Dodaj do ulubionych

Nauka w liceum

03.11.09, 19:21
Mam pytanie do osób, które wiedzą coś o tym jak wygląda nauka w
liceum.

Przeglądając opinie o róznych liceach, o tych z pierwszej i
ostatniej dziesiątki, najczęsciej spotykałam się z następująca
opinią: "moja szkoła nie uczy, tylko wymaga i sprawdza, a uczyć
musisz się sam we własnym zakresie"

Czy to przesadzone opinie?
Edytor zaawansowany
  • Gość: menodo IP: *.adsl.inetia.pl 03.11.09, 21:20
    Chyba w zadnym liceum nie wystarcza tylko uwazac na lekcji i odrabiac prace
    domowa - jak w podstawowce. Szkola srednia to juz pora na samodzielna prace i ja
    nie widze nic zlego w tym, ze ktos spedza sporo czasu nad ksiazkami w domu albo
    w bibliotece.
    Natomiast roznica miedzy dobrymi a zlymi szkolami polega chyba na tym, ze w tych
    drugich niewiele dzieje sie na lekcjach, nauczyciele nie inspiruja, nie pomagaja
    uczniom w zrozumieniu trudniejszych zagadnien,czesto tez nie maja zadnego
    pomyslu na motywowanie uczniow poza stawianiem im jedynek.


  • nchyb 03.11.09, 21:58
    >>tylko wymaga i sprawdza, a uczyć
    >>musisz się sam we własnym zakresie

    to już bardziej czasy studenckie jak dla mnie...
    nauka w liceum ma na to nakierować, ale nie wyłącznie wymagać. To
    bardziej dla mnie objaw braku umiejętności nauczania
    --
    Kryminały i sensacje
  • joa66 03.11.09, 23:32
    Ja zgadzam się z tym, że w liceum powinno byc więcej samodzielnej
    pracy, ale chyba na bazie tego, czego nauczy szkoła (oczywiście poza
    pasjami, ale to juz inna historia).

    No i jestem ciekawa czy to taki powszechny problem ograniczenia się
    nauczycieli TYLKO do sprawdzania wiedzy, czy to po prostu bardzo
    subiektywna( mimo, że powszechna ) opinia młodzieży w okresie buntu;)
  • Gość: menodo IP: *.adsl.inetia.pl 04.11.09, 08:48
    > No i jestem ciekawa czy to taki powszechny problem ograniczenia się
    > nauczycieli TYLKO do sprawdzania wiedzy, czy to po prostu bardzo
    > subiektywna( mimo, że powszechna ) opinia młodzieży w okresie buntu"

    Duzo takich informacji slyszalam np. od uczniow Jezioranskiego. Nawet na forum
    szkolnym czytalam dyskusje na ten temat. Podobnie w Zamojskim.
    Uczniowie na dzien dobry zalewani sa lawina jedynek. Sprawdziany nijak sie maja
    do wiedzy przekazywanej na lekcjach. Dwa lata "wyjete z zyciorysu" a i tak w 3
    klasie wiekszosc bierze korepetycje.
    Szczerze mowiac mam do tych opinii troche sceptyczny stosunek.
    Moja corka w liceum tez ma duzo slabsze oceny niz w gimnazjum, mimo ze duzo
    wiecej sie uczy. Ale jakos nie ma o to pretensji do nauczycieli. Moze to kwestia
    jej stosunku do stopni, moze dlatego, ze w jej szkole nauczyciele wysoko
    podnoszac poprzeczke, jednoczesnie wspieraja uczniow i bardzo ich szanuja.
  • joa66 04.11.09, 09:54
    Problemu stopni w liceum i tak nigdy nie zrozumiem (skoro stopnie na
    tym etapie edukacji nie są do niczego potrzebne, a wiedza - i
    owszem).

    Ale jeżeli faktycznie wiele (większość?) nauczycieli nie uczy tylko
    zadaja i sprawdza, to po co marnować czas w szkole - ładnych kilka
    godzin dziennie. Wystarczy przychodzić na sprawdziany raz na tydzień
    czy dwa tygodnie.
  • Gość: menodo IP: *.adsl.inetia.pl 04.11.09, 10:41
    Ja troche rozumiem problem stopni - np. w sytuacji kiedy uczen duzo pracuje a
    efekty tej pracy oceniane sa jako mierne albo kiedy slabym ocenom towarzysza
    komentarze w stylu "nie myslisz".

    Zanizanie uczniom poczucia wlasnej wartosci uwazam za najwieksza wade polskich
    szkol a w tym specjalizuja sie szkoly publiczne.
    Moj syn po Bednarskiej nie moze wyjsc ze zdumienia z jakimi "deficytami
    emocjonalymi" na najbardziej wypasione kierunki UW trafiaja absolwenci
    renomowanych liceow.
  • Gość: Hawa IP: *.nat.umts.dynamic.eranet.pl 04.11.09, 14:54
    Tak miałam w publicznych liceach (jedno bardzo średnie, drugie trochę lepsze).
    Nauczyciele redukowali swój wkład do minimum, bywali nieuczciwi, nie
    dotrzymywali terminów ("Taaa, no bo wy to niby jesteście zawsze w porządku? Ja
    też nie muszę"), nie chcieli rozmawiać, a jedną z ulubionych odzywek było "a co
    mnie to obchodzi?" (ktoś mi mówił, że na Myśliwieckiej bywa: "Sorry, Batory").
    Ja się właściwie nie dziwię, dużo uczniów, mało pieniędzy, napięty plan.
    Jestem teraz w bardzo nieelitarnej, choć małej szkole społecznej, i za żadne
    skarby nie chciałabym wrócić do państwowej. Mogę pójść ze wszystkim do każdego
    nauczyciela, nawet takiego, który mnie nie uczy. Zadaję pytania, otrzymuję
    wskazówki.Kontakt mailowy, wymiana literatury, przygotowanie do olimpiad.
    Maksimum wsparcia w każdej sprawie.
    Przyznaję : uczyć się nie trzeba,żeby nie zdać do następnej klasy trzeba
    naprawdę zasłużyć. Szkoła nie zmusza do pracy. Ale jeśli ktoś ma ochotę na
    rozwój intelektualny, to otwierają się przed nim duże perspektywy indywidualnej
    współpracy z nauczycielem. Stopnie są wyższe niż stawiane w publicznych
    szkołach, ale przede wszystkim dlatego, że nikt NIE CHCE nas u*upiać. Jeżeli
    ktoś nie zdaje / ma pały to na własne życzenie,a nigdy dlatego, że ktoś "się
    uwziął".
    Jedyna nauczycielka, która wydaje się nie rozumieć systemu rządzącego tą
    placówką jest "dochodząca"- pracuje większość czasu w szkole publicznej.

    Pewnie, że czasem tęsknię za rytmem i dyscypliną państwowego LO i wkurzam się
    gdy nauczyciele są aż nadto tolerancyjni (co innego luz, co innego "olewactwo" i
    totalny brak zahamowań w sferze savoir vivre). Jednak te i inne wady są
    całkowicie rekompensowane przez szacunek nauczycieli do uczniów i poczucie, że
    szkoła zawsze jest po mojej stronie.
  • joa66 04.11.09, 18:41
    Też jestem ciekawa, ale podejrzewam, że to dotyczy większości szkoł
    społecznych.
  • Gość: Hawa IP: *.nat.umts.dynamic.eranet.pl 04.11.09, 19:40
    LOS 17 ul. Batorego
  • marina2 05.11.09, 08:37
    mam niewielkie doświadczenie co do nauki w lo-dopiero pierwsze dziecko uczęszcza.
    problemem nie jest jakieś na silę usamodzielnianie ucznia.na to absolutnie
    dziecko nie narzeka.
    może chodzi do fajnej szkoły?
    prawdziwym problemem jest siatka godzin ,która w 2kl.sięga absurdalnego zenitu
    50godz tygodniowo.trzy razy w tyg dziecko kończy o 17.10.w domu ląduje nieco
    przed 18.
    problem to fakt,ze liceum trwa 3 a nie 4 lata.wrrr
  • Gość: menodo IP: *.adsl.inetia.pl 06.11.09, 10:39
    Gość portalu: Hawa napisał(a):
    > Pewnie, że czasem tęsknię za rytmem i dyscypliną państwowego LO i wkurzam się
    > gdy nauczyciele są aż nadto tolerancyjni (co innego luz, co innego "olewactwo"
    > i
    > totalny brak zahamowań w sferze savoir vivre). Jednak te i inne wady są
    > całkowicie rekompensowane przez szacunek nauczycieli do uczniów i poczucie, że
    > szkoła zawsze jest po mojej stronie."

    Mialam podobne zastrzezenia do szkoly, do ktorej chodzil moj syn, zreszta on
    takze je mial , mimo ze swoja szkole nadal kocha i zawsze jej broni. Natomiast
    moja corka chodzi do panstwoego liceum o znacznie wyzszym poziomie oczekiwan
    wobec savoir vivre'u uczniow, a mimo to uwielbia ja i "skacze do gardla"
    swojemu bratu, kiedy ten mowi, ze to szkola dla kujonow itd.:)
  • joa66 06.11.09, 13:10
    Ja mam bardzo mieszane uczucia.

    Jeżeli chodzi o sam poziom wiedzy, wierzę, że moje dziecko jest w
    stanie osiągnąć podobny bez względu na to czy jest to szkoła
    państwowa czy społeczna.

    Ale kiedy myślę o tzw. rozwoju społecznym jestem rozdarta pomiędzy:

    - nauką w mniej sprzyjających warunkach społeczno-emocjonalnych
    (oczywiście mam ograniczone granice zrozumienia) i szansą poznania
    szkoły państwowej przez syna (mam wątpliwości czy przejście
    praktycznei całej edukacji , poza wyższą, w systemie społecznym jest
    najlepszym rozwiązaniem)

    a

    - nauką w szkole przyjaznej, stymulującej intelektualnie.

    W obu przypadkach coś zyskuje i coś traci.
  • Gość: menodo IP: 81.219.158.* 10.11.09, 11:04
    > Ale kiedy myślę o tzw. rozwoju społecznym jestem rozdarta pomiędzy:
    >
    > - nauką w mniej sprzyjających warunkach społeczno-emocjonalnych
    > (oczywiście mam ograniczone granice zrozumienia) i szansą poznania
    > szkoły państwowej przez syna (mam wątpliwości czy przejście
    > praktycznei całej edukacji , poza wyższą, w systemie społecznym jest
    > najlepszym rozwiązaniem)
    >> a
    >> - nauką w szkole przyjaznej, stymulującej intelektualnie.
    >> W obu przypadkach coś zyskuje i coś traci."

    Znam sporo dzieci, ktore po latach niepublicznej edukacji (czasem od
    przedszkola) przeszly do panstwowych liceow i swietnie sie tam odnalazly. Wez
    pod uwage, ze szkoly publiczne takze sie zmieniaja.
    Madrzy dyrektorzy zaczynaja rozumiec, ze liceum to cos innego niz 3-letni kurs
    przygotowujacy do matury. Nie wystarczy juz opinia szkoly "skutecznej" aby
    przyciagnac do niej najzdolniejsza mlodziez.
    Pokazuja to na przyklad progi punktowe, ktore nie pokrywaja sie zupelnie z
    miejscem szkoly w rankingu. Czy do najlepszej w Warszawie szkoly wystartowaly
    tlumy olimpijczykow? Nie, wystarczyl jeden artykul w GW, aby rozgrzac dyskusje
    wsrod mlodych ludzi na temat sensu edukacji w takich warunkach. Czy zeby zdac
    swietnie mature z wosu i historii trzeba miec 3-lata wyjete z zycia? Oczywiscie
    ze nie, bo swietnie zdana matura moze byc rowniez uwienczeniem 3 lat spedzonych
    w szkole milo, ciekawie i bez uszczerbku na psychice.

    Szkoly rozumieja juz, ze ich byc albo nie byc (takze - utrzymanie opinii szkoly
    renomowanej) zalezy od decyzji kandydatow, ktorzy maja o wiele wiekszy wybor i
    dostep do informacji niz kiedys (tradycyjne media, portale spolecznosciowe). Nie
    wystarczy im pokazanie palcem w tabelce odpowiedniego miejsca, aby zachecic ich
    do wyboru konkretnego liceum.
    Zmienia sie takze pokolenie rodzicow, ktorzy pamietaja jeszcze swoje chamskie
    szkoly, ale zyja juz w nowych czasch, gdzie obowiazuja juz inne standardy w
    relacjach miedzyludzkich. Moja tesciowa pamieta, ze kiedy chodzila na wywiadowki
    do swoich synow nauczyciel siedzial a ona stala; po kazdym takim seansie wracala
    zdruzgotana psychicznie do domu. Do tego samego liceum chodzi obecnie jej
    wnuk, ktorego rodzice wraz z innymi doprowadzili do zmiany wielu zastanych zasad
    w tej szkole, takze savoir vivre'u w relacjach nauczyciel-rodzic...

    Mowie o tym dlatego, ze dla wielu rodzicow to, co zlego dzieje sie w szkolach
    jest sytuacja niereformowalna. A to nieprawda. Bardzo wiele rzeczy zalezy od
    uczniow (np. od samorzadu szkolnego) a takze od rodzicow (rada rodzicow,
    fundacje dzialajace przy szkolach).Mialam takie doswiadczenia w gimnazjum mojej
    corki - dzieki wspolpracy niezadowolonych rodzicow udalo sie osiagnac wiele
    rzeczy poczatkowo niemozliwych do zalatwienia.A byla to placowka rejonowa, ktora
    nie musi zabiegac o uczniow, bo oni sa na nia skazani.



  • joa66 10.11.09, 13:14
    Zdaję sobie z tego sprawę, dlatego jest remis. Gdybym myślała, że
    atmosfera w szkołach publicznych jest fatalna, nie musiałabym się
    nad niczym zastanawiać.

    Myślę, że u nas w dużym stopniu los roztrzygnie (czyli to gdzie się
    dostanie):)

    Dobrze, że szkoły się zmieniają na lepsze. Myślę jednak, że postawa
    nauczyciela, jego stosunek do ucznia, to rzecz najtrudniejsza do
    negocjacji, bo często bardzo delikatna. Można walczyć o remont
    łazienki i wyższy poziom z matematyki, trudniej walczyć z chamstwem
    (niektórych) nauczycieli:)
  • Gość: menodo IP: 81.219.158.* 10.11.09, 13:38
    "Można walczyć o remont
    > łazienki i wyższy poziom z matematyki, trudniej walczyć z chamstwem
    > (niektórych) nauczycieli:)"

    Z chamstwem albo absurdalnymi zasadami tez mozna i powinno sie walczyc. To nie
    jest tak, ze w dzisiejszych czasach nauczyciel ma wladze absolutna nad uczniem -
    ma jej tyle, ile na to pozwalaja przyjete w szkole zasady, a to w duzym stopniu
    zalezy od spolecznosci uczniow i rodzicow.
    Moja corka ma sporo kontaktow z kolegami z dawnego gimnazjum. I na przyklad - w
    jednej ze szkol nieobecnosc w dniu zapowiedzianej klasowki oznacza jedynke, przy
    czym pisanie w drugim terminie oznacza koncowa ocene usrednina...Czy to nie
    absurd? Mamy sezon grypowy - i co, chory czlowiek ma sie dodatkowo martwic
    konsekwencjami jakie z tego powodu poniesie w szkole?
    Ale uczniowie tej szkoly wcale nie protestuja, uwazaja, ze trudno, tak musi byc,
    jak ktos chory to bierze trzy aspiryny i idzie na klasowke.
    Jestem przekonana, ze gdyby chcieli zmienic te zasady to by jej zmnienili.
    Zwlaszcza w obliczu grozacej nam podobno pandemii.
  • Gość: menodo IP: 81.219.158.* 10.11.09, 14:20
    Zeby bylo jasne to ja nie mam nic przeciwko zamoznym ludziom:)
    Ani przeciwko temu, ze na edukacje dzieci, rozwoj, zycie w komforcie a nawet
    zachcianki przeznaczaja duzo pieniedzy. Sama to robie na miare wlasnych raz
    mniejszych, raz wiekszych mozliwosci i nie obchodzi mnie, jak oceniaja to inni.
    Natomiast nie poslalabym swojego dziecka do bardzo slabej szkoly prywatnej,
    gdzie jedynym kryterium przyjecia jest oplacenie czesnego.
    Martwi mnie, ze w tym kierunku podaza Bednarska. Po tegorocznej rekrutacji -
    kiedy okazalo sie, ze szkola bedzie musiala wynajac lokal, w dodatkowym terminie
    dostaly sie dzieci, ktore nie zdaly egzaminu a do zadnej dobrej publicznej nie
    mialy szans.

    Co do wycieczek i innych ekstra wydatkow w szkolach niepublicznych - one sie
    zwiekszaja w liceum. Moj syn nie pojechal np. na wyprawe do Mongolii czy Indii,
    ale akurat mu nie zalezalo, wiec nie bylo z tym problemu. I tez - zeby bylo
    jasne: nie mam nic przeciwko nawet bardzo drogim wycieczkom dla dzieci
    organizowanym przez szkole. Sama zastanawiam sie nad wyslaniem corki do szkoly
    jezykowej w Bostonie, bo jestem w stanie placic za edukacje, ale za lunche w
    knajpach dla licelistki juz nie.

    Slowem: problem tylko, czy ta szkola poza tym ze jest fajna i przyjazna (trudno
    zeby nie byla) rzeczywiscie rozwija, stymuluje intelektualnie uczniow, no i czy
    ci uczniowie dobierani sa wg kryterium innego jesczze poza oczwistym
    finansowym. Moim zdaniem w wieku licealnym bardzo wazne jest srodowisko kolegow
    - bo to czas, kiedy mlodzi zaczynaja wychodzic z domu, wiec wazne - z kim
    wychodza, dokad, po co, no i za ile:)

    Joa, podejrzewam ze Twoje dziecko chodzi do jednej z najlepszych szkol
    spolecznych, w dodatku jest jeszcze w gimnazjum, wiec male masz szanse poznac
    aroganckich mlodocianych burakow z kieszonkowym wielkosci pensji nauczyciela.


  • joa66 10.11.09, 15:29
    No więc ja obserwuję i myślę. Mam jeszcze sporo czasu, poza tym
    powiedzmy sobie szczerze - do mnie należy decyzja czy płacić czy
    nie, reszta do syna, CKE i tak dalej. Zobaczymy. Rozterki są wtedy
    kiedy jest wybór , zwłaszcza tak niejasny jak na tym etapie rozważań.
    Ale dobrze wiedzieć, że w razie czego są takie szkoły jak szkoła
    Hawy, na którą można się zdecydować później. Oczywiście nie jest to
    ideał (mam na myśli te historie ze sweterkami versace itp), ale zła
    chyba też nie jest.
  • Gość: znikomek IP: *.icm.edu.pl 12.11.09, 07:56
    >menodo
    Zupełnie nie rozumiem Twojego zdumienia - czego się spodziewałaś po zespole
    szkół w którym po 20 latach istnienia żaden z budynków nie jest jest własnością
    szkoły.
    Jeśli uzmysłowisz sobie fakt że "Bednarska"
    opuszcza swoją siedzibę na Powiślu za dwa lata nietrudno będzie pojąć że ta szkoła
    gotowa jest przyjąć każdego kto tylko zapłaci - nawet honorowego prezesa Klubu
    Kompletnych Kretynów.
    Bez względu wyniki matur i ostateczny ranking liceów - żałość, marność i lipa.
    Kiedyś by dostać się
    do tej budy trzeba było być - dziś wystarczy mieć......
    Szkoda.
  • Gość: menodo IP: 81.219.158.* 12.11.09, 13:58
    Ja nie jestem zainteresowana tym, by psuc opinie Bednarskiej, bo wiele
    zawdziecza tej szkole moje dziecko.
    Natomiast boli mnie i zwyczajnie wkurza, kiedy slysze:
    "Moj dzieciak nie ma szans, aby dostac sie do "prestizowego liceum publicznego",
    no ale zawsze jest Bednarska.

    Bo kiedys bylo tak:
    "Mam bardzo zdolne dziecko, swietnie sie uczy, ale obawiam sie, ze w publicznym
    liceum nie znajdzie odpowiednich warunkow dla rozwoju swoich talentow. Jesli
    zda bardzo trudny egzamin na Bednarska, najwyzej sie zadluzymy albo ograniczymy
    swoje wydatki na codzienne zycie".
  • Gość: znikomek IP: *.icm.edu.pl 16.11.09, 08:06
    Zgoda, ja też nie jestem zainteresowany ale mierzi mnie gdy słyszę:
    Nie martw się Maciusiu nie dostałeś się do Reja, do Witkacego nie masz szans ale
    weźmiemy pożyczkę i ukończysz renomowaną Bednarską (autentyczne... niestety).
    Co do rozwoju talentów - nie przesadzaj. Poziom nauczania na Bednarskiej
    znacznie się w ostatnich latach obniżył. Rozwój talentów w tej szkole to
    niestety kolejny mit. Nie przypadkiem w ostatnich latach z Bednarską rozstało
    się wielu znakomitych nauczycieli, nie godząc się na dalszy spadek poziomu,
    formę i styl rekrutacji, "profile", brak możliwości wykonywania doświadczeń w
    pracowniach przedmiotowych. I znów napiszę. Szkoda
  • joa66 16.11.09, 09:01
    Z tego co wiem na Bednarską są egzaminy ( a wolnych miejsc niewiele,
    bo większość jest zajęta przez absolwentów Raszyńskiej). Podobno
    osttania rekrutacja była dziwna, ale i tak trudno mi uwierzyć, że
    wystarczy wziąć pożyczkę (pomijając już fakt techniczny, że po co
    brać pożyczkę na coś, na co i tak płaci się co miesiąc;) )
  • Gość: znikomek IP: *.icm.edu.pl 16.11.09, 10:48
    Trudne Egzaminy na "Bednarską"? A naturalnie są. Ba zawsze były. I dalibóg nikt
    nie pisał że jest inaczej.
    Rekrutacja? Ostatnimi czasy dziwna nieco ale też jest. I znów nikt nie pisał że
    jest inaczej.
    Pożyczka? Powiedzmy inna forma kredytu u bliższej lub dalszej Rodziny ;)
  • Gość: gosc IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.11.09, 11:19
    Gość portalu: znikomek napisał(a):

    > Trudne Egzaminy na "Bednarską"? A naturalnie są. Ba zawsze były. I dalibóg nikt
    > nie pisał że jest inaczej.

    jasne tak jak na raszyńską;-)

    > Rekrutacja? Ostatnimi czasy dziwna nieco ale też jest. I znów nikt nie pisał że
    > jest inaczej.
    i tez jak wyzej ale i tak dostaje sie ten kto ma sie dostac;-)
  • Gość: znikomek IP: *.icm.edu.pl 16.11.09, 11:33
    Heh a po geniuszach z "Raszu" nieliczne "miejskie" nieloty kiwi pędzą na
    "Bednarską" by tam rozwinąć rachityczne skrzydełka i wysilić nieco ptasie
    móżdżki. Zdają (lub nie) egzamin i są (lub nie - niepotrzebne skreślić) w
    elitarnej warszawskiej szkole. Cudne i jak zawsze wszystko w Rodzinie ;)
    Komercja żyje i ma całkiem się nieźle.
  • Gość: gosc IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.11.09, 14:13
    niestety poszli na ilosc gubiąc po drodze jakość
  • Gość: znikomek IP: *.icm.edu.pl 17.11.09, 08:09
    Niestety.....
    ale oddajmy honory i milusińskim. Dorzucili do degrengolady na "Bednarskiej" i
    "Raszu" swoje 3 grosze.
    "Grabaż" śpiewał niegdyś w Jarocinie:
    "Łatwa muzyka i debilne słowa
    Oto polska młodzież zwarta i gotowa
    Listy przebojów, fascynacja kiczem
    Oto polska młodzież, która jest niczym
    Polska złota młodzież kłótliwa i słaba
    Polska złota młodzież krzykliwa i głupawa
    Bez sensu i celu, podziały i nienawiść
    Komercja, moda, pieniądze i zawiść
    Wódka, kurewki, dyskoteka, szkoła
    Oto polska młodzież spokojna i wesoła
    Brudna i śmierdząca albo czysta i schludna
    Wielka żywa masa, tępa i obłudna
    Myśląca bezpiecznie, bo tak wytresowana
    Polska złota młodzież wykończy się sama"
    Prorocze to było
  • Gość: Hawa IP: *.nat.umts.dynamic.eranet.pl 06.11.09, 18:44
    Zdecydowanie nie każdy nadaje się do bycia częścią wielkiego pedagogicznego
    eksperymentu. Do mojego LO trafia wiele osób, które okazały się nie dość
    elitarne na "pierwszą dziesiątkę". Jednak te, które czują się dobrze w
    renomowanych, publicznych placówkach raczej by się nie odnalazły. Gdy każdy
    idzie innym rytmem, w innym tempie, a rzadko które kryterium jest takie samo dla
    wszystkich , to można odnieść wrażenie, że traci się w szkole czas. O ile nie
    przyjmie się, że rozwój intelektualny to kwestia wyboru, a nie rygoru.
    W wielu świetnych liceach samo zdawanie z klasy do klasy jest n i e m a l
    gwarancją przyzwoicie zdanej matury. To daje pewne poczucie bezpieczeństwa.
    Czasem łatwiej wykonać bardzo trudne, odgórnie zlecone zadanie, niż zadać samemu
    sobie banalne i potem mu sprostać.
    Społeczna szkoła buduje i niektórych nierealistyczne wyobrażenie odnośnie do
    własnych możliwości. Fajnie usłyszeć: "Bądź kim chcesz", ale w połączeniu z
    "Bądź jaki jesteś" można dojść do mylnego przeświadczenia, że "chcenie"
    wystarcza do osiągnięcia jakiegoś celu, np. dostania się na studia. Tymczasem
    większość obleganych kierunków wymaga ciężkiej pracy, do której SAMEMU trzeba
    się zmusić. Szkoła "pomoże jak może" w zdobywaniu wiedzy, ale wyegzekwuje tylko
    minimum, które często nie wystarczy, by zdobyć wymaganą liczbę punktów.
    Bardzo cenne jest natomiast takie... "podążanie za myślą" na lekcjach
    (przynajmniej niektórych). Dobrze mieć możliwość zadawania pytań, na które
    odpowiedzi nie będą brzmiały: "nie mamy czasu! mamy bardzo napięty program!",
    "lubię dyskutować, ale nie z uczniami" albo "nie jestem encyklopedią". Tego nie
    zapewni żadna szkoła, myśląca poważnie o rankingu, zwłaszcza taka, do której
    trafiają najzdolniejsi, bo część z nich na pewno ZAWSZE będzie mieć jakieś
    pytania (nie wszyscy są przecież "szczurami" z kluczem maturalnym wgranym w tył
    głowy, jak próbują to przedstawiać artykuły krytyczne wobec elitarnych szkół).

    Podsumowując: nie ma uniwersalnej recepty. Ja podczas rozmów czasem nie mogę
    nadziwić się moim kolegom z państwowych ogólniaków, jak wytrzymują te
    "gombrowiczowskie sceny". Oni nadziwić się nie mogą jak ja wytrzymuje to
    "nowobogackie bydło". I chyba tak powinno być...
  • verdana 06.11.09, 21:25
    Jesli jestes "produktem" tego liceum, to ja chyba zacznę namawiać
    syna, aby się zastanowił nad pójsciem do niego - wydaje mi się, ze
    chodzi mi własnie o osiągniecie takiego efektu, jaki widzę na Twoim
    przykładzie.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • joa66 07.11.09, 16:52
    Hawa, dzięki. A mogę się zapytać jak ty radzisz sobie w tym
    systemie, z tym, że sama musisz zmuszac się do pracy? Jak radzą
    sobie koleżanki i koledzy z klasy?


    p.s. Domyślam się, że na etapie liceum już nikt nikomu nie dokucza
    za to, że chce się uczyć:)
  • verdana 07.11.09, 18:29
    U moich dzieci juz na etapie gimnazjium raczej (może nawet za
    bardzo) wśród kolegów cenieni byli dobrzy uczniowie - szczególnie
    wsród dziewczynek. Wiec jakos nie sadze, aby w społecznym LO bylo
    inaczej.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • Gość: Hawa IP: *.nat.umts.dynamic.eranet.pl 07.11.09, 21:26
    Będę zwracała się do wszystkich zgodnie z kanonami netykiety, pomijając "panie"
    (zaznaczam to, bo z dyskusji na forum dość jasno wynikają przedziały wiekowe, w
    jakich znajdują się jego użytkownicy).

    Ja radzę sobie bardzo dobrze, ale ja w ogóle wolę iść sama (tzn. nie w grupie).
    Najlepiej się czuję w systemie mistrz-uczeń, a taka relacja tworzy się czasem na
    potrzebę rozwiązywania konkretnych problemów.
    Dlatego pewnie nie przeszkadza mi tak bardzo brak integracji z grupą - nie
    podejrzewam, żebym z kimkolwiek utrzymała kontakt po skończeniu szkoły.
    Nie będę pisać, że mój "brak łączności" to wina piętnowania chęci do nauki przez
    społeczność szkolną, bo wcale nie jestem tego pewna. DLA MNIE to żaden problem,
    bo jestem zupełnie nietowarzyska. Nie uważam jednak, żeby zjawisko negatywnego
    postrzegania "kujonów" znikało - ono występuje nawet na studiach.
    Natomiast każdy rocznik jest inny. To, czy człowiek "się uczący" będzie miał
    udane życie społeczne nie zależy od szkoły, tylko od ludzi jacy akurat się
    trafią. A to jest zupełna loteria, bo przyjmują praktycznie wszystkich. Mogą
    przyjść uczniowie przyciągnięci sześcioma godzinami języków obcych tygodniowo, a
    mogą przyjść tacy, którzy ze sprawdzonego źródła wiedzą, że tu się nie napracują.
    Nie ukrywam, że miejscami zachowanie młodzieży (mierzi mnie to słowo nieziemsko)
    wygląda tak, jak z lekcji historii na Bednarskiej, znane na forum z opowieści
    Ratyzbony.
    Jeśli chodzi o mnie, to fenomen widzę w moim podejściu do nauczycieli, które
    zmieniło się diametralnie. Przynajmniej trzy osoby działają na mnie
    opiniotwórczo w stopniu tak dużym, że aż sama się dziwię. Mają autorytet
    wynikający z wiedzy i postawy wobec swojej pracy zawodowej. Szczerze mówiąc,
    nigdy wcześniej nie szanowałam żadnego nauczyciela (co oczywiście nie jest
    równoznaczne z demonstrowaniem pogardy, choć wiązało się nieraz z konfliktami).


    Verdano - przy podejmowaniu decyzji odnośnie do szkoły warto pamiętać, że do
    społecznej (no dobra, nie każdej) ZAWSZE można się przenieść. Nie chcę robić
    czarnego PR-u mojej szkole, bo dużo jej zawdzięczam, ale mówiąc uczciwie to, nie
    słyszałam, żeby komuś odmówiono. Może akurat synowi spodoba się w jakimś
    publicznym ogólniaku? Chyba, że zdecydowanie nie chcecie sobie szarpać nerwów.
    Ja i moi rodzice żałujemy tych wszystkich zmagań z publiczną edukacją, do której
    nigdy się nie nadawałam (to w dużej mierze wynika z mojego usposobienia, nie
    jestem maniaczką obwiniania systemu). Gdzieś podczytałam, że Twój syn ma ITN z
    polskiego. Jeśli faktycznie jest zainteresowany literaturą, to ma spore szanse
    stworzyć twórcze kółko wzajemnej adoracji z dyrektorem, hermeneutykiem-artystą
    (to akurat gorąco i z czystym sumieniem polecam).
  • verdana 07.11.09, 21:32
    Ta szkoła to wyjscie awaryjne:) a. Na wypadek, jak się do
    publicznego nie dostanie , b. jesli sie dostanie i sobie nie
    poradzi - mialam taki przypadek z najstarszym, bardzo zresztą
    inteligentnym, ktory w marnej prywatnej szkole rozkwitł.
    To co piszesz wydaje mi się akurat dla mojego syna, oprocz ,
    cholera, snobizmu , ktorego on nie trawi jeszcze bardziej niż ja.
    Już teraz ma tak, ze pracuje o wiele lepiej, jak nie musi.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • joa66 08.11.09, 07:17
    "oprocz , cholera, snobizmu "

    Ciekawa jestem tego mitycznego snobizmu, bo też chciałabym go
    uniknąć.

    Jest to dość popularna opinia o szkołach niepublicznych, a czego ja
    nie moge potwierdzić na podsatwie szkoły, którą znam. Nie wiem czy
    to szkoła jest wyjątkowa, czy po prostu takie opinie sa na wyrost
    krzywdzące. Większość dzieci znajomych chodzi do szkoł publicznych i
    nie widzę różnicy w zachowaniu. Jednak najwięcej wynosi się z domu
    rodzinnego, a nie ze szkoły. Tak naprawdę to co ich rózni, to
    dośwaidczenia szkolne w relacji uczeń-nauczyciel i rodzic-nauczyciel.

    Pomijając już fakt, że dzieci z naszej szkoły w wiekszości nie mają
    nawet połowy gadżetów, które są w posiadaniu znajomych dzieci ze
    szkoł publicznych.


    Na czym ten mityczny snobizm polega?


  • Gość: Hawa IP: *.nat.umts.dynamic.eranet.pl 08.11.09, 07:49
    Już tłumaczę. Słyszę czasem strzępki rozmów w rodzaju:
    "No i ogarniasz, te dżinsy 600 zł!! A to przecież VERSACE! No w śmiech wpadłam!
    Czyli hurtem można kupić...", albo
    "Oooch, co ja się miałam z tym sprowadzaniem ciuchów... A już moja stara to w
    ogóle, kupiła se sweter... no zwykły taki, byle 300 dolarów i okazało się, ze
    musi jeszcze płacić cło na dobra LUKSUSOWE, bo to kaszmir. Śmiesznie, co?"

    No i jeszcze dziesiątki barwnych historii o torebkach z węża,matczynych
    botoksach i ojcowych kochankach. Momentami jest naprawdę smutno i groteskowo.

    Dla odpowiednio zdystansowanego człowieka taka szkoła może być laboratorium
    fascynujących badań z zakresu psychologii społecznej.
    Mimo wszystko jednak szkoła to nie ZOO i jeśli odsetek normalnych w danej klasie
    jest niski, to można poczuć się osamotnionym. Ja mam niskie potrzeby społeczne,
    ale jestem w stanie sobie wyobrazić, że to może być dla kogoś problem.
  • joa66 08.11.09, 07:30
    Relacja uczeń-mistrz to coś czego chyba bym chciała dla własnego
    dziecka , bo widzę, że on czerpie ogromną siłę z takiej relacji.

    Jedną z rzeczy, której sie troche obawiam w szkołach publicznych to
    ewentualny brak możliwości dyskusji z nauczycielem na lekcjach, co
    jest ważne zwłaszcza w przedmiotach humanistycznych, poza tym po
    prostu wiem jak motywujące jest to dla syna.;)


    Zastanawiam się też nad łatwością zdobywania dobrych stopni i
    związku tego z poczuciem własnej wartości. Przecież można stawiać
    złe stopnie, kiedy ktoś na nie zasłużył, bez obrażania. A zła ocena
    jest jednak jakims sygnałem.
  • Gość: Hawa IP: *.nat.umts.dynamic.eranet.pl 08.11.09, 07:56
    No, przecież w niepublicznych szkołach są złe oceny. Nawet całkiem sporo. Po
    prostu nie ma tak, że "na czwórkę umie tylko nauczyciel". Nauczyciel umie na
    siódemkę, a celem procesu nauczania jest to, żeby adept mu dorównał. Nie ma więc
    ODGÓRNYCH przeszkód, żeby dostał piętkę, czy szóstkę.
    Jeśli zasłuży.
  • joa66 08.11.09, 10:55
    Dziękuję Ci za odpowiedź. Przerażający opis młodych ludzi. Nie
    uwierzyłabym gdyby u nas nie było jednego takiego osobnika (na 18
    osób w klasie). Było dwóch-jeden odszedł. Czyli tacy ludzie istnieja
    nie tylko w dowcipach.
  • verdana 08.11.09, 12:58
    Cóz, tacy ludzie są w kazdym wieku. Nie tylko młodzi. Dla mnie to
    może troche ponure, ale przerazajace - na pewno nie.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • joa66 08.11.09, 18:19
    A mnie jednak przeraża. I powoduje, że wg. mnie między liceum
    państwowym i niepublicznym jest remis.

    I gdyby się zdarzyło, że moje dziecko dostałoby się do wybranego
    liceum państwowego i np. na Bednarską miałabym problem.
  • verdana 08.11.09, 18:25
    W elitarnych (a i mniej elitarnych) panstwowych bywa tak samo.
    Zamożność dzieci liceów prywatnych i najlepszych publicznych jest
    zbliżona.
    Mnie mniej przeraza snobizm 'co mam" - jakos jestem przekonana o
    odpornosci mojego syna na cos takiego, od snobizmu "nie będę z byle
    kim chodził do szkoly" I tu rzeczywiscie może być róznica.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • Gość: menodo IP: 81.219.158.* 08.11.09, 22:33
    verdana napisala:
    > Mnie mniej przeraza snobizm 'co mam" - jakos jestem przekonana o
    > odpornosci mojego syna na cos takiego, od snobizmu "nie będę z byle
    > kim chodził do szkoly" I tu rzeczywiscie może być róznica."

    W slabych szkolach niepublicznych "z byle kim" oznacza z tym, kto ma mniej. I
    mnie to akurat najbardziej przeraza.
  • Gość: Hawa IP: *.nat.umts.dynamic.eranet.pl 09.11.09, 16:10
    Powiedziałabym, że większe znaczenie, niż majątek ma styl bycia i styl życia -
    ubieranie się, mówienie, sposób postrzegania rzeczywistości, stosunek do
    obowiązków, sposoby spędzania wolnego czasu, poczucie humoru etc. W środowiskach
    młodych ludzi, które często sprawiają wrażenie wręcz ultraliberalnych, kuleje
    przede wszystkim otwartość i tolerancja. Preferowany jest określony kanon
    "luzackich" zachowań i inność pod tym względem nie jest mile widziana.
    Jeżeli ktoś nie ma pieniędzy, ale aspiruje do bycia częścią jakiejś
    społeczności, to jest ok. Ale jeśli ktoś zdecydowanie inaczej widzi samego
    siebie, to może mieć towarzyskie kłopoty, niezależnie od tego, jakimi sumami
    dysponuje. I niezależnie od tego, czy ma coś przeciwko owej grupie, z którą nie
    ma wielkiej ochoty się identyfikować.
  • Gość: menodo IP: 81.219.158.* 09.11.09, 17:36
    Majatek ma znaczenie. W skrajnych przypadkach pozwala dziecku na bezstresowe
    przebrniecie przez trzyletnia edukacje, ktora co prawda nie konczy matura
    (nawet na poziomie 30 proc.) - ale daje szanse na kolejny szczebel jakiejs
    platnej edukacji. Na szczescie odbywa sie to na koszt rodzicow, a nie podatnikow.
    Biedne dzieci o podobnym potencjale chodza do rownie slabych ogolniakow
    publicznych i czesto na nich koncza swoja edukacje, bo rodzicow nie stac juz na
    oplacanie dalszej platnej juz niestety edukacji wyzszej.
  • Gość: Hawa IP: *.nat.umts.dynamic.eranet.pl 09.11.09, 17:59
    Moja wypowiedź odnosiła się do tego, jak majątek ma się do pozycji ucznia w
    grupie rówieśniczej. Nie poruszałam zagadnienia późniejszego funkcjonowania w
    społeczeństwie.

    > Biedne dzieci o podobnym potencjale chodza do rownie slabych ogolniakow
    > publicznych i czesto na nich koncza swoja edukacje, bo rodzicow nie stac juz na
    > oplacanie dalszej platnej juz niestety edukacji wyzszej.

    Wszystko to prawda, ale konkretnie jaki z tego wniosek w kontekście tego wątku?
  • Gość: menodo IP: 81.219.158.* 09.11.09, 20:20
    > Wszystko to prawda, ale konkretnie jaki z tego wniosek w kontekście tego wątku?
    >
    To sie odnosilo do wczesniejszej wypowiedzi verdany - snobizmu niechodzenia "z
    byle kim do szkoly", ale pewnie nie zabrzmialo jasno.
    Wiec inaczej i bardziej wprost.
    Wypowiedz mlodego gimnazjalisty (3 klasa) ktorego zapytalam o dalsze plany
    zyciowe. Cos mniej wiecej takiego ze ogolnie wali te testy i caly ten cyrk ze
    stopniami, bo i tak idzie prywatnego liceum, co mu obiecal dziadek... A jego
    mama ze to jakis koszmar, gdyby wiedziala, ze to tyle stresu, to i za prywatne
    gimnazjum dziadek by zaplacil, bo jednak panstwowe szkoly do straszny wyscig
    szczurow, jakies samobojstwa i narkotyki tam sa podobno.
    Zapytalam do jakiego liceum dziecko sie wybiera i uslyszalam, ze "zobaczy sie",
    ale jakiegos niedrogiego i na poziomie, zeby jednak z byle kim nie chodzilo...
    Ci ludzie reprezentuja dla mnie taki poziom buractwa, ktore miesci sie juz poza
    zakresem mojej tolerancji. Wiem, ze Verdana moze mi za to cos zrobic :)), ale
    szczerze przyznam, ze balabym sie poslac dziecko do jakiegos "niedrogiego"
    liceum prywatnego z leku, ze moglabym otrzec sie o powyzej naszkicowany swiat
    wartosci.
  • joa66 09.11.09, 21:14
    A mogłabyś rozwinąc co ta rodzina ma na mysli mówiąc "na poziomie"
    i "nie z byle kim"?

    To, co im sie nie podoba (jak wynika z twojego postu) w szkole
    publicznej (pomijając czy to uzasadnione czy nie) to stres, wyścig
    szczurów, ewentualne samobójstwa i narkotyki. Mnie też by się to nie
    podobało.
  • Gość: menodo IP: 81.219.158.* 09.11.09, 22:30
    Nie, no tu sie nie ma co zaglebiac.
    "Na poziomie" to moze znaczyc, ze z rodzicami beda sie tam liczyc, no bo w
    koncu to nie byle jacy rodzice a byle kto - to biedacy po prostu, tacy co na
    przyklad w Turcji nigdy na wczasach nie byli.

    O liceach w Warszawie to ta pani nie wiem skad ma wiadomosci, na pewno nie z
    wlasnych doswiadczen, moze cos w jakims serialu bylo na ten temat. Zreszta
    szkoly typu wyscig szczurow nie groza jej dziecku. Alternatywa dla szkoly
    prywatnej byloby raczej liceum o progu 30 punktow, a tam wlasnie chodzi "byle kto".
  • Gość: Hawa IP: *.nat.umts.dynamic.eranet.pl 08.11.09, 19:08
    Ale w publicznych szkołach jest to samo! Mam znajomych w strategicznych
    warszawskich "elitkowach" i naprawdę wszędzie się tacy trafiają. Najgorzej pod
    tym względem opisywana jest Żmichowska, ale z Batorego też słyszałam kilka
    żenujących historii.
  • verdana 08.11.09, 19:47
    Otóz to.
    Natomiast w znanej mi najlepiej, choc już nieistniejacej szkole
    prywatnej, gdzie byly naprawde niektore zamożne dzieciaki, ale z
    innymi problemami - z nauka, z zachowaniem itd - zero problemu z
    chwaleniem się co kto ma. Wlasciciele mercedesów (byli i tacy) oraz
    wlasciciele biletow autobusowych w ogole nie byli zainteresowani
    tematem co kto ma.

    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • joa66 08.11.09, 20:11
    Zgadzam się. Sama w sumie bezmyslnie przeniosłam jedna uwagę na
    temat ludzi (i to pewnie nie wszystkich) z jednego liceum na
    większośc liceów niepublicznych.
  • Gość: menodo IP: 81.219.158.* 08.11.09, 21:44
    Hawa napisał(a):
    > Ale w publicznych szkołach jest to samo! Mam znajomych w strategicznych
    > warszawskich "elitkowach" i naprawdę wszędzie się tacy trafiają. Najgorzej pod
    > tym względem opisywana jest Żmichowska, ale z Batorego też słyszałam kilka
    > żenujących historii. "

    Tylko ze w tych "strategicznych elitkowach" mozna tez spotkac mlodych ludzi,
    ktorzy wstaja o piatej rano zeby kilkadziesiat kilkometrow przejechac do szkoly
    w Warszawie. Czesto - z rodzin, ktore nie stac na szkolna wycieczke. Dzieci,
    ktore w gimnazjum wygraly dwa albo i trzy konkursy. Dla nich czesne w szkole
    niepublicznej jest suma kosmiczna, bo za 800 zl mozna wyzywic 4-osobowa rodzine...
    Takich dzieci nie mozna spotkac w superprzyjaznych szkolach prywatnych i na tym
    moim zdaniem polega przewaga szkol publicznych. Ze tu wylacznym kryterium
    przyjecia sa osiagniecia szkolne uczniow, a nie - ile zarabiaja rodzice.
    Dla mojej corki, ktora od dziecka uczy sie w szkolach panstwowych jest normalne,
    ze ktos ma ojca bezrobotnego ojca albo nie ma wlasnego pokoju. Moj syn - po
    szkolach prywatnych - dlugo nie mial kolegi, z ktorym moglby wyjechac do pracy w
    czasie wakacji; spotkal go dopiero na studiach.





























    '
  • Gość: Hawa IP: *.nat.umts.dynamic.eranet.pl 09.11.09, 18:25
    Ale sam fakt, że syn chciał pracować to pewnie zasługa zasad, według których
    został wychowany. Szkoła nie dała rady go przerobić na zmanierowanego,
    cynicznego bachora. Kiedy w domu rozmawia się o problemach społecznych i uczy
    dzieci szacunku do siebie, do pieniędzy,ale przede wszystkim do innych
    ludzi,uświadamia, że nic nie spada z nieba, a "fortuna kołem się toczy", to NIE
    MA SIŁY, żeby szkoła to zaburzyła. Chociaż z tego co opowiadają mi rodzice, to
    tan rodzaj wrażliwości potrafi zanikać pod wpływem dorobienia się dużych
    pieniędzy w dorosłym życiu ("palma").

    Pewnie, że w wieku dojrzewania bardziej się zwraca uwagę na opinię rówieśników,
    niż rodziców, ale ja po prostu NIE WIERZĘ, żeby można było stracić kontakt z
    rzeczywistością w wyniku kilkugodzinnej interakcji z laską wystrojoną w sweter z
    aligatorem. No, nie wierzę. Coś musiało być nie tak już wcześniej.

    Mam wrażenie, że postrzega się niepubliczne szkoły, jako snobistyczne, dlatego
    że trafiają do nich ludzie z rodzajem jakiegoś zaniedbania, któremu nie muszą
    być wcale winni.
    Tylko, że oni trafiają do wszystkich szkół, m.in. dlatego że w obiegowej opinii
    liceum lepiej wybrać publiczne (w przypadku gimnazjów nie jest to takie jasne),
    bo ma wyższy poziom i w oczywisty sposób wpływa na dalszą ścieżkę edukacji (nowa
    matura).

    No i trzeba pamiętać, że społeczeństwo się bogaci. Co raz więcej ludzi, nawet
    takich których obiektywnie nie uznamy za bogaczy jest w stanie sobie pozwolić
    (nie bez poświęceń) na wydanie tych kilkuset złotych. Niepubliczne szkoły
    przestały być dobrem dostępnym jedynie najbogatszym. Tak więc osoby, których nie
    stać na wycieczkę nie są żadnym egzotycznym zjawiskiem. Choć pewnie mają większy
    problem z powiedzeniem o tym otwarcie.
  • joa66 09.11.09, 18:45
    " Szkoła nie dała rady go przerobić na zmanierowanego,
    cynicznego bachora."

    Zgadzam się. Tylko co zrobic kiedy dziecko chodzi do szkoły też z
    powodów towarzyskich?
  • Gość: Hawa IP: *.nat.umts.dynamic.eranet.pl 09.11.09, 19:08
    No, to jest problem. Zwłaszcza, że w 32 osobowej klasie zawsze znajdzie się
    ktoś, z kim można się dogadać. W dwunastoosobowej- niekoniecznie.
  • joa66 09.11.09, 19:27
    No właśnie.

    I m.in. właśnie dlatego jest remis.
  • Gość: menodo IP: 81.219.158.* 09.11.09, 23:24

    "Mam wrażenie, że postrzega się niepubliczne szkoły, jako snobistyczne, dlatego
    > że trafiają do nich ludzie z rodzajem jakiegoś zaniedbania, któremu nie muszą
    > być wcale winni.
    > Tylko, że oni trafiają do wszystkich szkół"

    Tak, zgadzam sie, z tym, ze do topowych liceow publicznych (bo o nich mowimy)
    trafiaja tez inne dzieci, o ktorych wczesniej pisalam.
    Wlasnie te wysmiewane kujony, szczury bez osobowosci z wszczepionymi kluczami
    kodowymi zamiast mozgu. W szkolach publicznych jest wieksze zroznicowane
    mlodziezy - spoleczne, kulturowe, a nawet swiatopogladowe. W jednej klasie
    mozna spotkac osoby ubrane w aligatory, metalowcow, podstarzale emo, hipisow
    oraz no logo w ciuchach z supermarketu.



  • Gość: learning-to-fly IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.11.09, 01:49
    Gość portalu: Hawa napisał(a):
    >No i trzeba pamiętać, że społeczeństwo się bogaci. Co raz więcej >ludzi, nawet
    takich których obiektywnie nie uznamy za bogaczy jest >w stanie sobie
    pozwolić(nie bez poświęceń) na wydanie tych kilkuset >złotych.Niepubliczne
    szkoły przestały być dobrem dostępnym jedynie >najbogatszym. Tak więc osoby,
    których nie stać na wycieczkę nie są >żadnym egzotycznym zjawiskiem. Choć pewnie
    mają większy problem z >powiedzeniem o tym otwarcie.

    Nie przeceniałabym tego bogacenia się społeczeństwa, dla większości moich
    znajomych z liceum czy teraz na studiach te kilkaset złotych naprawdę robi
    różnice, a ogólniak kończyłam w Warszawie, studiuję w Poznaniu, więc to nie są
    najbiedniejsze rejony. Pomijając szczegół, że w regionie, z którego pochodzę
    ludzie często zarabiają równowartość tego czesnego. Wtedy nie o to chodzi, że
    nie stać kogoś na czesne i wypasioną wycieczkę (szkoły niepubliczne starają się
    mieć atrakcyjną ofertę, a do Paryża za 300 zł się raczej nie pojedzie), tylko o
    to, że albo kurtka i spodnie albo dwudniowy wypad do Warszawy. Pod względem
    przekroju społecznego szkoły publiczne są o wiele bardziej zróżnicowane i moim
    zdaniem to wielki plus. Nie chodzi o utratę kontaktu z rzeczywistością, tylko
    raczej o zatknięcie się z nią. Bo co innego wiedzieć, że ktoś gdzieś nie ma
    pieniędzy, a co innego zetknąć się z realnym problemem.
    ps. o tym, że jest jednak inaczej: u mnie w LO raczej nie było problemu z
    powiedzeniem, że nie idę/jadę, bo nie mam kasy, a nie pożyczę od nikogo, bo nie
    będę miał/ła jak oddać. Żadne wydarzenie, dziś ja, jutro ktoś inny. Najwyżej
    solidarnie impreza przenosiła się z klubu do kogoś, co zdecydowanie obniżało
    koszty;P
  • joa66 10.11.09, 13:20
    Uściślę Twoją wypowiedź o następujące informacje:

    - w szkole społecznej naszego dziecka nigdy nie było wyjazdu
    zagranicznego

    -wycieczki tygodniowe odbywają się raz w roku (podstawówka) i 2 razy
    w roku (gimnazjum, z tym, że jedno to wyjazd naukowy) , koszt rzędu
    300-400 zł.

    -czesne niecałe 1000 zł za jedno dziecko to mniej więcej
    równowartość państwowego przedszkola dla dwojga dzieci, a to nie
    oznacza bogactwa.


    -średnie wynagrodzenie w Warszawie to około 4500 zł


    Wszelkie argumenty o bogatych dzieciakach nie przemawiają do mnie.
    Często decydującym finansowo elementem jest fakt, czy w rodzinie
    jest jedno dziecko czy więcej, czy trzeba płacić kredyt za
    mieszkanie czy nie itd. Natomiast dzieci naprawdę bogatych jest
    niewiele w szkołach społecznych, większość to okolice średniej lub
    trochę wyżej.
  • Gość: learning-to-fly IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.11.09, 21:45
    Te sumy nie dowodzą bogactwa (nie napisałam, że trzeba być Kulczykiem od razu),
    ale chcąc nie chcąc właśnie sama je podając udowodniłaś, że z "przeciętnym
    środowiskiem", z natury bardzo zróżnicowanym się tam dziecko nie spotka, raczej
    "okolice średniej warszawskiej". A ze średnią jest jak z wyprowadzaniem psa,
    statystycznie po trzy nogi...
  • joa66 11.11.09, 08:08
    Tak, okolice średniej warszawskiej, bo i czesne w Warszawie jest o
    wiele wyższe niż w innych miastach i tylko tak to można porównać.

    Nie twierdzę , że średnia warszawska to biedota albo ludzie bogaci.
    Po prostu..... średnia. Nie wiem jak jest w liceach, ale uwierz mi w
    gimnazjach są dyskusje o cenach wycieczek (i np w naszym nie ma
    drozszych niz 400 zł), dzieci zatrzymuja się w ośrodkach gdzie
    toaleta jest na korytarzu, często młodsze rodzeństwo donasza ubrania
    po starszych braciach i siostrach. Wiele dzieci (w tym mój syn)
    nigdy nie miało play station, psp i tak dalej.

    Oczywiście są ludzie, których nie stać na szkoły niepubliczne mimo,
    żeby chcieli (bo zarabiają poniżej przecietnej , bo mają inne
    zobowiązania finansowe, mają więcej dzieci). Ale to nie oznacza, że
    to są szkoły dla bogatych (i też nie mam na mysli Kulczyka:) ).

    p.s. oczywiście pomijam tu sprawę priorytetów, bo to inna historia.
  • Gość: sia19 IP: 80.54.28.* 18.03.10, 11:27
    moja szkola tez duzo wymaga fakt sa nauczyciele ktorzy pomagaja ale ja bez korepetycji nie dalabym sobie rady :( az boje sie studiow

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka