Dodaj do ulubionych

Francja, Alpy - wrzesień 2006

24.11.06, 23:52
Oto opis mojej skromnej wyprawy (czy jak kto woli wyjazdu) do Francji.
Wyjechaliśmy 11 września z Wrocławia, wróciliśmy 26 września. Poniżej
zamieszczam tylko statystyki z tych dni, w których jeździliśmy rowerem.
Pomijam dni transferu samochodem, wyjazd na targ do Bedoin, czy odpoczynek na
plaży bo z punktu widzenia rowerzysty nie ma o czym pisać, a te dni
traktowaliśmy jako zło konieczne lub konsekwencję płynącą z komfortu
posiadania samochodu.

Brak jest też szczegółowego opisu wydarzeń ale taki opis jeszcze prawdę mówiąc
nie powstał (mam tylko odręczne notatki). Fotografii z wyjazdu mam mnóstwo ale
nie mam gdzie umieścić galerii, poza tym nie potrafię. Może ktoś pomoże w tej
materii, wtedy do tego wątku dodamy link i każdy będzie mógł je pooglądać (a
jest co).



1. St Martin – Montvernier – z powrotem (wieczorna rozgrzewka).

Dystans – 24,48 km
Czas jazdy – 1:34:57
Vśr – 15,91 km/h
Vmax – 60,9 km/h
Wycieczka – 24,80 km

Podjazdy – 558 m
Wysokość max – 770 m
Podjazd max – 14%
Zjazd max – 13%


2. St Martin sur la Chambre – St Marie de Cuines – Col du Glandon (1924) – Col
de la Croix de Fer (2067) – St Sorlin d'Arves – Belleville – Col de la Mollard
(1638) – Albiez de Jeune – St Jean de Maurienne – St Martin.

Dystans – 77,58 km
Czas jazdy – 5:57:32
Vśr – 13,38 km/h
Vmax – 57,8 km/h
Wycieczka – 102,67 km

Podjazdy – 2095 m
Wysokość max – 2071 m
Podjazd max – 19%
Zjazd max – 18%


3. St Martin – St Jean de Maurienne – St Michel de Maurienne – Col du
Telegraphe (1566) – Valoire – Col du Galibier (2646) – z powrotem.

Dystans – 121,67 km
Czas jazdy – 7:49:21
Vśr – 15,95 km/h
Vmax – 71,6 km/h
Wycieczka – 224,34 km

Podjazdy – 2600 m
Wysokość max – 2646 m
Podjazd max – 16%
Zjazd max – 16%


4. St Martin – Col de la Madeleine (1991) – z powrotem.

Dystans – 38,43 km
Czas jazdy – 3:13:55
Vśr – 12,20 km/h
Vmax – 50,9 km/h
Wycieczka – 262,82 km

Podjazdy – 1415 m
Wysokość max – 1991 m
Podjazd max – 15%
Zjazd max – 15%


5. Villes sur Auzon – Gorges de la Nesque – Sault – St Jean les Noveaux –
Croagnes – Gordes – Roussillon – Murs – Col de Murs (627) – Venasque –
Malemort – Mormoiron – Villes sur Auzon.

Dystans – 126,58 km
Czas jazdy – 7:05:54
Vśr – 18,40 km/h
Vmax – 47,8 km/h
Wycieczka – 404,22 km

Podjazdy – 1600 m
Wysokość max – 816 m
Podjazd max – 25%
Zjazd max – 16%


6. Villes sur Auzon – Flassan – Les Baux – Le Chalet Reynard – Mount Ventoux
(1902) – Malaucene – Bedoin – Flassan – Abeilles – Villes s-Auzon.

Dystans – 87,15 km
Czas jazdy – 6:11:43
Vśr – 14,43 km/h
Vmax – 75,1 km/h
Wycieczka – 493,03 km

Podjazdy – 2398 m
Wysokość max – 1902 m
Podjazd max – 16%
Zjazd max – 16%


7. Villes sur Auzon – Flassan – Bedoin – Malaucene – Suzette – Lafare –
Beaumes du Venise – Saint Hippolyte les Graveyron – Caromb – St Pierre le
Vassols – Mormoiron – Villes sur Auzon.

Dystans – 67,62 km
Czas jazdy – 4:19:39
Vśr – 16,28 km/h
Vmax – 52,7 km/h
Wycieczka – 560,35 km

Podjazdy – 1030 m
Wysokość max – 478 m
Podjazd max – 17%
Zjazd max – 18%


8. Villes sur Auzon – Flassan – Bedoin – Malaucene – Entrechaux – St Leger du
Ventoux – Savoillan – Montbrun les Bains – Barret de Lioure – Col de Macugene
(1068) – Col de l'Homme Mort (1212) – Ferrassieres – Sault – Gorges de la
Nesque – Villes sur Auzon.

Dystans – 121,11 km
Czas jazdy – 6:35:32
Vśr – 18,79 km/h
Vmax – 70,6 km/h
Wycieczka – 681,77 km

Podjazdy – 1685 m
Wysokość max – 1212 m
Podjazd max – 12%
Zjazd max – 12%


9. Salles sur Verdon – Beauvier – Col de l'Olivier (711) – Col d'Ayens (1032)
– La Palud – Route des Cretes – Rougnon – Trigance (734) – la Cournoette –
Pont d'Artuby – Col de la Vaumale (1201) – Col d'Illfore (964) Aiguin – Salles.

Dystans – 116,36 km
Czas jazdy – 7:38:57
Vśr – 15,87 km/h
Vmax – 72,0 km/h
Wycieczka – 799,13 km

Podjazdy – 2431 m
Wysokość max – 1280 m
Podjazd max – 19%
Zjazd max – 17%


10. Barcelonette – Jaussiers – Col de Larche / Colle della Maddalena (1992) –
z powrotem.

Dystans – 65,64 km
Czas jazdy – 3:25:11
Vśr – 19,73 km/h
Vmax – 66,3 km/h
Wycieczka – 864,77 km

Podjazdy – 815 m
Wysokość max – 1992 m
Podjazd max – 8%
Zjazd max – 8%


11. Barcelonette – Jaussiers – Cime de la Bonette (2802) – z powrotem.

Dystans – 65,88 km
Czas jazdy – 4:47:49
Vśr – 14,27 km/h
Vmax – 69,4 km/h
Wycieczka – 930,65 km

Podjazdy – 1672 m
Wysokość max – 2802 m
Podjazd max – 17%
Zjazd max – 17%


12. Smutna wycieczka po jakichś pagórkach Szumawy.

Dystans – 48,23 km
Czas jazdy – 2:26:54
Vśr – 20,09 km/h
Vmax – 58,6 km/h
Wycieczka – 978,89 km

Podjazdy – 610 m
Wysokość max – 939 m
Podjazd max – 13%
Zjazd max – 10%
Edytor zaawansowany
  • robertrobert1 25.11.06, 19:30
    leon2leon napisał:

    > Fotografii z wyjazdu mam mnóstwo ale
    > nie mam gdzie umieścić galerii, poza tym nie potrafię. Może ktoś pomoże w tej
    > materii, wtedy do tego wątku dodamy link i każdy będzie mógł je pooglądać (a
    > jest co).

    Mozesz zrobic w ten sposob:
    1. Wchodzisz na strone
    bike.pl/
    2. Zakladasz konto i zostajesz klubowiczem.
    3. Jako klubowicz zakladasz swoja galerie.
    ...i... masz juz linka.
  • wolff1 25.11.06, 20:46
    Fajne trasy, też miałem okazję jeździć w tym rejonie w 2003 roku (Iseran,
    Galibier, Cime de la Bonette), tylko że z sakwami. Ze statystyk, które
    przedstawiłeś widzę lekkie przekłamania co do maksymalnych nachyleń podjazdów,
    więc wnioskuję że odczytywałeś je z licznika. Na Galibierze, czy Bonette na
    pewno nie ma (nawet na bardzo krótkich fragmentach) ścian po 16-17%, max.
    nachylenie oscyluje w granicach 10-11% - inaczej z bagażem 30kg bym tam chyba
    nie wyrobił. Te podjazdy są zaliczane do bardzo trudnych raczej ze względu na
    długość i wielką deniwelację (na Galibierze aż 2000m!). Nachylenie jest na obu
    dość równe i cały czas ciężkie (7-8%, mało wypłaszczeń) jednak fragmentów w
    granicach 10% bardzo mało (może poza samą pętlą wokół Bonette).
    Tutaj są linki do profilów tych podjazdów:
    Galibier: www.salite.ch/galibier2.htm
    Cime de la Bonette: www.salite.ch/bonette.htm
    --
    www.wyprawyrowerowe.neostrada.pl
  • leon2leon 25.11.06, 23:00
    wolff1 napisał:

    > Ze statystyk, które
    > przedstawiłeś widzę lekkie przekłamania co do maksymalnych nachyleń podjazdów,
    > więc wnioskuję że odczytywałeś je z licznika.

    Ależ oczywiście, że z licznika. Mam CicloMaster CM 434. Jest to urządzenie o
    pomiarze atmosferycznym więc wnosi sporo przekłamań, na podjeździe na Mt Ventoux
    stanąłem nad krawędzią grani gdzie wytworzyło się podciśnienie od wiejącego
    wiatru i licznik zwariował - pokazał mi 31% nachylenia, mimo że nie jechałem
    :-). Z drugiej strony bywa tak, że podjazd robi się sztywny, a licznik ciągle
    pokazuje np. 8%, a dopiero po chwili zaczyna pokazywać 9, 10, 11, 12 itd.
    Zauważyłem też, że znacznie skromniej pokazuje nachylenie na zjazdach, więc
    jeśli na tej samej szosie były dysproporcje między pomiarem na podjeździe, a
    pomiarem na zjeździe to za prawidłowe przyjmowałem pomiary robione na zjeździe.

    Dlatego traktuję te pomiary jako orientacyjne i nie przywiązuję się zbytnio do
    nich, w końcu nie o to chodzi żeby jeździć z jakimś hiperdokładnym GPS-em tylko
    żeby podjechać pod daną górę.

    > Na Galibierze, czy Bonette na
    > pewno nie ma (nawet na bardzo krótkich fragmentach) ścian po 16-17%, max.

    Ściana to zaczyna się w okolicach 20% ;-) podjeżdżałem z sakwami pod 17% stoki,
    trekingiem na przełożeniu 22 z przodu, 23 z tyłu. Na szczęście takie nachylenia
    mają niezbyt długie fragmenty drogi, poza Mortirolo, które ma cały czas 13-18%.
    Teraz też nie jechałem zupełnie na luzie, zawsze miałem ze sobą jedną sakwę z
    ubraniem, lustrzanką i jedzeniem + 1,5 litra wody uzupełnianej po drodze w
    górskich strumieniach).

    > nachylenie oscyluje w granicach 10-11% - inaczej z bagażem 30kg bym tam chyba
    > nie wyrobił. Te podjazdy są zaliczane do bardzo trudnych raczej ze względu na
    > długość i wielką deniwelację (na Galibierze aż 2000m!). Nachylenie jest na obu
    > dość równe i cały czas ciężkie (7-8%, mało wypłaszczeń) jednak fragmentów w
    > granicach 10% bardzo mało (może poza samą pętlą wokół Bonette).
    > Tutaj są linki do profilów tych podjazdów:

    Zauważ, że oni podają średnie nachylenie każdego kilometra. Tzn., że jeśli
    pomiędzy 5, a 6 kilometrem wznios wynosi tyle, a tyle to obliczają średnie
    nachylenie tego kilometra i nie będzie w tym ujęte to, że 900 metrów przebiegało
    po płaskim, a ostatnie 100 metrów było morderczą ścianką. Dlatego wg. nich
    ostatni kilometr podjazdu na Bonette ma tylko 5,7%, a przecież sama końcówka ma
    spokojnie 12-13 z momentami 15%. No ale to tylko 300 czy 400 metrów, a sam
    dojazd do przełęczy Restefond, okrążający przepiękną zresztą dolinę jest płaski
    jak stół. Poza tym na wykresie, który podałeś jest błąd - Col de Restefond jest
    pokazana jakby leżała 2 km od Cime de la Bonette co jest nieprawdą, dokładnie
    nie mierzyłem ale wydaje mi się, że to jest te 300-400 metrów najwyżej.

    Podobnie na Galibier, najtrudniejszy moment jest zaraz po nawrocie na wys. ok.
    2000 m, zaraz za szlabanem (tam było ok. 12-13%) i fragment samej końcówki
    podjazdu, zaraz po minięciu tunelu ma nawet 15-16%.

    Odnośnie maksymalnego wzniesienia - w Gordes licznik pokazał mi 25%, ale
    podejrzewam, że więcej po prostu nie zdążył (zanim pomiar się ustabilizował
    podjazd się skończył). Jedna z uliczek na obrzeżach wsi o długości może 30-40
    metrów, tak na oko wznosiła się pod kątem 45 stopni. Postanowiłem, że podjadę i
    udało się. Czysty hardkore :-). Broń Boże wracać taką drogą do domu po kilku
    głębszych ;-)

    BTW, co do trudności - pojęcie jakże względne - Galibier owszem wydał mi się
    trudny, żeby nie powiedzieć upierdliwy, niewygodne siodełko parzyło w 4 litery,
    nawet pogoda mi nie sprzyjała. Natomiast Bonette przyjąłem zupełnie na luzie,
    wystarczyła słoneczna, wręcz piknikowa pogoda i podjazd wydał mi się
    przyjemnością. Najbardziej umęczyłem się jadąc dookoła Gorges du Verdon, a
    najtrudniejszy fragment podjazdu znalazłem pod Mt Ventoux - od St Esteve do
    Chalet Reynard.


    Jak wygląda podjazd pod słynną górę wiatrów można po części zobaczyć tutaj:
    <http://vids.myspace.com/index.cfm?fuseaction=vids.individual&videoid=1094549843>


    --
    pzdr
    Leon
  • wolff1 26.11.06, 15:10
    > Ależ oczywiście, że z licznika. Mam CicloMaster CM 434. Jest to urządzenie o

    Po wyprawie na Nordkapp, zniechęciłem się do mojego licznika z
    wysokościomierzem (CatEye CC AT-100) - wysokość i sumę podjazdów mierzy całkiem
    nieźle, ale wystarczy mały deszczyk by przestał kontaktować. Kupiłem właśnie CM
    434, dlatego ciekaw jestem opinii osób które używały go trochę dłużej - jak
    oceniasz dokładność jego pomiarów?

    > Ściana to zaczyna się w okolicach 20% ;-) podjeżdżałem z sakwami pod 17%
    stoki,
    > trekingiem na przełożeniu 22 z przodu, 23 z tyłu. Na szczęście takie
    nachylenia

    Moja najcięższa ściana to Passo Fedaia w Dolomitach ok.16% + 3 zabójcze
    kilometry non-stop 12% (i to na długiej prostej, bez serpentyn po których
    zawsze jedzie się trochę łatwiej) - jechałem tam podobnie jak ty z bagażem ok.
    5kg. To był w ogóle rekordowy dzień - zaliczyłem 4 dwutysięczniki,a suma
    przewyższeń to dotąd mój rekord, którego pewnie długo nie poprawię - aż 3948m.

    > Zauważ, że oni podają średnie nachylenie każdego kilometra. Tzn., że jeśli
    > pomiędzy 5, a 6 kilometrem wznios wynosi tyle, a tyle to obliczają średnie
    > nachylenie tego kilometra i nie będzie w tym ujęte to, że 900 metrów
    przebiegał

    Oczywiście, profile też przekłamują - szczególnie dobrze widać to na
    przykładzie Bonette, gdzie rzeczywiście przed pętlą jest płaściutko, natomiast
    ostatnia ścianka jest zabójcza

    > Podobnie na Galibier, najtrudniejszy moment jest zaraz po nawrocie na wys. ok.
    > 2000 m, zaraz za szlabanem (tam było ok. 12-13%) i fragment samej końcówki
    > podjazdu, zaraz po minięciu tunelu ma nawet 15-16%.

    15-16% za tunelem to jednak chyba trochę za dużo, w mojej ocenie maksymalne
    nachylenie to raczej coś ok. 12% (wg znaków drogowych 10%, natomiast na
    zjeździe na drugą stronę - na Lautaret - w kierunku na Briancon znaki pokazują
    12%)
    > Odnośnie maksymalnego wzniesienia - w Gordes licznik pokazał mi 25%, ale
    > podejrzewam, że więcej po prostu nie zdążył (zanim pomiar się ustabilizował
    > podjazd się skończył). Jedna z uliczek na obrzeżach wsi o długości może 30-40
    > metrów, tak na oko wznosiła się pod kątem 45 stopni. Postanowiłem, że podjadę

    Polecam najcięższy asfaltowy podjazd Europy - słynna Malga Palazzo:
    www.salite.ch/scanuppia.htm
    Przewyższenie 1300m, średnie nachylenie ok. 17%, a maksymalne 45% - to się
    nazywa wyzwanie!!!

    najtrudniejszy fragment podjazdu znalazłem pod Mt Ventoux - od St Esteve do
    > Chalet Reynard.

    Podjazd pod Ventoux słynie przede wszystkim nie tyle z nachylenia (choć jest
    oczywiście bardzo wymagające) ile z tego, że góra jest niemal w całości "łysa" -
    prawie nie ma tam lasów. W naprawdę gorący dzień, przy temperaturze powyżej
    30'C to właśnie palące słońce staje się największym wrogiem rowerzysty.

    --
    www.wyprawyrowerowe.neostrada.pl
  • leon2leon 26.11.06, 23:50
    wolff1 napisał:

    >ciekaw jestem opinii osób które używały go trochę dłużej - jak
    > oceniasz dokładność jego pomiarów?

    Całkiem przyzwoicie, jeśli chodzi o niezawodność to jest po prostu świetny. Inne
    liczniki też mi umierały w czasie deszczy czy mrózów, ten jest niewruszony,
    działa w najcięższych warunkach. Oczywiście atmosferyczny pomiar wysokości
    działa "mniej więcej" ale na to chyba nie ma mocnych. Pomiary prędkości są
    dokładnie takie same jak w mojej Sigmie 1200, natomiast czas jazdy i prędkość
    średnią wylicza na niekorzyść w stosunku do Sigmy. Nie wiem czy to Sigma
    koloryzuje rzeczywistość czy może CM zaniża, trudno mi powiedzieć.

    > Moja najcięższa ściana to Passo Fedaia w Dolomitach ok.16% + 3 zabójcze
    > kilometry non-stop 12% (i to na długiej prostej, bez serpentyn po których
    > zawsze jedzie się trochę łatwiej) - jechałem tam podobnie jak ty z bagażem ok.
    > 5kg.

    Na zjeździe z Mt Ventoux w stronę Malaucene jest też taka dłuuuuuga prosta o
    nachyleniu 10-12%. Z sakwami i w łopoczącej kurtce ortalionowej na grzbiecie
    osiągnąłem tam 75 km/h, podjazd taką prostą pewnie działa mocno dołująco na
    psychikę.

    > To był w ogóle rekordowy dzień - zaliczyłem 4 dwutysięczniki,a suma
    > przewyższeń to dotąd mój rekord, którego pewnie długo nie poprawię - aż 3948m.

    Respekt, mój rekord to ledwie +/- 2600. Chciałem zrobić więcej w okolicach
    Barcelonette ale nas pogoda przegoniła.

    > Polecam najcięższy asfaltowy podjazd Europy - słynna Malga Palazzo:
    > www.salite.ch/scanuppia.htm
    > Przewyższenie 1300m, średnie nachylenie ok. 17%, a maksymalne 45% - to się
    > nazywa wyzwanie!!!

    Muszę się tam kiedyś wybrać. To jest właściwie wybetonowana ścieżka, a nie droga
    do podjeżdżania ale warto spróbować :-)

    > Podjazd pod Ventoux słynie przede wszystkim nie tyle z nachylenia (choć jest
    > oczywiście bardzo wymagające) ile z tego, że góra jest niemal w całości "łysa" > -
    > prawie nie ma tam lasów. W naprawdę gorący dzień, przy temperaturze powyżej
    > 30'C to właśnie palące słońce staje się największym wrogiem rowerzysty.

    Lasy są od St Esteve do Chalet Reynard. Tam też jest te słynne 9 km o średnim
    nachyleniu ok. 10%. Właśnie w tym lesie było mi ciężko bo temperatura była
    wysoka, a powietrze ani drgnęło... Po minięciu Chalet Reynard zaczyna się łysa
    góra i to też jest trudność bo albo masz palące słońce albo wściekły wiatr. Ja
    akurat podjeżdżałem w czasie gdy wiał Mistral. Po jednym nawrocie było mi
    całkiem łatwo bo mnie wiatr popychał, a po kolejnym nawrocie podjazd zamieniał
    się w piekiełko :-).


    PS
    Wkurzyłem się i na szybko "opanowałem" robienie wuwuwu. Przy pomocy prostego
    programu zrobiłem wersję beta strony o naszej wyprawie w Alpy. Do obejrzenia tu:

    <http://www.nar.pl/alpy>

    Na razie są pewne braki w opisach ale niedługo je poprawię.
  • wolff1 27.11.06, 13:37
    Na zjeździe z Mt Ventoux w stronę Malaucene jest też taka dłuuuuuga prosta o
    > nachyleniu 10-12%. Z sakwami i w łopoczącej kurtce ortalionowej na grzbiecie
    > osiągnąłem tam 75 km/h, podjazd taką prostą pewnie działa mocno dołująco na
    > psychikę.

    Ja niestety zaliczałem taką prostą pod górę i rzeczywiście trzeba przyznać, że
    taki podjazd potrafi zdołować.

    > Muszę się tam kiedyś wybrać. To jest właściwie wybetonowana ścieżka, a nie
    drog
    > a
    > do podjeżdżania ale warto spróbować :-)

    Na tej stronie wyprawy.ovh.org/tda2005.htm znajduje się opis wyprawy
    trzech Polaków, podczas której zaliczyli właśnie Malgę Palazzo.

    > Lasy są od St Esteve do Chalet Reynard. Tam też jest te słynne 9 km o średnim
    > nachyleniu ok. 10%. Właśnie w tym lesie było mi ciężko bo temperatura była
    > wysoka, a powietrze ani drgnęło... Po minięciu Chalet Reynard zaczyna się łysa
    > góra i to też jest trudność bo albo masz palące słońce albo wściekły wiatr. Ja
    > akurat podjeżdżałem w czasie gdy wiał Mistral. Po jednym nawrocie było mi
    > całkiem łatwo bo mnie wiatr popychał, a po kolejnym nawrocie podjazd zamieniał
    > się w piekiełko :-).

    Na Ventoux nie miałem jeszcze okazji podjeżdżać, natomiast podróżowałem przez
    południową Francję trasą z Aix-en-Provence do Carcassonne i z właściwościami
    mistrala zapoznałem się aż za dobrze. Szczególnie zapadł mi w pamięć etap z
    Narbonne do Carcassonne. Zaledwie niecałe, praktycznie zupełnie płaskie 60km -
    miał to być odpoczynek przed Pirenejami, a dostałem tam tak w tyłek jak mało
    kiedy, cały czas walcząc z idealnie czołowym wiatrem. Średnią wyciągnąłem
    zaledwie 14,9km/h, nawet dwa dni póżniej zaliczając z pełnym 30kg bagażem
    podjazd do Andorry (przez Port d'Envalira - z 700m na 2400m) miałem 16,8km/h -
    to najlepiej pokazazuje, że dla rowerzysty nie ma nic gorszego niż wiatr.

    > Wkurzyłem się i na szybko "opanowałem" robienie wuwuwu. Przy pomocy prostego
    > programu zrobiłem wersję beta strony o naszej wyprawie w Alpy. Do obejrzenia
    tu
    > <http://www.nar.pl/alpy>

    Wygląda naprawdę przyzwoicie, fajne fotki!

    --
    www.wyprawyrowerowe.neostrada.pl
  • leon2leon 27.11.06, 23:00
    wolff1 napisał:


    > znajduje się opis wyprawy
    > trzech Polaków, podczas której zaliczyli właśnie Malgę Palazzo.

    Oczywiście czytałem :-)


    > Na Ventoux nie miałem jeszcze okazji podjeżdżać,

    Szczerze polecam :-) to naprawdę legendarna góra, jest w niej coś magicznego.
    Przypomina mi naszą podwrocławską Ślężę tylko jest kilka razy wyższa i ze 20
    razy trudniejsza. Jedyne co mają wspólnego to fakt, że gdziekolwiek jesteś
    zawsze je widać. A jeszcze jak pomyślę o tym, jak z nas szydziła wkurzając nas
    swoim pięknym i nie ukrytym w chmurach szczytem dokładnie od następnego dnia gdy
    ją zdobywaliśmy w chmurach. Kilka dni oglądaliśmy ją w pełnej krasie krążąc po
    okolicy, ale gdy na nią wjeżdżaliśmy to oczywiście wiało i na szczyt wjechaliśmy
    w mleku.
    ;-)

    > natomiast podróżowałem przez
    > południową Francję trasą z Aix-en-Provence do Carcassonne i z właściwościami
    > mistrala zapoznałem się aż za dobrze. Szczególnie zapadł mi w pamięć etap z
    > Narbonne do Carcassonne.

    Znam trochę klimaty z tych okolic bo spędziliśmy tam z żoną 3 tygodnie na
    zwiedzaniu. Langwedocja, Pireneje i francuska katalonia są naprawdę bardzo
    fajne, sporo lepsze choćby od słynnego Lazurowego wybrzeża. Szkoda tylko, że tak
    daleko... ech...

    > to najlepiej pokazazuje, że dla rowerzysty nie ma nic gorszego niż wiatr.

    To jest prawda, nienawidzę wiatru :-).

    A pamiętam też gdy pod Marsylią jechałem samochodem prostopadle do wiejącego
    Mistrala i kierownicę miałem cały czas skęconą w lewo. Wiało tak, że drzewa się
    kładły, a trawa "rosła" poziomo.


    > Wygląda naprawdę przyzwoicie, fajne fotki!

    Dziękuję, może się zbiorę w sobie i wrzucę jeszcze kilka poprzednich sezonów.


    --
    pzdr
    Leon


    PS
    Co trzeba wpisać, żeby link do strony był klikalny tak jak u Ciebie w sigu?
  • robertrobert1 27.11.06, 18:59
    Urlop spedziles owocnie i calkiem fajne krajobrazy widziales. Jednak czy nie
    fajniej byloby przejechac te trase tylko na rowerze? Oczywiscie z sakwami i
    namiotem.
    Czy nie odczuwales, ze samochod cie ogranicza? Przeciez zawsze musiales wrucic
    do niego.
    --
    I taka wlasnie jest wyzszosc roweru nad samochodem.
  • leon2leon 27.11.06, 22:30
    robertrobert1 napisał:

    > Czy nie odczuwales, ze samochod cie ogranicza? Przeciez zawsze musiales wrucic
    > do niego.

    Odpowiem tak:

    Przede wszystkim jestem człowiekiem ograniczonym czasowo. Czytam opisy wypraw
    ludzi, którzy poświęcają na nią 30-40 dni. To uczniowie, studenci, którzy mają
    wakacje i nic ich nie ogranicza (poza budżetem). Ja akurat mam budżet ale nie
    mam czasu, dlatego nie mogę "zmarnować" tygodnia w tę i tygodnia spowrotem tylko
    na same dojazdy rowerem w region, który mnie interesuje. Na pociągi się nie
    zdecyduję, raz wybrałem ten środek lokomocji i to wystarczy. Kosztowało mnie to
    tyle samo co przejazd samochodem, a komfort podróżowania jakby inny. Samoloty z
    kolei trzeba bookować z wyprzedzeniem, a ja nigdy nie wiem czy na pewno wyjadę w
    poniedziałek, czy może mnie coś zatrzyma w interesach i będę musiał wyjechać w
    np. środę.

    W takiej sytuacji marząc o prawdziwej turystyce rowerowej należałoby mieć
    przyjaciela czy rodzinę gdzieś we Francji albo we Włoszech, u nich zostawić
    samochód na 2-3 tygodnie, a samemu podróżować rowerem. Ale ja niestety nie mam
    takich znajomych, a jeśli miałem to już się te znajomości zatarły.

    Z drugiej strony na podstawie tegorocznych doświadczeń stwierdziłem, że to wcale
    nie jest takie głupie jak się ma samochód. Owszem trzeba do niego wracać ale nie
    trzeba też ze sobą wozić kilogramów sprzętu, za czym akurat nie przepadam.
    Wydatki które pochłoną opłaty za paliwo można zniwelować zabierając ze sobą
    więcej żywności, polską wodę mineralną czy nawet piwo (lubię wieczorem wypić
    jedno czy dwa).

    Szczerze mówiąc jedyne ograniczenie uwidacznia się w Alpach gdzie nie jest tak
    prosto w jeden dzień zamknąć pętlę, która ma np. 200 km i 3-4 tys. metrów
    przewyższenia. Z tego powodu często musieliśmy zawracać by zadowolić się trasą o
    długości 70 km choć sił starczyłoby na więcej. Poza Alpami spokojnie zamykaliśmy
    ponadstukilometrowe pętle i sam fakt powrotu w miejsce, z którego startowaliśmy
    nie był problemem. Powiem więcej, świadomość że nocleg mamy zapewniony, czekają
    na nas rozbite namioty, ciepły prysznic i chłodne piwo daje duży poziom swobody.
    Można zachować spokój nawet w przypadku jakiejś awarii, zabłądzenia, czy nie daj
    Boże kraksy. W ostateczności jeden z nas mógłby dojechać do kampingu i
    samochodem wrócić po rozbitka.

    W każdym razie w przyszłym roku zamierzam podróżować w podobny sposób. Chyba, że
    dopadnie mnie dużo wolnego czasu i jakaś poważna propozycja wspólnej wyprawy.
    :-)


    --
    pzdr
    Leon
  • wolff1 28.11.06, 10:34
    Chyba nie jeździłeś jeszcze po najwyższych górach klasy alpejskiej, żeby tak
    atakować sposób podróżowania Leona. Jazda bez bagażu ma wielu zwolenników i
    wiele zalet. Jadąc na wyprawę po Dolomitach stosowałem taki wariant (bagaż
    zostaje na kempingu, a w góry rusza się jedynie z ok. 5kg). Jazda po górach na
    pusto, a z bagażem to zupełnie inna bajka. Prędkości może się wiele większej
    nie rozwija, ale poziom zmęczenia jest zupełnie inny, można zaliczyć znacznie
    większy dystans i więcej podjechać w pionie. Tylko dzięki temu, że jechałem bez
    bagażu udało mi się zamknąć pętle z czterema dwutysięcznikami wokół Cortiny
    d'Ampezzo, jadąc z pełnym bagażem z reguły jest się w stanie zaliczyć tylko
    jeden naprawdę długi podjazd dziennie. A kwestia dojazdu samochodem wynika
    pewnie z braku czasu niż chęci - jeśli ma się ograniczony urlop to lepiej
    pojechać tam gdzie się naprawdę chce, a nie tracić czas na dojazdy.
    Najlepszym sposobem podróżowania po Alpach byłaby jazda na pustym rowerze, bez
    powrotu w to samo miejsce (noclegi w hotelach). W ten sposób bagaż można
    ograniczyć do minimum, co pozwoliłoby na jazdę na szosówce, która ze względu na
    swoją wagę do jazdy po górach jest wyraźnie lepsza niż góral czy treking, a
    szosy w Austrii czy Włoszech (w przeciwieństwie do naszych) pozwalają na
    stosowanie bardzo wąskich opon. Zapraszam do lektury strony Szweda Jerry'ego
    Nilsona (po angielsku) www.trentobike.org/byauthor/JerryNilson.html
    który właśnie w ten sposób jeździ po górach całej Europy, a był już chyba na
    niemal wszystkich przełęczach w Alpach. Oczywiście ten sposób podróżowania po
    wysokich górach, choć bardzo wygodny jest niestety również i bardzo kosztowny -
    za nocleg i wyżywienie na trasie trzeba liczyć w granicach 50 euro dziennie
    (albo i więcej), więc z polskich rowerzystów na taki wydatek mało kogo stać.

    PS
    Aby link był klikalny trzeba wpisać pełen adres (z www) ale bez żadnych
    dodatkowych znaczników
    --
    www.wyprawyrowerowe.neostrada.pl
  • robertrobert1 28.11.06, 16:47
    Poniekad sie z toba zgadzam. Owszem jazda po gorach najbardziej jest przyjemna
    gdy sie dosiada szosowki ( a Leon jej nie mial). I mysle, ze tylko do wycieczek
    po gorach samochod moglby byc dodatkiem. Wyobrazasz sobie podrozowanie po
    Litwie za pomoca roweru i samochodu?
    Pokonywanie trasy na pusto, wiaze sie z ryzykiem np zabladzenia a wowczas albo
    jedziemy w nocy albo z jezykiem na brodzie. To jest dla mnie podstawowy minus.
    Posiadam samochod ale po odbyciu jednej "wyprawy" Leona stwierdzilem, ze to nie
    dla mnie.
    Co do dojazdow to zdecydowanie pociag wygrywa z samochodem gdyz w pociagu
    mozesz sie zdrzemnac nawet przez cala noc a w samochodzie nie. Kilka lat temu
    wracalem spod polnocnego kola podbiegunowego i wiem, ze pokonanie tej trasy
    samochodem byloby niesamowita meczarnia.
    No i koszty. Podczas podrozowania tylko rowerem wydaje sie praktycznie tylko na
    jedzenie a w przypadku samochodu to koszt wzrasta o paliwo, platne campingi,
    platne parkingi etc.
  • wolff1 28.11.06, 18:45
    Pociąg jest od samochodu o tyle lepszy, że nie trzeba wracać w to samo miejsce.
    Ale ma też bardzo wiele minusów. Wyobrażasz sobie jazdę koleją we francuskie
    Alpy? Byłaby to mordęga nie do wytrzymania - kupa przesiadek, problemy z
    przewożeniem roweru, a i koszt wyszedłby dużo większy. Koszt podróży samochodem
    jest zdecydowanie większy niż jazda całej trasy rowerem z sakwami, ale już od
    podróży koleją, czy autokarem niekoniecznie, a komfort nieporównanie większy.
    Jeśli samochodem podróżują dwie lub więcej osób, to koszty paliwa rozkładają
    się i samochód staje się tańszy od pociągu czy autokaru; a kierowcy mogą się
    zmieniać za kółkiem, by jechać non-stop.
    Osobiście w czasie wyprawy preferuję jazdę do jakiegoś konkretnego celu - np.
    Rzym czy Nordkapp (lepsza motywacja) i dlatego w moim przypadku wariant
    samochodowy raczej nie wchodzi w grę (poza tym z reguły jeżdżę samotnie), ale
    dla osób nieposiadających za wiele czasu jest to dużo wygodniejsze niż autokar
    czy pociąg, szczególnie jeśli chce się jak Leon jeździć po wysokich górach,
    gdzie brak bagażu to duże udogodnienie. Kolej jest dobra dopóki podróżuje się w
    granicach jednego kraju, przy transporcie międzynarodowym pojawia się masa
    dodatkowych kłopotów - a to trzeba nadać rower jako bagaż, a to nie ma wagonu
    bagażowwego, wszędzie panuje nadmierna biurokracja. Z kolei w wypadku podróży
    autokarem człowiek zawsze jest na łasce kierowcy i nigdy do końca nie można być
    pewnym czy zabiorą rower (w tym roku w Tallinie miałem straszną przeprawę z
    kierowcami - aż musiała przyjechać policja).
    Pociągu wcale nie uważam za lepszego rozwiązania niż samochód czy nawet
    autokar. Dobrych kilka razy miałem z tym zdrową mordęgę - np. wracając z
    Wiednia musiałem nadać rower jako bagaż (nie było wagonu bagażowego, choć wg
    rozkładu jazdy powinien) - doszedł do Warszawy dopiero po kilku dniach, ja
    natomiast zostałem na peronie z całym majdanem, cholernie niewygodnym do
    przenoszenia. Jadąc do Pragi musiałem dawać łapówkę za przekroczenie granicy.
    Autokar jest o tyle lepszy, że jak człowiek już się zapakuje to ma święty
    spokój, poza tym sieć autokarowa jest o wiele bardziej rozbudowana niż ta
    kolejowa; także pod względem finansowym wychodzi się na nich o wiele lepiej
    (pociągi na zachodzie są bardzo drogie).
    --
    www.wyprawyrowerowe.neostrada.pl
  • robertrobert1 29.11.06, 20:47
    Ja trakze mialem nieco niemilych wspomnien z pociagu ...i to na tej samej
    trasie co twoja czyli Wieden, Praga a takze Budapeszt. Tego roku rowerow juz
    nie przewozilem na korytarzu czy tez w WC lecz w przedziale na polkach. Na
    polce zmiescilem swoj rower trekingowy oraz czly bagaz. Na sasiedniej polce
    jechal rower syna i wspoltowazyszki. W ten sposob przejechalismy przez niejedna
    granice i nikt sie nie burzyl ani nie zarzadal dodatkowego biletu. No jeszcze
    ten komfort ciaglej obserwacji. Tak wiec problem podrozowania pociagiem jest
    rozwiazany.
    A jesli chodzi o Alpy... Coz jeszcze tam nie planuje jechac ale niesadze abym
    sie tam udal na szosowce.
    --
    I taka wlasnie jest wyzszosc roweru nad samochodem.
  • wolff1 30.11.06, 09:31
    To, że akurat podczas Twojej jazdy pociągiem kontrolerzy się nie burzyli na
    przewożenie rowerów na półkach w przedziale wcale nie oznacza że jest to
    reguła, raczej uznałbym to za wyjątek. Wyobraź sobie chociażby pociąg
    wypełniony w całości - nikt nie zgodziłby się na zapakowanie aż trzech rowerów
    na przestrzeń bagażową dostępną dla 6 czy 8 osób z tego przedziału.
    --
    www.wyprawyrowerowe.neostrada.pl
  • robertrobert1 30.11.06, 19:13
    Tak sie wlasnie skladalo, ze za kazdym razem przez wiekszosc trasy byl komplet
    pasazerow i od nikogo nie uslyszalem zlego slowa ani nawet skrzywionej miny. To
    sie nazywa zrozumienie!
    --
    I taka wlasnie jest wyzszosc roweru nad samochodem.
  • wolff1 01.12.06, 18:17
    Ja co do pociągów mam zupełnie inne doświadczenia i jeśli nie będę zmuszony
    okolicznościami to do międzynarodowego z zapakowanym rowerem nigdy się już nie
    właduję. Jeśli jest autokar na tej samej trasie to po co płacić więcej i
    ryzykować starcie z konduktorem? Jaki taki sens ma jeszcze jazda pociągami
    które kursują bez przesiadek z Polski (np do Wiednia, czy Budapesztu), kiedyś
    zaliczyłem z rowerem (w pociągu) te trasy, obecnie wybrałbym jazdę autokarem
    lub po prostu na rowerze (i z Budapesztu i z Wiednia to zaledwie ok 3
    dodatkowych dni jazdy). Natomiast podróż pociągiem (z rowerem) do np. Włoch,
    Francji czy Hiszpanii to czysty hardcore, dużo lepszym rozwiązaniem byłby tu
    samolot (coraz bardziej tanieją) lub autokar.

    --
    www.wyprawyrowerowe.neostrada.pl
  • leon2leon 29.11.06, 23:14
    robertrobert1 napisał:

    > Poniekad sie z toba zgadzam. Owszem jazda po gorach najbardziej jest przyjemna
    > gdy sie dosiada szosowki ( a Leon jej nie mial).

    Ale mojej Biance do dobrej szosówki niewiele brakuje (wagowo ok. 1 kg,
    osprzętowo to właściwie tylko kierownicy i klamkomanetek), a ma dodatki, o które
    w szosówce trudno - możliwość zamontowania bagażnika, a nawet hamulców
    tarczowych. Czyni to z niej idealne rozwiązanie dla turysty o lekkim zacięciu
    sportowym (nie dromadera) bo biorąc ze sobą rozsądne ilości bagażu można
    niemalże dotrzymywać kroku kolarzom jadącym pod górę na cieniarkach.


    > I mysle, ze tylko do wycieczek
    > po gorach samochod moglby byc dodatkiem. Wyobrazasz sobie podrozowanie po
    > Litwie za pomoca roweru i samochodu?

    Robert, chyba mieszasz dwie różne sprawy, mianowicie podróżowanie typu
    pielgrzymkowego (np. Wrocław - Barcelona, czy Warszawa - Krym) ze zwiedzaniem
    konkretnego regionu (np. Alpy, Masyw Centralny czy dajmy na to Mazury). W
    pierwszym przypadku samochód byłby kompletnym nieporozumieniem. W drugim
    przypadku spore znaczenie ma szybkie i bezbolesne przemieszczenie się w region,
    który chcesz zwiedzić. Spośród różnych środków lokomocji najbliższy memu sercu
    zawsze był samochód, w przeciwieństwie do PKS-u czy PKP. Może Ty nie lubisz
    samochodu w ogóle, ja przeciwnie, w dodatku potrafię wykorzystać jego zalety
    wtedy gdy są mi potrzebne i nie przeszkadza mi on w realizacji moich wakacyjnych
    planów związanych z rowerem. Cenię sobie niezależność od czynników zewnętrznych,
    a to daje mi właśnie samochód. Kiedy jeszcze nie jeździłem tak mocno rowerem
    auto zabierało mnie w Tatry czy Pireneje i na szlaku zupełnie mi nie
    przeszkadzał fakt, że gdzieś pod Zakopanem stoi i czeka na mnie mój wehikuł.


    > Pokonywanie trasy na pusto, wiaze sie z ryzykiem np zabladzenia a wowczas albo
    > jedziemy w nocy albo z jezykiem na brodzie. To jest dla mnie podstawowy minus.
    > Posiadam samochod ale po odbyciu jednej "wyprawy" Leona stwierdzilem, ze to
    > nie dla mnie.

    IMHO szukasz na siłę minusów, których nie ma albo są w znikomym stopniu
    uciążliwe. Jak się ma mapę to doprawdy trudno jest zabłądzić, a jeśli nawet to
    ciężko jest nadłożyć trasy więcej niż kilka kilometrów. Ja jadąc tylko rowerem
    (wtedy bez udziału samochodu) i będąc już skrajnie zmęczony przegapiłem kiedyś
    odbicie od mojej trasy i nadłożyłem dodatkowe "aż" 12 km. Innym razem bladym
    świtem błądziłem 2 godziny po Linzu nie mając się kogo spytać o wyjazd z miasta
    ale wtedy samochód ani by mi nie pomógł ani nie przeszkodził - plan Linzu by mi
    pomógł. Normalnie nie zdaża mi się błądzić, tzn. nie zdaża mi się odjechać od
    zaplanowanej trasy na więcej niż na kilkaset metrów bez zauważenia tego faktu.


    > Co do dojazdow to zdecydowanie pociag wygrywa z samochodem gdyz w pociagu
    > mozesz sie zdrzemnac nawet przez cala noc a w samochodzie nie. Kilka lat temu
    > wracalem spod polnocnego kola podbiegunowego i wiem, ze pokonanie tej trasy
    > samochodem byloby niesamowita meczarnia.

    Tu bym dyskutował. Samochodem w ciągu dnia jestem w stanie dojechać z Wrocławia
    do Miluzy czy Becanson za jednym strzałem. Oczywiście jest to trochę męczące ale
    nie muszę spać w nocy w pociągu bo mogę to zrobić w hotelowym łóżku czy nawet na
    swoim materacu na kampingu co i tak jest o niebo wygodniejsze.

    Spróbuj pociągiem w 10-12 godzin dostać się z Wrocławia do Lyonu to stawiam Ci
    piwo. Nie musisz tego robić naprawdę, wystarczy, że przedstawisz mi traceroute z
    planem godzinowym (z rozkładem jazdy, gdzie, o której i czym dojedziesz).
    Dodatkowo możesz podać koszty takiej podróży.

    Przykład z mojego życia wzięty - podróż z Bolzano do Linzu kosztowała mnie (i
    mój rower) ok. 75 euro, a jechałem od godz. 17 do godziny 3 rano. Wg Route 66
    jadąc autostradami przejechałbym 431 km, spalił paliwa za 145 zł (liczone po
    4,50 za litr bezołowiowej) i trwałoby to 3 godziny i 58 minut, a w dodatku
    mógłbym dowolnie wybrać porę podróżowania. Oczywiście trzebaby jeszcze do tego
    doliczyć koszty autostrad we Włoszech (ok 5 euro), przejazd przez Brenner (8
    euro) i 7,80 za autostrady w Austrii. Gdybym bardzo chciał mógłbym zaoszczędzić
    8 euro za Brenner poświęcając dodatkowe 20-30 minut na przejazd tej przełęczy
    drogą krajową.


    > No i koszty. Podczas podrozowania tylko rowerem wydaje sie praktycznie tylko
    > na jedzenie

    No tak, porównujesz cywilizowany sposób spędzania wolnego czasu, w którym
    zawiera się nocowanie na kampingach, jedzenie w restauracjach (przynajmniej od
    czasu do czasu) z cygańskim nocowaniem w krzakach, myciem się w kałuży,
    jedzeniem chińskich glutaminianów udających rosół bądź z wyproszonym noclegiem w
    stajni i kolacją u obcych ludzi. Uważam, że skoro pracuję i zarabiam jak biały
    człowiek to mogę sobie za te pieniądze kupić odrobinę komfortu psychicznego i
    nie muszę tułać się po godpodarstwach czy parafiach w poszukiwaniu noclegu.
    Oczywiście mam świadomość, że nie stać mnie na Mariotta i na restauracje z menu
    za 50 euro ale bez przesady, te 10 euro jestem w stanie wysupłać po to, żeby się
    wymyć, wyspać i na siłę nie oszczędzać. Cały rok na to pracuję.

    Oczywiście nie znaczy to, że nie jestem w stanie rozbić się na dziko - zdarzało
    mi się to nieraz. Jeśli dopada mnie noc, awaria roweru czy zła pogoda, a do
    najbliższego kampingu jest 50 km to nie ma się czym przejmować, jedną noc można
    przespać nawet w stogu siana i stanowi to element wakacyjnej przygody. Chodzi
    raczej o to, żeby z tego nie robić podstawy swojej wakacyjnej egzystencji.


    > a w przypadku samochodu to koszt wzrasta o paliwo, platne campingi,
    > platne parkingi etc.

    Koszt na campingu wzrasta o ok. 3-5 euro. Ponieważ w cywilizowanych krajach tzw.
    normalni ludzie (pomijam świrów i bogaczy) nie podróżują na wakcje niczym innym
    niż samochodem (czytaj kamperem) to często przygotowane są dla nich (prawie jak
    w Mc Donaldzie) zestawy - "2 persons + tent + car" albo "2 persons + camper" i
    za to we Francji płaci się od 7 euro do 15. Maksymalna cena to 30 euro na
    Lazurowym Wybrzeżu ale to oczywiste przegięcie związane z pobliskim St Tropez,
    średnia cena to 10-12 euro. Za nocleg w Wattens w Austrii płaciłem rok temu (za
    namior, siebie i rower) prawie 11 euro, w tym roku (za namiot, dwie osoby i
    auto) zapłaciliśmy 18 euro. Ogólnie dość drogo ale w Austrii, a zwłaszcza w
    północnych Włoszech ceny są wyraźnie wyższe niż we Francji.



    --
    pzdr
    Leon
    www.nar.pl/alpy





  • wolff1 30.11.06, 10:15
    > No tak, porównujesz cywilizowany sposób spędzania wolnego czasu, w którym
    > zawiera się nocowanie na kampingach, jedzenie w restauracjach (przynajmniej od
    > czasu do czasu) z cygańskim nocowaniem w krzakach, myciem się w kałuży,
    > jedzeniem chińskich glutaminianów udających rosół bądź z wyproszonym
    noclegiem
    > w
    > stajni i kolacją u obcych ludzi. Uważam, że skoro pracuję i zarabiam jak biały
    > człowiek to mogę sobie za te pieniądze kupić odrobinę komfortu psychicznego i
    > nie muszę tułać się po godpodarstwach czy parafiach w poszukiwaniu noclegu.
    > Oczywiście mam świadomość, że nie stać mnie na Mariotta i na restauracje z
    menu
    > za 50 euro ale bez przesady, te 10 euro jestem w stanie wysupłać po to, żeby
    si
    > ę
    > wymyć, wyspać i na siłę nie oszczędzać. Cały rok na to pracuję.
    >
    > Oczywiście nie znaczy to, że nie jestem w stanie rozbić się na dziko -
    zdarzało
    > mi się to nieraz. Jeśli dopada mnie noc, awaria roweru czy zła pogoda, a do
    > najbliższego kampingu jest 50 km to nie ma się czym przejmować, jedną noc
    można
    > przespać nawet w stogu siana i stanowi to element wakacyjnej przygody. Chodzi
    > raczej o to, żeby z tego nie robić podstawy swojej wakacyjnej egzystencji.
    >
    >
    > > a w przypadku samochodu to koszt wzrasta o paliwo, platne campingi,
    > > platne parkingi etc.

    Z twierdzeniem, że tylko nocowanie na kempingach, czy w hotelach jest
    jedynym "cywilizowanym" sposobem na nocleg i powinno być "podstawą wakacyjnej
    egzystencji" się nie zgodzę. Nocowanie "na dziko" czy "na gospodarza" ma wiele
    atutów, których próżno szukać na kempingu. Można się rozbić w naprawdę pięknym
    miejscu, gdzie jest zupełnie pusto - a tłok na wielu kempingach (szczególnie
    nad wodą) to norma. Kilka razy takiego noclegu (np. nad Balatonem, w Riccione,
    czy la Lazurowym Wybrzeżu) miałem serdecznie dość - jazgot co najmniej do 12 w
    nocy, rozwalanie radia na maksa to norma. W tym roku podczas jazdy na Nordkapp
    ani razu nie spałem na kempingu i specjalnie za tym nie tęskniłem. Nie widzę
    sensu wydawania ok. 50zł albo i więcej na noc (a takie często są ceny na
    zachodzie). Płaci się praktycznie tylko za dostęp do bieżącej wody (bo już za
    prysznic często trzeba osobno dopłacać), reszta wygód jest ta sama co "na
    dziko". Wystarczy kupić prysznic turystyczny, nabrać wody, zawiesić go na
    drzewie i problem ma się rozwiązany, a np. golenie się w zimnej wodzie prosto z
    rzeki też ma swój urok, przez ten miesiąc w roku z powodzeniem można
    zakosztować czegoś innego niż się ma na okrągło w domu. Podczas moich
    pierwszych wypraw nocowałem głownie na kempingach trochę bojąc się "na dziko",
    ale z czasem przyzwyczaiłem się do tych drobnych niewygód, które ze sobą niosą -
    i obecnie nie widzę większej potrzeby wyrzucania 50 zł na kemping.
    A "miejscówki" na rozbicie namiotu czasem znajdują się fantastyczne - np. w tym
    roku z Kubą nocowaliśmy na stromych skałach z niesamowitym widokiem na
    przepiękny fiord Geiranger:
    wyprawyrowerowe.neostrada.pl/nordkapp/galeria/zdjecie85.html - to jest
    uczucie, gdy wieczorem myjąc zęby stoi się na takiej skale obserwując
    perfekcyjny zachód słońca! Z kolei noclegi na gospodarza to dla "dusz
    towarzystwa" świetna okazja do zawierania nowych znajomości, szlifowania
    języka, wielu rowerzystów bardzo ceni sobie takie nocowanie, a gospodarze
    często proponują np. obiad czy kolację

    > Koszt na campingu wzrasta o ok. 3-5 euro. Ponieważ w cywilizowanych krajach
    tzw
    > .
    > normalni ludzie (pomijam świrów i bogaczy) nie podróżują na wakcje niczym
    innym
    > niż samochodem (czytaj kamperem) to często przygotowane są dla nich (prawie
    jak

    Normalność to pojęcie bardzo względne, ja bym raczej powiedział większość.
    --
    www.wyprawyrowerowe.neostrada.pl
  • leon2leon 30.11.06, 15:06
    wolff1 napisał:

    > Z twierdzeniem, że tylko nocowanie na kempingach, czy w hotelach jest
    > jedynym "cywilizowanym" sposobem na nocleg ...
    > [ciach]
    > ...dziko". Wystarczy kupić prysznic turystyczny, nabrać wody, zawiesić go na
    > drzewie i problem ma się rozwiązany, a np. golenie się w zimnej wodzie prosto z

    Hmmm... szczerze mówiąc tylko 2 razy spotkałem się z potrzebą dopłacania za
    prysznic, na najtańszych kampingach. Co do nocnych hałasów to po 22 zawsze
    panuje cisza absolutna. Spałem na kampingach w Niemczech, Austrii, we Włoszech,
    Francji i szczerze mówiąc nigdy nie spotkałem "bydła" jakie często można
    zaobserwować na polskich polach namiotowych. Raz tylko w Czechach spałem na
    kampingu gdzie do 23 ktoś pogrywał cichutko na gitarze ale na pewno nie były to
    dzikie wrzaski czy radio na full.

    Jeśli piszesz o podróżowaniu przez Skandynawię to oczywiście duży sens ma w tym
    rejonie spanie na dziko, przy takich przestrzeniach i czystości otoczenia to
    zupełnie naturalne. Poza ciepłym prysznicem kamping jest zupełnie zbędny skoro z
    uwagi na "piękne okoliczności przyrody" rozbić można się praktycznie wszędzie.
    Zresztą to chyba jedyny rejon w Europie gdzie na 100% noclegi na dziko nie są
    zabronione (poprawcie mnie jeśli się mylę).


    > Normalność to pojęcie bardzo względne, ja bym raczej powiedział większość.

    Dokładnie to miałem na myśli :-)


    --
    pzdr
    Leon
    www.nar.pl/alpy


    PS
    Wpisuję do siga adres www. tak jak mi mówiłeś i nadal nie wyświetla się jako
    link. WTF?
  • jutan 30.11.06, 18:35
    Wszystko to piękne, o czym piszecie w tym wątku. Z dużym zainteresowaniem
    czytam poszczególne posty i tylko jako bierny obserwator, jako że, ten region
    Europy poznawałem jedynie jako zmotoryzowany turysta. Na rowerowe wyprawy
    zawsze wybierałem Bałkany, najczęściej kraje byłej Jugosławii. To mój ulubiony
    kierunek rowerowania.
    Do możliwosci swobodnego i nieograniczonego biwakowania zalicza sie obecnie
    jeszcze Rumunia. Jest to kraj o wielkim potencjale na organizację przeróżnych
    wypraw w różnym stylu.
  • wolff1 01.12.06, 18:02
    > Hmmm... szczerze mówiąc tylko 2 razy spotkałem się z potrzebą dopłacania za
    > prysznic, na najtańszych kampingach. Co do nocnych hałasów to po 22 zawsze
    > panuje cisza absolutna. Spałem na kampingach w Niemczech, Austrii, we
    Włoszech,
    > Francji i szczerze mówiąc nigdy nie spotkałem "bydła" jakie często można
    > zaobserwować na polskich polach namiotowych. Raz tylko w Czechach spałem na
    > kampingu gdzie do 23 ktoś pogrywał cichutko na gitarze ale na pewno nie były
    to
    > dzikie wrzaski czy radio na full.

    Ja już takiego szczęścia nie miałem i jak to określiłeś "bydło" (głównie rodem
    zza naszej zachodniej granicy) kilka razy spotkałem (nad Balatonem to prawdziwa
    plaga) - zero kultury, rozwalanie radia na cały regulator, piwo w
    zastraszających ilościach to niemal norma, trafiają się też głośne potańcówki
    przynajmniej do północy. Generalnie rzecz biorąc sytuacja często tak wygląda w
    miejscach uznawanych za kurorty (szczególnie w tych tańszych), a niestety
    czasem takich miejsc nie da się ominąć. Złe wspomnienia mam również z jazdy
    Lazurowym Wybrzeżem - tam hałas był jeszcze w normie, ale niestety kempingi
    były ponapychane do bólu, a ceny po prostu złodziejskie (nawet do 18 euro za
    jedną osobę + namiot). Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w górach - tam nigdy
    nie spotkałem się z takimi problemami, po prostu na wypoczynek udaje się tam z
    reguły zupełnie inna kategoria ludzi, lubiących raczej aktywny wypoczynek, a
    nie wylegiwanie się na plaży, czy żłopanie piwa do oporu.
    Co do płatnego prysznica to wcale nie tak rzadkie zjawisko - np. w Norwegii to
    zupełna norma. W Austrii, Francji, czy Włoszech już nie tak częste, ale jednak
    spotykane.
    > uwagi na "piękne okoliczności przyrody" rozbić można się praktycznie wszędzie.
    > Zresztą to chyba jedyny rejon w Europie gdzie na 100% noclegi na dziko nie są
    > zabronione (poprawcie mnie jeśli się mylę).

    Rzeczywiście w Skandynawii wolno się rozbijać na dziko (poza terenem
    prywatnym). Ale nawet w krajach, gdzie takie zakazy istnieją nikt ich nie
    egzekwuje i jeśli się nie rozstawi namiotu trochę za bezczelnie (np w centrum
    miasta czy na terenie prywatnym bez zgody właściciela) to można być spokojnym.
    A w górach nie ma z tym żadnego problemu - znacznie więcej niezamieszkałych
    rejonów, często można mieć nawet taki "luksus" jak krystalicznie czysty potok
    tuż koło namiotu.

    Adres musisz wpisać pełny - z http i www - taki jaki się wyświetla w oknie
    przeglądarki, bez żadnych dodatkowych znaczników.
    --
    www.wyprawyrowerowe.neostrada.pl
  • leon2leon 01.12.06, 23:44
    wolff1 napisał:

    > Ja już takiego szczęścia nie miałem i jak to określiłeś "bydło" (głównie rodem
    > zza naszej zachodniej granicy) kilka razy spotkałem (nad Balatonem to prawdziwa
    > plaga) - zero kultury, rozwalanie radia na cały regulator, piwo w
    > zastraszających ilościach to niemal norma, trafiają się też głośne potańcówki
    > przynajmniej do północy.

    ciach

    > Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w górach - tam nigdy
    > nie spotkałem się z takimi problemami, po prostu na wypoczynek udaje się tam z
    > reguły zupełnie inna kategoria ludzi, lubiących raczej aktywny wypoczynek, a
    > nie wylegiwanie się na plaży, czy żłopanie piwa do oporu.

    Dlatego jeżdżę po górach ;-) Poza tym wakacje staram się planować możliwie poza
    sezonem. Albo czerwiec albo wrzesień. Dlategot nawet na Lazurowym Wybrzeżu nie
    spotkałem wielkich uciążliwości. Omijam też jeśli mogę duże i znane kampingi
    (które dodatkowo są najdroższe) i wybieram te mniej popularne, a często tańsze.
    Np. we Francji są 3 rodzaje kampingów, komercyjne, miejskie (municipal) i
    wiejskie (a la ferme itp.). Na tych ostatnich poza sezonem trudno znaleść więcej
    niż kilka kamperów, a turyści to przeważnie ludzie w wieku wskazującym na
    rozsądne zachowanie. W tym roku spałem w Austrii na kampingu, na którym poza
    nami był jeden kamper!

    > Co do płatnego prysznica to wcale nie tak rzadkie zjawisko - np. w Norwegii to
    > zupełna norma. W Austrii, Francji, czy Włoszech już nie tak częste, ale jednak
    > spotykane.

    Ciekawe. Jednak co kraj to obyczaj. A propos obyczajów, kiedyś na czeskim
    kampingu wmurowało mnie. Kiedy poszedłem się wykąpać okazało się, że prysznice
    są zamknięte bo jest już po 22 i panie pisuardessy przystąpiły do sprzątania
    budynku umywalni. Do dyspozycji pozostał na zewnątrz jeden kranik z zimną wodą
    (taki do podłączenia węża do podlewania trawnika), do którego natychmiast
    ustawiła się kolejka. Oczywiście w tak sporym gronie o higienie intymnej nie
    mogło być mowy. Po prostu czad :-)

    > Rzeczywiście w Skandynawii wolno się rozbijać na dziko (poza terenem
    > prywatnym).

    Problem w tym, że w krajach o dużej gęstości zaludnienia (poza Skandynawią,
    Islandią, Grenlandią itp.) poza terenami miejskimi czy parkami narodowymi
    praktycznie nie występują tereny nie będące własnością prywatną. Zawsze mam
    dziwne wrażenie, że trafi mi się jakiś upierdliwiec, który obrazi się za
    zgniecioną trawę i naśle na mnie policję o 5 rano. A nie zawsze jest czas i
    okazja by szukać właściciela ziemi i pytać się o pozwolenie.

    > Adres musisz wpisać pełny - z http i www - taki jaki się wyświetla w oknie
    > przeglądarki, bez żadnych dodatkowych znaczników.

    Tak spróbuję.


    --
    Leon
    www.nar.pl/alpy/

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Booking.com
Nakarm Pajacyka