Dodaj do ulubionych

Przyzwoita stawka za tłumaczenia

13.03.13, 22:47
W wątku o autorze-widmo padło stwierdzenie, cytuję:

> Sugerowałam wtedy, żeby przy ustalaniu stawki posiłkować się stawkami za tłumac
> zenia. Za w miarę przyzwoitą uchodzi 700 zł brutto za arkusz

Moje pytanie w związku z tym - które wydawnictwa tyle płacą i za co? I ile wynosi w 'środowisku' dobra stawka, skoro 700 za arkusz to 'w miarę przyzwoita'?
Edytor zaawansowany
  • nobullshit 13.03.13, 23:13
    hejtergonnahejt napisał:
    > I ile wynosi w 'środowisku' dobra stawka, skoro 700 za arkusz to 'w miarę przyzwoita'?

    Moim zdaniem 700 zł za arkusz to w przypadku literatury stawka dobra. Jasne, zdarzają się lepsze, kiedy ktoś ma nazwisko (albo układy) albo tekst jest wyjątkowo trudny, albo w jakiejś specyficznej sytuacji*. Albo w zamian za "wieczyste" zrzeczenie się praw do tłumaczenia, czego akurat bym nie polecała.

    *Udało mi się kiedyś, raz, wynegocjować 1000 zł brutto za arkusz, bo chodziło o serię książek, które miały raptem po trzy arkusze. Była to rekompensata za krótkość tekstu, za to, że dla tych marnych trzech arkuszy muszę wymyślić po polsku cały fikcyjny świat. (Książki dla dzieci, z pogranicza fantasy.)



  • szpikota 14.03.13, 08:03
    Ponieważ to cytat ze mnie, to może wyjaśnię, że posiłkowałam się wątkiem na temat stawek, który gdzieś tam się przewijał (ten temat zresztą ciągle wraca przy okazji). Wynikało z tych różnych uwag, że zgadzanie się na stawkę poniżej 700 zł to psucie rynku. Przyznam jednak, że osobiście, tzn. poza tym forum, nie znam osób, które by tyle dostawały. Sama też pracuję za mniej, z tym że nie tłumaczę wymagającej literatury.
  • hejtergonnahejt 14.03.13, 09:02
    No właśnie, ja też się nie spotkałem z takimi stawkami. Współpracowałem z naprawdę wieloma wydawnictwami i generalnie górna stawka za literaturę, powiedzmy, popularną, jaką mi proponowano, to ok 500zł. Nie wiem, czy to psucie rynku, ja bym bardzo chętnie liczył więcej, ale nie widzę z drugiej strony chęci ani, prawdę mówiąc, możliwości, bo nawet o stawki rzędu 400zł zdarzało mi się wykłócać miesiącami, więc co dopiero mówić o wyższych...
  • skajstop 14.03.13, 09:02
    Nie jestem tłumaczem, ale mam sporo znajomych tłumaczy, wielu dostaje 550-650 zł za arkusz.
    --
    Wydawnictwa i ich obyczaje Mamrotek wydawniczy :)
  • beatanu 14.03.13, 09:33
    szpikota napisała:
    > Wynikało z tych różnych uwag, że zgadzanie się na stawkę poniżej 700 zł to psucie rynku.

    Może nie chodziło o przekłady z angielskiego (bo te są faktycznie najgorzej opłacane) tylko z języków bardziej "egzotycznych"? Np. tłumacze z języków skandynawskich już na dzień dobry mogą za arkusz żądać co najmniej kilkaset złotych więcej niż tłumacze literatury angielskiej. Ale czy ich żądania zostaną spełnione, to już inna sprawa....
  • pisam 14.03.13, 09:52
    A ja napiszę z innej beczki, czyli z pozycji Wydawcy czy też autora który byłby ewentualnie zainteresowany tłumaczeniem książki z polskiego na język obcy... A ponieważ jestem gadułą literackim, to moje książki mają najmniej ~ 30 arkuszy, a jak teraz sobie pomnożycie, to wychodzi że za tłumaczenie musiałbym zapłacić 21 tysięcy... i rezygnuję, bo za tyle to wydam sobie półtora nowej książki...
    Nie twierdzę, że cena tłumaczy jest zawyżona, po prostu pokazuję dlaczego część Autorów nie szuka tłumaczy na własną rękę aby z gotowym materiałem zapukać do zagranicznego wydawcy. Zaraz napiszecie, żeby sobie odpuścić tłumaczenie, bo to sprawa Wydawcy ;-) A jak on ma ocenić książkę skoro nie umie po polsku??? Chcesz czy nie chcesz, musisz im dać coś więcej niż tekst po polsku, a na Instytut Książki nie ma co liczyć, bo on ma swoich znajomych ;-) Ja rozwiązałem ten problem dzieląc się z tłumaczem potencjalnymi zyskami - jeśli będą ;-)
  • ferromagnetyczna 19.03.13, 17:01
    chyba tylko filantrop albo wariat chciał tłumaczyć 30 arkuszy z PL na ANG za 700 zł za arkusz. Mój mąż tłumaczy literaturę niewysokich lotów, czasem nawet komiksy, i stawkę, którą ma, to minimum 850 zł brutto za arkusz. Czasem robię mu korektę, i często o stawkach sobie rozmawiamy. A za tłumaczenie w drugą stronę nie schodzi poniżej 1300 zł. I już. Lepiej tłumaczyć mniej, ale za normalne pieniądze, a nie wyżebrane, żenujące stawki. Kto normalny zrobi więcej jak 3 arkusze tygodniowo? Oczywiście zakładając że utrzymuje jakość tego, co pisze. Więc co to jest te 5.000 netto, które wyciągniecie przy stawkach rzędu 500 zł brutto za arkusz??? To chyba jakaś kpina, tyle zarabia koleś, który w markecie dorabia klucze, i pracuje od 10.00 do 17.00.
    Szanujcie siebie to i was będą szanować. Zgadzając się na głodowe stawki podcinacie gałąź, na której siedzicie, bo zawsze znajdzie się pajac, który zgodzi się pracować za mniej. Za chwilę będzie tłumaczyć za 200 zł /aw, a za 3 lata będzie to stówka.

