Dodaj do ulubionych

Egzaminy próbne

03.02.10, 14:36
Mój syn zaraz po powrocie z ferii, będzie pisał egzaminy próbne. 2
dni , wpierw humanistyczny, a potem ścisły (nie ma wtedy lekcji). Jest
w 2 klasie i nie jest to ani pierwszy egzamin-pierwszy był rok temu,
ciut lżejszy, ani ostatni-w 3 klasie przewidziane są chyba jeszcze 2
takie próby.

Pamiętam szaleństwo podstawówkowe, gdy robili testy non stop, i jestem
ciekawa czy takie próby są standardem, czy nasza szkoła
ciut "przesadza".

Ciekawi mnie też opinia osób które prawdziwe egzaminy już mają za
sobą. Czy te próbne pomagają ? Czy wyniki były podobne za kazdym
razem, czy widać tendencję zwyzkową ? Ja wiem ze wyniki to sprawa
indywidualna, ale ciekawi mnie czy takie egzaminy próbne rzeczywiście
coś dają, nam rodzicom tłumaczy się że to doskonałe narzędzie
motywujace i uczniów i nauczycieli. Ja jestem dosyć sceptycznie
nastawiona do takich prób, bo wolałabym aby szkoła poprostu dobrze
uczyła, nie koniecznie uczyła zdawać egzaminy (myślę że to uczeń sanm
powinien mieć motywację aby ćwiczyć testy, niekoniecznie w ramach czasu
szkolnego). No ale może się mylę i te próby coś jednak dają, jeśli
organizuje je szkoła.
Edytor zaawansowany
  • joa66 03.02.10, 15:30
    U nas w podstawówce były chyba 2 testy próbne w szóstej klasie (i
    żadnych dodatkowych lekcji, fakultetów)

    W 2 gimnazjum nie było jeszcze żadnego testu i raczej nie będzie.
    Piszę "raczej" ponieważ i w 1 klasie i pewnie w 2, klasa z
    wychowawcą analizowała "prawdziwy" egzamin dzień później.

    Wiem, że w klasie 3 zaczynają robić testy (chyba 1 na miesiąc, ale
    ręki nie dam sobie uciąć) , ale to w ramach lekcji, bez "akcesoriów"
    i atmosfery egzaminacyjnej - taka większa klasówka.

    Chyba (nie zauważyłam w poprzednich latach ) oficjalnego egzaminu
    próbnego.


    Moim zadniem warto zrobić kilka testów po to, żeby się oswoić z ich
    formą, sprawdzić jak szybko testy piszemy itp.


    Nie warto poświęcać większości czasu w szkole na przygotowania do
    egzaminów (przynajniej teraz tak myślę;) )


    Jestem też ciekawa czy widać związek między wynikami egzaminów
    próbnych i prawdziwych.

    No jestem też ciekawa czy na próbnych nauczyciele oceniają testy
    samodzielenie czy wedłu słynnego klucza.

  • verdana 03.02.10, 16:36
    W szkole syna takie egzaminy - trzy, bo jeszcze jest angielski - sa
    co roku. W strojach galowych, dzień wolny - takie same warunki, jak
    na prawdziwych.
    Oceniane sa przez nauczycieli, bez klucza.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • agatka_s 03.02.10, 16:51
    no i co jest progresja wyników ?
  • verdana 03.02.10, 19:54
    Nie wiem. Nie interesowałam się innymi uczniami, a syn raz pisze
    dobrze, a raz nie.
    Natomiast badania wykazuja, ze wynik egzaminow testowych zalezy od
    ilosci wypeolnionych testów, a nie od zwyklych postępów w nauce.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • izzo 04.02.10, 12:12
    U mojego syna w szkole (II gim) próbnych testów w 2 klasie nie ma, wiem, że są w
    3 (2 albo 3?). Mają spokojnie pracować, a na rozwiązywanie testów przyjdzie
    czas. I prawdę mówiąc, wcale mi nie zależy, żeby od I klasy czuli nad sobą miecz
    testów. Zresztą i bez tego mają co robić, z racji profilu (mat) większość klasy
    bierze udział w konkursach. Dzieciaki z tej klasy (matemat.) i tak zdają średnio
    testy powyżej 80 pkt. bez próbnych, więc nie ma sensu ich specjalnie pilić.
  • agatka_s 04.02.10, 13:37
    izzo napisała:

    > Dzieciaki z tej klasy (matemat.) i tak zdają średni
    > o
    > testy powyżej 80 pkt. bez próbnych, więc nie ma sensu ich specjalnie
    pilić.


    80 pkt to nie jest jakiś powalający wynik (w każdym razie w Warszawie,
    jeśli się myśli o rekrutacji do pierwszej 20tki liceów gdzie progi są
    średnio około 160 pkt ). W gimnazjum mojego syna od kilku lat średnia
    jest powyżej 90 pkt. Może dlatego, że są specjalnie "pileni" ? A może
    bo dobrze uczeni ? Pewnie dylemat nie do rozwiązania. Trzeba by było
    klasę, podzielić na pół i jedną połówke poddać tresurze testowej, a
    drugą nie i wtedy porównać wyniki obu próbek, i to pewnie przez kilka
    lat. A i tak podejrzewam że żadna twarda tendencja by nie wyszła.

    Ja mimo tego co pisze verdana, jakoś bardziej wierze (instynktownie) w
    efekt soliodnej nauki przez 3 lata, niż efekt samych ćwiczeń testów.
    Dużo bardziej niż szkolne egzaminy próbne podoba mi się idea
    dodatkowych zajęć (takie są w gimnazjum syna, finansowane przez Rade
    Rodziców, odbywajace się na tzw zerówkach i trwają przez całą klasę 3).

    Ale może ktoś wykarze (wykazał ?) że samo testowanie ma wpływ na wynik ?
  • agatka_s 04.02.10, 13:46
    WYKAŻE oczywiście
  • nika_j 04.02.10, 14:39
    Cóż, nie jestem z Warszawy i u nas wynik powyżej 80 pkt plus bycie np. finalistą
    konkursu wojewódzkiego daje praktycznie swobodny wybór najlepszych liceów. A że
    mój syn już teraz ma jeden egzamin z głowy jako laureat, więc prawdę mówiąc coś
    takiego jak egzamin gimnazjalny w ogóle mnie nie obchodzi.
  • agatka_s 04.02.10, 14:45
    nika_j napisała:

    > Cóż, nie jestem z Warszawy i u nas wynik powyżej 80 pkt plus bycie
    np. finalist
    > ą
    > konkursu wojewódzkiego daje praktycznie swobodny wybór najlepszych
    liceów. A że
    > mój syn już teraz ma jeden egzamin z głowy jako laureat, więc prawdę
    mówiąc coś
    > takiego jak egzamin gimnazjalny w ogóle mnie nie obchodzi.


    Gratuluje.


    Tylko jak to się ma do mojego pytania, czy egzaminy próbne (w duzej
    ilości, i to kosztem "normalnej" nauki) mają wpływ na poprawę wyniku
    egzaminu ?
  • nika_j 04.02.10, 14:57
    Tego nigdy się nie dowiesz, bo musiałabyś mieć dwie grupy kontrolne z tej samej
    szkoły - testowana i nietestowaną. Ale moim zdaniem egzaminy próbne raz na rok
    nie mają żadnego wpływu na ostateczny wynik - raczej systematyczna nauka pod
    kątem
    egzaminów. Tyle że uczenie się głównie pod kątem egzaminów uważam za
    pomyłkę.
  • agatka_s 04.02.10, 15:34
    nika_j napisała:

    > Tego nigdy się nie dowiesz, bo musiałabyś mieć dwie grupy kontrolne z
    tej samej
    > szkoły - testowana i nietestowaną. Ale moim zdaniem egzaminy próbne
    raz na rok
    > nie mają żadnego wpływu na ostateczny wynik - raczej systematyczna
    nauka pod
    > kątem
    egzaminów. Tyle że uczenie się głównie pod kątem egzaminów
    uważam za
    > pomyłkę.



    No własnie o to mi chodzi. Czy jest rzeczywiście sens aby szkoła
    organizowała tak często takie próby ? Czy to rzeczywiście coś daje.

    Jestem za tym aby sobie ćwiczyć (bo to też jakaś metoda nauki), ale
    moim zdaniem wystarczy jak dziecko samo raz na jakiś czas zrobi sobie
    taki test w domu, a w 3 klasie już pod koniec nawet takich testów
    kilkanascie.

    Nie widzę natomiast specjalnego sensu żeby szkoła, kosztem "normalnych"
    lekcji, kilka razy w trakcie 3 lat fundowała takie próby (jeszcze tak
    jak pisze verdana, w strojach galowych, z pełnym anturażem).
    Zwyczajnie nie dostrzegam wartości dodanej takich prób.

    Ale może się mylę ? Może są dzieci którym takie oficjalne próby
    naprawde pomogły ?

    Moim zdaniem to jednak bardziej moda i to że komuś się wydaje że to ma
    pozytywny efekt, niż rzeczywisty pożytek. Ale czekam aż ktoś mnie
    wyprowadzi z błędu i wykaże że takie próby są autentycznie sensowne i
    pożyteczne.
  • izzo 04.02.10, 14:52
    U nas jest to wystarczający wynik na dostanie się do bardzo dobrego liceum,
    zwłaszcza jak się ma jeszcze jakieś "bonusy" :). I biorąc pod uwagę fakt, ze już
    w II klasie kilka osób z klasy (w tym mój syn) jest finalistami konkursów, to
    sadzę, że w ogóle nie będzie się czym przejmować. Ale zdaję sobie sprawę, że w
    Warszawie nacisk na wynik powyżej 90 pkt jest większy, zwłaszcza jeśli się nie
    ma dodatkowych sukcesów.
  • agatka_s 04.02.10, 15:21
    Nie wiem czy jest nacisk (kogo nacisk ?). Takie są poprostu realia.
    Poprostu jest bardzo duża konkurencja i to jest fakt obiektywny.
    Uczniów którzy osiągają wyniki egzaminu powyżej 90, ba nawet 100 jest
    bardzo dużo (można sobie prześledzić progi punktowe i zobaczyć jakie
    były srednie i minimalkne wyniki egzaminu tych co się do 20-30
    pierwszych liceów podostawali absolutnie powyżej 90), myślę że wynika
    to też z tego że w ogóle w Warszawie te wyniki statystycznie są
    najwyższe, skądś ta statystyka wynika. Wystarczy nawet, że jest to po
    kilka osób z maksymalnymi wynikami statystycznie z każdego gimnazjum,
    to potem pula w najlepszych liceach zapełnia się szybko i niestety
    obiektywnie i statystycznie dla całego kraju dobry wynik "80", nie
    wystarcza (dlatego dobrze że jest czas żeby zmienić wybór, jak się
    niepowiedzie).

    Tak samo było z rekrutacją do najlepszych gimnazjów-dzieci mądrych
    dużo, szkół (np dwujęzycznych mało)-stąd realnie nikt kto nie ma samych
    6 i czasem piatek, realnie szans dostać się nie ma (też uważam to za
    patologiczne, ale cóż zrobić jak takie realia ???)



    Niestety jeśli myśli się o pierwszej 20-30 liceów warszawskich to
    wynik 80 z egzaminu naprawde nie daje szans. Dlatego napisałam że nie
    jest to wynik "powalający" jak na warszawskie warunki. Taka
    rzeczywistość (też bym wolała aby 80 punktów dawało wstęp do dobrego
    liceum i żeby nie trzeba było się tak potwornie wysilać aby dostać się
    do liceum, które daje potem szanse zdać maturę tak aby dostać się na
    publiczne studia, a nie do Wyższej Szkoły Gotowania na Kuchenkach
    gazowych). Oczywiście 14 punktów z konkursu zazwyczaj sprawę rozwiązuje
    (jeszcze jak są dodatkowo dobre oceny)-i wtedy można gwizdać na wynik
    egzaminu, ale konkurs to jednak zazwyczaj aż do 3 klasy niepewność, dla
    unikniecia ryzyka lepiej załozyć że tych punktów może nie być (chyba,
    że ktoś ma autentyczny talent i ma już konkurs zaliczony w 1 czy 2
    klasie).

    Moim zdaniem 80 punktów (80%) to nie jest w każdym razie punktacja
    którą uprawnia do spoczęcia na laurach, i jest nadal spore pole do
    popisu aby wynik był lepszy (choć oczywiście wiem że są dzieci dla
    których 80 punktów byłoby marzeniem, ale tu była mowa o zdolnych
    dzieciach, jakoś wyselekcjonowanych, stąd myśle że można od nich
    wymagać więcej).
  • joa66 04.02.10, 18:51
    "Niestety jeśli myśli się o pierwszej 20-30 liceów warszawskich to
    wynik 80 z egzaminu naprawde nie daje szans. "

    Szansę daje (gwarancji nie)

    wystarczy mieć piątki z głownych przedmiotów (56 punktów) świadectwo
    z paskiem (2) średnią 4,75 i juz jest ponad 142 punkty. A w
    piewrszej 30 zdarzają się często klasy w liceach z pierwszej
    trzydziestki, gdzie próg punktowy to 135 - 140 punktów.


    Jeżeli zaś chodzi o same próbne egzaminy - myślę, że szkoły
    wypracowały sobie metody pracy, z których raczej nie będą rezygnować.

    Poza tym - gdyby nawet udowodniono, że ilość tych próbnych egzaminów
    (kosztem normalnej nauki) pozytywnie wpływa na wynik ostateczny, to
    jaki byłby wybór uczniów i ich rodziców?
  • izzo 04.02.10, 19:11
    Nie mówię, żeby spocząć na laurach, ja po prostu widzę większy sens w
    inwestowaniu w indywidualne zainteresowania dziecka zdolnego (bo o takich
    mówimy) niż w trenowaniu go do osiągnięcia 100 punktów z testu gimnazjalnego.
    Nie wspominając już o dzieciakach w klasach dwujęzycznych, które są już
    przebrane i one nawet bez tresowania osiągają wyniki powyżej 90 punktów
    (zazwyczaj, chyba że jakiś wyjątkowo leniwy osobnik sie trafi). Dużo większy
    wpływ na wynik testu ma regularne ćwiczenie w przypadku uczniów słabszych. Nie
    widzę sensu tresowania dzieciaka od pierwszej klasy w kierunku rozwiązywania
    testów specjalnie tylko po to, żeby z 90 punktów, jakie osiąga bez większego
    wysiłku zrobił 95, skoro to nie ma większego wpływu na jego dostanie się do
    szkoły, do której chce. Osobiście cieszę się, że u nas nie ma aż takiej
    konkurencji jak w Warszawie i do najlepszego gimnazjum (takiego z pierwszej
    dwudziestki ogólnopolskiego rankingu) może pójść zarówno szóstkowy uczeń z
    wynikiem z testu 100 pkt, jak i pasjonat matematyki z wynikiem z testu 85 pkt i
    obaj tak samo świetnie zdadzą maturę i dostaną się na studia, na jakie chcą.
    Wracając do testów próbnych na przeciągu lat - co ma to dać? Przecież progres
    jest oczywisty - wiadomo, że w pierwszej klasie wynik będzie niższy niż w
    drugiej, drugiej niższy niż w trzeciej, bo zakres materiału przerobionego jest
    mniejszy na początku. Ja w każdym razie nie czuję potrzeby tłuczenia testów od
    pierwszej klasy - wystarczy robić to systematycznie w klasie trzeciej - rok na
    opanowanie testologii jest chyba wystarczający.
  • agatka_s 04.02.10, 19:55

    > obaj tak samo świetnie zdadzą maturę i dostaną się na studia, na
    jakie chcą.
    >
    A to też ciekawe zagadnienie. Czy rzeczywiście dostaną się na studia
    na jakie chcą ?

    De facto w Polsce są tylko 2 szkoły wyższe, które coprawda znalazły się
    w 4tej setce, (ale jednak znalazły się !!!) wśród 500 liczących się
    szkół wyższych-jest to UW i UJ.

    www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/polskie;uniwersytety;na;koncu;rankingu,200,0,555464.html

    Obawiam się że wszystko co poniżej poziomu UJ czy UW to już w ogóle
    jakiś dramat wobec tego co dzieje się teraz na świecie (szczególnie
    martwi mnie poziom studiów technicznych, bo tu chyba rozziew robi się
    największy).

    W konkurencji światowej, studiując w Polsce już na starcie młody
    człowiek ma w plecy.

    Nie wiem czy dostanie się na polskie uczelnie jest (powinno być)
    marzeniem zdolnej polskiej młodzieży. Mówie to bardzo poważnie choć
    może wbrew swoim matczynym interesom (i może nie patriotycznie ?). Mam
    bardzo krytyczne zdanie o polskim szkolnictwie wyższym (tak za
    całokształt) i chciałabym, jeśli tylko mój syn bedzie miał taką ochotę
    aby próbował studiować poza Polską. Tak samo uważam ze w interesie
    każdego zdolnego młodego Polaka jest szukać lepszych szkół niż nr
    czterysta ileś.

    Nie wiem czy po maturze z każdego polskiego liceum jest to możliwe ?
    i nie chodzi tu tylko o punkty, raczej o nastawienie że świat jest w
    zasięgu.

  • joa66 04.02.10, 20:22
    Znowu nam sie robi ogólny topik edukacyjny, ale pewnie tak musi być:)

    Pozwolę sobie skomentowac słowa agatki o pozycji polskich uczelni w
    rankingach światowych. Spotkałam się z opinią, że częsciowo jest to
    spowodowane metodą ukladania rankingu - bierze się pod uwagę m.in
    liczbę publikacji naukowych powstałych na danej uczelni.

    Polskie uczelnie wyższe są niemal specjalistyczne. Dlatego
    oddzielnie liczy sie publikacje akademii medycznych, oddzielnie
    uniwersytetów, oddzielnie politechnik itd. Większośc uniwersytetów
    światowych ma wydziały zarówno filozofii jak i medycyny.

    Z tego wynika też stosunkowo niska pozycja ( trzecia setka)
    specjalistycznej jednak London School of Economics.




  • agatka_s 04.02.10, 20:33
    joa66 napisała:

    > Znowu nam sie robi ogólny topik edukacyjny, ale pewnie tak musi być:)
    >
    > Pozwolę sobie skomentowac słowa agatki o pozycji polskich uczelni w
    > rankingach światowych. Spotkałam się z opinią, że częsciowo jest to
    > spowodowane metodą ukladania rankingu - bierze się pod uwagę m.in
    > liczbę publikacji naukowych powstałych na danej uczelni.
    >
    > Polskie uczelnie wyższe są niemal specjalistyczne. Dlatego
    > oddzielnie liczy sie publikacje akademii medycznych, oddzielnie
    > uniwersytetów, oddzielnie politechnik itd. Większośc uniwersytetów
    > światowych ma wydziały zarówno filozofii jak i medycyny.
    >
    > Z tego wynika też stosunkowo niska pozycja ( trzecia setka)
    > specjalistycznej jednak London School of Economics.
    >
    >
    Sorry, mnie wystarczy komentarz pana rektora, że polskie uczelnie
    przegrywają w tym rankingu bo mają prace naukowe publikowane po polsku,
    a polski nie jest językiem nauki.


    Nic dodać, nic ująć. Cała kwintesencja zaściankowosci polskich szkół,
    dopóki polscy rektorzy tak będą myśleć (i nie będą w takich
    oświadczeniach widzieć żadnej żenady) to lepiej stąd zwiewać, byle
    dalej. Całe szczęście nasze dzieci mogą to zrobić i studiować tam
    gdzie naprawde chcą tak samo jak dzieci brytyjskie, francuskie
    czy niemieckie
    >
    >
  • Gość: menodo IP: *.208-64-87.adsl-dyn.isp.belgacom.be 04.02.10, 23:34
    Co do testow probnych - one pewnie maja na celu motywowanie gimnazjalistow do
    jeszcze wiekszego treningu w rozwiazywaniu testow.
    I z tego punktu widzenia sa pozyteczne, zwlaszcza w Warszawie, gdzie 80 punktow
    to malawo.
    Tyle miala moja corka, ktora w testach wypada slabo, a do tego nienawidzi ich
    rozwiazywac. (wyjatkiem sa wszelkiego rodzaju testy angielskojezyczne) Z tym ze
    ona nawygrywala jeszcze troche konkursow a w jednym byla finalistka, wiec miala
    dodatkowe punkty.
    W "wypasionym" liceum okazalo sie, ze liczba punktow z testu nie roznicuje
    dzieci kompletnie. Osoby, ktore wyraznie sie wybijaja to gimnazjalni
    olimpijczycy lub pasjonaci, ktorzy z roznych powodow na olimpiade sie nie
    zalapali....A czy ktos mial z testu 80 czy 100 kompletnie nie ma znaczenia...

    W sprawie off- topicowej. Wlasnie jestem w Belgii, gdzie przyjechalam z synem,
    ktory zaczyna studia na uniwersytecie z czolowki europejskiej...Hmmm...Jesli
    ktos uwaza, ze polskim uczelniom nalezy sie wyzsze miejsce w czymkolwiek to rece
    mi opadaja...

    Reasumujac - zgadzam sie z Agatka. Jesli ktos powaznie mysli o edukacji dzieci
    to polskie uczelnie tak sobie do tego sie nadaja.






  • izzo 05.02.10, 08:38
    Nie bądź śmieszna, nie każdy chce studiować na UW czy na PW. Sama wpatrzona
    jesteś w rankingi warszawskich liceów, które podają, ilu studentów dostaje się
    na warszawskie uczelnie i na tej podstawie kształtujesz sobie opinię, jakby inne
    (w tym zagraniczne) uczelnie nie istniały. Co jest złego w tym, że ktoś chce
    studiować na UJ? Albo w Poznaniu?
    Naprawdę uważasz, że to wynik testu gimnazjalnego na 100 pkt decyduje o tym, kim
    kto jest? Że uczeń z 85 punkami z testu, będący finalistą dwóch konkursów jest w
    czymś gorszy od ucznia, który ma 100 pkt i żadnej dziedziny, w której jest
    naprawdę bardzo dobry? Albo choćby bardzo zainteresowany?
    Co do publikacji - to, że taka a nie inna jest pozycja polskich uczelni to tylko
    przez nauki tzw. humanistyczne, bo to w nich publikuje się głównie po polsku,
    przy czym co niektórzy za publikację liczą sobie tez artytuły w gazetach. W
    naukach ścisłych praktycznie nikt nie publikuje w języku polskim, chyba że tak
    przy okazji jakiejś polskiej konferencji. Natomiast wszyscy, z doktorantami i
    magistrantami włącznie, publikują w języku angielskim. Gdyby więc rozliczać nie
    całe uczelnie, a wydziały, to w przypadku nauk ścisłych pozycja ich byłaby o
    wiele wyższa. Oczywiście nadal beznadziejny jest dostęp do aparatury itp., ale
    to już mniejsza jest wina samych uczelni.
  • joa66 05.02.10, 11:42
    Hmmm…Pomijam sprawę związku pomiędzy wynikami egzaminów
    gimnazjalnych a możliwościę studiowania na dobrym uniwersytecie
    gdzieś na świecie.

    Osobiście uważam też, że warunki studiowania (nie tylko
    organizacyjne ale i naukowe) na dobrym uniwersytecie zachodnim są o
    niebo lepsze niż u nas.

    Natomiast inną sprawą są rankingi uczelni (nie tylko szanghajski,
    ale np. times’a też). Znam kilku, kilkunastu pracowników naukowych
    zachodnich uniwersytetów z pierwszej 10 - 50 (w zależności od
    rankingu) i czasami jestem świadkiem ich rozmów (dodam, że te opinie
    są niezależne od polskich doświadczeń, bo te osoby takich nie
    posiadają) na temat rankingów właśnie. Są to ogólnie mówiąc
    humaniści. Czasami (często ?) okazuje się, że jeżeli do władz
    uczelni dostanie się osoba, która silnie promuje politykę „bądźmy
    jak nawyżej w rankingach”, odbija się to często na wydziałach
    humanistycznych , gdzie liczba cytowanych publikacji jest mniejsza
    w sposób naturalny. Odbija się to na tych wydziałach finansowo, ale
    też akademicko – są nawet pomysły (na razie pomysły) , żeby powstały
    przy uczelni grupy, komisje, które rozliczałyby pracowników z ilości
    publikacji naukowych. Część (mlodsza) kadry uniwersyteckiej zdaje
    się poddawać trendowi i „zbiera” te publikacje jak uczniowie naszych
    gimnazjów konkursy i olimpiady. Kosztem jakości pracy dydaktycznej,
    kosztem faktycznej pracy naukowej. Dochodzi do sytuacji śmiesznych
    (smutnych?) gdzie profesor (m.in. Cambridge,) odpowiada jakiemuś
    młodziakowi : „ tak, mam publikacje, są gdzieś w tym komputerze na
    biurku pod oknem, ale nie wiem w którym miejscu”.

    Obserwuję niepokój o przyszłość (teraźniejszość jest jeszcze dobra)
    wydziałów humanistycznych. Strach, że uniwersytety zmienią się w
    przedsiębiorstwa, a nie miejsca rowoju intelektualnego, wolnej
    wymiany myśli, opinii. Boją się o to, że walka o miejsce w rankinu
    („dlaczego 40 a nie 20?”), próby zainteresowania
    sposnsorów/darczyńców właśnie pozycją w rankingu może mieć zły wpływ
    na nauki humanistyczne.

    Oczywiście to nie tłumaczy sytuacji polskich uczelni, to zupełnie
    inna bajka. Warto jednak nabrać dystansu do kolenych rankingów.
  • agatka_s 06.02.10, 10:28
    izzo napisała:

    > Nie bądź śmieszna, nie każdy chce studiować na UW czy na PW. Sama
    wpatrzona
    > jesteś w rankingi warszawskich liceów, które podają, ilu studentów
    dostaje się
    > na warszawskie uczelnie i na tej podstawie kształtujesz sobie opinię,
    jakby inn
    > e
    > (w tym zagraniczne) uczelnie nie istniały. Co jest złego w tym, że
    ktoś chce
    > studiować na UJ? Albo w Poznaniu?


    Chyba jakieś kompleksy, albo brak czytania ze zrozumieniem. Ja
    napisałam tylko, że zdolna polska młodzież powinna patrzeć na wybór
    studiów szeroko, ba globalnie (dosłownie). Polskie uczelnie są
    kiepskie (i to że jakiś jeden wydział jest OK, albo jeden wykładowca na
    światowym poziomie to tylko wyjatki potwierdzające regułe). Polscy
    licealiści powinni patrzeć szeroko (bo ograniczając się tylko do
    polskich uczelni, wiele szans tracą) i fajnie by było gdyby we
    wszystkich liceach a nie tylko niektórych, stwarzać taką atmosferę aby
    młodzi ludzi mieli ochotę "sięgać gwiazd". Mój syn od podstawówki
    styka się z młodzieżą zagraniczną, bez jakichkolwiek kompleksów i
    zachamowań, i poprostu widze jak dla niego naturalne jest myslenie o
    swoim rozwoju własnie w sensie conajmniej europejskim. Nie wiem czy
    wszystkie szkoły wyposażają polską młodzież w taką śmiałość, czy
    wszystkie stwarzają atmosferę że mogą chcieć studiować, pracować gdzie
    zechcą.

    A tak na marginesie: mieszkając w Warszawie, to w jakie rankingi liceów
    mamy się wpatrywać ? W poznańskie ? Powiem więcej-jesteśmy tak wygodni
    i praktyczni,że "wpatrujemy się" tylko w licea do których da się
    dojechać metrem z naszych Kabat.

    > Naprawdę uważasz, że to wynik testu gimnazjalnego na 100 pkt decyduje
    o tym, ki
    > m
    > kto jest? Że uczeń z 85 punkami z testu, będący finalistą dwóch
    konkursów jest
    > w
    > czymś gorszy od ucznia, który ma 100 pkt i żadnej dziedziny, w której
    jest
    > naprawdę bardzo dobry? Albo choćby bardzo zainteresowany?


    Matko Święta i Jezusie Chryste, a gdzie ja tak napisałam ?
    Pogratulowałam Twojemu Synowi tytułów finalistów, lauretów. Co mam
    jeszcze zrobić wydać oświadczenie w prasie, że uważam sukcesy w
    konkursach za bardzo cenne ? Tak uważam !!!!, tym bardziej, że np mój
    syn takich sukcesów nie odniesie (nie ten temperament, nie te
    zainteresowania), a w ich szkole to są jakieś jednostkowe przypadki.
    Dla nas wynik egzaminu i oceny są ważne, bo tylko na nich można opierać
    plany dostania się do konkretnych liceów. I obiektywnie stwierdzam w
    przypadku dzieci z klasy mojego syna (zdolnych, ambitnych, myślących o
    dobrych ale sorry warszawskich, bo tu mieszkają poki co, liceach),
    gdzie tylko jeden chłopiec póki co ma tytył laureata (tzn on ma
    wszystko możliwe, łącznie z indeksem na każdą uczelnie)-80 pkt z testu
    to mało (bo puntów nie starczy aby się dostać bez nerwów tam gdzie się
    chce), i napewno nikt z takiego wyniku niebyłby zadowolony. Gdyby wynik
    egzaminu próbnego oscylował wokół 80% to napewno szkoła podniosłaby
    alarm.



    > Co do publikacji - to, że taka a nie inna jest pozycja polskich
    uczelni to tylk
    > o
    > przez nauki tzw. humanistyczne, bo to w nich publikuje się głównie po
    polsku,
    > przy czym co niektórzy za publikację liczą sobie tez artytuły w
    gazetach. W
    > naukach ścisłych praktycznie nikt nie publikuje w języku polskim,
    chyba że tak
    > przy okazji jakiejś polskiej konferencji. Natomiast wszyscy, z
    doktorantami i
    > magistrantami włącznie, publikują w języku angielskim. Gdyby więc
    rozliczać nie
    > całe uczelnie, a wydziały, to w przypadku nauk ścisłych pozycja ich
    byłaby o
    > wiele wyższa. Oczywiście nadal beznadziejny jest dostęp do aparatury
    itp., ale
    > to już mniejsza jest wina samych uczelni.


    Sorry, polskie uczelnie są archaiczne i to absolutnie w każdym
    wzgledzie. I najmniej mi tu chodzi czego konkretnego można się na nich
    nauczyć (tym bardziej że według tego co wczoraj przeczytałam "Polscy
    studenci po otrzymaniu dyplomu magistra nie pracują w wyuczonym
    zawodzie – wynika z badania przeprowadzonego przez portal Wirtualna
    Polska. Tylko 42 proc. z prawie 10 tys. osób, które wzięło udział w
    sondzie przyznało, że ich praca wiąże się z tematyką ukończonych
    studiów. "
    ). Symbolem tej archaiczności jest żal wyrażony
    przez "leśnego dziadka" pana rektora że nikt nie zna polskiego i nie
    czyta ich prac. I ten pan ma prowadzić polską młodzież żeby mogła być
    konkurencyjna na świecie ?
  • agatka_s 06.02.10, 11:00
    Za miesiąc przyjeżdzają do nas dzieciaki z Francji, spod Paryża.

    My rodzice musimy im zapewnić jakiś atrakcyjny weekend (mozemy
    grupowo). Jak nasze dzieciaki były we Francji, to pojechali do
    Disneylandu. Jak syn był we Włoszech to byli w muzeum Ferrari (ale to
    na wyraźne zyczenie mojego syna, bo to była okazja bo był niecałe 50 km
    od Maranello). Kolegów z Włoch zabraliśmy na pokazy wojskowe,
    rekonstrukcje bitew itp (akurat były na Polu Mokotowskim), dodatkowo
    były zajęcia terenowe zjeżdzanie na linie i takie tam.

    Co można zaproponować francuskim nastolatkom spod Paryża, biorąc pod
    uwagę że to połowa marca-najprawdopodobniej wciąż wstrętna zima, albo
    diabelskie roztopy (niestety szkoła francuska, jest bardzo formalna i
    to jest jedyny termin, kiedy mogą przyjechać, mimo naszych próśb że już
    choćby miesiąc później byłoby sympatyczniej).

    Macie jakieś pomysły ?
  • Gość: menodo IP: 77.255.241.* 06.02.10, 11:56
    Zalezy - jakie to dzieciaki,z jakich srodowisk etc.
    Moje dziecko bralo udzial w wymianie z Niemcami. Okazalo sie, ze najwieksze
    wrazenie zrobily Zlote Tarasy, na drugum miejscu chyba Arkadia. Wielka
    popularnoscia cieszyla sie rowniez "starowka" - Fashion House, w przeciwienstwie
    do tej wlasciwie (nudno, po co tyle chodzic).
    Poza tym - wszelkie rodzaju mlodziezowe imprezki...Jeden z chlopcow przywiozl
    nawet wlasne niemieckie prezerwatywy...Nie zartuje. "Nasze" dziewczynki mialy
    wtedy po 15 lat, byly na etapie kinderbali ewentualnie szalenstwa w pizza hut...


  • agatka_s 06.02.10, 12:09
    to są dzieci z prywatnej katolickiej szkoły o profilu lingwistycznym
    (swoją drogą dużo gorszy poziom angielskiego niż naszych dzieci, ale to
    reguła ze wszystkich krajów, no może poza Rumunią-tu dzieciaki
    fantastycnie mówiły, ale była to tylko szóstka "wyselekcjonowana" z
    całej szkoły). Naszym dzieciom tam nie wolno było nosić bluz z
    kapturami (ja rozumiem że te kaptury we Francji to jakiś problem,
    przynależność do grup przestępczych ???), a dziewczynki zostały
    uprzedzone, że nawet najmniejszy ślad makijazu będą musiały zmyć
    (akurat to wywołało salwę smiechu rodziców, bo "nasze" dziewczynki się
    nie malują). Dyrektor szkoły to diakon, a szkoła się mieści w dawnym
    klasztorze. Dzieci pochodzą raczej z zamożnych rodzin, a bliskość
    Paryża powoduje, że nie są zahukane (aczkolwiek akurat kolega mojega
    syna, będzie po raz pierwszy zagranicą, a w ogóle na prawdziwych
    wakacjach poza swoim miasteczkiem był tylko raz).

    Galerie handlowe napewno zaliczą, ale myślę że w tygodniu. Tu chodzi o
    coś co my rodzice mamy zorganizować. We Francji była jeszcze dyskoteka
    (razem z rodzicami).
  • joa66 06.02.10, 12:33
    Wstyd sie przyznac-sama jeszcze nie byłam, ale podobno Muzeum
    Powstania Warszawskiego może byc atrakcyjne "nawet" dla młodzieży;)

    Ja sugerowałabym skorzystanie z informatorów typu "co jest grane"
    lub innego i poszukanie koncertów, wystaw, które mogą byc ciekawe
    dla konkretnego nastolatka.


    A czy szkoła ma dla nich jakiś program zwiedzania, czy tylko
    rodzice? (szkoda by było dublowac pomysły)
  • Gość: menodo IP: 77.255.241.* 06.02.10, 13:03
    joa66 napisała:

    > Wstyd sie przyznac-sama jeszcze nie byłam, ale podobno Muzeum
    > Powstania Warszawskiego może byc atrakcyjne "nawet" dla młodzieży;)

    Rzeczywiscie wstyd, wiec idz koniecznie.

    Osobiscie uwazam, ze MPW powinno byc obowiazkowym punktem w tego typu
    przedsiewzieciach, z tym ze dzieci musza byc do tego przygotowane. Zwlaszcza
    dzieci niemieckie. Tymczasem partnerzy niemieccy z naszej wymiany odmowili
    ....Ze to zbyt drastyczne. Poszli sami nauczyciele i podobno byli wstrzasnieci.
    Szczerze powiem, ze odechcialo mi sie zaangazowania w te wymiane kiedy
    uslyszalam, ze II wojna jest tu jakims tematem tabu...
    Wiec - chca do Deichmanna, prosze bardzo, starowka w Piasecznie - jedziemy po
    dresy, wypadl kolczyk z jezyka - szukamy piercingu (fuj!)...Nie wiesz kto to
    Szopen - do Tokio Hotel sie nie umywa.

    Natomiast z dziecmi francuskimi poszlabym rzeczywiscie do MPW. Pojechalabym tez
    do Zelazowej Woli. Zwlasczza jesli sa to jakies rozgarniete dzieci.
  • Gość: menodo IP: 77.255.241.* 06.02.10, 12:36
    Mysmy chcieli zorganizowac wycieczke do Krakowa, ale Niemcom sie nie chcialo
    jechac. Stanelo na Kazimierzu - ale dzieci i tak podobno bardzo sie zmeczyly...
    Dziewczynka ktora u nas mieszkala nie dala sobie wytlumaczyc, ze japonki nie sa
    odpowiednim obuwiem na wycieczke, potem bardzo cierpiala...
    Dobrze, jesli takim wymianom towarzyszy jakis "motyw przewodni". Np. u naszych
    znajomych byla dziewczynka z siostrzanego kolka fotograficznego z Holandii.
    Dzieci robily zdjecia tam i w Polsce, mialy jakies wspolne zadanie, na koniec
    powstal wspolny album.
    Kiedy moja corka byla w Niemczech - tamta strona swietnie zorganizowala pobyt,
    bylo mnostwo zajec integrujacych grupe.

    Szkola corki zrzucila organizacje pobytu dzieci niemieckich na
    rodzicow...Skonczylo sie to obustronnym rozczarowaniem, bo zbyt duza ilosc
    wolnego czasu spowodowala, ze dzieci sie ze soba zwyczajnie nudzily. "Nasze"
    dziewczynki odmowily spacerow po centrach handlowych, w dodatku okazywaly
    zdumienie - ile pieniedzy mozna wydac na tandetne buty z Deichmanna itd...

    Slowem - wazny jest pomysl: czemu ten wyjazd ma sluzyc it.
    Niemcy na przyklad pokazywali naszym dzieciom - w jaki sposob niemieckie dzieci
    ucza sie roznych zawodow. Wspolnie wiec gotowali, brali udzial w warsztatach
    ceramicznych, stolarskich, poszli nawet na budowe etc...Potem jakies wspolne
    wyjscia, wycieczki, imprezki w domach.

  • Gość: menodo IP: 77.255.241.* 06.02.10, 13:40
    "Mój syn od podstawówki
    styka się z młodzieżą zagraniczną, bez jakichkolwiek kompleksów i
    zachamowań, i poprostu widze jak dla niego naturalne jest myslenie o
    swoim rozwoju własnie w sensie conajmniej europejskim. Nie wiem czy
    wszystkie szkoły wyposażają polską młodzież w taką śmiałość, czy
    wszystkie stwarzają atmosferę że mogą chcieć studiować, pracować gdzie zechcą."

    No wlasnie. Smieszne sa te polskie zasciankowe nacjonalizmy, pielegnowane przez
    tradycje szkolne i rodzinne.

    Najbardziej "kosmopolitycznymi" szkolami sa wszelkie dwujezyczne. Inne - w
    zaleznosci od doswiadczen edukacyjnych nauczycieli. Moj syn mial sporo takich -
    po stypendiach na swietnych swiatowych uniwersytetach. Takze polskie uczelnie i
    poszczegolne wydzialy roznia sie pod tym wzgledem. Na jednych student moze
    uslyszec, ze wiekszy zaszczyt niz studiowanie wlasnie "u nas" nie moze juz go
    spotkac. Na innych - ma szanse dowiedziec sie, ze jesli chce sie dalej rozwijac
    w konkretnym kierunku to najlepiej tu, tam albo jeszcze gdzie indziej.

  • verdana 15.02.10, 18:33
    No tak, bo powinien od dzieciństwa kazdy człowiek wiedzieć, ze
    kariera w Polsce to w ogóle nie kariera, tylkom obciach. Bo inne
    kraje (zachodnie oczywiscie0 z definicji sa lepsze, mlodzież tam
    inteligentniejsza, szkoły na wyższym poziomie no i wszystko w
    jezykach obcych. A praca naukowa w obcym jezyku - a już angielskim
    szczegolnie - jest oczywiscie z zasady lepsza od najlepszej pracy po
    polsku. Merytoryczna treść bowiem jest drugorzedna.
    Cóż humanistyka polska ma przyszłość tylko w jezyku polskim.
    Polonisci, historycy, socjologowie zajmujący się problemami
    specyficznie polskimi - nie mają ani szans, ani potrzeby
    publikowania po angielsku. Ich językiem powinien być polski - czyli
    od razu rzeczywiscie nie licza się w światowych rankingach, chocby
    ich prace byly wazne, doniiosle i lepsze od prac Anglika piszacego o
    Angli...
    Znam sporo osóbz Erasmusa - i polskich studentów za granicą i
    zagranicznych w Polsce. I zareczam Wam, ze oceny przynajmniej
    niektorych polskich uczelni (mowie o humanistyce) wśród
    zagranicznych studentów wcale nie sa niskie - Holenderka nie
    dowierzała, zę trzeba aż tyle wiedzieć, Niemiec nie był w stanie
    skonczyc banalnych zajęć ze sredniowiecza - bo na jego studiach nie
    bylo laciny (a studiować średniowiecze bez łaciny to zgroza), A
    narzeczona mego syna, obecnie w Berlinie nie moze się nadziwić, jak
    mało wiedza jej koledzy.
    Sa i inne opinie - ale o jednoznacznych wcale nie ma mowy.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • ratyzbona 15.02.10, 19:23
    No tak bo oczywiście liczy się ranking opracowany na podstawie
    ilości publikacji po angielsku. I tyko tyle. Szczerze mówiąc nie
    dostrzegłam na moim 400 na świecie UW takiego zacofania. Większość
    prowadzaących moje zajęcia utrzymuje stały kontakt z uczelniami
    zachodnimi a jakaś 1/3 na nich wykłada ( tylko że po niemiecku,
    duńsku czy francusku a nie po angielsku ale przecież kogo obchodzi
    że mój wykładowca od historii średniowiecznej Francji publikuje po
    francusku a nie po angielsku). Co do kospompolityzmu polskich
    studentów to cóż... z grupy ośmiorga moich znajomych na Erazmusa
    wyjechało sześcioro i żadne nie wróciło z przekonaniem że jest
    gorsze. Ja nie wyjechałam bo niestety jestem zaściankowa i
    postanowiłam sie zajmować historią Warszawy - rzeczywiście trzeba
    było w tym celu pojechać do Londynu. Ale już się przyzwyczaiłam do
    tego że ludzie wydający opinię o Polskich uczelniach znają je
    głównie z gazet. Jak następnym razem usłyszę jak moi znajomi chwalą
    się że jadą na dwutygodniowe seminarium do Paryża to powiem im że to
    i tak nic nie da skoro studiują na UW.

    A tak zupełnie przy okazji - tudno mi sobie wyobrazić mniej
    patriotyczną postawę niż uznanie że najlepsi i najteligentniejsi
    uczniowie powinni wyjeżdżać z kraju. Ja jakoś biało - czerowną falgą
    nie macham ale uważam że jednak powinno sie mieć jakieś poczucie że
    można się przyczynić swoimi osiągnięciami nie tylko sobie ale i
    swojemu państwu. Wtedy ma to trochę więcej sensu
    --
    zpopk.blox.pl/html
  • Gość: menodo IP: 77.255.241.* 15.02.10, 22:51
    "A tak zupełnie przy okazji - tudno mi sobie wyobrazić mniej
    patriotyczną postawę niż uznanie że najlepsi i najteligentniejsi
    uczniowie powinni wyjeżdżać z kraju. Ja jakoś biało - czerowną falgą
    nie macham ale uważam że jednak powinno sie mieć jakieś poczucie że
    można się przyczynić swoimi osiągnięciami nie tylko sobie ale i
    swojemu państwu. Wtedy ma to trochę więcej sensu "

    To doprawdy zaskakujace stwierdzenie.
    Bo mnie sie wydaje, ale moze jestem slabo wyksztalcona, ze najwiecej dla Polski
    zrobili ludzie, ktorzy albo z niej wyjechali, albo dlugo sie poza Polska uczyli,
    albo korzystali z pomocy "obcych"...

    Moja corka marzy na przyklad, aby zrobic film o Henryku Warsie. Wiesz, skad
    zdobywa informacje na jego temat? Z angielskojezycznych publikacji, przysylanych
    przez ciocie albo z internetu.Natomiast niedawno przeczytala w jakims naszym
    polskim a jakze pismie, ze Wars korzystal w Stanach z pomocy m.in. Ireny
    Gershwin, no bo jak wiadomo Ira Gershwin byl kobieta:)
    Zenada. Film o srodowisku polskich fimowcow jest marzeniem mojego dziecka, ale
    czy widzisz szanse na jego realizacje w Polsce? Ja - nie.

  • Gość: menodo IP: 77.255.241.* 15.02.10, 22:18
    A ja uwazam, ze zwlaszcza nauki humanistyczne i spoleczne warto studiowac na
    dobrych swiatowych uniwersytetach. Przy czym swiat to dla mnie takze Praga czy
    Budapeszt...Jakos tam humanisci radza sobie ze swoimi niszowymi jezykami w
    miedzynarodowym swiecie. Nie mowiac juz o Szwedach, Finach, Belgach czy
    Holendrach, ktorzy moga sie pochwalic szkolami wyzszymi w pierwszej setce
    swiatowego rankingu.

    Co stoi na przeszkodzie, aby polscy historycy,historycy sztuki, psychologowie,
    podagodzy,literaturoznawcy, lingwisci, filozofowie etc. brali udzial w
    miedzynarodowej wymianie mysli? Nie mamy nic do powiedzenia swiatu?
    Czy moze raczej chcemy rzucic swiat na kolana i zmusic reszte ludzkosci do
    zanurzenia sie w naszych-polskich podrecznikach czy innych kwartalnikach,
    zazwyczaj nudnych jak cholera, od ktorych mdli nawet ambitnych studentow...

    Co do ksztalcenia dzieci. Co jest zlego w tym, ze ktos zainteresowany historia,
    politologia i ogolnie sprawami miedzynarodowymi chce sie uczyc w krajach, gdzie
    polityke uprawia sie w sposob bardziej profesjonalny niz w Polsce?

    Albo - co jest zlego, ze ktos zainteresowany historia sztuki, marzy o
    uniwersytecie w Barcelonie? Albo w przypadku mody- w Mediolanie?

    Tak, tak, wiem, ze mamy w Polsce wybitnych specjalistow od historii sztuki, i od
    mody tez. Bo sztuki i mody u nas dostatek.

  • ratyzbona 15.02.10, 23:50
    Cóż z takim myśleniem to my daleko nie zajedziemy - jeśli córka
    interesuje się Warsem to może zamiast szukać w internecie pójdzie do
    biblioteki weźmie oryginalne czasopisma z dwudziestolecia i poczyta o
    Polskiej kinematografii - ja robię to co tydzień do pracy
    magisterskiej - wszystkie materiały są pod ręką, wystarczy złożyć
    rewers. Stan zachowania różny ale niestety w Polsce wojna była nie
    wszystko się zachowało. To że w czasopismach bzdury piszą to ani
    cecha Polska ani Europejska tylko ludzka.
    A co do humanistyki to są takie rzeczy które są nie przekładalne.
    Przekładane z angielskiego podręczniki socjologii nie bardzo się
    nadają - bo np. podawane w nich przykłady zachowań społecznych nie
    przekładają się na zachowania społeczeństwa Polskiego. Taki
    wykształcony na zachodzie socjolog nie będzie równie dobrze rozumiał
    społeczeństwa Polskiego co ktoś kształcący się tutaj. Może i na
    zachodzie lepiej ( co to w ogóle znaczy lepiej) uprawiają politykę
    ale czy na jakimkolwiek zachodnim uniwersytecie nauczą cię jak
    interpretować życie polityczne w którym ważniejsze jest to co się
    robiło w latach 70 niż dziś? Przecież kwestie takie jak transformacja
    ustrojowa czy solidarność to rzeczy mocno wpływające na nasze życie
    polityczne ale jeśli my tego nie opiszemy to nie wielu zrobi to za
    nas. O historii już nie wspomnę - bo żeby być historykiem historii
    Polski trzeba siedzieć tutaj - bob tu są źródła, miejsca ludzie i
    wszystko.
    Z reszta nigdzie nie napisałam że mamy wszyscy siedzieć w Polsce - po
    prostu uważam że wymiana międzynarodowa jakkolwiek bardzo przydatna (
    moi studiujący historię Francji znajomi siedzą w nudnym jak Ostrołęka
    Poitiers i nie chcą się stamtąd ruszyć za żadne skarby) to jednak nie
    powinna być celem samym w sobie. Tzn. wyjechać i utrzymywać kontakt z
    zachodem można ( ba nawet trzeba) ale uznać że tu w Polsce nie ma nic
    do roboty - to mnie przeraża. Przecież żeby być wybitnym historykiem,
    socjologiem, matematykiem itd. nie trzeba opuszczać Polski na zawsze
    uznając że na naszych uniwersytetach nic nas nie czeka. I to takie
    myślenie mnie przeraża.
    A jeśli chodzi o naszych przeszłych ,, wielkich" to wyjeżdżali oni
    jednak w trochę innych czasach i mało jest tutaj prawdziwego pola do
    porównania

    A co do filmu o polskim środowisku filmowców - podejrzewam że dobrze
    nakręcony film wielu by chciało zobaczyć.
    --
    zpopk.blox.pl/html
  • Gość: menodo IP: 77.255.241.* 16.02.10, 00:37
    Po pierwsze - o tym, czym sie Wars i wielu ludzi z jego showbiznesowego
    srodowiska zajmowali po wojnie, niewiele mozna sie dowiedziec z przedwojennych
    czasopism, a te sa juz w sporej czesci mojemu dziecku znane. Ale zostawiam to,
    bo to juz kolejny poziom off-topiku:)

    Co do studiowania humanistyki "na zachodzie".
    To troche tak, jakby powiedziec, ze ktos, kto chce zrozumiec polskich gorali,
    powinien studiowac socjologie w Zakopanem, bo Warszawa pozbawi go tego
    specyficznie goralskiego uwrazliwienia na lokalne problemy.
    Tymczasem mechanizmy zachowan ludzkich, zwlaszcza w dzisiejszym zglobalizowanym
    swiecie sa bardzo podobne. Pewnie ze w badaniach warto uwzgledniac roznorodne
    konteksty kulturowe, no ale wlasnie dlatego nalezy je poznawac!!!
    I to jest wlasnie argument za studiowaniem zwlaszcza kierunkow spolecznych poza
    miejscem swojego urodzenia. Ktos sie interesuje historia Warszawy? Swietnie! Ale
    czy studia w Paryzu mu tym przeszkodza? Poznawanie historii innych miast - z
    innych kultur?
    Uslyszalam niedawno opinie od studenta historii, ze po co mu jakies erasmusy
    skoro on wlasnie w polskiej stolicy chce sie specjalizowac?
    Nie obchodzi go, co o Warszawie maja do powiedzenia "cudzoziemcy", zwlaszcza
    jesli nie przetlumaczyli swoich publikacji na jedyny jezyk, w jakim jest w
    stanie czytac...
    Dla mnie takie podejscie jest o wiele bardziej niepokojace niz wszelkiego
    rodzaju kosmopolityzmy.



  • Gość: menodo IP: 77.255.241.* 16.02.10, 00:57
    Spedzilam kiedys pol roku w Londynie - mieszkalam w dzielnicy Brent Cross i
    bylam tam chyba jedynka "aryjka". Wiesz, ile ja sie w tym czasie dowiedzialam
    dowiedzialam o Polsce, o zyciu ludzi w getcie, o mechanizmach zachowan ludzi w
    warunkach zagrozenia?
    Podobnie, kiedy bylam w Kanadzie; pol roku w malym miasteczku na koncu swiata.
    Tam prawie kazdy czul sie Polakiem albo znal kogos o polskich korzeniach. A na
    polkach w ksiegarni - mnostwo wspomnien, pamietnikow, biografii polskich
    imigrantow. Moim zdaniem -fascynujace materialy zrodlowe dla kogos, kto
    interesuje sie historia i socjologia.
  • ratyzbona 16.02.10, 14:27
    Po pierwsze - w ramach offtopicu - Wars emigruje z Polski po wojnie
    więc chyba jasne że o jego powojennych dokonaniach więcej znajdzie
    się na zachodzie. Jednak o tym co robił przedwojną najwięcej jest tu
    na miejscu.
    Otóż nie jest tak że zglobalizowane społeczeństwo działa tak samo -
    w Polsce ludzie z innych dzielnic dawnych zaborów zachowują się
    inaczej - coś co można zbadać tylko tutaj, w podręcznikach
    zachodnich można znaleźć opisy laicyzującego się społeczeństwa - coś
    co na realia katolickiej Polski nijak nie chce się przełożyć. Z
    resztą jak ktoś chce badać społeczeństwo Polskich górali to w góry
    pojechać musi - tak już jest. Poza tym to nie jest tak że piszemy o
    Polskim społeczeństwie nie korzystając z zachodnich teorii czy
    metod - ale jest tak że społeczeństwo każdego kraju jest inne - i
    każde musi samo się opisać. Więc może jednak warto socjologię
    studiować u siebie.
    Ja jestem studentem historii zajmującym się Warszawą - dokładniej
    kinami Warszawskimi - mogłabym pojechać do innego kraju tylko po co?
    Tutaj w Warszawie mam źródła, mam ulice mam w końcu ludzi któryz te
    kina pamiętają. Czy przeczyatałam co napisano na zachodzie? Ależ tak
    nawet kontaktowałam się z kobietą znajmującą się kinam w
    Amsterdamie. Będąc w Berlinie przejżałam co o kinach w Berlinie
    mówią Niemcy i mogę z pamięci podać ilość kin w NY czy Paryżu w tym
    okresie. Jednak wyjechać do któregokolwiek z tych miast byłoby
    stratą czasu - bo nigdzie nie będę bliżej niż tutaj. Nigdzie nie
    pisałam że pozostanie w Polsce zwalnia nas z interesowania się tym
    co dzieje się na świecie ale żyjemy w takim świecie że nie
    koniecznie musimy wybierać się do innego kraju by być zorientowanymi
    w tym co się dzieje.
    Moja dobra znajoma jest obecnie w Niemczech gdzie jak sama przyznaje
    tarci pół roku bo nie ma tam nic do jej pracy magisterskiej - mówi
    że to niezła zabawa ale naukowo zupełnie się nie rozwija

    Cóż ja wiem że podróże kształcą ale nie oznacza to że emigracja jest
    lepszym planem życiowym niż pozostanie w kraju.
    --
    zpopk.blox.pl/html
  • agatka_s 16.02.10, 14:57
    tylko nie wszyscy studenci chcą być naukowcami. Nie każdy idzie na
    studia aby się bawić studiami nad warszawskimi kinami.

    Niektórzy chcą poprostu zostać dobrymi inżynierami, lekarzami,
    bankowcami, architektami-chcą się nauczyć zawodu tak żeby być
    conajmniej
    na tym samym poziomie co ich koledzy z innych krajów. A
    tu są niestety schody. Byłaś kiedyś w laboratorium na polskiej
    politechnice i zagranicznej ? Wiesz jakie są nakłady na szkolnictwo np
    w dziedzinie biotechnologii w Polsce i np Wielkuiej Brytanii ? Wiesz
    czym dysponuje polski student medycyny , a czym taki np w Holandii ?



    Oczywiście ze są jakieś niszowe zagadnienia które da się zglębiać tylko
    w jakimś konkretnym miejscu, ale to margines (pewnie są jakieś studia
    które wymagają wyjazdu na Madagaskar, tylko co z tego ???).

    Ja mówie o zwykłych (bez ambicji naukowych, ale z ambicjami dobrego
    fachu w ręku i bycią na możliwie wysokim poziomie w swoim zawodzie)
    specjalistach którzy poprostu chcą się nauczyć uniwersalnego fachu, z
    którym będą mogli przeżyć w każdym kraju i w każdych warunkach
    konkurencji globalnej. Chcą się nauczyć na dobrze wyposażonych
    uczelniach, od wykładowców którzy sami są maksymalnie na bieżąco z tym
    czym zajmuje się swiat-wykładowców jeżdzących na konferencje naukowe,
    publikujacych, zdobywajacych nagrody łącznie z Noblami.


    To co ja pisze to nie są moje przemyślenia (tylko !!!), tylko
    autorytetów takich jak profesor Magdalena Fikus (genetyk), albo
    profesor Łukasz Turski (fizyk) i wielu innych, którzy mimo bycia
    polskimi naukowcami potrafią wznieść się na wyżyny obiektywnej oceny
    polskiego szkolnictwa wyższego.


    I nie ma co się obrażać. Nie tylko w szkolnictwie wyższym jesteśmy
    zapóźnieni. Wczoraj w GW były badania na temat zasobności Polaków.
    Jesteśmy obecnie jeśli chodzi o PKB na poziomie czeskiej części
    Czechosłowacji z roku 1990... (a i tak większość uważa że materialnie
    ma wspaniale). Ciekawe jakby zbadać na poziomie jakim mamy Wyższe
    uczelnie ??? USA z czasów lotu na księżyc?


    A co do patriotyzmu ?


    To jest dyskusyjne czy lepiej patriotycnie studiować na polskich
    uczelniach i potem emigrować aby zmywać naczynia w Londynie (bo
    niestety po polskich uczelniach rzadko kiedy w Londynie daje się co
    innego robić), czy na odwrót studiować w Londynie a potem wrócić i
    tworyć polski PKB ??? (oczywiście to tylko metafora i uogólnienie, i
    wierze że są tysiace chlubnych wyjątków znanych i verdanie i ratyzbonie
    którzy po uczelni w Pcimiu Dolnym zrobiły kariere swiatową)
  • Gość: menodo IP: 77.255.241.* 16.02.10, 15:34
    Byłaś kiedyś w laboratorium na polskiej
    > politechnice i zagranicznej ? Wiesz jakie są nakłady na szkolnictwo np
    > w dziedzinie biotechnologii w Polsce i np Wielkuiej Brytanii ? Wiesz
    > czym dysponuje polski student medycyny , a czym taki np w Holandii ? "

    To sa przygnebiajace proporcje.Efekt jest taki, ze miedzynarodowe korporacje
    traktuja Polske jak rynek sprzedazy wylacznie. Swietny absolwent polskiej
    biotechnologii ma szanse co najwyzej na szefa sprzedazy w zagranicznym oddziale
    koncernu farmaceutycznego. Jesli jest dobrze wygadany tudziez wykasuje sie
    odpornoscia na stres i ma tzw, dobra prezencje, moze zajmowac sie zalapac do
    piaru - i tyle.

  • Gość: menodo IP: 77.255.241.* 16.02.10, 14:58
    W sprawie off-topicu,mnie sie dotychczas wydawalo, ze Wars nie emigrowal z
    Polski; po prostu nie wrocil do niej po wedrowce z armia Andersa (jak wielu
    artystow -tulaczy zaangazowanych w film "Wielka droga"). ale moze sie myle, bo
    to dzialka mojego sledzacego sprawe dziecka. Zeby bylo bardziej offtopicowo
    dodam, ze moja corka kilka lat temu (koniec jej podstawowki?) w chodzila do
    Muzeum Powstania na cykl wykladow Jerzego Janickiego polaczonych z projekcjami
    filmow z epoki przedwojennej Polski.

    Jestem pelna podziwu dla Twoich pasji, zwlaszcza ze mam w domu dwoje dzieci
    zainteresowanych historia. Mimo wszystko namawiam je na studia za granica. Z
    synem bylo bardzo trudno, ale sie udalo. Pomoglo mu w tym doswiadczenie pracy w
    Norwegii, do ktorej zmusila go koniecznosc pokrywania wlasnych studenckich
    wydatkow.Po prostu zachwycil sie farmerami, u ktorych pracowal - oboje mieli
    wyksztalcenie rolnicze zdobywane w ramach praktyk studenckich w roznych krajach
    Europy...No coz, tez mozna by zapytac: po cholere norweskiemu wiesniakowi
    doswiadczenie rolnicze zdobywane w Grecji?

    Dla mojej corki to oczywiste, ze bedzie studiowac za granica. Moze to roznice
    miedzypokoleniowe, moze kwestia osobistych i rodzinnych doswiadczen, swietnej
    znajomosci jezykow obcych i obycia.
    Emigracja? Coz to wlasciwie znaczy wobec faktu, ze bilet lotniczy do Londynu
    kosztuje mniej niz pociag do Krakowa.
  • ratyzbona 16.02.10, 15:26
    Po pierwsze - agatko pozwól mi jednak uznać że moje zainteresowania
    naukowe nie są zabawą tylko próbą wyjaśnienia problemów poziomu
    polskiej sztuki filmowej poprzez kwestie gospodarcze - może dla
    ciebie to tylko zabawa jednak są ludzie dla których jest to coś
    odkrywczego. Bardzo mi przykro że w ten sposób traktujesz coś co ja
    pisze z dumą z odkrywania czegoś nowego.
    Z resztą jak możesz zauwazyć piszemy tu o humanistyce i tylko i
    wyłącznie o Humanistyce. Moi znajomi z POlitechniki bardzo często
    wyjeżdżają za granicę ale nie żeby zmywać naczynia ale żeby pracować
    tam w swoim fachu - tak po Polskich uczelniach spokojnie można
    zarządzać linią produkcyjną w Finlandii. mam najomych studiujących
    tutaj i studiujących za granicą - i obie strony są zadowolone i
    widzą możliwości rozwoju - bo na studiach mnóstwo zależy od samego
    studenta. Ten który chce być wybitnym anukowcem poradzi sobie
    zarówno na UW jak i na Hravardzie ten kto chce przespać swoją szansę
    zrobi to.
    Dla mnie nauka na najlepszej na świecie uczelni kosztem przebywania
    z dala od rodziny była by jednak odkupiona zbyt wysokim kosztem.
    Moja rodzina rozsiana po całym świecie nauczyła mnie jednego. Że
    bycie obcym w obcym kraju zawsze ciąży. A co do patriotyzmu - chcemy
    mieć świetne szkolnictwo musimy zatrzymać tu najlpeszych - a
    przynajmniej ich się nie pozbywać


    A co do offtopu - istotniw nie wrócił do Polski po zwolneiniu z
    wojska ale jakoż że nie wrócił to możemy uznać to za emigracje
    --
    zpopk.blox.pl/html
  • agatka_s 16.02.10, 15:46
    Nie było moim zamiarem dyskwalifikować Twoją dyscyplinę naukową. Jeśli
    tak to odebrałaś- przepraszam. Niemniej pasja naukowa o której piszesz
    jest niszowa i bardzo zdeterminowana geograficznie, dlatego uważam że
    nie jest dowodem że lepiej studiować w Polsce. Pewnie akurat o kinach
    warszawskich lepiej studiować w Polsce, ba w Warszawie, ale czy już np
    o historii filmu światowego, koniecznie ?

    Ja pisze o wyborze. Są tacy którzy chcą studiować za granicą, a są
    tacy którzy sobie tego nie wyobrażają, z różnych przyczyn np takich o
    jakich ty piszesz. Ale istnieje wybór, i to bardzo realny (a jeszcze
    za moich czasów, realny nie był) i o tym wyborze, możliwości powinno
    się mówić jak najwięcej. Obecnie studia zagranicą nie są już takim
    niesamowitym wyczynem-są stypendia,są samoloty, jest prawo które
    pozwala wybrać dowolną uczelnię w UE. Moim zdaniem już w liceach
    powinno się dzieciakom mówić ze nie są "skazani" tylko na polskie
    uczelnie.

    Ja będe zachęcać mojego syna aby rozważał uczelnie szeroko, nie tylko w
    Polsce, bo uważam że takie szerokie spojrzenie jest lepsze niż
    ograniczanie się tylko do Polski i alergiczne reagowanie na wszystko co
    zagraniczne ("zachodnie i w obcym języku najlepiej angielskim" że
    zacytuje klasyczke...).

    A jak syn wybierze ? Nie mam pojęcia, bo to narazie zdecydowanie za
    wcześnie.

    A jako matka, powiem że chciałabym dla niego jak najlepiej i to jest
    moim małym patryiotyzmem. Chciałabym wychować fajnego, młodego
    człowieka, przy okazji Polaka, i to nie ma znaczenia czy on będzie
    studiował tu czy tam, mieszkał tu czy gdzie indziej. Zawsze będzie
    Polakiem i będzie świadczył o swojej ojczyźnie (oby nie źle !!!).
  • ratyzbona 16.02.10, 15:59
    Cóż może żyjemy w różnych krajach ale ja chodząc do średniego
    warszawskiego liceum ani razu nie usłyszałam że mam się ograniczyć
    tylko do Polskiej uczelni - w ogóle nie słyszałam ze mam się
    ograniczyć. Jasne jest że większość nauczyciel zachęca swoich
    uczniów do najlepszych uczelni w Polsce bo studiowanie za granicą
    przewyższa możliwości finansowe jakichś 90% przyszłych studentów.
    Trudno mówić uczniom ,, Studiujcie w stanach...ach zapomnieliśmy że
    was nie stać". Ja sama z radością skorzystałabym z proponowanego na
    moim kieruku stypendium uniersytetu Chicagowskiego gdyby nie drobne
    wymaganie 20 tysięcy dolarów na koncie w chwili składania podania.
    Z resztą jakoś nie widzę alergii na studiowanie za granicą - Erazmus
    czy IASTE są niezwykle popularnymi programami wśród studentów.
    Ja myślać prespektywcznie też chciałabym dla mojego dziecka
    najlepiej i doradzałabym mu zostanie w Polsce. No ale to raczej z
    czystego egoizmu który przezemnie przemawia i mówi mi że fajnie mieć
    jest dziecko w tym samym kraju
    --
    zpopk.blox.pl/html
  • agatka_s 16.02.10, 16:19
    Ja sama z radością skorzystałabym z proponowanego na
    > moim kieruku stypendium uniersytetu Chicagowskiego gdyby nie drobne
    > wymaganie 20 tysięcy dolarów na koncie w chwili składania podania.
    >

    Ano właśnie. W USA wzięłabyś kredyt na studia, i byłabyś pewna że po
    zakończeniu studiów oddałabyś go bez problemu, bo skończenie danej
    uczelni to też od razu gwarancja pracy i określonych zarobków. To norma
    że np przyszli lekarze przez pierwszych kilka lat odpracowują swoją
    inwestycję.

    Mój kolega (Duńczyk) zapożyczył się na studia MBA (INSEAD) na kwotę
    około 200.000 Euro, ale też była to bardzo opłacalna inwestycja choć
    długoterminowa.

    Poza tym jest system sponsorowania studentów przez firmy-fundują ci
    studia, a ty masz obowiązek odpracować to potem.

    Jest tylko jeden warunek, ktoś kto inwestuje, nieważne sam student, czy
    firma, czy rząd, muszą mieć gwarancje że te studia dają na końcu
    gwarancję że odrobisz, zwrócisz inwestycje kilkakrotnie. Dlatego
    uczelnie muszą być dobre.

    A w Polsce ? Po żadnej uczelni, po żadnym kierunku takiej gwarancji
    nie masz, a co gorsza nikt jakoś nie wiąże kwestii jakości studiów z
    poźniejszym zwrotem finansowym. U nas studia są raczej hobby i
    rozrywką. Potwierdzają to zresztą badania które przytoczyłam,
    ileprocent absolwentów polskich uczelni pracuje w wyuczonym zwodzie....
    (gdyby musieli zwrócić choćby 20 tys dolarów, to by się troche
    zastanowili...)
  • ratyzbona 16.02.10, 16:47
    Nov tak - ideał to spłacanie studiów przez pół życia - wiem że to
    zabrzmi nieco socjalistycznie ale ja jakoś nie widze w tym nic
    pięknego. Z resztą problem spłacania studenckiego kreydtu jest chyba
    dość spory jeśli weźmiemy uwagę jak czesto pojawia się w książkach i
    flmach. Z resztą jak już pisałam - mówimy o humanistyce - jak
    zapewnić żeby historyk czy polonista się zwrócił? Przykuć go do
    biurka i kazać wpaść na genialne odkrycie?
    Podejście do studiów w USA i w Polsce wynika z zupełnie różnej
    spóścizny historycznej i kulturowej - w Polsce studiów nie traktuje
    się jak szkoły zawodowej - nie mówię że to dobrze ale mówię jak jest
    teraz ( to się pewnie z czasem zmieni).
    A co do pracy w wyuczonym zawodzie - część kierunków humanistycznych
    daje wykształcenie po którym można robić wszystko - więc akurat do
    elastyczności bym się nie przyczepiała bo na zmiennym rynku pracy to
    raczej zaleta niż wada.
    Z reszta brak gwarancji zatrudnienia absolwentów to problem
    dotykający obecnie całej Europy i co raz częście Ameryki i wiąże się
    z podwyższaniem się ilości wykształocnych ludzi w społeczeństwie a
    nie z poziomem uczelni
    --
    zpopk.blox.pl/html
  • Gość: menodo IP: 77.255.241.* 16.02.10, 15:59
    "A co do patriotyzmu - chcemy
    mieć świetne szkolnictwo musimy zatrzymać tu najlpeszych - a
    przynajmniej ich się nie pozbywać"

    A od kiedy to polskie szkolnictwo potrzebuje najlepszych? Od czasow
    stalinowskich? Od roku 68? W wolnej Polsce?
    Za moich czasow (poczatek lat 90.) na wydziale ktory konczylam zostali ci,
    ktorzy nie znalezli sobie pracy w prywatnym sektorze. Przecietniacy, bez
    znajomosci jezykow, bez publikacji. Typy frustratow-nieudacznikow. Teraz sa juz
    po habilitacjach, ale nie sadze, aby zhanbili sie jakas angielskojezyczna
    publikacja. Nie sadze, aby byli dobrym towarzystwem dla wielu znanych mi
    zdolnych i ambitnych dzieciakow.


  • ratyzbona 16.02.10, 16:08
    Cóż to że się w szkolnictwie fatalnie płaci to inna sprawa. jednak
    jak patrzę na moich wykładcowców i na moich znajomych wybierających
    się na studia doktoranckie to nie mam wątpliwości że mam do
    czynienia z najlepszymi.
    Moim zdaniem właśnie przez takie opinie szkolnictwo wyższe w Polsce
    daleko nie zajdzie. Bo tych obiających się i nic nie robiących
    profesorów teoretycznie znają wszscy ale wskazć palcem zawsze im
    trudniej ( zwłaszcza na UW czy UJ). Poza tym serio - dorobek naukowy
    nie polega tylko na znajomości angielskiego. Jak sie jest naprawdę
    dobrym to cię przetłumaczą ( tu ironizuję ale chodzi mi o to że są
    jeszcze inne ważne rzeczy które czynią naukowca)
    --
    zpopk.blox.pl/html
  • Gość: menodo IP: 77.255.241.* 16.02.10, 16:25
    Nie, no nie moge? Mowisz o historii na UW? Od lat progi punktowe na ten wydzial
    sa chyba najnizsze ze wszystkich wydzialow humanistyczno-spolecznych. Owszem,
    zdarzaja sie tam ludzie, ktorzy studiuja tam z wyboru , ale to od nich wlasnie
    slysze, jak bardzo zasciankowy jest to wydzial.
  • ratyzbona 16.02.10, 16:38
    Po pierwsze - Historia na UW jest najlepszą historią w Polsce - w
    tym kraju lepszej nie ma. Po drugie - na moim roku jest ok. 10
    olimpijczyków - oni na 100% nie mieli wyboru. Porwónując wymagania
    jakie się stawia nam a jakie stawia się innym studentom którzy mają
    wyższe progi kończą się zazwyczaj tym że student w historii dochodzi
    do wniosku że chyba studiuje na innym uniwersytetcie - Studenci
    dziennikarstwa nie wiedzą gdzie jest BUW, studenci socjologii na
    nasze stwierdzenia że przeczytanie książki z zajęć na zajęcia to nic
    strasznego reguja zdziwieniem bo oni czytają rozdział z podręcznika.
    Z pośród moich prowadzących miałam wykładowców uniwersytetów
    Niemieckich, Duskich czy nawet Amerykańskich. Znajość języków -
    ogólnie wygląda to tak - masz zajęcia z historii ameryki czytasz po
    angielsku, z historii niemiec po niemiecku z historii czech po
    czesku, z historii średniwiecznej - sorry muisz znać łacinę - nie
    znasz tego jęzka twój problem - co roku mam do wysłuchania kilka
    wykładów w obcyh językach i jakoś nikt mnie nie pyta czy je znam -
    jak nie znam to mój problem. Z resztą jeśli ktoś deklaruje że chce
    się zajmować historią jakiegoś innego kraju niż Polska niemal od
    razu dostaje polecenie żeby tam pojechać. Mój znajomy we Francji
    wysłuchuje teraz zachywtów nad swoim promotorem który tam jest
    bardziej znany niż tutaj, zas drugi dzięki znajomościom swojego
    prowadzącego właśnie dostał pracę w Amsterdamskim archiwum. Serio
    ale zaścianek.
    Niemal 80% studentów studiuje tam z wyboru bo inaczej historii
    studiować się nie da - tylko z pasji. Z resztą ilość studentów
    historii która studiuje też drug kierunek jest tak duża że mogę cię
    spokojnie zapewnić że żadne progi punktowe nie stanowią dla nas
    przeszkody.

    Teraz powoli rozumiem dlaczego jeden z moich profesorów osobiście
    dziękował mi kiedy przeczytał w Gazecie mój list w którym borniłam
    mojego wydziału. Bo serio zasłyszsne skargi łatwo powtarzać a
    przyznać się że stduia są na wysokim poziomie to wstyd.


    A co do progów - wysokie progi odstraszają te setki kandydatów - nie
    są potrzebne w przypadku kierunków na które wybiera się mało osób -
    jak historia ale nie świadczą o poziomie
    --
    zpopk.blox.pl/html
  • Gość: menodo IP: 77.255.241.* 16.02.10, 16:56
    No ja ten wydzial akurat troche znam i mam o nim skrajnie odmienna opinie,
    zwlaszcza w kwestii aktywnosci miedzynarodowej jej kadry.
    Ale Ok, jak ktos chce studiowac historie Polski to to jest najlepsze miejsce.
  • verdana 16.02.10, 18:09
    Menodu, ty "trochę" znasz wydział, ktory i ja i Ratyzbona znamy
    doskonale. Pewnie, ze trochę tam marnej kadry, jak wszedzie - ale
    nie jest to na pewno wiekszość.
    No, ale Ty oczywiscie wiesz lepiej.
    No i odniose się do twego przykladu z Anglii. Sama przyznalaś, że
    najwiecej o Żydach dowiedziałas się - wśrod Żydow. A twierdzisz, ze
    można równie dobrze pozxnać spoleczenstwo polskie i studiowac jego
    problemy bedąc w USA czy Francji. Sama widzisz, ze nie - trzeba
    poznać srodowisko, które się bada.
    Aby badac górali nie trzeba studiowac w Zakopanem, ale jesli
    studiuje się na Harvardzie i w Zakopanem bylo raz w życiu , tydzień
    na nartach - to raczej dobrej pracy się nie napisze. Wiecej - jesli
    nie zna się spceyfiki spolecznosci górtalskiej w Polsce - też nie. A
    tego na studiach za granica nie ucza, w Polsce - tak.
    Nie ulega watpliwosci, ze studia, gdzie potrzebne sa alboratoria
    itd. zwykle lepsze są poza Polską. Chociaż informatyke ma akurat
    Polska doskonałą. Ale humanistyka przede wszystkim, a nawet nauki
    spoleczne - to inna sprawa. Nawet fizjologiczne reakcje na stres sa
    w Polsce inne niż w USA... Choroby psychiczne bywaja inne, w
    zależnosci od srodowiska.
    Co do kresytów studenckich, to moja kuzynka w Szwecji splaca je
    jeszcze majac lat 43. Jest to bardzo powaznym obciążeniem jej
    budzetu i bardzo teraz narzeka, ze mlodym ludziom , ktorzy sa
    lekkomyslni, pozwala się zaciagac takie kredytuyy =- mając lat 20 ma
    się bowiem slabe wyobrażenie, jak to jest spłacać kredyt mając
    rodzinę.

    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • agatka_s 16.02.10, 19:26
    verdana napisała:

    >> Co do kresytów studenckich, to moja kuzynka w Szwecji splaca je
    > jeszcze majac lat 43. Jest to bardzo powaznym obciążeniem jej
    > budzetu i bardzo teraz narzeka, ze mlodym ludziom , ktorzy sa
    > lekkomyslni, pozwala się zaciagac takie kredytuyy =- mając lat 20 ma
    > się bowiem slabe wyobrażenie, jak to jest spłacać kredyt mając
    > rodzinę.

    No to albo jakiś niewyobrażalnie wysoki koszt studiów, albo kuzynka
    fatalnie zarabia, albo jest bezrobotna.

    Załóżmy że koszt studiów magisterskich to około 50.000 EURO-to są
    porządnie drogie studia jak na UE, bo jednak zazwyczaj to raczej jest
    ponizej 10.000 Eyro, no ale niech będzie wypasiony kredyt (dla
    uproszczenia, nie będe sie wdawać w korony szwedzkie). Załóżmy że
    kredyt zaczął być spłacany w wieku 23 lat (5 lat po polskiej maturze)-
    czyli przez minimum 20 lat, skoro kuzynka ma 43 lata.

    Załóżmy że raty są równe, czyli wychodzi 50.000/20=2500 Euro rocznie,
    czyli 2500/12=208Euro miesięcznie, plus odsetki (zazwyczaj mniejsze niż
    komercyjne) to jakieś 220 Euro. Zarobki inżyniera w Unii Europejskiej
    wahają się w zależnosci od kraju 3.000-6.000 Euro, płaca przeciętna w
    Szwecji to około 2.000 Euro, czyli te 220 Euro kredytu to naprawde nie
    jest jakiś problem. Przy normalnym koszcie studiów około 10.000 E, to
    de facto mówilibyśmy o jakiś 50 Euro, czyli tyle ile jeden wieczór w
    knajpie.

    A tak w ogóle kredyty studenckie są zawsze krótkoterminowe, tak do 10
    lat max (żaden bank nie da na dłużej). A już tak w ogóle to studia w
    Szwecji są bezpłatne, wpłaca się tylko składki na rzecz organizacji
    studenckich, około 20-30 Euro na rok....


    Polecam tę stronę o studiach zagranicznych:

    www.pracuj.pl/edukacja/artykuly-12442.htm#top
  • Gość: verdana IP: *.chello.pl 16.02.10, 19:39
    Nie liczysz kosztu życia - o wiele wyższego w Szwecji. I tego, ze
    kredyt na studia to kredyt dodatkowy - trzeba jeszcze spłacić dom. I
    tego, ze akurat dziewczyna, o której piszę ma trojkę małych dzieci -
    starszego syna i półroczne bliźnięta. Studiowała osiem czy dziewieć
    lat - bo wolno, sporo ludzi w Polsce też tak studiuje.
    Nie zaczęła od razu spłacać, bowiem - wyobraź sobie - i w Szwecji
    jest bezrobocie. Kuzynka nie jest inżynierem, pracowała przez pare
    lat w El-Al, za niewielką pensję. jak mnóstwo osób, ktorzy nawet po
    studiach wysokich zarobkow nie dostają od razu - albo nigdy.
    W Szwecji kredyty studenckie Nie sa krótkoterminowe, wolno je splacać
    latami.
    Ale oczywiscie, co tam kuzynka, ktora jest Szwedką wie. Nie zna się
    na niczym , bo strony o studiach nie przeczytała i nie wie, ze wcale
    nie musiała zaciągać kredytu i ze już dawno go splacila.
    Niemal cała moja rodzina to emigranci. I jak porównuję to, co oni
    mowia, z tym, jak Wy sobie wyobrazecie 'zagranicę" to sama nie wiem -
    śmiać się czy plakać. wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.
  • agatka_s 16.02.10, 20:08
    Pudło

    Siostra mojej babci jeszcze przed wojną wyszła za Szweda i ja tam mam
    akurat bardzo dużą rodzinę, 3 pokoleniową już. Sorry ale studia w
    Szwecji nigdy nie były płatne i nie są płatne i o kredytach studenckich
    to tam nawet nie słyszano. Nawet jak Szwecja nie była jeszcze w UE,
    była krajem socjalistycznym i takim jest nadal.
    Nie tylko ze studia nie są płatne, to dodatkowo Państwo funduje
    zapomogę studentom na utrzymanie w czasie studiów(uzależnione od
    dochodów rodziców) i tylko część tej zapomogi musi być potem odrobiona,
    w jakiej wysokosci zależy już od dochodów studenta.


    Sorry ale Twoja szwedzka kuzynka coś Ci nakłamała.

    I jeszcze jedno akurat w Szwecji mając 3 dzieci to tak jak wygrać los
    na loterii, ma się jak w niebie, bo państwo do każdego dziecka dopłaca
    i to niezależnie od zamożności rodziców.

    Sorry verdana, ale ja w Szwecji bywam conajmniej raz, dwa razy w roku
    od 40 lat i akurat ten kraj znam prawie jak Polske i to od dzieciństwa
    (też tak dobrze znam Włochy, jakbyś jeszcze z jakimś przykładem
    próbowała, moja siostra cioteczna jest Włoszką, 6 lat po studiach na
    wydziale web-designu na Uniwersytecie w Mediolanie).
  • Gość: menodo IP: 77.255.241.* 16.02.10, 19:47
    Mowie, ze znam "troche", chociaz zyje w srodowisku historykow, mlodszych i
    starszych, takze tych uczelnianych - ale proponuje nie kontynuowac tego watku,
    bo uwazam, ze opinie o tym wydziale maja prawo byc sprzeczne i ja szanuje to, ze
    ze masz inne niz moje.

    Co do nauk spolecznych - nie przekonasz mnie, ze studiowanie socjologii czy
    psychologii na Harvardzie nie ma sensu dla kogos, kto chcialby zglebic dusze
    polskich gorali:)
    Najwybitniejsze polskie umysly z szeroko pojetej polskiej humanistyki ksztalcily
    sie na swietnych uczelniach amerykanskich i europejskich.
    I nie widze powodu, dla ktorego mielibysmy zaprzestac tej tradycji.

    Moj syn - wielki polski patriota, obciazony doswiadczeniami wojennymi przodkow,
    ktory w okolicach swiat panstwowych zawsze pamieta, aby zawiesic i zdjac flage,
    dal sie wreszcie wypchnac z umilowanej ojczyzny i przebywa na erasmusie w
    Belgii. I coz - wlasnie sie dowiedzialam, ze wczoraj ogladal "Bekarty wojny" w
    towarzystwie dwoch kolegow ze studiow: Niemca i Austriaka...
    Nie sadze, aby po tym kosmopolitycznym doswiadczeniu stal sie czlowiekiem,ktory
    przestal kochac i rozumiec Polske.
    Ale wiem juz, ze planuje podyplomowe studia gdzies-tam, szuka mozliwosci
    sfinansowania swoich studiow i nie widze w tym niczego niepatriotycznego.
  • ratyzbona 16.02.10, 22:12
    Menodo jakbyś się nie starała nie przebywasz w towarzystwie
    historyków bardziej niż ja i verdana chyba że sama historykiem jesteś
    abo historię studiujesz. Menodo czy myśmy ci gdzieś napisały że
    studiowanie na Hrvardzie nie ma sensu ? Ma oczywiście ale nie będzie
    się po tym wybitnym historykiem społeczeństwa polskiego chyba że się
    tu przyjedzie i zacznie się czytać tutejsze teksty i przebywać z
    ludźmi tutaj a wtedy... no właśnie po co wyjeżdżać skoro i tak trzeba
    tu siedzieć. Z resztą obawiam się że pewnych niuansów się i tak nie
    zrozumie.
    Nie wiem czy żeby oglądać Tarantino w międzynarodowym towarzystwie
    trzeba wyjeżdżać z Polski - ja kilka tygodni temtu ogladałam z moją
    dobrą niemiecką znajomą ze studiów film o pierwszych dniach II wojny
    tylko po to by bronić przed nią niemieckich żołnierzy-
    kosmopolitycznym można być wszędzie. Z resztą studiowanie za granicą
    a potem powrót do Polski prowadzi najczęściej do frustracji. Co
    innego Erazmus ( z którego prawdę mówiąc bardzo niewielu moich
    znajomych wróciło zadowolonych - głównie dlatego że okazało się że
    np. w Irlandii jak się czyta na zajęciach ze średniowiecza po łacinie
    to jest się tam guru no ale to inna sprawa na jakie uczelnie się z
    Polski jeździ) a co innego całe studia za granicą które w większości
    wiążą się z zostaniem poza krajem a tam powoli a systematycznie
    przestaje się swój kraj rozumieć. Serio wszystko jest piękne póki się
    studiuje a potem...potem jest się w obcym kraju.


    --
    zpopk.blox.pl/html
  • Gość: menodo IP: 77.255.241.* 16.02.10, 23:11
    Nie, no ja juz nie dam sie wciagnac nt. dyskusji o historii na UW; niech juz tak
    zostanie, ze przynajmniej na tym forum tylko Ty i Verdana macie prawo do opinii
    na temat studiow historycznych na UW.

    Co do studiow za granica - namawiam wszystkie zdolne dzieciaki zeby wyjezdzaly i
    ciesze sie kiedy slysze, ze sa bardzo zadowolone ze swojej decyzji. Oczywiscie,
    ze jesli ten wyjazd sluzyc ma poglebieniu wiedzy z danej dziedziny, trzeba
    starannie wybierac szkoly. Tak czy siak - kazde tego typu doswiadczenie uwazam
    za bardzo rozwojowe.
  • Gość: menodo IP: 77.255.241.* 17.02.10, 15:29
    verdana napisala:
    "No i odniose się do twego przykladu z Anglii. Sama przyznalaś, że
    najwiecej o Żydach dowiedziałas się - wśrod Żydow. A twierdzisz, ze
    można równie dobrze pozxnać spoleczenstwo polskie i studiowac jego
    problemy bedąc w USA czy Francji. Sama widzisz, ze nie - trzeba
    poznać srodowisko, które się bada. "

    Oczywiscie ze mozna wiele dowiedziec sie o Polsce, nie mieszkajac w niej. Zylam
    wsrod wygnanych z Polski Polakow zydowskiego pochodzenia. Tylko gdybym ponad 20
    lat temu miala mozliwosc skorzystac z programu Erasmus albo gdy relacja
    zlotowki do funta byla inna, to zamiast sprzatac i opiekowac sie dziecmi na
    Brent Cross moglabym swietna prace badawcza napisac, uwzgledniajac tamtejsze
    "materialy zrodlowe".
    Co wiecej, uwazam, ze nadal sa takie mozliwosci, bo ci ludzie nadal zyja, a na
    pewno zyja ich dzieci. Podobnie jak w Kanadzie.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka