Rzeczpospolita... Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Gdzieś w okolicach Bramy Smoleńskiej w początkach XX wieku...

    "W pewnej chwili, gdy przejeżdżali jakiś mostek, woźnica obrócił się ku niemu
    i rzekł, wskazując biczyskiem na strumyk biegnący pod mostkiem: 'A wot
    ciapier my prajechali u Polszczu'. 'Polszcza' była pojęciem szerszym od
    Wielkiego Księstwa Litewskiego czy Korony. W słownictwie ludowym oznaczałą
    Rzeczpospolitę. W ludzie zachowałą się aż do XX wieku pamięć o granicy
    pomiędzy Rosją a Rzeczpospolitą sprzed rozbiorów."
    (...)

    K. Okulicz, Brzask, dzień i zmierzch na ziemiach Litwy historycznej. Szkic
    historyczno-publicystyczny.
    w: Pamiętnik Wileński, Londyn 1972.

    O siebie tylko dodam, że Smoleńsk odpadł od Rzeczpospolitej już w połowie
    XVII w., chociaż formalnie dopiero po rozejmie w Andruszowie (1667) i po
    pokoju Grzymułtowskiego (1686). Mimo tego w początach XX wieku (przed
    rewolucja 1917 roku oczywiście) na 75 tys mieszkańców żyło tu jescze ok 5 000
    Polaków...
    Ukłony
    --
    Eliot
    • Dzięki eliot. Ze swojej strony mogę dodać że gdy ziemia smolenska przeszła do
      państwa moskiewskiego po rozejmie andruszowskim, to tamtejsza szlachta przyjęła
      zwierzchnictwo moskiewskie,zachowując majątki i pamięć o polskim pochodzeniu.
      Wielu przyjęło prawosławie. Ze Smoleńszczyzny wywodził się m.in. sławny
      podróżnik Przewalski, któremu później przypisano ojcowstwo samego Stalina. Po
      przyjrzeniu XIX-wiecznym księgom szlachty z guberni smoleńskiej okazuje się że
      w środkowych i zachodnich powiatach przeważają polskie nazwiska , we wschodniej
      (z miastem Wiaźma, odpadłej od państwa polsko-litewskiego pod koniec XVw.) -
      nazwiska rosyjskie. Dzięki silnym wpływom szlachty aż do rewolucji można było
      traktować Smoleńszczyznę jako część historycznej Polski.Ale nie było to tak
      oczywiste jak w przypadku guberni mohylewskiej czy witebskiej.
      • l4l0 napisał:

        > Dzięki eliot. Ze swojej strony mogę dodać że gdy ziemia smolenska przeszła do
        > państwa moskiewskiego po rozejmie andruszowskim, to tamtejsza szlachta
        przyjęła
        >
        > zwierzchnictwo moskiewskie,zachowując majątki i pamięć o polskim
        pochodzeniu.
        > Wielu przyjęło prawosławie. Ze Smoleńszczyzny wywodził się m.in. sławny
        > podróżnik Przewalski, któremu później przypisano ojcowstwo samego Stalina. Po
        > przyjrzeniu XIX-wiecznym księgom szlachty z guberni smoleńskiej okazuje się
        że
        > w środkowych i zachodnich powiatach przeważają polskie nazwiska , we
        wschodniej
        >
        > (z miastem Wiaźma, odpadłej od państwa polsko-litewskiego pod koniec XVw.) -
        > nazwiska rosyjskie. Dzięki silnym wpływom szlachty aż do rewolucji można było
        > traktować Smoleńszczyznę jako część historycznej Polski.Ale nie było to tak
        > oczywiste jak w przypadku guberni mohylewskiej czy witebskiej.


        To jeszcze mały cytacik ze wspomnień księdza Józefata Żyskara ('Polacy w
        rozproszeniu. Wspomnienie z pietnastu lat kapłaństwa w Cesarstwie, Petersburg
        1909)
        Cytacik dotyczy ponownie Smoleńska:
        "Czasem doprawdy myslałem, ze jestem w kraju rodzinnym - tyle słyszałem tam
        mowy polskiej. Wspaniały kościół, niedawno zbudowany, kompletnie bywa
        przepełniony modlącymi się. (...) Widzimy tu i chłopka naszego i szlachcica z
        zawiesistymi wąsami, a nieraz w łapciach na nogach i charakterystyczne
        szlachcianki w tanich kapeluszach i perkalowych sukienkach. Stoją tam i skromne
        kałamaszki szlacheckie, jednym słowem, widok ten przenosi nas do jednej z
        guberni sąsiednich litewskich, przy kościółku wiejskim. (...)"

        Ale była tez i druga strona tej sielanki, codzienne zycie skłaniało wielu do
        wynaradawiania się:
        w Smoleńsku: "kultura i zwyczaje rosyjskie szerzą sie gwałtownie i wypierają
        polskie, są tu tacy, co wcale nie znaja ojczystek mowy i nie chcą jej poznać"
        (wychodząca w Wilnie "Pobudka" nr 6 z 1910 roku)
        Także Wacław Lednicki wspomina w swoich pamiętnikach (T.1, Londyn 1963) z czasów
        przedrewolucyjnych o niektórych rodzinach szlacheckich:
        "które w Smoleńszczyźnie należały do klanu rosyjskiego, zaś ich krewni z
        Mohylewszczyzny czy Mińszczyzny polskość swoją zachowały"

        Pozdr.
        --
        Eliot
    • eliot napisał:

      > Gdzieś w okolicach Bramy Smoleńskiej w początkach XX wieku...
      >
      > "W pewnej chwili, gdy przejeżdżali jakiś mostek, woźnica obrócił się ku niemu
      > i rzekł, wskazując biczyskiem na strumyk biegnący pod mostkiem: 'A wot
      > ciapier my prajechali u Polszczu'. 'Polszcza' była pojęciem szerszym od
      > Wielkiego Księstwa Litewskiego czy Korony. W słownictwie ludowym oznaczałą
      > Rzeczpospolitę. W ludzie zachowałą się aż do XX wieku pamięć o granicy
      > pomiędzy Rosją a Rzeczpospolitą sprzed rozbiorów."
      > (...)
      >
      > K. Okulicz, Brzask, dzień i zmierzch na ziemiach Litwy historycznej. Szkic
      > historyczno-publicystyczny.
      > w: Pamiętnik Wileński, Londyn 1972.
      >
      > O siebie tylko dodam, że Smoleńsk odpadł od Rzeczpospolitej już w połowie
      > XVII w., chociaż formalnie dopiero po rozejmie w Andruszowie (1667) i po
      > pokoju Grzymułtowskiego (1686). Mimo tego w początach XX wieku (przed
      > rewolucja 1917 roku oczywiście) na 75 tys mieszkańców żyło tu jescze ok 5 000
      > Polaków...
      > Ukłony


      Witam!

      Ciekawe, że to samo opowiadał Wańkowicz chyba w "Kraju lat dziecinnych..."

      Chcesz więcej, klinij tu:MLM, biznes po godzinach...  Katalog Oriflame
      Pozdrawiam i zapraszam!
      • 1szylider napisał:

        > eliot napisał:
        >
        > > Gdzieś w okolicach Bramy Smoleńskiej w początkach XX wieku...
        > >
        > > "W pewnej chwili, gdy przejeżdżali jakiś mostek, woźnica obrócił się ku ni
        > emu
        > > i rzekł, wskazując biczyskiem na strumyk biegnący pod mostkiem: 'A wot
        > > ciapier my prajechali u Polszczu'. 'Polszcza' była pojęciem szerszym od
        > > Wielkiego Księstwa Litewskiego czy Korony. W słownictwie ludowym oznaczałą
        >
        > > Rzeczpospolitę. W ludzie zachowałą się aż do XX wieku pamięć o granicy
        > > pomiędzy Rosją a Rzeczpospolitą sprzed rozbiorów."
        > > (...)
        > >
        > > K. Okulicz, Brzask, dzień i zmierzch na ziemiach Litwy historycznej. Szkic
        >
        > > historyczno-publicystyczny.
        > > w: Pamiętnik Wileński, Londyn 1972.
        > >
        > > O siebie tylko dodam, że Smoleńsk odpadł od Rzeczpospolitej już w połowie
        > > XVII w., chociaż formalnie dopiero po rozejmie w Andruszowie (1667) i po
        > > pokoju Grzymułtowskiego (1686). Mimo tego w początach XX wieku (przed
        > > rewolucja 1917 roku oczywiście) na 75 tys mieszkańców żyło tu jescze ok 5
        > 000
        > > Polaków...
        > > Ukłony
        >
        >
        > Witam!
        >
        > Ciekawe, że to samo opowiadał Wańkowicz chyba w "Kraju lat dziecinnych..."

        Tak bywa ze wspomnieniami jak widać! Szkoda, że go nie zacytowałeś...

        --
        Eliot
        • eliot napisał:

          > 1szylider napisał:
          >
          > > eliot napisał:
          > >
          > > > Gdzieś w okolicach Bramy Smoleńskiej w początkach XX wieku...
          > > >
          > > > "W pewnej chwili, gdy przejeżdżali jakiś mostek, woźnica obrócił się
          > ku ni
          > > emu
          > > > i rzekł, wskazując biczyskiem na strumyk biegnący pod mostkiem: 'A wo
          > t
          > > > ciapier my prajechali u Polszczu'. 'Polszcza' była pojęciem szerszym
          > od
          > > > Wielkiego Księstwa Litewskiego czy Korony. W słownictwie ludowym ozna
          > czałą
          > >
          > > > Rzeczpospolitę. W ludzie zachowałą się aż do XX wieku pamięć o granic
          > y
          > > > pomiędzy Rosją a Rzeczpospolitą sprzed rozbiorów."
          > > > (...)
          > > >
          > > > K. Okulicz, Brzask, dzień i zmierzch na ziemiach Litwy historycznej.
          > Szkic
          > >
          > > > historyczno-publicystyczny.
          > > > w: Pamiętnik Wileński, Londyn 1972.
          > > >
          > > > O siebie tylko dodam, że Smoleńsk odpadł od Rzeczpospolitej już w poł
          > owie
          > > > XVII w., chociaż formalnie dopiero po rozejmie w Andruszowie (1667) i
          > po
          > > > pokoju Grzymułtowskiego (1686). Mimo tego w początach XX wieku (przed
          >
          > > > rewolucja 1917 roku oczywiście) na 75 tys mieszkańców żyło tu jescze
          > ok 5
          > > 000
          > > > Polaków...
          > > > Ukłony
          > >
          > >
          > > Witam!
          > >
          > > Ciekawe, że to samo opowiadał Wańkowicz chyba w "Kraju lat dziecinnych..."
          >
          > Tak bywa ze wspomnieniami jak widać! Szkoda, że go nie zacytowałeś...
          >


          Sława!

          Może czerpali z tego samego źródła, a może Wańkowicz cytował go, bo chyba nie
          odwrotnie gdyż był późniejszy..

          Pozdrawiam i zapraszam na:
          Forum Słowiańskie
          nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
          www.pajacyk.pl
          Ignorant
          +++
          • ignorant11 napisał:

            > Witam!
            > > >
            > > > Ciekawe, że to samo opowiadał Wańkowicz chyba w "Kraju lat dziecinnyc
            > h..."
            > >
            > > Tak bywa ze wspomnieniami jak widać! Szkoda, że go nie zacytowałeś...
            > >
            >
            >
            > Sława!
            >
            > Może czerpali z tego samego źródła, a może Wańkowicz cytował go, bo chyba nie
            > odwrotnie gdyż był późniejszy..
            >
            To też możliwe, inna sprawa, że wspomnienia bywaja podobne gdy dotycza tego
            samego obszaru.
            Pozdr.
            --
            Eliot
            • eliot napisał:

              > ignorant11 napisał:
              >
              > > Witam!
              > > > >
              > > > > Ciekawe, że to samo opowiadał Wańkowicz chyba w "Kraju lat dziec
              > innyc
              > > h..."
              > > >
              > > > Tak bywa ze wspomnieniami jak widać! Szkoda, że go nie zacytowałeś...
              > > >
              > >
              > >
              > > Sława!
              > >
              > > Może czerpali z tego samego źródła, a może Wańkowicz cytował go, bo chyba
              > nie
              > > odwrotnie gdyż był późniejszy..
              > >
              > To też możliwe, inna sprawa, że wspomnienia bywaja podobne gdy dotycza tego
              > samego obszaru.
              > Pozdr.

              Sława!

              Możliwe, może jest krążaca w tamtych stronach anegdota..?

              Mówiąca tym silniej o tej prawdzie i sławie Rzeczypospolitej, że nawet po
              wiekach jeszcze pamiętają...

              Pozdrawiam i zapraszam na:
              Forum Słowiańskie
              nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
              www.pajacyk.pl
              Ignorant
              +++
              • ignorant11 napisał:

                > eliot napisał:
                >
                > > ignorant11 napisał:
                > >
                > > > Witam!
                > > > > >
                > > > > > Ciekawe, że to samo opowiadał Wańkowicz chyba w "Kraju lat
                > dziec
                > > innyc
                > > > h..."
                > > > >
                > > > > Tak bywa ze wspomnieniami jak widać! Szkoda, że go nie zacytował
                > eś...
                > > > >
                > > >
                > > >
                > > > Sława!
                > > >
                > > > Może czerpali z tego samego źródła, a może Wańkowicz cytował go, bo c
                > hyba
                > > nie
                > > > odwrotnie gdyż był późniejszy..
                > > >
                > > To też możliwe, inna sprawa, że wspomnienia bywaja podobne gdy dotycza teg
                > o
                > > samego obszaru.
                > > Pozdr.
                >
                > Sława!
                >
                > Możliwe, może jest krążaca w tamtych stronach anegdota..?
                >
                > Mówiąca tym silniej o tej prawdzie i sławie Rzeczypospolitej, że nawet po
                > wiekach jeszcze pamiętają...
                >
                Pewnie tak. Tka długo jak układ społeczny nie został naruszony (przez rewolucje
                1917 r.)tak długo świadomośc społeczna konserwowała pamięć o Rzeczypospolitej...
                Pozdr.
                --
                Eliot
    • Dyneburg - stolica polskich Inflant... obecnie Daugavpils, dawniej Dźwińsk,
      niemieckie Duenaburg:
      "Przedmieścia były zamieszkałe przważnie przez ludnośc mówiącą po polsku,
      która napłynęła z różnych części dawnego Wielkiego Księstwa Litewskigo oraz
      Inflant. We wschodniej części miasta, za torami kolei Rygo-Orłowskiej, powstała
      na przełomie stulecia zupełnie nowa, prawie całkowicie polska dzielnica, zwana
      Nowoje Strojenie. Zamieszkiwali tam przeważnie drobni urzednicy, pracownicy
      rozmaitych firm handlowych, technicy, kwalifikowani robotnicy z warsztatów
      kolejowych, maszyniści kolejowi, drobni przedsiębiorcy. Ludność ta w dużym
      stopniu pochodziła z drobnej szlachty spod Brasławia, Opsy, Jezioros
      (przemianowanych przez zaborców na Nowo-Aleksandrowsk), Połocka, Krasławia.
      Byli to często młodsi synowie, którzy w rezultacie działów rodzinnych musieli
      szukać sobie pracy w mieście" - wzięte z: S. Swianiewicz, "Dzieciństwo i
      młodość", W-wa 1996.
      Wedle Swianiewicza sama tylko ta dzielnica liczyła ok. 20 tys. mieszkańców, w
      ogromnej większości Polaków. Dla przypomnienia dodam tylko, że Dyneburg był
      historycznie (przed industrializacją) miastem niemieckim, tzn. zamieszkanym
      przez ludność niemieckojęzyczną.
      --
      Eliot
    • Ryga odpadła od Rzeczypospolitej już w 1629 roku po rozejmie w Altmarku,
      potwierdził to pokój oliwski w 1660 roku. Miasto było w zasadzie
      niemieckojęzyczne. Jednak w końcu XIX wieku mieszkało tu ok. 24 tys. Polaków.
      Zamożne mieszczanstwo to w dalszym ciągu była ludność niemieckojezyczna. Polacy
      w większości byli robotnikami, rzemieślnikami itp. Przed 1905 rokiem działały w
      Rydze polskie stowarzyszenia: Rzymsko-Katolickie Towarzystwo Dobroczynności (ok
      400 członków), Stowarzyszenie Polskie "Auszra" (zał. w 1881 r., ok 130
      członków), Stowarzyszenie studentów Politechniki "Arkonia" (zał. w 1879 r.)-
      posiadalo duża jak na owe czasy bibliotekę, Stowarzyszenie "Welecja" (zał. w
      1883 r.) - też posiadało i prowadziło bibliotekę, Polskie Towarzystwo Wzajemnej
      Pomocy "Pszczoła" zał. w 1905 r. (tuż przed rewolucją). Rewolucja 1905 roku
      przyniosła rozkwit polskich organizacji i stowarzyszeń. Udało sie wprowadzić
      język polski w szkołach ryskich w dwóch pierwszych latach nauczania, Polskie
      Towarzystwo "Oświata" postawiło sobie za cel stworzenie polskiego systemu
      edukacyjnego na terenie całej Łotwy. Ryska "Oświata" utrzymywała trzy polskie
      szkoły elementarne, dwie ochronki, oraz kółka samokształceniowe, biblioteki
      itd. Juz w 1907 roku Towarzystwo Oświata" liczyło 1795 osób. Prezesem "Oświaty"
      został Władysław Lichtarowicz, sam rodem z Wileńszczyzny, wykształcony w
      Kijowie w Rydze osiadł w 1889 roku - to jakby symbol Polaka z Kresów
      Rzeczypospolitej...
      Inną ozdobą ryskiego środowiska polskiego był Gustaw Manteuffel (1832-1916) w
      Rydze mieszkał od przełomu lat 70/80 XIX wieku. Chociaż swoje główne prace
      publikował głównie w Warszawie, Krakowie, Lwowie czy Poznaniu (jak monumentalną
      pracę "Inflanty Polskie") to i w Rydze wydał w 1906 roku "Przewodnik po Rydze i
      jej okolicach".
      Również położony w obecnej Estonii Dorpat stał sie znaczącym ośrodkiem i
      skupiskiem Polaków, chociaż siłą rzeczy znacznie mniejszym...
      Działały tu polskie organizacje: korporacja "Polonia" (prowdziła znaczącą jak
      na owe czasy bibliotekę), oraz polskie towarzystwo "Lechicja". W Dorpacie
      studiowało wielu znamienitych Polaków jak: Józef Weyssenhoff, Wincenty
      Lutosławski, Andrzej Niemojewski, Gabriel Korbut...

      Tak to początek XX wieku zabłysnął ostanim swiatłem gasnącej Rzeczypospolitej...

      Pozdr.
      --
      Eliot
      • eliot napisał:

        > Ryga odpadła od Rzeczypospolitej już w 1629 roku po rozejmie w Altmarku,
        > potwierdził to pokój oliwski w 1660 roku. Miasto było w zasadzie
        > niemieckojęzyczne. Jednak w końcu XIX wieku mieszkało tu ok. 24 tys. Polaków.
        > Zamożne mieszczanstwo to w dalszym ciągu była ludność niemieckojezyczna.
        Polacy
        >
        > w większości byli robotnikami, rzemieślnikami itp. Przed 1905 rokiem działały
        w
        >
        > Rydze polskie stowarzyszenia: Rzymsko-Katolickie Towarzystwo Dobroczynności
        (ok
        >
        > 400 członków), Stowarzyszenie Polskie "Auszra"


        ..ciekawa nazwa jak na polskie stowarzyszenie- ma znaczenie tylko w jęz.
        litewskim lub łotweskim. Po polsku tyle co jutrznia lub jutrzenka, a właściwue
        jutrza czyli dosł. gwiazda zaranna. O czym to świadczy? Tamtejsi Polacy
        uznawali się za prawdziwych gospodarzy tamtych ziem. Taki Roman Dmowski uznawał
        litewski i łotewski za języki polskie ale z racji pewnej odrębności za
        nienadające się do unifikacji (w przecieiweństwie do tzw. mniejszości
        słowianskich). Na konferencji w Wersalu zasługą Dmowskiego było przekazanie
        Kłajpedy Litwie gdyż nie sądził on że Polska pozwoli na oddzielenie się
        Żmudzinów,a port miałby strategiczne znaczenie dla Wilna czy Mińska. Niestety
        za sprawą piłsudczyzny stało się inaczej.




        > (zał. w 1881 r., ok 130
        > członków), Stowarzyszenie studentów Politechniki "Arkonia"




        bal Arkonji w Rydze, 1895
        www.arkonia.uw.edu.pl/Biul40/bal_arkonii.htm



        > (zał. w 1879 r.)-
        > posiadalo duża jak na owe czasy bibliotekę, Stowarzyszenie "Welecja" (zał. w
        > 1883 r.) - też posiadało i prowadziło bibliotekę, Polskie Towarzystwo
        Wzajemnej
        >
        > Pomocy "Pszczoła" zał. w 1905 r. (tuż przed rewolucją). Rewolucja 1905 roku
        > przyniosła rozkwit polskich organizacji i stowarzyszeń. Udało sie wprowadzić
        > język polski w szkołach ryskich w dwóch pierwszych latach nauczania, Polskie
        > Towarzystwo "Oświata" postawiło sobie za cel stworzenie polskiego systemu
        > edukacyjnego na terenie całej Łotwy. Ryska "Oświata" utrzymywała trzy polskie
        > szkoły elementarne, dwie ochronki, oraz kółka samokształceniowe, biblioteki
        > itd. Juz w 1907 roku Towarzystwo Oświata" liczyło 1795 osób.
        Prezesem "Oświaty"
        >
        > został Władysław Lichtarowicz, sam rodem z Wileńszczyzny, wykształcony w
        > Kijowie w Rydze osiadł w 1889 roku - to jakby symbol Polaka z Kresów
        > Rzeczypospolitej...
        > Inną ozdobą ryskiego środowiska polskiego był Gustaw Manteuffel (1832-1916) w
        > Rydze mieszkał od przełomu lat 70/80 XIX wieku. Chociaż swoje główne prace
        > publikował głównie w Warszawie, Krakowie, Lwowie czy Poznaniu (jak
        monumentalną
        >
        > pracę "Inflanty Polskie") to i w Rydze wydał w 1906 roku "Przewodnik po Rydze
        i
        >
        > jej okolicach".
        > Również położony w obecnej Estonii Dorpat stał sie znaczącym ośrodkiem i
        > skupiskiem Polaków, chociaż siłą rzeczy znacznie mniejszym...
        > Działały tu polskie organizacje: korporacja "Polonia" (prowdziła znaczącą jak
        > na owe czasy bibliotekę), oraz polskie towarzystwo "Lechicja". W Dorpacie
        > studiowało wielu znamienitych Polaków jak: Józef Weyssenhoff, Wincenty
        > Lutosławski, Andrzej Niemojewski, Gabriel Korbut...
        >
        > Tak to początek XX wieku zabłysnął ostanim swiatłem gasnącej
        Rzeczypospolitej..
        > .



        ..a Rosja carska okazała się bardziej tolerancyjna i sprzyjająca polskiem
        wpływom kulturowym niż międzywojenna Łotwa,oczywiście nie wspominając o Litwie,
        gdzie po kilkunastu latach niepodległości skonfiskowano prawie całą polską
        własność ziemską.
        www.uni.torun.pl/~zenkiewicz/Publikacje/wykaz.html



        >
        > Pozdr.

        • l4l0 napisał:

          > eliot napisał:
          >
          > > Ryga odpadła od Rzeczypospolitej już w 1629 roku po rozejmie w Altmarku,
          > > potwierdził to pokój oliwski w 1660 roku. Miasto było w zasadzie
          > > niemieckojęzyczne. Jednak w końcu XIX wieku mieszkało tu ok. 24 tys. Polak
          > ów.
          > > Zamożne mieszczanstwo to w dalszym ciągu była ludność niemieckojezyczna.
          > Polacy
          > >
          > > w większości byli robotnikami, rzemieślnikami itp. Przed 1905 rokiem dział
          > ały
          > w
          > >
          > > Rydze polskie stowarzyszenia: Rzymsko-Katolickie Towarzystwo Dobroczynnośc
          > i
          > (ok
          > >
          > > 400 członków), Stowarzyszenie Polskie "Auszra"
          >
          >
          > ..ciekawa nazwa jak na polskie stowarzyszenie- ma znaczenie tylko w jęz.
          > litewskim lub łotweskim. Po polsku tyle co jutrznia lub jutrzenka, a
          właściwue
          > jutrza czyli dosł. gwiazda zaranna. O czym to świadczy? Tamtejsi Polacy
          > uznawali się za prawdziwych gospodarzy tamtych ziem. Taki Roman Dmowski
          uznawał
          >
          > litewski i łotewski za języki polskie ale z racji pewnej odrębności za
          > nienadające się do unifikacji (w przecieiweństwie do tzw. mniejszości
          > słowianskich). Na konferencji w Wersalu zasługą Dmowskiego było przekazanie
          > Kłajpedy Litwie gdyż nie sądził on że Polska pozwoli na oddzielenie się
          > Żmudzinów,a port miałby strategiczne znaczenie dla Wilna czy Mińska. Niestety
          > za sprawą piłsudczyzny stało się inaczej.
          >
          >
          >
          >
          > > (zał. w 1881 r., ok 130
          > > członków), Stowarzyszenie studentów Politechniki "Arkonia"
          >
          >
          >
          >
          > bal Arkonji w Rydze, 1895
          > www.arkonia.uw.edu.pl/Biul40/bal_arkonii.htm
          >
          >
          >
          > > (zał. w 1879 r.)-
          > > posiadalo duża jak na owe czasy bibliotekę, Stowarzyszenie "Welecja" (zał.
          > w
          > > 1883 r.) - też posiadało i prowadziło bibliotekę, Polskie Towarzystwo
          > Wzajemnej
          > >
          > > Pomocy "Pszczoła" zał. w 1905 r. (tuż przed rewolucją). Rewolucja 1905 rok
          > u
          > > przyniosła rozkwit polskich organizacji i stowarzyszeń. Udało sie wprowadz
          > ić
          > > język polski w szkołach ryskich w dwóch pierwszych latach nauczania, Polsk
          > ie
          > > Towarzystwo "Oświata" postawiło sobie za cel stworzenie polskiego systemu
          > > edukacyjnego na terenie całej Łotwy. Ryska "Oświata" utrzymywała trzy pols
          > kie
          > > szkoły elementarne, dwie ochronki, oraz kółka samokształceniowe, bibliotek
          > i
          > > itd. Juz w 1907 roku Towarzystwo Oświata" liczyło 1795 osób.
          > Prezesem "Oświaty"
          > >
          > > został Władysław Lichtarowicz, sam rodem z Wileńszczyzny, wykształcony w
          > > Kijowie w Rydze osiadł w 1889 roku - to jakby symbol Polaka z Kresów
          > > Rzeczypospolitej...
          > > Inną ozdobą ryskiego środowiska polskiego był Gustaw Manteuffel (1832-1916
          > ) w
          > > Rydze mieszkał od przełomu lat 70/80 XIX wieku. Chociaż swoje główne prace
          >
          > > publikował głównie w Warszawie, Krakowie, Lwowie czy Poznaniu (jak
          > monumentalną
          > >
          > > pracę "Inflanty Polskie") to i w Rydze wydał w 1906 roku "Przewodnik po Ry
          > dze
          > i
          > >
          > > jej okolicach".
          > > Również położony w obecnej Estonii Dorpat stał sie znaczącym ośrodkiem i
          > > skupiskiem Polaków, chociaż siłą rzeczy znacznie mniejszym...
          > > Działały tu polskie organizacje: korporacja "Polonia" (prowdziła znaczącą
          > jak
          > > na owe czasy bibliotekę), oraz polskie towarzystwo "Lechicja". W Dorpacie
          > > studiowało wielu znamienitych Polaków jak: Józef Weyssenhoff, Wincenty
          > > Lutosławski, Andrzej Niemojewski, Gabriel Korbut...
          > >
          > > Tak to początek XX wieku zabłysnął ostanim swiatłem gasnącej
          > Rzeczypospolitej..
          > > .
          >
          >
          >
          > ..a Rosja carska okazała się bardziej tolerancyjna i sprzyjająca polskiem
          > wpływom kulturowym niż międzywojenna Łotwa,oczywiście nie wspominając o
          Litwie,
          >
          > gdzie po kilkunastu latach niepodległości skonfiskowano prawie całą polską
          > własność ziemską.
          > www.uni.torun.pl/~zenkiewicz/Publikacje/wykaz.html
          >

          Dzięki za oba świetne linki!

          Rosja była państwen stanowym... chociaż więc ucisk Polaków był znaczny
          (szczególnie w Królestwie, również na Ziemiach Zabranych) łącznie z zakazem
          używania języka polskiego, to organizacje ziemiaństwa i obywatelstwa,
          szczególnie w ostatnich dekadach XIX w. były zjawiskiem normalnym.
          Po 1905 r. zniknęła wiekszość zakazów (w tym zakaz używania języka polskiego).
          Trzeba też pamiętać, że inaczej wyglądała sytuacja polskich organizacji (i
          Polaków) w samej Rosji (np. Petersburgu czy Moskwie) a inaczej w Królestwie i
          na byłych ziemiach Rzeczypospolitej (czyli tzw. Ziemiach Zabranych).
          Duża rolę w zmianach w życiu społecznym, gospodarczym, prawnym, oprócz
          rewolucji 1905-1907, odegrały też reformy stołypinowskie.

          A swoją drogą to ciekawe, z których Landsbergów (z Murów?, Szawlanów? Sulików?)
          pochodzi Vitautas Landsbergis....?

          Pozdr.
          --
          Eliot
    • W Witebsku życie polskie koncentrowało się wokół dwóch polskich ksiegarni:
      Księgarni Teresy Czerwińskiej (istniejącej w latach 1892-1914)
      Księgarni Drzewińskiej i Ungera (istniała w latach 1913-1914).
      Dużą rolę dla tamtejszego polskiego życia pełnił salon Józefa Sipayłły, w
      którym od 1907 roku odbywały się wieczory literacko-artystyczne, podobną rolę
      odgrywał dom adwokata Aleksandra Rożnowskiego.
      Bardzo zasłużonym dla polskości w Witebsku był też adwokat Wacław Fedorowicz
      (1848-1911), chociaż urodził się w Mohylowie w Witebsku osiadł w 1884 roku.
      Zajmował się (chociaż amatorsko oczywiście) historią, archeologią, był
      członkiem korespondentem warszawskiego Towarzystwa Krajoznawczego podobnie
      krakowskiej Akademii Umiejetności. Był też prezesem witebskiego Towarzystwa
      Dobroczynności, tam też udostępnił bezpłatnie lokal Towarzystwa dla czytelni
      polskiej (w 1908, dysponowała już ok 1000 tomów i kilkanaście tytułów polskich
      czasopism). W tymże 1908 roku Fedorowicz zainicjował wydanie księgi zbiorowej
      poświęconej Witebszczyźnie i jej polskim tradycjom. Nie dożył jej wydania, ale
      księga ta nakładem witebskiego Towarzystwa Dobroczynności ukazała się w 1912
      roku, nosiła tytuł "Z okolic Dźwiny". Zawierała przegląd dorobku polskich
      twórców związanych z Witebskiem i Witebszczyzną oraz z Inflantami Polskimi tak
      wspołczesnych jak i z przeszłości. W księdze były prace, poezja, twórczość
      takich autorów jak wspomniany już (przy omawianiu Rygi) Gustaw Manteuffel,
      Kazimiera Iłłakowiczówna, Stanisław i Marian Szadurscy, Edward Słoński, Antoni
      Ossendowski, Stanisława Gizbert Studnicka, Kazimierz Bujnicki, Gustaw Reutt,
      Eugeniusz Broel-Plater. O przeszłości Witebszczyzny i Inflant pisali: Józef
      Hłasko, Jan Obst, Edward Ropp (biskup wileński ze starego rodu inflandzkiego),
      Bolesław Limanowski (Inflandczyk) a również Stefania Ulanowska. W księdze tej
      znalazły sie też przekłady na język polski poetów białoruskich Janki Kupały,
      Janki Łuczyny. Ozdobiono sztychami, widokami miast, mapami.
      Księga ta została pamiątką po tej części dziedzictwa Rzeczypospolitej, które
      nadchodzące lata zmiotły już na zawsze...
      --
      Eliot
    • W Mohylowie (Mohylewie) nad Dnieprem w początkach XX wieku mieszkało jeszcze
      około 3 tys. Polaków... Tworzyli tam silną społeczność, ktora zasilana przez
      ziemian i służbę z okolicznych dworów dość silną wykazywała się żywotnością.
      Już we wrześniu (8. IX. 1906) 1906 roku założono w Mohylowie Polskie
      Towarzystwo Oświaty i Dobroczynności. Prezesem został właściciel majątku Tursk
      z powiatu rohaczewskiego Władysław Wojnicz Sianożęcki. Sianożęcki zdobył takie
      zaufanie, że niedługo później został też członkiem rosyjskiej Rady Państwa.
      Towarzystwo szybko zaczęło tworzyć w sąsiednich miasteczkach swoje koła co
      zaowocowało w czasie najbliższych wyborów do Dumy kiedy to Koła te dawały w
      miastach powiatowych szerg przedstawień, komcertów i rautów. Aktywna na tym
      polu była też żona prezesa Anna.
      Powstał też w Mohylowie Klub Polski (otwarty i poświęcony 14 XII 1907 r.).
      Mieścił się w budynku na rogu ówczesnych ulic Wietrznej i Oficerskiej.
      Organizowano tam wieczory dla inteligencji, wieczorki uczniowskie, zabawy
      rzemieślnicze, a nawet dla sług i czeladzi. Klub dzielił się na trzy sekcje:
      teatralną, muzyczną i odczytową. W 1908 roku zorganizowano sesję odczytową po
      zmarłym właśnie Wyspiańskim. W Klubie zorganizowano bibliotekę i czytelnię -
      gdzie oprócz kilku tytułów rosyjskich było dostępnych aż 14 tytułów polskich...
      Na 1910 rok Maria Świacka zorganizowała duży obchód setnej rocznicy urodzin
      Juliusza Słowackiego. Zespół teatralny ( amatorski z Klubu Polskiego) wystawił
      pierwszy i drugi akt "Mazepy". Pokazano też popularne wówczas "żywe obrazy" ze
      scenami z "Balladyny" i "Anhellego". Przybył z odczytem książe Hieronim Drucki-
      Lubecki.

      Z czasem od Towarzystwa Oświaty i Dobroczynności oderwały się jego koła lokalne
      lub zaczęły działać w znacznym stopniu samodzielnie. Czasami dochodziło do
      konfliktów jak w Homlu, gdzie miejscowy proboszcz ksiądz Mirski zażądał by w
      nazwie Towarzystwa dodać "katolickie" co byłoby w ówczesnych warunkach i
      niepolityczne i odstręczające dla ludności czującej się związaną z polskością i
      polską kultura lecz pochodzącą ze środowisk mieszanych wyznaniowo.
      Również inne miasteczka wykazywały samodzielność i aktywność w Sienno
      wystawiano jednoaktówki Fredry. Ostatnie lat tuż przed I Wojną Światową były
      już jednak mniej korzystne. Napływa dużo ludności żydowskiej i Mohylów, Homel
      zmieniają swoje oblicze. Polski zaczyna odchodzić a dominować zaczyna jidisz...

      Pozdr.
      --
      Eliot
      • eliot napisał:

        > W Mohylowie (Mohylewie) nad Dnieprem w początkach XX wieku mieszkało jeszcze
        > około 3 tys. Polaków... Tworzyli tam silną społeczność, ktora zasilana przez
        > ziemian i służbę z okolicznych dworów dość silną wykazywała się żywotnością.
        > Już we wrześniu (8. IX. 1906) 1906 roku założono w Mohylowie Polskie
        > Towarzystwo Oświaty i Dobroczynności. Prezesem został właściciel majątku
        Tursk
        > z powiatu rohaczewskiego Władysław Wojnicz Sianożęcki. Sianożęcki zdobył
        takie
        > zaufanie, że niedługo później został też członkiem rosyjskiej Rady Państwa.
        > Towarzystwo szybko zaczęło tworzyć w sąsiednich miasteczkach swoje koła co
        > zaowocowało w czasie najbliższych wyborów do Dumy kiedy to Koła te dawały w
        > miastach powiatowych szerg przedstawień, komcertów i rautów. Aktywna na tym
        > polu była też żona prezesa Anna.
        > Powstał też w Mohylowie Klub Polski (otwarty i poświęcony 14 XII 1907 r.).
        > Mieścił się w budynku na rogu ówczesnych ulic Wietrznej i Oficerskiej.
        > Organizowano tam wieczory dla inteligencji, wieczorki uczniowskie, zabawy
        > rzemieślnicze, a nawet dla sług i czeladzi. Klub dzielił się na trzy sekcje:
        > teatralną, muzyczną i odczytową. W 1908 roku zorganizowano sesję odczytową po
        > zmarłym właśnie Wyspiańskim. W Klubie zorganizowano bibliotekę i czytelnię -
        > gdzie oprócz kilku tytułów rosyjskich było dostępnych aż 14 tytułów
        polskich...
        > Na 1910 rok Maria Świacka zorganizowała duży obchód setnej rocznicy urodzin
        > Juliusza Słowackiego. Zespół teatralny ( amatorski z Klubu Polskiego)
        wystawił
        > pierwszy i drugi akt "Mazepy". Pokazano też popularne wówczas "żywe obrazy"
        ze
        > scenami z "Balladyny" i "Anhellego". Przybył z odczytem książe Hieronim
        Drucki-
        > Lubecki.
        >
        > Z czasem od Towarzystwa Oświaty i Dobroczynności oderwały się jego koła
        lokalne
        >
        > lub zaczęły działać w znacznym stopniu samodzielnie. Czasami dochodziło do
        > konfliktów jak w Homlu, gdzie miejscowy proboszcz ksiądz Mirski zażądał by w
        > nazwie Towarzystwa dodać "katolickie" co byłoby w ówczesnych warunkach i
        > niepolityczne i odstręczające dla ludności czującej się związaną z polskością
        i
        >
        > polską kultura lecz pochodzącą ze środowisk mieszanych wyznaniowo.
        > Również inne miasteczka wykazywały samodzielność i aktywność w Sienno
        > wystawiano jednoaktówki Fredry. Ostatnie lat tuż przed I Wojną Światową były
        > już jednak mniej korzystne. Napływa dużo ludności żydowskiej i Mohylów, Homel
        > zmieniają swoje oblicze. Polski zaczyna odchodzić a dominować zaczyna
        jidisz...
        >
        > Pozdr.
        Mohylewszczyźnie jest poświęcona min. powieść Floriana
        Czarnyszewicza "Nadberezyńcy". Autor świetnie opisuje tam codzienne życie
        polskiej szlachty zaściankowej.
    • Kowno, późniejsza stolica międzywojennej Litwy na przełomie XIX/XX wieku było
      dośc sennym, prowincjonalnym raczej miastem. Ludność według spisu z 1987 roku
      wynosiła 86,5 tysiąca. Większość stanowili: Żydzi a dalej w kolejności Polacy,
      Rosjanie. Litwini w owym czasie stanowili tylko 6,6% ludności, dla porównania
      Polacy ok 35 %... Liczna tu była polska inteligencja i z czasów jeszcze sprzed
      rewolucji 1905 roku istniały tu polskie księgarnie (przy prospekcie
      Mikołajewskim) np. Jakuba i Stanisławy Ossowskich (zał. w 1885 r.), Zawadzkich,
      Kazimierza Rutskiego...
      Przy księgarniach istniały czytelnie, a niektóre prowadziły też własną
      działalnośc wydawniczą. Rewolucja 1905 roku jak wszędzie na Kresach przyniosła
      ożywienie kulturalne i już w 1906 roku w hotelu "Wersal" członkowie tamtejszego
      (kowieńskiego) PPS-u urządzili przedstawienie teatralne. Powstały nowe
      stowarzyszenia i organizacja jak np. "Jutrzenka" - było to stowarzyszenie
      robotnicze, organizowała ona sieć tajnych szkół i bibliotek polskich dawała
      przedstawienia amatorskie, urządzała jasełka, szopki itp. W lokalu
      kowieńskiego "Sokoła" urządzano odczyty społeczne i religijna. Sam "Sokół"
      (Towarzystwo Gimnastyczne) powstał w Kownie już w 1906 roku i szybko zaczął
      pełnić wszechstronną rolę kulturalną, sekcja dramatyczna dysponowała stałą
      scena na Piotrówce. Wystawiano repertuar popularny by dotrzeć do możliwie
      masowego odbiorcy. Istniał też przy Sokole chór mieszany, orkiestra
      mandolinistów. Była też, co oczywiste biblioteka i czytelnia. Organizowano tam
      też odczyty. Dbano zgodnie ze statutem i celem Sokoła o kondycję fizyczną,
      uprawiano więc stale ćwiczenia gimnastyczne w parku na Piotrówce oraz sporty
      zimowe, zawody wioślarskie itd.
      Powstało też Rzymsko-Katolickie Towarzystwo Dobroczynności (kwiecień 1907)
      kierowane przez biskupa żmudzkiego Kaspra Cytowta. Oprócz działalności
      dobroczynnej Towarzystwo to organizowało przedstawienia teatralne, koncerty,
      odczyty, bale.
      Inną ważną organizacją było Towarzystwo Wzajemnej Pomocy Pracowników Handlowych
      (1907-1915) a to dlatego, że zorganizowało ono teatr polski, który dawał
      przedstawienia co dwa tygodnie w kowieńskim Teatrze Miejskim. Reżyserem był,
      zasłużony na niwie ruchu amatorskiego (choć sam był aktorem zawodowym)w Kownie
      Jan Wiszniewski (on był też animatorem ruchu teatralnego w "Sokole"). Na niwie
      teatralnej działał też aktor, reżyser, komediopisarz Antoni Simaszko (mąż Wandy
      Siemaszkowej).
      Powstał też (w 1912 r.), bardzo w Kownie popularny, kabaret - "Płaczący
      Krokodyl".
      2 lutego 1909 roku powstało Towarzystwo Szerzenia Oświaty wśród Polaków.
      Prezesem tego Towarzystwa został adwokat Władysłąw Bądzyński. Oprócz
      działalności statutowej prowadziło to Towarzystwo również amatorski ruch
      teatralny, chór mieszany, i zespół mandolinistów. A od 13 lipca powstałą przy
      Towarzystwie kolejna dość duża biblioteka i czytelnia pism polskich.
      Ustąpienie Rosjan w 1915 roku, powstanie Taryby i oparcie sie ruchu litewskiego
      o Niemcy przyniosło stopniowo zmierzch polsko/sci i tego miasta...
      --
      Eliot
      • Jeszcze na początku lat dwudziestych chociaż Kowno zostało stolicą Litwy
        burmistrzem miasta był Polak. Dopiero administarcyjne działania władz
        litewskich zmieniły ten stan rzeczy. Tereny na północ od Kowna wzdłuż rzeki
        Niewiaży aż do Kiejdan a nawet dalej były całkowicie polskojęzyczne a tamtejsi
        mieszkańcy aż do powstania niepodległego państwa litewskiego w ogóle nie znali
        języka litewskiego. Dopiero późniejsza brutalna lituanizacja zaczęła zmieniać
        ten stan rzeczy ale jeszcze do 2 wojny światowej polskość na Litwie Kowieńskiej
        trzymała sie mocno. Wszystko zniszczyli dopiero "bracia Słowianie" Rosjanie
        bezwzględnie tępiący wszystko co polskie. Tacy to z nich przyjaciele
        Słowiańszczyzny.
        • aldon napisał:

          > Jeszcze na początku lat dwudziestych chociaż Kowno zostało stolicą Litwy
          > burmistrzem miasta był Polak. Dopiero administarcyjne działania władz
          > litewskich zmieniły ten stan rzeczy. Tereny na północ od Kowna wzdłuż rzeki
          > Niewiaży aż do Kiejdan a nawet dalej były całkowicie polskojęzyczne a
          tamtejsi
          > mieszkańcy aż do powstania niepodległego państwa litewskiego w ogóle nie
          znali
          > języka litewskiego. Dopiero późniejsza brutalna lituanizacja


          ..zatem nie zruszczenie, ale co innego. Powiedziałby, że gdyby Litwa zachowała
          suwerenność po II WŚ, to Wileńszczyzna wyglądałaby jak teraz jak
          Kowieńszczyzna. Sowieci starali się hamować żmudzinskie zapędy i żeby ich
          zaszachować stworzyli nawet coś w rodzaju polskiej autonomii kulturalnej,
          której niestety zabrakło w sowieckich republikach białoruskiej ukraińksiej i
          łotewskiej.


          > Wszystko zniszczyli dopiero "bracia Słowianie" Rosjanie
          > bezwzględnie tępiący wszystko co polskie. Tacy to z nich przyjaciele
          > Słowiańszczyzny.

          • l4l0 napisał:

            > aldon napisał:
            >
            > > Jeszcze na początku lat dwudziestych chociaż Kowno zostało stolicą Litwy
            > > burmistrzem miasta był Polak. Dopiero administarcyjne działania władz
            > > litewskich zmieniły ten stan rzeczy. Tereny na północ od Kowna wzdłuż rzek
            > i
            > > Niewiaży aż do Kiejdan a nawet dalej były całkowicie polskojęzyczne a
            > tamtejsi
            > > mieszkańcy aż do powstania niepodległego państwa litewskiego w ogóle nie
            > znali
            > > języka litewskiego. Dopiero późniejsza brutalna lituanizacja
            >
            >
            > ..zatem nie zruszczenie, ale co innego. Powiedziałby, że gdyby Litwa
            zachowała
            > suwerenność po II WŚ, to Wileńszczyzna wyglądałaby jak teraz jak
            > Kowieńszczyzna. Sowieci starali się hamować żmudzinskie zapędy i żeby ich
            > zaszachować stworzyli nawet coś w rodzaju polskiej autonomii kulturalnej,
            > której niestety zabrakło w sowieckich republikach białoruskiej ukraińksiej i
            > łotewskiej.
            >
            >
            > > Wszystko zniszczyli dopiero "bracia Słowianie" Rosjanie
            > > bezwzględnie tępiący wszystko co polskie. Tacy to z nich przyjaciele
            > > Słowiańszczyzny.
            >

            Sława!

            MYślę, że gdyby Litwa zachowała suwerennośc to straciłaby Wilno...

            Ale rzeczywiście polskośc tam przetrwała chyba najsilniej z ziem zacurzońskich?

            Pozdrawiam i zapraszam na:
            Forum Słowiańskie
            nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
            www.pajacyk.pl
            Ignorant
            +++
            • Zatem można myśleć o powrocie tych ziem zamiast status quo. Dla nas ono dobre
              jest na zachodzie a nie wschodzie. Śmierć Curzonowi i jego zgniłym kompromisom!
              • l4l0 napisał:

                > Zatem można myśleć o powrocie tych ziem zamiast status quo. Dla nas ono dobre
                > jest na zachodzie a nie wschodzie. Śmierć Curzonowi i jego zgniłym
                kompromisom!


                --
                Sława!

                Nie bardzo chcę iśc na wschód.

                Sojusz z Ukrainą wpływy na Bałtyce i Białorusi.

                Akcja zjednoczeniowa tylko w wypadku wchłoniecia Bialorusi przez Rosję.

                Bo wtedy powie się Ruskim: Panowie Iwany! Chwilka, bo mamy rozliczenia!

                Pozdrawiam i zapraszam na:
                Forum Słowiańskie
                nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
                www.pajacyk.pl
                Ignorant
                +++
        • aldon napisał:

          > Jeszcze na początku lat dwudziestych chociaż Kowno zostało stolicą Litwy
          > burmistrzem miasta był Polak. Dopiero administarcyjne działania władz
          > litewskich zmieniły ten stan rzeczy. Tereny na północ od Kowna wzdłuż rzeki
          > Niewiaży aż do Kiejdan a nawet dalej były całkowicie polskojęzyczne a
          tamtejsi
          > mieszkańcy aż do powstania niepodległego państwa litewskiego w ogóle nie
          znali
          > języka litewskiego. Dopiero późniejsza brutalna lituanizacja zaczęła zmieniać
          > ten stan rzeczy ale jeszcze do 2 wojny światowej polskość na Litwie
          Kowieńskiej
          >
          > trzymała sie mocno. Wszystko zniszczyli dopiero "bracia Słowianie" Rosjanie
          > bezwzględnie tępiący wszystko co polskie. Tacy to z nich przyjaciele
          > Słowiańszczyzny.

          Kowno leżało na dużej "wyspie polskiej", która łączyła się z Wileńszczyzną
          wzdłuż Wilejki. Świetnie to widać na mapach romera, zarówno tych sprzed 1918
          roku jak i tych przygotowanych dla Polskiego Komitetu Narodowego (na potrzby
          Kongresy Wersalskiego0 czy też choc by z "Atlasu polski Współczesnej" z 1926
          roku.
          A linia polskiej wiekszości na Wileńszczyźnie sięgała po Inflanty Polskie
          (włącznie, Dyneburg też był otoczony ludnością polską...), gdzie okolo 60 tys.
          Polaków przetrwało do dziś...

          --
          Eliot
          • eliot napisał:

            >
            >
            > Kowno leżało na dużej "wyspie polskiej", która łączyła się z Wileńszczyzną
            > wzdłuż Wilejki. Świetnie to widać na mapach romera, zarówno tych sprzed 1918
            > roku jak i tych przygotowanych dla Polskiego Komitetu Narodowego (na potrzby
            > Kongresy Wersalskiego0 czy też choc by z "Atlasu polski Współczesnej" z 1926
            > roku.
            > A linia polskiej wiekszości na Wileńszczyźnie sięgała po Inflanty Polskie
            > (włącznie, Dyneburg też był otoczony ludnością polską...), gdzie okolo 60
            tys.
            > Polaków przetrwało do dziś...
            >


            Zatem była tam przewaga polskiej ludności chłopskiej, bo jeśli idzie o
            szlachtę, ziemiaństwo , inteligencję to na pocz. ub. wieku było prawie
            wyłącznie polskie na całej Żmudzi i Kowieńszczyżnie, nawet tam gdzie była silna
            większość ludności posługującej się dialektem. Po I wojnie ta miażdżąca
            przewaga została zmarnowana, kraj dla nas stracony, polskie warstwy oświecone
            wyjechały lub się wynarodowiły. A był to ważny strategicznie obszar dający
            dostęp do Bałtyku od strony Niemna i łatwy do zintergowania z resztą kraju tak
            jak Inflanty polskie czy obecna Białoruś.
            • l4l0 napisał:

              > eliot napisał:
              >
              > >
              > >
              > > Kowno leżało na dużej "wyspie polskiej", która łączyła się z Wileńszczyzną
              >
              > > wzdłuż Wilejki. Świetnie to widać na mapach romera, zarówno tych sprzed 19
              > 18
              > > roku jak i tych przygotowanych dla Polskiego Komitetu Narodowego (na potrz
              > by
              > > Kongresy Wersalskiego0 czy też choc by z "Atlasu polski Współczesnej" z 19
              > 26
              > > roku.
              > > A linia polskiej wiekszości na Wileńszczyźnie sięgała po Inflanty Polskie
              > > (włącznie, Dyneburg też był otoczony ludnością polską...), gdzie okolo 60
              > tys.
              > > Polaków przetrwało do dziś...
              > >
              >
              >
              > Zatem była tam przewaga polskiej ludności chłopskiej, bo jeśli idzie o
              > szlachtę, ziemiaństwo , inteligencję to na pocz. ub. wieku było prawie
              > wyłącznie polskie na całej Żmudzi i Kowieńszczyżnie, nawet tam gdzie była
              silna
              >
              > większość ludności posługującej się dialektem. Po I wojnie ta miażdżąca
              > przewaga została zmarnowana, kraj dla nas stracony, polskie warstwy oświecone
              > wyjechały lub się wynarodowiły. A był to ważny strategicznie obszar dający
              > dostęp do Bałtyku od strony Niemna i łatwy do zintergowania z resztą kraju
              tak
              > jak Inflanty polskie czy obecna Białoruś.

              Dlatego to tutaj wspominamy RZECZPOSPOLITĄ... Jako pewnien symbol
              utraconej szansy. Nie tylko naszej polskiej, ale szansy całego regionu na inny
              los i inną historię...
              --
              Eliot
              • eliot napisał:

                > l4l0 napisał:
                >
                > > eliot napisał:
                > >
                > > >
                > > >
                > > > Kowno leżało na dużej "wyspie polskiej", która łączyła się z Wileńszc
                > zyzną
                > >
                > > > wzdłuż Wilejki. Świetnie to widać na mapach romera, zarówno tych sprz
                > ed 19
                > > 18
                > > > roku jak i tych przygotowanych dla Polskiego Komitetu Narodowego (na
                > potrz
                > > by
                > > > Kongresy Wersalskiego0 czy też choc by z "Atlasu polski Współczesnej"
                > z 19
                > > 26
                > > > roku.
                > > > A linia polskiej wiekszości na Wileńszczyźnie sięgała po Inflanty Pol
                > skie
                > > > (włącznie, Dyneburg też był otoczony ludnością polską...), gdzie okol
                > o 60
                > > tys.
                > > > Polaków przetrwało do dziś...
                > > >
                > >
                > >
                > > Zatem była tam przewaga polskiej ludności chłopskiej, bo jeśli idzie o
                > > szlachtę, ziemiaństwo , inteligencję to na pocz. ub. wieku było prawie
                > > wyłącznie polskie na całej Żmudzi i Kowieńszczyżnie, nawet tam gdzie była
                > silna
                > >
                > > większość ludności posługującej się dialektem. Po I wojnie ta miażdżąca
                > > przewaga została zmarnowana, kraj dla nas stracony, polskie warstwy oświec
                > one
                > > wyjechały lub się wynarodowiły. A był to ważny strategicznie obszar dający
                >
                > > dostęp do Bałtyku od strony Niemna i łatwy do zintergowania z resztą kraju
                >
                > tak
                > > jak Inflanty polskie czy obecna Białoruś.
                >
                > Dlatego to tutaj wspominamy RZECZPOSPOLITĄ... Jako pewnien symbol
                > utraconej szansy. Nie tylko naszej polskiej, ale szansy całego regionu na
                inny
                > los i inną historię...

                Sława!

                Własnie ja pisze tak wiele o nowej Jagielonii, o Wyszechradzie o Wenedii, gdyż
                uważam iż geografia nie zmieniła się od tamtych czasow i jest nadal aktualne.

                Nadal aktualna jest wspólpraca panstw narodowych tego regionu.

                Dlatego tak bardzo cieszy polityka "jagiellońska" obecnego rządu RP mimo iż
                calej formacji nie lubię.

                Paradoksalnie unia może przyczynic się własnie do jagiellońskiego odrodzenia...


                Pozdrawiam i zapraszam na:
                Forum Słowiańskie
                nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
                www.pajacyk.pl
                Ignorant
                +++
                • ignorant11 napisał:
                  > Sława!
                  >
                  > Własnie ja pisze tak wiele o nowej Jagielonii, o Wyszechradzie o Wenedii,
                  gdyż
                  > uważam iż geografia nie zmieniła się od tamtych czasow i jest nadal aktualne.
                  >
                  > Nadal aktualna jest wspólpraca panstw narodowych tego regionu.
                  >
                  > Dlatego tak bardzo cieszy polityka "jagiellońska" obecnego rządu RP mimo iż
                  > calej formacji nie lubię.
                  >
                  > Paradoksalnie unia może przyczynic się własnie do jagiellońskiego
                  odrodzenia...
                  >
                  >
                  Oczywiście, współpraca całego regionu międzymorza może dać w jakiejś
                  przyszłości poczucie wspólnoty. Mi szkoda tego co już było, wytworzyło w ramach
                  swojego rozwoju historycznego ramy prawne, ustrojowe kultury obyczaju itd. To
                  co spowodowało, że jeszcze w początkach XX wieku białoruski chłop bez trudu
                  mógł wskazać, że tu oto jest Rzeczpospolita...
                  Wątek nieco nostalgiczny jednak nostalgia niech nam nie przeszkadza w
                  wyciaganiu wniosków...
                  Pozdrawiam!
                  --
                  Eliot
                  • eliot napisał:

                    > ignorant11 napisał:
                    > > Sława!
                    > >
                    > > Własnie ja pisze tak wiele o nowej Jagielonii, o Wyszechradzie o Wenedii,
                    > gdyż
                    > > uważam iż geografia nie zmieniła się od tamtych czasow i jest nadal aktual
                    > ne.
                    > >
                    > > Nadal aktualna jest wspólpraca panstw narodowych tego regionu.
                    > >
                    > > Dlatego tak bardzo cieszy polityka "jagiellońska" obecnego rządu RP mimo i
                    > ż
                    > > calej formacji nie lubię.
                    > >
                    > > Paradoksalnie unia może przyczynic się własnie do jagiellońskiego
                    > odrodzenia...
                    > >
                    > >
                    > Oczywiście, współpraca całego regionu międzymorza może dać w jakiejś
                    > przyszłości poczucie wspólnoty. Mi szkoda tego co już było, wytworzyło w
                    ramach
                    >
                    > swojego rozwoju historycznego ramy prawne, ustrojowe kultury obyczaju itd. To
                    > co spowodowało, że jeszcze w początkach XX wieku białoruski chłop bez trudu
                    > mógł wskazać, że tu oto jest Rzeczpospolita...
                    > Wątek nieco nostalgiczny jednak nostalgia niech nam nie przeszkadza w
                    > wyciaganiu wniosków...
                    > Pozdrawiam!

                    Sława!

                    W wątku o Rosji postawiłem nieśmiała tezę iż być może są narody skazane na
                    wielkość, może Polska otrzymała taki wyrok od "ducha dziejów"...


                    Pozdrawiam i zapraszam na:
                    Forum Słowiańskie
                    nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
                    www.pajacyk.pl
                    Ignorant
                    +++
                    • ignorant11 napisał:
                      > Sława!
                      >
                      > W wątku o Rosji postawiłem nieśmiała tezę iż być może są narody skazane na
                      > wielkość, może Polska otrzymała taki wyrok od "ducha dziejów"...
                      >
                      Nie mam nic przeciwko...
                      Byle nam egzorcysty nie sporowadzili...
                      wink))
                      Pozdr.

                      --
                      Eliot
            • l4l0 napisał:

              > eliot napisał:
              >
              > >
              > >
              > > Kowno leżało na dużej "wyspie polskiej", która łączyła się z Wileńszczyzną
              >
              > > wzdłuż Wilejki. Świetnie to widać na mapach romera, zarówno tych sprzed 19
              > 18
              > > roku jak i tych przygotowanych dla Polskiego Komitetu Narodowego (na potrz
              > by
              > > Kongresy Wersalskiego0 czy też choc by z "Atlasu polski Współczesnej" z 19
              > 26
              > > roku.
              > > A linia polskiej wiekszości na Wileńszczyźnie sięgała po Inflanty Polskie
              > > (włącznie, Dyneburg też był otoczony ludnością polską...), gdzie okolo 60
              > tys.
              > > Polaków przetrwało do dziś...
              > >
              >
              >
              > Zatem była tam przewaga polskiej ludności chłopskiej, bo jeśli idzie o
              > szlachtę, ziemiaństwo , inteligencję to na pocz. ub. wieku było prawie
              > wyłącznie polskie na całej Żmudzi i Kowieńszczyżnie, nawet tam gdzie była
              silna
              >
              > większość ludności posługującej się dialektem. Po I wojnie ta miażdżąca
              > przewaga została zmarnowana, kraj dla nas stracony, polskie warstwy oświecone
              > wyjechały lub się wynarodowiły. A był to ważny strategicznie obszar dający
              > dostęp do Bałtyku od strony Niemna i łatwy do zintergowania z resztą kraju
              tak
              > jak Inflanty polskie czy obecna Białoruś.

              Sława!

              Obszar rzeczywiście strategiczny bo dający klucz i jednocześnie będący flanka
              dla Białorusi...


              Pozdrawiam i zapraszam na:
              Forum Słowiańskie
              nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
              www.pajacyk.pl
              Ignorant
              +++
        • aldon napisał:

          > Jeszcze na początku lat dwudziestych chociaż Kowno zostało stolicą Litwy
          > burmistrzem miasta był Polak. Dopiero administarcyjne działania władz
          > litewskich zmieniły ten stan rzeczy. Tereny na północ od Kowna wzdłuż rzeki
          > Niewiaży aż do Kiejdan a nawet dalej były całkowicie polskojęzyczne a
          tamtejsi
          > mieszkańcy aż do powstania niepodległego państwa litewskiego w ogóle nie
          znali
          > języka litewskiego. Dopiero późniejsza brutalna lituanizacja zaczęła zmieniać
          > ten stan rzeczy ale jeszcze do 2 wojny światowej polskość na Litwie
          Kowieńskiej
          >
          > trzymała sie mocno. Wszystko zniszczyli dopiero "bracia Słowianie" Rosjanie
          > bezwzględnie tępiący wszystko co polskie. Tacy to z nich przyjaciele
          > Słowiańszczyzny.
          W grudniu 1918 roku, podczas wyborów do rady miejskiej w Kownie Polacy uzyskali
          42% głosów, co dało im 31 mandatów obok 21 Żydów, 12 Litwinów, 6 Niemców i 1
          Rosjanina.
    • Od 1906 roku zaczęto tu amatorskie przedstawienia polskie w domach prywatnych.
      Inicjatorem, czy raczej jednym z inicjatorów był Karol Ryglewski. Były więc
      i "Grube Ryby" i "Pan Damazy" i inne. W 1907 roku powstało tu Towarzystwo
      Dramatyczne, z czasem (od 3 czerwca 1910 roku) Towarzystwo Dramatyczno-Muzyczno-
      Śpiewacze, które stało się głównym ośrodkiem polskiego życia kulturalnego w
      Poniewieżu. W tej w sumie niewielkiej mieścinie liczyło sobie ono 120 aktywnych
      członków. Kierował nim początkowo wspomniany już Ryglewski, później zaś (w
      latach 1912-1915) Adolf Towgin. W ciągu tylko dwóch lat (1911-1913) wystawiano
      po kilka polskich sztuk rocznie. Szedł i Fredro i Anczyc i Korzeniowski,
      Perzyński, Jasieńczyk, Jaroszyński, Fredro, Bałucki itd. Oprócz przedstawień
      Towarzystwo urządało kilka razy w roku tzw. wieczornice gdzie dawano koncerty,
      deklamacje, urządzano też tańce. Dużym wydarzeniem było otwarcie, ufundowanego
      przez Stanisława Montwiłła gmachu teatralnego (14 XII 1913 r.) na 400 miejsc.
      Gmach był przeznaczony do zgodnego użytkowania przez polskie oraz litewskie
      towarzystwa dramatyczne. Od tej pory zespól teatralny Polskiego Towarzystwa
      Dramatyczno-Muzyczno-Śpiewaczego prezentował się już na tej scenie.
      Również w 1906 roku powstała prowadząca polskie wydawnictwa księgarnia Reidera,
      a od 1908 roku działała przez 10 lat polska księgarnia "Kultura" prowadzona
      przez znanego i zasłużonego księgarza Stanisława Dwilewicza. Jej kres wypadł na
      1918 rok...
      --
      Eliot
    • W Nieświeżu przebudzenie polskości po 1906 roku zaowocowało rozwojem
      amatorskiego ruchu teatralnego i muzycznego. Przyczynił się do tego walnie
      młody muzyk z Dyneburga Stanisław Kazuro. Siłami miejscowymi oraz za pomocą
      kilku warszawskich artystów udało mu się wystawić w Nieświeżu kilka oper.
      Powstał też amatorski, złożony głównie z rzemieślników zespół teatralny
      przekształcony później w Kółko Dramatyczne. Wystawiano oprócz "żelaznego"
      repertuaru narodowego również lekki repertuar komediowy (np. Bałuckiego) nie
      tylko w Nieświeżu ale też w miasteczkach i zaściankach w okolicy Nieświeża i
      Nowogródka.
      Nieśwież był też trzecią po Mińsku i Wilnie siedzibą wielce zasłużonego
      Towarzystwa "Oświata". Towarzystwo zalegalizowane pod koniec 1906 roku
      rozpoczęło szybko działalnośc oświatową (kierowane od 1908 roku przez Tomasza
      Jabłońskiego). Głowny kierunek działań Towarzystwa był skierowany nie tyle na
      Nieśwież ile na okoliczne wioski, gdzie jego działalnośc odniosła nieoczekiwany
      wręcz sukces. Już w początkach 1907 roku powstawały szkółki ludowe, wielką rolę
      odegrali przy tym, ksiądz Sieklucki, oraz księża Jan Suszyński, Konstanty
      Prószyński. Działalność "Oświaty" nie ograniczała się tylko do obszaru okolic
      Nieświeża. Objęła też powiat nowogródzki, gdzie np. we wsiach Sawko, Lipko,
      Kwacze, Użanka, Edward Odyniec otworzył szkółki dla dorosłych analfabetów.
      Podobnie w powiecie Słuckim we wsi Nowosiółki. W Saskiej Lipce powstała polska
      biblioteka dysponująca ponad 200 ksiązkami, działało też tam kólko oświatowe
      liczące 25 osób. Organizowano wspólne głosne czytanie gazet i ksiązek polskich.
      Na Nowogródczyźnie wielce zasłużoną osoba była Maria Wierzbowska właścicielka
      majątku w Feliksowie. Prowadziła szkołę nie tylko we własnym majatku ale
      zakładała w okolicy ochronki, kółka polonistyczne, komplety dla uczniów szkół
      miejskich. Jej 20-stoletnia patriotyczna działalność spotykała się z ciągłą
      reakcją carskiej biurokracji. Nakładano na nią grzywny, prowadzono nadzór
      policyjny itp.
      Trzeba pamietać, że szkółki wiejskie działaly legalnie ledwie kilkanaście
      miesięcy. Już w końcu 1908 roku zaczęto je masowo administracyjnie zamykać.
      Samo Towarzystwo "Oświata" zostało zdelegalizowane: w Wilnie już w końcu 1908
      roku a w Minsku i Nieświeżu w 1909. Nie zakończyło to działalności Towarzystwa,
      gdyż dalsza działalność była prowadzona nielegalnie w podziemiu...
      Jeszcze w 1911 roku "Kurier Wileński" podawał, że tylko w powiecie słuckim
      znowu wykryto trzy tajne szkółki.
      Jeśli byli chętni do nauczania to byli chetni do pobierania tych nauk...
      Nawet za cenę represji...
      --
      Eliot
    • ROZDZIAŁ 2
      PIERWSZA WOJNA ŚWIATOWA
      WSPOMNIENIA GEN. ZYGMUNTA PODHORSKIEGO
      Ciąg dalszy "Wspomnień ..." z TEKI numer 5. B.J.K.

      Mój pobyt w Kijowie, maj 1918

      W Kijowie jestem znów przyjęty gościnnie przez Władziostwa
      Jaroszyńskich, w ich domu na Kreszczatiku pod numerem 12, jest mi doskonale.
      Jest to ogromny dom należący do wszystkich Jaroszyńskich, żony i dzieci Józefa
      Jaroszyńskiego. Jest to wielka kamienica, gdzie jak ciotka Karolina, tak każde
      z dzieci posiada obszerny apartament, który zajmują jak przyjeżdżają do Kijowa.
      Jedynie Karol z tego nie korzysta, mając ładny domek, wygodnie urządzony w
      innym miejscu. Zaraz też tam przyszła moja matka i mój brat Wacław. Radość była
      wielka, gdyż Mamy koło roku nie widziałem, nie mogłem, nawet zaraz po
      Krechowcach, wpaść do Kijowa, zanadto były naprężone stosunki, żebym mógł
      odjeżdżać od szwadronu. Zaraz też sprowadzono doktora Makowskiego, który
      opatrzywszy moją nogę, stwierdził, że dobrze się stało, żem tu przyjechał,
      wyrażając te same przypuszczenie co lekarz pułkowy, że to musi być złamana
      jedna lub więcej kostek i ze należy się obawiać flegmony. Obandażował mi nogę
      mocno bandażem elastycznym i obiecał odwiedzać codziennie, zależnie od stanu
      jaki będzie, a przede wszystkiem czy noga stęchnie, uzależniał dalsze swe
      decyzje leczenia.

      Oczywiście ruszyć się nie mogłem inaczej jak o kulach i to tylko w
      pokoju. Natomiast miałem moc odwiedzających, bo zjazd w Kijowie był wielki,
      ludzie bowiem nie mogli już bezpiecznie siedzieć w domu i musieli się kryć do
      miast. Dziś zastałem na terenie Ukrainy kilka władz : ukraińska z Hetmanem
      Skoropadzkim na czele, ustanowiona i popierana przez Niemców. Skoropadzki miał
      sformowany rząd ale de facto rządził wojskowy gubernator niemiecki gen.
      Einhorn. Cała Ukraina, Wołyń i Podole, a także Zadnieprze z Charkowem i
      Taganrogiem i Krymem było pod wojskowa okupacją niemiecko-austryjacką.
      Rewolucyjny rząd Ukrainy Ludowej, stworzony przez Atamana Petlurę został
      usunięty lecz nie zgnieciony, a Petlura mając wielu zwolenników, nazwijmy był
      tą opozycją i zawsze gotów z gotowym swym rządem do wkroczenia na miejsce
      Hetmańszczyzny, skoro by Niemcy opuścili Ukrainę i Kijów.

      Dzięki okupacji wojskowych ustały napady, gwałty, rabunki i pogrom
      majątków. Nie mniej powstawały lokalne powstania, które zniewalały Niemców do
      trzymania się garnizonów i operowania wiekszemi oddziałami, bo małe patrole,
      nie mówiąc o pojedynczych żołnierzach, ginęły jak kamień w wodę. Najbardziej
      dały się we znaki ruchy powstańcze Taraszczańskiego powiatu, powiatu zresztą w
      którym leżał gros naszych majątków, gdzie coraz to wybuchało powstanie i
      grasowały oddziały powstańcze.

      Niemcy dbali o to by moc z żyznej Ukrainy wyciągnąć co się da zboża i
      produktów rolnych, tak zaczęto namawiać i faworyzować ziemian i właścicieli
      cukrowni do odtwarzania zrujnowanych majątków, zasiewać i prowadzić dalej
      gospodarkę rolną. Rząd Skoropadzkiego powołał do życia nową
      organizacje "Chliborobow", obecnie można by ja nazwać "kułaków", do niej
      dołączyli ziemianie. Na tej organizacji chciał oprzeć swą władzę i oczywiście
      ją faworyzował.

      Temu się przeciwstawiał Petlura i starał się mu w tym psuć, choć sam
      dążył również do stworzenia samodzielnej Ukrainy po obu brzegach Dniepru ale na
      zasadach socjalistycznych, a przede wszystkiem propagując reformę rolną i
      odebranie ziemi większej własności, w ten sposób pozbyłby się z jednej strony
      obszarników, a wiec rozwiązałby sprawę socjalną, a z drugiej za jednym
      zamachem, głównego elementu polskiego, jakim było ziemiaństwo, a więc byłoby
      łatwiejsze wchłonięcie pozostałych oaz polskości i przejście na Ukraińskie
      państwo narodowe.

      Niemcy z tych względów Petlury nie popierali, gdyż potrzebowali
      większej własności dla łatwiejszego i pewniejszego produkowania i dostarczania
      żywności, której już w piątym roku wojny za wszelka cenę potrzebowali.
      Ziemiaństwo poszło i postawiło na Skoropadzkiego, a więc pośrednio i na
      Niemców, widząc w tym korzyść dla siebie i jedyna możność powrotu i utrzymania
      się na swoich majątkach. Wielu z nich posunęło się, niestety aż tak daleko, że
      wykorzystywali oddziały niemieckie lub hetmańskie, względnie na własna rękę
      wynajmowali jakichś dzikusów, celem przeprowadzenia karnych ekspedycji,
      odbierając rozgrabiony inwentarz, względnie gotówkę jako ekwiwalent tych
      skradzionych dóbr. Oczywiście, że w ten sposób wnosili nowy element
      rozdrażnienia i jeszcze większy grzebali rów pomiędzy chłopem a właścicielem,
      grzebiąc na przyszłość możliwości jakiegoś współżycia. Krótko mówiąc, była to
      ich krótkowzroczność, ta bezwzględność w odbieraniu swego zagrabionego mienia,
      często już przechodząca nie w wymiar sprawiedliwości a zemsty. Może chwilowo to
      im dawało pewne wyróżnienie za odniesione szkody ale na pewno nie przysparzało
      chwały.

      Szczęście, że tak postępujące osoby były jednostkami, ale niestety ich
      wyczyny kładzione na karb i konto ogółu ziemian. Większość spokojnie czekała na
      możliwości odtworzenia swych warsztatów przez wzmocnienie się wpływów
      chliborobów, rezygnując chwilowo z wyrównania swych szkód poniesionych, a
      współpracując z rządem hetmańskim i opierając się na wydawanych przez jego rząd
      ustawach i zarządzeniach. Jasnem, że ziemiaństwo było tą warstwą społeczną,
      która najbardziej ucierpiała materjalnie przez rozwalenie, zniszczenie i
      rozgrabienie ich warsztatów pracy, ale też poniosła dużą ofiarę krwi i wiele
      męczeńskich śmierci.

      I tak zaczęło się od Sławuty i zamordowania ks. Romana Sanguszki, szła
      potem nawałnica, specjalnie w pasie przyfrontowym, gdzie głównemi podrzegaczami
      i prowodyrami byli dezerterzy z armji, którzy porywali za sobą miejscowe
      chłopstwo, a raczej chłopstwo przyłączało się do nich w obawie, że tamci
      wszystko wezmą, a im nic nie zostanie.

      I tak szły dwory za dworami, w niektórych niebroniacych się mordowali,
      w niektórych broniących się zdobywali lub podpalali, natomiast w niektórych
      wypadkach jak np. w Czerepaszyncach wujostwa Feliksostwa Zdziechowskich, gdy
      napadli dezerterzy i chłopi na dwór mieszkańcy zorganizowali obronę, zamknąwszy
      się na pierwszym piętrze, wuj Feliks Dunin Karwicki jego zięć i córka Marja,
      moja przyszła żona, odstrzeliwali się rzęsiście przez całą noc. We troje
      strzelali, a moja ciotka i Marta Karwicka, jej córka ładowały broń i podawały.
      Odparłszy kilka ataków , wykorzystali jakiś moment dezorjentacji i przez tłum
      bab się przebili, doszli do Cukrowni Kordykówki i stamtąd końmi odjechali na
      dworzec i do Winnicy. Obrona zdecydowana udała się i dzięki temu wyszli cało z
      tej opresji.

      Cała nasza rodzina Lipkowskich ze wsi przyjechała do Humania i tam wraz
      z okolicznym ziemianstwem się koncentrowała. Wszystkie też powiatowe miasta
      były pełne, nie mówiąc o większych jak Kijów, Kamieniec, Odessa i Żytomierz. W
      Kijowie po niedawnej mordowni oficerów, których kilka tysięcy padło ofiarą,
      przez krótki czas opanowania miasta przez bolszewików, dziś życie, szczególniej
      polskie, płynęło wartkim korytem. Życie kulturalne kwitło, teatr polski
      prosperował, życie społeczne i organizacyjne bardzo się wzmocniło, tym
      bardziej, ze kontakty z Warszawą były umożliwione i wymiana poglądów
      politycznych też. U złotej młodzieży dawało się zaobserwować przykry objaw
      hulaszczego życia, które nie tylko, że nie ukróciło, a odwrotnie się wzmogło.

      Odnosiłem wrażenie, że ludzie żyli chwilą obecną, nie bardzo się
      zastanawiając nad przyszłością i nie zdawali, czy też nie chcieli zdawać sobie
      sprawy, że znajdują, się na przełomie wielkich zmian ustrojowych i
      politycznych, nie wierzyli w to, że powrotu do dawnych stosunków już nie ma.
      Inni znowu tak wierzyli w nieodwracalność stosunków, że wielu robiło
      tranzakcje, nabywając nowe posiadłości ziemskie.

      W

      • (...)

        W międzyczasie wszedłem w ścisły kontakt z naszemi organizacjami
        polskiemi jak politycznymi, tak społeczno-oświatowemi i polską organizacją
        wojskową. Na terenie całej Rusi działały rożne instytucje z siedzibą oczywiście
        w samym Kijowie, co bardzo ułatwiało mi moje zadanie. Już zaraz po wybuchu
        wojny i załamaniu się początkowej ofensywy rosyjskiej, nastąpiła ewakuacja
        wielkich mas z terenu Królestwa na nasze prowincje tak północno wschodnie jak
        południowo wschodnie. Poza tym należało się zaopiekować wyewakuowanymi Polakami
        z terenu Galicji Wschodniej.

        Został powołany wówczas oddział kijowski Towarzystwa Pomocy Ofiarom
        Wojny, na czele którego stanął przede wszystkiem Joachim Bartoszewicz,
        Stanisław Zieliński, Stanisław Horwatt, Roman Bninski, Karol Wilkoszewski,
        Gabriel Możdżyński, Kimayer, Oskar Sobański. Wkrótce zostało to rozszerzone i
        połączone w Radę Okręgową Kijowską Polskich Towarzystw Pomocy Ofiarom Wojny,
        która objęła swa działalnością gub. kijowską, podolską, wołyńską, a nawet
        przekroczyła za Dniepr obejmując gubernie czernichowską i połtawską, mając w
        każdej swój oddział, podlegający Radzie w Kijowie.

        Rada Okręgowa została ukonstytuowana pod przewodnictwem Joachima
        Bartoszewicza, lecz rozprzestrzeniając się w terenie gdzie tylko można przez
        swych komisarzy, nie tylko pomagała ofiarom wojny ale zaczęła bardzo
        energicznie działać na polu oświatowym i uświadomienia narodowego i
        organizowania oświaty dla młodzieży uchodźczej, a przy tej sposobności
        rozszerzając możliwości nauczania w jeżyku polskim i na miejscową ludność
        polską, która na terenie prowincji zabranych była pozbawiona możliwości jawnego
        uczenia się w języku polskim.

        Po roku 1905 o ile w Królestwie mogły być tworzone prywatne polskie
        szkoły z wykładowym językiem polskim o tyle tu pozwolono Polakom otwierać
        szkoły prywatne, lecz z wykładowym językiem rosyjskim. Dopiero po wybuchu wojny
        i znanym orędziu do Polaków generalissimusa rosyjskiego Wielkiego Księcia
        Mikołaja Mikołajewicza, wolno było otwierać szkoły prywatne z wykładowym
        jeżykiem polskim. Jednak mimo to natrafiono na duże trudności i szykany i mowy
        nie było o zrównaniu w prawach ludności polskiej z ludnością rosyjską.

        Poza tym stowarzyszeniem pomocy ofiarom wojny w 1915 roku powstał Okręg
        Kijowski Centralnego Komitetu Obywatelskiego pod przewodnictwem pełnomocnika
        Stanisława Moskalewskiego. Był to okręg Kijowski jako cześć składowa
        Centralnego Komitetu Obywatelskiego w Moskwie i prowadzony przeważnie przez
        ludzi nie autochtonów Rusi, a pochodzących z Królestwa z zadaniem opieki nad
        uchodźcami.

        Po rewolucji rosyjskiej Polacy z terenów Rusi od razu skorzystali ze
        sposobności wykorzystania rewolucji. Został zwołany do Kijowa ogólny zjazd
        organizacji polskich na terenie Wołynia, Podola i Ukrainy, na którym powołano
        do życia Polski Komitet Wykonanwczy na Rusi, jako naczelny organ kierowniczy
        politycznego i społecznego życia ludności polskiej. Zjazd ten popularnie
        nazwano "1-szym sejmem Polaków na Rusi". Wygoniony komitet postanowił
        przeprowadzić organizacją wewnętrzna samorządu polskiego w postaci komisarjatów
        gubernianych, powiatowych i parafialnych. Było to jakby odnowienie i
        usprawnienie legalnego działania powstałego na Rusi "Zrzeszenia" po roku 1905.

        Stworzona i zalegalizowana organizacja powinna była być następnie
        uznana przez ogólnopaństwowe organizacje za organ oficjalny wobec społeczeństwa
        polskiego. Projekty te opierały się na ogólnym programie politycznym rewolucji
        rosyjskiej, który ogłosił miedzy innemi, całkowitą swobodę i prawa do samorządu
        dla wszystkich narodowości. Centralna Rada Ukraińska, powołana też po
        rewolucji, ogłosiła też od siebie konkretny projekt autonomii narodowościowej,
        który zamierzeniom polskim dawał widoki całkowitej realizacji.

        Były to jednak widoki tylko teoretyczne, wkrótce bieg wypadków wykazał,
        Ukraińcy od samego początku zaczęli odnosić się do spraw polskich na Ukrainie
        nieżyczliwie, a w końcu nawet wypowiedzieli społeczeństwu polskiemu otwartą
        walkę eksterminacyjną. Polski Komitet Wykonawczy na pierwszym swym planie
        postawił- w swym programie sprawy oświatowe, powołując do kierownictwa niemi
        specjalny wydział oświaty.

        W czerwcu 1917 roku zostało powołane ponowne zgromadzenie polskie na
        Rusi. Wtedy w ścisłym kontakcie i łączności z komitetem wykonawczym powstaje
        Macierz Polska, jako organizacja ścisłe oświatowa, z początku jako oddzielne
        Macierze Polskie na Podolu, Wołyniu i Ukrainie, a następnie na zjeździe
        ogólnokrajowym Macierzy w dniach 25 i 26 IX 1918 roku powstaje Związek Macierzy
        Polskiej na Rusi z siedzibą w Kijowie.

        Komisarjaty gubernialne, powiatowe i parafialne uzyskują od zjazdu
        walnego Zgromadzenia Polskiego na Rusi, upoważnienia do opodatkowania
        społeczeństwa polskiego na rzecz potrzeb narodowych, a specjalnie na
        szkolnictwo. W myśl dyrektyw tego zjazdu Komitet Wykonawczy i Komisarjaty miały
        utrwalać samorząd polski w ramach powstającej państwowości ukraińskiej i
        zdobywać od państwa ukraińskiego środki finansowe na rzecz szkół polskich.
        Macierz miała otoczyć szkolnictwo stałą opieką społeczeństwa odnośnie do ducha
        szkoły i bronić jej przed zakusami obcych władz.

        Po zjeździe czerwcowym okazało się, że Rząd Ukraiński nie uznał
        Polskiego Komitetu Wykonawczego za reprezentacje ludności polskiej.
        Wykorzystawszy rozłam jaki zaszedł na zjeździe czerwcowym, mianowicie fakt
        opuszczenia zjazdu przez część delegatów z tzw. "lewicy", którzy będąc w
        mniejszości zostali przegłosowani w sprawach ogólnopolskich, przede wszystkiem
        w sprawach formowania oddziałów polskich z wydzielonych wojskowych Polaków z
        oddziałów rosyjskich, Rząd Ukraiński powołał właśnie przedstawicieli tej
        polskiej "lewicy" do tworzącego się Rządu Ukraińskiego, powierzając im
        ministerstwo do spraw polskich, które miało realizować zasady autonomji
        narodowej polskiej na Ukrainie. Na czele tego ministerstwa stanął Mieczysław
        Mickiewicz.

        Funduszów na prowadzenie szkół polskich Mickiewicz nie uzyskał żadnych,
        ograniczał się do rejestrowania powstających i istniejących szkół polskich, a
        nawet nie potrafił zapobiec zamknięciu Macierzy Szkolnej na terenie Podola.
        Cały wiec ciężar materjalny utrzymania szkół spadł na społeczeństwo polskie,
        które jak zawsze, dało silny odzew. A był to ciężar ogromny. Organizacje
        polskie rzucimy się żywiołowo do zakładania szkół polskich, początkowo na
        prowincji po parafjach, dworach, cukrowniach oraz średnich i większych miastach.

        Wydział Oświaty Centralnego Komitetu na czele którego stanął zasłużony
        i niestrudzony działacz Józefat Andrzejowski, miał trudne zadanie dostarczenia
        tym szkodom sił nauczycielskich, programów szkolnych i podręczników. Do szkół
        polskich zaczęły się garnąć dzieci innych narodowości, zwłaszcza narodowości
        ukraińskiej, które pragnęły z nich korzystać, stawiając je wyżej od sztucznie
        tworzonych szkół ukraińskich.

        Tworzy się na terenie Rusi cały szereg związków zawodowych jak Związek
        Kolejarzy, Związek Pracowników Handlowych, już dawniej istniejący Związek
        Oficjalistów Rolnych, Związek Prawników, Związek Lekarzy. W końcu 1917 roku
        powstaje Towarzystwo Popierania Polskiej Nauki i Kultury, a po tym Polskie
        Towarzystwo Naukowe, gromadzące w swym gronie profesorów uniwersytetów oraz
        naukowców.

        Artyści plastycy polscy zrzeszają się, powołując do życia Szkołę Sztuk
        Pięknych. Teatr się rozwija z Osterwą na czele, dając stale przedstawienia.
        Wzmaga się ogromnie akcja wydawnicza. Ruch wydawniczy stara się rejestrować
        wydawnictwa specjalne "Wiadomości Bibliograficzne", który usiłuje zebrać
        dorobek wydawniczy w gromadzonym "Skarbcu Druków Polskich" oraz "Muzeum
        Polskie". Wychodzi też w tym czasie w Kijowie cały szereg pism
        codzien

        • Wychodzi też w tym czasie w Kijowie cały szereg pism codziennych : "Dziennik
          Kijowski", "Gazeta Narodowa", "Przegląd Polski" o rożnych kierunkach
          politycznych. Tygodników : "Kłosy Ukraińskie", "Świat Kobiecy" poświecone
          zagadnieniom społecznym i życia politycznego. Pismo dla ludu, katolickie "Lud
          Boży" bardzo szeroko kolportowane do najmniejszych środowisk
          polskich. "Przewodnik dla Spółek i Kółek Rolniczych", wreszcie dla dzieci "Nasz
          Świat" i miesięcznik dla młodzieży szkół średnich i wyższych "Młodzież".

          Zagadnieniom naukowym i pedagogicznym szkolnictwa i oświaty służyły dwa
          czasopisma "Przegląd Naukowy i Pedagogiczny" i "Przewodnik Oświatowy" jako
          organ Polskiego Komitetu Wykonawczego na Rusi.

          Jak widać z tego, rozmach życia organizacyjnego Polaków na Rusi był
          olbrzymi i w krótkim czasie nie tylko stworzył stałą i mocną reprezentację
          polską, która zagłębiła się aż do najmniejszych komórek, jakiemi były parafje,
          które nie były niczem innym jak polskimi gminami. Druga rzecz to reprezentacja
          polityczna i zorganizowane społeczeństwo w głąb i w szerz, ale nade wszystko
          potężny dorobek i rozmach w szkolnictwie i życiu kulturalnym i naukowym.

          Społeczeństwo dało maksymum wysiłku organizacyjnego, potrafiło wyrobić
          w sobie karność społeczna i poczucie obowiązku świadczeń materjalnych. A ten
          wysiłek był ogromny. Dość powiedzieć, że zarejestrowanych na tych trzech
          ziemiach było 1265 szkół początkowych, 9 zawodowych i 36 szkół średnich i 2
          wyższe uczelnie, w roku szkolnym 1917-18 uczyło się 83554 uczniów. Wydział
          oświaty obliczył, że na utrzymanie tych szkół w 1918 roku było 19.200.000
          rubli! Rządy ukraińskie przejęły niewielką ilość szkół na swe utrzymanie, cały
          więc ciężar musiał spaść na opodatkowanie społeczeństwa i tych, którzy z tych
          szkół korzystali.

          Najbardziej budującym był stosunek ludności wiejskiej do szkół. Ludność
          ta szkołę polską ukochała, broniła jej przed rozgromieniem, otaczała opieką
          nauczycieli, dawała dobrowolne wszelkie świadczenia rzeczowe i zabezpieczała
          byt nauczycielstwa. Po zajęciu przez Niemców Ukrainy i stworzeniu rządu hetmana
          Skoropadskiego nastąpił lżejszy kurs, a organizacyjne ramy i kanały tym mocniej
          zaczęły pracować, moc nowych szkół powstała, a wyzute ziemiaństwo z ziemi
          wracało by odtworzyć swe warsztaty, hojnie się opodatkowywało, świadcząc
          wielkiemi sumami na cele polskie. Należy tu podkreślić wspaniała postawę i
          wybitna ideowość naszego duchowieństwa, które na swych barkach wyniosło całość
          organizacji parafji i szkolnictwa niższego. Trwali na swych parafjach nie
          bacząc na napady i mordy, utrzymując bez przerwy rządy dusz w parafjach. Nie
          można tu pominąć takich wspaniałych duszpasterzy jak ks. Skalski proboszcz
          kijowski, ks. Nosalewski proboszcz płoskirowski, ks. Orłowski proboszcz
          kamieniecki, ks. Sznarbachowski, ks. Kelus i wielu wielu innych wspaniałych
          postaci.

          A wśród działaczy społecznych zarysowują się przede wszystkiem trzy wspaniale
          postacie:

          Joachim Bartoszewicz prezes Centralnego Komitetu Wykonawczego, Józefat
          Andrzejowski twórca Macierzy Polskiej i jałmużnik narodowy oraz niestrudzony
          Karol Wilkoszewski.

          Obraz tego co oni zdziałali mając legjon wspaniałych współpracowników
          może dać następujące zestawienie.

          Wykaz szkolnictwa polskiego na Rusi w roku szkolnym 1917 - 1919.

          1. Szkoły wyższe dwie:

          Polskie Kolegium i Uniwersytet w Kijowie

          2. Szkoły średnie:

          sam Kijów 12, Berdyczów 1, Biała Cerkiew 1, Humań 1, ilość uczni 3366,
          nauczycieli 48, razem w guberni kijowskiej 16

          Zwinogródka 1, Żytomierz 2, Sławuta 1, Antoniny 1, Łuck 1, Ostróg 1, Zdołbunów
          1, Równe 1, razem na Wołyniu 8, uczni 1333

          Kamieniec 1, Winnica 1, Płoskirów 1, Mohyłów 1, Gródek 1, Bar 1, Satanów 1,
          razem na Podolu 7, uczni 827

          3. Szkoły zawodowe:

          Kijów 7 prowincja 2 razem 9, uczni 425

          4. Szkoły początkowe:

          Ukraina 194, uczni 11115 Wołyń 507, uczni 26295 Podole 546, uczni 35832

          Poza tym w Odessie dwie szkoły średnie i 6 niższych, uczni 2395,
          Zadnieprze szkoły średnie 3 i początkowe wyższe 12, uczni 2000.
    • Już gdzieś o tym pisałem.
      Spotkałem mieszkańca Mińska niedawno zupełnie.
      Deklarował swoją rosyjskość bardzo wyraźnie.
      Bez zacięcia przytaczał również fragmenty polskiej poezji, twierdzą przy tym,
      że znajomośc języka polskiego i kultury polskiej świadczy "u nas" o
      przynależności do elity.
      Jaką miał na myśli elitę?
      Zapewne na pozostałości historyczne nakładają się również współczesne mody,
      jednak zapamiętałem to spotkanie. Szczególny przypadek sentymentu do
      Rzeczpospolitej smile

      OLDJAKBYDUMNYTROCHĘ

      --
      ...ale kogo to obchodzi...
      • Polecam wszystkim miłośnikom dawnej Rzeczpospolitej
        rzecz-pospolita.com
      • oldpiernik napisał:

        > Już gdzieś o tym pisałem.
        > Spotkałem mieszkańca Mińska niedawno zupełnie.
        > Deklarował swoją rosyjskość bardzo wyraźnie.
        > Bez zacięcia przytaczał również fragmenty polskiej poezji, twierdzą przy tym,
        > że znajomośc języka polskiego i kultury polskiej świadczy "u nas" o
        > przynależności do elity.
        > Jaką miał na myśli elitę?
        > Zapewne na pozostałości historyczne nakładają się również współczesne mody,
        > jednak zapamiętałem to spotkanie. Szczególny przypadek sentymentu do
        > Rzeczpospolitej smile
        >
        > OLDJAKBYDUMNYTROCHĘ
        >
        Białoruś jest w trudnej sytuacji. Może się właściwie odwoływać jedynie do
        tradycji Wielkiego Księstwa Litewskiego, ale jego symbole, co oczywiste
        przejęła Litwa. Ludność Białorusi ma słabą, czesto znikomą lub żadną swiadomość
        narodową. Likwidacja kościoła unickiego i przymusowa "prawosławizacja" greko-
        unitów pozbawiły Białoruś własnej identyfikacji religijno-narodowej. Obecnie
        świadomość narodową zachowuje 2-3 miliony ludnośći katolickiej, której rodowód
        jest w znacznej mierze polski co ułatwia jej izolację od "prawosławnej"
        ludnośći przez obecne władze Białorusi. Weź też pod uwagę, że elity władzy
        Białorusi są w znacznej mierze napływowe, z dawnych (często azjatyckich)
        republik ZSRR, są to dawni działacze partyjni lub funkcjonariusze byłych służ
        ZSRR. Utożsamiają się z ZSRR, ewentualnie z Rosją ale nie z Białorusia.
        Znajomość polskiej kultury jest więc często wyróżnikiem (o paradoksie!)
        świadomego narodowo Białorusina. To jest ta elita.
        Pozdr.
        --
        Eliot
      • eliot napisał:

        > przewodnik.onet.pl/1170,1608,1061496,0,1,artykul.html

        Polacy na Łotwie stanowią w dużej części rdzenną mniejszość narodową istniejącą
        tutaj od czasów króla Zygmunta Augusta, czyli od XVI w. Dotyczy to szczególnie
        byłych Inflant Polskich (obecnej Łatgalii).

        Wyróżnia się następujące fale osiedlania się Polaków na Łotwie:
        1. rodziny szlacheckie z innych ziem Rzeczypospolitej obdarowane dobrami
        ziemskimi oraz Polacy, w tym drobna szlachta, która przybyła z etnicznych
        obszarów polskich.
        2. uczestnicy powstań narodowych, którzy szukali schronienia, uchodząc przed
        carskimi prześladowaniami do tego słabo zaludnionego kraju.
        3. chłopi, którzy w latach 30. przyjeżdżali do prac sezonowych w rolnictwie.
        4. obywatele polscy zamieszkujący kresy północno-wschodnie II Rzeczypospolitej,
        którzy w związku z napaścią Związku Sowieckiego na Polskę uciekli na Łotwę.
        5. Polacy, głównie z Białorusi, którzy przybyli po II wojnie światowej do pracy
        w miejscowym przemyśle.

        Wpływy polskie w historii Łotwy to przede wszystkim współkształtowanie
        mentalności, obyczajów, języka i religijności mieszkańców Łatgalii, jednej z 4
        prowincji tego kraju. Polska umożliwiała kontakty z cywilizacją
        zachodnioeuropejską, łacińską - tą drogą nad Dźwinę i Zatokę Ryską docierały
        wpływy renesansowe i barokowe. W okresie niewoli rosyjskiej Polacy nadal
        pomnażali dorobek kulturalny Inflant. Panowanie Rzeczypospolitej, a potem
        tutejsza polska ludność, ocaliły na Łotwie katolicyzm, wyznawany do czasów
        komunistycznych przez 1/4 ludności.

        Pierwsze wzmianki o narodzie zamieszkującym te ziemie, jego obyczajach i
        wierzeniach znajdujemy w kronikach i pamiętnikach jezuitów sprowadzonych z
        Polski przez Stefana Batorego. Właśnie jezuici zaczęli sami uczyć się języka
        miejscowej ludności oraz uczyć tę ludność, zakładając szkoły i głosząc kazania
        w ich języku. W 1563 r. został wydany pierwszy słownik polsko-łacińsko-
        łotewski. W 1585 r. w Wilnie wydano najstarszą ze znanych książek w języku
        łotewskim Katechizm Piotra Kanizjusza. Jezuici pracowali nad słownikami
        językowymi, przygotowując w ten sposób grunt pod jego start literacki. Za
        sprawą Polaków powstawały gramatyki i modlitewniki w języku miejscowym.

        W latach późniejszych, w czasach zaboru rosyjskiego, główna zasługa jezuitów w
        Inflantach Polskich polegała na tym, że przez swoją politykę religijną i
        stosunek do ludności uniemożliwili masową rusyfikację narodu łotewskiego w
        Łatgalii. Można powiedzieć, że kultura polska spełniała rolę patronacką wobec
        ludności i kultury łotewskiej. Już od czasów renesansu dzięki Polsce, jako
        pośredniczce, kultura i cywilizacja Zachodu poczęły przenikać inspirująco na
        ziemie przyszłej Łotwy.




        --
        Eliot
        • Łotwa

          Historia





          Historia




          • Polacy na Łotwie







          Polacy na Łotwie



          ...ciąg dalszy

          Były rody szlacheckie, których imiona pozostały w kulturze Łatgalii, a przez to
          i w historii kultury Łotwy. Hylzenowie na Dagdzie, poetka Konstancja
          Bienisławska na Rykawie, Borhowie na Waraklanach i Preilach, Gustaw Manteuffel
          z Drycan, Szostowicki na Agłonie, Mohlowie na Wyżkach, Platerowie na Krasławiu.
          Spolszczone rody niemieckich ziemian w Łatgalii wydały wiele wybitnych
          osobistości, zasłużonych zarówno dla Polski, jak i Łotwy, np. Manteufflowie,
          Platerowie, Borhowie, Zyberkowie itd. Wiele dworów stało się ogniskami kultury,
          bowiem ziemianie byli z zamiłowania badaczami i zbieraczami.

          Wybitniejsi przedstawiciele ziemiaństwa łatgalskiego głównie pracowali naukowo
          i pozostawili po sobie wiele dzieł, świadczących o zamiłowaniu do kraju, w
          którym przebywali i o jego znajomości. Adam Plater wydał dzieło o geografii
          Inflant oraz pracę hydrograficzno-ichtiologiczną dotyczącą Dźwiny. Józef Gerald
          Wyżycki - były marszałek powiatu rzeżyckiego - wydał obszerne dwutomowe dzieło
          o florze Inflant. Znaczącym dziełem kasztelana J. A. Hylzena są Inflanty z
          XVIII w. Historię Inflant badał i opisywał również baron Gustaw Manteuffel. Do
          zasług jego, jak też hrabiny Celiny Plater zaliczyć należy m.in. ogłoszony
          drukiem zbiór znacznej ilości łatgalskich pieśni ludowych. Najgłębsze i
          najbardziej skrupulatne badania historii Łatgalii przeprowadził Bolesław Breżgo.

          Jeden z głównych organizatorów ruchów niepodległościowych i demokratycznych
          Polski porozbiorowej, B. Limanowski urodził się w szlacheckim gnieździe -
          Podgórzu na Inflantach. Tu również wychowała się przyszła poetka Kazimiera
          Iłłakowiczówna. Przez kilka lat wykładał w Rydze znany filolog, prof. Julian
          Krzyżanowski, wybitny chemik, prof. Włodzimierz Fiszer, jak również wielu
          innych polskich uczonych. Konstanty Rączewski był nauczycielem wielu rzeźbiarzy
          łotewskich. W Rydze studiował również Ignacy Mościcki. Z Łotwą powiązany był
          Stanistaw Wojciechowski, Prezydent RP w latach 1922-1926, który ukończył
          gimnazjum w Jelgavie, oraz Gabriel Narutowicz, absolwent gimnazjum w Lipawie. Z
          Łatgalią związany był także słynny budowniczy mostów, Stanisław Kierbedź -
          projektodawca m.in. mostu kolejowego na Dźwinie.

          O ile do roku 1918 kultura na Łotwie (w tym nauka) rozwijała się pod wpływem
          niemieckiej kultury protestanckiej, to inna sytuacja panowała we wschodniej
          części państwa. Tu przeważał katolicyzm i istniały trwałe stosunki z kulturą
          polską, także po rozbiorach Rzeczypospolitej. Ponadto wielu Polaków w XIX w.
          udawało się do Guberni Kurlandzkiej lub Liwlandzkiej dla zdobycia wykształcenia
          gimnazjalnego lub wyższego w Dorpacie (Tartu) czy Rydze.

          Wielu naukowców narodowości polskiej prowadziło prace badawcze na Łotwie. Dość
          wspomnieć Michała Poczobuta, S. Kierbedzia, Gustawa Manteuffla, Michała Borchu.
          Wielu Polaków ukończyło Politechnikę Ryską (na przełomie XIX i XX w. liczba ich
          sięgała nawet 25-30% ogółu studentów). Wielu było profesorami tej uczelni.
          Działały też polskie organizacje studenckie: Arkonia, Welecja, Wilia, Ogniwo i
          Kółko Studentów Polskich.



          --
          Eliot
          • Łotwa

            Historia





            Historia




            • Polacy na Łotwie







            Polacy na Łotwie



            ...ciąg dalszy

            Na początku lat 20., w oparciu o radykalną, a zarazem drastyczną reformę rolną
            również wszystkich Polaków w Łatgalii pozbawiono majątków ziemskich. W
            rezultacie miał miejsce masowy wyjazd do Polski tych osób. Dopiero w 1928 r.
            władze łotewskie rozpoczęły wypłatę odszkodowań Polakom, która zakończyła się w
            1937 r. Bardzo trudnym rokiem - również dla Polaków łotewskich - okazał się rok
            1934, kiedy to premier, Karlis Ulmanis dokonał nacjonalistycznego przewrotu
            (upadł system parlamentarny). Miało to wpływ na ograniczenie możliwości
            kulturalno-społecznej działalności mniejszości narodowych, w tym polskiej. W
            rezultacie spadła liczba szkół polskich z 45 do 14, uległo likwidacji szereg
            polskich instytucji, stowarzyszeń, organizacji, czasopism, nastąpiła izolacja
            inflanckich Polaków od Macierzy. Na początku 1939 r. kilka większych polskich
            organizacji zjednoczyło się w Stowarzyszenie Polaków Łotwy. Po wybuchu II wojny
            światowej sytuacja Polaków na Łotwie skomplikowała się zarówno w okresie
            pierwszej okupacji radzieckiej (1940- 1941), niemieckiej okupacji (1941-1945),
            jak i drugiej radzieckiej okupacji (1945-1988).

            Z inicjatywy harcerzy powstała konspiracyjna organizacja wojskowa, która
            pierwotnie zajmowała się - wraz z innymi organizacjami - przerzutem do Szwecji
            i Anglii internowanych na Łotwie polskich oficerów i żołnierzy. W połowie 1941
            r. rozpoczął w Dyneburgu działalność Związek Walki Zbrojnej podległy Wileńskiej
            Komendzie Okręgowej. Jednak już pod koniec 1941 r. został zdekonspirowany przez
            komendanta łotewskiej policji politycznej, współpracownika gestapo. W
            rezultacie 17 bojowników ZWZ zostało aresztowanych, spośród których 10
            natychmiast rozstrzelano. Zimą 1942 r. zorganizowane zostały nowe ekspozytury
            wywiadowcze ZWZ w Rydze, Dyneburgu, Jelgavie i Lipawie, a latem 1942 r.
            rozpoczęła działalność w Dyneburgu kolejna organizacja dywersyjna "Wachlarz".
            Jesienią 1943 r. niemal wszyscy jej członkowie zostali aresztowani, a po
            rocznym śledztwie i torturach straceni.

            W pierwszym okresie po wojnie władze radzieckie pozwoliły na wznowienie
            działalności polskich szkół. Jednak w 1949 r. ostatecznie polskie szkolnictwo
            zostało zlikwidowane. W latach 40. i 50. Polacy, tak jak i Łotysze, poddani
            zostali represjom. Jedynymi instytucjami w okresie radzieckiej Łotwy, gdzie
            funkcjonował polski język, był Kościół Katolicki i Seminarium Duchowne w Rydze.
            W 1978 r. udało się grupie polskiej inteligencji utworzyć Klub Kultury
            Polskiej "Polonez", który w 1990 r. przekształcił się w Związek Polaków na
            Łotwie, którego przewodniczącą została Ita Kozakiewicz - działaczka łotewskiego
            Odrodzenia (Atmody) lat 1988-1992 (później wybrana do parlamentu łotewskiego).
            Związek Polaków jednoznacznie popierał łotewskie odrodzenie, jednocześnie
            odbudowując przedwojenne tradycje działalności oświatowej i kulturalnej.
            Obecnie istnieje 6 polskich szkół, do których uczęszcza 1400 uczniów, jest
            polskie przedszkole, działają szkoły niedzielne. Ukazuje się polska prasa:
            Polak na Łotwie, Czas Łatgalii, Dodatek Polski i Echo Rygi.




            --
            Eliot
            • Najwięcej ludności polskiej zamieszkuje powiat dyneburski (ok. 22 tys., z czego
              w Dyneburgu - ok. 18 tys., tj. 15,1% ogółu mieszkańców) i w Rydze (ok. 17
              tys.). Natomiast na całej Łotwie ludność polska stanowi 2,3% ludności kraju
              (dane z 20.05.1998 r.). Jeżeli jednak uwzględnić fakt, że wiele osób
              uważających się za Polaków ma wpisaną w dokumentach osobistych inną narodowość -
              najczęściej białoruską lub łotewską - to okaże się, że osób pochodzenia
              polskiego jest znacznie więcej.