    Matko boska, ludzie, ocknijcie się! Tłumaczenie czy korekta to ułamek kosztów wydania książki, a na tym wydawcy chcą najbardziej oszczędzać. Okradają tych, od których de facto zależy poziom treści! I wy na to pozwalacie. A mój znajomy ma to gdzieś - nie pasuje stawka, to adieu, szukajcie sobie gimnazjalistów albo ekspertów od googlowych translatorów. Ja zresztą robię tak samo - nigdy nie zgadzam się na stawki poniżej godności. Naprawdę, ludzi ze znajomością języków albo dobrzy redaktorzy znajdą dodatkowe źródełko bez problemu, nie oglądając się na tych krwiopijców. Gdyby wszyscy chociaż przez miesiąc olali propozycje wydawców, to byśmy zobaczyli, czy faktycznie nie można tych stawek podnieść.
  • marianna_ruda 19.03.13, 18:57
    Niestety, codzienność jest coraz bardziej szara i ponura... znam wydawnictwa, które stawkę 200 PLN za a.a. (40 tys. znaków ze spacjami) już od dawna stosują. Niestety, w sytuacji obecnego załamania gospodarczego i nadprodukcji książek, bardzo wielu tłumaczy - z całkiem przyzwoitym dorobkiem - nie ma zamówień i godzą się na te 200 PLN, oczywiście brutto. Można oczywiście stosować taką politykę jak Twój mąż, ale do tego trzeba mieć zaplecze finansowe pozwalające na przetrwanie nawet kilku lat bez zamówień. Wszystko to zresztą ma niewiele z szanowaniem siebie - byt określa świadomość, taka jest prawda. Z tym znalezieniem innych źródeł utrzymania to tez niestety mit, znam też świetnych redaktorów z dorobkiem w psoatci nawet kilkuset zredagowanych książek - od kilku lat żyją w nędzy i z zasiłków MOPS-u, bo w wydawnictwach każdą pracę tego rodzaju powierza się teraz krewnym i znajomym króllika, wychodzac z założenia, że redagowanie i korektę może wykonać każdy. Jakość książki? Wolne żarty... wystarczy dokladniej poczytać sobie przekłady.
  • hejtergonnahejt 19.03.13, 19:30
    Bardzo to brzmi fajnie, ale ponawiam pytanie z pierwszego wpisu - KTO TYLE PŁACI. Jak mówię, współpracowałem bądź współpracuję z wieloma wydawnictwami i nigdzie nie zaproponowano mi więcej niż 500zł netto za arkusz...
  • peter_piotr 20.03.13, 08:44
    to chyba nie jest kwestia ile ci proponują, ale ile TY żądasz. Wydawnictwo najchętniej kazałoby ci jeszcze dopłacić za to, że w ogóle łaskawie coś ci da do tłumaczenia. Skoro wydawca proponuje 500, to się po prostu nie zgódź i powiedz, że twoje minimum to 800 zł netto. Jeśli nie pasi - to wypad. Ja tak robię i może nie mam co miesiąc książki do zrobienia, ale za to spokojnie mam czas, żeby w tzw. międzyczasie poszukać mniejszych zleceń. Tylko właśnie - na to trzeba mieć CZAS. Jeśli ktoś godzi się na głodowe stawki i tyra po 16 godzin na dobę, to nic dziwnego, że za parę m-cy stanie w kolejce po zasiłek. Ja zacząłem od pytania, czy jestem w stanie szanować sam siebie. Odpowiedź była jasna - jestem w stanie. Bzdury w komsomolskim style, że byt kształtuje świadomość, odkładam do lamusa. Czasy są jednak trochę inne. Teraz to nie jeden przygłup steruje masami, ale elementy tych mas mogą same o sobie stanowić. I jeśli wydawnictwu zależy na jakości, to zapłaci więcej, bo to i tak kwota minimalna w stosunku do całości na wydanie pozycji. A jeśli nie - to to gniot trafia szybko do netu jako obiekt kpin. Mam w roku 5-6 książek, każda ma 12-18 aw, przy stawce 800 zł netto daje niezły roczny dochód. Do tego parę zleceń przez net, parę tłumaczeń jakichś pierdółek i jest OK. A wy, jeśli chcecie się zarzynać dla tych ścierw, to wasza sprawa. Tłumaczenia za 200 zł za aw???? Niech się do mnie zgłaszają ci wyrobnicy, dam im 300, a 500 zostawię sobie, leżąc do góry wentylkiem i mając jeszcze więcej czasu na trzaskanie drobnych zleceń.
  • misia1245 20.03.13, 17:35
    Cholera, to Ci zazdroszczę. 6 książek rocznie to jedna książką w dwa miesiące, każda, jak piszesz, 12-18aw. Piekielnie szybki jesteś, na pewno jakościowo równie dobry. No i te stawki: 800zł za arkusz, kurcze, żyła złota.No i jeszcze masz czas, żeby dorobić trochę w Necie, przełożyc parę "pierdółek", jak piszesz. Nic, tylko być tłumaczem :)
  • citizen.pl 20.03.13, 18:25
    misia1245 napisała:

