Dodaj do ulubionych

Po 8 poronieniach, czy jest sens starać się dalej?

24.04.15, 10:45
Witam wszystkich zainteresowanych.
Mój problem jest następujący. Po 5 latach małżeństwa, po 8 poronieniach, po badaniach genetycznych (ok), cały czas dochodzi do samoistnego poronienia. Ostatni raz w styczniu 2015r. Jesteśmy ludźmi przed 30 tką. Jedni lekarze mówią oczywiście ,, próbujcie dalej", inni ,,APS", ale jak wiadomo nikt z Nas nie jest robotem i każdy ma swoje uczucia. Czy jest może ktoś kto zmierzył się z tyloma poronieniami i się w końcu udało, bądź z zespołem APS? Dodam też, że Clexane i Duphaston nie pomogły.
Z góry dziękuję za wszystkie odpowiedzi. Pozdrawiam
Edytor zaawansowany
  • in-sa 24.04.15, 11:28
    Witaj,
    oczywiście, że jest sens, zwłaszcza że jesteście jeszcze młodzi. Jest to problem poronień nawykowych, z którymi wielu ginekologów niestety nie daje sobie rady lub zbyt szybko składa broń sad

    Znam problem z autopsji, z tym że u mnie były dodatkowo problemy z samym zajściem w ciążę. Na jakim etapie ciąży następowały te poronienia? Czy wykryto u Ciebie jakieś nieprawidłowości w budowie macicy, endometriozę, mięśniaki? Jak z tarczycą? Czy robiłaś badania w kierunku toxo, cytomegalii i właśnie zespołu antyfosfolipidowego? Na jakim etapie zaczynałaś brać Clexane i w jakiej dawce? Czy brałaś dodatkowo acard, sterydy typu encorton/metypred - to są leki, których generalnie w zdrowej ciąży nie powinno się brać, ale jeśli problem jest natury immunologicznej, to bywają bardzo pomocne. Przepraszam, że zadaję tyle pytań, ale przeszłam przez kilka bardzo trudnych lat leczenia i wiem, jak to jest... Trzeba naprawdę dużej determinacji, stalowych nerwów, odporności psychicznej i cierpliwości. Ale udaje się, wierz mi. Dodam, że znam jeszcze kilka przypadków określanych jako "beznadziejne", które zakończyły się szczęśliwie. Chętnie odpowiem na Twoje kolejne pytania.
  • inka.1988 24.04.15, 11:39
    Niesamowicie dziękuję za odpowiedź i to tak szeroką. Przyznam, że myślałam że nikt się tym nie za bardzo zainteresuje, a tu... wielkie dzięki.
    Odpowiadam po kolei na wszystkie twoje pytanka.
    Wszystkie poronienia występowały między 10 tyg, a 5 miesiącem. Z macicą wszystko ok, endometriozy nie mam, mięśniaków też. Tarczyca, toxo, cytomegalia robiona nie jednokrotnie i też wszystko ok, APS tylko nie które badania, wszystkie zresztą dobre. Clexane 80 mg brane przy 3 ostatnich ciążach tak naprawdę od początku (ok.5 tyd.) i 2x dziennie acard.
  • nuluska 26.04.15, 22:23
    Bardzo ci współczuję. Przeżyłam połowę tego co ty i nie wyobrażam sobie jak silną musisz być kobietą.
    Mam pytanie o acard. Od kiedy brałaś?
    Bo u mnie to był chyba klucz do sukcesu. Dopiero acard włączony już po potwierdzonej owulacji (plus heparyna od pozytywnego testu) pomógł donosić ciążę.
  • inka.1988 24.04.15, 11:48
    A jak u Ciebie sprawa wyglądała? Znaleźli jakieś rozwiązanie? I za którym razem Ci się udało (jeśli się udało)? Masz rację takie przypadki dużo lekarzy uznaje za beznadziejne i składa brań bojąc się też ,,uszkodzenia reputacji" , że nie dali rady niż wiedzą że zrobili wszystko co uważali za słuszne.
  • nunia01 25.04.15, 22:27
    Ja akurat miałam inny problem, ale lekarz nie składał broni bojąc się 'uszkodzenia reputacji'. Jestem w ciąży po 5 latach starań. Nie wiem ile razy razy roniła moja koleżanka, ale również wielokrotnie. Udało się w końcu.
    Ale znam tez osoby, które odpuszczały i szły ścieżką adopcji bądź świadomej bezdzietności.
  • inka.1988 26.04.15, 08:16
    My akurat na ostatnie zajście czekaliśmy też sporo czasu, nawet przyznam szczerze że wpadka. Ale lepszej niespodzianki nie można było sobie wyobrazić smile
    Adopcję też braliśmy pod uwagę, ale nie jesteśmy jeszcze gotowi na podjęcie takiej decyzji.
  • nunia01 27.04.15, 10:28
    Rozumiem doskonale, że nie jesteście gotowi. My też nie byliśmy, szczególnie mąż. Ja byłam bliżej świadomej bezdzietności. Tym bardziej, że my jesteśmy dużo starsi.
    Koleżanka o której wspomniałam zachodziła rożnie (i w wyniku in vitro i nieoczekiwanie 'z wpadki'). U niej kluczowe okazały się leki na obniżenie krzepliwości brane w ciąży. Robiąc badania krzepliwości bez ciąży wychodziły jej dobrze, a w ciąży miała złe (szczegółów nie znam).
    Jeśli jesteś/jesteście w stanie przechodzić przez kolejne próby i podejścia, to w mojej ocenie jak najbardziej warto. Szczególnie, że zdarzyła Wam się 'wpadka'. Czyli możecie zajść. Oby udało się donosić. Jesteście młodzi.
  • inka.1988 27.04.15, 12:34
    Krzepliwowość w tej ostatniej ciąży też miałam robioną. I co gorsze - pamiętam jak dzisiaj w piątek wyniki w poniedziałek poronienie. Oczywiście wyniki też dobre. Dzięki za wszelkie odpowiedzi i pomysły. Tutaj nawet lekarze opuszczają ręce. I co gorsze my też. A zajście w następną ciążę nie mając kolejnego pomysłu jest bezsensowne. A jak za każdym razem słyszymy próbujcie dalej to się zastanawiamy czy ten ktoś potrafi liczyć. Jedno, dwa, no dobra niech będzie trzy poronienia, ale osiem to chyba już coś nie tak na stwierdzenie ,,próbujcie dalej" w słowach lekarza. Chyba byśmy się lepiej czuli jakby ktoś tą nadzieję skradł i postawił sprawę jasno, że nie mamy żadnych szans.

    Czy jest na forum jeszcze ktoś kto poronił więcej niż trzy bądź cztery razy?

    Jeszcze raz dzięki za otuchę.

    --
    Inka
  • nunia01 27.04.15, 17:45
    Biologia jest nieobliczalna. Żaden lekarz nie powie że nie macie szans, bo macie. Może warto skonsultować się z innym specjalistą / innymi specjalistami. Takie stawianie sprawy 'próbujcie dalej' o dotychczasowym / dotychczasowych nie świadczy dobrze.
  • inka.1988 28.04.15, 13:54
    28 maja mam jeszcze raz do hematologa. Zobaczymy na co tym razem trafię. wink

    --
    Inka
  • agulab80 28.04.15, 19:09
    Inka, polecam dr litmanowicza z Warszawy. Po 4 poronieniachbtrafilam do tego lekarza, tak jak i u Ciebie tak i u mnie były to poronienia nawykowe. Im wiecej poronień tym mniejsze szanse na donoszenie kolejnej. Dr Litmanowicz stosuje w ciąży wlewy dożylne Z immunoglobuliny ludzkiej (kiovig). Koszt jednej kroplówki to było ok 4 tys (nie pamietam juz dokładnie) i dwie sa konieczne, trzecia zalecana. Po trudnej ciąży i ogromnego strachu mam SYNA i jestem pewna ze to dzięki dr litmanowiczowi. POLECAM gorąco.
  • inka.1988 29.04.15, 10:40
    Witam. Wlewy miałaś dlatego, że coś z krwią miałaś nie tak? Jakieś problemy z wynikami? Pozdrawiam.

    --
    Inka
  • mala_anez 29.04.15, 16:08
    A mutacje MTHFR badałaś?
  • agulab80 29.04.15, 16:28
    W zasadzie w wynikach badań wyszło jedynie hashimoto - tarczyca. Wlewy po to zeby organizm nie zwalczał ciąży, a tak sie dzieje przy poronieniach nawykowych
  • inka.1988 30.04.15, 07:14
    Miałam też robiony.

    Ale przyszedł mi do głowy jeszcze inny pomysł, a mianowicie: ,, WROGI ŚLUZ".

    Słyszeliście może o takim czymś?

    --
    Inka
  • inka.1988 30.04.15, 09:23
    GRANICA JEST TAM GDZIE KOŃCZY SIĘ NADZIEJA

    Przeczytałam na innym forum. Może i faktycznie za długo już to wszystko trwa, może hormony buzują. Ale może i czas najwyższy spojrzeć prawdzie prosto w oczy. Może już jestem bliżej poznania prawdy niż myślę, ale jednak ... chyba nadzieja już pomaleńku umiera, a i organizm też zaczyna stwarzać problemy po tylu poronieniach.

    Wszystkim dziękuję za wszelkie pomysły i słowa otuchy.

    Pozdrawiam i trzymam mocno kciuki za silniejszych ode mnie.
    --
    Inka
  • nunia01 30.04.15, 21:34
    Dla mnie nadzieja może się kończyć i z czasem wracać.
    Moja granica jest tam gdzie kończą się możliwości.
    Nie ma silniejszych od Ciebie - każdy z nas ma swoją własną historię i nie ma sensu ich porównywać. Szczególnie nie po to żeby uważać się za gorszą czy słabszą.
  • inka.1988 01.05.15, 20:09
    Czy jestem silna to nie wiem, a na pewno się taka nie czuję. Może jest lepiej pogodzić się z bolesną myślą, że i tak nikt nic mądrego w mojej sprawie nie wymyśli i że nie oszukując się nie ma realnych szans na donoszenie i 20-tej ciąży jakby była niż opłakiwać każdą kolejną ciążę po kolei. A jak pewnie wiesz bądź się domyślasz to jak obuchem w głowę. Dopiero wczoraj zdałam sobie sprawę, że mamy już maj a od ostatniego poronienia minęło prawie 6 miesięcy, a ja żyję tak jakby to się wydarzyło tydzień temu. A przecież muszę w końcu jak Ja to nazywam ''otrzeźwieć z tego amoku" i zacząć normalnie funkcjonować. Zapomnieć się jak wiadomo nie da, ale może da się uniknąć kolejnych niepowodzeń. Masz również złotą rację - możliwości. Może w moim przypadku skończyły się również możliwości. Tyle badań ile mi przez ten czas zrobiono to chyba lepszego ,,rentgena,, nie znajdziesz. I żeby chociaż coś wyszło nie tak, to już byłby jakiś punkt zaczepienia a tu ... jestem okazem zdrowia. Jedyne co jeszcze przychodzi mi na myśl to, to że może nie mogę mieć dzieci z własnym mężem. Ale to jest tylko takie ,, a może ,, które bardzo opanowane w swoim słownictwie mają lekarze. wink

    --
    Inka
  • nunia01 03.05.15, 10:23
    Ale ta siła, to nie jedynie siła do dalszej walki. To tez siła, żeby podejmować decyzje, nie tylko o leczeniu również to o zaprzestaniu starań. Mi się wydaje, że brak siły to wtedy, kiedy człowiek się załamuje, wszystko przestaje go obchodzić i rzeczy dzieją się gdzieś obok i poza nim.
    Każdy po swojemu przeżywa żałobę i nie bez powodu taki umowny okres żałoby to rok. Jedni zbierają się szybciej, innym zajmuje to więcej czasu. Mi było łatwiej się 'otrząsnąć'. Poronienie przytrafiło mi się w czasie kiedy walczyłam z nowotworem.
    Powtórzę jeszcze raz, że biologia może Cię zaskoczyć. Z drugiej strony wiem jak to jest nie mieć nadziei.
    Mi bardzo pomogła zmiana nastawienia. Przez kilka lat starania były moim podstawowym celem, w efekcie byłam tym wykończona - głownie psychicznie. Udało mi się przewartościować podejście i patrząc z zewnątrz staraliśmy się tak samo, ale nasze podejście było inne, ważniejsza była: ciekawa konferencja, projekt w pracy, wyjazd na wakacje itp. Łatwiej było przechodzić nad kolejnymi porażkami i po prostu żyć.
  • inka.1988 04.05.15, 09:02
    Kurcze blade... Możesz mi nie wierzyć, ale naprawdę się rozumiemy. Ja tak zamierzam - NORMALNIE ŻYĆ. Cieszyć się każdym kolejnym dniem. Bo w takich przypadkach jak Nasze planowanie czegokolwiek jest głupotą.

    Pewnie dzieli Nas spora odległość, bo tak to by na kawę się wyskoczyło wink

    --
    Inka
  • nunia01 04.05.15, 17:00
    To się zaczyna od głowy. Ja akurat potrzebowałam impulsu w postaci dość długiego i bardzo intensywnego wyjazdu służbowego na inny kontynent. I tam poczułam się wolna, od starań, od wizyt kontrolnych, od latania od lekarza do lekarza, od jednego za drugim niepowodzenia. Po powrocie stwierdziłam, że nie wiem czy się uda, więc będę starała się żyć tak jakby miało się nie udać: inwestować w siebie, wybierać co chcę robić. Oczywiście bez odpuszczania starań i kontroli (po nowotworze to ostatnie nie byłoby racjonalne). I tak to sobie układaliśmy, podchodząc do kolejnych prób w między czasie, a nie żyjąc w między czasie. I tak było łatwiej znosić kolejne porażki. Ale dojście do tego stanu trwało ponad 3 lata.

    Bez planowania żyję już od nowotworu. Funkcjonujemy reaktywnie i jeśli coś zaplanujemy jesteśmy gotowi zmienić plany w zależności od okoliczności.
  • nunia01 04.05.15, 19:44
    I jeszcze jedno przyszło mi do głowy. Piszesz, że problemem jest nie zajście w ciążę a jej wczesny etap. Może powinnaś być prowadzona w ciąży tak jak po in vitro. Czyli bardzo dużo progesteronu (nie tabletka czy dwie duphastonu, a lutinus / luteina dopochwowa, luteina podjęzykowa i duphaston), encorton (steryd), estrofem (w sporych dawkach przez kilka tygodni i powoli odstawiany), freksiparyna (na wszelki wypadek). Ja tak byłam obstawiona lekami przy in vitro i to jest zwykłe podejście. Mój ginekolog prowadzący był zaskoczony, że daje się takie duże dawki, a jest świetnym lekarzem, tylko z inną specjalizacją wiodącą. Być może w Twojej sytuacji będzie to uzasadnione i warto skonsultować się z lekarzem z porządnej kliniki leczenia niepłodności. Może warto spróbować z taką medykalizacją - jak/jeśli będziesz gotowa podjąć próbę.
  • kahakasurdo 18.05.15, 11:30
    Witaj, ja jestem po 3 poronieniach. Podziwiam Cię za odwagę.
    Traciłaś ciąże wcale nie na wczesnym etapie,bo po 10 tygodniu wszystkie. Rzeczywiście klinika leczenia niepłodności może być dobrym kierunkiem. Ja bym poszła w kierunku zaburzeń krzepliwości lub w problemy immunologiczne.
    Pozdrawiam i życzę dużo sił.
    --
    Agatka 1/3/2012; Ewunia 21/7/2014
  • in-sa 18.05.15, 16:38
    Długo nie zaglądałam na ten wątek, przepraszam, że nie odpisałam wcześniej, ale pochłonęły mnie inne sprawy. Zanim zaczęłam pisać tego posta, przeczytałam, co napisały inne dziewczyny i zgadzam się z nunia01, że być może schemat taki, jaki stosuje się w procedurze in vitro, okazałby się skuteczny. Stawiam również na problemy z immunologią. Rzeczywiście jest coś takiego jak wrogi śluz, ale jeśli zachodzisz w ciążę, to nie jest to raczej problem w Waszym przypadku. Taki wrogi śluz po prostu utrudnia plemnikom dotarcie do komórki jajowej, a u Ciebie ten etap raczej nie był zaburzony, przynajmniej nie przez ten czynnik. Niemniej jednak myślę, że warto zgłosić do kliniki niepłodności, tam trudne, a nawet "beznadziejne" przypadki są na porządku dziennym.

    Nigdy nie ma gwarancji, że się uda, rozumiem Cię doskonale, że nie chcesz przeżywać po raz kolejny rozczarowania. Wiem aż za dobrze, jaki to jest strach i ból. Ale - choć wiem, że te słowa zabrzmią banalnie - naprawdę warto walczyć, dopóki będziecie widzieli choć cień nadziei. U każdego ta granica jest inna. Ja na początku naszych starań nie podejrzewałam, że będę w stanie tyle znieść...

    Tak, jak pisałam w moim poprzednim poście, u nas problem zaczął się już w momencie starań o ciążę, więc zdecydowaliśmy się w końcu na in vitro. Bardzo przeżywałam kolejne nieudane podejścia, poronienia. zwłaszcza, że każdą procedurę trzeba było zaczynać od nowa, bo nigdy nie miałam zamrożonych zarodków. Okazało się, że u nas nie ma szans nawet na klasyczne in vitro, jedynym wyjściem było ICSI, czyli w dużym skrócie wszczepienie plemnika do komórki. Niestety, również i to kończyło się albo całkowitym brakiem zagnieżdżenia zarodka albo poronieniem. Szczęście uśmiechnęło się w kolejnym podejściu - niestety, w 7. miesiącu ciąży nasze długo wyczekiwane dziecko udusiło się pępowiną. Załamałam się kompletnie, były myśli o adopcji, próba wyobrażenia sobie życia bez dziecka. Z jednej strony staram się zaakceptować fakt, iż być może nie jestem zdolna donosić ciąży do końca, ale z drugiej nie dawał mi spokoju fakt, że przecież prawie się udało, że tak niewiele brakowało do końca... Postanowiliśmy spróbować jeszcze raz - i los w końcu okazał się dla nas łaskawy - ponownie zaszłam w ciążę, która, notabene, była jednym wielkim pasmem stresu, przepłakanych nocy, gdy nie czułam ruchów, potwornego strachu przed każdym USG czy KTG. Dziś mamy zdrowego synka i wciąż nie wierzymy, że to dzieje się naprawdę smile
  • annabal 31.05.15, 08:43
    Cześć dziewczyny. Jestem tak samo weteranką jeśli chodzi o starania o dziecko. Zdiagnozowany zespół policystycznych jajników, laparoskopowe usunięcie kilkunastu torbieli na jajnikach 12 lat temu. Wysoki androstendion.A Potem10 lat prób, 7 inseminacji, 5 procedur IMSI, ok.25 zarodków, ok. 16 transferów, jedno poronienie 3 lata temu, w 9 tc. Ciągłe biopsje endometrium, 4 histerokopie, 3 laparoskopie, cookulury, nacinanie otoczki zarodków itd.....Nawet próbowali na mnie ZIFT, czyli podawali mi zarodki do jajowodów operacyjnie podczas laparoskopii - i nic.Mam już 38 lat. Wydawało mi się że WSZYSTKIE badania zrobione - genetyczne, przeciwciała, toxo, chlamydia, cytomegalia, mąż słabe plemniki ( klasa A - niekiedy 0%, po suplementacji leków nawet do 30% plemników ruchliwych) itd...i zawsze to samo... Leki w dawkach olbrzymich od samego początku każdej próby- clexane lub fraxyparyna, encorton, luteina, duphaston, estrofem, nospa.....i skurcze cały czas od transferu, plamienia , krwawienia i brak ciąży. Nie mówiąc o wydanej fortunie - jak obliczyłam to ok 100 tys. zł. kosztowało nas już całe leczenie, konsultacje, leki, wyjazdy - czasem do kliniki po drugiej stronie Polski nawet - 600km jeżdżenie na wizytę co parę dni. Przez to leczenie przytyłam 25kg!!! Tyle historii... A teraz jestem w ciąży NATURALNEJ. Po prostu podczas ostatnie próby in vitro rok temu, w innej klinice, w Bocianie w BiałymStoku dr Mrugacz zauważył, ze mam za wysokie TSH....ok. 2 , a jak powiedział powinno być w okolicach 1 żeby zajść w ciąże ( chociaż norma jest w zasadzie do 4,5!!!) Dostałam od niego dodatkowo do tych wszystkich leków które biorę podczas procedury EUTYROX na niedoczynność tarczycy. Procedura się nie udała i nie zaszłam w ciąże. Ale to TSH nie dało mi spokoju. Poszłam do Pani endokrynolog, której powiedziałam o tym wszystkim co mówił dr Mrugacz, żeby wysłuchać jej opinii. Wtedy TSH miałam już na poziomie 1,2 ( bo brałam wcześniej ten eutyrox). Kobieta potraktowała mnie obcesowo... usłyszałam, że po 10 latach powinnam była się już oswoić z myślą, ze nie będę miała dzieci, że w moim wieku to jakaś porażka, że przy mojej wadze (80kg) to w ogóle pomyłka itd....siedziałam tak i płakałam prawie. Ale pani endokrynolog stwierdziła też, ze pomimo tego że nie widzi wskazań medycznych do tego żebym brała dalej eutyrox może mi go przepisać, bo na razie nie widać żeby mi SZKODZIŁ?!!! no i z uporem maniaka brałam przez 3 miesiące 50 Eutyroxu - TSH spadło nawet do 0,5 i ..... zaszłam w ciąże sama, naturalnie. Jestem obecnie w 16 tygodniu ( były krwotoki, plamienia itd.) ale dziecko wytrzymało - bo EUTYROX mu pomaga... Ginekolodzy ( już 3ech) powiedzieli, że nie wolno mi go odstawić, bo to ważne dla ciąży. Dodam jeszcze, że męża wysłałam w tym samym czasie, kiedy ja walczyłam z endokrynologiem na leczenie do Prof. dr hab. n. med. Jolanty Słowikowskej-Hilczer (jest specjalistą z dziedziny pediatrii, endokrynologii i andrologii, z 30 letnim stażem pracy, przyjmuje w Salve Medica w Łodzi). Po 3 m-cach leczenia u tej Pani (w tym lekami przeciwzapalnymi i antybiotykami) miał takie plemniki i taką potencję, jak nigdy ... i to pewnie też pomogło dziecku, że było na tyle zdrowe żeby przetrwać wszystko( krwotoki, skurcze przez pierwsze 10 tygodni ciąży itd.). Rozpisałam się ale może to komuś pomoże... z całego serca tego wszystkim życzę.....nie wolno tracić nadzieji....
  • in-sa 31.05.15, 16:05
    Gratulacje, annabal! Twój przykład pokazuje, że nic nie jest niemożliwe, tak że warto wierzyć, że się uda i próbować. Tak naprawdę jedynie kobieta nie mająca macicy nie ma żadnych szans na ciążę. We wszystkich innych przypadkach zawsze jakiś minimalny procent szans jest. I tego się trzymajcie! smile

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka