• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego

ISLAM W EUROPIE Dodaj do ulubionych

  • 06.11.03, 22:39
    Zaawansowany formularz
    • 06.11.03, 22:44
      Jak norweska minister chciała unowocześnić islam w swym kraju

      Wypowiedź norweskiej minister o konieczności "modernizacji" islamu w Norwegii
      wywołała konsternację wśród tamtejszych muzułmanów i... u luterańskiego biskupa
      Oslo. Tak naprawdę chodzi o coś więcej niż słowa

      - Muzułmanie żyjący w Norwegii muszą pogodzić się z tym, że są mniejszością w
      postępowym i zorientowanym na równouprawnienie społeczeństwie - powiedziała
      kilka dni temu gazecie "Aftenposten" minister Erna Solberg, odpowiadająca m.in.
      za integrację imigrantów i rozwój regionalny. - Islam w Norwegii musi się
      modernizować - dodała.

      Na reakcję nie trzeba było długo czekać. O wyjaśnienia do pani minister
      zwróciły się organizacje muzułmańskie. Przedstawiciele World Islamic Mission w
      tym kraju zapytali Solberg wprost, co miała na myśli, mówiąc o "modernizacji".
      Minister słynąca zarówno z politycznej odwagi, jak i niewyparzonego języka
      odpaliła, że czas zakazać przymusowych i aranżowanych z góry małżeństw, których
      ofiarami padają kobiety, że trzeba ułatwić procedury rozwodowe muzułmańskim
      kobietom i wymusić na muzułmańskiej społeczności, by przyznała równe prawa
      dziewczynkom i kobietom.

      W Norwegii liczącej ok. 4,4 mln ludzi i zamieszkałej w 95 proc. przez
      etnicznych Norwegów (ok. 3-4 proc. to norwescy Finowie) żyje około 70 tys.
      muzułmanów. Część z nich to potomkowie imigrantów z Maroka czy Pakistanu, ok. 2
      tys. to osoby, które z różnych powodów przeszły na islam. Z wydanego niedawno
      norweskiego studium o integracji kobiet muzułmanek pt. "Female Integration"
      wynika, że na drodze integracji muzułmanów stoi głównie zwyczaj aranżowanych
      małżeństw. Aż 82 proc. kobiet córek Marokańczyków żyjących w Norwegii
      poślubiło - często wbrew własnej woli - innych Marokańczyków, nierzadko
      członków tych samych rodzin czy klanów. W przypadku Pakistańczyków odsetek ten
      wynosi 76 proc.

      Za winnych polityki izolacji muzułmanów w Norwegii Solberg uznała immamów jako
      strażników konserwatyzmu. Jej zdaniem nie mogą się oni przyzwyczaić do tego, że
      żyją w kraju, w którym ich religia nie jest i nie będzie dominująca. -
      Religijni przywódcy nie mogą być ot tak sobie sprowadzani do Norwegii z krajów,
      w których islam jest wiodącą religią - tłumaczyła, podkreślając, że "powinni
      uczyć się w Europie". - Immamowie, którzy przyjeżdżają do Norwegii, są
      zobowiązani uczyć się norweskiego i orientować się w narodowej tradycji -
      polemizował z minister Solberg Amber Khan z norweskiego oddziału World Islamic
      Mission.

      Do debaty przyłączył się Gunnar Staalsett, luterański biskup Oslo. Skrytykował
      on wypowiedź minister, twierdząc, że zbytnio upraszcza ona obraz islamu. -
      Oczywiście jest potrzeba unowocześnienia społeczności religijnych, ale
      wszystkich - nie tylko muzułmańskiej - powiedział w norweskiej telewizji NRK.


      źródło: gazeta.pl Jacek Pawlicki 06-11-2003
      • 24.02.04, 21:05
        rzeklbym ze imamowie w islamie, jak ksieza katoliccy sa ostoja najwiekszego
        betonu i reakcjonizmu
        nic nowego
        wystarczy posluchac chwile naszych biskupow
        czlowiekm odf razu ma ochote przejsc na ateizm

        • 07.12.06, 14:26
          Myslisz - dlaczego tyle osob wychodzi z KK??
          --
          !איזה יום שמח, כל היום
      • 09.11.04, 17:22
        Mein Kampf?

        źródło: Kosciol.pl

        Główni członkowie norweskiej prawicowej partii Kristiansand ośwadczyli,
        że "Mein Kampf" Hitlera oraz Koran są tym samym gatunkiem książki, która wzywa
        do nienawiści. Powiedzieli też, że chcą, by islam w Norwegii został
        zdelegalizowany.
        - Nie jesteśmy jedynymi, którzy się tego domagają - powiedział Halvor Hulaas,
        szef partii - ta opinia jest dobrze zakorzeniona w krajach skandynawskich.
        Teraz ściągamy tu ludzi, którzy praktykują swoja religię w takiej samej formie,
        jak robili to w roku 600. Jesli ich nie powstrzymamy, to już niedługo wolność
        religijna w Norwegii może się skończyć ale dla nas. Karina Udnæs, również jedna
        z przywódczyń partii idzie jeszcze dalej, mówiąc: - Najwyższy czas by Europa i
        Norwegia zdelegalizowały jak jest to w przypadku nazizmu - przecież im prorok
        Mahomet kzał zabijać wszystkich "niewiernych". Halvor Hulaas podkreśla, że
        Udnæs nie jest odosobniona w swoich poglądach. - Islam tak, jak jest
        praktykowany stanowi zagrożenie dla naszego systemu społecznego i stylu życia.

        Szef Kristiansand dodał, ze obecnie dużą groźbą jest budowanie wciąż nowych
        meczetów w norweskich miastach.
        • 07.12.06, 14:30
          Niestety, kraja arabskie legalnie drukuja, czytaja i popieraja Mein Kampf. A
          zatem jest o co sie bac. Szczegolnie w tolerancyjnym kraju. Inaczej wolnosc
          slowa bedzie naduzywana w imie prawa do neofaszystowskich i terrorystycznych celow.
          --
          !איזה יום שמח, כל היום
    • 11.11.03, 17:53
      Za prawnym zakazem noszenia "widocznych oznak religijnych w szkole", czyli
      głównie chust muzułmańskich dziewczyn, opowiada się 55 proc. Francuzów - wynika
      z sondażu instytutu CSA w "Le Figaro". Prezydenta Chiraca, który oświadczył
      ostatnio, że "laickość nie podlega negocjacjom", popiera w tej sprawie 62 proc.
      sympatyków prawicy i aż 58 proc. mężczyzn. Bardziej wstrzemięźliwe są kobiety
      (mimo wszystko 53 proc. za zakazem chust) oraz młodzi w wieku 18-24 lata (51
      proc.). 42 proc. Francuzów chce kompromisu w sprawie miejsca islamu w szkole.
      Tylko 19 proc. jest kategorycznie przeciw usuwaniu niepokornych dziewczynek ze
      szkół.

      ŹRÓDŁO: GAZETA WYBORCZA, RS 09-11-2003
      • 11.11.03, 21:02
        No to i krzyżyki proponuję wsadzić pod bluzki, żeby ich nie było widać...
        Ciekawe, jak się ma sprawa z tałesami, pejsami itp?
        W ostatecznym rozrachunku Sikhowie mają też "religijne" (a może bardziej
        kulturowe) nakrycia głowy wynikające z tego, że się nigdy nie strzygą i podobny
        kołtun można nosić tylko pod turbanem, jeśli się nie chce wyglądać
        nieestetycznie.

        --
        Salaamu Wa-alleikum

        Chaladia Bolandi
        • 25.11.03, 22:23
          "Ciekawe, jak się ma sprawa z tałesami, pejsami itp?"

          Antysemityzm we Francji jest straszliwy - to nie przesada. Liczba ataków na
          Żydów wciąż rośnie - za znaczną ich częścią stoją mieszakający tam muzułmanie,
          ale nie jest to wyłącznie ich domena. Ksenofobia francuska daje o sobie znać.
      • 12.11.03, 23:02
        Czy laickość Francji dotyczyć ma też rachunków żony prezydenta Chiraca?


        Obrońcy laickości zaatakowali we Francji prezydenta Chiraca za kosztowny wyjazd
        jego żony do Rzymu na beatyfikację Matki Teresy.

        "Laickości się nie negocjuje" - to twarde stwierdzenie Jacquesa Chiraca sprzed
        kilku dni ściągnęło na jego głowę gromy obrońców laickości we Francji, gdy
        satyryczny tygodnik "Canard Enchaine" ujawnił, że pobyt żony prezydenta
        Bernadette, premiera Jean-Pierre'a Raffarina i ok. 40-osobowej delegacji
        Francuzów podczas beatyfikacji Matki Teresy w Rzymie kosztował 100 tys. euro.

        W ataku "Canard Enchaine" pod adresem żony prezydenta jest oczywiście wiele
        złośliwości (Pierwsza Dama Francji musi się przecież zatrzymywać w hotelach o
        pewnym standardzie), ale laicy wykorzystali tę publikację, by zaatakować
        Chiraca za to, iż inną miarę przykłada on do islamu, a inną do chrześcijaństwa.
        W poniedziałek w Valenciennes na północy Francji prezydent wypowiedział się o
        zaogniającym się ostatnio sporze o chusty islamskie noszone przez młode
        muzułmanki w republikańskich szkołach. Ostrzegł, że jeśli będzie trzeba,
        prawnie zakaże takich praktyk. Ostatnio ze szkół usunięto wiele młodych
        dziewczyn właśnie za chusty - najgłośniejsza była sprawa sióstr Levy
        wyrzuconych z liceum na północy Paryża. - Laickość stanowi dla każdego
        obywatela fundamentalną ochronę - gwarancję, że nie tylko jego przekonania będą
        respektowane, ale też że przekonania innych nie zostaną mu nigdy narzucone -
        mówił Chirac. - Francja nigdy nie pozwoli, by przeszkody obce prawu naszej
        demokracji wpływały na nasze serca, umysły i zwyczaje.

        Choć to ostrzeżenie adresowane było do muzułmanów, to komentatorzy podkreślali
        także, iż z podobnych pobudek Chirac jest zdecydowanym przeciwnikiem
        umieszczenia w preambule konstytucji Unii zapisów o "chrześcijańskich
        korzeniach" Europy. Czyni tak także ze względów politycznych - podobna wzmianka
        ściągnęłaby na niego niechybną krytykę całej lewicy, co pogrzebało szansę na
        ratyfikację konstytucji w ewentualnym referendum we Francji (a Chirac się nad
        nim zastanawia).

        Właśnie o konstytucji rozmawiać miał w weekend w Rzymie z sekretarzem stanu
        Watykanu Angelo Sodano premier Raffarin - co zdradził mediom... prezydent
        Aleksander Kwaśniewski (Stolica Apostolska i urząd premiera milczą na ten
        temat). Okazją do jego przyjazdu do Rzymu była beatyfikacja Matki Teresy z
        Kalkuty. Wybrała się na nią delegacja na czele z panią prezydentową, premier z
        żoną, wieloma deputowanymi, ich doradcami itd. Jak donosi "Canard Enchaine"
        Francuzi przylecieli dwoma Falconami, zatrzymali się w jednym z najdroższych
        rzymskich hoteli Hassler, wydali huczne przyjęcie z udziałem wielu kardynałów w
        Villa Bonaparte, siedzibie ambasady Francji przy Watykanie. Tylko rachunek za
        hotel wyniósł 100 tys. euro.

        Jean-Francois Kahn, redaktor naczelny lewicowej "Marianne", uznał to w środę
        wieczorem w popularnym radiu RTL za niedopuszczalną rozrzutność, kontrastującą
        ze skromnością Matki Teresy, opiekunki hinduskich biedaków, oraz podkreślał
        sprzeczność między deklaracjami prezydenta o laickości a wizytą oficjalnej
        delegacji w Watykanie. W dyskusji radiowej polemizowano z nim: Francja jest
        laicka, ale żyją w niej też katolicy (właśnie Papież mianował trzech Francuzów
        kardynałami). Swej religijności pani Chirac nigdy zresztą nie ukrywała.



        źródło: Gazeta Wyborcza Robert Sołtyk
      • 25.11.03, 21:54
        kobieta wykluczona ze składu ławników za noszenie muzułmańskiej chusty

        Muzułmanka została wykluczona ze składu ławników za noszenie na głowie chusty.
        Decyzję w tej sprawie podjął we wtorek minister sprawiedliwości Dominique
        Perben. Jego zdaniem chusta na sali sądowej w Bobigny pod Paryżem łamała
        wpisaną do francuskiej konstytucji zasadę świeckości instytucji państwowych. We
        Francji trwa gorąca debata na temat noszenia chust w szkołach i urzędach
        publicznych. Dziennik "Le Parisien" skontaktował się z mężem kobiety, który
        stwierdził, że w pełni rozumie decyzję. Poinformował, że jego żona cieszy się,
        że nie będzie musiała wypowiadać się w trudnej sprawie o próbę morderstwa.

        źródło: GW, 25-11-2003
      • 13.12.03, 22:43
        Francja: Kościoły chrześcijańskie nie chcą zakazywać nosić muzułmańskich chust
        w szkołach

        O niezakazywanie muzułmańskim dziewczętom noszenia chust na głowach w szkołach
        zaapelowali do prezydenta Jacques'a Chiraca francuscy przywódcy Kościołów
        katolickiego, protestanckiego i prawosławnego. Ich zdaniem o wiele
        poważniejszym problemem niż chusty jest to, że Francji nie udaje się
        zintegrować ze społeczeństwem 5 mln muzułmańskich obywateli. We Francji toczy
        się gorąca debata, czy chusty są sprzeczne z laickim charakterem państwa.

        źródło: gw, afp, 08.12.03
      • 13.12.03, 22:48
        Czy francuski parlament zakaże symboli religijnych w szkołach publicznych?

        Za wprowadzeniem ścisłego zakazu noszenia "ostentacyjnych" oznak religijnych w
        szkołach publicznych we Francji opowiedziała się wczoraj grupa ekspertów pod
        kierunkiem Bernarda Stasiego. W raporcie dla prezydenta proponują oni, by
        najważniejsze święta muzułmańskie i żydowskie stały się dniami wolnym od lekcji

        Spór o muzułmańskie chusty, które nosi w publicznych szkołach niespełna 1,5 mln
        młodych Francuzek wyznania muzułmańskiego, podzielił kraj na dwa obozy.
        Zatwardziali obrońcy laickości chcieli jednoznacznego zakazu - najlepiej w
        formie ustawy. Miałby on dotyczyć wszelkich oznak religijnych - nie tylko w
        szkołach, ale i w służbach publicznych. To zdanie zwyciężyło.

        Część prawicy i związki wyznaniowe ostrzegały, że zakazy prawne to fałszywa
        droga, gdyż doprowadzi do zerwania dialogu z dziewczynkami w chustach i ich
        rodzicami oraz umocni przekonanie wielu muzułmanów, iż są prześladowani. Jednak
        republikańska Francja jest dumna ze swych standardów laickości i nie chce
        ustąpić mniejszości, którą na dodatek uważa za manipulowaną przez islamskich
        radykałów.

        Raport komisji Stasiego (stanie się on zapewne podstawą do napisania ustawy)
        stara się znaleźć równowagę, ale w głównym punkcie jest zgodny z
        opinią "laików" - w szkołach należy zakazać chust islamskich, dużych krzyży
        oraz żydowskich kip. Byłyby za to dozwolone, jak obecnie, małe medaliki,
        krzyżyki lub gwiazdy Dawida na łańcuszku, małe Korany itp. Te zasady miałyby
        zostać przyjęte także na uniwersytetach, w szpitalach, zakładach pracy. Nie
        byłoby też można zasłaniać się przekonaniami religijnymi, by odmówić udziału w
        przewidzianych programem lekcjach (niektóre małe muzułmanki odmawiały
        uczestnictwa w gimnastyce, biologii, a nawet historii).

        Dodatkowo, i to jest wielka nowość, wolne od zajęć szkolnych byłyby żydowskie
        święto Jom Kippur (Sądny Dzień) oraz muzułmańskie Id al Adha (Święto
        Ofiarowania) - tak samo jak chrześcijańskie Boże Narodzenie czy Wielkanoc.
        Pracownicy w zakładach pracy mieliby mieć prawo wyboru, które ze świąt
        religijnych wolą jako dzień wolny - co nie będzie zapewne trudne do
        wprowadzenia w życie, zwłaszcza w dużych fabrykach, dotąd zamykanych np. 25
        grudnia.

        By ułatwić zbliżenie i dialog między młodzieżą - w 60-mln Francji jest ok. 6
        mln muzułmanów i 600 tys. żydów - w szkołach ma być obchodzony Dzień Marianny
        (symbol Republiki) w czasie Tygodnia Walki z Rasizmem - nauczyciele będą
        wówczas rozmawiać z uczniami o laickości. W stołówkach szkolnych menu ma
        uwzględniać potrawy odpowiadające uczniom wszystkich wyznań. Komisja Stasiego
        opowiada się także za wprowadzeniem do szkół nauki arabskiego oraz
        uzupełnieniem w programach historii wykładów na temat niewolnictwa, kolonizacji
        i imigracji.

        Za noszenie chust z francuskich szkół usunięto już dziesiątki dziewczynek, a
        mimo to ich liczba nie spadła. Problem dotyczy marginesu, ale jest on często
        wyolbrzymiany. Pierwsze reakcje na propozycje komisji były ostrożne. Można
        jednak oczekiwać, że raport dyskusji o laickości we Francji nie zakończy. Wręcz
        przeciwnie.

        źródło: GW, Robert Sołtyk 11-12-2003
      • 19.12.03, 12:31
        Chirac za zakazem chust muzułmańskich

        Prezydent Francji wypowiedział się za ustawą, która zakaże noszenia "ostentacyjnych oznak religijnych" w szkole. Chodzi przede wszystkim o chusty muzułmańskie

        W przemówieniu wygłoszonym w środę w Pałacu Elizejskiemu prezydent Jacques Chirac wypowiedział się za przyjęciem wniosków raportu komisji ekspertów pod kierunkiem Bernarda Stasi w sprawie obrony laickości szkoły francuskiej. "Laickość jest jednym z największych osiągnięć Republiki. Odgrywa kluczową rolę dla harmonii społecznej. Nie możemy sobie pozwolić na jej osłabienie" - powiedział prezydent.

        Jednocześnie jednak prezydent odrzucił inne zalecenia komisji w kwestii wprowadzenia do kalendarza szkolnego obok chrześcijańskiego Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy dwóch dodatkowych dni świątecznych z okazji muzułmańskiego święta Id Al Adha (Święto Ofiarowania) i żydowskiego Jom Kippur (Sądny Dzień).

        Decyzja Chiraca została ogłoszona, gdy w szkołach rozgorzała wojna o prawo do chust. Z zakazem wojuje już 1500 uczennic muzułmańskich, które są bohaterkami w swoim środowisku. Republikańska Francja, przywiązana do laickości szkoły ale też wystraszona tym co uważa za zagrożenie ze strony źle zasymilowanych imigrantów arabskich, poparła ideę zakazu. W sondażu tuż przed decyzją prezydenta prawie 60 proc. Francuzów opowiedziało się za ustawowym zakazem noszenia chust muzułmańskich przez uczennice.

        Jednak od aprobaty dla raportu do samej ustawy droga jest jeszcze daleka. Rząd musi opracować projekt, a parlament musi go przyjąć.

        źródło: gw, afp, mak 17-12-2003
        • 19.12.03, 12:42
          O decyzji Chiraca w sprawie ustawy o zakazie chust

          Poparcie prezydent Francji dla zakazu noszenia chust islamskich komentuje redaktor naczelny katolickiego dziennika "La Croix" Guillaume Goubert

          Guillaume Goubert

          redaktor naczelny katolickiego dziennika "La Croix"

          Ustawa odpowiada na zaniepokojenie elektoratu francuskiego, który widzi rosnący wpływ muzułmanów. W trakcie debaty doszło do dziwnego sojuszu ksenofobów antyarabskich i obrońców laickości.

          Przede wszystkim nie podoba nam się samo ograniczanie obecności symboli religijnych w szkole. Nasza redakcja była też przeciwna załatwianiu problemu ustawą, kiedy można było to zrobić zwykłymi rozporządzeniami. Akt prawny tej rangi może być odebrany jako napiętnowanie chusty islamskiej, usztywni stanowiska, zmniejszy pole manewru szkoły, a nie zwiększy go. Być może sama zapowiedź jego wprowadzenia sprawi, że kolejne młode muzułmanki rzucą wyzwanie państwu i przyjdą do szkoły w chuście. Przecież laickość szkoły jest już zapisana w przepisach, którymi rządzi się szkoła. Trzeba było jedynie wesprzeć nauczycieli, którzy mają dziś do czynienia z ofensywą niektórych środowisk muzułmańskich. Przy całej naszej dezaprobacie i my jesteśmy zwolennikami szkoły świeckiej, która nie może być miejscem prozelityzmu religijnego. Medalik na szyi dla katolików, symboliczna zasłona na włosy - mówimy tak. Jednak czador albo chusta, która zasłania całą postać - na to się nie zgadzamy.

          Prezydent nie podchwycił natomiast innej sugestii raportu ekspertów wprowadzenia dodatkowych świąt religijnych - żydowskiego i muzułmańskiego.

          ŹRÓDŁO: GW, not. mak 17-12-2003
      • 28.12.03, 20:52
        Protest przeciw zakazowi noszenia chust we Francji

        Około 3 tysięcy osób demonstrowało w niedzielę na ulicach Paryża przeciw rządowemu projektowi ustawy zakazującej noszenia we francuskich szkołach publicznych muzułmańskich kobiecych chust na głowę, jarmułek i dużych krzyży.

        Wśród demonstrujących dominowali muzułmanie, było wiele młodych kobiet z chustami na głowach. Protestujący przeszli przez centrum Paryża niosąc transparenty z napisami: "Moja chusta, mój głos", czy "Chusta, krzyż, jarmułka - pozwólcie nam wybierać". W czasie demonstracji spalono flagę Francji oraz dowody osobiste tego kraju.

        "We Francji obowiązuje wolność słowa. Na razie korzystali z niej ci, którzy chcą wprowadzić nową ustawę. Teraz nasza kolej" - powiedziała Wuassilla, jedna z organizatorek protestu.

        Wcześniej w środę prezydent Francji Jacques Chirac przedstawił propozycję ustawy zakazującej noszenia we francuskich szkołach publicznych muzułmańskich kobiecych chust na głowę, jarmułek i dużych krzyży.

        "W pełni świadomie uważam, że noszenie strojów lub symboli, które w wyraźny sposób deklarują przynależność religijną, powinno być w szkołach zakazane" - oświadczył Chirac w transmitowanym przez telewizję przemówieniu. "W tym celu niezbędna jest ustawa" - dodał prezydent, wzywając parlament do jej uchwalenia jeszcze przed rozpoczęciem kolejnego roku szkolnego we wrześniu 2004 roku.

        Sprawa chust, noszonych przez muzułmańskie uczennice, stała się jednym z głównych tematów publicznych dyskusji we Francji po tym, gdy w kilku przypadkach zakaz chust zaowocował bojkotem zajęć szkolnych.

        źródło: gw, PAP 22-12-2003
      • 02.01.04, 11:59
        Francja miała prawo zakazać kobietom muzułmańskim noszenia chust - uważa
        egipski imam, przywódca sunnitów

        Francja miała prawo zakazać kobietom muzułmańskim noszenia chust - uważa
        egipski imam, przywódca sunnitów. Egipski szejk Muhammad Sajed Tantawi, uważany
        za duchowego przywódcę około miliardowej społeczności sunnitów na świecie,
        spotkawszy się z odwiedzającym Kair ministrem spraw wewnętrznych Francji
        Nicolasem Sarkozym oświadczył, że jego kraj "miał prawo zakazać noszenia
        islamskich chust w miejscach publicznych, zwłaszcza szkołach, a muzułmanie we
        Francji powinni się poddać temu zakazowi".

        źródło: GW, ricz, pap 30-12-2003
      • 26.01.04, 23:30
        Nieudany zamach na muzułmańskiego prefekta we Francji

        Przed świtem w niedzielę wyleciał w powietrze samochód należący do mianowanego
        w ub. tygodniu pierwszego od ośmiu lat muzułmańskiego prefekta (wojewody) we
        Francji Aissa Dermouche'a. Eksplozja nastąpiła o 4.40 rano, 20 metrów od domu
        prefekta w Nantes. Prokuratura nie podejrzewa, kto mógłby być sprawcą, prefekt
        nie otrzymywał pogróżek, ale zamach był starannie przygotowany Prezydent Chirac
        potępił zamach i zażądał surowego ukarania sprawców.


        źródło: gazeta.pl, AFP, rs 18-01-2004
        • 26.01.04, 23:40
          Nieudany zamach na francuskiego prefekta z imigracji

          Druga bomba w prefekta "z imigracji". Ładunek wybuchowy domowej roboty
          eksplodował w niedzielę rano przed wejściem do wyższej szkoły handlowej w
          Nantes kierowanej od 1989 r. przez Aissę Dermouche'a, urodzonego w algierskiej
          Kabylii Francuza, nowo mianowanego prefekta (wojewody) departamentu Jura,
          pierwszego od ośmiu lat muzułmanina na tak wysokim stanowisku państwowym.
          Tydzień temu w powietrze wyleciał samochód prefekta zaparkowany przed jego
          domem w Nantes. W obu zamachach nikt nie został ranny. Policja myślała
          początkowo, że motywy nieznanych wciąż zamachowców były prywatne, ale nie
          wyklucza też inspiracji politycznej.


          źródło: gazeta.pl, RS 25-01-2004
        • 30.01.04, 17:00
          Imigrant idealny

          Nominacja urodzonego w Algierii muzułmanina na prefekta nie uspokoi coraz
          radykalniejszych francuskich islamistów.


          Aissa Dermouche miał 18 lat, gdy po raz pierwszy postawił stopę na francuskiej
          ziemi w 1976 r. Młody Algierczyk, pochodzący z zacofanego południa tej byłej
          francuskiej kolonii, zamieszkanego przez berberyjski lud Kabilów, przywiózł do
          Francji jedynie ręce do pracy i niezwykły upór. Dekadę później był już
          doktorem, a wkrótce został rektorem Wyższej Szkoły Handlowej w Nantes. Ale nie
          zapomniał o swych algierskich korzeniach i nie przestał chodzić do meczetu.
          Premier Jean-Pierre Raffarin i minister spraw wewnętrznych Nicolas Sarkozy,
          szukający "idealnego imigranta" do wyniesienia na eksponowane stanowisko, nie
          mogli znaleźć lepszego kandydata.
          14 stycznia Dermouche, nowo mianowany prefekt Jury na wschodzie Francji, był na
          ustach wszystkich.
          Aż 59 proc. Francuzów uznało, że nominacja Dermouche'a była ważnym wydarzeniem.
          Rzeczywiście, wyniesienie urodzonego poza granicami Francji muzułmanina na dość
          wysoki urząd to wyraźna deklaracja rządu, który chce zaprosić do aktywniejszej
          współpracy 5 mln mieszkańców Francji pochodzących z krajów arabskich, głównie z
          Algierii.
          Problem w tym, że gest ten może okazać się już nieco spóźniony.


          Jarosław Giziński (jgizinski@newsweek.pl), Maciej Zagrodzki


          Artykuł ukazał się w tygodniku Newsweek Polska, w numerze 05/04 na stronie 55
      • 26.01.04, 23:32
        Demonstracje w Europie przeciw zakazowi noszenia chust islamskich

        10 tys. demonstrantów w Paryżu, drugie tyle w innych większych miastach
        Francji, demonstracje także w Berlinie, Londynie, Sztokholmie, Oslo i stolicach
        Bliskiego Wschodu - muzułmanie protestowali w sobotę przeciw planom władz
        francuskich prawnego zakazu noszenia przez dziewczyny muzułmańskie chust
        islamskich w szkołach. Prezydent Jacques Chirac zapowiedział uchwalenie
        specjalnej ustawy przed początkiem roku szkolnego we wrześniu 2004, podobne
        prawo dyskutowane jest także w Belgii oraz wielu landach Niemiec. Choć problem
        jest marginalny, bo we Francji dotyczy ok. 1,5 tys. dziewczynek na niemal 6 mln
        wyznawców islamu nad Sekwaną, to zdaniem władz zakaz jest konieczny, gdyż
        dziewczynki te najczęściej odmawiają także udziału w pewnych lekcjach (WF,
        biologia, nawet historia czy literatura), będąc pod wpływem radykalnych
        antyzachodnich imamów. Protestujący w Paryżu skandowali: "Jedna chusta - jeden
        głos", "Nie odzierajcie nas z naszej godności", "Gdzie jest francuska
        tolerancja". Twierdzą, że chusta islamska jest elementem tradycji, a nie
        znakiem politycznym, jakby to chciały widzieć władze. Feministyczne organizacje
        kobiet islamskich twierdzą z kolei, że jest wręcz przeciwnie - chusta to według
        nich symbol podporządkowania kobiet w islamie patriarchalnej władzy.

        Nowe prawo popiera zdecydowana większość Francuzów, a zapowiedź jego przyjęcia
        dała prezydentowi Chiracowi wielki przypływ popularności (plus osiem punktów w
        sondażach w styczniu br., po wielu miesiącach systematycznego spadku - ponad
        połowa opinii pozytywnych).

        W Wielkiej Brytanii rząd zapowiedział, że nie zamierza zakazywać chust ani
        innych symboli religijnych. Tu integracja muzułmanów nie pociąga za sobą
        asymilacji, jak chcieliby to robić Francuzi poprzez laicką szkołę.

        źródło: gazeta.pl, Robert Sołtyk 18-01-2004
      • 26.01.04, 23:36
        Czy Francja zabroni noszenia bród - symboli religijnych w miejscach publicznych?

        Planowany zakaz noszenia w szkołach chust islamskich, kip, i "zbyt dużych"
        krzyży poszerzony zostanie o bandany i brody, o ile będą noszone z przyczyn
        religijnych - poinformował francuski minister oświaty Luc Ferry. Zwolnione mają
        być natomiast sikhijskie turbany, gdyż Sikhowie przekonali władze, że turban ma
        dla nich znaczenie kulturalne, a nie religijne.

        źródło: gazeta.pl, dw 22-01-2004
      • 29.01.04, 14:37
        Projekt ustawy o zakazie chust zaakceptowany przez rząd francuski

        Rząd francuski zatwierdził projekt ustawy zakazującej uczniom szkół publicznych
        noszenia "znaków i ubiorów, które ostentacyjnie wskazują przynależność
        religijną", w tym chust islamskich, mycek żydowskich i dużych krzyży
        chrześcijańskich. Przewodniczący posiedzeniu rządu prezydent Jacques Chirac
        stwierdził, że projekt potwierdza neutralność szkół i respektuje laickie
        tradycje i wartości Republiki. Jeśli przegłosują go parlamentarzyści, zacznie
        obowiązywać od września, czyli od nowego roku szkolnego.

        źródło: gazeta.pl, afp, mar 28-01-2004
      • 14.02.04, 22:10
        Francja bez chust i krzyży


        Kontrowersyjna ustawa uchwalona. Francuscy muzułmanie, żydzi i chrześcijanie
        nie będą mogli manifestować swej wiary w szkołach - zdecydowało we wtorek
        zdecydowaną większością głosów Zgromadzenie Narodowe

        Za ustawą, która od wielu tygodni wzbudzała we Francji gorące emocje, głosowało
        494 posłów rządzącej prawicy i socjalistycznej opozycji, przeciw było tylko 36.
        W tej sprawie musi się jeszcze wypowiedzieć Senat, jest jednak prawie pewne, że
        po wakacjach uczennice i uczniowie francuskich szkół publicznych nie będą mogli
        stawić się w klasach w muzułmańskich chustach, żydowskich kipach czy z dużymi
        krzyżami na piersiach. Takich symboli "ostentacyjnie" manifestujących
        przynależność do jakiejś religii zakazuje bowiem ustawa.

        Problem pojawił się, gdy do szkół zaczęło trafiać coraz więcej dziewcząt w
        muzułmańskich chustach. Według różnych źródeł jest ich od kilkuset do kilku
        tysięcy. Sprawy kilku - szczególnie sióstr Levy ze szkoły w Aubervilliers pod
        Paryżem - stały się jednak głośne, gdy dyrekcja postanowiła je wyrzucić,
        ponieważ uparcie odmawiały zdjęcia chust. Zdarzało się, że niektóre dziewczęta,
        argumentując to względami religijnymi, odmawiały udziału w zajęciach wf. czy
        lekcjach biologii o rozmnażaniu.

        Prezydent Jacques Chirac, kierując się prośbami nauczycieli, postanowił
        uregulować tę sprawę ustawowo. Projekt ustawy zaproponowała specjalnie zwołana
        komisja.

        Według sondaży zakaz noszenia wyraźnych symboli religijnych popiera ok. 70
        proc. Francuzów, w tym 40 proc. muzułmanów. Zwolennicy powołują się na bardzo
        silną we Francji tradycję rozdziału państwa od Kościoła. Argumentują, że brak
        muzułmańskiej chusty umożliwi dziewczętom lepszą integrację w społeczeństwie, a
        rodzice nie będą mogli ich zmusić do zakrywania głowy. Za projektem
        opowiedziała się większość nauczycieli. Socjaliści chcieli nawet, by został on
        zaostrzony i zakazywał wszelkich widocznych symboli religijnych.

        Kampanię przeciw ustawie prowadziły m.in. niektóre organizacje muzułmańskie,
        skrajnie lewicowe i broniące praw człowieka. Ich zdaniem ustawa narusza swobody
        obywatelskie, może przyczynić się do jeszcze większych napięć między
        muzułmanami a resztą społeczeństwa i do usztywnienia stanowiska tych z nich,
        którzy dotychczas nie bronili swych symboli. We Francji mieszka najliczniejsza
        [w Europie?] mniejszość muzułmańska - od 5 do 7 mln osób, głównie pochodzących
        z Afryki Północnej, i 600 do 700 tys. Żydów [narodowość: Ż, wyznanie: ż; albo:
        wyznawców judaizmu].

        Najwyżsi hierarchowie Kościoła katolickiego we Francji opowiedzieli się przeciw
        ustawie, lecz niektórzy biskupi są innego zdania.

        Francuską debatę z zainteresowaniem śledzono w innych krajach, które mają
        podobny problem. Brytyjskie władze zapowiedziały, że nie zamierzają wprowadzać
        podobnych zakazów. Gdy siostry Levy wyrzucano ze szkoły, Trybunał Konstytucyjny
        w Niemczech orzekł, że nie można zakazać noszenia chusty muzułmańskiej
        nauczycielce. Niektóre kraje arabskie groziły Francji pogorszeniem stosunków w
        razie przyjęcia ustawy.


        źródło: gazeta.pl, Reuters, AFP, dp 10-02-2004
        • 14.02.04, 22:12
          Arabowie wybaczą Francuzom decyzję o chustach - mówi prof. Janusz Danecki


          Dla "Gazety"

          prof. Janusz Danecki, szef Zakładu Arabistyki Uniwersytetu Warszawskiego

          Głosowanie sprawy chust we francuskim parlamencie to niepotrzebne zaostrzanie
          związanego z nimi konfliktu. Myślę, że cała sprawa dosyć szybko by "przyschła",
          gdyby nie nadano jej takiego rozgłosu.

          Spór o chusty odżył m.in. z powodu reakcji Zachodu na atak z 11 września 2001
          roku. W ostatnich kilku często wszystkich muzułmanów utożsamiano z islamskim
          ekstremizmem, czy nawet terroryzmem. Ich odpowiedzią jest więc podkreślanie i
          obrona własnej tożsamości - chusta jest ostatnim znakiem religijnym noszonym
          przez muzułmanki mieszkające w miastach.

          Jaka będzie reakcja państw arabskich na decyzję Francuzów? Zasadniczo mogą
          liczyć oni na szybkie wybaczenie - Arabowie ich po prostu lubią. Co innego,
          gdyby takie prawo przyjęli Amerykanie - na arabskim Bliskim Wschodzie
          wybuchłaby wtedy ogromna burza.


          źródło: gazeta.pl, not. tobi 10-02-2004
        • 14.02.04, 22:14
          Dlaczego muzułmanki noszą chusty?

          "O proroku! Powiedz swoim żonom i swoim córkom, i kobietom wierzących, aby się
          szczelnie zakrywały swoimi okryciami. To jest najodpowiedniejszy sposób, aby
          były poznawane, a nie były obrażane".

          To jeden z wersetów Koranu służących teologom muzułmańskim do określenia miary
          przyzwoitości kobiecego stroju. Większość jest zdania, iż kobieta musi
          zasłaniać włosy, nosząc chustę (hidżab), oraz że ubranie nie powinno ukazywać
          kształtów ciała.

          Ponieważ Koran nie mówi wprost o elementach ubioru kobiety, podstawą do
          ustalenia szczegółów stroju pobożnej muzułmanki stały się hadisy - opowieści o
          życiu Mahometa i przekazy jego wypowiedzi. Jeden z nich mówi: "Gdy do Proroka
          przyszła Asma, córka Abu Bakra, Prorok rzekł do niej: Asmo, gdy kobieta
          dojrzeje, nie powinna ukazywać więcej niż tyle - następnie Prorok wskazał na
          swą twarz i dłonie".

          Stąd tradycyjni teolodzy obstają przy nakazie zasłaniania całego ciała oprócz
          twarzy i dłoni; niektórzy jednak doszukiwali się nakazu okrywania również
          twarzy, dłoni i stóp. Dostosowanie się kobiet do nakazów teologów i prawników
          muzułmańskich zależało w dużym stopniu od ich pozycji społecznej,
          wykształcenia, od epoki, w której żyły, polityki państwa, a nawet od czynników
          ekonomicznych. Symboliczny akt wrzucenia hidżabu do morza, dokonany przez
          egipską feministkę Hudę Szarawi w 1923 r., potwierdza zależność między
          emancypacją kobiet arabskich a ich ubiorem.


          źródło: gazeta.pl, rps na podstawie arabia.pl
        • 14.02.04, 22:16
          Komentarz francuski - za ustawą

          Dla "Gazety" komentuje Bernard Teper, prezes Unii Rodzin Laickich, za ustawą:

          - Tę ustawę popiera nawet większość muzułmanów. Sprawi ona bowiem, że
          muzułmańscy fundamentaliści nie będą mogli wywierać presji na dziewczęta.
          Jestem przekonany, że większość zastosuje się do ustawy. To fundamentaliści
          każą dziewczętom nosić chusty, nie pozwalają im uczestniczyć w zajęciach w.f.,
          chodzić na basen, słuchać o reprodukcji na lekcjach biologii, kwestionują też
          niektóre informacje historyczne. To utrudnia integrację młodych muzułmanek w
          społeczeństwie. Wyznawcy islamu, tak jak katolicy, żydzi i wszyscy inni, muszą
          respektować francuskie prawo.

          Ta kwestia to kontynuacja walki, która toczy się już od wieku. Gdy sto lat temu
          przyjmowano ustawę o rozdziale państwa i Kościoła, Kościół katolicki był temu
          przeciwny. A dziś w większości popiera ustawę o zakazie symboli religijnych. Tu
          chodzi o prawo kobiet do emancypacji, o to, by mężczyźni nie narzucali im, co
          mają robić. To ta sama bitwa o równość mężczyzny i kobiety, o antykoncepcję,
          prawo do aborcji, rozwodu, równej płacy za równą pracę, która toczy się od
          dziesięcioleci. Chusta jest symbolem podporządkowania kobiety mężczyźnie.


          źródło: gazeta.pl, not. dp 10-02-2004
        • 14.02.04, 22:18
          Francuski głos przeciw ustawie

          Dla "Gazety" komentuje Sonia Meddour, działaczka organizacji Młodzi Muzułmanie
          we Francji, przeciw ustawie:

          - Ta ustawa pogorszy sytuację dziewcząt muzułmańskich. Wykluczanie ze szkoły
          tych, które nie chcą zdjąć chusty, nie jest żadnym rozwiązaniem. Nie będą miały
          dostępu do edukacji, życia społecznego. W zamian nic im się nie proponuje. Do
          niedawna te, które nie chciały chodzić do szkoły, mogły korzystać z kursów
          korespondencyjnych. Ostatnio, gdy sprawa stała się głośna, odmawia się im
          jednak tych kursów.

          Zdecydowana większość dziewcząt nosi chusty dobrowolnie. Nie wiem, jaką podejmą
          decyzję - czy zdejmą chusty, czy przestaną chodzić do szkoły. Dziewczęta, które
          są zmuszane do noszenia chust przez rodzinę, stanowią na szczęście niewielką
          mniejszość. Jestem jednak przekonana, że ich rodzice nie zmienią zdania.
          Wypiszą je ze szkół. Dla nich nie będzie już żadnego wsparcia, odnalezienie się
          w społeczeństwie będzie prawie niemożliwe. Autorzy tej ustawy nie myślą, jakie
          przyniesie ona skutki długoterminowe.

          Muzułmanów przekonuje się, że chodzi tylko o szkołę. Tak naprawdę muzułmańskie
          kobiety są jednak stygmatyzowane wszędzie. Bardzo trudno im znaleźć pracę,
          nawet w prywatnych przedsiębiorstwach. Zdarza się nawet, że kobiety popadają z
          tego powodu w depresję. I to ma być integracja muzułmanów w społeczeństwie?

          źródło: gazeta.pl, not. dp 10-02-2004
        • 16.02.04, 20:20
          Manifestacje muzułmanów w Paryżu za chustami

          Setki muzułmańskich kobiet w chustach wyszły w niedzielę na ulice Paryża,
          Marsylii, Lyonu, Lille i kilku innych miast francuskich w proteście przeciwko
          zakazowi chust islamskich w szkole. Rząd jest zdecydowany wprowadzić ustawę,
          którą parlament przyjął w ubiegły wtorek. Prawo, które zabrania noszenia
          ostentacyjnych oznak religijnych w szkołach, cieszy się poparciem 70 proc.
          Francuzów. We wtorek trafi do francuskiego senatu. Przeciwnicy ustawy nie liczą
          na sukces manifestacji, natomiast wzywają 5 mln potencjalnych wyborców
          muzułmańskich, by w odwecie zagłosowali przeciwko partii Chiraca w marcowych
          wyborach regionalnych.

          źródło: gazeta.pl, mak 15-02-2004
      • 14.02.04, 22:19
        Brigitte Bardot broni zwierząt zabijanych podczas muzułmańskiego święta

        Brigitte Bardot, była gwiazda filmowa dziś broniąca praw zwierząt, próbuje
        przekonać francuskich muzułmanów, by w bardziej humanitarny sposób zabijali
        barany podczas dorocznego święta Id al Kebir. W środę gwiazda przekonywała
        imama paryskiego meczetu, by przed poderżnięciem gardła zwierzętom podawano
        środki usypiające. Imam Dalil Boubakeur zgodził się, że jakieś znieczulenie być
        może będzie możliwe. - To wspaniale, dajecie mi najlepszy prezent w życiu -
        cieszyła się gwiazda. W 2000 r. Bardot została skazana za podżeganie do
        nienawiści rasowej, gdy w książce skrytykowała muzułmańską praktykę.

        źródło: gazeta.pl, ap, dp 12-02-2004
      • 14.02.04, 22:21
        Le Pen oskarżony o podsycanie nienawiści rasowej

        Lider francuskich nacjonalistów Jean-Marie Le Pen został w piątek oskarżony o
        podsycanie nienawiści rasowej. Paryska prokuratura żąda dla niego kary dwóch
        miesięcy więzienia w zawieszeniu.

        Powodem oskarżenia jest wypowiedź Le Pena, jaką dziennik "Le Monde" opublikował
        w kwietniu ubiegłego roku: "W dniu, w którym będziemy mieli nie pięć milionów,
        ale 25 milionów muzułmanów we Francji, będą oni u władzy. Francuzi przylgną do
        murów, ustąpią z chodników, spuszczą oczy".

        Prokurator zażądał także zakazania Le Penowi brania udziału w życiu publicznym
        przez rok oraz ukarania go grzywną w wysokości 8 tysięcy euro.

        Prawnicy Le Pena nie uczestniczyli w piątkowej sprawie w paryskim sądzie.
        Wcześniej poprosili o oddalenie sprawy twierdząc, że ich klient nie podsycał
        nienawiści rasowej.

        Sąd ma wydać wyrok w tej sprawie 2 kwietnia.


        źródło: gazeta.pl, PAP 14-02-2004
      • 05.04.04, 14:54
        15 islamistów zatrzymanych pod Paryżem

        15 osób zatrzymały w poniedziałek francuskie służby bezpieczeństwa w operacji
        przeciwko islamskim fundamentalistom prowadzonej w regionie paryskim -
        poinformowało francuskie MSW.

        Celem operacji byli podejrzani o udział w zamachach terrorystycznych w
        Casablance (Maroko) z 16 maja ubiegłego roku, w których zginęło 45 osób. We
        Francji toczy się śledztwo w sprawie śmierci w tych zamachach trzech obywateli
        francuskich. Prywatne radio Europe 1 podało, że to sąd prowadzący śledztwo dał
        zielone światło do operacji przeciwko fundamentalistom.

        Oficjalnie nie wspomina się o ewentualnych powiązaniach aresztowanych z
        zamachami bombowymi w Madrycie. Jedno ze źródeł Reutera powiedziało jednak, że
        niektórych z nich podejrzewa się o kontakty z marokańskim ugrupowaniem
        fundamentalistycznym GICM, które mogło brać udział w przygotowaniach madryckich
        zamachów. To właśnie organizacja GICM jest obarczana odpowiedzialnością za
        zamachy w Casablance i powiązania z al-Qaidą.

        W zatrzymaniu dziewięciu mężczyzn i sześciu kobiet wzięły udział ekipy
        kontrwywiadu DST i elitarne jednostki policyjne RAID. Operację przeprowadzono
        rano w podparyskich miasteczkach Mantes-la- Jolie oraz Aulnay-sous-Bois. W obu
        mieszka wielu imigrantów.

        Zgodnie z francuskim prawem, w ciągu 96 godzin należy spodziewać się formalnego
        wszczęcia śledztwa przeciwko aresztowanym, albo ich zwolnienia.

        źródło: onet.pl, PAP, mat /2004-04-05

        ps. jak ja "lubię" to określenie "islamiści"
      • 27.04.04, 14:22
        Szukali siły roboczej, a przyjechali ludzie. Francuscy muzułmanie

        źródło: gazeta.pl - duży format, Olga Stanisławska 17-09-2003

        Czują, że Francja ich nie chce. Nie są już jednak Tunezyjczykami, Algierczykami
        czy Marokańczykami. Są stąd

        Czternaście młodych kobiet. Czternaście karnacji, od jasnych po całkiem ciemne.
        Pod czapkami frygijskimi czarne, kręcone włosy. Na frontonie Zgromadzenia
        Narodowego w Paryżu zawisły w święto narodowe ogromne portrety dziewczyn z
        przedmieścia - nowych wcieleń Marianny, symbolu francuskiej Republiki.

        Co chciały powiedzieć te dziewczyny? To oczywiste - nasze twarze, tak różne, to
        właśnie jest Republika. Ale Francja nie przywykła jeszcze do tego nowego
        obrazu, jaki odsyła jej lustro. I każego dnia ktoś stawia twoje miejsce w tym
        kraju pod znakiem zapytania, jeśli masz na imię Leila czy Samira - albo Nadir
        czy Ahmed.

        Claude Debussy i Dywizja Leclerca

        Na balkonie w Venissieux Said czyta książkę.

        Venissieux - zastępy szarych bloków wyrosłe u boku Lyonu. Wiatr przesuwa po
        asfalcie pomięte papiery. Daleko do sklepu, daleko do kina. Trudne
        przedmieście, mówi się.

        Said Bouanane wychował się po nieparzystej stronie Boulevard Lenine. Hamid,
        najstarszy brat Saida, zabraniał mu przechodzić na parzystą stronę. Po
        parzystej stronie było centrum handlowe i tam najczęściej biły się chłopaki.
        Tłukły się całe osiedla - na przykład "Claude Debussy" przeciw "Dywizji
        Leclerca".

        - Miałem siedem lat, gdy w wiadomościach dawali reportaż z Venissieux -
        opowiada Said. - Zobaczyłem tłum, a w tłumie siebie, jak rzucam kamieniem w
        policyjny samochód. "Said, to nie ty?!" - krzyknął któryś z braci, ale Hamid
        szturchnął go na czas. Nie chcieliśmy, żeby mama się martwiła.

        O co były tamte zamieszki? O eksmisje. Wysiedlano rodziny, które nie miały na
        czynsz.

        Said pamięta, jak ludzie spostrzegli, że w czasie manifestacji policja omija
        kobiety. Odtąd to one stawały w pierwszym szeregu. Aż kiedyś policjanci
        postanowili przejść mimo wszystko. - Wiesz - mówi Said - gdy chłopak z
        przedmieścia zobaczy kobietę taką, jak moja matka, z zakrwawioną głową, to mu
        się robi ciemno przed oczami.

        Matka Saida przyjechała do Lyonu za mężem. To były lata 60., lata nagłego
        rozwoju, i Francja ściągała po najodleglejszych osadach Anatolii czy Afryki
        Północnej setki tysięcy mężczyzn do pracy przy taśmie. Ludzi przywykłych do
        znoju, często niepiśmiennych, uważano za najlepszą siłą roboczą, wytrzymałą,
        uległą. Naganiacze podawali im ręce, ale nie był to gest powitania. Sprawdzali,
        czy ich dłonie są dość szorstkie.

        - Jechali najbiedniejsi - mówi Amina, siostra Saida. - Wszyscy jesteśmy dziećmi
        biedaków.

        Kryzys paliwowy gwałtownie przerwał lata prosperity. W 1974 roku Francja
        wstrzymała masowy nabór robotników. Ci, którzy mieli już pracę w Lyonie czy
        Roubaix, bali się wyjechać - drzwi mogły zatrzasnąć się za nimi na zawsze.
        Pozwalali się wykorzystywać, znosili pogardę. Niebawem - wierzyli - mieli
        przecież wrócić do domu.

        Tymczasem powoli przenosili się z imigranckich hoteli robotniczych czy baraków
        w obozach przejściowych do bloków stawianych naprędce na peryferiach miast.
        Coraz bardziej tęsknili do bliskich. Francja, kraj praw człowieka, przyznała im
        prawo sprowadzenia rodzin.

        Nie wiedzieć jak, wyrosło nowe pokolenie. Pokolenie, które nie miało już domu
        innego niż Francja.

        Jak Said. Said urodził się tutaj, w Lyonie.

        Schowajcie strzelby

        Miał dziesięć lat, gdy nauczył się prowadzić samochód. W Venissieux, mówi,
        szybko się dorasta.

        Pierwsza fala dzieci maghrebskich imigrantów, która się wychowała we Francji,
        wierzyła w szkoły i uniwersytety. Les Beurs - mówili o sobie. Słowo "Beur" było
        slangową przeróbką słowa "Arabe", ale miało już znaczyć jakby coś innego.

        Rachid Taha, muzyk, pamięta, jak latem jeździł z rodzicami do Algierii. Nie
        miał prawa zasnąć po drodze - musiał czytać ojcu francuskie drogowskazy. Odkąd
        chodził do francuskiej szkoły, lepiej od niego dawał sobie radę we Francji.

        Dzieci imigrantów patrzyły, jak urzędnicy kpili z ich taty, który robił błędy
        wypełniając formularze. Jak lekceważyli mamę, która nie umiała czytać i pisać.

        Ale ich życie miało już być inne.

        W wielu rodzinach ciułano każdy grosz, żeby dać im lepsze wykształcenie. Powoli
        jednak rozwiewała się ich wiara w dyplomy. Zaczynały się lata 80. i Francja
        odkrywała nagle, co znaczy bezrobocie. Arabskie nazwisko nie pomagało w
        staraniach o pracę. Venissieux - wystarczał czasem adres, żeby podanie lądowało
        w koszu.

        We Francji obowiązuje "prawo ziemi". Każdy, kto tu się urodził i tu mieszka, po
        skończeniu 18 lat ma prawo do francuskiego paszportu. Said, jak jego siostra
        Amina, byli więc Francuzami.

        Okazało się jednak, że są Francuzi lepsi i gorsi.

        Przedmieście, jak soczewka, ogniskowało społeczne problemy. Upalnego lata 1981
        roku Minguettes, osiedle, na którym wychował się Said, trafiło na pierwsze
        strony gazet. Rodea, podczas których bandy wyrostków ścigały się w kradzionych
        samochodach, były wstrząsem - Francja odkrywała rozkład, jaki trawił
        przedmieścia.

        Gdy w 1981 roku wybory wygrał Fran(ois Mitterand, lewica, tłumy świętowały na
        ulicach.

        Na przedmieściach nie zmieniło się wiele.

        O ósmej wieczorem 9 lipca 1983 w osiedlu Courneuve na przedmieściu Paryża 48-
        letni pracownik transportu miejskiego Rene Aigueperse wyciągnął z szafy
        strzelbę i podszedł do okna. Na dworze dokazywały dzieci. Rodzice pozwolili im
        się bawić petardami - było święto, ostatni dzień ramadanu. Rene Aigueperse,
        wyczerpany upałem, źle znosił hałas. Kula trafiła w pierś 9-letniego Toufika
        Ouannesa.

        Godzinę później Toufik zmarł w szpitalu.

        Rene Aigueperse został skazany na pięć lat, z tego dwa w zawieszeniu.

        To nie było pierwsze zabójstwo imigranta z Maghrebu. Rene Aigueperse nie był
        pierwszym zabójcą, który dostał śmiesznie niski wyrok, Toufik nie był też
        pierwszym postrzelonym dzieckiem. Ale tamtego lata przepełniła się miara.

        To właśnie młodzi z Minguettes wpadli na pomysł marszu Beurów na rzecz równości
        i przeciw rasizmowi. "SOS-Przyszłość Minguettes" - nazwali swoje
        stowarzyszenie. Na ekrany wchodził właśnie film o Ghandim. Martin Luther King i
        Ghandi - to byli ich idole.

        Gdy marsz ruszał z Marsylii, nie było dziennikarzy. Ale gdy kilka dni później
        pijani legioniści wyrzucili z pędzącego pociągu młodego Marokańczyka, Francja
        przeżyła szok. Marsz zakończył się tryumfalnym pochodem stu tysięcy ludzi na
        ulicach Paryża.

        "Schowajcie strzelby - pisali w ulotce młodzi z Minguettes. - Polowanie
        skończone".

        Francuzi zdali sobie nagle sprawę, że Beurowie byli częścią Francji i mieli już
        nią pozostać.

        Mitterrand osobiście odwiedził Minguettes. "Nie ruszaj mojego kolegi!" - kraj
        pokrył się naklejkami stowarzyszenia SOS-Rasizm, które powstało na fali marszu.
        Ale młodzi z przedmieść poczuli nagle, że nie chodzi już o nich. Partia
        Socjalistyczna na gwałt chciała poprawić sobie wizerunek, i SOS-Rasizm dało jej
        się uwieść. Rzucano ogólnobrzmiące hasła, organizowano darmowe koncerty.
        Przychodziły tłumy. Ale nikt już nie mówił o konkretnych problemach. O życiu w
        blokowiskach, o dyskryminacji w pracy.

        Policja nadal inaczej traktowała tych, co mieli zbyt kręcone włosy.

        Gdy rok później ich ojcowie, imigranci, organizowali strajk w zakładach
        Talbota, politycy tłumaczyli Beurom, że prawa imigrantów to nie jest ich
        sprawa. Oni byli już przecież Francuzami.

        Tymczasem na osiedlach młodsi bracia dorastali, patrząc na gorycz starszego
        rodzeństwa. Dorywcza praca. Bezrobocie. Siedzenie na balkonie, łażenie po
        okolicy. Znów jakaś praca. Dyplomy? Co im przyszło z dyplomów?

        Coraz trudniej było wychowywać dzieci rodzicom w Venissieux.

        Pamięć imigrantów

        Said, jak wielu, zostawił szkołę, gdy miał 15 lat. Chciał mieć własne
        pieniądze. I miał - drogie koszule, złote łańcuszki. - Lubiliśmy to,
        • 27.04.04, 14:31
          Pamięć imigrantów

          Said, jak wielu, zostawił szkołę, gdy miał 15 lat. Chciał mieć własne
          pieniądze. I miał - drogie koszule, złote łańcuszki. - Lubiliśmy to, co się
          rzuca w oczy - mówi. Gdy skończył osiemnastkę, jeździł BMW.

          Pod skórą na głowie do dziś ma ziarna śrutu. To skinhedzi. Jeszcze w areszcie,
          gdzie ich razem zamknięto, bili się dalej. Blizna we wnętrzu dłoni? Gołą ręką
          chwycił za nóż, który chciał mu wsadzić w brzuch jakiś Tunezyjczyk.

          Jeden z braci sprzedawał na osiedlu haszysz. Matka znalazła paczuszkę: - Co to
          jest? - pytała przez łzy. - Gdy policjanci przyprowadzili go w kajdankach,
          wszyscy akurat byliśmy w domu - mówi Said. - Aż się w nas gotowało! To matka
          nas powstrzymała...

          Policjanci przeszukali cały dom, nie weszli tylko do jej pokoju.

          Brat dostał cztery lata.

          Matka Saida kiwa głową, słuchając jego słów. Rozumie po francusku, lecz nie
          mówi za dobrze. Rzadko wychodzi z domu. Źle się czuje w tłumie. Woli popatrzeć
          na telewizję, wytrzeć kurze. W kafelkach jej kuchni można się przeglądać.

          - Tęskni za Algierią - mówi Said. Wstaje od stołu, zbiera naczynia, przeciera
          blat gąbką.

          Ojcowie w Venissieux wracali do domu zmęczeni, przybici. Pogrążali się często w
          milczeniu. "Przykro mi, że nie mogę porozmawiać z ojcem o miłości, o codziennym
          życiu, pójść z nim do kina czy kawiarni - mówił Rachid Taha. - To kwestia
          synowskiego szacunku. A przynajmniej tak im powiedziano."

          Yamina Benguigui, wychowana we Francji tak jak Taha, przełamała tabu. Nakręciła
          dokument "Pamięć imigrantów". Starzy mężczyźni ocierali łzy, opowiadając po raz
          pierwszy o życiu przeżytym z dala od domu, o brzemieniu obcości, o
          upokorzeniach, o wszystkich tych latach poświęconych po to, żeby ich dzieci
          miały lepsze życie.

          Said siada na dywanie w pokoju. Na biurku podręcznik do nauki arabskiego, na
          półce przy łóżku wiersze libańskiego poety Khalila Gibrana. W milczeniu skręca
          papierosa. W ogóle Said niewiele mówi. - Ot, takie tam historie - wzrusza
          ramionami. - Historie z przedmieścia.

          - Czego najbardziej się w życiu wstydzę? Że skłamałem matce - odpowiada Said
          bez wahania.

          Ojciec Saida umarł na raka kilka lat po przyjeździe. Said prawie go nie pamięta.

          Matka wychowała ośmioro dzieci sama.

          Większości się udało - może być z siebie dumna. Amina jest księgową, gra w
          amatorskim teatrze, Lahsen został informatykiem, Samir ma bistro w centrum
          Lyonu.

          Said też dawno się ustatkował. Znalazł pracę w organizacji humanitarnej -
          budował dom dziecka w Rumunii, jeździł w konwojach do Sarajewa. Potem przejął
          ze znajomymi bar w pobliskim bloku. Sprzedaje papierosy i gazety, przyjmuje
          zakłady na wyścigi. Wciąż mieszka z matką - potrzebny jej w domu mężczyzna.
          Był, owszem, czas, gdy chciał wynająć mieszkanie. Miał pracę, zarabiał dosyć.

          Trzy razy agencja złożyła mu propozycje. Wszystkie trzy razy w Minguettes.

          Said patrzy za okno. Na horyzoncie ciemny pas rzeki i dachy Lyonu. Daleko, za
          daleko, żeby odróżnić budynki.

          - To tak, jakby człowiek, który raz mieszkał w Minguettes, już nie mógł
          zamieszkać gdzie indziej - mówi. - Jakby trzymali nas tu w jakimś zoo.

          Milknie. A potem dodaje:

          - To nie jest kraj dla mnie.

          Tylko gdzie jest kraj dla Saida?

          Francja - Algieria 4:1

          Gdy w 1998 roku Francja wygrała Mundial, Francuzi na moment stracili głowę.

          W zwycięskiej drużynie byli piłkarze, których rodziny pochodziły z Bretanii i
          kraju Basków, z Armenii i Ghany, z Antyli i Nowej Kaledonii. Na ich czele stał
          nowy bohater narodowy - Zineddine Zidane, syn kabylskich imigrantów z Algierii
          wychowany na marsylskim przedmieściu.

          Wszyscy walczyli dla Francji. Jak niegdyś Algierczycy czy Senegalczycy na
          skinienie imperium przelewali krew pod Verdun, tak teraz zdobywali puchar
          świata. Cud się dokonał. Integracja wydawała się faktem.

          "W narodzie francuskim można pochodzić skądkolwiek, jeśli dokądś się razem
          zmierza" - entuzjazmował się prawicowy dziennik "Le Figaro".

          - E, Brazylijczycy sprzedali ten mecz - mówił Said. - Nie widziałaś, jak marnie
          grał Ronaldo?

          Życie przyzwyczaiło go - nie ufać.

          Mit narodzony tamtego lata szybko się zresztą rozwiał.

          Pierwszy w historii towarzyski mecz Francja - Algieria miał oficjalnie
          przypieczętować przyjaźń między oboma narodami. Część miejsc rozprowadzono po
          przedmieściach Paryża, wśród chłopaków, których rzadko stać jest na bilet. Ale
          młodzi Beurowie wygwizdali Marsyliankę, a potem na oczach oniemiałego
          francuskiego premiera wybiegli z algierskimi flagami na murawę tego samego
          stadionu, na którym Francja zdobyła niegdyś mistrzostwo świata.

          To było tak, jakby kazano im wybrać duchową ojczyznę - i instynktownie stanęli
          po stronie Algierii, tej połowy ich samych otaczanej we Francji pogardą. Nie
          chcieli zmarnować okazji, by choć na chwilę wedrzeć się na ekrany. Oznajmić
          swój bunt wobec świata francuskich polityków, który zawsze ich lekceważył. Po
          co ściągnięto ich tu, na ten stadion? Żeby patrzyli, upokorzeni, jak Algieria
          nieuniknienie wychodzi ze spotkania z Francją przegrana...?

          Francja prowadziła właśnie 4:1.

          Nazajutrz w Algierii gazety pisały o chuliganach, którzy przynieśli jej wstyd.
          I nie zrozumieli historycznego znaczenia meczu.

          Jak je mieli zrozumieć? Algieria była dla nich mitem, legendą, i czasem jeszcze
          słonecznym pejzażem wakacji. O jej historii - swojej historii - nie wiedzieli
          wiele. Nie uczyła ich o niej szkoła, nie uczyli rodzice.

          - To była dla nas tajemnica - powiada Malek Boutih, do niedawna przewodniczący
          SOS-Rasizm. - Nasi rodzice walczyli o niepodległość Algierii, a potem
          emigrowali do Francji...

          Po obu stronach morza Śródziemnego rany wciąż są świeże. We Francji do niedawna
          brutalną algierską wojnę nazywano oficjalnie "operacją utrzymania porządku".
          Opublikowane dwa lata temu wspomnienia emerytowanego francuskiego generała
          wywołały burzę - generał opisywał stosowane przez jego ludzi tortury. Ale znów
          spory dotyczyły tylko metod prowadzenia wojny, nie samej jej istoty - obrony
          francuskiego panowania nad Algierią.

          Francja do dziś nie zaczęła rozliczać się ze swoją kolonialną przeszłością.

          W Algierii jej władza trwała najdłużej. Jak bez pamięci tych 130 wspólnie
          przeżytych lat - lat pogardy, nienawiści, miłości - zrozumieć, czym są dziś
          Francja, i Algieria, i co znaczy być Algierczykiem we Francji?

          Gdy w 1962 roku Algieria zdobywała niepodległość, przepełnionymi statkami
          opuszczały ją setki tysięcy Francuzów, którzy, jak Albert Camus, przyszli na
          świat w Oranie czy Algierze. Wieźli z sobą poczucie krzywdy.

          Podobnymi statkami wracali do domu żołnierze. Milion francuskich oficerów i
          poborowych przeszło w tamtych latach przez Algierię. Zamknęli się w swoim
          milczeniu, samotni, z pamięcią pacyfikacji, odwetów, tortur, gwałtów, egzekucji.

          Całymi rodzinami płynęli też do Francji harki, Algierczycy, którzy walczyli po
          francuskiej stronie. Przepełniała ich gorycz - byli niedobitkami oddziałów,
          które Francja zostawiła na śmierć w Algierii.

          W porcie w Marsylii śledziły ich spojrzenia algierskich robotników. Bo ani
          wojna w Algierii, ani jej niepodległość nie przerwały strumienia rąk do pracy,
          który płynął do Francji od lat 50. Gastarbeiterom algierskim harki wydawali się
          zdrajcami narodu. Ale ich też dręczyły pytania. Czy sami nie sprzeniewierzali
          się temu, co Camus nazywał "rozdzierającą nadzieją jego rodzinnej ziemi"?

          Dopiero w 1973 roku, gdy fala rasistowskich morderstw we Francji kosztowała
          życie ponad 50 Algierczyków, rząd Bumediena wstrzymał falę wyjazdów.

          Bo Algieria mogła być niepodległa. Ale nie wszyscy Francuzi umieli zakończyć
          żałobę po Algierii Francuskiej.

          Podżegacze i recydywiści

          Wydawałoby się, że Algierczycy czy Marokańczycy, gdy stawali przy taśmie w
          zakładach Citro(na, kroczyli przetartą drogą. Wcześniej we Francji znalazły dom
          setki tysięcy Włochów, Belgów, Polaków, Ormian, Hiszpa
          • 27.04.04, 14:37
            Podżegacze i recydywiści

            Wydawałoby się, że Algierczycy czy Marokańczycy, gdy stawali przy taśmie w
            zakładach Citro(na, kroczyli przetartą drogą. Wcześniej we Francji znalazły dom
            setki tysięcy Włochów, Belgów, Polaków, Ormian, Hiszpanów, Rosjan,
            Portugalczyków. Co trzeci Francuz ma przynajmniej jednego dziadka lub babcię
            cudzoziemkę.

            To były narody europejskie - mówi skrajna prawica. Potrafiły się zaadaptować.

            Nikt nie pamięta już dziś ksenofobii, jaką wzbudzały tamte fale imigrantów.
            Jeszcze w początku XX wieku mówiono, że Włosi i Polacy są zbyt religijni, by
            wtopić się w laicką Francję. Jedni i drudzy żyli w kręgu własnych stowarzyszeń.
            W każdym Włochu - jak dziś w każdym Arabie - widziano terrorystę. Gdy w 1894
            roku prezydent Francji Carnot zginął z rąk włoskiego anarchisty, wielu Włochów
            musiało uciekać z Lyonu, ogarniętego antywłoskimi zamieszkami.

            W latach 30. Polacy stanowili ponad jedną trzecią mieszkańców kopalnianych
            zagłębi na północy. Antoine de Saint-Exupery, wstrząśnięty, opisywał sceny
            wydalania polskich robotników - wagony pełne zmęczonych ludzi, oderwanych nagle
            od wszystkiego, co zdobyli przez lata, pelargonii na parapecie, ogródka
            pokrytego węglowym pyłem.

            "Bardzo odmienny z etnicznego punktu widzenia od rasy francuskiej, a zwłaszcza
            od naszych ras południowych, Polak trudno asymiluje się we Francji" - pisał w
            naukowej rozprawie Henri Baroin, doktor nauk prawniczych.

            Prawie co drugi mieszkaniec Venissieux był w tamtych latach obcokrajowcem. Gdy
            wiosną 1936 roku stanęły w Venissieux zakłady Berlieta, prawicowa prasa lyońska
            pisała o gwałtowności Włochów i Polaków: "Mieszkańcy naszego miasta ujrzeli
            pochód tych podżegaczy, rabusiów, recydywistów, którzy, gdy trafi się okazja,
            rzucą się na ich kramy i podpalą im domy..".

            Robotnicze protesty pozwoliły dzieciom Polaków czy Włochów spełnić dwie
            najważniejsze potrzeby, sprzeczne tylko na pozór - wyrazić bunt wobec
            społeczeństwa, które je odrzucało, i znaleźć w nim swoje miejsce. Ruch
            związkowy wytyczał ramy ich rewolty i pomagał zdobyć szacunek dla siebie. Czy
            ramię w ramię z rodowitymi Francuzami nie walczyli o lepsze życie dla
            wszystkich?

            Ale wypalił się robotniczy etos. Dzieciom imigrantów z Maghrebu zabrakło
            struktur, które nadałyby sens ich buntowi. Ich rewolty są autodestrukcyjne.
            Skierowane przeciw symbolom porządku i państwa - skrzynkom na listy czy budkom
            telefonicznym. Przeciw własnemu otoczeniu, przeciw własnym najbliższym, przeciw
            samym sobie.

            Barbarzyńcy u wrót

            W każdej niemal paryskiej kamienicy jest dziś na liście lokatorów arabskie
            nazwisko. Po cichu rośnie maghrebska klasa średnia, pracowita, ambitna.
            Dyskretni inżynierowie, urzędniczki. Wielu intelektualistow z Maghrebu znalazlo
            schronienie we Francji.

            Ale gdy mówi się o imigracji maghrebskiej, na myśl zawsze przychodzi Minguettes.

            Francja boi się dziś swoich przedmieść. Ludzie z centrum nie zapuszczają się na
            peryferie, jakby otaczał je niewidzialny kordon sanitarny.

            Minguettes opisuje się tylko przez przeczenia. Nieładne. Niebezpieczne. Nie po
            drodze.

            Jak włączyć w krwioobieg miast te osiedla, źle pomyślane i zaniedbywane przez
            lata? Francuska prasa, pisząc o przedmieściach, nieodmiennie pisała o nich -
            imigrantach z Maghrebu. Problemy przedmieść miały dowodzić, że Maghrebczycy nie
            potrafili przystosować się do życia we Francji - jakby te same problemy nie
            nękały innych wielkich metropolii, od Moskwy przez Warszawę po Mexico City.

            "Osiedla" lub "dzielnice" - to eufemizmy, ukute we Francji na określenie tych
            obcych przestrzeni. "Młodzież z dzielnic" - oto barbarzyńcy, którzy stanęli u
            wrót miast.

            Sa drugim pokoleniem, ktore sie wychowuje we Francji. Odkąd słowa "Beur"
            zaczęli używać politycy, oni sami mówią "Reubeu". Złości ich, gdy słyszą
            ciągle, że jak im się coś nie podoba, mogą wrócić do swojego kraju - oni,
            urodzeni pod Paryżem czy Lyonem, wychowani na Louis de Funesie! Złości ich, że
            przy każdej okazji wspomnia się o islamie, który, według statystyk, praktykuje
            tylko jeden na pięciu.

            Czują, że Francja ich nie chce. Nie są już jednak Tunezyjczykami czy
            Algierczykami - jak ich koledzy nie są Senegalczykami czy Kurdami. Są stąd - z
            Minguettes.

            Na osiedlu wszyscy podobnie się ubierają. Nike'i, dżinsy z opuszczonym krokiem,
            dresy - jak na innych przedmieściach, od Tarchomina po Bronx. Akcent wszyscy
            już mają podobny. Dzieci Francuzów witają się przykładając dłoń do serca, jak
            dzieci Algierczyków. Bywa nawet, że poszczą z nimi w ramadan - niektóre
            obyczaje muzułmańskie wślizgnęły się do osiedlowej subkultury. Stały się
            znakiem tożsamości przedmieścia, jak rap albo rai.

            Rai, zrodzone w Algierii, łączy popularną arabską muzykę z rytmami rocka czy
            popu. Rai to radość życia, i gorycz. "Mam dosyć barów w sobotnie wieczory,
            wciąż tylko whisky, kobiety i jakieś historie..." Histoires rymuje się z nudhul
            dar - "wracam do domu". To algierski dialekt. W domu mówi się pół na pół, po
            francusku i po arabsku, czasem po kabylsku. Rai jest ich dumą - arabskie rytmy
            dawno wdarły się na listy przebojów i do modnych klubów Paryża. Ich samych
            bramkarze tam nigdy nie wpuszczą. Kręcone włosy, śniada skóra... Możesz być
            zresztą blondynem - nie wejdziesz, jeśli wyglądasz jak z przedmieścia.

            Na przedmieściach wszyscy już noszą to samo piętno. Nie etniczne już tylko, ale
            terytorialne.

            Nie trzeba mieć śniadej cery, żeby poczuć się w Minguettes za kratami. Popsuła
            się winda społeczna. W latach 60. na stu przyjętych do elitarnych uczelni
            francuskich było siedemnaścioro dzieci robotników. Dziś jest ich ledwie
            siedmioro.

            Młodzi z Minguettes wierzą, że społeczeństwo ma wobec nich dług.

            Brak nadziei, gorycz, kryzys tożsamości - wszystko to odgrywają na dziewczynach.

            Dwadzieścia lat temu córki imigrantów walczyły o swoje prawa i wierzyły w
            ideały Republiki. Prawda - rzadziej stykały się z rasizmem, niż chłopcy.
            Wychodziły za mąż za rodowitych Francuzów, przenosiły się do lepszych dzielnic.

            Ale subkultury blokerskie rzadko sprzyjają dziewczynom. Gdy rozregulowują się
            normy społeczne, one są zwykle pierwszymi ofiarami. Wyrostki na osiedlu
            traktują dziewczyny jak towar, ale w domu zmieniają się w strażników honoru
            sióstr. Obwołują się obrońcami magrebskiej tradycji - ale tej tylko, której
            pętami mogą krępować kobiety.

            I nowe Marianny z przedmieścia czują dziś, że mają mniej wolności, niż miały
            ich starsze siostry.

            Policja wszędzie, sprawiedliwość nigdzie

            To policja uosabia w oczach chłopakóch z bloków system, który zepchnął ich na
            margines. Prawie wszystkim sprawom w sądzie dla nieletnich towarzyszą
            oskarżenia o obrazę munduru czy opór wobec policji. Nienawiść jest wzajemna -
            policja gra na przedmieściach w chorą grę prowokacji.

            Drobne kradzieże czy włamania zbyt często kończą się motocyklem rozbitym o mur
            w ucieczce przed policyjnym samochodem, strzałem w nocy z policyjnej broni. Sąd
            zwykle bierze stronę policjantów.

            "Policja wszędzie, sprawiedliwość nigdzie"- mówią napisy na murach.
            Aresztowania w Minguettes wyglądają dziś jak akcje komandosów - policjanci
            znikają, zanim w proteście zaczną płonąć samochody.

            - Dlatego dziś nawet do brygady antykryminalnej próbują rekrutować ze szczurów -
            mówi Said. - Znasz to słowo? Szczur to taki jak my. Poza prawem. Z
            przedmieścia.

            Byłam w Lyonie u księdza Christiana Delorme. Ojciec Delorme jest tu postacią
            mityczną. To on zainicjował przed laty strajk głodowy w obronie wydalanych
            młodych Algierczyków, i był wśród inicjatorów marszu Beurów 1983 roku.

            - Nie posuwamy się naprzód - powtarza ojciec Delorme - bo nasz stosunek do tych
            ludzi pozostał kolonialny.

            Prawda, to Francja dała światu ideał wolności, równości i braterstwa wszystkich
            ludzi. Ale ideał ten potrafił żyć w dziwnej harmonii z inną wizją - wizją ras
            jakoby niżej stojących w ewolucji człowiek
            • 27.04.04, 14:39
              Prawda, to Francja dała światu ideał wolności, równości i braterstwa wszystkich
              ludzi. Ale ideał ten potrafił żyć w dziwnej harmonii z inną wizją - wizją ras
              jakoby niżej stojących w ewolucji człowieka. To właśnie na tej wizji,
              wizji "ras spóźnionych", zbudowano ideologię kolonialną.

              - Kiedy kolonie uzyskiwały niepodległość, całe rodziny z roli "tubylców"
              przechodziły prosto do roli "imigrantów" - ciągnie ojciec Delorme. - Czy w ten
              sam sposób, w jaki niegdyś mówiono o "tubylcach", nie mówi się dziś
              o "młodzieży z przedmieścia"?

              Arab na niby

              Said nie lubi określenia "Beur". To bękarcie słowo, głupi eufemizm, jakby
              słowo "Arab" było obelżywe. Jakby on wziął się znikąd, a nie był dzieckiem
              swych rodziców, Arabów. Synem swojej matki, która urodziła się w arabsko-
              kabylskiej wsi, i do dziś dnia na twarzy ma tatuaż, który w tamtych czasach
              miały wszystkie dziewczyny w okolicy.

              Matka Saida w Venissieux mieszka od 40 lat. Wielu imigrantów, jak ona, we
              Francji spędziło większość życia. Tu mają dzieci i wnuki. I nawet ci, którzy
              nigdy nie nauczyli się dobrze po francusku, są już innymi ludźmi, niż byli
              przed laty.

              "Oni nie tylko budowali czy odbudowywali Francję - pisze historyk imigracji
              Gilles Desrumaux. - Oni są Francją, w jej różnorodności i bogactwie."

              Od 30 lat mówi się o przyznaniu cudzoziemcom prawa do głosu w wyborach do władz
              miast, w których mieszkają. Projekt jednak coraz bardziej się oddala.

              - Nie, nie jestem żadnym tam "Beurem" - mówił Said. - Jestem Arabem. Arabem z
              Francji.

              Pod dworcem w Lyonie minął nas mężczyzna, mówiący do komórki po arabsku.

              - Libańczyk - pokiwał głową Said. - Jak ja bym chciał mówić tak jak on !

              Szliśmy chwilę w milczeniu.

              - No, bo ja jestem takim Arabem na niby. Arabem z czekolady - rzucił raptem
              Said. Zaśmiał się, ale poczułam nagle, że nie jest mu do śmiechu. Że naprawdę
              boli go ta jego jakby niepełna arabskość. Jakby był w tym podwójny wstyd. Być
              Arabem - i nawet to nie naprawdę.

              Po arabsku Said rozmawia właściwie tylko z matką. Algieria? Nie, w Algierii nie
              był od dziecka. Algierczycy mogliby go powołać do wojska i nie pomógłby mu
              francuski paszport. Cóż, że dla innych rekrutów zawsze byłby tylko Francuzem -
              Algieria uważa, że ma prawo do synów imigrantów.

              - Gdybym miał ojca - odezwał się znowu Said - może mówiłbym lepiej po arabsku?

              To było jeszcze zimą. Chłodno było, światła na nabrzeżach Rodanu odbijały się
              na mokrej jezdni. Nie obejdzie się bez śniegu, mówił Said. W radio w
              samochodzie Tracy Chapman śpiewała blues bycia Czarnym w Ameryce. Didżej
              nagabywał słuchacza z Bretanii: - Jak mówicie po bretońsku "morze"?" Z jakiej
              mąki robi się u was naleśniki na święta?

              - Słyszysz? - powiedziałam. - Ludzie powoli się przyzwyczają, że nie wszyscy są
              tacy sami.

              - E tam - wzruszył ramionami Said. - Zanim oni się przyzwyczają do nas...

              Nasi przodkowie Galowie

              "Nie sądzę, żebyśmy potrzebowali systemu, który przepuściłby wszystkich przez
              jedną foremkę, tworząc kopie stereotypowego Anglika" - zapewniał w 1966 roku
              brytyjski minister spraw wewnętrznych.

              Wielka Brytania, jego zdaniem, potrzebowała raczej atmosfery tolerancji, w
              której może rozkwitnąć różnorodność kultur.

              Francja wybrała jednak inny model. O różnorodności kultur zbyt często się tu
              nie mówi. Chwali się raczej "metissage culturel", melanż. Francja chce być
              tyglem, w którym rozmaite tradycje na trwale stopią się w jedno.

              Francuzi są dumni ze swojej koncepcji Republiki, która miała jednoczyć
              wszystkich. Od Rewolucji 1789 roku narodowość nie łączyła się tu z ideałem
              czystości etnicznej - oznaczała więź polityczną Czym miał być naród? Zespołem
              wspólników, których przedstawiciele zasiadają w jednym parlamencie. Skąd
              pochodzę, w co wierzę - to miały być sprawy prywatne.

              Organizacja nowoczesnego państwa wymagała jednak wspólnego języka i punktów
              odniesienia. Szkoła i wojsko promowały jedną, oficjalną kulturę. Bretończycy i
              Baskowie, Korsykanie i Alzatczycy musieli zwolna nauczyć się mówić po francusku.

              Narody opierają się nie tylko na pamięci, lecz i na zapomnieniu - pisał Ernest
              Renan. Francuzi zapomnieli, jak się niegdyś różnili. Zapomnieli o bratobójczych
              walkach i stworzyli mit wspólnej historii - Francuzem był każdy, kto czerpał
              dumę z walczącego z Rzymianami Wercengetoryksa.

              "Nasi przodkowie Galowie mieli jasne własy i niebieskie oczy" - powtarzały
              arabskie i afrykańskie dzieci w szkołach kolonialnych. Oficjalna doktryna
              mówiła, że skoro Bretończycy dali się przetworzyć we Francuzów, czemu nie mieli
              dać się przetworzyć mieszkańcy francuskich kolonii?

              Laurent Danchin przez 30 lat uczył w tych szkołach na przedmieściach Paryża,
              gdzie w ławkach siedzą dzieci Chińczyków i Malijczyków, Francuzów i Turków.
              Wpada w furię na myśl, że wobec dzieci imigrantów stosuje się te same metody
              wychowawcze, jakie stosowano wobec ich dziadków w koloniach.

              "Trzeba zerwać z hipokryzją 'abstrakcyjnego obywatela', bez żadnego określonego
              pochodzenia" - pisał niedawno w dzienniku "Liberation". Rolą szkoły jest
              połączyć prywatną, rodzinną historię dziecka z historią z podręcznika. Dlaczego
              w podręcznikach wciąż nie ma pozytywnych postaci z historii Algierii czy
              Wietnamu, które pozwoliłyby wielu uczniom poczuć po raz pierwszy, że szkoła
              mówi także i do nich? Trzeba rozumieć, skąd się przychodzi, żeby wiedzieć,
              dokąd się zmierza!

              Krok w jego stronę

              Czasy francuskich szkół z ich "przodkami Galami" wycisnęły swe piętno na
              Magrebie.

              Język francuski - mawiał Kateb Yacine - był jego łupem wojennym.

              Yacine nie był jedynym pisarzem algierskim, który domagał się niepodległosci
              Algierii, ale pisał w języku Moliera - wzbogacając za jednym zamachem
              literaturę francuską i algierską. W Algierze po francusku wychodzi dziś
              kilkanaście dzienników. W kawiarniach Tunisu młodzi ludzie, którzy w życiu nie
              wychynęli za rogatki miasta, wtrącają w rozmowie francuskie słowa.

              Francuzi jednak przez lata kolonii traktowali Arabów czy Afrykanów jak rasy
              niższe. Dziś o rasie wstyd mówić - mówi się o przenoszonej z pokolenia na
              pokolenie religii i kulturze, której się nie da pogodzić z demokracją i
              wartościami europejskimi. Jakby przypadki kurczowego powrotu do tradycji nie
              były przejściowym efektem przenosin w nowe warunki. Jakby ludzie nie potrafili
              dokonywać wyborów, a kultura francuska utraciła swe magnetyczne działanie.

              Prawda, zawsze nowe fale imigrantów ściągały na siebie ksenofobię, pozwalając
              odetchnąć tym, którzy przyjechali wcześniej. Tym razem jednak na odruchy
              ksenofobii nałożyły się dodatkowo elementy rasizmu i kolonialnych nawyków, a
              potem i strach przed fundamentalizmem islamskim.

              Socjologowie uważają jednak, że to właśnie imigranci z Maghrebu trybem życia
              najbardziej przypominają rodowitych Francuzów. Przeciętni Algierczycy lepiej
              sobie radzą z kulturą i biurokracją francuską niż choćby Portugalczycy, którzy
              przyjeżdżali masowo do Francji w latach 70. Są mniej religijni, i częściej
              zawierają mieszane małżeństwa.

              Na Portugalczyków - największą grupę imigrantów - nikt nie zwraca już dzisiaj
              uwagi. Algierczycy wciąż są solą w oku.

              "Paradoksalnie, to właśnie sukces integracji jest we Francji przyczyną
              dyskryminacji - mówi Malek Boutih. - W Londynie w nocnych klubach nie ma
              dyskryminacji, bo Czarni nie mają ochoty spotykać się z Białymi, a Biali z
              Czarnymi."

              Tylko co to właściwie ma znaczyć - integracja?

              - Mówi się, że Algierczycy gorzej się integrują, niż Tunezyjczycy czy
              Marokańczycy. Że zawsze robią jakieś problemy - oburza się Sadek Sellam,
              Algierczyk od lat mieszkający we Francji. - Ale ten bunt znaczy właśnie, że się
              integrują lepiej! Przez lata kolonii Francja powtarzała im, że są Francuzami.
              Czy można się dziwić, że teraz się domagają równości?

              Za przykład integracji Francuzi wolą jednak stawiać Azjatów. Imigracja z Azji
              była mniej m
              • 27.04.04, 14:42
                Za przykład integracji Francuzi wolą jednak stawiać Azjatów. Imigracja z Azji
                była mniej masowa - jechali najzaradniejsi. Chińczycy, nauczeni doświadczeniem
                wieków diaspory, stworzyli w Paryżu własny świat. Nie rzucać się w oczy - oto
                ich zasada.

                W teorii Francuzi potępiają brytyjski model odrębnych etnicznych społeczności.
                Czy imigranci nie powinni mieszać się z innymi, uczyć się języka, brać udział w
                życiu kraju...? W praktyce Francja ceni tę chińską społeczność, która żyje za
                dyskretnie zamkniętymi drzwiami.

                Sklepy, w których wszystkie napisy są po chińsku, bawią Francuzów swoją
                egzotyką. Arabów bezustanku wzywa się do większej integracji.

                To oni - tak bliscy, a tak dalecy - pozostają w Europie symbolicznym Obcym.

                Sami ściągają na siebie rasizm, gdy mówią na ulicy po arabsku - potrafią
                tłumaczyć niektórzy. Jakby wystarczyć miało, żeby Arabowie przeszli na
                francuski, by nadszedł kres dyskryminacji.

                Czy fale antysemityzmu w zachodniej Europie nie brały niegdyś za cel Żydów
                doskonale zasymilowanych? Czy oskarżany o zdradę kapitan Dreyfus, którego
                bronił Zola, nie był oficerem francuskiej armii? Ta umiejętność asymilacji była
                wręcz jednym z zarzutów, które stawiano Żydom - wróg zdawał się groźniejszy, bo
                był niewidoczny.

                - Integracja to proces, który musi przebiegać w dwie strony - powtarzał mi w
                Lyonie ojciec Delorme. - Cudzoziemiec, to jasne, musi wykonać największy
                wysiłek. Ale choćby nie wiem jak się starał, niczego nie zdziała, jeżeli my nie
                zrobimy kroku w jego stronę.

                Źródło wszystkich problemów

                Nie wszyscy jednak mają ochotę na ten krok.

                To Francja jest krajem Europy, w którym najsilniej urosła skrajna prawica.
                Francuzi nie zdawali sobie z tego sprawy aż do lata ubiegłego roku. To wtedy ku
                ogólnemu zdumieniu Jean-Marie Le Pen, szef Frontu Narodowego, stanął naprzeciw
                Jacquesa Chiraca w drugiej turze wyborów prezydenckich.

                "Cudzoziemcze, tyś źródłem wszystkich naszych problemów..." - śpiewał z ironią
                Rachid Taha. Właśnie to mówił Le Pen najbiedniejszym Francuzom, bezrobotnym,
                rozgoryczonym. Francja była ofiarą spisku. Na zewnątrz czyhała na nią Unia
                Europejska, która chciała pożreć jej suwerenność. Od wewnątrz zagrażali jej
                imigranci.

                Nieważne, że wielu z tych, których Le Pen wskazywał palcem, urodziło się i
                wychowało we Francji. Imigrant to ten, kto ma ciemniejszą cerę i niewysokie
                zarobki. W dyskursach skrajnej prawicy słowo "imigrant" zastąpiło
                słowa "Żyd", "Arab", czy "Murzyn".

                Imigracja to bieda, anarchia, przestępczość... - wyliczał Le Pen. Front
                Narodowy miał położyć kres temu wszystkiemu.

                - Francuzom wydaje się dzisiaj, że przyjmując imigrantów zrobili dobry uczynek -
                mówił mi z goryczą ojciec Delorme. - Zapomnieli już, że sprowadzali ich po to,
                żeby wypracowali dobrobyt dla Francji!

                W halach Citro(na jeszcze w latach 80. trzy czwarte robotników było
                cudzoziemcami. Ale i dziś, gdy zamyka się coraz więcej fabryk, imigranci są
                potrzebni. Bez imigrantów, legalnych i nielegalnych, stanęłyby betoniarki w
                Paryżu czy Marsylii. To oni zamiatają chodniki, zmywają naczynia.

                Każdy milion bezrobotnych we Francji - mówi Le Pen - to milion imigrantów za
                dużo.

                Ale to fałszywy rachunek. Większość ekonomistów sądzi przeciwnie - aby utrzymać
                swój poziom rozwoju, Francja musi przyjmować nowych imigrantów.

                Przed drugą turą wyborów Francuzi, wstrząśnięci, masowo wyszli na ulice przeciw
                Le Penowi. Honor Republiki - zdawałoby się - został ocalony.

                Ale czy na pewno?

                Politycy francuskiej prawicy odcinają się od Le Pena stanowczo. Ale ich hasła
                jakby coraz bardziej zbliżają się do jego haseł.

                - Politycy boją się Le Pena - mówił mi rok temu Sadek Sellam. - Wierzą, że może
                skomentować ich decyzje tak, że stracą wyborców. Obawiają się, że w ludziach
                drzemie rasizm...

                Sondaże przyznają im rację. W końcu lat 90. aż 40 procent Francuzów
                przyznawało, że ma poglądy choć trochę rasistowskie.

                Dziś najpopularniejszą postacią francuskiego rządu jest minister spraw
                wewnętrznych. Nicolas Sarkozy, ambitny młody polityk prawicy, przeforsował
                nowe, restrykcyjne prawa - jakby przemoc i wykluczenie dało się zlikwidować,
                nie likwidując przyczyn, które je wywołują.

                Prawo karze odtąd za zbieranie się na klatkach schodowych albo żebranie na
                ulicy - a przecież nie powstały nowe domy kultury czy bezpłatne stołówki. Do
                Afryki wylatują czartery z wyłapanymi na ulicy nielegalnymi imigrantami.

                Le Pen i jego partia pewnie już nigdy nie osiągną podobnego tryumfu, co latem
                2002 roku. Bo i kto jeszcze potrzebuje Le Pena?

                Pociechy państwa Ben Ali

                Zapada wieczór. W Minguettes ludzie wyłączają telewizor dopiero, gdy idą spać.
                Po talerzach anten satelitarnych można poznać, kto ogląda Algierię czy Maroko.

                Dwie francuskie stacje kablowe nadają już programy po arabsku i po kabylsku.
                Ale w głównych programach francuskiej telewizji Said i Amina zobaczą niemal
                wyłącznie przedmioty, na które ich nie stać i ludzi, którzy nie wyglądają jak
                oni. Kiedy się kończy ramadan, w wiadomościach trafią na reportaż, jak arabska
                rodzina przygotowuje święto. Ale gdy telewizja pokazuje, że dzieci mają za
                ciężkie tornistry, nieodmiennie filmuje pociechy państwa Dupont, a nie państwa
                Ben Ali.

                "Telewizja dowodzi, jak społeczeństwo postrzega samo siebie" - zauważa z
                goryczą Calixte Beyala, kameruńska pisarka mieszkająca we Francji.

                We Francji nie ma mowy o "pozytywnej dyskryminacji", jaka w USA zwiększyła
                liczbę czarnej czy latynoskiej młodzieży na studiach, i wprowadziła na ekrany
                aktorów z mniejszości etnicznych. Nikogo nie wolno prześladować za kolor skóry,
                pochodzenie czy wiarę - ale nikt też nie może korzystać z przywilejów.

                Ta zasada to podstawa Republiki. Nie wolno jej zmieniać - uważa Malek Boutih,
                do niedawna przewodniczący SOS-Rasizm. We Francji, jego zdaniem, zasady są
                dobre - tylko praktyka zła.

                "Telewizja wciąż przenosi stereotypy na temat mniejszości - powiada Beyala. - A
                przecież dobry film z czarną czy arabską obsadą byłby lepszym antidotum na
                rasizm, niż dziesięć lat manifestacji!"

                Prawda, że moda na tele-realite dodała barw telewizji. We francuskich
                odpowiednikach "Big Brothera" czy "Idola" są Beurowie i Czarni. Dobrze
                sprzedają się Khaled i Faudel - śpiewają, wiecznie uśmiechnięci, słodkawe
                piosenki o miłości. Furorę robi Jamel Debbouze, zabawny aktor z "Amelii". I kto
                wie, czy najbardziej znanym Francuzem na świecie nie jest dziś Zineddine Zidane.

                Ale Zidane rzadko się wypowiada. Agenci kontrolują każde jego słowo.

                Boją się, że w kibicach także drzemie rasizm.

                "Moje zwycięstwo jest też zwycięstwem mego ojca. Zwycięstwem wszystkich
                Algierczyków dumnych ze swojej flagi, którzy poświęcali się dla swoich rodzin,
                ale nigdy nie porzucili swej kultury" - powiedział przed laty Zidane autorowi
                książki o francuskim futbolu.

                Z drugiego wydania książki zdanie to wykreślono.

                Panie Boutih, niech pan wytłumaczy...

                Sport i rozrywka, to więc ich domeny. Mogą bawić tłumy.

                Ilu deputowanych, senatorów, prefektów czy merów wywodzi się z imigracji z
                krajów Maghrebu? - zapytywał półtora roku temu tygodnik "Nouvel Observateur".
                Odpowiedź była wstrząsająca. Żaden.

                W parlamentach Wielkiej Brytanii, Holandii czy Niemiec zasiadają dzieci Turków
                czy Pakistańczyków. We Francji po marszach lat 80. Beurowie wrócili do swoich
                przedmieść. Działali na osiedlach, zostawali pedagogami społecznymi. Czasem
                trafiali do rady miasta. "To pasowało politykom - uważa Malek Boutih. -
                Politycy nie chcieli równości. Chcieli mieć pośredników, takich szefów
                bambusów, którzy załatwiliby im święty spokój. Jeszcze dziś słyszę
                czasem: 'Panie Boutih, niech no pan wytłumaczy swoim ludziom...'."

                Podczas wyborów wśród kandydatów francuskich partii pojawia się zwykle ktoś o
                arabskim nazwisku - trzeba przyciągnąć jakoś głosy Beurów. Na liście zwykle
                jednak będzie ostatni Tylko do Parlame
                • 27.04.04, 14:44
                  Podczas wyborów wśród kandydatów francuskich partii pojawia się zwykle ktoś o
                  arabskim nazwisku - trzeba przyciągnąć jakoś głosy Beurów. Na liście zwykle
                  jednak będzie ostatni Tylko do Parlamentu Europejskiego trafiają czasem
                  deputowani o pochodzeniu arabskim.

                  Lewica nie była tu lepsza od prawicy - dopiero Jacques Chirac latem 2002 roku
                  wprowadził do rządu Tokyę Saifi, pierwszą minister z korzeniami w imigracji
                  maghrebskiej. Stanowisko zajmowała niezbyt ważne, ale miała rangę symbolu.

                  Jak te Marianny z przedmieścia, których portrety zawisły na Zgromadzeniu
                  Narodowym w rocznicę zdobycia Bastylii.

                  "Ciągle nie bierze się pod uwagę myśli, że Francja jest wielorasowa, bogata
                  różnorodnością twarzy i krzyżujących się kultur, że wspólny los zbudowany jest
                  z rozmaitych wkładów i że przyszłość tego kraju leży też w rękach milionów
                  cudzoziemców" - pisał 20 lat temu Tahar Ben Jelloun, francuski pisarz urodzony
                  w Maroku. Żadnemu narodowi nie jest łatwo przemyśleć na nowo swą tożsamość,
                  nawet jeśli ma w swej historii kolonialne imperium, wzniesione dzięki pracy
                  ludzi wszystkich kolorów skóry. Francuzi wprowadzali niegdyś swoją kulturę w
                  koloniach - dziś patrzą z obawą, jak inne kultury zapuszczają korzenie w ich
                  ziemi...

                  Lecz można by pomyśleć, że Francja coraz bardziej zaczyna się przyzwyczajać do
                  myśli, że jest krajem mulitietnicznym, i że taka, multietniczna, już będzie
                  Europa.

                  Że zaczyna rozumieć, że z jej historii nie da się wykreślić tego roku, gdy jej
                  pośrednicy dotarli do wsi pod Biskrą, gdzie urodzili się ojciec i matka Saida.

                  Bo było tak, jak mówił szwajcarski pisarz Max Frisch - szukano siły roboczej, a
                  przyjechali ludzie.
      • 24.07.04, 11:24
        http://serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,42786,2195906.html
        ks. Marek Łuczak 23-07-2004 , ostatnia aktualizacja 23-07-2004 19:44

        Niech politycy francuscy zakazujący noszenia chust myślą raczej o godności
        człowieka - pisze ks. Marek Łuczak

        W mediach nie milkną głosy na temat zakazu noszenia muzułmańskich chust we
        francuskich szkołach publicznych. Niektórzy dziwią się katolickim środowiskom,
        które w większości stają po stronie wyznawców Allaha. Punktem wyjścia rozważań
        nie zawsze muszą być względy aksjologiczne. Warto uwzględnić kwestie czysto
        utylitarne: ograniczanie swobód religijnych kogokolwiek jest podcinaniem
        gałęzi, na której się siedzi.

        W kontekst sporów na styku islamu z kulturą zachodnią wpisuje się najnowsza
        książka Oriany Fallaci "Siła rozumu". Włoska dziennikarka nie oszczędza nikogo,
        kto w jakikolwiek sposób pomaga muzułmanom. O zgrozo - w przypadku Kościoła
        katolickiego - jej krytyka dotyczy nawet działalności charytatywnej wśród
        imigrantów.

        To prawda, że katolicy, przynajmniej większość z nich, negatywnie oceniają
        decyzję francuskich władz zakazującą noszenia chust. Jednak nie jest to wyraz
        żadnego tchórzostwa, jak chciałaby Fallaci, ale racjonalnej kalkulacji.
        Niestety, o ile rozum pojawia się w tytule ostatniego jej bestselleru, o tyle
        znika już na następnych stronach książki, wyparty przez zwykłą furię.

        Siła aksjomatu

        Zarzutu nieracjonalności nie można postawić osobom, które wydały ten zakaz. I
        chyba na tym polega szkopuł. Zresztą nie tylko w przypadku wspomnianego sporu,
        ale wszędzie tam, gdzie pojawia się przestrzeń dla jakiejkolwiek rzeczowej
        dyskusji. Niewłaściwe zrozumienie jej przebiegu może prowadzić do
        niebezpiecznego wniosku, że ktoś po drodze popełnił błąd. A źródłem rozminięcia
        się jest nie tyle błąd logiczny, ile założenie przyjęte na wstępie każdego
        rozumowania.

        Jeśli chodzi o francuski punkt widzenia, mamy do czynienia z prawidłowym
        wnioskowaniem. Z właściwych przesłanek wynika właściwy wniosek. Podobnie jest w
        przypadku przeciwnego poglądu. Stąd brak porozumienia, więcej nawet - brak
        szans na jakikolwiek konsensus.

        Jeśli ktoś w swoim myśleniu wyjdzie z przekonania, że najważniejsze jest dobro
        Republiki i świecki charakter państwa, to będzie skazany na myślenie przeciwne
        przekonaniu kogoś, dla kogo najważniejsza będzie godność osoby i wolność
        religijna. Więc na różnicy przyjętych założeń polega cała różnica zdań.

        Laickość religią panującą

        Autorzy francuskiego zakazu opowiadają się po stronie Republiki. Jednak
        prawdopodobnie do końca nie zdają sobie sprawy ze złożoności problemu.
        należałoby bowiem zapytać: o jaką republikę chodzi? Niestety, za sprawą coraz
        powszechniejszego relatywizmu konieczne jest dziś określanie pojęć dodatkowymi
        przymiotnikami. Ponieważ zbyt wiele jest wieloznaczności, domagają się tego
        elementarne zasady metodologii. Zatem dla Francji wartością jest nie tyle
        Republika, ile republika laicka. Laickość nie jest neutralnością - tak jak nie
        jest nią wyznaniowość państwa będąca na przeciwległym biegunie. Czyli dla
        państwa wyznaniowego nie jest alternatywą państwo laickie, jak chcieliby
        Francuzi.

        Nie może być mowy o neutralności, gdy w ramach wspólnego państwa jedni
        ograniczają prawa drugich. W momencie zaistnienia takowej sprzeczności
        interesów każde rozwiązanie jest patowe. Przegrani poczują się albo zwolennicy
        zakazu, albo przeciwnicy. Byłoby zdecydowanie lepiej, gdyby państwo w ogóle nie
        ingerowało w sprawy tak delikatne jak ludzkie sumienie.

        Echem dyskusji o chustach jest opinia, że laicyzm we Francji staje się
        ideologią. Dla innych koncepcja państwa bardzo wyraźnie akcentująca rozdział
        Kościoła (bez przymiotnika "przyjazny") jest nie tyle ideologią, ile -
        paradoksalnie - rodzajem religii. Niestety, choć w pluralistycznej
        rzeczywistości byłoby to do przyjęcia, francuski kazus pokazuje coś
        niepokojącego: laicyzm staje się religią panującą, przez co paradoks jest nie
        tylko wyraźniejszy, ale wprawia w jeszcze większe zdumienie.

        W tym miejscu warto przypomnieć naukę św. Augustyna. Już przed wiekami uznał on
        Kościół i państwo za porządki doskonałe, które mają osobne cele i wystarczające
        środki do ich realizowania (na tym ostatnim polega ich doskonałość). Każdy
        spełnia właściwą sobie funkcję, co nie oznacza żadnej sprzeczności, ale wręcz
        szansę na wzajemne uzupełnienie.

        Prokreacja zamiast wojny

        W „Gazecie Świątecznej” z 13 czerwca br. ukazał się artykuł Miłady Jędrysik
        pt. „Rozum w cieniu furii” traktujący o najnowszej książce Fallaci. Odnosząc
        się do francuskiego zakazu noszenia chust, autorka przywołuje argument
        demograficzny. Pisze, że już dziś w Europie mieszka kilkadziesiąt milionów
        muzułmanów i ich liczba stale rośnie. Stawia też następujące pytanie: „Czy
        spowoduje to, że za kilkadziesiąt lat wyznawcy islamu w Europie osiągną »masę
        krytyczną « i zgodnie z duchem demokracji będziemy musieli uznać ich żądania,
        by żyli według własnych reguł?”.

        Może moja obawa jest bezpodstawna, ale nie potrafię nie zapytać: a jeśli za
        kilkadziesiąt lat nie tylko przegłosują, że mogą nosić chusty i mamy im na to
        pozwolić, ale że my musimy się zachowywać jak oni, bo takie jest święte prawo
        większości? Gdyby demokratycznie przegłosowali, że islam staje się religią
        państwową, byłaby to tragiczna konsekwencja dzisiejszej polityki Francji, która
        zmusza muzułmanów do zdejmowania chust. Oby Francuzi nie musieli ich sami
        nosić. Europa zna z historii zasadę Cuius regio, eius religio (Czyja władza,
        tego religia). Widać historia nie zawsze jest nauczycielką życia.

        Bracia muzułmanie

        Kiedy chrześcijaństwo pojawiło się na mapie starożytnego świata, niewolnictwo
        było rozpowszechnione. Jak wynika z biblijnych przekazów, nikomu nie zależało
        na rewolucyjnych zmianach porządku społecznego. Można nawet zaryzykować
        twierdzenie, że Chrystus i Apostołowie szanowali (akceptowali) ten porządek.
        Jednak znana jest scena, w której do chrześcijanina św. Pawła przychodzi
        niewolnik Onezym. Skarży się na swojego pana, od którego uciekł. Paweł chciał
        nawet na początku zatrzymać sługę przy sobie, ale ostatecznie postanawia
        odesłać go do właściciela. Jednocześnie pisze najkrótszy tekst Nowego
        Testamentu, List do Filemona, w którym zawiera wyjątkowe przesłanie: przyjmij
        go, ale nie jako niewolnika, lecz brata.

        Niektórzy w tym wydarzeniu widzą początek ewolucji, która doprowadziła do tego,
        że niewolnictwo straciło rację bytu. Gdy rozpowszechniła się świadomość
        godności człowieka, nie wypada akceptować tego, co się tej godności sprzeciwia.
        Decyzja Pawła jest przykładem chrześcijańskiej pedagogii, wychowywania do
        szacunku dla drugiego człowieka.

        Święte prawo sumienia

        Jeden z ważniejszych dokumentów Soboru Watykańskiego II traktuje o wolności
        religijnej. Taki też polski tytuł ma deklaracja z 1965 roku. Wymowne jest, że w
        łacińskim tytule zawarte jest słowo "godność" ("Dignitatis humanae"). Choć, jak
        czytamy w dokumencie, w dzisiejszych czasach ludzie coraz bardziej uświadamiają
        sobie godność osoby ludzkiej, francuski przykład wydaje się temu przeczyć.

        Ojcowie soborowi w następujący sposób sformułowali ogólną zasadę wolności
        religijnej: "Osoba ludzka ma prawo do wolności religijnej. Tego zaś rodzaju
        wolność polega na tym, że wszyscy ludzie powinni być wolni od przymusu ze
        strony czy to poszczególnych ludzi, czy to zbiorowisk społecznych i
        jakiejkolwiek władzy ludzkiej, tak aby w sprawach religijnych nikogo nie
        przymuszano do działania wbrew jego sumieniu ani nie przeszkadzano mu w
        działaniu według swego sumienia".

        Opłacalna inwestycja

        Może we francuskim rozumowaniu należałoby zmienić punkt wyjścia? Zamiast
        akcentować pierwszeństwo Republiki, politycy winni raczej uwzględniać godność
        człowieka. To samo zadanie stoi także przed wszystkimi, którzy
        chcą "cywil
        • 24.07.04, 12:05
          Dzięki- warto przeczytać! Pzdr!!!
      • 12.10.04, 21:08
        Ćwierć miliona "nielegalnych" we Francji

        We Francji żyje ćwierć miliona ludzi, którym w ostatnich latach odmówiono
        azylu - alarmują media. Wśród nich są radykalni islamiści, którzy bez przeszkód
        mogą krążyć po całej Unii, montując np. terrorystyczne siatki

        Tajny raport francuskiej administracji trafił na czołówkę środowego "Le
        Figaro". Dotyczy głównie tego, że nielegalni przybysze kosztują Francję
        dziesiątki milionów euro. Wynika z niego jednak też jasno, że tolerowani nad
        Sekwaną cudzoziemcy mogą być dla Europy śmiertelnym zagrożeniem.

        Nielegalni imigranci, którym odmówiono prawa do azylu, pochodzą we Francji
        głównie z muzułmańskich państw Afryki. Po odmownym rozpatrzeniu ich wniosku
        zwykle udaje im się uniknąć odesłania do ojczyzny i po prostu "rozpływają się"
        we Francji, znikając spod kontroli władz. Zwykle lądują u krewnych lub
        znajomych na przedmieściach wielkich miast, gdzie żyją pozbawieni wszelkich
        praw i zazwyczaj też źródeł utrzymania (części udaje się uzyskać pomoc
        socjalną) z poczuciem odrzucenia przez Zachód. Tam zaś łatwo mogą ich pozyskać
        islamiści, którzy werbują ochotników do Dżihadu.

        Szeregi tych wykluczonych, zwanych we Francji "ludźmi bez dokumentów", rosną od
        lat. W 1998 r. starających się azyl we Francji było 28 tys., a w 2003 r. już 61
        tys. W tym roku z 40 tys. rozpatrzonych wniosków 34 tys. odrzucono, głównie od
        przybyszów z muzułmańskich państw Afryki. Mimo to najwyżej co piątego z nich
        udało się deportować lub zachęcić do wyjazdu dobrowolnie.

        Raport sugeruje, by organizować azylantom lekcje języka oraz dać możliwość
        pracy, np. sezonowej. Wszystko po to, by nie pozostawali bezczynni i się nie
        alienowali. To jednak problemu nie rozwiąże. Według cytowanego przez "Le
        Figaro" adwokata Alaina Jakubowicza, który w merostwie Lyonu zajmuje się
        sprawami azylantów, osoba, której wniosek odrzucono, zwykle "schodzi do
        podziemia". Nawet jeśli zostanie złapana, to nie sposób jej wyrzucić -
        wystarczy, że ukryje przed Francuzami kraj pochodzenia, a wtedy deportacja
        staje się niemożliwa. - Ta część ludności jest niezwykle mobilna. Może
        podróżować z kraju do kraju, wrócić do swoich ojczyzn, a potem znów przyjechać
        do Francji z wizą turystyczną - mówi Jakubowicz. Jego zdaniem konieczne jest
        pilne, by we Francji skrócono procedury rozpatrywania wniosków o azyl.

        źródło: gazeta.pl, Robert Sołtyk, Strasburg 15-09-2004
      • 18.10.04, 19:59
      • 10.06.05, 12:38
        Na egzaminy można w chustach
        IAR, 2005-06-08


        Począwszy od jutra muzułmańskie maturzystki we Francji mogą przychodzić na
        egzaminy maturalne w chustach. Muszą jednak pozwolić się skontrolować, czy nie
        ukrywają pod chustą słuchawek lub innych niedozwolonych przedmiotów.

        Na tę wyjątkową sytuację podczas egzaminów końcowych zezwala ustawa o
        neutralności światopoglądowej w szkołach. Informując o tym, media francuskie
        przytoczyły wypowiedź rzecznika ministerstwa edukacji, który oświadczył, że
        wszystkie uczennice i uczniowie poddawani są takiej samej kontroli przed
        wejściem na salę egzaminacyjną, a więc muszą przedstawić dowód tożsamości i
        pozwolić na kontrolę teczek. Uczennice i uczniowie noszący długie włosy będą
        sprawdzani, czy nie kryją pod nimi słuchawek.

        Specjalne przepisy dotyczące egzaminów zawarte są w ustawie o neutralności
        światopoglądowej w szkołach, która weszła w życie jesienią ubiegłego roku. Na
        jej mocy, uczniom nie wolno nosić wyraźnych oznak świadczących o ich
        przynależności religijnej. Obok muzułmańskiej chusty zaliczono do nich żydowską
        kipę, sikhijski turban i duży krzyż.

      • 10.06.05, 23:08
        Wojna Arabów z Romami w Perpignan


        Robert Sołtyk, Paryż 30-05-2005

        Perpignan, miasto gorącego południa Francji znane dzięki festiwalom
        kulturalnym, od tygodnia żyje w strachu. By powstrzymać zamieszki między
        Cyganami i Arabami, ściągnięto trzy kompanie sił specjalnych policji

        Wszystko zaczęło się w niedzielę tydzień temu. Arab ukradł Cyganowi samochód.
        Na wieść o tym banda młodych Cyganów uzbrojonych w kije baseballowe i żelazne
        drągi wtargnęła do arabskiej kawiarenki, gdzie na oczach licznych świadków
        zakatowała na śmierć młodego Mohameda Bey-Bachira. By inni zapamiętali, że
        Cyganom aut się nie kradnie.

        Wśród coraz liczniejszej w Perpignan społeczności arabskiej zawrzało. Młodzi
        postanowili zemścić się na Romach. Żyją oni na południu Francji od wieków,
        nadając tamtejszej kulturze, zwłaszcza muzyce, charakterystyczny klimat. Obie
        społeczności należą do społecznych nizin. W Perpignan od 50 lat żyją niemal na
        tych samych ulicach, ale osobno - bez mieszanych małżeństw, wspólnych sklepów
        czy zabaw.

        Arabska zemsta spełnić się jednak nie mogła. Romowie pozamykali w domach żony i
        dzieci, wystawili na rogach ulic uzbrojone bojówki. Pojawiła się także policja -
        zdaniem Arabów zamiast aresztować morderców Mohameda i rozbroić Romów, zaczęła
        ich chronić. Młodzi Arabowie co noc na starówce podpalali więc z zemsty
        samochody na chybił trafił, demolowali sklepy. W sobotę odbył się niemal
        pięciotysięczny marsz milczenia społeczności arabskiej ku czci zabitego.

        W niedzielę, dniu referendum nad konstytucją europejską, wybuchły otwarte
        starcia. Z samochodu, który krążył po mieście, strzelano do przypadkowych
        Arabów. Zginął kolejny mężczyzna, którego personaliów nie podano, dwie osoby
        zostały ranne od kul, w tym jedna - ponoć kobieta - w głowę. Wywołało to
        regularną bitwę między uzbrojonymi w maczety i noże kilkuset Arabami a policją
        francuską na centralnym placu Cassanyes. Wynik: cztery osoby ranne od broni
        białej, dwie trafione butelkami, w tym jeden policjant, kilkadziesiąt spalonych
        aut i całkowicie zdewastowane sklepiki w historycznym centrum.

        Napięcie nie spada. Romowie twierdzą, że żyją w ciągłym strachu przed Arabami,
        którzy nic nie robią, a zaczepiają ich kobiety. Arabowie skarżą się, że to
        Cyganie nie pracują, a stać ich na drogie limuzyny. Francuscy mieszkańcy
        Perpignan skarżą się, bo - jak podsumowuje "Libération" - w starciu obu
        społeczności stali się naraz zakładnikami i rozjemcami mimo woli.
    • 13.11.03, 20:11
      Integracja społeczna imigrantów po holendersku

      Holenderscy politycy prześcigają się w pomysłach na zintegrowanie społeczne
      imigrantów, ale niektórzy z nich nie przebierają w słowach. Tak jak jeden z
      liderów opozycyjnej Partii Pracy, który nazwał Marokańczyków... cipami!


      Tego skandalicznego - jak na wciąż przecież tolerancyjną wobec imigrantów
      Holandię - sformułowania użył niedawno w Amsterdamie Tjalling Halbertsma,
      lokalny lider Partii Pracy - PvdA. Podczas jednego z wieców dotyczącego cięć w
      budżecie dla organizacji młodzieżowych miał według świadków krzyczeć na cały
      głos: "Rozprawimy się z tymi cipami Marokańczykami, jeśli nie będą słuchać".

      Brzydkie słowo na "c" (Halbertsma użył słowa "kut", co w języku holenderskim
      jest wulgarnym określeniem kobiecych narządów płciowych) wywołało wielką
      konsternację w PvdA. Sam Halbertsma wyjaśniał, że przekręcono jego słowa. Media
      przypomniały szybko i jemu, i partii, że już w zeszłym roku z takim epitetem
      zwracał się do Marokańczyków inny z liderów PvdA niezadowolony z tego, że
      zawiódł się na ich poparciu w kampanii wyborczej.

      Obelgi, podobnie jak i inne przejawy nietolerancji wobec cudzoziemców w ogóle i
      muzułmanów (którzy stanowią 6 proc. mieszkańców) w szczególności, to w Holandii
      wciąż rzadkość. Niestety, sen o wieloetnicznym społeczeństwie skończył się w
      2002 roku wraz z pojawieniem się populistycznego i antyimigranckiego ruchu Pima
      Fortuyna. Zamordowanie jego lidera (na szczęście dla imigrantów - przez
      rodowitego Holendra) na kilka dni przed wyborami sprawiło, że problem imigracji
      nabrał nowego wymiaru. Politycy głównych partii establishmentu zorientowali
      się, że na rosnącej niechęci do imigrantów i strachu przed szalejącymi po
      ulicach miast gangami marokańskich nastolatków populiści mogą zbić całkiem
      niezły kapitał, w tym partia pogrobowców Fortuyna - Liście Pima Fortuyna.
      Dostojni politycy zaczęli więc mnożyć własne programy oswajania, integrowania
      czy wreszcie sprowadzania ze złej drogi przybyszów z Afryki Północnej, z byłych
      kolonii itd.

      Ucz się, płać i płacz

      I tak podczas niedawnej debaty parlamentarnej nad nową ustawą imigracyjną
      światło dzienne ujrzało kilka dość kontrowersyjnych pomysłów dotyczących losu
      kandydatów na obywateli Holandii. Odpowiedzialna za tę dziedzinę minister -
      wywodząca się z liberalnej partii VVD Rita Verdonk - zaproponowała, by
      imigranci skończyli kursy języka holenderskiego i historii Holandii, i to
      zarówno nowi, którzy już na takie kursy muszą chodzić, jak i od dawna tu
      przebywający, w tym ludzie starsi. Co więcej, za te kosztujące kilka tysięcy
      euro kursy musieliby sami zapłacić. Zdając sobie sprawę, że zdecydowana
      większość imigrantów to ludzie bez pieniędzy, minister powiedziała, że gminy
      powinny udzielać im korzystnych kredytów na takie kursy. Niewykluczone, że
      część kosztów zwracałoby państwo.

      Tak wyglądałaby marchewka. A kij? Kijem - zdaniem pani minister - byłoby np.
      odebranie przywilejów socjalnych, zapomóg czy zasiłków tym, którzy nie zdaliby
      egzaminów bądź w ogóle nie stawiliby się na kursach. Odbieranie przywilejów to
      ulubiona sankcja minister Verdonk. Kilka tygodni temu powiedziała, że trzeba
      się zastanowić, czy nie wprowadzić takich właśnie kar wobec rodziców nieletnich
      imigrantów dopuszczających się przestępstw. Była to reakcja na wstrząsające
      doniesienia o terroryzowaniu pacjentów podamsterdamskiego domu starców przez
      gang nastoletnich Marokańczyków. Takie gangi zalazły za skórę wielu Holendrom,
      a jak wskazują sondaże, obywatele Niderlandów uważają, że marokańska młodzież
      będzie stawała się jeszcze bardziej agresywna i groźna.

      Lekcje z Holocaustu u imama?

      Obecnemu rządowi nie wypada stosować recepty populistów, czyli nasilenia
      przymusowych deportacji nielegalnych imigrantów. Stąd minister Verdonk uważa,
      że warto by zastosować "filtry" w krajach, z których przybywa ich najwięcej.
      Ci, którzy chcieliby przyjechać do Holandii z Turcji czy Maroka (właśnie z tych
      krajów napływa najwięcej imigrantów) w celach matrymonialnych bądź łączenia
      rodzin, musieliby zdać elementarny egzamin z "holenderskości" już w swoim
      kraju.

      Pozostający w opozycji socjaliści i partia pracy krzywo patrzą na pomysły pani
      minister. Są też inicjatywy idące jeszcze dalej. Ayaan Hirsi Ali, deputowana z
      tej samej liberalnej partii VVD, zaproponowała, by wziąć pod baczną obserwację
      działające legalnie 43 szkoły islamiczne i odcinać dopływ publicznych i
      prywatnych funduszy do nich, jeśli okazałoby się, że są one gniazdem
      nietolerancji, antysemityzmu i nienawiści rasowej czy agresji skierowanej
      przeciw mniejszościom seksualnym. Holenderskie służby specjalne zmroziły jakiś
      czas temu opinię publiczną informacją, że część tych szkół może być wylęgarnią
      islamskich ekstremistów, ewentualnych adeptów al Kaidy.

      Być może dlatego Ayaan Hirsi Ali chciałaby, aby szkoły te wprowadziły do swoich
      programów lekcje z historii Holocaustu i edukację seksualną. W szkołach
      islamicznych miałyby się też odbywać lekcje mówiące o różnych preferencjach
      seksualnych. Na tak rewolucyjne posunięcie nie chce się zgodzić nawet minister
      Verdonk.

      W umowie koalicyjnej sprzed kilku miesięcy znalazł się znaczący
      zapis: "Ktokolwiek chce pozostać w naszym kraju, musi odnaleźć się w
      holenderskim społeczeństwie, uczyć się języka holenderskiego, rozumieć
      holenderskie wartości i żyć zgodnie z nimi". Prowadzona dotąd "holenderyzacja"
      polegająca na uczestnictwie "nowych" imigrantów w kursach językowych przyniosła
      efekty. Według danych MSW liczba podań o azyl spadła w ostatnim roku aż o 70
      proc.!

      Jeden z ministrów poprzedniego rządu planował rozciągnięcie obowiązku
      znajomości holenderskiego również na imamów z ponad 450 działających w
      Niderlandach meczetów. Według tych porzuconych planów islamski kleryk, który
      oblałby egzamin z języka swego nowego kraju, musiałby się liczyć z utratą prawa
      do pobytu. Nowy rząd nie wrócił do tego pomysłu.

      ŹRÓDŁO: Gazeta Wyborcza, Jacek Pawlicki 13-11-2003
      • 13.05.04, 14:28
        Imię Mohammed nie jest już najpopularniejszym imieniem w Amsterdamie. Jak
        przypomniał holenderski dziennik "De Telegraaf" to imię od 20 lat utrzymywało
        się na pierwszym miejscu wśród imion najczęściej nadawanych chłopcom urodzonym
        w stolicy Holandii.

        Wszystko wskazuje na to, że po latach królowania na liście amsterdamskich imion
        w tym roku Mohammeda zastąpi Lukas. Mohammed spadł na drugie miejsce, a tuż za
        nim uplasował się Sam.

        Wśród dziewczynek najpopularniejszym imieniem w tym roku jest Sara, która
        utrzymuje się na pierwszym miejscu od 1990 roku. Na drugim miejscu znalazła się
        Eva, a trzecie zajmuje Charlotte.

        źródło: onet.pl, IAR, MFi /2004-05-13
      • 23.10.04, 02:17
        Holandia coraz bardziej muzułmańska

        źródło: IAR, 2004-10-20

        Po raz pierwszy chrześcijanie stanowią w Holandii mniejszość. Zwiększa się za
        to liczba muzułmanów.

        Jak wynika z ankiety przeprowadzonej przez dziennik "Trouw" i Holenderskie
        Towarzystwo Biblijne, jedynie 33 procent Holendrów jest lub czuje się członkami
        kościołów protestanckiego lub katolickiego. Pozostali są ateistami lub
        wyznawcami innych religii.

        Jeszcze 8 lat temu chrześcijanie stanowili połowę mieszkańców Holandii. Dziś
        najczęściej nadawanym imieniem jest w tym kraju "Muhammad".

        Zdaniem profesora socjologii z Uniwersytetu w Amsterdamie dane te są godne
        uwagi, gdyż w ostatnich latach twierdzono, iż następuje powrót do
        religii. "Okazuje się, że jest wręcz odwrotnie" - uważa profesor Hijme
        Stoffels.

        Najniższa w historii jest też liczba osób, posiadających Biblię w domu. Jedynie
        połowa pytanych ma ją w domu. Wielu jej nie czyta, bo "jest ksiegą starej
        daty". Jedynie 20 procent uważa, że Biblia zawiera wciąż aktualne treści.
      • 28.10.04, 19:48
        Ayaan Hirsi Ali

        Ayaan przyznała publicznie, że przestała wierzyć w Allaha. W Holandii rzecz
        normalna, ponad połowa ludności nie należy do żadnej gminy wyznaniowej. Dla
        Ayaan jednak według szariatu, religijnego prawa, jest to podpisanie wyroku
        śmierci na siebie. To niesłychana zdrada. Islamska społeczność wybuchła nowym
        protestem. O Ayaan Hirsi Ali, Somalijce, która została liberalną holenderską
        parlamentarzystką, pisze Sasza Malko

        "Ile masz dzieci, babciu?" - pytała mała Ayaan. "Jedno" - odpowiadała babcia,
        bo jej osiem córek się nie liczyło. Uważała też, że ma tylko jednego wnuka. "A
        my?" - pytały Ayaan i jej siostra. "Wy będziecie naszej rodzinie rodzić
        synów". "Mam się stać fabryką synów" - myślała Ayaan.

        "Masz być posłuszna - mówiła babcia. - Masz być cierpliwa. Masz słuchać Boga,
        ojca, męża, brata, rodziny, klanu. Od tego zależy twój honor. Za to dostaniesz
        nagrodę na tamtym świecie. Dla kobiet są tam daktyle i winogrona".

        Ayaan i jej siostra były w połowie szkoły, kiedy matka zakazała dziewczynkom
        dalej do niej chodzić. Po co im to mieszanie w głowach? I tak za parę lat
        zostaną wydane za mąż. Niech się lepiej uczą prowadzenia domu - orzekła. W
        obronie córek, ich edukacji stanął ojciec. Zagroził matce, że ją przeklnie na
        zawsze. Przeklnie ją też - powiedział - jeśli jego dziewczynki zostaną
        obrzezane. Ale ojciec rzadko bywał w domu. "Do tej pory nie wie - mówi Ayaan -
        że mama i babcia dopięły jednak swego". Ayaan opowiada po latach chłodno,
        pobieżnie. "Islam wymaga, by dziewczyna wychodziła za mąż jako dziewica. Dogmat
        dziewicy jest gwarantowany przez wycięcie klitoris, zaszycie warg sromowych i
        zamknięcie dziewczyny w domu".

        Ayaan urodziła się w Somalii w 1969 r. Jej ojciec, przywódca demokratycznej
        opozycji Hirsi Magan, siedział w więzieniu. Zobaczyła go po raz pierwszy, gdy
        miała sześć lat. Ojciec wyszedł na wolność i wyemigrował do Arabii Saudyjskiej.
        Rodzina pojechała za nim. Po roku przeprowadzili się do Etiopii, w końcu
        zacumowali w Kenii.

        Ojca prawie nigdy nie było w domu. Znikał na rok, czasami na parę lat, miał
        inne żony, które też czekały na niego latami. Bo dla ojca najważniejsza była
        sprawa. Od rodziny też wymagał pełnego poświęcenia dla ojczyzny i
        opozycji. "Gdy narzekałyśmy, że chcemy mieć tatę jak wszyscy, mówił, że to
        zaszczyt być powołanym do wyższego celu, że musimy nieść nasz los z podniesioną
        głową" - opowiada Ayaan.

        W Nairobi Ayaan poszła do elitarnego liceum Moslem Girls Secondary School. Były
        tam dziewczęta z Kenii, Jemenu, Somalii, Pakistanu, Indii. „Zdolne,
        inteligentne dziewczyny. Znikały po kolei, na porannym apelu coraz częściej
        było słychać »nieobecna «, czyli wydana za mąż. Spotykałam je po roku, dwóch,
        grube, w ciąży, z dzieckiem na ręku. Wola walki, światełko w oczach, wszystko
        zgasło. Stały się fabryką synów. Dzięki Bogu, że ojciec mieszkał wtedy z nami,
        bo i ja zostałabym wydana za mąż w 16. urodziny”.

        Była połowa lat 80. Ayaan przez chwilę opanowała - ku uciesze matki -
        ortodoksyjna religijność. "To była fascynacja naszą cudowną uduchowioną
        nauczycielką islamu. Poddam się bez reszty woli Allaha, powtarzałyśmy za nią".
        Zawinięta w czarne płótno hołdowała z całego serca czystości i powściągliwości.
        Ale zakochała się, były cielęce zaloty, całowanie po kątach, wszystko surowo
        zakazane religijnym prawem. Jej wiara zaczęła się kruszyć.

        W 1991 r. Ayaan miała 22 lata. W domu pojawił się nagle daleki kuzyn z
        Kanady. "Czas na małżeństwo i dzieci" - oświadczył ojciec. Nawet on, taki
        postępowy, nie wyobrażał sobie innego sposobu na wejście w dorosłe
        życie. "Wierz mi, to dla ciebie najlepsze". O dyskusji nie było mowy. Ayaan
        uciekła w dzień ślubu. Uciekła z Kenii, okrywając hańbą ojca i cały klan. Już z
        Holandii napisała list, błagając o zrozumienie. Ojciec list odesłał z
        dopiskiem, że dziewczyna, która go zdradziła, nie ma prawa uważać się za jego
        córkę. Sześć lat milczał, aż pewnego wieczoru zadzwonił do akademika w
        Leiden. "A be - powiedział do słuchawki - moje dziecko".

        Pierwsze miesiące w Holandii musiały być szokiem dla zbuntowanej, ale jednak
        wierzącej afrykańskiej mahometanki. Cała Holandia wydała się jej kompletnie
        nieprzyzwoita. Dziewczyny w spódniczkach ledwie zakrywających pupę, mężczyźni i
        kobiety w krótkich spodenkach na rowerach, na trawie obściskujące się pary. I
        to przyzwolenie w gruncie rzeczy na wszystko, abyś tylko innym nie przeszkadzał
        żyć - absolutna odwrotność jej świata zakazów. "Stanęłam przed potwornym
        dylematem: według mojej wiary byłam sto razy lepsza, a musiałam przyznać, że
        pogańscy Holendrzy radzą sobie w życiu lepiej niż my".

        Najpierw mieszkała w ośrodku dla azylantów. Uczyła się holenderskiego,
        pracowała jako sprzątaczka, sortowała listy. Nosiła czarną chustę, najpierw z
        trochę odsłoniętym czołem, potem na pół zsuniętą na tył głowy, ku zgorszeniu
        lokalnej somalijskiej społeczności. Aż pewnego dnia wyszła na ulicę z odkrytą
        głową.

        Przeniosła się do akademika. Skończyła politologię w Leiden. Zamieszkała ze
        swoim holenderskim chłopakiem. Znalazła dobrą pracę w przedsiębiorstwie
        farmaceutycznym. I byłaby, jak się w Holandii mówi, azylowym yuppies, gdyby nie
        to, że przez całe studia dorabiała jako tłumaczka somalijskiego w pomocy
        społecznej, w klinikach aborcyjnych, w domach dla bitych kobiet. Wstąpiła do
        socjaldemokratów.

        Wtedy właśnie wybuchła afera imama El Moumni z Rotterdamu. Głosił swoim
        wiernym, że Holendrzy to zwyrodnialcy, homoseksualizm to zaraźliwa, groźna
        choroba, a cały Zachód stoi niżej niż psy. Ktoś to w końcu przetłumaczył i w
        kraju zawrzało. Pod pręgierz go, do sądu - grzmiały organizacje gejów. Do czego
        to podobne - wołali politycy - wydajemy miliony na integrację obcokrajowców, a
        ich kapłani hodują nam wrogie pokolenia. No tak - mądrzyli się publicyści - z
        drugiej jednak strony nie wolno odbierać ludziom ich kultury; i kto niby ma
        kontrolować kapłana? Sam imam był zdziwiony zamieszaniem. "Ja nie uprawiam
        żadnej polityki - powtarzał w telewizji - tylko głoszę od lat te same prawdy
        wiary".

        "I wtedy zrozumiałam - mówi Ayaan - że Somalia dopadła mnie w Holandii".
        Porzuciła biznes. Zatrudniła się w fundacji Wiardi Beckman, instytucie naukowym
        przy partii socjaldemokratów. Zaczęła publikować precyzyjnie logiczne artykuły
        o tym, że islamska społeczność w Holandii wcale nie jest tak zintegrowana, jak
        by chcieli wierzyć politycy. Że polityka integracyjna nie może bazować na
        równości kultur, kiedy hierarchiczna kultura islamu jest zaprzeczeniem
        indywidualistycznej kultury Zachodu. Pisała, że dopóki szariat rządzi umysłami
        mahometan w Holandii, dopóty kultywowanie "integracji z zachowaniem własnej
        osobowości" za pomocą ogromnych subsydiów równa się popieraniu swoistego
        apartheidu, a rezultatem jest frustracja. Pisała o kulcie męskości, o przemocy
        w rodzinie, o podrzędnej pozycji kobiet, o tym, że mrzonką jest emancypacja
        islamskiej młodzieży w Holandii, gdy jest wychowywana przez matki-analfabetki i
        wszechwładnych ojców.

        Przez dziesiątki lat holenderscy politycy uważali, że pozostawienie
        mahometańskiej mniejszości wszystkich jej wartości jest rozsądniejsze niż
        przymusowa asymilacja. Nigdzie w Europie nie ma więc tylu meczetów, islamskich
        szkół, organizacji i mediów co w Holandii. Efektem był społeczny spokój
        nieporównywalny z sytuacją Niemiec, nie mówiąc już o Francji. Ale też zjawiska
        opisywane przez Ayaan Hirsi Ali. Zamknięcie się większości we własnym
        środowisku. Dyktat grupowych poglądów i opinii. Ulice i dzielnice miast
        rozpoznawalne nie tyle po przeważającym typie ubioru i specyficznych sklepach,
        ale i po talerzach anten telewizyjnych na każdym balkonie skierowanych w jedną
        stronę. Dawniej nazywano je "talerzami nostalgii", ostatnio mówi się
        o "talerzach propagandy". Imigranckie dzielnice masowo rezygnują z kabli, czyli
        z h
        • 28.10.04, 19:48
          Przez dziesiątki lat holenderscy politycy uważali, że pozostawienie
          mahometańskiej mniejszości wszystkich jej wartości jest rozsądniejsze niż
          przymusowa asymilacja. Nigdzie w Europie nie ma więc tylu meczetów, islamskich
          szkół, organizacji i mediów co w Holandii. Efektem był społeczny spokój
          nieporównywalny z sytuacją Niemiec, nie mówiąc już o Francji. Ale też zjawiska
          opisywane przez Ayaan Hirsi Ali. Zamknięcie się większości we własnym
          środowisku. Dyktat grupowych poglądów i opinii. Ulice i dzielnice miast
          rozpoznawalne nie tyle po przeważającym typie ubioru i specyficznych sklepach,
          ale i po talerzach anten telewizyjnych na każdym balkonie skierowanych w jedną
          stronę. Dawniej nazywano je "talerzami nostalgii", ostatnio mówi się
          o "talerzach propagandy". Imigranckie dzielnice masowo rezygnują z kabli, czyli
          z holenderskiej telewizji.

          "Jak można liczyć na zdrowy rozwój chłopców - pisze Ayaan Hirsi Ali - kiedy w
          domu i w telewizji słyszą, że są panami stworzenia i że kobiety można tłuc dla
          ich własnego dobra, a w holenderskiej szkole muszą słuchać nauczyciela-geja
          albo nauczycielki w T-shircie. Jak można liczyć na normalny rozwój dziewcząt,
          gdy ich wychowanie oparte jest na zaprzeczeniu ich samodzielności i
          odpowiedzialności za siebie. Fizyczne i psychiczne rozdzielenie mężczyzn i
          kobiet daje nikłą szansę na rozwój umiejętności komunikowania, tak koniecznej w
          rodzinie. Mahometańskie kobiety skarżą się, że mężowie prawie z nimi nie
          rozmawiają. Małżeństwa są aranżowane przez rodziny. Chłopcy są obarczani
          odpowiedzialnością za dziewczynę, której prawie nie znają. Wszystko to prowadzi
          do niezrozumienia, złości i bezsilności, skąd jeden krok do przemocy".

          Ayaan cytuje partyjnych kolegów, holenderskich socjaldemokratów. "Nie
          przesadzaj, z czasem przejdzie samo, zwyczajne problemy społecznych dołów,
          należy tych ludzi popierać, a nie atakować". "30 lat temu mieliśmy podobne
          problemy z katolikami i wszystko się wyrównało".

          Dyskusje te odbywały się w rodzinnym kręgu partii pracy, w czasopismach o
          wąskim zasięgu. Mało kto wiedział, że u socjaldemokratów pracuje młoda
          Somalijka, która niczego nie owija w bawełnę, nie okrywa płaszczem miłości, a
          do tego świetnie pisze. Pozostałaby najpewniej lokalną znakomitością,
          ewentualnie dyżurnym specjalistą od komentarzy prasowych, ale nadszedł 11
          września. Niechciany, niezręczny, dotąd omijany temat islamu stał się z dnia na
          dzień najważniejszy.

          W ciągu kilku miesięcy Ayaan Hirsi Ali została gwiazdą telewizyjną.
          Konfrontowano ją z konserwatywnymi imamami. Dyskutowała z agresywną arabską
          młodzieżą w czarnych chustach. Spierała się z islamskimi inteligentami pełnymi
          zrozumienia dla motywów terroryzmu ("zamach sam w sobie jest zły, ale
          rzeczywistość i uczucia wiodące do niego są usprawiedliwione").

          Młoda, piękna dziewczyna mówiła cicho i z namysłem, w nienagannym holenderskim.
          Jej rozmówcy po kolei dostawali szału, obrażali ją, krzyczeli - jak śmie
          dyskutować ze starszymi.

          Telewizji nie może się przydarzyć nic lepszego niż kłótnia na żywo. Ayaan była
          zapraszana coraz częściej i mówiła rzeczy straszne dla mahometan. Dotykała
          spraw najbardziej intymnych. Mówiła: "Z dogmatu bezkrytycznej wiary, z
          kompleksu honoru i wstydu wynika totalne zaprzeczenie - w zaparte i do końca -
          czegokolwiek złego ze strony wierzących". "Nie da się rozdzielić kultury i
          religii, jeśli wola Allaha objawiona w Koranie określa ideologię, politykę,
          prawo, osobowość jednostki i jej stosunek do społeczeństwa. Religia jest
          kodeksem regulującym myśl i zachowanie. Bez zadawania pytań na temat wiary nie
          mamy szans na uczciwe spojrzenie na siebie samych" - twierdziła, a jej
          rozzłoszczeni rozmówcy wychodzili ze studia w trakcie programu.

          Dziesiątki organizacji przy meczetach, tureccy radni, marokańscy posłowie -
          wszyscy potępiali Ayaan Hirsi Ali i żądali przeprosin. "Przewodniczący
          liberalnych mahometan Mehmet Kaplan zażądał kategorycznie, by socjaldemokraci
          wyrzucili mnie z pracy. Dał mi do wyboru: albo nigdy więcej nie powiem słowa na
          temat islamu, albo mam iść na kurs religii do imama. Mój szef Paul Kalma,
          dyrektor socjaldemokratycznej fundacji naukowej, był przy tej rozmowie.
          Zszokowany zapytał: "Jeśli pan jest mahometańskim liberałem, to jacy są wasi
          konserwatyści?". To mnie wtedy uderzyło. Partia, która najwięcej mówi o
          wielokulturowym społeczeństwie, nie ma pojęcia, co się w tym społeczeństwie
          dzieje".

          Na marokańskich stronach internetowych można było przeczytać, że Ayaan Hirsi
          Ali jest renegatką, która wyrzekła się Boga. Anonimowi autorzy wymieniali
          pomysły, jak by tu seksualnie zaspokoić tę małpę, żeby zamknęła gębę. Czara
          przepełniła się pod koniec zeszłego lata. Coraz częściej zaczęło padać proste
          stwierdzenie, że tej k... trzeba poderżnąć gardło. Policja potraktowała
          pogróżki poważnie i poradziła Ayaan wyjechać na parę miesięcy. Poleciała do
          znajomych do Stanów. Partia pracy zapłaciła za podróż.

          Lokalna społeczność somalijska donosiła ojcu Ayaan o jej wyczynach. W
          międzyczasie przeniósł się do Londynu i ożenił na nowo z pierwszą żoną, tą
          sprzed matki Ayaan. "Ma 73 lata, jest szanowaną osobą i działaczem, choć -
          informuje nas Ayaan mailem - od 13 lat w Somalii nie ma rządu, nie ma więc też
          opozycji".

          Ojciec wspierał Ayaan w jej walce o prawa kobiet, ale gdy publicznie
          zakwestionowała Koran, nie zdzierżył. Jego córka w jednym szeregu z Rushdim,
          przeklęta przez wiernych? Wyrzekł się jej po raz drugi. Powiedział w wywiadzie,
          że o żadnych pogróżkach nie słyszał, jego córce mitomance przewróciło się w
          głowie. "Rozczarowałam go. Znów okryłam hańbą. Żal mi go i jednocześnie jestem
          na niego zła - bo kocha swoje dzieci warunkowo. Zawsze gdy musi wybrać między
          dziećmi i swoją społecznością, wybiera to drugie. To boli. Od października nie
          miałam z nim żadnego kontaktu".

          Partia pracy też znalazła się w kropce. Oczywiście socjaldemokraci są jak
          najbardziej zwolennikami praw kobiet, emancypacji. Jednak co innego być stroną
          w tak kontrowersyjnej sprawie. Nie mówiąc już o antagonizowaniu półtora miliona
          wyznawców islamu w Holandii, którzy tradycyjnie głosują na socjaldemokratów.
          Trzeba być ostrożnym. Islam jest w tej chwili drugim wyznaniem w kraju po
          katolicyzmie, ale już przed tradycyjnym holenderskim protestantyzmem.

          Holenderscy liberałowie z partii VVD nie mają problemu z islamskimi społecznymi
          dołami. To nie jest ich krąg wyborców. W tym czasie mieli za to ogromny problem
          z populistycznym konkurentem, krótko później zastrzelonym Pimem Fortuynem,
          który błyskawicznie rósł w siłę dzięki twardej antyislamskiej, antyimigranckiej
          postawie. Liberałowie wysłali więc do Ameryki mądrą kobietę, byłą minister
          transportu, by przekabaciła Ayaan Hirsi Ali.

          Ayaan wróciła do Holandii późną jesienią już jako członek liberalnego VVD,
          sztandarowy krytyk islamu z zapewnionym miejscem w parlamencie po następnych
          wyborach. Napisała kilka artykułów, równie uczciwych i bolesnych jak
          poprzednie. Tłumacząc zmianę orientacji, dobrała się do skóry socjaldemokratom.
          Pisała o hipokryzji politycznej poprawności i zagłaskiwaniu imigrantów. Pisała,
          że "troska o słabszych wypisana na sztandarach socjaldemokracji kończy się tam,
          gdzie zaczyna się islamska społeczność: tam nagle w oczach socjaldemokratów
          ważniejsze od konstytucyjnych praw jest zachowanie grupowej osobowości
          imigrantów". Jeśli cierpią na tym ich kobiety, to trzeba się z tym
          pogodzić. "Socjaldemokraci cytują na okrągło własne optymistyczne raporty.
          Tymczasem kliniki aborcyjne i domy dla kobiet wypełnione są żonami i córkami
          imigrantów, a w rodzinie kobiety pozostają własnością grupową ojca, męża,
          braci, rodziny".

          Na początku grudnia upadł w atmosferze skandalu prawicowo-populistyczny rząd.
          Ayaan ruszyła w podróż przedwyborczą po kraju. Zdobyła miejsce w parlamencie
          ogromną ilością głosów, ponad dwa razy
          • 28.10.04, 19:49
            Na początku grudnia upadł w atmosferze skandalu prawicowo-populistyczny rząd.
            Ayaan ruszyła w podróż przedwyborczą po kraju. Zdobyła miejsce w parlamencie
            ogromną ilością głosów, ponad dwa razy większą niż potrzeba. Wybory wygrali
            chadecy i socjaldemokraci. Liberalna partia Ayaan - VVD - współodpowiedzialna
            za chaos upadłego rządu, z trudem wyszła na swoje. Zwycięstwo Ayyan jest w tym
            świetle jeszcze bardziej spektakularne.

            Pojawiła się na zaprzysiężeniu nowego parlamentu jak zwykle promiennie
            uśmiechnięta. Przy drzwiach jednak stanął ochroniarz, holenderski BOR-owiec.
            Któryś z posłów powiedział wtedy z mównicy, że jest mu wstyd za społeczeństwo,
            w którym człowiek musi chodzić z ochroną z powodu własnych poglądów.

            Umiarkowane organizacje islamskie również wyraziły żal z tego powodu, ale i
            zrozumienie dla współwyznawców. Charakterystyczne były wypowiedzi dyrektora
            meczetu Aya Sofia w Amsterdamie Haci Karacaera: "Ayaan Hirsi Ali mówi o
            skrajnościach. Licznych, zasługujących na potępienie, ale skrajnościach. Setki
            tysięcy imigranckich rodzin żyją w spokoju i szacunku dla siebie - mówił. -
            Prowadzą normalne życie, dzieci chodzą do szkoły, coraz więcej studiuje. Nie
            dość, że dzień w dzień muszą udowadniać Holendrom swoją wartość, to czują się
            teraz niesprawiedliwie zaatakowani przez dziewczynę z ich środowiska".

            Tu akurat Karacaer ma rację. W Holandii jest wiele młodych osób w
            ortodoksyjnych chustach i nakryciach głowy, które biorą normalny udział w życiu
            publicznym. Noszą się dumnie, twierdząc, że są nowoczesnymi mahometanami.
            Nareszcie - twierdzą - powstało pokolenie oddzielające codzienność od religii,
            pokolenie społecznego awansu, aktywne i jednocześnie wierzące. Czują się
            obrażeni wypowiedziami Ayaan Hirsi Ali. Haci Karacaer też należy do tego
            pokolenia. Jest nie tylko dyrektorem meczetu, lecz także przewodniczącym
            tureckiej organizacji religijnej Milli Görüs w Holandii.

            Losy tej organizacji są kolejnym przykładem holenderskiej specyfiki. W
            Niemczech Milli Görüs jest ekstremalnie prawicowo-religijną, podejrzaną, w
            efekcie zabronioną organizacją. Holendrzy natomiast uznali Milli Görüs
            początkowo za ruch nieprzyjazny, ale z oczywistymi korzeniami w tureckiej
            mniejszości. Mimo wszystko Milli Görüs istniał i był zapraszany do rozmów. Stał
            się jednym z partnerów rządu. Przez to odpowiedzialnym za to, co mówi i czyni.
            W tej chwili to jedna z największych organizacji społeczno-religijnych,
            mahometańsko-umiarkowana, zawsze na barykadach o unowocześnienie islamu. Jej
            przewodniczący Haci Karacaer ma Ayaan Hirsi Ali za złe, że „jej słowa brzmią
            jak: »Won z powrotem do waszego islamskiego kąta, z całym waszym zacofaniem «”.

            Chrześcijański dziennik "Trouw" pod koniec stycznia opublikował wywiad z nową
            posłanką Ayaan Hirsi Ali w formie współczesnego komentarza do dziesięciu
            przykazań. Mówiąc o przykazaniu "Nie będziesz brał imienia Pana Boga swego
            nadaremnie", Ayaan powiedziała: "Według mnie to okropne, że ja, żyjąc w
            demokratycznym państwie, gdzie wolność słowa jest dobrem najważniejszym, ciągle
            jeszcze mam do czynienia z szantażem zza grobu proroka Mahometa". Powiedziała
            też: "Mierząc naszą współczesną, zachodnią normą, prorok Mahomet był po prostu
            plemiennym tyranem jak ben Laden czy Chomeini. Był też perwersyjnym
            człowiekiem, bo jak inaczej określić jego ożenek z Aiszą, dziewięcioletnią
            córeczką swego najlepszego przyjaciela".

            Po raz pierwszy Ayaan używa słów "my", "nasze" w innym niż dotąd kontekście.
            Nie mówi już w imieniu "nas, mahometan", tylko w imieniu "nas, ludzi Zachodu".
            Krótko przedtem Ayaan przyznała publicznie, że przestała wierzyć w Allaha. W
            Holandii rzecz normalna, ponad połowa ludności nie należy do żadnej gminy
            wyznaniowej. Dla Ayaan jednak według szariatu, religijnego prawa, jest to
            podpisanie wyroku śmierci na siebie. To niesłychana zdrada.

            W islamskiej społeczności wybuchł nowy protest. Bluźnierstwa z ust wiarołomnej!
            Prorok Mahomet według niej to tyran i pedofil! "To nierozsądna, niesmaczna
            wypowiedź" - przyznali politycy włącznie z lewicą. Do rozmowy włączyli się
            teolodzy i socjolodzy, ministrowie i posłowie, rozpętała się kolejna narodowa
            dyskusja o wolności słowa i granicy tolerancji. Jedni twierdzili, że nie wolno
            obrażać uczuć religijnych. Inni - że prorok Mahomet faktycznie miał związek
            seksualny z dziewięcioletnim dzieckiem. Pytanie, jak to teraz nazwać. Pedofilia
            to pedofilia, w Holandii dostaje się za to 12 lat więzienia. Jeszcze inni
            wspominali burzę sprzed 30 lat, kiedy największy holenderski pisarz Gerard Reve
            epatował naród swoją erotyczno-mistyczną wersją kultu maryjnego.

            Wykwintna holenderska intelektualistka, żona marokańskiego poety i księgarza,
            powiedziała mi, z trudem ukrywając chłodną niechęć: "Jeśli Ayaan Hirsi Ali chce
            udawać staroświecką ateistkę, to jej sprawa. Niech jednak nie plecie głupstw.
            Po pierwsze, obrzezanie kobiet to nie mahometański, lecz afrykańsko-pogański
            obyczaj zakorzeniony w niektórych krajach islamu, w Sudanie, Somalii, Egipcie,
            a na przykład w Maroku zupełnie nieznany. Po drugie, ożenek z dzieckiem był w
            czasach Mahometa na porządku dziennym. To historyczna prawda - przez tysiące
            lat dziewczynka po pierwszej menstruacji szykowana była za mąż. Dzieciństwo
            jako takie to w zasadzie XIX-wieczny wynalazek, przedtem traktowano dzieci jak
            nierozumnych dorosłych".

            26 lutego na pierwszych stronach gazet pojawiła się wiadomość złożona wielką
            czcionką, że 56 krajów skupionych w Organisation of the Islamic Conference
            (OIC) żąda od lidera liberałów Gerrita Zalma, by zmusił swoją posłankę Ayaan
            Hirsi Ali do odszczekania jej "niedopuszczalnych wypowiedzi" i do publicznych
            przeprosin. 21 ambasadorów islamskich krajów przekazało list tej treści
            Zalmowi, kopie poszły do przewodniczącego parlamentu i do rządu. Był to nad
            wyraz kategoryczny list pisany w gorączce zbliżającej się wojny z Irakiem. Mowa
            w nim była o obrażaniu półtora miliarda mahometan na świecie. List
            wyrażał "nadzieję, że wypowiedzi Ayaan Hirsi Ali nie doprowadzą do podziału,
            polaryzacji i starcia między różnymi grupami w holenderskim społeczeństwie".

            Gerrit Zalm zareagował lakonicznie. Jego partia nie ma stanowiska w sprawach
            wiary lub niewiary - powiedział - a każdy poseł ma pełne prawo udzielać
            prywatnie wywiadu, o czym i komu chce. Inni politycy nie byli tak
            małomówni. "Niedopuszczalne naciski", "hucpa", "ukryte groźby", "reżimy i
            dyktatury", "Sudan, Iran, Irak chcą nas uczyć, co to wolność słowa?". Rząd
            powiedział mniej więcej to samo w okrągłych, dyplomatycznych zdaniach.

            Nadszedł marzec. Zbliżająca się wojna wyparła wszystko inne z publicznej uwagi.
            Sprawa posłanki Hirsi Ali przeniosła się na dalekie strony opinii w gazetach,
            ku cichemu zadowoleniu wszystkich. "Czas kończyć z tym Ayaan show" - głosił
            komentarz redakcyjny bulwarowej gazety "Algemeen Dagblad". Innymi słowy, czas
            wrócić do sytuacji, w której wszystko jest spokojne i mdłe, jak to w Holandii
            zwykło być. Ale Ayaan jest jak zadra, jak pchła w futrze. Podgryza. "Pewnie, że
            chciałabym mieć dzieci, spokojnie pisać książki i nie myśleć o niczym więcej -
            powiedziała ostatnio w wywiadzie. - Życie z ochroniarzami odziera człowieka z
            prywatności. To dość dziwaczna egzystencja, zawsze na patelni. Nic to, nie
            poddam się, za dużo ludzi na mnie liczy. W międzyczasie będę posłanką, chyba
            napiszę doktorat". Ayaan jest córką swego ojca. Jej sprawa jest inna,
            poświęcenie to samo. Misja przede wszystkim.

            8 marca, z okazji Dnia Kobiet, Ayaan Hirsi Ali w dzienniku "NRC Hnadelsblad"
            pisze, że mahometańskie dziewczęta w Holandii też chciałyby wyjść sobie na
            ulicę, ot tak, kiedy im się spodoba. Też chciałyby palić lub nie palić, móc
            podróżować, mieć przyjaciela, ewentualnie nie mieć dzieci w małżeństwie lub
            zdecydować się na miłość z przyjaciółką. Za te chęci spot
            • 28.10.04, 19:50
              8 marca, z okazji Dnia Kobiet, Ayaan Hirsi Ali w dzienniku "NRC Hnadelsblad"
              pisze, że mahometańskie dziewczęta w Holandii też chciałyby wyjść sobie na
              ulicę, ot tak, kiedy im się spodoba. Też chciałyby palić lub nie palić, móc
              podróżować, mieć przyjaciela, ewentualnie nie mieć dzieci w małżeństwie lub
              zdecydować się na miłość z przyjaciółką. Za te chęci spotyka je kontrola
              tysięcy oczu, pobicie, czasami porwanie. Te, które się zdecydują, czeka
              odrzucenie i samotność.

              Tym razem Ayaan skierowała swoje słowa do holenderskich feministek.
              Zaproponowała Trzecią Falę Emancypacji poświęconą wyłącznie kobietom islamu.
              Pisała wyjątkowo oględnie, jak parlamentarny dokument. Ale w krótkich wywiadach
              czuć jej ironię i zniecierpliwienie: Holenderki dyskutują niemrawo o
              ezoterycznych aspektach kobiecej osobowości, a pod ich nosem dzieją się rzeczy
              wołające o pomstę do nieba. Jedno jest więc pewne - nadeszła kolej na
              holenderskie feministki.

              źródło: Sasza Malko 12-04-2003
        • 02.11.04, 22:49
          Theo van Gogh zamordowany

          W Amsterdamie został rano zamordowany kontrowersyjny holenderski reżyser
          filmowy i pisarz Theo van Gogh.

          Holendrzy są zszokowani zamordowaniem kontrowersyjnego reżysera i pisarza Theo
          van Gogha. 47-letni artysta został zastrzelony rano w centrum Amsterdamu.
          Policja potwierdziła, że reżyser został zaatakowany także nożem.

          Theo van Gogh został zaatakowany przed 9.00 rano. Świadek zdarzenia powiedział
          w Radiu 1 Journal, że sprawca strzelił, a następnie przez jakiś czas pochylał
          się nad leżącym reżyserem, po czym uciekł. Świadek widział na ofierze list.

          Policja potwierdziła, że zatrzymany przez policję sprawca wbił w ciało ofiary
          list. Nie chciała jednak ujawnić szczegółów. Wcześniej świadkowie mówili, że
          był napisany po arabsku, inni, że były to wersety z Koranu. Reżyser Theo van
          Gogh krytycznie oceniał islam.

          W pościgu za mordercą w okolicach Oosterparku i Mauritskade doszło do ponownej
          strzelaniny, w której niegroźnie ranni zostali policjant i sprawca. Zabójcą
          holenderskiego reżysera jest 26-letni mężczyzna posiadający obywatelstwa
          marokańskie i holenderskie.

          Theo van Gogh współpracował z walczącą o prawa kobiet muzułmańskich deputowaną
          holenderską, ale pochodzącą z Somalii Ayaan Hirsi Ali. Wspólnie zrealizowali
          kontrowersyjny film telewizyjny "Submission", po którym reżyser otrzymywał
          pogróżki. W grudniu miała się odbyć premiera jego filmu o zamordowanym dwa lata
          temu kontrowersyjnym polityku Pimie Fortuynie.

          Premier Holandii zaapelował o powstrzymanie się od spekulacji na temat motywów
          mordu. Policja wysłała na ulicę większą liczbę policjantów w obawie przed
          antymuzułmańskimi zamieszkami. Wieczorem w centrum Amsterdamu zapowiedziano
          manifestację upamiętniającą reżysera.

          źródło: IAR, Gal /2004-11-02
          • 02.11.04, 22:56
            Reżyser zabity za film o losie muzułmańskich kobiet

            W Amsterdamie w biały dzień zamordowano reżysera Theo Van Gogha, który swoim
            oskarżycielskim i obrazoburczym filmem oburzył społeczność muzułmanów w
            Holandii.

            We wtorek jadącego na rowerze Van Gogha zaatakował mężczyzna w tradycyjnej
            marokańskiej galabii (długiej sukni). Kilka razy wystrzelił z pistoletu, a
            następnie sztyletem przygwoździł do ciała ofiary zapisaną kartkę - nie wiadomo
            jednak, co na niej napisał. Zabójca został zatrzymany po krótkiej wymianie
            ognia z policją. Ma 26 lat, obywatelstwo holenderskie i marokańskie, nie był
            wcześniej karany.

            47-letni reżyser zapłacił życiem za swój ostatni film - "Submission"
            ("Poddanie"), w którym przedstawił pożałowania godną - jego zdaniem - sytuację
            kobiet w kulturze islamu. Główną bohaterką fikcyjnej historii jest
            systematyczne upokarzana przez męża kobieta. Zgwałcona przez wuja, zostaje
            brutalnie ukarana przez męża za rzekome cudzołóstwo. W jednej ze scen występuje
            w przezroczystej tunice, pod którą widać piersi zapisane cytatami z Koranu i
            ślady od uderzeń batem.

            Latem tego roku, po emisji filmu w holenderskiej telewizji, zawrzało w
            milionowej mniejszości muzułmańskiej (5 proc. społeczeństwa). Napięcie
            potęgował fakt, że "Submission" powstała we współpracy z uważaną za zdrajczynię
            przez środowiska muzułmańskie w Holandii Ajaan Hirsi Ali. Jako młoda
            dziewczyna, uciekła ona z Somalii przed ślubem zaaranżowanym przez rodziców.
            Dziś, po 12 latach, Ajaan walczy w holenderskim parlamencie z tak okrutnymi
            zwyczajami stosowanymi przez muzułmanów, jak np. obrzezanie dziewczynek.
            Publicznie wyrzekła się swej dawnej wiary i krytykuje imigrantów, którzy w
            Holandii słabo się asymilują. Zarówno ona, jak i Van Gogh wielokrotnie
            otrzymywali pogróżki i często korzystali z ochrony policji.

            - Sytuacja jest nerwowa, na ulice posłano masę policji - mówi "Gazecie" Jan
            Minkiewicz, polski dziennikarz mieszkający w Holandii. Burmistrz Amsterdamu
            zwołał na wieczór wiec, który ma uczcić pamięć zamordowanego. - W tej sytuacji
            nie potrzeba ciszy, ale hałasu! - mówił. - Głośno i jasno wykrzyczymy, jak
            ważna jest dla nas wolność wypowiedzi. Liczę, że na mój apel masowo odpowiedzą
            islamscy imigranci.

            Są już pierwsze głosy potępienia zbrodni ze strony muzułmanów. - Jego wizja
            islamu wywołuje w nas odrazę, ale żaden motyw nie usprawiedliwia morderstwa -
            powiedział o zabitym Ayhan Tonca, przedstawiciel muzułmanów w kontaktach z
            rządem.

            Van Gogh często utrzymywał, że jest praprawnukiem Vincenta van Gogha, bodaj
            najmodniejszego spośród najwybitniejszych malarzy. W grudniu w internecie miała
            odbyć się premiera jego kolejnego filmu, tym razem opowiadającego o
            populistycznym polityku Pimie Fortuynie, gorącym orędowniku zaostrzenia prawa
            imigracyjnego, zabitym dwa lata temu przez lewaka i obrońcę zwierząt.

            źródlo: gazeta.pl; mz 02-11-2004,
            • 09.11.04, 12:13
              W Holandii swego czasu zawieszono w TV emisje programu ,,Koopspijkers" w ktorym
              przedstawiano w satyryczny sposob Premiera i Krolowa i inne osoby ze swiata
              polityki i biznesu.Nic w tym programie nie bylo gorszacego,teksty kulturalne a
              karykatury przedstawianych osob nawet ladniejsze niz te osoby sa w
              rzeczywistosci,a jednak Premier kilkakrotnie atakowal tworcow programu za
              teksty i karykatury.Krolowa nie miala nic przeciwko,ale Premier byl wyjatkowo
              oburzony.Teraz po smierci dziennikarza Theo,ktory byl zdecydowanie
              antymuzulmanski i wcale nie liczyl sie ze slowami,ten sam Premier mowi o
              wolnosci slowa.Pytam -gdzie tu konsekwencja?Czy wolnosc slowa ma dwa oblicza?Ma
              jedno,ale na pewno ma granice!Nikt nie ma prawa w sposob wulgarny obrazac
              czyjes uczucia religijne.Zabijanie nie jest rozwiazaniem,ale przyslowie
              mowi,zeby nie wsadzac kija w mrowisko.Moze powtarzam pewne mysli po kims,ale
              nie kopiuje a jedynie podpisuje sie pod tym,ze wolnosc tez ma swoje granice i
              nikt nie ma prawa do godzenia w czyjes uczucia,w czyjas tozsamosc.To ma sie
              nazywac wolnosc?To jest podrzeganie do nienawisci i niestety taka niebezpieczna
              gra nie tylko w tym przypadku skonczyla sie tragicznie.
              I jeszcze jedno:nie tak dawno Niemiec zastrzelil holenderskiego
              policjanta,jeszcze pozniej Holender bestialsko zabil swoja ex-zone i jej
              partnera...W mediach oczywiscie obie sprawy wspomiano,ale bez emocji a przeciez
              to tez byly zabojstwa,tez zgineli ludzie.Dlaczego nie rozpetano w tych
              sytuacjach nagonki jaka probuje sie rozpetac po zabojstwie Theo?Moze dlatego,ze
              tam nie brali udzialu muzulmanie,ze nie chodzilo o islam.Ale jesli tak ,to
              znowu mamy do czynienia z dyskryminacja.Dla mnie czlowiek to czlowiek,bez
              wzgledu na to kim jest i smierc jednego nie powinna byc zalosniejsza niz
              drugiego.
            • 13.11.04, 18:41
              Śmierć reżysera Theo van Gogha dzwonkiem alarmowym dla Holandii

              źródło: gazeta.pl, Jacek Pawlicki 03-11-2004,

              Gdyby Theo van Gogh przeżył, nakręciłby zapewne film o zamachu na siebie
              samego. Zszokowani jego zabójstwem Holendrzy zastanawiają się, co stało się z
              ich krajem. Czy to koniec holenderskiej tolerancji?

              47-letni reżyser i gazetowy komentator, praprawnuk brata słynnego malarza
              Vincenta van Gogha, został brutalnie zamordowany we wtorek rano w Amsterdamie
              przez 26-letniego fanatyka z podwójnym obywatelstwem, holenderskim i
              marokańskim. Część gazet pisze, że zanim sięgnął po nóż, oddał do niego osiem -
              dziewięć strzałów, a do ciała przyczepił kartkę z wersetem z Koranu.

              Siedem minut hałasu

              Powód zamachu nie jest do końca jasny, ale wszystko wskazuje na to, że była to
              zemsta za oskarżycielski i obrazoburczy dla muzułmanów film van Gogha -
              "Submission" ("Podporządkowanie") przedstawiający straszny los muzułmańskich
              kobiet.

              Policja twierdzi, że zabójca utrzymywał kontakty z jednym ze 150 islamskich
              terrorystów z czarnej listy holenderskich służb specjalnych. Chodzi o Samira
              Azzuza, który planował zamach na lotnisko Schiphol pod Amsterdamem.

              We wtorek późnym wieczorem blisko 20 tys. Holendrów, w tym również muzułmańscy
              imigranci, wyszło na ulice centrum Amsterdamu ze świecami, trąbami, garnkami,
              by zademonstrować "głośne" poparcie dla ofiary nietolerancji. O "siedem minut
              hałasu" w obronie wolności słowa, której hołdował van Gogh, prosił sam
              burmistrz Amsterdamu Job Cohen. Porównał on reżysera do Voltaire'a -
              przedstawiał jako artystę szczerego i wygadanego, niezgadzającego się z
              establishmentem, broniącego własnego zdania za wszelką cenę.

              Film "Submission" zrobiony we współpracy z somalijską emigrantką, a dziś
              holenderską deputowaną Ayaan Hirsi Ali przedstawiał historię muzułmańskich
              kobiet bitych, gwałconych i zmuszanych do małżeństwa, proszących w końcu Allaha
              o pomoc. Gdy tę zaledwie 10-minutową produkcję holenderska telewizja
              wyemitowała w sierpniu w środowiskach muzułmańskich rozpętało się piekło, bo
              film zawierał obrazoburcze dlań treści, w tym wersety Koranu na nagim ciele
              kobiety. Mimo gróźb van Gogh nie chciał policyjnej ochrony.

              Stygmat Fortuyna

              "Podporządkowanie" miało być pierwszą częścią kontrowersyjnego tryptyku.
              Reżyser przygotowywał też inny film - "06-05" o zabójstwie populisty Pima
              Fortuyna (zamordował go 6 maja 2002 roku holenderski lewicowy radykał).
              Polityczny mord na Fortuynie, który miał szansę zostać nawet premierem
              Holandii, wstrząsnął dwa lata temu krajem, podobnie jak dziś zabójstwo van
              Gogha. Co więcej, wyniósł chwilowo do władzy wrogo nastawionych wobec
              imigrantów populistów i choć dziś są oni w rozsypce, ich program odziedziczył
              częściowo centroprawicowy rząd Jana Petera Balkenendego.

              Jakie będą skutki zabójstwa van Gogha? - Nie wykluczam dalszej radykalizacji
              nastrojów w środowiskach muzułmanów (900 tys. osób w 16-milionowej Holandii) -
              mówi "Gazecie" holenderski politolog Jean Tillie. - Wszystko w odpowiedzi na
              rosnącą niechęć do nich ze strony zwyczajnych Holendrów - dodaje.

              Według Tilliego podwaliny słynnego kiedyś w całej Europie wieloetnicznego
              społeczeństwa Holandii zaczęły chwiać się już sześć lat temu, ale dramatyczny
              ich rozpad rozpoczął się po 11 września 2001 roku. - Podstawą spójności
              holenderskiego społeczeństwa i jego filarów: protestanckiego, katolickiego,
              ateistycznego i środowisk muzułmańskich, była tolerancja, dzięki niej
              dogadywały się one między sobą. Teraz zamiast tolerancji mamy dezintegrację i
              rozpad - mówi Tillie.

              Zdaniem politologa odpowiedzią na zaistniałą sytuację nie może być zaostrzenie
              prawa wobec imigrantów i ich przymusowe wydalanie (co planuje rząd), ale
              odbudowa więzi między poszczególnymi społecznościami.
              • 13.11.04, 18:44
                Wojna religijna w Holandii?

                źródło: gazeta.pl, rs, jap 08-11-2004

                W odwecie za zabójstwo reżysera Theo van Gogha przez radykała islamskiego
                próbowano podpalić meczety i podłożono bombę pod szkołą. Islamiści grożą
                ścinaniem politykom głów

                W poniedziałek o 3.30 nad ranem potężna eksplozja obudziła mieszkańców jednej z
                dzielnic Eindhoven. Wybuch poważnie uszkodził wejście do szkoły islamskiej
                Tarik Ibnoe Ziyad. Nikt nie zginął, ale straty materialne są duże. A ludzie w
                szoku.

                To kolejny akt niepokojów, które ogarniają Holandię od tygodnia, gdy
                muzułmański fanatyk zabił Theo van Gogha.

                Van Gogh był autorem filmu "Podporządkowanie" o ciężkim losie kobiet w islamie,
                dla części muzułmanów - bluźnierczego, bo pokazywał np. wersety Koranu wypisane
                na nagim ciele. W ubiegły wtorek Mohammed Bouyeri, z pochodzenia Marokańczyk,
                strzela do reżysera, o potem dźga go śmiertelnie nożem. Gazety spekulują, że to
                zemsta, dżihad...

                Jeszcze we wtorek 20 tys. mieszkańców Amsterdamu wychodzi na ulice, by
                protestować przeciw "mordowaniu wolności słowa". W środę policja aresztuje
                przyjaciół Marokańczyka. Pojawiają się spekulacje, że miał kontakty z al Kaidą -
                z siatkami w Casablance i Hiszpanii. Holenderska skrajna prawica
                krzyczy: "Dosyć islamu w Holandii!".

                Słowa przechodzą w czyny. W miniony weekend dochodzi do nieudanych prób
                podpaleń meczetów, m.in. w Rotterdamie, Bredzie, Utrechcie. Do meczetu w
                Amsterdamie ktoś wrzuca świńską głowę. Policja podejrzewa się, że stoją za tym
                bojówkarze skrajnej prawicy.

                Działają też radykałowie muzułmańscy. Dwóch z nich publicznie grozi obcięciem
                głowy przywódcy populistycznej prawicy Geertowi Wildersowi, który zapowiadał,
                że będzie "walczyć z islamizmem zalewającym Holandię". W sobotę policja ich
                aresztuje.

                W 16-mln Holandii żyje 900 tys. muzułmanów. Ich masowy napływ zaczął się w
                latach 60. Jeszcze niedawno Holendrzy żyli w zgodzie z imigrantami. Teraz
                wydaje się, że budowane mozolnie na tolerancji i poszanowaniu odmienności
                społeczeństwo wieloetniczne jest podzielone i leży w gruzach. Holendrzy boją
                się fundamentalizmu islamskiego, a potomkowie imigrantów z Maroka czy Turcji -
                nietolerancji. W sondażu telewizji RTL Nieuws niemal połowa Holendrów
                deklaruje, że od morderstwa van Gogha jest mniej tolerancyjna wobec islamu.

                Konflikt ma echa w sąsiedniej Belgii. Szef belgijskiego MSW Patrick Dewael,
                liberał, zapowiedział wczoraj ostry rządowy plan walki z radykalnym islamizmem.
                Meczety i szkoły koraniczne mają być inwigilowane, by wyłapywać duchownych
                wzywających do przemocy.

                - Holendrów dopadła islamofobia - mówi "Gazecie" profesor Herman L. Beck,
                badający islam w Holandii na Uniwersytecie w Tilburgu. - Mam nadzieję, że na
                krótko. Większość muzułmanów rozumie, że w Holandii nie ma miejsca na szariat,
                a Holendrzy wiedzą, że nie wszyscy muzułmanie to fundamentaliści.
                • 13.11.04, 18:46
                  Znów posypały się świńskie łby - historyk religii o ostatnich wydarzeniach w
                  Holandii

                  źródło: gazeta.pl, Rozmawiał Jacek Pawlicki 08-11-2004

                  Rozmowa z Hermanem L. Beckiem, profesorem fenomenologii religii na
                  Uniwersytecie w Tilburgu i historykiem islamu w Holandii

                  Jacek Pawlicki: Coś się psuje w państwie holenderskim. Świńskie łby w meczecie,
                  bomba przed muzułmańską szkołą, sondaże zwiastujące koniec polityki
                  tolerancji...

                  Herman L. Beck*: - Odżyła niechęć do islamu i antymuzułmańskie nastroje,
                  ukrywane w holenderskim społeczeństwie od setek lat, a narastające od zamachów
                  11 września. Zamachy w USA i w Madrycie w marcu br. spowodowały, że Holendrzy
                  zaczęli obawiać się islamskiego fundamentalizmu. Groźni są tylko nieliczni
                  młodzi radykałowie, ale nawet garstka ludzi może spowodować nie lada problemy.
                  To jest główny powód ostrej reakcji na morderstwo Theo van Gogha.

                  Dwa lata wcześniej Holendrów zradykalizował polityczny mord Pima Fortuyna,
                  populistycznego polityka krytykującego islam i wzywającego do zaostrzenia
                  polityki wobec imigrantów. Tamto zabójstwo nie miało nic wspólnego z islamem
                  [Fortuyna zabił holenderski lewak], ale pokazało, że w Holandii są politycy
                  przeciwni, a nawet wrodzy, islamowi. Według nich fundamentem holenderskiego
                  społeczeństwa jest spuścizna judeochrześcijańska. Odrzucają fakt, że muzułmanie
                  też mają swój wkład w kulturę europejską, chociażby poprzez przekazywanie
                  spuścizny greckiej.

                  Kto jest odpowiedzialny za obudzenie tych antyislamskich nastrojów?

                  Te nastroje nie narodziły się teraz, sięgają czasów średniowiecza. Chociaż
                  mieszkańcy obecnych ziem, na których leży Holandia, nie mieli wówczas prawie
                  nic wspólnego z islamem, funkcjonował bardzo negatywny obraz islamu,
                  utwierdzany przez Kościół katolicki. To był przecież czas krucjat do Ziemi
                  Świętej i rekonkwisty Hiszpanii.

                  Reformacja nic tu nie zmieniła?

                  Podejście protestantów do islamu nie było lepsze, dla nich prorok Mahomet był
                  antychrystem. Taki wizerunek islamu jedynie umocnił się w wyniku doświadczeń
                  kolonialnych, np. podczas panowania w holenderskich Indiach (dzisiejszej
                  Indonezji).

                  Władze długo przekazywały Holendrom obraz islamu jako religii agresywnej,
                  antyholenderskiej. Od lat 60. XX w. mamy w Holandii muzułmańskich imigrantów z
                  Turcji i Maroka, ale zawsze jednak działo się coś niedobrego, a związanego z
                  islamem na świecie. Stare uprzedzenia nieustannie odżywały w holenderskim
                  społeczeństwie.

                  Mówi pan o uprzedzeniach czy o łagodnej formie rasizmu?

                  To rodzaj islamofobii. Oczywiście teraz do głosu dochodzą radykalni prawicowi
                  politycy. Wszystko to nakłada się na rosnące poczucie niepewności z powodu
                  tego, co się dzieje na świecie, wojnę z terroryzmem, Irak, gdzie są
                  holenderskie wojska oraz decyzję UE o ewentualnym rozpoczęciu negocjacji
                  członkowskich z Turcją. Dla prawicowych polityków i części społeczeństwa
                  muzułmanie są idealnym celem oskarżeń o wszelkie zło i niepewność.

                  Czy nie obawia się pan radykalizacji postaw obu stron? Na razie wybuchają
                  niegroźne ładunki pod szkołami muzułmańskimi, ale może być przecież gorzej?

                  Nie sądzę, choć niepokoje społeczne mogą jeszcze potrwać nawet kilka tygodni.
                  20 lat temu było dużo gorzej. Wtedy świńskie łby posypały się po raz pierwszy
                  do meczetów, a była to reakcja na niechęć społeczności muzułmańskiej wobec
                  homoseksualizmu. Holendrzy wyszli na ulicę, by protestować przeciw tej
                  nietolerancji, sprofanowano wówczas kilka meczetów. Wszystko rozeszło się
                  jednak po kościach.

                  Co będzie dalej ze stosunkiem Holendrów do muzułmanów?

                  W Holandii nie ma miejsca na szariat i większość muzułmanów doskonale to
                  rozumie. Muzułmańscy intelektualiści i umiarkowani immamowie będą przypominać
                  muzułmanom - i już to robią - że jeśli chcą żyć w Holandii, muszą szanować
                  panujący tu styl życia, być tolerancyjni, przestrzegać prawa. Nikt nie jest
                  jednak w stanie przewidzieć, co zrobi mała grupka fundamentalistów.

                  Czekają nas kolejne zamachy?

                  Mogą spróbować zamordować Ayaan Hirsi Ali [holenderską poseł pochodzenia
                  somalijskiego, scenarzystkę filmu Theo van Gogha], już jej zresztą grozili.
                  Jestem jednak pewien, że większość holenderskich muzułmanów nie opowie się po
                  stronie fundamentalizmu, gdyż Holandia jest ich ojczyzną, miejscem, w którym
                  się urodzili i robią kariery.

                  A co stanie się z holenderskim modelem społeczeństwa wielokulturowego, z
                  kulturą tolerancji?

                  Przetrwa, choć teraz sytuacja wygląda nie najlepiej.
                  • 13.11.04, 18:51
                    Płoną meczety w Holandii

                    źródło: gazeta.pl, Grzegorz Rzeczkowski, afp, pap 09-11-2004


                    Podpalane są meczety, w powietrze wyleciała szkoła. Muzułmanie w Holandii drżą
                    o życie

                    Kontrowersyjny reżyser Theo van Gogh zginął tydzień temu z ręki marokańskiego
                    fanatyka - zapłacił życiem za nakręcenie filmu o muzułmankach wykorzystywanych
                    przez mężów. Kilka dni po zabójstwie w płomieniach stanęły pierwsze meczety. W
                    czasie weekendu nieznani sprawcy podpalili świątynie w Rotterdamie, Utrechcie,
                    Bredzie oraz w Huizen w okolicach Amsterdamu. Kolejny meczet w Rotterdamie
                    pokryły antyarabskie napisy, a mury amsterdamskiego centrum pomocy imigrantom
                    oblano czerwoną farbą.

                    Jednak najpoważniejszy incydent wydarzył się wczoraj. W szkole koranicznej w
                    Eindhoven wybuchła bomba i poważnie uszkodziła budynek.

                    Choć w żadnym z ataków nikt nie ucierpiał, na muzułmanów żyjących w Holandii
                    padł blady strach. Przerażenia nie kryją też holenderskie władze. - Nie możemy
                    dopuścić do zdestabilizowania sytuacji. Musimy skończyć ze wzajemnym
                    obwinianiem się - alarmował burmistrz Eindhoven Alexander Sakkers.

                    Ostatnie badania opinii społecznej pokazują, że aż 47 proc. Holendrów czuje
                    niechęć do imigrantów z krajów muzułmańskich. Takie nastroje to woda na młyn
                    dla nacjonalistów, którzy zorganizowali już kilka antyarabskich marszów.
                    Rasistowskie wybryki doprowadziły nawet do zamknięcia strony internetowej
                    poświęconej van Goghowi - tyle było na niej wyzwisk.

                    W 16-milionowej Holandii żyje około 900 tys. muzułmanów - jedna trzecia z nich
                    pochodzi z Maroka.
      • 06.06.05, 14:26
        Pogranicznicy zaprzeczają, by szykanowali holenderską wycieczkę


        gazeta.pl; PAP 02-06-2005

        Straż Graniczna zaprzecza zarzutom stawianym im przez opiekunów i uczniów z
        holenderskiej wycieczki, która po odprawie na przejściu granicznym w
        Ludwigsdorf-Jędrzychowice (Dolnośląskie) poskarżyła się na zbyt długie
        procedury i potraktowanie uczniów "w sposób dyskryminujący i rasistowski"

        Do incydentów miało dojść podczas wjazdu i wyjazdu z Polski 24 i 26 maja.
        Skargę na zachowanie pograniczników przekazano ambasadzie RP w Hadze.
        Rzeczniczka ambasady Małgorzata Zdzienicka potwierdziła w rozmowie z PAP, że we
        wtorek do placówki dotarł list opisujący incydent. Nie zdradziła szczegółów,
        ale sprawę określiła jako "niezwykle przykrą"

        Dodała, że gdy tylko list trafił do ambasady, został przekazany Komendzie
        Głównej Straży Granicznej, "by wyjaśnić, do czego na przejściu granicznym
        rzeczywiście doszło"

        Jak powiedział PAP rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Aleksander Chećko,
        sprawa jest wyjaśniana. Dodał, że z dotychczasowych ustaleń wynika, że "relacje
        holenderskich mediów są przesadzone"

        Jak poinformował PAP rzecznik prasowy Łużyckiego Oddziału Straży Granicznej
        Leszek Duczyński, postępowanie wyjaśniające nie potwierdziło zarzutów
        o "rasistowskim, ksenofobicznym, czy wręcz seksualnym kontekście zachowania
        funkcjonariuszy ani polskiej, ani niemieckiej straży granicznej". Dodał, że
        polski strażnik nie rozmawiał z nikim oprócz opiekunki grupy. "Wiele
        wątpliwości budzi też to, w jakim języku miałby czynić niestosowne uwagi.
        Strażnik nie mówi ani po niderlandzku, ani angielsku, ani arabsku, tym bardziej
        turecku, czy filipińsku" ? powiedział

        Według Duczyńskiego, zgodnie z procedurą, do autokaru weszło dwóch
        pograniczników: Niemiec i Polak. Pierwszeństwo kontroli przysługiwało
        niemieckiemu strażnikowi. "Stwierdził on, że wśród pasażerów znajdowały się
        osoby z innych krajów niż unijne, a wobec nich wymagana jest kontrola
        paszportowa. Mieli być jej poddani obywatele Maroka, Turcji i Filipin.
        Niemiecka kontrola wykazała, że jeden Marokańczyk nie ma wizy i jego pobyt w
        Niemczech jest nielegalny. Został ukarany mandatem" ? powiedział

        Według pograniczników, kolejne dwie osoby pochodzenia marokańskiego miały ważne
        wizy, ale nie posiadały ważnych paszportów. Jedna Marokanka legitymowała się
        paszportem matki, druga nie miała paszportu, ale była wpisana na listę
        uczestników wycieczki. Niemcy potwierdzili ich tożsamości w Amsterdamie i
        wystawili zastępcze dokumenty podróży

        Duczyński mówił, że po tych czynnościach, które trwały mniej więcej od godz. 11
        do godz.13, do autokaru wszedł ponownie polski funkcjonariusz. Odebrał od
        opiekunki grupy paszporty i poinformował, że ich sprawdzenie zajmie ok. 30
        minut. "Żeby nie przedłużać czasu odprawy, poprosił kierowcę autobusu, aby ten
        wykorzystał przerwę na wykupienie opłaty drogowej. O godz. 13.30 zakończyła się
        polska odprawa graniczna i autokar opuścił przejście" ? dodał rzecznik.
        Podkreślił, że nieprawdą jest, że podobnym "szykanom" poddano wycieczkę podczas
        powrotu do Holandii

        "Chciałbym wyrazić ubolewanie, a wszystkich pokrzywdzonych i czujących się
        poszkodowanymi - przeprosić. Sprawa będzie ona przedmiotem szerszego omówienia
        i wyciągnięcia wniosków, aby takie sytuacje już nigdy nie miały miejsca" -
        dodał Duczyński

        Sprawa wzbudziła duże zainteresowanie holenderskich mediów. Jeden z zajmujących
        się nią dziennikarzy, Cees Grimbergen telewizji NCRV powiedział PAP w czwartek,
        że choć uczestnicy wycieczki nadal utrzymują że w czasie przekraczania granicy
        doszło ze strony straży granicznej do "zachowań rasistowskich, seksistowskich i
        dyskryminujących", on byłby ostrożny w wydawaniu takich opinii

        Jego zdaniem, błędnie zinterpretowano zachowania straży - pobyt autokaru na
        granicy był dłuższy, gdyż nie wszyscy uczestnicy wycieczki posiadali wymagane
        polskim prawem dokumenty. Według niego, również pytanie, czy w wycieczce jadą
        normalne dzieci, które miał zadać jeden ze strażników, mogło wynikać z
        odmienności kulturowej. "Polska nie jest tak wielokulturowa i bogata etnicznie
        jak Holandia; pytanie nie musiało mieć podtekstu rasistowskiego" - powiedział

        Dodał, że w czwartek wieczorem w programie w telewizji holenderskiej spotkają
        się uczestnicy wycieczki i przedstawiciele polskiej placówki dyplomatycznej w
        Hadze by porozmawiać m.in. o "granicznym incydencie".(PAP) jur/ ktl/ kot/ dsr/
        malk/ itm/
      • 15.06.05, 15:09
        Holandia - pożar meczetu
        IAR, 2005-06-15

        W Rotterdamie spłonął w nocy jeden z tamtejszych meczetów. Przyczyna pożaru nie
        jest znana.

        Sala modlitw meczetu została całkowicie zniszczona. Pożar wybuchł dzień po
        skazaniu na rok więzienia mężczyzny, który jesienią zeszego roku podpalił inny
        meczet w Rotterdamie. Stało się to wkrótce po zamordowaniu przez muzułmańskiego
        fanatyka reżysera filmowego Theo van Gogha. W swoich filmach krytykował on
        dyskryminację kobiet w muzułmańskich społecznościach. Po śmierci van Gogha w
        Holandii doszło do fali ataków na muzułmańskie obiekty.

      • 23.09.05, 19:52
        PAP, JP /22.09.2005 21:55




        Telefon komórkowy dla wyznawców islamu
        W Holandii ukazała się w sprzedaży pierwsza na świecie "islamska" wersja
        telefonu komórkowego, który pięć razy dziennie wzywa do obowiązkowej dla
        muzułmanów modlitwy.
        Telefon model "Likone 1800" pokazuje, w jakim kierunku znajduje się święte
        miasto wyznawców islamu, Mekka, i ma w swojej pamięci pełną oficjalną wersję
        Koranu po arabsku i po angielsku.
        • 23.09.05, 22:04
          A ja myślałem że oficjalna wersja Koranu jest tylko po arabsku...
          Przynajmniej kiedyś na historii ktoś mnie uczył, że kraje arabskie używają
          arabskiego dlatego, że nie tłumaczy się Koranu...
          • 23.09.05, 23:23
            tetys napisał:

            > A ja myślałem że oficjalna wersja Koranu jest tylko po arabsku...
            > Przynajmniej kiedyś na historii ktoś mnie uczył, że kraje arabskie używają
            > arabskiego dlatego, że nie tłumaczy się Koranu...

            zgadza się
            Wg muzułmanów Koran jest tylko po arabsku... a w innych językach to nie jest
            jego tłumaczenie, lecz przełożenie znaczenia
            • 23.09.05, 23:33
              Dziękuję za opinię fachowca :):):)
      • 02.06.07, 19:36
        Holenderski imigrant walczy z muzułmańskimi imionami

        Paweł Szczerkowski
        2007-06-02

        Marokańscy i tureccy imigranci w Europie są często zmuszani, by nadawać swoim
        dzieciom muzułmańskie imiona. Jeden z nich postanowił się temu przeciwstawić

        34-letni Moussa Aynan nie posiadał się z oburzenia, gdy urzędniczka magistratu
        w holenderskim Haarlem podsunęła mu listę imion do wyboru. Właśnie urodził mu
        się syn i przyszedł zarejestrować go w ewidencji ludności. Na liście były tylko
        imiona arabskie.

        - Zostałem ostrzeżony, że jeśli nie dam swojemu synowi imienia z listy, będę
        miał problem z moim rządem - opowiada "Gazecie" Aynan, syn imigrantów
        marokańskich i radny Haarlem. - Moim rządem! Jestem obywatelem Holandii, a oni
        uważają, że moim rządem jest rząd marokański!

        Aynan dowiedział się w urzędzie, że listę sporządziły władze Maroka i rozesłały
        do wszystkich krajów Europy. Podobnie postąpiła Turcja. Holenderskie magistraty
        podsuwają listy bez pytania każdemu świeżo upieczonemu rodzicowi, który ma
        marokańskie lub tureckie pochodzenie. Podobnie jest w Belgii, a władze
        francuskiej Tuluzy opublikowały listę imion na swojej stronie internetowej.
        Jeśli ktoś nie nada imienia z listy, nie ma potem szans np. na otrzymanie
        marokańskiego czy tureckiego paszportu i odwiedzenie krewnych.

        - W Holandii prawie wszyscy się dostosowują, bo większość tutejszych imigrantów
        z Maroka ma wciąż podwójne obywatelstwo i rodzinę w ojczyźnie - mówi Aynan. -
        Nie mam nic przeciwko arabskim imionom, ale każdy powinien mieć prawo wyboru.
        To jest dyskryminacja, jakim prawem władze chcą mi narzucać imiona dla moich
        dzieci?

        Moussa Aynan przyjechał do Holandii razem z rodzicami, gdy miał siedem lat.
        Mówi, że w szkole nigdy nie spotkał się z dyskryminacją. Sytuacja zmieniła się
        na początku lat 90., gdy kryzys gospodarczy spowodował upadek tradycyjnych
        gałęzi przemysłu i wzrost bezrobocia. Wielu Holendrów uznało, że winni są
        imigranci, których jest za dużo.

        Dla samego Aynana przełomem był zamach w 2002 r. na Pima Fortuyna, polityka,
        który zdobył wielką popularność, głosząc antyimigranckie hasła, i miał szansę
        zostać premierem. - Byłem studentem, gdy tamtego wieczoru zginął Fortuyn
        [później okazało się, że zabił go działacz praw zwierząt, nie islamski
        fanatyk]. Siedziałem w barze studenckim. Jakiś chłopak wstał i krzyknął: Zabić
        wszystkich muzułmanów! - wspomina Aynan. - Czułem strach, uznałem, że mam dwa
        wyjścia - albo wyjechać z Holandii, albo zostać i coś zrobić. Wtedy
        postanowiłem zaangażować się w politykę i w końcu zostałem radnym.

        Gdy radny Moussa Aynan na początku tego roku dowiedział się o listach imion,
        też postanowił coś zrobić. Poruszył sprawę we władzach Haarlem, a w kwietniu
        założył stronę internetową, na której prowadził kampanię w sprawie imion.
        Usłyszał o niej cały kraj, Aynan pojawił się w programach telewizyjnych i
        zyskał niemałą sławę. To był też początek jego kłopotów. Z całego kraju zaczęły
        spływać listy i e-maile z wyrazami poparcia, ale więcej było tych z groźbami i
        wyzwiskami typu "faszysta" i "rasista".

        - Znalazłem się między młotem a kowadłem, pod obstrzałem grup muzułmańskich, bo
        walczę z muzułmańskimi imionami, i prawicowych ekstremistów, bo jestem
        imigrantem - opowiada Aynan, który kilka dni temu zamknął stronę w internecie.
        Twierdzi, że nie mógł już znieść oszczerstw pod swoim adresem, a jego żona
        zaczęła się obawiać o bezpieczeństwo rodziny.

        Ale Aynan nie zamierza się poddawać. Dzięki jego interwencji sprawą zajmie się
        teraz parlament Holandii, gdzie jest duża szansa na przyjęcie prawa, które
        ukróci narzucanie imion przez magistraty. Zaczął też zbierać w tej sprawie
        podpisy, na razie ma ich 300.

        Zdaniem holenderskiego socjologa Hermana Vuijsje sprawa list z imionami to
        kolejny przykład, jak bardzo napięte są stosunki między społeczeństwem
        holenderskim a społecznością muzułmańską. - Holenderskim urzędom wydaje się, że
        namawiając ludzi do przestrzegania list imion, robią im przysługę, że pokazują,
        jak bardzo Holandia jest przyjazna imigrantom. Chcą dobrze, ale nie rozumieją,
        że w ten sposób utrudniają ich integrację ze społeczeństwem - mówi "Gazecie"
        socjolog.


        Źródło: Gazeta Wyborcza
      • 26.01.08, 19:25

        Holandia nie chce kobiet bez twarzy
        Jacek Pawlicki
        2008-01-26, GW

        Po dwóch latach burzliwych dyskusji rząd holenderski wprowadza częściowy zakaz
        noszenia muzułmańskiego stroju zasłaniającego twarz
        Zobacz powiekszenie
        Fot. JEAN-PIERRE JANS/HOLLANDSE HOOGTE/EKPICTURES
        Rotterdam,czerwiec 2006 r. Już niedługo holenderskie muzułmanki w takich
        strojach nie będą mogły chodzić do szkoły ani pracować w instytucjach rządowych
        ZOBACZ TAKŻE

        * Muzułmanki coraz częściej noszą chusty (21-12-07, 01:00)
        * Brytyjczycy chcą, by muzułmanki przestały zakrywać twarze (16-10-06, 01:00)
        * Niemcy: Zgoda na muzułmańskie chusty (10-07-06, 01:00)
        * Kto ich kocha, a kto wyrzuca. Imigranci w krajach Unii Europejskiej
        (15-01-03, 00:00)

        Koalicyjny gabinet Jana Petera Balkenende ma zatwierdzić nowe prawo w przyszłym
        tygodniu. Tradycyjnych islamskich strojów - tzw. burek i nikabów - nie będzie
        można nosić w szkołach. Zakaz będzie obowiązywał też kobiety pracujące w
        instytucjach rządowych.

        Władze tłumaczą, że zakaz jest częściowy, ograniczony do instytucji, a więc nie
        jest pogwałceniem konstytucyjnej zasady wolności wyznawania religii.

        Burka to specjalna szata zasłaniająca całą kobietę od stóp do głowy z wyjątkiem
        małego otworu na oczy. W Europie burkami często błędnie nazywa się strój
        zakrywający szczelnie głowę, czyli nikab. Zwolennicy burek powołują się na
        zapisy Koranu. W rzeczywistości wiele zależy od interpretacji świętej księgi
        muzułmanów. Do noszenia burek talibowie zmuszali kobiety w Afganistanie.

        Sprawa zakazu burek i nikabów zapadła w szczególnym momencie. Holandia obawia
        się niepokojów społecznych związanych z planowaną publikacją obraźliwego wobec
        Koranu filmu. Paradoksalnie obie sprawy - zakaz i lęk przed reakcją muzułmanów
        na film - wiążą się z jedną osobą - Geertem Wildersem.

        To właśnie ten przywódca populistycznej i antyimigranckiej Partii Wolności
        zażądał dwa lat temu, by zabronić muzułmankom zakrywania twarzy w miejscach
        publicznych. Jego propozycję podchwyciła natychmiast ówczesna minister imigracji
        Rita Verdonk, nazywana "żelazną Ritą" z powodu nieustępliwej polityki wobec
        imigrantów. Chciała przeforsować zakaz w dużo ostrzejszej formie - kobiety w
        burkach nie miałyby wstępu do sklepów, pociągów, samolotów, środków komunikacji
        miejskiej. Musiałyby też odsłaniać twarz na dworcach, w pociągach, na
        lotniskach, w kinach czy innych budynkach publicznych.

        Holenderscy muzułmanie protestowali, mówiąc, że rząd najwyraźniej chce
        sprawdzić, jak daleko może ograniczyć prawa i wolności obywateli. - Władze chcą
        pokazać, że normalnym Holendrom niedobrze robi się na widok tych "mutantów" -
        mówił o dyskryminowaniu kobiet w burkach Yassim Hertog ze stowarzyszenia
        zrzeszającego muzułmańskich uczniów i studentów w Holandii.

        Przeciwnicy zakazu argumentowali, że choć w Holandii mieszka milion muzułmanów,
        burki i nikaby nosi ledwie kilkadziesiąt kobiet. I że dla tak małej liczby osób
        nie warto wprowadzać specjalnego prawa.

        Rząd zdecydował się na kompromisowe rozwiązanie. - Większość Holendrów popiera
        ograniczony zakaz - zapewnia Philip van Praag z uniwersytetu w Amsterdamie.

        Napięcia między muzułmanami a Holendrami nie są czymś nowym w Holandii. Trzy
        lata temu muzułmański fanatyk zastrzelił, a potem podziurawił nożem na ulicy
        reżysera Theo van Gogha. W swym filmie "Podporządkowanie" van Gogh chciał
        zwrócić uwagę - podobnie jak Sooreh Hera - na hipokryzję muzułmanów. Film
        pokazywał prześladowanie kobiet w islamie, by wywołać społeczną dyskusję.
        Zamiast dyskusji było morderstwo, a po nim eskalacja napięć między białymi
        Holendrami a muzułmanami. Spalono nawet kilka meczetów.

        Holenderski zakaz noszenia burek nie będzie pierwszy w Europie Zachodniej. We
        Francji i kilku niemieckich landach obowiązuje zakaz noszenia muzułmańskich
        chust w szkołach. Także francuskie urzędniczki nie mogą nosić chust w pracy. We
        Włoszech istnieje zakaz zasłania twarzy, co ma zapobiegać aktom terroryzmu.

        Źródło: Gazeta Wyborcza
    • 13.11.03, 21:45
      Mohamed to najpopularniejsze imię dla syna w Brukseli

      Mohamed - to imię najczęściej nadają rodzice swym synom w Brukseli - wynika z
      danych Narodowego Instytutu Statystyki. Najpopularniejsze imię dla dziewczynki
      w stolicy Belgii to Sara.


      ŹRÓDŁO: Gazeta Wyborcza 29-08-2003
      • 17.01.04, 21:07
        Belgia zamierza zabronić obecności symboli religijnych w urzędach, szkołach i
        szpitalach

        Czy pielęgniarz muzułmanin może odmówić podania pacjentowi wieprzowego kotleta,
        a gorliwa chrześcijanka - bojkotować pacjentkę po aborcji?

        W Belgii miały miejsce tego typu przypadki, dlatego też modna ostatnio na
        zachodzie Europy krucjata przeciw noszeniu strojów religijnych w miejscu pracy
        rozpoczęła się w Belgii od... brukselskich szpitali. Do parlamentu federalnego
        trafi niebawem projekt ustawy zakazującej noszenia i umieszczania symboli
        religijnych w urzędach i szkołach. Przeciwnicy takiego zakazu argumentują, że
        jest on bez sensu, ponieważ każda taka placówka może go wprowadzić we własnym
        zakresie. Już np. w większości francuskojęzycznych szkół katolickich w Walonii
        (frankofońskiej części Belgii) noszenie muzułmańskich chust jest zakazane.

        Belgijska droga

        Eksperci przyznają, że przymiarki do ustawy to początek ofensywy przeciw
        obnoszeniu się w miejscach publicznych z symbolami religijnymi w rodzaju
        islamskich chust, wielkich krzyży czy jarmułek. Belgia czerpie wzory od
        sąsiadów, którzy z chustami już się rozprawili - Francuzów i Niemców. W
        odróżnieniu od Francji belgijscy muzułmanie, potomkowie imigrantów z Turcji,
        Maroka czy Pakistanu, mają dużo więcej swobody, a szkoły katolickie w Belgii
        nie są wyznaniowe, uchodzą za elitarne i kształcą dzieci ludzi bogatych i
        wpływowych. Z chustą i krzyżem walczyć więc znacznie trudniej.

        Belgia zmierza więc do całkowitego zakazu drobnymi kroczkami. Na początek więc
        zabronione będzie noszenie strojów religijnych w szpitalach grupy Iris w
        Brukseli (m.in. w znanym szpitalu Baron Lambert). Zakaz wejdzie w życie od
        końca stycznia. - Musieliśmy wprowadzić pewne reguły, gdyż sytuacja stawała się
        problematyczna - tłumaczy Michel Peeters, szef kilku szpitali należących do
        grupy Iris. - W pewnych szpitalach pacjenci narzekali na to, że opiekowali się
        nimi ludzie zbyt agresywnie manifestujący swoją religijność - opowiada Jean-
        Marie Amand z brukselskiego szpitala Brugmanna. Zdarzało się, że personel
        próbował nawracać pacjentów na swoją religię, odmawiał wydawania posiłków
        zawierających niejadalną dla muzułmanów wieprzowinę, dochodziło do sekowania
        pacjentek po aborcji.

        Arena kontra Dawael

        Szpitale będą pierwsze, ale nie ostatnie. 6 stycznia dwoje belgijskich
        senatorów Anne-Marie Lizin z Partii Socjalistycznej i liberał Alain Destexhe
        opowiedziało się za zakazem symboli religijnych, takich jak muzułmańskie chusty
        czy krzyże w szkołach i budynkach administracji publicznej. Spod zakazu miałyby
        być wyłączone szkoły stricte religijne. Nowe prawo chroniłoby neutralność
        światopoglądową państwa i... równouprawnienie kobiet i mężczyzn.

        Do publicznej debaty w sprawie chust i innych symboli religijnych włączyli się
        też politycy. Zdaniem liberała, ministra sprawiedliwości i wicepremiera
        Patricka Dawaela nie powinno się ich nosić również w instytucjach rządowych,
        takich jak ministerstwa i w sądach. Podobną opinię wygłosił wcześniej szef MSZ
        Louis Michel. Spośród partii tworzących koalicyjny rząd przeciw zakazowi są
        socjaliści. Socjalistka, minister ds. integracji socjalnej Maria Arena
        oskarżyła Dawaela o prowadzenie kampanii wyborczej przed wyborami do Parlamentu
        Europejskiego. Przeciw planom Dawaela zaprotestowało też 15 różnych belgijskich
        stowarzyszeń i organizacji zrzeszających wyznawców islamu.


        źródło: gazeta.pl, Jacek Pawlicki 13-01-2004
      • 14.02.04, 22:26
        Czy muzułmanin będzie ojcem chrzestnym córeczki belgijskiego księcia?

        Belgijski książę Laurent zasugerował, że ojcem chrzestnym jego córeczki będzie
        muzułmanin. Media spekulują, że może to być syn byłego szacha Iranu, lecz szef
        belgijskiej dyplomacji ostrzega, że to wywołałoby skandal w stosunkach z Iranem.

        Choć urodzony w 1963 r. Laurent Benoit Baudouin Marie jest 10. w linii do
        tronu, Belgowie lubią go chyba najbardziej spośród rodziny królewskiej. Głównie
        za to, że jest najmniej królewski i najbardziej ludzki - ze wszystkimi swymi
        słabościami. Nie przeszkadza im to, że zdarzało mu się często przekraczać
        dozwoloną prędkość na autostradzie (kocha szybkie samochody) czy mówić rzeczy,
        które księciu nie przystają. W młodości był outsiderem bez chorych ambicji, a i
        dziś nie tęskni do władzy. Teraz polubi go bardzo widoczna w Belgii muzułmańska
        mniejszość, sfrustrowana ostatnio toczącą się w katolickiej w większości Belgii
        debatą na temat zakazu noszenia chust islamskich.

        Byle nie Pahlawi!

        Córka 40-letniego księcia Laurenta i jego 30-letniej żony księżniczki Clair
        urodziła się w Brukseli w miniony piątek 6 lutego. Jest pierwszym dzieckiem
        pary, która stanęła na ślubnym kobiercu w kwietniu zeszłego roku. Na
        transmitowanej przez telewizję "poporodowej" konferencji prasowej Laurent
        ogłosił, że ich córka Luiza Zofia Maria może mieć niechrześcijańskiego
        chrzestnego. Zapytany, kto dostąpi tego zaszczytu, książę odpowiedział:

        -Może to być mój przyjaciel, który jest muzułmaninem.

        Dwór króla Belgów Alberta II wstrzymał się od komentarzy. Rolę tę przejęły
        ochoczo belgijskie media, w większości pozytywnie reagując na plany Laurenta.
        Francuskojęzyczny dziennik "La Libre Belgique" znalazł duchownego, który
        pochwalił wybór na ojca chrzestnego niechrześcijanina. - To bardzo mocny gest -
        ocenił ojciec Gabriel Ringlet. Kropkę nad i postawił rzecznik belgijskiego
        episkopatu, tłumacząc, że właściwie w ceremonii chrztu ważne jest, aby
        przynajmniej jedno z rodziców chrzestnych (chrzestną Luizy Zofii będzie siostra
        księżnej Klary) było chrześcijaninem, który odebrał sakrament chrztu, komunii i
        bierzmowania. Drugi z chrzestnych może pełnić funkcję... świadka. Muzułmanin
        mógłby więc stać się świadkiem chrztu, nie martwiąc się o to, że główną rolą
        chrzestnego jest utwierdzanie chrześniaczki w wierze katolickiej.

        Dwie inne gazety - flamandzki "Het Laatste Nieuws" i francuskojęzyczny "Vers
        l'Avenir" - wszczęły własne dziennikarskie śledztwa w sprawie ewentualnego ojca
        chrzestnego. Obie ogłosiły, że może nim być bliski przyjaciel Laurenta Reza
        Pahlawi, mieszkający w USA syn b. szacha Iranu Rezy Pahlawiego obalonego w 1979
        r. Choć nikt z otoczenia dworu nie potwierdził tych doniesień, szef belgijskiej
        dyplomacji Louis Michel dał do zrozumienia w miniony wtorek, że rząd na taki
        wybór się nie zgodzi, gdyż to nadszarpnęłoby stosunki z Iranem. - To byłoby
        trudne z punktu widzenia naszej dyplomacji, Laurent o tym wie - powiedział
        Michel. Krótko mówiąc, chrzestnym może być muzułmanin, byle nie syn szacha.

        Książę jedności

        Debata w Belgii koncentruje się nie wokół nazwiska przyszłego chrzestnego, ale
        intencji księcia. Instytucja króla jest w językowo podzielonej na
        flamandzkojęzyczną Flandrię i francuskojęzyczną Walonię Belgii łącznikiem i
        gwarantem jedności. Czy politycznie poprawny gest lubianego księcia nie
        zadziałałby jak symbol pojednania? - Dla muzułmanów tak, ale nie dla
        nacjonalistów ze skrajnie prawicowego Vlamsbloku - uważają eksperci. "La Libre
        Belgique" napisał, że wybór muzułmańskiego chrzestnego został bardzo dobrze
        przyjęty przez organizacje muzułmańskie. - To jest gest, który się liczy, nawet
        jeśli chrzest pozostanie sprawą prywatną - zwierzył się gazecie muzułmański
        deputowany do belgijskiego parlamentu Mustafa Ouzekhti. Jego zdaniem to "bardzo
        ważne świadectwo, szczególnie w dobie islamofobii narastającej na świecie od
        zamachów 11 września". Według Ouzekhtiego dla muzułmanina nie jest żadnym
        problemem uczestniczenie w chrześcijańskiej ceremonii, choć zastrzegł,
        że "islam nie zna instytucji ojca chrzestnego".

        Choć muzułmanie, których w Belgii jest ok. 400 tys., stanowią niespełna 5 proc.
        ludności, są dużo "głośniejsi" i bardziej wpływowi niż ich bracia w sąsiedniej
        Francji. Potomkowie imigrantów ściąganych do pracy w Belgii z Maroka czy Turcji
        cieszą się tu większą swobodą. Paradoksalnie Belgia jest też ojczyzną
        nacjonalistycznego i antyimigranckiego Bloku Flamandzkiego, dla którego są
        wrogiem numer jeden i celem masowych deportacji.

        źródło: gazeta.pl, Jacek Pawlicki 13-02-2004
      • 03.03.07, 14:11
        Koran w odcinkach w belgijskiej prasie

        źródło: arabia.pl, KUNA
        2007-03-02

        Belgijski dziennik „De Standaard” poinformował dzisiaj o zamiarze publikacji w
        odcinkach Koranu w języku flamandzkim począwszy od najbliższego poniedziałku.
        Wydrukowanie Koranu pozwoli Belgom na lepsze zrozumienie muzułmańskiej świętej
        księgi, a co za tym idzie umiejętność rozróżnienia pomiędzy islamem a
        terroryzmem, poinformował „De Standaard”, główny dziennik we Flandrii.

        Koran będzie drukowany jako specjalny darmowy dodatek do belgijskiej gazety, w
        którym znajdą się również informacje na temat muzułmańskiej kultury i sztuki.



        (tłum. hs)

        =========================================

        a może by tak Koran po polsku w odcinkach w Gazecie Wyborczej?
      • 31.01.08, 09:39
        Fundusz zdrowia finansuje przywracanie dziewictwa

        ulast
        2008-01-30, ostatnia aktualizacja 2008-01-30 08:51

        PRZEGLĄD PRASY. Muzułmanki w Belgii coraz częściej decydują się na operacyjne
        przywrócenia dziewictwa. W innym przypadku nie mają szans na małżeństwo. Koszty
        zabiegu pokrywa Belgijski Fundusz Zdrowia - pisze "Rzeczpospolita".
        Zobacz powiekszenie
        Fot. ODD ANDERSEN AFP
        Przedmałżeński seks nie jest im obcy, ale ich społeczność oczekuje, by były
        dziewicami
        Zabieg przywrócenia błony dziewiczej trwa zaledwie pół godziny i kosztuje od
        1800 do 2500 euro. Koszty tej operacji refunduje państwo. Nie wiadomo dokładnie,
        ile kobiet decyduje się na ten krok, bo w statystykach medycznych ten zabieg nie
        jest odróżniany od rekonstrukcji organów płciowych. Według Belgijskiego
        Stowarzyszenia Ginekologów (GBS) operacje te stają się coraz popularniejsze.

        Większość pacjentek to muzułmanki z Maroka, Tunezji czy Turcji, które urodziły
        się i wychowały w Belgii. Dziewictwo straciły dobrowolnie lub wskutek gwałtu.
        Boją się reakcji rodziny. Wiedzą, że nie będąc dziewicami, nie mają szans na
        wyjście za mąż - mówi w rozmowie z "Le Soir" ginekolog zrzeszona w GBS.

        Kobieta może również poprosić lekarza o "certyfikat dziewictwa", miejscowe
        szpitale dostarczają ich aż kilkadziesiąt rocznie. Według ekspertów spowodowane
        jest to rosnącym fundamentalizmem wśród europejskich muzułmanów.

        - Wiele moich pacjentek jest uwięzionych w pułapce między dwoma światami, Z
        jednej strony mieszkają w świeckim kraju, więc seks przedmałżeński nie jest im
        obcy, a z drugiej - w ich społeczności oczekuje się od nich, by pozostały
        dziewicami - cytuje "Le Soir" jednego z belgijskich ginekologów.

        Źródło: "Rz", gazeta.pl, 31.01.08
    • 13.11.03, 22:19
      Ateńczycy spierają się, gdzie w ich mieście powinien stanąć meczet


      Grecki kościół prawosławny nie chce, by ateński meczet stanął obok lotniska. -
      Czy pierwszą rzeczą, jaką zobaczą w Grecji zagraniczni goście, musi być
      muzułmański meczet? - pyta

      Gdzie powinien stanąć pierwszy w Atenach meczet? - odpowiedź na to pytanie
      podzieliła mieszkańców miasta. Do dyskusji włączyły się już nie tylko władze i
      zwykli obywatele, lecz także kościół prawosławny.

      - Z powodu bliskości lotniska miejscowość Peania jest pierwszym greckim
      miejscem, które widzą zagraniczni goście. Czy pierwszą rzeczą, jaką zobaczą w
      Grecji, musi być muzułmański meczet? - mówił w rozmowie z dziennikarzem agencji
      AFP rzecznik greckiego kościoła prawosławnego ojciec Epifanios. Tłumaczył, że
      grecki Kościół nie jest przeciwny budowie meczetu w innym miejscu. Dodał
      jednak, że nie podoba mu się pomysł, by meczetowi towarzyszyło islamskie
      centrum kultury. - Nie rozumiemy, jaki cel miałoby spełniać takie centrum -
      stwierdził. Wcześniej prawosławni duchowni sugerowali, że takie centrum mogłoby
      się stać ośrodkiem politycznej agitacji ekstremistów.

      Głos kościoła prawosławnego jest jednym z wielu krytykujących projekt budowy
      meczetu w Atenach. Sprawa ciągnie się od dwóch dziesięcioleci. Po raz pierwszy
      została podniesiona w latach 80. przez ambasadorów państw muzułmańskich. Wtedy
      grecki rząd zdecydował, że meczet powstanie. Długo nie podejmowano jednak
      żadnych kroków. W 2000 r. władze centralne przeznaczyły na budowę duży teren
      właśnie w Peanii, 20 km na północny wschód od Aten, gdzie znajduje się także
      lotnisko. Od dawna wiadomo, że budowę sfinansuje rząd Arabii Saudyjskiej.
      Projekt mocno promuje greckie ministerstwo spraw zagranicznych, które chce, by
      olimpiada w Atenach w 2004 r. była okazją do pokazania Grecji jako kraju
      tolerancyjnego i otwartego także na muzułmanów. Grecy wielokrotnie byli
      krytykowani, m.in. przez Unię Europejską, za nieprzestrzeganie praw
      mniejszości. Ostatni taki głos odezwał się w środę, gdy w raporcie Parlamentu
      Europejskiego skrytykowano Grecję właśnie za to, że muzułmanie nie mogą wznosić
      meczetów ani chować zmarłych na swoich cmentarzach.

      Plany władz państwowych nie podobają się jednak władzom lokalnym. Rada miejsca
      Peanii zaproponowała, by meczet powstał lepiej w zachodnich Atenach,
      robotniczej dzielnicy, gdzie mieszka wielu imigrantów. Podkreślają, że u nich
      nie ma żadnych muzułmanów.

      Grecja jest w 97 proc. prawosławna, a w konstytucji zapisano, że prawosławie
      jest "dominującą religią" w kraju. Ostatnio do kraju przybywa jednak coraz
      więcej muzułmańskich imigrantów z Albanii i innych krajów bałkańskich, a także
      z Nigerii, Pakistanu czy Egiptu. Jedyny dotychczas meczet w Grecji stoi na
      północnym wschodzie kraju, w Tracji, gdzie mieszka 120-tys. mniejszość turecka.



      ŹRÓDŁO: Gazeta Wyborcza 04-09-2003
      • 04.12.03, 23:12
        Grecja wciąż dyskryminuje muzułmanów


        Modlą się na chybcika w prywatnych mieszkaniach, barakach, domkach. W
        metropolii naznaczonej wspaniałymi świątyniami pogańskiej przeszłości i
        prawosławnymi krzyżami współczesnych kościołów nie uświadczy się ani jednego
        minaretu. Stutysięczna rzesza mieszkających w Atenach muzułmanów nie ma swojej
        świątyni. Najbliższe meczety są o 800 kilometrów stąd, w Tracji, na tureckiej
        granicy.

        Awersja Greków do meczetów jest poniekąd zrozumiała - przywołują one w pamięci
        wielowiekową turecką okupację, utracony Konstantynopol, straszliwą klęskę wojny
        z Atatürkiem. Podobne uczucia budziły w Warszawie prawosławne cerkwie po
        odzyskaniu niepodległości - wielki sobór na placu Saskim został wówczas
        rozebrany. Ale pozostałe cerkwie ocalały i dziś trudno sobie bez nich wyobrazić
        Warszawę. Także meczet na drodze do Wilanowa po początkowych trudnościach z
        lokalizacją wrósł w krajobraz miasta. Ale ateńskiego meczetu jak nie było, tak
        nie ma, choć Grecja jest niepodległa już prawie 200 lat. Inne państwa
        bałkańskie mimo podobnych historycznych obciążeń meczetów jednak nie zabraniają
        budować. A zresztą dlaczego mścić się na muzułmańskich imigrantach z Nigerii za
        klęski Bizancjum?

        Póki niemal jedynymi muzułmanami w Atenach byli imigranci, szanse na meczet
        były żadne. Ale gdy Atenom przyznano prawo organizowania w roku przyszłym
        igrzysk olimpijskich, sytuacja się zmieniła - muzułmańscy zawodnicy i turyści
        muszą mieć gdzie się modlić. Postanowiono wybudować meczet pod miastem, w
        Peanii. Arabia Saudyjska zgodziła się pokryć całość kosztów. A wtedy wybuchła
        burza: zaprotestował i burmistrz miasteczka, i kościół. Peania jest na drodze z
        lotniska do Aten i groziło, że meczet będzie pierwszą rzeczą, jaką w Grecji
        zobaczą turyści. - No i co sobie pomyślą o naszym kraju? - protestowali
        dostojnicy, zastrzegając, że nie mają nic przeciwko meczetom w ogóle, byle nie
        tu.

        Istotnie: widząc meczet w Peanii, turyści mogliby odnieść błędne wrażenie, że
        Grecja jest krajem religijnej tolerancji. Wygląda na to jednak, że zostanie im
        to oszczędzone. Nawet jeśli decyzja o budowie meczetu zostanie w końcu podjęta,
        to jest całkiem możliwe, że do rozpoczęcia igrzysk jego budowa nie zostanie
        zakończona. Turyści i zawodnicy, podobnie jak imigranci, modlić się więc będą w
        przypadkowych pomieszczeniach, w tymczasowo zaadaptowanych na izby modlitw
        hotelowych salach. Religijnie nie będzie to wielkim problemem: w kwestii
        świątyń islam jest ujmująco pragmatyczny i z taką niewygodą może się pogodzić.
        Ale cena tej niewygody będzie wysoka. Tysiące muzułmanów raz jeszcze przekonają
        się, że są w Grecji niemile widzianymi gośćmi, co politycznie nie będzie
        zresztą dla Grecji zbyt kosztowne - jej konsekwentnie antyizraelska polityka
        sprawia, że państwa arabskie niezbyt są skłonne do publicznej krytyki Aten.

        To prawda, gdzie indziej bywa gorzej - w Arabii Saudyjskiej nie tylko nie wolno
        budować kościołów, ale samo praktykowanie chrześcijaństwa jest przestępstwem.
        Ale Arabia nie dała światu demokracji. I nie jest członkiem Unii Europejskiej.

        źródło: gazeta.pl Dawid Warszawski 02-12-2003
    • 13.11.03, 22:44
      Polityczna burza we Włoszech o krzyże w szkołach


      Włoski muzułmanin wytoczył batalię przeciw krucyfiksom, które w majestacie
      prawa były wieszane we włoskich szkołach od czasów Mussoliniego. To na jego
      wniosek sędzia z L'Aquili nakazał precedensowe usunięcie krzyży ze szkoły w
      Ofenie. Kościół katolicki i politycy zgodnie zaprotestowali

      Polityczna burza rozpętała się gdy w sobotę sędzia Mario Montanaro przychylił
      się do wniosku przewodniczącego Stowarzyszenia Muzułmanów we Włoszech Adela
      Smitha o usunięcie krucyfiksów ze szkolnego budynku. Uznał tym samym argumenty
      islamskiego aktywisty, który upierał się, że obecność krzyży w klasach
      to "narzucanie ogółowi wartości, które nie są wspólne dla wszystkich
      obywateli". Sędzia Montanaro wyjaśnił, że jest to "przejaw jednoznacznej woli
      państwa do umieszczenia katolicyzmu w centralnym miejscu w szkołach
      publicznych, bez śladu najmniejszego uznania dla roli innych religii w rozwoju
      ludzkości".

      Szkoła w Ofenie, 25 km od Rzymu, dostała miesiąc na zdjęcie krzyży, ale władze
      oświatowe nie mają zamiaru zastosować się do tego polecenia. I co więcej, mają
      poparcie resortu oświaty oraz świata politycznego.

      W 59-milionowych Włoszech żyje ok. 800 tys. muzułmanów, głównie imigrantów. Sam
      Adel Smith nie ma najlepszej opinii wśród muzułmańskich duchownych. Agencje
      informacyjne cytują wypowiedź imama z Mediolanu (gdzie żyje ok. 70 tys.
      muzułmanów), który nazwał aktywistę "izolowanym prowokatorem".

      Obraza?

      Już w niedzielę w atmosferze gorącej polemiki politycznej włoski minister
      sprawiedliwości Roberto Castelli nakazał wszczęcie specjalnego dochodzenia,
      które ma sprawdzić, czy kontrowersyjna dla włoskich katolików decyzja sędziego
      była zgodna z prawem. Zaprotestowało też ministerstwo edukacji, twierdząc, iż
      podstawa prawna wieszania krzyży w szkołach - ustawa z 1923 roku uchwalona
      przez jeszcze przez rząd Benito Mussoliniego - nigdy nie została formalnie
      zniesiona.

      Również przedstawiciele włoskiego Kościoła katolickiego nie czekali na wynik
      dochodzenia ministra i wydali swój "wyrok" na orzeczenie sędziego. - Taka
      decyzja spowoduje rozprzestrzenienie się nietolerancji wobec symboli
      religijnych - powiedział dziennikowi "La Repubblica" biskup Rino Fisichella.

      - Jak ktoś może nakazać usunięcie z klas symbolu podstawowych wartości naszego
      kraju? To orzeczenie obraża większość Włochów - dodał kardynał Ersilo Tonini na
      łamach "Corriere della Sera".

      - Nie możemy zgodzić się, by sędzia ot tak sobie kasował tysiące lat historii -
      powiedział z kolei minister spraw socjalnych Roberto Maroni. Jedynie związek
      zawodowy nauczycieli ucieszył się z decyzji, uznając to za wygraną w batalii
      między Kościołem a państwem laickim.

      Riposta Smitha

      Adel Smith, wychowany w Egipcie syn Włocha i Egipcjanki, nie pozostał dłużny
      biskupom. Odpowiedział im w dzienniku "La Repubblica", że "Włochy to nie
      Watykan". - Nie walczę z krucyfiksami, tylko upominam się o konstytucyjne
      prawo, by symbole religijne nie były umieszczane w szkole, do której chodzą
      moje dzieci - dodał. Podpisany w 1984 nowy konkordat między Watykanem a Rzymem
      stanowi, że we Włoszech nie ma religii państwowej.

      Wojna Smitha z krucyfiksami zaczęła się dwa lata temu. Jego dwóch synów uczyło
      się w podstawówce w Ofenie, a ojcu przeszkadzały wiszące tam krucyfiksy. Smith
      zwrócił się więc do władz szkoły, by usunęły krzyże, gdyż katolicyzm nie jest
      religią państwową Włoch. Krzyże na krótko zniknęły ze ścian, ale powróciły tam
      gdy Smith wywiesił w klasie swych dzieci napis "Allah jest wielki". Gdy
      krucyfiksy wróciły, muzułmanin zażądał, by zawiesić też jedną z sur Koranu.
      Ponieważ szkoła odmówiła, poszedł do sądu.

      Włoska prasa przyrównała spór o krzyże do debaty, jaka w kilku europejskich
      krajach toczy się wokół sprawy noszenia zwyczajowych chust przez muzułmańskie
      dziewczęta w laickich szkołach. Niedawno francuskie władze nakazały usunięcie
      dwóch dziewcząt obstających przy chustach. W przypadku Smitha nie chodzi jednak
      o batalię laickości z religią, tylko o starcie dwóch religii, i to w drażliwym
      momencie, kiedy Włochy przewodzą Unii Europejskiej i kierują pracami nad
      konstytucją Unii. Jednym ze spornych punktów debaty konstytucyjnej jest
      odwołanie się w preambule do dziedzictwa chrześcijańskiego. Co ciekawe, włoski
      rząd jest przeciwny takim zapisom (stając w obronie laickości i nie chcąc
      drażnić muzułmańskiej Turcji, która jest kandydatem do UE), ale eksperci
      sugerują, że batalia o krzyże może przyczynić się do zmiany stanowiska w tej
      sprawie.


      ŹRÓDŁA: Gazeta Wyborcza Jacek Pawlicki 27-10-2003
      • 13.11.03, 22:47
        Chrystusa nie wyrzuca się siłą


        Gest Adela Smitha jest nikczemnym aktem nietolerancji podkopującym stanowisko
        ludzi, którzy dążą do pokojowego dialogu - pisze z Włoch Andrea Camilleri.

        Żeby dobrze zrozumieć, co wydarzyło się ostatnio we Włoszech - czyli usunięcie
        krzyża ze szkolnej sali - trzeba pamiętać, że istnieje ustawa - pochodząca z
        1934 roku, lecz wielokrotnie (również niedawno) nowelizowana - która nakłada
        obowiązek wywieszania symbolu religijnego w szkołach i sądach.

        Adel Smith, muzułmanin, którego dzieci uczęszczają do włoskiej szkoły
        publicznej w miasteczku Ofena (w regionie Abruzzo), skierował sprawę do sądu,
        wnosząc - w imię wolności wyznania - o usunięcie krzyża z klasy. Sędzia uznał
        jego racje i zarządził zdjęcie krzyża ze ściany, lecz jego nakaz nie został
        wyegzekwowany w stosownym terminie. Adel Smith wezwał więc siły porządkowe,
        które krucyfiks zdjęły i wyniosły.

        Adel Smith jest osobą dobrze znaną we Włoszech ze swoich skrajnych poglądów, od
        których najwybitniejsi przedstawiciele włoskiej wspólnoty muzułmańskiej zawsze
        jednoznacznie się odcinali.

        Z kolei wyrok sędziego nie jest prawomocny i nie ma zastosowania w innych
        włoskich szkołach. Więcej - nie ma zastosowania nawet w klasie sąsiadującej
        przez ścianę z salą lekcyjną, w której uczą się dzieci pana Smitha. Poza tym
        żaden wyrok czy nakaz nie może stać w sprzeczności z prawem państwowym. Jeśli
        prawo jest przestarzałe, to owszem, zawsze można je zmienić, lecz taka decyzja
        należy wyłącznie do parlamentu.

        Więc jak to jest - dużo hałasu o nic? Nie. Wobec napływu do Włoch coraz to
        nowych osób spoza Unii Europejskiej będących wyznawcami innych religii z dnia
        na dzień problem staje się coraz bardziej jątrzący. Lecz sposób, w jaki
        postawił sprawę pan Smith, jest najgorszy z możliwych. Znamienne zresztą, że w
        jednomyślnej dezaprobacie dla jego działań ramię w ramię stanęli niewierzący i
        katolicy. Ponadto do wydarzenia tego doszło w niezwykle delikatnym momencie - w
        chwili, kiedy Gianfranco Fini, wicepremier i jeden z dwóch (obok Umberto
        Bossiego) sygnatariuszy ustawy represjonującej przybyszy spoza Unii, zaczyna
        postulować przyznanie prawa wyborczego

        zarejestrowanym imigrantom, a jego propozycja natrafia na silny sprzeciw
        niektórych jego kolegów z rządu. Gest Adela Smitha w oczywisty sposób może
        skompromitować stanowisko Finiego w oczach prawicy, a nawet doprowadzić do
        zaostrzenia konfliktu.

        Kilka kilometrów od Olfeny leży miejscowość, która nazywa się Sant'Eusanio
        Forconese. Burmistrz tego miasteczka nazwał żądanie Adela Smitha "prowokacją".
        I nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby burmistrz ten nie nazywał się
        Mahmoud Srour, gdyby nie był z pochodzenia Syryjczykiem i gdyby nie był jedynym
        wyznawcą Islamu pełniącym we Włoszech funkcję burmistrza.

        Jestem człowiekiem niewierzącym i muszę wyznać, że uważam cały ten epizod za
        smutny, wręcz ponury. Gest Adela Smitha jest nikczemnym aktem nietolerancji
        podkopującym stanowisko ludzi, którzy dążą do pokojowego dialogu, wzajemnego
        zrozumienia i przyzwoitego współżycia. Chrystusa nie wyrzuca się przy pomocy
        sędziów, papieru podaniowego i funkcjonariuszy porządku publicznego. To, co się
        stało, dla jednych jest bolesne, dla innych zaś obraźliwe. Czy to naprawdę było
        nam w ogóle potrzebne?



        źródło: Gazeta Wyborcza Andrea Camilleri, przeł. Jarosław Mikołajewski 02-11-
        2003
        • 14.12.03, 09:01
          beduinko czy uważasz że powinny je ściągać w publicznej szkole?
          Jeżeli muzułmanom nie odpowiadają krzyże to powinni zrezygnować z chust!
          Nie powinno być tak że muzułmanie mogą manifestować swoją wiarę a inni nie!
          P.S. beduinko opisz jak taktują muzułmanie chrześcijan w Arabii Sudyjakiej jak
          są tolerancyjni dla innych wyznań!
          --
          Piszesz wiersze – opublikuj je:

          www.wiersze.gery.pl/
      • 16.02.04, 20:09
        Awantura wokół obrzezania muzułmanek

        źródło: gazeta.pl, Jacek Pawlicki 16-02-2004

        Włoski ginekolog rozpętał gorącą debatę na temat rytualnego obrzezania
        muzułmańskich dziewczynek, proponując "symboliczny" zabieg - alternatywny wobec
        krwawego rytuału. Choć sam jest przekonany, że znalazł kompromisowe rozwiązanie
        pomiędzy tradycją na nowoczesnością, opinie są jednak podzielone.

        Urodzony w Somalii, a działający od ponad 25 lat we Włoszech doktor Omar
        Abdulcadir chce, by florencki szpital Careggi, gdzie pracuje, dokonywał
        zabiegów rytualnego, choć bezbolesnego obrzezania dziewczynek pochodzących z
        afrykańskich krajów islamskich. Chodzi o młode Somalijki, dziewczynki z
        Erytrei, Ghany, Burkina Faso czy Wybrzeża Kości Słoniowej mieszkające wraz z
        rodzicami imigrantami we Włoszech i innych krajach Europy. Alternatywą - jak
        mówi - jest wysyłanie dziewczynek na zabiegi do Afryki, z których wracają
        okaleczone i z traumą na całe życie. Albo rytuał w nielegalnych podziemnych
        klinikach, urągających podstawowym prawom higieny i sztuki lekarskiej.

        Bez bólu...

        To właśnie kontakt z pacjentkami po "tradycyjnych" zabiegach, których około pół
        tysiąca rocznie przychodzi z potwornymi powikłaniami do jego gabinetu, skłonił
        ginekologa do zaproponowania "alternatywy" dla rytuału. Jego działania
        napędzają też przykre doświadczenia rodzinne. W jednym z wywiadów prasowych
        Abdulcadir powiedział, że w młodości widział, jak ten bolesny zabieg
        przechodziło jego siedem sióstr w Afryce, i nie chce, aby to się powtarzało. A
        teraz do wieku rytuału dojrzewają jego siostrzenice...

        Ginekolog zwrócił się w styczniu o pozwolenie na przeprowadzanie takich
        zabiegów we Florencji do lokalnych władz lekarskich. Chce założyć pierwsze na
        świecie Centrum Medyczne Zabiegów i Przeciwdziałania Obrzezaniu Kobiet. Zabieg,
        o jakim mówi, różniłby się od wersji praktykowanej w Afryce czy też w
        nielegalnych centrach obrzezania we Włoszech. Zamiast wycięcia łechtaczki i -
        co się zdarza w wersji ortodoksyjnej - prawie całkowitego zaszycia warg
        sromowych Abdulcadir proponuje nakłucie igłą znieczulonej poprzez zamrożenie
        łechtaczki. - Mówi, że "symbolicznie można uważać rytuał za dokonany", gdy
        pojawi się kilka kropel krwi. - Nie ma rany i bólu - tłumaczy lekarz
        korespondentowi BBC.

        Wiedzę o granicach akceptacji rytuału przez tradycyjne rodziny imigranckie
        lekarz czerpie z ankiet, jakie wypełniło dla niego 137 obrzezanych kobiet
        pochodzących z Afryki, a żyjących we Włoszech i USA. Wynika z nich, że rytuał
        zawsze wiąże się z ingerencją w genitalia i krwią. Inaczej jego wynik nie jest
        akceptowany.

        ...i zrozumienia

        Dziesięć lokalnych organizacji imigrantów z krajów afrykańskich poparło jego
        inicjatywę. Ucieszyły się także liczne rodziny imigrantów z Afryki. Działacze
        praw człowieka i kobiet są oburzeni. - Zgoda na taki proceder utrudni walkę
        setek tysięcy kobiet mówiących "nie" obrzezaniu. Ten akt symbolizuje
        przekazanie kobiet pod kontrolę mężczyzn - uważa Cristiana Scoppa, jedna z
        gorących włoskich przeciwniczek Abdulcadira. - W cywilizowanym świecie nie
        można tolerować obrzezania dziewczynek w wieku 8-12 lat, przed wydaniem ich za
        mąż - mówi cytowana przez włoskie media Daniela Colombo, inna przedstawicielka
        stowarzyszenia walczącego o prawa kobiet z krajów rozwijających się. Włoska
        polityk Patrizia Paoletti Tangheroni skierowała interpelację do ministra
        zdrowia, prosząc, by zabronił zabiegów.

        Przeciwnicy propozycji ginekologa mają też inne argumenty. ich zdaniem zabieg i
        tak zostanie uznany za niewystarczający przez tradycjonalistów. A z drugiej
        strony zahamowałby proces odchodzenia od upokarzającego rytuału. W 1990 roku
        prawie 99 proc. dziewczynek z rodzin somalijskich imigrantów było poddawanych
        obrzezaniu, dziś odsetek ten wynosi ok. 60 proc.

        Dyskusja nie toczy się już tylko między organizacjami kobiecymi, społecznością
        imigrantów a ginekologiem. We włoskim parlamencie znajduje się projekt ustawy
        zakazujący przeprowadzania we Włoszech zabiegów obrzezania. Podobne zakazy pod
        karą więzienia obowiązują w Szwecji, Norwegii i Wielkiej Brytanii.

        Za, a nawet przeciw

        Abdulcadir tłumaczy, że byłby szczęśliwy, gdyby straszna tradycja w ogóle
        zamarła. - Moja propozycja jest jedną z tysiąca, nie jest idealna, ale co mam
        powiedzieć matkom, które przychodzą do mnie z córkami, wiedząc, że jeśli im nie
        pomogę, zostaną wysłane na zabieg do Somalii? - pyta dziennikarzy lekarz.
        Jeszcze w styczniu władze lokalne we Florencji były dość przychylnie nastawione
        do jego propozycji, ale pod wpływem licznych artykułów w prasie odnoszą się doń
        z coraz większą niechęcią. Ostateczna decyzja ma zapaść w lutym.
        • 16.02.04, 20:11
          Głosy ekspertów i lekarzy - za i przeciw obrzezaniu kobiet

          Manan Vasenwala, kardiolog z Centrum Kardiologicznego w Indiach

          Propozycja dr. Abdulcadira zasługuje na więcej uwagi. Nie można przecież
          tolerować wykonywania prymitywnych zabiegów - podejście kompromisowe jest więc
          sensowne. Nakłuwanie łechtaczki pod znieczuleniem jest bezbolesne. (...) Kłopot
          w tym, że dokładnie nie wiadomo, czy ten alternatywny zabieg będzie
          akceptowalny [przez tradycyjne rodziny imigrantów - red.]. Jeśli tak, to
          powinien być rozpowszechniony.

          Nadaraja Bathirunathan, emerytowana wykładowca mikrobiologii Uniwersytetu w
          Chartumie w Sudanie, dziś na emigracji w Manchesterze

          Obrzezanie kobiet jest jedną z najbardziej okrutnych i złych praktyk
          religijnych. Modyfikowanie tego obyczaju, by stał się mniej zły - pozostaje
          wciąż złem, które powinno wywoływać oburzenie i odrazę u tych wszystkich,
          którzy przysięgali na Hipokratesa.

          Raha Shojai, ginekolog z uniwersytetu w Marsylii

          Może zaskakiwać, że kobiece obrzezanie, opisywane jako postępowanie prawdziwie
          nieludzkie mające doprowadzić do pozbawienia seksualności kobiety, jest często
          przeprowadzane przez same kobiety. Na przykład w tradycyjnych rodzinach z
          Afryki rytuał jest nadzorowany i przeprowadzany przez babkę bądź matkę
          dziewczynki. (...) Choć uznaje się, że kobiece obrzezanie wynika z religii
          muzułmańskiej, w Koranie nie ma ani słowa na jego temat. Takich praktyk nie ma
          np. w Iranie.

          źródło: gazeta.pl, wybrał i tłumaczył jap 16-02-2004
      • 17.10.04, 13:17
        Islam przeciwko terrorowi

        Z Mario Scialoja, sekretarzem Światowej Ligi Muzułmanów we Włoszech, rozmawia
        Agnieszka Zakrzewicz

        Jest Pan Włochem, katolikiem, który przeszedł na islam. Aktualnie we Włoszech
        jest blisko 10 tys. rodowitych Włochów, którzy, tak jak Pan, wybrali islam. Jak
        szacują różne źródła - w Itali żyje od 600 tys. do 1 miliona emigrantów
        wyznania muzułmańskiego. Na przestrzeni kilku ostatnich lat islam stał się
        drugą (po katolickiej), religią Włoch. Co przekonało pana do tej religii?
        - Bezpośredni związek człowieka z Bogiem. W islamie nie było tych wszystkich
        męczenników, świętych, apostołów i przede wszystkim hierarchii eklezjastycznej -
        to mnie przekonało. Do Boga zwracam się bezpośrednio, bez pośredników... Nie
        muszę spowiadać się księdzu. Kiedy przekroczyłem Rubikon? Ostateczną decyzję o
        przyjęciu islamu podjąłem w 1988 roku, w Nowym Jorku. Byłem wtedy ambasadorem
        Włoch przy ONZ i miałem za sobą już lata spędzone jako ambasador w Arabii
        Saudyjskiej. Mój dobry przyjaciel, ambasador Iranu, zarzucał mnie wtedy
        literaturą szyicką - szyitą jednak nie zostałem. Myślę, że duży wpływ na to, że
        zmieniłem religię, miał fakt iż uczęszczałem do szkoły prowadzonej przez księży
        katolickich. Muszę przyznać szczerze, że w katolicyzmie denerwuje mnie
        najbardziej politeistyczny charakter wiary, jaki ta religia przybrała w
        ostatnim czasie. Armia świętych, którzy zasiadają w raju i do jakich z osobna
        można zwracać się z prywatną prośbą... Nie ukrywam mojej dezaprobaty dla
        politeizmu katolickiego kiedy rozmawiam z moimi katolickimi przyjaciółmi, jak
        kardynał Martino, którego znam od 25 lat. Powtarzam to również mojej żonie,
        która jest nadal katoliczką.

        Choć w religii islamskiej nie ma pośredników pomiędzy Bogiem i wiernymi, we
        Włoszech powstało wiele meczetów, na których czele stanęli mułłowie, których
        Włosi traktują jak interlokutorów religijnych wspólnoty muzułmańskiej, tak
        jakby byli księżmi. Czy zgadza się Pan z tą obserwacją?
        - Nie sądzę, aby we Włoszech byli mułłowie, którzy stali się wybitnymi
        osobistościami religijnymi i mam nadzieję, że Włosi nie wpadną w pułapkę
        klerykalizacji islamu. We Francji istnieje już Rada Muzułmanów stworzona przez
        osoby o światopoglądzie laickim, a nie przez osoby pełniące funkcje religijne.
        Również we Włoszech minister Pisanu wraca do projektu stworzenia wzorem
        francuskim Rady Muzułmanów, jaka będzie działać przy Ministerstwie Spraw
        Wewnętrznych, współpracować z państwem i jego instytucjami. Wydaje mi się, że
        minister Pisanu zrozumiał bardzo dobrze, iż musi szukać interlokutorów wśród
        muzułmanów laickich. Do udziału w tworzeniu Rady są zaproszone wszystkie osoby
        dobrej woli, znające dobrze język i kulturę włoską.

        Wraz z Magdi Allamem (znanym dziennikarzem pochodzenia egipskiego - przyp.
        red.) oraz 25 innymi przedstawicielami wspólnoty muzułmańskiej we Włoszech
        podpisał Pan "Manifest muzułmanów włoskich dla życia i przeciwko terroryzmowi".
        Jak doszło do decyzji o wydaniu tak ważnego dokumentu potępiającego terroryzm i
        opublikowaniu go na łamach "Corriere della Sera"? Dlaczego nastąpiło to tak
        późno?
        - Manifest miał zostać wydany 11 września, w trzecią rocznicę zamachu
        terrorystycznego na World Trade Center. Przyśpieszyliśmy jego wydanie na 8
        września, dzień po porwaniu w Bagdadzie dwóch włoskich zakładniczek z
        organizacji charytatywnej Most i ich współpracowników irackich. Był to nasz
        protest przeciwko temu porwaniu. Manifest ukazał się na łamach "Corriere della
        Sera", gdyż wiedzieliśmy, iż ten dziennik popiera naszą inicjatywę od samego
        początku i jest na nią otwarty dzięki pośrednictwu Magdi Allama. Manifest
        spotkał się z pozytywnym przyjęciem ze strony prezydenta Włoch - Carlo
        Ciampiego i premiera Silvio Berlusconiego. Został on nazwany manifestem
        muzułmanów umiarkowanych. Mnie termin "muzułmanin umiarkowany" nie podoba się.
        Islam jest jeden i jest to religia pokoju. Ja nazywam ten manifest "prawdziwym
        przesłaniem islamu", który przeciwstawia się wszelkim wypaczeniom islamu
        poprzez wpływy polityczne i radykalizację wiary. Pod naszym manifestem,
        potępiającym wszelkie formy terroryzmu i integryzmu, mogą się podpisać
        wszystkie włoskie organizacje islamskie, które przyjmą jego założenia w
        całości. Na pytanie: dlaczego tak późno? - odpowiem: lepiej późno niż wcale.
        Sytuacja wreszcie do tego dojrzała. Włoski rząd chce prowadzić dialog z
        muzułmanami, którzy żyją na terenie Włoch i chcą zintegrować się w ramach
        struktur tego państwa oraz stworzyć umiarkowany islam europejski. My
        postawiliśmy w manifeście tylko jeden postulat polityczny - chcemy, by włoski
        rząd przyspieszył proces naturalizacji emigrantów, gdyż włoskie prawo
        emigracyjne jest bardziej restrykcyjne niż francuskie czy niemieckie.

        Katolicy i laicy żyjący w Europie są jednak zaniepokojeni ekspansją islamu.
        Katolicy boją się islamizacji Europy. Niewierzący obawiają się, że religia
        islamska będzie zawłaszczać państwo laickie, tak jak robi to religia katolicka -
        albo jeszcze bardziej. Zwłaszcza ateistom jest trudno uwierzyć w islam laicki.
        Czy może istnieć religia świecka?
        - Islam jest religią wolną. Nie ma Watykanu, co dezorientuje katolików i laików
        przyzwyczajonych do struktur kościelnych oraz hierarchii klerykalnej. W islamie
        nie ma kleru, są tylko kierunki oraz szkoły myśli religijnej i filozoficznej.
        Islam nie był też nigdy religią ekspansywną, bo nie ma prozelityzmu czynnego.
        Nawracanie i szerzenie wiary jest koncepcją i metodą religii katolickiej.
        Allach nie przykazał muzułmanom, aby nawracali niewiernych... Większym
        zagrożeniem dla katolików są świadkowie Jehowy, którzy nawracają pukając do
        drzwi.

        Świadków Jehowy jest jednak stosunkowo mało, a emigrantów muzułmańskich coraz
        więcej. Czy rosnące obawy katolików i laików o islamizację Europy są słuszne,
        czy to zwyczajna ksenofobia?
        - Nie mogę zaprzeczyć, że gdybym znajdował się po drugiej stronie - na miejscu
        przedstawicieli hierarchii watykańskiej, byłbym zaniepokojony islamizacją
        Europy. Ten nowy fenomen nie ma jednak nic wspólnego z religią. Muzułmanie nie
        podbijają Europy, aby zaprowadzić tu islam. Ich masowy napływ ma przyczyny
        ekonomiczne i egzystencjalne. Uciekają z krajów biednych, często przed nędzą,
        głodem i wojną, szukając nadziei na lepsze życie w bogatej Europie. Wpływ na
        emigrację ma nie Koran, lecz anteny satelitarne znajdujące się dziś nawet w
        najbardziej zapomnianych przez Allacha zakątkach świata. Kiedy mieszkańcy
        Afryki widzą w telewizji, jak się żyje we Włoszech, chcą przyjechać tutaj i
        żyć, jak Włosi. Rozumiem obawy moich przyjaciół katolików, którzy już dziś
        zdają sobie sprawę z tego, że niektóre miasta Włoch za 50 lat mogą mieć
        większość mieszkańców wyznania islamskiego - to nie jest jednak inwazja
        religijna lecz naturalny proces historyczny, jakiemu trudno będzie zapobiec.
        Jest to emigracja spontaniczna, jakiej nie sposób kontrolować. Islam, który
        ogniem i mieczem chciało zaprowadzić w Europie imperium otomańskie, został
        odparty pod Wiedniem. Można było walczyć z nim, bo była to inwazja zbrojna. Do
        bezbronnych emigrantów wierzących w Allacha nie można przecież strzelać...
        Kościół katolicki obawiający się o stratę prymatu religijnego w Europie
        powinien dbać przede wszystkim o to, aby mieć więcej wiernych. Przecież to nie
        jest wina włoskich muzułmanów, że Włosi przestali chodzić do kościołów...
        Zresztą tylko 5 proc. muzułmanów włoskich chodzi do meczetów.

        Ostatnio ukazała się we Włoszech trzecia książka Oriany Fallaci - "Oriana
        Fallaci rozmawia z Orianą Fallaci". Właśnie w tej książce Fallaci, jak
        Kasandra, przepowiada Euroarabię i zmierzch cywilizacji zachodniej. Co Pan
        myśli o bestsellerach słynnej włoskiej dziennikarki, która ma miliony
        czytelników we Włoszech, w całej Europie oraz w Ameryce i mówi publicznie to,
        co oni myślą po cichu?
        - Książki Oriany, którą pozn
        • 17.10.04, 13:18
          - Książki Oriany, którą poznałem w Moskwie w 1971 roku, pozostawiam bez
          komentarza. Drugą książkę, którą wydała "Siłę Rozsądku" skomentowałem podczas
          programu telewizyjnego "Eskalibur", siedząc pomiędzy reprezentantem Ligi
          Północnej i Aleksandrą Mussolini. Wytłumaczyłem, że Fallaci przedstawia
          jednostronną i bardzo powierzchowną wizję świata i historii. Jej książki
          zawierają wiele głupstw i fałszywych mitów o wyższości cywilizacji zachodniej.
          Oczywiście książki te zostały stworzone po to, aby stać się światowym
          bestsellerem w aktualnej sytuacji pełnej napięć cywilizacyjnych i konfliktów.
          Jak zawsze - gratuluję jej sukcesu. Wydaje się, że Oriana jest tym razem
          naprawdę chora. Jeszcze dwa lata temu nie wierzyłem w jej choroby, bo ona
          posługiwała się sprytnie kłamstwem przez całe swoje życie. Znam ją przeszło 30
          lat. Poznałem ją, kiedy z Uzbekistanu przyleciała do Moskwy, ciężko chora na
          wózku inwalidzkim. Pojechałem na lotnisko osobiście, aby przewieź ją do
          szpitala. Okazało się później, że wcale nie była chora, a tylko chciała zrobić
          reportaż na temat szpitali komunistycznych w ZSRR. Tak Oriana Fallaci zrobiła
          karierę.

          Na szczęście porwanie dwóch pacyfistek włoskich zakończyło się ich uwolnieniem.
          Czy w przypadku śmierci Simony Pari i Simony Torretty obawiał się Pan represji
          na muzułmanach we Włoszech?
          - W Rzymie nie. Na północy Włoch, gdzie duży wpływ ma Liga Północna myślę, że
          mogłoby dojść do epizodów odwetu. Na szczęście dwie kobiety z organizacji
          charytatywnej zostały uwolnione.

          Dziękuję za rozmowę.



          --------------------------------------------------------------------------------


          Mario Scialoja ma za sobą długą karierę dyplomatyczną jako ambasador Włoch w
          Arabii Saudyjskiej i przy ONZ. W 1988 roku przeszedł na islam. Jest aktualnie
          Sekretarzem Światowej Ligi Muzułmanów we Włoszech. Stał się
          promotorem "Manifestu muzułmanów włoskich dla życia i przeciwko terroryzmowi",
          uznanego za ważny dokument wydany przez przedstawicieli islamu umiarkowanego we
          Włoszech.

          źródło: trybuna impuls, nr 6, 16-17.10.2004
      • 12.06.05, 21:56
        Niepoprawny politycznie minister
        PAP

        Włoski minister sprawiedliwości Roberto Castelli został oskarżony o podsycanie
        nastrojów antymuzułmańskich, ponieważ powiedział, że we Włoszech muzułmanki
        powinny być karane grzywną za paradowanie w zakrywających je szczelnie burkach.

        Chodzenie z zakrytą twarzą jest przestępstwem, nie wolno tego robić -
        powiedział dziennikarzom Castelli. Kobiety, które tak robią, powinny być
        karane grzywną.

        Niedzielna wypowiedź ministra, członka Ligi Północnej, to kolejny głos
        oburzenia we Włoszech, które borykają się z rozrastającą się populacją
        muzułmańskich imigrantów. Przez jednych muzułmańska społeczność jest uważana
        za błogosławieństwo dla gospodarki, przez innych - za rosnące obciążenie i
        zagrożenie.

        Ludność Włoch liczy 57 milionów, w tym - jak się ocenia - milion oficjalnie
        zarejestrowanych muzułmanów, dzięki czemu islam stał się drugim po
        katolicyzmie wyznaniem kraju. Jednak według stowarzyszeń opieki socjalnej,
        liczba wyznawców Mahometa we Włoszech jest daleko wyższa i wciąż rośnie.

        Tymczasem opozycyjni politycy zażądali już rezygnacji Castellego i innych
        ministrów z Ligii Północnej, która znana jest z wystąpień przeciwko
        imigrantom. Opozycja uważa, że wypowiedzi ministra sprawiedliwości sa
        niedorzeczne, ponieważ na włoskich ulicach rzadko kiedy zauważyć można
        muzułmankę w burce.

        W zeszłym miesiącu sędzia z Bergamo przyjął do rozpatrzenia pozew o obrazę
        islamu przeciwko znanej włoskiej pisarce Orianie Fallaci, złożony przez
        islamskiego radykała Adela Smitha, lidera Związku Włoskich Muzułmanów.

        Minister Castelli, nie kryjąc oburzenia z decyzji sędziego z Bergamo, określił
        tę sytuację jako próbę zdławienia wolności słowa i przekonań.

        A jak pisze w niedzielę Reuters, powołując się na włoskie agencje ANSA i AGI,
        Castelli zapowiedział, że Fallaci nie zostanie skazana, ponieważ rząd zmieni
        przepisy dotyczące zniesławienia.

        W "Sile rozumu" z 2004 roku Fallaci napisała m.in. że "Europa coraz bardziej
        staje się prowincją i kolonią islamu". Wymieniła w niej również zbrodnie,
        jakich islam dopuścił się w ciągu wieków w Europie i zarzuciła mu nową - jak
        to ujęła - materialną i duchową kolonizację Starego Kontynentu.

        W trylogii, do której obok "Siły rozumu" należy również "Duma i wściekłość", i
        która we Włoszech rozeszła się w ponad milionowym nakładzie, Fallaci pisze
        również o bezkarnym profanowaniu włoskich zabytków przez muzułmańskich
        imigrantów i ich gwałtownym rozrastaniu się w wielkie rodziny.

        Agencje przypominają, że Adel Smith wsławił się już próbą podania do sądu
        papieża Jana Pawła II, dopatrując się obrazy w jego książce "Przekroczyć próg
        nadziei". Zerwał też krzyż w szpitalnej sali i żądał od dyrekcji szkoły, do
        której chodzą jego dzieci, usunięcia symboli chrześcijańskich
      • 16.06.05, 08:56
        Horror z Abu Ghraib na płótnach Fernando Botero

        Anita Kwestorowska, Rzym 15-06-2005

        Jeden z najsłynniejszych współczesnych malarzy protestuje przeciwko wojnie w
        Iraku. Dzisiaj w Rzymie zostanie pokazana wstrząsająca seria 65 scen
        torturowania więźniów w wiezieniu Abu Ghraib.



        Seria obejmuje 23 wielkoformatowe oleje i 42 rysunki. Zainspirowana została
        ubiegłorocznymi wydarzeniami w bagdadzkim więzieniu Abu Ghraib, w którym
        Amerykanie torturowali, gwałcili i poniżali irackich jeńców. - Moje prace
        zrodziły się z gniewu na bezprzykładne okrucieństwo - wyjaśnia Botero.



        Sceny odtworzone przez artystę, podobnie jak zdjęcia wcześniej publikowane w
        prasie, przedstawiają nagich lub przebranych w damską bieliznę Irakijczyków z
        zasłoniętymi oczami lub workami nałożonymi na głowy. Jeden z jeńców ma
        przymocowane do ciała kable elektryczne, inni są bici kijami, atakowani przez
        psa, przywiązani do krat czy wieszani na linach za nogi. Są też rozebrane,
        związane kobiety. Nie zabrakło słynnej piramidy z nagich, zakneblowanych i
        ułożonych jeden na drugim Irakijczyków oraz sceny oddawania moczu na leżących
        na ziemi jeńców. Botero precyzyjnie odmalowuje szczegóły horroru. To sztuka dla
        wytrzymałych.

        Prace z serii "Abu Ghraib" nie będą wystawione na sprzedaż, zostaną ofiarowane
        amerykańskim i europejskim muzeom. Wcześniej objadą świat, "by ocalić
        wspomnienie tej hańby" - zapowiada Botero, powołując się na siłę antywojennego
        przesłania "Guerniki". Pod koniec roku seria zostanie przeniesiona z Rzymu do
        Niemiec, a na początku 2006 roku do Stanów Zjednoczonych, gdzie będzie
        prezentowana w największych i najbardziej prestiżowych muzeach.

        Fernando Botero (ur. 1932 w Medellin) mieszka i pracuje w Paryżu, Monte Carlo,
        Pietrasanta i Nowym Jorku. Na rzymskiej wystawie znajdzie się ponad sto dzieł z
        ostatnich lat, także zabawnych scen obyczajowych i pastiszy arcydzieł dawnych
        mistrzów, które przyniosły mu światową sławę. Artysta stworzył już wcześniej
        prace podobne do serii z Abu Ghraib zainspirowane wojną domową w Kolumbii w
        latach 90.


        "Fernando Botero. Ostatnie 15 lat", 16 czerwca - 25 września 2005, Palazzo
        Venezia, Rzym
      • 01.07.06, 13:24
        Awantura dwie godziny po ślubie

        Dwie godziny po ślubie para nowożeńców tak pokłóciła się w autobusie
        komunikacji miejskiej w Bolonii, że musiała interweniować policja.
        O tej zakończonej na komisariacie bardzo nietypowej "podróży poślubnej"
        poinformowała w piątek agencja ANSA.

        O godzinie 12.30 27-letnia Włoszka i starszy od niej o pięć lat Marokańczyk
        wzięli ślub w miejscowym urzędzie stanu cywilnego. Wkrótce po ceremonii wsiedli
        do autobusu, w którym zaczęli coraz głośniej i coraz energiczniej dyskutować.
        Gdy, jak wynika z relacji pozostałych pasażerów, nowożeńcy przystąpili do
        okładania się pięściami, interweniował kierowca, który zadzwonił na policję.
        Dopiero funkcjonariusze zdołali rozdzielić awanturujących się małżonków.
        Wezwali następnie karetkę, by opatrzono zranioną w czasie bójki nogę młodej
        żony.

        Krewkim małżonkom postawiono zarzut zakłócenia porządku publicznego. Policja
        odkryła przy okazji ich spisywania, że Marokańczyk otrzymał w marcu nakaz
        opuszczenia Włoch, gdyż przebywał w tym kraju nielegalnie. Obecnie jednak po
        ślubie nakaz ten już go nie dotyczy.

        zrodlo PAP, ML /01.07.06 00:02
    • 26.11.03, 08:14
      Basen tylko dla muzułmanek

      Lokalne władze duńskiego miasta Aarhus, w centrum kraju, postanowiły udostępnić
      w każdą niedzielę miejscowy basen Gellerup wyłącznie muzułmańskim kobietom,
      które będą mogły się kąpać zgodnie z wymogami islamu

      Kobiety będą się kąpały w udostępnionych im specjalnych szatach kąpielowych
      zakrywających całe ciało. Pierwszy duński basen oferujący tego rodzaju usługę
      znajduje się w dzielnicy zamieszkałej w 90 proc. przez imigrantów, między
      innymi przez muzułmańskie kobiety, które dotychczas odmawiały chodzenia na
      basen ze względu na obowiązującą tam koedukacyjność.

      Władze Aarhus, drugiego co do rozmiarów duńskiego miasta, postanowiły także
      zaproponować bezrobotnym imigrantom szkolenia, które pozwolą im zostać
      ratownikami na na basenach w dzielnicach zamieszkałych w większości przez
      cudzoziemców.

      Przeciwko tym postanowieniom zaprotestowała jedynie skrajnie prawicowa partia
      PPD, jedyny parlamentarny sojusznik obecnego, liberalno-konserwatywnego rządu.
      Członkom partii nie podoba się "pozytywna dyskryminacja" i "wykorzystywanie
      pieniędzy podatników na zakup zasłon prysznicowych i specjalnych kostiumów dla
      muzułmanek".

      Louise Frevert, rzeczniczka partii, która doprowadziła do uchwalenia w Danii
      jednej z najbardziej restrykcyjnych europejskich ustaw imigracyjnych,
      oświadczyła, "że nie można traktować odmiennie poszczególnych grup społecznych
      takich jak muzułmanie, hindusi czy buddyści, ponieważ odbywa się to kosztem
      pozostałych obywateli".

      W przeciwieństwie do skrajnie prawicowych polityków, duński związek pływacki
      oraz stowarzyszenie pracowników basenów wyraziły swoje zadowolenie z podjętej
      przez władze miasta decyzji.

      "Dotychczas w naszych klubach pojawiało się niewielu imigrantów. Chcemy mieć
      wkład w integrację ludności zagranicznej w naszym kraju, także w dziedzinie
      sportu i dlatego chętnie uwzględnimy istniejące między nami różnice kulturowe",
      podkreślił prezes związku pływackiego Kaj Aagaard. W liczącej 5,3 miliony
      mieszkańców Danii żyje obecnie około 5 proc. imigrantów, oraz 3 proc.
      cudzoziemców z duńskim obywatelstwem.


      ŹRÓDŁO: AFP 2003-11-2
      • 28.12.03, 20:48
        Dania: czy sklep może zakazać pracownicom noszenia muzułmańskich chust?

        Spór o islamskie chusty, podobny do tego, jaki toczy się we Francji, rozgorzał także w Danii. Sklep Dansk Supermarked zwolnił pracownicę, 25-letnią Najlę Ainouz, która przychodziła do pracy w chuście. Kobieta pozwała supermarket do sądu za dyskryminację. W piątek sąd w Kopenhadze orzekł jednak, że nie ma ona racji. Wskazał m.in. na to, że obowiązujący w firmie zakaz dotyczy wszelkich nakryć głowy i że dotyczy tylko tych pracowników, którzy mają kontakt z klientami. - Cała ta debata nie pomoże cudzoziemcom w Danii. Może spowodować, że niektóre firmy będą się obawiały zatrudniania cudzoziemców, by nie robić sobie kłopotów - komentował rzecznik supermarketu. Związkowcy zapowiadają odwołanie do sądu najwyższego.


        źródło: gazeta.pl, afp, dp 19-12-2003
      • 24.02.04, 19:55
        Duński rząd nie chce wpuszczać do Danii radykalnych imamów

        źródło: gazeta.pl, Jacek Pawlicki, AFP 19-02-2004,

        Pod hasłami walki z wpływami radykalnego islamu rząd Danii zaostrza prawo
        imigracyjne. Premier Anders Fogh Rasmussen zapewnia, że bez tego nie da się
        zintegrować imigrantów z krajów muzułmańskich

        Aby dostać pozwolenie na legalny pobyt w Danii, islamscy duchowni będą musieli
        przekonać władze, że mają odpowiednie wykształcenie i kwalifikacje zawodowe. I -
        co ważniejsze - udowodnić, że są samowystarczalni finansowo. Ci, którzy nie
        spełnią tych wymogów, mogą pożegnać się z perspektywą nauczania w kraju, w
        którym muzułmanie stanowią już 3 proc. społeczeństwa. W liczącej 5,5 mln ludzi
        Danii żyje 170 tys. wyznawców islamu; jest on drugą religią w tym luterańskim
        kraju.

        Obecnie, aby otrzymać zgodę na osiedlenie się w Danii, wystarczy powiedzieć, że
        ma się kwalifikacje do udzielania ślubu we własnej religii (co często jest
        trudno zweryfikować), pod warunkiem że jest ona uznawana w Danii. - Zagraniczni
        duchowni zbyt łatwo mogli dostać prawo pobytu - tłumaczy premier Rasmussen.

        Rząd uważa, że zaostrzając prawo, zamknie drogę do radykalizmu. Argumentem za
        jest przekonanie, że radykałowie, którzy z reguły nie są samowystarczalni
        finansowo, nawołują do kultywowania tradycji, np. noszenia chust islamskich,
        obrzezania dziewczynek, czy też wręcz sprzeciwiają się polityce asymilacji i
        nauce duńskiego.

        Za kilka tygodni nowe prawo trafi do rąk deputowanych i zapewne zostanie
        przyjęte. Jest bowiem owocem międzypartyjnych ustaleń z jesieni 2003 r.
        Pomysłodawcą była populistyczna i ksenofobiczna Duńska Partia Ludowa, od której
        poparcia zależy pomyślność działań rządu Rasmussena. Ludzie tej partii nie
        ukrywają, że choć nowe przepisy będą dotyczyły duchownych wszystkich religii,
        to ich ostrze skierowane jest w muzułmanów.

        Zielone światło dla zaostrzenia prawa dała zarówno partia premiera, jak i
        opozycyjni socjaldemokraci. Problem w tym, że rząd chce upiec dwie pieczenie na
        jednym ogniu i przy okazji walki z radykalizmem wprowadzić kilka istotnych
        zmian do prawa imigracyjnego. Jak wynika z przecieków, rozważane jest odebranie
        praw do pobytu w Danii tym azylantom, którzy wyjadą na wakacje do kraju
        rodzinnego.
      • 05.03.05, 22:59
        Czy Mahomet zakazywał kobietom stroić się i malować

        Dania wstrząśnięta kazaniem imama


        Imam Raed Hleihel z duńskiego Aarrhus zaapelował do muzułmańskich mężczyzn,
        żeby dopilnowali swoich żon, by ubierały się odpowiednio. Strój powinien
        zakrywać całe ciało, od stóp do głów. Zabronił także używania perfum. Dania
        jest oburzona. Duchownego skrytykował nawet premier.



        Imam kazanie wygłosił w największym meczecie Kopenhagi. Według niego
        muzułmanki, które się stroją i malują, chodzą do fryzjera, nie dostaną się do
        nieba. - Prorok pozwolił kobietom pokazywać ręce i twarz. Pokazywanie
        czegokolwiek innego jest zabronione - mówił. Przestrzeganie tych zasad jest
        niezbędne, ponieważ inaczej kobiety mogą stać się narzędziem diabła. - Kiedy
        kobieta wychodzi z domu, śledzi ją szatan. Kusi i próbuje skłonić do
        popełnienia niecnych występków - przemawiał.

        Imam Hleihel ostrzegł także tych wyznawców islamu, którzy sądzą, że mogą się
        zasymilować w Europie. - Muzułmanie mogą być zaakceptowani na Zachodzie dopiero
        wówczas, gdy całkowicie zrezygnują ze swojej wiary - oświadczył. Dlatego -
        według niego - ważne jest trzymanie się "prawdziwej nauki".

        Wygłoszone 18 lutego kazanie w całości opublikowała gazeta "Jyllands-Posten".
        Potępili je m.in. członkowie rządu, z premierem Andersem Foghem Rassmussenem na
        czele. Duński minister szkolnictwa Bertel Haarder jest
        wstrząśnięty "średniowiecznym spojrzeniem na kobiety". - Chcę wezwać młode
        dziewczyny i ich matki, aby przeciwstawiły się takim wstecznym poglądom -
        powiedział. U Erika Bonnerupa z Ministerstwa Integracji "wypowiedzi imama
        wywołują zimne dreszcze". Duńska Partia Ludowa zażądała wstrzymania budowy
        meczetu w Aarrhus.

        Od treści kazania zdystansowało się sześć tureckich stowarzyszeń z Aarrhus, a
        Muhhammed Khatib, rektor arabskiej szkoły w Kopenhadze, orzekł, że jego
        przesłanie godzi w integrację muzułmanów z duńskim społeczeństwem.

        W 5-milionowej Danii żyje około 200 tysięcy muzułmanów, z czego 15 tysięcy w
        Aarrhus.

        Anna Nowacka-Isaksson

        źródło: rzeczpospolita 03.03.05 Nr 52
      • 12.11.06, 18:33
        Kto namaluje najładniejszą świnię

        Konkurs odbywa się w Indonezji, nazywa się "Król Danii i świnie". Wzięły w nim
        udział same dzieci - około 70 przedszkolaków i uczniów indonezyjskich szkół
        podstawowych i średnich. Ich zadaniem było przedstawienie duńskiej rodziny
        królewskiej jako świnie.

        Organizatorzy konkursu w najbardziej muzułmańskim kraju świata nie sprecyzowali
        tylko, których monarchów dzieci mogą malować. Czy obecną królową Małgorzatę II,
        czy też np. poprzedniego króla Fryderyka IX, który zmarł w 1971 roku.

        Praca jest zbiorowa - starsze dzieci rysowały szkice, młodsze je kolorowały.
        Zwycięzcy otrzymają równowartość 550 dolarów, a ich rysunek zostanie przesłany
        do Kopenhagi na adres pałacu królewskiego.

        Konkurs ogłosiła jedna z indonezyjskich rozgłośni radiowych. Jak twierdzi, jest
        to odpowiedź na karykatury Mahometa, które napoczątku tego roku opublikowała
        duńska gazeta " Jyllands-Posten". Świnie jako temat prac zostały wybrane
        celowo, by obrazić Duńczyków. Muzułmanie uważają bowiem, że są one nieczyste, i
        dlatego nie jedzą wieprzowiny.

        Po prawie roku od publikacji karykatur Dania wciąż jest celem różnych ataków.
        Nasiliły się one niedawno, gdy publiczna telewizja pokazała fragment
        amatorskiego filmu, który muzułmanie uznali za obraźliwy. Widać na nim młodych
        ludzi, którzy biorą udział w konkursie na karykaturę Mahometa. Nie pomogło
        potępienie filmu przez premiera Andersa Fogha Rasmussena. W Indonezji na
        dywanik w Ministerstwie Spraw Zagranicznych został wezwany duński ambasador w
        tym kraju.

        Kilka dni temu Egipcjanie opublikowali sondaż, z którego wynika, że Dania, obok
        Izraela, jest dla nich wrogiem numer 1. Tak uważa ponad 60 procent Egipcjan.

        Rzeczpospolita 7 listopada 2006
        k.z., reuters

        --------

        mi oczywiście takiej zabawy nie popieram
    • 14.12.03, 08:56
      beduinko opisz historię islamu w Polsce.
      --
      Piszesz wiersze – opublikuj je:

      www.wiersze.gery.pl/
      • 19.12.03, 13:22
        na stronie planetaislam.com znajdziesz duzo informacji o islamie i historii
        islamu w Polsce. Gdybys mial jakies pytania pisz na forum; postaram sie
        wyjasnic watpliwosci.
    • 19.12.03, 12:38
      Rzeczypospolita 19.12.03 Nr 295
      fragment artykułu pt. "Zachowajmy ostrożność" / Anna Marszałek, H.K., E.CZ.

      Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego prowadzi m.in. śledztwo w sprawie działalności Algierczyka, podejrzanego o międzynarodowy
      terroryzm. 37-letni Mourad A. z paszportem brytyjskim został zatrzymany na podkrakowskim lotnisku w Balicach 26 września.
      Przyleciał do Polski rejsowym samolotem z Zurychu. Zatrzymała go, na podstawie międzynarodowego listu gończego, podczas odprawy
      celnej Straż Graniczna. Od kilku miesięcy na wniosek prokuratora generalnego Republiki Algierii mężczyzny poszukiwał Interpol.
      Podejrzewany jest o tworzenie i przynależność do organizacji terrorystycznej, działającej poza Algierią. Mourad A. nie przyznał
      się do zarzucanych mu czynów. Trafił jednak do aresztu, gdzie czeka na ekstradycję.

      - Przy okazji sprawy Algierczyka, ABW trafiła na związanego z nim Polaka, który przez dłuższy czas przebywał jako gastarbeiter w
      Wielkiej Brytanii - mówi "Rz" oficer ABW. - Człowiek był w skrajnej depresji, zdeterminowany i niebezpieczny. Zmienił wyznanie i
      jako neofita gotów był dokonać dla ekstremistów nawet zamachu samobójczego. Objęliśmy go specjalną opieką - dodaje.
      • 03.01.04, 00:41
        "Świat islamu" przygotował kalendarz muzułmański

        Podział roku według kalendarza księżycowego, podstawowe zasady islamu,
        kalendarium wydarzeń muzułmańskich i słowniczek wyrazów wschodnich używanych w
        języku polskim - takie dane zawiera kalendarz muzułmański, który przygotowała
        do druku redakcja pisma "Świat islamu".
        Wydawnictwo ukaże się w nakładzie około tysiąca egzemplarzy jeszcze przed
        końcem roku. Będzie można je nabywać przede wszystkim w gminach muzułmańskich -
        poinformował redaktor naczelny "Świata islamu" Józef Konopacki.

        W kieszonkowym kalendarzu na 2004 rok są zaznaczone godziny codziennych modlitw
        i wszystkie muzułmańskie święta. Obok kalendarza księżycowego, jest też
        tradycyjny podział roku według kalendarza gregoriańskiego.



        źródło: PAP 2003-12-26
      • 03.03.04, 22:48
        natrafiłam na Onecie na zapis czatu z Selim Chazbijewicz

        Moderator: Dzisiejsze spotkanie odbywa się w ramach projektu Mosty Tolerancji,
        organizowanego wspólnie przez Fundacje Kultury Chrześcijańskiej ZNAK, Konsulat
        Generalny USA w Krakowie i portal Onet.pl. Gość za chwile będzie z nami,
        pytania możecie zadawać już teraz.

        Moderator: Witamy serdecznie naszego Gościa, zaczynamy spotkanie.

        lilianna: Jak żyje się muzułmanom w Polsce? Czy Pana zdaniem Polacy są
        tolerancyjni wobec innych religii?

        Groszek: czy kiedykolwiek spotkały Pana w Polsce szykany z powodu Pańskiej
        wiary?

        Selim Chazbijewicz: Witam serdecznie.
        Raczej nie spotkały mnie nieprzyjemności. Muszę stwierdzić, że istnieje w
        Polsce tolerancja. Nie mogę powiedzieć, że muzułmanom żyje się w Polsce gorzej
        z powodu wyznawanej religii. Zdarzają się czasami nieporozumienia, ale są one
        raczej natury towarzyskiej i nie można ich traktować jako szykan czy
        prześladowania. Przynajmniej tak było dotąd.

        Kropka: proszę opowiedzieć coś o tradycji tatarskiej. Czy to kultura
        muzułmańska, a więc Mahomet, ramadan, itd., czy Tatarzy mają swoje własne
        tradycje, święta. Gdzie można o tym poczytać? Czy jest jakaś powieść o polskich
        Tatarach?

        Selim Chazbijewicz: Tatarzy w większości wyznają Islam. Aczkolwiek nie tylko,
        zdarzają się wśród Tatarów chrześcijanie, albo buddyści lub szamaniści.
        Poczytać o tym można w wielu książkach naukowych, natomiast nie ma żadnej
        powieści o polskich Tatarach - przymierzam się do napisania takiej powieści.

        posthuman: Jak spędza pan święta ? Jakie święta maja Tatarzy ?

        Selim Chazbijewicz: Tatarzy mają święta związane z tradycją muzułmańską, ale
        mieszkając w Polsce siłą rzeczy uczestniczą w świętach chrześcijańskich, w
        mniejszym lub większym stopniu. Ja osobiście święta spędzam na odpoczynku.

        gustaff: Kim są polscy muzułmanie? To sunnici, szyici? Inny odłam?

        Selim Chazbijewicz: To są sunnici, szkoły hanafickiej.

        Lucynka: gdzie żywsza jest tradycja tatarska dzisiaj, na Litwie czy w Polsce?

        Selim Chazbijewicz: Bardziej na Litwie. Również na Białorusi, gdzie obecnie
        mieszka najwięcej dawnych Tatarów Wielkiego Księstwa Litewskiego.

        Krasnal: Ilu Tatarów żyje w Polsce?

        Selim Chazbijewicz: Około 4 000.

        Piotrek: Jak Pańska rodzina trafiła z Litwy do Polski?

        Selim Chazbijewicz: Moja rodzina w okresie międzywojennym również mieszkała w
        Polsce, tylko, że Polska miała inne granice. I Wilno znajdowało się w granicach
        Rzeczpospolitej. Ja mieszkam w Gdańsku, a moja rodzina trafiła tam jako
        repatrianci z kresów, w 1945 roku.

        Zeus: Dlaczego Związek Tatarów Polskich powstał dopiero w 1992 r? Czy wcześniej
        nie było żadnych organizacji, skupiających ludność tatarską w Polsce?

        Selim Chazbijewicz: Związek Tatarów polskich powstał dopiero w 1992 roku,
        ponieważ przed 1989 ówczesne władze zabraniały nam rejestracji. Mógł działać
        tylko w ograniczonym zakresie Muzułmański Związek Religijny, który skupiał
        ludność tatarską.

        Iza: czym zajmuje się Wspólna Rada Katolików i Muzułmanów?

        Selim Chazbijewicz: Rada ta zajmuje się przede wszystkim tworzeniem atmosfery
        dialogu i tolerancji. Chodzi tu o próbę wzajemnego zrozumienia i akceptacji
        swojej odmienności. A przez to perspektywiczne zapobieżenie możliwym
        konfliktom. Ponieważ dialog jest jedyną możliwością świata. Staramy się o tym
        przekonać zarówno stronę muzułmańską, jak i chrześcijańską.

        adzia: czy Tatarzy przyłączą się do postu i modlitwy o pokój jak apeluje Ojciec
        Św.-14 grudnia?

        Selim Chazbijewicz: 14 grudnia akurat trwa jeszcze muzułmański post w okresie
        ramadanu. A więc Ci którzy przestrzegają postu będą pościć. Postawa i apele
        Jana Pawła II mają dla nas szczególną wartość, bo są one wezwaniem do
        wyrzeczenia się agresji, co jak już wspominałem jest jedyną możliwością zarówno
        dla muzułmanów jak i dla chrześcijan. Inicjatywy papieskie popieramy i uważamy,
        że w dzisiejszym świecie mają one dużą wartość.

        dadak: Jak Tatarzy są odbierani przez muzułmanów z państw arabskich.... Czy nie
        traktują was oni jak "gorszych" braci - dlatego, że żyjecie wśród społeczności
        katolickiej i całkowicie się zasymilowaliście?

        Selim Chazbijewicz: Odbierani są różnie. Arabowie próbowali nas nieraz pouczać
        o tym co jest dobre, a co złe, co przyczyniło się do tego, że wybraliśmy własną
        drogę rozwoju, jako muzułmanie polscy czy europejscy. Uważamy, że akulturacja z
        otoczeniem polskim, czy europejskim nie jest niczym złym, a odwrotnie -
        sądzimy, że świat muzułmański powinien się zeuropeizować, wzorem np. Japonii,
        co przyczyniłoby się do bardziej bezkonfliktowego jego rozwoju.

        laco: Powybijane szyby w meczecie w Gdańsku odebrano jako akt wandalizmu, czy
        jako wystąpienie przeciw muzułmanom?

        Selim Chazbijewicz: I jedno i drugie.

        Michal32: Czy Koran nakazuje mieć nakrycie głowy w pomieszczeniach? Pewien mój
        uczeń muzułmanin siedzi w klasie w czapce i szczerze mówiąc nie bardzo mi się
        podoba się taka demonstracja.

        Selim Chazbijewicz: Wg Koranu nie ma żadnych nakazów nakrywania głowy. Ani w
        pomieszczeniach, ani na zewnątrz, ani podczas modlitwy. Siedzenie ucznia w
        nakryciu głowy jest wyłącznie jego fantazją.

        Kasia: O czym piszecie Państwo w kwartalniku Życie Muzułmańskie? Czy to pismo
        bardziej literackie, czy społeczne?

        Selim Chazbijewicz: Życie Muzułmańskie już się nie ukazuje - od 1991 roku. Od
        1993 roku wydajemy Rocznik Tatarów Polskich, który jest czasopismem naukowym,
        literackim i społecznym. Od roku 1999 wydajemy również dwumiesięcznik Życie
        Tatarskie, czasopismo społeczno kulturalne.

        Kartel:, jakiego Pan jest wyznania?

        Selim Chazbijewicz: Jestem muzułmaninem.

        Bolek: czy Tatarzy w Polsce osiedlali się stopniowo po ich najazdach na nasze
        ziemie? czy zatem nie trwało długo ich asymilacja z Polakami? Przecież przybyli
        tu jako najeźdźcy.

        Selim Chazbijewicz: Tatarzy osiedlali się w Wielkim Księstwie Litewski od XV do
        XVII wieku i przybywali jako emigranci polityczni, na skutek walk wewnętrznych
        w państwach tatarskich. Osiedlani byli na zasadzie tzw. kozackiej (otrzymywali
        ziemię w zamian za służbę wojskową w armii polskiej).

        Tybetan_monk: Co jest priorytetem w wyznaniu muzułmańskim?

        Selim Chazbijewicz: To zależy od interpretacji. Wg. sufich - miłość, wg.
        fundamentalistów - dzihad, wg. tradycjonalistów - praca na rzecz własnego
        zbawienia.

        Marek3: W Polsce funkcjonuje Stowarzyszenie Braci Muzułmanów, które uchodzi za
        fundamentalistyczne. Czy rzeczywiście jest ono takie? I czy zna Pan jego
        reakcje na zamachy z 11 września?

        Selim Chazbijewicz: Nie utrzymujemy kontaktów ze Stowarzyszeniem Braci
        Muzułmanów i nie znamy ani jego kierownictwa, a nie jego reakcji.

        Siwy_2: Na czym bazuje wyznanie Muzułmańskie oprócz Koranu?

        Selim Chazbijewicz: Na tradycji Proroka Mahometa, która nazywa się Sunną. Są
        to - czyny, wypowiedzi i zachowania Proroka Mahometa, które powinny służyć za
        wzór muzułmanom. Aczkolwiek nie ma obowiązku bezwzględnego, ślepego
        naśladownictwa.

        dadak: czy przy tak ogromnym zróżnicowaniu kulturowym pomiędzy chrześcijanami a
        muzułmanami możliwe jest jakiekolwiek porozumienie ..... podział przebiegający
        również przez sferę ekonomiczną także jest nie do przeskoczenia - jak Pan myśli
        co - globalnie - jest większym problemem i przeszkodą w porozumieniu - wyznanie
        czy ekonomia?

        Selim Chazbijewicz: Sądzę, że obie rzeczy. Ekonomicznie świat islamu związany
        jest poprzez ropę naftową z krajów arabskich. Wymiana ekonomiczna jest również
        blokowana przez ruchy fundamentalistyczne w islamie, które są przeszkodą
        również dla samych muzułmanów. Świat islamu powinien, o czym już wspominałem,
        przyjąć drogę rozwoju Japonii, tzn. europejską technologię i cywilizację, przy
        zachowaniu podstawowych wartości kulturowych wtedy wymiana ekonomiczna stałaby
        na innym poziomie.

        ebrat: Czy religia muzułmańska (być może jakiś jej od
        • 03.03.04, 22:50
          ebrat: Czy religia muzułmańska (być może jakiś jej odłam) zezwala na inne
          traktowanie "niewiernych". Np. czy jest dopuszczalne oszukiwanie, okradanie
          etc. osób nie będących wyznawcami Mahometa? Czy tez kodeks etyczny tej religii
          nakazuje traktować wszystkich jednakowo?

          Selim Chazbijewicz: W żadnym wypadku. W Koranie są wyraźne wskazówki co do
          tego, że nie muzułmanów należy szanować, przestrzegać umów z nimi zawartych i
          dotrzymywać słowa. Jak również należy szanować ich zwyczaje religijne.
          Wszystkie inne interpretacje wskazują na sekciarski charakter, których to sekt
          w islamie jest mnóstwo i obecnie nie sposób nad nimi zapanować.

          dadak: jak wygląda w waszej społeczności (muzułmańskiej) stosunek do kobiet??
          czy ich pozycja zbliżona jest bardziej do wzorca europejskiego czy
          muzułmańskiego??

          Selim Chazbijewicz:, Jeżeli chodzi o muzułmanów polskich to zdecydowanie
          polskiego i europejskiego. Wzorzec muzułmański w sensie teoretycznym nie jest
          restrykcyjny wobec kobiet, natomiast bardzo często jest interpretowany w
          kategoriach plemiennych obyczajów narodowości stojących na niższym od
          europejskiego poziomi cywilizacyjnym. Stąd to traktowanie kobiet.

          marianna: czy to prawda, że wg islamu dzieci należą do ojca, a nie do obojga
          rodziców?

          Selim Chazbijewicz: Nieprawda.

          gustaff: Co oznacza Pańskie imię

          Selim Chazbijewicz: Moje imię ma formę turecką, ponieważ pisze się przez "e".
          Natomiat dosłownie w języku arabskim oznacza - zdrowy. Co nie zawsze jest
          zgodne z prawdą.

          Kasia: Jakie są najważniejsze ośrodki kulturalne i religijne polskich Tatarów?

          Selim Chazbijewicz: Gdańsk, Białystok i Warszawa.

          adzia: Czy odbył Pan już pielgrzymkę do Mekki? Jak ona wygląda?

          Selim Chazbijewicz: Tak, odbyłem, dwa lata temu. Dla człowieka mieszkającego w
          Polsce i Europejczyka jest to w kategoriach kulturowych podróż do krainy baśni
          z 1000 i jednej nocy.

          Maxim: Czy według pana możliwe jest ucywilizowanie świata islamu? Obserwując
          np. poglądy talibów czy prawa panujące chociażby w Arabii Saudyjskiej islam
          jawi się jako matecznik barbarzyństwa.

          Selim Chazbijewicz: Tak to się odbiera i jest nam z tego powodu wstyd.
          Ucywilizowanie islamu jest nie tylko możliwe ale i konieczne. Ten ruch
          społeczny i polityczny zaczął się na początku XX wieku i nazywa się
          modernizmem. Przykładem tych możliwości jest choćby Turcja. I w tym kierunku
          powinien dążyć świat muzułmański. Tutaj moderniści muszą stoczyć walkę z
          fundamentalistami. Aby iść w kierunku globalnej cywilizacji, której nie sposób
          odrzucić.

          Marek3: Sposrod wielkich światowych religii ostatnio jedynie islamowi wyraźnie
          przybywa wyznawców. Czy w Polsce ten trend tez jest zauważalny?

          Selim Chazbijewicz: W Polsce raczej nie. Zdarzają się osoby, które deklarują
          chęć przyjęcia islamu, niemniej jednak dajemy im czas do namysłu, ponieważ
          rozumiem, że jest to religia na tyle różna od polskich realiów, że okresowa
          fascynacja może być przyczyną poważnych kłopotów i komplikacji osobistych.

          ebrat: Czy religia muzułmańska ma jakiś wpływ na ekonomie krajów, w których
          stanowi wyznanie obowiązujące. Czy jakieś zasady religijne ograniczają lub
          odwrotnie - wspomagają np. wolny rynek?

          Selim Chazbijewicz: Religia muzułmańska ma wpływ poprzez obyczajowość, która
          nie jest religijna tylko narodowa lub plemienna, a uważana jest za religijną.
          Osobiście uważam, że islam nie działa hamująco na wolny rynek, pod warunkiem
          oczywiście jego interpretacji w duchu liberalnym a nie fundamentalistycznym.

          ele44: Wracając do głównego tematu czatu chciałbym prosić o Pańskie zdanie na
          temat celów wojny w Afganistanie.

          ele44: czy popiera Pan pogląd, że głównym celem wojny w Afganistanie jest
          przejęcie kontroli przez USA nad tym ważnym geopolitycznie i gospodarczo krajem.

          Selim Chazbijewicz: Nie znam tych celów. oprócz deklarowanego oficjalnego. Mogą
          one mieć przyczynę geopolityczną, gospodarczą czy inną. Osobiście sądzę, że
          najlepszym rozwiązaniem dla Afganistanu byłby powrót króla. Być może tak, to
          jest powód, ale nie uważam kontroli USA za rzecz straszną. Odwrotnie - być może
          ona przyniesie wytchnienie biednym Afgańczykom.

          Muminek_I-szy: Czy nie uważa Pan, że dziennikarze robią zbyt mało by przełamać
          stereotyp Islam = terroryzm, a czasami wręcz go umacniają? Dla mnie jest to
          religia ludzi miłujących pokój, o czym mogłem się przekonać będąc w Pakistanie
          czy Uzbekistanie.

          Selim Chazbijewicz: Z tym się zgadzam. Dziennikarze nie tylko nie przełamują
          tego stereotypu, ale wręcz go utrwalają.

          Maxim: Istnieje pogląd, ze powstanie niepodległego państwa palestyńskiego
          rozwiązałoby w znacznym stopniu problem konfrontacji Zachodu z Islamem. Co
          według pana stanowi główna przeszkodę na drodze palestyńskiej niepodległości?

          Selim Chazbijewicz: Sądzę, że relacje z Izraelem. Duchowy przywódca polskich
          muzułmanów - Tatarów, dr Jakub Szynkiewicz już w 1932 roku, przebywając w
          Palestynie stwierdził w wywiadzie dla ówczesnej prasy żydowskiej, że Żydzi
          bezwzględnie posiadają prawo do własnego państwa na terenie Palestyny. Na tym
          samym stanowisku stoję ja, jak i inni polscy muzułmanie. Uważam, że ze strony
          palestyńskiej powinna być gwarancja dla ludności żydowskiej, istnienia państwa
          Izrael, co być może stanowiłoby przełom w negocjacjach na temat państwa
          palestyńskiego. Tę gwarancję powinny dać wszystkie ugrupowania palestyńskie,
          również fundamentalistyczne.

          Tybetan_monk: jak w procentach można wyszczególnić sufich, fundamentalistów i
          tradycjonalistów w islamie?

          Selim Chazbijewicz: Trudno wyszczególnić w procentach. Fundamentalistów nie ma
          dużo, ale są bardzo głośni i agresywni, najwięcej jest najprawdopodobniej
          tradycjonalistów.

          Tybetan_monk: w jaki sposób moderniści mają walczyć z fundamentalistami poprzez
          następny rozlew krwi?

          Selim Chazbijewicz: Poprzez próbę przekonania oraz działania polityczne.
          Unikając oczywiście rozwiązań siłowych. Przede wszystkim szkolnictwo, prasa,
          media, propaganda oraz przyczynianie się do podwyższenia stopy życiowej w
          krajach muzułmańskich, czyli działania ekonomiczne.

          ophiuhus: Czy jest zgodne prawem islamskim wykonywanie kary śmierci?

          Selim Chazbijewicz: Zależy, kiedy. Prawo muzułmańskie mówi, że np. w wypadku
          zabójstwa decydentem kary jest rodzina zabitego. Może ona zażądać śmierci, a
          może też wybaczyć.

          Moderator: Kończymy, ostatnie pytanie...

          Groszek: Co potrawa zwana Tatarem ma wspólnego z Tatarami?

          Selim Chazbijewicz: Nic.

          Moderator: Bardzo dziękujemy panu Selimowi za udział w spotkaniu, życzymy
          zdrowia! :)

          Selim Chazbijewicz: Wzajemnie!:)

          ------------

          Selim Chazbijewicz - biografia
          Prezes Związku Tatarów Polskich, imam gminy muzułmańskiej w Gdańsku

          Urodził się 17.11.1955 roku w Gdańsku. Wywodzi się z Tatarów polsko-litewskich.
          Od II połowy XV wieku rodzina mieszkała w majątku Chazbijewicze pod Wilnem
          (obecnie Kazbiai) oraz w dawnym powiecie nieświeskim.

          W roku 1980 Selim Chazbijewicz ukończył studia polonistyczne na Uniwersytecie
          Gdańskim. W 1991 zrobił doktorat na Wydziale Nauk Społecznych UAM w Poznaniu.

          Jest autorem pięciu książek poetyckich i trzech eseistycznych na temat kultury
          i dziejów polskich i litewskich Tatarów. Członek Stowarzyszenia Pisarzy
          Polskich, w latach 1986-91 redaktor naczelny kwartalnika "Życie Muzułmańskie" -
          pisma polskich muzułmanów. W roku 1992 założył Związek Tatarów Polskich, od
          1999 jest jego prezesem. Od roku 1998 współprzewodniczy Radzie Wspólnej
          Katolików i Muzułmanów. Jest pracownikiem naukowym Instytutu Nauk Politycznych
          Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.


          źródło: onet.pl
      • 03.03.04, 23:09
        MINARET ŚWIATA
        Z Ryszardem Kapuścińskim
        rozmawiają
        Wojciech Bonowicz i Łukasz Tischner

        Kiedy zetknął się Pan po raz pierwszy z islamem? Czy jeszcze w rodzinnym Pińsku?

        RYSZARD KAPUŚCIŃSKI: W Pińsku raczej nie... Ale było to już rzeczywiście dość
        dawno - moje doświadczenie spotkania z islamem trwa ponad 40 lat. Zetknąłem się
        z nim w 1956 roku podczas pierwszej wielkiej podróży, kiedy odwiedziłem Indie,
        Pakistan i Afganistan. Były to kraje, które w latach 1946-1947 podzielił
        niesłychanie krwawy konflikt religijny między muzułmanami i wyznawcami
        hinduizmu. Przyjechałem tam co prawda już kilka lat po zakończeniu zamieszek,
        ale ślady tego dramatu były wciąż świeże. Od tego czasu niemal bez przerwy
        stykam się z kulturą muzułmanów, i to niekoniecznie na terenach tradycyjnie
        kojarzonych z islamem.

        Rozpocznijmy zatem od szkicowej mapy. Jakie obszary naszej planety zamieszkują
        dzisiaj muzułmanie?

        Islam znajduje się obecnie w stanie ogromnej ekspansji, co właściwie wypływa z
        samej istoty tej religii. Jej dynamizm od samego początku był duży. Obecnie
        jest to około miliarda ludzi, ale liczba ta gwałtownie wzrasta. Islam zaczął
        się rozprzestrzeniać najpierw w kierunku Morza Śródziemnego - aż do Półwyspu
        Iberyjskiego, potem rozwijał się w przeciwną stronę - w głąb Azji. Te dwa
        kierunki stanowią jakby dwa skrzydła tej religii, która zrodziła się na
        Półwyspie Arabskim. Pod tym względem nic się nie zmieniło. W naszym stuleciu
        jednak pojawiły się nowe tendencje. Ostatnio gwałtownie powiększa się liczba
        muzułmanów w Stanach Zjednoczonych, a także w Kanadzie. Równocześnie poprzez
        napływ imigrantów islam szybko rozprzestrzenia się i na naszym kontynencie.
        Przypomnijmy, że od średniowiecza, od czasów rekonkwisty Europa nie gościła tak
        wielu muzułmanów. Dzisiaj są to emigranci. Bardzo duża grupa Turków zamieszkuje
        Niemcy, migracja z Afryki Północnej kieruje się przede wszystkim do Francji i
        do Hiszpanii, do Anglii trafiają emigranci z całego Commonwealthu, trzeba też
        wspomnieć o Skandynawii, która przyjęła sporą rzeszę uchodźców. Ale islam
        rozprzestrzenia się nie tylko poprzez migrację. Na jego rozwój wpływa także
        ogromna dynamika demograficzna ludności muzułmańskiej. O ile w niektórych
        krajach europejskich odnotowuje się niż demograficzny, o tyle w krajach
        islamskich można mówić o permanentnym wyżu. Warto więc uwzględniać ten czynnik -
        procent ludności muzułmańskiej w Europie wzrasta szybciej, niżby wskazywały na
        to dane o liczbie imigrantów.
        Trzeci kierunek rozprzestrzeniania się islamu to obecnie Azja Środkowa. Ten
        nurt jest zapewne najważniejszy. Po upadku ZSRR następuje bowiem bardzo silna
        ekspansja islamu, który trwał na tamtych terenach, ale teraz, po okresie
        komunistycznej ateizacji, odzyskał należne mu prawa i środki działania. Czwarty
        kierunek wpływu to Daleki Wschód, Azja Południowo--Wschodnia (Indonezja,
        Malezja, Filipiny itd.). W tamtym regionie wzrost liczby wyznawców islamu jest
        pochodną wysokiego wskaźnika przyrostu naturalnego. Istnieje wreszcie i piąty
        kierunek rozwoju - Afryka Środkowa i Południowa, przenikanie islamu z Północy w
        głąb Afryki.

        Co leży u źródeł współczesnej ekspansji islamu?

        Jest to w gruncie rzeczy religia biednych, ludów kolorowych. A właśnie ta część
        ludzkości staje się dziś coraz liczniejsza. Europa się starzeje, w krajach
        muzułmańskich natomiast ludność jest bardzo młoda, dynamiczna, ale i uboga.
        Istnieje też inny powód. Islam jest religią bardzo prostą. By być muzułmaninem,
        trzeba wyznać, że się nim jest, i praktykować pięć filarów wiary, do czego nie
        potrzeba intelektualnego przygotowania. Dla ludzi prostych, szczególnie w
        Trzecim Świecie (ale i w wielkich miastach Ameryki Północnej i Europy), bardzo
        ważne jest poczucie identyfikacji z islamem, bo zaczynają się czuć członkami
        jakiejś wspólnoty, rodziny. Dobrze wiemy, jak zasadniczą rolę we współczesnym,
        wielokulturowym i chaotycznym świecie odgrywa poczucie tożsamości. A islam daje
        to tym ludziom - muezzin budzi ich rano, mają swój meczet (to nie tylko miejsce
        modlitwy, ale i spotkań z bliskimi), swoje ummy - wspólnoty, i kiedy znajdą się
        w tarapatach, mają się do kogo zwrócić o pomoc.

        Islam jest zapewne jedyną spośród wielkich religii świata, która ma wciąż
        znaczne sukcesy "misyjne".

        Rzeczywiście. Musimy jednak pamiętać, że w odróżnieniu od religii
        chrześcijańskich islam nie zna pojęcia misji. On się rozprzestrzenia w inny
        sposób.

        Wydaje się, że istnieje wiele odcieni islamu, który zjednuje sobie wyznawców na
        różnych kontynentach. Islam amerykański, europejski, azjatycki, afrykański
        znacznie się od siebie różnią. Czy to jest wciąż ten sam islam? Religia
        Mahometa w Europie będzie poddawana coraz większemu ciśnieniu sekularyzacji. W
        Ameryce islam staje się przede wszystkim religią ludzi czarnych, żyjących w
        wielkomiejskich gettach. Odmiennie jest w innych częściach globu.

        Co ciekawe, islam, w przeciwieństwie do innych religii, skutecznie opiera się
        procesom sekularyzacyjnym. Właśnie to niepokoi zachodnich politologów i
        socjologów. Samuel Huntington krytykuje swoich rodaków, którzy
        mylili "westernizację" z modernizacją. Amerykanie myśleli, że jeżeli da się
        Coca Colę, telewizor i samochód, to obdarowani staną się podobni do Amerykanów.
        Tak się jednak nie dzieje - mieszkańcy krajów islamskich przyjmują zachodnią
        technologię, ale nie przyswajają sobie zachodnich wartości. Potoczna obserwacja
        potwierdza tę tezę. Wynika to zapewne stąd, że islam, podobnie jak prawosławie,
        nie doświadczył ani reformacji, ani oświecenia. Jeśli w islamie pojawiał się
        jakiś prąd modernizacyjny, to jego orędownicy byli wyklinani, wyrzucani poza
        nawias ummy.
        Takie wyłączenie jest dla muzułmanina najcięższą karą. Bo jak głosi przysłowie:
        jeden muzułmanin to jeszcze nie muzułmanin... Wynika to przede wszystkim z
        doświadczeń życia w ekstremalnych warunkach pustynnych, gdzie jednostka nic nie
        znaczyła. Europejczyk nie potrafi tego zrozumieć. W zachodniej cywilizacji
        kładzie się nacisk na indywidualizm. To wolna jednostka staje się najbardziej
        twórcza, niezależna, może "być sobą". W tradycji islamu jest odwrotnie - dla
        muzułmanina znaleźć się samemu to znaczy zginąć. Człowiek zdany na samego
        siebie nie może funkcjonować nie tylko w sensie religijnym, ale i biologicznym.
        Być w ummie to znaczy być w tym, co stwarza człowieka.
        Dlatego właśnie jeśli nawet muzułmanin zostanie przeniesiony do Paryża,
        Londynu, zachowa nadal związki ze swoim meczetem. Jego pierwszym odruchem
        będzie złożenie datku na budowę meczetu. Tam będzie się potem spotykał z innymi
        wyznawcami i słuchał religijnych przywódców. Będzie oczywiście przestrzegał
        najważniejszej dla muzułmanina zasady sali - odbywanej pięć razy dziennie
        modlitwy. Kiedy obserwuje się, jak o stałej godzinie z tłumu wyodrębnia się
        grupa muzułmanów, którzy zaczynają się modlić, robi to potężne wrażenie. Jest
        to jednolity, ustalony od czternastu wieków rytm ruchów ciała i modlitewnych
        formuł.

        Poruszający opis gromadzenia się na modlitwę milionowej wspólnoty przedstawił
        Pan w Szachinszachu.

        Jest to jeden z najbardziej niesamowitych obrazów, jakie można zobaczyć na
        świecie. W tym tłumie nikt nie wydaje żadnych komend, poleceń. Oni się zbierają
        i nagle zaczynają modlić. Może to być wielomilionowe zgromadzenie, ale
        przebiega to zawsze tak samo. Z tego doświadczenia wypływa silne poczucie
        jedności i równości. Muzułmanin modli się także w czasie podróży. Jeżeli jedzie
        pociągiem, to o określonej porze rozkłada swój dywanik i zaczyna się modlić,
        jeśli leci samolotem robi to samo (niektóre linie lotnicze przygotowują dla
        muzułmanów specjalne miejsca do modlitwy).
        Co ciekawe, jeśli się długo żyje wśród muzułmanów, coraz wyraźniej widać, że
        oni nie zaniedbują swoich praktyk. Bardzo rzadko się zdarza, żeby ktoś
        wyłamywał się z porządku codziennego celebrowania wi
        • 03.03.04, 23:12
          Co ciekawe, jeśli się długo żyje wśród muzułmanów, coraz wyraźniej widać, że
          oni nie zaniedbują swoich praktyk. Bardzo rzadko się zdarza, żeby ktoś
          wyłamywał się z porządku codziennego celebrowania wiary. A jest to w końcu
          obowiązek pięciu modlitw dziennie, odbywanych często w bardzo trudnych
          warunkach. Nawet jeśli ktoś zostanie z tego obowiązku zwolniony (np. ze względu
          na ciężki stan zdrowia), to będzie się zawsze usprawiedliwiał przed swoją
          wspólnotą czy innym muzułmaninem.
          Bardzo charakterystyczna dla islamu jest konsekwencja w przestrzeganiu pięciu
          naczelnych zasad...

          Czy pozostaje to w związku z silną więzią wspólnotową?

          Wszystko jest w pewien sposób wspólnotowe. Bo przecież i dawanie jałmużny jest
          obowiązkiem wobec wspólnoty, i publiczne wyznanie wiary, i modlitwa, a nawet
          post. Również pielgrzymka do Mekki - hadżi odbywa się zawsze w grupach.
          Pielgrzymka jest oczywiście marzeniem każdego muzułmanina. W momencie, kiedy ją
          odbywa, otrzymuje na całe życie tytuł - hadżi. Będzie z tego bardzo dumny i
          zawsze będzie podkreślał, że jest hadżi Ibrahim - ten, który odbył pielgrzymkę.
          Stwarza to pewną hierarchię i odtąd taki hadżi Ibrahim znajduje się już wśród
          pomazanych, błogosławionych.
          Islam jest niezwykle spójny, przenika wszelkie obszary życia. Trzeba bowiem
          pamiętać, że islam to nie tylko wiara, lecz, jak mówią muzułmanie, "wszystko".
          Jest więc zwłaszcza prawem. Prawo islamskie - szaria - drobiazgowo ustala i
          określa zasady postępowania muzułmanina, zwłaszcza jego obowiązki wobec Boga,
          wobec sąsiada (Innego) i wobec samego siebie.

          A poza tym, jak mówił Chomejni, islam "jest polityką"...

          Tak. Jest polityką, gospodarką, etyką, filozofią... Nie można nawet powiedzieć
          o kimś, że przestał wierzyć, bo jeśli przestał wierzyć, to tym samym przestał
          istnieć. Islam, w przeciwieństwie do chrześcijaństwa, nie zna zasady: "Co
          cesarskie, oddajcie cesarzowi, co boskie, Bogu." W świecie islamu państwo i
          religia są jednością. W tej totalności tkwi specyfika islamu.

          Wróćmy jednak do kontekstu europejskiego. Wielu komentatorów zwraca uwagę, że
          to przede wszystkim sposób przyjęcia emigrantów z krajów islamskich sprawia, że
          środowiska te mają skłonność do swoistej "gettoizacji", skupiania się wokół
          przywódców religijnych. Czyli to nie jedynie względy religijne przesądzałyby o
          takim, a nie innym losie muzułmanów w Europie. Bo przecież wielu z nich ucieka
          ze swych ojczyzn dlatego, że nie chcą być poddawani presji religii politycznej.
          Może to zatem Europa, wbrew hasłom o tolerancji i akceptacji odmienności, nie
          stwarza im odpowiednich warunków do egzystencji.

          To dobry przykład potwierdzający zasadę, że nawet ten, kto nie chce praktykować
          jakiejś skrajnej formy islamu i przeniesie się do innej kultury, odkrywa w
          sobie na powrót muzułmanina. Może on być na przykład przeciwnikiem czadoru
          (zasłona twarzy kobiety) albo buntować się przeciwko afgańskim talibom, ale to
          wcale nie znaczy, że kiedy znajdzie się w innej cywilizacji, przestanie być
          muzułmaninem. Będzie dalej odbywał religijne praktyki, choć będzie to islam
          w "złagodzonej" formie. Zmiana ta jednak nie dotknie samego rdzenia wiary.
          Dochodzimy w tym momencie do zasadniczego tematu kulturowej różnicy między
          islamem a Zachodem. Islam jest religią o siedem wieków młodszą od
          chrześcijaństwa. Europa wyrasta z tradycji chrześcijaństwa, które przechodzi
          stałą transformację (reformacja, oświecenie, ekumenizm...). Jest religią, która
          poszukuje swego miejsca w zmieniających się warunkach historycznych. Islam
          natomiast pozostaje bardzo stabilny. Wychodzi bowiem - co stanowi istotną
          różnicę - z tradycji rodziny, plemienia i koncepcji państwa, w którym nie ma
          podziału na sferę świecką i religijną.
          Kultury te więc nie przystają do siebie. Na dodatek w różnych etapach swojej
          historycznej koegzystencji często toczyły ze sobą wojny. W VIII wieku Karol
          Młot zatrzymał ofensywę islamu w głąb Europy. W XVII wieku z odsieczą wiedeńską
          nadciągnął Jan III Sobieski. Islam jest zatem taką siłą - polityczną, a czasem
          militarną - która kontestowała (i często kontestuje) Europę czy cywilizację
          zachodnią. Europa oczywiście również odnosi się do islamu niechętnie i
          nierzadko bardzo wrogo. Za sprawą zachodnich mediów dokonała się nawet swoista
          przemiana w języku. Mówi się "islamista"...

          Pewna orientalistka zwracała niedawno uwagę w "Tygodniku Powszechnym", że
          słowo "islamiści" odnosić się powinno wyłącznie do badaczy islamu...

          Właśnie! Potem mówi się "fundamentalista islamski", a obecnie mówi
          się "terrorysta islamski". W rezultacie słowo "islam" przestaje funkcjonować
          samodzielnie, zawsze towarzyszy mu jakiś złowrogi kontekst. Przeciętny człowiek
          Zachodu, który czerpie swą wiedzę o świecie z telewizji, pamięta jedynie, że
          muzułmanie to albo fundamentaliści, albo terroryści. On nie ma żadnej
          obiektywnej wiedzy o cywilizacji islamu.

          Co więcej, często nie dostrzega różnicy między muzułmanami wywodzącymi się z
          odmiennych kultur - na przykład z Algierii i z Pakistanu. Nierzadko obejmuje
          ich wspólną nazwą... Arabów.

          Tak, tak... Malezyjczycy to też Arabowie... Wszyscy są Arabami... Wciąż
          pokutuje stereotyp, że islam to kultura arabska.
          Warto w tym momencie zaznaczyć, że rozpatrujemy islam na różnych poziomach jego
          konkretyzacji. Jest to więc jedna z tych wielkich planetarnych religii, która
          przenika bardzo różne kontynenty, kultury, języki i dlatego ma rozmaite
          odcienie narodowe czy regionalne. Islam w Stanach Zjednoczonych jest
          praktykowany przede wszystkim przez ludność afroamerykańską zamieszkującą
          getta, potworne slumsy wielkich metropolii. Ci czarnoskórzy muzułmanie nazywają
          siebie The Nation of the Islam - narodem islamskim. Tam więc jest to religia
          biednych, często bezrobotnych mieszkańców wielkich miast. Takie muzułmańskie
          dzielnice widziałem ostatnio w Detroit. Jest to widok zadziwiający. W dzielnicy
          jest ponad trzydzieści kościołów, ale wszystkie są zamknięte. Znikła stamtąd
          Polonia (podobnie jak inni biali mieszkańcy), natomiast ludności islamskiej
          przybywa. Kolejna grupa amerykańskich muzułmanów to emigranci z Indonezji,
          Malezji, Filipin itd.
          Na terenie Europy islam jest bardziej zróżnicowany etnicznie i kulturowo. Mamy
          więc maghrebijski typ islamu (wywodzący się z Afryki Północnej), o silnych
          tradycjach walki antykolonialnej. Islam maghrebijski ma bardzo głęboki rys
          niepodległościowy, wyzwoleńczy i on właśnie odegrał postępową rolę. Ten typ
          islamu jest bardzo widoczny we Francji. Inny typ islamu występuje w Niemczech.
          Tam muzułmanie wywodzą się przede wszystkim z Turcji i Bośni. Oni są bardziej,
          choć też tylko do pewnego stopnia, zsekularyzowani.
          Bardzo zróżnicowany islam można spotkać na obszarze Bliskiego Wschodu. Przede
          wszystkim w Afryce Północnej i w całym rejonie Morza Śródziemnego. Występuje
          tam i bardzo skrajny, uciekający się do terroryzmu, islam Kadafiego, i
          dość "liberalny", otwarty islam tunezyjski, wreszcie islam obejmujący Afrykę
          Sahelu i Sahary, Afrykę Wschodnią i Zachodnią, który jest naprawdę tolerancyjny
          i nie zna pojęcia terroryzmu ani fundamentalizmu. Ten ostatni typ islamu
          pokrywa się zresztą z obszarem występowania kultury Bantu, która była bardzo
          pokojowa, oparta na zasadzie współpracy i współdziałania.
          Jeszcze większe zróżnicowanie występuje w Azji. Są tam więc i ruchy
          ekstremalne, jak talibowie w Afganistanie czy niektóre odłamy szyizmu w Iraku i
          w Iranie, i islam bardzo oświecony - na przykład w Malezji, gdzie żyje wielu
          wybitnych intelektualistów i myślicieli.
          Trzeba więc pamiętać, że używając słowa islam, ogromnie zubażamy opisywaną
          rzeczywistość. Jest to zresztą jedna z największych przywar europejskiej
          mentalności, że mamy skłonność do upraszczania i narzucania własnych kategorii
          (mieszkaniec Afryki nigdy nie powie o sobie, że jest Afrykańczykiem, tylko że
          należy na przykład do ludu Aszante
          • 03.03.04, 23:14
            Trzeba więc pamiętać, że używając słowa islam, ogromnie zubażamy opisywaną
            rzeczywistość. Jest to zresztą jedna z największych przywar europejskiej
            mentalności, że mamy skłonność do upraszczania i narzucania własnych kategorii
            (mieszkaniec Afryki nigdy nie powie o sobie, że jest Afrykańczykiem, tylko że
            należy na przykład do ludu Aszante...).

            W ten sposób wytwarzamy sobie nieuchronnie przeciwników. Bo jeśli złączy się
            Afrykanów czy Afroamerykanów w jedną społeczność, to kształtuje się w nich
            poczucie siły poprzez zaprzeczenie dotychczasowej, a tworzenie
            nowej, "szerokiej" tożsamości.

            Oczywiście, a poza tym oni się czują poniżeni. Jak ktoś będzie podkpiwał z
            polskiej kultury i twierdził, że Polacy to naród pijaczków i złodziei, to też
            będziemy się tym czuli dotknięci.
            Przykładem takiego fałszywego stereotypu jest powszechne przekonanie o
            upodobaniu muzułmanów do przemocy. Otóż wbrew temu, do czego przekonują nas
            media, islam jest religią pokojową. To religia równowagi, kontemplacji,
            cierpliwości. Muzułmanin to przede wszystkim człowiek wiary i pobożności, który
            nie szuka i nie potrzebuje racjonalnych uzasadnień dla swej wiary. Dlatego
            zresztą teologiczna dyskusja z nim jest praktycznie niemożliwa.

            Z drugiej strony jednak średniowieczni arabscy filozofowie, jak Awerroes,
            utrzymywali, że istnieją dwie prawdy - dostępna człowiekowi prostemu prawda
            wiary oraz prawda rozumowa, dostępna jedynie wtajemniczonym. I w islamie zatem
            istniałaby tradycja intelektualnej spekulacji nad prawdami objawionymi.

            Oczywiście. W Koranie ukryta jest pewna wewnętrzna prawda, a wierny winien
            kroczyć po ścieżce tej prawdy. Konieczność rozwoju duchowego, poszukiwanie
            prawdy, która zbliża do Boga, nazywa się tarika. Muzułmanin albo jest już na
            tej drodze, albo jej dopiero poszukuje. Kryje się w tym zresztą piękna
            egzystencjalna formuła - muzułmanie wierzą, że w każdej osobie i w każdej
            rzeczy zawiera się jakaś ukryta tajemnica. Zasada tariki przenika całą tradycję
            sufizmu, mistyki islamu. W tym sensie możemy więc mówić o dwóch prawdach - dla
            nieoświeconych i dla wybranych, umysłów wtajemniczonych.
            Dochodzimy w tym miejscu do kolejnej istotnej różnicy między wyznawcą Allaha i
            chrześcijaninem. Islam, podobnie jak judaizm i chrześcijaństwo, jest religią
            Księgi. Wedle muzułmanów jednak Koran został dany bezpośrednio od Boga. Jest to
            zatem religia objawienia słowa, a nie objawienia Boga-człowieka, i dlatego ten,
            kto kwestionuje Księgę, kwestionuje istnienie Boga. Ta odmienność tłumaczy,
            choć nie usprawiedliwia, reakcję muzułmanów na Szatańskie wersety Salmana
            Rushdiego, który, zdaniem ortodoksów, kpił sobie w tej powieści z Koranu.
            Muzułmanie przywiązują wielką wagę do nauki, oświaty. Islam przypomina w tym
            względzie judaizm. Kiedy ostatnio odwiedzałem rejon Sahelu, południa Sahary, to
            w najbardziej zapadłych wioskach, gdzie życie zamiera wraz z zachodem słońca, a
            budzi się następnego dnia o brzasku, gdzie nie ma systemu oświaty, dróg... nie
            ma nic, istnieje tylko jedna instytucja - szkółka koraniczna. Dzieci zbierają
            się przy ognisku, gdzie wieczorem jest jeszcze trochę światła i ich nauczyciel
            (ulema) czyta im Koran, na którym uczą się czytać i pisać. Jest to ich jedyne
            doświadczenie obcowania z książką, jedyna forma oświaty, jaka istnieje na tych
            niezwykle rozległych terenach świata. Ponieważ do szkółki koranicznej może
            chodzić każde dziecko, starsze przyprowadzają swoje dwu-, trzyletnie
            rodzeństwo, którym muszą się opiekować. Dla tej gromady dzieci Koran jest
            jedynym uniwersytetem. Nawet więc w tak ekstremalnych warunkach, gdzie panuje
            straszliwa bieda - w tamtych wsiach naprawdę nie ma co jeść - trwa nauka
            Koranu, który jest dla nich całą wiedzą.

            Niektóre kraje islamu wszakże są bardzo bogate i to właśnie ku nim kieruje swe
            apetyty Zachód. Kontakty Zachodu ze światem islamu mają zresztą najczęściej tło
            ekonomiczne.

            Oczywiście wielką atrakcją krajów arabskich są największe na świecie złoża ropy
            naftowej. Wiążą się z tym dwie kwestie. Po pierwsze islam zmienił swe oblicze -
            pozostał wprawdzie religią ubogich, ale sam stał się bogaty. Bogate kraje
            arabskie bowiem zaczęły łożyć spore sumy na rozwój wspólnot (budowę meczetów,
            druk Koranu...) - na rozszerzanie się islamu. Dzięki temu powstaje sporo
            meczetów i szkółek koranicznych w Afryce, Albanii i Bośni. Widać w tym świadomą
            politykę muzułmanów, choć, o czym należy pamiętać, ta planetarna religia nie ma
            żadnego centrum ani kogoś w rodzaju głowy Kościoła - działania te wypływają
            jedynie z ducha wspólnoty.
            Po drugie fakt, że w krajach muzułmańskich znajdują się największe zasoby ropy
            naftowej, jest przyczyną napięcia, jakie istnieje między światem islamu i
            Zachodem. Jest to napięcie podszyte ogromnym strachem. Jeżeli bowiem spojrzymy
            na kraje muzułmańskie oczami przywódców Stanów Zjednoczonych - jedynego obecnie
            światowego mocarstwa - zrozumiemy, skąd biorą się histeryczne reakcje na
            incydentalne nawet przejawy terroryzmu czy przemocy w krajach islamskich. Otóż
            Stany Zjednoczone w okresie zimnej wojny, obawiając się, że ZSRR uzyska znaczne
            wpływy w krajach naftowych, rozpoczęły na Alasce i w Teksasie bardzo
            kapitałochłonne inwestycje, które miały powiększyć własne zasoby ropy naftowej.
            W momencie, kiedy skończyła się zimna wojna, Amerykanie uznali, że nic już nie
            zagraża ich interesom w świecie arabskim, dlatego mogą zrezygnować z tych
            kosztownych inwestycji i bez przeszkód sprowadzać ropę z Zatoki Perskiej. A
            przecież to właśnie tanie paliwo napędza amerykańską cywilizację, której sukces
            oparty jest na samochodzie i ropnym ogrzewaniu mieszkań. Amerykańskie zapasy
            ropy naftowej tymczasem wynoszą zaledwie niecałe 3% zapasów światowych, a 50%
            konsumpcji ropy w Stanach Zjednoczonych opiera się na paliwie z importu. Gdyby
            więc zamknięto "arabski kurek", Stany Zjednoczone byłyby sparaliżowane. Region
            Zatoki Perskiej pozostaje zatem obszarem żywotnych interesów amerykańskiego
            mocarstwa i to powoduje, że spokojna dyskusja o islamie jest tam praktycznie
            niemożliwa.
            Stan ten pogłębił się ostatnio, od kiedy ujawniono, że konkurencyjne źródło
            ropy naftowej znajduje się w rejonie Morza Kaspijskiego. Region ten jest o tyle
            ważny, że to stamtąd popłynie w przyszłości ropa do Japonii i Chin. Tam
            ścierają się obecnie interesy trzech stron - islamu, Rosji i Stanów
            Zjednoczonych. Jest to więc kolejne potencjalne źródło napięcia między islamem
            a Ameryką.

            Pewnie dlatego tak duże emocje wzbudziła w Stanach Zjednoczonych wojna w
            Czeczenii.

            Oczywiście. Polacy patrzą z politowaniem na Amerykanów i dziwią się, dlaczego
            popierają oni Rosję. Czyżby Amerykanie byli tacy naiwni? Polacy nie rozumieją
            najczęściej jednej rzeczy - Stanom Zjednoczonym zależy w tej chwili na
            utrzymaniu silnej Rosji, bo prawosławna Rosja staje się przedmurzem, które może
            powstrzymać awans islamu na północ Azji (ta ekspansja przebiegała historycznie
            wzdłuż Wołgi). Postęp islamu mógłby rozpołowić Rosję na dwie części -
            europejską i syberyjską.
            Amerykański socjolog Immanuel Wallerstein uważa, że reakcja świata islamu na
            konfrontację z Zachodem może przybierać trzy postaci: model Chomejniego -
            izolację od polityki światowej, model Husajna - zbrojnej konfrontacji, i trzeci
            model - indywidualny, czyli formę migracji do świata Zachodu. Utrzymuje on, że
            za 20, 30 lat konfrontacja będzie się rozwijać, ale modele pozostaną trwałe.
            Myśl amerykańska kładzie zatem nacisk na konfrontacyjność. Wśród politologów i
            socjologów islamskich dominują głosy bardziej pojednawcze - oni nie mówią na
            ogół o konfrontacji cywilizacji, lecz o wymianie. Skłaniają się raczej ku
            tradycji Bronisława Malinowskiego, który uczył, że kontakt jest przede
            wszystkim wymianą. W obu cywilizacjach bowiem istnieje tyle wartości
            sprawdzonych przez historię, że w dobie rewolucji komunikacyjnej te dwa światy
            • 03.03.04, 23:15
              Amerykański socjolog Immanuel Wallerstein uważa, że reakcja świata islamu na
              konfrontację z Zachodem może przybierać trzy postaci: model Chomejniego -
              izolację od polityki światowej, model Husajna - zbrojnej konfrontacji, i trzeci
              model - indywidualny, czyli formę migracji do świata Zachodu. Utrzymuje on, że
              za 20, 30 lat konfrontacja będzie się rozwijać, ale modele pozostaną trwałe.
              Myśl amerykańska kładzie zatem nacisk na konfrontacyjność. Wśród politologów i
              socjologów islamskich dominują głosy bardziej pojednawcze - oni nie mówią na
              ogół o konfrontacji cywilizacji, lecz o wymianie. Skłaniają się raczej ku
              tradycji Bronisława Malinowskiego, który uczył, że kontakt jest przede
              wszystkim wymianą. W obu cywilizacjach bowiem istnieje tyle wartości
              sprawdzonych przez historię, że w dobie rewolucji komunikacyjnej te dwa światy
              mogą się wzajemnie ubogacać.

              Czego może nauczyć się człowiek cywilizacji łacińskiej w zetknięciu ze światem
              islamu?

              Bardzo ważna jest postawa, którą przyjmiemy. Trzeba bowiem pamiętać, że nasz
              stosunek do islamu kształtuje siła potęgi wielkich sieci telewizyjnych. Na ogół
              więc nie mamy własnego poglądu, własnej wiedzy - korzystamy z pośrednictwa tych
              kanałów informacji. Ponieważ sieci owe mają za zadanie kształtować nieufność w
              stosunku do świata muzułmańskiego, nasz punkt widzenia naznaczony jest
              stronniczością. Dyskutujemy więc zazwyczaj, dysponując jedynie zmanipulowaną
              porcją informacji, którą daje się nam do wierzenia.
              Czy tego chcemy, czy nie, musimy pogodzić się z faktem, że żyjemy w świecie
              wielokulturowym, który będzie się stawał jeszcze bardziej różnorodny. Dzisiaj
              nie da się już pozostawać w kulturowej izolacji. Naszym zadaniem jest więc
              znalezienie sobie w tym świecie miejsca, a pierwszą zasadą owego poszukiwania
              jest zasada tolerancji, uznania, że, jak mówił Bronisław Malinowski, nie ma
              kultur wyższych i niższych. Zasadzie tolerancji musi towarzyszyć poznawcza
              ciekawość - musimy zdobyć elementarną wiedzę o kulturze islamu - i życzliwość.
              Taka postawa nie jest jedynie odruchem dobrego serca, ale od niej zależy sam
              byt naszej cywilizacji, w tym i naszego kraju. Bo przecież już niedługo i do
              Polski, która staje się coraz atrakcyjniejsza dla uchodźców, zacznie napływać
              migracja z krajów muzułmańskich. To są procesy nieodwracalne, gdyż gwałtownie
              powiększająca się grupa najbiedniejszych musi szukać dla siebie miejsca.
              Dlatego tak ważne jest, byśmy chcieli poznawać kulturę muzułmanów.

              Takiej postawy życzliwej ciekawości możemy się uczyć z Sonetów krymskich.

              Tak. Sonety pozostają pięknym świadectwem urzeczenia kulturą islamu.

              Co osobiście zawdzięcza Pan kontaktom z kulturą islamu? Jakie jej cechy są Panu
              najbliższe?

              Bardzo wiele. Przede wszystkim za sprawą muzułmanów żyję! W różnych sytuacjach
              wojennych dzięki temu, że szli do walki, udało mi się przeżyć. Generalnie moje
              doświadczenia kontaktu z muzułmanami było bardzo dobre. Szczególnie w małych
              społecznościach wiejskich spotykałem ogromnie przyjaznych, spokojnych ludzi.
              Byli bardzo pobożni, serio traktowali zasady swej wiary, które nakazują
              szacunek dla drugiego człowieka. Koran bowiem uczy, by nie gardzić nawet
              innowiercą - w przeszłości, gdy islam był w natarciu, mieszkańcy podbitych
              krajów nie byli zmuszani do konwersji, wyznawcy innych religii zobowiązani byli
              jedynie do płacenia podatku. Ludzie, którzy mnie przyjmowali, byli bardzo
              gościnni i czerpali z tego satysfakcję. Otaczali mnie swoim duchem wspólnoty.

              Wynika to chyba ze skażenia, o którym Pan wspominał, ale trudno się oprzeć
              natrętnej myśli, że muzułmanie są jednak podatni na ekstremizmy. Te skandujące
              tłumy w Iraku czy Iranie nie są jedynie marginesem. I właśnie tego najbardziej
              boi się Europejczyk. Skłonny jest uwierzyć w ową tolerancję czy pokojowość
              muzułmanów, lęka się jednak, że wówczas, gdy imamowie nakażą swemu ludowi
              zabijać, wierni bezkrytycznie się im poddadzą.

              Jeśli wspomniał Pan o imamach, to trzeba dopowiedzieć, że funkcja ta istnieje
              jedynie w szyizmie, a szyici stanowią 10 % całej ludności muzułmańskiej. Tylko
              w szyizmie istnieje religijna struktura czy hierarchia. Tego rodzaju
              mobilizacja jest rzadka w sunnizmie. Co charakterystyczne jednak, jest to
              mobilizacja typu defensywnego. Szyici protestują wtedy, gdy czują się poniżeni.
              Kiedy coś im zagraża, reagują masowo i w tym zbiorowym ruchu są doskonale
              zorganizowani, bo nauczyli się tego praktykując wspólną modlitwę. Taki tłum
              rzeczywiście robi potężne wrażenie: ma jeden cel, jedną emocję, ale nie jest to
              grupa atakująca. W czasie rewolucji irańskiej podziwiałem ich dyscyplinę -
              podczas milionowych manifestacji w Teheranie nie zniszczono na chodnikach ani
              jednej trawki, a gdy tłum mijał szpitale, zapadało całkowite milczenie. Tą masą
              ludzką nikt nie kierował! Przypomnę też inny fakt: chociaż rewolucja
              Chomejniego była zdecydowanie antyamerykańska, nikomu spośród 55 000 Amerykanów
              mieszkających wówczas w Iranie włos nie spadł z głowy.
              Można wspomnieć także o przypadkach przerażających, ale takie incydenty
              zdarzają się w każdej kulturze i nie da się ich wyeliminować. Przecież na
              ulicach Nowego Jorku rocznie ginie od kuli 2000 ludzi i nie ma na to rady!
              Istnieją wreszcie zjawiska ogromnie zafałszowane. Na przykład w Algierii mamy
              dziś do czynienia z oczywistą wojną domową, do której nie przyznaje się rząd
              stworzony dzięki przewrotowi wojskowemu. Oficjalnie więc mówi się, że jacyś
              bandyci zabijają niewinną ludność, ale tak naprawdę nie sposób rozstrzygnąć,
              kto strzelał czy podrzynał gardła. Niektórzy Algierczycy utrzymują, że robi to
              reżim militarny po to, by w oczach opinii światowej jeszcze bardziej zohydzić
              swych przeciwników. To są takie strefy, o których jako doświadczony reporter
              mogę powiedzieć, że jeśli samemu się czegoś nie stwierdziło, nie zbadało,
              niczemu nie można dawać wiary. Trzeba więc dużej wnikliwości, by dojść prawdy.
              Warto o tym pamiętać, słuchając komentarzy na temat polityki światowej.
              Oczywiście propaganda istnieje także w krajach muzułmańskich. Potęgą jest
              radio, które jest tanie, lekkie i może być używane tam, gdzie nie ma
              elektryczności. Muzułmanin jest bardzo dumny, gdy słyszy w swoim odbiorniku, że
              świat islamu jest potężny, że świat islamu jest światem Boga. Podczas wojny w
              Zatoce odczytywano w radio specjalne ogłoszenia o śmierci muzułmańskich
              żołnierzy. Mówiono: "Gratulujemy rodzicom - tu następowało nazwisko - których
              syn zginął dziś w walce tam i tam!" Dostąpili wielkiego zaszczytu, bo mają
              syna, który zginął jako mudżahedin. Ci rodzice, jeśli było ich na to stać,
              rozdawali potem swoim bliskim specjalnie w tym celu wywołane zdjęcia syna-
              bohatera.
              Powtarzam jednak - w swojej istocie islam jest religią pokojową.

              Bardzo dziękujemy za rozmowę.

              RYSZARD KAPUŚCIŃSKI, ur. 1932, pisarz, reporter, publicysta. Autor m.in.:
              Cesarz (1978), Szachinszach (1982), Imperium (1993), Lapidaria (wyd. łączne -
              1997).


              źródło: Miesięcznik ZNAK
      • 03.03.04, 23:17
        Muzułmanie w Polsce. Ważny jest wygląd

        źródło: gazeta.pl, Smoleński (28-09-01 18:15)

        Hani jest Palestyńczykiem. Z kilkudniowym zarostem i wąsami wyglądał
        podejrzanie. Poszedł więc do fryzjera i zgolił zarost. Powiedział do żony: -
        Teraz wyglądam jak Polak

        Według policji była to banda wyrostków. Wracali z dyskoteki, może po kilku
        piwach, więc przeszli przez niski płot i zaczęli rzucać kamieniami - taka
        chuligańska normalka. Akurat szli ulicą Abrahama, akurat rzucili w okna
        gdańskiego meczetu.

        Przypadek - zamiast meczetu mógł to być sklep akwarystyczny albo kiosk, zresztą
        straty nie są zbyt wielkie. Tylko dlaczego na trawniku wciąż leżą przygotowane
        zawczasu, starannie ułożone pryzmy betonowego złomu? Więc dla pewności policja
        postawiła pod świątynią radiowóz.

        Po cichu policjanci opowiadają, że pewnie wyrostki chciały odreagować to, co
        zobaczyły w telewizji. Łobuzy też mają serce - mówią nieoficjalnie, choć nie
        chcą łobuzów rozgrzeszać.

        Teraz ich szukają, ale bez wielkiej nadziei na sukces, bo społeczeństwo nie
        chce współpracować, milczy. Nic nowego. Społeczeństwo milczy, gdy szukają
        sprawców włamań do piwnic. Taki los.

        Meczet stoi od 1990 r., wybudowany ze składek wiernych, dzięki materialnemu
        wsparciu niemieckich wspólnot islamskich i pieniądzom z Arabii Saudyjskiej. Był
        budowany akurat wtedy, gdy w pobliżu stawiano kościół; ta sama betoniarka
        kręciła się na obu budowach. Co piątek modli się w nim kilkudziesięciu Arabów z
        Trójmiasta. Co niedziela - polscy Tatarzy. Od ubiegłej niedzieli straszy
        wybitymi szybami.

        Kto zastrasza, niech się wstydzi

        Kilka dni przed zamachem skończył się gdański tydzień kultury muzułmańskiej.
        Tamara Szabanowicz, po ojcu Tatarka, przewodnicząca gminy muzułmańskiej, była
        szczęśliwa, bo wszystko pięknie się udało, meczet przy Abrahama odwiedzały
        tłumy, nie tylko muzułmanów. Właśnie wsadziła do pociągu grupę Tatarów z Krymu
        (mieszkali w Domu Pojednania przy kościele św. Trójcy), weszła do sklepu
        papierniczego, gra radio, a tam wiadomości jak z "Wojny światów" Orsona
        Wellesa. Słucha, nie wierzy, wybiera towar, słucha, płaci, na ulicy bawią się
        dzieci.

        - Zaczęłam się bać - opowiada. - O nas, o meczet, o społeczność. Tę noc z
        szybami wyśniłam, czułam przez skórę, że się wydarzy.

        11 września kilka tysięcy ludzi zginęło pod gruzami World Trade Center i
        waszyngtońskiego Pentagonu. Gdy nad Manhattanem stały jeszcze kłęby dymu
        zmieszane z betonowo-azbestowym pyłem, oglądałem w BBC World rozmowę z
        brytyjską muzułmanką, śniadoskórą i w czadorze, lecz jej akcent nie pozostawiał
        wątpliwości, że urodziła się na Wyspach. Po dziewczynie mówili brodaci
        mężczyźni, kobiety w kwefach, nastoletni, ciemnoocy chłopcy. Opowiadali o
        modlitwach za niewinne ofiary, a potem pytali, dlaczego nienawiść spada również
        na nich. Bali się, nawet dorośli nie potrafili tego ukryć.

        W ciągu następnych kilku dni w Londynie ostrzelano meczet, inny spalono na
        przedmieściach Manchesteru. W Arizonie zastrzelono Hindusa, bo wyglądał jak
        muzułmanin, w całych Stanach FBI prowadzi śledztwa w sprawie 40 aktów
        antymuzułmańskiej agresji. Prezydent Bush odwiedził Centrum Islamu w
        Waszyngtonie. Przed kamerami powiedział: "Ci, którym się wydaje, że mogą
        zastraszać współobywateli, by wyładować swą złość, nie reprezentują tego, co
        najlepsze w Ameryce, lecz to, co najgorsze w ludzkości, i powinni się
        wstydzić". Jednak strach amerykańskich muzułmanów nie zniknął. Jego okruchy
        przyszły do Polski.

        Jak głupia baba

        Poniemiecka kamienica we Wrzeszczu, poniemieckie meble, na ścianie krzyż, na
        stole sernik, ale kawa parzona po arabsku, specjalnie dla gości. W telewizji
        zapowiedź studia wyborczego. Bogusia i Muhamad, małżeństwo z wieloletnim
        stażem. Od razu mówi, że urodził się muzułmaninem, nie żałuje tego, ale też nie
        wybierał, raczej nie chodzi do meczetu. Pyta głośno, czy jest Arabem, bo
        przecież zanim Syrię podbiły idące z Półwyspu Arabskiego wojska Proroka,
        mieszkali tam inni ludzie, więc może jego przodkowie pochodzą od tych innych.
        Nigdy wcześniej o to nie pytał, nigdy tak się przed obcymi nie otwierał.

        Pochodzi z nadmorskiej Lattaki. Ojciec zginął na budowie, gdy Muhamad był
        kilkuletnim chłopcem, matka (na zdjęciach kobieta w skromnej chustce) sama
        wychowała czworo dzieci; dowód, że samotna muzułmańska kobieta umie być
        zaradna. Ćwierć wieku temu przyjechał do Polski, ale studiów nie skończył.
        Poznał Bogusię, był nawet ślub kościelny, choć poprzedzony rozmową Bogusi z
        księdzem, że może lepiej powinna samotnie, za to po katolicku, wychować syna.
        Kamil (imię wybierali tak, by dobrze brzmiało w Polsce i w Syrii) był
        chrzczony, potem miał zdecydować, którą wiarę i tradycję wybrać. Jednak gdy
        Bogusia pojechała na saksy do USA, Muhamad posłał syna na religię, po co mają
        dziecku dokuczać, że jest inne. Woleli siedzieć w domu, niż chodzić do
        restauracji, żeby Bogusia nie usłyszała, że puszcza się z Arabem. Ale pewnie by
        nie usłyszała, bo Muhamad - jak sam mówi - ma dobry wygląd.

        Nad dobrym wyglądem Muhamad zastanawia się dopiero teraz. - Nie czuję
        zagrożenia, nie sądzę, by ludzie dziwnie na mnie patrzyli - zapewnia. - Ja
        naprawdę nie wyglądam na Araba. Lecz koledzy z krajów arabskich boją się. Nawet
        mój przyjaciel, syryjski chrześcijanin, świadek na ślubie i ojciec chrzestny
        Kamila. Bo ma zły wygląd.

        - Gdy w meczecie wybito szyby, bardzo się zdenerwowałam - dopowiada Bogusia. -
        Ludzie znają nas tyle lat, szanują, ale boję się, że reakcje będą coraz
        mocniejsze. Słyszałam w radiu, że w Krakowie właściciele zamykają arabskie i
        tureckie bary, że zmienia się obsługę na Polaków, że coś się stało w łódzkich
        akademikach, gdzie jest dużo studentów z Bliskiego Wschodu. Ja nie wiem, czy
        mój mąż naprawdę nie wygląda, nie wiem.

        - Gadam jak głupia baba - ciągnie Bogusia - ale co mam zrobić, gdy w szkole coś
        powiedzą Kamilowi, co robić, gdy się zacznie? Uciekać do pierwszej lepszej
        ambasady?

        - Przestań - ucina Muhamad. - Kamila wszyscy lubią. Przestań.

        Słowa gorsze od kamieni

        Nie wiadomo, jak praprzodek Tamary i Heleny Szabanowicz zjechał do Polski.
        Mogło być tak, że przybył tu jako polityczny uchodźca, może spiskowiec
        uciekający przed gniewem chana. A może przywleczono go na arkanie, jak
        niewolnika zdobytego na wojnie.

        Wiadomo, że działo się to około XV stulecia, potem rodzinę uszlachcono; na
        tarczy herbowej mieli poziome i pionowe kreski połączone ze sobą. Będzie pewnie
        ze czterysta lat jak stracili język, ale miłość do koni została - dziadek
        Szabanowicz był ułanem, został ranny w kampanii 1920 r. Przed wojną mieszkali
        tam, gdzie dziś jest Białoruś, kiedy we wrześniu 1939 r. sowieckie wojska
        zagarnęły kresy. Dziadek, choć zmobilizowany do Armii Czerwonej, uciekł przez
        granicę, żeby walczyć o Polskę.

        Do Gdańska przyjechali za Ibrahimem Swajkiewiczem, imamem wileńskim. W latach
        50. ojciec musiał nazywać się Benedykt Szabaniewicz, ale już dekadę później
        wrócił do imienia Bekir i nazwiska Szabanowicz. Modlili się po domach, a Tamara
        i Helena czuły się inne tylko dlatego, że nie chodziły na religię, więc inne
        dzieci czasami coś powiedziały. No i kiedy umarła mama, a ksiądz wyciągnął
        kartotekę i czarno na białym pokazał, że Szabanowiczowie nie przyjmowali
        świątecznych wizyt po kolędzie, ale dał pozwolenie na pochówek.

        Z tatarskości zostały im lekko skośne oczy, świadomość pochodzenia i wyznanie;
        rzecz jeszcze kilka dni temu bardzo intymna, przeżywana w samotności lub w
        islamskiej wspólnocie. Dziś wyznanie to sztandar.

        - Zawsze traktowani byliśmy z życzliwością, ludzie byli nas ciekawi,
        prowadziłam w meczecie otwarte zajęcia o tym, czym jest islam - mówi Helena
        Szabanowicz, siostra Tamary, przewodnicząca Towarzystwa Kultury Muzułmańskiej. -
        Teraz jestem rozgoryczona, rozczarowana, nie boję się, ale jest mi smutno, że
        jesteśmy tak bardzo daleko od siebie.
        • 03.03.04, 23:18
          - Zawsze traktowani byliśmy z życzliwością, ludzie byli nas ciekawi,
          prowadziłam w meczecie otwarte zajęcia o tym, czym jest islam - mówi Helena
          Szabanowicz, siostra Tamary, przewodnicząca Towarzystwa Kultury Muzułmańskiej. -
          Teraz jestem rozgoryczona, rozczarowana, nie boję się, ale jest mi smutno, że
          jesteśmy tak bardzo daleko od siebie.

          - Ja nie czuję się zagrożona, ale Arabowie tak - ciągnie. - Co Polacy wiedzą o
          muzułmanach? Że mają haremy, że po ulicy mężczyzna, jak jakiś cham, idzie
          przodem, a kobieta drobi za jego plecami. Tymczasem on idzie przodem, żeby
          torować kobiecie drogę, brać na siebie niebezpieczeństwa.

          Gdyby nie te szyby w meczecie, nic właściwie by się nie stało. Tylko dzieci
          Heleny usłyszały w szkole od kolegów: "Coście zrobili, to wszystko przez was".
          I były słowa Prymasa o obcych i terrorystach, dla Heleny Szabanowicz
          boleśniejsze niż kamienie ("Do Polski mogą wejść ci, przed którymi bronił nas
          Jan III Sobieski, a my nie chcemy ani innej kultury, ani terroryzmu".).
          Przygasły wspomnienia z organizowanych od dwóch lat spotkań ekumenicznych,
          radość ze współpracy z katolickimi księżmi i ze słów dziewczynki-katoliczki,
          która po wykładzie w meczecie powiedziała: - Jakie to proste, jakie podobne.





          Tamara Szabanowicz: - Tak czekaliśmy na słowa katolików, tak czekaliśmy.

          Helena Szabanowicz: - Słowa Prymasa mogą usprawiedliwiać akty przemocy wobec
          muzułmanów.

          Mąż Heleny Hani jest Palestyńczykiem. Oglądał wiadomości z Nowego Jorku i
          wydzwaniał do Palestyny; za oceanem już sprzątali gruzy, a w rodzinnej wiosce
          na Zachodnim Brzegu waliły się domy pod gąsienicami izraelskich czołgów. A
          potem poszedł do fryzjera i zgolił zarost. Powiedział do Heleny: - Teraz
          wyglądam jak Polak.

          Hani z kilkudniowym zarostem i wąsami miał zdecydowanie zły wygląd.

          Hani prowadzi bar z arabskim jedzeniem, ma stoisko z zieleniną. Jeździ na
          giełdę warzywną, która dla niego jest również giełdą nastrojów. Kilka razy bił
          się - to było jeszcze przed zamachem - bo nie podobał się handlującym. Teraz
          słyszy agresywne komentarze i gesty, a jeśli Ameryka uderzy na Afganistan -
          pewnie będzie gorzej. Niemalże z dnia na dzień sprzed stoiska Haniego zniknęła
          kolejka. Polacy - myśli Helena - też się boją, bo Arab, muzułmanin to musi być
          terrorysta.

          - Słyszałam, jak ktoś, wskazując stoisko szwagra, wykrzykiwał: "Dość rządzenia
          czarnuchów" - mówi Tamara. - Aż przystanęłam, próbowałam wsłuchać się w
          rozmowę, zrozumieć motywy. Ale czy bym się wtrąciła, czy starczyłoby mi odwagi?
          Nie wiem.

          "Czarnuchy", agresja na giełdzie, uszczypliwe uwagi w szkołach, komentarze
          Prymasa i niektórych polityków ("Jak to możliwe, żeby na pokład samolotu
          wpuścić kilku Arabów"?), wreszcie meczet - wszystko układa się w jakiś ponury
          ciąg.

          - Czy ktokolwiek pisał w gazetach, jakiego wyznania był Timothy McVeigh? - pyta
          Helena.

          Kalendarz Muhamada

          Muhamad ma swój kalendarz pobytu w Polsce. Najważniejsze są trzy daty.
          Pierwsza - zamach na Jana Pawła II w 1981 r., gdy chuligani w Łodzi zaatakowali
          akademik, gdzie mieszkali arabscy studenci. Nie było go tam, zna sprawę z
          przekazów i pewnie nie bałby się, bo - przypomnijmy - ma dobry wygląd. Druga -
          pielgrzymka Papieża w 1987 r., kiedy groziła mu deportacja, choć był żonaty i
          miał dziecko; nie miał ważnego syryjskiego paszportu, więc nie miał wizy,
          Służba Bezpieczeństwa ostrzega Arabów mieszkających w Gdańsku (wygląd już nie
          miał znaczenia), że podczas papieskiej wizyty nie wolno im wychodzić z domów;
          to oczywiste środki, by zapobiec zamachowi. Trzecia - atak na Amerykę.

          Muhamad krzyczy, gdy Bogusia mówi, że się boi, ale sam nie ma pewności, co
          będzie. Nie mają pewności jego arabscy przyjaciele. Dlatego wolą nie mówić nic,
          chcą żyć tak, jakby ich nie było.

          - Kiedy Polacy zaczęli się bać islamu? - pytam Helenę Szabanowicz.

          - Nie wiem - odpowiada.

          - Może gdy w 1992 r. po polsku wydano "Szatańskie wersety".

          - Nie wiem, choć to książka obrażająca naszą religię.

          Gdy w 1972 r. terroryści z palestyńskiego Czarnego Września zabili na
          olimpiadzie w Monachium izraelskich sportowców, nikt tego nie kojarzył z
          islamem. Tak samo jak wtedy, gdy w 1986 r. na szkocką wioskę Lockerbie spadł
          amerykański jumbo jet. Jednak gdy książka Salmana Rushdiego, na którego wydał
          wyrok śmierci sam ajatollah Chomeini, została przełożona na polski, pod
          przekładem nie podpisał się ani tłumacz (autor japońskiego przekładu został
          skrytobójczo zamordowany), ani wydawnictwo (kilka zachodnich domów wydawniczych
          i księgarń wyleciało w powietrze). Rozmawiałem wtedy z księgarzem
          sprzedającym "Szatańskie wersety". Powiedział, że przestraszył się nie na
          żarty, gdy przed wystawą, gdzie wyłożył książkę, zobaczył mężczyznę o arabskiej
          urodzie. Nic się nie stało. Jednak strach przed terrorem stał się realny.

          Tamara Szabanowicz też nie umie znaleźć momentu, gdy islam i terror zlały się w
          polskiej świadomości w jedno. Chyba było z tym jak z wezbraną rzeką - nikt nie
          zauważa, gdy przybiera, ale wszyscy się boją, gdy wylewa. Kiedy patrzy w
          przeszłość, myśli, że polscy muzułmanie byli może zbyt ufni: - Ufaliśmy sobie i
          temu, co robimy, ufaliśmy ludziom, którzy nas znają, którzy wiedzą, że islam to
          nie droga morderców. Nie podejrzewaliśmy, że można tak posłużyć się wartościami
          islamu, że można czynić takie zło.

          Jednak czy polska wspólnota muzułmańska mogła zrobić coś więcej dla polskiej
          świadomości? Nie mogła, są ich raptem trzy, cztery tysiące, w Gdańsku garść
          tatarskich rodzin, dwie rodziny tureckie, trochę osiadłych Arabów, do meczetu
          przychodzi kilkadziesiąt osób.

          - Dla nas to oczywiste, że muzułmanin jest człowiekiem prawym - opowiada
          Tamara. - Teraz mam udowodnić, że jestem uczciwa, takie - czuję - jest
          społeczne oczekiwanie. Ale jak mam to udowodnić? I jak mam to zrobić z dnia na
          dzień?

          Przegrali własne dusze

          Fatima jest półkrwi Palestynką, dzieciństwo spędziła w krajach arabskich, teraz
          studiuje w Polsce. Jej rodzice przyjechali do Polski w latach 90. Ich arabscy
          znajomi prowadzą restauracje, są lekarzami, inżynierami, biznesmenami.

          Dziewczyna ma zły wygląd, włosy ukryte pod ciemną chustką wskazują na wyznawaną
          religię. Kiedyś palestyńskie studentki mieszkające w Warszawie lub Łodzi nie
          nosiły chust, chłopcy z Organizacji Wyzwolenia Palestyny, z socjalizującej
          Syrii i Libii nie demonstrowali religijności. Ale zmieniła się i Polska, i
          islam. Chustka na włosach nikogo już nie dziwi.

          Fatima ignoruje pytanie o strach, choć ma świadomość, że islamska chustka nie
          jest dziś bezpiecznym nakryciem głowy. Potępia zamach, ale prosi, by sięgnąć
          głębiej. - Jest jakiś powód - mówi - dla którego na świecie tak nienawidzą
          Ameryki.

          Bo dla Fatimy to rzecz równie ważna jak zwalone wieże World Trade Center.

          Mieszkający w Polsce Palestyńczyk Mustafa Abdel Ellah powiedział "Naszemu
          Dziennikowi": "Osobiście wydaje mi się, że za zamachem stoi izraelski Mossad.
          Mówię tak dlatego, że my, Palestyńczycy, doskonale ich znamy od lat... Po
          drugie, my doskonale wiemy o akcjach Izraelczyków skierowanych przeciw własnym
          rodakom". Inny Palestyńczyk Amer Hajatle dodał: "Trzeba zwrócić uwagę, kto na
          tych zamachach skorzysta. Odpowiedzieć łatwo: jest takie państwo na świecie.
          Proszę zwrócić uwagę na pierwsze komentarze w Jerozolimie. Oni jakby czekali na
          ten moment. Dla nich cały zamach był darem losu. Potraktowano nieszczęście
          innych narodów jako wielką premię... Powstaje też pytanie, co islam na samym
          zamachu mógłby zyskać? Odpowiedź brzmi: nic. A co Izrael na tej akcji mógłby
          uzyskać? Odpowiedź brzmi: bardzo dużo".

          Redakcja nie skontrowała tych opinii żadnym innym głosem. Tamara Szabanowicz
          wierzy, że są to opinie odosobnione.

          - Skąd się bierze zdolność tworzenia tak szalonych konstrukcji? - pytam.

          - Z poczucia krzywdy - odpowiada Tamara. - Krzywda potrafi być tak wielka, że w
          • 03.03.04, 23:19
            - Z poczucia krzywdy - odpowiada Tamara. - Krzywda potrafi być tak wielka, że w
            nieszczęściu człowiek zatraca siebie. Wiem, że Jaser Arafat potępił zamach, ale
            patrzyłam na Palestyńczyków z Zachodniego Brzegu radujących się z zamachu i
            myślałam, że to ludzie, których nieszczęście przekroczyło próg ludzkiej
            wytrzymałości. Radujących się nie było dużo. Ale przegrali własne dusze.

            Kto nie zna litości

            W gdańskim meczecie dostałem książeczkę ze zbiorem hadis, mądrości proroka
            Mahometa. Hadisy to druga, po Koranie, wykładnia wiary, podręcznik religii,
            prawa i etyki. Jest ich kilkaset tysięcy. - Może one pomogą panu nas zrozumieć -
            powiedziała Tamara Szabanowicz.

            "Droga do raju prowadzi pod osłoną mieczy".

            "Kto stanie do walki na ścieżce Boga, ten uczyni lepiej, niżby modlił się przez
            60 lat".

            "Męczennik za wiarę może od Boga oczekiwać siedmiu nagród: już za pierwszą
            przelaną krew wybaczone mu zostaną wszystkie grzechy, pokazane mu będzie
            miejsce, jakie czeka na niego w raju, ozdobiony zostanie szatą wiary, jego
            żonami zostaną 72 czarnookie hurysy, zaoszczędzone mu będzie cierpienie w
            grobie, chroniony będzie od największego strachu: ognia piekielnego, na głowie
            będzie nosił koronę dumy, w której jeden rubin znaczy więcej niż cały świat,
            będzie miał prawo wstawić się u Boga na Sądzie Ostatecznym za 70 swoich
            krewnych".

            "Kto wyszykuje wojownika, by walczył w imię Boga, ten sam walczy w imię islamu;
            kto otacza opieką wojownika, ten sam walczy w imię islamu".

            Ale Muhamad mówi, że dżihad to walka z samym sobą. I że Prorok powiedział
            również:

            "Każda wojna jest zwodnicza".

            "Niechaj nikt nie stoi bezczynnie, gdy niesprawiedliwie zabija się człowieka.
            Na każdego, kto widział, że jest to człowiek bezbronny, spadnie przekleństwo.
            Niechaj nikt z was nie stoi bezczynnie, gdy niesprawiedliwie biją człowieka. Na
            każdego, kto widział, że jest to człowiek bezbronny, spadnie przekleństwo".

            "- Czy chcecie, bym wam powiedział, kto z was jest najgorszy?

            - Powiedz nam, wysłanniku Boga....

            - Gorszy jest ten, kto nienawidzi ludzi i kogo ludzie nienawidzą. A
            chcielibyście wiedzieć, kto jest od nich gorszy? Ten, po kim nie można
            spodziewać się niczego dobrego, a przed jego złym charakterem nikt nie potrafi
            się obronić".

            "Kto nie zna litości dla ludzi, dla tego Bóg również nie zna litości".

            Tamara Szabanowicz czuje, że zamach połamał dusze polskich muzułmanów.

            - Boję się, że będą mnie pytać, czy się wstydzę - mówi. - Tak, wstydzę się,
            tylko czy wstyd to właściwe określenie moich uczuć? Wiem, że współczuję
            skrzywdzonym. Dla tych, co zabili, mam chyba litość. Ale nie wiem, czy to
            litość dla nich, czy dla ich rodzin, przyjaciół, nauczycieli. Być
            odpowiedzialnym za stworzenie takiego monstrum...

            I dalej: - Bez przerwy myślę o tych, którzy rzucali kamieniami. Odkąd pod
            meczetem stoi policja, jestem spokojniejsza. Ale jeśli sprawców złapią, jeśli
            będzie konfrontacja, jeśli poznam, że to ktoś z sąsiedztwa... co wtedy zrobię?
            Nie myślę o karaniu. Mam wielką potrzebę spotkać się z nimi, porozmawiać. Ale
            czy oni zechcą?

            Współpraca Sebastian Łupak

            Cytowane hadisy pochodzą z książki "Mahomet. Mądrości Proroka".
      • 20.03.04, 21:05
        Jaki wizerunek muzułmanów przekazują polskie media?

        Polski dziennikarz patrzy na islam

        Agata Skowron-Nalborczyk


        Do wydarzeń z 11 września ubiegłego roku islam i muzułmanie byli w polskich
        mediach tematem incydentalnym: pisano o nich przy okazji inwazji Iraku na
        Kuwejt w 1990 r. albo gdy talibowie zajęli Kabul w 1996 r. Rzadko był to
        wizerunek odpowiadający rzeczywistości, częściej zbitki klisz i błędów. Dziś
        jest inaczej, choć nie zawsze lepiej.


        Nigdy nie planowałam zająć się takim tematem. Lektura polskiej prasy i
        oglądanie TV dostarczyły jednak tylu impulsów, że nie mogłam pozostać obojętna.
        A zgromadzony materiał okazał się tak... interesujący, że na jego podstawie
        prowadzę dziś wykłady dla studentów arabistyki na temat obrazu muzułmanina i
        islamu w polskich mediach. Błędy merytoryczne czy brak podstawowej wiedzy są
        bowiem często tak niebywałe, że czasem zastanawiam się, czy sąsiadujący artykuł
        o genetyce pisano z podobną znajomością rzeczy.

        Kobieta muzułmańska

        Przed 11 września islam trafiał „na łamy” na ogół za sprawą tematu, który
        zawsze może liczyć na zainteresowanie czytelników, czy raczej czytelniczek.
        Chodzi o sytuację kobiety w społeczeństwie muzułmańskim, która, co ciekawe,
        interesuje Europejczyków od początku ich kontaktów z islamem. Już w
        średniowieczu chrześcijańscy teolodzy zwracali uwagę na rozpustne życie Proroka
        (tyle żon!) i folgowanie przezeń ludzkim słabościom w celu zdobycia wyznawców,
        np. przez zgodę na wielożeństwo. No i ten rozpalający zmysły obraz raju z
        hurysami dla zasłużonych! Mało kto wie, że dla kobiet także przewidziano
        pięknych młodzieńców, którzy mieli im usługiwać.
        Szczególnie od wieku XIX i jego romantycznych fascynacji wątki erotyczno-
        haremowe cieszyły się popularnością w literaturze i malarstwie. Przyczynę
        zwięźle ujął autor beznadziejnego tekstu o podróży do Iranu w „Życiu” (z 11
        września 1997) Edward Pyrek: seks to „taki ciekawy temat”. I jak malarze
        portretujący odaliskę w haremie mieli pretekst do malowania nagiej kobiety, tak
        piszący dziś o niedoli muzułmańskiej kobiety mogą przemycić kilka pobudzających
        zmysły czytelnika obrazków. Przykładem opis potajemnej prywatki w Iranie ze
        zmysłowymi tańcami i sposobami na zachowanie dziewictwa w nierzetelnym niestety
        tekście Marcina Mellera („Polityka” z 31 października 1998). Zdaniem autora
        Iran to kraj hipokrytów, młodzi Irańczycy prowadzą się dobrze tylko na pokaz,
        organizując narkotykowo-erotyczne przyjęcia. Tylko że taki tryb życia prowadzi
        jedynie grupa bogatszej młodzieży, a taką znaleźć można wszędzie. Z kolei Beata
        Pawlak, zajmując się przywróceniem małżeństwa czasowego w Iranie,
        pisze: „Małżeństwo tymczasowe wymyślili szyici u zarania islamu” („Magazyn GW”
        z 15 grudnia 1995). Tymczasem u zarania islamu nie było jeszcze szyitów, a ten
        rodzaj związku praktykowano powszechnie, póki nie został zakazany przez kalifa
        Omara (634–644) jeszcze przed politycznym sporem, w wyniku którego powstał
        podział na sunnitów i szyitów.
        Dużo w tekstach o kobiecie w islamie uogólnień. Podobno w Syrii „mężowie
        traktują swe żony bez szacunku. Biją je po twarzy, nakazują wykonywanie
        upokarzających czynności, np. czyszczenie ubikacji po jego w niej bytności” –
        pisze Ewa Kownacka („Kobieta i życie” z 24 lipca 1999). Mieszkałam w wielu
        domach syryjskich i nic takiego nie widziałam. Za to byłam świadkiem, jak mąż
        zmywał naczynia po posiłkach czy przynosił do domu zakupy. Kownacka pisze też,
        że w Syrii obowiązuje zwyczaj zasłaniania twarzy, co jest nieprawdą, cóż, że
        często powielaną. Z kolei Joanna Krupa („Kulisy” z 17 maja 2001) utrzymuje, że
        do śmierci Chomejniego Iranki mogły pokazywać jedynie oczy. Wystarczy obejrzeć
        zdjęcia z manifestacji w Teheranie za jego życia, by stwierdzić, że to
        nieprawda. Kobiety irańskie mają obowiązek zasłaniać tylko włosy. Co zabawne,
        podobne teksty ilustrowane są często zdjęciami kobiet z odsłoniętymi twarzami
        na ulicy – czy ich autorzy nie zdają sobie sprawy z tego, co widzą? Czy też tam
        nie byli?

        Islam winien wszystkiemu?

        Niezmiennie powtarza się też stwierdzenie, że kobiety w islamie nie mają
        żadnych praw, a religia zastępuje prawo. Jednak w świecie islamu prawo istnieje
        i ma swe instytucje, tylko jego źródłem nie są ustawy, lecz słowo Boga.
        Przepisy prawne odnoszące się do kobiet są czasem niezrozumiałe czy szokujące
        dla osób z zewnątrz (np. zeznanie jednego mężczyzny mogą podważyć zeznania
        dopiero dwóch kobiet). Jednak nie wszystkie te normy obowiązują jednakowo w
        całym świecie islamu. Niektóre kraje, np. Tunezja czy Turcja, przejęły
        częściowo prawodawstwo europejskie.
        Często islam traktowany jest niesłusznie jako jednolita całość, bez
        dostrzegania różnic między konserwatywną Arabią Saudyjską a zlaicyzowaną Syrią
        lub Tunezją. Powtarzającym się zabiegiem jest używanie zwrotu „w większości
        krajów muzułmańskich” czy „w świecie islamu”, które poprzedzają omówienie
        zjawiska charakterystycznego tylko dla jednego kraju. Podobnie poglądy
        obowiązujące w całym islamie prezentuje się zapatrywania jednego odłamu itd.
        Często też państwa muzułmańskie postrzegane są wyłącznie przez pryzmat islamu.
        Zestawienie „Prawa człowieka w krajach islamskich” („TP” z 3 lutego br.) omawia
        sytuacje w poszczególnych krajach, których jedyną cechą wspólną jest religia
        wyznawana przez większość mieszkańców. Tak jakby np. to, że w dyktaturze
        wojskowej, jaką jest Irak, nieprzestrzeganie praw człowieka było związane z
        islamem! Przecież państwa islamskie nie mają na to wyłączności; weźmy choćby
        niedawną sytuację w chrześcijańskim Chile czy afrykańskie dyktatury w państwach
        silnie schrystianizowanych, jak Zimbabwe, którego prezydent jest katolikiem.
        To islam obarczany jest jednak winą za wszystko, co złe w państwach
        muzułmańskich. Nie tylko za to, że mężowie biją żony, ale także za to, że młode
        matki ostro karzą dzieci w Algierii (Monika Słowakiewicz w „Magazynie GW” z 5-6
        grudnia 1997). Proszę wczytać się w taką oto notatkę: „Islamski zamach. 9 osób
        zginęło w niedzielę podczas wybuchu bomby w rzymskokatolickim kościele w
        Bangladeszu. Nie wiadomo, kto jest odpowiedzialny za zamach” („Życie” z 4
        czerwca 2001). Nie wiadomo, ale zamach był „islamski”?

        Pisać każdy może...

        Przykłady błędów można wyliczać w nieskończoność: polskiemu Tatarowi „na
        chrzcie nadano imię Szaban” („Rzeczpospolita” z 3 czerwca 1993), a „azan”
        (wezwanie do modlitwy) to ceremonia nadania dziecku imienia (Wiadomości KAI z
        23 listopada 2000)...
        Najbardziej jednak oburzają nie błędy, ale brak szacunku dla opisywanych ludzi.
        Przykładem wspomniany artykuł w „Życiu” o Iranie, w którym Edward Pyrek,
        popisując się niewiedzą (układ sur w Koranie kojarzy mu się ze stronami wierszy
        ks. Twardowskiego, a Persepolis to prehistoryczne ruiny) widzi jedynie podarte
        skarpetki u wychodzącego z meczetu (wszyscy Polacy mają skarpetki bez dziur,
        czyż nie?) i donosi, że Iran to kraj „frustracji seksualnej” (zresztą wszyscy
        Azjaci to według niego „sfrustrowani seksualnie mężczyźni”), a homoseksualizm
        jest na pograniczu z Pakistanem „czymś normalnym, codziennym, bo tradycyjnym”.
        Jest to obelga, gdyż w islamie homoseksualizm jest poważnym grzechem – co nie
        znaczy, że nie występuje. Autor tekstu, ponoć wytrawny podróżnik, nie zrozumiał
        różnicy dystansu w kontakcie ludzi Wschodu ze sobą – dotykanie, głaskanie jest
        oznaką sympatii i wyraża bliskość, a nie homoseksualne zamiary.
        Dalsze rady dla Polaków wybierających się do Iranu są żenujące: nie należy pani
        domu klepać po plecach (polski zwyczaj?), wwozić filmów por
        • 20.03.04, 21:07
          Dalsze rady dla Polaków wybierających się do Iranu są żenujące: nie należy pani
          domu klepać po plecach (polski zwyczaj?), wwozić filmów pornograficznych
          (ciekawy pogląd na temat zawartości turystycznego plecaka) i jeśli jest się
          kobietą, uważać, by nie zostać wziętą za seksualną modliszkę, bo Azjaci z
          chęcią „poddaliby się takiej konsumpcji”. Na list do redakcji ówczesny
          naczelny „Życia” odpowiedział, że są to opinie autora wysnute z
          jego „konkretnych obserwacji”, do których ma prawo. Zgoda, autor ma prawo
          napisać, co mu się podoba. Ale czy redakcja ma prawo drukować „opinie”, oparte
          na braku wiedzy?
          Inny przykład pochodzi z „Wprost” (z 22 marca 1998), gdzie w tekście Roberta
          Stillera można przeczytać zdania świadczące o „wyjątkowym” szacunku dla
          opisywanych ludzi: „Reszta muzułmaństwa, szczególnie arabskiego, to bierna i
          obojętna masa, która potrafi włączać się w akcje na zasadzie niszczącego
          motłochu, lecz z natury w nic się nie angażuje. Ryczą i mogą być niebezpieczni.
          Ale premedytacji mają w sobie tyle co powódź”. Tekst jest o tym, że kultura
          arabska nie wniosła nic oryginalnego do światowego dziedzictwa, a jedyne godne
          uwagi dzieło to „Księga tysiąca i jednej nocy”. Inny przykład, rekordowy jeśli
          chodzi o ilość błędów, to tekst „Postne obżarstwo. Ramadan, miesiąc pokuty i
          przebaczenia” („Polityka” z 10 stycznia 1998), gdzie Anna Mariańska twierdzi,
          że Ali, czwarty kalif prawowierny, był „dysydentem i twórcą szyizmu”, gdy odłam
          ten ukształtował się dopiero po jego śmierci. Autorka podważa sens ramadanu i
          nie pała sympatią do muzułmanów. Podobnie jak w wielu innych tekstach opisywani
          muzułmańscy goście kawiarni nie piją, lecz „chlipią” lub „siorbią”,
          zaś „wyszminkowane piękności”, czyli lokalne gwiazdy piosenki „zawodzą”.
          Czasownik ten jest popularny także u innych autorów, którzy używają go wobec
          muezzina i modlących się wiernych.

          Katolicy o „islamistach”

          O islamie można pisać w Polsce wszystko. Listy ze sprostowaniami pozostają
          często bez odpowiedzi. Tak było w przypadku serii listów w sprawie
          słowa „islamista”, które w języku polskim znaczy „znawca, badacz islamu”,
          natomiast np. w angielskim „fundamentalista muzułmański”. Od wojny w Zatoce
          (1990-91) dziennikarze, wzorując się na anglojęzycznych tekstach, stosują ten
          wyraz niezgodnie z polskim znaczeniem. Na listy w tej sprawie nie było żadnej
          odpowiedzi. Zareagował jedynie „TP” – i w tym czasopiśmie „islamista” pojawia
          się w złym znaczeniu tylko mniej więcej dwa razy do roku.
          Szczególnie oburzające jest milczenie autorów katolickiego programu „Czasy” po
          liście protestacyjnym, podpisanym m.in. przez dwoje profesorów i dwóch księży
          werbistów. Oto jesienią 2000 „Czasy” przedstawiły reportaż z Libanu, którego
          treść służyła udowodnieniu tezy zawartej w pierwszym zdaniu: „Trwa dramat
          chrześcijan Bliskiego Wschodu”. Według autorów „prześladowania chrześcijan
          rozpoczęto w VII w. i trwają do dnia dzisiejszego”. Tymczasem w VII w. zaczęły
          się wojny muzułmanów z Bizancjum, a najnowsze badania historyczne wykazują, że
          późniejsze prześladowania chrześcijan były lokalne i krótkotrwałe. Warto też
          zwrócić uwagę, że władcy muzułmańscy mieli chrześcijańskich poddanych, gdy
          chrześcijańscy nie mieli poddanych-muzułmanów, bo wyznawców islamu wypędzali,
          więc nie mieli kogo prześladować. Brak tu miejsca na szczegółowe omówienie
          błędów w tym reportażu. Powiedzmy tylko, że jako tło relacji z Libanu
          pokazano... Wielki Meczet Omajjadów w Damaszku.
          List protestacyjny dotarł do autorów programu, red. Tomasz Królak obiecał
          odpowiedzieć i do dziś – nic. Reportaż zawierał tak wiele typowych uogólnień
          (np. „chrześcijanie nie mogą obejmować żadnych stanowisk w rządzie”, gdy słynny
          Tarik Aziz, wicepremier Iraku, to chrześcijanin) i błędów w odniesieniu do
          relacji muzułmańsko-chrześcijańskich, że służy mi dziś jako pomoc naukowa w
          czasie zajęć ze studentami. Tylko gdzieś w duszy tli się żal, że to katolicki
          magazyn.
          Oczywiście nie wszystkie materiały w mediach o islamie prezentują taki poziom.
          Ukazują się teksty fachowców, ale nie tylko. Wyważony i prawdziwy obraz wojen
          krzyżowych kreślił ks. Jan Kracik („TP” z 18 lipca 1999). Dowodem, że można
          pisać rzetelnie, są Wojciech Jagielski i Olga Stanisławska z „Gazety
          Wyborczej”: wykazują się nie tylko wiedzą, ale i wyczuciem atmosfery świata
          muzułmańskiego, zaś Juliusz Urbanowicz z „Wprost” przed wyjazdem do Iranu
          kontaktował się ze specjalistami. Bez zarzutu jest ogół tekstów w „Newsweeku”,
          numery poświęcone islamowi „Znaku” czy „Jednoty”. Rzetelnie przygotowane teksty
          są też na ogół mniej sensacyjne. Cóż... Kiedy w ramach I Warszawskiego Tygodnia
          Wielokulturowego (maj 2001) omawiałam błędy w polskich mediach,
          dziennikarka „Wprost” zapytała: „Czy pani chce, żeby pisać
          tylko politycznie poprawne artykuły? Przecież takich nikt by nie chciał
          czytać!”.

          Po 11 września: lepiej, ale...

          Zamachy na USA zaowocowały w Polsce taką ilością materiałów na temat islamu, że
          choć pisali je wszyscy (od indologów po ekonomistów) i choć nie brakowało
          wpadek, to przynajmniej przyczyniły się do rozpowszechnienia się wiedzy w tej
          dziedzinie. W wywiadach wypowiadali się specjaliści czy polscy muzułmanie, a
          tematyka wykraczała poza typową dotąd zbitkę przemocy i erotyki.
          Paradoksalnym może wydawać się fakt, że mimo dalszego występowania tu i ówdzie
          stwierdzeń, że islam chce zniszczyć cywilizację zachodnią, a wszyscy muzułmanie
          są nietolerancyjni wobec chrześcijan, autorzy bardziej trzymają się faktów. I
          choć na początku dowodzono, że stosowanie przemocy jest integralną częścią
          islamu, to dziś bardziej podkreśla się jego zróżnicowanie, ukazuje tendencje
          modernistyczne i konieczność podejmowania dialogu międzyreligijnego. Widać też
          ton zrozumienia dla sytuacji islamu i społeczeństw muzułmańskich – oraz
          większego szacunku dla muzułmanów. Choć niewiedza objawia się nadal: w lutowym
          numerze „Znaku”, poświęconym pismom świętym wielkich religii, w imieniu islamu
          pisze członek sekty Ahmadijja – to tak, jakby za całe chrześcijaństwo
          wypowiadał się Świadek Jehowy.
          Ktoś może zapytać: czy warto zajmować się w Polsce negatywnym i stereotypowym
          wizerunkiem islamu i jego wyznawców? Otóż nie tylko warto, ale trzeba. Nie
          tylko dla prawdy. Na zachodzie Europy zrozumienie dla tego problemu jest dziś
          większe także dlatego, że rośnie tam liczba obywateli-
          -muzułmanów. Podejmuje się więc poważne prace badawcze i przygląda się
          podręcznikom szkolnym, gdyż wiele osób kończy zdobywanie wiedzy na szkole – a
          potem ogranicza się do mediów. Negatywny obraz muzułmanina owocować może tam
          wrogością do kolegi z klasy czy sąsiada.

          Autorka jest iranistką i arabistką, doktorem w Zakładzie Islamu Europejskiego
          Instytutu Orientalistycznego Uniwersytetu Warszawskiego, stypendystką Instytutu
          Janineum i Fundacji Arabistycznej im. A. Czapkiewicza.

          źródło: Tygodnik Powszechny Nr 37 (2775), 15 września 2002
          www.tygodnik.com.pl/numer/277537/skowron.html
      • 20.03.04, 21:38
        Polecam wam raport na temat wiedzy Polaków o mniejszościach wyznaniowych. Oto
        link:
        sekty.sluzew.dominikanie.pl/opinie/s1-obop2.html
        A tutaj kilka informacji z tego raportu dotyczących muzułmanów:

        - W Polsce, poza katolikami, są także wyznawcy innych religii. Czy zna Pan(i)
        kogoś, kto jest innego wyznania niż katolickie?
        a więc jakiegoś muzułmanina zna tylko 3% Polaków

        - w pytaniach o odczucia względem religii dominuje brak opinii. I tak
        muzułmanów za:
        + tolerancyjnych uważa 4%, nietolerancyjnych 20%
        + wykształconych 2%, niewykształconych 11%
        + przyjaznych 5%, nieprzyjaznych 13%
        + podporządkowanych własnym przywódcom 23%, niepodporządkowanych własnym
        przywódcom 2%
        + uczciwych 6%, nieuczciwych 7%
        + stwarzających zagrożenie dla społeczeństwa 10%, niestwarzających
        zagrożenie dla społeczeństwa 12%
        + Ulegających przesądom 12%, nieulegających przesądom 4%

        (Badanie zostało przeprowadzone w dniach 15 - 17 maja 1999 r. na
        reprezentatywnej, losowej próbie mieszkańców Polski powyżej 15-tego roku życia.
        Zrealizowano 1041 wywiadów. Maksymalny błąd statystyczny dla takiej wielkości
        próby wynosi +/-3,0%)
      • 22.03.04, 18:18
        Tomasz Miśkiewicz - muftim polskich wyznawców islamu

        Tomasz Miśkiewicz z Białegostoku został pierwszym po wojnie muftim
        Muzułmańskiego Związku Religijnego (MZR) w RP, najważniejszej organizacji
        polskich wyznawców islamu. Mufti jest jednocześnie przewodniczącym Związku.

        Wyboru dokonał 15. nadzwyczajny kongres MZR w RP, który w sobotę wieczorem
        zakończył się w Suchowoli (podlaskie).

        Tomasz Miśkiewicz jest imamem (muzułmańskim duchownym), dotychczas był
        przewodniczącym Rady Imamów w RP. Na stanowisku przewodniczącego zastąpił
        Stefana Koryckiego, który kierował Muzułmańskim Związkiem Religijnym w RP od
        marca 2001 roku, ale zrezygnował ze względu na stan zdrowia.

        "Reaktywowaliśmy stanowisko muftiego, jako przewodniczącego organizacji.
        Przysługuje ono jedynie duchownym. Gdyby nie było kandydata spełniającego
        potrzebne kryteria, przewodniczący nadal byłby przewodniczącym, a nie muftim" -
        powiedział PAP wiceprzewodniczący Najwyższego Kolegium MZR w RP, Józef
        Konopacki.

        Przewodnicząca gminy muzułmańskiej w Bohonikach Mirosława Korycka podkreśliła,
        że to pierwszy mufti polskich wyznawców islamu od II wojny światowej. Jak
        wyjaśniła, wcześniej można było go wybrać, ale nie było odpowiednich kandydatów.

        Głównym powodem zwołania kongresu była konieczność zatwierdzenia projektu nowej
        ustawy o stosunku państwa do MZR w RP, nowelizującej przedwojenne przepisy z
        1936 roku.

        Kongres zatwierdził projekt umowy z rządem w tej sprawie, co oznacza, że rząd
        gotowy dokument będzie mógł skierować na parlamentarną ścieżkę legislacyjną.
        Polscy muzułmanie liczą, że ustawę uchwali jeszcze parlament tej kadencji.

        Jak powiedział Konopacki, nowa ustawa reguluje wszystkie ważne kwestie
        społeczności muzułmańskiej w Polsce, m.in. sprawy majątkowe, sprawę dni wolnych
        od pracy i nauki czy muzułmańskiego duszpasterstwa (imamatu) w Wojsku Polskim.

        Do tej ustawy dopasowany jest też nowy statut Muzułmańskiego Związku
        Religijnego, który został w czasie kongresu zatwierdzony.

        MZR w RP istnieje od osiemdziesięciu lat, liczbę swoich członków ocenia na 5
        tys. osób, to przede wszystkim polscy Tatarzy, choć ostatni spis powszechny
        wykazał ich dużo mniejszą liczebność.

        Jest organizacją apolityczną, zajmuje się organizowaniem życia religijnego
        polskich wyznawców islamu, skupionych w gminach muzułmańskich w Białymstoku
        (gmina białostocko-kruszyniańska), Bohonikach, Warszawie, Gdańsku i Gorzowie
        Wielkopolskim.

        W Bohonikach i Kruszynianach są jedyne w Polsce zabytkowe meczety i dwa z
        czterech zabytkowych mizarów, czyli muzułmańskich cmentarzy. Przedstawiciele
        związku działają w Radzie Wspólnej Katolików i Muzułmanów, która nie ma swego
        odpowiednika w Europie.

        Związek zajmuje się m.in. organizacją lekcji religii dla dzieci wyznawców
        islamu, prowadzi też działalność wydawniczą.

        źródło: onet.pl, PAP, JP /2004-03-21
        • 27.03.04, 00:47
          Mamy muftiego!

          Polscy muzułmanie po 60 latach mają swego muftiego. Został nim dotychczasowy
          imam gminy białostockiej Tomasz Miśkiewicz.

          Mufti jest autorytetem religijnym u muzułmanów sunnitów, który oprócz pełnienia
          funkcji duchownego zajmuje się wykładnią prawa koranicznego.

          Poprzedni mufti - Jakub Sienkiewicz - wyemigrował z Polski pod koniec II wojny
          światowej. Teraz Miśkiewicza wybrali na tę funkcję członkowie Muzułmańskiego
          Związku Religijnego w RP - największej i najstarszej organizacji polskich
          wyznawców islamu, zrzeszającej pięć tysięcy członków, głównie polskich
          Tatarów. - Bardzo się cieszymy, że wreszcie mamy muftiego. Dotychczas nie
          mogliśmy go wybrać, bo brakowało odpowiedniego kandydata - mówi Józef Konopacki
          z MZR.

          Najważniejszy muzułmanin w Polsce ma 26 lat, pochodzi z Suchowoli na Podlasiu.
          Jest polskim Tatarem. Tomasz Miśkiewicz odebrał bardzo staranne wykształcenie
          koraniczne. Przez ponad dziesięć lat kształcił się za granicą - w Syrii,
          Sudanie oraz Arabii Saudyjskiej, gdzie ukończył teologię. Mówi płynnie po
          arabsku. Oprócz funkcji muftiego będzie równocześnie przewodniczącym MZR. W
          skład związku wchodzi siedem gmin: w Bohonikach i Kruszynianach na Podlasiu, a
          także w Białymstoku, Warszawie, Gdańsku, Poznaniu i Gorzowie.

          źródło: metro, greg 24-03-2004
      • 26.04.04, 23:20
        Półksiężyc nad Wiertniczą

        Religię wyznaje się z potrzeby ducha, a nie w akcie solidarności z Arafatem.


        Po 11 września 2001 roku z ulicy Wiertniczej w Warszawie do dzielnicowej
        komendy policji zaczęły napływać dziwne doniesienia. Arabskich imigrantów
        idących na modlitwę do meczetu podejrzewano o związki z fundamentalistycznymi
        ugrupowaniami islamskimi. - Sąsiedzi podnieśli alarm, że niby Arabowie
        opanowali dzielnicę - mówi Emir Popławski, przewodniczący warszawskiej gminy
        muzułmańskiej. Wyznawcy islamu z Warszawy nie łączą swej religii z polityką -
        to niemuzułmanie mają tendencję do kojarzenia jej z talibami i płonącymi
        szczątkami World Trade Center. - Podstawową wspólnotą, w której żyją wyznawcy
        islamu, jest społeczność muzułmańska. W naszych kontaktach rozmowy na tematy
        polityczne są rzadkością, bo to nie ma znaczenia dla naszego życia religijnego -
        wyjaśnia Maciej Abdullah Kochanowicz, socjolog i podróżnik, nawrócony w czasie
        studiów. Nie ma potrzeby walki ze stereotypami, opinia innych go nie
        interesuje: W swojej religijności odnoszę się tylko do Boga. I do nikogo
        więcej.

        Polskich muzułmanów przybywa i wiąże się to nie tylko z napływem imigrantów z
        krajów arabskich. Niektórzy Polacy wychowani w katolickich rodzinach, wrośnięci
        w polską kulturę i obyczajowość - wybierają islam.


        I wtedy zrozumiałem

        Kiedy nawraca się dorosły człowiek, trudno mówić o nagłym olśnieniu. To raczej
        stopniowy proces obejmujący zarówno wzrost religijnego zaangażowania, jak i
        zgłębianie wiedzy na temat islamu. Piotr Ibrahim Kalwas nawrócił się po
        przeczytaniu Koranu. Swą drogę do islamu opisał w powieści "Salam" łączącej w
        sobie elementy autobiografii i reportażu z podróży po krajach muzułmańskich. -
        Zwykle człowiek przyjmujący inną wiarę niż ta, w której się wychował, ma dużo
        do zarzucenia związanej z nią kulturze. Mnie w krajach islamskich podoba się
        to, że tam wszystko jest podporządkowane duchowości - mówi pisarz. Długo szukał
        swojej drogi - był punkiem, pisał scenariusze do "Świata według Kiepskich".
        Zawsze szedł pod prąd. - Wielu jest ludzi, którzy dawniej byli punkowcami, a
        potem się nawrócili. Malejonek wybrał chrześcijaństwo, a ja - islam.
        Poszukiwania muzyczne sprawiły, że zainteresowali się kulturami
        pozaeuropejskimi, które zdaniem Kalwasa są bardziej nasycone duchowością. -
        Religijność Zachodu ogranicza się do form - twierdzi.

        Środowisko laickie jest bardziej otwarte i łatwiej akceptuje wyznawców islamu.
        Rodzice Mohammeda, studenta egiptologii, który przyjął islam jako
        szesnastolatek, pozostawili mu wolną rękę w kwestiach religii. - Nie byłem
        ochrzczony. Kiedy zdecydowałem się przyjąć islam, rodzice mi pogratulowali. W
        jego przypadku fascynacja islamem była konsekwencją zainteresowania kulturą
        Egiptu. Dopiero po nawróceniu pojął istotę religii jako takiej: Wtedy
        zrozumiałem, o co chodzi w chrześcijaństwie. W mniej komfortowej sytuacji jest
        Jarek wywodzący się z katolickiej, konserwatywnej rodziny. Utrzymuje dobre
        stosunki z rodzicami, o ile nie rozmawiają o religii. - Oczywiście jestem
        obecny w domu podczas katolickich świąt, ale ich nie obchodzę - mówi. - To
        zresztą Koran nakazuje mi kochać i szanować rodziców bez względu na różnice
        wyznaniowe między nami.


        Czciciele Słońca obwieszeni granatami

        Mohammed i jego znajomi przeprowadzili ankietę na temat islamu pod bramą
        Uniwersytetu Warszawskiego - od wychodzących z kam-pusu studentów dowiedzieli
        się m.in., że muzułmanie są czcicielami Słońca i oddają hołd świętemu
        kamieniowi Kaaba. - Takie błędy zdarzają się nawet w książkach poważnych
        profesorów. Próbujemy to zmieniać przez odczyty, szkolenia, publikacje -
        wyjaśnia Mohammed i zapowiada, że w tym roku ruszy w nowej formule pismo "Świat
        Islamu", dotąd adresowane tylko do Tatarów.

        Osoby zainteresowane przyjęciem islamu także często posługują się stereotypami.
        Jarek twierdzi, że niektórzy sugerują się medialnym wizerunkiem muzułmanów i
        przychodzą do meczetu w przekonaniu, iż spotkają tam obwieszonych granatami
        terrorystów. - Chrześcijanie szukają wyżycia się w anarchizmie i w innych
        alternatywnych prądach. Islam traktują jak jeden z nich - twierdzi. Islam
        przyciąga młodych buntowników, bo kojarzy im się z antyglobalizmem i niechętnym
        stosunkiem do USA. Obawa przed takimi "nawróceniami" powoduje, że nie wszyscy
        polscy muzułmanie patrzą z aprobatą na działalność wyznających islam hip-
        hopowców Włodiego i Eldo. - W tym, co robią, jest więcej serca niż wiedzy, to
        nie jest działalność pochwalana przez islam jako taki - mówi jeden z moich
        rozmówców. Mohammed dodaje: Nie tędy droga. W tak delikatnych kwestiach jak
        religia lepiej nie stosować rozwiązań inwazyjnych. Są wykłady i tak dalej.
        Działalność raperów pochwala w pełni Piotr Kalwas - wychodząc z założenia, że
        chłopaki nie szerzą wiedzy o islamie jako religii, ale nawołują do bycia
        dobrymi ludźmi: W ich muzyce występują tylko delikatne wątki muzułmańskie, ale
        wzbudzają ciekawość, pokazują coś dobrego.


        Wątpliwości neofity

        Każdy, kto chce przyjąć islam, chodzi do meczetu na kursy obejmujące naukę
        arabskiego i lekturę Koranu. Do niedawna problem stanowiły młode kobiety, które
        przyjmowały tę religię przed planowanym ślubem z Arabem. Dziś przybywa kobiet
        nawracających się z własnej woli i niemających w najbliższej perspektywie
        zamążpójścia. - Zawsze tłumaczyłem - wspomina Emir Popławski opiekujący się
        nowo nawróconymi - żeby się zastanowiły, bo życie kobiet w krajach
        muzułmańskich różni się od ich życia tutaj.

        Niektórzy boją się dyskryminacji, ale polskich muzułmanów ten problem rzadko
        dotyka, a jeśli już się coś takiego zdarza, na ogół wynika to z niewiedzy, a
        nie z nienawiści. Bądź co bądź, w Polsce islam nie jest nowością. - W małych
        miejscowościach, zamieszkanych po części przez Tatarów, islam nie budzi
        sensacji - mówi Emir Popławski. W Kruszynianach, gdzie jeden z najstarszych w
        Polsce meczetów sąsiadował z zabytkową cerkwią, w okresie Bożego Narodzenia
        katolicy, prawosławni i wyznawcy islamu obchodzą potrójne święta wraz z
        sąsiadami. W wielkiej Warszawie bywa różnie. - Zdarzało się, że ktoś pytał,
        dlaczego Polak przyjmuje islam. Nawet w środowisku studenckim traktuje się to
        jak przejaw ekscentryzmu - mówi Maciej Kochanowicz.

        Nawracający się na islam podporządkowują religii całe życie: godzą się na
        abstynencję alkoholową, rezygnują ze spożywania wieprzowiny, przyjmują
        obowiązek modlenia się pięć razy w ciągu dnia. Od żadnej z tych reguł nie ma
        odwołania. - Głębię wiary odczuwam przez cały czas - przyznaje Piotr Kalwas. -
        W islamie wszystko jest podporządkowane religii: jedzenie, spanie, ubiór, seks.
        Przestrzeganie zasad to sprawa indywidualna. Islam nie jest monolitem i w
        każdym kraju muzułmańskim występują w tym zakresie inne wymagania. Jak mówi
        Mohammed, w Europie często się o tym zapomina - wiele krzywdzących stereotypów
        powstaje nie w związku z islamem jako religią, ale właśnie z obyczajami
        poszczególnych kultur w łonie islamu. - Obok zasad religii istnieje tradycja
        lokalna - nie islamska, lecz muzułmańska. Są takie społeczności muzułmańskie,
        które żyją na poziomie europejskiego średniowiecza. To trzeba zmienić.


        Raj prawie idealny

        Piotr Kalwas lepiej czuje się w krajach muzułmańskich. Inaczej niż Mohammed,
        który uważa, że pewnych różnic przeskoczyć się nie da. - Tu czuję się dobrze,
        choć bliżej mi do muzułmanów z innych krajów niż do polskich katolików.
        Chciałbym być archeologiem orientalistą, ale nie widzę potrzeby zrywania z
        Polską. W krajach arabskich nie jest idealnie, bo ludzie wszędzie są tacy sami.
        Są nierówności społeczne i inne znane nam problemy - twierdzi. Choć mieszkańcy
        tych krajów są otwarci i życzliwi w stosunku do wyznawców islamu z Europy, a
        muzułmanie imigranci, którzy przychodzą do warszawskiego meczetu, odnoszą się
        do swoich polskich współwyzna
        • 26.04.04, 23:29
          Raj prawie idealny

          Piotr Kalwas lepiej czuje się w krajach muzułmańskich. Inaczej niż Mohammed,
          który uważa, że pewnych różnic przeskoczyć się nie da. - Tu czuję się dobrze,
          choć bliżej mi do muzułmanów z innych krajów niż do polskich katolików.
          Chciałbym być archeologiem orientalistą, ale nie widzę potrzeby zrywania z
          Polską. W krajach arabskich nie jest idealnie, bo ludzie wszędzie są tacy sami.
          Są nierówności społeczne i inne znane nam problemy - twierdzi. Choć mieszkańcy
          tych krajów są otwarci i życzliwi w stosunku do wyznawców islamu z Europy, a
          muzułmanie imigranci, którzy przychodzą do warszawskiego meczetu, odnoszą się
          do swoich polskich współwyznawców z sympatią, to raczej trzymają się razem. -
          Czasami przywożą dziwne zwyczaje, niemające związku z religią, i twierdzą, że
          taki związek istnieje - mówi Jarek. Ale te "dziwne zwyczaje" niektórych
          wyznawców islamu nie mają nic wspólnego z zagrożeniami, jakich obawiają się
          Europejczycy. Wbrew temu, co niektórzy sądzą, nie ma u nas radykalnych
          fundamentalistów. - Właściwie są, ale tacy, którzy chcieliby realizować
          radykalne idee pokojowymi środkami, a nie tacy, którzy robiliby to przy
          zastosowaniu przemocy - uważa Mohammed.

          W naszym kraju działa Polski Związek Studentów Muzułmańskich i Związek
          Muzułmanów Polskich. Organizacje te wydają czasopisma poświęcone islamowi i
          sprawom polskiej wspólnoty muzułmańskiej. Wiele inicjatyw związanych z
          rozpowszechnianiem nauk islamu wychodzi z meczetu na Wiertniczej. To nie jest
          wbrew pozorom walka o akceptację. - W islamie jest miejsce dla przekazywania
          innym wiedzy o religii, ale to nie służy przełamywaniu stereotypów - mówi
          Maciek Kochanowicz. - Jeśli człowiek ma poczucie, że ma coś, co jest piękne,
          chęć podzielenia się tym jest czymś naturalnym.



          Karolina Wasielewska, gazeta studencka
      • 11.10.04, 22:37
        As-Salam - czasopismo o tematyce muzułmańskiej

        www.tstefan.telprojekt.pl/As-Salam/aktualnosci.html
      • 20.01.05, 18:55
        Euroislam

        rozmawiał: Dawid Warszawski 16-07-2004 , Gazeta Wyborcza


        W islamie trzeba oddzielić religię od państwa, tak jak to zrobiło
        chrześcijaństwo - mówi imam Selim Chazbijewicz

        Dawid Warszawski: Panie imamie, jesienią zeszłego roku na uroczystości żałobnej
        w warszawskiej synagodze po zamachu terrorystycznym na synagogę w Stambule
        odczytano Pański list. Napisał Pan w nim, że społeczność muzułmańską toczy rak
        terroryzmu i że prosi ona o pomoc w walce z nim. Dlaczego jest to rak? Dlaczego
        nie mają racji ben Laden i jego duchowni poplecznicy, którzy twierdzą, że to
        właśnie jest islam?

        Imam Selim Chazbijewicz: - Mordercy nie mogą mieć racji. Ale część muzułmanów
        wpadła w pułapkę lęku przed Europą i kompleksu Europy równocześnie. Terroryzm
        jest zarazem kalką europejskich zachowań, zresztą wszystkie ruchy i ideologie
        polityczne w islamie zrodzone w wieku XX są takimi kalkami. Element przemocy
        był jednak w islamie zawsze obecny. Nie wiem, czemu to przypisać.
        Powiedziałbym: charakterowi narodowemu Arabów, ale nie mam zamiaru obrażać
        narodu ani kultury, która składa się na kulturę muzułmańską, a więc również w
        pewnym sensie moją. Mówię w pewnym sensie, bo jestem również, czy może nawet
        bardziej, przynależny do kultury europejskiej, jestem euromuzułmaninem. Jednak
        w islamie zawsze były takie skrajności. Poczynając od sekty azrakitów, która
        już w niecałe sto lat po śmierci proroka Muhammada mordowała wszystkich, którzy
        nie wyznawali jej poglądów, a zwłaszcza tych muzułmanów, których uznała za
        niewiernych. Może to kwestia wieku? Islam jest najmłodszym monoteizmem. Ale
        myślę, że tak naprawdę główną rolę odgrywa tu brak ewolucji doktryny. Azrakici
        i im podobni byli marginesem, ale w islamie nastšpiło w średniowieczu
        zatrzymanie naturalnego rozwoju teologicznego.

        Dlaczego islam bardziej bał się zmiany doktryny niż chrześcijaństwo czy
        judaizm?

        - Zwolennicy zmian w islamie przegrali. Judaizm był w sytuacji swoiście
        komfortowej, bo przez dwa tysiąclecia nie sprawował władzy politycznej. W
        chrześcijaństwie z kolei dość wcześnie nastąpiło oddzielenie religii od
        państwa. Natomiast państwa muzułmanów pozostały islamskie, teologia była
        podstawą polityki, a państwo musiało dbać o własne interesy i przejęło kontrolę
        nad teologiš. Islam jest religią oraz systemem kulturowym czy cywilizacyjnym, a
        więc ideowym, ideologia zaś musi podlegać modyfikacjom. Próbowano to zatrzymać
        sztucznie i stąd jest tak, jakby ktoś chodził w przyciasnym ubraniu.

        Czyli religijne uzasadnienie terroryzmu w islamie jest anachronizmem?

        - Po części tak. Ja myślę, choć bywałem za to atakowany, że cywilizacja
        muzułmańska powinna rozwijać się w zupełnie inny sposób. Tak twierdził krymski
        Tatar Ismail Gaspriński, wielki reformator, który żył w latach 1856-1914. W
        latach 80. XIX wieku wydawał czasopismo, które się nazywało "Terdżuman", co w
        języku tatarskim znaczy tłumacz. Chodziło mu o tłumaczenie jednej kultury na
        drugą. Pismo miało za zadanie przybliżać narodom Wschodu cywilizację Europy. Z
        czasem "Terdżuman" stał się najbardziej poczytnym pismem na Bliskim Wschodzie,
        docierał do Indii, Persji, oczywiście Turcji. Był tam najbardziej opiniotwórczą
        gazetą. Koncepcja Gasprińskiego znalazła kontynuatorów. Wyrosła z niej cała
        reforma turecka i przeprowadzona potem przez Atatürka laicyzacja państwa.

        Ale to zrobiło państwo, nie religia.

        - To zrobili ludzie wychowani w islamie, którzy chcieli oddzielić religię od
        państwa. Ich dzieło należy kontynuować: islam powinien mieć swoją głęboką
        odnowę na wzór chrześcijańskiej. Z tą koncepcją walczą ortodoksi skrajni,
        nazywani fundamentalistami. Chcą przywrócić państwo muzułmańskie, choć bardzo
        wielu uczonych wątpi, czy takie państwo kiedykolwiek istniało w takim
        znaczeniu, jakie dzisiaj mu się nadaje. Ja sam zaś jestem głęboko zafascynowany
        tymi reformami i ruchem młodotureckim w ogóle.

        Ale poza Turcją to się nigdzie nie dokonało. Mało tego, ten odłam opinii
        muzułmańskiej, który najgłośniej słychać dzisiaj, pewnie w Panu upatrywałby
        odszczepieńca, kapitulanta czy wręcz zdrajcy. Na ile to, co Pan mówi, jest
        reprezentatywne dla współczesnej opinii islamskiej?

        - Niewątpliwie "moderniści" muzułmańscy, zwolennicy przemian, okcydentalizacji,
        są obecnie w mniejszości. A już na pewno są mniej słyszalni. Ich poglądy
        podziela większość polskich Tatarów. Na świecie niewątpliwie myślą w ten sposób
        elity tureckie, a sądzę, że również spora część elit irańskich, którym obecny
        reżim został narzucony. Iran by się bardzo szybko zeuropeizował, gdyby ten
        reżim pękł. Myślę, że podobny proces zaczął się już w Pakistanie, choć nie jest
        kontynuowany. Tak samo w Malezji, już nie mówiąc o muzułmanach europejskich.
        Muzułmanie po prostu nie zdołali wykształcić odpowiednich elit. Kształcili je
        świadomie muzułmanie rosyjscy, ale zniszczyli je bolszewicy. Powstała tam młoda
        inteligencja nastawiona nacjonalistycznie i laicko, ale została wymordowana.
        Muzułmanie w wieku XX niemal nie mieli przyzwoitych przywódców politycznych,
        Arabowie zaś to w ogóle tragedia pod tym względem.

        Czy islam bośniacki odegrał tu jakąś rolę? Czy ludobójstwo Bośniaków wpłynęło
        na obraz Europy w oczach muzułmanów?

        - Niewątpliwie bośniaccy muzułmanie patrzą dziś na Europę nieufnie. Mam stamtąd
        krewnych. Nie wybrali azylu w Turcji czy w krajach arabskich, tylko żyją w
        Danii i tam się naturalizują. Mimo wszystko wybrali kulturę europejską.

        Upatruję odnowy islamu w europeizacji, okcydentalizacji. Dobrze rozumianej, nie
        chodzi o hamburgery i coca-colę, tylko o system szkolnictwa, który byłby w
        stanie wytworzyć całkiem nowe elity intelektualne, pozbawione kompleksu wobec
        Europy i partnerskie wobec niej - jak Japończycy. Na razie partnerstwa nie ma,
        trwa walka, nienawiść połączona z kompleksem.

        Na specyfikę wewnętrzną islamu, o której Pan mówił, nakłada się też trwający
        już sto lat konflikt polityczny w Izraelu/Palestynie.

        - Tutaj dopiero młode pokolenie, po obu stronach, ma szanse cokolwiek zrobić.
        Te narody muszą jakoś koegzystować. Niewątpliwie powinno powstać jakieś państwo
        palestyńskie, chociaż nie wiem, czy nie byłoby tworem w pewnym sensie
        sztucznym. Musiałoby żyć z dotacji krajów naftowych, bo żadnych bogactw
        naturalnych tam nie ma. Arafat przechodził już tyle metamorfoz, że nie wydaje
        mi się wiarygodnym rozmówcą. Zaczynał w organizacji Braci Muzułmańskich, potem
        był marksistą, potem znowu się deklarował jako muzułmanin, jeszcze był po
        drodze socjalistą. Arafat za długo chce rządzić. Kiedyś trzeba oddać władzę
        młodszym, sprawniejszym, bardziej wykształconym.

        Niedawno wrócił Pan z Izraela. Jakie wrażenia?

        - Pozytywne. Jest to po prostu dobrze zorganizowany kraj. Widać dbałość Żydów o
        ten kraj, ich bezinteresowną doń miłość. Jest tam jednak wszędzie widoczne
        napięcie. Jak się wchodzi do sklepu, do kawiarni czy na pocztę, wszędzie są
        bramki, trzeba pokazywać, co się ma w torbie. Atmosfera jest prawie wojenna,
        ludzie z bronią na ulicach. Zarazem bardzo rzuca się w oczy wzajemne
        odgrodzenie się obu społeczeństw: w Jerozolimie w dzielnicy żydowskiej nie
        widać Arabów, a Żydzi z kolei prawie nie wchodzą do dzielnicy arabskiej.

        Czy zgodziłby się Pan na kompromis w sprawie miejsc świętych?

        - Myślę, że można by się porozumieć. Trzeba jednak rzeczywiście dobrej woli obu
        stron, z wykluczeniem ekstremistów. Tymczasem widziałem po stronie żydowskiej
        złotą menorę przygotowaną do wniesienia do świątyni, która miałaby stanąć na
        Wzgórzu Świątynnym, gdzie dziś jest meczet al Aksa i Kopuła Skały. Niemniej
        Abraham i Salomon są również czczeni przez muzułmanów - jako Ibrahim i Sulejman.

        Muzułmański Związek Religijny w Polsce zajmuje w świecie muzułmańskim dość
        nietypowe stanowisko w sprawie konfliktu wokół wypowiedzi muftiego Jakuba
        Szynkiewicza.

        - W 1932 roku mufti Szynkiewicz był w Jerozo
        • 20.01.05, 18:56
          - W 1932 roku mufti Szynkiewicz był w Jerozolimie na światowym kongresie
          muzułmańskim. W wywiadzie dla jednej z tamtejszych gazet żydowskich powiedział,
          że Żydzi mają prawo do stworzenia własnego państwa w Palestynie. Miał bardzo
          szerokie horyzonty.

          Jak to zostało przyjęte?

          - Bardzo niedobrze. Ówczesny przywódca muzułmanów palestyńskich mufti Hadż al
          Huseini miał do niego pretensje o tę wypowiedź. Ale Tatarzy polscy, polscy
          muzułmanie nigdy nie byli antyżydowscy.

          Czy to wpłynęło na stosunek innych muzułmanów do polskich Tatarów?

          - Być może, choć przed II wojną cały konflikt żydowsko-palestyński nie był tak
          nagłaśniany, więc i wypowiedź muftiego Szynkiewicza nie stała się wielką
          sensacją. Po wojnie zaś powstała dla nas zupełnie inna sytuacja, bośmy się
          stali w Polsce malutką mniejszością, całkowicie odciętą od wpływów i kontaktów.
          Mufti Szynkiewicz, uciekając przed Armią Czerwoną, wyjechał do Egiptu, a potem
          do USA, gdzie zmarł.

          Zapewne z muftim i z Panem nie zgodziłby się w sprawie Izraela/Palestyny ani w
          żadnej innej poznański imam Ammar, deportowany z Polski.

          - Wolałbym, żeby mnie w ogóle z nim nie łączyć. My z takimi ludźmi nie mamy nic
          wspólnego.

          Dlaczego?

          - Tak jak Polak katolik różni się od katolika Irlandczyka, Hiszpana, tak polski
          Tatar różni się w sposób istotny kulturą, tradycją, wychowaniem, wszystkim, od
          muzułmanina z Jemenu. Wspólna jest podstawa religii, ale ona nie jest tak
          szeroka, by stawiać tu znak równości. Sposób myślenia tego pana jest mi
          całkowicie obcy i mam nadzieję, że obcy pozostanie, mimo że podczas modlitwy
          wykonujemy te same rytualne gesty. On zresztą, wbrew temu, co pisały media, nie
          był duchownym. W islamie nie ma duchownych. Jest gmina muzułmańska w Poznaniu i
          on tam prowadził modlitwy, ale równie dobrze mógłby je prowadzić ktoś inny.
          Nasi imamowie nie przypominają księży, już raczej rabinów. Czytałem wywiad z
          tym panem w "Dzienniku Bałtyckim" - to było żenujšce. Jego interpretacja islamu
          to populizm z elementami socjalizmu i dużą dozą totalitaryzmu. Nie chciałbym
          żyć w państwie, którym rządziliby tacy ludzie.

          Czy upatrywałby Pan w reakcji władz polskich czy polskiej opinii publicznej na
          tę sprawę rasizmu, dyskryminacji?

          - Nie. Ja bym sam go wydalił. Władze polskie zareagowały najlepiej jak mogły,
          zanim się stało coś złego. Jest zresztš jeszcze paru ludzi w Polsce, których
          trzeba by potraktować tak samo.

          To, co Pan mówi, pokazuje specyfikę polskiego islamu, islamu polskich Tatarów.

          - Polscy Tatarzy to nie jest cały polski islam: sąš jeszcze grupy młodsze,
          Arabowie, jak pan Ammar, i konwertyci, często szczególnie radykalni. Niewiele
          mamy z nimi wspólnego. Polscy Tatarzy są grupą etniczną żyjącą na obszarze
          Rzeczypospolitej już od sześciuset lat. Przywędrowali mniej więcej w drugiej
          połowie wieku XIV. Turcy osmańscy i Tatarzy krymscy zarzucali polskim Tatarom,
          że walczą w armii koronnej przeciw swoim pobratymcom. Oni zaś odpowiadali: ani
          Bóg, ani Prorok nie każe wam napadać na Polaków i Litwinów, i my was zwalczamy
          jako bandytów, a nie współwyznawców. Dokładnie to samo można by odnieść do
          czasów współczesnych.

          Rozmawiamy w Sandomierzu 14 czerwca, na zakończenie zwołanej przez lokalną
          organizację Ekosan konferencji, w której uczestniczyli polscy muzułmanie,
          katolicy i Żydzi. Czy możliwa jest kontynuacja takiego dialogu w Polsce i poza
          Polską?

          - Sądzę, że będzie wielu przeciwników, ale ten dialog powinien być
          kontynuowany. Uczmy się na przykładzie ruchu paneuropejskiego. Jeszcze 50 lat
          temu uważano jego entuzjastów prawie za szaleńców, a dzisiaj mamy zjednoczoną
          Europę. Mam nadzieję, że tak będzie również z naszym dialogiem. Obecnie uważani
          za szaleńców, zdrajców czy odszczepieńców, będziemy kiedyś postrzegani jako
          prekursorzy tego, co wszyscy wówczas uważać będą za normalne: pokojowej
          koegzystencji, uczenia się od siebie nawzajem.



          Selim Chazbijewicz

          Profesor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Ukończył studia polonistyczne na
          Uniwersytecie Gdańskim, zrobił doktorat na Wydziale Nauk Społecznych UAM w
          Poznaniu. Jest autorem książek poetyckich i eseistycznych na temat polskich i
          litewskich Tatarów. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, w latach 1986-91
          redaktor naczelny kwartalnika "Życie Muzułmańskie". Założył Związek Tatarów
          Polskich, jest jego prezesem. Imam gminy w Gdańsku do 2003 roku.
          Współprzewodniczy Radzie Wspólnej Katolików i Muzułmanów.


          rozmawiał: Dawid Warszawski


      • 02.04.05, 21:30
        Meczet pod (samo)kontrolą


        Muzułmanie w Polsce: problem czy szansa?

        Wydalenie w ubiegłym roku Ahmeda Ammara, echa niedawnego zabójstwa
        holenderskiego reżysera Theo van Gogha, a ostatnio wypowiedź naczelnego
        muftiego RP Tomasza Miśkiewicza o zagrożeniu, jakie mogą stanowić mieszkający w
        Polsce muzułmanie pochodzenia arabskiego, budzą niepokój. Tymczasem to właśnie
        polscy muzułmanie mają szansę zapewnić nam bezpieczeństwo, jakiego nie jest w
        stanie dać polski wywiad.

        Paweł Kubicki /2005-02-06 Tygodnik Powszechny


        Atmosfera wokół społeczności arabsko-muzułmańskiej w Polsce nie jest najlepsza.
        Szereg artykułów o konwertytach, talk-shows pokazujące islam w niekorzystnym
        świetle, wreszcie komunikaty ugrupowań terrorystycznych o potencjalnych
        zamachach w Polsce sprawiły, że ta otwarta dotąd społeczność zaczęła się
        zamykać. Jak pisał na jednym z internetowych forów Ibrahim Piotr Kalwas, polski
        konwertyta: “Gdy zobaczyłem ekipę »Polsatu« w meczecie, szybko uciekłem”.
        Nieufność do dziennikarzy przenosi się także na wszystkich nie-muzułmanów,
        którzy w opinii wielu muzułmanów zajmują się głównie krytyką islamu, bez
        podjęcia próby zrozumienia go. Emir Popławski, przewodniczący Gminy
        Muzułmańskiej w Warszawie, twierdzi: - Zawsze powtarzam, że islam jest religią
        pokoju. Jednak większość rozmówców woli słuchać o zamachach i walce, a nie o
        islamie i jego zasadach.

        Przeciętny Polak, który czyta doniesienia o tym, że muzułmanie dokonali
        samobójczego zamachu, a z drugiej strony słyszy wypowiedź polskiego
        muzułmanina, że islam zakazuje samobójstwa, jest skłonny raczej uwierzyć temu,
        co widzi w telewizorze, niż deklaracji muzułmanina. Nie rozumie, że choć
        podstawowe zasady islamu są wspólne, to już interpretacja szczegółów może być
        bardzo zróżnicowana. Ponieważ nie ma instytucji, która mogłaby ostatecznie
        określić “kanoniczność” pewnych praw, tylko od jednostek i wpływu organizacji
        zależy, jak będą wyglądały szczegóły wyznawanej wiary i postawa względem
        społeczeństwa.

        O ile w krajach arabskich - gdzie tradycja dla danego regionu jest wspólna -
        nie ma problemu różnej interpretacji, o tyle w takich krajach jak Polska, gdzie
        stykają się tradycje kulturowe muzułmanów z wielu państw, różnice w
        interpretacji zasad wiary są bardziej widoczne. Problem dotyczy także
        konwertytów, którzy w zależności od tego, w jaki sposób dowiedzieli się o
        islamie i kto ich uczy nowej religii, prezentują inny stosunek do społeczeństwa
        i do panujących w Polsce reguł życia codziennego.

        Zakazany owoc

        Najstarszą organizacją zrzeszającą muzułmanów w Polsce jest Muzułmański Związek
        Religijny (MZR). Założony w 1925 r. jest wciąż najliczniejszą wspólnotą;
        zrzesza ok. 4-5 tys. sunnitów szkoły hanafickiej, w większości osób pochodzenia
        tatarskiego. Na jej czele stoi mufti Tomasz Miśkiewicz, który ukończył wyższe
        studia z teologii muzułmańskiej w Arabii Saudyjskiej, a z pochodzenia jest
        Tatarem.

        Drugą z wielkich organizacji jest Liga Muzułmańska, która jest platformą
        łączącą Stowarzyszenie Studentów Muzułmańskich w Polsce i Muzułmańskie
        Stowarzyszenie Kształcenia Kulturalnego. Ten niedawno zarejestrowany związek
        wyznaniowy jest chyba najaktywniej działającą organizacją muzułmańską. Z
        mniejszych należy jeszcze wspomnieć o Stowarzyszeniu Jedności Muzułmańskiej i
        Stowarzyszeniu Braci Muzułmanów.

        Warto tu dodać, że nagłaśniany ostatnio w mediach konflikt między Ligą
        Muzułmańską i MZR tak naprawdę nie dotyczył zasad, ale kwestii przewodnictwa
        nad polskimi muzułmanami. Niestety, na takich nieporozumieniach zyskują
        jednostki skrajne, lawirujące między jedną a drugą instytucją. Tak właśnie było
        z Ahmedem Ammarem, który, nieprzyjęty do Ligi Muzułmańskiej, wstąpił do Związku
        i założył jego oddział w Poznaniu.

        Legalnie zarejestrowane stowarzyszenia i związki wyznaniowe dążą do pełnej
        współpracy z państwem polskim i zakładają integrację ze społeczeństwem, przy
        zachowaniu tożsamości muzułmańskiej. - Obrona państwa polskiego jest
        obowiązkiem każdej osoby mieszkającej na terenie RP, bez względu na wiarę,
        pochodzenie lub narodowość - mówi Iwona Alkhalayla, przewodnicząca Ligi
        Muzułmańskiej. - Jeśli Polska jest bezpieczna, to muzułmanie, stanowiący część
        społeczeństwa polskiego, też będą bezpieczni. Dlatego uświadamiamy naszemu
        środowisku te fakty; niejednokrotnie potępialiśmy też akty terroru i zabijanie
        niewinnych ludzi.

        Popiera ją Abdulkarim al-Fohaidi, przewodniczący Muzułmańskiego Stowarzyszenia
        Kształcenia i Kultury. - Nasze organizacje stanowią autorytet religijny dla
        większości polskich muzułmanów i mają pozytywny wpływ na ich środowisko.

        W ciągu ostatnich kilku lat można było jednak spotkać przynajmniej kilka
        ugrupowań, które nie tylko nie nawoływały do dialogu - lansując np. ideę
        promowania islamu na trasie pielgrzymki Papieża i mówiąc o wadach
        chrześcijaństwa podczas nabożeństw - ale stanowiły zagrożenie. Tak było choćby
        w przypadku promowania islamu przez jednego z czeczeńskich liderów za pieniądze
        z przemytu narkotyków i sprzedaży broni. Podobnie było z drukarnią algierskich
        bojowników, którą polskie służby zlikwidowały na początku lat 90. w okolicach
        Warszawy, i kilkoma innymi forpocztami ugrupowań związanych z Czarnym Islamem z
        USA czy Pakistańczykami z Wielkiej Brytanii.

        Może się to wydawać dziwne, ale według danych MZR i Ligi Muzułmańskiej po 11
        września 2001 r. nastąpiło gwałtowne zwiększenie liczby konwersji na islam.
        Zakazany owoc lepiej smakuje, a atmosfera wokół islamu przyciągnęła też różnej
        maści buntowników czy społecznych outsiderów, dla których islam był jeszcze
        jednym elementem dochodzenia do dojrzałości.

        Główne muzułmańskie organizacje potraktowały takie osoby prawidłowo: nie
        przyjmowały ich od razu w swoje szeregi, tylko odsyłały do książek i dawały
        czas na przemyślenie. Zmniejszyło to może liczbę konwersji, ale pozwoliło
        odsiać te jednostki, których zmiana wiary była powierzchowna i które w
        przyszłości mogłyby być manipulowane. Na islam przechodzi bowiem coraz więcej
        ludzi młodych, często niepełnoletnich. Starają się ich przejąć drobne,
        sekciarskie organizacje - tym samym wyłączając ich spod wpływu legalnych
        stowarzyszeń bądź związków wyznaniowych, które stosują samokontrolę i, w sposób
        dyskretny, ale ustawiczny, są inwigilowane przez służby specjalne.

        Terrorystów trzeba łapać

        Dziś polski rząd staje przed dylematem: pozwolić działać organizacjom, a tym
        samym mieć na nie pewien wpływ, czy też wprowadzić zakazy, powodując ich
        zejście do podziemia oraz utratę choćby minimalnej kontroli. Niestety przykład
        Holandii, Francji czy Wielkiej Brytanii pokazuje, że zarówno likwidowanie, jak
        i zezwolenie na wszystko, nie gwarantują sukcesu. W Polsce brakuje spójnej
        polityki względem polskich muzułmanów, choć widać kroki w celu nawiązania
        silniejszych więzi z umiarkowanymi organizacjami.

        Wydaje się, że wąska społeczność muzułmanów w Polsce może nam bardziej pomóc
        niż zaszkodzić. Ostatnie wydarzenia w Europie pokazują, że problem asymilacji
        jest bardziej skomplikowany niż to się do niedawna wydawało. Spokojna Holandia
        w wyniku jednego wydarzenia stała się krajem, w którym płoną meczety.

        Kontrola społeczności muzułmańskiej przez służby specjalne jest konieczna i
        bezdyskusyjna. Jeden z ambasadorów państw arabskich w Warszawie miał ponoć
        stwierdzić: “U nas służby bezpieczeństwa kontrolują niektóre organizacje
        muzułmańskie, dlaczego u was nie mają tego robić? W końcu takie mamy czasy, że
        nie ma się co dziwić, tylko trzeba sobie pomagać i współpracować w łapaniu
        terrorystów”.

        Większego problemu nie widzą też same organizacje. - Nie mamy nic do ukrycia,
        jeżeli chcą nas podsłuchiwać i badać, mają do tego prawo - mówi Iwona
        Alkhalayla. - Należy jednak odróżnić przemyślaną kontrolę od szykan, których
        zaczątków byliśmy ś
        • 02.04.05, 21:31
          Większego problemu nie widzą też same organizacje. - Nie mamy nic do ukrycia,
          jeżeli chcą nas podsłuchiwać i badać, mają do tego prawo - mówi Iwona
          Alkhalayla. - Należy jednak odróżnić przemyślaną kontrolę od szykan, których
          zaczątków byliśmy świadkami w momentach największego strachu Polaków przed
          zamachami terrorystycznymi.

          Tak naprawdę najlepiej, gdy społeczność - jak w “Roku 1984” Orwella -
          kontroluje się sama. Dlatego tak ważna jest jedność i współpraca między
          organizacjami muzułmańskimi w Polsce, a także wymiana informacji z polskimi
          służbami specjalnymi.

          "Starzy" i "nowi"

          Atmosfera nagonki i nieufność środowiska muzułmańskiego nie służą ani
          muzułmanom, ani Polakom innych wyznań. Należy pamiętać, że tak jak Tatarzy są
          zintegrowani ze społeczeństwem, tak samo spora część nowych muzułmanów, Polaków
          z dziada pradziada, także nie powinna mieć kłopotów z integracją - etnicznie są
          tacy sami i poza religią niczym się nie różnią. Jeżeli zaś chodzi o Arabów, to
          większość z nich mieszka tu już od wielu lat - często od czasu studiów w latach
          60., 70. i 80. W Polsce założyli rodziny i jeśli nawet nie oni, to drugie
          pokolenie muzułmanów - dzieci z małżeństw mieszanych - jest w pełni wtopione w
          polską kulturę.

          Trzeba też pamiętać, że przeważająca część muzułmanów w Polsce nie jest aktywna
          społecznie i nie należy do żadnej organizacji. Mają ugruntowaną opinię na temat
          islamu i rzadko poszukują kontaktu z autorytetami religijnymi, a tym samym
          trudno wpaść im w ręce fundamentalistycznych organizacji.

          Największym zagrożeniem pozostają nowi muzułmanie i przybysze. Dlatego tak
          ważne jest, by trafiali do sprawnie działających organizacji, takich jak MZR i
          Liga Muzułmańska, które promują islam otwarty na współpracę, a nie
          rygorystyczny i niechętny dialogowi.
      • 06.06.05, 14:25
        Pogranicznicy zaprzeczają, by szykanowali holenderską wycieczkę

        gazeta.pl; PAP 02-06-2005

        Straż Graniczna zaprzecza zarzutom stawianym im przez opiekunów i uczniów z
        holenderskiej wycieczki, która po odprawie na przejściu granicznym w
        Ludwigsdorf-Jędrzychowice (Dolnośląskie) poskarżyła się na zbyt długie
        procedury i potraktowanie uczniów "w sposób dyskryminujący i rasistowski"

        Do incydentów miało dojść podczas wjazdu i wyjazdu z Polski 24 i 26 maja.
        Skargę na zachowanie pograniczników przekazano ambasadzie RP w Hadze.
        Rzeczniczka ambasady Małgorzata Zdzienicka potwierdziła w rozmowie z PAP, że we
        wtorek do placówki dotarł list opisujący incydent. Nie zdradziła szczegółów,
        ale sprawę określiła jako "niezwykle przykrą"

        Dodała, że gdy tylko list trafił do ambasady, został przekazany Komendzie
        Głównej Straży Granicznej, "by wyjaśnić, do czego na przejściu granicznym
        rzeczywiście doszło"

        Jak powiedział PAP rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Aleksander Chećko,
        sprawa jest wyjaśniana. Dodał, że z dotychczasowych ustaleń wynika, że "relacje
        holenderskich mediów są przesadzone"

        Jak poinformował PAP rzecznik prasowy Łużyckiego Oddziału Straży Granicznej
        Leszek Duczyński, postępowanie wyjaśniające nie potwierdziło zarzutów
        o "rasistowskim, ksenofobicznym, czy wręcz seksualnym kontekście zachowania
        funkcjonariuszy ani polskiej, ani niemieckiej straży granicznej". Dodał, że
        polski strażnik nie rozmawiał z nikim oprócz opiekunki grupy. "Wiele
        wątpliwości budzi też to, w jakim języku miałby czynić niestosowne uwagi.
        Strażnik nie mówi ani po niderlandzku, ani angielsku, ani arabsku, tym bardziej
        turecku, czy filipińsku" ? powiedział

        Według Duczyńskiego, zgodnie z procedurą, do autokaru weszło dwóch
        pograniczników: Niemiec i Polak. Pierwszeństwo kontroli przysługiwało
        niemieckiemu strażnikowi. "Stwierdził on, że wśród pasażerów znajdowały się
        osoby z innych krajów niż unijne, a wobec nich wymagana jest kontrola
        paszportowa. Mieli być jej poddani obywatele Maroka, Turcji i Filipin.
        Niemiecka kontrola wykazała, że jeden Marokańczyk nie ma wizy i jego pobyt w
        Niemczech jest nielegalny. Został ukarany mandatem" ? powiedział

        Według pograniczników, kolejne dwie osoby pochodzenia marokańskiego miały ważne
        wizy, ale nie posiadały ważnych paszportów. Jedna Marokanka legitymowała się
        paszportem matki, druga nie miała paszportu, ale była wpisana na listę
        uczestników wycieczki. Niemcy potwierdzili ich tożsamości w Amsterdamie i
        wystawili zastępcze dokumenty podróży

        Duczyński mówił, że po tych czynnościach, które trwały mniej więcej od godz. 11
        do godz.13, do autokaru wszedł ponownie polski funkcjonariusz. Odebrał od
        opiekunki grupy paszporty i poinformował, że ich sprawdzenie zajmie ok. 30
        minut. "Żeby nie przedłużać czasu odprawy, poprosił kierowcę autobusu, aby ten
        wykorzystał przerwę na wykupienie opłaty drogowej. O godz. 13.30 zakończyła się
        polska odprawa graniczna i autokar opuścił przejście" ? dodał rzecznik.
        Podkreślił, że nieprawdą jest, że podobnym "szykanom" poddano wycieczkę podczas
        powrotu do Holandii

        "Chciałbym wyrazić ubolewanie, a wszystkich pokrzywdzonych i czujących się
        poszkodowanymi - przeprosić. Sprawa będzie ona przedmiotem szerszego omówienia
        i wyciągnięcia wniosków, aby takie sytuacje już nigdy nie miały miejsca" -
        dodał Duczyński

        Sprawa wzbudziła duże zainteresowanie holenderskich mediów. Jeden z zajmujących
        się nią dziennikarzy, Cees Grimbergen telewizji NCRV powiedział PAP w czwartek,
        że choć uczestnicy wycieczki nadal utrzymują że w czasie przekraczania granicy
        doszło ze strony straży granicznej do "zachowań rasistowskich, seksistowskich i
        dyskryminujących", on byłby ostrożny w wydawaniu takich opinii

        Jego zdaniem, błędnie zinterpretowano zachowania straży - pobyt autokaru na
        granicy był dłuższy, gdyż nie wszyscy uczestnicy wycieczki posiadali wymagane
        polskim prawem dokumenty. Według niego, również pytanie, czy w wycieczce jadą
        normalne dzieci, które miał zadać jeden ze strażników, mogło wynikać z
        odmienności kulturowej. "Polska nie jest tak wielokulturowa i bogata etnicznie
        jak Holandia; pytanie nie musiało mieć podtekstu rasistowskiego" - powiedział

        Dodał, że w czwartek wieczorem w programie w telewizji holenderskiej spotkają
        się uczestnicy wycieczki i przedstawiciele polskiej placówki dyplomatycznej w
        Hadze by porozmawiać m.in. o "granicznym incydencie".(PAP) jur/ ktl/ kot/ dsr/
        malk/ itm/
      • 16.09.05, 12:43
        Muzułmanie opublikowali zasady życia w Polsce




        zrodlo: gazeta.pl, Aleksandra Krzyżaniak-Gumowska 15-09-2005 ,

        Muzułmanie w Polsce są zwykłymi Polakami, a nie obcym elementem. Dlatego
        powinni brać udział w budowaniu bezpiecznej Polski - mówiła w czwartek szefowa
        Ligi Muzułmańskiej


        Dyskusje nad zebraniem zasad muzułmanina-Polaka, przełamaniem fałszywych
        stereotypów i pokazaniem jasnego stanowiska islamu wobec współczesności i
        terroryzmu trwały dwa lata. Ostatecznie powstała 7-stronnicowa Deklaracja
        Muzułmańska, którą wczoraj przedstawiły trzy organizacje: Liga Muzułmańska w
        RP, Stowarzyszenie Studentów Muzułmańskich w Polsce i Muzułmańskie
        Stowarzyszenie Kształcenia i Kultury. - Muzułmanie żyją w Polsce od wieków
        [Tatarzy - red.], ale wciąż przyjeżdżają też nowi: na studia, do pracy. Jest
        ich teraz ok. 30 tys. Ich dzieci wiążą się z Polską. Chcemy skorzystać z tego,
        że polskie prawo sprzyja integracji - mówił Nidal Abu Tabar, imam z Lublina.

        Deklaracja składa się z dwóch części. Pierwsza to reguły życia muzułmanów:
        muzułmanin nie powienien popadać w żaden rodzaj ekstremizmu, islam to religia
        pokoju, dialogu, szanująca deklarację, równość płci, odrzucająca przemoc i
        terroryzm. Druga część to praktyczne wskazówki dla muzułmanów, jak żyć w
        Polsce - z zaznaczeniem, że Polska jest ojczyzną, a islam wyznawaną religią.
        Dlatego deklaracja zaleca, aby muzułmanie "integrowali się ze
        społeczeństwem", "działali na rzecz ogółu obywateli", mając wolność wyboru
        światopoglądu czy opcji politycznej.

        Do rozmów nad kształtem deklaracji nie zaproszono organizacji zszeszającej ok.
        5 tys. osób pochodzenia tatarskiego. - W przeciwieństwie do Tatarów, którzy w
        Polsce mieszkają od wieków, muzułmanom różnych narodowości przyjeżdżających do
        Polski taka deklaracja jako wskazówka może się przydać. Trochę to jednak
        dziwne, że nie było z nami konsultacji - mówi mufti Tomasz Miśkiewicz.

        Iwona Alkhalayla, przewodnicząca Ligi: - Pan Miśkiewicz jeśli przeczyta
        deklarację i będzie chciał podpisać, to oczywiście zapraszamy. Tak samo innych,
        którzy identyfikują się z punktami zawartymi w deklaracji.
      • 26.11.06, 13:12
        Nasze muzułmanki uważają się za wyzwolone

        Małgorzata Skowrońska 2006-05-05, gazeta.pl

        Osoby, które przeszły na islam, były rozczarowane dotychczas wyznawanym
        systemem religijnym. Chodziło im nie o samą wiarę, ale o to, że zasady
        chrześcijańskie nie znajdowały odzwierciedlania w ich życiu. Rozmowa z
        Aleksandrą Łojek-Magdziarz *


        Małgorzata Skowrońska: Co takiego atrakcyjnego jest w islamie, że Polki
        wychowane w tradycji europejskiej, a więc i chrześcijańskiej, decydują się na
        zmianę wiary?

        Aleksandra Łojek-Magdziarz: Islam daje im niezależność, ale też pozwala czuć
        się bezpiecznie. Muzułmanki mogą pracować. Koran tego nie zabrania. Dzięki
        obowiązkom ciążącym na mężczyźnie w rodzinie muzułmańskiej kobieta jest
        zabezpieczona. Utrzymaniem rodziny zajmuje się mężczyzna. Kobieta zarobione
        przez siebie pieniądze może zatrzymać i wydać na własne potrzeby.

        Świetny układ.

        - Też byłoby mi fajnie w takim układzie. W islamie często kobiety skarżą mężów
        o to, że nie były utrzymywane na przykład przez dwa miesiące. Sąd wtedy żąda od
        męża rachunków za utrzymanie domu. Jeśli ich nie było, kobieta może starać się
        o rozwód. Oczywiście, dotyczy to tylko niektórych krajów kregu islamskiego.

        To, o czym Pani mówi, zaprzecza stereotypowi, że muzułmanki nie są wyzwolone.

        - Uważają, że są wyzwolone. Prowadziliśmy badania finansowane przez
        budapeszteński Open Society Institute, dlaczego Polacy przechodzą na islam.
        Wtedy poznałam kobiety, które zostały muzułmankami. W wywiadach mówiły, że
        zasłanianie się pozwala im pełnić znacznie więcej funkcji społecznych. Ubrane w
        tradycyjny strój muzułmanki nie stają się obiektami seksistowskich żartów. Pod
        tymi chustami kryją się piękne kobiety. Im po prostu odpowiada tradycyjny
        podział ról między kobietę i mężczyznę, jaki panował do połowy XX wieku w
        Europie.

        Bohaterki reportażu bardzo ortodoksyjnie podchodzą do swojej nowej wiary.

        - To charakterystyczne dla osób, które przeżyły konwersję. Polskie muzułmanki
        są o wiele bardziej ortodoksyjne niż tzw. średnia. Właściwy jest im taki
        syndrom neofity, który chce udowodnić, że może być dobrym muzułmaninem.

        Czym kobiety, które Pani badała, tłumaczyły przejście na islam?

        - Początkowo zakładaliśmy, że to kwestia mody. Badania jednak tego nie
        potwierdziły. Osoby, które przeszły na islam, były rozczarowane dotychczas
        wyznawanym systemem religijnym. Chodziło im nie o wiarę, ale o to, że zasady
        chrześcijańskie nie znajdowały odzwierciedlania w ich życiu. W domu był nakaz
        cotygodniowego chodzenia do kościoła, lecz rodzina w ogóle ze sobą nie
        rozmawiała. Kolejną sprawą jest bunt wobec popkultury i potrzeba wyraźnego
        podziału na to, co męskie, i na to, co żeńskie.

        Odnoszę wrażenie, że bohaterki reportażu przeszły pranie mózgu. Zachowują się
        jak ktoś, kto właśnie odnalazł się w sekcie.

        - Te dziewczyny miały zawsze dużą potrzebę religijnych doświadczeń. Zmieniły
        wiarę, bo w katolicyzmie nie znalazły oparcia. Wiele z nich należało przed
        konwersją do różnych ruchów katolickich i było bardzo zaangażowanych w sprawy
        Kościoła. Nie odnoszę jednak wrażenia, że znalazły się teraz w sekcie. Są
        ciepło przyjmowane, otrzymują wsparcie. I to nie tylko duchowe. Gdy jedna z
        nich miała kłopoty mieszkaniowe, inne natychmiast się skrzyknęły i próbowały
        jej pomóc. Mają swoje fora internetowe, na których radzą sobie, co zrobić z
        kłopotliwym mężem. Nie ma jednak mowy o indoktrynacji. Żadna z nich, mimo że
        jestem im życzliwa, na tyle na ile badacz może być życzliwy, nigdy nie
        nakłaniała mnie do przejścia na islam.

        Jaka jest aktywność misyjna muzułmanów? W jaki sposób zdobywają nowych
        wyznawców?

        - Nie przejawiają nadmiernej aktywności. Często konwertyci przyznają się, że to
        sami szukali kontaktu z islamem. Zaczynali od książek na jego temat.
        Zainteresowanie islamem jest ogromne. Prowadzę zajęcia z ideologii dżihadu i
        sztuki islamu. Przychodzi na nie bardzo wiele osób. W większości są to
        dziewczyny.

        Czy tym świeżo nawróconym dziewczynom nie przeszkadza to, że islam kojarzony
        jest z międzynarodowym terroryzmem?

        - Bardzo. Wszędzie gdzie tylko mogą, podkreślają, że nie są terrorystkami i że
        islam nie jest religią terroru. Ich zdaniem islam został wykorzystany do
        politycznych celów. W mediach islam przedstawiany jest jako religia łamiąca
        prawa kobiety i wyznanie samobójców. W tym trudnym kontekście pojawiają się
        konwertyci. Ilu ich jest? Gminy muzułmańskie nie prowadzą takich statystyk.
        Najczęściej badacze podają, że miesięcznie 25 Polaków porzuca chrześcijaństwo
        na rzecz islamu.

        Czym innym jest jednak bycie muzułmanką w Polsce, a czym innym bycie muzułmanką
        w krajach arabskich. Nie wierzę, że ten idealny islam, jaki wyznają bohaterki
        reportażu, pozwalałby im na taką niezależność poza granicami Europy.

        - Wszystko zależy od kraju. W Kazachstanie, Uzbekistanie, Tunezji lub Sierra
        Leone muzułmanki robią, co chcą. Ale są też takie kraje, w których sytuacja
        muzułmanek jest dużo trudniejsza - np. Arabia Saudyjska i Iran. Tamtejsze
        muzułmanki muszą walczyć o swoje prawa, które, paradoksalnie, często wynikają z
        Koranu, ale im nie zostały dane. W Arabii Saudyjskiej. dopiero niedawno kobiety
        otrzymały prawo posiadania dowodu osobistego. W tych krajach z pewnością nasze
        konwertytki nie miałyby wolności w europejskim rozumieniu. Pojawia się jednak
        pytanie, czy one chcą tej wolności. Niekoniecznie jest im ona do szczęścia
        potrzebna.

        * Aleksandra Łojek-Magdziarz - absolwentka iranistyki UJ. Swoją pracę
        magisterską poświęciła irańskiemu prawu karnemu. Przetłumaczyła książkę J.
        Jansena "Podwójna natura fundamentalizmu islamskiego". W Katedrze Porównawczych
        Badań Cywilizacji UJ prowadzi autorskie kursy "Ideologia dżihadu", "Sztuki
        islamu". Na socjologii UJ pisze pracę doktorską "Sunnicki dżihad - obrona
        islamu przed westernizacją i penetracją Zachodu".
      • 04.07.07, 21:43

        Piątek, 29 czerwca 2007

        Małżeństwo fałszowało wnioski wizowe dla obcokrajowców
        wp.pl, PAP

        Prokuratura Okręgowa w Zielonej Górze skierowała do sądu akt oskarżenia
        przeciwko 38-letniemu obywatelowi Egiptu, który wraz ze swoją polską żoną -
        również oskarżoną - kierował procederem podrabiania wniosków o wydanie wiz dla
        obcokrajowców pochodzenia arabskiego - poinformowano w zielonogórskiej
        prokuraturze okręgowej.


        W toku śledztwa ustalono, że oskarżony obywatel Egiptu nielegalnie dostał się
        do Polski i mieszkał w Krośnie Odrzańskim (Lubuskie), gdzie poznał 38-letnią
        kobietę, z którą się ożenił. Wspólnie rozpoczęli przestępczy proceder.
        Małżeństwo sprowadzało do Polski obcokrajowców, głównie obywateli Egiptu, i
        umożliwiało im przedostanie się do Niemiec i innych krajów Europy Zachodniej.




        REKLAMA Czytaj dalej





        Proceder polegał na tym, że 38-latek podrabiał wnioski o wydanie wiz tak, by
        wyglądały one na wnioski sporządzone przez rzekome polskie małżonki
        cudzoziemców. Kobiety - prawdopodobnie za opłatą - godziły się na to i
        udostępniały swoje dane. Pochodziły z terenu województw: lubuskiego i
        dolnośląskiego. Sfałszowane wnioski i akty stanu cywilnego następnie wysyłane
        były do Ambasady RP w Kairze. Takie dokumenty stanowiły podstawę dla wydania
        wizy wjazdowej do naszego kraju.

        Sprawę wykryli funkcjonariusze lubuskiej Straży Granicznej. Śledztwo przejęła
        Prokuratura Okręgowa w Zielonej Górze.

        Egipcjaninowi i jego polskiej żonie grozi do 5 lat pozbawienia wolności. (js)
      • 30.05.08, 20:05

        Arabski szejk odchudza się w Ustroniu
        Ewa Furtak
        2008-05-29, gazeta wyb.

        W jednym z beskidzkich domów wczasowych w Ustroniu przebywa Abdullah Fahd,
        członek rodziny królewskiej z Rijadu
        O tym, że mają u siebie takiego znamienitego gościa, mieszkańcy Ustronia
        usłyszeli w czwartek w radiu RMF FM. Wieść błyskawicznie się rozniosła. Ludzie
        zaczęli się zastanawiać, w którym hotelu szejk się zatrzymał i pierwsze
        podejrzenia padły na luksusowy pięciogwiazdkowy hotel Belweder. Tyle że tam, jak
        się okazało, nikt szejka nie widział.

        - Do jednej z "piramid" przez kilka lat przyjeżdżał mężczyzna w turbanie na
        głowie. Może to on? - zastanawiał się jeden z ustrońskich masażystów. - Tylko w
        radiu mówili, że szejk kąpie się w basenie. Hotel, o którym myślałem, basenu nie
        ma - poprawił się szybko.

        A może hotel Diament? Kiedyś byle jaki, a teraz pięknie odnowiony, oferujący
        zabiegi SPA? To także było pudło. Mieszkańcy zaczęli więc przypuszczać, że to
        chyba jakaś plotka. - Dzwoniłem do koleżanki, która pracuje w recepcji w jednej
        z "piramid". Jak powiedziałem o szejku, zapytała, ile wypiłem - opowiada Konrad
        Cieślar, mieszkaniec Ustronia.

        Jak się wreszcie okazało, szejk, i owszem, zjawił się w Ustroniu, tyle że w
        niedużym domu wczasowym. Abdullah Fahd będzie się tam odchudzał
        najprawdopodobniej do początku przyszłego tygodnia. Szejk stosuje dietę dr.
        Marka Bardadyna, znanego specjalisty od diet i odchudzania.

        - Moja dieta jest dosyć popularna w krajach arabskich. Nie miałem teraz czasu na
        wyjazd do Rijadu, więc zaprosiłem pacjenta do Polski. Wybraliśmy Ustroń, bo
        tutaj jest jeden z ośrodków, który ma licencję na stosowanie mojej diety -
        tłumaczy dr Bardadyn.

        W beskidzkich kurortach arabski szejk to na razie sensacja. Tymczasem u
        sąsiadów, na Zaolziu, w uzdrowisku Darków koło Karwiny, kuracjusze z krajów
        arabskich to codzienność. Uzdrowisko ma nawet stronę internetową w arabskiej
        wersji językowej. - Goście z Arabii Saudyjskiej zaczęli przyjeżdżać tu już na
        początku lat 90. zeszłego wieku. Przyjeżdżają całymi rodzinami. Pisałam o nich
        wiele razy - opowiada Martyna Radłowska-Obrusnik, dziennikarka z "Głosu Ludu",
        wydawanej w Czechach gazety Polaków.

        Źródło: Gazeta Wyborcza Bielsko-Biała

        miasta.gazeta.pl/bielskobiala/1,88025,5260069,Arabski_szejk_odchudza_sie_w_Ustroniu.html
    • 17.01.04, 21:22
      Imam, który radził, jak bić żony, by nie zostawiać śladów, skazany


      Mohamed Kamal Mustafa, imam i autor kontrowersyjnej książki - poradnika
      mówiącego, jak islamscy mężowie mają bić swe nieposłuszne żony, by nie
      zostawiać śladów, został skazany przez sąd w Barcelonie na 15 miesięcy więzienia

      Jak podała sieć BBC, Mustafa nie pójdzie jednak za kratki, gdyż hiszpańskie
      prawo przewiduje, że wyroki poniżej dwóch lat ulegają zawieszeniu. Zapłaci
      jednak karę w wysokości 2160 euro. W czasie swego procesu imam zawiadujący
      meczetem w leżącym na południu Hiszpanii mieście Fuengirola bronił się, mówiąc,
      że interpretował tylko zapisy Koranu. Innego zdania były jednak organizacje
      kobiece z Hiszpanii i sędzia.

      Oburzenie organizacji obrony praw kobiet wywołała opublikowana w 2000 roku
      książka Mustafy "Kobiety w islamie". Znalazł się tam następujący passus
      dotyczący karania nieposłusznych żon: "Razy powinny być skoncentrowane na
      rękach i stopach, a wymierzone rózgą cienką i lekką, tak aby na ciele nie
      pozostały blizny czy też siniaki". Książka, która rozeszła się w 3 tys.
      egzemplarzy, została usunięta z muzułmańskich ośrodków kulturowych w całej
      Hiszpanii.


      źródło: gazeta.pl, jap 14-01-2004
      • 26.01.04, 23:25
        Sąd jej nie uwierzył, bo była za dobrze ubrana

        Pewien Marokańczyk został uwolniony od zarzutów znęcania się nad żoną, ponieważ
        sąd uznał, że kobieta była zbyt dobrze ubrana jak na ofiarę przemocy domowej.

        Hiszpański sędzia powiedział, że podczas kolejnych rozpraw kobieta miała zawsze
        inną sukienkę, pierścionki, bransolety i kolczyki, co w ogóle nie pasuje do
        wizerunku osoby, która miesiącami cierpiała z powodu agresji męża.

        22-letnia Marokanka zeznała, że do małżeństwa zmusiła ją rodzina, gdy miała 17
        lat. Gdy mąż zaczął ją bić, uciekła od niego i zamieszkała w domu dla samotnych
        matek.

        Na dowód pokazała sędziemu wyniki obdukcji lekarskich z tamtego czasu. Ten
        jednak nie dał im wiary i uznał, że kobieta zbyt dobrze się wyraża i nie
        wygląda na osobę zastraszaną i maltretowaną.

        Marokańczyk został więc oczyszczony ze wszelkich zarzutów.

        Kobiece organizacje w Hiszpanii zapowiedziały apelację wyroku. Przedstawicielka
        jednej z nich powiedziała, że to kolejny przykład męskiego szowinizmu, który
        każe niektórym sędziom uważać, że ofiara przemocy domowej powinna być biednie
        ubrana, głupia i milczeć.

        źródło: onet.pl 2004-01-25
      • 09.02.04, 21:51
        Hiszpania oskarżona o naruszenie marokańskiej strefy powietrznej


        O pogwałcenie marokańskiej strefy powietrznej oskarżył Hiszpanię w sobotę rząd
        w Rabacie. Zdaniem Maroka hiszpańskie odrzutowce wojskowe przeleciały w
        czwartek 5 lutego nad północno-wschodnią prowincją Nador, zaledwie kilka
        kilometrów od Melilli - hiszpańskiej enklawy na kontynencie afrykańskim. Madryt
        tłumaczy, że nielegalny lot odbyły nieuzbrojone samoloty szkoleniowe, zaś
        zmiana kursu była spowodowana bardzo niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi.
        Od czasu poważnego kryzysu sprzed dwóch lat związanego ze statusem
        niezamieszkałej wysepki Perejil Hiszpania i Maroko dążą do unormowania
        kontaktów dyplomatycznych.

        źródło: gazeta.pl, jan 08-02-2004
      • 14.02.04, 21:20
        Powrót hiszpańskiego taliba

        Hiszpanie wysłali w czwartek samolot wojskowy do amerykańskiej bazy Guantanamo
        na Kubie po "hiszpańskiego taliba" - schwytanego podczas wojny w Afganistanie
        Hameda Abderrahmana Ahmeda, pochodzącego z hiszpańskiej enklawy Ceuta w
        północnym Maroku. W Hiszpanii stanie on przed sędzią Baltazarem Garzonem, który
        oskarżył go o przynależność do organizacji terrorystycznej. Wśród 660 więźniów
        Guantanamo jest 21 Europejczyków. W ciągu dwóch lat funkcjonowania więzienia
        Amerykanie przekazali do innych krajów 87 zatrzymanych


        źródło: gazeta.pl, rps 12-02-2004
    • 30.01.04, 17:16
      Niemiecki front islamski

      Muzułmańscy ochotnicy z Niemiec walczą dziś z Rosjanami w Czeczenii i
      Amerykanami w Iraku. Jutro mogą uderzyć w Berlinie, Monachium albo Hamburgu.


      Gdy po tragicznych atakach na World Trade Center i Pentagon wyszo na jaw, że
      trzej piloci samobójcy - Mohammed Atta, Marwan al Szehhi i Ziad Dżarrahi -
      przez długi czas mieszkali jako studenci w Hamburgu, niemieccy politycy
      pospieszyli z zapewnieniem, że pozostali przy życiu współpracownicy zamachowców
      zostaną surowo osądzeni.
      Początkowo wszystko szło dobrze. Marokańczycy Mounir al Motassadeq i Abdelghani
      Mzoudi, domniemani członkowie terrorystycznej siatki, zostali ujęci i
      postawieni przed hamburskim sądem. Nie przyznawali się do winy, ale i nie
      wypierali przyjaźni z Attą. Gdy w lutym ubiegłego roku Motassadeq skazany
      został w pierwszej instancji na 15 lat więzienia, nic nie zapowiadało sensacji.
      Wybuchła jednak w grudniu, gdy z braku dowodów z aresztu zwolniony został
      Mzoudi. Teraz odpowiada z wolnej stopy i czeka na wyrok, który ma zostać
      ogłoszony 22 stycznia. Niestety, może dojść do kompromitacji prokuratury, która
      żąda dla Mzoudiego 15 lat więzienia, ale ma słabe argumenty. Mzoudi zaś liczy
      na uniewinnienie. Zdążył już nawet złożyć wniosek o... azyl polityczny w
      Niemczech. Twierdzi, że ojczyste Maroko może go wydać Amerykanom.
      Niezależnie od wyroku proces domniemanych towarzyszy Mohammeda Atty nie
      zakończy problemu islamistów w Niemczech. Wręcz przeciwnie - walka z nimi
      dopiero się zaczęła. Policja i służby bezpieczeństwa uważają, że wśród 4,1 mln
      muzułmańskich imigrantów w RFN działa nadal wiele radykalnych organizacji.
      Przeciwko tym, które nawołują do terroru, podjęto zdecydowane kroki.
      O świcie 11 grudnia ponad 5 tys. policjantów ruszyło do akcji. W siedmiu
      landach rozpoczęła się wielka obława na członków organizacji Państwo Kalifatu.
      W Wiesbaden, Kolonii, Ingolstadt rekwirowano materiały propagandowe, ulotki i
      broń. Nie ma wątpliwości: grupa wzywa do wojny z Zachodem i chce obalić
      demokratyczny rząd Turcji.
      Państwo Kalifatu to jedno z wielu ugrupowań terrorystycznych, które znalazły w
      Niemczech bezpieczną przystań. Po zamachach w Nowym Jorku organizacja została
      zdelegalizowana, ale nie skapitulowała. Prawie dwa tysiące jej członków
      prowadziło podziemne akcje propagandowe w meczetach. Planowali zamachy na
      obiekty publiczne.

      Analitycy służby bezpieczeństwa szacują, że wśród niemieckich muzułmanów jest
      ok. 30 tys. radykalnych islamistów działających w setkach małych organizacji. A
      wspólnoty muzułmańskie, które dobrze znają islamskie środowiska i mogłyby pomóc
      w wyłapywaniu groźnych radykałów, nie są chętne do współpracy z niemiecką
      policją. Pod specjalny numer telefonu, gdzie można zostawić informacje o
      terrorystach, nie zadzwonił jeszcze nikt.
      Muzułmanów do współpracy z władzami zniechęca przekonanie o wrogości części
      Niemców do imigrantów z Turcji i państw arabskich. Jako potwierdzenie tych
      nastrojów odbierane są informacje o atakach faszyzujących grup na azylantów i
      imigrantów.
      Od ataku na World Trade Center policja wzmocniła środki bezpieczeństwa w
      pobliżu "wrażliwych" obiektów, takich jak ambasady. Powoli za kratki wędrują
      też najgroźniejsi terroryści. W Dortmundzie uwięziono Shadiego Mustafę Abdallę,
      27-letniego Palestyńczyka z Jordanii, członka islamistycznej organizacji Al
      Tawahid (Jedność Wierzących). Spędzi on w więzieniu tylko cztery lata, bo
      zdecydował się współpracować z policją. Ma zeznawać przeciw trzem dawnym
      kompanom w procesie, który powinien ruszyć wiosną przyszłego roku.
      Życiorys Abdalli pokazuje, że do terrorystycznych organizacji niekoniecznie
      trafiają zaślepieni fanatycy. Abdalla żył w Niemczech z zasiłków, trwonionych
      na alkohol i narkotyki. Zmienił się, gdy nawiązał kontakt z islamską grupą,
      która nawróciła go na "właściwą drogę". Inni niemieccy rekruci "świętej wojny"
      są podobni: młodzi, biedni i przeżywają życiowe trudności.
      Al Tawahid wyłapuje takich ludzi i zachęca do współpracy. Daje pieniądze i
      funduje wyjazdy za granicę na szkolenia. Być może współpracuje z al-Kaidą, ale
      nie zostało to udowodnione. W zeszłym roku niemiecka komórka Al Tawahid
      planowała zamachy na siedzibę gminy żydowskiej w Berlinie oraz na dyskotekę i
      kawiarnię w Düsseldorfie. Z planów nic nie wyszło, bo - jak przyznała policja -
      niedoszli zamachowcy byli nieudolni.

      28 listopada zatrzymano w Hamburgu 30-letniego Marokańczyka, któremu postawiono
      zarzut planowania zamachów na amerykańskie wojska stacjonujące w Iraku. Miał on
      współpracować z islamską grupą działającą we Włoszech. Kilka dni później na
      dworcu kolejowym w Monachium aresztowano mężczyznę podejrzewanego o
      przynależność do radykalnej muzułmańskiej organizacji Ansar el Islam, której
      przypisuje się krwawy zamach na kwaterę ONZ w Bagdadzie.
      Utworzona krótko przed zamachami z 11 września, zrzesza radykalnych Kurdów
      pochodzących z północnego Iraku. Jej przywódca, mułła Krekar, znał podobno
      osobiście lidera al-Kaidy Osamę bin Ladena i ślubował mu prowadzenie na całym
      świecie "świętej wojny". Od tego czasu grupa rozrosła się. Dziś liczy około
      tysiąca aktywnych członków,
      z czego mniej więcej stu przebywa w Niemczech, czekając w uśpieniu na rozkazy.
      W przeddzień sylwestra to właśnie oni byli sprawcami wielkiego zamieszania. Na
      wiele godzin opancerzone pojazdy policyjne zablokowały drogi dojazdowe do
      wojskowego szpitala w Hamburgu. W okolicy zaroiło się od uzbrojonych
      funkcjonariuszy, legitymowano przechodniów i przeszukiwano ich torby. Powód?
      Pojawiły się ostrzeżenia - dostarczone ponoć m. in. przez CIA - przed atakami
      islamskich terrorystów z Ansar el Islam. Zamachowcy-samobójcy chcieli podobno
      zdetonować umieszczone w samochodach bomby, wybierając za cele hamburski
      szpital Bundeswehry oraz bazę lotniczą amerykańskiej armii położoną w pobliżu
      Frankfurtu nad Menem.
      Wśród zagrożonych obiektów wymieniano również niemieckie elektrownie atomowe.
      Skończyło się na alarmie, ale według danych zgromadzonych przez wywiad wielu
      islamistów ciągle czeka na rozkazy. Inni wyjeżdżają za granicę pomagać swoim
      pobratymcom. Jeszcze kilka lat temu pomagali Czeczenom w walce z Rosjanami. Po
      powrocie stawali się bohaterami dla współwyznawców. Obecnie nowym poligonem
      stał się dla nich Irak. Agenci tajnych służb starają się mieć pod kontrolą
      strumień podążających tam muzułmanów, ale - zgodnie z prawem - nie mogą nikomu
      zabronić wyjazdu. Nie wiadomo, kto chce tylko odwiedzić rodzinne strony, a kto
      myśli o przyłączeniu się do "świętej wojny". Albo kto dopiero na miejscu
      podejmie decyzję.

      To jednak nie ci, którzy wyjeżdżają, są największym zmartwieniem Niemców. - Na
      razie rozkaz brzmi: wyruszajcie do Iraku. Ale co zrobi niemiecki muzułmanin,
      gdy usłyszy rozkaz: zrób coś w Niemczech? - pyta retorycznie minister spraw
      wewnętrznych Bawarii Günther Beckstein.
      Beckstein ostrzega, że terroryści są coraz bliżej granic Niemiec. Ostatnio
      uderzyli na Stambuł. Nie ma pewności, że następny nie będzie Berlin. Niemieckie
      media przypominają jednak: terroryści nie muszą do nas przyjeżdżać. Mamy ich na
      miejscu.
      Ostatnio w jednym z meczetów na południu Niemiec wdowa po poległym w Czeczenii
      mężu opowiadała, jak dumna jest, że żyła z prawdziwym męczennikiem.
      Zapowiedziała, że teraz pośle na wojnę syna. Tłum słuchał w milczeniu. Po
      chwili rozległy się brawa.



      Filip Gańczak

      Artykuł ukazał się w tygodniku Newsweek Polska, w numerze 04/04 na stronie 50

      • 14.02.04, 21:15
        Zakaz noszenia chust dyskutowany w Niemczech


        Gazeta.pl > Świat > Ostatnio w Niemczech Sobota, 14 lutego 2004




        Zakaz noszenia chust dyskutowany w Niemczech



        ZOBACZ TAKŻE


        • Francja bez chust i krzyży (10-02-04, 17:18)







        tobi 11-02-2004, ostatnia aktualizacja 11-02-2004 17:14

        Zakaz noszenia muzułmańskich chust przez pracowników państwowych i
        samorządowych w Hesji zaproponowali rządzący w tym landzie chadecy. W trzech
        innych niemieckich landach dyskutuje się zasadność zakazu noszenia chust przez
        nauczycielki podczas prowadzenia lekcji. W Niemczech mieszka 3,5 mln
        muzułmanów, głównie Turków.


        źródło: gazeta.pl, tobi 11-02-2004
      • 12.10.04, 21:04
        Niemcy wydaliły Libańczyka organizatora szczytu islamistów

        Niemcy deportowały w sobotę Libańczyka, który jest jednym z organizatorów
        Pierwszego Arabsko-Islamskiego Kongresu w Europie, zapowiedzianego na początek
        października w Berlinie. Niemieckie MSW zapewnia, że zrobi wszystko, by nie
        dopuścić do przeprowadzenia imprezy, gdyż jego zdaniem ma ona służyć
        propagandzie islamskiego fundamentalizmu i terroryzmu. Według organizatorów
        kongres ma mobilizować Arabów i muzułmanów do "walki przeciwko hegemonii i
        okupacji amerykańsko-syjonistycznej". Niemieckie konsulaty mają odmawiać wiz
        cudzoziemcom, którzy jako cel podróży podadzą udział w kongresie. 42-letniemu
        Libańczykowi Fadiemu Madi cofnięto wizę pobytową w Berlinie, gdyż niemiecka
        prokuratura federalna prowadzi przeciwko niemu śledztwo pod zarzutem
        członkostwa w "podejrzanych organizacjach".

        źródło: gazeta.pl, afp, anr 19-09-2004
        • 12.10.04, 21:05
          W Berlinie nie będzie zlotu islamistów

          Pierwszy Arabsko-Islamski Kongres w Europie zakazany. Władze Berlina zabroniły
          wczoraj przeprowadzenia tej imprezy, zapowiedzianej na początek października.
          Na internetowej stronie kongresu wzywano do "oporu przeciwko amerykańsko-
          syjonistycznemu terrorowi i okupacji". Według władz Berlina można to rozumieć
          jako poparcie dla samobójczych zamachów terrorystycznych przeciwko USA i
          Izraelowi, a takiej propagandy państwo nie może tolerować. W sobotę wydalono z
          Niemiec Libańczyka Fadiego Madi, jednego z organizatorów imprezy. Drugi z
          organizatorów Gabriel Daher, też z Libanu, oświadczył w niemieckim radiu, że
          rezygnuje z prac przygotowawczych do imprezy.

          źródło: gazeta.pl, afp, ap, anr 20-09-2004
          • 10.12.04, 22:46
            Kolejny nieco tendencyjny artykuł na onecie "Niewolnice Koranu" głównie o życiu
            Turczynek w Niemczech. Chciaż ma też momenty ciekawsze: "Gdybym pozostała w
            Turcji – marzy czasami. – Tam ludzie żyją o wiele nowocześniej niż my tu, w
            Niemczech. Chodzą do dyskotek, wychodzą na dwór. Nie chciała wierzyć własnym
            oczom, gdy po raz pierwszy zobaczyła na plaży w Alanyi Turczynki w seksownych
            bikini – przedstawicielki liberalnej średniej i górnej klasy społecznej, które
            nie opuściły swego kraju."
            "Tego rodzaju wypaczenia mają niewiele wspólnego z islamem. – Przed kilkoma
            laty nie szukano uzasadnień w Koranie dla podobnych reguł zachowań – twierdzi
            badacz islamu Ghadban, jednak jest coraz częstszą praktyką przedstawianie tych
            reguł jako danych przez Boga: „Kultura patriarchatu wykorzystuje religię, aby
            trzymać kobiety w posłuszeństwie”.
      • 18.06.05, 20:07
        PAP, MFi /2005-06-18 00:06:00

        Kompromisowy kostium kąpielowy dla małej muzułmanki



        Sąd w Hamburgu uznał, że dziewięcioletnia muzułmańska dziewczynka, której
        rodzice pochodzą z Pakistanu, może i powinna uczęszczać na organizowane przez
        szkołę lekcje pływania.

        Z kolei szkoła nie powinna protestować przeciwko noszeniu przez tę uczennicę
        zakrywającego całe ciało kostiumu kąpielowego.

        Taki kostium okazał się kompromisowym rozwiązaniem. Wcześniej hamburski sąd
        uznał rację szkoły, która obstawała przy udziale muzułmańskiej uczennicy w
        nauce pływania. Rodzice nie posyłali małej na basen, twierdząc, że byłaby tam
        zmuszana do "grzesznego postępowania".
      • 25.09.05, 13:25
        Saudyjczyk chce kupić dom Papieża

        IAR; 2005-09-24

        Wciąż nie został sprzedany dom w Marktl w Bawarii, gdzie w 1927 roku urodził
        Josef Ratzinger, obecny papież Benedykt XVI. Właścicielka domu wystawiła go na
        aukcję, tłumacząc, że jej prywatność zakłócają tłumy turystów.


        Aukcja zakończyła się miesiąc temu, ale transakcji jeszcze nie sfinalizowano.
        Właścicielka rodzinnego domu Josefa Ratzingera Claudia Dandl spośród 30
        chętnych wybrała sześciu. Prowadzi z nimi rozmowy, bo - jak zapewnia - nie
        chodzi jej o uzyskanie najwyższej ceny, lecz o to, by dom znalazł się we
        właściwych rękach. Podkreśla, że ważne jest, jak nowy posiadacz ma zamiar
        użytkować budynek.



        Wśród sześciu potencjalnych kupców są szejk z Arabii Saudyjskiej, osoba
        prywatna ze Stanów Zjednoczonych oraz "szacowna rodzina z Niemiec". Oferują od
        2 do 5 milionów euro. Dom pochodzi z 1745 roku. Rzeczniczka właścicielki
        ocenia, że pertraktacje zakończą się najwcześniej za dwa tygodnie.
      • 16.01.07, 20:13
        onet.pl, IAR, MFi /14.01.2007 06:32

        Coraz więcej Niemców przechodzi na islam

        Coraz więcej Niemców przechodzi na islam. Jak podał tygodnik "Der Spiegel" w
        internetowym wydaniu, od lipca 2004 do czerwca 2005 r. religię muzułmańską
        przyjęły cztery tysiące obywateli Niemiec.
        Oznacza to czterokrotny wzrost w porównaniu z okresem poprzednich 12 miesięcy.

        "Der Spiegel" powołuje się na studium opracowane przez Centrum Islamskie w
        Soest. Badania sfinansowało federalne ministerstwo spraw wewnętrznych.REKLAMA
        Czytaj dalej

        O ile jeszcze przed kilku laty na islam przechodziły głównie kobiety, które
        wychodziły za mąż za muzułmanów, o tyle w badanym okresie motywacje nowych
        wyznawców islamu były różne. Salim Abdullah z Centrum Islamskiego podkreśla, że
        większość z nich podejmuje taką decyzję z własnej woli.

        Zdaniem berlińskiego imama Mohammeda Herzoga, wiele osób, które przyjmują
        islam, to chrześcijanie rozczarowani swoim wyznaniem. Natomiast socjolog
        religii Monika Wohlrab-Sahr wskazuje, że często motywacją jest poszukiwanie
        nowych przeżyć. "Ludzie chcą się odróżniać, stąd zainteresowanie islamem" -
        powiedziała tygodnikowi "Der Spiegel" pani socjolog.

        W Niemczech mieszkają ponad 3 miliony muzułmanów.
      • 18.02.07, 19:43
        Amerykańska armia urządza casting na Irakijczyków

        gazeta.pl, Christian Fuchs, Der Spiegel

        2007-02-16

        Amerykańska armia poszukuje w Niemczech 600 Arabów, którzy zechcieliby odegrać
        rolę Irakijczyków podczas ćwiczeń wojskowych w tzw. Mini Iraku w sercu Bawarii.
        Dzięki symulacji warunków panujących w Iraku żołnierze amerykańscy mają nauczyć
        się obcowania z ludźmi z arabskiego kręgu kulturowego oraz szacunku do
        miejscowych przywódców.


        Przedpołudnie na Nestorstraße w Berlinie. Budynek z niebieskiego szkła
        naprzeciwko stacji kontroli pojazdów. Drogę na drugie piętro wskazują tablice
        informacyjne z napisem: "Casting/Info Statisten" (casting/spotkanie informacyjne
        dla statystów). W pustym, pomalowanym na biało pomieszczeniu siedzi 29 mężczyzn
        i 2 kobiety arabskiego pochodzenia. Z przodu stoi wysoki chudy Niemiec, który
        monotonnym głosem werbuje muzułmanów zebranych w sali do specjalnej pracy dla
        amerykańskiej armii.

        Na samym początku pyta: "Czy mają Państwo coś przeciwko współpracy z
        Amerykanami?". Niektórzy zainteresowani odpowiadają na to pytanie opuszczając
        salę. - Mogą Państwo wyjść w każdej chwili - woła nieco bezradnie Niemiec.

        Armia USA poszukuje obecnie 600 statystów mówiących po arabsku - m. in. poprzez
        ogłoszenia w berlińskiej bulwarówce "B.Z.", w których zaprasza do udziału w
        castingu w sprawie pracy. Tego typu spotkania odbywają się obecnie w wielu
        dużych miastach na terenie Niemiec.

        W dniach od 20 marca do 11 kwietnia amerykańska armia chce przeprowadzić
        symulację sytuacji w Iraku i potrzebuje do tego realistycznych warunków.
        Arabowie mają przez trzy tygodnie bez przerwy mieszkać w Combat Maneuver
        Training Center (wojskowy ośrodek szkoleniowy) w Hohenfels, położonym w Górnym
        Palatynacie w samym środku Bawarii, między Norymbergą i Regensburgiem.

        Fragment filmu "Weltverbesserer auf dem Schlachtfeld" ("Naprawiacz świata na
        polu bitwy") w reżyserii Teresiny Moscatiello przedstawia sceny, które zostały
        nakręcone w Hohenfels w 2003 roku podczas ćwiczeń symulujących sytuację w Iraku.

        Na wojskowym poligonie o powierzchni 16 tys. hektarów znajduje się dziesięć
        sztucznie założonych wsi, gdzie często odbywały się już takie symulacje. -
        Statyści mają przez 24 godziny na dobę ogrywać rolę Irakijczyków - mówi
        mężczyzna przeprowadzający casting w Berlinie. Kobiety muszą nosić na głowach
        muzułmańskie chusty, mężczyźni turbany. W obrębie poligonu znajduje się meczet,
        dom publiczny, wiele baraków i obiektów noclegowych dla "cywilów na polu bitwy"
        ("Civilians on the Battlefield (COB)") - jak w wojskowym żargonie nazywa się
        statystów.

        Ich zadaniem będzie udawanie: burmistrza, terrorystów, kobiet w ciąży,
        handlarzy. Amerykańskie jednostki wojskowe mają wypełniać podczas ćwiczeń
        określone zadania. Główne zadanie cywilów będzie polegać na nierozumieniu
        amerykańskich żołnierzy.

        Mini-Irak w sercu Bawarii

        W styczniu George Bush ogłosił nową strategię dla Iraku, w myśl której
        odpowiedzialność za bezpieczeństwo w kraju ma być w coraz większym stopniu
        przekazywana Irakijczykom. Ponadto Bush chce wysłać do Bagdadu kolejnych 21,5
        tys. żołnierzy.

        Właśnie to ostatnie działanie ma na celu "ponowne przejęcie kontroli nad
        miastem, także w obliczu wojny domowej" - taką opinię w sprawie wyraża Benjamin
        Schreer, ekspert z grupy badawczej ds. polityki bezpieczeństwa w Stiftung
        Wissenschaft und Politik (Fundacja Nauka i Polityka). - Szczególnie trudne
        będzie przejęcie kontroli nad większymi grupami osób w obcym kulturowo
        środowisku miejskim. Zamachowcy często strzelają do amerykańskich wojsk z tłumu.
        Żołnierze będą ćwiczyć ze statystami właśnie na wypadek takich sytuacji. - W
        jednym ze scenariuszy 150 osób będzie odgrywać masową demonstrację - mówi
        mężczyzna, który rekrutuje statystów w Berlinie.

        Ponadto żołnierze mają być szkoleni, jak postępować z Arabami. Zostaną nauczeni
        zasad współżycia społecznego i szacunku. Przed odbyciem takich ćwiczeń wielu z
        nich po prostu nie wiedziałoby, jak mają się zachowywać w obcej kulturze. Nic
        dziwnego - większość amerykańskich żołnierzy w wieku 19-24 lat nigdy przedtem
        nie opuściła swojej ojczyzny. Klika tygodni po odbyciu szkolenia w obozie w
        Niemczech mają już walczyć w Iraku.

        Bernhard Bergbauer w 2003 roku uczestniczył we wcześniejszych ćwiczeniach w
        Hohenfels, symulujących sytuację w Iraku. W dokumentalnym filmie
        "Weltverbesserer auf dem Schlachtfeld" mówi o amerykańskich żołnierzach: -
        Podczas ćwiczeń mogli nauczyć się np. że do szejka nie mówi się: "I don't
        fucking care who you are!" ("Gówno mnie obchodzi, kim jesteś"), ale że trzeba go
        traktować z szacunkiem, bo to ważna osobistość, a także tego, że podczas
        demonstracji po prostu należy zachować spokój - mówi Bergbauer.

        Czasami jednak Bergbauer wątpi w sens takich szkoleń. - Kiedy słyszymy, że
        podczas demonstracji w Iraku zastrzelono trzech cywilów, nasuwa się pytanie, czy
        te ćwiczenia rzeczywiście coś dają - mówi Bergbauer.

        Dać się zastrzelić za 90 euro

        Po wstępie wygłoszonym przez prowadzącego rekrutację na berlińskiej Nestorstraße
        wywiązuje się dyskusja. Pewien Libańczyk chce wiedzieć, w jaki sposób chronieni
        są odtwórcy ról i czy ze względów bezpieczeństwa do uczestnictwa w szkoleniach
        zostanie dopuszczona prasa. - Kto nam zagwarantuje udzielenie pomocy w
        przypadku, gdy Amerykanie popełnią jakiś błąd? - krzyczy. - Co obchodzi Jankesów
        jakiś zabity Arab! Robi się niespokojnie. - Nie, żadne słowo na temat akcji nie
        przedostanie się na zewnątrz. Na poligonie nie będzie żadnych mediów -zapewnia
        niemiecki pracownik- Będą Państwo zatrudnieni w niemieckiej firmie. Obowiązują
        tu najwyższe środki bezpieczeństwa.

        Do tej chwili pomieszczenie opuściła już ponad połowa Arabów. Chcieli trafić do
        filmu, a ta oferta wcale nie wydaje im się kusząca - 21 dni spędzonych wśród
        granatów dymnych i oślepiających, zamaskowanych jeepów oraz helikopterów Black
        Hawk, dopóki nie zostanie się na niby zastrzelonym z karabinów na podczerwień.
        Niektóre symulacje trwają dziesięć godzin, inne całą dobę.

        Pensja dla wielu nie jest przekonująca. Za dzień pracy statysta otrzymuje 90
        euro. Kto wyjedzie przed upływem trzech tygodni, otrzyma jeszcze mniejszą kwotę.

        Palestyńczyka Mohamada Kaboulito to nie odstrasza. Jest jednym z kandydatów,
        którzy pozostali. - Będę wykonywać każdą pracę, którą dostanę - mówi asystent
        kupca. Jest bezrobotny, a musi zapewnić byt swojej rodzinie. 27-letni muzułmanin
        twierdzi, że do USA ma "normalny stosunek".

        Najpierw otrzymuje podstawowe informacje na temat pracy, potem musi wypełnić
        kwestionariusz oceny. Następnie zdaje test z języka niemieckiego i angielskiego.
        Później, w momencie podpisywania umowy, będzie musiał doręczyć zaświadczenie o
        niekaralności, wystawione przez policję, kartę ubezpieczenia społecznego, dowód
        ubezpieczenia zdrowotnego i kartę podatkową.

        Zbyt duże wymagania, zbyt wiele zastrzeżeń

        Casting w Berlinie jest organizowany przez firmę b.o.r.k. Dienstleistungen GmbH,
        która realizuje publiczne zamówienie armii USA wraz z przedsiębiorstwem Detektei
        - Service und Sicherheit. b.o.r.k. Dienstleistungen GmbH milczy na temat
        szczegółów swojej działalności, gdyż nie chce trafić na czołówki gazet, tak jak
        firma Optronic GmbH & Co, która organizowała castingi do 2005 roku. Od 1999 roku
        przedsiębiorstwo działało na zlecenie USA i nie wychodziło na tym źle. Dziennik
        "Taz" przypuszcza, że właściciel firmy, Hans-Werner Truppel, zwerbował w sumie
        ponad 3 tys. statystów do odgrywania ról na polu bitwy i otrzymywał za to od
        amerykańskiego wojska 10 mln euro rocznie. W 2002 roku próbował jednak
        nielegalnie przewieźć do Korei Północnej 22 tony bezszwowych rur aluminiowych do
        produkcji uranu nadającego się do tworzenia broni jądrowej. Po ponad rocznym
        pobycie w tymczasowym areszcie w maju 2004 roku Truppel został skazany na cztery
        lata pozbawienia wolności za naruszenie przepisów niemieckiej ustawy o obrocie
        towarowym z zagranicą i próbę
        • 18.02.07, 19:43
          Casting w Berlinie jest organizowany przez firmę b.o.r.k. Dienstleistungen GmbH,
          która realizuje publiczne zamówienie armii USA wraz z przedsiębiorstwem Detektei
          - Service und Sicherheit. b.o.r.k. Dienstleistungen GmbH milczy na temat
          szczegółów swojej działalności, gdyż nie chce trafić na czołówki gazet, tak jak
          firma Optronic GmbH & Co, która organizowała castingi do 2005 roku. Od 1999 roku
          przedsiębiorstwo działało na zlecenie USA i nie wychodziło na tym źle. Dziennik
          "Taz" przypuszcza, że właściciel firmy, Hans-Werner Truppel, zwerbował w sumie
          ponad 3 tys. statystów do odgrywania ról na polu bitwy i otrzymywał za to od
          amerykańskiego wojska 10 mln euro rocznie. W 2002 roku próbował jednak
          nielegalnie przewieźć do Korei Północnej 22 tony bezszwowych rur aluminiowych do
          produkcji uranu nadającego się do tworzenia broni jądrowej. Po ponad rocznym
          pobycie w tymczasowym areszcie w maju 2004 roku Truppel został skazany na cztery
          lata pozbawienia wolności za naruszenie przepisów niemieckiej ustawy o obrocie
          towarowym z zagranicą i próbę wsparcia produkcji broni atomowej. W 2005 roku
          armia rozpisała nowy przetarg na zamówienie publiczne w zakresie organizacji
          castingów.

          Wojsko amerykańskie trenuje z muzułmańskimi statystami od 2003 roku. -
          Znalezienie ich w Niemczech wcale nie jest takie proste - mówi Timothey L. Good
          odpowiedzialny za proces rekrutacji "cywilów na polu bitwy". Mężczyzna
          rekrutujący statystów w Berlinie stwierdza również, że nie tylko wymagania
          stawiane aktorom-amatorom są zbyt wysokie, lecz także zastrzeżenia kandydatów
          wobec USA są zbyt duże.

          Dlatego w pustej sali na Nestorstraße pod koniec castingu siedzą już tylko
          cztery osoby zainteresowane pracą statysty.

          (C) 2007 Der Spiegel
      • 09.01.08, 10:04
        Muzulmanie w Niemczech sa slabo zintergowani, zreszta jak w wiekszosci krajow.
        Udzial w ciezkich przestepstwach mlodziezy arabskiej i turecjiej wynosci ponad
        70%,..a jest och zaledwioe 5% spolecznestwa.
        pielegnuja swoje tradycje i religie az do chorego poziomu zabijania corek, ktore
        nie chca nosci chust lub zyc jak uciemiezone muzulmani. To sporadyczne
        przypadki..ale w roku 2007 bylo ich prawie 60.
        Zmuszaja swoje dzieci do aranzowanych malzenstw z ludzmi. Czesto te osob to
        osoby z ich "rodzinnego" kraju, bez wyksztalcenia i znajomosci jezyka. Kobiety
        sprowadza sie po to zeby rodzily dzieci, siedzialy na socjalu itd. Mezczyzn, bo
        muzulmanin nie zgodzi si ena slub corki z nie-muzulmaninem. Wiec lepsze leniwy z
        wlasnego kraju niz pracowity niemiec. ITD..

        ale to bardzo ogolnie. Wiele osob (rowniez muzulmanow) odcina sie od tej masowej
        spolecznosci. zyja i pracuja jak kazdy opbywatel..tylko tych jest w porownaniu z
        "masowka" malo.

    • 09.03.04, 21:19
      Brytyjski muzułmanin w Hamasie

      Brytyjski muzułmanin przeprowadził jeden z samobójczych zamachów w Tel Awiwie w
      2003 r. - wynika z kasety wideo upublicznionej przez palestyński Hamas. To
      pierwszy przypadek, kiedy Hamas posłużył się cudzoziemcem w walce z Izraelem.
      Zdaniem obserwatorów świadczy to o umiędzynarodowieniu tej organizacji, która
      próbuje się włączyć do "ogólnoświatowego starcia islamu z Zachodem". Wlk.
      Brytania już przed kilkoma miesiącami informowała, że jej obywatele działają w
      terrorystycznych organizacjach na terenie Izraela i Zachodniego Brzegu.

      źródło: gazeta.pl, tobi 09-03-2004
      • 15.02.07, 00:45
        onet.pl, wenn /15.02 00:19


        Matka wybrała mu żonę, bo sam nie mógł się zdecydować

        Yusuf Islam poprosił swoją matkę o pomoc w wyborze kandydatki na żonę, ponieważ
        nie potrafił samodzielnie zdecydować, z kim spędzi resztę życia.
        Brytyjski artysta, który w 1978 roku pożegnał się z pseudonimem Cat Stevens i
        przeszedł na islam, zapewnia, że zawarte w 1979 roku małżeństwo z Fauzia
        Mubarak Ali nie było zaaranżowane przez rodziców, jednak matka rzeczywiście
        pomogła mu w wyborze żony.

        -Ludzie uważają, że moje małżeństwo zostało zaaranżowane, ponieważ
        uczestniczyła w tym moja matka. Prawda jest taka, że brałem pod uwagę dwie
        kobiety, z którymi się spotykałem. Przedstawiłem obie mojej matce i zapytałem
        ją o radę, po czym poszedłem za jej wskazówkami. Oczywiście to był również mój
        wybór, ale pozwoliłem, aby matka miała swój udział w mojej decyzji.
      • 27.04.07, 10:45
        info.onet.pl, WENN, ML /27.04.07 00:16


        Brytyjskie zasiłki socjalne dla "haremów"

        Osiedlający się w Wielkiej Brytanii imigranci, którzy mają kilka żon, mogą
        pobierać na swoje "haremy" specjalne zasiłki socjalne - chociaż zgodnie z
        brytyjskim prawem bigamia jest przestępstwem karanym pozbawieniem wolności do
        lat 7.
        Zgodnie z zasadami islamu, muzułmanin może mieć nawet cztery żony, pod
        warunkiem, że będzie w stanie zapewnić każdej z nich godziwe życie.

        Chociaż w Wielkiej Brytanii bigamia jest nielegalna, imigranci, którzy zawarli
        związki małżeńskie w kraju, gdzie poligamia jest zgodna z prawem, mogą w pełni
        korzystać z brytyjskiego systemu świadczeń społecznych. Parlamentarzyści
        brytyjscy domagają się jak najszybszej zmiany przepisów i usunięcia
        rozbieżności.

      • 23.06.07, 02:14
        Tydzień islamskich protestów przeciw Salmanowi Rushdiemu

        pit2007-06-23,

        Uliczne protesty, palenie flag, rezolucje w parlamentach, głosy potępienia ze
        strony rządów - tak świat islamu zareagował na przyznanie przez królową
        brytyjską tytuł szlacheckiego pisarzowi Salmanowi Rushdiemu.
        Choć od uroczystości nadania szlachectwa mignął już tydzień, nie milkną głosy
        oburzenia. Protestowano na ulicach miast Iranu, Pakistanu, Malezji i Kaszmiru.
        Wolny od pracy piątek dał okazję to nasilenia demonstracji. Po piątkowej
        modlitwie islamscy radykałowie wyszli na ulice głównych miast Pakistanu -
        Karachi, Lahore i Islamabadu. Uczestnicy liczących po kilka tysięcy osób
        manifestacji palili brytyjskie flagi i kukły przedstawiające Rushdiego

        Urodzony w Indiach Salman Rushdie naraził się muzułmanom w 1988 r. powieścią
        pt. "Szatańskie wersety". Zawarte w niej opisy życia proroka Mahometa część
        muzułmanów uznała za bluźniercze. Rok później duchowy przywódca Iranu ajatollah
        Chomeini wydał fatwę (klątwę) z wyrokiem śmierci na Rushdiego. W obawie o życie
        pisarz pozostawał w ukryciu przez dziesięć lat.

        Napięcie między Londynem i fanatykami islamskimi wzrosło w poniedziałek za
        sprawą wypowiedzi pakistańskiego ministra ds. religii Mohammeda Ejaz-ul-Haqa. -
        Jeśli ktoś popełnia zamachy samobójcze w obronie honoru proroka Mahometa, jego
        krok jest usprawiedliwiony - oświadczył podczas debaty parlamentarnej tuż przed
        jednogłośnym potępieniem przyznania pisarzowi tytułu szlacheckiego przez
        brytyjską królową. Słowa ministra spotkały się z potępieniem Londynu. Do
        protestu przyłączył się MSZ Francji.

        Rządy Iranu i Pakistanu wezwały w środę brytyjskich ambasadorów, żądając
        odebrania pisarzowi tytułu szlacheckiego. - Konsekwencje prowokacji, która
        rozgniewała muzułmanów, będą skierowane w brytyjską królową i rząd - groził
        irański przedstawiciel ds. kontaktów z Europą Ibrahim Rahimpour. Zapewnienia
        Brytyjczyków, że Rushdiego uhonorowano za dokonania literackie oraz że rząd
        brytyjski szanuje Islam, nikogo nie uspokoiły. - Obraźliwy, podejrzany i
        nieprzemyślany krok brytyjskiego rządu jest oczywistym znakiem islamofobii,
        która dogłębnie zraniła uczucia 1,5 mld muzułmanów - grzmiał Rahimpour. Wczoraj
        decyzję królowej potępił premier Pakistanu Shaukat Aziz. To najwyższy rangą
        polityk pakistański, który przyłączył się do protestów.

        Choć w 1998 r. irański rząd umiarkowanego prezydenta Mohammada Chatamiego
        oświadczył, że nie popiera już wyroku śmierci na pisarza, fatwa wciąż
        obowiązuje. Rok temu podtrzymał ją ajatollah Ali Chamenei. - Rushdie to
        renegat, którego zabicie znalazłoby w Islamie usprawiedliwienie - powiedział.

        W czwartek stowarzyszenie pakistańskich kupców obiecało dziesięć milionów
        rupii, czyli 165 tys. dolarów, za głowę pisarza. Nie przebili Irańskiej
        Fundacji Męczenników, która rok temu zaoferowała 2,8 mln dolarów.


        Źródło: Gazeta Wyborcza
      • 11.07.07, 14:11
        ostrzegam: artykulik jest napisany w głupiutki sposób!

        onet.pl, PAP, JG / 11.07.2007

        Brytyjka poślubiła syna Osamy bin Ladena
        - 51-letnia Brytyjka Jane Felix-Browne została drugą żoną 27-letniego syna
        Osamy bin Ladena - Omara i ubiega się dla niego o wizę, by mógł odwiedzać
        Wielką Brytanię - poinformował brytyjski dziennik "Times".
        - Po prostu poślubiłam mężczyznę, którego spotkałam i w którym się zakochałam,
        dla mnie to po prostu Omar. Jego serce jest czyste, jest pobożny, spokojny,
        jest gentlemanem i moim największym przyjacielem - mówi w rozmowie z gazetą
        Jane Felix-Browne.

        - Byłoby miło, gdybym mogła jak każda inna mężatka powiedzieć, że to jest mój
        mąż, tak i tak się nazywa, lecz muszę być realistką. Mam tylko nadzieję, że
        ludzie nie będą mnie zbyt surowo oceniać. Poślubiłam syna, a nie ojca - dodaje.

        Jane Felix-Browne wyznaje, że ma świadomość, iż niektórzy ludzie będą wrogo
        nastawieni do jej małżeństwa.

        Pani Felix-Browne, która ma za sobą już pięć małżeństw, spotkała Omara we
        wrześniu w Egipcie. Bajeczny romans zaczął się, gdy młody bin Laden zobaczył
        Jane, jak jeździła konno niedaleko piramidy Cheopsa. Ślub wzięli w Egipcie i
        Arabii Saudyjskiej w obrządku islamskim i obecnie czekają na pozwolenie od
        władz w Rijadzie na legalizację związku. "Times" nie podaje, kiedy doszło do
        ślubu.

        Jak twierdzi panna młoda, "Omar jest wobec wszystkich ostrożny. Nieustannie
        obserwuje ludzi, którzy według niego mogą go śledzić. Nie bez powodu obawia się
        kamer. Jest synem Osamy. Ale kiedy jesteśmy razem, zapomina o bożym świecie".

        Pani Felix-Browne przyznaje, że poznała członków rodziny bin Ladena, kiedy
        mając 16 lat była żoną Saudyjczyka. Jak twierdzi, poznała Osamę bin Ladena w
        latach 70. na przyjęciu w Londynie.

        "Times" przypomina, że Omar bin Laden opuścił Arabię Saudyjską, gdy jego ojciec
        został stamtąd wydalony za ekstremistyczne poglądy. Żyjąc na wygnaniu w
        Sudanie, a później w Afganistanie, widział jak powstaje i działa Al-
        Kaida. "Omar nie zrobił niczego złego. Był dzieckiem, kiedy był w
        Afganistanie" - tłumaczy nowa żona młodego bin Ladena.

        Dodaje, że Osamę "po raz ostatni widziała w 2000 r., kiedy razem z synem byli w
        Afganistanie". "Opuścił ojca, gdyż uważał, że nie należy walczyć, czy być w
        armii. Omar szkolił się na żołnierza i miał tylko 19 lat" -
        zaznacza. "Powiedział mi, że nie miał kontaktu ze swoim ojcem od dnia, kiedy go
        opuścił. Tęskni za ojcem. Omar nie wie, czy to jego ojciec był odpowiedzialny
        za zamachy z 11 września. Nie sądzę byśmy się kiedykolwiek dowiedzieli" -
        powiedziała Felix-Browne "Timesowi".

        Jane Felix-Browne, która przybrała islamskie imię Zaina Mohamed, ma trzech
        synów i pięcioro wnucząt. Omar ma już żonę i dwuletnie dziecko. Do Omara Zaina
        zwraca się "habibi", czyli "mój kochany". Ma nadzieję, że mąż przyjedzie do
        Wielkiej Brytanii, ale obawia się, że "może mu się nie spodobać pogoda".
      • 08.01.08, 09:38

        Brytyjski biskup kontra islam
        mkuz
        2008-01-08, GW

        Śpiew muezina, który zwołuje na modlitwę do meczetu, przeszkadza nam bardziej
        niż dzwony w kościele - uważa brytyjski biskup Rochester. Na Wyspach rozpętała
        się religijna awantura

        Ostry spór o rolę i naturę islamu w Wielkiej Brytanii zaczął się, gdy w
        niedzielnym wydaniu konserwatywnego "Daily Telegraph" ukazał się tekst
        anglikańskiego biskupa. Wielebny Michael Nazir-Ali napisał m.in., że na Wyspach
        trudno jest żyć razem z muzułmanami, niektóre islamskie dzielnice miast to
        strefy, do których nie można wejść, a młodzież w tych miejscach może być
        wychowywana w duchu ekstremizmu.

        Wspomniał też - i to wywołało chyba największy oddźwięk - że społeczności
        muzułmańskie eskalują swoje żądania, m.in. żądając zezwoleń na zwoływanie do
        meczetu na modły przez muezina. Takie nawoływanie jest normą w państwach
        arabskich, ale nie w Europie. W samej Wielkiej Brytanii na 2 tys. meczetów
        jedynie nieliczne mają taką możliwość.

        Organizacje islamskie na Wyspach natychmiast oskarżyły biskupa o szerzenie
        nienawiści religijnej i zażądały jego ustąpienia. - To fałszywy obraz
        rzeczywistości. Nasze społeczności są znacznie lepiej zintegrowane niż dziesięć
        lat temu, więc jeśli Kościół anglikański jest odpowiedzialny, powinien podjąć
        konkretne kroki w sprawie tych opinii - mówił "Daily Telegraph" Ajmal Masoor z
        Towarzystwa Muzułmańskiego Wielkiej Brytanii.

        Jednak odwołania biskupa Nazir-Alego zapewne nie będzie. Większość hierarchów
        Kościoła anglikańskiego jest zdania, że Nazir-Ali powiedział otwarcie o
        problemie, który z powodu politycznej poprawności jest rzadko dyskutowany.
        Biskup Blackburn Nicholas Reade stwierdził, że chrześcijanie mogą mieć kłopoty z
        kultywowaniem swojej wiary w tych regionach Anglii, gdzie społeczności
        imigranckie są silne.

        Sam duchowny, który rozpętał ostrą dyskusję, należy do barwnych postaci
        anglikańskiego Kościoła. To Pakistańczyk wychowany w wierze chrześcijańskiej i
        pierwszy niebiały hierarcha nominowany na tak wysokie stanowisko w Wielkiej
        Brytanii. Nazir-Ali znany jest z kontrowersyjnych sądów - to on powiedział
        m.in., że obowiązkiem małżeństw jest posiadanie dzieci, a bezdzietne pary "tylko
        sobie dogadzają".

        Źródło: Gazeta Wyborcza
      • 18.03.08, 20:39
    • 21.03.04, 00:04
      AGATA SKOWRON-NALBORCZYK

      Europa z chustą na głowie

      Kiedy myślimy o cywilizacjach chrześcijańskiej (czy szerzej: europejskiej) oraz
      muzułmańskiej, uważamy, że tradycyjnie były one od siebie oddzielone
      terytorialnie. Ta pierwsza określona jest geograficznie już przez swoją nazwę,
      natomiast tę drugą zwykliśmy uważać za właściwą dla obszarów Afryki Północnej,
      Bliskiego Wschodu czy dalszych części Azji.

      Osobność cywilizacji europejskiej wydaje się podkreślana przez fakt, że
      kształtowała się ona w opozycji właśnie do islamu. Europejska tożsamość, jak
      udowodnił to Josep Fontana, kształtowała się w zetknięciu z
      innymi, "niewiernymi" czy "barbarzyńcami". To właśnie obrona własnych wartości
      przed naporem islamu stanowiła w dużym stopniu podstawy tworzenia się kultury
      europejskiej. Nie bez przyczyny po raz pierwszy mieszkańcy naszego kontynentu
      nazwali się Europejczykami w roku 732 - miało to miejsce w kronice opisującej
      chrześcijan zagrożonych przez ekspansję muzułmańską.

      W naszej świadomości panuje także przekonanie, że obie te cywilizacje są nie
      tylko rozdzielone geograficznie, ale też osobne w sensie kulturowym, że ich
      wartości są sprzeczne, nieprzystające do siebie i, stanowiąc wyłącznie wzajemne
      zagrożenie, mogą tylko rywalizować o wpływy we współczesnym świecie.

      Na tym tle niepokojącym faktem może wydawać się rosnąca populacja muzułmanów na
      terenie Europy, którą szacuje się dziś na około 40 milionów1 (w tym ludność
      napływową tej religii w Europie Zachodniej i Środkowej na 15 milionów, rodzimą
      zaś na 25 milionów), co stanowi już mniej więcej 5% ogółu mieszkańców tego
      kontynentu. Głównie jako niebezpieczna postrzegana jest ludność napływająca z
      różnych krajów Azji czy Afryki. Powoli jednak zaczyna być traktowana w ten
      sposób także autochtoniczna ludność muzułmańska, jako również w pewien sposób
      obca europejskiemu systemowi wartości i podatna na wpływy fundamentalistyczne,
      płynące z krajów islamu.

      Sytuacja jest jednak znacznie bardziej skomplikowana, niż to na pierwszy rzut
      oka wygląda, a traktowanie wspólnot muzułmańskich, tak napływowych, jak i
      rodzimych, jako potencjalnych źródeł zagrożenia, przynosi nieoczekiwane i
      niepożądane skutki.

      Tradycyjna religia europejska?

      Przyzwyczajeni jesteśmy do myślenia o podziale terytorialnym pomiędzy światem
      europejsko-chrześcijańskim a światem islamu jako o czymś stałym i odwiecznym, a
      przecież z historycznego punktu widzenia nie zawsze tak było.

      Obecność muzułmanów na terenie kontynentu europejskiego ma bardzo długą
      historię i sięga początków istnienia islamu. Pierwszy jej etap należy już do
      przeszłości - chodzi oczywiście o muzułmański okres w historii Hiszpanii (VIII-
      XV w.) oraz rządy muzułmańskie na Sycylii (IX-XI w.) i w południowych Włoszech
      (IX-X w.). Mimo że muzułmanie zostali usunięci z tych terenów, wpływy ich
      kultury rozprzestrzeniły się na całą Europę. Nie miejsce tu na wymienianie
      poszczególnych aspektów i zasięgu tych wpływów, wystarczy wspomnieć może choćby
      o omawianych wielokrotnie zasługach Arabów dla filozofii lub medycyny, czy
      mniej znanych związkach wysławianej przez prowansalskich trubadurów miłości
      idealnej, niespełnionej, prowadzącej do doskonalenia duchowego - z
      wcześniejszym, podobnym wzorcem miłości idealnej, występującym w liryce
      arabskiej, m.in. właśnie andaluzyjskiej.

      Kiedy muzułmanie wciąż byli obecni na terenie Hiszpanii, mongolskie podboje na
      wschodzie Europy kładły w XIII w. podstawy dla trwającej do dzisiaj obecności
      muzułmanów w innej części kontynentu. Potomkowie tych najeźdźców utworzyli
      bowiem muzułmańskie organizacje państwowe, których pozostałością są liczne
      skupiska Tatarów i innych tureckojęzycznych grup, rozmieszczone od środkowej
      Wołgi po Kaukaz i Krym. Wielu z nich zawędrowało jeszcze dalej i potomków ich
      można spotkać dziś na wschodnich terenach dawnej Rzeczypospolitej Obojga
      Narodów, czyli w Polsce, na Litwie i Białorusi; niektórzy dotarli nawet do
      Finlandii.

      Prawie równolegle z wypieraniem muzułmanów z Hiszpanii inni wyznawcy tej
      religii, Turcy osmańscy, rozpoczynali swą ekspansję od strony Półwyspu
      Bałkańskiego. Ich podboje i późniejsze panowanie na tych terenach, zakończone w
      XIX w., są przyczyną obecności populacji muzułmańskich w Grecji, Bułgarii,
      Rumunii, Albanii czy Bośni. Jest to ludność turecka, która pozostała po
      wycofaniu się władzy osmańskiej, lub zislamizowana ludność autochtoniczna, jak
      np. słowiańscy Bośniacy, również słowiańscy Pomacy w Bułgarii i Grecji, czy
      wreszcie Albańczycy.

      Jak zatem widać, wbrew temu, co utarło się mniemać, islam był obecny na
      terenach Europy prawie od początku swoich dziejów, a przez to wartości jego
      kultury na stałe wpisały się w szeroko pojętą cywilizację europejską i widoczne
      są do dzisiaj: od obecności w krajobrazie, przez architekturę czy stroje
      narodowe, po wpływy w literaturze i filozofii.

      Najbardziej dynamiczna religia w Europie

      Do połowy XX w. ludność muzułmańska mieszkała głównie na terenie Bałkanów i
      Rosji, mniejszości zaś tej religii w innych państwach były traktowane jako
      lokalne zjawiska, dodające kolorytu krajobrazowi. Muzułmanie ci posiadali
      obywatelstwo w swoich rodzimych krajach i niczym, poza religią lub czasem
      wyglądem zewnętrznym (jak niektórzy polscy Tatarzy), nie odróżniali się od
      współobywateli. Mniejszości te były zintegrowane z lokalnymi społecznościami, a
      reprezentujące ich organizacje były uznawane przez prawo.

      Dopiero w II połowie XX w. liczne grupy muzułmanów zaczęły się pojawiać w
      pozostałych częściach Europy, szczególnie na zachodzie. Proces ten, będący
      jednym ze skutków kolonialnego panowania mocarstw europejskich, rozpoczął się
      już wcześniej, niemniej znaczące rozmiary przybrał dopiero w wyniku powojennej
      imigracji, gdy zabrakło rąk do pracy, początkowo przy odbudowie ze zniszczeń
      wojennych, a potem w szybko rozwijających się gospodarkach państw
      kapitalistycznych.

      Od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku napływ imigrantów, w tym muzułmanów,
      przybierał na sile. Przybywali oni jako gastarbeiterzy, ale także jako
      studenci, czy też poszukujący azylu uciekinierzy polityczni. Pochodzą prawie ze
      wszystkich krajów muzułmańskich, od Indonezji do Senegalu i choć liczebnie
      przeważają tu Turcy i Marokańczycy, skład etniczny mniejszości muzułmańskich
      jest w każdym państwie europejskim różny, w zależności od jego specyfiki (np.
      położenie geograficzne) i historii. Z powodu takiej, a nie innej kolonialnej
      przeszłości we Francji przeważają Maghrebijczycy (czyli mieszkańcy północnej
      Afryki na zachód od Libii), znający od początku język francuski i mający z tego
      powodu mniejsze problemy z adaptacją; w Wielkiej Brytanii mamy do czynienia ze
      znaczącą populacją Pakistańczyków, w Austrii - Bośniaków.

      Islam jest w Europie najbardziej dynamiczną religią. Notuje najwyższy przyrost
      wyznawców, nie tylko dzięki napływowi imigrantów, ale także dzięki wysokiemu
      przyrostowi naturalnemu. Jego wyznawcy tworzą drugą co do liczebności wspólnotę
      religijną nie tylko we Francji, ale także np. w Austrii.

      Proces migracji z krajów muzułmańskich do Europy nie jest zakończony, w
      znacznym stopniu ma jednak charakter nielegalny. W związku z sytuacją po
      wydarzeniach 11 września 2001 roku kraje Unii Europejskiej zaostrzyły swoją
      politykę, wymierzoną przeciwko nielegalnemu napływowi imigrantów, w tym
      muzułmanów. Utrzymanie liczby europejskich muzułmanów na stałym poziomie jest
      jednak niemożliwe, choćby ze względów demograficznych.

      Mówienie o islamie jako takim, czy o jedności wszystkich europejskich
      muzułmanów jest niewłaściwe, choć oczywiście religia ta stanowi pewien łączący
      wyznacznik. Niemniej wyraźnie widać, że poszczególnym grupom trudno przekroczyć
      dzielące je granice, a nawet zdobyć się na podejmowanie starań w tym kierunku.
      Szyiccy Irańczycy zazwyczaj trzymają się z daleka od centralnych organizacji
      • 21.03.04, 00:05
        Mówienie o islamie jako takim, czy o jedności wszystkich europejskich
        muzułmanów jest niewłaściwe, choć oczywiście religia ta stanowi pewien łączący
        wyznacznik. Niemniej wyraźnie widać, że poszczególnym grupom trudno przekroczyć
        dzielące je granice, a nawet zdobyć się na podejmowanie starań w tym kierunku.
        Szyiccy Irańczycy zazwyczaj trzymają się z daleka od centralnych organizacji
        muzułmańskich, zwykle zdominowanych przez sunnickich Turków czy Arabów, a
        portugalscy ismailici indyjskiego pochodzenia utrzymują chętniej kontakty z
        podobnymi grupami w Wielkiej Brytanii, a nawet Brazylii, niż z innymi
        muzułmanami na terenie Portugalii. Trudno także porównać problemy wracających z
        wygnania Tatarów Krymskich z kłopotami, z którymi borykają się nieznający
        języka niemieckiego gastarbeiterzy tureccy w RFN. Nie mówiąc już o dylematach
        młodych Turków urodzonych w Niemczech, lecz niemogących uzyskać obywatelstwa
        tego kraju ze względu na prawny związek obywatelstwa z narodowością niemiecką.

        Zagrożenie dla wartości europejskich?

        Populacja muzułmańska na terenie Europy stale rośnie, a jej obecność jest coraz
        bardziej widoczna. Muzułmanie to już nie tylko gastarbeiterzy, samotni
        mężczyźni, przebywający tymczasowo na obczyźnie. Gdy dołączyły do nich rodziny,
        w państwach europejskich pojawiło się drugie i trzecie pokolenie muzułmanów o
        obcych korzeniach. Ci urodzeni w Europie, znający często lepiej język kraju
        pobytu niż mowę przodków, nie traktują swego zamieszkania tutaj jako
        przejściowego pobytu. Oni są tu na stałe i wynikiem tego jest ich rosnąca
        troska o infrastrukturę religijną: o meczety, sale modlitw, szkoły religijne
        oraz zapewnienie takich warunków prawnych, które pozwoliłyby im na wypełnianie
        obowiązków religijnych oraz pielęgnowanie kulturowego dziedzictwa.

        Ponieważ wielu z nich buduje swoją tożsamość, opierając się na religii, powodem
        gorących dyskusji staje się kwestia, czy tradycyjne wartości islamu dadzą się
        pogodzić z wartościami zakorzenionymi w cywilizacji europejskiej. Debaty te
        rozgorzały w wyniku takich wydarzeń, jak rewolucja islamska w Iranie, wojna
        domowa w Libanie, sprawa "Szatańskich wersetów" Rushdiego, wojna w Zatoce,
        dyskusje na temat hidżabu (tradycyjnej zasłony dla kobiet) w szkołach, a
        ostatnio ataki terrorystyczne na USA. Co więcej, pojawia się wiele głosów
        twierdzących, że religia ta nie tylko może stanowić zagrożenie dla tradycyjnej
        kultury europejskiej, lecz że jej wartości są zasadniczo niezgodne z zasadami
        demokracji. Wskazuje się tutaj na brak poszanowania dla praw człowieka, a
        zwłaszcza na niską pozycję kobiety w społeczeństwie. Islam ma ponoć także
        zagrażać bezpieczeństwu państwowemu, przez związki mniejszości z ruchami
        fundamentalistycznymi, uformowanymi na terenie krajów ich pochodzenia.

        Te wyrażane często lęki są w większości przypadków sztuczne i nie znajdują
        odbicia w rzeczywistości. Dzieje się tak z wielu powodów. Przede wszystkim sami
        muzułmanie europejscy wywołali, jak dotychczas, naprawdę mało incydentów, które
        mogłyby być uzasadnieniem dla tego typu obaw. Najczęściej demonstracje i akty
        protestu odbywają się w krajach, które nie przyznały islamowi oficjalnego
        statusu i celem manifestantów jest właśnie uzyskanie tegoż statusu dla własnej
        religii. Miejscem tego typu akcji jest np. Wielka Brytania. Z kolei w
        Portugalii muzułmanie, nieposiadający także oficjalnego statusu mniejszości
        religijnej, starają się osiągnąć swe cele w pokojowy sposób, współpracując
        nawet ze znajdującymi się w podobnej sytuacji wyznawcami judaizmu. Natomiast
        bardzo często muzułmanie występują jako ofiary napaści czy prześladowań, jak ma
        to miejsce np. w Niemczech.

        W sprawie Rushdiego, która uważana jest za dowód nieprzystawalności islamu do
        wartości zachodnich, większość organizacji muzułmańskich w Europie odrzuciła
        orzeczenie Chomeiniego, choć jednocześnie organizacje te potępiły samą książkę.
        Tylko niewielka grupa ekstremistów, pod żadnym względem niereprezentatywna dla
        ogółu, poparła fatwę przywódcy rewolucji islamskiej. Takie małe ugrupowania
        można znaleźć w obrębie każdej religii czy ideologii.

        Poza tym podnoszona zależność grup imigrantów od politycznych przywódców
        Bliskiego Wschodu, którym przypisuje się silną muzułmańską inspirację, nie
        znajduje odbicia w rzeczywistości. Wymieniany często w tym kontekście Saddam
        Husajn związany jest przecież z sekularystyczną, a nawet antyreligijną
        ideologią partii Al-Bas. Co ciekawe, przywódca Serbów z Bośni i zbrodniarz
        wojenny Radovan Karadžić określany jest w tychże samych europejskich mediach po
        prostu jako nacjonalista, bez żadnych odniesień do religijnego, w tym wypadku
        chrześcijańskiego podłoża jego ideologii. Omawianie zaś odkrytych ostatnio
        śladów działalności Al-Kaidy w państwach europejskich odbywa się bez
        jakiejkolwiek wzmianki, że działalnością tą zajmują się małe grupki
        ekstremistów, z którymi znacząca większość ludności muzułmańskiej, przybyłej do
        Europy w celu znalezienia pracy i poprawienia warunków życia, nie ma i nie chce
        mieć nic wspólnego. Działania grup terrorystycznych, określających się jako
        muzułmańskie, są bowiem niewygodne dla samych muzułmanów, gdyż podważają
        podstawy ich i tak niepewnej egzystencji w nowych krajach oraz niosą ze sobą
        niebezpieczeństwo inwigilacji czy innych niedogodności, w tym kłopotów ze
        znalezieniem pracy. Działania te dodatkowo przyczyniają się do pogłębiania i
        tak już negatywnego obrazu wyznawcy islamu, jaki ugruntował się w Europie przez
        wieki i trwa do dzisiaj, a nawet są powodem postrzegania imigrantów
        muzułmańskich jako ludzi, tworzących z założenia środowiska kryminogenne.

        Uprzedzenia oraz odbieranie islamu i jego wyznawców jako wrogów kultury
        zachodniej nie jest niczym nowym i sięga początków kontaktów muzułmańsko-
        chrześcijańskich. Pojawiało się ono już w średniowiecznych polemikach teologów
        chrześcijańskich, a nasileniu ulegało w czasie konfliktów ideologiczno-
        politycznych, których źródłem były wojny krzyżowe, walki z Turcją osmańską, a
        później panowanie mocarstw kolonialnych, czy wreszcie obecne antagonizmy na
        Bliskim Wschodzie. Negatywne wyobrażenia odrodziły się w Europie w dużej mierze
        w wyniku powstania na jej terenie znaczących skupisk wyznawców islamu, a
        nasiliły się szczególnie w obliczu zastoju gospodarczego i zagrożenia
        bezrobociem. Wobec tego ostatniego imigranci stają się konkurencją na rynku
        pracy. Niechęć do islamu i muzułmanów podsycana jest przez organizacje
        polityczne o zabarwieniu prawicowo-nacjonalistycznym, jak choćby ugrupowanie
        Jörga Haidera w Austrii, czy nowe ruchy w Danii lub Holandii, które odkryły, że
        antymuzułmańska, populistyczna propaganda pomaga im w czasie wyborów. Używanie
        argumentów przeciw religii pomaga takim środowiskom uniknąć posądzenia o
        szerzenie nienawiści rasowej, zabronionej przez prawo i karanej.

        Muzułmanie wobec Europy

        Powielanie negatywnych stereotypów na temat islamu oraz uogólnianie zagrożenia
        ze strony niewielkich grup ekstremistów prowadzi do stygmatyzacji muzułmanów w
        codziennych kontaktach, a przez to często także do wykluczania ich z wielu sfer
        oficjalnego życia. Ma to niekorzystny wpływ na postawy, jakie muzułmanie, jako
        imigranci, przyjmują wobec rzeczywistości krajów pobytu. Sprzyja bowiem
        przyjęciu postawy odrzucenia zastanej kultury w całości, postrzegania jej jako
        zepsutej i dekadenckiej. Napiętnowanie muzułmanów jako gorszych, podejrzanych
        członków społeczeństwa i odmawianie im prawa obywatelstwa staje się przyczyną
        poszukiwania własnej wartości w rodzimej kulturze i tradycji, a co za tym
        idzie, podejmowania prób życia zgodnie ze wszystkimi zasadami odziedziczonej po
        przodkach religii2. Zauważalne staje się przy tym nadmierne przywiązanie i
        przesada w stosowaniu rodzimych wartości, przerysowana surowość w
        przestrzeganiu zasad wiary, coraz bardziej odległych od tych, któryc
        • 21.03.04, 00:09
          Muzułmanie wobec Europy

          Powielanie negatywnych stereotypów na temat islamu oraz uogólnianie zagrożenia
          ze strony niewielkich grup ekstremistów prowadzi do stygmatyzacji muzułmanów w
          codziennych kontaktach, a przez to często także do wykluczania ich z wielu sfer
          oficjalnego życia. Ma to niekorzystny wpływ na postawy, jakie muzułmanie, jako
          imigranci, przyjmują wobec rzeczywistości krajów pobytu. Sprzyja bowiem
          przyjęciu postawy odrzucenia zastanej kultury w całości, postrzegania jej jako
          zepsutej i dekadenckiej. Napiętnowanie muzułmanów jako gorszych, podejrzanych
          członków społeczeństwa i odmawianie im prawa obywatelstwa staje się przyczyną
          poszukiwania własnej wartości w rodzimej kulturze i tradycji, a co za tym
          idzie, podejmowania prób życia zgodnie ze wszystkimi zasadami odziedziczonej po
          przodkach religii2. Zauważalne staje się przy tym nadmierne przywiązanie i
          przesada w stosowaniu rodzimych wartości, przerysowana surowość w
          przestrzeganiu zasad wiary, coraz bardziej odległych od tych, których
          przestrzegali rodzice i dziadkowie. Takie postępowanie pozwala muzułmanom na
          zachowanie nie tylko własnej wartości, ale także poczucia bezpieczeństwa w
          obrębie tradycyjnej wspólnoty, gdzie jej członkowie wspierają się nawzajem i
          służą sobie pomocą3.

          Najbardziej pożądana z wielu przyczyn postawa budowy tożsamości muzułmańskiej,
          w zgodzie z europejskimi warunkami społeczno-prawnymi, pojawia się tylko w
          wyniku pozytywnych doświadczeń życia w poszczególnych państwach. Sprzyja jej
          oficjalne uznanie islamu przez państwo, przyznanie mu przywilejów, jakimi
          cieszą się inne wyznania i brak dyskryminacji we wszelkich formach życia
          społecznego. Dzięki temu muzułmanie, czerpiąc z lokalnej kultury to, co w niej
          dobre, i łącząc ją z wartościami wyniesionymi z własnej religii, tworzą "islam
          europejski", nową wartość kulturowo-społeczną, a niekiedy nawet religijną,
          która stanowi dowód na to, że islam - jako religia uniwersalna - jest sposobem
          życia, możliwym w każdym kulturalnym i politycznym kontekście.

          Ów islam europejski, przez akceptację europejskiego rozdziału władzy świeckiej
          od duchownej, wymaga oczywiście przeinterpretowania doktryny muzułmańskiej w
          wielu aspektach, co jest wyzwaniem teologicznym i intelektualnym, z którym
          mierzy się wielu uczonych i myślicieli muzułmanów. Jednym z nich jest Tariq
          Ramadan, który stara się w swych przemyśleniach i nauczaniu połączyć
          posłuszeństwo nauce islamu z akceptacją lokalnego świeckiego systemu prawnego i
          z obywatelskim zaangażowaniem w sprawy miejscowej, europejskiej społeczności.
          Tożsamość muzułmanina - przez zerwanie z tradycyjną kulturą kraju pochodzenia -
          staje się uniwersalna, lepiej dopasowana do warunków europejskich, a także
          wznosi się ponad historie konfliktów między jego kulturą rodzimą a kulturą
          kraju jego zamieszkania. Idee, propagowane przez Tariqa Ramadana, spotykają się
          ze szczególną akceptacją muzułmanów urodzonych już w Europie, szukających w
          religii własnej tożsamości, lecz za bardzo wrośniętych w kulturę europejską, by
          zaakceptować rodzimy islam etniczny.

          Nad stworzeniem warunków dla wykształcenia się islamu europejskiego, czyli nad
          opracowaniem zasad, które mogłyby być podstawą egzystowania muzułmanów w
          obrębie europejskich systemów prawnych, pracują już zespoły uczonych teologów i
          prawników, tak z krajów europejskich, jak i z Bliskiego Wschodu. Wyniki ich
          prac przyjmują formę orzeczeń prawnych, fatw, które publikowane są w
          czasopismach, wydawanych przez islamskie stowarzyszenia, a także w internecie
          czy specjalnych opracowaniach książkowych. Stanowią one cenną pomoc i zbiór
          wskazówek dla tych, którzy chcą być obywatelami państw europejskich - przy
          zachowaniu swej muzułmańskiej tożsamości i wiary.

          Dla porządku wypada wspomnieć o innych postawach, przyjmowanych przez
          muzułmanów. Jedną z nich jest całkowita asymilacja do lokalnej społeczności,
          prowadząca do odrzucenia wszystkich wyniesionych z domu tradycji i wartości, a
          przyjęcia na ich miejsce tych zastanych w kraju pobytu. Wiąże się to także z
          porzuceniem praktykowania islamu w życiu codziennym. Wydaje się, że taka
          unifikacja nie jest zjawiskiem całkowicie pozytywnym, prowadzić może do buntu
          następnego pokolenia, lub zagubienia w przypadku spotkania się z dyskryminacją,
          choćby ze względu na wygląd zewnętrzny.

          Nie można zapominać o jeszcze jednej tendencji, najmniej może popularnej, ale
          ważnej. Otóż część muzułmańskich imigrantów traktuje swój pobyt jako wyprawę
          misyjną, której celem jest nawrócenie jak największej liczby Europejczyków na
          islam. Wykorzystują oni fakt, że niektórych "starych" mieszkańców Europy upadek
          wielkich ideologii minionego wieku, rozczarowanie moralne liberalnym
          kapitalizmem i konsumpcyjnym podejściem do życia prowadzi do konstatacji, że
          tylko islam może być wyzwoleniem i tylko on może zaofiarować zadowalającą
          odpowiedź na wszystkie bolączki współczesności. Tendencje te trzeba widzieć w
          kontekście ideowego pluralizmu, jaki cechuje dzisiejszą rzeczywistość Starego
          Kontynentu. Nie wydaje się, by skala konwersji na islam w Europie miała
          odmienić jej kulturowe oblicze.

          *

          Coraz liczniejsza obecność muzułmanów w Europie, połączona z wyobrażonymi lub
          rzeczywistymi możliwościami wpływu islamu na Europejczyków i ich kulturę,
          prowokuje do postawienia kilku pytań, związanych z potrzebą redefinicji
          europejsko-chrześcijańskiej tożsamości:

          Czy współistnienie z wyznawcami innej religii w życiu codziennym będzie dla
          europejskich chrześcijan zagrożeniem, czy też raczej wyzwaniem do zastanowienia
          się, czym dla nich jest ich własna religia?

          Czy w czasach słabnięcia więzi rodzinnych pojawienie się grupy, dla której te
          więzi są bardzo ważne, stanowi zagrożenie, czy raczej pomoc dla chrześcijan,
          próbujących ratować tę wartość, jaką jest rodzina?4

          Czy muzułmanie, posiadający liczne rodziny, nie będą stanowić impulsu dla
          powstrzymania spadku liczby urodzeń wśród ludności autochtonicznej?

          Czy wyznawcy islamu, przyzwyczajeni do postrzegania obecności Boga we
          wszystkich aspektach życia, nie będą dla chrześcijan, żyjących w zlaicyzowanym
          społeczeństwie, pomocą i wzorem dla artykułowania swego chrześcijaństwa także w
          przestrzeni życia publicznego?

          Wszystkie te pytania sprowadzają się do jednego: czy zatem islam w Europie jest
          zagrożeniem, czy raczej wyzwaniem - religijnym, intelektualnym i społecznym?

          Agata Skowron-Nalborczyk

          źródło: WIĘŹ Nr 3/2003
          • 24.07.04, 19:00
            Beduinka staje twardo po jednej stronie. Ja mieszkalem 5 lat we Francji.
            Dokladnie w Strasbourgu. Znajdowaly sie tam 2 dzielnice prawie w calosci
            zamieszkale przez ludnosc emigracyjna z krajow arabskich, gdzie regularnie
            minimum raz w tygodniu byl palony ukradziony samochod. Raz bylem przypadkowo
            swiadkiem takiego zdarzenia. Policja z obawy przed zamieszkami nie reaguje zbyt
            ochoczo. straz pozarna zostala obrzucona kamieniami. Jest to protest przeciwko
            materialistycznemu podejsciu zachodu do zycia. Regularnie z czestotliwoscia ok
            raz w tygodniu odbywaly sie muzelmanskie manifestacje przeciwko: dyskryminacji
            muzulmanow, wojnie w Iraku, postawy panstwa Izrael i polityce francuzkiego
            rzadu. Nie zauwazylem nigdy zadnej dyskryminacji muzelmanow. Czesto jednak to
            muzulmanie wykorzystuja slabosc i bojazn urzedow i rzadu francuzkiego aby np.
            uzyskac zasilki, dostac prace, darmowe ubezpieczenie itd. Gdy tego nie uzyskuja
            oskarzaja urzedy o rasizm i dyskryminacje. Z drugiej strony arabowie francuzcy,
            zwlaszcza mlode pokolenie nie posiadaja wiekszej wiedzy nt. krajow z ktorych
            przybyli rodzice, religii, i nie mowia lub mowia bardzo slabo po arabsku.
            Mlodziez arabska jest kryminogenna, leniwa w poszukiwaniu pracy i generalnie
            przeciwna spoleczenstwom w ktorym przebywaja. Powrot jednak do krajow z ktorych
            przybyli jest bardzo trudny lub niemal niemozliwy choc byly i takie pomysly we
            Francji. Kobieta przez tych chlopakow jest traktowana jako gorszy rodzaj
            czlowieka, bez szacunku. Chusta na glowie jest tylko wierzcholkiem gory
            lodowej. Francuzi jednak sa niestety skazani na arabow gdyz nowe pokolenie
            posiada juz obywatelstwo francuzkie wg prawa francuzkiego sa wiec francuzami.
            Sytuacja podobna jest wiec troche o blednego kola i zeruja na niej populisci
            rzedu Le pena.
    • 03.05.04, 22:41
      • 03.05.04, 22:49
        już od jakiegoś czasu jest to u nas na forum:
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=10662&w=8946595&a=12252917
        • 13.11.04, 19:24
          Nowe Szwedki

          Fredrik Kullberg, ICA Kuriren (tłum. Bożena Lilja), 2004-11-12 21:23:39


          Uciskane, bite, zamykane w domach. Nie umiejące czytać i pisać. Zabijane w imię
          honoru. Oto obraz imigrantek z krajów muzułmańskich w szwedzkich mediach. Ale
          jest i druga strona medalu. Wiele z tych dziewcząt świetnie sobie w nowym kraju
          radzi. Lepiej niż ich szwedzcy rówieśnicy.

          Zapytajcie nauczyciela w jakiejkolwiek szwedzkiej szkole. Córki imigrantów są
          najlepszymi uczniami w klasie, nawet z takich przedmiotów jak język szwedzki.
          Są ciche, ambitne i pracowite. Wiele z nich to dzieci wykształconych w Szwecji
          studentów. Wychowywały się w akadamikach i od małego wiedziały jak ważna jest
          edukacja. Ich rodzice, mimo ukończonych w Szwecji szkół i dyplomów, prowadzą
          dziś taksówki albo są na zasiłku dla bezrobotnych. One chcą inaczej. I pewnie
          im się uda, ponieważ w przeciwieństwie od ich matki czy ojca, rozumieją kod
          szwedzkiego społeczeństwa.
          Mówią na ogół w kilku językach. Oprócz szwedzkiego, także w języku matki czy
          ojca, oraz płynnie po angielsku. Pewnie to ich wystąpienia zastąpią wkrótce
          nieporadny angielski na wielu konferencjach naukowych. Największym atutem tzw.
          nowych Szwedek jest nie tyle znajomość kilku kultur, ale ambicje i spryt.

          Nikt właściwie nie robił do tej pory badań dotyczących fenomenu córek
          imigrantów. Dopiero przy badaniu co ma wpływ na wybór jedzenia przez młodzież,
          przeprowadzonych przez instytut „United minds” na zlecenie „Mjölkfrämjandet”
          (organizacji zajmującej się wspieraniem konsumpcji mleka) okazało się, że
          dziewczyny te w zasadniczy sposób różnią się od swoich rówieśników. Mają
          zupełnie inne cele i podejście do swojej przyszłości niż na przykład hip-
          hopowcy, komputerowcy czy klubowicze.

          Gdy znajomi przykładowej „Fatimy Svensson” będą w czasie wakacji jeździć po
          świecie „stopem” i zapiszą się do szkoły klaunów w Amsterdamie, ta młoda nowa
          Szwedka ma bardziej tradycyjne pomysły.

          Nastawia się na zdobycie dającego pewność zawodu o wysokim prestiżu. Jej celem
          jest tytuł naukowy, najchętniej międzynarodowy. Chce być lekarzem, dentystą,
          farmaceutą, inżynierem. Aż 44 proc. studentow w szwedzkich uczelniach
          kształcących stomatologów ma etniczne pochodzenie, do tego większość studentów
          to kobiety. Rekordowy pod tym względem jest wydział dla przyszłych techników
          dentystycznych. Tam odsetek imigrantów wynosi 57 proc., a kobiety stanowią
          dominującą większość uczących się.

          - W ciągu najbliższych 10 lat te dziewczyny przejmą wiele zawodów o wysokim
          statusie. Będą naszą nową klasą srednią - mówi szefowa „Mjölkfrämjandet” Ingela
          Stenson.

          Kolejną różnicą między córkami imigrantów a rdzennymi Szwedkami jest stosunek
          do rodziny. Te ostatnie chcą żyć przede wszystkim dla siebie i opóźnić
          posiadanie dzieci, tak dlugo jak to możliwe. Dla córek imigrantów rodzina jest
          najważniejsza. Jej założenie to warunek szczęśliwego życia.

          Ale chwileczkę... Czy rodzina imigrancka nie jest dla kobiety prawdziwym
          piekłem i wiezieniem? – To obraz daleki od prawdy - uważają same kobiety.
          Rodzina to dla nich dowód kobiecej władzy i siły.

          Oczywiście, niektóre tradycje cały czas są żywe. Nowe Szwedki, tak jak ich
          matki, przygotowywują codziennie pracochłonne, tradycyjne dla kraju pochodzenia
          potrawy i biorą na siebie większość domowych obowiązków. Mimo to udaje im się
          robić kariery w prestiżowych zawodach. Mało tego, jak wynika z badań są mniej
          zestresowane niż Szwedki.

          Odrzucają takie zajęcia jak ćwiczenia w klubie fitness, korzystanie z pomocy
          domowej, wieczorki z koleżankami przy kuflu piwa. To ostatnie zresztą nigdy ich
          nie interesowało. W razie kryzysu zawsze pod ręką mają grono przyjaciółek i
          rodziny.

          Ta amitna i odnosząca sukcesy imigrantka będzie miała w Szwecji coraz większe
          znaczenie. Dla polityków, pracodawców, dziennikarzy. Tylko muszą ją najpierw
          zauważyć.

          Nic nie jest niemożliwe

          Jeszcze pięć lat temu Zeinab Hameed nie umiala powiedzieć po szwedzku ani
          słowa. Dziś jest studentką prestiżowej wyższej szkoły stomatologicznej w Malmö.

          Wymagnia na tej uczelni są bardzo wysokie, a konkurencja z roku na rok rośnie.
          W tym roku akademickim na 40 miejsc było 935 chętnych. Jedną z tych, którzy się
          dostali jest Zainab Hameed. Ma 22 lata i z pochodzenia jest Irakijką. Jest
          modnie ubrana, a włosy ukryte ma pod chustą. Zainab ma duże plany i wiarę, że
          wszystko się uda. Po skończeniu szkoły chciałaby otworzyć własną klinikę w
          Londynie.

          Jej rodzina miała dość rządów Saddama Hussajna i kilka lat temu przeprowadziła
          się z Iraku najpierw do Libii, później do Szwecji. Po sześciu miesiącach w
          Malmö Zainab na tyle dobrze poznała język, że zaczęła uczyć się w szwedzkim
          gimnazjum. Była dwa lata starsza od reszty klasy i wiedziała, że nie ma czasu
          do stracenia. Zamiast chodzić, jak inni na basen, Zainab siedziała nad
          książkami. Po trzech latach zdała maturę. Była jedną z najlepszych w klasie.

          Zainab nie tylko studiuje, ale także pracuje w weekendy w restauracji. Niedawno
          była na spotkaniu dawnej klasy z gimnazjum. Okazało się, że tylko ona i inna
          dziewczyna z Iraku są na studiach. Reszta albo je przerwała, albo nigdy ich nie
          podjęła. Ktoś pracuje w Burger Kingu, ktoś właśnie wrócił z długiej podróży,
          reszta odpoczywa. Zainab rozumie ich, ale ona swoje podróże odkłada na później.
          Teraz jej celem jest zostać dentystą.

          W jej rodzinie wykształcenie zawsze było najważniejsze. Oboje jej rodzice mają
          tytuł doktorów biologii. Co dość typowe, żadne z nich nie dostało pracy
          odpowiadającej ich wykształceniu. Matka została w końcu nauczycielką, ale tylko
          na pół etatu. Ojciec nadal jest bezrobotny.
          Czy czują się dyskryminowani? Zainab nie jest tego pewna. Z pewnością znaczenie
          tu ma ich znajomość szwedzkiego i wiek. Jest przekonana ze granice dzielące
          tych rdzennych i nowych Szwedów powoli znikają. Osobiście nie spotkała się z
          dyskryminacją ze względu na pochodzenie.

          Zainab odważnie patrzy w przyszłość. Dla młodych dentystów pracy w Szwecji jest
          sporo. Poza tym nastepnego lata zamierza wyjść za mąż. Narzeczony też pochodzi
          z Iraku i studiuje na informatyce. Zainab zamierza jednocześnie robić kariere i
          prowadzić życie rodzinne. Oczywiście chce mieć dzieci, ale nie od razu. Może za
          pięć, sześć lat. Zainab nie będzie mieć wtedy jeszcze 30-tki. Czy będzie mieć
          na to wszystko siłę? Pod ręką będzie matka i siostry, liczy też na pomoc
          przyszłego męża. Jest nowoczesny. Naprawdę umie gotować. – Wiem, że będzie
          ciężko, ale gdy się czegoś bardzo chce, to sie udaje. Nic nie jest niemozliwe -
          mowi Zainab Hameed.


          ZRODLO: www.arabia.pl


          • 13.11.04, 19:29
            Jeszcze dodam, ze obraz "uciesnionej" Arabki przekazuje nam w Szwecji prasa
            typu Aftonbladet, ktorej nawet nie warto czytac, bo coraz bardziej zaczyna
            przypominac prase brukowa. Kolorowe, przyciagajace okladki, itp. Czego sie nie
            robi, by zwabic czytelnika. Lepiej czytac stonowane Dagens Nyheter. Ten
            dziennik tylko raz, jakies 15 lat temu (tak przynajmniej slyszalam) zwolnil
            kogos za poglady polityczne, kto byl zbyt antyizraelski.
            --
            Pozdrowienia
            Joanna ( دمشق)
            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=621&w=9855231
            • 13.11.04, 19:41
              Dobrze, ze na arabia ukazal sie ten tekst. Ja juz rok temu probowalam to dac do
              zrozumienia na innym forum niejakiej Annie, ktora pisala:

              "Pragne tylko dodac, ze fakt analfabetyzmu arabow zamieszkalych w Izraelu (poza
              terytoriami) nie jest wina izraelskich wladz ale samych arabskich obywateli.
              Oni nie wykorzystuja tej samej i takiej samej mozliwosci do ksztalcenia jaka
              maja dzieci izraelskie (czyt. zydowskie). Nie posiadajac tradycji edukacyjnych
              sami lekcewaza koniecznosc ksztalcenia swoich dzieci, bardziej interesujac sie
              korzystnym "sprzedaniem" swoich corek rodzinom przyszlych ich mezow.
              Analogiczna sytuacja istnieje w Szwecji: arabscy ojcowie nie interesuja sie
              wynikami w nauce swoich dzieci, swoim zonom tez na to nie pozwalaja. Efektem
              tego jest, ze wiekszosc arabskich dzieci konczac szkole podstawowa nie jest w
              stanie poprawnie czytac i pisac, nie mowiac juz o matematyce. Te zaniedbane
              dzieci sukcesywnie tworza roznego rodzaju gangi i w ten sposob kolo sie zamyka."



              Anna@supernetpower.com, 2003-12-12 17:24



              --
              Pozdrowienia
              Joanna ( دمشق)
              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=621&w=9855231
              • 13.11.04, 19:49
                I jeszcze reszta korespondencji z pania Anna:

                Skad ty kobieto masz takie dane??? Sama mieszkam w Szwecji, znam wielu Arabow i
                musze cie niestety rozczarowac: wiekszosc sposrod ich dzieci osiaga duzo lepsze
                wyniki w nauce niz ich szewdzcy rowiesnicy. Wskaz mi swoje zrodlo, z ktorego
                czerpiesz te falszywe informacje. Niecierpliwie czekam

                ~Teletubbie1001, 2003-12-14 20:01


                W przeciwienstwie do tej babiny teletubbie majacej tyle arabskich przyjaciol,
                ja nie utrzymuje z nimi kontaktow, nie ma ich w moim otoczeniu. Informacje o
                skandalicznych wynikach, a raczej ich kompletny brak, w nauce ich dzieci
                czerpie z prasy szwedzkiej. Podejrzewam, ze teletubbie, nie czyta szwedzkich
                dziennikow, w przeciwnym wypadku bylaby swiadoma olbrzymich problemow jakie
                wystepuja w tej etnicznej grupie.

                Anna@supernetpower.com, 2003-12-16 18:48


                Czy pytanie, ktore ci zadalam Anno jest az tak niewygodne? Nie dosyc, ze
                czekalam na odpowiedz cale dwa dni, to jeszcze nazwalas mnie babina? Boisz sie
                tego, co mam do powiedzenia i dlatego probujesz mnie zdyskredytowac w oczach
                innych forumowiczow?
                Napisalas, iz swoje wiadomosci czerpiesz ze szwedzkich dziennikow. Ktorych?
                Expressen, Aftonbladet? Jezeli tak, to nie mamy o czym rozmawiac.
                Jesli zas chodzi o wszelke rewelacje dotyczace edukacji ( i nie tylko) Arabow,
                jest tu podobnie jak w kwestii nowinek z Polski. Jeden przypadek dorasta do
                rangi: wszyscy i wszedzie. Ilekroc czytam gazete czy ogladam Tv mam dziwne
                odczucie, iz kreuje sie w nich obraz straszliwej biedy i zacofania w Polsce.
                Prawie nigdy nie pokaza kulturalnych, zadbanych ludzi, ktorych przeciez nie
                brak w naszym kraju, tylko jakies stare bezzebne wiejskie baby, ktore w dodatku
                jakies 20 lat temu oddaly wlasne dzieci do szwedzkiej adopcji, itp. Trudno sie
                potem dziwic, iz wielu Szwedow na pytanie czy Polska powinna wejsc do Unii,
                odpowiada z oburzeniem, iz ten kraj jeszcze przez nastepne 50 lat nie powinien
                tam sie wcale znalezc.
                Ponadto cecha szwedzkiego szkolnictwa, w przeciwienstwie do polskiego, jest to,
                iz wszyscy uczniowie konczac dana klase powinni prezentowac podobny poziom
                wyksztalcenia. Jezeli delikwent nie zda jednego egzaminu, organizuje sie dla
                niego kolejny i kolejny, az do skutku. W ciezkich przypadkach mozliwe sa nawet
                lekcje indywidualne. Zatem przedstawiona przez ciebie teoria ma sie nijak do
                rzeczywistosci. Poza tym nalezy rozwazyc rowniez taka kwestie: wielu uchodzcow
                (z krajow arabskich i nie tylko) przyjezdzajacych tu w przeciagu ostatnich 20,
                30 lat reprezentowalo z roznych powodow odmienny poziom wyksztalcenia. Tu
                zastal ich inny jezyk ( i nauczanie w nim), inne przedmioty, pewnie tez roznilo
                sie wiekiem. Z pewnoscia ludzie ci mieli wiele problemow z dostosowaniem sie do
                panujacych w tym kraju warunkow. Ale to bylo, jak juz powiedzialam, 20, 30 lat
                temu. Wskaz mi zatem arabskie dzieci urodzone w Szwecji i majace takie problemy
                z nauka, jak to opisalas.
                Podobnie jest ze wspomnianymi przez ciebie arabskimi zonami. Piszesz, ze im
                mezowie nie pozwalaja sie uczyc. To ciekawe. Wielu bowiem imigrantow (w tym
                Arabow, Polakow, Latynosow, Somalijczykow, itp.) wybierajac Szwecje na swoj
                nowy dom liczylo na ow slynny socjal. Jednak jezeli osoba nie udokumentuje, iz
                regularnie uczeszcza do jakiejs szkoly (chociazby jezyka szwedzkiego), moze
                zapomniec o zasilku. Nie sadze zatem, by ktokolwiek w tym kraju zrezygnowal z
                takiej mozliwosci.
                Wierze, ze istnieja wsrod Arabow czy muzulmanow pewien odsetek mezczyzn, ktorzy
                nie popieraja edukacji swoich zon i nie interesuja sie wlasnymi dziecmi. Ale
                nie mniej podobnych osobnikow znajdziesz wsrod innych nacji, w tym takze
                Szwedow. Dlatego ktos, kto uogolnia tak jak to nie zasluguje nawet na
                jakikolwiek komentarz.
                Piszesz, ze w przeciwienstwie do mnie nie masz wsrod przyjaciol Arabow. Szkoda,
                bo to znaczy, ze tak naprawde nic o nich nie wiesz. Jak zatem mozesz cokolwiek
                o tej grupie etnicznej, jak sama sie wyrazilas, pisac? Poza tym twoje
                stanowisko wydaje sie byc typowe dla szwedzkich imigrantow z Polski; na
                szczescie nie jest to jeszcze regula, przynajmniej wsrod tych Polakow, ktorzy w
                tym kraju cos osiagneli w uczciwy sposob. Ci' Polacy (mam na mysli ta pierwsza
                kategorie) , jako ze sami ciesza sie tu chyba najgorsza opinia, probuja za
                wszelka cene znalezc sobie kozla ofiarnego- w tym przypadku Araba. Znajduje to
                nawet pewne uzasadnienie w psychologii.
                Pozostaje mi jeszcze jedna kwestia do omowienia. Rzad szwedzki popelnil pewien
                zasadniczy blad, ktory teraz pociaga za soba ogromne skutki; mianowicie,
                sprowadzajac te 20, 30 lat temu liczne rzesze uchodzcow, preferowal ludzi z
                niskim wyksztalceniem, by mogli oni wykonywac zawody, ktorych zaden Szwed nie
                ruszy. Zatem Szwecja nie jest reprezentacyjnym krajem. Nie zmienia to jednak
                faktu, iz udalo sie tu przemycic wielu ludzi swiatlych, w tym rowniez Arabow. W
                gronie takiej arabskiej inteligencji sie obracam. I gdyby polska inteligencja
                byla na podobnie wysokim poziomie, nie musielibysmy czytac takich komentarzy
                jak twoj.
                Jezeli jeszcze masz ochote napisac cos o szwedzkich Arabach, zerujac na
                niewiedzy forumowiczow (skoro oni nie znaja szwedzkich realiow), by poprzec
                swoja ideologie, to sprawdz sobie dane na temat narodowosci wlascicieli takich
                znanych nie tylko w Szwecji firm, jak: Neptunsat, Sekvencia, Almsat, SWEDX,
                Scand Vision, SatSystems . 3 z nich zatrudniaja Polki w charakterze
                sprzataczek; moze jestes jedna z nich, stad twoja frustracja? Chociaz z drugiej
                strony znane powiedzenie mowi, iz zadna praca nie hanbi', a wlasciciele
                wspomnianych przeze mnie firm stworzyli tym kobietom miejsca pracy nie z powodu
                wyrachowania, ale z dobroci serca. Maja bowiem te swiadomosc, ze owe panie
                zostawily w domu glodne dzieci, o ktore nie trodzczy sie polski rzad. Tu w
                Szwecji zas nie mialyby mozliwosci pracy skoro nie znaja jezyka. Poza tym
                sprawdz sobie do kogo naleza takie znane restauracje jak: Beirut Café
                (ogloszona najlepsza sztokholmska restauracja jakies 2 lata temu), Lebanon
                Restaurant, Cave du Roi, siec Folket Kebab, czy otwarty ostatnio Balbaak. To
                tylko niektore z wielu firm, ktorych wlascicieli znamy z mezem osobiscie.
                Sprawdz sobie ich strony internetowe; dowiedz sie jaki osiagaja roczny dochod
                brutto, jak wysokie placa podatki, z ktorych rowniez ty zyjesz, ile tworza
                miejsc pracy . Z powyzszymi pytaniami zglos sie do Skattemydningheten - takie
                informacje sa w Szwecji jawne.
                Zadzwon i sprawdz czy to, co napisalam o polskich sprzataczkach , to prawda.
                Jezeliby szwedzcy Arabowie rzeczywiscie mieli problemy z pisaniem czy
                matematyka jak to probujesz nam usilnie dac do zrozumienia, to w jaki sposob
                ich firmy stalyby sie jednymi z wiekszych w calej Skandynawii?
                W dalszym ciagu czekam zatem na twoja odpowiedz, skad czerpiesz te rewelacje,
                bym mogla sie do nich odpowiednio ustosunkowac.



                ~Teletubbie1001, 2003-12-17 09:15
                --
                Pozdrowienia
                Joanna ( دمشق)
                forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=621&w=9855231
    • 06.06.05, 14:24
      ten wątek nazwałam kiedyś dawno temu islam w Europie
      ale niech będzie poszerzony także ogólnie o Arabów w Europie
      w każdym razie nie da się edytować wątków, więc nie mogę tego zmienić ni w
      tytule ni w początku całości :))
    • 07.10.05, 09:36
      Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy zaleciło państwom członkowskim nie
      aprobowanie małżeństwa zawieranych pod przymusem. Z danych, którymi dysponuje
      Zgromadzenie, liczba takich przymusowych małżeństw stale rośnie.


      Problem staje się coraz bardziej zauważalny wraz z napływem imigrantów z krajów
      muzułmańskich. Ocenia się, że tylko we Francji jest około 70 tysięcy kobiet
      zagrożonych przymusowym małżeństwem. Większość ślubów jest zawierana w kraju
      pochodzenia tych kobiet. Często są to osoby nieletnie.

      Deputowani zaapelowali do parlamentów państw członkowskich o ustanowienie
      przepisów, które zapobiegną tego typu związkom i umożliwią karanie osób
      odpowiedzialnych za stosowanie przymusu. Przepisy te powinny też jednoznacznie
      stwierdzać, że małżeństwo nie może być zawarte przed ukończeniem przez
      partnerów 18-tu lat. Zgromadzenie zaleca też nie uznawanie małżeństw obywateli
      europejskich, jeśli zawarto je zagranicą pod przymusem.
      (www.arabia.pl)
      • 07.12.08, 15:48
        tematu praw człowieka, zaczynają brzmieć barbarzyńskie tony.
        --
        Redakcję GW proszę o napisanie na mój adres e-mailowy, skąd u nich
        taka niechęć do wolnych państw.
    • 23.06.06, 09:31
      Po raz pierwszy zetknąłem się z islamem w Dakarze ze 40 lat temu. Naturalnie
      nie licząc moich krótkich i niedokończonych studiów orientalistycznych, ale to
      wszak była tylko teoria, chociażuczyłem sięarabskiego właśnie w wersji Koranu.
      Dawno i nieprawda. W Daharze usłyszałem po raz pierwszy śpiew muezina, a takze
      przeżyłem prawdziwy wstrząs...
      więcej w Trybunie 23.06.
      --
      sirocco.turystyka.net
      krajearabskie.prv.pl
    • 28.06.06, 16:09
    • 02.07.06, 07:27
      Sąd w Szwecji skazał Somalijczyka na 4 (cztery) lata więzienia, który siłą
      zmusił swoją 13 letnia córkę do poddania się zabiegowi wycięcia łechtaczki. Ten
      barbarzyński zwyczaj bardzo rozpowszechniony wśród islamskich emigrantów jest w
      Szwecji urzędowo zakazany od 1982 roku.


      www.neww.org.pl/en.php/news/news/1.html?&nw=2574&re=1
    • 04.07.06, 17:51
    • 06.07.06, 18:17
    • 08.07.06, 13:54
      • 08.07.06, 17:24
        To jedna z wielu rzeczy, ktore mi sie podobaja w Szwecji. Tu do prawa podchodzi
        sie logicznie i przede wszystkim demokratycznie. Jezeli istniejace prawo nie
        podoba sie badz jest przyczyna przykrosci (rowniez immigrantow, ktorzy maja
        takie same prawo upominac sie o swoje jak rodowici sZWEDZI) moga oni zwrocic
        sie do odpowiednich wladz/sluzb, gdzie zwoluja specjalna komisje, ktora ocenia
        istniejace prawo (czy jest ono nielogiczne badz dyskryminujace pewne grupy
        spoleczne). Zarowno ja jak i moi znajomi sie wielokrotnie o tym przekonywalismy
        (w roznych dziedzinach). Pracownica lunaparku w hijabie nie robi nikomu krzywdy
        wiec czemu nie pozwolic jej go nosic?
        pozdrawiam
        --
        "Det bästa en kvinna kan göra är att gifta sig med en arkeolog, för ju äldre
        hon blir desto mer intresserad blir han"
        Agatha Christie
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=621&w=33607272
    • 10.07.06, 10:09
      • 31.08.06, 07:35
        Muzułmanki walczą o chusty

        Powraca sprawa chust muzułmańskich na bułgarskich uczelniach - informuje
        wczorajsza prasa sofijska. W Płowdiwie grupa 110 studentek z Turcji, które mają
        podjąć naukę w Akademii Medycznej, domaga się prawa do noszenia takich chust na
        zajęciach.
        Studentki przebywają w Bułgarii na podstawie kontraktu z prywatną firmą turecką
        i płacą za naukę po 4 tys. euro rocznie. Ten aspekt finansowy sprawia - pisze
        dziennik "Sega" - że rektor Akademii Georgi Paskalew waha się, jaką decyzję
        podjąć w tej sprawie.
        Pytania o prawo do noszenia muzułmańskich chust napłynęły z Turcji także do
        dwóch innych wyższych uczelni w Płowdiwie. Na Uniwersytecie Płowdiwskim wydano
        na to zezwolenie, a rektor Uniwersytetu Technicznego kategorycznie zakazał
        chust.
        PS, PAP
        --
        sirocco.turystyka.net
        krajearabskie.prv.pl
    • 15.07.06, 15:36
  • Powiadamiaj o nowych wpisach

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.