Kiedys byl tu dlugi watek doradzajacy jak wybraz sie w podroz samolotem do Polski z malym dzieckiem. Wiec napisze co ostatnio udalo mi sie zobaczyc.
Lecialam w najdluzsza z mozliwych podrozy samolotem - jednym ciurku 16 godzin. W samolocie mrok, ludzie podsypiaja, ja naogol nie. Wiec srednio co godzine widzialam mloda dziewczyne z mniej wiecej rocznym dzieckiem na ramieniu udajaca sie na koniec samolotu do toalety, czy tez bufeciku. Po wyjsciu z samolotu mijam ja, ona stoi przy jakis siedzacych na ziemi dzieciach ubierajacych buty, poprawiajacych plecaki. Dzieci w wieku 3-7 lat. Meza nie zauwazylam. Poniewaz z kolei ja przystanelam, widze ja nadchodzaca. Szczupla, niewysoka 30-latka. Z przodu dziecko w nosidle, z tylu plecak. Obok niej idzie trojka drobnicy z plecaczkami. Jest sama, bez jakiejkolwiek innej, doroslej pomocy.
Czyli tez tak mozna. Samotnie, w dwa razy dluzsza niz do Polski podroz, z czworka, a nie jednym dzieckiem, ale za to z jednym plecakiem, w ktorym widocznie zmiescilo sie wszystko.
Tak czesto chodzila przejsciem w samolocie, bo musial wychodzic "na strone" z kolejnymi, a nie chciala zostawic najmniejszego. Ja, w mroku, nie zauwazalam platajacych sie przy nogach kolejnych maluchow.