Dodaj do ulubionych

Wołńskie kłamstwo czyli

21.05.07, 08:01
historia pewnego zdjęcia /za Rzeczpospolitą/;

Fałszywy opis, prawdziwe zbrodnie

Nie wiadomo, kto i kiedy zaczął przedstawiać fałszywie opisane zdjęcie jako
dowód zbrodni na Polakach z 1943 r. Następne osoby w łańcuchu, które je
upowszechniały, działały nieświadome tego, w dobrej wierze


Fotografia nr I publikowana m.in. w książce Aleksandra Kormana "Ludobójstwo
UPA na ludności polskiej? dokumentacja fotograficzna", wydanej w 2003 r.

Fotografia nr II z "Podręcznika medycyny sądowej dla studentów i lekarzy",
Wiktora Grzywo-Dąbrowskiego z 1948 r.

Fotografia nr III zamieszczona w artykule Witolda Łuniewskiego "Psychoza
szałowo-posępnicza w kazuistyce sądowo-psychiatrycznej" z 1928 roku
Pragniemy na wstępie przeprosić czytelników za drastyczne ilustracje do tego
artykułu. Takie zdjęcia nie powinny się ukazywać w prasie, nie tylko dlatego,
by nie razić czytelników i nie przyczyniać się do brutalizacji otaczającej
nas ikonosfery, ale także z szacunku dla przedstawionych na nich niewinnych
ofiar strasznej zbrodni. Dołączamy je, nie widząc innej możliwości
udokumentowania naszych tez, które odnoszą się do ważnej kwestii - splotu
niedawnych wiadomości oraz dramatycznych wydarzeń sprzed ponad pół wieku.
Kilka tygodni temu pojawiła się w mediach wiadomość o planach wystawienia w
centrum Warszawy nowego pomnika. Ogólnopolski Komitet Budowy Pomnika Ofiar
Ludobójstwa Dokonanego przez OUN - UPA na Ludności Polskiej Kresów Wschodnich
zaprezentował przy tej okazji projekt autorstwa znanego artysty rzeźbiarza
Mariana Koniecznego. Przedstawia on stylizowane drzewo, do którego przybite
czy też przywiązane drutem kolczastym są ciała czworga dzieci. Pierwowzorem
tego wstrząsającego obrazu było zamieszczane w wielu publikacjach zdjęcie,
widoczne m.in. na okładce albumu "Ludobójstwo UPA na ludności polskiej?
dokumentacja fotograficzna", które prezentujemy obok (fot. I). Publikacje te
podają też miejsce i czas przedstawianej zbrodni - koniec 1943 r.
Plany budowy pomnika, a bardziej jeszcze wstrząsający projekt Koniecznego
wzbudziły zróżnicowane reakcje, m.in. do Rady Warszawy trafił list
protestacyjny podpisany przez ponad 100 artystów, naukowców i polityków, w
którym stwierdzają, że drastyczna forma monumentu nie służy dobrze
upamiętnieniu ofiar i polsko-ukraińskiemu pojednaniu.
Projekt pomnika przedstawiającego ciała ofiar okrutnej zbrodni jest
rzeczywiście wstrząsający i jako taki może budzić kontrowersje. Jednak
drastyczne w swej dosłowności nawiązanie do sceny ze zdjęcia jest fałszywe.
Otóż zdjęcie, które stało się inspiracją dla rzeźbiarza, nie ma nic wspólnego
z "ofiarami ludobójstwa dokonanego przez OUN - UPA na ludności polskiej
Kresów Wschodnich". Przedstawione na nim dzieci nie były Polakami, ich
zabójca nie miał nicwspólnego z OUN i UPA i w ogóle nie był Ukraińcem, a
zbrodnia nie nastąpiła podczas antypolskiej akcji UPA w 1943 r.
Dramat z 1923 roku
Twierdzimy tak, ponieważ posiadamy niezaprzeczalne dowody, że wspomniane
zdjęcie - pierwowzór projektu pomnika - przedstawia zupełnie inne wydarzenie.
Miało ono miejsce w nocy z 11 na 12 grudnia 1923 r., cztery ofiary to dzieci
cygańskie, a zabójcą była ich obłąkana matka, 32-letnia M.D. Zdarzenie jest
szczegółowo opisane w pracy wydanej drukiem w 1928 r. (a zapewne też w
ówczesnej prasie). Natrafiliśmy na te informacje i dokumentujące je zdjęcie w
innej, późniejszej publikacji, która powoływała się na artykuł z roku 1928.
Obydwa teksty są publikacjami z zakresu medycyny sądowej. Pierwszy to
artykuł "Psychoza szałowo-posępnicza w kazuistyce sądowo-psychiatrycznej",
zamieszczony w "Roczniku Psychiatrycznym" z 1928 r. Jego autorem był Witold
Łuniewski, wieloletni dyrektor zakładu w Tworkach.
Druga publikacja to "Podręcznik medycyny sądowej dla studentów i lekarzy"
wydany w 1948 r. przez Wiktora Grzywo-Dąbrowskiego, profesora Uniwersytetu
Warszawskiego i członka komitetu redakcyjnego "Rocznika Psychiatrycznego". To
właśnie fakt, że zabójcą dzieci była ich matka, przyciągnął uwagę uczonych.
Nieszczęsna kobieta zabiła czworo dzieci w akcie rozpaczy po aresztowaniu
męża i rozpadzie grupy cygańskiej, w której dotąd żyła, w przekonaniu, że
grozi im niechybna śmierć głodowa. Następnego dnia zgłosiła się na policję. Z
polecenia sądu została umieszczona w zakładzie psychiatrycznym, gdzie
stwierdzono u niej "psychozę szałowo-posępniczą", dziś powiedzielibyśmy
zapewne o ciężkim przypadku depresji. Jak pisze Łuniewski, jej czyn "był
psychopatologiczną próbą dokonania rozszerzonego samobójstwa, którego chora
nie doprowadziła do końca".
Obydwie wymienione publikacje zawierają fotografie z miejsca zbrodni.
W "Podręczniku medycyny sądowej" zamieszczono zdjęcie, które oznaczyliśmy nr.
II. Nie jest ono takie samo jak zdjęcie nr I. Czytelnik dostrzeże, że zdjęcie
I jest jego lustrzanym odbiciem. Fotografia zamieszczona w pracy
Łuniewskiego, którą oznaczyliśmy nr III, jest innym zdjęciem - przedstawia
niewątpliwie tę samą scenę, ale sfotografowaną z nieco innej
strony. "Przejmujący grozą obraz tej zbrodni został sfotografowany przez
urząd śledczy", pisze Łuniewski, i zapewne wykonano kilka zdjęć z różnych
perspektyw. Możliwe, że w archiwach sądowych lub policyjnych zachowały się
inne jeszcze zdjęcia tej sceny. Ponadto zdjęcie I różni się od pozostałych
ukośnymi jasnymi liniami, które kilku komentatorów wzięło błędnie za drut
kolczasty. Są to zapewne ślady zgięć pierwotnej fotografii lub zarysowań na
negatywie.
Na tropach legendy zdjęcia
Jak to się stało, że zdjęcie ofiar obłąkanej matki z 1923 r. uznano za
przedstawienie polskich ofiar UPA, a potem wręcz za ich ikonę? Poszukując
odpowiedzi na to pytanie, trafiliśmy na kilka ścieżek, częściowo zgodnych,
częściowo zaś rozbieżnych. Najwcześniejsza odnaleziona publikacja datująca
zdjęcie na 1943 r. to wydawane we Wrocławiu pismo "Na Rubieży". Fotografia
pojawia się w jego numerze 3 z 1993 r. opatrzona podpisem "Dzieci polskie
zamęczone i pomordowane przez oddział Ukraińskiej Powstańczej Armii w okolicy
wsi Kozowa, w woj. tarnopolskim, jesienią 1943 roku (ze zbiorów dr Stanisława
Krzaklewskiego)".
Dwa lata później zdjęcie pojawia się w pracy J. Węgierskiego "Armia Krajowa w
okręgach Stanisławów i Tarnopol " z podpisem "zamordowane przez oddziały SS-
Galicja dzieci polskie w rejonie Kozowej (pow. brzeżański) (ze zbioru W.
Załogowicza)". Aleksander Korman w pracy "Stosunek UPA do Polaków na ziemiach
południowo-wschodnich II Rzeczypospolitej" (Wrocław 2002) zamieszcza
najwięcej informacji o zdjęciu i zbrodni, którą ma ono przedstawiać.
Twierdzi, że zdjęcie pochodzi ze wsi Kozowa lub Łozowa, pow. Tarnopol,
zapewne z grudnia 1943 lub 1944 r., skąd grupa ocalałych z rzezi Polaków
dostarczyła je na konspiracyjną placówkę 14. Pułku AK na przedmieściach
Lwowa. Tam trafiło w ręce Władysława Załogowicza (na którego relację się
powołuje), który wiele lat później przekazał je Krzaklewskiemu, a ten
autorowi. Pisze też, że upowcy poczynili wiele takich "wianuszków" z dzieci,
przybijając je do drzew w alei, którą nazwali "drogą do samostijnej Ukrainy".
Poznajemy nawet nazwisko przypuszczalnego dowódcy oddziału UPA
odpowiedzialnego za rzeź i inne szczegóły zbrodni. W wydanym rok później
wspomnianym już albumie Korman zamieszcza zdjęcie dwukrotnie, ponownie z
informacją, że przedstawia jedno z drzew przy "drodze do samostijnej Ukrainy"
w powiecie tarnopolskim.
Z kolei w liczącym ponad 1100 stron tomie H. Komańskiego i Sz. Siekierki o
ludobójstwie w województwie tarnopolskim (Wrocław 2004) czytamy, że zdjęcie
pochodzi ze zbioru St. Krzaklewskiego, a wykonał je niemiecki fotograf
wojskowy we wsi Kozówka, pow. Brzeżany, w listopadzie 1943 r. Choć praca ta
ma bogatą bazę źródłową i rozbudowany aparat naukowy, nie podaje, na jakiej
podstawie przypisano tę scenę do wsi Kozówka. Dodajmy, że od kil
Edytor zaawansowany
  • 21.05.07, 08:02
    Na tropach legendy zdjęcia
    Jak to się stało, że zdjęcie ofiar obłąkanej matki z 1923 r. uznano za
    przedstawienie polskich ofiar UPA, a potem wręcz za ich ikonę? Poszukując
    odpowiedzi na to pytanie, trafiliśmy na kilka ścieżek, częściowo zgodnych,
    częściowo zaś rozbieżnych. Najwcześniejsza odnaleziona publikacja datująca
    zdjęcie na 1943 r. to wydawane we Wrocławiu pismo "Na Rubieży". Fotografia
    pojawia się w jego numerze 3 z 1993 r. opatrzona podpisem "Dzieci polskie
    zamęczone i pomordowane przez oddział Ukraińskiej Powstańczej Armii w okolicy
    wsi Kozowa, w woj. tarnopolskim, jesienią 1943 roku (ze zbiorów dr Stanisława
    Krzaklewskiego)".
    Dwa lata później zdjęcie pojawia się w pracy J. Węgierskiego "Armia Krajowa w
    okręgach Stanisławów i Tarnopol " z podpisem "zamordowane przez oddziały SS-
    Galicja dzieci polskie w rejonie Kozowej (pow. brzeżański) (ze zbioru W.
    Załogowicza)". Aleksander Korman w pracy "Stosunek UPA do Polaków na ziemiach
    południowo-wschodnich II Rzeczypospolitej" (Wrocław 2002) zamieszcza najwięcej
    informacji o zdjęciu i zbrodni, którą ma ono przedstawiać. Twierdzi, że zdjęcie
    pochodzi ze wsi Kozowa lub Łozowa, pow. Tarnopol, zapewne z grudnia 1943 lub
    1944 r., skąd grupa ocalałych z rzezi Polaków dostarczyła je na konspiracyjną
    placówkę 14. Pułku AK na przedmieściach Lwowa. Tam trafiło w ręce Władysława
    Załogowicza (na którego relację się powołuje), który wiele lat później
    przekazał je Krzaklewskiemu, a ten autorowi. Pisze też, że upowcy poczynili
    wiele takich "wianuszków" z dzieci, przybijając je do drzew w alei, którą
    nazwali "drogą do samostijnej Ukrainy". Poznajemy nawet nazwisko
    przypuszczalnego dowódcy oddziału UPA odpowiedzialnego za rzeź i inne szczegóły
    zbrodni. W wydanym rok później wspomnianym już albumie Korman zamieszcza
    zdjęcie dwukrotnie, ponownie z informacją, że przedstawia jedno z drzew
    przy "drodze do samostijnej Ukrainy" w powiecie tarnopolskim.
    Z kolei w liczącym ponad 1100 stron tomie H. Komańskiego i Sz. Siekierki o
    ludobójstwie w województwie tarnopolskim (Wrocław 2004) czytamy, że zdjęcie
    pochodzi ze zbioru St. Krzaklewskiego, a wykonał je niemiecki fotograf wojskowy
    we wsi Kozówka, pow. Brzeżany, w listopadzie 1943 r. Choć praca ta ma bogatą
    bazę źródłową i rozbudowany aparat naukowy, nie podaje, na jakiej podstawie
    przypisano tę scenę do wsi Kozówka. Dodajmy, że od kilku lat zdjęcie I pojawia
    się w różnych publikacjach i w Internecie (np. w Wikipedii), a jego opis
    obrasta w coraz to nowe szczegóły rzekomej zbrodni.
    Aleksander Korman i Stanisław Krzaklewski już nie żyją, udało się nam jednak
    skontaktować z panami Siekierką, Komańskim i Załogowiczem. Dwaj pierwsi
    twierdzą zgodnie, że fotografia, którą otrzymali od dr. Krzaklewskiego,
    pochodziła od jego ojca, który z kolei dostał ją od niemieckiego oficera w
    Brzeżanach. Od Załogowicza natomiast dowiedzieliśmy się, że to on przekazał
    fotografię Krzaklewskiemu, a dostał ją pod koniec lat 40. od pewnej rodziny,
    która pochodziła z okolic wsi Kozowa, a po wojnie zamieszkała w Głuchołazach.
    Mamy zatem dwie różne historie zdjęcia, więc co najmniej jedna jest
    nieprawdziwa. Nie twierdzimy jednak, że relacje te były świadomie kłamliwe.
    Przeciwnie, sądzimy, że osoby, które upowszechniały fałszywie opisane zdjęcie,
    działały nieświadome tego, w dobrej wierze. Nasi respondenci byli ostatnim
    ogniwem dłuższego łańcucha. Nie wiadomo, kto i kiedy zaczął przedstawiać
    zdjęcie jako dowód zbrodni na Polakach z 1943 r., co następne osoby w łańcuchu
    już tylko powielały. Nawet autora (autorów?) tej fałszywej interpretacji nie
    należy od razu podejrzewać o kłamstwo (choć nie można tego wykluczyć). Mógł nie
    wiedzieć, skąd pochodzi zdjęcie, i połączyć je z jakąś zasłyszaną historią.
    Wielu ludzi z południowo-wschodnich Kresów II Rzeczypospolitej widziało w tym
    czasie tak potworne sceny, że dodanie do nich jeszcze jednego makabrycznego
    zdjęcia mogło się wydawać im oczywiste.
    Obrońcy pamięci i rzecznicy prawdy
    Trzeba podkreślić, że choć przedstawione obok zdjęcia są fałszywym dowodem
    zbrodni popełnionych na Polakach przez UPA, jest wystarczająco wiele innych
    wiarygodnych dowodów tych zbrodni: dokumentów i relacji polskich, ukraińskich
    czy niemieckich opisujących tysiące mordów na bezbronnych cywilach różnej płci
    i wieku, zbiorowych mogił kryjących szczątki ofiar, a także zdjęć równie
    przerażających jak obraz powieszonych dzieci. Żyją jeszcze, choć z każdym
    rokiem coraz ich mniej, naoczni świadkowie rzezi i okrucieństw. Zachowanie i
    zgromadzenie wielu takich dowodów zawdzięczamy badaczom amatorom ze środowisk
    kresowych, którzy czynili to w poczuciu misji, z obowiązku pamięci, pomimo
    wielkich przeszkód. Przez ponad czterdzieści lat rządów komunistycznych był to
    temat tabu; stosowne instytucje nie prowadziły badań i dochodzeń ani nie
    zbierały dokumentacji. Świadkowie wymierali, wielu milczało z obawy o życie
    swoje i bliskich, upływ czasu zacierał pamięć. Przypadki błędnych ustaleń
    historyków amatorów były w tych warunkach nieuniknione.
    Dopiero stosunkowo niedawno rozpoczęły się badania akademickie, w których
    korzysta się ze zróżnicowanej bazy źródłowej. Dzięki temu pojawiły się nowe,
    solidnie udokumentowane opracowania przedstawiające systematycznie i
    szczegółowo okoliczności, charakter i skalę wydarzeń, takie jak monumentalne
    dzieło Ewy i Władysława Siemaszków o ludobójstwie na Wołyniu lub wyważone
    analizy historyczne Grzegorza Motyki. Pokazują one, że refleksja i metoda
    historyka, choć z natury swej krytyczna, nie przeszkadza, lecz pomaga w
    ożywianiu i podtrzymywaniu pamięci. Dlatego smutek i zgorszenie budzą w nas
    jadowite napaści na tych historyków, którzy w imię prawdy i zgodnie z regułami
    swego zawodu podchodzą krytycznie do pewnych utartych opinii, emocjonalnych
    sądów i nieudokumentowanych twierdzeń.
    Dla historyka XX w. odpowiedź na pytanie, czy pamiętać i upamiętniać te
    wydarzenia i ich ofiary, jest oczywista: należy im się szacunek i pamięć. Naród
    to wspólnota pamięci i zapomnienia, ale nie sądzimy, by "polityka zapomnienia"
    pomagała pojednaniu między ludźmi i narodami. Ważne wydarzenia z przeszłości
    należy przypominać i upamiętniać, nawet jeśli jest to trudne i bolesne.
    Pytaniem otwartym i niełatwym jest kwestia, jak to czynić. Mamy nadzieję, że
    przypadek fałszywego pomnika będzie przypominał o potrzebie współpracy na tym
    polu obrońców Pamięci i rzeczników Prawdy.
    Ada Rutkowska jest studentką Collegium Civitas, członkiem Koła Naukowego
    Historii Najnowszej CC.
    Prof. Dariusz Stola jest wykładowcą Collegium Civitas, historykiem w ISP PAN

    Ps

    To forum jest martwe - ale może owa wiadomość go ożywi????
  • 23.05.07, 17:12
    Witam Państwa !
    Szanowny Pan Administrator Podkarpackiej u-Krainy Piotrzr wyraził opinię że , cyt.: "[...] To forum jest martwe - ale może owa wiadomość go ożywi???? [...]", koniec cytatu. Osobiście śmiem wątpić , aby truchła banderowskiej ideologii mogły cokolwiek i kogokolwiek ożywić.
    Pozdrawiam
    L. Bodio

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.