              Polacy łotewscy są aktywni i zajmują stosunkowo wysoką pozycję w strukturze
              społeczeństwa. W przeciwieństwie do sąsiedniej Litwy na ogół w pełni
              identyfikowali się z powstającym niepodległym państwem, a Łotysze, darząc ich
              zaufaniem, powierzali poważne funkcje w życiu politycznym. Na tle pozostałych
              mniejszości na Łotwie, Polaków charakteryzuje mocne poczucie świadomości
              narodowej. Co więcej, nie rozpłynęli się w migracyjnym potopie po II wojnie
              światowej, zachowując swą liczebność i swój tradycyjny udział populacyjny w
              ludności Łotwy (2,2-2,5%), jak też tradycyjną lokalizację geograficzną. Ponadto
              stosunkowo najlepiej w porównaniu z innymi grupami narodowymi opanowali język
              łotewski. Stanowią głównie ludność miejską. Obecnie również połowa wszystkich
              Polaków na Łotwie mieszka w Rydze i Dyneburgu, gdzie wytworzyła się polska
              infrastruktura kulturalna.



              --
              Eliot
              • "Natomiast na całej Łotwie ludność polska stanowi 2,3% ludności kraju (dane z
                20.05.1998 r.). Jeżeli jednak uwzględnić fakt, że wiele osób uważających się
                za Polaków ma wpisaną w dokumentach osobistych inną narodowość - najczęściej
                białoruską lub łotewską - to okaże się, że osób pochodzenia polskiego jest
                znacznie więcej."
                ++No ślicznie, ślicznie!!! Jak tak dalej pójdzie to okaże się, że Polaków na
                Łotwie jest więcej niż 10%!!! (((-: Bo trza by się jeszcze wziąć za Łotyszy
                mających polskie nazwiska [Kristovskis, Meieroviczs, itd...], wszystkich
                katolików, a nawet takich którzy byli więcej niż raz w życiu w Polsce...
                Przez ładne kilka lat [nie mniej niż 5] w latach 90-tych XXwieku, zatrzymywałem
                się w ryskiej szkole polskiej - i napatrzyłem się i nasłuchałem
                miejscowych "Polaków" i o nich...
                Wiekszość z nich rzeczywiście jest albo Łotyszami [rzadziej - a dokładniej
                rzecz ujmując, ci zletyzowani - raczej trzymają się kultury łotewskiej, języka -
                i mimo znajomosci polskiego - posyłają dzieci do szkół łotewskojęzycznych],
                albo Rosjanami/Sowietami. Często poza posłaniem dziecka do szkoły polskiej, nic
                takiej rodziny [zwłaszcza mieszanej] z polskością nie łączy. Nie tylko w domu -
                ale w szkole na przerwach, a nawet w prywatnych rozmowach w pokoju
                nauczycielskim króluje rosyjski. Oczywiście oficjalnie szkoła pracowała po
                polsku - więc wszelkie zebrania itd - owszem po polsku, ale prywatnie - to juz
                bardzo różnie było - to znaczy po polsku rozmawiano z Polakami z Polski, ale
                między sobą - osoby nawet donrze znające polski rozmawiały raczej po rosyjsku.
                Zresztą nawet syn pani dyrektor (Polki z Wilna)- po kilku semestrach w Gdańsku -
                wolał rozmawiać po rosyjsku - i tylko przed [licznymi] gośćmi ujawniał
                znajomość polskiego [ciekawe jak rozmawiał z matką w domu?...].
                O mentalności szkoda gadać - na pewno nie polska.
                tak więc raczej należało by się zastanowiś, czy nie nazbyt wielu mieszkańvców
                Łotwy niesłusznie podaje narodwość polską - i czy te 2,3% nie jest mocno
                przesadzone.

                Owszem [sporadycznie] spotykałem osoby, silnie związane z polskością -a le to
                byli ludzie ze starszego pokolenia - "przedwojenni Polacy łotewscy", lub Polacy
                z IIRP pamiętający jeszcze czasy przedwojenne.
                Ale przecież co szkodzi popisać sobie trochę w internecie, dla podbudowania
                samopoczucia... No i z przedrozbiorową Rzecząpospolitą, ci łotewscy:
                Polacy, "Polacy" i pseudopolacy wspólnego to mają raczej niewiele...
        • eliot napisał:

          > www.pporthodoxia.com.pl/artykul.php?id=762


          Prawosławne korzenie Kościuszków Doroteusz Fionik

          ------------------------------- ------------------------------- ------------------
          O Tadeuszu Kościuszce napisano w Polsce już wiele. Może nawet nazbyt wiele,
          by uwolnić się od pospolitych mitów i legend. Przez przeciętnego obywatela
          naszego kraju postać jest postrzegana jako polski bohater narodowy, który
          dodatkowo przysłużył się niezależności Stanów Zjednoczonych. O jego miejscu
          urodzenia i przodkach wie się jednak niewiele. Mereczowszczyzna czy
          Siechnowicze to przecież polskie kresy, a Kościuszkowie - jedni z wielu
          polskich ziemian tu zamieszkujących. Tymczasem, by zrozumieć geniusz
          Kościuszki, trzeba zwrócić się do jego białoruskich i prawosławnych korzeni.

          Przodków Tadeusza trzeba szukać wśród rycerstwa Ziemi Brzeskiej i
          Kamienieckiej, które wiernie służyło książętom ruskim i litewskim. Za swe
          zasługi jeden z nich - Fiodor - w 1458 r. otrzymał od Kazimierza Jagiellończyka
          prawa szlacheckie oraz posiadłość ziemską Siechnowicze w powiecie kamienieckim.
          Tu urodził się syn Fiodora - Konstanty, którego zdrobniale nazywano Kostiuszką.
          Po latach imię to stanie się rodowym nazwiskiem.
          Kostiuszko Fiodorowicz, pan na Siechnowiczach, należał do elity w państwie
          litewsko-ruskim, w latach 1492-1509 był bowiem sekretarzem (diakiem) na dworze
          wielkoksiążęcym. Jego żona Hanna, córka księcia Juryja Holszańskiego, była w
          prostej linii kuzynką Zofii Holszańskiej, czwartej żony Władysława Jagiełły. W
          1509 r. Zygmunt I potwierdził swemu pisarzowi Kostiuszce prawa na władanie
          Siechnowiczami, co też było zapisane w starobiałoruskim przywileju: ...мы тое
          сельцо Сехно-вичи тые три чоловеки и с братьею, и с детьми их, и с внуками, и
          тые пашни, и дубровы, и лес ему дали во всим. W podobnym języku Kostiuszko
          rozmawiał również na co dzień.
          Siechnowicki majątek Kostiuszki Fiodorowicza był ze wszystkich stron
          otoczony podobnymi władaniami prywatnymi. Z północnego wschodu była to włość z
          centrum w Koreniowie, z południa zaś władania Zdzitowieckich i Sasinów-
          Kalejczyckich. Nie obywało się bez konfliktów granicznych z sąsiadami,
          szczególnie z dziedzicem koreniowskim Pociejem, dziadkiem biskupa apostaty
          Hipacego Pocieja. W 1529 r. Kostiuszko stracił na rzecz Pocieja obszar gruntów
          koło Dremlowa i Hniewowa. Dosyć długo toczył się również spór graniczny ze
          Zdzitowieckimi. Dopiero w 1599 r. Mikołajowi Kostiuszce Siechnowickiemu,
          wnukowi Kostiuszki Fiodorowicza udało się zawrzeć z nimi urzędowe porozumienie.
          Już wówczas ród oficjalnie używał nazwiska Kostiuszko, spolonizowane potem na
          Kościuszko.
          Do polonizacji rodu wydatnie przyczyniła się unia brzeska i nietolerancyjna
          polityka Zygmunta III Wazy. Chociaż wcześniej nie było możnym prawosławnym
          lekko, teraz droga do wysokich godności państwowych była dla nich zamknięta.
          Aby zrobić karierę, trzeba było stać się unitą, a najlepiej rzymskim
          katolikiem. Wielu taką drogę do sukcesu doczesnego właśnie wybrało. Wśród nich
          byli też Kościuszkowie.
          Porzucanie wyznania ojców, czyli prawosławia, przez poszczególne gałęzie
          rodu odbywało się w różnym okresie. Wiemy, że w pierwszej połowie XVII w. Jan
          syn Hrehora Kościuszko przeszedł na protestantyzm. Jego syn Aleksander Jan był
          już rzymskim katolikiem. Kiedy zaraz po porodzie zmarła mu matka Konstancja z
          Orzeszków, pochowano ją w siechnowickiej łacińskiej kaplicy.
          Aleksander Jan Kościuszko, sędzia skarbowy brzeski, był pradziadkiem
          Tadeusza. Trzej z jego czterech synów zajęło ważne pozycje w nomenklaturze
          urzędniczej Wielkiego Księstwa Litewskiego. Czwarty - Ambroży Kazimierz - na
          mocy testamentu odziedziczył cały majątek w Siechnowiczach. Dziad Tadeusza
          okazał się bardzo aktywnym działaczem politycznym. Uczestniczył w posiedzeniach
          sejmów walnych, przewodniczył szlachcie Ziemi Brzeskiej, był sędzią grodzkim
          brzeskim i wreszcie pisarzem ziemskim. Był gorącym stronnikiem Sapiehów. Aby
          bronić ich interesów na sejmikach, nieraz wyciągał swoją szablę. Porywczość
          odziedziczył zresztą po przodkach. Można tu wspomnieć jednego z wujów Ambrożego
          Kazimierza - Chryzostoma Kościuszkę, który po 1669 r. zarządzał Kobryniem,
          uzyskując od Jana Sobieskiego pozwolenie na wysiedlenie z miasta gminy
          żydowskiej.
          Synem Ambrożego Kazimierza był Ludwik Tadeusz Kościuszko (1700-1758),
          któremu aktywny ojciec pozostawił majątek zaniedbany i zadłużony. W takiej
          sytuacji Ludwik zdecydował się przekazać Małe Siechnowicze ze Stepankami,
          Nowosiółkami i Konotopami swemu wujowi Faustynowi Benedyktowi. Sam natomiast
          wziął w dzierżawę od Sapiehów folwark Mereczowszczyznę koło Kosowa Poleskiego.
          Tu w 1740 r. ożenił się z Teklą Ratomską, białoruską szlachcianką wyznania
          prawosławnego (Ratomscy byli między innymi w 1620 r. fundatorami prawosławnego
          soboru św. Piotra i Pawła w Mińsku). W końcu 1745 r. urodził się im syn,
          którego ochrzczono potrójnym imieniem Andrzej Tadeusz Bonawentura.
          Do dziś nie do końca rozstrzygnięty jest spór co do czasu i miejsca
          urodzenia Andrzeja Tadeusza Bonawentury Kościuszki. Badacze biografii generała
          datę urodzenia lokują pomiędzy 13 lipca 1745 roku a 12 lutego 1746. Ostatnia
          data odnosi się do zapisu chrztu chłopca w księdze metrykalnej kościoła
          kosowskiego. Dzień urodzin i chrztu nie może być jednak tożsamy, jeżeli
          przyjmiemy, że Tadeusz Kościuszko urodził się w Siechnowiczach. Tak bowiem
          mówią wszystkie źródła do połowy XIX w. Dopiero potem za miejsce urodzenia
          generała zaczęto uważać Mereczowszczyznę.
          Białoruski biograf Kościuszki Józef Jucho również wskazuje na Siechnowicze,
          uważając że początkowo był on ochrzczony w obrządku wschodnim. Inny badacz,
          Anatol Bienziaruk, zwrócił uwagę na zbieżność imion patronalnych - trzynastego
          lipca według kalendarza prawosławnego świętujemy pamięć ap. Andrzeja i
          Tadeusza. W następnym dniu w kalendarzu rzymskokatolickim jest dzień św.
          Bonawentury. Według tradycji dzień urodzenia dziecka powinien odpowiadać jego
          imieninom. Mógł więc Andrzej Tadeusz Bonawentura Kościuszko być początkowo
          ochrzczony w cerkwi siechnowickiej, ufundowanej przez przodków, a dopiero po
          kilku miesiącach zapisany do ksiąg kościoła kosowskiego.
          Kościuszkowskie Siechnowicze leżą obecnie w rejonie żabinkowskim w obwodzie
          brzeskim. Historycznie jest to Ziemia Kamieniecka oraz wschodnia część
          województwa podlaskiego w jego granicach do 1566 r. Tak jak przed wiekami,
          Siechnowicze dzielą się na Małe i Duże. W pierwszych znajdują się pozostałości
          parku dworskiego oraz jedyny na Białorusi pomnik Tadeusza Kościuszki. Popiersie
          ustawione jest przed budynkiem szkoły, gdzie już od ponad roku działa izba
          pamięci, poświęcona bohaterowi kilku narodów. Wiekowe dęby w nieodległym parku
          pamiętają jeszcze jego czasy.
          To właśnie w Siechnowiczach Małych generał spędził pięć lat po powrocie z
          Ameryki w 1784 r. Wśród okolicznych ziemian zasłynął od razu jako reformator,
          zmniejszając w swym majątku wymiar pańszczyzny i podatków oraz zabraniając
          przymusowej tłoki. Marzył jednakże o całkowitym uwolnieniu chłopów,
          wyprzedzając tym samym bieg historii. Tego zamiaru nie udało się mu jednak
          zrealizować, gdyż w 1790 r.
          • Tego zamiaru nie udało się mu jednak zrealizować, gdyż w 1790 r. w stopniu
            generał-majora został powołany do armii polskiej. I oto, dopiero przed
            śmiercią, w 1817 roku w szwajcarskim Solur Kościuszko napisał testament, na
            mocy którego siechnowiccy włościanie powinni byli zostać całkowicie zwolnieni z
            pańszczyzny. Na spełnienie ostatniej woli generała musieli jednakże poczekać do
            1861 r.
            W dawnych włościach Kościuszków-Siechnowickich, w odległości kilku
            kilometrów jedna od drugiej, stoją do dziś trzy wiekowe cerkwie prawosławne.
            Najstarszą metrykę posiada cerkiew św. Mikołaja w gnieździe rodowym -
            Siechnowiczach Dużych. Istniała już niewątpliwie w czasach Kostiuszki
            Fiodorowicza. Ponad dwieście lat potem, w 1727 r., Paweł Kościuszko-
            Siechnowicki wydał prezentę na probostwo cerkwi o. Bazylemu Bielewiczowi oraz
            potwierdził jej prawa na zabudowania oraz grunty rolne i leśne. Jednocześnie
            prosił w każdą sobotę odprawiać w cerkwi liturgię za dusze zmarłych fundatorów.
            W tym czasie Kościuszkowie ufundowali cerkiew św. Jana Teologa w sąsiednich
            Maciejewiczach. Trzecia, najbardziej okazała, znajduje się w Stepankach, które
            od siedemnastego wieku również należały do Kościuszków.
            Mimo porzucenia wiary przodków, Kościuszkowie cały czas pozostawali
            mecenasami Kościoła wschodniego. Okazałe sylwetki cerkwi w Siechnowiczach i
            Stepankach świadczą, że jego wspieranie nie było tylko obowiązkiem wobec
            poddanych. Wynikało ze świadomości swych korzeni i poszanowania przodków.
            fot. Tomasz Sulima i autor

            --
            Eliot
    • forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=12217&w=23037260&a=23057115
      Wędrówka za rubieżą
      >
      >
      >
      > Marek Arpad-Kowalski
      >
      >
      >
      > Bardzo wiele w ostatnich latach ukazuje się książek o tym, co dzieje się na
      > wchód od Polski. Do wytrwałych i płodnych autorów pracujących na tym kierunku
      > należy Marek A. Koprowski, który niedawno opublikował książkę "Wołynia dzień
      > dzisiejszy". Właściwie jest to już trzecia jego książka ze "wschodniego
      > cyklu". Pierwsza nosiła tytuł "Za Bajkałem" i opowiadała o jego
      > dziennikarskiej penetracji na Kamczatce, Sachalinie, we Władywostoku, a trasa
      > podróży kończyła się na Bajkale. Druga "Przez stepy Kazachstanu" to była
      > relacja z pobytu autora właśnie w Kazachstanie, jak sam tytuł wskazuje. No
      > teraz ta trzecia, z Wołynia.
      >
      > Można powiedzieć, że Marek A. Koprowski ruszył najpierw na skraj Eurazji i
      > powoli wracał w kierunku kraju, by zatrzymać się niemal nad jego granicą, na
      > Wołyniu. We wszystkich pokazuje tamtejsze krajobrazy, ludzi, narody i
      > społeczności, obyczaje, zróżnicowanie etniczne i religijne - a na tle tego
      > wszystkiego Polaków, których losy zapędziły w najróżnorodniejsze zakątki
      > dawnego Imperium Rosyjskiego, później Sowieckiego, a którzy (częściej już ich
      > potomkowie) tkwią obecnie w rozmaitych stronach Rosji i posowieckich państw
      > sukcesorskich. Skupia się więc na Polakach i katolicyzmie, bowiem religia
      > (czy też, zależnie od otoczenia, wyznanie) jest siłą jednoczącą grupy
      > polonijne, gromadzące się przy parafiach i diecezjach rozrzuconych po
      > bezmiernych przestrzeniach Azji. Polskość oznacza tam katolicyzm. Nawet osoby
      > dalekie od Kościoła skupiają się wokół kościołów. Jest to dla nich oczywisty
      > łącznik z ledwie pamiętaną albo i legendarną ojczyzną.
      >
      > O ile jednak tam kłopoty Polaków i ich potomków są oczywiste, bo daleko od
      > kraju, w egzotycznym otoczeniu, o tyle inaczej patrzymy na Wołyń. Bo
      > odnajdujemy tu swojskość. Nie tylko z powodu bliskości geograficznej. Wypada
      > przypomnieć historię, to, że Wołyń wchodził kiedyś w skład Rzeczypospolitej,
      > w ogóle nasze związki dziejowe z Ukrainą. Dobre i ponure, wspaniałe i
      > tragiczne. Zainteresowanie tym regionem wzmogło się ostatnio za przyczyną
      > tego, co działo się w listopadzie i grudniu 2004 roku na Ukrainie.
      >
      > Autor pokazuje, jak zapowiada w tytule, współczesność Wołynia. Śledzi też
      > pilnie polskie tam ślady, odwiedza parafie katolickie, ale rozmawia także z
      > prawosławnymi i grekokatolikami, z Ukraińcami. Bardzo często te polskie ślady
      > są mocno zadeptane, bardzo często świadczą o nich jedynie ruiny. Przytacza
      > słowa księdza Tomasza z Netiszyna (kilkanaście kilometrów na wschód od
      > Ostroga, który rozszerzył w duszpasterstwie używanie języka
      > ukraińskiego: "Tylko niewielu jego przedstawicieli [młodszego pokolenia -
      > M.A.K.] zna bowiem język przodków. Jest oczywiście grupa osób, która potrafi
      > się nim posługiwać, domagająca się, by wszystko było po polsku, ale należą do
      > mniejszości. Warto tu może jednak zaznaczyć, że nawet jeśli Polacy mówią po
      > ukraińsku, ale uczęszczają do kościoła, nie są postrzegani jako Ukraińcy.
      > Wciąż bowiem obowiązuje tu zbitka pojęciowa Polak-katolik. Ukrainiec to ten,
      > co chodzi do cerkwi, nigdy do kościoła...".
      >
      > Mniej więcej przed rokiem recenzowałem na tym miejscu tom "Podole i Wołyń"
      > pod red. Łukasza Smyrskiego i Magdaleny Zowczak. Te "Szkice etnograficzne" to
      > wynik badań uczonych i studentów z Instytutu Etnologii i Antropologii
      > Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego. I podobne konstatacje, które w jednym
      > z tekstów w tym tomie zostały określone, jako "cmentarz na gruzach Arkadii".
      >
      > Kiedy niezależny dziennikarz stwierdza to samo, co naukowcy (podobny był czas
      > badań i wyprawy red. Koprowskiego na Wołyń), świetnie to świadczy o jego
      > dociekliwości i dochodzeniu do prawdy, niezależnie od tego, jak ta prawda
      > może być dla nas przejmująca. Owszem, nie pomija autor dramatycznego czasu
      > rzezi wołyńskich, lecz to nie tylko one sprawiły, że polskość na Wołyniu
      > zanika (prawie już zanikła?). Zapewne niezależnie od sentymentów, dla wielu
      > wciąż jeszcze żyjących, rodzinnych, trzeba chyba będzie się z tym pogodzić.
      > Jeden z księży, rozmówców autora, powiada, że choć starsze panie stanowią
      > najbardziej religijną grupę w parafii, to szkoda, że wciąż żyją
      > rozpamiętywaniem minionych czasów i krzywd doznanych od banderowców i władzy
      > sowieckiej. Inny powiada o wsi w której prowadzi pracę duszpasterską, że choć
      > jest ona ukraińska, to przetrwały w niej resztki polskiej i katolickiej
      > świadomości. To znaczy drewniany kościół zamieniony na magazyn i kilku
      > mieszkańców o mętnej świadomości polskiego pochodzenia.
      >
      > Oto Wołynia dzień dzisiejszy. Odmienny od dnia dzisiejszego Podola czy innych
      > części niegdysiejszych Kresów.
      >
      > Marek A. Koprowski: "Wołynia dzień dzisiejszy", Wyd. Gość Niedzielny i
      > Ośrodek "Wołanie z Wołynia", Biały Dunajec-Ostróg 2004.
      > www.nczas.com/?a=show_article&id=2503


      --
      Eliot
      • Mnie osobiście ciekawi ile tak naprawdę ludzi o świadomości polskiej żyje na
        terenach byłej Rzplitej.
        Jeśli chodzi o Białoruś,jest ona krajem wielonarodoścowym.
        Przyjmuję,że tak naprawdę mniejszoći narodowych jest minium 1,5 do 2,5 raza
        więcej niż podane oficjalnie czyli na 10 mln:
        1.Polacy-1 mln-10%
        2.Ukraińcy-0,8 mln-8%
        3.Rosjanie-2 mln-20%
        4.Inni-0,4 mln-4%

        Białorusini:5,8 mln-58%...

        No,ciekawe w jaki sposób nacjonaliści chcą obalić Łukaszenkę?
        Na mój gust to rodowci Białorusini i Rosjanie raczej będą przy nim trwać.
        Małej rewolty należy się spodziewać po Polakach i Ukraińcach.
        Ale czy to się Biało i Wielko-Russom spodoba?
        • ungur napisał:

          > Mnie osobiście ciekawi ile tak naprawdę ludzi o świadomości polskiej żyje na
          > terenach byłej Rzplitej.
          > Jeśli chodzi o Białoruś,jest ona krajem wielonarodoścowym.
          > Przyjmuję,że tak naprawdę mniejszoći narodowych jest minium 1,5 do 2,5 raza
          > więcej niż podane oficjalnie czyli na 10 mln:
          > 1.Polacy-1 mln-10%
          > 2.Ukraińcy-0,8 mln-8%
          > 3.Rosjanie-2 mln-20%
          > 4.Inni-0,4 mln-4%
          >
          > Białorusini:5,8 mln-58%...
          >
          > No,ciekawe w jaki sposób nacjonaliści chcą obalić Łukaszenkę?
          > Na mój gust to rodowci Białorusini i Rosjanie raczej będą przy nim trwać.
          > Małej rewolty należy się spodziewać po Polakach i Ukraińcach.
          > Ale czy to się Biało i Wielko-Russom spodoba?


          Można przyjąć i Twoje szacunki. W przypadku Białorusi to rzeczywiście trudne.
          Po powstaniu listopadowym Rosja zlikwidowała na obszarze "Ziem zabranych"
          kościół unicki, który np. na Białorusi skupiał większość ludności "ruskiej".
          Utrudniło to narodową identyfikację Białorusinów, którzy w znacznej mierze
          obecnie uwarzają się za Rosjan... Świadoma swojej odrębności jest inteligencja
          i ludność katolicka (ok. 2 mln.). Część katolików jest świadoma swojej polskiej
          proweniencji (ok 1 mln.? - jaki podajesz?) część ma świadomość "kołchozowo-
          tutejszą". Białoruskim posługuje sie ponoć nie więcej niż 20% ludności...
          "Elita" polityczna ma świadomość "sowiecko-rosyjską". Prywatnie przypuszczam,
          ze te 80 % ma raczej niezdecydowaną orientacje narodową...
          --
          Eliot

          • Sława!

            Jeżeli rzeczywiście tak jest jak szacujecie, to i tak to wcale nie przesądza
            losu Białorusi.

            Bo przecież podobne argumenta padaly pare lat temu nt Ukrainy, ale okazało się
            inaczej...

            Teraz przykład ukraiński b edzie działał i zalezy od tego jak rozwinie się
            sprawa GUAM oraz od konsekwentnej polityki Polski LItwy, UE oraz NATO...

            Gdyby poziom zycia na Ukrainie i LItwie znacząco zaczał przewyższać białoruski,
            to po pewnym czasie pojawi nacjonalizm ekonomiczny.

            Tak przeciez było z USA i koloniami hiszpańskimi.

            Zaczyn takich procesów widzimy juz w Krolewcu...



            Pozdrawiam i zapraszam na:
            Forum Słowiańskie
            • ignorant11 napisał:

              >
              > Sława!
              >
              > Jeżeli rzeczywiście tak jest jak szacujecie, to i tak to wcale nie przesądza
              > losu Białorusi.
              >
              > Bo przecież podobne argumenta padaly pare lat temu nt Ukrainy, ale okazało
              się
              > inaczej...
              >
              > Teraz przykład ukraiński b edzie działał i zalezy od tego jak rozwinie się
              > sprawa GUAM oraz od konsekwentnej polityki Polski LItwy, UE oraz NATO...
              >
              > Gdyby poziom zycia na Ukrainie i LItwie znacząco zaczał przewyższać
              białoruski,
              >
              > to po pewnym czasie pojawi nacjonalizm ekonomiczny.
              >
              > Tak przeciez było z USA i koloniami hiszpańskimi.
              >
              > Zaczyn takich procesów widzimy juz w Krolewcu...
              >
              >
              >
              Oczywiście, że nie przesądza! W sumie (chyba)większość ludności Białorusi nie
              ma identyfikacji narodowej i co więcej nie odczuwa takiej potrzeby...
              To na białoruskich terenach II Rzeczypospolitej byli "tutejsi" i to tu pojawiła
              się (w okresie międzywojennym) zupełnie nieznana w świecie kategoria
              narodowa: "szlachcic polski" (schłopiały, niczym nie różniący się językiem,
              trybem życia, kulturą, ba, często wiarą! od białoruskiego otoczenia, ale mający
              za obrazem świętym papier często jeszcze z jagiellońskiej, czy też Wazów
              epoki...).
              Wracając do dnia dzisiejszego, to o tym czy Białorusini przetrwają, czy staną
              się częścią narodu rosyjskiego zadecyduje najbliższe 50 lat i polityka
              prowadzona wobec tego narodu i państwa, a przede wszystkim wola samych
              Białorusinów!
              --
              Eliot

              • Sława!

                No i bene!

                trzeba przeciwstawiać naszość i tutejszość- napływowości czyli importowanemu
                bolszewizmowi, a potem małe skojarzenie bolszewizm-kacapizmsmile))

                I jeszcze białoruska mocarstwowośc, która mozna poważnie wygryuwać pokazując iz
                to Białorus żywiła i broniła Rosji, która nigdy nie umiała się jej
                owdzięczyćsmile))


                Pozdrawiam i zapraszam na:
                Forum Słowiańskie
                • ignorant11 napisał:

                  >
                  > Sława!
                  >
                  > No i bene!
                  >
                  > trzeba przeciwstawiać naszość i tutejszość- napływowości czyli importowanemu
                  > bolszewizmowi, a potem małe skojarzenie bolszewizm-kacapizmsmile))
                  >
                  > I jeszcze białoruska mocarstwowośc, która mozna poważnie wygryuwać pokazując
                  iz
                  >
                  > to Białorus żywiła i broniła Rosji, która nigdy nie umiała się jej
                  > owdzięczyćsmile))
                  >
                  No cóż, Białoruś musi znaleźć jakąś oś wokół której zostanie odbudowana, czy
                  może zbudowana świadomość narodowa, poczucie odrębności i poczucie dumy.
                  W tym cały ambaras...
                  Pozdr.
                  --
                  Eliot
    • Ciekawa strona o ziemiach i historii I i II Rzeczypospolitej

      rzecz-pospolita.com/
      --
      Eliot
    • Rodzinna Ukraina
      Andrzej Romanowski 06-01-2006, ostatnia aktualizacja 06-01-2006 21:30
      serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34181,3102075.html?as=1&ias=4
      Cokolwiek byśmy mówili o "zdradzie jałtańskiej", wolny Zachód stale się o nas
      upominał. To tylko nieszczęsna Ruś została - wśród milczenia narodów -
      stratowana przez Rosję. Ale czy nie była też tratowana przez Polskę? Los
      Ukrainy powinien być - dla świata, ale przede wszystkim dla Polaków - wielką
      lekcją pokory - pisze Andrzej Romanowski


      Rafałowi, uczestnikowi pomarańczowej rewolucji

      Przed rokiem, w trakcie rewolucji na Ukrainie, wpatrywałem się w opublikowaną
      w "Gazecie" mapę poparcia dla Wiktora Juszczenki. Kolor pomarańczowy zaczynał
      się tuż za naszą granicą, obejmował dawną Galicję wschodnią (czyli
      wcześniejszą Ruś Halicką), a także rosyjski niegdyś Wołyń (czyli wcześniejszą
      Ruś Włodzimierską), przekraczał na Zbruczu dawną granicę austriacko-rosyjską
      (a zarazem przedwojenną granicę polsko-sowiecką), zajmował dawne włości
      kniazia Jaremy Wiśniowieckiego na Zadnieprzu, królował nawet na dawnych
      Dzikich Polach, a kończył się gdzieś na zachód od Charkowa. Długo nie mogłem
      uwierzyć: zakres poparcia dla Juszczenki odtworzył wschodnią granicę
      Rzeczypospolitej z początku XVII w. Sprzed powstania Bohdana Chmielnickiego.

      Ukraina, kraj Zachodu

      Ukraina rozwinęła się bowiem w Koronie Polskiej. Ta oczywista prawda jest
      pamiętana zbyt rzadko - może dlatego, że przed tym "rozwojem" były
      przecież "narodziny", a te nastąpiły wcześniej: jeżeli nie razem z Rusią
      Kijowską, to w XII, a najpóźniej w XIII w. Czy początkiem związków zachodniej
      części Rusi z łacińskim Zachodem, w tym Polską i Węgrami, były interwencje w
      Haliczu księcia krakowskiego Kazimierza Sprawiedliwego, czy raczej akcje
      króla Węgier Beli III, który przybrał nawet tytuł króla Rusi? Dość
      powiedzieć, że gdy w r. 1199 książę Roman Mścisławicz zjednoczył Ruś Halicko-
      Włodzimierską (Wołyńską), oderwał ją w pewnym sensie od ruskiego zaplecza i
      dokonał jej geopolitycznej reorientacji.

      Ten wnuk po kądzieli Bolesława Krzywoustego wychowany w Krakowie i
      Sandomierzu na dworze wuja Kazimierza Sprawiedliwego był - jak się zdaje -
      zauroczony kulturą Zachodu. Poległ w bitwie ze swym kuzynem Leszkiem Białym
      pod Zawichostem w czerwcu 1205 r., ale to właśnie od niego zaczął się ów -
      odmienny niż na reszcie Rusi - kurs polityczny haliczan. A proces ten polegał
      nie tylko na bliskich kontaktach politycznych z zachodnimi sąsiadami i nie
      tylko na sprowadzaniu kolonistów niemieckich, ale też na przyjmowaniu przez
      ruskie budownictwo cerkiewne form w części zachodnich - najpierw romańskich,
      niebawem gotyckich.

      To zbliżenie z Europą łacińską okazało się nadspodziewanie trwałe - nie
      przerwał go nawet najazd Mongołów z lat 1240-41. Syn Romana, Daniel Halicki,
      uznał wprawdzie - jak większość książąt ruskich - zwierzchnictwo mongolskie i
      w 1250 r. w Saraju nad Wołgą, stolicy Złotej Ordy, złożył hołd chanowi, ale
      już trzy lata później porozumiał się z papieżem, przeszedł na katolicyzm i
      ukoronował się na króla Rusi. Żeby zaś było jeszcze dziwniej, uczynił to w
      Drohiczynie.

      Obecność na historycznej mapie Rusi miasta znajdującego się dziś w Polsce nie
      powinna dziwić. Księstwo Halickie sięgało na wschodzie po Bracław nad Bohem,
      ale na zachodzie obejmowało Sanok, Krosno i Rzeszów. Przemyśl (Peremyszl) był
      nawet do 1141 r. stolicą tego państwa, a po stu latach stołeczności Halicza
      kolejną stolicą został w 1240 r. założony trzy lata wcześniej Chełm - dziś
      również miasto polskie. Dopiero w 1272 r. stolicą Rusi Halicko-Wołyńskiej
      został Lwów - wybudowany nieco wcześniej dla Lwa, syna Daniela. Ruś Halicko-
      Wołyńska była w każdym razie swoistym "przedmurzem obrotowym" - wysuniętym
      najdalej na zachód krajem prawosławnym, a przy tym zachodnim bastionem Złotej
      Ordy, zarazem jednak wysuniętym najdalej na wschód przyczółkiem cywilizacji
      niemiecko-łacińskiej. Czy w fakcie tym nie widzimy prefiguracji usytuowania
      Polski - a rebours?

      Księstwo Halicko-Wołyńskie (Królestwo Rusi) nie tylko istniało w części na
      tych ziemiach, które dziś uważamy za polskie, ale było w swej ostatniej fazie
      rządzone przez... Piasta. Jerzy II z Mazowsza wprawdzie jak jego ruscy
      poprzednicy wyznawał prawosławie (przyjął je na żądanie bojarów - konwersja
      Daniela nie okazała się trwała), ale otaczał się rodakami - Mazowszanami, a
      także Małopolanami, Węgrami i Niemcami. W rezultacie został przez bojarów
      otruty. Ale związki z Zachodem były już wtedy we Lwowie na tyle silne, że
      pretensje dynastyczne do Królestwa Rusi zgłosił natychmiast inny Piast, król
      Polski Kazimierz Wielki. Wojna, która rozpoczęła się w r. 1340, toczyła się
      jednak nie tyle z Rusinami, co z ich suwerenami - Tatarami (ściągnęła ona na
      Polskę nowe, doszczętnie w tradycji zagubione, najazdy tatarskie), a także z
      innymi pretendentami do halickiego dziedzictwa - pogańskimi Litwinami
      (sprowokowała również ich najazdy, także zapomniane). Rezultat był w każdym
      razie taki, że w 1349 r. pod władzę Krakowa przeszły nie tylko Rzeszów i
      Krosno, ale też Sanok i Przemyśl, ba! - Lwów i Halicz. Z czasem dołączono
      jako lenna Chełm i Bełz, a także skrawek Rusi Wołyńskiej z Włodzimierzem, a w
      1366 r. nawet Krzemieniec i - jako kolejne lenno - Kamieniec Podolski.

      Oto więc niespodzianka: Rzeszów należy do Polski dopiero od 660 lat... Czyli
      niemal tak długo jak Lwów - dopóki w 1939 r. Stalin nie oddał go Ukrainie
      sowieckiej. I tylko niewiele dłużej niż Kamieniec Podolski. To w czasach
      Kazimierza Wielkiego nastąpiło zrośnięcie się Polski z Rusią. Owszem, była ta
      Ruś niejako prywatną domeną Kazimierza; co więcej, po śmierci króla nastąpił
      na niej kolejny epizod panowania węgierskiego. W obu jednak przypadkach -
      polskim i węgierskim - otwarto na Rusi szerzej niż kiedykolwiek wrota
      cywilizacji łacińskiej lub, ściślej, łacińsko-niemieckiej (w początku XV w.
      Niemcy stanowili 70 proc. mieszkańców Lwowa). Kiedy w 1387 r. królowa Jadwiga
      ostatecznie przyłączyła Ruś Halicką do Polski, siła atrakcyjności polskich
      przywilejów spowodowała niebawem (za Jagiełły i Warneńczyka) unifikację praw
      i powstanie szlacheckich sejmików.

      To właśnie te polskie wolności przypieczętowały rozłam Rusi. Jej część
      zachodnia - polska, od XVIII w. austriacka (wschodnia Galicja), po I wojnie
      światowej ponownie polska (wschodnia Małopolska) - żyje do dziś życiem
      odrębnym, jako tzw. Ukraina Zachodnia. "Ukraina spolonizowana" - jak mówią
      czasem w Kijowie, zapominając, że akurat na tym terenie wrogość polsko-
      ukraińska była w XX w. największa.

      Natomiast u schyłku średniowiecza związek polsko-ruski (polsko-rusko-
      niemiecki?) stał się fundamentem świeżo odrodzonej Korony Polskiej. Ma więc
      ten związek metrykę starszą niż związek "polsko-mazowiecki", bo jeśli pominąć
      czasy pierwszych Piastów, Mazowsze stało się lennem króla Polski dopiero w
      1351 r., zostało zaś inkorporowane do Korony w 1529. Oto Polska - kraj
      paradoksów: przez niemal 200 lat Warszawa była bardziej na zewnątrz królestwa
      niż Lwów.

      Tego samego Fredry wnuki

      "Ukraińcy i Polacy stanowią poniekąd jedną rodzinę" - stwierdziła w niedawnym
      wywiadzie dla "Gazety" Julia Tymoszenko. Zwrot grzecznościowy, lecz przecież
      słowa te odwołują się do najgłębszych pokładów naszej wspólnej tożsamości.
      Taką "rodzinną" wspólnotę stworzył najpierw ukraińsko-polski paralelizm
      losów. Jeżeli bowiem zachodnia Ruś oderwała się w średniowieczu od swych
      korzeni i zorientowała się na Zachód, to i Polska sto lat później oderwała
      się od swych korzeni - zachodniosłowiańskich - i częściowo się
      zreorientowała - na Wschód. To właśnie na tej drodze dokonało się w
      średniowieczu polsko-ruskie spotkanie. Jego finałem stał się ów zrost, który
      sprawił, że przez całe stulecia trudno b

      --
      Eliot
      • Lecz w 140 lat po Świdrygielle działo się znowu inaczej - przeciw władzy Wilna
        zbuntowała się tylko Ruś południowa, bez Rusi Białej. "Jako równych do równych,
        wolnych do wolnych przywracamy" - głosiły akty inkorporacji Wołynia i
        Kijowszczyzny do Korony dokonane wbrew Wilnu, a w sojuszu z Krakowem na sejmie
        w Lublinie w maju i czerwcu 1569 r. Król Zygmunt August odłączył wtedy te
        ziemie od Litwy i przyłączył do Polski - a więc do tego państwa, które od czasu
        Kazimierza Wielkiego miało charakter polsko-ruski. "Spotkanie Rusi z Rusią" -
        pisze historyczka ukraińska Natalia Jakowenko, po raz pierwszy bowiem od
        Jarosława Mądrego z XI w. Ruś Kijowska i Halicka spotkały się ponownie w jednym
        organizmie państwowym. Rzecz jednak w tym, że organizm ten nazywał się wtedy
        Polska, a mówiąc konkretnie: "prowincja Małopolska". Kijów miastem Małopolski?
        Historycy lubią mówić, że na kilka tygodni przed unią polsko-litewską doszło do
        zapomnianej dziś unii polsko-ruskiej.

        Tymczasem reszta Rusi Giedyminowiczów - ta właśnie, która nie zaznała wcześniej
        panowania tatarskiego - pozostała w swoistej unii rusko-litewskiej. To w łonie
        Wielkiego Księstwa narodzi się z czasem Białoruś w obecnym znaczeniu tego
        słowa - czyli zbiorowość, która z czasem wchłonęła także Ruś Czarną. Dzisiejsza
        granica Ukrainy z Białorusią ustaliła się w 1569 r. na sejmie lubelskim - była
        to wtedy granica między Koroną a Wielkim Księstwem. Natomiast wschodnia granica
        Korony, rejony Bracławszczyzny i Kijowszczyzny - to były polskie kresy. Innymi
        słowy - polska "okraina". I tak właśnie, w 1569 r., narodziła się w łonie
        Rzeczypospolitej Ukraina.

        Ukraina, czyli Polska

        Na drodze spotkania Polski i Litwy z Rusią wykształciły się więc cztery narody:
        polski, ukraiński, białoruski i litewski. Co więcej jednak: wykształcił się
        odrębny charakter Europy Środkowo-Wschodniej. Nieustanny styk z żywiołem
        niemiecko-polskim, a mówiąc szerzej: z cywilizacją Zachodu, odróżniał Ruś
        litewsko-polską od moskiewskiej (bądź tej, która w ciągu XV w. została podbita
        przez Moskwę). Bo tylko repu-bliki Nowogrodu i Pskowa miały bezpośredni kontakt
        z niemiecko-polskim Zachodem.

        Natomiast, przypomnijmy, lustrzanym odbiciem procesów na Rusi były przemiany
        zachodzące w Polsce. Bo tak jak u Słowian Wschodnich Ruś Halicka oddalała się
        od Rusi Kijowskiej, tak u Słowian Zachodnich Polska odchodziła od Czech. Już na
        czasy Jagiełły przypadła pierwsza fala orientalizacji polskiej sztuki
        (odpowiednik okcydentalizacji sztuki ruskiej zachodzącej wiek wcześniej).
        Wykształciła się wtedy moda na "malowidła greckie" - najpierw w Wiślicy,
        Lublinie i Sandomierzu, potem także na Wawelu (kaplica Świętokrzyska z 1470
        r.), a nawet w Gnieźnie. Ale już nieco wcześniej, w 1382 r., zagościła na
        Jasnej Górze pewna bizantyńska ikona, która z czasem stanie się narodową ikoną
        Polaków. Sto lat później na zamówienie katedry prawosławnej w Przemyślu, w
        krakowskiej oficynie Niemca Szwajpolta Fiola, zaczęto tłoczyć pierwsze druki
        ruskie. Stolica Polski, niemiecki Kraków, stała się kolebką drukowanej książki
        ruskiej...

        Tak oto nie sposób sobie wyobrazić fenomenu Ukrainy bez związku z Polską. Na
        ślady wspólnoty natykamy się dosłownie na każdym kroku. Nawet początki
        katolickiego wyznania zachodnich Ukraińców (obrządku bizantyńsko-ukraińskiego)
        tkwią w Rzeczypospolitej. Unia brzeska z 1596 r. łącząca prawosławie z
        katolicyzmem była ze strony władyków aktem rozpaczy - wobec wyczerpania się
        europejskich źródeł prawosławia (Konstantynopol był od ponad stu lat tureckim
        Stambułem) oraz wobec powstania w 1589 r. jedynego w państwie chrześcijańskim
        patriarchatu prawosławnego - akurat w Moskwie, tradycyjnie wrogiej Polsce. Unia
        była więc koniecznością zarówno religijno-kulturową, jak i państwową. Ale
        szukając odrodzenia chrześcijaństwa w Rzymie, tym bardziej wzmogła ruski pęd na
        Zachód.

        Jeśli w XIX-wiecznej Galicji stała się wyznacznikiem ukraińskości, to czy przez
        to przestała być "nasza"? Skoro największym członem Rzeczypospolitej była Ruś,
        czy dziedzicami tego państwa nie są także Ukraińcy?

        Nie tylko Polacy są depozytariuszami tamtego państwa - prawdę tę powtarza bez
        ustanku dyrektor lubelskiego Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej Jerzy
        Kłoczowski. Pamiętajmy jeszcze i to, że w Rzeczypospolitej, w przededniu
        powstania Chmielnickiego, nie tylko unici, lecz i prawosławni dokonali
        reorientacji na Zachód. W 1635 r. metropolita Kijowa i całej Rusi Petro Mohyła
        założył pierwszy w świecie uniwersytet prawosławny - Kolegium Kijowskie (zwane
        z czasem Akademią Kijowsko--Mohylańską). Przyjął w nim jezuicki model oświaty,
        a językiem wykładów uczynił polszczyznę i łacinę. Kiedy zmarł, w Soborze
        Uspienskim Ławry Peczerskiej - sercu kijowskiego prawosławia - żegnano go
        cerkiewnymi modłami (w języku starosłowiańskim) oraz mowami żałobnymi (w języku
        polskim).

        Taka właśnie była ta XVII-wieczna Ruś: po polsku (choć oczywiście nie wyłącznie
        po polsku) pisali wszyscy. Nawet większość pism Chmielnickiego powstała w tym
        języku. Łazarz Baranowicz, rektor Akademii Kijowskiej, a potem prawosławny
        arcybiskup czernihowski, polityczny zwolennik Moskwy (choć broniący
        niezależności ukraińskiego prawosławia), twierdził, że "póki świat światem, nie
        będzie Rusin Polakowi bratem". Ale napisał to po polsku, tak jak olbrzymią
        większość swego bogatego dorobku. Baranowicz zakładał drukarnie i kolegia
        polsko-łacińskie w Nowogrodzie Siewierskim i Czernihowie, i to w czasach, gdy
        miasta te należały już do Carstwa Moskiewskiego. Czy było w tym coś dziwnego?
        Pierwsza, przed-Piotrowa okcydentalizacja Moskwy miała na imię polonizacja.

        Tyle tylko, że była to polonizacja dokonywana przez Rusinów! Kimże bowiem był
        Baranowicz? Kim jego wychowanek Symeon Połocki, nauczyciel dzieci carskich,
        projektodawca (w 1680 r.) Akademii Słowiańsko-Grecko-Łacińskiej w Moskwie? Kim
        Stefan Jaworski, autor wydanego po polsku w Kijowie "Echa głosu wołającego na
        puszczy" (1689), a kilkanaście lat później metropolita riazańsko-muromski,
        wierny poddany Piotra Wielkiego? Triumf kultury sarmackiej, który w
        symbolicznym skrócie ukazuje fenomen mówiącego po polsku dworu carskiego w
        Moskwie, był triumfem nie tyle Polaków, ile Rusinów - lub lepiej - polsko-
        ruskiej przestrzeni cywilizacyjnej, której na imię było Rzeczpospolita. Więc
        także ów projekt trójjęzycznej Akademii w Moskwie nawiązywał do podobnego
        trójjęzycznego kolegium prawosławnego założonego jeszcze w czasach Batorego w
        wołyńskim Ostrogu, w Rzeczypospolitej. W końcu nawet XVII-wieczny Kijów,
        niezależnie od przynależności do Polski bądź Moskwy, był - w różnych kręgach
        swej społeczności - miastem rusko-polsko-łacińskim.

        Przykładów bezwiednego zawłaszczania przez Polaków tego, co w rzeczywistości
        było polsko-ruskie, jest więcej. Mówimy: "Polska przedmurzem chrześcijaństwa",
        lecz przecież ofiarami najazdu Mongołów w 1241 r. byliśmy razem z Rusią,
        najazdy Tatarów krymskich zaś trapiące od XVI w. wspólne państwo Rusinów i
        Polaków docierały zaledwie do obrzeży ziem etnicznie polskich. Najazdy tureckie
        zatrzymywały się również na ziemiach ruskich - w najgorszym przypadku z 1672 r.
        sięgnęły Podola. A wschodnich i południowych ścian Rzeczypospolitej bronili
        najpierw prawosławni Kozacy: to oni w 1621 r. w obozie pod Chocimiem stanowili
        więk-szość żołnierzy hetmana litewskiego Jana Karola Chodkiewicza. I nawet po
        Chmielnickim fale kolejnych najazdów rozbijały się o ziemie ruskie, bo to Ruś
        właśnie była puklerzem państwa - formalnie polsko-litewskiego. A cóż powiedzieć
        o tej realizacji mitu przedmurza, którą była w 1920 r. wojna polsko-
        bolszewicka? Nawet wtedy, w dobie szalejących nacjonalizmów, po zakończonej
        zaledwie przed paroma miesiącami polsko-ukraińskiej wojnie o Galicję, naszymi
        sojusznikami byli petlurowscy Ukraińcy. Czy pamiętamy, że Zamościa bronił przed
        bolszewikami gen
        • Ale mogło się zdarzyć na Rusi. Tylko Ruś bowiem była zostawiona samej sobie,
          zapomniana przez świat. Dziś, jakkolwiek będziemy się oburzać na prezydenta
          Putina za pomniejszanie polskiego wkładu w zwycięstwo nad Hitlerem, o ileż
          boleśniejsze było przemilczanie przez niego wkładu - i tragedii! - Ukraińców. I
          cokolwiek będziemy mówić o "zdradzie jałtańskiej", wolny Zachód stale się o nas
          upominał. To tylko nieszczęsna Ruś została - wśród milczenia narodów -
          stratowana przez Rosję. Ale czy nie była też tratowana przez Polskę? Los
          Ukrainy powinien być - dla świata, ale przede wszystkim dla Polaków - wielką
          lekcją pokory.

          "Wiem, że czekają nas kajdany i ponure ciemnice, w których morzyć nas będą
          głodem i uciskać wedle moskiewskiego zwyczaju, ale pókim jeszcze żyw - mówię ci
          prawdę, władco! Nie unikniesz odpowiedzi przed Królem wszystkich królów, Bogiem
          Wszechmogącym, za zgubę naszą i całego narodu!" Takie przemówienie włożyła
          ukraińska tradycja w usta ostatniego demokratycznie wybranego hetmana
          kozackiego Pawła Połubotka zmarłego w czasach Piotra Wielkiego w moskiewskich
          kazamatach. Nie tylko każdy Ukrainiec, lecz i każdy Polak mógłby te słowa uznać
          za własne. Mógłby - gdyby nie nasza współwina i rodząca się z nieczystego
          sumienia obojętność.

          Kiedy na Wszystkich Świętych przystanąłem na krakowskim Cmentarzu Rakowickim
          przed kurhanem ku czci internowanych Ukraińców - w tym także petlurowców,
          naszych sojuszników - mijająca mnie kobieta rzuciła okiem na obcy alfabet i
          mruknęła: "To grób żołnierzy radzieckich".

          Ich ruski los

          Aż przyszli księża i w imieniu

          Chrystusa Pana podpalili

          Nasz cichy raj, rozlali morze

          Łez i krwi ludzkiej, a sierotom

          Zadali śmierć męczeńską oto

          Ku jeszcze większej chwale Bożej

          Tak w wierszu "Do Polaków" pisał Taras Szewczenko. Utwór ten rozpoczęty wizją
          rusko-polskiego raju, a zakończony pamiętnym wezwaniem "Podajże rękę Kozakowi"
          wchodzi w ciąg literackich świadectw złej pamięci o panowaniu polskim na
          Ukrainie prawosławnej. Utwory takie jak "Hajdamacy" tegoż Szewczenki czy "Taras
          Bulba" zrusyfikowanego Ukraińca Nikołaja Gogola dają wyraz wręcz zwierzęcej
          nienawiści do Lachów. Czy jednak należy się dziwić? W XX w. zła pamięć stała
          się normą również na Rusi Zachodniej - grekokatolickiej. Wspomnienie obecności
          Polaków na Ukrainie nie budziło świadomości wspólnoty - budziło przekleństwo.

          Czesław Miłosz cytuje w "Wyprawie w dwudziestolecie" ukraiński raport z wojny
          1919 r. zakończonej (nazwijmy rzecz po imieniu, choć z ruskiego punktu
          widzenia) podbojem Zachodnio-Ukraińskiej Republiki Ludowej przez
          Rzeczpospolitą: "Rozstrzelano bez dochodzeń ukraińskiego ministra rolnictwa, p.
          Martinetza, sławnego kompozytora, wielebnego Niżankowskiego i wielebnego
          Pidlaszewskiego i Halibeja, którzy zostali skatowani i żywcem spaleni po
          uprzednim oblaniu naftą".

          Czy można wierzyć tym świadectwom? I czy można przyjąć twierdzenie historyka
          ukraińskiego, że ze strony Rusinów nie było wtedy mordów na Polakach? Przecież
          Miłosz przytacza także raporty polskie dokumentujące z kolei okrucieństwa
          ukraińskie. A jednak... Dźwięczą mi w uszach słowa jednego z przywódców WiN i
          działacza KOR dr. Józefa Rybickiego, który wspominał tę właśnie wojnę polsko-
          ukraińską z 1919 r.: "Ukraińcy zamordowali w nocy siekierą dwóch naszych
          żołnierzy stojących na czujkach. Akcja naszego dowództwa była natychmiastowa i
          bezwzględna - zastosowano odpowiedzialność zbiorową. Miejscową wieś otoczono,
          odbyto sąd nad tutejszą ludnością, po czym podpalono domy, a wszystkich
          mieszkańców wymordowano. (...) Do dziś to pamiętam: płonąca wieś, wrzaski
          ludzkie i strzały naszej żandarmerii, która likwiduje wszystkich po kolei".

          Spróbujmy coś jeszcze sobie wyobrazić. Jest rok 1930. Oddział Wojska Polskiego
          wkracza do ukraińskiej wsi. Bije do krwi mężczyzn i kobiety, batoży unickiego
          księdza, niszczy dobytek, drze ruskie książki i gazety, miażdży butami portret
          Szewczenki, wiesza dziewczęta za nogi głową w dół, czyniąc z ich opadłych
          spódnic tzw. tulipany. I zaraz po odejściu żołnierzy wieś zostaje podpalona
          przez nieznanych sprawców.

          Jest rok 1938. Po Lubelszczyźnie jeżdżą buldożery i burzą cerkwie prawosławne -
          co z tego, że zazwyczaj już opustoszałe. Tłumy zrozpaczonych wiernych rozpędza
          wojsko - zupełnie tak jak armia carska rozpędzała w 1894 r. broniących swego
          kościoła katolików w Krożach. A przecież Rosjanie (zwłaszcza w epoce Murawiewa)
          zamieniali na Litwie kościoły katolickie na cerkwie, ale na ogół ich nie
          niszczyli. Polacy zaś (w czasach Rydza-Śmigłego) zburzyli na Lubelszczyźnie
          ponad sto cerkwi, kaplic i domów modlitwy (prawosławnym zostawili 49). Na
          dodatek zmuszali wiernych - skutecznie! - do przejścia na katolicyzm.

          I wreszcie nadchodzi rok 1947. Tysiące chłopów ukraińskich z Rzeszowszczyzny i
          Lubelszczyzny są ładowane do bydlęcych wagonów i wywożone daleko od ojcowizny -
          na zachód i północ. Akcja "Wisła" - jedyne w polskich dziejach wysiedlenie
          współobywateli. Wysiedlenie tak daleko, jak było to możliwe, bo Sybirem
          przecież nie dysponowaliśmy. Raz jeszcze wróciliśmy do narodowej tradycji -
          godzenia się z Rosją (z Sowietami) na trupie Ukrainy. I raz jeszcze
          zastosowaliśmy odpowiedzialność zbiorową.

          Powtórzmy - wszystkie te wydarzenia miały swe przyczyny. Ukraińskie zbrodnie na
          Polakach - jak ludobójcze rzezie wołyńskie z 1943 r. - były w wielu przypadkach
          jeszcze potworniejsze. Rzecz jednak w tym, że ze swoim dziedzictwem Ukraińcy
          muszą zmierzyć się sami. Zresztą to robią: w ich świadomości wiele się już
          zmieniło. My bijmy się w piersi własne - nie cudze. Współczujmy najpierw innym -
          nie sobie. Czy potrafimy przyjąć naszą polską współwinę? Zerwać z polską
          obojętnością? Przyjąć tę nigdy niepamiętaną prawdę, że Ukraińcy to naród
          męczenników?

          Pomarańczowa Ukraina

          Kiedy we wrześniu 1987 r. stawiłem się w Maisons-Laffitte przed Jerzym
          Giedroyciem, zostałem w rozmowie poproszony o opinię, jakie jeszcze pozycje z
          literatury polskiej powinny być wydane w Bibliotece „Kultury”. Ponieważ
          zajmowałem się wtedy literaturą tworzoną po I wojnie, wypaliłem bez dłuższego
          namysłu: „ »Pożoga « Zofii Kossak-

          -Szczuckiej!". Stary książę siedział naprzeciw mnie, tyłem do okna, w
          charakterystycznej apaszce pod szyją, z papierosem w ustach. "Nigdy tego nie
          wydam - powiedział po chwili - to jest powieść antyukraińska".

          --
          Eliot
          • Często wracam pamięcią do tego momentu spotkania i za każdym razem uświadamiam
            sobie, ile wszyscy za-wdzięczamy Giedroyciowi. Czy miał rację w sprawie Kossak-
            Szczuckiej - o tym oczywiście można dyskutować. Ale wykorzenienie z Polaków
            antyukrainizmu uważał rzeczywiście za swą misję. To przecież "Kultura" jako
            pierwsza, już na progu lat 50. zaczęła przełamywać fatalizm wrogości, to ona
            wyrąbała aksjomat nowej polityki polegający nie tylko na rezygnacji z
            przedwojennych granic wschodnich, ale w gruncie rzeczy z całego procesu
            dziejowego, który 600 lat wcześniej rozpoczął Kazimierz Wielki. A może tylko
            nadała temu procesowi ów (dawno zapomniany czy nigdy nieistniejący?) sens
            wspólnotowy? "Niech Litwini, którzy gorszy niż my los przeżywają, cieszą się ze
            swego Wilna, a we Lwowie niech powiewa sino-żółty sztandar" - można było
            przeczytać w "Kulturze" zaledwie dziewięć lat po rzeziach wołyńskich i siedem
            lat po dyktacie poczdamskim. Giedroyc pierwszy "odważył się być mądrym". Nie
            zważając na oskarżenia, że "zaprzedał się komunistom", poszedł - przeciw
            rodakom - pod prąd.

            Proces pojednania polsko-ukraińskiego trwał odtąd niemal 40 lat. W rezultacie
            pierwszym w świecie państwem, które w 1991 r. uznało niepodległą Ukrainę, była
            Polska. I to było nasze polskie zadośćuczynienie, nasz wielki polski honor. Ale
            przełom psychologiczny nastąpił w nas dopiero w ubiegłym roku, podczas
            pomarańczowej rewolucji. Bo dopiero wtedy, chodząc po ulicach z pomarańczowymi
            wstążeczkami i śpiewając "Razom nas bahato, nas ne podołaty", pobieraliśmy
            przyspieszony kurs "ojczystego" języka ruskiego. Dopiero wtedy przekonaliśmy
            się, że sprawa Ukraińców jest polską sprawą. Podświadomie (w stosunkach polsko-
            ukraińskich podświadomość jest decydująca) zdawaliśmy sobie sprawę, że
            doczekaliśmy "prawdziwego końca wielkiej wojny". Nie tylko bezsensownej i
            haniebnej wojny Polski z Ukrainą. Przede wszystkim końca ciągnących się od
            średniowiecza zmagań naszego regionu z ościennymi potęgami: turecką,
            habsburską, niemiecką, rosyjską, sowiecką. Zwycięstwem w tej wojnie stała się
            już Jesień Ludów 1989 roku, potem rozpad ZSRR w 1991. Ale dopiero przebudzenie
            milionów Ukraińców przypieczętowało te zmiany.

            Bo dopiero dziś wiemy - do tamtej, "przedpomarańczowej" Europy nie ma już
            powrotu. Cokolwiek będziemy mówić o obecnym ukraińskim rozczarowaniu,
            przestrzeń wolności i demokracji rozciąga się teraz od Lwowa po Morze Azowskie,
            Ługańsk i Donieck. Znacznie nawet dalej niż w przypadku Ukrainy
            juszczenkowskiej, a tym samym znacznie dalej niż w przypadku XVII-wiecznej
            Rzeczypospolitej. To właśnie dokonało się rok temu i można się tylko
            zastanawiać, czy tak niezwykłe zjawisko wytrzyma próbę czasu. I czy Ukraina
            stanie się jak niegdyś Rzeczpospolita rzeczywistym - politycznym i kulturowym -
            pomostem między Wschodem a Zachodem.

            Los Ukrainy jest dziś w rękach ukraińskich. Zważywszy na tragiczną historię
            tego narodu, nie jest to mało. "Wolna, silna Ukraina - pisał jeszcze przed
            pomarańczową rewolucją Jarosław Hrycak - daje szansę istnienia stabilnej
            Europy. (...) Ważne jest (...) aby Ukraińcy uświadomili sobie swoją misję,
            ponieważ nic tak nie dodaje sił jak świadomość własnego przeznaczenia".

            *** Prof. dr hab. Andrzej Romanowski pracuje na Wydziale Polonistyki
            Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz w Instytucie Historii PAN. Wydał m.in.: „Jak
            oszukać Rosję. Losy Polaków” (2002), „Pozytywizm na Litwie” (2003). Z prof.
            Henrykiem Markiewiczem jest współautorem „Wielkiego słownika
            cytatów »Skrzydlate słowa «” (najnowsze wydanie 2005)

            Wykorzystane opracowania:

            Daniel Beauvois: "Trójkąt ukraiński", przeł. Krzysztof Rutkowski, Wydawnictwo
            UMCS, Lublin 2005

            Piotr Borek: "Szlakami dawnej Ukrainy: studia staropolskie", Collegium
            Columbinum, Kraków 2002

            Wacław Felczak: "Historia Węgier", Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław
            1983

            Jarosław Hrycak: "Historia Ukrainy 1772-1999, przeł. Katarzyna Kotyńska,
            Instytut Europy Środkowo-Wschodniej, Lublin 2000

            Mikołaj Iwanow: "Pierwszy naród ukarany: stalinizm wobec polskiej ludności
            kresowej (1921-1938)", Omnipress, Warszawa 1991

            Natalia Jakowenko: "Historia Ukrainy do końca XVIII wieku", przeł. Ola Hnatiuk,
            Katarzyna Kotyńska, Instytut Europy Środkowo-Wschodniej, Lublin 2000

            Gerard Labuda: "Zagadnienia i cele poznawcze syntezy historii Polski od
            prawieków do współczesności", "Prace Historyczno-Politologiczne", nr 4/2004

            Mariusz Markiewicz: "Historia Polski 1492-1795", Wydawnictwo Literackie, Kraków
            2004

            Rostysław Radyszewskyj: "Poezja polskojęzyczna na Ukrainie w XVII wieku",
            Wydawnictwo Oddziału PAN, Kraków 1996

            Andrzej Romanowski: "Ludzie tamtego czasu. Wywiady z lat 1977-1998",
            Wydawnictwo Krakowskie, Kraków 2000

            Hienadź Sahanowicz: "Historia Białorusi. Od czasów najdawniejszych do końca
            XVIII wieku", przeł. Hubert Łaszkiewicz. Instytut Europy Środkowo-Wschodniej,
            Lublin 2002

            Andrzej Leon Sowa: "Stosunki polsko-ukraińskie 1939-1947: zarys problematyki",
            Towarzystwo Sympatyków Historii, Kraków 1998

            Wiktor Sukiennicki: "Polityczne konsekwencje błędu semantycznego", przeł.
            Tadeusz Kadenacy, "Zeszyty Historyczne", Paryż, nr 72 (1985)

            Stanisław Szczur: "Historia Polski. Średniowiecze", Wydawnictwo Literackie,
            Kraków 2004


            Wiersz Tarasa Szewczenki w przekładzie Jerzego Jędrzejewicza


            Andrzej Romanowski


            Zobacz mapę historyczną:
            bi.gazeta.pl/im/7/3101/m3101907.jpg

            --
            Eliot
    • ...ckiej nigdy nie było"...
      czyli łyżka dziegciu dka Eliota...
      serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34591,3134900.html
      (1)
      Demokracji szlacheckiej nie było




      Rozmowa z Danielem Beauvois 27-01-2006 , ostatnia aktualizacja 27-01-2006 22:12

      Poddaństwo ruskich chłopów bliskie było niewolnictwu. Stosunki dworu ze wsią
      były tak okrutne, jak na amerykańskich plantacjach bawełny, na francuskiej
      Martynice czy gdzieś w Afryce. To naprawdę było coś strasznego - twierdzi
      francuski historyk Daniel Beauvois w rozmowie z Jarosławem Kurskim


      Jarosław Kurski: Nie ma Pan dla Polaków litości. Pana książka sprawi zawód tym,
      którzy z Kresów stworzyli obszar magicznej przeszłości, utraconą Arkadię, Eden.
      Właśnie ukazało się Pana monumentalne dzieło "Trójkąt Ukraiński - Szlachta,
      carat i lud na Wołyniu, Podolu i Kijowszczyźnie 1793-1914" (Wydawnictwo
      Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2005). 130-letnia historia trzech
      prowincji ruskich, historia ucisku ruskiego chłopa przez polskich panów,
      rugowania polskiej szlachty czynszowej przez polskich ziemian, historia
      polskiej kolonizacji Ukrainy. Obala Pan mity o polskiej tolerancji religijnej i
      demokracji szlacheckiej. Nie za dużo naraz?

      Daniel Beauvois: Ta książka to największy trud mojego życia. 25 lat pracy.
      Rzeczywiście, nie spodoba się ona wyznawcom kresowego mitu. Cóż, kiedy dla mnie
      liczą się tylko dokumenty archiwalne, a nie literackie metafory. Odczarowanie
      pseudohistorii uważam za najpilniejsze zadanie dla historyków Europy Środkowo-
      Wschodniej. Dlaczego schorowaną pamięć mielibyśmy przyoblekać w metafizykę?
      Walka z megalomaniami narodowymi wymaga trzeźwości i rozumu, a nie
      patriotycznych uniesień.

      Porównał Pan kolonizację polskich kresów do kolonizacji Algierii przez Francję.
      To nie jest dla nas miłe porównanie.

      - Rzeczywiście, słowo "kolonializm" może nie jest najszczęśliwsze w odniesieniu
      do sytuacji panującej na Ukrainie. Mówię o Ukrainie prawobrzeżnej, a więc
      Podole, Wołyń i Kijowszczyzna. Ale to, co mogłem zaobserwować, nie pozostawia
      złudzeń. Zjawisko gnębienia ludu ukraińskiego przez polskich ziemian nie ulega
      wątpliwości. Choć obecność Polaków na Ukrainie była znacznie dawniejsza niż
      obecność Francuzów w Algierii, to nie zmienia faktu, że poddaństwo ruskich
      chłopów bliskie było niewolnictwu. Stosunki dworu ze wsią były tak okrutne, jak
      na amerykańskich plantacjach bawełny, na francuskiej Martynice czy gdzieś w
      Afryce. To naprawdę było coś strasznego

      Może to "signum temporis". Po prostu w ówczesnej Europie i Rosji takie były
      stosunki społeczne także między polskim panem a polskim chłopem w centralnej
      Polsce?

      - Naturalnie poddaństwo między Polakami też było okrutne, ale na pewno łatwiej
      było się porozumieć ze sobą Polakom katolikom niż katolickim panom z
      prawosławnymi poddanymi. Tam dochodziły do głosu odmienności: religii, kultury
      i języka, a to stwarzało napięcia znacznie większe niż w Polsce centralnej. Na
      Ukrainie panowała zadawniona nienawiść. Poczynając od Unii Brzeskiej. Przez
      czterdzieści lat od jej ustanowienia Unia była instrumentem likwidacji
      prawosławia. To trwało aż do 1632 roku, kiedy król Władysław zrozumiał, że tak
      dalej być nie może, bo będą bunty. Zresztą pośród wielu przyczyn późniejszego
      wybuchu powstania Chmielnickiego jedną z ważniejszych jest nienawiść do Polaków
      jako gnębicieli religii prawosławnej. Kozacy tylko dolali oliwy do ognia.
      Powstanie Chmielnickiego to trwałe pęknięcie w stosunkach polsko-ruskich.
      Historia się powtarza w czasie rzezi humańskiej w 1768 r. To nie są błahostki.
      To sprawy bolesne i okrutne, które były rozstrzygane w sposób niesamowicie
      gwałtowny. To wyryło trwałe ślady w pamięci ludowej i Polaków, i Ukraińców.

      To wszystko zapewne prawda, ale brzmi trochę jednostronnie. Kniaź Jarema
      Wiśniowiecki przecież ruski pan, przeszedł na katolicyzm, bo śnił o polskiej
      koronie i to on był gnębicielem ludu ukraińskiego. Tymczasem na czele
      kozackiego powstania stanął Bohdan Chmielnicki, który miał rodowód polskiego
      szlachcica. To wszystko jest trochę bardziej złożone.

      - Magnaci ruscy byli zafascynowani kulturą polską i zmierzali do polonizacji.
      Chcieli stać się obywatelami Rzeczypospolitej, która dawała możliwość awansu i
      prestiżu. Przechodzili na katolicyzm, przyjmowali polską kulturę, a ich
      stosunek do poddanych był tak samo okrutny jak stosunek wszystkich właścicieli
      ziemskich na Ukrainie bez względu na to, czy byli to etniczni Polacy, czy
      etniczni Rusini. Ta różnica w XVIII w. zupełnie się zaciera. Czartoryscy,
      Potoccy, Sapiehowie, Lubomirscy już się nie odróżniają od Polaków, bo przejęli
      cechy polskości. I stali się...

      ...Gente Ruthenus, natione Polonus - z pochodzenia Rusin, narodowości polskiej.

      --
      Mateusz
      • - Właśnie, i stali się współgnębicielami swojego ludu. To tragiczne, dla
        ruskiego chłopa czy Kozaka kij w ręku ruskiego lub polskiego pana nie
        przestawał być tym samym kijem. Na początku ruskie domy arystokratyczne były
        tylko sprzymierzone z Rzecząpospolitą. Z czasem przyjęły jej atrybuty. To była
        tragedia ludu pozbawionego swoich własnych elit. Ukraińskie elity intelektualne
        odradzają się, ale dopiero w końcu XIX w. Przez dwa wieki nie ma nikogo, kto by
        pamiętał o ich ukraińskości. Ostatnim jest hetman Orlik, który na przymusowym
        wygnaniu w Turcji pisze pamiętnik - po polsku i ciągle wspomina o Ukrainie.
        Pisze do wszystkich dworów w Europie, żeby bronić wolności ukraińskiej, ale
        nikt go nie słucha, bo Ukraina stała się już prowincją Rzeczypospolitej. Wtedy
        nikt już nie mówi o pięknym pomyśle utworzenia księstwa Ruskiego -
        równoprawnego wobec Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego w ramach wielkiej
        Rzeczypospolitej. Wspaniała idea, która narodziła się w czasie ugody
        Hadziackiego w 1658 r., a która nigdy nie została wprowadzona w życie.
        Pozostała marzeniem. Później było to eksponowane: „Ach, gdybyśmy potrafili”,
        ale nikt nie potrafił, bo nikt nie chciał! Ze strony Polaków nie było szczerej
        chęci.

        Chciał wojewoda bracławski Adam Kisiel.

        - Ostatni, który bronił zasady, że można być i Polakiem, i prawosławnym
        jednocześnie. Gdyby Polacy w ramach Rzeczypospolitej potrafili zrozumieć, że
        wielonarodowość, tak obecnie modna i chwalona, jest rzeczywistą wartością, to
        wtedy Rzeczpospolita mogłaby... ale tu jesteśmy w dziedzinie gdybania, a ja nie
        lubię gdybać.

        Więc Pana wyręczę: ...to wówczas Polska byłaby potęgą zdolną oprzeć się Rosji i
        jej dzieje potoczyłyby się inaczej.

        - Ma pan całkowitą rację, ale to wiemy teraz. Niestety, mądry Polak po szkodzie.

        Jan Kochanowski pisał, że "z tego nas zbodzie/Taką przypowieść sobie Polak
        kupi,/ że i przed szkodą i po szkodzie głupi". O ile jeszcze mogę się zgodzić w
        sprawie oceny relacji polsko-ukraińskich, to nie kryję, że kiedy Pan
        kwestionuje mit Polski tolerancyjnej - państwa bez stosów, gdy podaje w
        wątpliwość demokrację szlachecką - to już mnie Pan denerwuje.

        - Nie jestem od tego, żeby denerwować albo nie. Słynna książka prof. Janusza
        Tazbira "Polska bez stosów" dała początek przekonaniom o Polsce tolerancyjnej.
        Dziś o tym, że Polska nie miała wojen religijnych, można przeczytać w każdej
        gazecie i podręczniku. Ale jeśli uczciwie zbadać archiwa, to w badanym przeze
        mnie okresie mamy wiele konfliktów religijnych. Wracając do Unii Brzeskiej - to
        była przecież chęć rugowania prawosławia. Z tolerancją bywało różnie, bo w I
        poł. XVII w. prawosławnemu klerowi konfiskowano cerkwie i przekształcano je w
        kościoły grecko- lub rzymskokatolickie. Niszczono hierarchię prawosławną.

        Dopiero w XIX wieku religia unicka staje się symbolem ukraińskości. To trochę
        jak z Indianami w Peru, którzy bronią swojej odrębności po hiszpańsku i modlą
        się po katolicku.

        Ale w XVIII i XIX wieku opisano wiele przykładów, że ziemianin polski wchodzi
        do cerkwi i zabiera z stamtąd ruskiego chłopa, który nie odrobił pańszczyzny
        albo nie wywiązał się z innych nałożonych na niego ciężarów, bije go
        publicznie, wręcz katuje. Są przykłady prywatnych więzień w dobrach
        szlacheckich - nie magnackich, lecz ziemiańskich. To są smutne rzeczy. Ale
        dlaczego zamykać na nie oczy. Mówimy o społeczeństwie otwartym, historia też
        powinna taka być. Jeżeli się popełniło zbrodnię, to trzeba o tym pisać, a nie
        popadać w kresowe rozanielenie, bo ono zabija obecną historiografię polską.

        Obecną też?

        - Oczywiście. Wiele jest książek, które idealizują tę epokę, że wymienię tylko
        najbardziej rażącą pracę Andrzeja Sulimy-Kamińskiego "Historia Rzeczypospolitej
        wielu narodów". Kamiński broni tego, co sam nazywa "szlachecką demokracją
        powiatową".

        --
        Mateusz
        • Akurat demokracja szlachecka to źrenica oka Rzeczypospolitej i rzeczywisty
          powód do dumy. Parlamentaryzm szlachecki nie miał w Europie precedensu.

          - Tu dotykamy świętości, na której się opiera cała historiografia polska.
          Prawie wszyscy historycy są przekonani że Rzeczpospolita funkcjonowała na
          zasadach demokratycznych i że Polska wymyśliła demokrację szlachecką, czyli
          uczestnictwo narodu szlacheckiego w życiu politycznym.

          Mówimy o szlachcie, która jak nigdzie stanowiła aż 10 proc. mieszkańców
          Rzeczypospolitej.

          - Kamiński twierdził, że "szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie", a głos
          szaraka i magnata miał taką samą wagę. Badając okres Polski pod zaborami, w
          ogóle tego nie dostrzegłem. Musiałem więc sięgnąć wstecz i sprawdzić, czy była
          to prawda. Otóż drobna szlachta była gnębiona i odrzucana przez...

          ...Magnaterię?

          - Właśnie nie. Magnateria to śmietanka śmietanki, drobniutka warstwa. To
          ziemiaństwo, posesjonaci odrzucali drobną szlachtę! Nie znalazłem ani jednego
          potwierdzenia wysokiej frekwencji w wyborach szlacheckich na szczeblu
          sejmikowym. Ten system nie funkcjonował! Masy szlacheckie się nie zgłaszały i
          nie głosowały. W życiu politycznym brało udział tylko pięć procent narodu
          szlacheckiego, czyli jedna dwudziesta mas szlacheckich.

          Jak to się ma do obrazu Bernardo Bellotto zwanego Canaletto ukazującego elekcję
          Króla Polski. Pola Woli pełne są szlachty, którą ustawiano w specjalnych
          sektorach.

          - A ilu tam było ludzi? Nie ja pierwszy zadaję to pytanie. Świętej pamięci
          prof. Emanuel Rostworowski napisał świetny artykuł "Ilu było w Rzeczypospolitej
          obywateli szlachty?". Tymczasem historycy powtarzają stereotypy. Dziś to jest
          bardzo modne. Mój przyjaciel prof. Jerzy Kłoczowski broni w Europie zasady, że
          Polska była od dawna społeczeństwem obywatelskim. To bzdura. Wobec takich liczb
          nie można mówić o społeczeństwie obywatelskim. Obywatelami byli posiadacze
          ziemscy, którzy tylko w minimalnym stopniu dopuszczali do władzy swoich braci
          szlachtę, o czym po raz pierwszy pisał Rostworowski.

          Ale gdzie był na świecie drugi kraj, w którym szlachta króla obierała?

          - Zgoda. Ale twierdzić, że Polska jest historycznym wzorem cnót
          demokratycznych - to wielka przesada. Polska może być dumna z tego, że
          wymyśliła taki system. To było pomyślane świetnie, gdyby rzeczywiście masy
          szlacheckie zostały dopuszczone do wyborów.

          "Jeśli musisz być w stolicy, patrz co robią politycy,/ Na elekcjach stawiaj
          kreskę, nie za słowa, a za kieskę" - radził ojciec synowi w poemacie Jacka
          Kaczmarskiego "Sarmatia". No, ktoś te głosy kupował.

          - Henryk Rzewuski w "Mieszaninach obyczajowych" wspomina, że furami przewożono
          drobną szlachtę na pole elekcyjne. Ale ogólny trend w całym wieku XVIII, a
          także podczas Sejmu Wielkiego zmierzał do eliminacji drobnej szlachty z życia
          obywatelskiego. Do Konstytucji 3 maja dołączono aneks, o czym zapominają
          historycy - "Prawo o sejmikach". Tam wyraźnie jest powiedziane, że
          czynszownicy, a więc szlachta bez własnej ziemi, jest wykluczona z życia
          obywatelskiego! To nie była demokracja szlachecka, tylko oligarchia szlachecka.
          Ale jak ja to mówię, to patrzą na mnie jak spode łba. Wielka szkoda.

          Podobnie gdy mówię o Kresach, które są też i moimi kresami. Teraz jesteśmy we
          wspólnej Europie i powinniśmy sobie mówić prawdę w oczy. Zresztą prawdę o
          francuskiej historii najotwarciej opowiadają historycy cudzoziemscy. O okresie
          Vichy pisze amerykański historyk Robert Paxton w sposób trochę dla nas okrutny,
          ale za to prawdziwie i uczciwie. Nawiązując do dawnej tradycji Montaigne'a i
          Woltera, starałem się podchodzić do świata dawnej Rzeczypospolitej z
          konstruktywnym sceptycyzmem, z tym samym krytycyzmem, który stosuję wobec
          własnego kraju.

          Ufam, że zdaje Pan sobie sprawę z mitologicznej roli Kresów w utrzymaniu naszej
          tożsamości narodowej?

          - Naturalnie. Ustanowienie nowych granic było bolesne, szczególnie dla tych,
          którzy stamtąd pochodzą. Tu wracamy do porównania z Algierią. Wielu Francuzów
          czuje nostalgię do swoich dóbr, do swojej algierskiej wioski, w której się
          urodzili, gdzie się było szczęśliwym, gdzie spędzało się dzieciństwo i młodość.
          To zrozumiała, czysto ludzka tendencja do idealizacji tego okresu. To są,
          niestety, dramaty ludzi narzucone przez okrutną historię i bezwzględnych
          polityków. Ale wyjście Francji z Algierii zapewniło jej pokój, dlatego dziś
          nikt nie jest skłonny do zmiany tych granic.

          Rozumiał to de Gaulle, podpisując pokój w Evian.

          --
          Mateusz
          • I Jerzy Giedroyc, który powiedział: Dosyć rozpamiętywania, budujmy od nowa
            nasze stosunki z sąsiadami. To przyniosło w końcu owoce. Polska w czasie
            pomarańczowej rewolucji zachowała się wspaniale! Liczna obecność Polaków na
            Majdanie to było coś niesłychanego. Daliście przykład całej Europie! Ale nie
            należy w tym wielkim ruchu sympatii zapominać o tym, co było. Oto po raz
            pierwszy od wieków budują się między Polakami i Ukraińcami szczere i otwarte
            relacje. Mam nadzieję, że tak już zostanie. Bądźmy optymistami.

            Czy lubi Pan twórczość Henryka Sienkiewicza?

            - Jako polonista tak. Jako historyk nie. To świetny stylista i pisarz
            porównywalny z naszym Aleksandrem Dumas. To, co pisze, jest zachwycające, ale
            niesie ze sobą zatrute ziarno. Utrwala w młodzieży fałszywą świadomość o
            rzekomej wyższości Polaków. Sporo tam niezdrowych odruchów narodowo-etnicznych.
            Ukraińcy, choć go czytają, to też nie bardzo lubią. Są w jego prozie fragmenty
            na pograniczu rasizmu. Na przykład Zagłoba marzy o tym, by u podnóża krzyża
            złożono masę żydowskich głów. To robi przerażające wrażenie. Oczywiście, to
            tylko marzenie, ale nie wiem, czy to rozsądne dawać dzieciom takie lektury.
            Chyba że pod kierunkiem dobrego nauczyciela, który będzie uczył dystansu.

            --
            Mateusz
            • "Demokracji szlacheckiej nie było"





              Skąd biedny Sienkiewicz miał wiedzieć, że za pół wieku przetoczy się przez
              Europę Holocaust...

              - Ostatnio byłem w Pułtusku na zamknięciu roku Staszica. Staszic mimo swych
              wspaniałych osiągnięć z różnych dziedzin, mimo wspaniałej myśli oświeceniowej -
              był zajadłym antysemitą. U nas we Francji było to samo. Nasi najwspanialsi
              pisarze też mieli okropne strony. Wolter handlował Murzynami, podobnie jak
              Beaumarchais. W każdym narodzie są takie plamy i nie wolno tego negować. Po
              prostu trzeba o tym mówić bez szczególnej emocji. Trzeba się dystansować.
              Najwyższa cnota historyka to właśnie dystans.

              Ale o taki dystans trudno nawet we Francji, gdzie powstał rządowy projekt
              ustawy zawierającej wytyczne dla nauczycieli, o tym jak nauczać o
              kolonializmie!

              - To jest czysty obłęd. Przegłosowano prawo, które nakazuje nauczycielom
              podkreślać dodatnie strony kolonializmu. A więc, że Francuzi budowali szpitale,
              szkoły, że byliśmy nosicielami cywilizacji. To jest dokładnie to, co mówią
              Polacy o swojej obecności na Kresach. Oczywiście, nie można tego negować i nikt
              nie ma takiego zamiaru. Owszem, budowaliśmy szpitale i szkoły, ale były też
              rzezie, tortury, pacyfikacje, obozy.

              To prawo wywołało ogromną dyskusję historyków. Pisze się o tym w każdej
              gazecie. Prezydent Chirac był zmuszony do spuszczenia z tonu. Zaproponował
              jakieś porozumienie ze środowiskiem historyków. Ale że w ogóle ktoś wpadł na
              pomysł, by za pomocą instrumentów prawnych ustalać prawdę historyczną, to woła
              o pomstę do nieba.

              W Polsce planuje się powołanie Instytutu Wychowania. Mówi się dużo o polityce
              historycznej. Podobnie jest we Francji, gdzie państwo staje nagle na straży
              kanonicznej wersji historii. Dlaczego historia staje się instrumentem polityki?

              - Wielu polityków uważa, że historia jest przedmiotem wiary, a nie przedmiotem
              poznania. Jeśli uznamy, że musimy wierzyć w raz ustalone prawdy, że istnieje
              raz na zawsze ustalona prawda historyczna, to rzeczywiście nie ma wyjścia.
              Historia sprowadzona zostaje do katechizmu. To nie do przyjęcia. Prawda jest
              procesem ciągłego tworzenia się. Prawda sama w sobie nie istnieje. Jak mawiał
              Karl Popper: Prawda jest drogą do wiedzy. Ta wiedza się zmienia. Moje badania
              przynajmniej w części zostaną zakwestionowane przez moich następców jako
              nietrafne. Na tym polega nauka. Każde pokolenie wnosi do niej coś nowego.

              Jak Pan ocenia historiografię ukraińską i rosyjską w odniesieniu do prawego
              brzegu Dniepru?

              - To jest dokładnie ten sam problem. I historiografia ukraińska, i rosyjska są
              wypaczone przez koniunkturalne poglądy polityczne. Obecny szef katedry historii
              na Uniwersytecie w Kijowie prof. Smolij napisał po rosyjsku książkę o włączeniu
              prawobrzeżnej Ukrainy do Cesarstwa Rosyjskiego. To pozycja absolutnie
              przerażająca, napisana w stylu poststalinowskim. Autor odwołuje się do
              instrumentarium marksistowskiego i opowiada o rzekomej wspólnej walce chłopów i
              proletariatu w XVIII w. przeciw polskiemu panowaniu. Celem tej walki miało być
              połączenie z Wielką Rosją. Ta książka stanowi jedyny dorobek na ten temat na
              Ukrainie. Dzięki Bogu pojawiają się nowi historycy jak prof. Natalia Jakowenko
              z Akademii Mohylańskiej, która napisała świetną, zdystansowaną historię
              szlachty na Ukrainie w końcu XVI i na początku XVII w.

              Historycy rosyjscy, a tym bardziej zwykli czytelnicy, nic nie wiedzą o polityce
              poszczególnych carów, ministrów, gubernatorów, o prawodawstwie i administracji
              tych regionów. Tymczasem carat prowadził politykę chyba jeszcze gorszą od tej
              znanej z podręczników, gdzie nadal panuje absolutnie imperialna wizja carsko-
              radziecka. To, co piszę, jest właściwie nieznane w Rosji. Gorzej, że od 12 lat
              archiwa dla historyków pozostają zamknięte. "Wielikaja Rassija" i już. Trzeba
              jeszcze trochę poczekać, by w Rosji wykiełkowała idea społeczeństwa otwartego.

              Marzenie Giedroycia o prawdziwym trialogu ukraińsko-polsko-rosyjskim jest
              jeszcze bardzo dalekie od urzeczywistnienia.

              Myślę, że wszystkie sąsiedzkie narody dawnej Rzeczypospolitej mają problem z
              polskim dziedzictwem. Zarówno na Litwie, jak też na Białorusi i Ukrainie
              polskie ślady są nagminnie, niekiedy spontanicznie zacierane.

              - Jak się patrzy na Lwów albo Wilno, to widać, że każdy kościół jest dziełem
              katolicyzmu rzymskiego i polskiego. Litwini, Ukraińcy i Białorusini powinni
              wiedzieć, że Polacy pozostawili tam po sobie kawał cywilizacji. To jest też
              historia tych narodów, więc negowanie dorobku polskiej kultury na wschodzie
              jest pomniejszaniem dziedzictwa tych narodów.

              Ale jest i druga strona medalu. Od 15 lat widzę w witrynach polskich księgarń
              wiele nostalgicznych albumów o zabytkach Ukrainy. Ale są to tylko polskie i
              katolickie zabytki, tak jakby na Ukrainie nie było innego wielonarodowego
              dziedzictwa. A to jest jednak kraj przeważnie greckokatolicki i prawosławny. A
              i Rosjanie tam coś niecoś zbudowali. Nie mówiąc już o Żydach, których było
              więcej niż Polaków.

              --
              Mateusz
              • Co sprawia, że oto historyk Daniel Beauvois, Francuz - bez żadnych związków ze
                słowiańszczyzną - poświęca całe swe dojrzałe życie poznaniu dawnej
                Rzeczypospolitej, a zwłaszcza jej byłych Kresów?

                - Z wykształcenia jestem rusycystą. Kończyłem Uniwersytet w Lille. Na egzaminie
                nauczycielskim wymagano znajomości drugiego języka słowiańskiego. Bez wahania
                wybrałem polski.

                Dlaczego?

                Pochodzę z północnej Francji, gdzie napływała fala polskiej emigracji
                zarobkowej. Zwłaszcza do kopalń. W gimnazjum słyszałem polską mowę. Ale to były
                już dzieci i wnuki emigrantów. Młodzież szybko się asymilowała. Traciła swą
                polskość. A ja na odwrót. Zainteresowałem się Polską i jej kulturą. Miałem dużo
                szczęścia. Na uniwersytecie poznałem prof. Wacława Godlewskiego, który
                pochodził z Litwy kowieńskiej. Profesor uświadomił mi, jak ogromne i jak
                niewykorzystane są zasoby archiwalne w Związku Radzieckim. Pierwszy artykuł,
                jaki w życiu napisałem, poświęciłem Uniwersytetowi Wileńskiemu. Pojechałem do
                Moskwy i wtedy jeszcze Leningradu i tak zaczęła się moja praca badawcza. Miałem
                szczęście dotrzeć do wielu nieznanych źródeł, oczywiście z problemami, bo były
                to czasy postalinowskie. Często trzeba było walczyć. Napisałem dwutomowe dzieło
                o Uniwersytecie Wileńskim, które ukazało się w 1977 r. po francusku. Po polsku
                z uwagi na cenzurę, która zabraniała mówić o polskim aspekcie życia
                wileńskiego, książka wyszła dopiero w 1990 r. dzięki prof. Jerzemu
                Kłoczowskiemu.

                Pracując nad okręgiem wileńskim, który obejmował przecież nie tylko Litwę
                etniczną, ale także Białoruś i Litwę historyczną, czyli sięgał aż po Dniepr -
                zainteresowałem się Ukrainą w okresie od Powstania Listopadowego do
                Styczniowego. Nie żałuję tych wieczorów w ponurych radzieckich hotelach i
                akademikach, w jadłodajniach bez widelców, z wodą skażoną przez wybuch w
                Czarnobylu. Życzliwość ludzi, którzy spędzili tam całe swoje życie, każe
                zapominać o tych błahostkach. Znów miałem szczęście, bo Jerzy Giedroyc
                zainteresował się moją twórczością i zaczął drukować mnie po polsku.

                Nie trudno się domyślić dlaczego. Zamiast przedmowy do ostatniego dzieła,
                zamieszcza Pan list Józefa Czapskiego z 2 października 1987 r. Czapski po
                lekturze Pana książki "Polacy na Ukrainie" pisze: "Wydawało mi się, że wiem
                wystarczająco dużo o fałszywej wizji Polski w sienkiewiczowskim stylu. Już
                Legenda Młodej Polski Stanisława Brzozowskiego stanowiła dla mnie wstrząs i
                odsłoniła przede mną Polskę prawdziwą. Od tego czasu, a nawet wcześniej,
                również dzięki Żeromskiemu, o którym pamięta się tylko to, że był złym
                pisarzem, i dzięki Korczakowi (Dziecko salonu) wiedziałem o fałszywym obrazie
                Polski jak Chrystusa narodów i fałszywej wizji Polski w wydaniu francuskim:
                Polski godnej i nieszczęśliwej".


                Czapski jako polski arystokrata zamieszkały na Kresach miał wszelkie dane ku
                temu, by traktować Kresy w sposób mitologiczny. Tymczasem pisał do Pana: "Dla
                mnie Ukraina była poematem Słowackiego, to były wspomnienia moich współziomków
                mieszkających na Ukrainie, którzy nawet nie zauważyli jakże często kryminalnej
                roli Polaków wobec Ukraińców". Był Pan ulubieńcem "Paryskiej Kultury".

                - Miałem niezbyt częste, ale serdeczne kontakty z Redaktorem. Reakcja Józefa
                Czapskiego pokazuje, że jest w Polsce warstwa intelektualistów, którzy są w
                stanie nabrać dystansu do własnej historii. Pamiętajmy, że "Kultura" nawoływała
                do rezygnacji z Wilna i Lwowa już w roku 1952. Wtedy dla większości Polaków
                było to nie do przyjęcia. Cieszę się, że wpisuję się w ten nurt polskiej
                inteligencji, która potrafi uznać, że "sprawiedliwość dziejowa", jeśli coś
                takiego w ogóle istnieje - jest po stronie tych, którzy uznają obecne granice.
                Bez tych granic nie będzie pokojowej Europy.

                Wydaje się, że cudzoziemscy historycy Daniel Beauvois i Norman Davies piszą
                Polakom ich historię od początku.

                - Wkład Normana w historiografię jest bardzo ważny. Na szczęście zajmujemy się
                zupełnie innymi okresami. Zważywszy na stosy jego książek w księgarniach, muszę
                zdać sobie sprawę z tego, że jego poglądy są o wiele bardziej popularne niż
                moje. Ja lubię pisać trochę pod włos.

                A Norman Davies?

                - A Norman? Trochę z włosem.

                Daniel Beauvois (ur. 1938) - po studiach rusycystycznych i polonistycznych
                poświęcił się historii. Był dyrektorem Ośrodka Kultury Francuskiej przy UW(1969-
                1972), pracownikiem naukowym CNRS w Paryżu (1973-77), kierownikiem katedry
                polonistycznej w Lille (1978-92) i Ośrodka Historii Słowian na Sorbonie (1993-
                98). Autor rozprawy o Uniwersytecie Wileńskim, licznych artykułów i tłumaczeń.
                Od 1980 skupia się na tematyce ukraińskiej. Członek zagraniczny PAN, PAU i
                Ukraińskiej Akademii Nauk. Doktor honoris causa uniwersytetów Wrocławskiego,
                Warszawskiego i Jagiellońskiego. Odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP


                Rozmowa z Danielem Beauvois

                A Eliotowi ku rozwadze podał
                --
                Mateusz
                • serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,3144859.html
                  Przekupna demokracja szlachecka




                  Andrzej Wielowieyski 02-02-2006 , ostatnia aktualizacja 02-02-2006 19:30

                  Problemem demokracji szlacheckiej nie było pozbawienie drobnej szlachty prawa
                  do udziału w życiu politycznym, lecz skorumpowanie szlacheckiej gołoty przez
                  magnatów. Polemika z prof. Danielem Beauvois


                  W niezwykle ciekawej rozmowie Jarosława Kurskiego z wybitnym historykiem
                  francuskim Danielem Beauvois poświęconej dziejom polsko-ukraińskim oraz
                  demokracji szlacheckiej ("Demokracji szlacheckiej nie było", "Gazeta
                  Świąteczna" z 28-29 stycznia br.) dwie sprawy wymagają wyjaśnienia. Po
                  pierwsze, o co chodziło w walce o szlachecką demokrację obywatelską. Po drugie,
                  co było przyczyną ukraińskiego nieszczęścia, jakim był brak własnej, silnej
                  elity społecznej.

                  Demokracja i magnaci

                  Nie chcę się spierać z prof. Beauvois o to, czy i na ile polski system
                  republikański był demokracją obywatelską. Zdaniem Beauvois, "w życiu
                  politycznym brało udział tylko 5 proc. narodu szlacheckiego". Różnie to było w
                  różnych okresach i różnych województwach. Np. sejmiki elekcyjne czy też te,
                  które dyskutowały Ustawę Rządową w 1791 r., były niewątpliwie liczniejsze i
                  bardziej ożywione od innych.

                  Nie ma jednak racji prof. Beauvois, gdy twierdzi kategorycznie, że "ziemiaństwo-
                  posesjonaci odrzucali drobną szlachtę", ani wtedy, gdy mówi: "Ogólny trend w
                  całym wieku XVIII, a także podczas Sejmu Wielkiego zmierzał do eliminacji
                  drobnej szlachty z życia obywatelskiego. (...) To nie była demokracja
                  szlachecka, tylko oligarchia szlachecka". Źródłem słabości demokracji
                  szlacheckiej w XVIII wieku była rzeczywiście oligarchia - ale była to
                  oligarchia kilkudziesięciu rodzin magnackich, które miały decydujący i zwykle
                  bardzo ujemny wpływ na funkcjonowanie ustroju Rzeczypospolitej. Zażarta walka
                  kilku frakcji magnackich pomiędzy sobą, wykorzystujących liberum veto,
                  uniemożliwiała funkcjonowanie Sejmu. Sejm był wciąż reprezentacją głównie
                  średniej szlachty, ale był przez magnatów sparaliżowany. Na terenie zaś
                  sejmików wojewódzkich było jeszcze gorzej - z reguły były one poddane
                  arbitralnej władzy jednego lub kilku magnatów, którzy mogli narzucać swoją
                  władzę średniej szlachcie, dysponując setkami głosów i szabel licznej biednej
                  szlachty - "gołoty", którą łatwo było kupić.

                  Jest więc zrozumiałe, że wszelkie sensowne programy reformy państwa musiały
                  zakładać ograniczenie wpływów magnackich, co w sposób konieczny wiązało się z
                  ograniczeniem uprawnień szlachty drobnej. Ale nie wszystkich jej kategorii.
                  Bazę rządów magnackich stanowili "czynszowcy" o statusie zbliżonym do
                  chłopskiego (ludzie wolni, ale bez własności ziemi, w pełni uzależnieni od
                  bogatego właściciela), "brukowcy" (szlachta bez ziemi podejmująca się różnych
                  zawodów), wreszcie "szlachta domowa" na służbie u magnatów. Natomiast bardzo
                  liczną grupę drobnej szlachty zagrodowej traktowano inaczej. To do niej
                  zwłaszcza odnosiła się stara i trochę naiwna zasada: "Szlachcic na zagrodzie
                  równy wojewodzie".

                  Były wokół tej sprawy ostre kontrowersje, ale w końcu reformatorzy poparci
                  przez opinię średnioszlachecką w 1791 r. zdecydowali się nie odbierać praw
                  politycznych szlachcie zagrodowej. Uznali bowiem, że zaścianki szlacheckie będą
                  bardziej trzymać z bogatszymi sąsiadami ziemianami niż z frakcjami magnackimi.

                  --
                  Eliot
                  • Bywało oczywiście różnie: Adam Mickiewicz w "Panu Tadeuszu" pokazał nam, jak
                    Hrabia poderwał do walki ze średnią szlachtą - Horeszkami - zaścianek
                    Dobrzyńskich. Nie można jednak, jak Beauvois, twierdzić, że polscy historycy
                    zapominają o problemie wykluczenia z życia obywatelskiego szlachty gołoty.
                    Problem ten był obszernie przedstawiany przez Emanuela Rostworowskiego, a
                    zwłaszcza przez Andrzeja Zajączkowskiego w jego podstawowym dziele "Szlachta
                    polska: kultura i struktura".

                    Pod koniec XVIII w. próbowano ograniczyć przywileje polityczne tej części
                    drobnej szlachty, która - pozbawiona własności ziemi - była najbardziej podatna
                    na manipulacje magnackie. Według współczesnych standardów było to oczywiste
                    ograniczanie demokracji - ale wówczas był to niezbędny warunek ograniczenia
                    oligarchii i normalnego funkcjonowania Sejmu i sejmików. Dlatego też w 1791 r.
                    wszystkie sejmiki wojewódzkie akceptowały Ustawę Rządową uchwaloną w dniu 3
                    maja.

                    Nie polonizacja, lecz wojny

                    Przejdźmy do drugiej sprawy - braku na ziemiach ukraińskich miejscowych elit
                    społecznych. W wypowiedziach prof. Beauvois pojawia się pewna poważna luka.
                    Profesor powtarza popularną wśród historyków, zwłaszcza ukraińskich, tezę o
                    polonizacji i katolicyzacji ruskiej elity. Trafnie pisze, że chodziło o
                    magnatów, którzy - choć nie wszyscy - mieli dość powodów, by się polonizować i
                    przyjmować religię katolicką.

                    Co się jednak stało z dość liczną średnią szlachtą ruską? Henryk Litwin w swych
                    badaniach sprzed 40 lat stwierdził, że przed powstaniem Bohdana Chmielnickiego
                    sejmiki kijowski i bracławski debatowały po rusku. Na tym terenie mieszkało już
                    wówczas sporo Wielkopolan, Małopolan, a także Litwinów, jednakże sejmiki wciąż
                    były w większości ruskie. Przebadano losy około stu ruskich rodzin szlacheckich
                    z tego terenu. Znaczna większość z nich opowiedziała się przeciw Unii Brzeskiej
                    z 1599 r. (której tragiczne następstwa słusznie podkreśla Beauvois) i prawie
                    wszyscy walczyli pod sztandarami Chmielnickiego. Po pokoju karłowickim z Turcją
                    (1699 r.), który zwraca Polsce część Ukrainy i Podole, na ogół nie ma po nich
                    śladu. Kto nie zginął z rąk Polaków i Tatarów, a później także Moskali i
                    Turków, ten chronił się na Zadnieprze. Kiedy zaś hetman Iwan Mazepa w imię
                    ukraińskiej niepodległości przeszedł na stronę Karola XII, straszliwa
                    pacyfikacja Kozaczyzny przez Aleksandra Mienszykowa (zwłaszcza zdobycie
                    Baturyna) dokonała reszty.

                    Beauvois słusznie przypomina nieszczęsnego następcę Mazepy hetmana Filipa
                    Orlika, który - bezsilny na wygnaniu w Turcji - nie znajduje już żadnego
                    wsparcia dla idei Księstwa Ruskiego, ani w samej Rzeczypospolitej, ani za
                    granicą. Trzeba wszakże przypomnieć, że idea ugody hadziackiej (1658 r.) - do
                    której doprowadzili hetman Iwan Wychowski i wojewoda Jerzy Niemirycz -
                    przetrwała zaledwie kilka miesięcy z tego prostego powodu, że przy bardzo
                    ostrożnych chęciach Polaków (o czym pisze Beauvois) nie było już na Ukrainie
                    sił, przede wszystkim ruskich elit szlacheckich, które byłyby istotnie
                    zainteresowane i zdolne do obrony swego Księstwa Ruskiego. Zostały bowiem
                    prawie doszczętnie wybite w dziesięcioletniej wojnie. Na ich miejsce napływają
                    w XVIII wieku z Polski tysiące rodzin szlacheckich i setki tysięcy polskich
                    chłopów, którzy zasiedlają wyniszczone i wyludnione ziemie ruskie.

                    Wreszcie ostatnia uwaga. Prof. Beauvois wymienia kilka rodów magnackich, które
                    miały się spolonizować, zacierając różnicę między magnatami polskimi i ruskimi.
                    Mówi: "Ta różnica w XVIII wieku zupełnie się zaciera. Czartoryscy, Potoccy,
                    Sapiehowie, Lubomirscy już się nie odróżniają od Polaków, bo przejęli cechy
                    polskości".

                    Żaden jednak z wymienionych rodów nie należał do właściwej magnaterii rusko-
                    ukraińskiej. Czartoryscy, kulturowo zruszczeni, nigdy nie utracili swej
                    litewskiej tożsamości. Sapiehowie byli magnatami litewsko-białoruskimi, od
                    dawna zresztą katolickimi (kanclerz litewski Sapieha, choć katolik, ostro
                    sprzeciwiał się Unii Brzeskiej). Natomiast Potoccy i Lubomirscy - to oczywiście
                    stare rody małopolskie. Na ich miejsce można wymienić - poza Wiśniowieckimi -
                    kilka rusko-prawosławnych rodzin magnackich: Zbarascy, Koreccy, Zasławscy itd.
                    Będzie to jednak zaledwie kilka rodzin. Całe to, opisywane przez Beauvois,
                    zjawisko "kradzieży elit" przez polskość i katolicyzm na pewno nie miało
                    takiego znaczenia jak fizyczne wyniszczenie średniej i drobnej szlachty ruskiej.

                    Moje uwagi nie podważają zasadniczych tez prof. Beauvois, dotyczących krwawych
                    konfliktów polsko-ukraińskich i prześladowań religijnych oraz chorej sytuacji
                    społecznej na Ukrainie w XVIII i XIX wieku.

                    ***Andrzej Wielowieyski - publicysta, były senator, autor kilku książek,
                    m.in. „Tajemnice i niespodzianki historii” (2004)


                    A rozwadze Bigdy poleca:
                    --
                    Eliot
                    • Sława!

                      ... obca dloń nie przekresliła.

                      Pozdrawiam i zapraszam na:
                      Forum Słowiańskie
                      • ignorant11 napisał:

                        > Sława!
                        >
                        > ... obca dloń nie przekresliła.
                        >
                        Masz na myśli tego Franka ?
                        --
                        Eliot
                      • ignorant11 napisał:

                        > Sława!
                        >
                        > ... obca dloń nie przekresliła.

                        ++A potem przyszły nowe krzywdy: wojna polsko-ukraińska 1918-20, 20-lecie i II
                        wojna, a na koniec akcja "Wisła".
                        Ale dla mnie - jako obywatela i mieszkańca Polski - ważniejsze jest coś innego.
                        Polacy na Majdanie - ja sam jako "spostiryhacz" na powtórzonej II turze wyborów
                        prezydenckich.
                        Należy mówić prawdę o historii [nie twierdzę, że akurat francuzik całą ją pojął
                        i przedstawił] - ale przede wszystkiem należy kontaktować się dziś - i to
                        kontaktować pozytywnie. na wielu płaszczyznach: oglądać katedrę łacińską we
                        Lwowie i św.Zofię w Kijowie, pić Obołoń [piwo, kwas, żywczyk - co kto lubi],
                        czytacz Andrychowicza, nie dawać wkładać moskalskiej pałki między Nas [ale
                        przyjąć do naszej kompanii każdego Moskala z dobrymi intencjami] i robić
                        wszystko by stosunki polsko-ukraińskie były nie tylko dobre, ale dodatkowo
                        fajne i sympatyczne. Byśmy czuli, że jesteśmy braćmi - którzy kłucili się i na
                        wiele spraw patrzą inaczej - ale jedank pozostają braćmi!!! Nie przeciw
                        komukolwiek {moskalom, Żydom, Niemcom, Eskimoskom, czy Indianom Ziemi
                        Ognistej] - tylko dla siebie - dla własnej przyjemności - bo obcowanie Polaków
                        i Ukraińców [i nie tylko ich] może być naprawdę wspaniałe - o ile nie będziemy
                        patrzyli na siebie spode łba!!!
                        • lacietis napisał:

                          >Nie przeciw
                          > komukolwiek {moskalom, Żydom, Niemcom, Eskimoskom, czy Indianom Ziemi
                          > Ognistej] - tylko dla siebie - dla własnej przyjemności - bo obcowanie
                          Polaków
                          > i Ukraińców [i nie tylko ich] może być naprawdę wspaniałe - o ile nie
                          będziemy
                          > patrzyli na siebie spode łba!!!


                          I w swej łaskawości bardzo proszę o niewykluczanie mnie z tej waszej wspólnoty!
                          Juz dość dawno temu tłumaczyłem tu, że całe to wasze panstewko i i jego
                          dynastię założył daaaawno temu mój prapraprapra......, który zapędził się tu za
                          białym niedźwiedziem i strudzony usiadł pod drzewem odpocząć...
                          Na drzewie zaś było gniazdo z orłem...
                          Dzikie plemiona tubylcze uznały to za ZNAK i złożyły Mu hołd. W ten sposób stał
                          sie naturalnym, że tak powiem przywódcą...
                          A, że władzę piastował to Go i Piastem nazwali...
                          Ot i tyle!
                          --
                          Odarpi syn Egigwy
                          • odarpi napisał:

                            >
                            > I w swej łaskawości bardzo proszę o niewykluczanie mnie z tej waszej
                            wspólnoty!
                            >
                            > Juz dość dawno temu tłumaczyłem tu, że całe to wasze panstewko i i jego
                            > dynastię założył daaaawno temu mój prapraprapra......, który zapędził się tu
                            za
                            >
                            > białym niedźwiedziem i strudzony usiadł pod drzewem odpocząć...
                            > Na drzewie zaś było gniazdo z orłem...
                            > Dzikie plemiona tubylcze uznały to za ZNAK i złożyły Mu hołd. W ten sposób
                            stał
                            >
                            > sie naturalnym, że tak powiem przywódcą...
                            > A, że władzę piastował to Go i Piastem nazwali...
                            > Ot i tyle!

                            Sława!

                            A nie przybyłeś na foce?

                            Bo własnie foki wrociły na Helsmile))

                            Jednak prosze Cie o powstrzymanie sie od polowań...

                            Pozdrawiam i zapraszam na:
                            Forum Słowiańskie
                        • Sława!

                          Oczywiście,że w dobie globalizacji, gdy kontakty i wszelka wspołpraca zaczynaja
                          byc conajmniej transkontynentalne...

                          Najwieekszym absurdem było kłocenie się z Ukraina.

                          Tym bardziej,ze mamy wspolne zagrozenie.

                          Ale to zagrozenie na obecna chwile moze nie jest nawet militarne, ale moze
                          powaznie zakłocic naszą wspołpracę.

                          Oczywiscie pozostaje kwestia stosunków z Moskwa.

                          Mysle,że jednak,że po rozwiazaniu dywersyfikacji plaiw, to zagrozenie znacznie
                          spadnie. Bo w tej chwili jedyny bagnet Moskwy to bagnet weglowodorowy.

                          Moze ta porazka wpłynie na normalizację w Moskwie i ucywilizowanie się Rosji.

                          Myslę tez,że trzeba zaczekać na wymarcie pokoleń urodzonych w niewoli, a
                          zamiana pokoleniowa wpłynie bardzo znacząco na przyszle stosunki w regionie.

                          Pozdrawiam i zapraszam na:
                          Forum Słowiańskie
    • Wspominając atmosferę Wiłkomierza lat dwudziestych, jeden z ówczesnych
      mieszkańców miasta pisze "Pieczywo kupowało sie w cukierni u Polaka, mięso u
      rzeźnika Polaka, buty reperował szewc Polak, porad lekarskich udzielali dwaj
      polscy lekarze, a porad prawnych adwokat Polak. Polską prasę wydawana na Litwie
      kupowało się w kiosku prowadzonym przez Polaka, strzyżenie i golenie mozna było
      załatwić w zakładzie polskim, a pierwsza w mieście taksówkę uruchomił Polak".
      Z kolei jeszcze w drugiej połowie lat trzydziestych litewski autor
      korespondencji prasowej z Wiłkomierza ubolewał "Na ulicach, nad rzeką, w kinie,
      w ogrodzie miejskim i wszędzie, gdzie tylko zbiera sie więcej ludzi, panuje
      polski żargon. Robotnik, dorożkarz, służąca, stróż itd. poczytują sobie za
      zaszczyt mówić po polsku, jakkolwiek nazwiska ich świadczą o wręcz przeciwnym.
      A co najdziwniejsze tylko ludność niższych klas trzyma się polskiego żargonu".
      • aldon napisał:

        > Wspominając atmosferę Wiłkomierza lat dwudziestych, jeden z ówczesnych
        > mieszkańców miasta pisze "Pieczywo kupowało sie w cukierni u Polaka, mięso u
        > rzeźnika Polaka, buty reperował szewc Polak, porad lekarskich udzielali dwaj
        > polscy lekarze, a porad prawnych adwokat Polak. Polską prasę wydawana na
        Litwie
        >
        > kupowało się w kiosku prowadzonym przez Polaka, strzyżenie i golenie mozna
        było
        >
        > załatwić w zakładzie polskim, a pierwsza w mieście taksówkę uruchomił Polak".
        > Z kolei jeszcze w drugiej połowie lat trzydziestych litewski autor
        > korespondencji prasowej z Wiłkomierza ubolewał "Na ulicach, nad rzeką, w
        kinie,
        >
        > w ogrodzie miejskim i wszędzie, gdzie tylko zbiera sie więcej ludzi, panuje
        > polski żargon. Robotnik, dorożkarz, służąca, stróż itd. poczytują sobie za
        > zaszczyt mówić po polsku, jakkolwiek nazwiska ich świadczą o wręcz
        przeciwnym.
        > A co najdziwniejsze tylko ludność niższych klas trzyma się polskiego żargonu".


        Ciekawe i charakterystyczne! Możesz podać źródło?
        Pozdr.
        --
        Eliot
    • Witaj eliot. Cytaty te pochodza z książki Krzysztofa Buchowskiego "Polacy w
      niepodległym państwie litewskim 1918-1940".
      • aldon napisał:

        > Witaj eliot. Cytaty te pochodza z książki Krzysztofa Buchowskiego "Polacy w
        > niepodległym państwie litewskim 1918-1940".


        Dzięki! Mam ją gdzieś upchaną i zapomniałem, że miałem przeczytać! Może
        wreszcie znajdę chwilkę..., inna sprawa, że takich czekających mam pełne
        półki...
        Pozdr.
        --
        Eliot
      • Jeszcze w końcu 1918 roku na terenach zamieszkałych przez polska ludność , w
        rejonach Kowna, Kiejdan, Wiłkomierza, Wędziagoły i Poniewieża tworzyły
        się "polskie republiki", których "obywatele" chciwie słuchali słów Warszawy -
        jak pisze litewski historyk Liudas Truska. Liczne wypadki tego typu notują
        litewskie źródła. Na przykład mieszkańcy wsi Ruda koło miasteczka wiejsieje
        (Veisiejai) na Sejneńszczyźnie w specjalnej uchwale z 16 grudnia 1918 roku
        deklarowali "uznajemy siebie za obywateli Polaków i nie przyznajemy władzy
        samozwańczej Taryby". w całej gminie wiejsieje mieszkańcy uchwalali podobne
        oświadczenia. Jeszcze dalej posuneli się mieszkańcy gminy Bobty połozonej
        między Kownem a Kiejdanami. Podjeli oni i przesłali do Kowna uchwałę o tym, że
        nie będa płacić podatków i nie podporządkuja sie zarządzeniom mobilizacyjnym,
        czyli w praktyce nie uznaja władzy litewskiego rządu. Aby zmusić mieszkańców
        Bobt do posłuszeństwa władze wysłały tam całą kompanię formowanego własnie
        wojska, które wymusiło podporządkowanie licznymi aresztowaniami i karami.
        W tworzeniu "polskich republik" przodowali zwłaszcza mieszkańcy okolic
        drobnoszlacheckich.
    • serwisy.gazeta.pl/kultura/1,34169,3397079.html
      Kim są współcześni Sarmaci?
      Aleksander Kaczorowski
      antologia

      Sarmackie krajobrazy

      przedmowa i redakcja Martin Pollack

      Czarne, Wołowiec

      Pociąg z Warszawy do Odessy jedzie 26 godzin, z czego kilka stoi na dworcu w
      Przemyślu. Komu przyjdzie do głowy wybrać się na przemyską starówkę i
      zasiedzieć nad kuflem piwa, ten musi potem stanąć w kolejce do odprawy celnej
      wraz z tłumem ukraińskich współpasażerów. Zdarzyło mi się to niedawno, więc gdy
      czytam w eseju Jurija Andruchowycza z tomu "Sarmackie krajobrazy" o jego
      pragnieniu, by "polscy pogranicznicy, te schengeńskie psy łańcuchowe, nie
      odreagowywali swych kompleksów na Ukraińcach" - wiem, o czym pisze i ze wstydem
      przyznaję mu rację.

      Warto byłoby wyjaśnić wreszcie, skąd bierze się to polskie poczucie wyższości
      wobec sąsiadów ze wschodu, ten irytujący protekcjonalizm, przejawiający się w
      tytułowaniu każdego stamtąd - choćby był wybitnym europejskim pisarzem - per
      ty. Dokąd jedziesz, co wieziesz, pieniądze masz? Tak Unia Europejska - ustami
      polskiego celnika - wita Ukraińców i Białorusinów.

      Miałem nadzieję, że dowiem się czegoś na ten temat z antologii "Sarmackie
      krajobrazy". Po cóż bowiem wyciągać z lamusa historii to egzotyczne pojęcie,
      jak nie po to, by zmierzyć się z wyobrażeniami pięciu wymienionych w podtytule
      narodów o sobie nawzajem? Antologia pod redakcją wybitnego tłumacza literatury
      polskiej, a zarazem autora głośnej książki "Śmierć w bunkrze" Martina Pollacka
      zaspokaja to oczekiwanie jedynie połowicznie.

      Książka ta początkowo pomyślana była mniej ambitnie; miała być zbiorem tekstów
      autorów z Niemiec i Polski. Pollack rozszerzył krąg autorów na pisarzy z Litwy,
      Białorusi i Ukrainy, by podważyć obiegowe sądy "na te regiony Europy, które
      ciągle jeszcze cieszą się znikomym zainteresowaniem w naszej części świata".
      Zawdzięczamy tej decyzji zarówno obecność najciekawszych tekstów w antologii,
      jak i jej irytującą niespójność.

      Przede wszystkim tytuł książki, kojarzący się Polakom i Ukraińcom z I
      Rzeczpospolitą, natomiast Białorusinom i Litwinom z polską dominacją - a
      Niemcom z niczym - bardziej pasowałby do antologii tekstów autorów znad Wisły i
      Dniepru. Jarosław Hrycak, Mykoła Riabczuk, Jurko Prochaśko i Andrij Bondar jako
      jedyni potraktowali tytułowy sarmatyzm serio i właśnie dlatego ich eseje należą
      do najlepszych w tym zbiorze. Odrzucają oni sarmatyzm jako ideologię "z jej
      fundamentalnie antyzachodnim przesłaniem" (Hrycak), zarazem jednak uznają,
      że "także Ukraina jest naturalną spadkobierczynią Rzeczypospolitej"
      (Prochaśko), a zatem nowoczesna ukraińska tożsamość narodowa nie musi być
      dłużej fundowana na rzekomo odwiecznym antagonizmie polsko-ukraińskim
      (chciałoby się, by to samo dotyczyło zawsze tożsamości polskiej).

      W przeciwieństwie do nich teksty autorów litewskich z wyjątkiem Sigitasa
      Parulskisa sprawiają wrażenie, jakby zostały wyciągnięte z szuflady
      zatrzaśniętej w epoce, gdy dopiero kształtował się litewski nacjonalizm. Wręcz
      kuriozalny jest pod tym względem skądinąd znakomicie napisany tekst Mariusa
      Ivaskeviciusa. Oto autor, w którego "żyłach w trzech czwartych płynie
      białoruska krew", jedzie na odległą od Wilna o 30 kilometrów Białoruś,
      by "wsłuchać się w zew krwi". Wsłuchuje się weń przed dobrych kilka dni,
      jeżdżąc po wsiach, odwiedzając dalekich krewnych, spotykając się z białoruskimi
      opozycjonistami, i nie może się nadziwić, że czemuś nic a nic nie czuje się
      Białorusinem. Wniosek "co do ludzkich korzeni? (...) One nie istnieją".

      Przyznam, że czytałem ten tekst z rosnącym osłupieniem. Naprawdę trudno
      zrozumieć, jakim cudem mógł sobie ubzdurać białoruskie pochodzenie człowiek,
      którego dziadkowie - jak sam pisze - „u w a ż a l i s i ę [podkreślenie moje]
      za kresowych Polaków, mówili kresową polszczyzną, chodzili do kościoła na
      polskie nabożeństwa i irytowali się, gdy mój zlituanizowany ojciec drwił z
      nich: »Cóż z was za Polacy, przecież jesteście Białorusinami «. Była to dla
      nich nie lada obelga”. Przecież na podobnej zasadzie, na jakiej on swoich
      polskich dziadków upiera się nazywać Białorusinami, jemu ktoś mógłby wmawiać,
      że jest Polakiem - choć on sam „uważa się” za Litwina.

      A może właśnie o to chodzi? Może to wstyd mieć cokolwiek wspólnego z Polakami,
      którzy "okupowali Wilno"; czyż nie prościej pisać jak Renata Serelyte: "Jestem
      bardzo dumna z Litwinów, których sumienie i szlachetność jest jak srebro - nie
      pokrywa się patyną pod wpływem niedogodnych warunków i czynników zewnętrznych".
      Wystarczy zamienić w tym zdaniu Litwinów na Serbów lub Chorwatów - a najlepiej
      na Niemców - by zdać sobie sprawę, czym to pachnie.

      Jedynie Sigitas Parulskis zdobywa się na wyznanie: "Jestem typowym obywatelem
      Sarmacji (...) w moich żyłach płynie krew wszystkich żyjących tu kiedyś
      narodów. (...) Jaką nudą wieje od ludzi, którzy na potwierdzenie sensu swojego
      istnienia tu, na ziemi, podają przynależność narodową i czynią to w taki
      sposób, jakby to oni naród stworzyli". I wspomina, że w szkole przezywano
      go "Polak" albo "szlachcic", gdyż stryjecznym bratem jego ojca był "Ryszard
      Parulski, polski szermierz, wicemistrz olimpijski we florecie w Tokio w 1964".

      Teksty wymienionych autorów czyta się z autentycznym zaciekawieniem. Nie da się
      tego powiedzieć o tekstach niemieckich. Wynika z nich jedno - ignorancja
      autorów wobec wszystkiego, co na wschód od Odry (jak u Stephana Wackwitza,
      który utożsamia pogańskich Prusów z Litwinami i nie zauważa, że "gotycki" zamek
      w Trokach to współczesna atrapa). Z kolei autorzy białoruscy uprawiają nie tyle
      eseistykę, co propagandę narodową, cóż, że w słusznej sprawie. Wyjątek stanowi
      Jan Maksymiuk, zamieszkały w czeskiej Pradze autor gorzkiego tekstu
      poświęconego doświadczeniom Białorusinów urodzonych i wychowanych w PRL.

      Spośród autorów polskich (Krzysztof Varga, Andrzej Stasiuk, Daniel Odija)
      najlepiej spisała się Natasza Goerke; jej znakomity esej wspomnieniowy o
      przygodach Polki mieszkającej od 20 lat w Niemczech powinien trafić do lektur
      szkolnych po obu stronach Odry. A przynajmniej fragment, w którym jej niemiecki
      narzeczony dziwi się, że autorka umie czytać i pisać, w dzieciństwie nie
      musiała żebrać, używa szczoteczki do zębów, umie obsługiwać ekspres do kawy i
      znany jest jej wynalazek kina. Jeśli zaś niemieckiego narzeczonego zastąpimy
      polskim, a Nataszę Łesią bądź Olgą, tekst przyda się również w szkołach
      ukraińskich i białoruskich.

      Autor jest zastępcą redaktora naczelnego tygodnika "Forum"

      --
      Eliot
    • Tak naprawdę zapomnieliśmy o piewrszej utracie Smoleńska jeszcze na początku
      XVI w. Wskutek zdrady wkrótce po zwycięskiej bitwie pod Orszą, w jego zresztą
      obronie. Smoleńsk był "kluczem" do wzajemnych kontaktów Litwy i Rosji, a po
      Unii Rosji i Rzeczpospolitej. Tędy wiodła jedyna droga z Litwy do Moskwy i z
      Moskwy do Wilna. Niestety, miało to swoje konotacje głównie militarne.
    • Upadek staropolskiej sztuki wojennej

      2007-04-04 Paweł Skworoda

      portalwiedzy.onet.pl/,1581,1403119,czasopisma.html

      Po zakończeniu wojny ze Szwecją w 1660 roku szlachta uwierzyła, że własnymi
      siłami może pokonać każdego wroga, i to bez przeprowadzenia koniecznych reform
      ustrojowych. Paradoksalnie okazało się, że sukcesy oręża polskiego w ostatnich
      latach konfliktu ze Szwecją oraz w 1660 roku w wojnie z Moskwą uniemożliwiły
      przebudowę Rzeczypospolitej w celu wzmocnienia władzy królewskiej.

      Wojny Rzeczypospolitej ze Szwecją dowiodły, że bez stałego budżetu i kredytu
      długotrwały konflikt o Inflanty musiał zakończyć się przegraną. Klęski dworu
      królewskiego poniesione na sejmach lat 1661 i 1662 oraz w walce z rokoszanami
      hetmana Lubomirskiego (1665–1666) oddaliły szansę na reformę ustroju
      Rzeczypospolitej. Na nic zdała się prorocza mowa Jana Kazimierza na sejmie 1661
      roku: Utinam sim falsus vates [Obym był fałszywym prorokiem], ale to pewna, że
      bez takiej elekcyi [vivente rege, czyli za życia króla] przyjdzie Rzeczpospolita
      in direptionem gentium [na łup narodów]. Moskal i Ruś przy ludach swego języka
      opowiedzą się i Wielkie Księstwo Litewskie sobie destinabunt [przeznaczą].
      Brandenburczykowi patebit [stanie otworem] po granice Wielkopolska i o Prusy z
      Szwedami albo się zgodzi, albo na swoim teatrum digladiabitur [będzie walczył].
      Dom rakuski, choćby najświętsze miał intencyje, przy takiej szarpaninie od
      Krakowa sobie non deerit [nie zaniedba], bo każdy będzie wolał mieć część Polski
      armis quaesitam [zyskaną bronią] niżeli całą, dawnemi wolnościami contra
      principes tutam [bezpieczną wobec władców]. U podstaw różnic między wojskowością
      polską a zachodnioeuropejską nie leżała organizacja, skład narodowy czy
      uzbrojenie i wyszkolenie żołnierza, lecz inny kształt ustrojowy Rzeczypospolitej
      i anachroniczny system finansowania wojska. W Rzeczypospolitej nie wybrano drogi
      wiodącej do absolutyzmu, z silną zawodową armią na usługach króla, lecz oparto
      się na systemie zdecentralizowanym, z różnorodnymi formami zaciągu, nie
      wyłączając pospolitego ruszenia. O ile wojny ze Szwecją w latach 1621–1629
      doprowadziły do unowocześnienia i reorganizacji armii polskiej (utworzono
      jednostki zaciągu cudzoziemskiego), o tyle pyrrusowe zwycięstwo w czasie potopu
      doprowadziło do utrwalenia tego wzorca i w konsekwencji do izolacji
      staropolskiej sztuki wojennej.

      Bilans wojen z Półksiężycem

      W czasie wojen polsko-tureckich zaszły niekorzystne zmiany w strukturze i
      składzie narodowo-społecznym sił zbrojnych. Już po zakończeniu konfederacji
      wojska koronnego w 1663 roku służbę opuściło wielu cudzoziemców, także ci,
      którzy za zasługi wojenne otrzymali indygenaty. Proces ten pogłębił się po
      zakończeniu rokoszu Lubomirskiego, gdy z szeregów wojska odeszła pozostała część
      oficerów, głównie Włosi i Francuzi. Dalsza redukcja armii w 1667 roku wzmogła
      polonizację kadry oficerskiej i podoficerskiej w armii koronnej i litewskiej.
      Znamienny jest fakt, że wielu wykształconych oficerów pochodzenia inflanckiego i
      kurlandzkiego nie zdołało zrobić kariery w Rzeczypospolitej i dopiero w carskiej
      Rosji stali się oni elitą armii i biurokracji. Gdy Rzeczpospolita i Szwecja
      redukowały swe siły zbrojne, wielu szkockich oficerów przyjęło służbę moskiewską
      ze względu na regularną płacę i możliwość awansu, czego dowodem kariera Patricka
      Gordona, uwieńczona stopniem generała.

      Walki Rzeczypospolitej z chanatem krymskim i Turcją (1667–1699) nie wpłynęły
      pozytywnie na rozwój staropolskiej sztuki wojennej. Apologeci Jana III
      Sobieskiego zapewne wskażą rozwój husarii, wyposażenie jazdy w dzidy, budowę
      systemu magazynów czy uzbrojenie piechoty w berdysze. Nie zmienia to jednak
      faktu, że reformy te wynikały jedynie z doraźnych potrzeb i nie były zwiastunem
      głębszej modernizacji. Teza ta zabrzmi zaskakująco, zważywszy na skalę zwycięstw
      oręża polskiego pod Chocimiem (1673) oraz Wiedniem (1683). Jednak taktyka
      sprawdzona w bojach z ordą, spahisami i janczarami nie zdała egzaminu w
      pierwszych latach wielkiej wojny północnej. Ujawnił się wówczas brak
      doświadczenia w walkach ze Szwedami, z którymi chorągwie zaciągu towarzyskiego
      skutecznie rywalizowały jeszcze dwa pokolenia wcześniej. Z wyższej kadry
      oficerskiej w początkach XVIII wieku jedynie nieliczni, jak generał artylerii
      koronnej Marcin Kazimierz Kątski, brali udział w walkach z siłami Karola X
      Gustawa w czasie potopu. Kunktatorska taktyka kawalerii polskiej w wielkiej
      wojnie północnej była dowodem na to, że w czasach Sobieskiego pogłębił się
      kryzys kadry dowódczej jazdy zaciągu narodowego. W związku z nasileniem się
      pogoni za tytułami funkcje dowódcze przechodziły z rotmistrzów na poruczników, a
      często namiestników i komendantów chorągwi. Coraz większy odsetek oficerów
      niezawodowych i brak odpowiednich rezerw kadrowych były istotnymi przyczynami
      kryzysu wojska Rzeczypospolitej przełomu XVII i XVIII wieku. Szlachta, upojona
      sukcesami pod Chocimiem i Wiedniem, nie dostrzegała, że przecież jazda ponosiła
      porażki w kampaniach mołdawskich 1685, 1686 i 1691. Obecny hetman wielki koronny
      [Stanisław Jabłonowski], niezadowolony z tej ciężkiej jazdy [husarii], która
      stała się mniej wytrwałą i waleczną, rozpoczął kampanię roku 1689, odbierając
      jej kopie i uzbrajając ją w karabinki i używając ją jak pospolitą jazdę, do
      eskortowania, do służby przedniej straży i do służby obozowej na równi z innymi.
      Gdy polskim towarzyszom przyszło się zmierzyć z siłami szwedzkimi pod wodzą
      króla Karola XII, do reszty stracili ducha walki.

      Kompleks szwedzki

      W czasie wielkiej wojny północnej naprzeciw sił polskich stanęła armia Karola
      XII, zaopatrzona w nowoczesną broń – skałkowe karabiny zwiększające donośność
      ognia regimentów pieszych. Do 1704 roku muszkieterzy szwedzcy zostali wyposażeni
      w bagnety, którymi atakowali wrogie szeregi. Piechota szwedzka walczyła w
      batalionach liczących około 600 ludzi i była uszykowana w cztery szeregi.
      Wprowadzenie do jej uzbrojenia bagnetu spowodowało odrzucenie pik i rapierów,
      choć na odcinku wschodnim (przeciwko siłom saskim i rosyjskim) szwedzka piechota
      nie była ich całkowicie pozbawiona. Dowództwo szwedzkie stawiało na zaskoczenie
      i szybkość manewru, gdyż piechota karolińska oddawała w kierunku wroga z reguły
      jedną lub dwie salwy, i to z bliskiej odległości, przechodząc natychmiast do
      ataku na bagnety i białą broń. Natomiast kawalerię grupowano w skwadrony (po 250
      jeźdźców każdy), które formowano w jedną linię o głębokości dwuszeregowej.
      Rajtarzy atakowali „kolano za kolano” (na lewo od sztandaru, który z reguły
      znajdował się w centrum pierwszego szeregu). Badacz taktyki wojska szwedzkiego
      doby wojny północnej Gunnar Arteus przyrównuje szyk atakującego skwadronu
      karolińskiego do pługu śnieżnego zmiatającego wszystko na swojej drodze.
      Rajtaria szwedzka spełniała zatem rolę polskiej husarii z pierwszej połowy XVII
      wieku. Ustawiona w linię z pewnymi odstępami pomiędzy skwadronami, atakowała
      przede wszystkim na białą broń, często nie oddając nawet salwy, aby jak
      najszybciej zewrzeć się z wrogiem. Zaczepny charakter piechoty i jazdy
      szwedzkiej, wzorowany na oddziałach litewskich i polskich spod Kircholmu czy
      Kłuszyna, dawał Szwedom przewagę nad wrogiem.

      Teatr działań bojowych Polacy znali lepiej niż Karol XII, a braki w wyposażeniu
      i uzbrojeniu wojska zostały zniwelowane do 1709 roku, gdy większość regimentów
      polskich zaopatrzono w karabiny skałkowe. Czasem kupowano od Prusaków broń
      używaną, nie najwyższej jakości, ale za to tańszą. Świadczy o tym list Zygmunta
      Rybińskiego do hetmana Adama Sieniawskiego, że strzelba w Gdańsku haniebnie
      droga i niewiele jej dostanie, mam jednak inszy sposób dostania onej, ile
      regimenty króla pruskiego nowe strzelby teraz pobrali, ja zaś traktuję o nowe.

      Kompleks szwedzki widoczny w dz
      • Kompleks szwedzki widoczny w działaniach przeciwko siłom Karola XII wynikał tak
        z braku ducha walki wojsk polsko-litewskich, jak i z taktyki Szwedów.
        Regimentarze hetmana Adama Sieniawskiego panicznie bali się orężnej rozprawy z
        oddziałami Karola XII, dążącymi do natychmiastowego kontaktu z wrogiem i
        mającymi wsparcie piechoty, dragonii i artylerii. Zygmunt Rybiński, najlepszy z
        dowódców samodzielnych partii hetmana, w przededniu ofensywy letniej 1708 roku
        pisał do Sieniawskiego: widzę, że się tu na mnie gotują, jeżeli bez Szwedów
        infestować mnie zechcą, mogę im dać odpór, jeżeli ze Szwedami, to się nazad
        pomknąć muszę, nie azardując nic. Kunktatorski charakter działalności wielu
        regimentarzy hetmana Sieniawskiego wynikał z obawy przed przewagą ogniową
        Szwedów. Oddziałom polsko-litewskim niejednokrotnie udawało się w toku działań
        nawet rozbić kawalerię wroga, ale z chwilą pojawienia się piechoty i artylerii
        rejterowały z pola walki. Polscy dowódcy byli świadomi, że wadą taktyki polskiej
        jest brak współdziałania kawalerii z dragonią i piechotą, i dlatego domagali się
        od hetmana uzupełnień tych formacji.

        Husaria traci skrzydła

        Strona polsko-litewska ustępowała nie tylko armii szwedzkiej, ale i rosyjskiej.
        Przykładem są działania Kazimierza Jana Sapiehy przeciwko przedniej straży
        korpusu generała rosyjskiego Henryka Goltza. Wysłane w awangardzie chorągwie
        lekkie nie miały kłopotu z rozbiciem straży przedniej wroga złożonej z Kozaków i
        jazdy rosyjskiej. Jednak pojawienie się na polu walki piechoty z artylerią
        polową i zmasowany ogień na pozycje Litwinów zmusiły Sapiehę do pospiesznej
        rejterady w stronę Beresteczka.

        Utrata przez polską jazdę walorów, z których słynęła, doprowadziła do porażki w
        walce z siłami Karola XII. Ta ciężkozbrojna jazda odnosiła sukcesy, atakując
        cwałem i w zwartych szeregach, niemal „kolano przy kolanie”. Jej szarża nie
        różniła się zatem od ataku rajtarii szwedzkiej doby wielkiej wojny północnej.
        Ale już w pierwszej walnej bitwie z armią szwedzką pod Kliszowem (19 lipca 1702)
        okazało się, że husaria nie jest w stanie rozbić ugrupowania wroga. Atak wykonał
        pułk hetmana Hieronima Lubomirskiego pod komendą porucznika Jana Krosnowskiego z
        roty husarskiej królewicza Aleksandra Sobieskiego. Na wroga szarżowały cztery
        roty husarskie i sześć pancernych (580 ludzi). Husaria, mimo nawały ogniowej
        piechoty westsmalandzkiej Axela Sparrego, dotarła do szyku wroga, wbijając się w
        jego szeregi. Po strzaskaniu kopii jeźdźcy polscy utknęli w drugim rzędzie
        regimentów nieprzyjaciela i mimo wzmocnienia ze strony napływających rot
        pancernych nie zdołali przełamać szyku. Zgodnie ze staropolską sztuką wojenną
        prowadzący natarcie porucznik Krosnowski wycofał jazdę, aby ją przegrupować do
        kolejnego ataku. Piechurzy szwedzcy dysponujący nowymi karabinami skałkowymi
        zdążyli jednak ponownie nabić broń i przywitali atakujące roty morderczą salwą.
        Świadek bitwy napisał, że polskie chorągwie jazdy z gołymi brzuchami, jak na
        jatki prowadzone były. Szwedzka piechota odparła ponowną szarżę polskiej
        husarii, która wycofała się z dużymi stratami, kończąc swój udział w bitwie
        kliszowskiej.

        W bitwie pod Kliszowem całkowicie zawiodło współdziałanie Polaków i Sasów na
        prawym skrzydle. Siły Karola XII miały przewagę nad wrogiem przede wszystkim ze
        względu na taktykę walki. Szwedzi dążyli do przejęcia inicjatywy, preferując
        szybkie podejście do szyku wroga i walkę wręcz, wykorzystując przewagę własnej
        broni. Brak ducha walki po stronie polskiej wynikał nie tylko z przewagi Szwedów
        w zakresie wyszkolenia czy uzbrojenia. Przyczyną wielu niepowodzeń wojsk
        Rzeczypospolitej w czasie wojny północnej był też zapewne upadek morale i brak
        dyscypliny, co znać również w postawie naczelnego dowództwa.

        Niesprawny system

        Fakt, iż pod względem liczebności i struktury sił zbrojnych Rzeczpospolita
        odbiegała od innych państw europejskich, nie wynikał ani z demografii, ani z
        braku kadr, ale głównie z niesprawnego systemu skarbowo-wojskowego. Niektóre
        jednostki walczące w wojnie północnej miały zaległości płatnicze od schyłku lat
        osiemdziesiątych XVII wieku. Do istotnych przyczyn upadku staropolskiej sztuki
        wojennej w dobie wojny z Karolem XII należy zaliczyć słabość organizacyjną na
        wszystkich szczeblach dowodzenia, nie wyłączając hetmana i jego skąpego sztabu,
        małą liczebność wojska wynikającą z ograniczonego budżetu państwa i braku
        możliwości uzyskania kredytu oraz przestarzałą strukturę armii. Husaria świetnie
        prezentowała się na uroczystościach, lecz nie na polu walki. Należy też wskazać
        stosowaną taktykę, która z powodzeniem sprawdzała się w bojach ze spahisami,
        janczarami i ordyńcami, lecz zupełnie zawodziła w walce ze Szwedami. Wojska
        polsko-litewskie od dwóch niemal pokoleń nie miały kontaktu z piechotą i
        kawalerią zachodnioeuropejską, co spowodowało całkowitą utratę inicjatywy
        operacyjnej. Doszedł do tego brak indywidualności w wyższym dowództwie, będący
        konsekwencją braku środków na szkolenia kadr. Postulaty utworzenia szkoły
        rycerskiej dla młodzieży szlacheckiej zostały zrealizowane dopiero za panowania
        Stanisława Augusta Poniatowskiego.

        Fatalnie układała się współpraca między dowódcami i oddziałami obu zaciągów:
        narodowego i cudzoziemskiego, oraz współdziałanie z siłami saskimi. Niechęć ta
        datowała się od pierwszej wspólnej wyprawy na Turków. W obozie pod Brzeżanami
        towarzysze z husarii Michała Potockiego, syna hetmana polnego koronnego,
        zaatakowali w namiotach królewskich faworyta Augusta II, wojewodę malborskiego
        Jana Przebendowskiego, co omal nie doprowadziło do walnej bitwy pomiędzy
        wojskami polskimi i saskimi. Oparcie działań na zaciągu narodowym zaważyło nie
        tylko na charakterze walk, ale doprowadziło do unikania zbrojnej rozprawy z
        wrogiem posiadającym duże zgrupowania piechoty i dragonii z artylerią. Nie bez
        powodu do walnych batalii doszło, gdy na polu bitwy większość lub całość sił
        stanowili żołnierze polscy i litewscy (Kalisz 1706, Koniecpol 1708).

        Niestety, tym razem Polacy ze zmagań ze Szwecją nie wyciągnęli żadnej nauki, a
        zatwierdzenie „punktualnej płacy” z 1717 roku było krokiem wstecz, choćby w
        stosunku do postanowień Walnej Rady Warszawskiej z 1710 roku. Sejm Niemy 1717
        roku uchwalił komput wojska koronnego na 18 tys. porcji i wojska litewskiego na
        6 tys. porcji. W rzeczywistości, wobec przeznaczenia „ślepych porcji” na
        opłacenie oficerów i podoficerów, dało to zaledwie 18 tys. żołnierzy.
        Rzeczpospolita faktycznie była rozbrojona. Na tle ówczesnych armii
        zachodnioeuropejskich (nie mówiąc o rosyjskiej) armia polska wyglądała wręcz
        groteskowo. Izolacja i drugorzędność polskiego teatru działań wojennych w
        Europie spowodowały wyraźne skostnienie organizacji i sztuki operacyjnej
        kawalerii polsko-litewskiej. Przywiązanie szlachty do jednostek zaciągu
        narodowego, które nie mogły już przecież skutecznie przeciwstawić się na polu
        walki lepiej zorganizowanej jeździe przeciwnika, spowodowało, że w nowym
        kompucie pozostawiono wiele rot husarskich i pancernych. Przetrwały aż do połowy
        lat siedemdziesiątych XVIII wieku, gdy utworzono brygady kawalerii narodowej.
        Chorągwie husarii prezentowały się więc nadal wspaniale podczas parad i
        pogrzebów, ale świetność militarną miały już dawno za sobą.

    • www.gazetawyborcza.pl/1,75248,4083695.html
      Wschodnioeuropejski Rashomon
      Wojciech Orliński2007-04-23, ostatnia aktualizacja 2007-04-24 01:08

      Co zachwyca Amerykanina w naszej części Europy? Unikalny eksperyment
      stworzenia "tygla narodów" na dobre dwa stulecia przed podobną próbą w Ameryce
      Północnej


      Rekonstrukcja narodów. Polska, Ukraina, Litwa, Białoruś 1569-1999

      Timothy Snyder

      przeł. Magda Pietrzak-Merta, Pogranicze, Sejny



      Profesor Timothy Snyder z Uniwersytetu Yale to człowiek rozmiłowany w historii
      Polski. W odróżnieniu od Normana Daviesa, który stara się pisać książki o
      naszej historii, przyjmując nasz punkt widzenia, Snyder spogląda na nas z
      perspektywy Amerykanina.

      Jako Walijczyk Davies instynktownie rozumie wszystkie dramaty i paradoksy
      związane z nacjonalizmem społeczności zagrożonych przez potężnych sąsiadów,
      silniejszych kulturowo i politycznie. Snyder zaś spogląda na nas oczami
      mieszkańca kraju, który z hasła o "tyglu narodów" uczynił swoje nieformalne
      motto.

      Jego książka jest opisem unikalnego eksperymentu stworzenia takiego tygla w
      Europie Środkowo-Wschodniej, na dobre dwa stulecia przed taką próbą w Ameryce
      Północnej. Snyder opisuje ten eksperyment z uznaniem, akcentując fakt, który my
      rzadko dostrzegamy, ale który widać z perspektywy USA.

      Aż do początku XX wieku większość mieszkańców dawnej Rzeczypospolitej Obojga
      Narodów odczuwała przynależność do większej wspólnoty niedeterminowanej przez
      język, jakim mówili na co dzień. Józef Piłsudski określał siebie
      jako "Litwina", nawet gdy jego federalistyczna polityka poniosła całkowite
      fiasko i każdy musiał jednoznacznie opowiedzieć się po stronie Warszawy lub
      Kowna. To drugie wybrał w końcu jego bliski przyjaciel i współpracownik Michał
      Roemer.

      Z polskiego punktu widzenia Roemer, który od 1920 roku działał już w polityce
      litewskiej jako Mykolas Roemeris, był zdrajcą - tak jak etykietkę zdrajcy
      polskiej sprawy przypisujemy Andrzejowi Szeptyckiemu, greckokatolickiemu
      metropolicie Kijowa, postaci symbolizującej ukraińskie dążenia
      niepodległościowe. Jego rodzeni bracia są jednak z kolei ikonami polskiej
      niepodległości - Stanisław Szeptycki był polskim generałem, który zajął dla nas
      Katowice, innych za Polskę zamęczyli Sowieci i hitlerowcy.

      Zamiast wyszukiwać renegatów i patriotów, Snyder przyjmuje narrację kojarzącą
      się z "Rashomonem" Kurosawy - filmem, w którym to samo zdarzenie widziane
      oczami trojga ludzi jawi się całkiem inaczej. Dzieje czterech współczesnych
      narodów, które wyłoniły się z państwa ustanowionego Unią Lubelską, śledzi aż do
      lat ostatnich - w kolejnych rozdziałach przyjmując punkt widzenia każdego z
      nich.

      Choć tamto państwo nazywano Rzeczpospolitą Obojga Narodów, narody mamy dzisiaj
      cztery. Do spuścizny po Wielkim Księstwie Litewskim przyznają się tak Litwini,
      jak Białorusini. Pogoń ("Pahonia") jest do dzisiaj herbem niepodległej Litwy i
      niepodległościowego ruchu na Białorusi. Czwartym narodem są Ukraińcy, których
      nierównoprawne traktowanie stało się jedną z najważniejszych przyczyn upadku
      państwa zawiązanego przez Unię Lubelską.

      Piątą opowieścią obecną w tej książce jest historia Żydów na ziemiach
      Rzeczypospolitej. Nie da się jej doprowadzić do współczesności, bo brutalnie
      przerwał ją Holocaust - ale nie można jej pominąć. Pisząc o Wilnie, Snyder
      opisuje roszczenia polskie, litewskie, a nawet białoruskie do tego miasta
      (Wilno było stolicą krótkotrwałej republiki litewsko-białoruskiej proklamowanej
      w 1919 r.) - ale jednocześnie przypomina, że ogromną rolę w tym mieście
      odgrywali właśnie Żydzi, stanowiący w 1914 roku ok. 40 proc. mieszkańców.

      Wilno pojawia się w książce Snydera wielokrotnie, bo to miasto dobrze ilustruje
      paradoksy nacjonalizmów. Gdy Stalin zajął je w roku 1939, wielkie nadzieje
      wiązali z tym białoruscy komuniści i litewscy nacjonaliści. 20 lat wcześniej
      Wilno było stolicą republiki litewsko-białoruskiej, a komunistyczna propaganda
      w okupowanym mieście posługiwała się językiem białoruskim - w Wilnie roku 1939
      znacznie bardziej popularnym od litewskiego. Stalin zdecydował jednak przekazać
      Wilno Litwie (wtedy jeszcze formalnie niepodległej). Białoruskich komunistów
      deportowało NKWD. A Snyder cytuje relacje Litwinów rozczarowanych tym, co
      przyniosło zajęcie "historycznej stolicy": "Zamiast wymarzonej królewny z bajek
      patrzyła na nich nieznajoma, obca, mówiąca cudzym językiem ulica". Zresztą rok
      później litewscy przywódcy powtórzyli los Białorusinów, gdy Stalin uznał, że
      niepodległa Litwa nie jest mu już potrzebna.

      W XX wieku dzieje narodów dawnej Rzeczypospolitej zależały od kaprysów Stalina
      i Hitlera arbitralnie wyznaczających granice i skazujących całe grupy etniczne
      na zagładę lub przesiedlenie. Skuteczność polityki prowadzonej przez każdy z
      czterech narodów zależała więc od zręczności w lawirowaniu między totalitarnymi
      mocarstwami.

      Z polskiego punktu widzenia polityka nacjonalistów litewskich, którym bliżej
      było zawsze do Stalina czy Hitlera niż do polskiego sąsiada (z którym Litwa
      formalnie pozostawała w stanie wojny przez całe dwudziestolecie międzywojenne),
      zdawała się zdradziecko samobójcza. Doprowadziła ich w końcu do statusu
      republiki radzieckiej, podczas gdy my w PRL byliśmy jednak o jeden krok bliżej
      wolności.

      Taka jest nasza wersja, ale w książce Snydera znajdziemy tę samą historię
      pokazaną z litewskiego punktu widzenia - gdzie jawi się ona z kolei jako
      skrajnie cyniczny pragmatyzm. Inne wybory przyjęte w roku 1920 czy 1939
      najprawdopodobniej doprowadziłyby do tego, że dziś na mapie nie byłoby
      niepodległej Litwy, paradoksalnie łatwiej bowiem było litewskiej tożsamości
      przetrwać w ZSRR, niż oprzeć się polonizacji.

      Książka Snydera burzy wiele politycznych stereotypów - nie mieliśmy dotąd na
      naszym rynku publikacji tak ciekawie pokazujących np. litewski punkt widzenia
      na trwającą na Wileńszczyźnie pod niemiecką okupacją polsko-litewską wojnę
      domową czy też ukraińską narrację o rzezi na Wołyniu i akcji "Wisła".

      Z wielkim uznaniem Snyder pisze o polityce zagranicznej Trzeciej
      Rzeczypospolitej. Program wypracowany przez "Kulturę" paryską udało się
      skutecznie wcielić w życie dzięki polityce szefa MSZ Krzysztofa
      Skubiszewskiego. Dając przykład sąsiadom, Polska prowadziła politykę dobrej
      woli, na którą, to prawda, nie zawsze znajdowała odpowiedź po drugiej stronie
      granicy. Jednak ta polityka przyniosła dobre skutki - mimo ogromnych rachunków
      krzywd w XX wieku na linii Polska - Ukraina i Polska - Litwa nie ma dziś
      żadnych zaognionych kwestii, które wciąż wracają choćby w czworokącie Słowacja -
      Węgry - Rumunia - Ukraina, nie mówiąc już o dawnej Jugosławii.

      Jej wartość widać zaś najciekawiej tam, gdzie poniosła jedyną porażkę - w
      przypadku Białorusi. Jedynego partnera gotowego podjąć współpracę z Polską w
      duchu programu "Kultury" paryskiej mieliśmy w demokratycznych siłach przelotnie
      rządzących Białorusią w latach 1992-95. Późniejsza polityka Łukaszenki polegała
      na zawróceniu kraju z prozachodniej orientacji przyjętej przez Litwę i Ukrainę.
      Tym samym okazało się, że dla krajów powstałych z dawnej Rzeczypospolitej
      Obojga Narodów droga do demokratycznej wspólnoty europejskiej prowadzi przez
      przyjazną współpracę w duchu, jaki zaproponowała Polska natychmiast po
      odzyskaniu niepodległości. Alternatywą jest dyktatura szukająca oparcia w Rosji.


      Ostatni rozdział Snyder zatytułował "Powrót do Europy". Gdy pisał swoją książkę
      pięć lat temu, nie mógł jeszcze wiedzieć, jak niespodziewaną puentę do jego
      opowieści napisze samo życie - zgaduję, że na wieść o przyznaniu Polsce i
      Ukrainie Euro 2012 duchy Jerzego Giedroycia i Józefa Piłsudskiego otworzyły w
      zaświatach szampana.


      Źródło: Gazeta Wyborcza

      --
      Eliot
    • Kilkadziesiąt lat po Powstaniu Styczniowym - końcówka XIX - poczatek
      XX w. Daleka Witebszczyzna. Wspomina Józef Łobodowski ["Wiadomości"
      nr 4 23 (949) z dn. 7.06.1964 r. : "Koncepcje wschodnie
      Piłsudskiego"]:

      "JŁ: I kilkadziesiąt lat po powstaniu (z 1963 r.) tradycja dawnej
      Rzeczypospolitej żyła wśród ludzi i objawiała się w najbardziej
      nieraz niespodziewanych okolicznościach. Tak się złożyło, że
      powierzono mi opracowanie do druku pamiętników Jełowieckiego.
      Natrafiłem w nim na spotkanie, które idealnie odpowiada temu, co
      mówi Piłsudski [...]. Jełowiecki wielokrotnie słyszał o
      słynnym "miedwieżatniku", czyli myśliwym na niedźwiedzie imieniem
      Nikifor. Na pytanie czy zabił kiedyś niedźwiedzia w barłogu, Nikifor
      zaprzeczył z oburzeniem [...]. <<To tylko, jak słyszałem , Moskale w
      wołogodzkiej guberni tak robią i nawet niedźwiedzice z małymi
      mordują, ale u nas w Polszcze takich podleców nie ma>>. Jełowiecki
      zdziwił się, gdyż Nikifor mówił wyłącznie po rosyjsku. << Nie,
      Panie - odpowiedział - my tu nie Ruskie, my witebskie Poljaki, a
      Moskale mieszkają po tamtej stronie granicy, w pskowskiej guberni.
      My nie chłopstwo, my wolni włościanie, nadzieleni ziemią jeszcze
      przez polskiego króla, Stiepana Batorija>>. Oczywista - pisze
      Łobodowski - że we wszystkich tych wypadkach słowo <<Polska>>,
      <<Polszcza>> oznaczało nie naród, lecz państwo, dawną
      Rzeczpospolitą".

      -------------------------
      To właśnie było w tym najciekawsze, że to poczucie wspólnoty
      przetrwało kilkaset lat i to na samym dole społecznej drabiny.
      --
      Eliot
    • www.rp.pl/artykul/61991,180354_Zobaczyc_Kresy_.html

      Zobaczyć Kresy
      Grzegorz Górny 23-08-2008, ostatnia aktualizacja 23-08-2008 07:33
      Bez poznania historii i dziedzictwa dawnych ziem wschodnich
      Rzeczypospolitej nie będziemy w stanie zrozumieć samych siebie -
      pisze Grzegorz Górny


      źródło: Rzeczpospolita
      Nowogródek na XIX-wiecznej litografii według rysunku Napoleona Ordy

      źródło: BEW
      Zamek w Podhorcach

      źródło: PAP
      Ostra Brama w Wilnie; autor zdjęcia: Remigiusz Sikora
      +zobacz więcejW „Eseju o duszy polskiej” Ryszard Legutko pisze o
      pewnym zerwaniu ciągłości historycznej, jakie nastąpiło w Polsce po
      1945 r. Jednym z jego elementów była utrata ziem nazywanych Kresami.
      Na mocy porozumień zawartych w Jałcie i Poczdamie Polska
      wydziedziczona została z ponad połowy swojego przedwojennego
      terytorium. Aż 52 proc. powierzchni II RP znalazło się poza
      granicami PRL. Były to ziemie szczególnie ważne dla formowania się
      polskiej tożsamości narodowej.


      Urwany obwarzanek

      W czasach nowożytnych największy wpływ na kształtowanie narodowej
      świadomości miała literatura. Na zbiorową wyobraźnię Polaków w
      największym stopniu oddziaływały zaś „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza
      i „Trylogia” Henryka Sienkiewicza. Nie jest przypadkiem, że akcja
      tych utworów rozgrywa się na ziemiach nazywanych Kresami: na Litwie,
      Białorusi i na Ukrainie. O żywotności obu dzieł świadczy sukces ich
      kinowych ekranizacji dokonanych przez Andrzeja Wajdę i Jerzego
      Hoffmana. Wyobraźnia narodowa Polaków ukształtowana została w dużej
      mierze przez pejzaże kresowe, ukraińskie stepy, litewskie bory,
      poleskie bagna, podwileńskie rojsty, naddnieprzańskie brzegi. To na
      tych ziemiach toczy się akcja „Konrada Wallenroda”, „Księdza
      Marka”, „Nie-boskiej komedii”, „Zamku kaniowskiego” i wielu innych
      XIX-wiecznych utworów, w których ciągle powracają pytania związane z
      naszym bytem narodowym i historycznymi dramatami.

      Z terenami tymi związane były życie i twórczość takich osobowości,
      jak Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Joachim Lelewel, Seweryn
      Goszczyński, Aleksander Fredro, Mieczysław Karłowicz, Marian
      Zdziechowski. To właśnie tam znajdują się magiczne miejsca polskiej
      literatury, takie jak Drohobycz Brunona Schulza czy Huculszczyzna
      Stanisława Vincenza.

      Także dla pisarzy powojennych ziemie te stanowią nieustanny punkt
      odniesienia, by wspomnieć Tadeusza Konwickiego, Włodzimierza
      Odojewskiego i Juliusza Stryjkowskiego. Wielkie Księstwo Litewskie
      jeszcze długo po tym, jak przestało istnieć, nadal pozostawało małą
      ojczyzną i Czesława Miłosza czy Józefa Mackiewicza. Lwów natomiast
      jako miasto rodzinne pojawia się w twórczości Józefa Wittlina,
      Zbigniewa Herberta, Adama Zagajewskiego i Stanisława Lema.

      Polscy artyści często wywodzili się z warstwy ziemiańskiej i w
      dworkach, w których się wychowywali, mieli piastunki wywodzące się z
      rusińskiego lub białoruskiego ludu. To one w dzieciństwie opowiadały
      im ludowe bajki i przekazy, nasycając wyobraźnię artystyczną młodych
      paniczów wschodnim folklorem. Mickiewiczowskie „Ballady i romanse”
      czy „Dziady” są tego najlepszym przykładem.

      W murach dawnego klasztoru Bazylianów w Wilnie znajdują się cele, w
      których odsiadywali wyroki filomaci i filareci, z Mickiewiczem na
      czele, a wśród nich cela, w której dokonała się przemiana Gustawa w
      Konrada. W tym samym mieście w kościele akademickim obejrzeć można
      galerię sław uniwersytetu założonego przez Stefana Batorego, z
      pierwszym rektorem, największym kaznodzieją w dziejach
      Rzeczypospolitej Piotrem Skargą. We Lwowie znajduje się katedra, w
      której król Jan Kazimierz składał śluby, i unikatowa kolekcja
      malarstwa polskiego z płótnami Grottgera, Matejki, Malczewskiego,
      Wyspiańskiego, Weissa, Wojtkiewicza, Wyczółkowskiego. Takich miejsc
      związanych z historią i kulturą Polski jest na Wschodzie znacznie
      więcej, by wspomnieć tylko Brześć, Grodno, Berdyczów, Krzemieniec,
      Nowogródek, Stanisławów czy Tarnopol.

      Józef Piłsudski, pochodzący z Wileńszczyzny, powiedział: „Polska
      jest jak obwarzanek. Wszystko, co najlepsze, znajduje się na jej
      brzegach”. Po II wojnie światowej wschodnie brzegi zostały urwane.


      --
      Eliot
      • Raj dla Żydów i heretyków

        U trata Kresów oznaczała amputację pewnej części polskiego
        dziedzictwa i świadomości historycznej. Uczyniła wielką wyrwę w
        pojmowaniu przez Polaków własnych dziejów i tożsamości. Sprzyjał
        temu okres PRL z fałszowaniem historii i wymuszonym milczeniem na
        temat tych terytoriów.Dziś, po upadku komunizmu, wielu historyków i
        publicystów podkreśla, że tym okresem w naszych dziejach, do którego
        powinniśmy się odwoływać, by sięgać po wzorce pozytywne, jest
        Rzeczpospolita Jagiellonów.

        W czasach jagiellońskich Polska była stawiana innym krajom za wzór
        do naśladowania przez takich myślicieli, jak Michel de Montaigne czy
        Erazm z Rotterdamu, który pisał wprost: „Polonia mea est”. Żydzi,
        wypędzeni z większości krajów Europy Zachodniej, bezpieczne
        schronienie oraz najlepsze warunki pomyślnego rozwoju znaleźli
        właśnie w Rzeczypospolitej, którą nazwali Paradis Judeorum (Rajem
        dla Żydów). Tu cieszyli się takimi przywilejami, jakich nie mieli w
        innych państwach, i stworzyli unikatowy w skali ówczesnego
        kontynentu własny samorząd.

        Gdy Francja pogrążała się w bratobójczych walkach po krwawej nocy
        św. Bartłomieja, Polacy podczas konfederacji warszawskiej
        proklamowali tolerancję religijną. Nic dziwnego, że Rzeczpospolita
        nazywana była wtedy także Paradis hereticorum (Rajem dla heretyków),
        gdyż innowiercy cieszyli się u nas wolnością religijną.

        Ów tolerancyjny charakter Rzeczypospolitej związany był w dużej
        mierze z charakterem polskiego katolicyzmu, który choć był
        dynamiczny i misyjny, unikał jednak środków przymusu i opierał się
        na poszanowaniu wolności. To właśnie delegacja polska, z Pawłem
        Włodkowicem na czele, wywarła duży wpływ na obrady Soboru w
        Konstancji (1414 – 1418), głosząc, że „wiara ma nie być z przymusu”
        i sprzeciwiając się idei oraz praktyce nawracania pogan na
        chrześcijaństwo metodami siłowymi.

        To nie Wolter w swym „Traktacie o tolerancji”, lecz Jan Zamoyski w
        polskim sejmie oświadczył innowiercom, że dałby sobie rękę obciąć za
        ich nawrócenie, lecz dałby drugą rękę, gdyby miano im zadać gwałt.
        Nie znaczy to, że był obojętny religijnie – podczas pochodów na
        Wschód Stefana Batorego patronował zakładaniu kolegiów jezuickich,
        które stały się żywymi centrami ewangelizacji. Drogi Polski i
        Zachodu rozeszły się jednak, gdyż Rzeczpospolita odrzuciła
        barbarzyńską zasadę „cuius regio, eius religio”, która zdominowała
        wówczas życie publiczne na Zachodzie. Spadkobiercą tej polskiej
        tradycji był w XX wieku Karol Wojtyła, który podczas Soboru
        Watykańskiego II tworzył deklarację o wolności
        religijnej „Dignitatis humanae”. Znalazło się w niej znamienne
        zdanie: „prawda nie inaczej się narzuca jak tylko siłą samej prawdy,
        która wnika w umysły jednocześnie łagodnie i silnie”.


        Demokracja kontra tyrania

        W czasach jagiellońskich Rzeczpospolita stworzyła odrębny projekt
        cywilizacyjny rywalizujący na Wschodzie z projektem moskiewskim.
        Wśród elit rosyjskich XVII wieku kultura polska była szalenie
        popularna. Język polski był wówczas wręcz obowiązujący na dworze
        moskiewskim. Kręgi bojarskie i mieszczańskie chętnie przyjmowały
        polskie obyczaje, mody, literaturę i sztukę.

        Ta fascynacja wynikała z faktu, że polska demokracja szlachecka była
        dla części bojarów i mieszczan bardziej atrakcyjna niż azjatycka
        satrapia carów. Nieprzypadkowo powstało w Moskwie „stronnictwo
        polskie”, które dążyło do unii z Rzecząpospolitą, a po jego upadku
        wiele ruskich rodów (jak Massalscy, Mścisławscy czy Szachowscy)
        wyemigrowało do Polski, przedkładając wolność nad tyranię. Koniec
        wpływów polskich w Moskwie zbiegł się ze zniszczeniem warstwy, która
        mogła stanowić alternatywę dla carskiego despotyzmu.

        Wyrazem owej wolnościowej wizji, która miała tak wielką siłę
        przyciągania, może być chociażby tekst unii polsko-litewskiej w
        Horodle (1413), który zaczyna się od słów: „Nie dozna łaski
        zbawienia, kogo nie wesprze miłość. Ona jedna nie działa marnie:
        promienna sama w sobie, gasi zawiści, uśmierza swary, użycza
        wszystkim pokoju, skupia, co się rozpierzchło, podźwiga, co upadło,
        wygładza nierówności, prostuje krzywe, wszystkim pomaga, nie obraża
        nikogo, a ktokolwiek się schroni pod jej skrzydła, ten znajdzie
        bezpieczeństwo i nie ulegnie niczyjej groźbie. Miłość tworzy prawa,
        włada państwami, urządza miasta, wiedzie stany Rzeczypospolitej ku
        najlepszemu końcowi, a kto nią pogardzi, ten wszystko utraci.
        Dlatego też my wszyscy zebrani, prałaci, rycerstwo i szlachta, chcąc
        spocząć pod puklerzem miłości i przejęci pobożnym ku niej uczuciem,
        niniejszym dokumentem stwierdzamy, że łączymy i wiążemy nasze domy i
        pokolenia, nasze rody i herby…”.

        Ten akt unii „wolnych z wolnymi, równych z równymi” fascynował i
        przyciągał innych. W 1454 roku stany pruskie, gdzie dominowała
        ludność czysto niemiecka, wypowiedziały posłuszeństwo zakonowi
        krzyżackiemu i zwróciły się o przyłączenie do Rzeczypospolitej. W
        1561 roku o to samo poprosiły Polskę zniemczone Inflanty. Nasz model
        republikański pociągał wielu bardziej niż rosyjskie samodzierżawie
        czy niemiecki absolutyzm.

        Dalekie echa owego projektu wolnościowego, skierowanego do ludów
        znajdujących się pod jarzmem tyranii, odnaleźć można w „Posłaniu do
        ludzi pracy Europy Wschodniej”, jakie we wrześniu 1981 r.
        wystosowali delegaci na I Zjazd „Solidarności” w Gdańsku.


        --
        Eliot
        • Poznawać zmysłami

          Swego czasu Piotr Semka zauważył, że polskiej młodzieży trudno
          będzie zrozumieć nasze dzieje, jeśli nie będzie jeździć za naszą
          wschodnią granicę, by zwiedzać i oglądać ślady dawnej polskiej
          świetności. Nieznajomość bowiem własnej historii grozi tym, że nie
          będziemy w stanie zrozumieć samych siebie. A dzieje Polski
          jagiellońskiej są nierozerwalnie związane ze Wschodem.

          Podróżując na Kresy, możemy pojąć w sposób zmysłowy to, co do tej
          pory dostępne było dla nas tylko intelektualnie. Nic nie zastąpi
          bezpośredniego obcowania i odczuwania, dzięki którym lepiej możemy
          poznać genius loci naszych przodków. Co innego przeczytać, że kogoś
          zauroczyły stepy, a co innego samemu poczuć to zauroczenie.

          Dopiero zwiedzając Lwów, miasto czterech katedr (rzymskokatolickiej,
          greckokatolickiej, prawosławnej i ormiańskiej), możemy się
          przekonać, czym była wielowyznaniowa rzeczywistość Rzeczypospolitej.
          Pielgrzymując do greckokatolickich sanktuariów w Zarwanicy, Hoszowie
          czy Uniowie, możemy zobaczyć żywotność największego projektu
          ekumenicznego w dziejach mającego pojednać prawosławny Wschód z
          katolickim Zachodem – unii, która narodziła się na Kresach, w
          Brześciu Litewskim.

          Po II wojnie światowej Polska stała się krajem niemal
          jednoetnicznym. Na jej terenach zabrakło nie tylko licznych
          mniejszości, ale nawet materialnych śladów ich obecności. Na
          przykład, żeby zapoznać się z zabytkami Ormian polskich, którzy
          przez wiele stuleci tworzyli u nas ważną i wpływową diasporę, należy
          pojechać na Ukrainę: do Lwowa, Kamieńca Podolskiego, Truskawca,
          Jazłowca, Śniatynia czy Kut nad Czeremoszem. Kto chce zobaczyć
          karaimską świątynię – kienessę – musi jechać do Trok na Litwie.

          Na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej powstał też chasydyzm –
          wyjątkowy ruch odnowy religijnej w łonie judaizmu. Tam też pozostało
          wiele związanych z nim miejsc, jak choćby Okopy św.Trójcy, gdzie
          urodził się twórca chasydyzmu Baal Szem Tow, Międzybuż, gdzie został
          pochowany, a gdzie urodził się jego prawnuk, wielki mistyk Nachman z
          Bracławia, czy Humań, gdzie co roku na grób tego ostatniego, na
          święto Rosz ha-Szana zjeżdżają się tysiące chasydów z całego świata.
          Miejsca te stały się turystycznymi atrakcjami mijającego lata, po
          tym jak piosenkarka Madonna, zafascynowana obecnie kabałą, wyznała,
          że jej marzeniem jest podróż na Ukrainę i odwiedzenie grobów
          tamtejszych cadyków.


          To nie kraina umarłych

          Dopiero stojąc na murach zamku w Chocimiu i spoglądając na
          przeciwległy brzeg Dniestru lub wdrapując się na basztę
          Wołodyjowskiego w twierdzy kamienieckiej, można odczuć – właśnie
          odczuć, a nie tylko zrozumieć – co to znaczy, że Polska była
          przedmurzem chrześcijańskiej Europy przed najazdami Turków. Świadczy
          o tym chociażby katedra rzymskokatolicka w Kamieńcu Podolskim. Kiedy
          w 1672 r. miasto znalazło się pod okupacją turecką, Osmanowie
          zamienili katedrę w meczet, do którego dobudowali minaret. Kiedy po
          27 latach Polacy wrócili na te ziemie, nie zburzyli minaretu, lecz
          na jego szczycie ustawili złotą figurę Maryi depczącej stopami
          półksiężyc. Do dziś z daleka widać złotą poświatę wokół głowy Matki
          Boskiej otoczonej wieńcem z 12 gwiazd.

          Na Wschodzie pozostało wiele miejsc kultu maryjnego, by wspomnieć
          chociażby Ostrą Bramę w Wilnie. Jedną z najczęściej odwiedzanych
          przez Polaków świątyń jest też wileńskie sanktuarium Bożego
          Miłosierdzia (dawny kościół Świętej Trójcy) ze słynnym obrazem
          namalowanym według wskazówek św. Faustyny Kowalskiej. Wydaje się
          zresztą, że Kościół jest jedną z niewielu instytucji w Polsce, którą
          dbają o utrzymywanie żywych kontaktów ze Wschodem. Przykładem są
          liczne pielgrzymki do miejsc związanych z katolickimi świętymi,
          których losy złączone były z tymi ziemiami, m.in. z Janem z Dukli,
          Andrzejem Bobolą, Jozafatem Kuncewiczem.

          Wiele osób przyjeżdża dziś na Kresy, by odwiedzić groby swoich
          bliskich. W pobliżu każdego niemal większego miasta, najczęściej w
          okolicznym lesie, znajduje się miejsce straceń, w którym hitlerowcy
          mordowali miejscowe elity i ludność żydowską. To m.in. Ponary pod
          Wilnem, Wzgórza Wuleckie pod Lwowem, Las Bronowicki pod Drohobyczem,
          Czarny Las pod Stanisławowem. Na Wołyniu i w Galicji są też setki
          miejscowości, które stały się miejscami kaźni kilkudziesięciu
          tysięcy Polaków zamordowanych przez ukraińskich nacjonalistów w 1943
          i 1944 roku. Jest także wiele miejsc martyrologii ludności polskiej
          zabitej przez Sowietów, by wspomnieć tylko Łukiszki w Wilnie czy
          Zamarstynów i Brygidki we Lwowie.

          Niektórzy Polacy traktują z tego powodu wizyty na Wschodzie jak
          podróż do krainy umarłych, do świata, który już nie istnieje. Trochę
          przypomina to odczucia żydowskiej młodzieży, która przybywa do
          naszego kraju na wycieczki w ramach Holocaust tour i postrzega potem
          Polskę jak jedno wielkie cmentarzysko Żydów.

          Tymczasem Polacy nadal żyją na Ukrainie, Białorusi, Litwie i Łotwie,
          pielęgnują swoją tożsamość, tworzą organizacje, wydają gazety,
          prowadzą działalność społeczną i kulturalną. Warto jeździć na Wschód
          nie tylko po to, by się stykać ze śladami polskości, ale także z
          samymi Polakami. By zapoznać się z ich doświadczeniem zachowania
          chrześcijańskiej wiary i świadomości narodowej w warunkach ustroju,
          który w porównaniu z wprowadzonym w Polsce był o wiele bardziej
          okrutny i bezwzględny. W podwileńskich wioskach do dziś zresztą
          zachowały się tradycyjne obyczaje weselne, pogrzebowe, które w
          Polsce już dawno zanikły, a tam są nadal żywe.


          --
          Eliot
          • Od unii do unii

            Podróże na Wschód to także dobra okazja, by spotkać się i zrozumieć
            Ukraińców, Białorusinów i Litwinów. Przez wiele stuleci nasi i ich
            przodkowie byli mieszkańcami tego samego państwa. Wielonarodowa
            Rzeczpospolita to nasze wspólne dziedzictwo. Wiktoria pod Grunwaldem
            w 1410 r. to triumf zarówno Polaków, jak i Litwinów. Niepodległa
            Białoruś, zanim do władzy doszedł Aleksander Łukaszenko, jako święto
            swego wojska obchodziła dzień zwycięskiej bitwy stoczonej w 1514 r.
            pod Orszą przez wojska Rzeczypospolitej pod wodzą księcia
            Konstantego Ostrogskiego. Dla Ukraińców z kolei ważnym wydarzeniem
            historycznym pozostaje udana obrona przed Turkami Chocimia w 1621
            r., którą dowodzili hetman Jan Karol Chodkiewicz i kozacki ataman
            Piotr Konaszewicz Sahajdaczny.

            Wiele narodów, dokonując strategicznych wyborów na przyszłość w
            obszarze geopolityki, odwołuje się do pewnych tradycji historycznych
            obecnych w ich dziejach. Jeśli Ukraińcy, Białorusini i Litwini,
            którzy przez wiele stuleci żyli we wspólnym organizmie państwowym
            zarządzanym przez Polaków lub Rosjan, nie chcą się wyrzec całkowicie
            swojej historii, mają do wyboru pielęgnować własne tradycje związane
            z Rzecząpospolitą albo z Imperium Rosyjskim. Nieprzypadkowo
            Łukaszenko, który wybrał opcję autorytarną i promoskiewską,
            rozpoczął na Białorusi walkę z symbolami i odniesieniami
            nawiązującymi do I Rzeczypospolitej.

            Z kolei na Litwie, gdzie zwyciężył kurs demokratyczny i zachodni,
            widać zwrot ku dziedzictwu Rzeczypospolitej. Chociaż nowoczesna
            tożsamość narodowa Litwinów kształtowała się w dużej mierze w
            opozycji wobec Polski oraz idei jagiellońskiej, jednak ostatnio
            widać, że tradycja ta wraca do łask. Przykładem może być wspólne
            świętowanie przez parlamenty Polski i Litwy rocznicy Konstytucji 3
            maja jako osiągnięcia obu narodów.

            Otwartą kwestią pozostaje wybór, jakiego dokonają Ukraińcy. Tradycja
            geopolityczna Bohdana Chmielnickiego, który walczył z Polską i
            zawarł ugodę z Moskwą, była z chęcią wykorzystywana w czasach
            komunistycznych i także dziś jest mocno eksploatowana przez kręgi
            prorosyjskie. Ma ona dużą nośność, ponieważ Chmielnicki pozostaje
            bohaterem narodowym dla wszystkich Ukraińców, niezależnie od ich
            orientacji politycznej. Z drugiej strony istnieje tradycja hetmana
            Iwana Mazepy i atamana Semena Petlury, którzy sprzymierzyli się z
            Rzecząpospolitą, by walczyć z Moskwą. Jeżeli Ukraińcy odrzucą
            rosyjski model i postawią na kierunek europejski, będzie to
            równoznaczne z wyborem tych tradycji, które dzielą z nami, a które
            łączą się z dziejami Rzeczypospolitej.

            O ile Imperium Rosyjskie rozrastało się metodą zbrojnych podbojów, o
            tyle drogę rozwoju Rzeczypospolitej stanowiło zawieranie unii. Był
            to sposób budowania jedności zarówno w sferze politycznej, czego
            przykładem polsko-litewskie traktaty unijne w Krewie, Horodle i
            Lublinie, jak w sferze religijnej, o czym świadczy zawarcie unii
            brzeskiej. Dziś Polska znajduje się w innego rodzaju Unii. Włoski
            filozof i polityk Rocco Buttiglione podaje jednak Rzeczpospolitą
            jagiellońską jako najlepszy przykład głębokiej i udanej
            koegzystencji narodów i kultur, z którego wzorców powinna czerpać
            Unia Europejska.

            Warto więc jeździć na ziemie zwane Kresami. Nie tylko po to, by
            zanurzyć się w przeszłości. Ale także, by wiedzieć, jaką przyszłość –
            i dlaczego – wybrać.

            Autor jest publicystą, współzałożycielem i redaktorem naczelnym
            kwartalnika „Fronda”

            Rzeczpospolita

            --
            Eliot

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Okazje.info.pl

Bestsellery

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.