    > Cholera, to Ci zazdroszczę. 6 książek rocznie to jedna książką w dwa miesiące,
    > każda, jak piszesz, 12-18aw. Piekielnie szybki jesteś, na pewno jakościowo równ
    > ie dobry. No i te stawki: 800zł za arkusz, kurcze, żyła złota.No i jeszcze masz
    > czas, żeby dorobić trochę w Necie, przełożyc parę "pierdółek", jak piszesz. Ni
    > c, tylko być tłumaczem :)

    Nie da się ukryć misia! Mamy tu niezłego wymiatacza!
  • ferromagnetyczna 25.03.13, 21:37
    No, rzeczywiście, "aż" 4000 znaków dziennie (!!!) no po prostu szok! :) 2 i pół strony maszynopisu - kto by temu dał radę??? Tłumaczcie dalej po 200zł za arkusz zamiast ośmieszać się brakiem umiejętności liczenia. Byle gamoń jest w stanie trzaskać 2-3 razu więcej, a sierotki, które godzą się na głodowe stawki, zapewne tłumaczą jeszcze więcej.
  • marianna_ruda 26.03.13, 11:21
    Do ferromagnetycznej. Rozumiem, że to ja jestem tą sierotką, która tłumaczy po 200 zł za arkusz. Otóż niestety jestem, bo może Ty mi poradzisz, co mam robić w sytuacjach gdy od samego początku rozmowy słyszę argument o "naszych stałych stawkach" i że jest kryzys i wydawca musi oszczędzać na wszystkim. I potem najczęściej dodają, że na zlecenie oczekują dziesiątki świetnych tłumaczy. Wszelkie negocjacje, stają się w tym momencie niemożliwe, bo ta druga strona - wydawca - kończy wtedy spotkanie, a przynajmniej daje mi odcuć, że nic innego nie mogą zaproponować i kończą rozmowę. Kilka razy usłyszałam też coś takiego: z pani imponującym dorobkiem i tymi nagrodami nie możemy zaoferować naszych stawek dostosowanych do obecnej sytuacji na rynku. Mam kilka koleżanek, jedna tłumaczyła jeszcze dla PIW-u w latach świetności i ją też spotyka to samo co mnie. W tej chwili tłumaczy za 250 zł brutto, stawki pozostałych są 200, tylko jednej udało się jakoś wyrwać te 300 zł. Więc może rzeczywiście lepiej udawać od początku osobę początkującą w zawodzie tłumacza? Już pisałam, że sama nie wiem, co robić.
  • echtom 26.03.13, 11:30
    Szukać wydawnictw, które lepiej płacą? Wiem, łatwo powiedzieć, ale Birkin sugeruje, gdzie warto próbować.

    --
    "Nasze dzieci opuściły rodzinny dom, popełniły parę błędów, najpierw dzwoniły do domu, potem przestały. I świat się nie skończył."
  • semirades25 27.03.13, 10:40
    Cóż, chyba nie wszyscy tłumacze mogą pracować tylko dla dużych i prestiżowych wydawnictw. Zresztą nawiązanie takowego lukratywnego kontaktu nie zawsze jest możliwe. Z mojego doświadczenia wynika, że gros wydawców ignoruje wysyłane do nich zapytania w sprawie współpracy. I nic dziwnego, w końcu mają już zespół doświadczonych tłumaczy, więc po co im kolejny, choćby miał setki przetłumaczonych książek na koncie, o prestiżowych nagrodach nie wspominając.
    Sądzę, że należy wypośrodkować to, co tu piszecie i spojrzeć na problem trochę dalej, niż sięga czubek nosa.
    Istnieją duże wydawnictwa, z którymi można negocjować stawki, ale na rynku są także mniejsze wydawnictwa, które nie osiągają imponujących wyników sprzedaży i nie oferują tłumaczom kwot rzędu 800 zł za arkusz. Choć oczywiście zgadzam się z osobami piszącymi, że stawka 200 zł za arkusz to takieś nieporozumienie.
  • negrinrl 27.03.13, 11:18
    > Z mojego doświadczenia wynika, że gros wydawców ignoruje wysyłane do nic
    > h zapytania w sprawie współpracy. I nic dziwnego, w końcu mają już zespół doświ
    > adczonych tłumaczy, więc po co im kolejny, choćby miał setki przetłumaczonych k
    > siążek na koncie, o prestiżowych nagrodach nie wspominając.

    Wydaje mi się, że tych supersprawdzonych tłumaczy wiele wydawnictw nie ma aż tylu, z jednymi się rozstaje, innych wysyła na drzewo, bo odstawiają fuszerę... Gdy ja zgłaszałem się nie tak dawno (z powodzeniem) do znanego wydawnictwa, na wstępne pytanie, czy nie szukają tłumacza, usłyszałem coś w stylu: "dobrych tłumaczy szukamy zawsze". Oczywiście nie chcę powiedzieć, że jeśli tylko uderzy się do pierwszego lepszego wydawnictwa z wyrobioną nazwą, to na pewno znajdzie się praca, ale pewnie jak nie w pierwszym, to może w czwartym?
  • negrinrl 26.03.13, 11:52
    > może Ty mi poradzisz, co mam robić w sytuacjach gdy od samego
    > początku rozmowy słyszę argument o "naszych stałych stawkach"
    > i że jest kryzys i wydawca musi oszczędzać na wszystkim.

    W tym wątku padło już tyle nazw wydawnictw, które płacą 2,5-3,5 raza tyle, że wystarczy wziąć sprawy w swoje ręce i uderzyć do nich z ofertą.
  • immanuela 26.03.13, 11:58
    Marianno, ja wprawdzie nie tłumacz a autor, lecz miałam kiedyś podobną sytuację. Opublikowałam trochę tekstów w Tygodniku Ogólnopolskim (TO). Podczas rozmowy z redaktor naczelną Tygodnika Lokalnego (TL), pani powiedziała mi że nie, nie są zainteresowani współpracą. Kiedy ją nacisnęłam dlaczego „nie”, powiedziała, że u nich są zupełnie inne stawki i na pewno z moimi osiągnięciami bym się nie zgodziła. Ja jednak zgodziłam się, bo w końcu trzeba mieć Dorobek.
    I rzeczywiście. Jeżeli za tekst w TO płacili, dajmy na to 600 zł, to za podobny w TL – 50zl!
    Po półrocznej współpracy podniesiono to do 100zł, ale to było maksimum na co było ich stać.
    Stąd wniosek: albo współpracować z największymi, albo godzić się na to co dają mniejsi.


    --
    Immer Imma
  • birkin-bag 26.03.13, 11:58
    marianna,
    a które - poza belloną - płacą tylko 200 zł?
    najniższa stawka, o jakiej wiem od znajomych, to 300 zł i to dla osób, która nie miały absolutnie nic w cv. za następną książkę, o ile się sprawdziły, dostały już więcej.
  • marianna_ruda 20.03.13, 17:53
    Rozśmieszyło mnie Twoje twierdzenie, że "gniot trafia do netu jako obiekt kpin". Trafia - i co z tego? Była taka biografia Wysockiego wydana przez Bellonę, która prezentowana jest na kursach dla redaktorów jako przykład bagiennego wręcz tłumaczenia i redagowania. I co się stało z tego powodu? Nic. W tytułach akurat tego wydawnictwa trafiają się np. takie rzeczy jak (w książce o inwazji w Normandii w 1944 r.) używanie nazwy miasta Brześć zamiast francuskiego Brest (gdzie była baza Kriegsmarine). Tamże podobne rzeczy, wywołujące śmiech i politowanie. I co? I nic.. nikogo to nie obchodzi. Ja jestem tłumaczką, mam w swoim dorobku ok. 50 książek fiction i non-fiction, w tym klasykę literatury światowej (otrzymałam też dwie prestiżowe w Polsce nagrody za przekłady) i godzę się z konieczności na 200 PLN za a.a. brutto, ponieważ w wydawnictwach mówią, że jest załamanie gospodarcze, a na moje miejsce mają po kilkunastu kandydatów z nie gorszym dorobkiem. To niestety zamyka mi usta, bo ja nie mogę pozwolić sobie na oczekiwanie na okazję w postaci 800 PLN za arkusz. Żyć i jeść trzeba stale... Widzę też, że coraz więcej tłumaczy akceptuje 200-300 PLN za a.a.
  • kurakulturalna 21.03.13, 09:16
    Co do sygnałów zwrotnych, wytykania błędów - zgoda, odbiorcy niestety rzadko reagują, a wydawcy rzadko wyciągają z tego wnioski. Reaguje zwykle redaktor, który dostaje translatorski gniot do napisania od nowa. A przynajmniej powinien.

    Co do stawek - szczerze mówiąc, proponuję zmienić zleceniodawców albo zawód. Mam znacznie mniejszy dorobek od Pani i nigdy nie pracowałam za stawki poniżej 450 brutto (a to było naprawdę wiele lat temu). Nie wierzę, żeby ktoś wobec szanującego się, doświadczonego tłumacza z tak dużym dorobkiem używał takich argumentów jak przytoczone. Tłumaczenie za 200 zł brutto za arkusz (czyli jakieś 9 zł brutto za stronę) jest zupełnie nieopłacalne. To już lepiej robić korektę albo redakcję (przy stawce typu 120 zł za a. wychodzi 5 zł brutto za stronę, a pracochłonność dużo mniejsza). Albo dawać korepetycje. Frustracja mniejsza i przynajmniej nie psuje się rynku.
  • marianna_ruda 21.03.13, 09:48
    Droga kuro_kulturalna, a skąd wzięlaś stawkę 120 PLN za a.a. redakcji? Ja także tym się zajmuję, zredagowałam ok. 50 tytułów (z tym, że nie wszystkie się jeszcze ukazały) i nigdy nie proponowano mi stawki za redakcję wyższej niż 60-70 PLN za a.a, dwie redakcje, pierwsza zasadnicza, potem sprawdzenie, czy wszystkie poprawki zostały naniesione, wreszcie ostateczna korekta. Czyli właściwie była to w każdym wypadku redakcja+korekta. Tylko kilka razy robiłam samą korektę, po jakiejś praktykantce "redaktorce", której wydawnictwo nic nie płaciło, bo robiła to w ramach obowiązków stażowych, była studentką z jakiejś prywatnej uczelni. Za korektę płacą mi 30, w porywach 45 PLN za a.a. Moja "korekta" polegała w jednym wypadku na napisaniu całej książki od nowa za tłumacza, bo - nie znam się na tym aż tak dobrze, ale chyba się nie mylę - ten przepuścił tekst przez translatora komputerowego i w takim stanie oddał, a dowiedziałam się, że wziął 150 PLN za a.a.
  • kurakulturalna 21.03.13, 09:59
    Droga Marianno, jak zwykle z doświadczenia, własnego i znajomych redaktorów. Stawka 120 brutto za arkusz redakcji nie jest wcale wysoka, bywają znacznie wyższe. Dla mnie to jest stawka minimalna. Zdarza się też, że za ostateczną korektę wydawca płaci osobno. Pracuję w branży od kilkunastu lat, jako tłumaczka i redaktorka, a okazjonalnie korektorka. Kiedyś zdarzało mi się pisać przekład od nowa za tłumacza, ale już od dawna tego nie robię, bo to nieopłacalne, mam inne zlecenia. Naprawdę sugeruję zmianę zleceniodawców, zawodu albo zainwestowanie w kurs negocjacji.
  • marianna_ruda 21.03.13, 10:33
    Droga kurokulturalna, kurs negocjacji i owszem skończyłam rok temu, ale coż z tego, skoro nigdy nie zdarzyło mi się, żeby ktoś chciał ze mną cokolwiek negocjować. Zawsze słyszę argument: jeśli pani nie akceptuje naszych stawek, to dziękujemy, bo są inni sprawdzeni tłumacze i redaktorzy, którzy nie mają zleceń i zgodzą się na nasze warunki. Znam kilku tłumaczy z dorobkiem lepszym od mojego i oni też słyszą to, co ja i godzą się na niskie stawki, bo to jest rynek. Raz jeden, dość dawno temu, nie zgodziłam się na zrobienie korekty, czy "redakcjo-korekty" dla Ambera, bo zaproponowali 10 PLN za a.a. brutto Ale natychmiast znalazła się inna redaktorka, akurat ją znam, więc wiem to od niej, która wzięła to zlecenie bez szemrania. Rynek te wszystkie stawki nieustannie ciągnie w dół, takie są fakty.
  • siostra_bernadetta 21.03.13, 11:58
    Marianno, nie mam tak imponującego dorobku jak Ty, redakcje i korekty robię od kilkunastu miesięcy, ale przyznam, że stawki, o których piszesz, szokują mnie. 60-70 zł brutto za redakcję plus (!) korektę? Z moich doświadczeń wynika, że tak mało nie płacą nawet ci, którzy płacą naprawdę niewiele. Podzielisz się z nami wiedzą, jakaż to zacna oficyna proponuje tak skandalicznie małe pieniądze.
  • marianna_ruda 21.03.13, 12:08
    Kiedyś zadzwoniłam do Bellony, bo oni ogłaszają się na stronie internetowej że poszukują do współpracy redaktorów. Akurat wtedy miałam dwa zlecenia, więc się nie dogadałam, bo chcieli tę redakcję, trudnej książki historycznej, w tempie doprawdy ekspresowym i zaproponowali właśnie 70 PLN brutto za a.a - jedna redakcja i potem jedna korekta. Moje dwie znajome mówiły mi niedawno, że tam nadal obowiązują takie stawki, jakaś pani stamtąd usprawiedliwiła to kryzysem na rynku, ale powiedziała też, że mają bardzo redaktorek chętnych do pracy na takich warunkach, więc nie będzie nalegać.
  • marianna_ruda 21.03.13, 12:22
    Droga siostro_bernadetto, muszę Cię rozczarować, trollem nie jestem. Mam do Ciebie pytanie: jak postępujesz w sytuacjach właśnie w takich, w jakich ja byłam, od czego zaczynasz gdy słyszysz, to co ja stale slyszę - "proszę pani, mamy stałe stawki i nie będziemy nalegać, bo mamy mnóstwo innych... " - i tak dalej? Może ja robię błąd, prezentując swój dorobek, bo wtedy od razu w wydawnictwie wychodzą za założenia, że "ta będzie się cenić"? Może powinnam to zamilczeć? Sama już nie wiem. A może to w końcu prawda, że muszą placić tak niewiele, bo inczej nie zarobią i nie będą mieli na działalność? W jednym z wydawnictw powiedziano mi, że najważniejsze dla nich to zapłacić drukarni, bo tych jest w Polsce ograniczona liczba, a muszą oszczędzać na tłumaczach, redakcji, korekcie i grafice na okładki.
  • kurakulturalna 21.03.13, 12:02
    Droga marianno, ja nie słyszę takich argumentów i nie godzę się na takie warunki, moi znajomi też nie, a kiedy trzeba, negocjuję, zwykle skutecznie. Mam podejrzenia graniczące z pewnością, że jesteś zwykłym wydawniczym trollem. Z trollem nie będę dyskutować.
  • negrinrl 21.03.13, 12:52
    Ktoś to w końcu musi powiedzieć, więc może powiem ja: zwyczajnie w to 200 zł za arkusz nie wierzę. Bo jeśli nie robisz miesięcznie więcej niż 8 arkuszy, to znaczy, że zarabiasz mniej niż płacę minimalną. A jeśli nawet robisz trochę więcej, to tak czy owak oscylujesz w tych granicach. Więcej dostałabyś nawet na niemalże już przysłowiowej kasie w Biedronce. Zatem przykro mi, ale nie, raczej nie łyknę tych rzekomych zastępów tłumaczy z dużym dorobkiem, którzy rwą się do pracy za płacę minimalną. Nieopierzonych studentów - może od biedy, choć nawet w ich przypadku 9 złotych za stronę to raczej żart, bo na śmieciowych portalach ze zleceniami ogłaszają się po kilkanaście.
  • jogi514 21.03.13, 16:27
    Ja zacząłem od pytani
    > a, czy jestem w stanie szanować sam siebie. Odpowiedź była jasna - jestem w sta
    > nie. Bzdury w komsomolskim style, że byt kształtuje świadomość, odkładam do lam
    > usa.

    Tak świetnemu tłumaczowi wypadałoby wiedzieć, że hasło "byt kształtuje świadomość" ma niewiele wspólnego z konsomołem. Powstało znacznie wcześniej właśnie w kontekście walki z wyzyskiem, a nie zgadzania się na wyzysk. Tak samo jak ilość zarabianej kasy ma niewiele wspólnego z szanowaniem siebie.
  • kurakulturalna 20.03.13, 11:32
    Na podstawie doświadczeń własnych i znajomych doświadczonych tłumaczy (przekłady z angielskiego, wydawnictwa typu Muza, Czarne, Albatros, WAB, G&J, Prószyński, Weltbild, lit. piękna co najmniej średnia, oraz non fiction typu reportaże, biografie) - nikt z nas nie pracuje za stawki poniżej 550 brutto, raczej za 650-750 zł brutto. Raczej bez tantiem, ale za to czasem z procentem za ebooki/audiobooki. Raczej licencje niż przeniesienie praw.
  • birkin-bag 25.03.13, 13:42
    to ja odpowiem, z punktu widzenia tłumaczki z niewielkim dorobkiem [kilka tytułów]. sama nie pracowałam nigdy za stawkę niższą niż 600 zł/arkusz. znajomi podobnie. mowa o literaturze popularnej i non-ficu nieszczególnie specjalistycznym, tłumaczenie z angielskiego. wydawnictwa: rebis, wab, albatros, weltbilt, znak, pascal, sonia draga, prószyński, zysk
  • jogi514 25.03.13, 22:51
    Jak dodasz, że Zysk płacił bez opóźnień, to zapiszę się na kurs negocjacji
  • kol.3 26.03.13, 21:53
    Ferromagnetyczna, ubawiłam się. Sprawny tłumacz robi jeden arkusz wieczorkiem. I nie mówię o amatorze tylko o laureacie prestiżowej polskiej nagrody dla tłumaczy.
  • hejtergonnahejt 26.03.13, 22:00
    Arkusz dziennie uwierzę, bo samemu mi się zdarzało, jak dedlajn gonił (chociaż raczej nie dzień po dniu - te 3 ark. tygodniowo to taka realna dawka przy rozsądnym stosunku czas/jakość, bez spinki i siedzenia po nocach). Arkusz 'wieczorkiem' przypomina mi pewnego internetowego herosa z dawnych czasów, niejakiego Ekspierda, który tłumaczył ponoć do 100 str tekstu technicznego dziennie :)
  • kol.3 27.03.13, 06:09
    Tekst techniczny to co innego, literatura to co innego.
  • ferromagnetyczna 27.03.13, 13:58
    cóż, w każdej branży są stachanowcy, tylko czego dowiodłaś swoim ubawieniem się? Tego, że ktoś może zrobić 1 aw wieczorek? Może nie równa się CHCE, to raz, a dwa - pokaż mi tego, który robi 1 aw DZIENNIE przez chociaż 2 tygodnie. Wtedy pośmiejemy się razem. Właśnie po to są realne stawki (czyli ok 800 zł), żeby pracować normalnym tempem bez wzbudzania w sobie obrzydzenia do tego, co się robi. Chyb ze się jest wyrobnikiem, wtedy siedzi się przed komputerem po 18 godzin także w niedziele i święta, żeby zarobić na chleb i masło. Na serek już niekoniecznie.
  • negrinrl 27.03.13, 14:21
    Dodam, że teza o możliwości "zrobienia 1 aw wieczorkiem" jest możliwa do obalenia czysto empirycznie. Osobie szybko piszącej na klawiaturze bezmyślne, mechaniczne przepisanie arkusza tekstu zajęłoby ok. 2 godzin (każdy może samodzielnie sprawdzić, ile byłoby to w jego przypadku). I to przy czysto teoretycznym, niewykonalnym założeniu pisania bez sekundy przerwy. Każdy we własnym zakresie może sobie przeliczyć, ile razy dłużej zajmuje po pierwsze prawdziwe pisanie (choćby z samymi mikroprzerwami na zerknięcie na kartkę, o mikroprzerwach na oddech nie wspominając), a po drugie - prawdziwe tłumaczenie. Nietrudno obliczyć, że to przekracza granice "wieczorku". No, chyba że wieczorek definiujemy jako "zaczynam o zmroku, kończę nad ranem".
  • ferromagnetyczna 27.03.13, 22:20
    o, to to :) Ale obawiam się, że racjonalne argumenty do wyrobników nie trafią. Tylko pytanie: Po jaką cholerę skamlą tutaj, że tak mało im płacą??? Szczerze? Nie wierzę w stawki rzędu 200 zł za 1 aw. To jest NIEMOŻLIWE, żeby tłumacz, nawet robiący lekko r aw w tygodniu (co moim zdaniem jest absolutnie wykluczone), mógł przeżyć za 3200 BRUTTO, czyli niecałe 3000 zł miesięcznie. Chyba, że jest licealistą i mu się nudzi, więc zamiast w Burger Kingu tyra za takie grosze. Ale nikt mi nie wmówi, że porządny tłumacz zgadza się na takie warunki.
  • pisam 28.03.13, 08:52
    Ha ha ha.A tu mnie rozbawiłeś ;-) Znam co najmniej kilkunastu Autorów który za książkę dostają około 3- 5 tysięcy (jeśli dostaną) i gdyby nie praca dodatkowa albo główna, to musieliby z tego wyżyć.
    Przyjedź na Mazury i Suwalskie, pogadaj z ludźmi którzy muszą wyżyć z rodziną za 1500 zł/miesięcznie. Gadasz tak jak celebryci w TV, którzy mówią, że muszą żyć na poziomie i 1000 zł dawane nastoletniemu dziecku na zakupy raz w tygodniu to absolutne minimum. Pora się chyba obudzić i przestać patrzeć z pozycji Wawy...
    Prawda zawsze zależy od punktu siedzenia, a w życiu są tacy Wydawcy co nie zapłacą więcej niż 200 zł/arkusz i są tacy co płacą za ten sam arkusz 600 zł. I albo masz szczęście do jednych lub do drugich i to cała filozofia.
  • peter_piotr 28.03.13, 22:56
    teraz to ty kpisz w żywe oczy. Autorzy po to mają swoją pracę główną, bo właśnie za te 3 czy 5 tyś NIE DA SIĘ WYŻYĆ. I nie gadaj bzdur w stylu "przyjedź w suwalskie". Akurat mam tam rodzinę, i zapewniam cię, że ci co jęczą, że muszą żyć za 1500 akurat mają tyle na papierku, a kolejne 1500 albo znacznie więcej na lewo, tu i tak, i jeszcze ówdzie. Skończcie te brednie, że wszędzie wyziera bida i nędza. Wystarczy popatrzeć na te Lidle i Żabki, których w mieścinach po 8.000 mieszkańców wyrasta po 10, na każdym osiedlu supermarket, a w centrum 5 sklepów RTV, kosmetyczki, masaże i co tam jeszcze. I oczywiście wszystkie te punkty ledwie zipią, nie? No po prostu NIKT tam NICZEGO nie kupuje. Aż dziw, że jeszcze nie padły. Za 1500 zł nie da się przeżyć, i jeśli faktycznie tacy ludzie są, to nieudacznicy bez ochoty do roboty, albo życiowi pechowcy. W tym kraju każdy, kto tylko chce, jest w stanie wyciągnąć średnią krajową, czego dowodzą właśnie te wszystkie sklepy i sklepiki po wioskach i miasteczkach.
    Dlatego śmieję się w twarz każdemu, kto wciska mi taki łzawy kit. Tłumacz, albo pisarz, to osoba z ogromnym potencjałem. Po to ma głowę, żeby dać sobie za jej pomocą, a nie za pomocą szpadla. Jeśli nic z tym potencjałem nie robi, to jest to typ mało zaradny i już. I nie ma tu co jęczeć, tylko twardo upominać się o swoje. Żeby mieć szczęście do lepszego wydawcy, trzeba najpierw olać tego żałosnego, który płaci grosze, albo nic nie płaci. Ot i cała filozofia.
  • kol.3 28.03.13, 21:55
    Przede wszystkim to nie wiem czy są tłumacze, którzy żyja wyłącznie z tłumaczeń, z tego co mi wiadomo są to ludzie najczęściej gdzieś zatrudnieni (uczelnie, media) a parający sie tłumaczeniami dodatkowo. Stąd jest praca wieczorami, przy czym wieczór nie trwa 2 godziny. Tłumaczenia mają różny stopień trudności, niektóre tłumaczenia to kwestia pisania na komputerze, stąd można zrobić arkusz w jeden wieczór. Pracując przez cały dzień można zrobić i więcej, przy znikomym stopniu trudności tłumaczenia. Ale czasem robi sie przez cały dzień 1 stronę.
  • echtom 28.03.13, 22:05
    > Stąd jest praca wieczorami, przy czym wieczór nie trwa 2 godziny.

