawia się wiele głosów
    twierdzących, że religia ta nie tylko może stanowić zagrożenie dla tradycyjnej
    kultury europejskiej, lecz że jej wartości są zasadniczo niezgodne z zasadami
    demokracji. Wskazuje się tutaj na brak poszanowania dla praw człowieka, a
    zwłaszcza na niską pozycję kobiety w społeczeństwie. Islam ma ponoć także
    zagrażać bezpieczeństwu państwowemu, przez związki mniejszości z ruchami
    fundamentalistycznymi, uformowanymi na terenie krajów ich pochodzenia.

    Te wyrażane często lęki są w większości przypadków sztuczne i nie znajdują
    odbicia w rzeczywistości. Dzieje się tak z wielu powodów. Przede wszystkim sami
    muzułmanie europejscy wywołali, jak dotychczas, naprawdę mało incydentów, które
    mogłyby być uzasadnieniem dla tego typu obaw. Najczęściej demonstracje i akty
    protestu odbywają się w krajach, które nie przyznały islamowi oficjalnego
    statusu i celem manifestantów jest właśnie uzyskanie tegoż statusu dla własnej
    religii. Miejscem tego typu akcji jest np. Wielka Brytania. Z kolei w
    Portugalii muzułmanie, nieposiadający także oficjalnego statusu mniejszości
    religijnej, starają się osiągnąć swe cele w pokojowy sposób, współpracując
    nawet ze znajdującymi się w podobnej sytuacji wyznawcami judaizmu. Natomiast
    bardzo często muzułmanie występują jako ofiary napaści czy prześladowań, jak ma
    to miejsce np. w Niemczech.

    W sprawie Rushdiego, która uważana jest za dowód nieprzystawalności islamu do
    wartości zachodnich, większość organizacji muzułmańskich w Europie odrzuciła
    orzeczenie Chomeiniego, choć jednocześnie organizacje te potępiły samą książkę.
    Tylko niewielka grupa ekstremistów, pod żadnym względem niereprezentatywna dla
    ogółu, poparła fatwę przywódcy rewolucji islamskiej. Takie małe ugrupowania
    można znaleźć w obrębie każdej religii czy ideologii.

    Poza tym podnoszona zależność grup imigrantów od politycznych przywódców
    Bliskiego Wschodu, którym przypisuje się silną muzułmańską inspirację, nie
    znajduje odbicia w rzeczywistości. Wymieniany często w tym kontekście Saddam
    Husajn związany jest przecież z sekularystyczną, a nawet antyreligijną
    ideologią partii Al-Bas. Co ciekawe, przywódca Serbów z Bośni i zbrodniarz
    wojenny Radovan Karadžić określany jest w tychże samych europejskich mediach po
    prostu jako nacjonalista, bez żadnych odniesień do religijnego, w tym wypadku
    chrześcijańskiego podłoża jego ideologii. Omawianie zaś odkrytych ostatnio
    śladów działalności Al-Kaidy w państwach europejskich odbywa się bez
    jakiejkolwiek wzmianki, że działalnością tą zajmują się małe grupki
    ekstremistów, z którymi znacząca większość ludności muzułmańskiej, przybyłej do
    Europy w celu znalezienia pracy i poprawienia warunków życia, nie ma i nie chce
    mieć nic wspólnego. Działania grup terrorystycznych, określających się jako
    muzułmańskie, są bowiem niewygodne dla samych muzułmanów, gdyż podważają
    podstawy ich i tak niepewnej egzystencji w nowych krajach oraz niosą ze sobą
    niebezpieczeństwo inwigilacji czy innych niedogodności, w tym kłopotów ze
    znalezieniem pracy. Działania te dodatkowo przyczyniają się do pogłębiania i
    tak już negatywnego obrazu wyznawcy islamu, jaki ugruntował się w Europie przez
    wieki i trwa do dzisiaj, a nawet są powodem postrzegania imigrantów
    muzułmańskich jako ludzi, tworzących z założenia środowiska kryminogenne.

    Uprzedzenia oraz odbieranie islamu i jego wyznawców jako wrogów kultury
    zachodniej nie jest niczym nowym i sięga początków kontaktów muzułmańsko-
    chrześcijańskich. Pojawiało się ono już w średniowiecznych polemikach teologów
    chrześcijańskich, a nasileniu ulegało w czasie konfliktów ideologiczno-
    politycznych, których źródłem były wojny krzyżowe, walki z Turcją osmańską, a
    później panowanie mocarstw kolonialnych, czy wreszcie obecne antagonizmy na
    Bliskim Wschodzie. Negatywne wyobrażenia odrodziły się w Europie w dużej mierze
    w wyniku powstania na jej terenie znaczących skupisk wyznawców islamu, a
    nasiliły się szczególnie w obliczu zastoju gospodarczego i zagrożenia
    bezrobociem. Wobec tego ostatniego imigranci stają się konkurencją na rynku
    pracy. Niechęć do islamu i muzułmanów podsycana jest przez organizacje
    polityczne o zabarwieniu prawicowo-nacjonalistycznym, jak choćby ugrupowanie
    Jörga Haidera w Austrii, czy nowe ruchy w Danii lub Holandii, które odkryły, że
    antymuzułmańska, populistyczna propaganda pomaga im w czasie wyborów. Używanie
    argumentów przeciw religii pomaga takim środowiskom uniknąć posądzenia o
    szerzenie nienawiści rasowej, zabronionej przez prawo i karanej.

    Muzułmanie wobec Europy

    Powielanie negatywnych stereotypów na temat islamu oraz uogólnianie zagrożenia
    ze strony niewielkich grup ekstremistów prowadzi do stygmatyzacji muzułmanów w
    codziennych kontaktach, a przez to często także do wykluczania ich z wielu sfer
    oficjalnego życia. Ma to niekorzystny wpływ na postawy, jakie muzułmanie, jako
    imigranci, przyjmują wobec rzeczywistości krajów pobytu. Sprzyja bowiem
    przyjęciu postawy odrzucenia zastanej kultury w całości, postrzegania jej jako
    zepsutej i dekadenckiej. Napiętnowanie muzułmanów jako gorszych, podejrzanych
    członków społeczeństwa i odmawianie im prawa obywatelstwa staje się przyczyną
    poszukiwania własnej wartości w rodzimej kulturze i tradycji, a co za tym
    idzie, podejmowania prób życia zgodnie ze wszystkimi zasadami odziedziczonej po
    przodkach religii2. Zauważalne staje się przy tym nadmierne przywiązanie i
    przesada w stosowaniu rodzimych wartości, przerysowana surowość w
    przestrzeganiu zasad wiary, coraz bardziej odległych od tych, któryc
  • 21.03.04, 00:09
    Muzułmanie wobec Europy

    Powielanie negatywnych stereotypów na temat islamu oraz uogólnianie zagrożenia
    ze strony niewielkich grup ekstremistów prowadzi do stygmatyzacji muzułmanów w
    codziennych kontaktach, a przez to często także do wykluczania ich z wielu sfer
    oficjalnego życia. Ma to niekorzystny wpływ na postawy, jakie muzułmanie, jako
    imigranci, przyjmują wobec rzeczywistości krajów pobytu. Sprzyja bowiem
    przyjęciu postawy odrzucenia zastanej kultury w całości, postrzegania jej jako
    zepsutej i dekadenckiej. Napiętnowanie muzułmanów jako gorszych, podejrzanych
    członków społeczeństwa i odmawianie im prawa obywatelstwa staje się przyczyną
    poszukiwania własnej wartości w rodzimej kulturze i tradycji, a co za tym
    idzie, podejmowania prób życia zgodnie ze wszystkimi zasadami odziedziczonej po
    przodkach religii2. Zauważalne staje się przy tym nadmierne przywiązanie i
    przesada w stosowaniu rodzimych wartości, przerysowana surowość w
    przestrzeganiu zasad wiary, coraz bardziej odległych od tych, których
    przestrzegali rodzice i dziadkowie. Takie postępowanie pozwala muzułmanom na
    zachowanie nie tylko własnej wartości, ale także poczucia bezpieczeństwa w
    obrębie tradycyjnej wspólnoty, gdzie jej członkowie wspierają się nawzajem i
    służą sobie pomocą3.

    Najbardziej pożądana z wielu przyczyn postawa budowy tożsamości muzułmańskiej,
    w zgodzie z europejskimi warunkami społeczno-prawnymi, pojawia się tylko w
    wyniku pozytywnych doświadczeń życia w poszczególnych państwach. Sprzyja jej
    oficjalne uznanie islamu przez państwo, przyznanie mu przywilejów, jakimi
    cieszą się inne wyznania i brak dyskryminacji we wszelkich formach życia
    społecznego. Dzięki temu muzułmanie, czerpiąc z lokalnej kultury to, co w niej
    dobre, i łącząc ją z wartościami wyniesionymi z własnej religii, tworzą "islam
    europejski", nową wartość kulturowo-społeczną, a niekiedy nawet religijną,
    która stanowi dowód na to, że islam - jako religia uniwersalna - jest sposobem
    życia, możliwym w każdym kulturalnym i politycznym kontekście.

    Ów islam europejski, przez akceptację europejskiego rozdziału władzy świeckiej
    od duchownej, wymaga oczywiście przeinterpretowania doktryny muzułmańskiej w
    wielu aspektach, co jest wyzwaniem teologicznym i intelektualnym, z którym
    mierzy się wielu uczonych i myślicieli muzułmanów. Jednym z nich jest Tariq
    Ramadan, który stara się w swych przemyśleniach i nauczaniu połączyć
    posłuszeństwo nauce islamu z akceptacją lokalnego świeckiego systemu prawnego i
    z obywatelskim zaangażowaniem w sprawy miejscowej, europejskiej społeczności.
    Tożsamość muzułmanina - przez zerwanie z tradycyjną kulturą kraju pochodzenia -
    staje się uniwersalna, lepiej dopasowana do warunków europejskich, a także
    wznosi się ponad historie konfliktów między jego kulturą rodzimą a kulturą
    kraju jego zamieszkania. Idee, propagowane przez Tariqa Ramadana, spotykają się
    ze szczególną akceptacją muzułmanów urodzonych już w Europie, szukających w
    religii własnej tożsamości, lecz za bardzo wrośniętych w kulturę europejską, by
    zaakceptować rodzimy islam etniczny.

    Nad stworzeniem warunków dla wykształcenia się islamu europejskiego, czyli nad
    opracowaniem zasad, które mogłyby być podstawą egzystowania muzułmanów w
    obrębie europejskich systemów prawnych, pracują już zespoły uczonych teologów i
    prawników, tak z krajów europejskich, jak i z Bliskiego Wschodu. Wyniki ich
    prac przyjmują formę orzeczeń prawnych, fatw, które publikowane są w
    czasopismach, wydawanych przez islamskie stowarzyszenia, a także w internecie
    czy specjalnych opracowaniach książkowych. Stanowią one cenną pomoc i zbiór
    wskazówek dla tych, którzy chcą być obywatelami państw europejskich - przy
    zachowaniu swej muzułmańskiej tożsamości i wiary.

    Dla porządku wypada wspomnieć o innych postawach, przyjmowanych przez
    muzułmanów. Jedną z nich jest całkowita asymilacja do lokalnej społeczności,
    prowadząca do odrzucenia wszystkich wyniesionych z domu tradycji i wartości, a
    przyjęcia na ich miejsce tych zastanych w kraju pobytu. Wiąże się to także z
    porzuceniem praktykowania islamu w życiu codziennym. Wydaje się, że taka
    unifikacja nie jest zjawiskiem całkowicie pozytywnym, prowadzić może do buntu
    następnego pokolenia, lub zagubienia w przypadku spotkania się z dyskryminacją,
    choćby ze względu na wygląd zewnętrzny.

    Nie można zapominać o jeszcze jednej tendencji, najmniej może popularnej, ale
    ważnej. Otóż część muzułmańskich imigrantów traktuje swój pobyt jako wyprawę
    misyjną, której celem jest nawrócenie jak największej liczby Europejczyków na
    islam. Wykorzystują oni fakt, że niektórych "starych" mieszkańców Europy upadek
    wielkich ideologii minionego wieku, rozczarowanie moralne liberalnym
    kapitalizmem i konsumpcyjnym podejściem do życia prowadzi do konstatacji, że
    tylko islam może być wyzwoleniem i tylko on może zaofiarować zadowalającą
    odpowiedź na wszystkie bolączki współczesności. Tendencje te trzeba widzieć w
    kontekście ideowego pluralizmu, jaki cechuje dzisiejszą rzeczywistość Starego
    Kontynentu. Nie wydaje się, by skala konwersji na islam w Europie miała
    odmienić jej kulturowe oblicze.

    *

    Coraz liczniejsza obecność muzułmanów w Europie, połączona z wyobrażonymi lub
    rzeczywistymi możliwościami wpływu islamu na Europejczyków i ich kulturę,
    prowokuje do postawienia kilku pytań, związanych z potrzebą redefinicji
    europejsko-chrześcijańskiej tożsamości:

    Czy współistnienie z wyznawcami innej religii w życiu codziennym będzie dla
    europejskich chrześcijan zagrożeniem, czy też raczej wyzwaniem do zastanowienia
    się, czym dla nich jest ich własna religia?

    Czy w czasach słabnięcia więzi rodzinnych pojawienie się grupy, dla której te
    więzi są bardzo ważne, stanowi zagrożenie, czy raczej pomoc dla chrześcijan,
    próbujących ratować tę wartość, jaką jest rodzina?4

    Czy muzułmanie, posiadający liczne rodziny, nie będą stanowić impulsu dla
    powstrzymania spadku liczby urodzeń wśród ludności autochtonicznej?

    Czy wyznawcy islamu, przyzwyczajeni do postrzegania obecności Boga we
    wszystkich aspektach życia, nie będą dla chrześcijan, żyjących w zlaicyzowanym
    społeczeństwie, pomocą i wzorem dla artykułowania swego chrześcijaństwa także w
    przestrzeni życia publicznego?

    Wszystkie te pytania sprowadzają się do jednego: czy zatem islam w Europie jest
    zagrożeniem, czy raczej wyzwaniem - religijnym, intelektualnym i społecznym?

    Agata Skowron-Nalborczyk

    źródło: WIĘŹ Nr 3/2003
  • 24.07.04, 19:00
    Beduinka staje twardo po jednej stronie. Ja mieszkalem 5 lat we Francji.
    Dokladnie w Strasbourgu. Znajdowaly sie tam 2 dzielnice prawie w calosci
    zamieszkale przez ludnosc emigracyjna z krajow arabskich, gdzie regularnie
    minimum raz w tygodniu byl palony ukradziony samochod. Raz bylem przypadkowo
    swiadkiem takiego zdarzenia. Policja z obawy przed zamieszkami nie reaguje zbyt
    ochoczo. straz pozarna zostala obrzucona kamieniami. Jest to protest przeciwko
    materialistycznemu podejsciu zachodu do zycia. Regularnie z czestotliwoscia ok
    raz w tygodniu odbywaly sie muzelmanskie manifestacje przeciwko: dyskryminacji
    muzulmanow, wojnie w Iraku, postawy panstwa Izrael i polityce francuzkiego
    rzadu. Nie zauwazylem nigdy zadnej dyskryminacji muzelmanow. Czesto jednak to
    muzulmanie wykorzystuja slabosc i bojazn urzedow i rzadu francuzkiego aby np.
    uzyskac zasilki, dostac prace, darmowe ubezpieczenie itd. Gdy tego nie uzyskuja
    oskarzaja urzedy o rasizm i dyskryminacje. Z drugiej strony arabowie francuzcy,
    zwlaszcza mlode pokolenie nie posiadaja wiekszej wiedzy nt. krajow z ktorych
    przybyli rodzice, religii, i nie mowia lub mowia bardzo slabo po arabsku.
    Mlodziez arabska jest kryminogenna, leniwa w poszukiwaniu pracy i generalnie
    przeciwna spoleczenstwom w ktorym przebywaja. Powrot jednak do krajow z ktorych
    przybyli jest bardzo trudny lub niemal niemozliwy choc byly i takie pomysly we
    Francji. Kobieta przez tych chlopakow jest traktowana jako gorszy rodzaj
    czlowieka, bez szacunku. Chusta na glowie jest tylko wierzcholkiem gory
    lodowej. Francuzi jednak sa niestety skazani na arabow gdyz nowe pokolenie
    posiada juz obywatelstwo francuzkie wg prawa francuzkiego sa wiec francuzami.
    Sytuacja podobna jest wiec troche o blednego kola i zeruja na niej populisci
    rzedu Le pena.
  • 13.11.04, 19:24
    Nowe Szwedki

    Fredrik Kullberg, ICA Kuriren (tłum. Bożena Lilja), 2004-11-12 21:23:39


    Uciskane, bite, zamykane w domach. Nie umiejące czytać i pisać. Zabijane w imię
    honoru. Oto obraz imigrantek z krajów muzułmańskich w szwedzkich mediach. Ale
    jest i druga strona medalu. Wiele z tych dziewcząt świetnie sobie w nowym kraju
    radzi. Lepiej niż ich szwedzcy rówieśnicy.

    Zapytajcie nauczyciela w jakiejkolwiek szwedzkiej szkole. Córki imigrantów są
    najlepszymi uczniami w klasie, nawet z takich przedmiotów jak język szwedzki.
    Są ciche, ambitne i pracowite. Wiele z nich to dzieci wykształconych w Szwecji
    studentów. Wychowywały się w akadamikach i od małego wiedziały jak ważna jest
    edukacja. Ich rodzice, mimo ukończonych w Szwecji szkół i dyplomów, prowadzą
    dziś taksówki albo są na zasiłku dla bezrobotnych. One chcą inaczej. I pewnie
    im się uda, ponieważ w przeciwieństwie od ich matki czy ojca, rozumieją kod
    szwedzkiego społeczeństwa.
    Mówią na ogół w kilku językach. Oprócz szwedzkiego, także w języku matki czy
    ojca, oraz płynnie po angielsku. Pewnie to ich wystąpienia zastąpią wkrótce
    nieporadny angielski na wielu konferencjach naukowych. Największym atutem tzw.
    nowych Szwedek jest nie tyle znajomość kilku kultur, ale ambicje i spryt.

    Nikt właściwie nie robił do tej pory badań dotyczących fenomenu córek
    imigrantów. Dopiero przy badaniu co ma wpływ na wybór jedzenia przez młodzież,
    przeprowadzonych przez instytut „United minds” na zlecenie „Mjölkfrämjandet”
    (organizacji zajmującej się wspieraniem konsumpcji mleka) okazało się, że
    dziewczyny te w zasadniczy sposób różnią się od swoich rówieśników. Mają
    zupełnie inne cele i podejście do swojej przyszłości niż na przykład hip-
    hopowcy, komputerowcy czy klubowicze.

    Gdy znajomi przykładowej „Fatimy Svensson” będą w czasie wakacji jeździć po
    świecie „stopem” i zapiszą się do szkoły klaunów w Amsterdamie, ta młoda nowa
    Szwedka ma bardziej tradycyjne pomysły.

    Nastawia się na zdobycie dającego pewność zawodu o wysokim prestiżu. Jej celem
    jest tytuł naukowy, najchętniej międzynarodowy. Chce być lekarzem, dentystą,
    farmaceutą, inżynierem. Aż 44 proc. studentow w szwedzkich uczelniach
    kształcących stomatologów ma etniczne pochodzenie, do tego większość studentów
    to kobiety. Rekordowy pod tym względem jest wydział dla przyszłych techników
    dentystycznych. Tam odsetek imigrantów wynosi 57 proc., a kobiety stanowią
    dominującą większość uczących się.

    - W ciągu najbliższych 10 lat te dziewczyny przejmą wiele zawodów o wysokim
    statusie. Będą naszą nową klasą srednią - mówi szefowa „Mjölkfrämjandet” Ingela
    Stenson.

    Kolejną różnicą między córkami imigrantów a rdzennymi Szwedkami jest stosunek
    do rodziny. Te ostatnie chcą żyć przede wszystkim dla siebie i opóźnić
    posiadanie dzieci, tak dlugo jak to możliwe. Dla córek imigrantów rodzina jest
    najważniejsza. Jej założenie to warunek szczęśliwego życia.

    Ale chwileczkę... Czy rodzina imigrancka nie jest dla kobiety prawdziwym
    piekłem i wiezieniem? – To obraz daleki od prawdy - uważają same kobiety.
    Rodzina to dla nich dowód kobiecej władzy i siły.

    Oczywiście, niektóre tradycje cały czas są żywe. Nowe Szwedki, tak jak ich
    matki, przygotowywują codziennie pracochłonne, tradycyjne dla kraju pochodzenia
    potrawy i biorą na siebie większość domowych obowiązków. Mimo to udaje im się
    robić kariery w prestiżowych zawodach. Mało tego, jak wynika z badań są mniej
    zestresowane niż Szwedki.

    Odrzucają takie zajęcia jak ćwiczenia w klubie fitness, korzystanie z pomocy
    domowej, wieczorki z koleżankami przy kuflu piwa. To ostatnie zresztą nigdy ich
    nie interesowało. W razie kryzysu zawsze pod ręką mają grono przyjaciółek i
    rodziny.

    Ta amitna i odnosząca sukcesy imigrantka będzie miała w Szwecji coraz większe
    znaczenie. Dla polityków, pracodawców, dziennikarzy. Tylko muszą ją najpierw
    zauważyć.

    Nic nie jest niemożliwe

    Jeszcze pięć lat temu Zeinab Hameed nie umiala powiedzieć po szwedzku ani
    słowa. Dziś jest studentką prestiżowej wyższej szkoły stomatologicznej w Malmö.

    Wymagnia na tej uczelni są bardzo wysokie, a konkurencja z roku na rok rośnie.
    W tym roku akademickim na 40 miejsc było 935 chętnych. Jedną z tych, którzy się
    dostali jest Zainab Hameed. Ma 22 lata i z pochodzenia jest Irakijką. Jest
    modnie ubrana, a włosy ukryte ma pod chustą. Zainab ma duże plany i wiarę, że
    wszystko się uda. Po skończeniu szkoły chciałaby otworzyć własną klinikę w
    Londynie.

    Jej rodzina miała dość rządów Saddama Hussajna i kilka lat temu przeprowadziła
    się z Iraku najpierw do Libii, później do Szwecji. Po sześciu miesiącach w
    Malmö Zainab na tyle dobrze poznała język, że zaczęła uczyć się w szwedzkim
    gimnazjum. Była dwa lata starsza od reszty klasy i wiedziała, że nie ma czasu
    do stracenia. Zamiast chodzić, jak inni na basen, Zainab siedziała nad
    książkami. Po trzech latach zdała maturę. Była jedną z najlepszych w klasie.

    Zainab nie tylko studiuje, ale także pracuje w weekendy w restauracji. Niedawno
    była na spotkaniu dawnej klasy z gimnazjum. Okazało się, że tylko ona i inna
    dziewczyna z Iraku są na studiach. Reszta albo je przerwała, albo nigdy ich nie
    podjęła. Ktoś pracuje w Burger Kingu, ktoś właśnie wrócił z długiej podróży,
    reszta odpoczywa. Zainab rozumie ich, ale ona swoje podróże odkłada na później.
    Teraz jej celem jest zostać dentystą.

    W jej rodzinie wykształcenie zawsze było najważniejsze. Oboje jej rodzice mają
    tytuł doktorów biologii. Co dość typowe, żadne z nich nie dostało pracy
    odpowiadającej ich wykształceniu. Matka została w końcu nauczycielką, ale tylko
    na pół etatu. Ojciec nadal jest bezrobotny.
    Czy czują się dyskryminowani? Zainab nie jest tego pewna. Z pewnością znaczenie
    tu ma ich znajomość szwedzkiego i wiek. Jest przekonana ze granice dzielące
    tych rdzennych i nowych Szwedów powoli znikają. Osobiście nie spotkała się z
    dyskryminacją ze względu na pochodzenie.

    Zainab odważnie patrzy w przyszłość. Dla młodych dentystów pracy w Szwecji jest
    sporo. Poza tym nastepnego lata zamierza wyjść za mąż. Narzeczony też pochodzi
    z Iraku i studiuje na informatyce. Zainab zamierza jednocześnie robić kariere i
    prowadzić życie rodzinne. Oczywiście chce mieć dzieci, ale nie od razu. Może za
    pięć, sześć lat. Zainab nie będzie mieć wtedy jeszcze 30-tki. Czy będzie mieć
    na to wszystko siłę? Pod ręką będzie matka i siostry, liczy też na pomoc
    przyszłego męża. Jest nowoczesny. Naprawdę umie gotować. – Wiem, że będzie
    ciężko, ale gdy się czegoś bardzo chce, to sie udaje. Nic nie jest niemozliwe -
    mowi Zainab Hameed.


    ZRODLO: www.arabia.pl


  • 13.11.04, 19:29
    Jeszcze dodam, ze obraz "uciesnionej" Arabki przekazuje nam w Szwecji prasa
    typu Aftonbladet, ktorej nawet nie warto czytac, bo coraz bardziej zaczyna
    przypominac prase brukowa. Kolorowe, przyciagajace okladki, itp. Czego sie nie
    robi, by zwabic czytelnika. Lepiej czytac stonowane Dagens Nyheter. Ten
    dziennik tylko raz, jakies 15 lat temu (tak przynajmniej slyszalam) zwolnil
    kogos za poglady polityczne, kto byl zbyt antyizraelski.
    --
    Pozdrowienia
    Joanna ( دمشق)
    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=621&w=9855231
  • 13.11.04, 19:41
    Dobrze, ze na arabia ukazal sie ten tekst. Ja juz rok temu probowalam to dac do
    zrozumienia na innym forum niejakiej Annie, ktora pisala:

    "Pragne tylko dodac, ze fakt analfabetyzmu arabow zamieszkalych w Izraelu (poza
    terytoriami) nie jest wina izraelskich wladz ale samych arabskich obywateli.
    Oni nie wykorzystuja tej samej i takiej samej mozliwosci do ksztalcenia jaka
    maja dzieci izraelskie (czyt. zydowskie). Nie posiadajac tradycji edukacyjnych
    sami lekcewaza koniecznosc ksztalcenia swoich dzieci, bardziej interesujac sie
    korzystnym "sprzedaniem" swoich corek rodzinom przyszlych ich mezow.
    Analogiczna sytuacja istnieje w Szwecji: arabscy ojcowie nie interesuja sie
    wynikami w nauce swoich dzieci, swoim zonom tez na to nie pozwalaja. Efektem
    tego jest, ze wiekszosc arabskich dzieci konczac szkole podstawowa nie jest w
    stanie poprawnie czytac i pisac, nie mowiac juz o matematyce. Te zaniedbane
    dzieci sukcesywnie tworza roznego rodzaju gangi i w ten sposob kolo sie zamyka."



    Anna@supernetpower.com, 2003-12-12 17:24



    --
    Pozdrowienia
    Joanna ( دمشق)
    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=621&w=9855231
  • 13.11.04, 19:49
    I jeszcze reszta korespondencji z pania Anna:

    Skad ty kobieto masz takie dane??? Sama mieszkam w Szwecji, znam wielu Arabow i
    musze cie niestety rozczarowac: wiekszosc sposrod ich dzieci osiaga duzo lepsze
    wyniki w nauce niz ich szewdzcy rowiesnicy. Wskaz mi swoje zrodlo, z ktorego
    czerpiesz te falszywe informacje. Niecierpliwie czekam

    ~Teletubbie1001, 2003-12-14 20:01


    W przeciwienstwie do tej babiny teletubbie majacej tyle arabskich przyjaciol,
    ja nie utrzymuje z nimi kontaktow, nie ma ich w moim otoczeniu. Informacje o
    skandalicznych wynikach, a raczej ich kompletny brak, w nauce ich dzieci
    czerpie z prasy szwedzkiej. Podejrzewam, ze teletubbie, nie czyta szwedzkich
    dziennikow, w przeciwnym wypadku bylaby swiadoma olbrzymich problemow jakie
    wystepuja w tej etnicznej grupie.

    Anna@supernetpower.com, 2003-12-16 18:48


    Czy pytanie, ktore ci zadalam Anno jest az tak niewygodne? Nie dosyc, ze
    czekalam na odpowiedz cale dwa dni, to jeszcze nazwalas mnie babina? Boisz sie
    tego, co mam do powiedzenia i dlatego probujesz mnie zdyskredytowac w oczach
    innych forumowiczow?
    Napisalas, iz swoje wiadomosci czerpiesz ze szwedzkich dziennikow. Ktorych?
    Expressen, Aftonbladet? Jezeli tak, to nie mamy o czym rozmawiac.
    Jesli zas chodzi o wszelke rewelacje dotyczace edukacji ( i nie tylko) Arabow,
    jest tu podobnie jak w kwestii nowinek z Polski. Jeden przypadek dorasta do
    rangi: wszyscy i wszedzie. Ilekroc czytam gazete czy ogladam Tv mam dziwne
    odczucie, iz kreuje sie w nich obraz straszliwej biedy i zacofania w Polsce.
    Prawie nigdy nie pokaza kulturalnych, zadbanych ludzi, ktorych przeciez nie
    brak w naszym kraju, tylko jakies stare bezzebne wiejskie baby, ktore w dodatku
    jakies 20 lat temu oddaly wlasne dzieci do szwedzkiej adopcji, itp. Trudno sie
    potem dziwic, iz wielu Szwedow na pytanie czy Polska powinna wejsc do Unii,
    odpowiada z oburzeniem, iz ten kraj jeszcze przez nastepne 50 lat nie powinien
    tam sie wcale znalezc.
    Ponadto cecha szwedzkiego szkolnictwa, w przeciwienstwie do polskiego, jest to,
    iz wszyscy uczniowie konczac dana klase powinni prezentowac podobny poziom
    wyksztalcenia. Jezeli delikwent nie zda jednego egzaminu, organizuje sie dla
    niego kolejny i kolejny, az do skutku. W ciezkich przypadkach mozliwe sa nawet
    lekcje indywidualne. Zatem przedstawiona przez ciebie teoria ma sie nijak do
    rzeczywistosci. Poza tym nalezy rozwazyc rowniez taka kwestie: wielu uchodzcow
    (z krajow arabskich i nie tylko) przyjezdzajacych tu w przeciagu ostatnich 20,
    30 lat reprezentowalo z roznych powodow odmienny poziom wyksztalcenia. Tu
    zastal ich inny jezyk ( i nauczanie w nim), inne przedmioty, pewnie tez roznilo
    sie wiekiem. Z pewnoscia ludzie ci mieli wiele problemow z dostosowaniem sie do
    panujacych w tym kraju warunkow. Ale to bylo, jak juz powiedzialam, 20, 30 lat
    temu. Wskaz mi zatem arabskie dzieci urodzone w Szwecji i majace takie problemy
    z nauka, jak to opisalas.
    Podobnie jest ze wspomnianymi przez ciebie arabskimi zonami. Piszesz, ze im
    mezowie nie pozwalaja sie uczyc. To ciekawe. Wielu bowiem imigrantow (w tym
    Arabow, Polakow, Latynosow, Somalijczykow, itp.) wybierajac Szwecje na swoj
    nowy dom liczylo na ow slynny socjal. Jednak jezeli osoba nie udokumentuje, iz
    regularnie uczeszcza do jakiejs szkoly (chociazby jezyka szwedzkiego), moze
    zapomniec o zasilku. Nie sadze zatem, by ktokolwiek w tym kraju zrezygnowal z
    takiej mozliwosci.
    Wierze, ze istnieja wsrod Arabow czy muzulmanow pewien odsetek mezczyzn, ktorzy
    nie popieraja edukacji swoich zon i nie interesuja sie wlasnymi dziecmi. Ale
    nie mniej podobnych osobnikow znajdziesz wsrod innych nacji, w tym takze
    Szwedow. Dlatego ktos, kto uogolnia tak jak to nie zasluguje nawet na
    jakikolwiek komentarz.
    Piszesz, ze w przeciwienstwie do mnie nie masz wsrod przyjaciol Arabow. Szkoda,
    bo to znaczy, ze tak naprawde nic o nich nie wiesz. Jak zatem mozesz cokolwiek
    o tej grupie etnicznej, jak sama sie wyrazilas, pisac? Poza tym twoje
    stanowisko wydaje sie byc typowe dla szwedzkich imigrantow z Polski; na
    szczescie nie jest to jeszcze regula, przynajmniej wsrod tych Polakow, ktorzy w
    tym kraju cos osiagneli w uczciwy sposob. Ci' Polacy (mam na mysli ta pierwsza
    kategorie) , jako ze sami ciesza sie tu chyba najgorsza opinia, probuja za
    wszelka cene znalezc sobie kozla ofiarnego- w tym przypadku Araba. Znajduje to
    nawet pewne uzasadnienie w psychologii.
    Pozostaje mi jeszcze jedna kwestia do omowienia. Rzad szwedzki popelnil pewien
    zasadniczy blad, ktory teraz pociaga za soba ogromne skutki; mianowicie,
    sprowadzajac te 20, 30 lat temu liczne rzesze uchodzcow, preferowal ludzi z
    niskim wyksztalceniem, by mogli oni wykonywac zawody, ktorych zaden Szwed nie
    ruszy. Zatem Szwecja nie jest reprezentacyjnym krajem. Nie zmienia to jednak
    faktu, iz udalo sie tu przemycic wielu ludzi swiatlych, w tym rowniez Arabow. W
    gronie takiej arabskiej inteligencji sie obracam. I gdyby polska inteligencja
    byla na podobnie wysokim poziomie, nie musielibysmy czytac takich komentarzy
    jak twoj.
    Jezeli jeszcze masz ochote napisac cos o szwedzkich Arabach, zerujac na
    niewiedzy forumowiczow (skoro oni nie znaja szwedzkich realiow), by poprzec
    swoja ideologie, to sprawdz sobie dane na temat narodowosci wlascicieli takich
    znanych nie tylko w Szwecji firm, jak: Neptunsat, Sekvencia, Almsat, SWEDX,
    Scand Vision, SatSystems . 3 z nich zatrudniaja Polki w charakterze
    sprzataczek; moze jestes jedna z nich, stad twoja frustracja? Chociaz z drugiej
    strony znane powiedzenie mowi, iz zadna praca nie hanbi', a wlasciciele
    wspomnianych przeze mnie firm stworzyli tym kobietom miejsca pracy nie z powodu
    wyrachowania, ale z dobroci serca. Maja bowiem te swiadomosc, ze owe panie
    zostawily w domu glodne dzieci, o ktore nie trodzczy sie polski rzad. Tu w
    Szwecji zas nie mialyby mozliwosci pracy skoro nie znaja jezyka. Poza tym
    sprawdz sobie do kogo naleza takie znane restauracje jak: Beirut Café
    (ogloszona najlepsza sztokholmska restauracja jakies 2 lata temu), Lebanon
    Restaurant, Cave du Roi, siec Folket Kebab, czy otwarty ostatnio Balbaak. To
    tylko niektore z wielu firm, ktorych wlascicieli znamy z mezem osobiscie.
    Sprawdz sobie ich strony internetowe; dowiedz sie jaki osiagaja roczny dochod
    brutto, jak wysokie placa podatki, z ktorych rowniez ty zyjesz, ile tworza
    miejsc pracy . Z powyzszymi pytaniami zglos sie do Skattemydningheten - takie
    informacje sa w Szwecji jawne.
    Zadzwon i sprawdz czy to, co napisalam o polskich sprzataczkach , to prawda.
    Jezeliby szwedzcy Arabowie rzeczywiscie mieli problemy z pisaniem czy
    matematyka jak to probujesz nam usilnie dac do zrozumienia, to w jaki sposob
    ich firmy stalyby sie jednymi z wiekszych w calej Skandynawii?
    W dalszym ciagu czekam zatem na twoja odpowiedz, skad czerpiesz te rewelacje,
    bym mogla sie do nich odpowiednio ustosunkowac.



