Dawno nie pisałam, bo nic się u mnie nie zmienia. Jednak ostatnio doszłam do wniosków i chciałam się z wami nimi podzielić.
Migreny mam od dzieciństwa trwa to już ponad 2 dekady. Najpierw rodzina uważała że zmyślam, więc zaczęłam to ukrywać, łykanie potajemnie tabletek.
Później diagnoza i początki walki przerwane bo chciałam mieć dzieci.
Później depresja że jestem koszmarną matką nie dość że nie mogę spędzać z nimi czasu przez tę cholerę oraz że mogłam im to przekazać.
Zaczęła się walka, która trwała jakieś 2-3lata. Nic nie pomagało długofalowo wyeliminować, a powodowało tylko inne gorsze skutki uboczne (mega depresja).
Teraz odpuściłam nie walczę, zaleczam cinie+solpadeine. Mam migrenę średnio 7-9dni w miesiącu , często moi bliscy nie wiedzą nawet że mnie boli. Udaję uśmiecham się i łykam kolejną tabletkę. Czasem jak przytrafi się ciąg 3-4dniowy leżę ale do pracy i tak chodzę. W ciągu 10lat pracy wzięłam 1dzień urlopu z tego powodu. Kiedyś prosto z kroplówki w szpitalu pojechałam do pracy. Ale wiecie co w moim poście nie chodzi o użalanie się nad sobą czy pokazanie że dzielna jestem (bo nie jestem).
Chodzi mi o to że odkąd zaakceptowałam tę chorobę, jakoś mi lżej, po prostu jest a kiedyś ból przejdzie. Już nie walczę nie czuję się winna. JESTEM CHORA i tyle, inni mają alergię ja mam to.
Boję się tylko jednego i to mój strach, który paraliżuje mnie "czy moje dzieci też to będą przechodzić" i modlę się aby tak się nie stało.
A by była dyskusja pytanko
"czy pogodziłyście się ze swoją migreną, czy nadal z nią walczycie?"
--
www.nida.com.pl/
pomoz-amelce.pl/index.html
pomozmyamelce.blogspot.com/