Dodaj do ulubionych

Czy to jakaś mania, czy co? (do tłumaczy ang)

19.01.06, 13:12
Ponoć na tym forum bywają tłumacze, więc zapytam, bo właśnie znalazłam to w
kolejnej książce i mam juz dosyć...
Jak to jest, że ja - zwykły człowiek, wcale nie tłumacz, znający angielski
jako-tako, wiem, że garage to po angielsku warsztat samochodowy (ciekawe skąd
ja to wiem, skoro podręczny słownik Stanisławskiego tego nie podaje?)
natomiast profesjonalni tłumacze piszą, że pan X prowadził garaż, albo że pan
Y pracował w garażu i miał wielu klientów, bo był dobrym fachowcem, albo
ze "stacja benzynowa wygladała supernowocześnie chociaż nie było garażu do
naprawy samochodów"
Może bierze się to stąd, że tłumacze znają ten nieszczęsny angielski a nie
znają polskiego? Bo inaczej tego sobie nie potrafię wytłumaczyć.
Ale na logikę biorąc, to widac z tekstu, że chodzi o warsztat naprawy
samochodów, czy stację obsługi, a nie o garaż w polskim znaczeniu.
Albo "lunatic" - czemu tylu tłumaczy pisze - lunatyk - chociaż z kontekstu
wyraźnie wynika, że chodzi o zwykły epitet "wariat"?

Ktoś mi to wyjasni?
Bo ja juz nie mam siły domyślać się co chciał powiedzieć autor zanim go
tłumacz nie "podrasował".
Edytor zaawansowany
  • aga.p.p 19.01.06, 18:27
    Najpierw zobacz sobie jakie są stawki za tłumaczenia literackie. Potem zobacz ile zajmuje przetłumaczenie książki. I sama sobie odpowiedz na pytanie ilu tłumaczy stać na taką pracę.
    Idę o zakład, że co najmniej połowa tego co czytamy to robota amatorów, których kręci samo zobaczenie własnego nazwiska w książce.
    Swoją drogą, czy ktoś już kiedyś próbował odesłać taką spartoloną książkę do wydawnictwa z żądaniem zwrotu pieniędzy za wybrakowany towar?

    pzdr,
    A.
  • lisekrudy 19.01.06, 22:11
    Przykladow bezmyslnych kalek z angielskiego jest bez liku. Chyba najbardziej
    "zasluzona" w ich utrwalaniu jest prasa. Mnie do bialej goraczki doprowadza
    pleniace sie ostatnio w polszczyznie slowo "kontrolowac" w znaczeniu "panowac
    nad czyms", "okielznac cos", "wladac czyms", "rzadzic czyms". Jest to ewidentna
    kalka z angielskiego "to control", a przeciez zakrez znaczeniowy tego slowa jest
    inny niz polskiego "kontrolowac".

    Lisek
  • aga.p.p 19.01.06, 22:41
    Dwa słowa: mapa drogowa.

    I dla rozrywki (wprawdzie to nie prasowo-książkowe, ale co tam;):
    - Focus! (- Skup się!)
    - I am focused! (- Jestem soczewką!)

    pzdr,
    A.
  • jacek1f 19.01.06, 22:59
    - tekst o Tańczącym z wilkami, a w nim ileś nawiązań do polowania na "bawoły",
    tropienia "bawołów", i pieknego okazu "bawołu" i groźnego "bawołu" na prerii
    północnoamerykańskiej... (starczyła komenda - zamień bawoła na bizona..)
    - kryminał Pattersona, a wnim pełno poliscji. Rzecz w US. I w całym tekście od
    tłumacza nie ma policjanta a ni jednego, ale są 'oficerowie". Sa wszędzie!!! Na
    ulicy, przy kraweżniku, na patrolu, w ciężarówkach... nic tylko "oficerowie".
    - Midsomer - ostatnie zachwyty... i oprócz setek zmasakrowanych zdań i sensu
    ich, czytam sobie, że chodował "wilczury (!) irlandzkie".. i tak kilka razy w
    różnych zestawieniach.

  • jacek1f 19.01.06, 23:00
  • senseeko 20.01.06, 09:22
    Wprawdzie on nie anglista, tylko archeolog, ale "noblesse oblige" i nazwisko
    też.
    W "Lwie, czarownicy i starej szafie" rodzeństwo Pevensie prowadzi do
    bobrów "drozd" z czerwonym brzuszkiem, no i nie dam głowy, czy gdzieś nie
    wystąpiło określenie "lunatyczka" (chyba w odniesieniu do dyrektorki Szkoły
    Eksperymentalnej)

    Tak więc nie tylko podłej jakości tłumaczom to się zdarza. Najgorsze jednak
    tłumaczenie jakie czytałam, to była (skądinąd bardzo nędzna książka) niejakiego
    Priesta (imienia nie pomnę). Nie dość, że książka słabiutka, to jeszcze
    tłumaczenie calkiem ją dobiło.
    Zastanawiam w jakim celu taki knot został wydany? Przecież jest tyle naprawdę
    dobrych książek.

    --
    "Czego oni ich uczą w tych szkołach!"
  • rekwizytornia 20.01.06, 10:18
    Pozwolę sobie zacytować wspaniałe tłumaczenie, które w dodatku żadnych
    pieszczot redaktorskich nie zaznało.

    >>Dwóch traperów, którzy chwalili się, że polowali na zwierzynę w zakazanych
    lasach stwierdzali, że najśmielsi z zabójców nie mieli w ogóle litości.<<

    >>By zwiększyć jeszcze jej niepokój, wiadra na nosidłach zakołysały się podczas
    jej podskoku i woda chlupnęła na piasek.<<

    Dalej cytować nie będę, musiałabym całą książkę przepisać. Krew mnie nad nią
    zalała już kilka razy, nawet do końca nie dobrnęłam ;-)

    Pozdrawiam
    Rekwizytornia
  • rekwizytornia 20.01.06, 10:25
    Ta sama książka:

    >>Nie mówiąc już o czymś nie w porządku - Mudge studiował nieprzytomną kobietę
    z mieszanymi uczuciami.<<
    [Cholera, a ja polonistykę studiuję... Bez uczuć.]

    >>Cichy szelest miękkiej skóry na kamieniu [?!] sprawił, że cała trójka
    odwróciła się jak na komendę. W drzwiach pokoju stał ich pracodawca,
    ale był to Wolfram przemieniony.<<

    >>Cała jego istota i postura emitowały ledwie powstrzymywaną moc.<<
    [Brzmi niemal jak "ledwie powstrzymywany mocz"...]

    >>- Więc dokonaliście tego, czego ja nie mogłem.
    Wstępując do środka, zignorował ich by skoncentrować swoją uwagę na postaci
    bezwolnie leżącej na łóżku.
    - Ignoranccy opoje. Rzeczywiście myśleliście, że ja, Wolfram Wspaniały,
    Nieokiełznany, Pan Warmlands,oddałby przyszłość Pani Namur w waszą infantylną
    pieczę?<<
    [Doprawdy, fascynujące...]
  • rekwizytornia 20.01.06, 10:28
    I moi ulubieńcy, bo się nie mogę powstrzymać:

    >>W desperackiej walce, kawałek po kawałku, pomimo magicznego wsparcia,
    rozdarte wojną strzępy obrońców Athery traciły grunt.<<

    >>Wisząca w powietrzu możliwość świata straconego dla słońca rzucała cień na
    przyszłość.<<

    Czy ktoś mi wyjaśni, co poeta miał na myśli?...
  • hopik 20.01.06, 10:37
    o boże, co za bełkot. szczere kondolencje.
    --
    - Wiecznie tylko pijecie tę herbatę - żachnął się niecierpliwie monarcha.
    - Lepiej pić herbatę niż wino i wódkę - powiedziała dobitnie Jej Królewska Mość.
    - No, no, kochanko, przecież ja także pijam czasem herbatę - wyrzekł
    pojednawczo władca.
  • senseeko 20.01.06, 12:39
    A może tak miało być? Może to tłumaczenie niezbyt piękne ale za to wierne ;)))

    Ale jeśli tacy.... tłumaczą, to co robią w życiu ci lepsi?

    BTW czy mogłabys podać tytuł i autora tej cudownej powieści?
    Chyba coś Ci poślę na priva. Lubisz pastisze? ;)
    --
    "Czego oni ich uczą w tych szkołach!"
  • hajota 20.01.06, 13:39
    senseeko napisała:

    > A może tak miało być? Może to tłumaczenie niezbyt piękne ale za to wierne ;)))

    No właśnie. Pytanie: co ma zrobić tłumacz, jak dostaje kompletny gniot, który
    należałoby w całości napisać od nowa?
    >
    > Ale jeśli tacy.... tłumaczą, to co robią w życiu ci lepsi?

    Podejrzewam, że zajmują się lepiej płatnymi tłumaczeniami "komercyjnymi".
    Zwłaszcza natknąwszy się raz i drugi na wydawnictwa, które robią "przetargi" -
    kto przetłumaczy najtaniej i najszybciej.
  • bumm 23.01.06, 15:02
    Z tymi ptakami to szerszy problem - pojawia się też w "Tajemniczym ogrodzie". W
    książce może to przejść niezauważone, ale w filmie głupio wygląda: bohaterka
    woła "robin, robin!", tłumaczenie: "gilu, gilu", a na gałęzi siedzi ptak
    ewidentnie nie będący gilem, tylko rudzikiem. Problem chyba w tym, że rudzik w
    Polsce, choć występuje, nie jest zbyt kojarzony, a co to jest drozd czy gil
    każdy wie. No a z punktu widzenia tekstu na jedno wychodzi - co najwyżej
    rysunek czy ekranizacja "kładzie" sprawę. Więc raczej nie uznawałbym tego za
    błąd tłumacza, tylko ustępstwo na rzecz czytelności.
  • senseeko 23.01.06, 18:17
    bumm napisał:

    > Z tymi ptakami to szerszy problem - pojawia się też w "Tajemniczym ogrodzie".
    W
    >
    > książce może to przejść niezauważone, ale w filmie głupio wygląda: bohaterka
    > woła "robin, robin!", tłumaczenie: "gilu, gilu", a na gałęzi siedzi ptak
    > ewidentnie nie będący gilem, tylko rudzikiem. Problem chyba w tym, że rudzik
    w
    > Polsce, choć występuje, nie jest zbyt kojarzony, a co to jest drozd czy gil
    > każdy wie. No a z punktu widzenia tekstu na jedno wychodzi - co najwyżej
    > rysunek czy ekranizacja "kładzie" sprawę. Więc raczej nie uznawałbym tego za
    > błąd tłumacza, tylko ustępstwo na rzecz czytelności.

    Nie wiem, czy każdy wie jak wygląda drozd. Bardziej przyjmuje do wiadomości
    istnienie ptaka o nazwie "drozd" (bo moze czytał "Zabić drozda" Harper Lee)
    natomiast bardzo wątpię by potrafił go rozpoznać. Zwłaszcza na gałęzi. Gołebia
    (choć niekoniecznie wiadomo jakiego), szpaka, wróbla, może kosa - owszem. Gila -
    w książeczce. Drozda, kwiczoła - dokładnie tak samo jak rudzika.
    Więc co by szkodziło przetłumaczyć dobrze? Przynajmniej czytelnik by wiedział
    (ogladając film) jak taki rudzik wygląda. A tak utrwala się ignorancja w
    narodzie i co się potem dziwić tłumaczowi, że taki sam głąb, a przy tym
    leniwiec, bo mu się sprawdzić nie chce?

    --
    "Czego oni ich uczą w tych szkołach!"
  • obii 09.02.06, 23:00
    senseeko napisała:

    > Nie wiem, czy każdy wie jak wygląda drozd. Bardziej przyjmuje do wiadomości
    > istnienie ptaka o nazwie "drozd" (bo moze czytał "Zabić drozda" Harper Lee)

    Notabene u Harper Lee w oryginale też mamy nie drozda, a przedrzeźniacza
    (mockingbird), ptaka, który w Polsce (ani chyba w ogóle w Europie) nie
    występuje.
  • dominikjandomin 23.10.07, 17:19
    Polkowski w ogóle dziwnie tłumaczy. Choćby nazwy słodyczy, czy w
    Narnii, czy w HP. :(
  • obii 09.02.06, 23:04
    jacek1f napisał:

    > - tekst o Tańczącym z wilkami, a w nim ileś nawiązań do polowania
    na "bawoły",
    > tropienia "bawołów", i pieknego okazu "bawołu" i groźnego "bawołu" na prerii
    > północnoamerykańskiej... (starczyła komenda - zamień bawoła na bizona..)

    Oczywiście lepiej byłoby "bizon", ale... bizony są bawołami. W starszych
    źródłach można się nawet natknąć na nazwę "bawół amerykański".

    Pozdr
  • senseeko 10.02.06, 21:17
    obii napisał:

    > jacek1f napisał:
    >
    > > - tekst o Tańczącym z wilkami, a w nim ileś nawiązań do polowania
    > na "bawoły",
    > > tropienia "bawołów", i pieknego okazu "bawołu" i groźnego "bawołu" na pre
    > rii
    > > północnoamerykańskiej... (starczyła komenda - zamień bawoła na bizona..)
    >
    > Oczywiście lepiej byłoby "bizon", ale... bizony są bawołami. W starszych
    > źródłach można się nawet natknąć na nazwę "bawół amerykański".

    Jeśli bizony są bawołami to osły są końmi ;)
    pl.wikipedia.org/wiki/Baw%C3%B3%C5%82
    pl.wikipedia.org/wiki/Bizon_%28ssak%29
    pl.wikipedia.org/wiki/Kr%C4%99torogie
    Owszem i bizona i bawołu i krowę zaliczymy do krętorogich, ale jednak jest
    różnica miedzy nimi, nie uważasz? (polecam zwłaszcza ostatni link)

    --
    "Czego oni ich uczą w tych szkołach!"
  • hajota 20.01.06, 13:45
    Dla mnie swego rodzaju probierzem jest słowo "patetyczny" (jako tłumaczenie ang.
    pathetic). "Azyl lunatyków" też spotkałam. A poza tym kwiatki w stylu: "znany
    feminista Germaine Greer" czy "pisarka angielska Evelyn Waugh" (oba autentyczne).
  • 1802l 20.01.06, 17:03
    No, a co powiecie na "zamordowaną w Tower księżniczkę" z "Ryszarda III". W
    skondinąd pieknym "przewodniku" po Szekspirze?
    Że sie komuś "princes" pomyliło z "princess" to zniosę, tak samo, że tłumacz
    nie ma pojęcia o dziejach Ryszarda III, ale żeby redaktor tego nie wyłapał?
  • 1802l 20.01.06, 19:45
    uuups: skądinąd (grypa i gorączka niech mnie usprawiedliwia...
  • senseeko 20.01.06, 18:40
    hajota napisała:

    >"Azyl lunatyków" też spotkałam.

    :)))))))
    A poza tym kwiatki w stylu: "znany
    > feminista Germaine Greer" czy "pisarka angielska Evelyn Waugh" (oba
    autentyczne
    > ).

    Ja w jakimś kryminale tłumaczonym z angielskiego znalazłam scenę, gdy dwaj
    detektywi idą odwiedzić osobnika który okaże się mordercą i tenże jeszcze nie
    domniemany morderca czyta cos i na widok gości próbuje ukryc książkę za plecami.
    Okazało się, ze czytał UWAGA! Nesbita ;)
    Tłumacz, który nie zna klasyki literatury angielskiej? To nie mógł sprawdzić w
    jakiejś encyklopedii zwłaszcza, że ten fakt okazał się byc kluczowy dla
    zdemaskowania go jako mordercy, bo miał on mieć osobowość niedojrzała,
    dziecinną.
    :)
    --
    "Czego oni ich uczą w tych szkołach!"
  • 1802l 20.01.06, 19:44
    A czy to nie jest przypadkiem "ABC" Agaty Christie? A ksiązka to "kolejowe
    dzieci" Edith Nesbit...
  • millefiori 20.01.06, 20:38
    Moje ulubione przekladance:
    z angielskiego - "wiktorianska oranzeria z lanego zelaza", a z francuskiego -
    opis buduaru z czasow II Cesarstwa, ktorego sciany wylozone byly damascenkami
    (w oryginale nie chodzilo o szable, tylko o adamaszkowe obicia) oraz pani w
    odwiecznych bigudkach (papilotach) na glowie. O, zapomnialabym: jeszcze sw Jan
    Chrzciciel, wystepujacy jako 2 osoby w przekladzie dziela o sztuce
    bizantyjskiej: raz jako Jan Chrzciciel, raz jako Jan Baptysta.
    --
    Millefiori
    Wydawnictwa i ichobyczaje
  • senseeko 20.01.06, 20:43
    millefiori napisała:

    > O, zapomnialabym: jeszcze sw Jan
    > Chrzciciel, wystepujacy jako 2 osoby w przekladzie dziela o sztuce
    > bizantyjskiej: raz jako Jan Chrzciciel, raz jako Jan Baptysta.

    No to jak się to tłumaczowi pomyliło? Chyba, że tłumaczyło dwóch, podzielili
    tekst na kawałki, potem złożyli do kupy nawet nie konsultując?

    --
    "Czego oni ich uczą w tych szkołach!"
  • millefiori 20.01.06, 20:49
    > millefiori napisała:
    >
    > > O, zapomnialabym: jeszcze sw Jan
    > > Chrzciciel, wystepujacy jako 2 osoby w przekladzie dziela o sztuce
    > > bizantyjskiej: raz jako Jan Chrzciciel, raz jako Jan Baptysta.
    >
    > No to jak się to tłumaczowi pomyliło? Chyba, że tłumaczyło dwóch, podzielili
    > tekst na kawałki, potem złożyli do kupy nawet nie konsultując?

    Tlumacz byl w wymieniony w jednej osobie;).
    Nawet, jesli najal murzynow do odrobienia pracy, to nie sprawdzil gotowego
    tekstu, a i redaktor spal smacznie w trakcie czytania.
    --
    Millefiori
    Wydawnictwa i ichobyczaje
  • senseeko 20.01.06, 20:41
    1802l napisała:

    > A czy to nie jest przypadkiem "ABC" Agaty Christie? A ksiązka to "kolejowe
    > dzieci" Edith Nesbit...

    To może być Christie, bo w gruncie rzeczy poza Christie nie czytam wielu innych
    autorów kryminałow, ale jak na Christie, to książka pamietam, że wydała mi się
    zbyt prosta. Raczej na pewno nie był podany tytuł, a wyłacznie autor książki
    czytanej przez mordercę i na podstawie tego (kto wie, czy nie Herkules Piorot)
    wysnuł wniosek, ze pasuje mu do wizerunku mordrcy, bo szukał człowieka o
    infantylnej osobowości.
    Jakaś taka naciągana była fabuła, przynajmniej takie wrażenie mi pozostało. A z
    reguły po książkach Christie mam wrażenie miłej łamigłowki. Muszę w takim razie
    wypożyczyc ABC i sprawdzić czy to to, czy jednak inna książka.

    --
    "Czego oni ich uczą w tych szkołach!"
  • yanga 21.01.06, 13:33
    Ja też mam swój typ: sanktuarium (w znaczeniu "gabinet, miejsce, do którego
    maja dostep tylko wybrańcy).
    --
    "Ciemność, która nadciągnęła znad Morza Śródziemnego, okryła znienawidzone
    przez procuratora miasto."
  • hajota 21.01.06, 20:00
    :-)) Ja spotkałam również "sanktuarium dzikiej zwierzyny" w znaczeniu "ostoja".
  • karolina_29 07.02.06, 20:28
    Znalazłam w polskim przekładzie "Księcia Kaspiana":
    "równie dobrze mogę zginąć polując na dzikie gęsi, jak tutaj"
    (on a wild goose chase)
    Aż mnie skręciło, chociaż poza tym bardzo mi się podoba tłumaczenie
    p.Polkowskiego.
    :-(
  • hajota 07.02.06, 20:39
    :-) To coś w stylu "Scarlet była zimna jak ogórek" ("Przeminęło z wiatrem").
  • karolina_29 07.02.06, 20:48
    serio z tym ogórkiem? Nie pamiętam tego, ale książkę czytałam raz i dawno
    temu...
  • hajota 07.02.06, 21:38
    Osoba, która przysłała to kiedyś na pl.rec.ksiazki, podawała nawet numer strony,
    ale było to dawno, więc nie zapamiętałam.
    Jedna z koleżanek tu obecnych wyłowiła cudny kwiatek w powieści wydanej nie tak
    dawno przez Świat Książki: "miała oczy jak kwiat kukurydzy" (cornflower!!!).
  • magabo 29.05.06, 23:36
    Witam,
    czytam to forum od dawna, ale do tej pory tu nie pisałam. Dzisiaj przeczytałam
    ten wątek i coś mnie tknęło. Często redaguję książki dla ŚK i w jednej z nich
    natknęłam się m.in. na pozostawione przez tłumacza "oczy jak kwiaty kukurydzy".
    Oczywiście, zmieniłam je na chabrowe (albo niebieskie, nie pamiętam). Jednak
    wcale nie dam głowy za to, która wersja ukazała sie w druku. Otóż z tego
    wydawnictwa dostaję książki jedynie na papierze (bez formy elektronicznej) i
    dokonuję redakcji długopisem. Czasami książka wraca do mnie do tzw. korekty
    redakcyjnej. Mam wtedy m.in. sprawdzić, czy wszystkie moje poprawki zostały
    naniesione. Przy jednej z książek okazało się, że większość moich zmian
    redakcyjnych nie została wprowadzona (podobno osobie nanoszącej poprawki coś
    nie tak się wcisnęło[!]). Rzecz jasna, kreśliłam je po raz wtóry, ale
    ostatecznej wersji książki nigdy już nie dostaję do wglądu. Ponieważ w ŚK
    redaktor nie dostaje egzemplarza gratisowego, a moje upodobania czytelnicze nie
    zawsze sie zgadzają z moją pracą, więc niektórych książek po redakcji moje oczy
    (bynajmniej nie jak kwiaty kukurydzy) już nie widzą. Nie wiem, czy ta kalka
    została właśnie w "mojej" książce... ale i tak mi głupio, bo - na dobrą sprawę -
    w takiej sytuacji nie wiem, co firmuję własnym nazwiskiem :-(((
    Kwiatki najczęściej pozostawiane przez tłumaczy to
    istotnie "lunatycy", "garaże", "patetyczności", ale natknęłam sie także na
    bardziej urokliwe, jak: "czuła gorąc sięgającą jej aż pod sam skalp", "cienie
    podków pod oczyma", "sfatygowany wiekiem stół", "Ubranie wisiało na nim równie
    gładko jak jego uśmiech", "czy leciałeś kiedyś na tasaku?", "Miała wyśmienitą
    prezencję, osobowość sceniczną i styl śpiewania, usiłujący połączyć Edith Piaf
    z dzikim nowym Amerykaninem Janisem Joplin’em", "pozostawał na łasce jakiegoś
    kadeta z kosmosu przy klawiaturze".
    Pozdrawiam
    :-)))
  • yanga 30.05.06, 12:05
    To ja znalazłam ów "kwiat kukurydzy" - w książce Carson McCullers "Czas
    miłości". Kupiłam ją niebacznie, skuszona nazwiskiem autorki ("Ptaki
    ciernistych krzewów"). Nie mogę sprawdzić, kto ją redagował, gdyż usunęłam ją z
    biblioteki zaraz po przeczytaniu. Nie po raz pierwszy łapię Świat Książki na
    tego typu wpadkach, ale do tej akurat książki mam też pretensję o
    pretensjonalny, z palca wyssany tytuł (w oryginale "The Touch" - logiczny,
    odpowiadający treści). Tak, wiem: tytuł zapewne i w Świecie Książki nadaje
    dział marketingu, ale to nie znaczy, że mam się z tym zgodzić. Poza tym dziwi
    mnie narzekanie na tłumaczy, gdyż kogo jak kogo, ale akurat ŚK stać na
    współpracę z tymi najlepszymi. Być może jednak szanujący się tłumacze nie mogą
    się pogodzić z uporczywym pomijaniem ich nazwiska w biuletynach Świata Książki?
    Redaktorom, których wymanewrowano tak jak Ciebie, Magabo, też się dziwię: gdyby
    mnie spotkało coś takiego, byłaby to ostatnia książka, jaką dla nich
    zredagowałam, gdyż - jak słusznie zauważyłaś - firmujesz ją własnym nazwiskiem.
    --
    "Poważna muzyka, która najlepiej koi wszelką zbłąkaną myśl, niechaj wam uleczy
    bezużytecznie wrzące w czaszkach mózgi!"
  • magabo 30.05.06, 12:41
    yanga napisała:

    > To ja znalazłam ów "kwiat kukurydzy" - w książce Carson McCullers "Czas
    > miłości".

    Ponieważ w momencie redagowania książki zazwyczaj nie ma ona jeszcze nadanego
    tytułu ostatecznego, więc nie wiem, czy to "moja" książka, ale przecież nie w
    tym rzecz. Ja wiem, że w "swojej" pozycji tę kalkę językową wyrzuciłam.

    >Tak, wiem: tytuł zapewne i w Świecie Książki nadaje
    > dział marketingu, ale to nie znaczy, że mam się z tym zgodzić.

    Oczywiście, że nie musisz się godzić z tym, natomiast w ŚK także redaktor nie
    ma wielkiego wpływu na tytuł.

    > Poza tym dziwi
    > mnie narzekanie na tłumaczy, gdyż kogo jak kogo, ale akurat ŚK stać na
    > współpracę z tymi najlepszymi.

    Ale dziwi Cie _moje_ narzekanie? Nie narzekałam, tylko podałam
    kilka "smacznych" przykładów. Nie jestem etatowym pracownikiem ŚK, więc nie mam
    żadnego wpływu na dobór lepszych lub gorszych tłumaczy, choć zgadzam się, że ŚK
    jest bogatym wydawnictwem. Czasami, gdy pokazywałam takie fragmenty tłumaczeń
    spotykałam się ze zdziwieniem: "A przecież to taki(a) dobry tłumacz(ka)...".

    > Redaktorom, których wymanewrowano tak jak Ciebie, Magabo, też się dziwię:
    gdyby mnie spotkało coś takiego, byłaby to ostatnia książka, jaką dla nich
    > zredagowałam, gdyż - jak słusznie zauważyłaś - firmujesz ją własnym
    nazwiskiem.

    A mnie dziwi Twoje zdziwienie ;-) Przecież napisałam, że dopiero wczoraj
    natknęłam sie w tym wątku na nieszczęsne pozostawione w wersji ostatecznej,
    oczy "koloru kwiatów kukyurydzy". Opisałam także całą sytuację, chociaż nadal
    nie wiem, czy ta wpadka dotyczyła książki redagowanej przeze mnie. Owszem, gdy
    zauważyłam przy korekcie redakcyjnej, że moje zmiany w większości nie zostały
    wprowadzone, zareagowałam ostro i naniosłam je powtórnie. Ale chyba żaden
    redaktor w ŚK (i nie tylko) nie ma możliwości "pilotowania" swojej książki aż
    do momentu druku. Taką szansę ma raczej tłumacz i redaktor prowadzący ze ŚK. Po
    tamtej feralnej książce, żadna inna, którą dostałam do korekty redakcyjnej, nie
    była tak niechlujnie potraktowana przez osobę wprowadzającą zmiany do wersji
    elektronicznej.
    Pozdrawiam
  • hajota 30.05.06, 14:08
    Ja krótko w "tym temacie". Z własnego doświadczenia (tłumacz) i z rozmów ze
    znajomymi redaktorkami wiem, że nietóre wydawnictwa, nawet (a może
    szczególnie...) te, które stać na najlepszą kadrę, narzucają i tłumaczom, i
    redaktorom stachanowskie tempo. To po prostu jakiś obłęd i nie ma szans, żeby
    dało się wyłapać wszystkie błędy, jeśli wymaga się od redaktora, żeby zredagował
    70 stron z dnia na dzień (zasłyszane od koleżanki tłumaczącej dla ŚK).

    Ale... Pewnie wyjdę na wredną sukę, lecz uważam, że tłumacz, któremu nie
    zadzwonił w głowie dzwonek alarmowy przy tych nieszczęsnych "oczach jak kwiat
    kukurydzy" powinien czym prędzej zmienić zawód. Bo w tym fachu chwalenie się, że
    "tłumacząc powieść ani razu nie zaglądam do słownika" (też autentyczne)
    świadczy, przepraszam, o debilizmie, a nie o kompetencji. Tłumacz ma być
    podejrzliwy i czujny jak czekista!
  • yanga 30.05.06, 14:50
    No właśnie. Przepraszam, Magabo, nie chciałam naskakiwać na Ciebie osobiście.
    Ale nie mogę zrozumieć, dlaczego wydawnictwo, które ma takie możliwości
    finansowe, nie wykorzystuje ich do podnoszenia poziomu wydawanych książek.
    Dlaczego tłumacz, który popełni dyskwalifikujący go błąd, dostaje następne
    zlecenie? Przy stawkach ŚK mogliby chyba przebierać w tłumaczach jak w
    ulęgałkach.
    --
    "Poważna muzyka, która najlepiej koi wszelką zbłąkaną myśl, niechaj wam uleczy
    bezużytecznie wrzące w czaszkach mózgi!"
  • magabo 30.05.06, 18:27
    yanga napisała:

    > No właśnie. Przepraszam, Magabo, nie chciałam naskakiwać na Ciebie osobiście.

    Nie ma za co przepraszać :-))) Nie odebrałam Twoich słów jako atak personalnie
    na mnie, tylko jako pewnego rodzaju nieporozumienie.

    > Ale nie mogę zrozumieć, dlaczego wydawnictwo, które ma takie możliwości
    > finansowe, nie wykorzystuje ich do podnoszenia poziomu wydawanych książek.
    > Dlaczego tłumacz, który popełni dyskwalifikujący go błąd, dostaje następne
    > zlecenie?

    Nie mam pojęcia, ale spotykałam się z takimi sytuacjami w różnych
    wydawnictwach. I im większe wydawnictwo, tym częściej się zdarza, że tłumacz,
    który sadzi takie kwiatki nagminnie (bo incydentalnie, wiadomo, może się
    zdarzyć każdemu, zwłaszcza gdy terminy gonią niemiłosiernie), dostaje kolejne
    zlecenie. Wydaje mi się, że czasami działa tu zasada "krewnych i znajomych
    Królika". Nie szuka się naprawdę dobrych tłumaczy, ale zatrudnia się ciocię
    Jadzię, bo przyda jej się trochę grosza, a język przecież zna... albo daje się
    tłumaczenie znajomemu znajomego, który go polecił. No, a poza tym po tłumaczu
    jest jeszcze redaktor, korektor... Daleka jestem od uogólniania, ale czasem z
    mam do czynienia z tak nierzetelnymi tłumaczeniami, że wnioski - siłą rzeczy -
    nasuwają się same.

    >Przy stawkach ŚK mogliby chyba przebierać w tłumaczach jak w
    > ulęgałkach.

    Tak, tyle że uznani tłumacze są z reguły zawaleni pracą i nie mają "mocy
    przerobowych", aby się podejmować zleceń na wczoraj.
    Pozdrawiam
  • jacek1f 30.05.06, 19:05
    robia szybko i super tanio i oszczednie na wszystkim zeby sprzedawac po 12-17
    zł, to wiem...:-(
  • millefiori 07.02.06, 21:51
    Piekna kalka językowa:))))
    --
    "...Biegła w rozwianym boa, a sobolowe ogonki galopowały za nią po schodach."

    Wydawnictwa i ich obyczaje
  • rekwizytornia 07.02.06, 21:58
    Nie wiem, czy podawałam, najwyżej się powtórzę ;-)

    Z filmu: "The toothache was killing me" - "Umierałem z powodu bólu zęba".

    Cześć jego pamięci!
  • millefiori 07.02.06, 22:03
    Okrzyk uciekajacych na strych: "Predko, na attyke!" (McGyver)


    --
    "...Biegła w rozwianym boa, a sobolowe ogonki galopowały za nią po schodach."

    Wydawnictwa i ich obyczaje
  • rekwizytornia 07.02.06, 22:07
    Nooo, u Maka z Giwery wszystko jest możliwe - helikopter z zapałek i attyka
    widać też ;-)
  • aga.p.p 07.02.06, 23:34
    Jak telewizyjne to dorzucę moje ulubione: Polsat, jakieś 10 lat temu, serial akcji:
    Show time! - Pokaż czas!

    pzdr,
    A.
  • dysgrafia 08.02.06, 21:49
    ...ale jak to nalezało prawidłowo przetłumaczyć?

    karolina_29 napisała:

    > Znalazłam w polskim przekładzie "Księcia Kaspiana":
    > "równie dobrze mogę zginąć polując na dzikie gęsi, jak tutaj"
    > (on a wild goose chase)
    > Aż mnie skręciło, chociaż poza tym bardzo mi się podoba tłumaczenie
    > p.Polkowskiego.
    > :-(


    --
    Już niedługo, bo...
  • 1802l 09.02.06, 18:40
    dysgrafia napisała:

    > ...ale jak to nalezało prawidłowo przetłumaczyć?
    No właśnie - jak?
    "wild goose chase" -daremny trud,; to go on a wild goose chase - porwac się z
    motyka na słońce, gonić za chimerami, trudzić sie na próżno

    I jak to zachować grę słów?
  • karolina_29 09.02.06, 21:47
    No, chyba gra słów tam nie była potrzebna, chodziło po prostu o to, że bohater
    podjął się wykonania zadania, które jego zdaniem nie miało sensu. Skoro jednak
    zostało postanowione, że ktoś je musi wykonać, a nikt się jakoś nie kwapił,
    dzielny Karzeł Zuchon zgłosił się na ochotnika. np: "Nie ma znaczenia, czy
    zginę w pogoni za wiatrem, czy tutaj"?
  • senseeko 10.02.06, 21:22
    Taki termin znalazłam w podręczniku. Chodzi o gazy powodujące efekt
    cieplarniany. Spotkał się ktoś? Jakoś mi te "gazy szklarniowe" nie pasują. Gazy
    cieplarniane to jeszcze, ale to...
    --
    "Czego oni ich uczą w tych szkołach!"
  • lisekrudy 10.02.06, 22:51
    Prawdopodobnie chodzi o takie gazy, ktore powoduja efekt szklarniowy :-)

    L.
  • millefiori 12.02.06, 15:36
    Nazwe te stosuje sie wymiennie z nazwa "gazy cieplarniane". Jak slusznie
    zauwazyl Lisekrudy, czy beda to gazy cieplarniane czy szklarniowe, daja one ten
    sam efekt - cieplarniany badz szklarniowy.
    Piec lat temu tez mialam powazne watpliwosci co do poprawnosci tego terminu
    (byc moze mowimy nawet o tym samym podreczniku:)), ale sily fachowe je rozwialy.
    --
    "...Biegła w rozwianym boa, a sobolowe ogonki galopowały za nią po schodach."

    Wydawnictwa i ich obyczaje
  • lisekrudy 12.02.06, 16:50
    No, ale ja to napisalem jako zart, bo nie spotkalem sie dotad z terminem "efekt
    szklarniowy".

    L.
  • millefiori 12.02.06, 17:01
    Czesc, Liskurudy:), serio, zadne zarty, w ochronie srodowiska sa to terminy
    uzywane wymiennie :)
    --
    "...Biegła w rozwianym boa, a sobolowe ogonki galopowały za nią po schodach."

    Wydawnictwa i ich obyczaje
  • lisekrudy 13.02.06, 01:26
    Czesc, Mille!

    No to sie czegos nowego dowiedzialem. A tak nawiasem mowiac, to ja jestem Lisek.
    Login "lisekrudy" przyjalem, kiedy powstala instytucja logowania sie i trzeba
    bylo sie zarejestrowac. Nicku "Lisek" nie chcialo mi przyjac, bo mowilo, ze juz
    zajety, a nie chcialem byc Liskiem z jakims tam kolejnym numerkiem.

    Pozdrowienia,
    Lisek
  • llewelyndavies 12.02.06, 11:31
    "Office" tłumaczone jako "biuro", podczas gdy z kontekstu wynika, że chodzi o gabinet. Ostatnio też przeczytałem w jakiejś książce o "naukowcach do spraw medycyny sądowej" (w oryginale pewnie było "forensic scientist").
  • zzja 16.02.06, 12:32
    o ile dobrze pamietam, ktorys Terry Pratchett z serii Swiat Dysku, oryg. "hair
    of the dog which bit you", w pl: "wlosy z psa ktory cie ugryzl". Nb. identyczne
    tlumaczenie w ktoryms z westernow w TVP, nie wiem czy nie "W samo poludnie", ale
    glowy nie dam.

    ;-)
  • teano_laura 16.02.06, 13:10
    zzja napisał:

    > o ile dobrze pamietam, ktorys Terry Pratchett z serii Swiat Dysku, oryg. "hair
    > of the dog which bit you", w pl: "wlosy z psa ktory cie ugryzl". Nb.
    identyczne
    > tlumaczenie w ktoryms z westernow w TVP, nie wiem czy nie "W samo poludnie",
    al
    > e
    > glowy nie dam.
    >
    > ;-)

    Rozumiem, że to jakis idiom, a co oznacza? Oświećcie, bo przyda się to nie
    tylko mnie, ale i potencjalnym tłumaczom
    --
    Nie naledzi dzieby menścidzna był, kiedy pan domu nieobecńy. To nie modźna. Wy zajente, ja ide. Do fidzenia.
  • hajota 16.02.06, 14:06
    Wg starego Stanisławskiego: to take a hair of the dog that bit you - wybić klin
    klinem.
    Wg PWN-Oxford: you need a hair of the dog that bit you - musisz wypić klina.

  • millefiori 16.02.06, 17:58
    Najblizszy sedna jest chyba Stanislawski (klin klinem). Znaczenie zwrotu,
    wywodzacego sie od doslownego sredniowiecznego leczenia ran osob pogryzionych
    przez psy popiolem ze spalonej psiej siersci, (na zasadzie similia similibus
    curantur, podobne leczy sie podobnym) we wspolczesnej angielszczyznie przesunelo
    sie glownie na leczenie skutkow przepicia.

    --
    "...Biegła w rozwianym boa, a sobolowe ogonki galopowały za nią po schodach."

    Wydawnictwa i ich obyczaje
  • nitka3 08.05.06, 19:29
    Co tam rudzik czy drozd..ja ogladałam nasz serial "Lalka" za granica,a tam
    siedzi Kamas w telewizorze z kimś tam na ławce w parku i mówi do niego "Ty
    masz mnie za szuję".a zdezorientowany tłumacz to tłumaczy na oczach
    ogladającego " Ty trzymasz mnie za szyję!".Bardzo było smiesznie!
  • mrowkojad2 08.06.06, 15:59
    Ja pracuję w wydawnictwie branżowym (medycznym)i często mam do czynienia z
    błędami typu: U pacjenta przeprowadzono rewizję (revision to powtórna opracja),
    co z miejsca kojarzy mi się z UB i czasami komuny, albo że badanie było
    prowokujące (provocative oznacza również skłaniające do myślenia), a już
    szczytem wszystkiego był efekt śmiertelny zamiast po prostu zgon.
  • millefiori 08.06.06, 19:38
    mrowkojad2 napisała:

    >... szczytem wszystkiego był efekt śmiertelny zamiast po prostu zgon.

    - Mozna wiec rzec, ze i przeklad byl dead on arrival:D
    --
    "...Biegła w rozwianym boa, a sobolowe ogonki galopowały za nią po schodach."
    charon.sfsu.edu/NewVisions/Balla.html
    Wydawnictwa i ich obyczaje
  • hophopi 11.09.06, 18:35
    hahaha! to ja mam właśnie teraz efekt śmiertelny ze śmiechu :)) piękne cycaty :)
    i jakże pocieszające... od razu mniej krytycznie patrzę na mą dzisiejszą
    mordęgę korektorską, gdzież jej tam do sanktuarium dzikiej zwierzyny /dzikich
    gęsi i drozdów tyz/; o kukurydzianych rozlicznych kwiatach Rekwizytorni nie
    wspomnę... :D
  • annamaria0 11.09.06, 19:23
    Moje ulubione gafy to:
    - tlumaczenie jakiegos filmu na Polsacie - defendant (oskarzony), przetlumaczono jako obronca, no bo
    przeciez defend to bronic...
    - w II czesci Bridget Jones "outraged ladies" przelozone jako "zachwycone (!) panie"
    - w "Nie wiem, jak ona to robi" Alison Pearson "public schools" czyli angielskie szkoly prywatne,
    przetlumaczono jako szkoly, rzecz oczywista, publiczne. Tlumacz nie slyszal o roznicy miedzy public
    school a state school.
    - w ksiazce "Bookends" (zapomnialam, jaki jest polski tytul) Account Manager to ksiegowa -
    najsmieszniejsze, ze doslownie 2,3 strony dalej owa "ksiegowa" mowi cos w rodzaju "Nie mam glowy
    do ksiegowosci"...
  • direta 11.09.06, 22:09
    annamaria0 napisała:


    > - w ksiazce "Bookends" (zapomnialam, jaki jest polski tytul) Account Manager
    t
    > o ksiegowa -
    > najsmieszniejsze, ze doslownie 2,3 strony dalej owa "ksiegowa" mowi cos w
    rodza
    > ju "Nie mam glowy
    > do ksiegowosci"...

    A to akurat o niczym nie świadczy. W mojej pracy są wyłącznie księgowe nie
    mające pojęcia o księgowości ;))
    I jakimś cudem wszystkie redukcje je omijają.

    --
    No co jest?!
    mam ci paznokcie poobgryzać?
  • jacek1f 12.09.06, 07:51
    te na burbona na skałach.
    I pojechali."

    :-)))
    Domyślam się, że na skały, a tłumaczowi chwali się, że kompletny abstynent z
    niego.
  • cnn3 18.09.06, 17:08
    Sugeruje, zebyscie nie obwiniali za wszystkie bledy tlumacza. Tlumacz, nawet
    dobry, ma prawo czasami sie machnac i nie zauwazyc. Po to w wydawnictwach sa
    REDAKTORZY. To redaktor jest od wylapywania bledow, prawda? :)

  • skajstop 18.09.06, 17:36
    Dotykasz istotnego problemu.
    W istocie za jakość danego dzieła należy winić - lub chwalić - kwartet: autor,
    tłumacz, redaktor, wydawca.
    --
    Wydawnictwa i ich obyczaje
  • annamaria0 21.09.06, 11:48
    Niedawno przebojem byla piosenka "Golddigga" (czyli golddigger) i w necie widzialam tlumaczenie tej
    piosenki. Zgadnijcie, jak przetlumaczono tytul? Nagrody dla wszystkich, ktorzy odpowiedzieli
    "poszukiwaczka zlota":-))
  • yanga 16.09.06, 12:08
    Uprzejmie donoszę, że ta od kwiatka kukurydzy przetłumaczyła dla ŚK następną
    sążnistą powieść: "Szafranowe niebo". Mało brakowało, a bym kupiła, bo bardzo
    zachwalali, ale na szczęście zawsze kupuję w księgarni - właśnie po to, żeby
    sprawdzić tłumacza.
    --
    "Poważna muzyka, która najlepiej koi wszelką zbłąkaną myśl, niechaj wam uleczy
    bezużytecznie wrzące w czaszkach mózgi!"
  • agridulce 21.09.06, 20:07
    A jak oceniacie tłumaczenia na BBC Prime? Wczoraj główny bohater
    nostalgicznie wspominał czasy, w których mieszkał w domu z tarasem...
    Nieuważnie słuchałam, ale czytając to tłumaczenie nabrałam podejrzeń, że
    niezupełnie o tym mówił. -)
  • zoe125 18.12.06, 15:56
    A ja pamiętam, jak w którejś części Harry Pottera, chyba w 2-giej, natknęłam
    sie na informację, że uczniowie szli w szyku, który Ron nazywał "krokodylim".
    Zgłupialam lekko, bo o takim szyku nie słyszałam, więc sięgnęłam po oryginał.
    Biore i czytam "crocodile fashion" (nie było wspominki, że to Ron cos nazwał to
    krokodylim szykiem). I wtedy mnie olsniło - dzieciaki szły GĘSIEGO!!! Ale że
    tłumacz nie wiedział, co po polsku znaczy "krokodyli szyk", wymyślił sobie
    Rona, który z kolei wymyslił taką nazwę. Żałosne...
  • annamaria0 19.12.06, 16:35
    Fakt, ze trudno przetlumaczyc "golddigger" jednym slowem. Na pewno nie mozna jednak tego tlumaczyc
    doslownie. Ja bym to przetlumaczyla jako "amatorke wypchanych portfeli" czy cos podobnego.
    --
    A saint is a sinner who never gave up.
  • minerva_mcgonagall 31.05.07, 23:19
    zoe125 napisała:

    > A ja pamiętam, jak w którejś części Harry Pottera, chyba w 2-giej, natknęłam
    > sie na informację, że uczniowie szli w szyku, który Ron nazywał "krokodylim".
    /...? Ale że
    > tłumacz nie wiedział, co po polsku znaczy "krokodyli szyk", wymyślił sobie
    > Rona, który z kolei wymyslił taką nazwę. Żałosne...

    No wiesz, Polkowski jest archeologiem bodajże, więc może mu wybaczmy. Załóżmy,
    że tłumaczył w pospiechu i miał zaćmienie. Bo jednak to "gęsiego" narzuca się
    dość szybko, jeśli tylko człowiek się zastanowi.
    Ale fakt, że lepiej było sprawdzić, niż dopisywać coś za Rowling.

    --
    Informatyk ogląda fortepian:
    -Hmm, tylko 84 klawisze, z czego 1/3 funkcyjnych, wszystkie nieopisane,
    chociaż... shift i ctrl naciskane nogą. Oryginalne.
  • minerva_mcgonagall 31.05.07, 22:26
    Ostatnio wpadła mi w ręce wydana przez Oficynę Graf w 1991 roku, książka
    L.M.Montgomery p.t. "Czarodziejski świat Marigold"
    I cóż ja czytam na stronie 219?
    "Niewzruszony obyczaj Świerkowego Obłoku nakazywał, żeby w spiżarni zawsze było
    świeże ciasto, na wypadek gdyby niespodziewani goście zjawili się na
    podwieczorku (...) W Europie mogły powstawać i upadać królestwa - głód mógł
    szaleć w Indiach, a rewolucja w Chinach; liberałowie, konserwatyści,
    republikanie i demokraci mogli ponosić klęski, lecz tak długo jak słój na
    biszkopty i pudełko na ciastka były pełne, w Gileadzie* nie brakowało balsamu."

    Jak zauważyliście przy Gileadzie jest gwiazdka. Patrzę więc na przypis i cóż
    widzę? (cytuję po literkach)

    Gilead - Mekka


    Czy ktoś mi łaskawie wyjaśni co tłumaczka miała na myśli?

    (zaznaczam, ze wiem gdzie leży Gilead i gdzie leży Mekka. Na oko są od siebie
    oddalone o jakieś 1000km)

    --
    Informatyk ogląda fortepian:
    -Hmm, tylko 84 klawisze, z czego 1/3 funkcyjnych, wszystkie nieopisane,
    chociaż... shift i ctrl naciskane nogą. Oryginalne.
  • hajota 31.05.07, 22:47
    Ha! Chyba wiem, co tłumaczka miała na myśli. Tłumaczka zajrzała do słownika
    Stanisławskiego, gdzie stoi: balm of Gilead - balsam Mekka. Tłumaczce (i
    redakcji) obca jest znajomość Biblii, nie mówiąc o literackich skojarzeniach
    ("Kruk" Poego - "zali jest w Gilead balsam?"). No ręce opadają i cała reszta.
  • minerva_mcgonagall 31.05.07, 23:14
    > Tłumaczce (i
    > redakcji) obca jest znajomość Biblii, nie mówiąc o literackich skojarzeniach
    > ("Kruk" Poego - "zali jest w Gilead balsam?"). No ręce opadają i cała reszta.

    Ale wychodzi na to, że i Stanisławskiemu jest (była?) obca? No chyba, że jest
    jeszcze jakiś niuans językowy, którego nie łapię? Bo skąd Stanisławskiemu ten
    balsam Mekka wyszedł?

    Inna rzecz, że w niektórych słownikach są naprawdę przedziwne błędy, że już nie
    wspomnę o mieszaniu nazw zwierząt czy roślin, bo tłumaczowi nie chciało się
    sprawdzać czy to była powiedzmy brzoza czy jarzębina. I potem się powiela.
    W tej chwili nie pamiętam, ale jak kiedyś natrafię, to się podzielę. Czasem to
    nie wiadomo czy śmiać się czy płakać.
    --
    Informatyk ogląda fortepian:
    -Hmm, tylko 84 klawisze, z czego 1/3 funkcyjnych, wszystkie nieopisane,
    chociaż... shift i ctrl naciskane nogą. Oryginalne.
  • thornhill 01.06.07, 09:21
    Zaraz, zaraz, ale skąd pewność, że autorką tego przypisu jest tłumaczka? Może
    ona niewinna? Czy w książce znajduje się informacja, że to przypis tłumacza?
  • minerva_mcgonagall 05.06.07, 19:20
    thornhill napisał:

    > Zaraz, zaraz, ale skąd pewność, że autorką tego przypisu jest tłumaczka? Może
    > ona niewinna? Czy w książce znajduje się informacja, że to przypis tłumacza?

    Nie ma żadnych informacji o autorstwie przypisów, przejrzałam książkę dokładnie.
    Więc masz rację, może to być też redaktor/ka

    Przypisów jest kilka, ale pomyślałam, ze to od tłumacza bo np był taki:
    Hell - ang. piekło.

    Albo coś takiego:
    tekst książki brzmi tak:
    "We wszystkim, co mówiła igrał jakiś przebłysk złośliwości godny Pucka*."

    i przypis:
    *Puck - chochlik

    Myślisz, że to raczej swobodna twórczość redaktora, a nie tłumacza?

    Swoją drogą ja jestem przyzwyczajona raczej do Puka, nie Pucka.

    --
    Informatyk ogląda fortepian:
    -Hmm, tylko 84 klawisze, z czego 1/3 funkcyjnych, wszystkie nieopisane,
    chociaż... shift i ctrl naciskane nogą. Oryginalne.
  • thornhill 06.06.07, 08:37
    Myślę, że w takim wypadku powinna obowiązywać zasada domniemania niewinności ;-)
  • nomina 03.06.07, 23:05
    A mnie najbardziej irytuje tłumaczenie "exclusive" w kontekście wywiadu jako
    ekskluzywny :/ zamiast "wyłączny/na wyłączność".

    Świat Książki zaś w książce Maślanki puścił tyle błędów, że nie sposób wszystkie
    zacytować. Aczkolwiek przy "tylnich drzwiach" wymiękłam...
  • lisekrudy 04.06.07, 11:02
    A mnie w ogole do bialej goraczki doprowadzaja wszelkie nieuzasadnione
    anglicyzmy i bezmyslne kalki z angielskiego, dowodzace, ze piszacy nie zna
    porzadnie ani angielskiego, ani polskiego. Pelno ich zwlaszcza w prasie. Np.
    kilka dni temu w jakims tekscie w Wyborczej natrafilem na sformulowanie "nazwa
    kodowa" zamiast: kryptonim (ewidentna kalka z "code name"). Wkurza mnie
    ogromnie wszechobecne "kontrolowac" zamiast "panowac nad czyms",
    czy "technologia" zamiast "technika".

    Lisek - zwykly czytelnik
  • nomina 04.06.07, 21:27
    A tak zupełnie na marginesie: kalki (językowe) - dopełniacz l.mn.: kalk, nie
    kalek :)
  • jottka 04.06.07, 21:52
    i czemu wszyscy (bo na forumksiążki też) się tych nieszczęsnych kalek czepiają -
    fakt, brzmi cokolwiek dwuznacznie, ale to jak najbardziej dozwolona oboczność

    linka do słownika pewuenu nie zamieszczę, bo sie skomercjalizował, ale można
    sprawdzić w dostępnych źródłach
  • elenita 23.10.07, 12:36
    nieprawda, obie formy są poprawne

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka