Dodaj do ulubionych

POLITYKA....można i o polityce...a może trzeba?

28.04.05, 09:37
"Polityka" - wg.Encyklopedii PWN to:

1/świadoma i celowa działalność dotycząca głównie stosunków między klasami
społecznymi, państwami i narodami, związana z walką o zachowanie lub zdobycie
władzy państwowej jako narzędzia regulacji i kształtowania tych stosunków;
2/określona część, program lub kierunek tej działalności.

Stąd też...znamy pojęcia takie jak: polityka gospodarcza, polityka
kulturalna, polityka naukowa, polityka oświatowa, polityka pro-rodzinna,
polityka społeczna, polityka wyznaniowa itp.itd.

Oznacza to, że "państwo" stara się być sprawnym "narzędziem regulacji
i kształtowania" wszystkiego co tylko poddaje się "regulowaniu
i kształtowaniu"

--
prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
- może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
Edytor zaawansowany
  • aniouek1 28.04.05, 09:43
    Ech...że też jeden człowiek potrafi równocześnie coś co mądre i dobre,
    przeciwko drugiemu człowiekowi odwrócić walcząc o prawo do "regulowania
    i kształtowania", które bywa bezprawiem wyniszczającym drugiego człowieka...

    A gdy...to nie jeden przeciwko jednemu ale wielu przeciwko wielu?

    I po co? po co? po co?

    ech...smutne to wszystko jak się temu uważnie przyjrzeć...i bardzo przykre...
    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • aniouek1 28.04.05, 09:47
    Towarzyskie,ale grzecznie o polityce niezawadzi...
    Autor: mala20033
    Data: 27.04.2005 17:01 + dodaj do ulubionych wątków
    --------------------------------------------------------------------------------
    Przeczytalam o donoszeniu na papieza i sie przerazilam..
    Ile jeszcze takich strasznosci przeczytamy co bylo w PRLu?? Ile!!!????
    --
    Bo kochac znaczy tworzyc,
    poczac w barwie burzy
    rzezbe gwiazdy i ptaka
    w lun czerwonych marmurze.
  • aniouek1 28.04.05, 10:06
    tracę nadzieję, że doczekam, tu w moim człowieczym wymiarze czasu, gdy tu,
    w kraju nad Wisłą politycy i różnej maści "inżynierowie umysłów" pozwolą
    nam się uśmiechać i...być dumnymi z bycia Polakami.

    Kiedy skończy się ten koszmar trzymania ludzi na uwięzi w czasach minionych...
    jakby chodziło tym, co trzymają, by nigdy nie minęły, lecz by wiecznie trwały...

    ...moja głowa zbyt mała, zbyt ciasna by pomieścić, poukładać i przyjąć
    za "własne bo słuszne" tego typu posunięcia...
    Nie dorastam ...i...przyznam się, że nie chcę nigdy "dorosnąć" do poziomu
    autorów tego typu sensacji, która obiegła świat wczoraj i Ciebie Malenka
    także przeraziła.

    Powiedz co dla Ciebie w tym bylo/jest najbardziej przerażające...
    ..Może przez wielką wode inaczej widać niż tu...znad Wisły?
    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • kendo 28.04.05, 10:40
    a o czym Wy piszecie ??
    niesledzilam wczoraj zadnych wiadomosci bo nie moglamsad(
  • aniouek1 28.04.05, 10:55
    info.onet.pl/1088750,11,item.html
    We mnie podobne brzęczą pytania... i nie tylko takie, ale... chyba nikt mi na
    nie odpowiedzi nie udzieli.
    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • kendo 28.04.05, 14:42
    aniouek1 napisała:

    > info.onet.pl/1088750,11,item.html
    > We mnie podobne brzęczą pytania... i nie tylko takie, ale... chyba nikt mi na
    > nie odpowiedzi nie udzieli.

    przeciez ludzie na sibie donosili od dawien dawna...
  • aniouek1 28.04.05, 21:06
    kendo napisała:

    > przeciez ludzie na sibie donosili od dawien dawna...

    chyba odkąd pojawili sie na planecie Ziemia.
    Donosili z różnych powodów, w różnych celach, a aparat państwa potrafił nawet
    na tą okolicznośc ustanowić prawo, zgodnie z którym w imie tzw. wyższych racji
    donosicielstwo było - i nadal jest - tzw. służbą np. na rzecz bezpieczeństwa
    narodowego, publicznego itp. każde uzasadnienie w swoim czasie i na czyjś
    użytek bywa na tyle dobre na ile skuteczne.

    Które państwo nie utrzymuje sztabu wywiadowców?
    Oni zaś...wszelkimi dostepnymi sposobami pozyskują informacje, jakich od nich
    oczekuje pracodawca (czyt.: państwo).

    Czyż formą donosicielstwa nie jest tzw. skarżenie z którym ma się do czynienia
    w rodzinach, szkołach, zakładach pracy... chyba we wszystkich instytucjach
    organizacji życia społecznego?

    Skarżą dzieci i dorośli.

    Po co?

    Jedni ze strachu o własną skórę, inni dla pochwały, jeszcze inni dla pieniędzy
    czy kariery, jeszcze inni z własnego przekonania, że w ten sposób
    służą "wyższej sprawie" czy też... społecznemu dobru.

    Kto popełnia większe zło?: ten kto skarży, czy ten kto tego typu zachowania
    popiera "dając ucha", a nawet wymaga stosując różne metody nacisku
    od pochwały, przez zapłatę, do szantażu związanego z bezpieczeństwem
    niepokornych czy też ich rodzin...

    Mnie uczono, że nalezy likwidować przyczynę a skutek sam się wyleczy.

    Gdyby nie było popytu, nie istniałaby podaż.

    Być może teraz, z innej perspektywy czasu - a także przestrzeni - widać to
    wszystko nieco inaczej, jednak... czy doprawdy osądzający są pewni, że sami
    nigdy, pod żadnym pozorem, nawet nieświadomie nie powiedzieli komuś czegoś
    o czymś czy kimś za dużo? ....zbyt dużo?
    ...i to nawet żadnej własnej korzyście nie mając na celu ale...ot tak...
    by powiedzić co się wie...dla samego powiedzenia ...no może czasem by "błysnąć
    wiedzą"...w towarzystwie dla własnego prestiżu we własnym mniemaniu sad
    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • mala20033 28.04.05, 14:36
    Czytam te artykuly dotyczace Polski..i wlos mie sie jezy i robi mi sie
    smutno..i jestem przerazona.
    A bardzo ,bardzo boli fakt, ze dla pieniedzy potrafili ksieza donosic na
    ksiezy..to straszliwie wrecz boli.

    --
    Bo kochac znaczy tworzyc,
    poczac w barwie burzy
    rzezbe gwiazdy i ptaka
    w lun czerwonych marmurze.
  • mala20033 28.04.05, 15:31
    A to o tej smutnej sprawie..
    To zrozumiałe, że wiele osób broni się przed informacjami, że wśród duchownych
    byli współpracownicy tajnych służb PRL. Zwłaszcza teraz, gdy ból po odejściu
    Jana Pawła II jest jeszcze świeży, trudno jest pogodzić się z wiedzą, że agenci
    w sutannach lub habitach działali też w Jego bezpośrednim otoczeniu, że
    donosili na polskiego papieża komunistycznej władzy.

    Niestety, wiele wskazuje, że tak było i że dominikanin ojciec Konrad Hejmo - od
    lat podpora polskich pielgrzymów w Rzymie - zapewne był jednym z takich ludzi.
    Wspólne wystąpienie na konferencji prasowej szefa Instytutu Pamięci Narodowej
    oraz przełożonego zakonu dominikanów każe sądzić, że dowody w tej sprawie są
    bardzo poważne. O. Maciej Zięba określił je jako "porażające". Jednak im
    szybciej opinia publiczna pozna całość tych materiałów, tym lepiej.

    Dżina agentury wśród księży nie da się już wepchnąć z powrotem do butelki;
    presja opinii jest zbyt wielka. Ale nie warto nad tym boleć. Historii nie da
    się już zmienić, prawda doskwiera - ale też oczyszcza. Bez prawdy nie jest
    możliwa ani szczera skrucha, ale prawdziwe wybaczenie. Ci, którzy zbłądzili,
    potrzebują prawdy najbardziej

    --
    Bo kochac znaczy tworzyc,
    poczac w barwie burzy
    rzezbe gwiazdy i ptaka
    w lun czerwonych marmurze.
  • kendo 28.04.05, 18:40
    no i faktycznie smutna historjasad(
  • aniouek1 29.04.05, 08:09
    mala20033 napisała:

    > Czytam te artykuly dotyczace Polski..i wlos mie sie jezy i robi mi sie
    > smutno..i jestem przerazona.

    …ja nie znam, a jeśli Ty znasz to jesteś szczęśliwym człowiekiem

    Nie ma kraju w którym nie działaby się podłość. Nie istnieje taki kraj,
    w którym jedni nie chcieliby panować nad innymi. Wciąż tylko trwa walka kto,
    kiedy i nad kim…
    Metody są różne.
    Z reguły od prawie wszystkich można dostać mdłości, włos się zjeżyć może,
    przerażonym być także można (bywa, że już samo przerażenie jest celem
    zabiegów)... a smutek… smutek zabija nadzieję, więc jest niezwykle pożądanym
    stanem ducha zwłaszcza u tych…którzy mają być poddani, posłuszni, pokorni
    i…przygięci nisko.

    Tak…tu w kraju nad Wisłą…znów smutek z nadzieją …przerażoną nadzieją walczy.

    Co tylko…narodowe rekolekcje…przedziwnie bo w czas żałoby, nadzieję rozpaliły
    w sercach milionów na…lepsze…na choćby ludzką życzliwość
    I co?
    Nie podobała się ta nadzieja i…trzeba było przynajmniej spróbować bardzo
    niebezpiecznie brzmiące w ludzkich sercach słowa: „nie lękajcie się…”
    zagłuszyć przerażeniem…sterroryzować nadzieję smutkiem…

    Jedność, zryw cudny, oddolne działanie co jak mówiono… zawstydzało władzę –
    dojrzałością osądów, umiejętnością samoorganizacji zewnętrznie w żaden sposób
    nie rezyserowaną… posłuszną jedynie instynktowi by…dobrym być i odpowiadano na
    wezwanie „otwórzcie serca…” mądrością i czynieniem dobra …

    Ale… to nie mogło się podobać urządzaczom naszego społecznego świata…

    „Masa jest masa i ma być posłuszna.”
    Komu?
    Tym „lepszym” – czytaj: tym co potrafią zasiać smutek i zabić nadzieję, by…
    samym się kreować na jedynie słuszną siłę sterującą i jedyną nadzieję na
    mgliste gdzieś i kiedyś „lepsze ziemskie jutro” jako posiadająca monopol
    wszechwiedzy, wszechwładzy i metodę sprawowania rządów nad materią i stanem
    ducha mas.

    No i stało się…
    Informacja podana w nieprzypadkowym czasie i nie przypadkowej przestrzeni,
    sprawiła, że… narodowe rekolekcje intensywnie przykrywa cień… wciskający się
    drapieżnie wszędzie, w każdą głowę bezpardonowym naporem mas-mediów.

    Dlaczego i po co takie posunięcie…to zbyt trudne by się nad tym zastanawiać,
    zbyt trudne dla wielu…wszak gdzie emocje biorą górę nad rozumem… rozum milczy …
    Istotny jest podział …już są ci co „za” i ci co są „przeciw”…a jakże…są także
    tzw. niezdecydowani, obojętni, wyalienowani, a najczęściej po prostu
    najzwyklejsi asekuranci.

    Wskazano nam „do przodu” wpychając nas w przeszłość i to tą posępną, przykrą
    w której…nisko pochyleni, szarzy, niemal zupełnie wyzuci z nadziei…

    Jedność …diabli wzięli i diabli się cieszą… Jan Paweł II spogląda przez okno
    w DOMU Ojca i…chyba Mu smutno…

    Niegdyś On z ledwo tlących się resztek nadziei rozdmuchał w nas odważny ogień
    … „nie lękajcie się…” słyszeliśmy…i uwierzyliśmy, że można strach odrzucić
    i nadziei pięknej nadać kształt realny spełnianych marzeniach…

    Dziś…znów przygaszono nas…i to…śmierdzącymi pomyjami z czasów minionych PRL-u…
    tak jakby …miały one nadal trwać…przynajmniej w nas…fetorem i…a nuż
    …znów złość urodzi się, nienawiść …
    Dla tych co za kurtyną IPN, chyba zupełnie już nieważne czy wobec donosiciela,
    czy jego – samozwańczego równocześnie sędziego i kata - …najważniejsze by zło
    w nas odżyło…
    Wówczas …oni będą świętować zwycięstwo…
    A my? …co będzie z nami?

    Napisałaś:
    > A bardzo ,bardzo boli fakt, ze dla pieniedzy potrafili ksieza donosic na
    > ksiezy..to straszliwie wrecz boli.

    Mala…dla mnie…jakoś nieważne, że ksiądz na księdza… bo…ja prosto…widzę
    człowiek - człowiek i…nie ma to dla mnie w takich kwestiach żadnego właściwie
    znaczenia czy duchowny czy świecki jak i to czy …mężczyzna czy kobieta…
    ja..widzę człowieka. I po jednej i po drugiej stronie…prosto …po prostu widzę
    człowieka.

    Napisałaś, że „dla pieniędzy potrafili księża donosić na księży” i, że
    to „wręcz straszliwie boli”

    A gdy nie ksiądz i nie na księdza ale świecki na świeckiego i gdyby nie dla
    pieniędzy to co?
    Bolałoby mniej?

    Donosicielstwo jest praktykowane – i to – zgodnie z ustalanym przez rządzących
    prawem – od zawsze.
    Napisałam co mi o tym wiadomo, troszku obszerniej w poście powyżej.
    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=11087&w=23285612&a=23315557
    Donosi człowiek na człowieka i o ile wiem nie istnieje taki kraj w którym
    z publicznych pieniędzy nie są utrzymywani funkcjonariusze wywiadu, którzy
    wszelkimi dostępnymi sobie metodami zabiegają o zdobycie informacji, których
    oczekują od nich pracodawcy (czyt.: rządzący państwami).
    Po co?
    By skuteczniej „rządzić”, by skuteczniej „wyznaczać kierunek”, by po prostu
    panować człowiek nad człowiekiem, jedna grupa nad drugą, a wreszcie i bywa tak,
    że państwo nad innym państwem.
    Walka trwa bezustannie o…władzę, wpływy i…oczywiście także o pieniądze.
    Żadną tajemnicą nie jest, że np. wojna z jednej strony jest koszmarem,
    dramatem, tragedią ale z drugiej…jest wspaniałym interesem dla
    przedsiębiorczego biznesu …choć brzmi to… paradoksalnie i jak jakiś kiepski
    horrorowaty, czarny dowcip… jest po prostu faktem.

    Napisałaś, że bardzo boli fakt, „że dla pieniędzy” …a gdyby w jakimś tam
    mniemaniu dla własnej chwały to…nie bolałoby tak bardzo?

    Nie jestem pewna, czy jakakolwiek jest różnica dla kogoś kto ucierpiał z jakich
    pobudek ktoś go skrzywdził – o ile czuje się skrzywdzony.

    A jeśli ktoś ot tak.. gada dużo bo lubi i…właściwie żadnego własnego interesu
    w tym gadaniu o jakichś sprawach, jakichś ludziach nie ma, a jeśli już to
    z własnej próżności gada by „błysnąć wiedzą” w towarzystwie - w swoim własnym
    mniemaniu – wyłącznie dla „błyśnięcia” to…gdy takim nieświadomym skutków
    dalszych gadaniem, przyczyni się np. do tego, że ktoś…zostanie pozbawiony
    pracy, albo…np. żony czy męża to czy takie beztroskie zachowanie w gadaniu -
    dla samego gadania - boli czy nie boli?

    Moim zdaniem…zło wyrządzone jest zawsze złem …inną sprawą, że TYLKO świadomie
    i dobrowolnie czynione jest zgodnie z Bożym prawem grzechem.

    Jeśli zaś, nie świadomie i nie dobrowolnie to…grzechem nie jest…mimo, że może
    sprawiać dotkliwy ból i krzywdę wyrządzać wielką …nie tylko człowiekowi…

    Bywa, że kogoś boli myślenie, wówczas skutki jego bezmyślności…bolą głównie
    jego otoczenie… najdotkliwiej zranić potrafi, człowiek, który zamiast serca ma
    w piersi swojej zimny kamień
    ...biedny człowiek... kaleki bez umiejętności doznawania miłości... prawdziwie
    mądrej, bezkresnej i egoizmem w żadnym wymiarze nie zniewalanej miłości...
  • kendo 30.04.05, 14:31
    a ja napisze krotko,

    Raju takiego w pelni slowa znaczeniu niema na ziemi,
    ale sa lagodniejsze jego namiastki,
    gdzie niema przemocy fizycznej,ale jest psychiczna
    i ta tez jest zla....ale mozna zyc i omijac je jak sie uda.
  • aniouek1 02.05.05, 18:53
    artykuł AGNIESZKI RYBAK - Losy ludzi z listy Wildsteina

    Esbecy, ich współpracownicy oraz pokrzywdzeni. Żywi i zmarli. Sławni i
    anonimowy tłum. Od ubiegłego tygodnia 240 tys., a może tylko 160 tys. nazwisk
    figuruje w Internecie. Nie identyfikuje ich nic poza tajemniczym numerem IPN.
    Mówi się dziś o nich „ludzie z listy.”

    W czwartek wieczorem po powrocie do domu Jan Grosfeld, profesor, kierownik
    myśli społecznej Kościoła na warszawskim Uniwersytecie Kardynała Stefana
    Wyszyńskiego, usłyszał na automatycznej sekretarce głos przyjaciela: „Cześć, tu
    TW Krokodyl”. Zabawna forma skrywała przykrą treść: przyjaciel znalazł się na
    liście. Profesor też na niej był, o czym dowiedział się w ciągu dnia. Ale
    zachował się jak niewierny Tomasz, co nie uwierzy, jak nie zobaczy. Włączył
    komputer i wśród rzędu innych anonimowych imion i nazwisk odnalazł własne. –
    Pomyślałem, że moja wiedza o tym, że nie byłem współpracownikiem, już nie
    wystarczy. Stres płynie z tego, że funkcjonuję w sferze publicznej: na uczelni,
    w prasie, radiu i telewizji, wreszcie w Kościele.

    Grosfeld złożył wniosek o udostępnienie teczki w IPN. Postąpił jak tysiące
    innych, sprowokowanych listą osób. Mimo że ujawniony w Internecie zbiór to
    przede wszystkim inwentarz warszawski, teczkami żyje cała Polska.

    – Katowicki oddział IPN odwiedzały tygodniowo dwie, trzy osoby, teraz jednego
    dnia już kilkanaście – mówi Andrzej Sikora, dyrektor placówki. Podobnie jest
    w Gdańsku, Łodzi, Krakowie. W piątek w samej tylko Warszawie wnioski o wgląd
    do teczek złożyło około tysiąca osób. Kolejka się wydłuża.

    Można powiedzieć: mieli szczęście. Na liście, zanim jeszcze ją upubliczniono,
    odnaleziono osoby, które jak prof. Jadwiga Staniszkis, publicysta Michał Komar,
    historyk opozycji Zbigniew Gluza czy artyści Violetta Villas, Jan Pietrzak,
    Daniel Olbrychski i Piotr Fronczewski ani agentami, ani współpracownikami nie
    były, co mogły udowodnić. W dużej mierze dzięki takim przypadkom nikt dziś
    oficjalnie nie mówi: to lista agentów. Ale myśli wędrują własnym tropem.
    Rodzina, sąsiedzi, znajomi, firma – niby nic się nie zmieniło, ale ludzie z
    listy analizują teraz każde spojrzenie, spuszczenie wzroku, ton głosu,
    niepokoją się, czy telefon będzie dzwonił tak często jak dotychczas.

    Do przeszklonego budynku Sądu Najwyższego przy placu Krasińskich i
    gierkowskiego wieżowca przy Towarowej w Warszawie – siedzib IPN – przychodzą
    więc profesorowie, aktorzy, księża, wydawcy, dawna opozycja.

    – To najmodniejsze lokale w mieście – zauważa jeden z dziennikarzy. Kamery nie
    wychodzą z budynków, radiowcy podsuwają mikrofony. Choć trudno sobie wyobrazić,
    że wszyscy szturmujący dziś IPN to tylko ofiary. Wszak ofiar jednak, co
    nieśmiało między wierszami dają do zrozumienia historycy z IPN, jest tam
    mniejszość.

    c.d.n.
    --
    Polityka - NUMER 06/2005 (2490)
  • aniouek1 02.05.05, 18:56
    W czwartek wieczorem po powrocie do domu Jan Grosfeld, profesor, kierownik
    myśli społecznej Kościoła na warszawskim Uniwersytecie Kardynała Stefana
    Wyszyńskiego, usłyszał na automatycznej sekretarce głos przyjaciela: „Cześć, tu
    TW Krokodyl”. Zabawna forma skrywała przykrą treść: przyjaciel znalazł się na
    liście. Profesor też na niej był, o czym dowiedział się w ciągu dnia. Ale
    zachował się jak niewierny Tomasz, co nie uwierzy, jak nie zobaczy. Włączył
    komputer i wśród rzędu innych anonimowych imion i nazwisk odnalazł własne. –
    Pomyślałem, że moja wiedza o tym, że nie byłem współpracownikiem, już nie
    wystarczy. Stres płynie z tego, że funkcjonuję w sferze publicznej: na uczelni,
    w prasie, radiu i telewizji, wreszcie w Kościele.

    Grosfeld złożył wniosek o udostępnienie teczki w IPN. Postąpił jak tysiące
    innych, sprowokowanych listą osób. Mimo że ujawniony w Internecie zbiór to
    przede wszystkim inwentarz warszawski, teczkami żyje cała Polska.

    – Katowicki oddział IPN odwiedzały tygodniowo dwie, trzy osoby, teraz jednego
    dnia już kilkanaście – mówi Andrzej Sikora, dyrektor placówki. Podobnie jest w
    Gdańsku, Łodzi, Krakowie. W piątek w samej tylko Warszawie wnioski o wgląd do
    teczek złożyło około tysiąca osób. Kolejka się wydłuża.


    Jan Pietrzak: SB nie dawało mi żyć (fot. W. Druszcz)

    Można powiedzieć: mieli szczęście. Na liście, zanim jeszcze ją upubliczniono,
    odnaleziono osoby, które jak prof. Jadwiga Staniszkis, publicysta Michał Komar,
    historyk opozycji Zbigniew Gluza czy artyści Violetta Villas, Jan Pietrzak,
    Daniel Olbrychski i Piotr Fronczewski ani agentami, ani współpracownikami nie
    były, co mogły udowodnić. W dużej mierze dzięki takim przypadkom nikt dziś
    oficjalnie nie mówi: to lista agentów. Ale myśli wędrują własnym tropem.
    Rodzina, sąsiedzi, znajomi, firma – niby nic się nie zmieniło, ale ludzie z
    listy analizują teraz każde spojrzenie, spuszczenie wzroku, ton głosu,
    niepokoją się, czy telefon będzie dzwonił tak często jak dotychczas.

    Do przeszklonego budynku Sądu Najwyższego przy placu Krasińskich i
    gierkowskiego wieżowca przy Towarowej w Warszawie – siedzib IPN – przychodzą
    więc profesorowie, aktorzy, księża, wydawcy, dawna opozycja.

    – To najmodniejsze lokale w mieście – zauważa jeden z dziennikarzy. Kamery nie
    wychodzą z budynków, radiowcy podsuwają mikrofony. Choć trudno sobie wyobrazić,
    że wszyscy szturmujący dziś IPN to tylko ofiary. Wszak ofiar jednak, co
    nieśmiało między wierszami dają do zrozumienia historycy z IPN, jest tam
    mniejszość.

    --
    polityka.onet.pl/artykul.html?DB=162&ITEM=1215050
    Opowiem moją historię. Losy ludzi z listy Wildsteina; artykuł AGNIESZKI RYBAK;
    Polityka, nr NUMER 06/2005 (2490)
  • aniouek1 02.05.05, 18:59
    Jan, kombatant z AK, rocznik 1925. Maria Zielińska, współpracownik KOR, oficyny
    wydawniczej Nowa i Agencji Solidarności AS, dziś w agencji nieruchomości.
    Tadeusz Bandzerewicz, emeryt z Grodziska. Grażyna Ignaczak-Bandych, warszawska
    radna PiS i wykładowca na prywatnej uczelni. Jolanta Strzelecka, była
    redaktor „Tygodnika Powszechnego” i „Tygodnika Solidarność”, Dariusz Urbaniak,
    muzyk, Barbara Bańka, była pracownik ambasady kubańskiej i Centrali Handlu
    Zagranicznego. Czują się niewinni. W IPN złożyli wnioski o dostęp do teczek.
    Chcą swoje historie upublicznić, bo wierzą, że jeśli to ich teczki, w
    najbliższym czasie otrzymają status pokrzywdzonego.

    Być na liście

    Na wieść o tym, że jest na liście, Barbara Bańka najpierw się uśmiechnęła.

    – Potem jednak poczułam, że to nieprzyjemne. Maria Zielińska już nie miała
    wątpliwości, że musi przyjść do IPN. Jest rozgoryczona:

    – Muszę udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Grażynę Ignaczak-Bandych ktoś
    niedawno przywitał per „figurant”. Niby miło, ale niezupełnie. Odpowiadała
    rezolutnie, że wstyd na tej liście nie być. – Mąż zapytał, kto cię wrobił? –
    opowiada. Byli parą już od liceum. Nie mieli żadnej oddzielnej, dorosłej
    przeszłości, nic w jej życiu nie działo się bez jego udziału. – Może to
    zbieżność nazwisk? – przypuszcza. Jan Grosfeld w nocy nie mógł zasnąć. – To z
    zimna, ciśnienie się zmieniało – mówi. Bo trudno się przyznać do własnego
    cierpienia komuś, kto często mówi ludziom, że krzyż zesłany przez Boga jest
    dobrem dla człowieka wiary.

    – Pan Bóg przyszedł do mnie przez taki fakt. Jak potem żyć? Tak jak przedtem?
    Tłumaczy: – Jeśli chrześcijanin nie potrafi zawierzyć Bogu, jest poganinem.
    Jego żona, jak mówi, pociesza go, że przez to doświadczenie lepiej zrozumie
    ludzi.

    Jolanta Strzelecka, związana w latach 80. z „Tygodnikiem Powszechnym”
    i „Tygodnikiem Solidarność”, gdy zobaczyła na liście jednakowo brzmiące imię i
    nazwisko dzwoniła do wszystkich znajomych i informowała: „Jestem na liście”.
    Krzysztof Wyszkowski, który upublicznił sprawę teczki Małgorzaty
    Niezabitowskiej, odpisał jej: „Wypchaj się. To nie ty”. Mimo to Strzelecka
    przyznaje: – Nie powiem, żebym nie miała tzw. złej nocy.

    Do IPN trafiają z takim niewyspaniem. Atmosfera w tłumie jest gorąca. Wielu
    przyznaje się do opozycyjnej przeszłości i nosi się z dawnym niedbałym sznytem
    lat 80. – rozciągnięty sweter, za duża kurtka, ogromna torba. Nikt nie mówi:
    donosiłem, kapowałem, podpisywałem, współpracowałem. Wielu: muszę sprawdzić, to
    pomyłka, jestem pokrzywdzonym.

    --
    polityka.onet.pl/artykul.html?DB=162&ITEM=1215050
    Opowiem moją historię. Losy ludzi z listy Wildsteina; artykuł AGNIESZKI RYBAK;
    Polityka, nr NUMER 06/2005 (2490)
  • aniouek1 02.05.05, 19:02
    Żyć w PRL

    Ich historie opowiadane chaotycznie w kolejce są jak blaknące pocztówki
    z przeszłości. Składają się na małą, prywatną historię powojennej Polski.

    Styczeń, rok 1945. Pana Jana (wysoki, wyprostowany, w intensywnie fioletowym
    szaliku noszonym do szarego eleganckiego płaszcza) nowa władza wita aresztem.
    To wtedy normalne, był członkiem AK, który jako 17-latek z papierami z
    podrasowaną datą urodzenia szedł z bronią na pierwszą akcję. Wypuścili go po
    miesiącu. Doskonale pamięta, co w latach 50. UB robiło kolegom. Dlatego do dziś
    się nie przedstawia z nazwiska. Na wszelki wypadek.

    Lata 60. Tadeusz Bandzerewicz, od 13 lat emeryt, pracuje w zakładzie w
    Grodzisku jako główny mechanik. Odpowiada za ruch maszyn. Narada produkcyjna
    goni naradę. Plany są bardzo napięte, a jak na jakimś zakładzie stanie maszyna,
    podejrzenie pada na głównego mechanika. Pojawiają się dziwni panowie i pytają,
    kto winien. – No, awaria to awaria, człowiek się nie orientował – odpowiada.
    Egzekutywa partyjna skarżyła się na niego za plecami. W końcu dyrektor mu
    poradził, by wstąpił do partii. Posłuchał go w 1966 r., ale ślub kościelny brał
    i dzieci chrzcił bez problemu. A inni mieli z tym kłopot.

    W 1968 r. Maria Zielińska studiuje ekonomię polityczną na Uniwersytecie
    Warszawskim. Bierze udział w strajku na uczelni. Ma szczęście, że jej nie
    wyrzucono. Za manifestacje wylatuje z partii tylko ówczesny narzeczony, dziś
    zresztą prominentny lewicowy działacz.

    W marcu 1968 r. do domu Jana Grosfelda, gdzie mieszkał z rodzicami i siostrą,
    wchodzi milicja. O tym, że wywrócili wszystko do góry nogami, przypomniał sobie
    dopiero, gdy archiwista z IPN doszedł do rubryki „rewizje w mieszkaniu”. Wielu
    jego przyjaciół i znajomych wtedy wyjechało. Złe, syjonistyczne pochodzenie
    przeszkadzało władzy ludowej.

    Rok 1980. 17-letnia Grażyna Ignaczak, jeszcze nie Bandych, idzie na strajk na
    uczelnię. Dostaje się na romanistykę, pierwszy rok studiów współgra z
    karnawałem Solidarności. W NZS działa wtedy, szczuplejszy o kilka kilogramów
    wysoki blondyn, Marcin Władysław Sobocki. Jest w Radzie Warszawskiej
    Zrzeszenia, szefuje komitetowi strajkowemu, działa w uczelnianym komitecie
    strajkowym. Karnawał kończy się nocą 13 grudnia stanem wojennym. Maria
    Zielińska pamięta ten moment doskonale. Zapchanym samochodem wracała wtedy z
    posiedzenia Komisji Krajowej w Gdańsku. Patrol Milicji Obywatelskiej ciemną
    nocą zatrzymał ich w Nowym Dworze Mazowieckim. Słuchali radia, bo nie
    wiedzieli, co się stało. Siedziała przez 48 godzin.

    W 1982 r. w stanie wojennym Grażyna Ignaczak wychodzi za mąż. Nadal chodzi na
    manifestacje, msze za ojczyznę, narodowe pogrzeby: Grzegorza Przemyka i ks.
    Jerzego.

    W styczniowe mroźne południe 1985 r. na Powązkach pochowano Marię U., kapitana
    MSW, z którą teraz też jest na liście. Maria U. odeszła tak, jak żyła – z
    komunistycznymi zasadami. Księdza zastąpiła kompania milicjantów, którzy nad
    grobem wystrzelili honorową salwę. Kilka lat później, już po transformacji, z
    marmurowego pomnika ktoś wydłubał zdjęcie. Rodzina do dziś się zastanawia, czy
    to był przypadek.
    Służby mundurowe rządziły się wtedy swoimi prawami. Dariusz Urbaniak, muzyk, w
    instytucji wojskowej odpracował wojsko. Grał w orkiestrze. Próbowali go
    nakłonić, by wstąpił do ZMS, więc odszedł. – Z muzyką wiązałem nadzieje na
    przyszłość – tłumaczy. Barbara Bańka, śniada cera, krótkie kruczoczarne włosy,
    piwne oczy, pracowała wtedy jako tłumacz w ambasadzie kubańskiej, a potem w
    Centrali Handlu Zagranicznego. Perfekcyjnie opanowany hiszpański wykorzystuje
    do dziś – udziela korepetycji. – W życiu nikomu krzywdy nie zrobiłam. Nie
    podejrzewałam, że jestem na jakiejkolwiek liście.

    --
    polityka.onet.pl/artykul.html?DB=162&ITEM=1215050
    Opowiem moją historię. Losy ludzi z listy Wildsteina; artykuł AGNIESZKI RYBAK;
    Polityka, nr NUMER 06/2005 (2490)
  • aniouek1 02.05.05, 19:04
    Próba łamania

    Gdy mija zaskoczenie i szok, przychodzi czas na uporczywe grzebanie w pamięci.
    Odtwarzanie możliwych sytuacji kontaktu z SB. Zwłaszcza składania podpisów.
    Maria Zielińska pamięta, że grudniowej nocy, gdy ją zatrzymano, podpisała
    lojalkę. – Ale zaraz po wyjściu opowiedziałam o wszystkim Helenie Łuczywo, a
    potem kolegom z opozycji.

    Jolanta Strzelecka twierdzi: – Ja nawet nie podpisywałam protokołów z
    przesłuchań. Jest prawnikiem, zwraca na to uwagę, chyba by pamiętała. Pewność
    mąci jednak doświadczenie ostatnich dni. Przy okazji sprawy Małgorzaty
    Niezabitowskiej przeglądała pożółkłe numery „Tygodnika Solidarność” z 1981 r.
    Znalazła tam artykuły podpisane swoim nazwiskiem, a nie przypomina sobie, żeby
    je pisała. – Więc mogę się mylić – zapowiada.

    SB wykorzystywała starania o paszport. Wiedziała, że dla naukowców oraz ludzi
    sztuki pokusa wyjazdu jest szczególnie nęcąca. A kontakt ze światem niezbędny
    do pracy. Jan Grosfeld pamięta, że starając się o wyjazd do znajomych, którzy
    po 1968 r. wyemigrowali do Szwecji, został wezwany do Biura Paszportowego na
    Kruczą. We wskazanym pokoju zamiast znudzonej urzędniczki zastał dwóch
    mężczyzn. – Jest pan bardzo inteligentnym człowiekiem – komplementowali. – Może
    przy okazji wyjazdu powiedziałby pan nam po powrocie, co się dzieje w
    środowisku szwedzkiej opozycji? Zagrozili, że z paszportu będą nici.
    Odpowiedział, że z tą inteligencją to bez przesady. Poza tym może wypoczywać w
    Polsce. Po wyjściu relacjonował znajomym tę rozmowę. Paszport dostał, wyjechał.
    Teraz mówi: – Nie pamiętam, czy moim przyjaciołom w Szwecji też opowiadałem.

    Po latach Dariusz Urbaniak przypomina sobie kilka sygnałów, które powinny go
    zaniepokoić. – W sytuacjach towarzyskich zbierano informacje na temat moich
    kolegów, przyjaciół – mówi. Wtedy do tego nie przywiązywał wagi. Teraz nie
    byłby już tak niefrasobliwy.

    Grażyna Ignaczak-Bandych nigdy nie myślała o sobie jako o zasłużonym działaczu.
    Żyła w przekonaniu, że inni mieli większe zasługi i to nimi, a nie skromną
    studentką, wedle wszelkich zasad logiki, powinno interesować się SB. Nigdy nie
    była zatrzymana, pałowana, nie starała się o paszport, nikt nie wzywał jej na
    rozmowy do Pałacu Mostowskich. Teraz jednak, jak to sobie analizuje, uważa, że
    mogli się nią zainteresować podczas strajku. Mógł też coś powiedzieć znajomy,
    swego czasu bywalec domu, który pewnego dnia po prostu zniknął. Odnalazł się za
    granicą. Okazało się, że dostał paszport w najgorszym czasie, kiedy rzadko
    dawano je za darmo.

    SB szukała współpracowników w zakładach pracy. Chcieli wiedzieć, co naprawdę
    myśli i mówi klasa robotnicza. Bandzerewicz domyśla się, że teczkę mogli mu
    założyć po tym, gdy złożył wniosek racjonalizatorski, ale mimo namowy, nie
    zgodził się na patent. Za to go zdegradowali. – Więc teraz chcę zobaczyć, co
    oni tam zbierali na mnie. Nie podejrzewam, że coś strasznego, ale mogę się
    dowiedzieć, kto był taki usłużny!

    Pozostają jeszcze sąsiedzi, znajomi.

    K., znany wydawca, którego nazwisko figuruje na liście, wie, że niczego nie
    podpisał i na nikogo nie donosił. Ale wie również, że u sąsiada na górze SB
    zainstalowała kiedyś podsłuch. Kilka lat temu sąsiad spotkał żonę na ulicy i o
    podsłuchu opowiedział.

    K. nie sprawdzał, czy jego nazwisko figuruje na liście. – Ale dlaczego jest tam
    moje? – zastanawia się.

    Strzelecka w czasie stanu wojennego wraz z Jackiem Ambroziakiem pełniła funkcję
    pogotowia prawnego dla ludzi z „Tygodnika”. Wtedy z własnej inicjatywy chodzili
    na Rakowiecką pytać o losy kolegów. Po wznowieniu „Tygodnika Powszechnego”,
    jeszcze chyba w stanie wojennym była sprawozdawcą parlamentarnym gazety. Wtedy
    wzięła na siebie rolę łącznika między władzą a opozycją. Przekazywała marszałek
    Halinie Skibniewskiej nazwiska osób z podziemia, które chciały się ujawnić.
    Skibniewska oddawała je jakiemuś pułkownikowi, a na następnej sesji
    przekazywała, na jakich warunkach to ujawnienie może nastąpić. – Była to forma
    uznania przeze mnie, że taka instytucja jak SB istnieje. Czy to wystarczyło, by
    znaleźć się na liście?

    I tylko rodzina Marii U., pochowanej z honorami na Powązkach, nie ma
    wątpliwości, dlaczego kapitan figuruje na liście Wildsteina. Była etatowym
    pracownikiem MSW, nie SB. Zmarła bezpotomnie. Choć przez tych kilka dni nic w
    sferze faktów związanych z jej osobą się nie zmieniło, rodzina będzie stawiać
    znicze na jej grobie bardziej drżącą ręką. Do najbliższych dotarła bowiem
    prawda, że nie wiedzą, kim naprawdę była.

    --
    polityka.onet.pl/artykul.html?DB=162&ITEM=1215050
    Opowiem moją historię. Losy ludzi z listy Wildsteina; artykuł AGNIESZKI RYBAK;
    Polityka, nr NUMER 06/2005 (2490)
  • aniouek1 02.05.05, 19:10
    Potrzeba oczyszczenia

    Gdyby Bronisław Wildstein nie nagłośnił listy, większość kłębiących się dziś w
    IPN osób żyłaby w nieświadomości, że w czeluściach archiwów istnieją jakieś
    papiery na ich nazwisko. Do IPN nigdy by nie przyszli. Pojawienie się listy
    rozbudziło ciekawość. Teraz w korytarzach Instytutu pełno jest Janów Kowalskich
    i Janów Nowaków, którzy pewności nie mają, więc wolą się sprawdzić. Popularne
    nazwiska powtarzają się kilkadziesiąt razy. Bywa, że kilkanaście razy w
    towarzystwie tego samego imienia.

    W kolejkach ustawiła się część dawnej opozycji, która, jak Maria Zielińska, dla
    zasady odmawiała sobie wglądu do akt. – Znam teczkę brata i przyjaciela.
    Czytałam je z zażenowaniem. Było tam o tym, z jakimi pannami się spotyka. Na to
    szły nasze pieniądze.




    Jolanta Strzelecka, której znajomi odradzali wgląd do akt, teraz, ze względów
    zrozumiałych, uzyskała ich akceptację. – Mnie nie interesuje, kto donosił,
    tylko nazwiska ubeków, którzy łamali ludzi. Co teraz robią? Jak się im powodzi?
    Dla poznania tej prawdy przyjechała spod Puszczy Kampinoskiej.

    Dziennikarz Jacek B., spotkany w siedzibie IPN, przypuszcza, że na liście
    znalazł się dlatego, że jego i kilku kolegów z SGPiS chciano zwerbować do
    wywiadu. Piotr G. pracował w młodości jako sanitariusz w szpitalu MSW, czyli
    był pracownikiem resortu. On i komplet jego ówczesnych kolegów znaleźli się na
    liście.

    W oddziałach IPN, w kolejkach osób starających się o wgląd do teczek, wybuchają
    spory. Emocje sięgają zenitu. – Niech pani napisze, że gdybym spotkała
    Wildsteina, to naplułabym mu w oczy. Potępiam IPN – mówi J., elegancka
    szatynka, redaktor, o nazwisku tak oryginalnym, że próżno go szukać w książkach
    telefonicznych. Choć ani ona, ani mąż nigdy politycznie się nie udzielali, a za
    tym, co po 1989 r. zaistniało, byli jedynie duszą i sercem, to ich nazwisko
    dwukrotnie figuruje na liście. Niedawno przeprowadziła się na osiedle domków
    jednorodzinnych. Jej sąsiedzi to ludzie szanowani, tak się złożyło, że w
    większości prawica. – Nie wiem, kto o tym wie. Wydaje mi się, że wszyscy.
    Wczoraj spotkała znajomą. Wywołała temat: „Wiesz, że jestem na liście?”.
    Usłyszała: „Tak, wiem, zastanawiałam się, co z tym zrobić”. – Lustracja jest
    dla polityków. Skrzywdzono nas strasznie.

    Ale wielu ludzi z listy popiera lustrację. I dzisiaj można tam usłyszeć: to
    było konieczne. Strzelecka twierdzi: – W rozliczaniu przeszłości mamy
    zaległości od kilkunastu lat. Jan Grosfeld: – Parę osób powinno czuć wyrzuty
    sumienia, że przeszli zbyt łatwo do porządku dziennego nad zbrodniami komunizmu.

    Grażyna Ignaczak-Bandych była na wiecu poparcia dla Bronisława Wildsteina.

    – On ujawnił coś, co i tak istniało. Nie godzę się z tym, by ktoś dysponował
    nielegalnie zebraną o mnie wiedzą.

    Więc obowiązkiem państwa jest pozwolić ludziom się oczyścić.

    Nawet zwolennicy lustracji przyznają, że z takiego sposobu jej przeprowadzenia
    cieszą się dwie grupy: prominentni działacze partyjni, którzy z reguły nie byli
    werbowani, oraz tacy, którzy nigdy w nic się nie angażowali. Z lenistwa lub
    strachu. Nikt ich nie namierzał, nie łamał charakterów. W obu systemach żyją
    dostatnio i spokojnie. A obserwując obrazki z IPN, z satysfakcją mogą
    stwierdzić, że wybrali dobrze.

    Teraz jednak, niezależnie od ocen, los ludzi z listy, którzy mają poczucie
    skrzywdzenia, znajduje się w rękach IPN, który jest właściwym autorem listy
    Wildsteina. Od sprawności działań archiwistów, tempa sprawdzania teczek zależy
    czas psychicznego dyskomfortu, złości, rozżalenia. Zawieszenia między statusem
    podejrzanego a niewinnego. Trzeba przez to przejść. Tyle tu jednak reakcji, ile
    nazwisk na liście. A nie każdy jest wyrozumiały. Prawda nie zawsze jest
    wygodna. Potrzeba jej jednak nawet wtedy, jeśli okazuje się najgorsza.

    --
    polityka.onet.pl/artykul.asp?DB=162&ITEM=1215050&MP=6
    Opowiem moją historię, artykuł AGNIESZKI RYBAK, Współpraca Jan Dziadul;
    Polityka nr NUMER 06/2005 (2490)
  • aniouek1 03.05.05, 18:15
    Polacy dziwią i zadziwiają Europę

    Europa od roku, z widocznym trudem, przyzwyczaja się do Polaków.
    Ze zdziwieniem odkrywa ten 38-milionowy naród, który „przyszedł ze wschodu”
    i jest inny niż inni. I wnikliwie go opisuje. Takiej fali zainteresowania nie
    mieliśmy od lat.

    Od czasu, gdy przed dwoma laty prezydent Francji Jacques Chirac radził nam,
    byśmy skorzystali z okazji i siedzieli cicho, już nawet do francuskich elit
    politycznych dotarło, że Polacy cicho usiedzieć nie potrafią. Wojna w Iraku,
    spór o konstytucję europejską i delokalizację (czyli przenoszenie miejsc pracy
    ze starych do nowych państw członkowskich UE), pomarańczowa rewolucja na
    Ukrainie, a wreszcie śmierć Jana Pawła II – żadne z pięciu najważniejszych
    wydarzeń ostatnich miesięcy, będących przedmiotem zażartych sporów i polemik
    prasowych, nie obyło się bez naszego udziału.


    O zmianie klimatu wokół Polski najlepiej świadczy fakt, że nawet zdjęcia
    furmanek, tej upiornej wizytówki polskiej wsi, nie schodzącej przez lata z
    czołówek europejskich gazet – całkiem niepostrzeżenie wreszcie z nich zniknęły.
    Dziennikarze europejskich gazet ekonomicznych, takich jak „Financial Times”,
    wyszukują co bardziej optymistyczne historie z Polski rodem: o radzących sobie
    lepiej niż ich niemieccy partnerzy gliwickich zakładach Opla; o rosnącym wciąż
    mimo wahań kursie złotówki, eksporcie do krajów Unii; o euroentuzjastycznych
    rolnikach, którzy okazali się największymi bezpośrednimi beneficjentami naszego
    przystąpienia do UE. Nawet gdy mowa dziś o polskich lekarzach, to nie o tych,
    którzy strajkują w Grójcu czy Mławie, lecz tych, na których czekają już
    pacjenci w Szwecji. Opiniotwórczy „International Herald Tribune” twierdzi
    wręcz, że katolicka Polska ze swą niesłychanie mobilną siłą roboczą i
    wielomilionową rzeszą rodaków za Oceanem ma szansę szybko stać się nową
    Irlandią.

    Ostatnie 12 miesięcy było więc niewątpliwie rokiem odkrywania Polski przez
    Europę. Tych głównych odkryć można naliczyć aż pięć.
    --
    polityka.onet.pl/162,1226047,1,RA,artykul.html
    ALEKSANDER KACZOROWSKI; ACH, CI POLACY!Polacy dziwią i zadziwiają Europę;
    POLITYKA NUMER 17/2005 (2501); RAPORT

  • aniouek1 03.05.05, 18:19
    Europa Zachodnia przekonała się, że Polska jest bytem politycznym o całkiem
    sporych gabarytach, którego nie można ot tak sobie przeturlać z kąta w kąt.
    Jeśli wierzyć sondażom i francuskiej prasie, „czynnik polski” może nawet
    zaważyć na wyniku francuskiego referendum w sprawie unijnej konstytucji, które
    odbędzie się 29 maja.

    56 proc. Francuzów woli odrzucić konstytucję (napisaną wszak pod dyktando
    paryskiego establishmentu politycznego i w trosce o interesy Francji), byle
    byśmy tylko nie pozbawili ich miejsc pracy, skłaniając francuskie firmy do
    przenosin nad Wisłę.

    Co ciekawe, liczba przeciwników konstytucji, gotowych głosować non, wzrosła tuż
    po telewizyjnej debacie z udziałem Jacquesa Chiraca, w której prezydent
    usiłował przekonać młodych Francuzów do korzyści płynących z przyjęcia „Polski”
    do UE. Właśnie tak, „Polski” w cudzysłowie, albowiem, jak się okazuje, mówiąc o
    Polsce, Francuzi mają na myśli wszystkie nowe państwa członkowskie ze wschodu
    Europy, tę „połać Europy rozciągającą się od Zatoki Ryskiej do wybrzeża
    Dalmacji”, jak zauważa francuski politolog Alexandre Adler. Niestety,
    wizja „Polski” od morza do morza przeraziła rodaków gen. de Gaulle’a tak
    bardzo, że nawet informacja, iż francuski eksport tamże wzrósł w ciągu roku
    czterokrotnie (!) – co oznacza 130 tys. nowych miejsc pracy we Francji – nie
    zrobił na uczestnikach dyskusji oczekiwanego wrażenia.

    – Jeśli Francuzi odrzucą konstytucję, w co mimo wszystko nie wierzę, z
    pewnością nie będzie można winić o to Polski – uważa Philippe Maniere z
    paryskiego Institut Montaigne. – Większość osób chcących głosować na nie,
    uczyni tak, by wyrazić swój sprzeciw wobec polityki Jacquesa Chiraca i premiera
    Raffarina, ewentualnie dlatego, że uważają, iż w konstytucji nie dość miejsca
    poświęcono kwestiom socjalnym. Są też tacy, którzy obawiają się przyjęcia
    Turcji do UE, ale dla nich akurat Polska, kraj chrześcijański, jest OK.
    Jedynymi zatem, na których decyzję może mieć wpływ czynnik polski, są francuscy
    rolnicy. Ale ci stanowią tylko 2 proc. głosujących.

    Nie zgadza się z tą opinią Tony Judt, brytyjski historyk, od lat pracujący na
    Uniwersytecie Nowojorskim, gdzie zajmuje się dziejami Francji w XX w.: – Opinia
    Francuzów o Polsce (i pozostałych nowych krajach członkowskich) będzie miała
    wpływ na wynik referendum. Mówimy tu o opiniach, których nie powtarza się w
    dobrym towarzystwie; poza Francją można je spotkać w Holandii, Niemczech i
    jeszcze jednym czy dwóch krajach. Krótko mówiąc, chodzi o to, że gdy Francuzi
    mówią, iż nie chcą Rumunii, Bułgarii czy Turcji w Unii Europejskiej, tym samym
    dają do zrozumienia, że żałują przyjęcia Polski.

    Prasa francuska bagatelizuje te obawy czy fobie, ale sama przyczyniła się do
    ich rozpętania, pisząc miesiącami o amerykańskim koniu trojańskim nad Wisłą. My
    zaś zamiast wytrwale tłumaczyć Europejczykom, dlaczego uparliśmy się szukać
    przyjaciół daleko, a wrogów robić sobie blisko (by strawestować powiedzenie
    premiera Finlandii z czasów zimnej wojny), tym bardziej entuzjazmowaliśmy się
    przychylnymi komentarzami prasy amerykańskiej, jak choćby opiniami czołowego
    komentatora dziennika „The New York Times” Thomasa L. Friedmana. Ten słynny
    amerykański reporter po raptem trzydniowej wizycie w Warszawie obwieścił całemu
    światu, że nie ma bardziej proamerykańskiego narodu niż Polacy (włącznie z
    Amerykanami) – w czasach, gdy proamerykanizm uchodził już w większości krajów
    Europy za formę imbecylizmu.
    --
    polityka.onet.pl/162,1226047,1,RA,artykul.html
    ALEKSANDER KACZOROWSKI; ACH, CI POLACY!Polacy dziwią i zadziwiają Europę;
    POLITYKA NUMER 17/2005 (2501); RAPORT
  • aniouek1 03.05.05, 18:22
    Nasza polityka zagraniczna nie ma dobrej prasy na zachodzie kontynentu. Nic
    dziwnego, że widmo polskiego nacjonalizmu krąży nad Europą Zachodnią nawet przy
    okazji śmierci Jana Pawła II.

    To zachodnioeuropejskie odkrycie nr 2 – w jak wielkim stopniu zmarły papież był
    Polakiem i ile naprawdę znaczył w ojczyźnie. Brytyjski „The Guardian” w relacji
    z pogrzebu papieża zauważa, że dla licznie przybyłych do Rzymu rodaków Jana
    Pawła II uroczystość stała się pretekstem do manifestacji polskiego
    nacjonalizmu (chodzi o łopoczące flagi narodowe i skandowanie przez
    wiernych „Polska, Polska”wink. Hiszpański dziennik „El Pais” nazwał nawet Karola
    Wojtyłę „polskim reakcjonistą, despotą i antypatycznym osobnikiem [który] w
    czasie swych niezliczonych podróży po całym świecie bardzo rzadko mówił coś
    naprawdę istotnego”. Publicysta brytyjskiego dziennika „Independent” idzie
    jeszcze dalej, obwiniając Jana Pawła II – w artykule opublikowanym w dniu
    pogrzebu papieża – za śmierć milionów Afrykanów na AIDS (w związku ze
    sprzeciwem Watykanu wobec stosowania prezerwatyw).

    Tak formułowane opinie należały zdecydowanie do rzadkości. Zachodni
    komentatorzy zauważyli natomiast, najzupełniej słusznie, że dziś w Polsce „na
    nowo tasowane są karty w rozgrywce o to, czy Kościół ma być zamknięty,
    nacjonalistyczny i tradycyjny, czy też otwarty na świat, skłonny do reform i
    bardziej nowoczesny” – jak napisał Klaus Bachman w austriackim dzienniku „Der
    Standard”. „O ile Jan Paweł II już przed laty poczynił przygotowania na czas po
    swym odejściu, to w polskiej hierarchii i wśród wiernych panuje teraz
    bezradność”.

    Większość zachodnich mediów, nawet jeśli polemizowała z poglądami Jana Pawła
    II, oddała hołd zmarłemu papieżowi. Przy okazji zaś czytelnicy gazet i widzowie
    telewizji na całym świecie dowiedzieli się co niemiara o polskiej historii,
    wojennej i powojennej, o tradycjach tolerancji religijnej, w której doszukiwano
    się źródeł papieskiego ekumenizmu (podobnie jak w jego przyjaźniach z
    wadowickimi rówieśnikami Żydami), a wreszcie o nurcie katolicyzmu otwartego,
    reprezentowanym przez związane z papieżem przez pół wieku środowisko „Tygodnika
    Powszechnego”.

    Zobaczyli też tłumy młodych ludzi, uczestniczących w mszach, co dla zachodniego
    Europejczyka jest widokiem nieco egzotycznym. Jak pisał berliński dziennik „Die
    Tageszeitung”: „Od kiedy nazistowskie ludobójstwo zniszczyło świat inteligencji
    żydowskiej, w Niemczech możemy sobie wyobrazić liberalną cywilizację jedynie
    jako świecką. Doznajemy więc swego rodzaju szoku, kiedy młody Polak, z którym
    dopiero co prowadziliśmy wysoce kompetentną dyskusję na temat Stanleya Fisha,
    znika w najbliższym kościele, bo zadzwoniono na nieszpory”.

    Publicysta „Die Tageszeitung” nie daje się jednak zwieść pozorom: „Bezwarunkowe
    uwielbienie przy jednoczesnym nader wybiórczym posłuszeństwie – być może to
    jest właściwy opis relacji między Kościołem a przeważającą większością przede
    wszystkim młodych Polek i Polaków, którzy przekopują się przez społeczeństwo
    konsumpcyjne, rewolucję seksualną, MTV, rozpad wartości i wszelkiej maści
    Sodomę i Gomorę”.

    Tak czy inaczej, patrząc na milionowe tłumy wiernych, żegnających Jana Pawła II
    na największych placach polskich miast, zachodni Europejczyk mógł przekonać się
    na własne oczy, że pogłoski o całkowitej laicyzacji Europy należy, po
    rozszerzeniu Unii w 2004 r., uznać za cokolwiek przesadzone.

    --
    polityka.onet.pl/162,1226047,1,RA,artykul.html
    ALEKSANDER KACZOROWSKI; ACH, CI POLACY!Polacy dziwią i zadziwiają Europę;
    POLITYKA NUMER 17/2005 (2501); RAPORT
  • aniouek1 03.05.05, 18:23
    No właśnie, problem różnic cywilizacyjnych raz po raz powraca w doniesieniach z
    Polski. Zdarzają się laurki jak ta z tekstu Normana Daviesa w brytyjskim
    tygodniku „The Spectator”: „Warszawa stała się jednym z gorących miejsc nowej
    Europy. Szykowne młode kobiety wożą swoje dzieci do prywatnych szkół lśniącymi
    autami terenowymi, podczas gdy robotnicy wznoszą ogrodzenia z systemem
    alarmowym wokół ich luksusowych willi”. Nie zmienia to jednak faktu, że w
    świadomości przeciętnych zachodnich Europejczyków Polska zlewa się z całą
    Europą Wschodnią w jeden wielki, przerażający byt, wyciągający niedomyte łapska
    po należne francuskim rolnikom dotacje, miejsca pracy w niemieckich fabrykach i
    brytyjskich barach, nie mówiąc już o holenderskich domach uciech cielesnych i
    hiszpańskich plantacjach truskawek.

    Europejczycy odkryli bowiem (a jest to już ich trzecie polskie odkrycie w ciągu
    zaledwie 12 miesięcy), że Polacy są narodem obieżyświatów, którym robota wprost
    pali się w rękach. Jak mówi Richard Danbury, dziennikarz telewizji BBC z
    Londynu: – Przed wejściem do Unii byliście zimnym krajem na dalekiej północy,
    ojczyzną Lecha Wałęsy i wódki. Po wejściu okazaliście się krajem fascynujących
    ludzi i znakomitych pracowników, którzy przyjeżdżają do nas, by pokazać, jak
    świetnie znają swój fach. Niemal w każdej restauracji w centrum rozbrzmiewa
    polski akcent, a polscy kelnerzy i kelnerki mają przynajmniej magisterium. Z
    kolei wasi rzemieślnicy zdecydowanie górują umiejętnościami nad swymi
    brytyjskimi kolegami – i można na nich polegać – entuzjazmuje się Danbury,
    któremu Polacy właśnie wyremontowali mieszkanie.

    Wręcz afirmatywne teksty o naszych rodakach, znajdujących pracę w Londynie,
    ukazały się w czołowych brytyjskich dziennikach, czytanych na całym świecie,
    jak „Financial Times” czy „The Guardian”. Zwraca się w nich uwagę na to, że
    Polacy stanowią najliczniejszą grupę spośród 133 tys. zarejestrowanych w
    ubiegłym roku na Wyspach pracowników najemnych z Europy Wschodniej, że pracują
    chętnie i dobrze, i co najważniejsze, że na ogół zamierzają wrócić do
    Polski. „Po zasiłek dla bezrobotnych zgłosiło się tylko 21 osób. Dane te
    obalają przedakcesyjny mit o zalewie Wielkiej Brytanii przez masy
    wschodnioeuropejskich pasożytów”, pisze z właściwym sobie polotem „The
    Guardian”. I dodaje: „jedyne negatywne wrażenia, jakie można odnieść w czasie
    wizyt pod Ścianą Płaczu [gdzie spotykają się szukający pracy w Londynie rodacy –
    przyp. AK], to powszechnie panujące wśród Polaków milczenie, ekscentryczny
    zarost i przesiąknięty wódką oddech niektórych mężczyzn”.

    Mniej entuzjastycznie do najazdu Polaków na Londyn nastawione są tabloidy oraz
    opozycyjna Partia Konserwatywna (w Wielkiej Brytanii trwa właśnie kampania
    wyborcza). Największa brytyjska gazeta „The Sun” o pięciomilionowym nakładzie
    straszy czytelników informacjami o 200-tysięcznej wschodnioeuropejskiej nawale
    i żąda wyjaśnień od rządu Tony’ego Blaira, który obiecywał ponoć, że liczba
    podejmujących pracę Polaków czy Litwinów nie przekroczy kilku tysięcy
    miesięcznie. Tymczasem już dziś... Polaków w Londynie jest tylu, że
    zastanawiamy się nad wydłużeniem połączeń autobusów podmiejskich z Ealing do
    Warsaw – żartuje Richard Danbury.

    Niestety, poczucie humoru w tej kwestii nie wszystkim dopisuje. Lider torysów
    Michael Howard uczynił kwestię imigrantów, do których zalicza także przybyszów
    z nowych państw członkowskich UE, wiodącym tematem swojej kampanii wyborczej. Z
    jakim skutkiem, przekonamy się już po 5 maja. Anglików, jak wiadomo, niełatwo
    zadziwić, toteż na razie nikt nie wydaje się w Anglii zaskoczony faktem, że
    antyimigracyjną retoryką szermuje polityk, który sam jest Brytyjczykiem w
    pierwszym pokoleniu. Żydowscy rodzice Howarda przybyli bowiem do Albionu z...
    Rumunii i Ukrainy.
    --
    polityka.onet.pl/162,1226047,1,RA,artykul.html
    ALEKSANDER KACZOROWSKI; ACH, CI POLACY!Polacy dziwią i zadziwiają Europę;
    POLITYKA NUMER 17/2005 (2501); RAPORT
  • kendo 03.05.05, 21:24
    narobili sobie ludzie ochoty Unia
    zaczeli marzyc i realizowac marzenia....
    niektrzy trafili szczesliwie,niektorzy wpadli z deszczu pod rynnesad
    niemniej sa chwaleni za prace np,u plantatora,
    ale u mnie robili zle,jak zatrudnilam w tamtym roku,naciagali godziny
    i mysleli,ze sie udawink)trzeba bylo pilnowc (byc na odpowiednia odleglos,by
    widzieli ze sa obserwowani),podziekowalam po pierwszym dniu,
    i wzielam kogos innego.
  • aniouek1 04.05.05, 14:27
    to, że...w londynie polscy kelnerzy legitymuja się magisterium, to...
    Anglików pewnikiem cieszy, kelnerów trochę mniej, a Polska chyba powinna
    nad tym zapłakać...

    Niestety...bywało,bywa... że kochająca matka...za chlebem dziecko wygania od
    siebie... w świat szeroki, nieznany...często nieprzyjazny a bywa, że nawet
    wrogi...

    Co do Twoich niedobrych doświadczeń...jest takie powiedzonko, że..."wyjątek
    potwierdza regułę"...musiałaś mieć pecha, że trafił Ci się akurat taki wyjątek
    od reguły wink
    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • kendo 04.05.05, 17:50
    wiem,skarbie,ze tak jest,
    ludzie nie maja wyboru i musza "za chlebkiem szukac" gdzie indziej,
    dobrze jak z gory wiedza gdzie i za ile,beda miec dach nad glowa,
    gorzej jak w ciemno jada,to bywa katastrofasad(
  • aniouek1 03.05.05, 18:24
    „Do Europy... tak, ale z naszymi umarłymi”, pisała proroczo przed kilkoma laty
    prof. Maria Janion. Redakcje największych europejskich gazet najwyraźniej
    realizują jej wskazówkę, pisząc sporo o naszych dziejach – i to jest odkrycie
    nr 4.

    Polska historia XX w. nigdy wcześniej nie cieszyła się takim wzięciem w
    zachodnich mediach; co więcej, uwzględnia się w nich wreszcie polski punkt
    widzenia. W ubiegłym roku, w czasie najlepszej oglądalności, telewizja CNN
    pokazała film dokumentalny o Powstaniu Warszawskim. W marcu br. francuski
    dziennik „Le Figaro” przedstawił swoim czytelnikom historię zbrodni katyńskiej.
    Z kolei „The Guardian” przypomniał Brytyjczykom, wstrząśniętym nawałą naszych
    rodaków nad Tamizę, że „od czasów Conrada setki tysięcy Polaków osiedliły się w
    Wielkiej Brytanii. Tysiące przybyły po I wojnie światowej, wielu z nich jako
    jeńcy wojenni”.

    Wcześniej Zachód traktował nasze przywiązanie do własnej wizji historii jako
    niegroźne, śmieszne dziwactwo – o ile w ogóle o nim wiedział. Dziś zaczyna
    uznawać za część wspólnego, europejskiego dziedzictwa zarówno Solidarność z
    Lechem Wałęsą na czele, jak i polski wysiłek zbrojny podczas II wojny
    światowej. Choć czasem przychodzi mu to z trudem, jak w przypadku wiedzy o
    obozach koncentracyjnych w okupowanej Polsce, nie zaś, jak chciał „The
    Guardian” i szereg innych pism w Europie Zachodniej i USA – o „polskich obozach
    koncentracyjnych”.

    Seria spektakularnych przeprosin, wymuszonych na redakcjach tych gazet przez
    polskie media i opinię publiczną, była wydarzeniem bez precedensu w naszej
    historii. Z pewnością nie doszłoby do niego, gdyby podczas obchodów 60 rocznicy
    wyzwolenia obozu w Auschwitz Polska nie była krajem członkowskim Unii
    Europejskiej. Zapewne zawsze znajdzie się w Londynie czy Paryżu dziennikarz
    przekonany, że Polacy (podobnie jak reszta wschodnich Europejczyków) po prostu
    rodzą się antysemitami. Zanim jednak znów bezrefleksyjnie zarzuci całemu
    narodowi kolaborację z nazistami, zastanowi się dwa razy. A jeśli tego będzie
    mało, trzy razy – tak jak redaktorzy „Le Figaro”, którzy nawet w sprostowaniu
    pomylili Powstanie Warszawskie z Powstaniem w Getcie Warszawskim.

    Prasa niemiecka unika takich kompromitacji, zatrudniając autentycznych znawców
    spraw polskich. Poza tym tamtejsze redakcje w znacznie większym stopniu
    wykorzystują talenty polskich autorów. Adam Krzemiński i Andrzej Stasiuk od lat
    robią w Niemczech za „dyżurnych Polaków”, za co u nas czasem zbierają baty. Jak
    jednak zauważył podczas debaty w redakcji miesięcznika „Dialog” prof. Klaus
    Ziemer, dyrektor Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie: „To, co
    Stasiuk napisał w ironicznym tonie o polskim zaangażowaniu w Iraku i co zostało
    w Polsce odebrane jako zdrada interesów narodowych, w Niemczech postrzegano
    jako pozytywny obraz Polaka, trochę dowcipnego, trochę zbuntowanego”.

    Tego zaś, że poczucie humoru dopisuje także Polkom, dowiodła Olga Tokarczuk,
    tłumacząc Niemcom, iż „to nieprawda, że każdy Polak ma wąsy”. Polska pisarka
    uprzedziła przy okazji niemieckich czytelników, którzy zechcą być może wybrać
    się do Polski na wczasy, że nad Wisłą nikt nie ma cienia wątpliwości co do
    tego, że Mikołaj Kopernik był Polakiem.

    Mówiąc zaś bardziej serio, to właśnie prasa niemiecka poświęca najwięcej
    miejsca tematom związanym z Polską, zwłaszcza zaś z polsko-niemiecką historią.
    W przypadku prasy bulwarowej czyni to, rzecz jasna, zgodnie z zasadami gatunku,
    jaki reprezentuje. Trzeba jednak wspomnieć, że nawet największa niemiecka
    bulwarówka „Bild” odpuściła sobie temat niemieckich roszczeń wobec Polski.
    Specjaliści kiedyś rozstrzygną, czy większy wpływ na to miało wystąpienie
    kanclerza Niemiec Gerharda Schrödera podczas sierpniowych obchodów 60 rocznicy
    wybuchu Powstania Warszawskiego (w którym oświadczył, że rząd Niemiec nie
    popiera roszczeń związku wypędzonych wobec Polski), czy też ostra riposta ze
    strony tych polskich gazet, które chętnie nazywalibyśmy bulwarówkami, gdybyśmy
    mieli nad Wisłą jakieś bulwary.

    A może przemówił rachunek ekonomiczny? Jak podaje „Financial Times”, co czwarty
    produkt kupowany w Polsce został wyprodukowany w Niemczech (a w Czechach nawet
    co trzeci). Dla Polski Niemcy są najważniejszym partnerem handlowym, ale „dla
    Niemiec Polska jest pod tym względem dopiero na dziewiątym miejscu. To niecałe
    trzy procent obrotu, ale jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że czwartym partnerem
    handlowym Niemiec jest Holandia, która ma połowę ludności Polski, łatwo
    dostrzec, jaki tkwi tu jeszcze potencjał” – przypomina prof. Klaus Ziemer.
    --
    polityka.onet.pl/162,1226047,1,RA,artykul.html
    ALEKSANDER KACZOROWSKI; ACH, CI POLACY!Polacy dziwią i zadziwiają Europę;
    POLITYKA NUMER 17/2005 (2501); RAPORT
  • aniouek1 03.05.05, 18:27
    Skoro zaś o potencjale mowa... Bezwarunkowe poparcie administracji George’a
    Busha w sprawie interwencji w Iraku nie przysporzyło nam sympatii na Zachodzie.
    Za to w krajach naszego regionu, i to nawet w Czechach, które tradycyjnie są
    jak najdalsze od chęci przypisania Polsce wiodącej – pod jakimkolwiek względem –
    pozycji w regionie, przyjęte zostało z uznaniem. – Generalnie rzecz biorąc,
    polską politykę zagraniczną oceniam bardzo wysoko – mówi Tomasz Klvania, czeski
    politolog, były rzecznik prasowy prezydenta Vaclava Klausa. – Włącznie z waszym
    zaangażowaniem w Iraku – dodaje dla jasności. – Jesteście liderem Nowej Europy –
    uzupełnia politolog z Sofii Rusłan Stefanov. – W ostatnim czasie
    międzynarodowy prestiż Polski wzrósł nadzwyczajnie, choć nie wiem, na ile
    solidne są podstawy tego nowego wizerunku.

    Nasi sąsiedzi: Czesi, Węgrzy, Słowacy – i to jest odkrycie nr 5 – potwornie
    zazdroszczą nam polskiego lobby w zachodnich mediach. Po śmierci Jana Pawła II
    Norman Davies opublikował w ostoi brytyjskiego konserwatyzmu, tygodniku „The
    Spectator”, obszerny artykuł poświęcony (Oh, gosh!) polskiemu katolicyzmowi.
    Radek Sikorski w listopadzie ubiegłego roku, a więc jeszcze przed pomarańczową
    rewolucją, w tym samym piśmie zachęcał Zachód do wsparcia procesów
    demokratycznych na Ukrainie. W ubiegłym miesiącu historycy Timothy Garton Ash i
    Timothy Snyder w obszernym artykule w „The New York Review of Books”
    przypomnieli czytelnikom tego najbardziej prestiżowego pisma intelektualnego na
    świecie, że to Polacy wskazali Unii Europejskiej kierunek właściwej polityki
    wobec Ukrainy. Jak widać, przynajmniej pod tym względem nie powinniśmy mieć
    powodów do kompleksów.

    Jest więc się z czego cieszyć, bo przecież nie zawsze tak było. Polska to „byt
    ekonomicznie niemożliwy, którego jedyną gałęzią gospodarki jest szczucie na
    Żydów”, pisał w latach 30. klasyk amerykańskiej ekonomii John Maynard Keynes,
    wyrażając opinię większości swoich rodaków. Dziś jednak stereotyp antysemickiej
    Polski (na który zresztą, przyznajmy, kilka pokoleń Polaków solidnie
    zapracowało) jest w głównych zachodnich mediach w odwrocie. I może nawet
    zupełnie by znikł, gdyby nie to, że antysemityzm w Polsce wciąż przecież
    istnieje, o czym ostatnio przypomniał niemieckim czytelnikom obszerny artykuł o
    zbrodni w Jedwabnem, opublikowany w tygodniku „Die Zeit”.

    Gdybyż jeszcze zechciano kojarzyć nas z tym, z czego sami jesteśmy tacy dumni –
    z kulturą. Tymczasem polskich pisarzy, którym zachodnie gazety poświęcają
    najwięcej miejsca, łączy głównie to, że nie żyją. Witold Gombrowicz, Czesław
    Miłosz, Gustaw Herling-Grudziński, Bruno Schulz, Witkacy... wszyscy oni
    doczekali się obszernych omówień w większości poważnych gazet. Jednakże spośród
    czynnych autorów jedynym, na którego nazwisko czytelnicy, redaktorzy (i
    wydawcy) w całej Europie reagują prawidłowo – wymieniając tytuły przeczytanych
    książek – pozostaje Ryszard Kapuściński.

    Być może wkrótce doczekamy się także polskich odpowiedników łotewskiego
    Brainstorm czy mołdawskiego O-Zone – grup muzycznych z Europy Wschodniej, które
    zdołały zaistnieć na listach przebojów i w dyskotekach od Londynu po Majorkę.
    Na razie lepiej się wiedzie tym spośród naszych muzyków, którzy zwracają się do
    słuchaczy o znacznie bardziej wyrafinowanych gustach. Ostatnio amerykańskie
    pismo „The Nation” poświęciło obszerny artykuł trębaczowi Tomaszowi Stańce,
    przypominając za jednym zamachem dzieje powojennego jazzu: od Krzysztofa Komedy
    po Michała Urbaniaka. Zachodnie gazety zauważyły także polskie pochodzenie
    laureata Oscara za muzykę do filmu „Marzyciel” Jana A.P. Kaczmarka oraz
    znakomitego brytyjskiego dokumentalisty, a ostatnio wziętego twórcy filmów
    fabularnych Pawła Pawlikowskiego („Lato miłości”wink. Być może więc doczekamy się
    czasów, gdy światową, a przynajmniej europejską karierę będzie można zrobić,
    tworząc w Polsce?

    Po pierwszych 12 miesiącach spędzonych w Unii Europejskiej jedno wydaje się
    pewne: nasz wizerunek w starych krajach członkowskich wyraźnie się poprawił, a
    w niektórych, jak się zdaje, wręcz dopiero teraz zaistniał na serio. Może nasz
    eksport do krajów UE nie jest aż tak imponujący jak czeski ani też nie
    przyciągamy inwestycji zagranicznych równie sprawnie jak Słowacy, ale to o nas
    pisze się najwięcej i – co ważne w czasach, gdy czwarta władza mediów liczy się
    coraz bardziej – na ogół pisze się dobrze.

    Po polskich rzemieślnikach i kelnerach w Londynie, po lekarzach w Skandynawii
    i menedżerach za Odrą z pewnością przyjdzie kolej także na filmowców, plastyków
    i pisarzy z Polski. Bo jeśli nie teraz, w Unii, to kiedy?

    --
    polityka.onet.pl/162,1226047,1,RA,artykul.html
    ALEKSANDER KACZOROWSKI; ACH, CI POLACY!Polacy dziwią i zadziwiają Europę;
    Autor jest zastępcą redaktora naczelnego tygodnika „Forum”.
    POLITYKA NUMER 17/2005 (2501); RAPORT
  • kendo 03.05.05, 21:26
    usch...czy wszystko musi byc takie dlugie do czytania wieczorem ?? wink)
  • aniouek1 04.05.05, 14:15
    i nie wszystko do czytania oczywiście wink
    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • kendo 04.05.05, 17:52
    wieczorem jestem juz tak umeczona z oczetami i muzgownica,
    ze dlugasne czytanie mnie meczy,
    a jeszcze wczoraj jeden okurar mi wypadl,
    a te zapasowe nie pasuja na kompa tylko do poduszkiwink)
    dzis mi zrobili od reki i juz mogewink)
  • aniouek1 04.05.05, 19:36
    kendo napisała:


    > dzis mi zrobili od reki i juz mogewink)

    do dzieła Kendo!

    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smile www.szufladalistopisow.prv.pl
  • kendo 04.05.05, 21:29
    aniouek1 napisała:

    > kendo napisała:
    >
    >
    > > dzis mi zrobili od reki i juz mogewink)
    >
    > do dzieła Kendo!
    >
    ha !....bede musiala jechac jeszcze raz,ale w piatek,
    bo te do chodzenia/czytania -wszystko w jednym cos mnie irytuja
    to co siedzi na nosie doprowadza mnie do pasji...nienawidze brylowsad((((((
  • kendo 04.05.05, 08:44
    moglabym powiedziec tak,
    ze po wiejsciu kraju do Unii,
    Polska ,jak inne kraje bedace w Unii,sa opisywane/krytykowane....
    choc i przed niewstapieniem bylo to samo,ale z innej perspektywy.
    Obecne media patrza pod innym katem,i zeby do czegokolwiek nawiazac,
    musza siegnac do naszej histori narodowej i zrobic analize,
    dobra czy zla w zaleznosci od tematu.
    Niemniej jednak cieszy,ze zostaja wymieniani Noblisci literaccy,
    osoby duchowne.
    a czy zasluzymy na miano LIDERA,bedzie zalezalo chyba od politykow.
  • aniouek1 04.05.05, 14:18
    kendo napisała:

    > a czy zasluzymy na miano LIDERA,bedzie zalezalo chyba od politykow.

    aż tak wiele od nich nie zależy jak im samym się zdaje,a i chyba nie tylko
    im samym wink
    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • kendo 04.05.05, 17:55
    aniouek1 napisała:

    > kendo napisała:
    >
    > > a czy zasluzymy na miano LIDERA,bedzie zalezalo chyba od politykow.
    >
    > aż tak wiele od nich nie zależy jak im samym się zdaje,a i chyba nie tylko
    > im samym wink
    jak to ?? to co uchwala,to lud dzielnie wykonuje,czasami sie buntujac,
    jak zle ustawy zarzadza,to i tak nikt mimo checi nic nie zrobi,
    bo prawa urzedasy sie trzymajawink
  • aniouek1 04.05.05, 20:10
    kendo napisała:

    > jak to ?? to co uchwala,to lud dzielnie wykonuje,czasami sie buntujac,
    > jak zle ustawy zarzadza,to i tak nikt mimo checi nic nie zrobi,
    > bo prawa urzedasy sie trzymajawink

    Tyle, że...nikt nie może ustanowić takiego prawa, które by zakazywało UMIEĆ
    i POTRAFIĆ, a ja sądzę, że właśnie UMIEĆ, POTRAFIĆ i REALIZOWAĆ... to sedno
    sprawy...rdzeń liderowania wink

    Spójrz na to wszystko troszku moimi oczami:
    mnie się tak myśli, że LIDER to któś, kto po prostu JEST w czymś DOBRY i już!
    Potrafi COŚ wręcz doskonale, umie COŚ wrecz perfekcyjnie, a o tym na ile
    człowiek stara się uczyć by umieć i potrafić to już ...nie za wiele politycy
    mają tutaj do gadania.

    Ja wiem, że od polityków zależą np. dotację na oświatę, jednak... tak po
    prawdzie, najwspanialszy nauczyciel niczego nie zdziała, nie poradzą nic
    najdoskonalsze pomoce naukowe jeśli uczniowi nie będzie się chciało chcieć.

    Nie twierdzę, że Polska jako kraj jest bezkonkurencyjna bo to oczywiście byłaby
    bzdura dowodząca wprost mojej ignorancji i po prostu zwyczajnej głupoty.
    Jednakże wiem, że są dziedziny - nazwę to ogólnie - produkcji i usług,
    w których mamy jako kraj prawdziwie czym się poszczycić i z czego być dumni.

    Faktem jest także, że wybitne jednostki rodzą się w każdym kraju. W jednych
    jest im łatwiej rozwijać talenty w innych trudniej, jednakże... często bywa
    i tak, że właśnie czym trudniej tym z większym zaangażowaniem własnym, większym
    uporem pokonują - nie na skróty - ale bardzo rzetelnie wszystkie przeszkody
    i każda to pokonywanie uczy ich czegoś o czym innym nawet się nie śni.

    Inna rzecz, że...sami politycy powinni być liderami, jednakże...to ...inny
    rodzaj "liderowania"...przynajmniej ...jak narazie.
    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smile www.szufladalistopisow.prv.pl
  • kendo 04.05.05, 21:26
    no i znow masz racjewink
    ale ja i tak to widze z stad to innymi oczami....
    a moze po prostu brak mi argumentacji.
  • mala20033 06.05.05, 16:26
    Mnie interesuje ta postac.KGBowiec.I ostatnio wszedzie go pelno...Z kazdym
    przywodca panstwa chce sie spotkac...wszedzie chce miec swe wplywy...Co bedzie
    dalej???
    --
    Bo kochac znaczy tworzyc,
    poczac w barwie burzy
    rzezbe gwiazdy i ptaka
    w lun czerwonych marmurze.
  • kendo 06.05.05, 16:41
    a mnie wcale ten temat nieinteresujesad(
    wogole polityka to nie moje zainteresowania.
  • mala20033 21.09.05, 20:53
    Wlasciwie to nie polityka a huragan Rita ktory ma dopasc Stany...
    --
    "Ludzie gromadzą skarby, które zostaną pożarte przez mole albo rdzę lub
    ukradzione przez złodziei. Prowadzą życie głupców, o czym się przekonają, gdy
    dobrną do końca, a może wcześniej"
  • kendo 21.09.05, 21:11
    juz na Cubie zrobil swoje...
    zobaczymy jak teraz Stany bede przygotowane ?
    mieli juz pierwsze podejscie,z ktorym bardzo sie zle uporalisad(
  • mala20033 21.09.05, 23:03
    Huston ewakuluja..zniszczy miasto(??)
    --
    "Ludzie gromadzą skarby, które zostaną pożarte przez mole albo rdzę lub
    ukradzione przez złodziei. Prowadzą życie głupców, o czym się przekonają, gdy
    dobrną do końca, a może wcześniej"
  • kendo 22.09.05, 10:41
    powiadaja,ze moc Rity,jest silniejsza od Katrin
  • aniouek1 08.04.06, 20:44
    Post został usunięty przez adminów lub założyciela forum .
  • aniouek1 08.04.06, 20:57
    aniouek1 napisała:

    > "Polityka" - wg.Encyklopedii PWN to:
    >
    > 1/świadoma i celowa działalność dotycząca głównie stosunków między klasami
    > społecznymi, państwami i narodami, związana z walką o zachowanie lub zdobycie
    > władzy państwowej jako narzędzia regulacji i kształtowania tych stosunków;
    > 2/określona część, program lub kierunek tej działalności.
    >
    > Stąd też...znamy pojęcia takie jak: polityka gospodarcza, polityka
    > kulturalna, polityka naukowa, polityka oświatowa, polityka pro-rodzinna,
    > polityka społeczna, polityka wyznaniowa itp.itd.


    A CO Waszym zdaniem można zmieścić (a może nic nie należy mieścić?)
    w pojeciach (o ile w ogólne mogą takie pojęcia zaistnieć):

    1. "polityka Pana Boga"?
    2. "polityka kościoła Katolicjkiego"?

    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smile www.szufladalistopisow.prv.pl
  • mala20033 09.05.06, 20:18
    Czytam ze czarne to szare...czytam ze biale ktos blotkiem ochlapal...
    --
    ....Wiecznie spozniamy sie na wszystko,
    Na marzen i na spelnien czas,Na chwile szczescia i usciskow.Wiecznie spozniamy
    sie na wszystko...Endre Ady
  • kendo 09.05.06, 20:31
    wlasnie przez sciane slysze polskie wiadomosci
    i az sie serce kraje z tych wszystkich dochodzacych mnie wiescisad(
    --
    Nawet jeśli niebo zmęczyło się błękitem,
    nie gaś nigdy światła nadziei
    (Bob Dylan)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka