Witajcie,
10 lat temu z nieznanych przyczyn straciłam synka w 24 tc. Zdrowa, książkowa ciąża i nagły ból, szpital, uwypuklony pęcherz płodowy, poród przedwczesny. Długo nie mogłam się pogodzić ze stratą. Z resztą do dzisiejszego dnia nie potrafię. Nie chciałam kolejnego dziecka, bojąc się powtórki.
W listopadzie w piersi zobaczyłam guzka, ginekolog... onkolog... Diagnoza - gruczolakowłókniak, 2% szansy na złośliwość. Odstawienie antykoncepcji, bo sprzyja guzkom. Od razu się umówiłam z chirurgiem onkologiem na usunięcie (grudzień). Półtora miesiąca czekania na wynik, bo NFZ podpisywał umowy, itd.
Sam zabieg okropny, dwukrotnie zemdlałam, gojenie straszne, miesiąc leżenia w domu z zakazem czegokolwiek. Ale guzek okazał się być tylko zwykłym tłuszczakiem.
Przez to wszystko-tak myślałam, nie dostałam miesiączki 1 lutego. 3 lutego wieczorem zrobiłam test-negatywny, nie chciałam już wychodzić z sypialni, żeby go wyrzucić więc położyłam na stoliku. Rano patrzę, druga blada kreska. Wiem, że test odczytuje się po 5 minutach a nie 7 godzinach, więc zrobiłam drugi. Kolejna blada kreska.
Niedziela test innej firmy, znów to samo. W poniedziałek już gruba krecha, której nie można z niczym pomylić. Szok, przerażenie, strach. Nie wiem co przeważało.
W poniedziałek po południu brązowe plamienie. Umówiłam się do ginekologa. Termin środa (7 dni po spodziewanej miesiączce). Wtorek plamie, środa brunatne nitki.
Ginekolog potwierdził, że jest pęcherzyk, 3,7 mm. Czy coś z tego będzie nie wiadomo. Ale z racji przeżyć Duphaston 1x co 12h. Zdążyłam wziąć 3 tabletki.
Od dwóch godzin ronie. Mam nocki, spałam i obudził mnie okropny ból brzucha. Taka trzykrotność najgorszych bóli miesiączkowych. Na podpasce skrzep sino-bordowy, ok. 4mm średnicy.
Wzięłam wolne, siedzę w domu, łykam nospe i świruje.
Cholera... Myślałam że uda mi się obojętnie podejść do sytuacji ale nie potrafię. Pewnie gdybym nie była nadgorliwa i nie zrobiła testu pomyślałabym, że to paskudny, spóźniony okres. A tak wiedza okazała się być moim przekleństwem.
Co ze mnie za kobieta jeśli nie potrafię donosić ciąży.
Nawet wspomagana farmakologicznie nie pozwalam jej dojrzeć.
Jestem załamana.
W pełni zdrowa a z defektem.
Nie mam ochoty wychodzić z domu do ginekologa, a na rozmowę telefoniczną też się nie nadaje. Odstawić całkiem duphaston czy przyjmować do ustąpienia krwawienia? Podzielicie się doświadczeniem?