    Niektórzy mają jeszcze dużą rodzinę i dom do ogarnięcia :) Ja jestem w stanie zrobić 6 arkuszy miesięcznie, redukując czas wolny praktycznie do zera. W zeszłym roku przetłumaczyłam 5 książek po 14-15 arkuszy i byłam bliska zejścia z wyczerpania. Następne podejście planuję dopiero latem.

    --
    "Akty terrorystyczne zapowiadane w kolejnych prognozach nie wyszły poza papier. I chociaż w kolejnych latach budżet stale rósł, przeciwnik jakoś nie chciał zafundować szwedzkiemu społeczeństwu wszystkich tych okrucieństw, przed którymi służba bezpieczeństwa ostrzegała przełożonych."
  • peter_piotr 28.03.13, 23:00
    5 takich książek przy stałej pracy? To nie wiem, skąd ty wzięłaś na to czas. Gratuluję, bo to wyczyn godzien podziwu. Tłumaczenia to niełatwy rynek, ale można się utrzymać, tylko faktycznie trzeba się trochę pokręcić.
  • echtom 28.03.13, 23:41
    No właśnie piszę, jakim kosztem. Przy opcji "arkusz wieczorkiem" powinnam była zrobić minimum 20 ;)

    --
    "Akty terrorystyczne zapowiadane w kolejnych prognozach nie wyszły poza papier. I chociaż w kolejnych latach budżet stale rósł, przeciwnik jakoś nie chciał zafundować szwedzkiemu społeczeństwu wszystkich tych okrucieństw, przed którymi służba bezpieczeństwa ostrzegała przełożonych."
  • birkin-bag 29.03.13, 07:03
    da się. przy stałej pracy i kilkumiesięcznym całkowitym wyłączeniu z powodu komplikacji ciążowych zdążyłam przetłumaczyć 4 książki. nie był to Joyce, umówmy się, ale zawsze...
  • hejtergonnahejt 29.03.13, 01:27
    Ja żyję wyłącznie z tłumaczeń i to od ponad 10 lat. Książek - różnych, lepszych i gorszych, prostych i trudnych - zrobiłem przez ten czas ok 80. Niektórzy mogliby mnie nazwać stachanowcem i faktycznie, kiedyś takie okresy mi się zdarzały - dziobanie po kilkanaście godzin na dobę plus weekendy. I to właśnie doświadczenie wyrobnika (wg podlinkowanego powyżej testu robocze tempo pisania 431 zn/min) mówi mi, że nie ma takiej opcji, żeby zrobić arkusz tekstu w jeden wieczór. Chyba że taki wieczór zaczyna się o 19-tej i kończy o drugiej w nocy.
  • kol.3 30.03.13, 07:50
    Noo.
  • poetessa2 22.03.14, 00:07
    Co drodzy koledzy i koleżanki po fachu powiecie o 5 letniej, bezzaliczkowej umowie licencyjnej, gdzie prowizja dla tłumacza to ok. 6-8% (e-book)i 12% (wersja papierowa) publikacji o wartości ok 52 zł? W praktyce oznacza to, że za 260 stronicową książkę, nad którą tłumacz pracuje non stop przez 5 - 6 tygodni (po 8 godzin dziennie, bez weekendów) ma dostawać co miesiąc około...90zł! Przy niskich wskaźnikach sprzedaży wydawca zastrzega sobie prawo do wycofania ksiażki z rynku nawet po 2 latach. Po roku zarabiamy ok 1110 zl (sic!) brutto. Ręce opadają. Czy weszlibyście w coś takiego?
  • gabinet_wit_warszawa 22.03.14, 01:32
    no ba....... bez pytań i wątpliwości. Za chwilę będzie tu sto wpisów, które potwierdzą to, co mówię. Kundelki z "wydawnictw" nie śpią...
  • druzilla 22.03.14, 18:57
    Wszystko "normalka", takie teraz są umowy, bo wydawcy tłumaczą się kryzysem, tym że empiki nie płacą, itd. Ale nowością jest dla mnie to, czego nigdy wcześniej nie spotkałam - że wyadwca ma prawo wycofać z rynku ksiązkę jeśli się nie będzie dobrze sprzedawać. Na ogół umowy zagraniczne dopuszczają tylko możliwość przeceny, a i to za zgodą właściciela praw, choć z praktyki wiem, że taka zgoda udzielana jest bez problemów. Oznacza ona jednak mniejsze wpływy z tantiemów (royalties) właśnie dla właściciela praw, no i dla tłumacza, jeśli jest płatny od egz. sprzedanych.
  • druzilla 22.03.14, 19:03
    I jeszcze jednak sprawa, bo zapomniałam. Te 12% to od ceny w retailu, czyli detalicznej, czy od ceny wydawcy czyli tej, po jakiej sprzedaje on książkę dystrybutorowi, niej więcj o 50% mniejszej? Znam wydawcę, który płaci tłumaczom nie 12, tylko 8% i to od ceny wydawcy, nie informując o tej różnicy. Zresztą wielu tłumaczy po prostu nie wie, że "cena wydawcy", to nie jest cena detaliczna i zostaje wprowadzonych w błąd przy podpisywaniu umowy. A warto mieć tę elementarną wiedzę, bo wydawcy bezlitośnie to potem wykorzystują...
  • poetessa2 23.03.14, 20:11
    To już są detale, bo i tak tłumacz praktycznie nic nie ma z tego. Podliczyłam, że po tych 5 latach wydawnictwo spłaci wartość książki, ale i tak uważam , że to okradanie.
    Ciekawa jestem kto na dłuższą metę zgadza i się na takie warunki i to jeszcze bez zaliczki.
  • szpikota 14.03.13, 11:22
    beatanu - chciałam znaleźć tamten wątek, ale widzę, że wszystko starsze niż rok poznikało. Szkoda, to była świetna baza wiedzy. Wydaje mi się, że chodziło o I grupę językową, a nawet, że ktoś wyraźnie pisał o angielskim.

    O stawkach jest też trochę w tym wątku:
    forum.gazeta.pl/forum/w,11943,135171880,,Kryzys_na_rynku.html?v=2
  • nobullshit 14.03.13, 22:12
    szpikota napisała:
    > beatanu - chciałam znaleźć tamten wątek, ale widzę, że wszystko starsze niż rok
    > poznikało. (...)
    Takie stare wątki są niewidoczne, ale można do nich dotrzeć przez wyszukiwarkę. Jeśli zechce działać... Bo właśnie nie działa, wrr.
  • echtom 21.03.13, 14:40
    Nie mam nazwiska ani układów, z racji innych obowiązków nie jestem nawet konkurencyjna czasowo. Tłumaczę, bo: a. lubię, b. przyda się raz na jakiś czas większy zastrzyk gotówki do domowego budżetu. Za skandynawskie kryminały dostawałam w ostatnich latach 500 zł za arkusz, tłumaczę też dla pewnego wydawnictwa za 400 zł (angielski) ze względu na komfortowe warunki współpracy. Raz próbowałam negocjować wyższą stawkę, ale po namyśle stwierdzili, że jednak mogą dać 500 zł. Jasne, mogę odmówić, ale wtedy w ogóle nie dostanę książki, a nie tłumacząc, nie powiększam dorobku i nie wyrabiam nazwiska i tak błędne koło się zamyka. Tak więc dla mnie "przyzwoita" stawka to właśnie owe 500 zł - myślę, że dość powszechna, choć tłumacze z najwyższej półki mogą uważać, że ich wynegocjowane stawki są rynkową normą.

    --
    "Nasze dzieci opuściły rodzinny dom, popełniły parę błędów, najpierw dzwoniły do domu, potem przestały. I świat się nie skończył."
  • jogi514 22.03.13, 17:09
    o stawkach i nie tylko
  • birkin-bag 26.03.13, 07:44
    z tego tekstu:
    Za dobry nakład początkowy uznaje się nadal dwa tysiące
    egzemplarzy;
    książka
    ,
    która sprzeda się w ciągu kilku miesięcy w pięciu tysiącach trafia na szczyty listy bestsellerów


    ciekawe, ale nieprawdziwe

    nie, nie płacił na czas. mało kto płaci [inne czteroliterowe na zet jest jednym z wyjatków]. a warsztaty negocjacji tak czy owak polecam :)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka