23.11.08, 18:39
które tylko w człowieku kiełkują i rosną.

Spotykamy TAKIE słowa w różnych tekstach i formach tak papierowych
jak i wirtualnych, a bywa też, że są przekazywane z ust do uszu -
a może raczej - wprost do duszy.

Bardzo chcę podzielić się z Wami takimi właśnie SŁOWAMI, które
nasączone myślą najczęściej roztropną przybierają kształt haftowany
literkami jakby dla niepoznaki, że są materialne choć takimi nie są.

Będąc lotne duchową swoją naturą nie ulatują ale potrafią się w
człowieku rozsiąść, niejako - zadomowić - żeby kiełkując -
niepokoić - na tyle by być niezapomnianym zasiewem i by kiełkować,
by wzrastać, by się rozsiewać wciąż od nowa i by człowieka też
odnawiać, reformować - choć wcale przez to nie odmładzać.


Kto chce zrozumieć o czym mówię - a właściwie końcże mówić - niech
sam się w takie SŁOWA zanurzy i sam osądzi czym dla Niego są takie
słowa i czy w Nim też się rozsiądą, zadomowią, zakiełkują i będą
wzrastać...
a może nie?
Obserwuj wątek
    • aniouek1 Utopić diabła w filiżance bulionu - J. Skrzypczak 23.11.08, 19:20
      Czy śnimy się sobie nawzajem? Ależ oczywiście. Ale ponieważ znamy
      się dość dobrze w rzeczywistości, faktu, że spotykamy się w krainie
      snów, nie traktujmy zbyt poważnie. Czy boimy się snów? Zapewne,
      niektórych. Ale, aby pozostać w zgodzie z konwencją epoki, której
      mroków już nic nie rozświetla poza dość mdłym światłem Rozumu,
      staramy się zracjonalizować nasz lęk lub choćby ująć w kategorie
      psychoanalizy - pisze Jakub Skrzypczak.

      "I stało się, gdy słońce zachodziło, że sfrunął twardy sen na
      Abrama, a oto strach wielki i ciemność sfrunęła nań wraz". [Gen. XV;
      12]

      Praojciec Abraham doświadczył ów horror magnus et tenebrosus
      profundus (lęk wielki i ciemność głęboka), które nieodzownie
      towarzyszą spotkaniu z Tajemnicą. Język hebrajski rozróżnia dwa
      rodzaje strachu. Jeden to פחד pachad; lęk przed dzikim zwierzęciem,
      złym człowiekiem. Kiedy jednak mowa jest o Bogu, używa się zazwyczaj
      słowa יראה ir’a, co bliższe jest naszemu "respekt".

      Co jednak gdy naprawdę się boimy? Gdy opanowuje nas naturalny i
      przyrodzony "pachad" przed ciemnością, nocą, horror tenebrorum?

      Któż bałby się nocy?
      Na przykład dzieci.
      Wszyscy jesteśmy dziećmi. Oczywiście gdy nikt nie patrzy.

      Co zatem możemy zrobić by się nie bać? I czy w ogóle można
      jakoś się zabezpieczyć przed tym lękiem? Co robić gdy już przyśni
      nam się sen paskudny, złowieszczy, koszmar wraży?

      Po kolei. Najpierw zastanówmy się co robić:

      ...BY NIE PRZYŚNIŁ NAM SIĘ CZART

      Czy ktoś w dzisiejszych czasach boi się diabła? Ktoś wierzy w
      moc amuletów, talizmanów, w potęgę liter, świętych imion? Często
      spotykamy się z dziwnym odwróceniem, jakąś infernalną antytezą
      religii; chętniej boimy się diabła, niż wierzymy w Boga, prędzej
      ufamy zaklęciom i okultyzmowi, niż sięgamy po modlitewnik.

      Przed kilkunastu laty, studiując w jerozolimskiej jesziwie
      miałem, niejako mimochodem, pewną przygodę ...natury magicznej.

      Jak to zwykle bywa, początki bywają trudne. Przyjechałem do
      Izraela w porze największych upałów. Po hebrajsku nie mogłem się z
      nikim dogadać; jedni mówili za szybko, inni niewyraźnie, a jeszcze
      inni po rosyjsku. W Talmudzie jest napisane, że ziemia Izraela
      sprzyja mądrości, ja natomiast w tej temperaturze nie byłem w stanie
      nawet logicznie myśleć. Na domiar złego dostałem biegunki, a nocami
      nawiedzały mnie koszmary. Szczególnie jeden był wyjątkowo
      nieprzyjemny. Nie będę go opisywać, byłoby to niemożliwe. Był to
      koszmar z gatunku snów niefabularnych. Coś pomiędzy "Czarnym
      kwadratem" Malewicza, a "Maszyną do ćwierkania" Paula Klee. Rano
      wstałem i pomaszerowałem do uczelni, na pocieszenie myśląc sobie
      Leśmianem, że oto w Jerozolimie "ocieram się o słońce, o sen i o
      Boga"! Ale na wykładach siedziałem zupełnie nieprzytomny. Na granicy
      otępienia i senności bazgrałem po kartce. Musiałem wyglądać
      szczególnie nieszczęśliwie, bo po zajęciach podszedł do mnie rabin i
      zadał podstawowe pytanie jakie rabini zazwyczaj zadają chcąc
      nawiązać życzliwą rozmowę: "Nu?!". Odpowiedziałem ogólnikowo i
      wymijająco, że źle sypiam. Naraz rabin zainteresował się moją
      pobazgraną kartką.



      - Zanim zadasz pytanie, Bóg udziela odpowiedzi - powiedział
      wskazując na kartkę - narysowałeś talizman.
      - Rabi, to nie talizman, ja po prostu nabazgrałem wielką literę
      alef - zaoponowałem.
      - A ja ci mówię, że sporządziłeś sobie talizman - upierał się rabi -
      i to jest właśnie talizman chroniący przed złymi snami.
      - Taka zwyczajna litera alef?
      - Alef nigdy nie jest taką sobie zwyczajną literą! - obruszył się -
      to pierwsza litera alfabetu hebrajskiego. Symbolizuje koincydencję
      świata materialnego i duchowego. Jest niejako klamrą spinającą Dwa
      Porządki, zapewnia harmonię i równowagę. Powiedz mi jaką modlitwę
      odmawiasz przed snem?
      - "W Imię Boga Izraela, po mojej prawicy Michael, po lewicy Gabriel,
      przede mną Uriel, za mną Rafael. Nad moją głową Obecność Boga" -
      wyrecytowałem hebrajski tekst.
      - Czy mógłbyś tą modlitwę narysować?
      - Narysować modlitwę? Chyba napisać?
      Rabin pokręcił głową:
      - Nie. Właśnie narysować. Zwróć uwagę, że ona ma swój kształt. Jest
      jak kwadratura koła.
      Rabin wziął moją kartkę i w czterech rogach wypisał imiona aniołów -
      strażników:
      - Aniołowie którzy strzegą nas podczas snu tworzą kwadrat. Modlitwa
      mówi o jeszcze jednej figurze geometrycznej, związanej ze świętą
      Obecnością - Szechiną. Jaka to może być figura?
      - Doskonała figura geometryczna - koło!

      Rabi obwiódł okręgiem, narysowany wcześniej przeze mnie alef.

      - Wieczorem, włóż to sobie pod poduszkę - powiedział z poważną miną.
      Po chwili jednak wybuchnęliśmy serdecznym śmiechem.
      - Rabin sądzi, że to wystarczy?
      - Jestem o tym przekonany!
      Zastosowałem się do rady. I ...pomogło. Spałem dobrze. Wkrótce
      ustąpiły też niestrawności, a po miesiącu Izraelczycy zaczęli mówić
      jakby wolniej, lub też ja zacząłem szybciej myśleć po hebrajsku.

      Trwoży się człowiek śpiący - śmieje się, gdy zbudzi.
      Mędrcy mówią, że sen to tylko przypomnienie -
      Mędrcy przeklęci!
      Czyż nie umiem rozróżnić marzeń od pamięci?
      Chcą mi wmówić, że moje więzienie
      To tylko wspomnienie.
      Mówią, że senne odczucie rozkoszy i kaźni
      Jest tylko grą wyobraźni; -
      Głupi! zaledwie z plotek wyobraźnię znają
      I nam wieszczom o niej bają!

      Tak pisał przed laty rabi Mickiewicz w swoim genialnym
      dziele "Zekenim. Chelek Szalosz" [Dziady. Cz. III].

      Sen może trwożyć. Wiele tu alegorii i antynomii, tak samo
      niebiańskich, jak i infernalnych. Ten nieknfesyjny charakter snów
      rozumiał Czuang Tsy śniąc swój sen o motylu, a po dwu i pół tysiącu
      lat, pewnego poranka odnalazł go w swoim zmęczonym umyśle
      nieszczęsny Hölderlin: "Im większe wrażenie jawy w wymiarze
      materialnym, tym głębszy sen w duchowym".

      My natomiast, by zachować proporcje, co wieczór odmawiamy
      Modlitwę Przed Snem. Kolejno:

      ● wybaczamy każdemu kto nas rozgniewał, lub postąpił wobec nas
      nikczemnie - "czy to w tym wcieleniu, czy innym"
      בין בגלגול זה בין בגלגול אחר
      bejn be-gilgul ze, bejn be-gilgul acher,
      ● prosimy o sen spokojny i poranek dziarski,
      ● by nie trwożyły nas myśli złe, sny niepiękne, dumania nieczyste
      ● i by demon burzyciel nie nawiedzał dumnego sklepienia naszej
      jaźniowości,
      ● prosimy by Wszechmocny ukrył nas w cieniu Swych skrzydeł...
      ...bo tylko On jest Bogiem.
      A słońce zachodzi i wschodzi od prawieków i ”wisi senne powietrze
      brzemienne od złotych snów".

      Czasami jednak, z jakiejś niewyjaśnionej przyczyny, w snach
      nawiedza nas ów demon burzyciel. Powiadają, że zlokalizować problem,
      a potem go nazwać - to pozbyć się go na zawsze.

      Osobiście, zawsze miałem kłopot z lokalizacją czarta. Jako
      młody człowiek przeczytałem u I.L. Pereca, że diabeł mieszka we
      wnętrzu arki Noego, której wrak znajduje się pod śniegami na górze
      Ararat. Luz - pomyślałem - to jest w Armenii. Stosunkowo daleko.

      Wcześniej - musiałem mieć jakieś kilka lat, bo były to czasy
      arkadyjskiej satrapii gierkowskiej - czarnooka piosenkarka w pewnej
      krakowskiej piwnicy, śpiewała o swoim demonie:

      Na kwadrans przed dziewiątą
      podchodzi zmierzch pod okno,
      ze zmierzchem ty przychodzisz też,
      i widzę cię przez chwilę
      pożytku z ciebie tyle,
      że mnie przeraża byle deszcz.

      Dziś wiem oczywiście, że ów tajemniczy nieznajomy to niegroźny
      i zapewne nieszczęśliwy absztyfikant. Ale wówczas, bawiąc się na
      dywanie drewnianymi klockami, przekonany byłem, że do smutnej pani
      Ewy, pod jej okno przychodzi diabeł.

      ........................................................c.d.n.
      • aniouek1 Potem długo nie myślałem o diable. 23.11.08, 19:24
        Potem długo nie myślałem o diable. Zdałem do liceum, i jak wielu
        młodych snobów, czytałem poezje Rilkego. Bo, wypadało. Rilke
        urodzony i wychowany w bezmorskiej Austrii, zobaczywszy Bezmiar,
        dostrzegł swego demona, że "z morza powstaje, aby spotkać zmierzch".

        Aż tu, całkiem niedawno, w zeszłym tygodniu, dowiedziałem się,
        że diabeł mieszka w pokoju Walerii - na górze, prosto ze schodów. W
        czerwonym pokoju, atłasowo-adamaszkowo-jedwabnym, z wiecznie ukośnym
        słupem słońca, w którym nieprzerwanie i prawie nieruchomo wirował
        kurz. Waleria była starszą siostrą Mariny Cwietajewej. "Nic się w
        pokoju nie działo. On siedział, ja stałam. I kochałam go" - wspomina
        autorka Domu koło Starego Pimena".
        Dziwne są poetki.

        Ale jakże nasz bezosobowy, filozoficzny (z gnoseologicznej
        refleksji zrodzony), żydowski diabeł różni się od literackich
        czartów Mariny Iwanownej i Reinera Marii, a gdzież mu tam do
        mieszkającego w dziupli spróchniałej wierzby dobrodusznego
        gojowskiego biesa, trochę durnego, trochę sprośnego gdy "dziewkom
        plącze nogi" i pod kiecki zagląda.

        Lecz czasem, gdy "ćmy wieczorem łopoczą", gdy zapada zmierzch i
        nadciąga noc, w porze którą Talmud tak poetycko nazywa bejn
        haszmaszot [między słońcami], odczuwamy lęk i strach przed tym,
        który szybuje z Czarnego Słońca wprost na ziemię. Wprost do naszych
        okien. Wtedy leżąc w łóżku, trwożliwie spoglądając na ciężkie
        zasłony, gasimy cny domysł słowami starej hebrajskiej modlitwy:

        הנה לא ינום ולא יישן שומר ישראל
        Hine lo janum we-lo jiszan szomer Israel.
        Oto nie śpi i nie drzemie strażnik Izraela.

        Ale nie tylko w czasie przedsennej modlitwy mówimy o snach. Co
        ciekawe tekst zwany "Modlitwa o snach" czytamy w środku dnia, w
        czasie Błogosławieństwa Kapłańskiego w dni świąteczne. Zaczyna się
        dwoma niezwykle lirycznymi zdaniami. Pierwsze z nich brzmi niemal
        jak wyznanie miłosne:

        אני שלך וחלומותי שלך
        ..ani szelach wachalomotai szelach.
        ...ja jestem Twój i moje sny są Twoje.

        Gdyby nie adres - suplikacja poprzedzająca to zdanie: "Panie
        wszechświata...", można by sądzić, iż jest to faktycznie miłosne
        wyznanie rodem z Pieśni nad pieśniami. Zaraz potem: bezradność i
        zupełne zdanie się na Tego, który jest jedyną Mądrością i Dobrocią:

        חלום חלמתי ואיני יודע מה הוא
        Chalom chalamti we-eini jodea ma hu...
        Śnił mi się sen i nie wiem co oznacza...

        Nie zinterpretowany sen jest jak nie otwarty list...

        GDY JUŻ PRZYŚNIŁ SIĘ CZART...

        Lucjusz Anneusz Seneka pisze w dość ostrym tonie: " Dubia pro
        certis solent timere reges". [Kto ma urojone lęki, ten zasługuje na
        prawdziwe].

        Wielki rzymski sofista nie był rabinem, mógł zatem sprawę
        stawiać twardo. Co innego nasi, pełni empatii duchowi przywódcy. Gdy
        kogo szczególnie zły sen nawiedził doradzano post, cedakę,
        lub "tachnun" - moralną intro i retrospekcję - coś co chrześcijanie
        nazywają rachunkiem sumienia.

        Nie zawsze jednak sen jest aż tak potworny by od razu pościć.
        Cedakę można dawać, w końcu codziennie, a "tachnun" tak, czy owak
        mówimy dwa razy dziennie: po modlitwie porannej i popołudniowej.

        Co zatem zrobić by zaraz po przebudzeniu, nie złapać doła na
        skutek nocnych majaków?

        Odpowiedź jest prosta: pomodlić się i zjeść śniadanie.

        Dlaczego właśnie w takiej kolejności? Bo tak stoi w Szulchan
        Aruch, podstawowym dziele kodyfikującym wszelkie prawa rządzące
        naszym życiem. Najpierw bowiem powinniśmy odmówić modlitwę poranną
        Szachrit. Natomiast zanim zasiądziemy do śniadania powinniśmy
        nakarmić nasze zwierzątka. Ja na przykład mam w obejściu szczurka
        Mortycję Drugą. To samo dotyczy w równej mierze krów, baranów,
        kanarków, świnek morskich, kotów itp. Ta zasada ma bardzo starożytny
        rodowód, pochodzi wprost z Tory.
        Chyba wszyscy dietetycy są zgodni co do tego, że śniadanie jest
        najdonioślejszym posiłkiem dnia. Nie tylko zapewnia energię na cały
        dzień, ale również działa antystresowo, antydepresyjnie i
        rozweselająco. Tradycje kulinarno-żywieniowo-dietetyczne mamy
        prastare. Pierwszym znanym dietetykiem-specjalistą był Mosze
        Rabejnu. On to bowiem jako pierwszy spisał Kodeks Zasad Zdrowego
        Żywienia. Jednak to monumentalne dzieło, będące zresztą integralną
        częścią Tory, ma charakter nieco ogólnikowy. Przeto w poszukiwaniu
        przepisu na egzorcyzmujące śniadanie wybrałem się do Departamentu
        Komentarzy. Grube foliały Rasziego, Nachmanidesa, czy nawet
        Majmonidesa (w końcu lekarza!), okazały się w tym względzie zupełnie
        niepraktyczne.

        W końcu pomyślałem o nieocenionej żydowskiej gospodyni, Rebece
        Wolf, której KUCHNIA KOSZERNA podręcznik dla żydowskiego domu
        zawierający najrozmaitsze sposoby i przepisy gotowania i pieczenia
        razem z szczegółowym jadłospisem i wskazówkami do urządzenia i
        prowadzenia religijnego żydowskiego gospodarstwa doczekała się pod
        koniec XIX w. kilkunastu wydań niemieckich i wielu tłumaczeń. Muszę
        się przyznać, że nie od razu zacząłem szukać przepisu na
        antystresowe śniadanie. Pomny faktu, że ostatnio pisałem o żydowskim
        tańczącym rosole, zerknąłem właśnie na rozdział mu poświęcony.

        Znajduje się tam, przeszło dwadzieścia przepisów na rosół.
        Wśród nich wiele receptur zupełnie zapomnianych w dzisiejszych
        czasach, inne zaś, jak choćby rosół z grzybkami z mąki, czy ze
        stożkami z bułki to, jak się zdaje specjały kuchni wiedeńskiej,
        natomiast bulion z kluseczkami saskimi to, ewidentnie kuchnia
        niemiecka.

        Spośród całego mnóstwa przepisów na rosół, tylko czysty bulion
        wydaje się być genus proximum [łać.: gatunek najbliższy omawianemu].
        Co prawda, receptura nie wnosi nic nowego ponad to co ogólnie wiemy
        o gotowaniu rosołu, to znajduje się tam jeden szczegół wart
        przytoczenia. Otóż pani Rebeka tak pisze o bulionie:

        “Jest to bez wątpienia jedna z najprostszych zup, ale rzadko podaje
        się ją do obiadu, a częściej do śniadania(!) w filiżankach.”

        Zwyczaj zupełnie zarzucony w dzisiejszych czasach, a szkoda, bo
        to pomysł na bardzo smaczne i pożywne śniadanie. Z drugiej jednak
        strony, żydowskie, koszerne śniadanie z filiżanką bulionu to trochę
        niepraktyczny i kłopotliwy pomysł. Jeśli wypijemy mięsny bulion, od
        razu możemy wykluczyć kawę ze śmietanką i francuskie rogaliki z
        twarożkiem i konfiturami. Wystarczy jednak odrobina fantazji.

        Zamiast śmietanki sypiemy do kawy łyżeczkę czekolady, miód,
        szczyptę cynamonu i wkładamy laskę wanilii. Śmiało! Jeśli nawet
        amatorzy i amatorki permanentnego odchudzania się, uderzą w
        apokaliptyczne tony, że taka kawa to prawdziwa bomba kaloryczna, nie
        mamy się czym przejmować. Smakuje wspaniale, osładza i osłonecznia
        poranek, a poza tym daje nam niezbędny ładunek energii przed długim
        dniem.

        Jeśli jednak ktoś nie ma w zwyczaju pić kawy na śniadanie,
        można oczywiście uraczyć się szklanką "dobrej żydowskiej herbaty".
        Co to jest "dobra żydowska herbata"? Prawdę powiedziawszy nie wiem.
        Cytuję za Izaakiem Bablem. Autor Armii konnej raczył się tym naparem
        w czasie wojny polsko-bolszewickiej, częstowany przez galicyjskich
        Żydów. Wydaje się, że "żydowska herbata" to po prostu herbata
        przygotowana w żydowskiej kuchni i z żydowskim sercem.

        ...............................c.d.n.
        • aniouek1 A jednak herbata... 23.11.08, 19:27
          A jednak herbata ma też inne żydowskie konotacje. Wydawać mogło
          by, że liście herbaty do Europy trafiły przez Wielką Brytanię.
          Tymczasem przywieźli je Holendrzy na początku XVII wieku. Dalej
          rozprowadzali je po Europie Holenderscy Żydzi. W handlu herbatą
          miała swój udział słynna Gracia Mendez i jej bratanek Josef Nassi -
          pierwsi żydowscy politycy Nowożytnej Europy.

          Do Anglii herbata trafia w 1658 roku za sprawą Thomasa
          Garraway'a kupca i właściciela sklepu w Londynie, ale dopiero gdy
          król Karol II Stuart ożenił się z portugalską księżniczką Katarzyną
          Braganzą, która była miłośniczką herbaty i przywiozła skrzynię
          chińskiej herbaty w posagu, napój ten zadomowił się na dobre na
          dworze królewskim. Ze względu na swoją wysoką cenę był jednak
          napojem ludzi z wyższych sfer. W przeciwieństwie do Holandii, gdzie
          używana była we wszystkich klasach społecznych. We Francji i
          Niemczech w tych czasach herbata przegrała z kawą.

          Na początku XVII wieku herbata pojawiła się w Rosji jako dar
          cesarza Chin dla cara Aleksandra a w 1698 roku rozpoczął się
          regularny handel między tymi państwami. Wtedy ruszyły w drogę
          karawany . 200 - 300 wielbłądów wiozło do Chin futra by w drodze
          powrotnej zabierać skrzynie zawierające duże ilości drogocennych
          liści. Transport zajmował ok. 16 do 18 miesięcy , herbata ta była
          więc bardzo droga, co było przyczyną, że stanowiła napój
          arystokracji. Dopiero otwarcie kolei transsyberyjskiej w 1903 roku
          zakończyło zajmujący dużo czasu sposób transportu. W dzisiejszych
          czasach próbuje się odtworzyć smak tej herbaty, która znana jest pod
          nazwą Rosyjska Karawana. Do tej mieszanki używało się herbat
          czarnych lub Ulung z Chin lub Formozy z Tajwanu z dodatkiem
          niewielkiej ilości dymnej herbaty Lap-Sang Souchang.

          Daję głowę, że to właśnie ową Rosyjską Karawaną uraczono
          wielkiego pisarza w czasie bolszewickiego rajdu na Polskę w 1921
          roku.

          Zamiast tradycyjnych mlecznych przysmaków śniadaniowych, możemy
          zawsze uraczyć się jajkami po wiedeńsku w asyście kilku plasterków
          pomidorów posypanych świeżo mielonym czarnym pieprzem i solą , lub
          rogalikiem z konfiturami, miodem, lub jeśli ktoś ma o poranku czas i
          cierpliwość – rogalikiem w winie.

          ROGALIK W WINIE

          Będziemy potrzebować kilka rogalików. Ile? Dokładnie tyle ile
          jesteśmy w stanie zjeść na śniadanie. Właściwie wszystko jedno
          jakie. Mogą to być rogaliki z ciasta francuskiego, zwykłe rogale,
          lub słodkie z ciasta drożdżowego. Mogą być świeże, lub czerstwe –
          jednodniowe. Nawet lepiej. Smakowo nic nie tracimy na takim
          podstarzałym rogalu, a zyskujemy większą łatwość w obróbce. Rogalik
          kroimy na pół, wybieramy delikatnie środek. Następnie faszerujemy
          rogalik konfiturami z wiśni, albo innym ulubionym rodzajem słodkiego
          smarowidła. Można też użyć świeżych malin, jagód lub poziomek.
          Dziurkę zatykamy odrobiną wybranego z rogala ciasta. Na talerzyk
          wlewamy ½ szklanki czerwonego słodkiego wina kiduszowego (najlepiej
          rodzynkowego) lub, jeśli wola innego przedniego węgrzyna. Moczymy
          rogalik w winie, ale nie za bardzo, żeby się nie rozmoczył do
          rozbabrania. Następnie maczamy rogalik w jajku i posypujemy tartą
          bułką lub mąką macową. Pieczemy na złoto. Kiedy są jeszcze gorące
          posypujemy cukrem i cynamonem.
          Teraz tup-tup do kranu: myjemy ręce, mówimy błogosławieństwo
          [Netilat jadaim], wycieramy ręce, siadamy do stołu, mówimy drugie
          błogosławieństwo [Hamoci], kosztujemy kawałek rogalika... I jak?
          Jeśli Wam smakowało takie śniadanie, osłódźcie nim poranek komuś
          wyjątkowemu.

          Jakub Skrzypczak

          -------------------------------------------
          źródło: Jewish.org.pl Portal spolecznosci zydowskiej
    • aniouek1 Uroczystość Chrystusa Króla - Ks. Eugeniusz Burzyk 23.11.08, 19:35
      Uroczystość Chrystusa Króla – Rok A, Mt 25, 31-46

      Józefa Hennelowa wspomina, jak podczas wojny w zaułku św. Ignacego
      było jakieś zamieszanie. – Co tam się dzieje? – zapytała. – Złapali
      Żyda w kanałach. Dopiero w domu przestraszyła się swojej
      reakcji: „Gdyby złapano partyzanta, mojego kolegę, przyjęłabym to ze
      zgrozą. Wiadomość, że schwytano Żyda, nie wzbudziła we mnie żadnej
      refleksji” .

      Słowa Jezusa wywołały zdumienie zarówno sprawiedliwych, jak i
      potępionych. Ani jedni, ani drudzy nie utożsamiali Go z człowiekiem
      potrzebującym pomocy. Sprawiedliwi, pomagając innym, kierowali się
      współczuciem, litością, a może chcieli tylko uspokoić sumienie.
      Nawet sobie nie wyobrażali, że Jezus może być realnie obecny w
      każdym człowieku.

      „Nie jest pobożnością, że zwracacie twarze ku wschodowi i ku
      zachodowi. Lecz prawdziwie pobożny jest: kto wierzy w Boga i w Dzień
      Ostatni; w aniołów, w Księgę i w proroków; i ten, kto rozdaje
      majątek – mimo umiłowania go – bliskim krewnym, sierotom i biedakom,
      podróżnemu i żebrzącym, i na wykup niewolników” – czytamy w Koranie.


      Ks. Eugeniusz Burzyk
      eb@kuria.bielsko.pl
      23 listopada - Niedziela

      ---------
      Źródło: Kazania krótsze od najkrótszych.
      www.diecezja.bielsko.pl/index.php?pokaz=szkice&id=558
    • aniouek1 Jak Żydzi usynowili polski rosół - J. Skrzypczak 23.11.08, 19:54
      Jak zrobić prawdziwy żydowski rosół? Pytanie jak najbardziej na
      miejscu, jeśli przedmiotem naszego zainteresowania są właśnie
      żydowskie tradycje kulinarne. Z drugiej jednak strony, cóż tak
      specyficznie żydowskiego może kryć się w rosole? Od czasów pierwszej
      żydowskiej gospodyni, Pramatki Sary, rosół gotowało się na kurze.
      Starożytny rodowód rosołu w żaden sposób nie legitymizuje jego
      żydowskiego pochodzenia – pisze Jakub Skrzypczak.

      Każdy orientalista wie, że matka Gilgamesza też gotowała swojemu
      synowi rosół z kury. Może żydowskość rosołu tkwi właśnie w kurze? Co
      prawda nasze babki zwykły były kupować koszerną kurę u szocheta, ale
      bynajmniej nie była to żydowska, lecz właśnie gojowska kura, i to
      czysto chłopskiej proweniencji.

      Po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że zbitka:
      prawdziwie żydowski rosół, jest jedynie semantyczną pomyłką,
      wynikiem sentymentów epoki asymilacji. Kiedy rodzina Apfelbaum
      zasiadała to szabatowego stołu by zjeść pożywny rosół, nie nazywała
      go przecież prawdziwie żydowskim rosołem. Dom był żydowski,
      gospodyni była Żydówką, stół, talerze i łyżki były żydowskie, zatem
      i rosół, siłą rzeczy, musiał być żydowski. O ile jednak, strona
      obrzędowo religijna tego zdarzenia, jest na wskroś żydowska, to w
      samej sytuacji nie ma absolutnie nic wyjątkowego. Jeśli zajrzymy, po
      sąsiedzku do rodziny Kowalskich, to okaże się, że dokładnie w tym
      samym czasie, gdy ich żydowscy sąsiedzi zasiadają do skonsumowania
      swojego rosołu, ich chrześcijanie właśnie gotują na niedzielę wielki
      sagan swojego prawdziwie polskiego rosołu.

      Tu rodzi się jeszcze inne pytanie: jak to się stało, skoro Żydzi
      są tak bardzo zachowawczym narodem, że polski, chrześcijański,
      niedzielny rosół trafił na żydowski szabatowy stół? Mówiąc krótko,
      nawróciliśmy na judaizm gojowski rosół!

      Jest to pewnie precedens, bo przecież judaizm nie jest religią
      misyjną. Nie nawracamy ludzi na naszą wiarę. Jest to nawet
      zabronione. Co innego jednak, jeśli chodzi o pojęcia abstrakcyjne,
      dźwięki czy smaki. Przykładem właśnie takiej otwartości
      misjonarskiej jest, już choćby, nasz język – jidysz. Gdziekolwiek
      nasi przodkowie mieszkali, judaizowali pojedyncze słowa, oderwane
      pojęcia, czy też całe frazy. Stąd mamy np. rosyjskie sapożkele
      (buciki) [סאפאזשקעלע], polskie blondżen (błądzić) [בלאנדזשען],
      czepen [טשעפכן] (dotykać), turecki czajnik [טשייניק], balagan [
      באלאגאן], czy nawet, u Żydów węgierskich greckie poplanke [פאפלאנקע]–
      kołdra (gr., ‘peplos’ – okrycie). Nie dziwi nawet, w jednej z
      powieści Isroela Rabona zapożyczenie, będące żydowską kalką
      polskiego powiedzenia: „biedny jak mysz kościelna” - „armer wi
      koszczelmojz” [ארמער וויי קאשטשעלצויז].

      Podobnie sprawa ma się z dźwiękami. Polskie „tra la la la”
      tłumaczy się na jidysz jako „ja ba bam bam bam”, natomiast, bardziej
      rustykalne „oj dana dana”, znajduje odpowiednik w „oj doj doj”.
      Wiele żydowskich motywów muzycznych jest wprost zaczerpniętych z
      polskich melodii ludowych.

      Najciekawszym sukcesem misyjnym, w dziele nawracania melodii na
      judaizm, mogą poszczycić się chasydzi z Góry Kalwarii. Pieśni
      szabatowe, do dziś śpiewają na melodie polskich piosenek
      legionowych. Nie ma w tym nic dziwnego, jeśli wziąć pod uwagę, że
      przed wojną w Górze Kalwarii znajdowały się koszary wojskowe.
      Przykładowo, melodia „Przybyli ułani pod okienko”, faktycznie
      zawitała pod okienko bóżnicy Wielkiego Cadyka z Góry Kalwarii.
      Możemy być pewni, że gościnny rebe Icchak Majer Alter zaprosił
      melodię do środka, i tak już została. Warto zaznaczyć że rebe Icie
      Majer – jak go pieszczotliwie nazywali jego chasydzi – miał pewną
      ciekawą teorię na temat muzyki, melodii i w ogóle dźwięków. Uważał,
      że wszystkie piękne i dobre melodie, kiedyś, dawno temu znajdowały
      się w jednym miejscu – u podnóżka Tronu Chwały Wszechmocnego, czyli
      w Świątyni w Jerozolimie. Kiedy dwa i pół tysiąca lat temu
      babiloński król Nabuchodonozor zburzył Świątynię, melodie
      rozpierzchły się po świecie. Naszym zadaniem jest, kiedy tylko
      usłyszymy taką melodię – przywracać ją judaizmowi. Skąd jednak
      wiadomo, że dana melodia jest właśnie zagubioną świątynną melodią?
      No cóż, do tego potrzebne jest żydowskie ucho ze specjalnym
      kanalikiem akustycznym biegnącym wprost do żydowskiego serca.

      Jak jednak wyjaśnić zjawisko prozelityzmu w przypadku rosołu?
      Jak wiadomo, to chrześcijanie są specjalistami od nawracania.
      Czynili to od wieków; dobrym słowem, ogniem, mieczem, to znów dobrym
      słowem. W ten sposób schrystianizowano Europę, obie Ameryki, a nawet
      część Afryki. Rzecz ciekawa, że kiedy w XVI wieku pobożni katolicy
      poznali zaczarowany smak kawy, nie mogli pozbyć się pewnej
      podejrzliwości w stosunku do tego czarnego (diabelskiego?), nomen
      omen pogańskiego napoju. Czy aby wypada chrześcijaninowi raczyć się
      tym saraceńskim wynalazkiem? Sprawa oparła się o papieża. Klemens
      VIII postanowił wypić filiżankę kawy, by osobiście doświadczyć smaku
      i przetestować na sobie działania tego napoju. Jak wiadomo czarcie
      moce nijakiej krzywdy „namiestnikowi Boga na ziemi” uczynić nie
      mogą. Po wypiciu, Pontifex Maximus zawyrokował: „kawa powinna zostać
      ochrzczona, by stała się prawdziwie chrześcijańskim napojem”.

      Aby schrystianizować kawę, wystarczyło papieskie imprimatur i
      chrzest. Bardzo proste. Ale jak zjudaizować rosół? Obrzezać? Niby
      jak?

      A więc? Pass? Ależ, skąd! Miałem podać przepis na prawdziwy,
      żydowski rosół, i zrobię to. Jak już wspominałem, bardzo często
      dzieje się tak, że odpowiedź przychodzi zupełnie skądinąd. Tak też
      było i w tym przypadku. Aby zrozumieć immanentną tajemnicę rosołu,
      musiałem po wielu latach wrócić do jerozolimskiej dzielnicy Stu
      Bram...

      Z lotniska w Tel Awiwie dotarłem bezpośrednio do Jerozolimy
      dalekobieżnym minibusem sherut. Nie oczekiwałem, by dzielnica Stu
      Bram cokolwiek się zmieniła w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Kiedy
      byłem tu po raz ostatni wszystko wyglądało tak, jakby czas zatrzymał
      się dwa temu. Cóż to więc znaczy, dwadzieścia lat z perspektywy
      wieczności? Z przyjemnością skonstatowałem, że chasydzkie dzieci
      nadal rozmawiają w jidysz i nieodmiennie bawią się na podwórkach
      zamiast siedzieć przed komputerem, lub telewizorem. Pewne rzeczy nie
      zmieniają się. I dobrze. Świat jeszcze trwa.

      W Jerozolimie zatrzymałem się w niewielkim hoteliku Waldman’s
      Hotel prowadzonym przez rodzinę chasydów z Wiżnic. Całe popołudnie i
      wieczór spacerowałem znajomymi uliczkami, oglądałem bliskie mi
      miejsca.

      Kiedy wróciłem do hotelu była już noc. Odbierając klucz w
      recepcji, zauważyłem kilka reklamowych fiszek. Jedna z nich
      zapowiadała wykład rabiego Isroela Morgensterna, który miał się
      odbyć nazajutrz, późnym popołudniem w synagodze Ksaw Sofer. Nazwisko
      rabina nic mi nie mówiło, zwróciłem natomiast uwagę na miejsce –
      synagogę Ksaw Sofer. Przed laty wiele razy modliłem się tam. Teraz
      chciałem po prostu zobaczyć to miejsce, owiane zresztą dość
      tajemniczą legendą. Nie podejrzewałem jeszcze, jak jestem blisko
      uchwycenia sedna tożsamości ...żydowskiego rosołu.

      ......................................................c.d.n.
      • aniouek1 c.d.- Zapytacie pewnie.... 23.11.08, 20:00
        Zapytacie pewnie: czy żeby ugotować zwykły rosół, konieczny jest
        cały wykład rabiniczny? Odwracając kolejność, powiem tylko, że każda
        szczegółowa zasada dotycząca kuchni żydowskiej, jeśli tylko
        potrafimy dobrze słuchać, może z powodzeniem być potraktowana jako
        doniosła życiowa prawda.

        Synagoga nic a nic się nie zmieniła. Chaotycznie poustawiane
        ławki, półki pieniące się zniszczonymi foliałami ksiąg, okna pełne
        kurzu i pajęczyn. Z szarymi ścianami, upstrzonymi liszajami
        odpadającej farby kontrastowały czarne, błyszczące chałaty zebranych.

        Po godzinnym wykładzie, gdy słuchacze zaczęli opuszczać
        synagogę, zauważyłem, że rabi Morgenstern kilkakrotnie zerknął w
        moim kierunku. Zapewne byłem jedynym spośród słuchaczy, którego nie
        znał. Pożegnał się z ostatnią grupką wychodzących i skierował w moją
        stronę. Byłem przekonany że usłyszę coś w rodzaju: „Widzę pana po
        raz pierwszy. Chyba się nie znamy, z kim mam przyjemność?”.

        Jednak usłyszałem coś wręcz przeciwnego:

        - Szulem alajchem. [hebr./jid.: Pokój z tobą.] Miałem wrażenie, że
        kiedyś znów się spotkamy. Odchodząc powiedziałeś „lehitraot”, co
        znaczy „do zobaczenia”. Nie na wiatr rzucone słowa. Znów tu jesteś.

        Stał przede mną dobrodusznie uśmiechnięty rabin, chłop jak dąb,
        przeszło sześćdziesięcioletni, a ja starałem się, w myślach uczernić
        mu nieco brodę, odjąć trochę zmarszczek, odmłodzić o kilkanaście
        lat. I udało się. Rabina Morgenszterna widziałem tylko raz. Jakie to
        dziwne, że pierwszą znaną mi osobą, którą spotykam w Jerozolimie
        jest właśnie chasyd z Amszynowa, którego widziałem tylko raz na
        oczy.

        - Oczywiście, że pamiętam cię rabi. Coś upuściłem, a ty to
        podniosłeś.
        - I podarowałeś mi to.
        - Drobnostka.
        - Jestem twoim dłużnikiem – nalegał – i chciałbym się jakoś
        odwdzięczyć. Czy mogę ci coś ofiarować?
        - Absolutnie nie ma potrzeby!
        - Jesteś pewien, że niczego nie potrzebujesz? Nie masz żadnych pytań?
        - Nie – pokręciłem głową, trochę ze smutkiem i dodałem że, szkoda,
        że nie mieliśmy okazji porozmawiać wówczas, przed laty. Wtedy miałem
        wiele pytań...
        - ... i mnóstwo odpowiedzi na nie. Czy teraz zupełnie nic cię nie
        nurtuje? – rabi Morgenstern nie dawał za wygraną.
        - Jedyne co mi spędza sen z powiek to złoty środek na goldene jojch
        [jid.: „złota zupa” – żydowskie określenie na rosół] - odparłem ze
        śmiechem.
        - To już coś! – rabi ożywił się – Ale mówiąc poważnie, co ci sprawia
        kłopot? Nie umiesz ugotować rosołu?
        - Chodzi mi o dobry żydowski rosół. O uchwycenie jego
        niepowtarzalnej natury, aromatu i smaku. Zastanawiam się czy coś
        takiego w ogóle istnieje.
        - Czy rosół jest dobry czy nie to kwestia umowna. Rosół jest zawsze
        taki jak kucharz który go przygotował. Usiądź proszę i posłuchaj.

        Usadowiliśmy się w ławce przy wschodniej ścianie synagogi. Za
        oknami panował już mrok.

        - Jak zapewne wiesz, uczą tego nasi mędrcy, wszystko na świecie
        posiada swą wewnętrzną strukturę duchową. Człowiek, kot, żaba,
        badyl, kamień, a co za tym idzie, rosół też. Jaka jest w takim razie
        pierwsza istotna czynność, którą musisz wykonać aby ugotować rosół?
        - Powinienem kupić koszerną kurę.
        - Brawo! Ale to nie wystarczy, żeby rosół był smaczny. Obydwaj
        doskonale wiemy że „koszerne” nie zawsze musi znaczyć „smaczne”. Tak
        jak kura musi być koszerna, tak samo umysł kucharza musi być
        koszerny. Z rosołu zbieramy szumowinę, żeby był czysty i klarowny,
        tak samo należy postępować ze swoją głową.
        - Wykoszerować umysł?
        - Tak. Właściwie to jest cały przepis na twój rosół.
        - I na życie...
        - Owszem, i na życie. Bo życie to rosół, a rosół to życie – Rabi
        zaśmiał się i dalej ciągnął melodyjnie: Koszerność nie jest pojęciem
        spożywczo-gastronomicznym, lecz duchowym. Należy do pojęć
        proweniencji moralnej. Dotyczy; stroju, zachowania, sposobu
        mówienia, w końcu umysłu. By być dobrym Żydem nie wystarczy
        koszernie jeść, trzeba przez całe życie koszerować swój umysł, serce
        i duszę. Wiesz o czym mówię? Oczywiście, że wiesz. Ale pozwól, że ci
        wytłumaczę na przykładzie.

        Rabi Morgemstern ruchem ręki wskazał na wnętrze synagogi i
        ciągnął dalej:

        - To wszystko, całe to oświetlone wnętrze synagogi to jest nasz
        materialny świat. Za oknem panuje ciemność. To jest świat duchowy.
        Świat duchowy pozostaje w ukryciu. Sam Bóg jest nistar [hebr.:
        ukryty]. Spójrz teraz w okno. Czy coś dostrzegasz?
        - Nic. Na zewnątrz jest ciemno.
        - Na pewno nic nie widzisz patrząc w okno?
        - Owszem, widzę jedynie odbijające się w szybie wnętrze synagogi.
        - No właśnie. Tak to jest. Spoglądamy w okno, a widzimy tylko
        odbicie świata materialnego. Kiedy ten świat zalewa rzęsiste
        światło, szyba w oknie jest jak lustro. Podejdź do okna i powiedz co
        teraz widać.
        - Nadal to samo, ale widzę też swoje własne odbicie. Poza tym szyba
        jest brudna.
        Na ławce leżała zmięta strona gazety Hamodija, zacząłem wycierać
        zakurzoną szybę.
        - I co lepiej widać?
        - Owszem, ...lepiej widzę siebie.
        - Tak właśnie często robimy. Polerujemy okno duszy, li tylko po to
        aby lepiej dojrzeć siebie. Dopóki jest „Ja”, nie ma miejsca dla
        tajemnicy spotkania z Innym. A co tak naprawdę powinieneś zrobić,
        żeby zobaczyć to co na zewnątrz spowija mrok?
        - Wyłączyć światło.
        - Tak. – Rabi wstał i przekręcił kontakt, zapanowała zupełna
        ciemność – Kiedy twój wzrok przyzwyczai się do ciemności, gdy nie
        będziesz zaabsorbowany oglądaniem świata wokół siebie i czubka
        własnego nosa odbijającego się w szybie, dojrzysz to co jest po
        drugiej stronie ulicy.

        Po drugiej stronie ulicy była synagoga chasydów Toldos Aharon.
        Wiedziałem to, ale teraz, też widziałem. Jej szare mury i półokrągłe
        okna rysowały się w mroku zupełnie wyraźnie.

        - Myślisz, że to już koniec? Że to wystarczy? To że widzisz, nie
        znaczy że wiesz. Masz też inne zmysły poza wzrokiem. Uruchom je.

        Otworzyłem okno na oścież i wciągnąłem zapach nocnej ulicy.
        Gdzieś pieczono chleb. Może w pobliżu była piekarnia, lub jakaś
        gospodyni piekła chałę na szabat? Otwierając, zatem okno duszy wiemy
        więcej, nie tylko widzimy, ale i czujemy.

        - A co ze zmysłem dotyku? Twoje poznanie nie będzie kompletne jeśli
        nie dotkniesz tego co widzisz, nie namacasz chropowatej ściany, nie
        poczujesz zimnych kamieni. Otwórz szerzej okno i wyjdź na ulicę.

        Posłusznie wgramoliłem się na parapet i zeskoczyłem na chodnik.
        Rabi Morgenstern wyjrzał za mną przez okno z miną człowieka, któremu
        udał się dobry kawał.

        - Żyjesz?
        - Beezras Haszem rabi. [hebr.: Z pomocą bożą, rabi.]
        - Boruch Haszem. [hebr.: Dzięki Bogu.] A teraz wejdź tu z powrotem.
        Tylko po ludzku, przez drzwi.

        Kiedy wszedłem do synagogi rabi siedział w ławce i coś pisał.
        Kiedy skończył, wręczył mi kartkę z tajemniczym uśmiechem.

        - Tu jest przepis na twój rosół.
        ......................................................c.d.n.
        • aniouek1 c.d.....Na kartce było napisane..... 23.11.08, 20:03
          Na kartce było napisane ołówkiem jedno zdanie:

          „Wyrób sobie nawyk podśpiewywania przy gotowaniu rosołu, a twoja
          zupa nabierze pogody ducha i blask rozjaśni jej złote oka i oblicza
          tych którzy ją jedzą.”

          - To wystarczy rabi?
          - Powinno. Ale na wszelki wypadek odwróć kartkę.

          Po drugiej stronie widniało:

          „Przyjmij też zwyczaj tańczenia dookoła pieca na którym stoi garnek.
          Taniec rozprasza przygnębienie i wypędza troski z rosołu.”

          - Dziękuję. To znacznie więcej niż przepis na zupę.
          - Nie interpretuj tego aż tak głęboko alegorycznie. To proste
          prawdy. Radość przy gotowaniu nie jest czymś przygodnym i
          bezwartościowym. Jest podstawowym składnikiem każdej potrawy. Jest
          najważniejszą przyprawą. Dzięki niej, każdy kto zje twój rosół, nie
          tylko naje się, nie tylko poczuje wspaniały smak, ale nakarmi
          również duszę i swojego Anioła. Radość jest dobra dla duszy.

          Rabi Morgenstern popatrzył w roztargnieniu na zegarek. Było już
          chyba bardzo późno.

          - O czym rozmawialiśmy?
          - O tym, że radość jest dobra dla duszy... – przypomniałem i
          zerknąłem na kartkę. Zdumiony spostrzegłem, że zamiast tekstu, który
          przed chwilą czytałem, na kartce była wypisana zupełnie inna myśl:
          „Radość jest dobra dla duszy, a zatem, za wszelką cenę unikaj
          przygnębienia. Jeśli nie możesz sobie z nim poradzić, nie gotuj!
          Chyba nie chcesz otruć domowników?”

          Stałem zupełnie zdezorientowany.

          - Przewróć na drugą stronę i czytaj dalej.

          - „Przygnębienie jest źródłem wszystkich chorób i dolegliwości.
          Kiedy gotujesz spoczywa na tobie wielka odpowiedzialność; oto przed
          tobą leży na stole połówka świeżego kurczaka. Został przebadany
          przez weterynarza i rabina: był zdrowy i jest koszerny. Nie po to ci
          dwaj napracowali się, a zwierze dało gardła pod rzeźnicki nóż, byś
          ty wszystko zepsuł.”

          - Rabi, dałeś mi... zaczarowaną kartkę?
          - To zupełnie zwyczajna kartka. Są na niej odpowiedzi na twoje
          pytania.
          - Jak długo ta kartka zamierza udzielać odpowiedzi?
          - Dotąd, dokąd ty będziesz miał pytania. Czyli... zawsze. Żebyś już
          nigdy nie mówił że nie masz pytań! Dokąd ziemia nosi człowieka, on
          nosi swoje pytania. Na koniec, ale dopiero na koniec, przychodzi
          Wielka Odpowiedź. Tak jak jest napisane w Pirkej de Rabi
          Eliezer: „Gdy dusza wychodzi, nastaje pokój. Kończą się pytania.
          Przychodzi Odpowiedź”. Zaj gezunt! [jid.: Trzymaj się!]

          Rabi Morgenstern wyciągnął rękę na pożegnanie.

          - Lehitraot rabi! [hebr.: Do zobaczena rabi.]
          - Lehitraot. Lech le-szalom! [hebr.: Do zobaczenia. Idź w pokoju.]

          Wyszedłem nieco oszołomiony. W powietrzu czuć było nadciągający
          świt. Po kilku krokach obejrzałem się. Na tle grafitowego nieba
          widniała synagoga Ksaf Sofer, a w jednym z okien stał rabi
          Morgensztern. Czyżby chciał powtórzyć numer z wychodzeniem na ulicę
          przez okno? Lecz on pomachał ręką, delikatnie odbił się od parapetu
          i zamiast zeskoczyć na chodnik poszybował w górę. Zatoczył koło nad
          dzielnicą Bat Ungarit i pofrunął w kierunku synagogi amszynowskich
          chasydów.

          Jakub Skrzypczak
          03.11.2008.
          ----------------------------------------------------------
          Źródło: Jewish.org.pl Portal spolecznosci zydowskiej
    • aniouek1 O...talentach - Ks. Eugeniusz Burzyk 23.11.08, 20:14
      33. Niedziela Zwykła – Rok A, Mt 25, 14-30

      W opowiadaniu Mrożka człowiek chce sprzedać siebie jako niewolnika.
      Kiedyś należał do państwa komunistycznego, więc teraz został bez
      właściciela. Kupujący stwierdził, że nie może go nabyć, bo skoro
      państwo się rozpadło, jest wolnym człowiekiem. Niedoszły niewolnik
      rozpłakał się, mówiąc z wyrzutem: – Dlaczego mi pan przypomina o
      moim nieszczęściu? .

      Sługa, który zakopał w ziemi otrzymany talent, tłumaczy, że zrobił
      to ze strachu przed jego utratą. A przecież wystarczyło powierzyć
      otrzymane pieniądze bankierom – w takim przypadku ryzyko byłoby
      minimalne. Człowiek o mentalności niewolnika nie jest zdolny do
      najprostszej inicjatywy. Paraliżuje go najmniejsze ryzyko, które
      widzi w każdym działaniu.

      „Człowiek! Żyje, lecz nie dysponuje swoim życiem; myśli, ale nic nie
      wie; żyje w stadzie, choć jest indywidualistą; jest
      indywidualnością, ale nie potrafi żyć samotnie; […]. Największy
      jednak kłopot polega na tym, że narzuca sobie prawa, a nie jest w
      stanie ich przestrzegać: jest więc zmuszony żyć w kłamstwie i
      pogardzie dla siebie” – pisze Imre Kertész.


      Ks. Eugeniusz Burzyk
      eb@kuria.bielsko.pl
      16 listopada 2008 - Niedziela

      ------------żródło: www.diecezja.bielsko.pl/index.php?
      pokaz=szkice&id=551

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka