Dodaj do ulubionych

no i jestem tu...

09.05.09, 14:16
nie przypuszczałam nigdy,że tu trafię, zawsze historie opisywane w tym wątku
wydawały mi się takie dalekie...
Jestem Mikusia, mam 28l i zdrową córcię 6l...
Od grudnia staraliśmy się z mężem o rodzeństwo dla Oliwuni, udało się w 3cs...
Radość ogromna, bez strachu i wątpliwości, pierwsza ciąża przecież bez
komplikacji, termin porodu : 26 listopad!
Wizyta w 5tc -ok,beta przyrasta,pęcherzyk jest; 6tc - usg,śliczne
serduszko,zdjęcie; 8tc-usg,ok,brzuszek rośnie,biust też,już widać,że jestem w
ciąży; 10tc... brak serduszka!!!
Dowiedziałam się na regularnej wizycie w ten poniedziałek, w dniu moich
imienin... poszłam z mężem,bo chciał swojego "księciunia" zobaczyć, córci
obiecałam rano przed przedszkolem zdjęcie dzidziunia...
Wczoraj był zabieg... już po... mam Aniołka...
i nie wiem co dalej...
żyję od poniedziałku jak w letargu... co ja mówię,nie żyję tylko wegetuję...
oddycham, coś czasem jem, czasem śpię ...
i nie wiem co ze sobą zrobić...
jak dalej żyć?
Córci powiedzieliśmy,że oddaliśmy dzidziusia Bogu,żeby mu serduszko uleczył,bo
lekarze nie umieli i jak tylko będzie zdrowy to Bóg nam go odda...
wytłumaczenie może infantylne ale ja chcę wierzyć,że tak będzie! nie mogę
inaczej! chcę wierzyć,że go tylko pożyczyłam na chwilę a Bóg zmieni mu tylko
datę urodzenia...
jak przetrwać tę tragedię? co zrobić,żeby tak nie bolało,jak zacząć na nowo żyć???
Obserwuj wątek
      • alex_78_2006 Re: no i jestem tu... 09.05.09, 16:47
        Przykro mi że jest nas tak dużo, znajdź pocieszenie w córce, mnie moja bardzo pomogła, choć często słyszę że bardzo chce mieć dzidziusia i tak mi przykrosad Ale wierze że Bóg da nam jeszcze szanse. Wiem że niezbyt pocieszające , ale czas leczy rany, u mnie mija 3 miesiąc od zabiegu i niestety nadal czuje smutek i żal że mnie się nie udało - w dodatku w koło same "ciężarówki" Ale uda sie zobaczysz, a strach chyba już pozostanie. Trzymaj się cieplutko
        • mmala6 Re: no i jestem tu... 09.05.09, 17:06
          Mikusia, wiem co czujesz bo przeżyłam dokładnie to samo. Tylko mój syn ma 4 lata
          ale podobnie mu powiedziałam, że dzidziuś poszedł do Jezuska, bo tylko Jezusem
          potrafi je wyleczyć. I że wróci jak będzie zdrowe. Mimo że zabieg miałam w lutym
          to syn czasem jeszcze zapyta czy mam już z powrotem dzidziusia w brzuszkusmile
          Podobnie jak Ty byłam przekonana, że nic mi się nie zdarzy ale....niczego nie
          można być pewnym. Najgorsze było uporanie się z tą pustką i uczuciem
          niebycia_już_w_ciąży. Ale chyba się jakoś udało iść dalej, syn nie pozwolił mi
          wpadać w depresję, zresztą ja nie jestem typem depresyjnym. Idę na przód i biorę
          życie za rogismile
