Dodaj do ulubionych

ZWIĄZEK---------------SUPEŁKA Z WĘZEŁKIEM

09.07.03, 17:02
Wystarczy się rozejrzeć wokół, (czasem może nawet nie trzeba wokół),
by dostrzec, że związki dwojga ludzi w naszym świecie są udane albo nie.

Spróbujmy się nad tym wspólnie zastanowić, spróbujmy o tym porozmawiać,
co takiego sprawia, że wspólnie wybrana, wspólna droga dwojga ludzi,
jakby coraz częściej, dla wielu "dwojga" rozwidla się..

To z pewnością ważny i niełatwy do rozstrzygnięcia problem,
a także dość powszechny.
Brzemienny w wiele przykrych skutków, i to zarówno bezpośrednich
jak i pośrednich - niestety - często nie tylko dla dwojga..

Tym bardziej więc, wydaje się wart tego, by się przy nim zatrzymać...


Dziękuję Transoptorku za mobilizację, i Tobie Mrouh za jej wzmocnienie wink
--
prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
- może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
Edytor zaawansowany
  • aniouek1 09.07.03, 17:06
    Życie jak nowela...
    Autor: transoptor@NOSPAM.gazeta.pl
    Data: 09-07-2003 01:19 + dodaj do ulubionych wątków
    --------------------------------------------------------------------------------
    Pobrali się jakieś piętnaście lat temu,ona,śliczna brunetka,on wysoki blondyn,
    do którego przylgnęło określenie, iż jest tak brzydki,że aż ładny.Ona zawsze
    brylowała w towarzystwie,lubiła markowe ciuchy,dobre kosmetyki...lubiła się
    "pokazać".On raczej typ "wyciszonego"faceta,zawsze nieco zamyślony,ale można
    było z nim pogadać na każdy temat.Ona pracowała tylko po to,żeby nie być kurą
    domową.On pracował bardzo intensywnie i powoli zaczął wspinać się po szczeblach
    wiadomej drabiny.Minęło lat kilkanaście.Mieli już wszystko,piękne mieszkanie w
    elitarnej dzielnicy,ekskluzywny samochód,dwa razy w roku wyjeżdżali wypocząć za
    granicę.Dzieci nie mieli.Ona ciągle wiedziała wszystko najlepiej,ciągle go
    strofowała,zrób to ,zrób tamto,zrób to inaczej.On spełniał jej wszystkie
    oczekiwania,bo ją kochał.Jakiś rok temu dostał intratną propozycję,która wiązała
    się z wyjazdem gdzieś na drugi koniec polski.On nie chciał z niej skorzystać,ona
    znowu wiedziała lepiej,co dla nich dobre.Pojechał.Ona została,bo nie chciała
    rzucić swojej pracy,z której dochód nie wystarczył nawet na jej własne potrzeby.
    Przez jakieś pół roku przyjeżdżał co tydzień,póżniej coraz rzadziej...
    Domyślacie się już pewnie dlaczego...poznał inną kobietę.
    Ona krzyczała,rugała,odgrażała się,potem wybaczyła,prosiła...on już nie chciał
    do niej wrócić.
    Pierwszy raz odważył się zrobić coś nie po jej myśli,podobno jest zakochany...
    ...w tej drugiej.

    (to nie jest wymyślona historia,scenariusz do niej napisało życie)(t)
  • aniouek1 09.07.03, 17:12
    Re: Życie jak nowela...
    Autor: aniouek1@NOSPAM.gazeta.pl
    Data: 09-07-2003 13:26 + dodaj do ulubionych wątków
    --------------------------------------------------------------------------------
    transoptor napisał:

    > (to nie jest wymyślona historia,scenariusz do niej napisało życie)(t)

    i ludzie wink
    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • aniouek1 09.07.03, 17:16
    Re: Życie jak nowela...
    Autor: mrouh@NOSPAM.gazeta.pl
    Data: 09-07-2003 13:51 + dodaj do ulubionych wątków
    --------------------------------------------------------------------------------
    aniouek1 napisała:

    > transoptor napisał:
    >
    > > (to nie jest wymyślona historia,scenariusz do niej
    napisało życie)(t)
    >
    > i ludzie wink

    A ludzie wciąż sobie piszą te nowele, coraz bardziej wymyślne, coraz bardziej
    zakręcone, coraz mniej potrafią się w tym znaleźć. Patrzą przerażeni, ze
    zdwiwieniem, że nawet w telewizji takich rzeczy nie widzieli, w najdłższym
    brazyliskim serialu, którego scenarzysta staje na rzęsach, żeby zawiązać
    następna intrygę kosztem jak najmniejszej ilości nowych bohaterów...
    I tylko supełki,supły, węzły gordyjskie, zamiast życia...
    Może Wam się zdawać, że przesadzam, ale widziałam na własne oczy życie
    jak nowelę i to naprawdę zakręcone.
    I smutne, niestety,całe w supełkach, których nie da się po prostu rozwiązać,
    trzeba rozcinać i ranić...

    --
    WSZĘDZIE DOBRZE, ALE W SZUFLADZIE NAJLEPIEJ
  • mala20033 09.07.03, 17:25
    Ona uciekala od pierwszego malzenstwa bo maz pomimo doktoratu ..pil.On po
    rozwodzie..ach zona byla potworem!!!..podobno.. przynosil co dzien bukiet
    czerwonych roz.
    Ciaza.Jej bolesny rozwod.Za miesiac zalegalizowanie nowego zwiazku,po nastenym
    miesiacu urodzila sie corka.On po 8miu miesiacach wyjechal na zachod aby
    rodzinie stworzyc lepsze jutro.Ona z dzieckiem przez 3 lata walczyla o paszport
    by sie do niego dostac.Gdy przyjechala dowiedziala sie ze byl..taki ktos.On
    czesto mylil sie nazywajac ja imieniem innej.Ona zagryzla wargi i w bolu
    probowala stworzyc dziecku rodzine na przekor wszystkiemu.On robil pieniadze i
    kariere.Jezdzil po wspanialych krajach.Ona chodzila na wywiadowki wozila
    dziecko do prywatnej szkoly 40 mni samochodem,...az cora odeszla..college.
    PUSTKA.Mowia teraz o rozwodzie..Ciekawy scenariusz, no nie?
  • mala20033 09.07.03, 17:26
    ..acha..ona czesto..placze..i chce sie trzymac nawet wiatru..
  • ulalka 09.07.03, 17:18
    heh... ale wina moze byc i posrodku sad(( i nic na to nie wskazuje czasem, ze
    wielka licealna milosc zakonczy sie nawet nie 10 lat po maturze... sad(
    --
    praca jest swietnym srodkiem, aby w cierpieniu znowu nas postawic na nogi.
    /Johann Peter Eckermann/

    Zawsze lat☼

    P☼gaduchy d☼ p☼duchy
  • aniouek1 09.07.03, 17:27
    i chyba właśnie o to COŚ może chodzić...

    CO sprawia, że ZWIĄZKI są udane lub nie - albo raczej - co sprawią, że
    wytrzymują próbę czasu lub jej nie wytrzymują?
    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • mrouh 09.07.03, 17:49
    To prawda, każdy z nas jest jakimś węzełkiem, jakimś
    supełkiem... Każdy ma swój bagaż, coś jest w nim
    zawiązanei- dobre i złe... Ale można z tym żyć, nawet nie
    samemu, można nawet z innym supełkiemsmile Ważne, by więzy
    pomiędzy supełkiem a węzełkiem były dobrowolne, nie
    niewolnicze...smile
    Nie mam recepty, mam zasadę, której staram sie
    przestrzegać. Staram się, parę razy zapomniałam o niej i
    popełniłam błędy. Na szczęście nie niewybaczalne, nie
    naprawdę straszne. Zasada jest prosta, obowiązująca w
    bliskich związkach, w pracy, w zyciu i znana, i stara jak
    świat: nie wiąż tak jakbyś sam nie chciał być wiązanysmile
    Nie rań, jeśli można tego uniknąć. Trzeba być w porządku,
    potrafić sobie spojrzeć w twarz... być w porządku w
    stosunku do siebie i do innych. Pewnie, że każdy ma swoje
    kryteria określające, co jest a co nie jest zachowaniem
    "w porządku". Ale jeśli przynajmniej z grubsza się
    pokrywają te kryteria i jeśli ma się WOLĘ przestrzegania
    zasady, to życie supełka naprawdę chyba nie jest aż tak
    trudne. Mi zasada się sprawdza od dobrych paru lat. Nie
    wiem co będzie za 10 lat, za 20, za 30, ale uważam, że
    dopóki ja sama wciąż chcę byc w porządku, to mam wszelkie
    sznse, że ta zasada przetrwa wszystko. Nie mogę dać
    gwarancji na nic, ale mogę chcieć. I mieć nadzieję, że
    supełek, do którego jestem dobrowolnie przywiązana tez
    będzie chciał smile I już. I aż smile
    --
    WSZĘDZIE DOBRZE, ALE W
    SZUFLADZIE NAJLEPIEJ
  • ulalka 09.07.03, 18:42
    aniouek1 napisała:

    > i chyba właśnie o to COŚ może chodzić...
    >
    > CO sprawia, że ZWIĄZKI są udane lub nie - albo raczej - co sprawią, że
    > wytrzymują próbę czasu lub jej nie wytrzymują?

    a bo ktos to ladnie powiedzial, chyba Kasikk, ze trzeba jednako dawac i jednako
    brac, trzeba wyposrodkowac wymagania od siebie i TEJ DRUGIEJ POLOWKI. to jest
    ta recepta, o ktorej trzeba pamietac, inaczej.... wchodzimy w problem pulapki,
    winy... a owa wina chyba nigdy nie jest po jednej stronie... cos powoduje
    lawine...
    --
    praca jest swietnym srodkiem, aby w cierpieniu znowu nas postawic na nogi.
    /Johann Peter Eckermann/

    Zawsze lat☼

    P☼gaduchy d☼ p☼duchy
  • kasikk 09.07.03, 20:07
    ha! jestem szczęśliwa ze swoim supełkiem od dłuższego czasu smile) może to nie 15
    lat, ale zawsze trochę. wydaje mi się, że to dlatego, że staram się słuchać i
    dawać duuuuużo czułości mojemu węzełkowi. po prostu oboje czujemy się
    kochani... i to chyba na tym polega smile)
    --
    miłego dnia miłym ludziom smile)
  • kendo 09.07.03, 20:57
    A nasz wezelek za niedlugo bedzie mial 30 lat-mowia,
    ze to PERLOWE GODY (14 lipiec)( w tym dniu slubny ma czas do detysty hi,hi,)
    bylo roznie,
    ale wezelek jeszcze zwiazany choci troche luzu juz sie zrobilo.
    Zobaczymy co czas przyniesie za niespodzianki.
    Osiagnelismy wszystko ,
    o czym sie marzylo i teraz pustka.
    Wegetacja;brak zdrowka,
    cale szczescie,ze nasza psiuna osladza nam zycie swoja obecnoscia.

    PS;pisane pod dyktando slubnego.....
  • mrouh 09.07.03, 21:28
    Ja też nie wiem, co będzie za kilkanaście lat, tak
    naprawdę nie wiem nawet jak będzie za rok... Ale od 8 lat
    jest super. Więc jednak mozna wytryzmać pare lat...smile
    Skoro można 8 too pewnie da sie więcejsmile Taką mam zawsze
    nadziejęsmile Rutyna tż może być miłasmile Kiedy jej
    zabraknie, dostrzega się jej brak, dotkliwy braksmile
    niestety, utrzymywanie węzełków w stanie odpowiedniego
    zaciśnięcia wymaga wiele zachodu, szczególnie z czasem...
    --
    WSZĘDZIE DOBRZE, ALE W
    SZUFLADZIE NAJLEPIEJ
  • rzulw 09.07.03, 21:41
    Bywaja też takie ... supełki
    Bo mama, bo ojciec, bo mieszkanie, bo dziecko "w drodze"...
    Plącze sie węzły z cudzych nici...
    Pod presją rodziny, spojrzeń sąsiadów, nawet sami dokładamy rękę do tego
    tworu...
    Niestety jest tak prowizoryczny, że nie spełnia roli łącznika. Ciasny, że aż
    niewygodny. Uwiera, przeszkadza... i co zrobić ?
    A połączone liny cos podtrzymują. Napewno ?... a przecież taka ich rola.

    --
    Zawsze lat☼
    Forum włoskie
    P☼gaduchy d☼ p☼duchy
  • mrouh 09.07.03, 22:05
    rzulw napisał:

    > Bywaja też takie ... supełki
    > Bo mama, bo ojciec, bo mieszkanie, bo dziecko "w drodze"...
    > Plącze sie węzły z cudzych nici...
    > Pod presją rodziny, spojrzeń sąsiadów, nawet sami
    dokładamy rękę do tego
    > tworu...
    > Niestety jest tak prowizoryczny, że nie spełnia roli
    łącznika. Ciasny, że aż
    > niewygodny.

    No właśnie, takie supełki, które zawiązuje się z innymi
    supełkami z innych motywów niż potrzeby serca są z reguły
    zgubne... Znam właśnie takie supełki i to jest takie
    smutne... Je potem tak trudno rozwiązaćsad choć nie ulega
    wątpliwości, że lepiej byłoby tak zrobić niż tkwić w ich
    uścisku...
    Żebyż jeszcze wszyscy potrafili się z supełków rozsupłać
    czyniąc jak najmniej hałasu i szkody sobie i innym... sad


    --
    WSZĘDZIE DOBRZE, ALE W
    SZUFLADZIE NAJLEPIEJ
  • kasikk 10.07.03, 10:17
    to chyba są najsmutniejsze sytuacje...
    ale trzeba mieć baaardzo dużo siły w sobie, żeby nie ulegać presjom otoczenia.
    tak na prawdę wszyscy ci ludzie, którzy naciskali, zostawią nas samych sobie z
    problemami i będą udawać, że wszystko jest w porządku. sad(
    --
    miłego dnia miłym ludziom smile)
  • kendo 10.07.03, 10:24
    nieraz,rozwiaze sie jeden supelek,
    a zawiaze dziesiec,
    sytuacja bez wyjscia,stoi sie w jednym punkcie.
  • aniouek1 10.07.03, 13:11
    Przeczytałam wszystkie słowa, a nawet chyba więcej niż zostało napisanych..
    Dużo półsłówek. Dużo niedopowiedzeń, Dużo podtekstów, wiele niewiadomych.

    Trudno rozmawiać o związkach supełkowo-węzełkowych.

    Każdy z nas jest bogaty we własne doświadczenia, jak i w doświadczenia innych
    - bardziej lub mniej - znanych sobie związków.

    Spróbujmy wspólnie zastanowić sie i porozmawiać o przyczynach dla których
    miłość odchodzi, umiera... pozostawiając ślad w żalu, cierpieniu, nienawiści..

    Zacznijmy od początku, gdy się zjawia, obejmuje, gdy kobieta i mężczyzna
    ofiarowywują sobie wzajemnie zaufanie, życzliwość, troskę, oddanie, miłość..

    Czy aby "do końca"?

    Czy z pewnością już wówczas nie zamykają tylko dla siebie i tylko w sobie
    czegoś, i niejako z "ograniczonym zaufaniem" odkładają w sobie tajemnice
    mniejsze i większe przygotowując się "z góry" na ewentualną "wojnę"..kiedyś?

    Tam gdzie kończy się szczerość, zaczyna się samotność.
    Czy aby nie bywa tak, że od samego początku DWOJE żyje w samotności?
    DWOJE, a jednak w pojedynkę mocuje sie niejako z podwójnym życiem tym "tylko
    swoim" i tym niby "wspólnym"?

    Podzielmy się wzajemnie sobą, swoją wiedzą, swoją życiową mądrością.
    Być może okaże się to pomocne nam wszystkim dla naszego "dziś",i każdego
    "jutro"?
    Być może okaże się to pomocne tylko jednemu spośród nas...
    Nawet jeśli "tak", to wiem - i Wy też wiecie - że warto.

    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • kasikk 10.07.03, 13:59
    od początku? na początku trzeba się LUBIĆ i to jest najważniejsze, bo
    fascynacje mijają, ale jeśli kogoś lubisz, lubisz z nim gadać, lubisz z nim
    milczeć, to zostanie do końca.
    i jeszcze trzeba umieć szanować drugą osobę, szanować jej pasje.
    oczywiście zaufanie ponad wszystko i szczerość budują, ale trzeba nauczyć się
    mówić i to przede wszystkim o tym, co boli chociaż to trudne, i o radościach.
    słowo ma wielką siłę.

    pozdrawiam serdecznie smile)
    --
    miłego dnia miłym ludziom smile)
  • aniouek1 10.07.03, 20:23
    kasikk napisała:

    > od początku? na początku trzeba się LUBIĆ i to jest najważniejsze, bo
    > fascynacje mijają, ale jeśli kogoś lubisz, lubisz z nim gadać, lubisz z nim
    > milczeć, to zostanie do końca.
    > i jeszcze trzeba umieć szanować drugą osobę, szanować jej pasje.
    > oczywiście zaufanie ponad wszystko i szczerość budują, ale trzeba nauczyć się
    > mówić i to przede wszystkim o tym, co boli chociaż to trudne, i o radościach.
    > słowo ma wielką siłę.

    Słowo ma wielką siłę bo "słowami" czujemy, myślimy i chyba dlatego najbardziej,
    najdotkliwiej "słowami" ranimy.
    Wspomniałaś o gadaniu i o milczeniu.
    Ważne chyba nie tylko to, że się gada, ale to o czym się gada, chociaż może
    ważniejsze to o czym się nie gada, a co się przemilcza i dlaczego.
    Wspomniałaś o szanowaniu partnera.
    Myślę, że już samo "szanowanie" różnie ludzie rozumieją.
    Różnie chyba także realizują "szanowanie" samego siebie.
    Moim zdaniem, to równie ważne jak szanowanie partnera.

    Lubić wspólnie milczeć, tak - gdy jest to "dobre" milczenie, ale nie wówczas
    gdy milczenie jest "złym" wyborem.

    Mnie się wydaje, że np. milczenie dla tzw. świętego spokoju to jeden z gorszych
    pomysłów, który wcześniej czy później może zburzyć każdy "święty spokój".

    Chyba każdy z nas zna przysłowia:
    "póty dzban wodę nosi, póki sie ucho nie urwie"
    "kropelka do kropeli i powódż w drodze"

    Przychodzi dzień, w którym wszyscy się dziwią, że "nagle" jakiś związek się
    rozpada z powodu przysłowiowej - przesolonej zupy, czy wylanej kawy sad
    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smile www.szufladalistopisow.prv.pl
  • kasikk 10.07.03, 20:42
    widzisz anioueczku, ja wymysliłam sobie kiedyś, że chcę najpierw zaprzyjeźnić
    się z tym KIMŚ bardzo ważnym w moim zyciu i z tego co widzę dookoła, takie
    związki są najzdrowsze. przyjaźń to może za wielkie slowo na to, co nas
    wcześniej łączyło, ale znaliśmy się dość dobrze (wtedy tak myśleliśmy smile ) i
    LUBILIŚMY, mielismy o czym pogadać i cisza nam nie ciążyła.

    ja myślę, że to jest tak: jeśli lubisz kogoś jako człowieka wogóle, to związek
    ma duże szanse na powodzenie. a jeśli to tylko fascynacja, która kładzie bielmo
    na oczach, to kiedy minie, okazuje się, że kochało się wyobrażenie osoby, a nie
    ją samą sad

    pozdrawiam serdecznie smile
    --
    miłego dnia miłym ludziom smile)
  • aniouek1 10.07.03, 21:02
    Znajomość człowieka, lubienie, fascynacja, zauroczenie, przyjaźń, miłość to
    wszystko chyba każdy człowiek rozumie inaczej, inaczej czuje, inaczej realizuje.

    Nie wiem dlaczego, ale już wiele razy w swoim życiu spotkałam się z takimi
    sytuacjami, gdzie niby obie strony chcą jak najlepiej dla swojego związku,
    a jednak nie potrafią takiego związku zbudować, żeby im obojgu odpowiadał.

    Niby było wszystko: znali się, lubili, byli sobą zafascynowani, zauroczeni,
    przekonani o wzajemnej przyjaźni, pewni, że to co ich łączy to miłość,
    a jednak.. wszystko się rozsypuję i rozpada.. sad

    Co sprawia, że miłość odchodzi, umiera..
    Wydaje mi się, że to nie może być coś spoza dwojga... to coś chyba musi rodzić
    się w związku dwojga, tylko dlaczego, na wskutek czego tak się dzieje?

    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • kasikk 10.07.03, 22:55
    anioueczku, myślę, że nie słuchają siebie na wzajem, nie potrafią usłyszeć,
    czego potrzebują ich partnerzy, przestają słuchać swojej intuicji i zatracają
    się w biegu codzienności...

    --
    miłego dnia miłym ludziom smile)
  • aniouek1 29.07.03, 21:44
    kasikk napisała:

    > anioueczku, myślę, że nie słuchają siebie na wzajem, nie potrafią usłyszeć,
    > czego potrzebują ich partnerzy, przestają słuchać swojej intuicji i zatracają
    > się w biegu codzienności...
    >
    milczą, milczą, milczą, milczą, o sprawach najważniejszych uparcie milczą... sad
    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • rzulw 10.07.03, 17:46
    > Czy aby nie bywa tak, że od samego początku DWOJE żyje w samotności?
    > DWOJE, a jednak w pojedynkę mocuje sie niejako z podwójnym życiem tym "tylko
    > swoim" i tym niby "wspólnym"?

    Życie we dwoje jest związkiem. Jeli związek jest zawarty wg określonych zasad
    prawnych lub religijnych nazywany jest małżeństem - INSTYTUCJĄ małżeństwa.

    INSTYTUCJA prawna (mni. małżeństwa) - zespół norm prawnych, łącznie
    regulujących określony ważny stosunek społeczny. (wiem.onet.pl)

    Bardzo często zapominamy o tym, ze jest to związek, związek partnerski, a
    nie "kontrakt" regulowany mni. normami prawnymi. Dzięki tym normom np.
    rozliczamy się wspólnie z fiskusem, dzielimy się wydatkami... i w momencie,
    kiedy zaczyna brakować "środków trwałych", zapominamy, ze są jeszcze środki
    niematerialne - uczucia.

    --
    Zawsze lat☼
    Forum włoskie
    P☼gaduchy d☼ p☼duchy
  • aniouek1 10.07.03, 20:48
    rzulw napisał:

    > Życie we dwoje jest związkiem. Jeli związek jest zawarty wg określonych zasad
    > prawnych lub religijnych nazywany jest małżeństem - INSTYTUCJĄ małżeństwa.
    >
    > INSTYTUCJA prawna (mni. małżeństwa) - zespół norm prawnych, łącznie
    > regulujących określony ważny stosunek społeczny. (wiem.onet.pl)
    >
    > Bardzo często zapominamy o tym, ze jest to związek, związek partnerski, a
    > nie "kontrakt" regulowany mni. normami prawnymi. Dzięki tym normom np.
    > rozliczamy się wspólnie z fiskusem, dzielimy się wydatkami... i w momencie,
    > kiedy zaczyna brakować "środków trwałych", zapominamy, ze są jeszcze środki
    > niematerialne - uczucia.

    Obserwując różne związki, odnoszę wrażenie, że o "kontrakcie" przypominają
    sobie wówczas gdy już nie jest w związku dobrze sad
    Wcześniej chyba raczej nie myślą o związku w kategoriach instytucji czy prawa.

    Znam także takie związki, których nie wążą żadne "kontrakty".
    Jedne trwały, trwają i sprawiają wrażenie że już tak zostanie,
    a inne rozpadły się.

    Napisałeś, że "w momencie, kiedy zaczyna brakować "środków trwałych",
    zapominamy, że są jeszcze środki niematerialne - uczucia".

    Osobiście uważam, że chyba częściej nadmiar niż niedobór czyni więcej zła.

    Znam związki, które borykają się z szeregiem różnych trudności o charakterze
    materialnym, a jednocześnie mocno się trzymają i nie myślą
    o rozwiązaniu "kontraktu".
    Znam też związki, w których pod względem materialnym niczego zdaje się nie
    brakować, za to odkąd nie brakuje "walorów materialnych" to jakby coraz
    bardziej dwoje zaczyna żyć oddzielnie.
    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • rzulw 10.07.03, 21:35
    aniouek1 napisała:

    > Obserwując różne związki, odnoszę wrażenie, że o "kontrakcie" przypominają
    > sobie wówczas gdy już nie jest w związku dobrze sad

    Jeśli jest wsio oki - szukamy wyjścia awaryjnego ?

    > Wcześniej chyba raczej nie myślą o związku w kategoriach instytucji czy
    prawa.

    Nie twierdzę, ze wszyscy od początku myślą o kontrakcie, choć troszkę dalej
    podam przykład takiego podejścia.
    Użyłem takiej nazwy celowo.
    Nie podoba mi się to nazewnictwo - INSTYTUCJA

    Jak fabryka, firma...


    > Znam także takie związki, których nie wążą żadne "kontrakty".
    > Jedne trwały, trwają i sprawiają wrażenie że już tak zostanie,
    > a inne rozpadły się.

    Ja też takie znam. Trwające i walące się. Ze wszystkich, najczęściej się wala
    te "zakontraktowane"...

    >
    > Napisałeś, że "w momencie, kiedy zaczyna brakować "środków trwałych",
    > zapominamy, że są jeszcze środki niematerialne - uczucia".

    Tak, w takich momentach "wychodzi szydło z wora"... okazuje się, że jesteśmy
    nauczeni (my = ludzie - oczywiście nie wszyscy) wygrywać. Niepowodzenie jest
    nie do pojęcia, pokonania. Albo się wycofujemy, obarczeni poczuciem winy, albo
    sami obwiniamy partnera. Cieżko jest nam znaleść kompromis w samym związku,
    jak i po "zakończeniu" takowego.

    Bardzo pomocnym narzędziem w tym jest Sąd, który o winie zasądza
    (w przypadku instytucji).

    Ktos kiedyś napisał w jednym wątku o rozstaniu:
    "Ja wogole nie rozumiem dlaczego w Polsce orzeka sie "wine" przy
    rozwodzie. Jezeli kupimy sobie ciastko i nie chcemy go zjesc to czyja to jest
    wina?"

    Jedni szukają winy (za wszelką cenę) inni od samego początku podchodzą do
    kontraktu - jak do kontraktu.

    "> Wcześniej chyba raczej nie myślą o związku w kategoriach instytucji czy
    prawa."
    ??? napewno ?


    Nikt nas nie uczy jak związek powinien wyglądać. Jak należy żyć. Sami
    otrzymujemy przykład. Jako dzieci - od dorosłych. Jako dorośli - od
    rówieśników.


    > Osobiście uważam, że chyba częściej nadmiar niż niedobór czyni więcej zła.
    Nadmiar, niedobór.... mniejsze zło, większe - niedobre jest to, ze co kolwiek
    to jest to z tym czymś przegrywamy.
    >
    > Znam związki, które borykają się z szeregiem różnych trudności o charakterze
    > materialnym, a jednocześnie mocno się trzymają i nie myślą
    > o rozwiązaniu "kontraktu".
    > Znam też związki, w których pod względem materialnym niczego zdaje się nie
    > brakować, za to odkąd nie brakuje "walorów materialnych" to jakby coraz
    > bardziej dwoje zaczyna żyć oddzielnie.

    I w dalszym ciągu nie wiadomo, co powoduje, ze jedne się trzymają inne
    rozpadają.


    ---
    rzulw
  • aniouek1 12.07.03, 21:49
    rzulw napisał:

    ) aniouek1 napisała:
    ) ) ) Obserwując różne związki, odnoszę wrażenie, że o "kontrakcie" przypominają
    ) ) ) sobie wówczas gdy już nie jest w związku dobrze sad
    )
    ) Jeśli jest wsio oki - szukamy wyjścia awaryjnego ?

    Chyba nie o to chodzi.
    Gdy jest dobrze, to – moim zdaniem - nie myśli się o "kontrakcie" tylko cieszy
    się wspólnym życiem, wspólnie martwi się wspólnymi problemami i nawet te
    wspólne zmartwienia też dają radość przez sam fakt, ze wspólnie się rozwiązuje
    problemy, a nawet gdy się ich nie rozwiązuje, to stanowią wspólne
    niepowodzenie, i żadnemu z partnerów nie przychodzi do głowy wzajemne się
    obwinianie.

    Gdy zaczyna być źle, wówczas – moim zdaniem - dopiero pojawia się
    świadomość "kontraktu", który już na tym etapie, traktowany jest jak
    przysłowiowa "brzytwa dla tonącego".
    Wiele związków zresztą chyba dzięki tej brzytwie się trzyma razem (choć
    w praktyce pojedynczo) w obawie przed urzędowymi kłopotami, sądami, opinią
    publiczną itd.

    ) ) ) Wcześniej chyba raczej nie myślą o związku w kategoriach instytucji czy
    ) ) ) prawa.
    )
    ) Nie twierdzę, ze wszyscy od początku myślą o kontrakcie, choć troszkę dalej
    ) podam przykład takiego podejścia.
    ) Użyłem takiej nazwy celowo. Nie podoba mi się to nazewnictwo - INSTYTUCJA
    ) Jak fabryka, firma...

    Nie wiem na ile mam rację, ale chyba na całym świecie w formule instytucji
    państwa, związki małżeńskie funkcjonują jako "instytucje" i względem prawa
    obowiązującego na terytorium danego państwa, mają określone przepisami prawa
    i obowiązki zarówno względem siebie, jak i swoich dzieci, a także
    w relacjach między różnymi innymi instytucjami państwa.

    ) ) ) Znam także takie związki, których nie wiążą żadne "kontrakty".
    ) ) ) Jedne trwały, trwają i sprawiają wrażenie że już tak zostanie,
    ) ) ) a inne rozpadły się.
    )
    ) Ja też takie znam. Trwające i walące się. Ze wszystkich, najczęściej się wala
    ) te "zakontraktowane"...

    Może te "zakontraktowane" bardziej widać, choćby ze względu na to, że
    statystycznie jest ich więcej niż innych, a poza tym inne "walą się"
    z reguły bez większego udziału różnych instytucji, z którymi
    związki "zakontraktowane" muszą sobie radzić.


    ) ) ) Napisałeś, że "w momencie, kiedy zaczyna brakować "środków trwałych",
    ) ) ) zapominamy, że są jeszcze środki niematerialne - uczucia".
    )
    ) Tak, w takich momentach "wychodzi szydło z wora"... okazuje się, że jesteśmy
    ) nauczeni (my = ludzie - oczywiście nie wszyscy) wygrywać.

    Osobiście skłonna jestem raczej twierdzić, że lubimy wygrywać, a przy tym, nie
    jesteśmy nauczeni przegrywania i ilekroć nam się zdarza tylekroć nas zaskakujecrying

    ) Niepowodzenie jest nie do pojęcia, pokonania.
    ) Albo się wycofujemy, obarczeni poczuciem winy, albo sami obwiniamy partnera.

    Mówisz ogólnie "niepowodzenia", a to jednak chyba ważne jakiego rodzaju.
    Poza tym pewnością różnym związkom zdarzają się także różne niepowodzenia,
    z których jedne są, a inne nie są zawinione przez związek czy któregokolwiek
    z partnerów w tym związku.
    Czymś innym jest np. utrata pracy przez jednego z partnerów, czymś innym
    problem np. z brakiem satysfakcji dla któregoś z partnerów we współżyciu
    seksualnym, a czymś jeszcze zupełnie innym np. konflikt wokół problemów
    wychowawczych wspólnych dzieci, czy podziału obowiązków tzw. domowych.
    Wszystkie te niepowodzenia dotyczą związku jako całości.

    ) Cieżko jest nam znaleźć kompromis w samym związku, jak i po "zakończeniu"
    ) takowego.

    Wydaje mi się, że dla kompromisów też konieczne są rozsądne granice.
    Ponadto, ważne jest chyba także jakich sfer życia indywidualnego kompromisy
    te mają dotyczyć, czy dotyczą.
    Uważam, że nie jest najlepszym pomysłem w imię - jakichkolwiek by nie było
    wartości -zupełnie rezygnować z samego siebie, nie wyznaczając uczciwych granic
    dla kompromisu.

    Znam związki w których – moim zdaniem - brak tego typu granic doprowadził do
    rozpadu.
    W imię trwania pełnej „zgodnej” rodziny ustępowali sobie tak dalece we
    wszystkim (a najbardziej chyba we własnym przekonaniu o ustępowaniu) tak
    dalece, że gdy dzieci dorosły i wyszły z domu, oni nagle – przynajmniej
    w ocenie swoich znajomych „nagle” – postanowili się rozejść.

    Dlaczego? Może tu raczej sensowniejszym pytaniem wydaje się po co?
    Moim zdaniem – i nie tylko moim – aby po prostu siebie samych w sobie odnaleźć.
    Znam parę, która się rozeszła i teraz żyją samotnie, oddzielnie i twierdzą że
    jest im lepiej, bo.. mogą wreszcie być sobą.

    ) Bardzo pomocnym narzędziem w tym jest Sąd, który o winie zasądza
    ) (w przypadku instytucji).

    Być może pomocnym, ale czy w sytuacji rozpadu związku w rzeczywistości
    i ludzkich sumieniach nie funkcjonuje związek skutku z przyczyną?
    Dla sadu ważne jest, ze mąż bił żonę, lub na odwrót; że mąż lub żona
    nadużywali np. alkoholu; że mąż lub żona, „odeszła” ze związku, ale już
    dlaczego tak się działo, nie ma jakby żadnego znaczenia.
    Jeśli np. mąż odchodzi z domu w którym nie ma dla niego właściwego miejsca
    w rozumieniu „miejsca dla jego zdania”, „miejsca dla jego pasji”, „miejsca
    dla jego przyjaciół”, „miejsca dla jego rodziców” - to kto wg sadu jest
    winien rozpadowi związku?

    To, że ktoś chwycił za młotek i rozwalił telewizor, chcąc go podzielić na
    dwoje, to wcale nie musi znaczyć, że winny jest ten kto rozwalił, bo wcześniej
    ktoś mógł mu rozwalać głowę i wszystko inne, nawet bez użycia młotka,
    doprowadzając go do stanu w którym już tylko młotek wydawał się być właściwym
    rozwiązaniem problemu telewizora.

    ) Ktos kiedyś napisał w jednym wątku o rozstaniu:
    ) "Ja w ogole nie rozumiem dlaczego w Polsce orzeka sie "wine" przy
    ) rozwodzie. Jezeli kupimy sobie ciastko i nie chcemy go zjesc to czyja to jest
    ) wina?"

    W przypadku ciastka, sądzę, że może być wielu...
    W przypadku związku, myślę, że związku, a może raczej braku właściwych „węzłów”
    w tymże „formalnym” związku
    O winie, orzeka się – jak sądzę - z przyczyn chyba bardziej już leżących poza
    związkiem niż w związku, który na tym etapie najprawdopodobniej należy już do
    przeszłości.

    ) ) ) "Wcześniej chyba raczej nie myślą o związku w kategoriach instytucji czy
    ) ) ) prawa."

    ) ??? napewno ?

    Uważam, że TAK, przynajmniej ja tak sądzę

    ) Nikt nas nie uczy jak związek powinien wyglądać. Jak należy żyć.
    ) Sami otrzymujemy przykład. Jako dzieci - od dorosłych. Jako dorośli -
    ) od rówieśników.

    Słuchamy, oglądamy, podglądamy, czytamy, myślimy, czujemy i ... różnie
    postępujemy, różne efekty osiągamy...

    ) ) ) Osobiście uważam, że chyba częściej nadmiar niż niedobór czyni więcej zła.

    ) Nadmiar, niedobór.... mniejsze zło,
    ) większe - niedobre jest to, ze cokolwiek to jest, to z tym czymś
    ) przegrywamy.
    ) I w dalszym ciągu nie wiadomo, co powoduje, ze jedne się trzymają, inne
    ) rozpadają.

    Problem wydaje się bardziej złożony niż jeden człowiek z całą swoją
    zewnętrznością,
    a zwłaszcza skomplikowanym - nie tylko w wymiarze biologicznym - wnętrzem ..
    W dodatku każdy człowiek jest inny...

    Sądzę, że nie jest problemem, iż każdy inny, i każdy na swój sposób
    skomplikowany, bo uważam, że to cudownie, że tak właśnie jest; mamy się
    wzajemnie czym zachwycać, intrygować, i.t.d.
    Ten problem wydaje się tkwić gdzieś pomiędzy, na „komunikacyjnych łączach”...
    dwóch serc, dwóch wrażliwości, dwóch mądrości, dwóch ciał... dwóch wizji życia,
    które „ma być” wspólnym, a często bywa oddzielnym bo...
    z jakiegoś „komunikacyjnego zaburzenia na łączach” nie może być wspólnym, lub
    wydaję się, że wspólnym być nie może.

    Nie wiem dlaczego tak się dzieje sad
    Nie wiem jak „stabilizować wszystkie możliwe komunikacyjne łącza”, a bardzo
    chciałabym to wiedzieć... i chyba nie tylk
  • rzulw 19.07.03, 02:41
    aniouek1 napisała:

    ) rzulw napisał:
    )
    ) ) aniouek1 napisała:
    ) ) ) ) Obserwując różne związki, odnoszę wrażenie, że o "kontrakcie"
    przypominaj
    ) ą
    ) ) ) ) sobie wówczas gdy już nie jest w związku dobrze sad
    ) )
    ) ) Jeśli jest wsio oki - szukamy wyjścia awaryjnego ?
    )
    ) Chyba nie o to chodzi.
    ) Gdy jest dobrze, to – moim zdaniem - nie myśli się o "kontrakcie" tylko c
    ) ieszy
    ) się wspólnym życiem, wspólnie martwi się wspólnymi problemami i nawet te
    ) wspólne zmartwienia też dają radość przez sam fakt, ze wspólnie się
    rozwiązuje
    ) problemy, a nawet gdy się ich nie rozwiązuje, to stanowią wspólne
    ) niepowodzenie, i żadnemu z partnerów nie przychodzi do głowy wzajemne się
    ) obwinianie.

    )
    ) Gdy zaczyna być źle, wówczas – moim zdaniem - dopiero pojawia się
    ) świadomość "kontraktu", który już na tym etapie, traktowany jest jak
    ) przysłowiowa "brzytwa dla tonącego".
    ) Wiele związków zresztą chyba dzięki tej brzytwie się trzyma razem (choć
    ) w praktyce pojedynczo) w obawie przed urzędowymi kłopotami, sądami, opinią
    ) publiczną itd.


    Co do "brzytwy", to nie jest to wzmacnianie węzła, tylko doraźne klejenie
    sznurków - czym się da.

    )
    ) ) ) ) Wcześniej chyba raczej nie myślą o związku w kategoriach instytucji czy
    ) ) ) ) prawa.
    ) )
    ) ) Nie twierdzę, ze wszyscy od początku myślą o kontrakcie, choć troszkę dalej
    ) ) podam przykład takiego podejścia.
    ) ) Użyłem takiej nazwy celowo. Nie podoba mi się to nazewnictwo - INSTYTUCJA
    ) ) Jak fabryka, firma...
    )
    ) Nie wiem na ile mam rację, ale chyba na całym świecie w formule instytucji
    ) państwa, związki małżeńskie funkcjonują jako "instytucje" i względem prawa
    ) obowiązującego na terytorium danego państwa, mają określone przepisami prawa
    ) i obowiązki zarówno względem siebie, jak i swoich dzieci, a także
    ) w relacjach między różnymi innymi instytucjami państwa.

    nadal nie podoba mi się nazwa "instytucja". Jak firma: zakładamy - zamykamy

    )
    ) ) ) ) Znam także takie związki, których nie wiążą żadne "kontrakty".
    ) ) ) ) Jedne trwały, trwają i sprawiają wrażenie że już tak zostanie,
    ) ) ) ) a inne rozpadły się.
    ) )
    ) ) Ja też takie znam. Trwające i walące się. Ze wszystkich, najczęściej się
    wala
    )
    ) ) te "zakontraktowane"...
    )
    ) Może te "zakontraktowane" bardziej widać, choćby ze względu na to, że
    ) statystycznie jest ich więcej niż innych, a poza tym inne "walą się"
    ) z reguły bez większego udziału różnych instytucji,

    z którymi
    ) związki "zakontraktowane" muszą sobie radzić.

    i często sobie nie radzą.

    )
    )
    ) ) ) ) Napisałeś, że "w momencie, kiedy zaczyna brakować "środków trwałych",
    ) ) ) ) zapominamy, że są jeszcze środki niematerialne - uczucia".
    ) )
    ) ) Tak, w takich momentach "wychodzi szydło z wora"... okazuje się, że
    jesteśmy
    ) ) nauczeni (my = ludzie - oczywiście nie wszyscy) wygrywać.
    )
    ) Osobiście skłonna jestem raczej twierdzić, że lubimy wygrywać, a przy tym,
    nie
    ) jesteśmy nauczeni przegrywania i ilekroć nam się zdarza tylekroć nas
    zaskakuje;

    lubimy wygrywać - to jak osiądnąć porozumienie/kompromis ?

    ) (
    )
    ) ) Niepowodzenie jest nie do pojęcia, pokonania.
    ) ) Albo się wycofujemy, obarczeni poczuciem winy, albo sami obwiniamy
    partnera.
    )
    )
    ) Mówisz ogólnie "niepowodzenia", a to jednak chyba ważne jakiego rodzaju.
    ) Poza tym pewnością różnym związkom zdarzają się także różne niepowodzenia,
    ) z których jedne są, a inne nie są zawinione przez związek czy któregokolwiek
    ) z partnerów w tym związku.
    ) Czymś innym jest np. utrata pracy przez jednego z partnerów, czymś innym
    ) problem np. z brakiem satysfakcji dla któregoś z partnerów we współżyciu
    ) seksualnym, a czymś jeszcze zupełnie innym np. konflikt wokół problemów
    ) wychowawczych wspólnych dzieci, czy podziału obowiązków tzw. domowych.
    ) Wszystkie te niepowodzenia dotyczą związku jako całości.

    Jesli wszystkie dotyczą związku jako całości, to jakie znaczenie ma rodzaj tego
    niepowodzenia ? Jedyne znaczenie jakie przychodzi mi na myśl, to fakt
    wyciągnięcia wniosków na przyszłośc. Co przynośi i tak niewielki skutek, bo jak
    napisałaś nizej "kazdy człowiek jest inny". I to co w jednym zwiazku jest
    niepowodzeniem nie do pokonania, to w innym jest "potknięciem".

    Jeśli związek jest "zdrowy" nie jest "kontraktem", "instytucją" i jest dobrze
    bo jest dobrze, to jak to możliwe, że niepowodzenie prowadzi do rozpadu tego
    związku ?

    )
    ) ) Cieżko jest nam znaleźć kompromis w samym związku, jak i po "zakończeniu"
    ) ) takowego.
    )
    ) Wydaje mi się, że dla kompromisów też konieczne są rozsądne granice.
    ) Ponadto, ważne jest chyba także jakich sfer życia indywidualnego kompromisy
    ) te mają dotyczyć, czy dotyczą.
    ) Uważam, że nie jest najlepszym pomysłem w imię - jakichkolwiek by nie było
    ) wartości -zupełnie rezygnować z samego siebie, nie wyznaczając uczciwych
    granic
    )
    ) dla kompromisu.
    )
    ) Znam związki w których – moim zdaniem - brak tego typu granic doprowadził
    ) do
    ) rozpadu.
    ) W imię trwania pełnej „zgodnej” rodziny ustępowali sobie tak dalece
    ) we
    ) wszystkim (a najbardziej chyba we własnym przekonaniu o ustępowaniu) tak
    ) dalece, że gdy dzieci dorosły i wyszły z domu, oni nagle – przynajmniej
    ) w ocenie swoich znajomych „nagle” – postanowili się rozejść.
    )
    ) Dlaczego? Może tu raczej sensowniejszym pytaniem wydaje się po co?
    ) Moim zdaniem – i nie tylko moim – aby po prostu siebie samych w sob
    ) ie odnaleźć.
    ) Znam parę, która się rozeszła i teraz żyją samotnie, oddzielnie i twierdzą że
    ) jest im lepiej, bo.. mogą wreszcie być sobą.

    Ja zadam innege pytanie. Co to są "uczciwe granice" ?
    Żeby odpowiedzieć na to pytanie, nalezy odpowiedziec na pytyanie: czym jest
    miłośc ? Bo "zdrowy" związek na miłości się opiera.

    )
    ) ) Bardzo pomocnym narzędziem w tym jest Sąd, który o winie zasądza
    ) ) (w przypadku instytucji).
    )
    ) Być może pomocnym, ale czy w sytuacji rozpadu związku w rzeczywistości
    ) i ludzkich sumieniach nie funkcjonuje związek skutku z przyczyną?
    ) Dla sadu ważne jest, ze mąż bił żonę, lub na odwrót; że mąż lub żona
    ) nadużywali np. alkoholu; że mąż lub żona, „odeszła” ze związku, ale
    ) już
    ) dlaczego tak się działo, nie ma jakby żadnego znaczenia.
    ) Jeśli np. mąż odchodzi z domu w którym nie ma dla niego właściwego miejsca
    ) w rozumieniu „miejsca dla jego zdania”, „miejsca dla jego pas
    ) ji”, „miejsca
    ) dla jego przyjaciół”, „miejsca dla jego rodziców” - to kto wg
    ) sadu jest
    ) winien rozpadowi związku?
    )
    ) To, że ktoś chwycił za młotek i rozwalił telewizor, chcąc go podzielić na
    ) dwoje, to wcale nie musi znaczyć, że winny jest ten kto rozwalił, bo
    wcześniej
    ) ktoś mógł mu rozwalać głowę i wszystko inne, nawet bez użycia młotka,
    ) doprowadzając go do stanu w którym już tylko młotek wydawał się być właściwym
    ) rozwiązaniem problemu telewizora.
    )
    ) ) Ktos kiedyś napisał w jednym wątku o rozstaniu:
    ) ) "Ja w ogole nie rozumiem dlaczego w Polsce orzeka sie "wine" przy
    ) ) rozwodzie. Jezeli kupimy sobie ciastko i nie chcemy go zjesc to czyja to
    jest
    )
    ) ) wina?"
    )
    ) W przypadku ciastka, sądzę, że może być wielu...
    ) W przypadku związku, myślę, że związku, a może raczej braku właściwych „w
    ) ęzłów”
    ) w tymże „formalnym” związku
    ) O winie, orzeka się – jak sądzę - z przyczyn chyba bardziej już leżących
    ) poza
    ) związkiem niż w związku, który na tym etapie najprawdopodobniej należy już do
    ) przeszłości.
    )
    ) ) ) ) "Wcześniej chyba raczej nie myślą o związku w kategoriach instytucji
    czy
    ) ) ) ) prawa."
    )
    ) ) ??? napewno ?
    )
    ) Uważam, że TAK, przynajmniej ja tak sądzę
    )
    ) ) Nikt nas nie uczy jak związek powinien wyglądać. Jak należy żyć.
    ) ) Sami otrzymujemy przykład. Jako dzieci - od doro
  • aniouek1 29.07.03, 21:38
    rzulw napisał:

    > Co do "brzytwy", to nie jest to wzmacnianie węzła, tylko doraźne klejenie
    > sznurków - czym się da.

    jednakże bywa, że ta właśnie "brzytwa" wcale nie jest "doraźna" a trwale
    utrzymuje związek - przynajmniej w jego prawno-formalnym charakterze sad

    > nadal nie podoba mi się nazwa "instytucja". Jak firma: zakładamy - zamykamy

    chyba nie rzecz w nazwie, a w treści - ta zaś zależy od "załozycieli
    instytucji" wink


    > ) ) ) ) Znam także takie związki, których nie wiążą żadne "kontrakty".
    > ) ) ) ) Jedne trwały, trwają i sprawiają wrażenie że już tak zostanie,
    > ) ) ) ) a inne rozpadły się.
    > ) )
    > ) ) Ja też takie znam. Trwające i walące się. Ze wszystkich, najczęściej się
    > ) ) wala te "zakontraktowane"...
    > )
    > ) Może te "zakontraktowane" bardziej widać, choćby ze względu na to, że
    > ) statystycznie jest ich więcej niż innych, a poza tym inne "walą się"
    > ) z reguły bez większego udziału różnych instytucji,z którymi
    > ) związki "zakontraktowane" muszą sobie radzić.
    >
    > i często sobie nie radzą.

    Jak to jest, że sami siebie uznajemy za wystarczająco dorosłych
    i dojrzałych do podjęcia obowiązków wynikających z "wejścia do spółki",
    jednakże, gdy "spółka" rozpada się, okazuje się, że już nie jesteśmy ani tak
    dorośli, ani tak dojrzali jak sądziliśmy na początku.
    Pomijam tu względy emocjonalno-uczuciowe, bo to właściwie nie interesuje
    instytucji jako praktycznie wartość niemierzalna.
    Odnoszę wrażenie, że to "nie radzenie sobie z instytucjami" polega po prostu
    na braku orientacji w zakresie kompetencji tychże instytucji, a także
    oczekiwaniu, że właśnie te instytucje - z góry traktowane jako zło konieczne -
    posiadają wszelkie lekarstwa na nasze niepowodzenia i wszystkie nasze problemy
    załatwią - najlepiej bez angażowania nas samych.
    Sądzę - także w oparciu o własne doświadczenia - że jedną z przyczyn takiego
    stanu rzeczy jest zwyczajna niewiedza, dodatkowo wzmacniana niechęcią do
    uczenia się efektywnego poruszania w rozmaitości przeróżnych instytucji,
    jako, że nie jest to przyjemne zajęcie, więc staramy się unikać go jak
    przysłowiowy "diabeł święconej wody".

    > ) ) Cieżko jest nam znaleźć kompromis w samym związku, jak i po "zakończeniu"
    > ) ) takowego.
    > )
    > ) Wydaje mi się, że dla kompromisów też konieczne są rozsądne granice.
    > ) Ponadto, ważne jest chyba także jakich sfer życia indywidualnego kompromisy
    > ) te mają dotyczyć, czy dotyczą.
    > ) Uważam, że nie jest najlepszym pomysłem w imię - jakichkolwiek by nie było
    > ) wartości -zupełnie rezygnować z samego siebie, nie wyznaczając uczciwych
    > ) granic dla kompromisu.
    > ) Znam związki w których – moim zdaniem - brak tego typu granic doprowadził
    > ) do rozpadu.
    > ) W imię trwania pełnej „zgodnej” rodziny ustępowali sobie tak dalece
    > ) we wszystkim (a najbardziej chyba we własnym przekonaniu o ustępowaniu),
    > ) że gdy dzieci dorosły i wyszły z domu, oni nagle – przynajmniej
    > ) w ocenie swoich znajomych „nagle” – postanowili się rozejść.
    > ) Dlaczego? Może tu raczej sensowniejszym pytaniem wydaje się po co?
    > ) Moim zdaniem – i nie tylko moim – aby po prostu siebie samych w sobie
    > ) odnaleźć.
    > ) Znam parę, która się rozeszła i teraz żyją samotnie, oddzielnie i twierdzą
    > ) że jest im lepiej, bo.. mogą wreszcie być sobą.
    >
    > Ja zadam inne pytanie. Co to są "uczciwe granice" ?

    Starałam się na to pytanie odpowiedzieć powyżej.
    Uczciwe granice dla kompromisu - moim zdaniem - zaczynają się tam, gdzie kończy
    się poczucie własnej wartości jako partnera, tam gdzie zaczyna sie bunt
    przeciwko przedmiotowemu traktowaniu człowieka przez człowieka, tam gdzie
    kompromis jest zadaniem, a nie prawem swobodnego wyboru, tam gdzie kończy się
    wolność, a zaczynam uzależnienie i warunkowość wzajemnych relacji.

    > Żeby odpowiedzieć na to pytanie, nalezy odpowiedziec na pytyanie: czym jest
    > miłośc ? Bo "zdrowy" związek na miłości się opiera.

    Z tym, zgadzam się w pełni wink

    Czym jest "miłość"?
    Mogę próbować określić czym jest miłość dla mnie, nie zaś definiować "miłość"
    jak fizyczne, matematyczne czy jeszcze inne prawo bądź regułę wink
    Uważam jednak, że to czym dla mnie jest miłość, tak naprawdę ma znaczenie tylko
    dla mnie i mojego partnera, tak jak Jego pojmowanie miłości ma znaczenie dla
    Niego i dla mnie.

    > ) ) Nikt nas nie uczy jak związek powinien wyglądać. Jak należy żyć.
    > ) ) Sami otrzymujemy przykład. Jako dzieci - od dorosłych

    więc jednak "ktoś" nas uczy, choćby swoim przykładem wink
    Mamy także inne możliwości, przy czym to od nas samych zależy czy z nich
    korzystamy czy też nie wink

    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • egon.olsen 12.07.03, 16:39
    A ja myślę, że właśnie trzeba parę węzełków i supełków zawiązać... Rozstania
    są bolesne, ale w dziedzinie serduszkowej w pełni zgadzam się, że to, co nie
    zabija wzmacnia. I daje nam nowe horyzonty... Ja już mniej więcej wiem jak
    powinna wyglądać moja Pani Supełkowa smile)))))))))))) Teraz tylko pozostaje ją
    znaleźć. Dlaczego ludzie się rozstają? Pewnie dlatego, że wyobrażenia nijak
    przystają do rzeczywistości... I wlaśnie z tego powodu najważniejsza jest
    przyjaźń. Kiedyś ksiądz powiedział mi podczas spowiedzi, że nie można domu
    budować od komina - trzeba zacząć od fundamentów. Kiedyś nie doceniłem wagi
    tych słów... a to jest faktycznie bardzo ważne...
  • kendo 12.07.03, 17:28
    egon.olsen napisał:

    > A ja myślę, że właśnie trzeba parę węzełków i supełków zawiązać... Rozstania
    > są bolesne, ale w dziedzinie serduszkowej w pełni zgadzam się, że to, co nie
    > zabija wzmacnia. I daje nam nowe horyzonty... Ja już mniej więcej wiem jak
    > powinna wyglądać moja Pani Supełkowa smile))))))))))) Teraz tylko pozostaje ją
    > znaleźć.
    ** Zycze powodzenia i trafnego wyboru,zeby trwal na dobre i na zle,,,,


    Dlaczego ludzie się rozstają? Pewnie dlatego, że wyobrażenia nijak
    > przystają do rzeczywistości...
    ** a moze marzenia sa tak glebokie,ze nie rozruznia sie realu od marzen ????

    I wlaśnie z tego powodu najważniejsza jest
    > przyjaźń.
    ** Przyjaz jest cementem we wszystkich zwiazkach
    malzenskich,kolezenskich,gorzej,jak braknie tej "zaprawy do wzmocnienia
    cementu"....wszystko zaczyna sie rozpadac,,,


    Kiedyś ksiądz powiedział mi podczas spowiedzi, że nie można domu
    > budować od komina - trzeba zacząć od fundamentów. Kiedyś nie doceniłem wagi
    > tych słów... a to jest faktycznie bardzo ważne...

  • egon.olsen 12.07.03, 19:37
    kendo napisała:

    > ** a moze marzenia sa tak glebokie,ze nie rozruznia sie realu od marzen ????

    **** bardziej niż głębokość marzeń ma tu znaczenie wygodnictwo... i myślenie,
    że to partner powinien się we wszystkim dostosować do naszych oczekiwań...
    Moim zdaniem największy problem tkwi w osiągnięciu porozumienia i skorelowaniu
    wzajemnych oczekiwań.

    Jedyne czego należy unikać to kompromis. Wszyscy do niego dążą, ale jak uczą
    podstawy technik negocjacyjnych jest to najgorsze z możliwych rozwiązań, bo w
    wyniku kompromisu jedna ze stron pozostaje nieusatysfakcjonowana, co kiedyś i
    tak wyjdzie na wierzch... tylko będzie już niemożliwe do opanowania smile
  • kendo 12.07.03, 20:37
    egon.olsen napisał:

    >
    >
    >
    > **** bardziej niż głębokość marzeń ma tu znaczenie wygodnictwo... i myślenie,
    > że to partner powinien się we wszystkim dostosować do naszych oczekiwań...
    > Moim zdaniem największy problem tkwi w osiągnięciu porozumienia i
    skorelowaniu
    > wzajemnych oczekiwań.
    ** Jezeli partnerzy obdarowywuje sie tym samym uczuciem i wyrozumieniem nie
    widze potrzeby w osiaganiu porozumienia i skorelowania wzajemnych
    oczekiwani,rowniez nie bedzie dochodzilo do kompromisow,(ktorych osobiscie nie
    uznaje miedzy partnerstwem)
    Ale po pewnym czasie,wezelek,nieraz ulegnie poluznieniu;powstaja
    niedomowienia,niezadowolenie i wlasnie wtedy ludzie zaczynaja sie oddalac od
    siebie,nie umia sie znalesc spowrotem,czegos brakuje do dalszego zycia razem.
    Jak sie wtedy odnalesc,jak zwiazac znow wezelek ?????

  • kasikk 12.07.03, 20:45
    kendo napisałaś, że są niedomówienia. to jest coś, czego najbardziej się boję,
    znając siebie... wyobraźnia zaczyna pracować i z niewyjaśnionego głupstwa
    wychodzi ogromny problem. dlatego rozmowa szczera, bez odkładania na później
    spraw bieżących... bo może być już zapóźno...
    --
    miłego dnia miłym ludziom smile)
  • kendo 12.07.03, 21:36

    ,,Kasikk,,,
    ,,,szczera rozmowa,bez odkladania na pozniej,,,,,
    to jedyne rozwiazanie,tez tak uwazam,ale,
    jezeli jedna strona chce to drugiej nie pasuje lub niema ochoty na ta rozmowe,
    a pozniej w odwecie pierwsza stona postepuje podobnie i bledne kolo sie
    zaczyna,,,,
    powstaja zgrzyty,starcia slowne,
    czasami powie sie cos w zlosci co sie zaluje potem
    i argumenty sie nawarstwiaja,,,,
    rezultat koncowy ? to brak w koncu sily do wszystkiego....
  • rzulw 18.07.03, 20:46
    no i kólko się zamyka... jedna strona chce rozmawiać, druga niema ochoty...
    potem na odwrót i jak wtedy wyjśc z impasu ?


    --
    klik,klik
  • aniouek1 29.07.03, 21:41
    rzulw napisał:

    > no i kólko się zamyka... jedna strona chce rozmawiać, druga niema ochoty...
    > potem na odwrót i jak wtedy wyjśc z impasu ?
    >
    zapalić świece, nalać szampana, nastawić muzykę i pogadać - choćby to miał być
    monolog - albo.. napisać list ...nie czekając na odpowiedź wink
    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • rzulw 18.07.03, 20:38
    > Moim zdaniem największy problem tkwi w osiągnięciu porozumienia i
    skorelowaniu
    > wzajemnych oczekiwań.
    >
    > Jedyne czego należy unikać to kompromis.

    Sorry, może wyjdzie na to, ze się czepiam, ale o ile mi wiadomo, to kompromis
    jest to właśnie osiągnięcie porozumienia, skorelowanie wzajemnych oczekiwań
    miedzy stronami konfiktu.


    --
    klik,klik
  • egon.olsen 19.07.03, 00:06
    Według sztuki negocjacji kompromis jest wtedy, gdy jedna strona ustępuje na
    rzecz drugiej, ale ustępstwa są w danej chwili możliwe do zaakceptowania
  • rzulw 19.07.03, 00:11

    compromissum – coś wzajemnie obiecanego

    --
    klik,klik
  • egon.olsen 19.07.03, 00:31
    Kompromis - 1. Ugoda, porozumienie zawarte wskutek wzajemnych ustępstw.
    2. odstępstwo od zasad, założeń, poglądów itp. dla praktycznych korzyści.

    Słownik Wyrazó Obcych PWN 2002
  • rzulw 19.07.03, 01:38
    Kompromis, ugoda, porozumienie zawarte między stronami konfliktu, polegające na
    wzajemnych ustępstwach i obopólnym poświęceniu niektórych swoich celów dla
    osiągnięcia innych. Kompromis pozwala znaleźć sposób rozwiązania danego
    problemu z uwzględnieniem wymagań drugiego człowieka czy strony przeciwnej.
    Decyzje uzyskane w drodze kompromisu na ogół nie pozostawiają u spierających
    się stron poczucia wrogości czy frustracji.

    Kompromis pozytywnie też wpływa na wzajemne poszanowanie i zaufanie.
    Podstawowymi zasadami kompromisowego rozstrzygania sporów są: brak przymusu,
    poszanowanie reguł i procedur dyskusji, uznawanie rozstrzygnięć za wiążące dla
    obu stron. W systemach demokratycznych i różnego rodzaju organizacjach
    kompromis uważany jest za podstawową metodę regulacji konfliktów społecznych.

    Słownik Encyklopedyczny - Edukacja Obywatelska. Wydawnictwo Europa.


    --
    klik,klik
  • egon.olsen 19.07.03, 07:47
    rzulw napisał:

    > Kompromis, ugoda, porozumienie zawarte między stronami konfliktu, polegające
    na
    >
    > wzajemnych ustępstwach i obopólnym poświęceniu niektórych swoich celów dla
    > osiągnięcia innych.

    Dlatego w związku kompromis jest wyjściem najgorszym z możliwych, jest kolejną
    kłótnią prolongowaną w czasie.
  • aniouek1 29.07.03, 20:39
    egon.olsen napisał:

    > rzulw napisał:
    >
    > > Kompromis, ugoda, porozumienie zawarte między stronami konfliktu,
    > > polegające na wzajemnych ustępstwach i obopólnym poświęceniu niektórych
    > > swoich celów dla osiągnięcia innych.
    >
    > Dlatego w związku kompromis jest wyjściem najgorszym z możliwych, jest
    > kolejną kłótnią prolongowaną w czasie.

    A jeśli partner w dyskusji, użyje argumentów, które przekonują do głębi, to co
    wówczas?
    Czy także jest to zwiastun kłótni prolongowanej w czasie?

    Czy nigdy nie zdarzyło Wam się czuć wewnętrznej satysfakcji z pójścia na
    kompromis, nawet gdy chodziło wyłącznie o sprawienie radości partnerowi?

    Czy radość szanowanej, kochanej osoby, której stajecie się sprawcą poprzez
    gotowość do kompromisów nie oznacza dla Was samych radości?

    Czy w związkach supełkowo-węzełkowych też obowiązują wyłącznie twarde reguły
    gry ekonomicznej i przeliczniki opłacalności?

    Czy związki supełkowo-węzełkowe to swoiste wieczne wojny płci, toczone
    bezustannie w imię walki o ważność i utrzymanie pozycji przywódczych?

    Sięgacie po ...encyklopedyczne definicje...

    Być może źle Was zrozumiałam, ale..może pokusicie się o zdefiniowanie takich
    pojęć jak "przyjaźń", "miłość",„oddanie”, "partnerstwo" ?

    Proponuję bez encyklopedii, bez naukowych słowników - a z wykorzystaniem
    własnych serc i użyciem własnych przemyśleń - podjąć próbę zmierzenia się
    z czymś dla związków supełkowo-węzełkowych, chyba fundamentalnym...

    Sama też o tym pomyślę wink

    ---
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • rzulw 14.09.03, 03:13

    „Według sztuki negocjacji kompromis jest wtedy, gdy jedna strona ustępuje na
    rzecz drugiej, ale ustępstwa są w danej chwili możliwe do
    zaakceptowania”

    Udało mi się NIE OSIĄGNĄĆ tego, o co się spieraliśmy. Czyli jakiegokolwiek
    porozumienia.
    Ile razy w związkach tak się dzieje, że tylko i wyłącznie z chęci postawienia
    na swoim, żadna ze stron nie
    odpuści. Nawet jak któryś z partnerów podda się, to drugi z przyzwyczajenia(?)
    wcale nie kończy. Ktoś ZAWSZE
    chce postawić na swoim.
    Dalej już kłócić się nie będę tongue_out, ale prowokować nie przestanę.

    --------------------------------
    A wracając do tematu
    mrouh napisała:
    „Nie rań, jeśli można tego uniknąć. „
    Ale jeśli tylko jedna ze stron wyznaje taką zasadę, to granice wytrzymałości
    drugiej też się kiedyś skończą. I albo
    Supełek się rozwiąże, odwzajemni takie traktowanie, co i tak doprowadzi prędzej
    czy później do rozwiązania, lub
    poluzowania supełka.
    „Pewnie, że każdy ma swoje kryteria określające, co jest a co nie jest
    zachowaniem "w porządku". Ale jeśli
    przynajmniej z grubsza się pokrywają te kryteria i jeśli ma się WOLĘ
    przestrzegania zasady, to życie supełka
    naprawdę chyba nie jest aż tak trudne.”
    A czy to jest normalne, takie posiadanie woli do wiecznego jednostronnego
    przestrzegania tej zasady?
    Lalka napisała:
    „a bo ktoś to ładnie powiedział, chyba Kasikk, ze trzeba jednako dawać i
    jednako brać”
    Okay, jeśli dajemy i otrzymujemy. Jeśli więcej dostajemy, to albo zwiększamy
    nasze „dawactwo”, albo
    ograniczamy branie. A co jeśli tylko dajemy ? Siłą odbieramy „co nasze”?
    Nie pytam co w tedy, kiedy nie dajemy…

    Bardzo mi się podoba wypowiedź Kassika:
    „od początku? na początku trzeba się LUBIĆ i to jest najważniejsze, bo
    fascynacje mijają, ale jeśli kogoś lubisz,
    lubisz z nim gadać, lubisz z nim milczeć, to zostanie do końca. i jeszcze
    trzeba umieć szanować drugą osobę,
    szanować jej pasje. oczywiście zaufanie ponad wszystko i szczerość budują, ale
    trzeba nauczyć się mówić i to
    przede wszystkim o tym, co boli chociaż to trudne, i o radościach. słowo ma
    wielką siłę.”
    To o szanowaniu najbardziej. Ale do nuki mówienia, dodałbym jeszcze naukę
    słuchania.

    Aniołek:
    „Mówisz ogólnie "niepowodzenia", a to jednak chyba ważne jakiego rodzaju. Poza
    tym pewnością różnym
    związkom zdarzają się także różne niepowodzenia, z których jedne są, a inne nie
    są zawinione przez związek czy
    któregokolwiek z partnerów w tym związku. Czymś innym jest np. utrata pracy
    przez jednego z partnerów, czymś
    innym problem np. z brakiem satysfakcji dla któregoś z partnerów we współżyciu
    seksualnym, a czymś jeszcze
    zupełnie innym np. konflikt wokół problemów wychowawczych wspólnych dzieci, czy
    podziału obowiązków tzw.
    domowych. Wszystkie te niepowodzenia dotyczą związku jako całości.

    Jako istoty myślące, różną mamy miarę i wagę dla takich samych zdarzeń. Dla
    jednych jest to wielki problem, dla
    innych betka. Dlatego właśnie napisałem ogólnie „niepowodzenia”. Tak jak każdy
    człowiek jest inny, tak różni się
    każdy związek. Nie jest ważne jak nazwiemy to, z czym nie dajemy sobie rady i
    nie ważne jest to, czy jest to
    zawinione, czy nie. Ważne, że doprowadzana nas to do sytuacji krytycznej. Nawet
    jeśli dla jednej strony jest
    zbawienną, to zawsze ktoś na tym ucierpi.

    ---------------------
    przepraszam, że tak na raty…
    c.d.n







    --
    cyber-przestępczość
  • venuse 08.10.03, 19:35
    Nieba spotkały się dwa. Ty i ja. Cóż więcej nam potrzeba? Przetrwać wszystkich
    chmurek nawałnice, doceniać deszcz, by potem umieć dojrzeć słoneczko. Uczyć
    się siebie. Trzeba nam istnieć. Dążyć by Nieba Niebem stały się. Bo razem
    zawsze raźniej przeganiać zachmurzenia. Nie mamy wpływu na słońce, burze,
    wiatr, błyskawice. Mamy za to wybór, pozostać w burzy, ciskać piorunami albo
    ogrzewać się słoneczkiem. I zraszać deszczykowymi kropelkami, kiedy jest upał,
    by nie zapomnieć o naturze związku. Jest jak pogoda, która zmienia się i nie
    jest przewidywalna, a zadaniem nas jest ubierać się ciepło kiedy nadciąga
    zima, zbierać jesienne liście i cieszyć się, kiedy nadchodzi słońce, rozwiewać
    podmuchem serducha chmurki i nie mieszkać w nich. Mieszkajmy w sobie. W naszym
    Niebie. Mieszkajmy razem ucząc się siebie.
  • megxx 10.10.03, 09:27
    Temat dotyczący każdego i różnych supełków, ale może trochę uporządkujmy.
    1. Jak nauczyć się rozpoznawania(przewidywania), czy warto dany supełek
    zawiązać.
    2. Jak uniknąć plątania istniejącego supełka.
    3. Jak sobie radzić, gdy nasz supełek nas dusi.

    Inaczej będzie, gdy jesteśmy na pierwszym etapie, inaczej, gdy na drugim, a w
    pierwszym byliśmy zaślepieni(np. miłością).

    Ad 1. Tej sztuki powinni uczyć w szkole.
    Gdy wychodziłam za mąż myślałam świat będzie taki jakim go urzadzimy.
    Nie patrzyłam jakie zasady wyznaja rodzice mężą-przecież to inne pokolenie,
    żyją daleko od nas, w innych warunkach. Nie myślałam, że nasze zachowanie po
    latach, będzie i tak obciążone wyniesionym z domu podejściem do problemów.
    A teraz wiem, że mogłam to wszystko zobaczyć i zastanowic się, czy pasuje mi
    tak duża różnica w podejściu do życia.
    Mogłam zadać więcej pytań, ale nawet ich nie znałam, dzisiaj mogłabym tworzyć
    dla innych taką listę, a i tak nie zapytałabym o wszystko.

    Ad 2. Tu należy rozważyć dwa podpunkty.
    a) prawidłowo zdiagnozowaliśmy się przed zawiązaniem
    b) nieprawidłowo zdiag......................

    ad a) teraz pracujemy w naszym związku , oboje wiemy, że nie kompromis, ale
    rozwiązania, może inne, ale satysfakcjonujące obie strony....
    ad b) A tu morze do pisania..., co w takim przypadku robić, jak długo walczyć,
    czy walczyć mimo iż druga strona jest obojętna, jak żyć, gdy partner mówi;
    przesadzasz, co ty jeszcze chcesz i wiele innych pytań-może rozwiniemy
    dyskusje wspólnie.

    Ad 3. I tu też pole do dyskusji; jak i kiedy "ciąć" supeł, a może mimo wszystko
    próbować poluźnić go i być może delikatnie rozsupływać?
  • kendo 02.03.04, 08:36
    czyzbym zostala zaproszona do rozmowy hi,hi,
    jak bede miala chwilke czasu to sie wezme jeszcze
    raz za temacik,,,,,
  • aniouek1 04.03.04, 17:44
    Jeśli z jakiegoś powodu (czy nawet tak po prostu...- niech będzie, że z winy
    czasu) sznur korali rozsypał się... to można próbować koraliki zbierać i na
    powrót nanizując jeden obok drugiego... powiązać rozsypane korale w sznur...
    Myślę, że można, jeśli... prawdziwie chce się te korale mieć w sznurze korali,
    a nie rozsypane po kącikach i poprzykrywane kurzem... lecz pełnym blaskiem
    rozświetlające ZWIĄZEK wink

    megxx napisała:

    > Może kiedys te dwie osoby były jak dwie połówki, ale zaszły jakieś zmiany
    > i już jest inaczej, inne otoczenie, inne wpływy, a może ujawniły się reakcje
    > skryte kiedyś głęboko.
    > I tu wychodzi wielkość miłości, może teraz nie wybraliby siebie, ale jeszcze
    > próbują.....
    > Niestety, nie zawsze starcza sił. I co wtedy? Czy prawdziwa miłość może
    > zdarzyć się tylko raz w życiu ?

    Jeśli próbują to znaczy że im zależy, a jeśli zależy prawdziwie to i szansa
    jest, że się im uda odnależć TO co w zabieganiu codzienności gdzieś się
    zapodziało, zaśniedziało, a może nawet przez jakiś czas wcale nie wydawało
    sie niezbędne by dalej wspólnie żyć a nie jedynie egzystować obok siebie.
    Ja głosuję za SZCZERYM DOBRYM ROZMAWIANIEM i nawet jeśli to trudne, jeśli
    nawet wydaje się niemożliwe to... jest jeszcze taki sprytny "wynalazek" jak...
    SZCZERE, DOBRE LISTY, które (nie czekając na odpowiedź) można choćby
    dopakowywać do drugiego śniadania, które "do pracy", czy wsuwać do
    kieszonki "na drogę"... każdy sposób doręczenia jest dobry byle tylko to
    co się doręcza DOBRE BYŁO jak ...chleb...

    Tak mi się wydaje... tyle, że mogę mieć rację równie dobrze, jak wcale jej nie
    mieć, albo mieć po części wink

    Czy pisaliście kiedyś TAAAKIE listy co były "zbieraniem rozsypanych koralików"?

    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • kasikk 04.03.04, 20:22
    to chyba trudno pisać o miłości i nie pisać o związkach międzyludzkich...

    mnie się wydaje, że to nasze "gdybanie" tutaj jest oczywiście baaardzo piękne,
    ale czy ma przełożenie na życie?? wiadomo nie od dziś, że teorie często
    rozmijają się z praktyką i niby teoretycznie wszystko powinno cudnie działać, a
    coś skrzypi...

    oczywiście w związku supełka z węzełkiem MUSI być miłość, żeby miał on sens.
    czym jest miłość? każdy z nas ma inną definicję, każdy czegoś innego oczekuje,
    coś innego potrafi dawać - to wszystko jest bardzo trudne
    wydaje mi się, że trzeba najpierw się lubić, a potem chcieć znajdować
    porozumienie, żeby związek był dobry - nietoksyczny
    ale na to potrzeba dwóch osób CHCĄCYCH
    wystarczy, że jednej się odechce i wszystko upada, jak domek z kart

    a poza tym przynajmniej jedna ze stron musi być baaaardzo mądra, tak życiowo,
    żeby umieć pielęgnować związek i MIŁOŚĆ, i nauczyć tego drugą osobę

    Aniouku, piszesz wcześniej o bezwarunkowej miłości - wydaje mi się, że to jest
    właśnie toksyczny układ, bo człowiek potrzebuje potwierdzenia, zapewnienia,
    czegoś, co utwierdzi go w tym co robi, a nie będzie go krępować
    ja uważam, że TRZEBA być trochę egoistą - jest ostanio takie
    słowo "asertywność" bardzo modne wink)
    bez tego pozwolimy się unieszczęśliwić, bo druga osoba będzie nas
    wykorzystywać, chociaż by tego nie chciała świadomie - nawet zwykłe domowe
    czynności, które powinniśmy wykonywać automatycznie, mogą być tego narzędziem.
    trzeba czasem umieć sobie powiedzieć "nie, nie zrobię tego, bo dlaczego tylko
    ja?"
    w tym kontekście związek może okazać się "polem walki", ale w dobrym znaczeniu,
    bo nie chodzi o podbój i zniewolenie, ale obronę własnego terytorium - każdy
    musi mieć takie, bo inaczej staje się niewolnikiem, a nie na tym to wszystko ma
    polegać, prawda??
    smile)
    --
    "And it harm none, do what ye will"
  • aniouek1 20.05.04, 21:52
    Dlaczego ludzie pozostają razem?
    Odkładając na bok takie powody jak:
    "dla dobra dzieci"
    "z wieloletniego przyzwyczajenia"
    "z powodów ekonomicznych"
    - jako nonsensowne stwierdzenia ukute przez prawników - nie pozostaje wiele...
    A dlaczego nadal są ze sobą?
    Ponieważ nie moga inaczej, czują się związani.
    A co to są za więzy, które ich łączą?
    Tego nikt na świecie nie wie, z wyjątkiem ich dwojga.

    ...choć każde z tych dwojga może wiedzieć to zupełnie odmiennie.

    Katherine Manswield (1888-1923)
    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • megxx 20.05.04, 21:57
    aniouek1 napisała:

    > Dlaczego ludzie pozostają razem?
    > Odkładając na bok takie powody jak:
    > "dla dobra dzieci"
    > "z wieloletniego przyzwyczajenia"
    > "z powodów ekonomicznych"
    > - jako nonsensowne stwierdzenia ukute przez prawników - nie pozostaje wiele...
    > A dlaczego nadal są ze sobą?
    > Ponieważ nie moga inaczej, czują się związani.
    > A co to są za więzy, które ich łączą?
    > Tego nikt na świecie nie wie, z wyjątkiem ich dwojga

    Oni tego też nie wiedzą, są ze sobą ot tak, trochę z przyzwyczajenia, trochę
    ze strachu przed innym, trochę z lenistwa

  • kendo 20.05.04, 23:27
    megxx napisała:

    > aniouek1 napisała:
    >
    > > Dlaczego ludzie pozostają razem?
    > > Odkładając na bok takie powody jak:
    > > "dla dobra dzieci"
    **czasami powinno sie odejsc nie patrzec na dobro dzieci
    **wydaje mi sie ,ze wtedy lepsze szanse na dalsze zycie
    **z dziecieciem i chcec zaczecie nowego "czegos"

    > > "z wieloletniego przyzwyczajenia"
    **tak chyba i nieraz bywasmile)
    **jezeli mozna zostac bez obaw na takich warunkach.
    **trzeba byc chyba silnym psychicznie by taki stan rzeczy zaakceptowac.

    > > "z powodów ekonomicznych"
    **i tu chyba najwiecej pozostan z rosadku
    **bo ciezko jest samotnej kobiecie z dziecieciem
    **nie zawsze sa rozne pomoce socjalne
    > > - jako nonsensowne stwierdzenia ukute przez prawników - nie pozostaje wiel
    > e...
    > > A dlaczego nadal są ze sobą?
    > > Ponieważ nie moga inaczej, czują się związani.
    **hmmmmmmmmmmmmm...
    moze tez i brak odwagi na bycie samym???????

    > > A co to są za więzy, które ich łączą?
    > > Tego nikt na świecie nie wie, z wyjątkiem ich dwojga
    >
    > Oni tego też nie wiedzą, są ze sobą ot tak, trochę z przyzwyczajenia, trochę
    > ze strachu przed innym, trochę z lenistwa
    **moze z niepewnosci podjecia decyzji???????
    **stoja nad "przepascia"
    **az przyjdzie chwila gdy "dojrzeja " i sie rozejda
    **spojza za siebie i beda zalowac,czemu wczwsniej tego nie zrobili.
    >
  • aniouek1 22.04.05, 20:29
    Co to się dzieje
    księżyc płaski jak dolar
    dom bez domu
    dwoje bliskich i obcych
    jak po grzechu każdy bardziej samotny
    [...]
    nawet zachwyt nie zachwyca
    zimno po każdym słowie
    jedzenie smutne
    wszystko jak nagie cielę
    tak zawsze
    kiedy się z miłości wymknie tajemnica

    1979
    JAN TWARDOWSKI

    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • kendo 22.04.05, 21:28
    i jakie to prawdziwe,moglabym powiedziec smile)
  • mala20033 22.04.05, 23:05
    Lubie poezje Twardowskiego..
    --
    Bo kochac znaczy tworzyc,
    poczac w barwie burzy
    rzezbe gwiazdy i ptaka
    w lun czerwonych marmurze.
  • mala20033 27.04.05, 16:57
    Jak mam smuteczkowy nastroj to czytam sobie Kofty "Trzeba marzyc.."
    --
    Bo kochac znaczy tworzyc,
    poczac w barwie burzy
    rzezbe gwiazdy i ptaka
    w lun czerwonych marmurze.
  • kendo 28.04.05, 10:43
    niemam duzego wyboru ,
    niemniej siegam z wielka checia do aforyzmow,
    gdzie popadam chyba w jeszcze wiekasz zadume nad wszystkim.
  • aniouek1 02.05.05, 22:15
    „Ślubuję ci miłość, wierność i że cię nie opuszczę aż do śmierci” – to słowa
    przysięgi małżeńskiej, zawiązującej wspólnotę dwojga ludzi. Czy potem, w życiu,
    może być inaczej?

    W dzisiejszych czasach orzekanie przez Kościół nieważności małżeństwa może być
    odbierane jako uzyskanie rozwodu za jego przyzwoleniem. Państwo bowiem,
    traktując małżeństwo jako umowę, którą można rozwiązać, uznaje również
    instytucję rozwodu. Podstawą jego orzeczenia może być rozkład pożycia
    małżeńskiego. Choć także w Kościele pojawiły się głosy proponujące, aby uznać
    za nieważne związki całkowicie nieudane – na co zwrócił uwagę Papież w swoim
    przemówieniu do Roty Rzymskiej – jest to sprzeczne z podstawowymi zasadami jego
    nauki.

    Sakrament

    Kościół naucza, że małżeństwo zostało przez Chrystusa podniesione do godności
    sakramentu. Uznaje więc jedność i nierozerwalność tej wspólnoty, której celem
    jest dobro małżonków oraz zrodzenie i wychowanie potomstwa. Umowy małżeńskiej
    będącej sakramentem nie można więc rozwiązać. Nie istnieje też coś takiego
    jak „rozwód kościelny” – jest to stwierdzenie błędne, choć nierzadko spotykane
    w obiegowej opinii. Związek może być jedynie nieważnie zawarty. W tym przypadku
    od samego początku nie można tu mówić o małżeństwie. Taką nieważność można
    jednak stwierdzić tylko na drodze sądowej.

    Proces

    Aby rozpoczął się proces o stwierdzenie nieważności małżeństwa, przynajmniej
    jedna ze stron musi złożyć skargę do właściwego trybunału. Najlepiej jeżeli
    jest to trybunał miejsca, w którym małżeństwo zostało zawarte albo też, w
    którym strona pozwana ma stałe lub tymczasowe zamieszkanie. Sprawy tego typu
    bowiem nie są rozstrzygane przez Stolicę Apostolską, lecz przez sądy
    diecezjalne.

    Sam proces ma zupełnie inny charakter niż sprawy w sądzie cywilnym. Do jego
    przeprowadzenia nie potrzebna jest druga strona sporu, a większość oświadczeń,
    opinii czy zeznań składana jest na piśmie. Natomiast podstawą zawiązania sporu
    jest przekonanie o tym, iż w chwili zawierania małżeństwa zaistniały poważne
    okoliczności powodujące jego nieważność.

    Przyczyny nieważności

    Istnieją trzy główne rodzaje tego typu okoliczności. Najczęściej są to braki
    dotyczące zgody małżeńskiej, do których można zaliczyć m.in.: niezdolność do
    podjęcia obowiązków małżeńskich z przyczyn natury psychicznej, podstęp użyty
    przy zawieraniu małżeństwa, przymus lub wykluczanie któregoś z istotnych
    elementów małżeństwa (jedności, nierozerwalności, zrodzenia potomstwa).

    Podstawą do stwierdzenia nieważności mogą być również przeszkody zrywające, jak
    choćby: zbyt młody wiek, niezdolność płciowa (ale nie niepłodność!) do odbycia
    stosunku małżeńskiego, posiadanie święceń, zawarcie wcześniej innego małżeństwa
    albo też zbyt bliski stopień pokrewieństwa. Od niektórych z tych przeszkód
    można uzyskać dyspensę, co umożliwia ważne zawarcie małżeństwa.

    Najrzadziej spotykane są braki dotyczące formy kanonicznej jego zawarcia,
    dotyczące przede wszystkim kapłana asystującego przy samej ceremonii.

    Pomocna dłoń

    Dla osób, które chciałyby zawrzeć małżeństwo, ale nie mogą tego uczynić, żyjąc
    w drugim związku i wychowując w nim dzieci, tworzone są duszpasterstwa związków
    niesakramentalnych. Dzięki temu, mimo że pozostają one w grzechu i nie mogą
    przystępować do sakramentów, uczestniczą w życiu Kościoła oraz pogłębiają swój
    duchowy rozwój.

    Rozmowa z ks. dr. Ryszardem Rybakiem, oficjałem Metropolitalnego Sądu
    Duchownego w Poznaniu.
    Z przedstawionej 8 lutego br. w Watykanie instrukcji nt. godności małżeństwa
    wynika, że w ostatnich dziesięcioleciach bardzo wzrosła w Kościele liczba
    procesów o stwierdzenie nieważności małżeństwa. Czy taki wzrost odnotowuje się
    również w sądzie, którym Ksiądz kieruje?

    Tak, odnotowujemy dość istotny wzrost tego typu spraw. W ostatnim
    dziesięcioleciu liczba procesów zwiększyła się o około 70 proc., zarówno w
    trybunale pierwszej, jak i drugiej instancji.

    Co mają na celu osoby składające skargę o stwierdzenie nieważności małżeństwa i
    jakie są najczęstsze podstawy prawne rozpoczynania takich procesów?

    Jeżeli ktoś składa taką skargę, uznaje, że jego małżeństwo zostało zawarte
    nieważnie i pragnie uzyskać stwierdzenie prawne tej nieważności. Przede
    wszystkim po to, aby rozwiązać problemy swojego sumienia oraz w dużej mierze
    dlatego, aby mieć możliwość zawarcia następnego związku sakramentalnego
    i przystępowania do sakramentów św. (sakramentu pokuty, Komunii Świętej).

    Najczęstszą podstawą prawną są braki dotyczące zgody małżeńskiej, czyli
    pozytywnego aktu woli przy zawieraniu małżeństwa. Proces zaczyna się, jeżeli co
    najmniej jedna ze stron jest przekonana, że małżeństwo zostało nieważnie
    zawarte, a sąd widzi podstawy prawne do takiego twierdzenia. Jednak przed
    rozpoczęciem procesu podejmowana jest jeszcze próba pojednania małżonków.

    Jan Paweł II w przemówieniu do Roty Rzymskiej z dnia 29 stycznia br.,
    skrytykował m.in. „fałszywy pośpiech” w prowadzeniu niektórych spraw sądowych,
    co szkodzi prawdzie. Jak długo trwają przeważnie procesy o stwierdzenie
    nieważności małżeństwa w poznańskim sądzie?

    Procesy kościelne są długotrwałe. Kodeks prawa kanonicznego określa czas na
    wszystkie procedury sądowe: przyjęcie skargi, przesłuchanie stron i świadków,
    zbieranie dowodów, publikacja akt czy też wydanie wyroku. Jednak w praktyce
    proces najczęściej wydłuża się ze względu na: niezgłaszanie się strony
    pozwanej, wzywanych świadków, bądź też przeciągające się przesłuchiwanie ich,
    błędnie podawane adresy zarówno strony pozwanej, jak i świadków. Pewnie mogą
    zdarzyć się sprawy prowadzone w zbyt dużym pośpiechu, ale w mojej praktyce z
    takimi przypadkami się nie zetknąłem. Częściej jest właśnie odwrotnie. W tym
    miejscu należy dodać, że w każdym procesie o stwierdzenie nieważności
    małżeństwa orzeka trzech sędziów, a od wyroku I instancji zawsze przysługuje
    prawo odwołanie się do sądu apelacyjnego. Trudno więc mówić tutaj o pośpiechu.

    Znajomość szczegółowych przepisów prawa nie jest powszechna. Gdzie wierni mogą
    szukać informacji i pomocy przed rozpoczęciem i w trakcie trwania ewentualnego
    procesu?

    Najważniejsze jest wewnętrzne przekonanie, że małżeństwo zostało nieważnie
    zawarte. Zgłaszający skargę o stwierdzenie takiej nieważności, nie musi znać
    prawa. Pierwszymi osobami, od których powinien uzyskać pomoc i wskazówki, są
    kapłani w pracujący w parafii. Także sąd oferuje wszelką pomoc oraz poradę
    prawną. Nasi pracownicy wytłumaczą, na czym polega proces o stwierdzenie
    nieważności małżeństwa oraz jak napisać samą skargę. Poinformują, jakie
    elementy powinna ona zawierać oraz jakie inne dokumenty będą jeszcze potrzebne.
    To samo dotyczy także udzielania informacji czy pomocy już w czasie trwania
    procesu.
    --
    kiosk.onet.pl/art.html?DB=162&ITEM=1218359
    BŁAŻEJ TOBOLSKI 2005-03-04
  • aniouek1 02.05.05, 22:36
    Miałam podobny problem-i zaczęłam oddzielac Kościół od wiary.Wierzę,lub nie-i
    to jest moja prywatna sprawa,a instytucja zwana Kościołem przekresliła mnie.Nie
    za to,że odeszłam od męża,z którym nie dało sie godnie żyć.Bo to jeszcze mi
    było wolno.Przekreślona jestem za to,że śmiałam pokochac innego mężczyznę i za
    to,że zdecydowałam się utworzyc z nim fomalny związek.Związek w którym jest
    wzajemna miłość,zaufanie,po prostu szczęście.Tego mi nie wolno.Jestem w świetle
    prawa Koscielnego grzesznicą. Gdybym zamordowała byłego męża-to w więzieniu
    mogłabym przyjmowac Komunię.Mordercy przecież zasługuja na
    rozgrzeszenie,natomiast ja najwyraźniej zrobiłam coś znacznie gorszego....



    ~wierząca inaczej, 2005-03-18 19:27

    --
    "przywlokłam" tu jeden z komentarzy do artykułu "Nierozerwalne więzi".
    Jakie jest Wasze zdanie na ten temat?
  • kendo 04.05.05, 09:04
    hmmmmmmmmmmmm....i co mam powiedziec??
    nigdy nie potepiam ludzi,ktorzy odchodza od zla i szukaja szczescia dla siebie,
    i wydaje mi sie ,ze zyjac w innym zwiazku sa szczesliwsze i zyja wedlug
    dekalogu.
    a nade wszystko,podziwiam ich za odwage/sile,ze odeszli....musieli,bo inaczej
    ich zycie mogloby przybrac inny wymiar....
  • aniouek1 04.05.05, 11:21
    kendo napisała:

    > nigdy nie potepiam ludzi,ktorzy odchodza od zla i szukaja szczescia dla
    > siebie,i wydaje mi sie ,ze zyjac w innym zwiazku sa szczesliwsze i zyja
    > wedlug dekalogu.

    ...jest 6 i 9 "kamień" na JEDYNEJ DOBREJ DRODZE... ich nie można ominąć,
    przeskoczyć... PRAWO JEST PRAWO...

    A szczęście?
    Szczęścia (jak i pojęcie ŻYCIA) - też mogą mieć i mają wymiary DWA i albo się
    wykluczają, albo jedno drugie podnosi do POTĘGI...

    Dekalog...to "znaki drogowe" na JEDYNEJ DOBREJ DRODZE, która...nie tylko na
    dożywocie, ale poza drugi brzeg sięga...i...to TAM jest POTEGA a wraz z Nią
    i szczęście podniesione do potęgi, lub...brak szczęścia i człowieczej potęgi...

    Napisałaś:
    > a nade wszystko,podziwiam ich za odwage/sile,ze odeszli....musieli,bo inaczej
    > ich zycie mogloby przybrac inny wymiar....

    Nie wiem Kendo co jest większą odwagą w takich razach...czy zostać, czy odejść?
    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • majenka3 04.05.05, 11:53
    ...wydaje mi się, ze zostanie w złym związku to zdecydowanie przejaw braku
    odwagi, rezyganacji z tego, co dobrego mogłoby się
    zdarzyć...oczywiście..generalizowac nie można...jest na pewno wiele
    uwarunkowań, które sprawiają, ze na taka odwage zdobyć się nie można ... dla
    mnie tak definitywny krok byłby wykazaniem się wielką dozą odwagi.. życiowej..
    A to, co napisałaś w poprzednim poście Aniouku o podejściu Kościoła do tzw
    sprawy...to...nic dodać nic ująć..logiki rozumowania w tym trudno się
    doszukać..życie nie daje się zwykle ujmować w karby typu..to jest czarne a to
    białe..to be a to cacy... tak się nie da.
    --
    Woda i ogień.. majowe smile
    Poranne ścieżki weekendowe.. smile
    "Wymyślasz proch, chcesz sięgnąć gwiazd. Lecz to nie to, to nie tak."
  • aniouek1 04.05.05, 14:02
    majenka3 napisała:

    > ...wydaje mi się, ze zostanie w złym związku to zdecydowanie przejaw braku
    > odwagi, rezyganacji z tego, co dobrego mogłoby się zdarzyć...

    myślę, że to, na co zwróciłaś uwagę to także jest bardzo ważne, ale nie
    wyczerpuje różnych innych aspektów ewentualnej decyzji o "zostaniu"

    napisałaś także:

    > oczywiście..generalizowac nie można...jest na pewno wiele uwarunkowań, które
    > sprawiają, ze na taka odwage zdobyć się nie można ... dla mnie tak
    > definitywny krok byłby wykazaniem się wielką dozą odwagi.. życiowej..

    Trzeba chyba jeszcze zwrócić uwagę na fakt, że - jak to okresliłaś -
    definitywny krok - może być wykonany nie tylko w jedną stronę,
    ale...co najmniej w dwie... i...zaledwie jedną z dwóch stron może być
    wdepnięcie w inny związek tzw. niesakramentalny
    Może...ale nie musi. To także jest WYBÓR, a że każde prawo wiąże się
    z obowiązkiem i odpowiedzialnością powodując określone konsekwencje to...
    jest to także WYBÓR konsekwencji, gdzie...szczęście nie musi znaczyć SZCZĘŚCIA,
    życie - ŻYCIA itd.

    dalej napisałaś Majenko:

    > A to, co napisałaś w poprzednim poście Aniouku o podejściu Kościoła do tzw
    > sprawy...to...nic dodać nic ująć..logiki rozumowania w tym trudno się
    > doszukać..życie nie daje się zwykle ujmować w karby typu..to jest czarne a to
    > białe..to be a to cacy... tak się nie da.

    Dla jasności sprawy treść postu
    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=11087&w=6891501&a=23428482
    nie jest mojego autorstwa i jak tam zaznaczyłam - moj cały w nim udział
    to to, że wypowiedź forumowiczki z innego forum do szuflady przeniosłam.

    Z logika natomiast...ot... nie jest wcale tak źle jak się na pozór wydaje.

    Jak tam zostało wspomniane z żalem "gdyby zabiła to...mogłaby przystapiś
    do sakramentu pokuty, otrzymać rozgrzeszenie i prawo uczestniczenia
    w Eucharystii", a że zrobiła co zrobiła i nadal robi to...nie może.

    Po pierwsze - jest w tamtej opowieści ...w pewnym sensie pomieszanie
    z poplątaniem.
    Z jednej strony jest mowa o złamaniu przysięgi małżeńskiej, gdzie małżeństwo
    jest sakramentem św., z drugiej mówi o pozbawieniu człowieku życia, które
    sakramentem nie jest.

    Sakramentem św. jest sakrament pokuty.
    Aby był WAŻNY muszą być spełnione określone ściśle warunki:

    1. rachunek sumienia

    jest możliwy tak w przypadku morderstwa jak i w przypadku pozostawania
    w niesakramentalnym związku

    2. żal za popełnione grzechy

    jest możliwy zarówno w przypadku morderstwa jak i w przypadku pozostawania
    w niesakramentalnym związku, jednak...jeśli to "pozostawanie" wiąże się
    z doznawanym tu i teraz uczuciem szczęścia? tu i teraz - poczuciem
    bezpieczeństwa, to... czy z całą pewnością może być mowa o istnieniu żalu,
    że się zamieniło w ludzkim pojmowaniu "nieszczęścia" na "szczęście"?

    3. MOCNE POSTANOWIENIE POPRAWY

    także jest możliwe tyle, że... i tu właśnie tkwi problem, bo... o ile morderca
    prawdziwie postanawia nie popełniać nigdy wiecej takiego czynu, to ktoś, kto
    zerwał sakramentalne więzy i funkcjonuje w niesakramentalnym związku...
    chce i prawdziwie jest gotów z takim funkcjonowaniem zerwać?

    4. szczera spowiedź

    bez komentarza, bo...to zdaje się oczywistością

    5. zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu

    a tu... to wcale nie jest takie proste i...zarówno co do "nie zabijaj" jak
    i wykroczenia przeciwko dwóm pozostałym przykazaniom... bo...to nie proste
    wynagrodzić wyrządzone krzywdy tak sobie jak i innym...

    Jest jeszcze inny problem, który jakoś szczególnie wyraźnie wyłonił się
    z cytowanej - z innego forum - wypowiedzi w szufladzie...

    Nie jest ani dobrym, ani mądrym myślenie w ten sposób, że: "skoro nie zabiłam
    i przez to żyję w niesakramentalnym związku, to zabiję, otrzymam rozgrzeszenie,
    wstapię w związek sakramentalny i wszystko będzie w porządku"...
    Otóż...wg BOŻEGO PRAWA ...nie będzie w porządku, a wręcz odwrotnie. Będzie
    bardzo nie w porządku, gdyż takim myśleniem popełniany jest grzech bluźnierstwa
    przeciwko Duchowi Świętemu Mk 3,20-30.
    "Bluźniąc przeciwko Duchowi Świętemu, człowiek skazuje się na wieczne
    potępienie, czyli na wieczne trwanie w świadomie przyjętej postawie.
    Grzech ten nie będzie nigdy człowiekowi odpuszczony, gdyż polega na upartym
    i świadomym przeciwstawianiu się Bożemu wezwaniu do miłości i przyjaźni z Nim."
    (KKK).

    Tak mi się myśli, że prawdziwie zdajemy nasz osobisty, własny egzamin z BYĆ
    WIERZĄCYM człowiekiem...ilekroć angażujemy naszą wolną wolę w wybór między
    - tak naszym jak i nie naszym - życiem i ŻYCIEM; szczęściem i SZCZĘŚCIEM...

    To...jedne z trudniejszych wyborów, a może...nawet najtrudniejsze?
    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • majenka3 04.05.05, 14:19
    Na lekkiej prostej jestem Aniouku smile...to cała ja w ostatnich dniach...skaczę
    po tym co wokół mnie mało dokładnie...chwytam myśl, albo jej część i biegnę
    dalej.. zatrzymana na chwilę, staram sie ogranąć..całość...ale jak to
    z "całościami" bywa..nie proste to, skomplikowane wręcz.
    --
    Woda i ogień.. majowe smile
    Poranne ścieżki weekendowe.. smile
    "Wymyślasz proch, chcesz sięgnąć gwiazd. Lecz to nie to, to nie tak."
  • aniouek1 04.05.05, 14:49
    majenka3 napisała:

    > ....to cała ja w ostatnich dniach...skaczę
    > po tym co wokół mnie mało dokładnie...

    ...mało dokładnie...w ostatnich dniach...skaczesz...

    majenka3 napisała:

    > bywa..nie proste to, skomplikowane wręcz.

    a bywa, bywa i...bywa, że....najczęściej proste rozwiązania najbardziej
    komplikują ludziom DOBRE ŻYCIE

    Poza tym...czy z pewnością musisz się spieszyć, że skaczesz?

    Możesz, wierzyć, nie wiedząć, widzieć, a nie wierzyć, słuchając - nie słyszeć,
    jednak... biegnąc więcej gubisz niż zbierzesz, więcej stracisz niż zyskasz,
    więcej przeoczysz, niż dostrzeżesz, no a...skacząc to możesz sobie jeszcze
    i "nóżki złamać obie"...i pewnikiem nie tylko nóżki, ale i guzów ponabijać
    mnówstwo a później będziesz marudzić, że to Twój los niełaskawy i że to ten los
    tak Ci "śliwek" naklepał i piórka w skrzydełkach przetrzepał wink

    Czy...nie lepiej przystanąć na dłużej by...pełniej i głębiej zobaczyć
    i...jednak całość, a nie tylko fragment?

    P.S.
    za każde ..słówko.. dziękuje stokrotnie
    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smilewww.szufladalistopisow.prv.pl
  • majenka3 04.05.05, 16:55
    "łamaniu obu nóżek" mówimy stanowcze NIE smile, nawet jednej..i naklepywaniu
    sliwek i przetrzepywaniu piórek big_grinD też smile Niech los się "zachowuje" smile

    Oczywiście, ze chwile zatrzymania sa pożądane, wymagane nieodzowne i przeze
    mnie chciane..bede się starać..
    A wrażenie mam takie, ze to nie ja się spieszę, tylko czas pędzi,
    zdarzenia..pędzą..
    swoją drogą, oczywiste..że pędząc mozna wiele zgubic, przeoczyć i stracić.. co
    bylo widać wyżej, zresztą smile
    Piórko złapane zostało smilei zużyte smile
    --
    Woda i ogień.. majowe smile
    Poranne ścieżki weekendowe.. smile
    "Wymyślasz proch, chcesz sięgnąć gwiazd. Lecz to nie to, to nie tak."
  • aniouek1 15.02.06, 00:14
    Bo chodzi o to by od siebie
    nie upaść za daleko
    Jak te dwa łyse kamienie nad rzeką
    Chodzi o to
    By pierwsze chciało słuchać
    Co mu to drugie
    powiedzieć chce do ucha:
    Że po mej głowie ?
    czasem się ich boje -
    Chodzą słowa nie do powiedzenia...
    Nie-do-powiedzenia

    Dzień dobry
    Kocham cię
    Już posmarowałem tobą chleb
    Dzień dobry
    Kocham cię
    Nie chce cię z oczu stracić więc
    Jeszcze więcej dzień dobry
    Kocham cię
    Podzielimy dziś ten ogień na dwoje
    Dzień dobry
    Kocham cię
    To zapyziałe miasto niech o tym wie

    Tu chodzi o to by od siebie
    nie upaść za daleko
    Kiedy długo drugie
    nie widzi pierwszego
    Bo gdy siedzi człek samemu
    z czarnymi myślami
    Człowiek rzuca słuchawkami
    Rzuca słuchawkami

    Bo chodzi o to by od siebie
    nie upaść za daleko
    Nawet jeśli czasem między nami wykipi mleko
    Choćbyś nawet i wieczorem zasypiała zdołowana
    Chciałbym ci zaśpiewać z rana
    Móc ci zaśpiewać z rana
    Kochana...

    Dzień dobry
    Kocham cię
    Już posmarowałem tobą chleb
    Dzień dobry
    Kocham cię
    Nie chce cię z oczu stracić więc
    Jeszcze więcej dzień dobry
    Kocham cię
    Podzielimy dziś ten ogień na dwoje
    Dzień dobry
    Kocham cię
    To zapyziałe miasto niech o tym wie
    Dzień dobry
    Kocham cię
    Już posmarowałem tobą chleb
    Dzień dobry
    Kocham cię
    Nie chce cię z oczu stracić więc
    Jeszcze więcej Jeszcze więcej Jeszcze więcej
    DZIEŃ DOBRY
    Kocham cię
    Podzielimy dziś ten ogień na dwoje
    Para-twoje
    para-moje
    Onomatopeiczne
    Paranormalne
    Paranoje
    Dwoje

    --
    Z płyty zespołu STRACHY NA LACHY "Piła Tango"
  • kendo 15.02.06, 13:03
    samo realistyczne zycie.....

    nie slyszalam tego utworu.
    --
    Nawet jeśli niebo zmęczyło się błękitem,
    nie gaś nigdy światła nadziei
    (Bob Dylan)
  • kendo 15.02.06, 13:15
    www.kafeteria.pl/namarginesie/obiekt.php?id_t=93
    z przeslanego linku Aioueczku,tu moze ten artykulik pasowac?
    --
    Nawet jeśli niebo zmęczyło się błękitem,
    nie gaś nigdy światła nadziei
    (Bob Dylan)
  • aniouek1 23.02.06, 22:00
    A gdy się zejdą, raz i drugi,
    kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością,
    bardzo się męczą, męczą przez czas długi,
    co zrobić, co zrobić z tą miłością?
    On już je widział, on zna te dziewczyny,
    z poszarpanymi nerwami, co wracają nad ranem nie same,
    on już słyszał o życiu złamanym.
    Ona już wie, już zna tę historię,
    że żona go nie rozumie, że wcale ze sobą nie śpią,
    ona na pamięć to umie.
    Jakże o tym zapomnieć? Jak w pamięci to zatrzeć?
    Lepiej milczeć przytomnie i patrzeć.

    Czy te oczy mogą kłamać? Chyba nie!
    Czy ja mógłbym serce złamać? I te pe...
    Gdy się farsa zmienia w dramat, nie gnam w kąt.
    Czy te oczy mogą kłamać? Ależ skąd!

    A gdy się czasem w życiu uda
    kobiecie z przeszłością, mężczyźnie po przejściach,
    kąt wynajmują gdzieś u ludzi
    i łapią, i łapią trochę szczęścia.
    On zapomina na rok te dziewczyny z bardzo długimi nogami,
    co wracają nad ranem nie same.
    Woli ciszę z radzieckim szampanem.
    Ona już ma, już ma taką pewność,
    o którą wszystkim wam chodzi.
    Zasypia bez żadnych proszków, wino w lodówce się chłodzi.
    A gdy przyjdzie zapomnieć i w pamięci to zatrzeć?
    Lepiej milczeć przytomnie i patrzeć.

    Czy te oczy mogą kłamać? Chyba nie!
    Czy ja mógłbym serce złamać? I te pe...
    Kiedyś to zrozuniesz sama, to był błąd.
    Czy te oczy mogą kłamać? Ależ skąd!

    I czy te oczy mogą kłamać? Chyba nie!
    Czy ja móglłym serce złamać? I te pe...
    Kiedyś to zrozumiesz sama, to był błąd.
    Czy te oczy mogą kłamać? Ależ skąd!

    /A. Osiecka/
  • marucha1 22.02.07, 09:59
    Dziekuje Anioueczku za przypomnienie tych slow.
  • kendo 22.02.07, 11:50
    no niewiem ,jak dlugo mogloby potrwac to powiazanie po raz drugi...chyba niezda
    egzaminu.sad(
    --
    Nawet jeśli niebo zmęczyło się błękitem,
    nie gaś nigdy światła nadziei
    (Bob Dylan)
  • aniouek1 15.09.07, 00:25
    powstał, a właściwie potwierdzony, przypięczętowany został uroczystą
    przysięgą w obecności świadków wielu wśród których i ja także byłam.

    Czego powinni unikać, a o co zabiegać i troszczyć się mają, aby ich
    związek BYŁ, aby trwał i aby obojga oczekiwania spełniał?

    Wiem, że każdy człowiek jest inny i, że dwa identyczne związki nie
    istnmieją, jednakże...zbyt wielka to pokusa, aby nie zapytać Was
    o Wasze ŻYCIOWE MĄDROŚCI, których z całą pewnością los w swoich
    lekcjach na drodze życia nie skąpi nikomu.
  • kendo 16.09.07, 10:47
    Gratulacje moje dla Mlodej Nowej Pary
    oby cale ich zycie bylo takie ,jak w dniu przysiegi,
    bo scenariusz niepisany ma wiele niespodzianek,gdzie potrzba
    wzajemnego zrozumienia by dalej byc ze soba i ciagnac"woz" pod gore
    i z gorki"
    --
    Nawet jeśli niebo zmęczyło się błękitem,
    nie gaś nigdy światła nadziei
    (Bob Dylan)
  • megxx 16.09.07, 15:37
    I ja gratuluje takiego wyboru. To teraz coraz rzadsze.
    A jakie rady? Nie sądzę bym miala prawo radzić, ale....

    Proponuję napisać sobie taki tekst i czytać go ze zrozumieniem(i potwierdzać podpisem wink raz na kwartał.
    "Problemy są znakiem życia, a rozwiązywać mamy je razem, nie ustając we wspólnym szukania wyjścia."
  • aniouek1 11.08.08, 09:55
    bywają trudne, skomplikowane, ale nie tylko takie zakićkane bo...
    bywają także całkiem inne
    --
    prosze...piszcie listy do szuflady nie czekając na odpowiedź
    - może...cud się zdarzy...?! smile www.szufladalistopisow.prv.pl

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka