Dodaj do ulubionych

Rowerowe przygody.

27.04.06, 16:42
Cześć!
Jestem rowerzystą który z zasady unika asfaltowych dróg i ich głównych
użytkowników czyli samochodów i ich właścicieli.Dopiero zapach lasu lub łąki
po deszczu daje mi pełną satysfakcję z mojego rowerowania.W związku z tym
poruszam się głównie polnymi drogami lub ścieżkami w lesie.No i tu rodzą się
czasami małe problemy.Jadąc niedawno polną drogą znalazłem się
niespodziewanie w środku sfory najwyraźniej dzikich psów,teraz się z tego
śmieję ale wtedy śmiesznie nie było.Jeżeli mieliście podobne doświadczenia
napiszcie,jak to jest u nas a jak za granicami.Jak radzicie sobie np. z
kleszczami które są ostatnio plagą w naszych lasach,od siebie dodam że na
razie szczęśliwie kleszcza nie złapałem.Niestety tego szczęścia nie miał mój
współtowarzysz z rowerowego wypadu do lasu.Jeżeli macie ochotę to podzielcie
się swoimi doświadczeniami.Pzdr!
Obserwuj wątek
    • robertrobert1 Re: Rowerowe przygody. 27.04.06, 20:02
      Bedac w Moldawii razem z 12 uczestnikami jechalismy wzdluz rzeki. Droga, jak to
      boczne drogi w tym kraju, byla gruntowa i tylko jak przez wies przebiegala to
      zamieniala sie w asfalt. I tak ta droga wila sie przez wies. Z mapy wynikalo,
      ze gdzies bedzie odchodzic od niej glowniejsza droga prowadzaca z doliny na
      plaskowyz. Niestety zadnej glowniejszej drogi nie znalezlismy a ta asfaltowa
      poprowadzila nas na sam skraj wsi. Pelni nadzieji jechalismy dalej a juz coraz
      wezsza sciezka tak waska, ze tylko rowerem dalo sie jechac. Po kilkuset metrach
      okazalo sie, ze jechac juz sie niedalo i niepozostalo nam nic innego jak tylko
      pchanie naszych objuczonych rumakow. A pchania mielismy sporo gdyz natrafilismy
      na zamulony grunt a nastepnie skalisty podjazd o nachyleniu ponad 12%. Do
      pokonania mielismy okolo 120 m przewyzszenia a wszystko to przy 32 st upale i
      pustych bidonach. Ten koszmarny wysilek nieco rekompensowaly widoki.
      Ukoronowaniem wspinaczki bylo studnia ze wspaniala zimna( az za zimna) woda
      zrodlana. Patrzac z perespektywy czasu ta przygoda byla niecodzienna i na dlugo
      zapadla wszystkim w pamieci.
    • mersja36 Re: Rowerowe przygody. 27.04.06, 22:23
      Jechalam ze Zdunskiej Woli do Lodzi.W Kolumnie wjechalam na czerwony szlak.
      Odcinek Poleszyn - Huta Janowska to niesamowity las ...tym bardziej,ze mnie
      trafilo sie jechac przez niego w zbierajacej sie burzy...Do tej pory czuje
      adrenaline no i wspominam niezla srednia...;)
    • wojtkowiak.d Re: Rowerowe przygody. 04.05.06, 22:30
      Kilkanaście lat temu, będąc młodą panienką a należąc do jednego z najlepszych
      polskich klubów turystyki rowerowej (:-) miewało się mnóstwo różnych przygód...
      Np.
      *jadąc na zlot tylko (!) z koleżanką, rozbiłyśmy namiocik (maleńkita straszy
      hihihi...). Po wieczornym spacerrze po murach poszłyśmy spać a o świcie budzą
      nas dziwne odgłosy zza ściany namiotu. My zasłuchane, coraz bardziej w strachu
      co to za mlaskanie, szuranie, stąpanie...słychać brzęk łańcucha (!!!), my już
      prawie skamieniałe ze strachu - oczywiście nie otwieramy namiotu żeby sprawdzić
      co to, w końcu któraś z nas ucgyliła suwak, a to tuż przed naszym
      namiocikiem...pasie się piąkna polska łaciata...krowa!
      *Kiedyś jadąc grupką paroosobową, po dniu w strasznym upale ogłosiłysmy strajk
      - dalej nie jedziemy! nasi panowie -chcąc nie chąc- szukają jakiegoś noclegu w
      okolicy, z marnym skutkiem.Poszłyśmy w końcu do księdza na plebanię ale z powodu
      nieobecności tegoż, pani gospodyni wskazała nam miejsce pod 2-3 namioty na
      terenie łąki na terenie plebanii. Pięknie podziękowaliśmy ale rozłożyliśmy obóz
      ciut bliżej, przy murze. Już zrobiło się ciemno,gotujemy wodę na herbatę (kiedyś
      woziło się kuchenkę i ...paliwo turystyczne :-) a ta woda wcale nie chce się
      zagotować, tyle czasu. W końcu zapukaliśmy po wrzatek do tej gospodyni i jakaś
      tam kolacyjka była. W nocy strasznie miauczały koty - a nie był to marzec,
      przewalały się jakieś butelki (jakieś szkło jakby na stosach???), skrzypiały
      bramy, szczekały psy - w każdym razie noc nie przespana. Rano otwieramy ledwo
      oczy a tu w odległości dosłownie paru metrów stoją oparte o mur ...stare tablice
      nagrobne.
      * Że nie wspomnę już o tych zielonych nocach obozowych, kiedy w ruch szły pasty
      do zębów, pokrzywy wkładane do śpiworów, wyjmowane śledzie z namiotów,
      spuszczane powietrze z materacy, albo ku naszej uciesze nasz najlepszy numer (a
      ku rozpaczy panów lubiących świętować "na mokro" z napojami %) - w nocy, po
      cichy przestawiamy tropik "tyłem do przodu". Czyli delikwient nie do końca
      wyspany wstaje z namiotu i szuka wyjścia a tu ...ściana!
      Był też rower powieszony za kierownicę na gałęzi drzewa na wysokości 3-4 m
      (swoją drogą, jak chłopaki to zrobili?)
      Oj, działo się,działo...ale to se ne vrati :-(
      • kowal70an Re: Rowerowe przygody. 21.06.06, 20:13
        W zeszłe lato wracałem około południa(było upalnie) z pałacu w Otwocku Wielkim
        przez Karczew. Przejeżdżając obok zabytkowego barokowego kościoła w centrum
        miasta postanowiłem zwiedzić pokrótce jego otoczenie i wnętrze oraz zrobić
        kilka fotek. Teren kościelny był ogrodzony murem.Stało tam parę ławek i na
        jednej z nich przysiadłem zmęczony podziwiając wspaniałą barokową fasadę
        świątyni. W odległości kilkunastu metrów ode mnie stała wyniosła murowana
        dzwonnica. Parę kroków w bok od ławki ujrzałem pompę wodną(taką z rączką do
        pompowania wody).Postanowiłem obmyć trochę ręce i twarz wodą.Zbliżyłem się do
        pompy i chwytając za rączkę zrobiłem jeden zamach i...W tym momencie doszedł
        mnie ogłuszający i potężny dźwięk dzwonów. Przestraszony puściłem dźwignię
        pompy i stałem przez chwilę zdębiały nie wiedząc co zrobić. Gdy po chwili
        ochłonąłem spojrzałem na zegarek-była punkt 12:00 i dzwony zaczęły bić akurat w
        tym momencie gdy pociągałem za dźwignię.Miałem wrażenie że to ja uruchomiłem te
        dzwony! Śmiałem się potem sam z siebie. Chyba nikt tego nie widział bo też by
        pękał ze śmiechu!
    • agni5 Re: Rowerowe przygody. 10.07.06, 22:34
      w zeszłym roku jeździłyśmy na rowerach po puszczy białowieskiej. czerwiec,
      upał, trawa do kolan, wąskie ścieżki, jechało się wpatrzonym w grunt. w pewnym
      momencie podnoszę głowę, a tam... żubr. żywy, w plenerze. zamurowało nas,
      koleżanki zrobiły w tył zwrot, a ja w panice szukam aparatu foto... oczywiście
      ździebko mi to zajęło, żubr się w tym czasie nawet o centymetr nie poruszył -
      już wiem dlaczego je kiedyś wybili do sztuki. ujęcia mam całkiem ładne :).
      ciąg dalszy był równie dramatyczny, bo po pewnym czasie okazało się że w tymże
      lesie zgubiłam komórkę; poszukiwania trwały długo, ale czuwała ręka boska (i
      ludzka) - ścieżką, którą przechodzi może ze dwie osoby dziennie, a przy której
      w wysokiej trawie leżała owa komórka, szedł właśnie akurat jeden czełowiek i
      usłyszał dzwonienie... okazało się, że pracujemy w stolycy sąsiednich
      budynkach. eh, świat to mały jest.
      • drzejms-buond Re: Rowerowe przygody. 11.07.06, 10:07
        :-}
        to z tym dzwonem , dobre było...

        przygod było dużo!
        teraz przypominam sobie takie:
        1.w nocy, zmuszeni byliśmy po ciemku rozbijać namiot w lesie.
        Rano okazało sie,ze robilismy na samym środku mrowiska-na szczęście namiot był
        szczelnie zamknięty.bardzo ciekawie wygladała ewakuacja z tego miejsca...

        2.w holandii, szukalismy drogi do granicy i niechcący wjechalismy na autostradę
        -pisali potem o nas w miejscowych gazetach (znajomi donieśli)

        3.wracajac z danii przez niemcy, pomyliłem dwa wyrazy: danmark z denmark
        i tak to w pociagu niemieckim zostaliśmy bez niemieckich pieniedzy..długo nie
        mogłem zrozumieć,ćzemu konduktorowi nie podobają się pieniadze za bilet (duńskie
        korony) musieliśmy wysiąść i drałować, gdzieś po nocnej rugii do świnoujścia-
        160 km, w czasie burzy i to szybko (pkp o 8.40) bo kolega musiał być tego dnia w
        pracy!
        4.w ub.roku miałem zaległy urlop (2 miesiace) i zrobiłem sobie KURdePOLOGNE
        od Krynicy Górskiej do Krynicy Morskiej. czasem musiałem jechać drogą
        "półgłówną"(głównych unikam)...bożżżżżż, polscy kierowcy są wyjatkowo
        chamscy!Trąbią, wyzywają,nawet potrafią splunąć na rowerzystę...3 razy uniknąłem
        śmierci,dwa razy tiry zepchnęły mnie do rowu a pan, na scieżce rowerowej(!)
        chciał mnie pobić, bo mu zadzwoniłem za plecami,żeby zszedł z drogi.
        Podczas całej podróży złamałem tylko raz szprychę- w górach, koło szczawnicy
        i zerwałem linkę od hamulca, nad morzem!
        więcej przygód później...
      • meteor2017 Re: Rowerowe przygody. 20.07.06, 17:22
        > momencie podnoszę głowę, a tam... żubr. żywy, w plenerze. zamurowało nas,
        > koleżanki zrobiły w tył zwrot

        To mi przypomina jak jechałem jakimś bocznym wiejskim asfaltem, na poboczu
        pasła się klacz ze źrebakiem, trochę je wypłoszyłem i z kopyta ruszyły środkiem
        drogi, a ja za niespiesznie za nimi, czekając aż z niego zejdą.

        W tym momencie zza zakrętu wyłoniły się dwie rowerzystki i na widok pędzocych
        na nie koni natychmiast zrobiły w tył zwrot. Same konie zaś zaraz skręciły na
        jakąś łąkę i miałem drogę wolną.

        Konie to nie żubr (kiedyś spotkałem takiego w Bieszczadach, jak zbiegł z
        grzbietu, to aż ziemia drżała), ale też było fajnie. Zwłaszcza dla rowerzystek :P

        --
        Wujka To Mi'ego pocztówki zza miedzy
    • krzywy301 Re: Rowerowe przygody. 25.07.06, 20:14
      Pewnego razu ze znajomym pojechaliśmy na wyprawe rowrową. Jednemu z nas
      strzeliła dętka. Mielimy przy sobie tylko pompę. Nieubłagana dziura w gumie nie
      dała za wygraną i uniemożliwiała jazdę. Był okres intensywnych prac na polach.
      Postanowilismy więc wypchac oponę sianem. Jazda była niesamowita i opona
      wyglądała lepiej jak z dętką. Tylko to wystające siano. Do dziś śmiejemy się z
      tego i polecam pomysł w sytuacji awaryjnej.
    • lilarose Re: Rowerowe przygody. 08.08.06, 11:10
      Będąc nastolatką jeszcze udałam sie z młodsza siostrą na wycieczke rowerową.
      Wprawdzie, gdy wyjeżdżałyśmy, na horyzoncie majaczyły ciemne chmury, ale
      zlekceważyłysmy je. Wypuściłyśmy się w trasę (było to na wakacjach, Podlasie,
      okolice Puszczy Knyszyńskiej, niedaleko granicy z Białorusią), gdy zaczął
      kropic kapuśniaczek. Ignorujemy, wszak z cukru nie jesteśmy. Kapusniaczek
      przerodził się w regularny deszcz, a potem w ulewę...Zaczęła się regularna
      burza z piorunami i wodotryskiem. Akurat jechałyśmy przez jakiej pola, pioruny
      waliły co chwila, my pedziłyśmy na złamanie karku, gdy nagle przed nami piorun
      walnął w słup telegraficzny, iskrzyły się przerwane druty....Jakims cudem
      dojechałysmy do najbliższej wsi i schroniłysmy się w wiacie przystanku. Ale
      moja siostra przez kilka ładnych lat bała się burzy.

      Pojezierze Chełmińskie, praktyki studenckie, wakacje. Po pracy postanowiłyśmy z
      koleżanką zwiedzić oddalone o 15 km od naszej bazy miasteczko. Milo się
      zwiedzało, czas mijał, i tak zrobił sie wczesny wieczór. Żadna z nas jakos nie
      pomyślała o wzieciu mapy i pomyliły nam się drogi. Były dwa drogowskazy:
      Chełmno i Chełmża. Pomyliły nam się nazwy i pojechałyśmy w złym kierunku. Po
      kilkunastu kilometrach stwierdziłysmy, że cos jest nie tak i zamiast zawrócić,
      postanowiłysmy skrócic sobie drogę. Droga "skrótowa" nie była asfaltowana i
      prowadziła przez pola i kawałek lasu. Jedziemy, robi się coraz ciemniej, a
      sktót zdaje prowadzić na zupełne pustkowie. Gdzies w oddali usłyszałyśmy muzykę
      jakby z dyskoteki i ujrzałysmy światła latarni. Chcac dotrzeć do źródła tych
      elementów, postanowiłysmy skrócić sobie drogę, przedzierajc się przez pole
      uprawne. Tylko, że w ciemnosci cos, co wzięłyśmy za pole uprawne okazało
      się...bagnem. Była walka o kawałek twadrego gruntu pod nogami. Nie miałyśmy
      mapy, nie wiedziałyśmy, gdzie jestesmy, żadnego światełka przy sobie (rowery
      wzięłysmy od naszego gospodarza, nie były najlepiej wyposazone), komórki
      zostawiłysmy w bazie... hardkor. Jakos udało nam sie wydostać z bagna,
      pobłądziłyśmy jeszce torchę i wydostałyśmy się na asfaltowaną szosę - jaka
      ulga! Zapukałyśmy do pierwszej z brzegu chaty i okazało się, ze jesteśmy we wsi
      znajdującej się o 4 km od naszej bazy. Powrót nastąpił bardzo szybko.

      Mazowsze, okolice Radzymina, kilkadzisiąt kilometrów za sobą. Było gorąco, więc
      chcielismy wstapic na jakies piwo. Mój towarzysz jechał pierwszy, ja za nim.
      Przy przydrożnym barze on nieco zwolnił, ja się zagapiłam i wjechałam przednim
      kołem w jego tylne. Usłyszeliśmy głośne "ssss" i moje przednie koło zamieniło
      sie we flak. Mój towarzysz zostawił mnie w przydroznym barze, a sam pojechał
      swoim rowerem do domu, a stamtąd przyjechał po mnie samochodem. Przez ten czas
      musiałam dzielnie odpierac próby podrywu miejscowych "sinych nosów" którzy
      upierali się dotrzymywac mi towarzystwa.

      --
      Nie ma niedyskretnych pytań, są tylko niedyskretne odpowiedzi.
    • meteor2017 Re: Rowerowe przygody. 08.08.06, 22:36
      Na dróżce z której często korzystałem, był sobie niewielki kanałek z ciekiem
      wodnym - tam był zjazd (też mały), przejazd po położonym tam dosyć wąskim (ale
      bez przesady) betonowym słupie i podjazd. Normalnie tamtędy sobie często
      przejeżdżałłem bez żadnych problemów.

      Raz się spierdzieliłem z tego słupka do wody - byłem częściowo zawieszony na
      słupku, częściowo w rowie - ani zadrapania, ale trochę trwało zanim sie
      wygramoliłem (tak by przy okazji nie wpaść całkowicie). Przy trzech kolejnych
      przejazdach znów wpadałem do wody. Zacząłem więc przeprowadzać rower i tylko
      zastanawiałem się jak mi sie udawało tamtędy wcześniej przejeżdżać? Po prostu
      chyba nie wiedziałem, że można spaść

      A kiedyś wdziałem jak dwóch kolesi wyciągało z rzeczki rower przy mostku -
      mostek drewniany, szeroki (ale bez jakichkolwiek barierek) bodaj na 1,5 może 2
      metry. Nie wiem jak tam można z niego spaść. No chyba, że się wygłupiali, albo
      jeden drugiemu specjalnie dla jaj rower wrzucił :P

      --
      Na upały: kawa mrożona
    • paulamar Re: Rowerowe przygody. 01.09.06, 10:17
      Miałam przygodę w Chorwacji,2 lata temu kiedy po kolejnym upalnym dniu ze
      swoim towarzyszem podróży poszukiwaliśmy miejsca do rozbicia się na
      nocleg.Znaleźliśmy rzeczkę ,ale w związku z tym ,że brzeg był zarośnięty
      rozbiliśmy się przy drodze w gęstej trawie niedaleko mostu. Zmęczona ległam w
      namiocie ,a Michał poszedł po wodę do rzeki na "cudowną" zupkę chińską. Kiedy
      już przysypiałam obudził mnie spanikowany i powiedział że musimy się zwijać bo
      spotkał pod mostem wędkarza ,który wrzeszczał ,że tu wszędzie są MINY!!!
      Dobrze ,że nie powbijaliśmy śledzi to przenieśliśmy namiot wycofując się -
      prawie -po tych samych śladach.Rozbiliśmy się na kamienistym brzegu pod
      mostem,ponieważ zostaliśmy poinformowani, że jest to jedyne bezpieczne i pewne
      miejsce. Miejsce było ponure-filary mostu po śladach kul,znalazłam nawet myjąc
      się w rzece łuskę z karabinu(pamiatka z Chorwacjii). Najedliśmy się
      strachu...ale jest co wspominać!
      • robertrobert1 Re: Rowerowe przygody. 03.09.06, 07:12
        Owszem, Chorwacja jest najezona minami. Moja droga takze prowadzila przez pola
        minowe. Dopuki jechalismy droga asfaltowa doputy stosowne tablice informowaly
        nas o tym. Jednak gdy tylko asfalt zamienil sie w szutr tablice zniknely. I tak
        zatrzymalismy sie przy takiej drodze na odpoczynek. Nieopodal drogi, okolo 50
        m, bylo zwalone drzewo wiec udalismy sie do niego i zaczelismy konsumcje. Po
        krutkiej chwili zatrzymuje sie zdezelowany golf i wychodzi z niego brodaty
        jegomosc. Przywoluje nas i z rozbrajajacym usmiechem oznajmia nam, ze na tym
        terenie sa miny...jeden krok i po nodze. Jednoczesnie dodaje: "Spokojnie, 200 m
        od drogi jest czysto dopiero dalej jest niebezpiecznie". Gdy zobaczyl, ze niny
        nam sie nieco poprawily wrocil do samochodu i wyciagnal z siedzenia
        kalasznikowa i z duma oswiadczyl: " To jest moja bron!"
        --
        I taka wlasnie jest wyzszosc roweru nad samochodem.
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka