Niestety, mylisz się. Lloyd nie był pierwszy. Grał ze swoim
kwartetem na festiwalu w Tallinie w maju 1967 r., a już 5 lat
wcześniej Departament Stanu wysłał do Moskwy swojego ambasadora -
Benny Goodmana, który zagrał tam zarówno w małych składach jak i ze
swym bigbandem.
Nazwiska, które podał kolega wyżej (Fred Anderson i inni) wcale taką
sieczką nie są, aczkolwiek przedarnie się przez nie będzie dla
większości jazzfanów niezbyt łatwe.
Muszę z przykrością podzielić Twoje zdanie, co do muzyków
zaproponowanych wcześniej (Sanborn i inni). Ot np. taki Sanborn -
był świetny kilkadziesiąt lat temu, gdy grał w ork. Gila Evansa, a
teraz gra nudny smooth jazz, podobnie Chris Botti, ale ten świetny
nie był nigdy. Co to Pata - nie byłbym taki ostry, kilka płyt nagrał
zupełnie niezłych, a na żywo gdy gra z Sanchezem i McBridem to też
słuchać się da, choć z taką sekcją to zagrać kiepsko i nudnie nie
sposób.
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.