    ~Teletubbie1001, 2003-12-17 09:15
    --
    Pozdrowienia
    Joanna ( دمشق)
    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=621&w=9855231
  • 06.06.05, 14:24
    ten wątek nazwałam kiedyś dawno temu islam w Europie
    ale niech będzie poszerzony także ogólnie o Arabów w Europie
    w każdym razie nie da się edytować wątków, więc nie mogę tego zmienić ni w
    tytule ni w początku całości :))
  • 07.10.05, 09:36
    Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy zaleciło państwom członkowskim nie
    aprobowanie małżeństwa zawieranych pod przymusem. Z danych, którymi dysponuje
    Zgromadzenie, liczba takich przymusowych małżeństw stale rośnie.


    Problem staje się coraz bardziej zauważalny wraz z napływem imigrantów z krajów
    muzułmańskich. Ocenia się, że tylko we Francji jest około 70 tysięcy kobiet
    zagrożonych przymusowym małżeństwem. Większość ślubów jest zawierana w kraju
    pochodzenia tych kobiet. Często są to osoby nieletnie.

    Deputowani zaapelowali do parlamentów państw członkowskich o ustanowienie
    przepisów, które zapobiegną tego typu związkom i umożliwią karanie osób
    odpowiedzialnych za stosowanie przymusu. Przepisy te powinny też jednoznacznie
    stwierdzać, że małżeństwo nie może być zawarte przed ukończeniem przez
    partnerów 18-tu lat. Zgromadzenie zaleca też nie uznawanie małżeństw obywateli
    europejskich, jeśli zawarto je zagranicą pod przymusem.
    (www.arabia.pl)
  • 07.12.08, 15:48
    tematu praw człowieka, zaczynają brzmieć barbarzyńskie tony.
    --
    Redakcję GW proszę o napisanie na mój adres e-mailowy, skąd u nich
    taka niechęć do wolnych państw.
  • 23.06.06, 09:31
    Po raz pierwszy zetknąłem się z islamem w Dakarze ze 40 lat temu. Naturalnie
    nie licząc moich krótkich i niedokończonych studiów orientalistycznych, ale to
    wszak była tylko teoria, chociażuczyłem sięarabskiego właśnie w wersji Koranu.
    Dawno i nieprawda. W Daharze usłyszałem po raz pierwszy śpiew muezina, a takze
    przeżyłem prawdziwy wstrząs...
    więcej w Trybunie 23.06.
    --
    sirocco.turystyka.net
    krajearabskie.prv.pl
  • 02.07.06, 07:27
    Sąd w Szwecji skazał Somalijczyka na 4 (cztery) lata więzienia, który siłą
    zmusił swoją 13 letnia córkę do poddania się zabiegowi wycięcia łechtaczki. Ten
    barbarzyński zwyczaj bardzo rozpowszechniony wśród islamskich emigrantów jest w
    Szwecji urzędowo zakazany od 1982 roku.


    www.neww.org.pl/en.php/news/news/1.html?&nw=2574&re=1
  • 08.07.06, 17:24
    To jedna z wielu rzeczy, ktore mi sie podobaja w Szwecji. Tu do prawa podchodzi
    sie logicznie i przede wszystkim demokratycznie. Jezeli istniejace prawo nie
    podoba sie badz jest przyczyna przykrosci (rowniez immigrantow, ktorzy maja
    takie same prawo upominac sie o swoje jak rodowici sZWEDZI) moga oni zwrocic
    sie do odpowiednich wladz/sluzb, gdzie zwoluja specjalna komisje, ktora ocenia
    istniejace prawo (czy jest ono nielogiczne badz dyskryminujace pewne grupy
    spoleczne). Zarowno ja jak i moi znajomi sie wielokrotnie o tym przekonywalismy
    (w roznych dziedzinach). Pracownica lunaparku w hijabie nie robi nikomu krzywdy
    wiec czemu nie pozwolic jej go nosic?
    pozdrawiam
    --
    "Det bästa en kvinna kan göra är att gifta sig med en arkeolog, för ju äldre
    hon blir desto mer intresserad blir han"
    Agatha Christie
    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=621&w=33607272
  • 31.08.06, 07:35
    Muzułmanki walczą o chusty

    Powraca sprawa chust muzułmańskich na bułgarskich uczelniach - informuje
    wczorajsza prasa sofijska. W Płowdiwie grupa 110 studentek z Turcji, które mają
    podjąć naukę w Akademii Medycznej, domaga się prawa do noszenia takich chust na
    zajęciach.
    Studentki przebywają w Bułgarii na podstawie kontraktu z prywatną firmą turecką
    i płacą za naukę po 4 tys. euro rocznie. Ten aspekt finansowy sprawia - pisze
    dziennik "Sega" - że rektor Akademii Georgi Paskalew waha się, jaką decyzję
    podjąć w tej sprawie.
    Pytania o prawo do noszenia muzułmańskich chust napłynęły z Turcji także do
    dwóch innych wyższych uczelni w Płowdiwie. Na Uniwersytecie Płowdiwskim wydano
    na to zezwolenie, a rektor Uniwersytetu Technicznego kategorycznie zakazał
    chust.
    PS, PAP
    --
    sirocco.turystyka.net
    krajearabskie.prv.pl

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.