          Jestem już w trakcie trzeciego cyklu i w tym m-cu mamy w planach starania. Nie
          powiem, że się nie boję. Zastanawiam się czy może jeszcze poczekać, może czas
          zmniejszy ryzyko....Mój lekarz twierdzi,że jeżeli jestem gotowa psychicznie to
          mogę zachodzić ale czy jestem? jestem pewna, że nic już nigdy nie będzie takie
          samo. Ale ból się zmniejsza, zapewniam Cię. Nie znika ale w tej chwili potrafię
          uśmiechnąć się na myśl o mojej Oleńce-Aniołku. Mam co prawda łzy w oczach ale
          jednak jest to uśmiech. Czego i Tobie życzę.
          --
          Mateusz, 30.01.2005
    • koni42 ja też tu jestem... 09.05.09, 18:51
      Mikusiu kochana...tak mi przykro, że tutaj się spotykamy...Wiesz,
      tak samo przywitała mnie tutaj Marbus a ja...czytałam i łzy leciały
      mi jak grochy. Zyłam w letragu od rana do wieczora. Co ja zreszta
      mówię! Dni myliły mi się z nocą, bo spałam w dzień i nie mogłam
      zmrużyć oka w nocy. Wciąż myślałam i przeżywałam na nowo każdy detal
      z tego, co się wydarzyło...Najpierw była nadzieja (pewnie
      odnajdziesz moje pytania na necie - nawet tutaj), potem
      niedowierzanie, później zwątpienie, potem siła (że niby podniosę się
      w dwa dni), a potem....3 dni tak strasznej depresji, że nic nie
      mogło mnie z niej podnieść. Trzy dni płakałam. Wyłam. Chciałam, żeby
      coś się stało, coś się zmieniło...Niestety. Nic się nie zmieniło.
      Słońce świeciło jak wcześniej, ludzie się śmiali, dzieci rodziły się
      nadal...Od tamej pory staram się zaakceptować, ze TEN swiat
      istnieje, że moja tragedia była realna i nic tego nie zmieni. Staram
      się żyć. Po prostu. Raz mi wychodzi. Raz nie. Raz mam mega doła. Raz
      nie. Najbardziej pomogła mi córka. Jej strach o mnie, jej chęć
      wyciągnięcia mnie z łóżka...i mąż, chociaż nawet on nie zawsze mnie
      rozumie. pewnie tak jak każda z nas tutaj będziesz przechodzić przez
      te wszystkie fazy straty, będzie Cię wkurzał TEN świat, czasem mąż.
      On będzie chciał za jakiś czas zapomnieć, zamknąć pewnien etap,
      przejść do następnego rozdziału a Ty..będziesz ciągle siedzieć w
      przeszłości. jedyne, co mogę Ci doradzić, to nie daj się tekstami
      typu: "Jesteś silna", "Daj wreszcie spokój", "Zapomnij- im szybciej,
      tym lepiej"...Usłyszysz wiele takich zdań. Od rodziny i przyjaciół.
      Pamiętaj, ze ONI chcą pomóc, tylko nie zawsze wiedzą jak. Wybacz im
      czasem tę gruboskórność i przeżyj tak długo, jak chcesz swoją
      żałobę. Każdy moment, każdy etap jest potrzbny. Jest uzdrawiający.
      Jesteśmy tutaj, żeby Ci pomóc.
      Powiem tak, jaknapisały mi kiedyś dziewczyny a ja wtedy w to nie
      wierzyłam: "Zobaczysz, jeszcze będzie dobrze. Jeszcze i dla ciebie
      zaświeci słońce" kiss


      --
      Niejeden bumerang nie wraca. Wybiera wolność.
      • marbus Re: ja też tu jestem... 09.05.09, 21:37
        Mikusi witaj kochana.Pytasz jak zyc-ja najpierw płakałam duzo,nie
        wierzyłam.Nie chciałam z nikim o tym rozmawiac bo nie kontrolowałam
        swoich emocji.Bardzo szybko chciałam powrocic do tego stanu,z
        ktorego mnie wyrwano..ot tak sadsadCzułje,ze to był Synek.Po płaczu i
        rozdzierajacym bolu przyszedł czas na działanie-musiałam
        zaczac"cos"robic,czyms zajac mysli-moim celem stało sie znalezienie
        przyczyny tego ci sie stało.Zaczeły sie badania,latanie po
        lekarzach.Badania nic nie wykazały.
        teraz mam dni lepsze i gorsze.Jak sa te lepsze to i tak pamietam o
        tym,ze mam dwoje dzieci-jedno tu ze mna,a drugie w niebie.Powoli
        zaczynam patrzec w przyszłosc z nadzieja,choc podkopywana jest cały
        czas(wydarzenia ostatnich dni).Przejdziesz kochana wszystkie te
        etapy,a potem bedzie coraz lepiej,choc wydaje Ci sie to niemozliwe.
        Mnie bardzo pomogła lektura tego forum,przeczytałam chyba całe.I
        wiele wiele innych stron.Z rodzina bywa roznie-najczesciej oni sami
        nie wiedza jak z nami rozmawiac,wiec najczesciej nie poruszaja tego
        tematu a jesli juz to pada głupie"moze to i lepiej,lepiej teraz niz
        potem,młoda jestes niejedno urodzisz..i masa innych"Nalezy strarac
        sie to olewac,bo ludzie nie chca ranic(tak sobie mysle)ale po prostu
        nie wiedza jak nas pocieszyc.Niestety poronienie to wciaz temat
        tabu,zamiatany pod dywan,udawany ze go nie ma sadSama wiesz po naszym
        forum.Ludzie nie chca wiedziec nic o tragediach,a jesli spotka to
        kogos bliskiego im-nie umieja z nim postepowac.Poczytaj sobie moje
        wpisy tu,wpisy Koni itd.Moze pomoga Ci one,troche przygotuja na
        emocje jakie mozesz miec.Sciskam Cie Serduszko.
        --
        Opinia jest jak dupa-kazdy ma swoja.
      • mania-3004 Re: no i jestem tu... 10.05.09, 12:46
        Mikusiu bardzo mi przykro,pamiętaj że nie jesteś sama jesteśmy z
        tobą .Bardzo mocno przytulam cię do serduszka.Zadajesz sobie pytanie
        jak dalej masz żyć?Wiesz ja sobie zadawałam to pytanie dwa razy i
        nigdy nie otrzymałam odpowiedzi.Musiałam pogodzić się ze stratą
        dwoch ciąż.Było mi cholernie trudno i jest nadal.Ale wierze,że
        któregoś dnia to się zmieni .Zobaczysz wkońcu musi nam się udać.
        Trzymaj się kochana.I pisz to co czujesz,jesteśmy z tobą.

        synek-2latka
        +aniołek-23.08.2008
        +aniołek-01.01.2009
        • mikusia_k Re: no i jestem tu... 10.05.09, 16:25
          jest strasznie!
          czuję się taka samotna!!!
          mam męża, mam córcię... ale Kogoś mi brak!
          naszego członka rodziny...
          przeczytałam już chyba wszystkie strony w internecie szukając odpowiedzi
          "dlaczego" ... nie znalazłam...
          podziwiam każdą,która to przeżyła i potrafi żyć dalej, potrafi optymistycznie
          spojrzeć w przyszłość, potrafi się uśmiechnąć...
          podziwiam każdą z Was!!!
          • koni42 Re: no i jestem tu... 10.05.09, 16:33
            Mikusiu...chociaż czas dłuży się niemiłosiernie, tyko on może pomóc.
            Czułyśmy to samo, co Ty teraz. Spójrz w oczy swojej córce - ona
            bardzo Cię potrzebuje. Twój mąż też. Potrzebujecie się wzajemnie.
            Napiszę jeszcze raz: będzie lepiej...nawet, jeśli teraz w to nie
            wierzysz smile

            --
            Niejeden bumerang nie wraca. Wybiera wolność.
              • marbus Re: no i jestem tu... 10.05.09, 19:25
                i ja.
                To,ze zaczyanmy planowac,rozmawiac na inne tematy,nie znaczy,ze
                zapomniałysmy-zycie toczy sie dalej.Po prostu jestemy bogatsze o
                kolejne doswiadczenie zyciowe-szkoda,ze takie brutalne byc
                musiało.Ale zyc trzeba.
                Zobaczysz z czasem bedzie lepiej.Daj sobie czas.Sama bedziesz
                wiedziała kiedy juz jest to "lepiej".
                --
                Opinia jest jak dupa-kazdy ma swoja.
                • mikusia_k Re: no i jestem tu... 11.05.09, 08:39
                  mija kolejny dzień, nie wiem już który i jaki dzień tygodnia... i wcale nie jest
                  lepiej...
                  patrzę w ścianę...
                  mam wrażenie,że ta ściana to właśnie moje życie - pusta jest,nawet nie ma się na
                  czym skupić...
                  i taka twarda i zimna...
                  z mężem się nie rozumiemy - on oczekuje,że przestanę wreszcie smęcić i wezmę się
                  w garść,bo przecież może na jesień znowu zaczniemy się starać...
                  a ja nie potrafię żyć bez myśli,że umarło mi dziecko! nie potrafię bez tego
                  faktu zaczynać dnia, nie potrafię go kończyć...
                  nie potrafię się uśmiechać i mówić,ze jeszcze jakoś się ułoży...
                  ja już nic nie potrafię...
                  • marbus Re: no i jestem tu... 11.05.09, 08:46
                    Twoj maz na pewno na swoj sposob przezywa strate.Przeczytaj moj
                    watek na naszym forum.Tez miałam takie wrazenie,ze moj m juz
                    przeszedł do porzadku dziennego nad tym co sie stało..Sciskam.
                    --
                    Opinia jest jak dupa-kazdy ma swoja.
                    • koni42 Re: no i jestem tu... 11.05.09, 09:25
                      Ja też mam taką ścianę przed sobą. Jest cała biała...Do tego wokół
                      łóżka mamy sporo zdjęć. na wszystkich jestem uśmiechnięta.
                      Powiedziałam kiedys mężowi przez łży, że ja już nigdy nie będę się
                      tak śmiała...I to prawda. Śmieję się, ale inaczej, jakby poważniej.
                      Mam wrażenie jakby przybyło mi kilka-kilkanaście lat...
                      Ja przeżywałam swoje poronienie w domu. Każde pójście do toalety
                      było koszmarem. Potem krwawiłam jeszcze 10 dni...Teraz minął już 5
                      tydzień, w sobotę minie szósty...Ja staram się zapomnieć i nie mogę,
                      ale jak na złość nasz organizm domaga się jedzenie, picia etc. a
                      świat dalej istnieje i to doprowadzało mnie najbardziej do szału.
                      To, że wszystko nie zastygło w miejscu...Ta złość też jest
                      potrzebna. Daj sobie czas i nie powstrzymuj emocji. Juz nie wiem w
                      którym watku napisałm o wyznaczaniu sobie celu, każdego dnia. Coś
                      małego dla innych a olbrzymiego dla Cibei, np. kąpiel, wyjscie z
                      domu z dzieckiem etc. sama będziesz wiedział co. Całuję kiss


                      --
                      Niejeden bumerang nie wraca. Wybiera wolność.
          • martabg Re: Jak się czujesz? 13.05.09, 18:58
            Podniesiesz się.
            Kiedyś wstaniesz i zdziwisz się, bo będzie lepiej.
            Nie super ekstra, nie tak, jak kiedyś, ale lepiej.

            Sztuka to nie karać się samej za dobre momenty, nie kazać sobie
            samej być smutną.
            Znajdziesz spokój i pocieszenie, może w córce, może w kolejnym
            dziecku?

            Podnosimy się. Czasami się sama dziwię, skąd ta siła...?
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka