Dziewięciu na dziesięciu zmarłych, a i dziesiąty z nienajlepszymi perspektywami, to rzeczywiście niesamowite. Wedle statystyk z Normalnego Świata 6-8 z tych 10 pacjentów powinno być trwale wyleczonych. Albo to wysoce niereprezentatywna 'próba', albo rzeczy mają się w Polsce pod tym względem bardzo źle. Rzetelność dziennikarska wymagałaby podania statystyk.
Przyczyny mogą być dwie. Pierwsza to późne zgłaszanie się chorych z ewidentnym guzem jądra (guza jak arbuz nie widziałem, ale widziałem takie wielkości sporszego jabłuszka, także i owrzodziałe, wyłażące przez skórę). Druga, to niedostatki nadwiślańskiej diagnostyki i terapii. Pierwsza jest dużo bardziej istotna, bo leczenie nowotworów germinalnych jąder jest stosunkowo proste, wyjąwszy rzadko potrzebny zabieg usunięcia węzłów chłonnych przestrzeni zaotrzewnej.
Inna sprawa to kwestia 'profilktyki' (nie mylić z wizytą u lekarza, gdy ma się już ewidentnego guza). W zasadzie, wyjąwszy przypadki rodzinnego występowania tego typu nowotworów, żadna sensowna profilaktyka tu na razie nie istnieje.
Głośno reklamowane samobadanie jąder jest mocno kontrowersyjne, co do skutków. Owszem, wykrywa się część nowotworów na wczesnym stadium, ale (ponieważ nowotwory jąder są w sumie rzadkie) 'wykrywa' się dużo więcej bzdur, pociągających za sobą niepotrzebne interwencje lekarskie (a jadra z guzem się nie biopstuje, tylko od razu wycina).
To trochę tak, jak z metodą zwalczania rakiet V2 zaproponowaną i odrzuconą przez Brytyjczyków, polegającą na saturacji wyliczonego toru rakiety pociskami przeciwlotniczymi - rakietę się owszem, zestrzeli, ale szkody wynikłe ze spadających niewybuchów tych pocisków byłyby dużo większe, niż skutki ekspolzji rakiety po osiągnięciu celu.