Dodaj do ulubionych

Rzeczpospolita...

16.03.04, 10:27
Gdzieś w okolicach Bramy Smoleńskiej w początkach XX wieku...

"W pewnej chwili, gdy przejeżdżali jakiś mostek, woźnica obrócił się ku niemu
i rzekł, wskazując biczyskiem na strumyk biegnący pod mostkiem: 'A wot
ciapier my prajechali u Polszczu'. 'Polszcza' była pojęciem szerszym od
Wielkiego Księstwa Litewskiego czy Korony. W słownictwie ludowym oznaczałą
Rzeczpospolitę. W ludzie zachowałą się aż do XX wieku pamięć o granicy
pomiędzy Rosją a Rzeczpospolitą sprzed rozbiorów."
(...)

K. Okulicz, Brzask, dzień i zmierzch na ziemiach Litwy historycznej. Szkic
historyczno-publicystyczny.
w: Pamiętnik Wileński, Londyn 1972.

O siebie tylko dodam, że Smoleńsk odpadł od Rzeczpospolitej już w połowie
XVII w., chociaż formalnie dopiero po rozejmie w Andruszowie (1667) i po
pokoju Grzymułtowskiego (1686). Mimo tego w początach XX wieku (przed
rewolucja 1917 roku oczywiście) na 75 tys mieszkańców żyło tu jescze ok 5 000
Polaków...
Ukłony
--
Eliot
Edytor zaawansowany
  • 16.03.04, 19:49
    Dzięki eliot. Ze swojej strony mogę dodać że gdy ziemia smolenska przeszła do
    państwa moskiewskiego po rozejmie andruszowskim, to tamtejsza szlachta przyjęła
    zwierzchnictwo moskiewskie,zachowując majątki i pamięć o polskim pochodzeniu.
    Wielu przyjęło prawosławie. Ze Smoleńszczyzny wywodził się m.in. sławny
    podróżnik Przewalski, któremu później przypisano ojcowstwo samego Stalina. Po
    przyjrzeniu XIX-wiecznym księgom szlachty z guberni smoleńskiej okazuje się że
    w środkowych i zachodnich powiatach przeważają polskie nazwiska , we wschodniej
    (z miastem Wiaźma, odpadłej od państwa polsko-litewskiego pod koniec XVw.) -
    nazwiska rosyjskie. Dzięki silnym wpływom szlachty aż do rewolucji można było
    traktować Smoleńszczyznę jako część historycznej Polski.Ale nie było to tak
    oczywiste jak w przypadku guberni mohylewskiej czy witebskiej.
  • 17.03.04, 16:15
    l4l0 napisał:

    > Dzięki eliot. Ze swojej strony mogę dodać że gdy ziemia smolenska przeszła do
    > państwa moskiewskiego po rozejmie andruszowskim, to tamtejsza szlachta
    przyjęła
    >
    > zwierzchnictwo moskiewskie,zachowując majątki i pamięć o polskim
    pochodzeniu.
    > Wielu przyjęło prawosławie. Ze Smoleńszczyzny wywodził się m.in. sławny
    > podróżnik Przewalski, któremu później przypisano ojcowstwo samego Stalina. Po
    > przyjrzeniu XIX-wiecznym księgom szlachty z guberni smoleńskiej okazuje się
    że
    > w środkowych i zachodnich powiatach przeważają polskie nazwiska , we
    wschodniej
    >
    > (z miastem Wiaźma, odpadłej od państwa polsko-litewskiego pod koniec XVw.) -
    > nazwiska rosyjskie. Dzięki silnym wpływom szlachty aż do rewolucji można było
    > traktować Smoleńszczyznę jako część historycznej Polski.Ale nie było to tak
    > oczywiste jak w przypadku guberni mohylewskiej czy witebskiej.


    To jeszcze mały cytacik ze wspomnień księdza Józefata Żyskara ('Polacy w
    rozproszeniu. Wspomnienie z pietnastu lat kapłaństwa w Cesarstwie, Petersburg
    1909)
    Cytacik dotyczy ponownie Smoleńska:
    "Czasem doprawdy myslałem, ze jestem w kraju rodzinnym - tyle słyszałem tam
    mowy polskiej. Wspaniały kościół, niedawno zbudowany, kompletnie bywa
    przepełniony modlącymi się. (...) Widzimy tu i chłopka naszego i szlachcica z
    zawiesistymi wąsami, a nieraz w łapciach na nogach i charakterystyczne
    szlachcianki w tanich kapeluszach i perkalowych sukienkach. Stoją tam i skromne
    kałamaszki szlacheckie, jednym słowem, widok ten przenosi nas do jednej z
    guberni sąsiednich litewskich, przy kościółku wiejskim. (...)"

    Ale była tez i druga strona tej sielanki, codzienne zycie skłaniało wielu do
    wynaradawiania się:
    w Smoleńsku: "kultura i zwyczaje rosyjskie szerzą sie gwałtownie i wypierają
    polskie, są tu tacy, co wcale nie znaja ojczystek mowy i nie chcą jej poznać"
    (wychodząca w Wilnie "Pobudka" nr 6 z 1910 roku)
    Także Wacław Lednicki wspomina w swoich pamiętnikach (T.1, Londyn 1963) z czasów
    przedrewolucyjnych o niektórych rodzinach szlacheckich:
    "które w Smoleńszczyźnie należały do klanu rosyjskiego, zaś ich krewni z
    Mohylewszczyzny czy Mińszczyzny polskość swoją zachowały"

    Pozdr.
    --
    Eliot
  • 18.03.04, 00:00
    eliot napisał:

    > Gdzieś w okolicach Bramy Smoleńskiej w początkach XX wieku...
    >
    > "W pewnej chwili, gdy przejeżdżali jakiś mostek, woźnica obrócił się ku niemu
    > i rzekł, wskazując biczyskiem na strumyk biegnący pod mostkiem: 'A wot
    > ciapier my prajechali u Polszczu'. 'Polszcza' była pojęciem szerszym od
    > Wielkiego Księstwa Litewskiego czy Korony. W słownictwie ludowym oznaczałą
    > Rzeczpospolitę. W ludzie zachowałą się aż do XX wieku pamięć o granicy
    > pomiędzy Rosją a Rzeczpospolitą sprzed rozbiorów."
    > (...)
    >
    > K. Okulicz, Brzask, dzień i zmierzch na ziemiach Litwy historycznej. Szkic
    > historyczno-publicystyczny.
    > w: Pamiętnik Wileński, Londyn 1972.
    >
    > O siebie tylko dodam, że Smoleńsk odpadł od Rzeczpospolitej już w połowie
    > XVII w., chociaż formalnie dopiero po rozejmie w Andruszowie (1667) i po
    > pokoju Grzymułtowskiego (1686). Mimo tego w początach XX wieku (przed
    > rewolucja 1917 roku oczywiście) na 75 tys mieszkańców żyło tu jescze ok 5 000
    > Polaków...
    > Ukłony


    Witam!

    Ciekawe, że to samo opowiadał Wańkowicz chyba w "Kraju lat dziecinnych..."

    Chcesz więcej, klinij tu:MLM, biznes po godzinach...  Katalog Oriflame
    Pozdrawiam i zapraszam!
  • 26.03.04, 11:09
    1szylider napisał:

    > eliot napisał:
    >
    > > Gdzieś w okolicach Bramy Smoleńskiej w początkach XX wieku...
    > >
    > > "W pewnej chwili, gdy przejeżdżali jakiś mostek, woźnica obrócił się ku ni
    > emu
    > > i rzekł, wskazując biczyskiem na strumyk biegnący pod mostkiem: 'A wot
    > > ciapier my prajechali u Polszczu'. 'Polszcza' była pojęciem szerszym od
    > > Wielkiego Księstwa Litewskiego czy Korony. W słownictwie ludowym oznaczałą
    >
    > > Rzeczpospolitę. W ludzie zachowałą się aż do XX wieku pamięć o granicy
    > > pomiędzy Rosją a Rzeczpospolitą sprzed rozbiorów."
    > > (...)
    > >
    > > K. Okulicz, Brzask, dzień i zmierzch na ziemiach Litwy historycznej. Szkic
    >
    > > historyczno-publicystyczny.
    > > w: Pamiętnik Wileński, Londyn 1972.
    > >
    > > O siebie tylko dodam, że Smoleńsk odpadł od Rzeczpospolitej już w połowie
    > > XVII w., chociaż formalnie dopiero po rozejmie w Andruszowie (1667) i po
    > > pokoju Grzymułtowskiego (1686). Mimo tego w początach XX wieku (przed
    > > rewolucja 1917 roku oczywiście) na 75 tys mieszkańców żyło tu jescze ok 5
    > 000
    > > Polaków...
    > > Ukłony
    >
    >
    > Witam!
    >
    > Ciekawe, że to samo opowiadał Wańkowicz chyba w "Kraju lat dziecinnych..."

    Tak bywa ze wspomnieniami jak widać! Szkoda, że go nie zacytowałeś...

    --
    Eliot
  • 26.03.04, 14:54
    eliot napisał:

    > 1szylider napisał:
    >
    > > eliot napisał:
    > >
    > > > Gdzieś w okolicach Bramy Smoleńskiej w początkach XX wieku...
    > > >
    > > > "W pewnej chwili, gdy przejeżdżali jakiś mostek, woźnica obrócił się
    > ku ni
    > > emu
    > > > i rzekł, wskazując biczyskiem na strumyk biegnący pod mostkiem: 'A wo
    > t
    > > > ciapier my prajechali u Polszczu'. 'Polszcza' była pojęciem szerszym
    > od
    > > > Wielkiego Księstwa Litewskiego czy Korony. W słownictwie ludowym ozna
    > czałą
    > >
    > > > Rzeczpospolitę. W ludzie zachowałą się aż do XX wieku pamięć o granic
    > y
    > > > pomiędzy Rosją a Rzeczpospolitą sprzed rozbiorów."
    > > > (...)
    > > >
    > > > K. Okulicz, Brzask, dzień i zmierzch na ziemiach Litwy historycznej.
    > Szkic
    > >
    > > > historyczno-publicystyczny.
    > > > w: Pamiętnik Wileński, Londyn 1972.
    > > >
    > > > O siebie tylko dodam, że Smoleńsk odpadł od Rzeczpospolitej już w poł
    > owie
    > > > XVII w., chociaż formalnie dopiero po rozejmie w Andruszowie (1667) i
    > po
    > > > pokoju Grzymułtowskiego (1686). Mimo tego w początach XX wieku (przed
    >
    > > > rewolucja 1917 roku oczywiście) na 75 tys mieszkańców żyło tu jescze
    > ok 5
    > > 000
    > > > Polaków...
    > > > Ukłony
    > >
    > >
    > > Witam!
    > >
    > > Ciekawe, że to samo opowiadał Wańkowicz chyba w "Kraju lat dziecinnych..."
    >
    > Tak bywa ze wspomnieniami jak widać! Szkoda, że go nie zacytowałeś...
    >


    Sława!

    Może czerpali z tego samego źródła, a może Wańkowicz cytował go, bo chyba nie
    odwrotnie gdyż był późniejszy..

    Pozdrawiam i zapraszam na:
    Forum Słowiańskie
    nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
    www.pajacyk.pl
    Ignorant
    +++
  • 26.03.04, 15:57
    ignorant11 napisał:

    > Witam!
    > > >
    > > > Ciekawe, że to samo opowiadał Wańkowicz chyba w "Kraju lat dziecinnyc
    > h..."
    > >
    > > Tak bywa ze wspomnieniami jak widać! Szkoda, że go nie zacytowałeś...
    > >
    >
    >
    > Sława!
    >
    > Może czerpali z tego samego źródła, a może Wańkowicz cytował go, bo chyba nie
    > odwrotnie gdyż był późniejszy..
    >
    To też możliwe, inna sprawa, że wspomnienia bywaja podobne gdy dotycza tego
    samego obszaru.
    Pozdr.
    --
    Eliot
  • 26.03.04, 17:03
    eliot napisał:

    > ignorant11 napisał:
    >
    > > Witam!
    > > > >
    > > > > Ciekawe, że to samo opowiadał Wańkowicz chyba w "Kraju lat dziec
    > innyc
    > > h..."
    > > >
    > > > Tak bywa ze wspomnieniami jak widać! Szkoda, że go nie zacytowałeś...
    > > >
    > >
    > >
    > > Sława!
    > >
    > > Może czerpali z tego samego źródła, a może Wańkowicz cytował go, bo chyba
    > nie
    > > odwrotnie gdyż był późniejszy..
    > >
    > To też możliwe, inna sprawa, że wspomnienia bywaja podobne gdy dotycza tego
    > samego obszaru.
    > Pozdr.

    Sława!

    Możliwe, może jest krążaca w tamtych stronach anegdota..?

    Mówiąca tym silniej o tej prawdzie i sławie Rzeczypospolitej, że nawet po
    wiekach jeszcze pamiętają...

    Pozdrawiam i zapraszam na:
    Forum Słowiańskie
    nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
    www.pajacyk.pl
    Ignorant
    +++
  • 29.03.04, 11:21
    ignorant11 napisał:

    > eliot napisał:
    >
    > > ignorant11 napisał:
    > >
    > > > Witam!
    > > > > >
    > > > > > Ciekawe, że to samo opowiadał Wańkowicz chyba w "Kraju lat
    > dziec
    > > innyc
    > > > h..."
    > > > >
    > > > > Tak bywa ze wspomnieniami jak widać! Szkoda, że go nie zacytował
    > eś...
    > > > >
    > > >
    > > >
    > > > Sława!
    > > >
    > > > Może czerpali z tego samego źródła, a może Wańkowicz cytował go, bo c
    > hyba
    > > nie
    > > > odwrotnie gdyż był późniejszy..
    > > >
    > > To też możliwe, inna sprawa, że wspomnienia bywaja podobne gdy dotycza teg
    > o
    > > samego obszaru.
    > > Pozdr.
    >
    > Sława!
    >
    > Możliwe, może jest krążaca w tamtych stronach anegdota..?
    >
    > Mówiąca tym silniej o tej prawdzie i sławie Rzeczypospolitej, że nawet po
    > wiekach jeszcze pamiętają...
    >
    Pewnie tak. Tka długo jak układ społeczny nie został naruszony (przez rewolucje
    1917 r.)tak długo świadomośc społeczna konserwowała pamięć o Rzeczypospolitej...
    Pozdr.
    --
    Eliot
  • 26.03.04, 11:24
    Dyneburg - stolica polskich Inflant... obecnie Daugavpils, dawniej Dźwińsk,
    niemieckie Duenaburg:
    "Przedmieścia były zamieszkałe przważnie przez ludnośc mówiącą po polsku,
    która napłynęła z różnych części dawnego Wielkiego Księstwa Litewskigo oraz
    Inflant. We wschodniej części miasta, za torami kolei Rygo-Orłowskiej, powstała
    na przełomie stulecia zupełnie nowa, prawie całkowicie polska dzielnica, zwana
    Nowoje Strojenie. Zamieszkiwali tam przeważnie drobni urzednicy, pracownicy
    rozmaitych firm handlowych, technicy, kwalifikowani robotnicy z warsztatów
    kolejowych, maszyniści kolejowi, drobni przedsiębiorcy. Ludność ta w dużym
    stopniu pochodziła z drobnej szlachty spod Brasławia, Opsy, Jezioros
    (przemianowanych przez zaborców na Nowo-Aleksandrowsk), Połocka, Krasławia.
    Byli to często młodsi synowie, którzy w rezultacie działów rodzinnych musieli
    szukać sobie pracy w mieście" - wzięte z: S. Swianiewicz, "Dzieciństwo i
    młodość", W-wa 1996.
    Wedle Swianiewicza sama tylko ta dzielnica liczyła ok. 20 tys. mieszkańców, w
    ogromnej większości Polaków. Dla przypomnienia dodam tylko, że Dyneburg był
    historycznie (przed industrializacją) miastem niemieckim, tzn. zamieszkanym
    przez ludność niemieckojęzyczną.
    --
    Eliot
  • 30.03.04, 12:42
    Ryga odpadła od Rzeczypospolitej już w 1629 roku po rozejmie w Altmarku,
    potwierdził to pokój oliwski w 1660 roku. Miasto było w zasadzie
    niemieckojęzyczne. Jednak w końcu XIX wieku mieszkało tu ok. 24 tys. Polaków.
    Zamożne mieszczanstwo to w dalszym ciągu była ludność niemieckojezyczna. Polacy
    w większości byli robotnikami, rzemieślnikami itp. Przed 1905 rokiem działały w
    Rydze polskie stowarzyszenia: Rzymsko-Katolickie Towarzystwo Dobroczynności (ok
    400 członków), Stowarzyszenie Polskie "Auszra" (zał. w 1881 r., ok 130
    członków), Stowarzyszenie studentów Politechniki "Arkonia" (zał. w 1879 r.)-
    posiadalo duża jak na owe czasy bibliotekę, Stowarzyszenie "Welecja" (zał. w
    1883 r.) - też posiadało i prowadziło bibliotekę, Polskie Towarzystwo Wzajemnej
    Pomocy "Pszczoła" zał. w 1905 r. (tuż przed rewolucją). Rewolucja 1905 roku
    przyniosła rozkwit polskich organizacji i stowarzyszeń. Udało sie wprowadzić
    język polski w szkołach ryskich w dwóch pierwszych latach nauczania, Polskie
    Towarzystwo "Oświata" postawiło sobie za cel stworzenie polskiego systemu
    edukacyjnego na terenie całej Łotwy. Ryska "Oświata" utrzymywała trzy polskie
    szkoły elementarne, dwie ochronki, oraz kółka samokształceniowe, biblioteki
    itd. Juz w 1907 roku Towarzystwo Oświata" liczyło 1795 osób. Prezesem "Oświaty"
    został Władysław Lichtarowicz, sam rodem z Wileńszczyzny, wykształcony w
    Kijowie w Rydze osiadł w 1889 roku - to jakby symbol Polaka z Kresów
    Rzeczypospolitej...
    Inną ozdobą ryskiego środowiska polskiego był Gustaw Manteuffel (1832-1916) w
    Rydze mieszkał od przełomu lat 70/80 XIX wieku. Chociaż swoje główne prace
    publikował głównie w Warszawie, Krakowie, Lwowie czy Poznaniu (jak monumentalną
    pracę "Inflanty Polskie") to i w Rydze wydał w 1906 roku "Przewodnik po Rydze i
    jej okolicach".
    Również położony w obecnej Estonii Dorpat stał sie znaczącym ośrodkiem i
    skupiskiem Polaków, chociaż siłą rzeczy znacznie mniejszym...
    Działały tu polskie organizacje: korporacja "Polonia" (prowdziła znaczącą jak
    na owe czasy bibliotekę), oraz polskie towarzystwo "Lechicja". W Dorpacie
    studiowało wielu znamienitych Polaków jak: Józef Weyssenhoff, Wincenty
    Lutosławski, Andrzej Niemojewski, Gabriel Korbut...

    Tak to początek XX wieku zabłysnął ostanim swiatłem gasnącej Rzeczypospolitej...

    Pozdr.
    --
    Eliot
  • 30.03.04, 23:26
    eliot napisał:

    > Ryga odpadła od Rzeczypospolitej już w 1629 roku po rozejmie w Altmarku,
    > potwierdził to pokój oliwski w 1660 roku. Miasto było w zasadzie
    > niemieckojęzyczne. Jednak w końcu XIX wieku mieszkało tu ok. 24 tys. Polaków.
    > Zamożne mieszczanstwo to w dalszym ciągu była ludność niemieckojezyczna.
    Polacy
    >
    > w większości byli robotnikami, rzemieślnikami itp. Przed 1905 rokiem działały
    w
    >
    > Rydze polskie stowarzyszenia: Rzymsko-Katolickie Towarzystwo Dobroczynności
    (ok
    >
    > 400 członków), Stowarzyszenie Polskie "Auszra"


    ..ciekawa nazwa jak na polskie stowarzyszenie- ma znaczenie tylko w jęz.
    litewskim lub łotweskim. Po polsku tyle co jutrznia lub jutrzenka, a właściwue
    jutrza czyli dosł. gwiazda zaranna. O czym to świadczy? Tamtejsi Polacy
    uznawali się za prawdziwych gospodarzy tamtych ziem. Taki Roman Dmowski uznawał
    litewski i łotewski za języki polskie ale z racji pewnej odrębności za
    nienadające się do unifikacji (w przecieiweństwie do tzw. mniejszości
    słowianskich). Na konferencji w Wersalu zasługą Dmowskiego było przekazanie
    Kłajpedy Litwie gdyż nie sądził on że Polska pozwoli na oddzielenie się
    Żmudzinów,a port miałby strategiczne znaczenie dla Wilna czy Mińska. Niestety
    za sprawą piłsudczyzny stało się inaczej.




    > (zał. w 1881 r., ok 130
    > członków), Stowarzyszenie studentów Politechniki "Arkonia"




    bal Arkonji w Rydze, 1895
    www.arkonia.uw.edu.pl/Biul40/bal_arkonii.htm



    > (zał. w 1879 r.)-
    > posiadalo duża jak na owe czasy bibliotekę, Stowarzyszenie "Welecja" (zał. w
    > 1883 r.) - też posiadało i prowadziło bibliotekę, Polskie Towarzystwo
    Wzajemnej
    >
    > Pomocy "Pszczoła" zał. w 1905 r. (tuż przed rewolucją). Rewolucja 1905 roku
    > przyniosła rozkwit polskich organizacji i stowarzyszeń. Udało sie wprowadzić
    > język polski w szkołach ryskich w dwóch pierwszych latach nauczania, Polskie
    > Towarzystwo "Oświata" postawiło sobie za cel stworzenie polskiego systemu
    > edukacyjnego na terenie całej Łotwy. Ryska "Oświata" utrzymywała trzy polskie
    > szkoły elementarne, dwie ochronki, oraz kółka samokształceniowe, biblioteki
    > itd. Juz w 1907 roku Towarzystwo Oświata" liczyło 1795 osób.
    Prezesem "Oświaty"
    >
    > został Władysław Lichtarowicz, sam rodem z Wileńszczyzny, wykształcony w
    > Kijowie w Rydze osiadł w 1889 roku - to jakby symbol Polaka z Kresów
    > Rzeczypospolitej...
    > Inną ozdobą ryskiego środowiska polskiego był Gustaw Manteuffel (1832-1916) w
    > Rydze mieszkał od przełomu lat 70/80 XIX wieku. Chociaż swoje główne prace
    > publikował głównie w Warszawie, Krakowie, Lwowie czy Poznaniu (jak
    monumentalną
    >
    > pracę "Inflanty Polskie") to i w Rydze wydał w 1906 roku "Przewodnik po Rydze
    i
    >
    > jej okolicach".
    > Również położony w obecnej Estonii Dorpat stał sie znaczącym ośrodkiem i
    > skupiskiem Polaków, chociaż siłą rzeczy znacznie mniejszym...
    > Działały tu polskie organizacje: korporacja "Polonia" (prowdziła znaczącą jak
    > na owe czasy bibliotekę), oraz polskie towarzystwo "Lechicja". W Dorpacie
    > studiowało wielu znamienitych Polaków jak: Józef Weyssenhoff, Wincenty
    > Lutosławski, Andrzej Niemojewski, Gabriel Korbut...
    >
    > Tak to początek XX wieku zabłysnął ostanim swiatłem gasnącej
    Rzeczypospolitej..
    > .



    ..a Rosja carska okazała się bardziej tolerancyjna i sprzyjająca polskiem
    wpływom kulturowym niż międzywojenna Łotwa,oczywiście nie wspominając o Litwie,
    gdzie po kilkunastu latach niepodległości skonfiskowano prawie całą polską
    własność ziemską.
    www.uni.torun.pl/~zenkiewicz/Publikacje/wykaz.html



    >
    > Pozdr.

  • 31.03.04, 09:03
    l4l0 napisał:

    > eliot napisał:
    >
    > > Ryga odpadła od Rzeczypospolitej już w 1629 roku po rozejmie w Altmarku,
    > > potwierdził to pokój oliwski w 1660 roku. Miasto było w zasadzie
    > > niemieckojęzyczne. Jednak w końcu XIX wieku mieszkało tu ok. 24 tys. Polak
    > ów.
    > > Zamożne mieszczanstwo to w dalszym ciągu była ludność niemieckojezyczna.
    > Polacy
    > >
    > > w większości byli robotnikami, rzemieślnikami itp. Przed 1905 rokiem dział
    > ały
    > w
    > >
    > > Rydze polskie stowarzyszenia: Rzymsko-Katolickie Towarzystwo Dobroczynnośc
    > i
    > (ok
    > >
    > > 400 członków), Stowarzyszenie Polskie "Auszra"
    >
    >
    > ..ciekawa nazwa jak na polskie stowarzyszenie- ma znaczenie tylko w jęz.
    > litewskim lub łotweskim. Po polsku tyle co jutrznia lub jutrzenka, a
    właściwue
    > jutrza czyli dosł. gwiazda zaranna. O czym to świadczy? Tamtejsi Polacy
    > uznawali się za prawdziwych gospodarzy tamtych ziem. Taki Roman Dmowski
    uznawał
    >
    > litewski i łotewski za języki polskie ale z racji pewnej odrębności za
    > nienadające się do unifikacji (w przecieiweństwie do tzw. mniejszości
    > słowianskich). Na konferencji w Wersalu zasługą Dmowskiego było przekazanie
    > Kłajpedy Litwie gdyż nie sądził on że Polska pozwoli na oddzielenie się
    > Żmudzinów,a port miałby strategiczne znaczenie dla Wilna czy Mińska. Niestety
    > za sprawą piłsudczyzny stało się inaczej.
    >
    >
    >
    >
    > > (zał. w 1881 r., ok 130
    > > członków), Stowarzyszenie studentów Politechniki "Arkonia"
    >
    >
    >
    >
    > bal Arkonji w Rydze, 1895
    > www.arkonia.uw.edu.pl/Biul40/bal_arkonii.htm
    >
    >
    >
    > > (zał. w 1879 r.)-
    > > posiadalo duża jak na owe czasy bibliotekę, Stowarzyszenie "Welecja" (zał.
    > w
    > > 1883 r.) - też posiadało i prowadziło bibliotekę, Polskie Towarzystwo
    > Wzajemnej
    > >
    > > Pomocy "Pszczoła" zał. w 1905 r. (tuż przed rewolucją). Rewolucja 1905 rok
    > u
    > > przyniosła rozkwit polskich organizacji i stowarzyszeń. Udało sie wprowadz
    > ić
    > > język polski w szkołach ryskich w dwóch pierwszych latach nauczania, Polsk
    > ie
    > > Towarzystwo "Oświata" postawiło sobie za cel stworzenie polskiego systemu
    > > edukacyjnego na terenie całej Łotwy. Ryska "Oświata" utrzymywała trzy pols
    > kie
    > > szkoły elementarne, dwie ochronki, oraz kółka samokształceniowe, bibliotek
    > i
    > > itd. Juz w 1907 roku Towarzystwo Oświata" liczyło 1795 osób.
    > Prezesem "Oświaty"
    > >
    > > został Władysław Lichtarowicz, sam rodem z Wileńszczyzny, wykształcony w
    > > Kijowie w Rydze osiadł w 1889 roku - to jakby symbol Polaka z Kresów
    > > Rzeczypospolitej...
    > > Inną ozdobą ryskiego środowiska polskiego był Gustaw Manteuffel (1832-1916
    > ) w
    > > Rydze mieszkał od przełomu lat 70/80 XIX wieku. Chociaż swoje główne prace
    >
    > > publikował głównie w Warszawie, Krakowie, Lwowie czy Poznaniu (jak
    > monumentalną
    > >
    > > pracę "Inflanty Polskie") to i w Rydze wydał w 1906 roku "Przewodnik po Ry
    > dze
    > i
    > >
    > > jej okolicach".
    > > Również położony w obecnej Estonii Dorpat stał sie znaczącym ośrodkiem i
    > > skupiskiem Polaków, chociaż siłą rzeczy znacznie mniejszym...
    > > Działały tu polskie organizacje: korporacja "Polonia" (prowdziła znaczącą
    > jak
    > > na owe czasy bibliotekę), oraz polskie towarzystwo "Lechicja". W Dorpacie
    > > studiowało wielu znamienitych Polaków jak: Józef Weyssenhoff, Wincenty
    > > Lutosławski, Andrzej Niemojewski, Gabriel Korbut...
    > >
    > > Tak to początek XX wieku zabłysnął ostanim swiatłem gasnącej
    > Rzeczypospolitej..
    > > .
    >
    >
    >
    > ..a Rosja carska okazała się bardziej tolerancyjna i sprzyjająca polskiem
    > wpływom kulturowym niż międzywojenna Łotwa,oczywiście nie wspominając o
    Litwie,
    >
    > gdzie po kilkunastu latach niepodległości skonfiskowano prawie całą polską
    > własność ziemską.
    > www.uni.torun.pl/~zenkiewicz/Publikacje/wykaz.html
    >

    Dzięki za oba świetne linki!

    Rosja była państwen stanowym... chociaż więc ucisk Polaków był znaczny
    (szczególnie w Królestwie, również na Ziemiach Zabranych) łącznie z zakazem
    używania języka polskiego, to organizacje ziemiaństwa i obywatelstwa,
    szczególnie w ostatnich dekadach XIX w. były zjawiskiem normalnym.
    Po 1905 r. zniknęła wiekszość zakazów (w tym zakaz używania języka polskiego).
    Trzeba też pamiętać, że inaczej wyglądała sytuacja polskich organizacji (i
    Polaków) w samej Rosji (np. Petersburgu czy Moskwie) a inaczej w Królestwie i
    na byłych ziemiach Rzeczypospolitej (czyli tzw. Ziemiach Zabranych).
    Duża rolę w zmianach w życiu społecznym, gospodarczym, prawnym, oprócz
    rewolucji 1905-1907, odegrały też reformy stołypinowskie.

    A swoją drogą to ciekawe, z których Landsbergów (z Murów?, Szawlanów? Sulików?)
    pochodzi Vitautas Landsbergis....?

    Pozdr.
    --
    Eliot
  • 07.04.04, 11:23
    W Witebsku życie polskie koncentrowało się wokół dwóch polskich ksiegarni:
    Księgarni Teresy Czerwińskiej (istniejącej w latach 1892-1914)
    Księgarni Drzewińskiej i Ungera (istniała w latach 1913-1914).
    Dużą rolę dla tamtejszego polskiego życia pełnił salon Józefa Sipayłły, w
    którym od 1907 roku odbywały się wieczory literacko-artystyczne, podobną rolę
    odgrywał dom adwokata Aleksandra Rożnowskiego.
    Bardzo zasłużonym dla polskości w Witebsku był też adwokat Wacław Fedorowicz
    (1848-1911), chociaż urodził się w Mohylowie w Witebsku osiadł w 1884 roku.
    Zajmował się (chociaż amatorsko oczywiście) historią, archeologią, był
    członkiem korespondentem warszawskiego Towarzystwa Krajoznawczego podobnie
    krakowskiej Akademii Umiejetności. Był też prezesem witebskiego Towarzystwa
    Dobroczynności, tam też udostępnił bezpłatnie lokal Towarzystwa dla czytelni
    polskiej (w 1908, dysponowała już ok 1000 tomów i kilkanaście tytułów polskich
    czasopism). W tymże 1908 roku Fedorowicz zainicjował wydanie księgi zbiorowej
    poświęconej Witebszczyźnie i jej polskim tradycjom. Nie dożył jej wydania, ale
    księga ta nakładem witebskiego Towarzystwa Dobroczynności ukazała się w 1912
    roku, nosiła tytuł "Z okolic Dźwiny". Zawierała przegląd dorobku polskich
    twórców związanych z Witebskiem i Witebszczyzną oraz z Inflantami Polskimi tak
    wspołczesnych jak i z przeszłości. W księdze były prace, poezja, twórczość
    takich autorów jak wspomniany już (przy omawianiu Rygi) Gustaw Manteuffel,
    Kazimiera Iłłakowiczówna, Stanisław i Marian Szadurscy, Edward Słoński, Antoni
    Ossendowski, Stanisława Gizbert Studnicka, Kazimierz Bujnicki, Gustaw Reutt,
    Eugeniusz Broel-Plater. O przeszłości Witebszczyzny i Inflant pisali: Józef
    Hłasko, Jan Obst, Edward Ropp (biskup wileński ze starego rodu inflandzkiego),
    Bolesław Limanowski (Inflandczyk) a również Stefania Ulanowska. W księdze tej
    znalazły sie też przekłady na język polski poetów białoruskich Janki Kupały,
    Janki Łuczyny. Ozdobiono sztychami, widokami miast, mapami.
    Księga ta została pamiątką po tej części dziedzictwa Rzeczypospolitej, które
    nadchodzące lata zmiotły już na zawsze...
    --
    Eliot
  • 23.04.04, 14:52
    W Mohylowie (Mohylewie) nad Dnieprem w początkach XX wieku mieszkało jeszcze
    około 3 tys. Polaków... Tworzyli tam silną społeczność, ktora zasilana przez
    ziemian i służbę z okolicznych dworów dość silną wykazywała się żywotnością.
    Już we wrześniu (8. IX. 1906) 1906 roku założono w Mohylowie Polskie
    Towarzystwo Oświaty i Dobroczynności. Prezesem został właściciel majątku Tursk
    z powiatu rohaczewskiego Władysław Wojnicz Sianożęcki. Sianożęcki zdobył takie
    zaufanie, że niedługo później został też członkiem rosyjskiej Rady Państwa.
    Towarzystwo szybko zaczęło tworzyć w sąsiednich miasteczkach swoje koła co
    zaowocowało w czasie najbliższych wyborów do Dumy kiedy to Koła te dawały w
    miastach powiatowych szerg przedstawień, komcertów i rautów. Aktywna na tym
    polu była też żona prezesa Anna.
    Powstał też w Mohylowie Klub Polski (otwarty i poświęcony 14 XII 1907 r.).
    Mieścił się w budynku na rogu ówczesnych ulic Wietrznej i Oficerskiej.
    Organizowano tam wieczory dla inteligencji, wieczorki uczniowskie, zabawy
    rzemieślnicze, a nawet dla sług i czeladzi. Klub dzielił się na trzy sekcje:
    teatralną, muzyczną i odczytową. W 1908 roku zorganizowano sesję odczytową po
    zmarłym właśnie Wyspiańskim. W Klubie zorganizowano bibliotekę i czytelnię -
    gdzie oprócz kilku tytułów rosyjskich było dostępnych aż 14 tytułów polskich...
    Na 1910 rok Maria Świacka zorganizowała duży obchód setnej rocznicy urodzin
    Juliusza Słowackiego. Zespół teatralny ( amatorski z Klubu Polskiego) wystawił
    pierwszy i drugi akt "Mazepy". Pokazano też popularne wówczas "żywe obrazy" ze
    scenami z "Balladyny" i "Anhellego". Przybył z odczytem książe Hieronim Drucki-
    Lubecki.

    Z czasem od Towarzystwa Oświaty i Dobroczynności oderwały się jego koła lokalne
    lub zaczęły działać w znacznym stopniu samodzielnie. Czasami dochodziło do
    konfliktów jak w Homlu, gdzie miejscowy proboszcz ksiądz Mirski zażądał by w
    nazwie Towarzystwa dodać "katolickie" co byłoby w ówczesnych warunkach i
    niepolityczne i odstręczające dla ludności czującej się związaną z polskością i
    polską kultura lecz pochodzącą ze środowisk mieszanych wyznaniowo.
    Również inne miasteczka wykazywały samodzielność i aktywność w Sienno
    wystawiano jednoaktówki Fredry. Ostatnie lat tuż przed I Wojną Światową były
    już jednak mniej korzystne. Napływa dużo ludności żydowskiej i Mohylów, Homel
    zmieniają swoje oblicze. Polski zaczyna odchodzić a dominować zaczyna jidisz...

    Pozdr.
    --
    Eliot
  • 30.04.04, 09:57
    eliot napisał:

    > W Mohylowie (Mohylewie) nad Dnieprem w początkach XX wieku mieszkało jeszcze
    > około 3 tys. Polaków... Tworzyli tam silną społeczność, ktora zasilana przez
    > ziemian i służbę z okolicznych dworów dość silną wykazywała się żywotnością.
    > Już we wrześniu (8. IX. 1906) 1906 roku założono w Mohylowie Polskie
    > Towarzystwo Oświaty i Dobroczynności. Prezesem został właściciel majątku
    Tursk
    > z powiatu rohaczewskiego Władysław Wojnicz Sianożęcki. Sianożęcki zdobył
    takie
    > zaufanie, że niedługo później został też członkiem rosyjskiej Rady Państwa.
    > Towarzystwo szybko zaczęło tworzyć w sąsiednich miasteczkach swoje koła co
    > zaowocowało w czasie najbliższych wyborów do Dumy kiedy to Koła te dawały w
    > miastach powiatowych szerg przedstawień, komcertów i rautów. Aktywna na tym
    > polu była też żona prezesa Anna.
    > Powstał też w Mohylowie Klub Polski (otwarty i poświęcony 14 XII 1907 r.).
    > Mieścił się w budynku na rogu ówczesnych ulic Wietrznej i Oficerskiej.
    > Organizowano tam wieczory dla inteligencji, wieczorki uczniowskie, zabawy
    > rzemieślnicze, a nawet dla sług i czeladzi. Klub dzielił się na trzy sekcje:
    > teatralną, muzyczną i odczytową. W 1908 roku zorganizowano sesję odczytową po
    > zmarłym właśnie Wyspiańskim. W Klubie zorganizowano bibliotekę i czytelnię -
    > gdzie oprócz kilku tytułów rosyjskich było dostępnych aż 14 tytułów
    polskich...
    > Na 1910 rok Maria Świacka zorganizowała duży obchód setnej rocznicy urodzin
    > Juliusza Słowackiego. Zespół teatralny ( amatorski z Klubu Polskiego)
    wystawił
    > pierwszy i drugi akt "Mazepy". Pokazano też popularne wówczas "żywe obrazy"
    ze
    > scenami z "Balladyny" i "Anhellego". Przybył z odczytem książe Hieronim
    Drucki-
    > Lubecki.
    >
    > Z czasem od Towarzystwa Oświaty i Dobroczynności oderwały się jego koła
    lokalne
    >
    > lub zaczęły działać w znacznym stopniu samodzielnie. Czasami dochodziło do
    > konfliktów jak w Homlu, gdzie miejscowy proboszcz ksiądz Mirski zażądał by w
    > nazwie Towarzystwa dodać "katolickie" co byłoby w ówczesnych warunkach i
    > niepolityczne i odstręczające dla ludności czującej się związaną z polskością
    i
    >
    > polską kultura lecz pochodzącą ze środowisk mieszanych wyznaniowo.
    > Również inne miasteczka wykazywały samodzielność i aktywność w Sienno
    > wystawiano jednoaktówki Fredry. Ostatnie lat tuż przed I Wojną Światową były
    > już jednak mniej korzystne. Napływa dużo ludności żydowskiej i Mohylów, Homel
    > zmieniają swoje oblicze. Polski zaczyna odchodzić a dominować zaczyna
    jidisz...
    >
    > Pozdr.
    Mohylewszczyźnie jest poświęcona min. powieść Floriana
    Czarnyszewicza "Nadberezyńcy". Autor świetnie opisuje tam codzienne życie
    polskiej szlachty zaściankowej.
  • 27.04.04, 15:53
    Kowno, późniejsza stolica międzywojennej Litwy na przełomie XIX/XX wieku było
    dośc sennym, prowincjonalnym raczej miastem. Ludność według spisu z 1987 roku
    wynosiła 86,5 tysiąca. Większość stanowili: Żydzi a dalej w kolejności Polacy,
    Rosjanie. Litwini w owym czasie stanowili tylko 6,6% ludności, dla porównania
    Polacy ok 35 %... Liczna tu była polska inteligencja i z czasów jeszcze sprzed
    rewolucji 1905 roku istniały tu polskie księgarnie (przy prospekcie
    Mikołajewskim) np. Jakuba i Stanisławy Ossowskich (zał. w 1885 r.), Zawadzkich,
    Kazimierza Rutskiego...
    Przy księgarniach istniały czytelnie, a niektóre prowadziły też własną
    działalnośc wydawniczą. Rewolucja 1905 roku jak wszędzie na Kresach przyniosła
    ożywienie kulturalne i już w 1906 roku w hotelu "Wersal" członkowie tamtejszego
    (kowieńskiego) PPS-u urządzili przedstawienie teatralne. Powstały nowe
    stowarzyszenia i organizacja jak np. "Jutrzenka" - było to stowarzyszenie
    robotnicze, organizowała ona sieć tajnych szkół i bibliotek polskich dawała
    przedstawienia amatorskie, urządzała jasełka, szopki itp. W lokalu
    kowieńskiego "Sokoła" urządzano odczyty społeczne i religijna. Sam "Sokół"
    (Towarzystwo Gimnastyczne) powstał w Kownie już w 1906 roku i szybko zaczął
    pełnić wszechstronną rolę kulturalną, sekcja dramatyczna dysponowała stałą
    scena na Piotrówce. Wystawiano repertuar popularny by dotrzeć do możliwie
    masowego odbiorcy. Istniał też przy Sokole chór mieszany, orkiestra
    mandolinistów. Była też, co oczywiste biblioteka i czytelnia. Organizowano tam
    też odczyty. Dbano zgodnie ze statutem i celem Sokoła o kondycję fizyczną,
    uprawiano więc stale ćwiczenia gimnastyczne w parku na Piotrówce oraz sporty
    zimowe, zawody wioślarskie itd.
    Powstało też Rzymsko-Katolickie Towarzystwo Dobroczynności (kwiecień 1907)
    kierowane przez biskupa żmudzkiego Kaspra Cytowta. Oprócz działalności
    dobroczynnej Towarzystwo to organizowało przedstawienia teatralne, koncerty,
    odczyty, bale.
    Inną ważną organizacją było Towarzystwo Wzajemnej Pomocy Pracowników Handlowych
    (1907-1915) a to dlatego, że zorganizowało ono teatr polski, który dawał
    przedstawienia co dwa tygodnie w kowieńskim Teatrze Miejskim. Reżyserem był,
    zasłużony na niwie ruchu amatorskiego (choć sam był aktorem zawodowym)w Kownie
    Jan Wiszniewski (on był też animatorem ruchu teatralnego w "Sokole"). Na niwie
    teatralnej działał też aktor, reżyser, komediopisarz Antoni Simaszko (mąż Wandy
    Siemaszkowej).
    Powstał też (w 1912 r.), bardzo w Kownie popularny, kabaret - "Płaczący
    Krokodyl".
    2 lutego 1909 roku powstało Towarzystwo Szerzenia Oświaty wśród Polaków.
    Prezesem tego Towarzystwa został adwokat Władysłąw Bądzyński. Oprócz
    działalności statutowej prowadziło to Towarzystwo również amatorski ruch
    teatralny, chór mieszany, i zespół mandolinistów. A od 13 lipca powstałą przy
    Towarzystwie kolejna dość duża biblioteka i czytelnia pism polskich.
    Ustąpienie Rosjan w 1915 roku, powstanie Taryby i oparcie sie ruchu litewskiego
    o Niemcy przyniosło stopniowo zmierzch polsko/sci i tego miasta...
    --
    Eliot
  • 29.04.04, 14:03
    Jeszcze na początku lat dwudziestych chociaż Kowno zostało stolicą Litwy
    burmistrzem miasta był Polak. Dopiero administarcyjne działania władz
    litewskich zmieniły ten stan rzeczy. Tereny na północ od Kowna wzdłuż rzeki
    Niewiaży aż do Kiejdan a nawet dalej były całkowicie polskojęzyczne a tamtejsi
    mieszkańcy aż do powstania niepodległego państwa litewskiego w ogóle nie znali
    języka litewskiego. Dopiero późniejsza brutalna lituanizacja zaczęła zmieniać
    ten stan rzeczy ale jeszcze do 2 wojny światowej polskość na Litwie Kowieńskiej
    trzymała sie mocno. Wszystko zniszczyli dopiero "bracia Słowianie" Rosjanie
    bezwzględnie tępiący wszystko co polskie. Tacy to z nich przyjaciele
    Słowiańszczyzny.
  • 06.05.04, 23:55
    aldon napisał:

    > Jeszcze na początku lat dwudziestych chociaż Kowno zostało stolicą Litwy
    > burmistrzem miasta był Polak. Dopiero administarcyjne działania władz
    > litewskich zmieniły ten stan rzeczy. Tereny na północ od Kowna wzdłuż rzeki
    > Niewiaży aż do Kiejdan a nawet dalej były całkowicie polskojęzyczne a
    tamtejsi
    > mieszkańcy aż do powstania niepodległego państwa litewskiego w ogóle nie
    znali
    > języka litewskiego. Dopiero późniejsza brutalna lituanizacja


    ..zatem nie zruszczenie, ale co innego. Powiedziałby, że gdyby Litwa zachowała
    suwerenność po II WŚ, to Wileńszczyzna wyglądałaby jak teraz jak
    Kowieńszczyzna. Sowieci starali się hamować żmudzinskie zapędy i żeby ich
    zaszachować stworzyli nawet coś w rodzaju polskiej autonomii kulturalnej,
    której niestety zabrakło w sowieckich republikach białoruskiej ukraińksiej i
    łotewskiej.


    > Wszystko zniszczyli dopiero "bracia Słowianie" Rosjanie
    > bezwzględnie tępiący wszystko co polskie. Tacy to z nich przyjaciele
    > Słowiańszczyzny.

  • 07.05.04, 00:01
    l4l0 napisał:

    > aldon napisał:
    >
    > > Jeszcze na początku lat dwudziestych chociaż Kowno zostało stolicą Litwy
    > > burmistrzem miasta był Polak. Dopiero administarcyjne działania władz
    > > litewskich zmieniły ten stan rzeczy. Tereny na północ od Kowna wzdłuż rzek
    > i
    > > Niewiaży aż do Kiejdan a nawet dalej były całkowicie polskojęzyczne a
    > tamtejsi
    > > mieszkańcy aż do powstania niepodległego państwa litewskiego w ogóle nie
    > znali
    > > języka litewskiego. Dopiero późniejsza brutalna lituanizacja
    >
    >
    > ..zatem nie zruszczenie, ale co innego. Powiedziałby, że gdyby Litwa
    zachowała
    > suwerenność po II WŚ, to Wileńszczyzna wyglądałaby jak teraz jak
    > Kowieńszczyzna. Sowieci starali się hamować żmudzinskie zapędy i żeby ich
    > zaszachować stworzyli nawet coś w rodzaju polskiej autonomii kulturalnej,
    > której niestety zabrakło w sowieckich republikach białoruskiej ukraińksiej i
    > łotewskiej.
    >
    >
    > > Wszystko zniszczyli dopiero "bracia Słowianie" Rosjanie
    > > bezwzględnie tępiący wszystko co polskie. Tacy to z nich przyjaciele
    > > Słowiańszczyzny.
    >

    Sława!

    MYślę, że gdyby Litwa zachowała suwerennośc to straciłaby Wilno...

    Ale rzeczywiście polskośc tam przetrwała chyba najsilniej z ziem zacurzońskich?

    Pozdrawiam i zapraszam na:
    Forum Słowiańskie
    nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
    www.pajacyk.pl
    Ignorant
    +++
  • 07.05.04, 01:47
    Zatem można myśleć o powrocie tych ziem zamiast status quo. Dla nas ono dobre
    jest na zachodzie a nie wschodzie. Śmierć Curzonowi i jego zgniłym kompromisom!
  • 07.05.04, 03:15
    l4l0 napisał:

    > Zatem można myśleć o powrocie tych ziem zamiast status quo. Dla nas ono dobre
    > jest na zachodzie a nie wschodzie. Śmierć Curzonowi i jego zgniłym
    kompromisom!


    --
    Sława!

    Nie bardzo chcę iśc na wschód.

    Sojusz z Ukrainą wpływy na Bałtyce i Białorusi.

    Akcja zjednoczeniowa tylko w wypadku wchłoniecia Bialorusi przez Rosję.

    Bo wtedy powie się Ruskim: Panowie Iwany! Chwilka, bo mamy rozliczenia!

    Pozdrawiam i zapraszam na:
    Forum Słowiańskie
    nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
    www.pajacyk.pl
    Ignorant
    +++
  • 07.05.04, 11:31
    aldon napisał:

    > Jeszcze na początku lat dwudziestych chociaż Kowno zostało stolicą Litwy
    > burmistrzem miasta był Polak. Dopiero administarcyjne działania władz
    > litewskich zmieniły ten stan rzeczy. Tereny na północ od Kowna wzdłuż rzeki
    > Niewiaży aż do Kiejdan a nawet dalej były całkowicie polskojęzyczne a
    tamtejsi
    > mieszkańcy aż do powstania niepodległego państwa litewskiego w ogóle nie
    znali
    > języka litewskiego. Dopiero późniejsza brutalna lituanizacja zaczęła zmieniać
    > ten stan rzeczy ale jeszcze do 2 wojny światowej polskość na Litwie
    Kowieńskiej
    >
    > trzymała sie mocno. Wszystko zniszczyli dopiero "bracia Słowianie" Rosjanie
    > bezwzględnie tępiący wszystko co polskie. Tacy to z nich przyjaciele
    > Słowiańszczyzny.

    Kowno leżało na dużej "wyspie polskiej", która łączyła się z Wileńszczyzną
    wzdłuż Wilejki. Świetnie to widać na mapach romera, zarówno tych sprzed 1918
    roku jak i tych przygotowanych dla Polskiego Komitetu Narodowego (na potrzby
    Kongresy Wersalskiego0 czy też choc by z "Atlasu polski Współczesnej" z 1926
    roku.
    A linia polskiej wiekszości na Wileńszczyźnie sięgała po Inflanty Polskie
    (włącznie, Dyneburg też był otoczony ludnością polską...), gdzie okolo 60 tys.
    Polaków przetrwało do dziś...

    --
    Eliot
  • 07.05.04, 18:58
    eliot napisał:

    >
    >
    > Kowno leżało na dużej "wyspie polskiej", która łączyła się z Wileńszczyzną
    > wzdłuż Wilejki. Świetnie to widać na mapach romera, zarówno tych sprzed 1918
    > roku jak i tych przygotowanych dla Polskiego Komitetu Narodowego (na potrzby
    > Kongresy Wersalskiego0 czy też choc by z "Atlasu polski Współczesnej" z 1926
    > roku.
    > A linia polskiej wiekszości na Wileńszczyźnie sięgała po Inflanty Polskie
    > (włącznie, Dyneburg też był otoczony ludnością polską...), gdzie okolo 60
    tys.
    > Polaków przetrwało do dziś...
    >


    Zatem była tam przewaga polskiej ludności chłopskiej, bo jeśli idzie o
    szlachtę, ziemiaństwo , inteligencję to na pocz. ub. wieku było prawie
    wyłącznie polskie na całej Żmudzi i Kowieńszczyżnie, nawet tam gdzie była silna
    większość ludności posługującej się dialektem. Po I wojnie ta miażdżąca
    przewaga została zmarnowana, kraj dla nas stracony, polskie warstwy oświecone
    wyjechały lub się wynarodowiły. A był to ważny strategicznie obszar dający
    dostęp do Bałtyku od strony Niemna i łatwy do zintergowania z resztą kraju tak
    jak Inflanty polskie czy obecna Białoruś.
  • 11.05.04, 15:31
    l4l0 napisał:

    > eliot napisał:
    >
    > >
    > >
    > > Kowno leżało na dużej "wyspie polskiej", która łączyła się z Wileńszczyzną
    >
    > > wzdłuż Wilejki. Świetnie to widać na mapach romera, zarówno tych sprzed 19
    > 18
    > > roku jak i tych przygotowanych dla Polskiego Komitetu Narodowego (na potrz
    > by
    > > Kongresy Wersalskiego0 czy też choc by z "Atlasu polski Współczesnej" z 19
    > 26
    > > roku.
    > > A linia polskiej wiekszości na Wileńszczyźnie sięgała po Inflanty Polskie
    > > (włącznie, Dyneburg też był otoczony ludnością polską...), gdzie okolo 60
    > tys.
    > > Polaków przetrwało do dziś...
    > >
    >
    >
    > Zatem była tam przewaga polskiej ludności chłopskiej, bo jeśli idzie o
    > szlachtę, ziemiaństwo , inteligencję to na pocz. ub. wieku było prawie
    > wyłącznie polskie na całej Żmudzi i Kowieńszczyżnie, nawet tam gdzie była
    silna
    >
    > większość ludności posługującej się dialektem. Po I wojnie ta miażdżąca
    > przewaga została zmarnowana, kraj dla nas stracony, polskie warstwy oświecone
    > wyjechały lub się wynarodowiły. A był to ważny strategicznie obszar dający
    > dostęp do Bałtyku od strony Niemna i łatwy do zintergowania z resztą kraju
    tak
    > jak Inflanty polskie czy obecna Białoruś.

    Dlatego to tutaj wspominamy RZECZPOSPOLITĄ... Jako pewnien symbol
    utraconej szansy. Nie tylko naszej polskiej, ale szansy całego regionu na inny
    los i inną historię...
    --
    Eliot
  • 11.05.04, 16:14
    eliot napisał:

    > l4l0 napisał:
    >
    > > eliot napisał:
    > >
    > > >
    > > >
    > > > Kowno leżało na dużej "wyspie polskiej", która łączyła się z Wileńszc
    > zyzną
    > >
    > > > wzdłuż Wilejki. Świetnie to widać na mapach romera, zarówno tych sprz
    > ed 19
    > > 18
    > > > roku jak i tych przygotowanych dla Polskiego Komitetu Narodowego (na
    > potrz
    > > by
    > > > Kongresy Wersalskiego0 czy też choc by z "Atlasu polski Współczesnej"
    > z 19
    > > 26
    > > > roku.
    > > > A linia polskiej wiekszości na Wileńszczyźnie sięgała po Inflanty Pol
    > skie
    > > > (włącznie, Dyneburg też był otoczony ludnością polską...), gdzie okol
    > o 60
    > > tys.
    > > > Polaków przetrwało do dziś...
    > > >
    > >
    > >
    > > Zatem była tam przewaga polskiej ludności chłopskiej, bo jeśli idzie o
    > > szlachtę, ziemiaństwo , inteligencję to na pocz. ub. wieku było prawie
    > > wyłącznie polskie na całej Żmudzi i Kowieńszczyżnie, nawet tam gdzie była
    > silna
    > >
    > > większość ludności posługującej się dialektem. Po I wojnie ta miażdżąca
    > > przewaga została zmarnowana, kraj dla nas stracony, polskie warstwy oświec
    > one
    > > wyjechały lub się wynarodowiły. A był to ważny strategicznie obszar dający
    >
    > > dostęp do Bałtyku od strony Niemna i łatwy do zintergowania z resztą kraju
    >
    > tak
    > > jak Inflanty polskie czy obecna Białoruś.
    >
    > Dlatego to tutaj wspominamy RZECZPOSPOLITĄ... Jako pewnien symbol
    > utraconej szansy. Nie tylko naszej polskiej, ale szansy całego regionu na
    inny
    > los i inną historię...

    Sława!

    Własnie ja pisze tak wiele o nowej Jagielonii, o Wyszechradzie o Wenedii, gdyż
    uważam iż geografia nie zmieniła się od tamtych czasow i jest nadal aktualne.

    Nadal aktualna jest wspólpraca panstw narodowych tego regionu.

    Dlatego tak bardzo cieszy polityka "jagiellońska" obecnego rządu RP mimo iż
    calej formacji nie lubię.

    Paradoksalnie unia może przyczynic się własnie do jagiellońskiego odrodzenia...


    Pozdrawiam i zapraszam na:
    Forum Słowiańskie
    nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
    www.pajacyk.pl
    Ignorant
    +++
  • 12.05.04, 09:07
    ignorant11 napisał:
    > Sława!
    >
    > Własnie ja pisze tak wiele o nowej Jagielonii, o Wyszechradzie o Wenedii,
    gdyż
    > uważam iż geografia nie zmieniła się od tamtych czasow i jest nadal aktualne.
    >
    > Nadal aktualna jest wspólpraca panstw narodowych tego regionu.
    >
    > Dlatego tak bardzo cieszy polityka "jagiellońska" obecnego rządu RP mimo iż
    > calej formacji nie lubię.
    >
    > Paradoksalnie unia może przyczynic się własnie do jagiellońskiego
    odrodzenia...
    >
    >
    Oczywiście, współpraca całego regionu międzymorza może dać w jakiejś
    przyszłości poczucie wspólnoty. Mi szkoda tego co już było, wytworzyło w ramach
    swojego rozwoju historycznego ramy prawne, ustrojowe kultury obyczaju itd. To
    co spowodowało, że jeszcze w początkach XX wieku białoruski chłop bez trudu
    mógł wskazać, że tu oto jest Rzeczpospolita...
    Wątek nieco nostalgiczny jednak nostalgia niech nam nie przeszkadza w
    wyciaganiu wniosków...
    Pozdrawiam!
    --
    Eliot
  • 12.05.04, 18:05
    eliot napisał:

    > ignorant11 napisał:
    > > Sława!
    > >
    > > Własnie ja pisze tak wiele o nowej Jagielonii, o Wyszechradzie o Wenedii,
    > gdyż
    > > uważam iż geografia nie zmieniła się od tamtych czasow i jest nadal aktual
    > ne.
    > >
    > > Nadal aktualna jest wspólpraca panstw narodowych tego regionu.
    > >
    > > Dlatego tak bardzo cieszy polityka "jagiellońska" obecnego rządu RP mimo i
    > ż
    > > calej formacji nie lubię.
    > >
    > > Paradoksalnie unia może przyczynic się własnie do jagiellońskiego
    > odrodzenia...
    > >
    > >
    > Oczywiście, współpraca całego regionu międzymorza może dać w jakiejś
    > przyszłości poczucie wspólnoty. Mi szkoda tego co już było, wytworzyło w
    ramach
    >
    > swojego rozwoju historycznego ramy prawne, ustrojowe kultury obyczaju itd. To
    > co spowodowało, że jeszcze w początkach XX wieku białoruski chłop bez trudu
    > mógł wskazać, że tu oto jest Rzeczpospolita...
    > Wątek nieco nostalgiczny jednak nostalgia niech nam nie przeszkadza w
    > wyciaganiu wniosków...
    > Pozdrawiam!

    Sława!

    W wątku o Rosji postawiłem nieśmiała tezę iż być może są narody skazane na
    wielkość, może Polska otrzymała taki wyrok od "ducha dziejów"...


    Pozdrawiam i zapraszam na:
    Forum Słowiańskie
    nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
    www.pajacyk.pl
    Ignorant
    +++
  • 13.05.04, 08:40
    ignorant11 napisał:
    > Sława!
    >
    > W wątku o Rosji postawiłem nieśmiała tezę iż być może są narody skazane na
    > wielkość, może Polska otrzymała taki wyrok od "ducha dziejów"...
    >
    Nie mam nic przeciwko...
    Byle nam egzorcysty nie sporowadzili...
    wink))
    Pozdr.

    --
    Eliot
  • 11.05.04, 16:16
    l4l0 napisał:

    > eliot napisał:
    >
    > >
    > >
    > > Kowno leżało na dużej "wyspie polskiej", która łączyła się z Wileńszczyzną
    >
    > > wzdłuż Wilejki. Świetnie to widać na mapach romera, zarówno tych sprzed 19
    > 18
    > > roku jak i tych przygotowanych dla Polskiego Komitetu Narodowego (na potrz
    > by
    > > Kongresy Wersalskiego0 czy też choc by z "Atlasu polski Współczesnej" z 19
    > 26
    > > roku.
    > > A linia polskiej wiekszości na Wileńszczyźnie sięgała po Inflanty Polskie
    > > (włącznie, Dyneburg też był otoczony ludnością polską...), gdzie okolo 60
    > tys.
    > > Polaków przetrwało do dziś...
    > >
    >
    >
    > Zatem była tam przewaga polskiej ludności chłopskiej, bo jeśli idzie o
    > szlachtę, ziemiaństwo , inteligencję to na pocz. ub. wieku było prawie
    > wyłącznie polskie na całej Żmudzi i Kowieńszczyżnie, nawet tam gdzie była
    silna
    >
    > większość ludności posługującej się dialektem. Po I wojnie ta miażdżąca
    > przewaga została zmarnowana, kraj dla nas stracony, polskie warstwy oświecone
    > wyjechały lub się wynarodowiły. A był to ważny strategicznie obszar dający
    > dostęp do Bałtyku od strony Niemna i łatwy do zintergowania z resztą kraju
    tak
    > jak Inflanty polskie czy obecna Białoruś.

    Sława!

    Obszar rzeczywiście strategiczny bo dający klucz i jednocześnie będący flanka
    dla Białorusi...


    Pozdrawiam i zapraszam na:
    Forum Słowiańskie
    nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
    www.pajacyk.pl
    Ignorant
    +++
  • 28.02.06, 16:16
    aldon napisał:

    > Jeszcze na początku lat dwudziestych chociaż Kowno zostało stolicą Litwy
    > burmistrzem miasta był Polak. Dopiero administarcyjne działania władz
    > litewskich zmieniły ten stan rzeczy. Tereny na północ od Kowna wzdłuż rzeki
    > Niewiaży aż do Kiejdan a nawet dalej były całkowicie polskojęzyczne a
    tamtejsi
    > mieszkańcy aż do powstania niepodległego państwa litewskiego w ogóle nie
    znali
    > języka litewskiego. Dopiero późniejsza brutalna lituanizacja zaczęła zmieniać
    > ten stan rzeczy ale jeszcze do 2 wojny światowej polskość na Litwie
    Kowieńskiej
    >
    > trzymała sie mocno. Wszystko zniszczyli dopiero "bracia Słowianie" Rosjanie
    > bezwzględnie tępiący wszystko co polskie. Tacy to z nich przyjaciele
    > Słowiańszczyzny.
    W grudniu 1918 roku, podczas wyborów do rady miejskiej w Kownie Polacy uzyskali
    42% głosów, co dało im 31 mandatów obok 21 Żydów, 12 Litwinów, 6 Niemców i 1
    Rosjanina.
  • 11.05.04, 16:00
    Od 1906 roku zaczęto tu amatorskie przedstawienia polskie w domach prywatnych.
    Inicjatorem, czy raczej jednym z inicjatorów był Karol Ryglewski. Były więc
    i "Grube Ryby" i "Pan Damazy" i inne. W 1907 roku powstało tu Towarzystwo
    Dramatyczne, z czasem (od 3 czerwca 1910 roku) Towarzystwo Dramatyczno-Muzyczno-
    Śpiewacze, które stało się głównym ośrodkiem polskiego życia kulturalnego w
    Poniewieżu. W tej w sumie niewielkiej mieścinie liczyło sobie ono 120 aktywnych
    członków. Kierował nim początkowo wspomniany już Ryglewski, później zaś (w
    latach 1912-1915) Adolf Towgin. W ciągu tylko dwóch lat (1911-1913) wystawiano
    po kilka polskich sztuk rocznie. Szedł i Fredro i Anczyc i Korzeniowski,
    Perzyński, Jasieńczyk, Jaroszyński, Fredro, Bałucki itd. Oprócz przedstawień
    Towarzystwo urządało kilka razy w roku tzw. wieczornice gdzie dawano koncerty,
    deklamacje, urządzano też tańce. Dużym wydarzeniem było otwarcie, ufundowanego
    przez Stanisława Montwiłła gmachu teatralnego (14 XII 1913 r.) na 400 miejsc.
    Gmach był przeznaczony do zgodnego użytkowania przez polskie oraz litewskie
    towarzystwa dramatyczne. Od tej pory zespól teatralny Polskiego Towarzystwa
    Dramatyczno-Muzyczno-Śpiewaczego prezentował się już na tej scenie.
    Również w 1906 roku powstała prowadząca polskie wydawnictwa księgarnia Reidera,
    a od 1908 roku działała przez 10 lat polska księgarnia "Kultura" prowadzona
    przez znanego i zasłużonego księgarza Stanisława Dwilewicza. Jej kres wypadł na
    1918 rok...
    --
    Eliot
  • 26.05.04, 12:28
    W Nieświeżu przebudzenie polskości po 1906 roku zaowocowało rozwojem
    amatorskiego ruchu teatralnego i muzycznego. Przyczynił się do tego walnie
    młody muzyk z Dyneburga Stanisław Kazuro. Siłami miejscowymi oraz za pomocą
    kilku warszawskich artystów udało mu się wystawić w Nieświeżu kilka oper.
    Powstał też amatorski, złożony głównie z rzemieślników zespół teatralny
    przekształcony później w Kółko Dramatyczne. Wystawiano oprócz "żelaznego"
    repertuaru narodowego również lekki repertuar komediowy (np. Bałuckiego) nie
    tylko w Nieświeżu ale też w miasteczkach i zaściankach w okolicy Nieświeża i
    Nowogródka.
    Nieśwież był też trzecią po Mińsku i Wilnie siedzibą wielce zasłużonego
    Towarzystwa "Oświata". Towarzystwo zalegalizowane pod koniec 1906 roku
    rozpoczęło szybko działalnośc oświatową (kierowane od 1908 roku przez Tomasza
    Jabłońskiego). Głowny kierunek działań Towarzystwa był skierowany nie tyle na
    Nieśwież ile na okoliczne wioski, gdzie jego działalnośc odniosła nieoczekiwany
    wręcz sukces. Już w początkach 1907 roku powstawały szkółki ludowe, wielką rolę
    odegrali przy tym, ksiądz Sieklucki, oraz księża Jan Suszyński, Konstanty
    Prószyński. Działalność "Oświaty" nie ograniczała się tylko do obszaru okolic
    Nieświeża. Objęła też powiat nowogródzki, gdzie np. we wsiach Sawko, Lipko,
    Kwacze, Użanka, Edward Odyniec otworzył szkółki dla dorosłych analfabetów.
    Podobnie w powiecie Słuckim we wsi Nowosiółki. W Saskiej Lipce powstała polska
    biblioteka dysponująca ponad 200 ksiązkami, działało też tam kólko oświatowe
    liczące 25 osób. Organizowano wspólne głosne czytanie gazet i ksiązek polskich.
    Na Nowogródczyźnie wielce zasłużoną osoba była Maria Wierzbowska właścicielka
    majątku w Feliksowie. Prowadziła szkołę nie tylko we własnym majatku ale
    zakładała w okolicy ochronki, kółka polonistyczne, komplety dla uczniów szkół
    miejskich. Jej 20-stoletnia patriotyczna działalność spotykała się z ciągłą
    reakcją carskiej biurokracji. Nakładano na nią grzywny, prowadzono nadzór
    policyjny itp.
    Trzeba pamietać, że szkółki wiejskie działaly legalnie ledwie kilkanaście
    miesięcy. Już w końcu 1908 roku zaczęto je masowo administracyjnie zamykać.
    Samo Towarzystwo "Oświata" zostało zdelegalizowane: w Wilnie już w końcu 1908
    roku a w Minsku i Nieświeżu w 1909. Nie zakończyło to działalności Towarzystwa,
    gdyż dalsza działalność była prowadzona nielegalnie w podziemiu...
    Jeszcze w 1911 roku "Kurier Wileński" podawał, że tylko w powiecie słuckim
    znowu wykryto trzy tajne szkółki.
    Jeśli byli chętni do nauczania to byli chetni do pobierania tych nauk...
    Nawet za cenę represji...
    --
    Eliot
  • 10.07.04, 23:30
    ROZDZIAŁ 2
    PIERWSZA WOJNA ŚWIATOWA
    WSPOMNIENIA GEN. ZYGMUNTA PODHORSKIEGO
    Ciąg dalszy "Wspomnień ..." z TEKI numer 5. B.J.K.

    Mój pobyt w Kijowie, maj 1918

    W Kijowie jestem znów przyjęty gościnnie przez Władziostwa
    Jaroszyńskich, w ich domu na Kreszczatiku pod numerem 12, jest mi doskonale.
    Jest to ogromny dom należący do wszystkich Jaroszyńskich, żony i dzieci Józefa
    Jaroszyńskiego. Jest to wielka kamienica, gdzie jak ciotka Karolina, tak każde
    z dzieci posiada obszerny apartament, który zajmują jak przyjeżdżają do Kijowa.
    Jedynie Karol z tego nie korzysta, mając ładny domek, wygodnie urządzony w
    innym miejscu. Zaraz też tam przyszła moja matka i mój brat Wacław. Radość była
    wielka, gdyż Mamy koło roku nie widziałem, nie mogłem, nawet zaraz po
    Krechowcach, wpaść do Kijowa, zanadto były naprężone stosunki, żebym mógł
    odjeżdżać od szwadronu. Zaraz też sprowadzono doktora Makowskiego, który
    opatrzywszy moją nogę, stwierdził, że dobrze się stało, żem tu przyjechał,
    wyrażając te same przypuszczenie co lekarz pułkowy, że to musi być złamana
    jedna lub więcej kostek i ze należy się obawiać flegmony. Obandażował mi nogę
    mocno bandażem elastycznym i obiecał odwiedzać codziennie, zależnie od stanu
    jaki będzie, a przede wszystkiem czy noga stęchnie, uzależniał dalsze swe
    decyzje leczenia.

    Oczywiście ruszyć się nie mogłem inaczej jak o kulach i to tylko w
    pokoju. Natomiast miałem moc odwiedzających, bo zjazd w Kijowie był wielki,
    ludzie bowiem nie mogli już bezpiecznie siedzieć w domu i musieli się kryć do
    miast. Dziś zastałem na terenie Ukrainy kilka władz : ukraińska z Hetmanem
    Skoropadzkim na czele, ustanowiona i popierana przez Niemców. Skoropadzki miał
    sformowany rząd ale de facto rządził wojskowy gubernator niemiecki gen.
    Einhorn. Cała Ukraina, Wołyń i Podole, a także Zadnieprze z Charkowem i
    Taganrogiem i Krymem było pod wojskowa okupacją niemiecko-austryjacką.
    Rewolucyjny rząd Ukrainy Ludowej, stworzony przez Atamana Petlurę został
    usunięty lecz nie zgnieciony, a Petlura mając wielu zwolenników, nazwijmy był
    tą opozycją i zawsze gotów z gotowym swym rządem do wkroczenia na miejsce
    Hetmańszczyzny, skoro by Niemcy opuścili Ukrainę i Kijów.

    Dzięki okupacji wojskowych ustały napady, gwałty, rabunki i pogrom
    majątków. Nie mniej powstawały lokalne powstania, które zniewalały Niemców do
    trzymania się garnizonów i operowania wiekszemi oddziałami, bo małe patrole,
    nie mówiąc o pojedynczych żołnierzach, ginęły jak kamień w wodę. Najbardziej
    dały się we znaki ruchy powstańcze Taraszczańskiego powiatu, powiatu zresztą w
    którym leżał gros naszych majątków, gdzie coraz to wybuchało powstanie i
    grasowały oddziały powstańcze.

    Niemcy dbali o to by moc z żyznej Ukrainy wyciągnąć co się da zboża i
    produktów rolnych, tak zaczęto namawiać i faworyzować ziemian i właścicieli
    cukrowni do odtwarzania zrujnowanych majątków, zasiewać i prowadzić dalej
    gospodarkę rolną. Rząd Skoropadzkiego powołał do życia nową
    organizacje "Chliborobow", obecnie można by ja nazwać "kułaków", do niej
    dołączyli ziemianie. Na tej organizacji chciał oprzeć swą władzę i oczywiście
    ją faworyzował.

    Temu się przeciwstawiał Petlura i starał się mu w tym psuć, choć sam
    dążył również do stworzenia samodzielnej Ukrainy po obu brzegach Dniepru ale na
    zasadach socjalistycznych, a przede wszystkiem propagując reformę rolną i
    odebranie ziemi większej własności, w ten sposób pozbyłby się z jednej strony
    obszarników, a wiec rozwiązałby sprawę socjalną, a z drugiej za jednym
    zamachem, głównego elementu polskiego, jakim było ziemiaństwo, a więc byłoby
    łatwiejsze wchłonięcie pozostałych oaz polskości i przejście na Ukraińskie
    państwo narodowe.

    Niemcy z tych względów Petlury nie popierali, gdyż potrzebowali
    większej własności dla łatwiejszego i pewniejszego produkowania i dostarczania
    żywności, której już w piątym roku wojny za wszelka cenę potrzebowali.
    Ziemiaństwo poszło i postawiło na Skoropadzkiego, a więc pośrednio i na
    Niemców, widząc w tym korzyść dla siebie i jedyna możność powrotu i utrzymania
    się na swoich majątkach. Wielu z nich posunęło się, niestety aż tak daleko, że
    wykorzystywali oddziały niemieckie lub hetmańskie, względnie na własna rękę
    wynajmowali jakichś dzikusów, celem przeprowadzenia karnych ekspedycji,
    odbierając rozgrabiony inwentarz, względnie gotówkę jako ekwiwalent tych
    skradzionych dóbr. Oczywiście, że w ten sposób wnosili nowy element
    rozdrażnienia i jeszcze większy grzebali rów pomiędzy chłopem a właścicielem,
    grzebiąc na przyszłość możliwości jakiegoś współżycia. Krótko mówiąc, była to
    ich krótkowzroczność, ta bezwzględność w odbieraniu swego zagrabionego mienia,
    często już przechodząca nie w wymiar sprawiedliwości a zemsty. Może chwilowo to
    im dawało pewne wyróżnienie za odniesione szkody ale na pewno nie przysparzało
    chwały.

    Szczęście, że tak postępujące osoby były jednostkami, ale niestety ich
    wyczyny kładzione na karb i konto ogółu ziemian. Większość spokojnie czekała na
    możliwości odtworzenia swych warsztatów przez wzmocnienie się wpływów
    chliborobów, rezygnując chwilowo z wyrównania swych szkód poniesionych, a
    współpracując z rządem hetmańskim i opierając się na wydawanych przez jego rząd
    ustawach i zarządzeniach. Jasnem, że ziemiaństwo było tą warstwą społeczną,
    która najbardziej ucierpiała materjalnie przez rozwalenie, zniszczenie i
    rozgrabienie ich warsztatów pracy, ale też poniosła dużą ofiarę krwi i wiele
    męczeńskich śmierci.

    I tak zaczęło się od Sławuty i zamordowania ks. Romana Sanguszki, szła
    potem nawałnica, specjalnie w pasie przyfrontowym, gdzie głównemi podrzegaczami
    i prowodyrami byli dezerterzy z armji, którzy porywali za sobą miejscowe
    chłopstwo, a raczej chłopstwo przyłączało się do nich w obawie, że tamci
    wszystko wezmą, a im nic nie zostanie.

    I tak szły dwory za dworami, w niektórych niebroniacych się mordowali,
    w niektórych broniących się zdobywali lub podpalali, natomiast w niektórych
    wypadkach jak np. w Czerepaszyncach wujostwa Feliksostwa Zdziechowskich, gdy
    napadli dezerterzy i chłopi na dwór mieszkańcy zorganizowali obronę, zamknąwszy
    się na pierwszym piętrze, wuj Feliks Dunin Karwicki jego zięć i córka Marja,
    moja przyszła żona, odstrzeliwali się rzęsiście przez całą noc. We troje
    strzelali, a moja ciotka i Marta Karwicka, jej córka ładowały broń i podawały.
    Odparłszy kilka ataków , wykorzystali jakiś moment dezorjentacji i przez tłum
    bab się przebili, doszli do Cukrowni Kordykówki i stamtąd końmi odjechali na
    dworzec i do Winnicy. Obrona zdecydowana udała się i dzięki temu wyszli cało z
    tej opresji.

    Cała nasza rodzina Lipkowskich ze wsi przyjechała do Humania i tam wraz
    z okolicznym ziemianstwem się koncentrowała. Wszystkie też powiatowe miasta
    były pełne, nie mówiąc o większych jak Kijów, Kamieniec, Odessa i Żytomierz. W
    Kijowie po niedawnej mordowni oficerów, których kilka tysięcy padło ofiarą,
    przez krótki czas opanowania miasta przez bolszewików, dziś życie, szczególniej
    polskie, płynęło wartkim korytem. Życie kulturalne kwitło, teatr polski
    prosperował, życie społeczne i organizacyjne bardzo się wzmocniło, tym
    bardziej, ze kontakty z Warszawą były umożliwione i wymiana poglądów
    politycznych też. U złotej młodzieży dawało się zaobserwować przykry objaw
    hulaszczego życia, które nie tylko, że nie ukróciło, a odwrotnie się wzmogło.

    Odnosiłem wrażenie, że ludzie żyli chwilą obecną, nie bardzo się
    zastanawiając nad przyszłością i nie zdawali, czy też nie chcieli zdawać sobie
    sprawy, że znajdują, się na przełomie wielkich zmian ustrojowych i
    politycznych, nie wierzyli w to, że powrotu do dawnych stosunków już nie ma.
    Inni znowu tak wierzyli w nieodwracalność stosunków, że wielu robiło
    tranzakcje, nabywając nowe posiadłości ziemskie.

    W
  • 10.07.04, 23:47

    (...)

    W międzyczasie wszedłem w ścisły kontakt z naszemi organizacjami
    polskiemi jak politycznymi, tak społeczno-oświatowemi i polską organizacją
    wojskową. Na terenie całej Rusi działały rożne instytucje z siedzibą oczywiście
    w samym Kijowie, co bardzo ułatwiało mi moje zadanie. Już zaraz po wybuchu
    wojny i załamaniu się początkowej ofensywy rosyjskiej, nastąpiła ewakuacja
    wielkich mas z terenu Królestwa na nasze prowincje tak północno wschodnie jak
    południowo wschodnie. Poza tym należało się zaopiekować wyewakuowanymi Polakami
    z terenu Galicji Wschodniej.

    Został powołany wówczas oddział kijowski Towarzystwa Pomocy Ofiarom
    Wojny, na czele którego stanął przede wszystkiem Joachim Bartoszewicz,
    Stanisław Zieliński, Stanisław Horwatt, Roman Bninski, Karol Wilkoszewski,
    Gabriel Możdżyński, Kimayer, Oskar Sobański. Wkrótce zostało to rozszerzone i
    połączone w Radę Okręgową Kijowską Polskich Towarzystw Pomocy Ofiarom Wojny,
    która objęła swa działalnością gub. kijowską, podolską, wołyńską, a nawet
    przekroczyła za Dniepr obejmując gubernie czernichowską i połtawską, mając w
    każdej swój oddział, podlegający Radzie w Kijowie.

    Rada Okręgowa została ukonstytuowana pod przewodnictwem Joachima
    Bartoszewicza, lecz rozprzestrzeniając się w terenie gdzie tylko można przez
    swych komisarzy, nie tylko pomagała ofiarom wojny ale zaczęła bardzo
    energicznie działać na polu oświatowym i uświadomienia narodowego i
    organizowania oświaty dla młodzieży uchodźczej, a przy tej sposobności
    rozszerzając możliwości nauczania w jeżyku polskim i na miejscową ludność
    polską, która na terenie prowincji zabranych była pozbawiona możliwości jawnego
    uczenia się w języku polskim.

    Po roku 1905 o ile w Królestwie mogły być tworzone prywatne polskie
    szkoły z wykładowym językiem polskim o tyle tu pozwolono Polakom otwierać
    szkoły prywatne, lecz z wykładowym językiem rosyjskim. Dopiero po wybuchu wojny
    i znanym orędziu do Polaków generalissimusa rosyjskiego Wielkiego Księcia
    Mikołaja Mikołajewicza, wolno było otwierać szkoły prywatne z wykładowym
    jeżykiem polskim. Jednak mimo to natrafiono na duże trudności i szykany i mowy
    nie było o zrównaniu w prawach ludności polskiej z ludnością rosyjską.

    Poza tym stowarzyszeniem pomocy ofiarom wojny w 1915 roku powstał Okręg
    Kijowski Centralnego Komitetu Obywatelskiego pod przewodnictwem pełnomocnika
    Stanisława Moskalewskiego. Był to okręg Kijowski jako cześć składowa
    Centralnego Komitetu Obywatelskiego w Moskwie i prowadzony przeważnie przez
    ludzi nie autochtonów Rusi, a pochodzących z Królestwa z zadaniem opieki nad
    uchodźcami.

    Po rewolucji rosyjskiej Polacy z terenów Rusi od razu skorzystali ze
    sposobności wykorzystania rewolucji. Został zwołany do Kijowa ogólny zjazd
    organizacji polskich na terenie Wołynia, Podola i Ukrainy, na którym powołano
    do życia Polski Komitet Wykonanwczy na Rusi, jako naczelny organ kierowniczy
    politycznego i społecznego życia ludności polskiej. Zjazd ten popularnie
    nazwano "1-szym sejmem Polaków na Rusi". Wygoniony komitet postanowił
    przeprowadzić organizacją wewnętrzna samorządu polskiego w postaci komisarjatów
    gubernianych, powiatowych i parafialnych. Było to jakby odnowienie i
    usprawnienie legalnego działania powstałego na Rusi "Zrzeszenia" po roku 1905.

    Stworzona i zalegalizowana organizacja powinna była być następnie
    uznana przez ogólnopaństwowe organizacje za organ oficjalny wobec społeczeństwa
    polskiego. Projekty te opierały się na ogólnym programie politycznym rewolucji
    rosyjskiej, który ogłosił miedzy innemi, całkowitą swobodę i prawa do samorządu
    dla wszystkich narodowości. Centralna Rada Ukraińska, powołana też po
    rewolucji, ogłosiła też od siebie konkretny projekt autonomii narodowościowej,
    który zamierzeniom polskim dawał widoki całkowitej realizacji.

    Były to jednak widoki tylko teoretyczne, wkrótce bieg wypadków wykazał,
    Ukraińcy od samego początku zaczęli odnosić się do spraw polskich na Ukrainie
    nieżyczliwie, a w końcu nawet wypowiedzieli społeczeństwu polskiemu otwartą
    walkę eksterminacyjną. Polski Komitet Wykonawczy na pierwszym swym planie
    postawił- w swym programie sprawy oświatowe, powołując do kierownictwa niemi
    specjalny wydział oświaty.

    W czerwcu 1917 roku zostało powołane ponowne zgromadzenie polskie na
    Rusi. Wtedy w ścisłym kontakcie i łączności z komitetem wykonawczym powstaje
    Macierz Polska, jako organizacja ścisłe oświatowa, z początku jako oddzielne
    Macierze Polskie na Podolu, Wołyniu i Ukrainie, a następnie na zjeździe
    ogólnokrajowym Macierzy w dniach 25 i 26 IX 1918 roku powstaje Związek Macierzy
    Polskiej na Rusi z siedzibą w Kijowie.

    Komisarjaty gubernialne, powiatowe i parafialne uzyskują od zjazdu
    walnego Zgromadzenia Polskiego na Rusi, upoważnienia do opodatkowania
    społeczeństwa polskiego na rzecz potrzeb narodowych, a specjalnie na
    szkolnictwo. W myśl dyrektyw tego zjazdu Komitet Wykonawczy i Komisarjaty miały
    utrwalać samorząd polski w ramach powstającej państwowości ukraińskiej i
    zdobywać od państwa ukraińskiego środki finansowe na rzecz szkół polskich.
    Macierz miała otoczyć szkolnictwo stałą opieką społeczeństwa odnośnie do ducha
    szkoły i bronić jej przed zakusami obcych władz.

    Po zjeździe czerwcowym okazało się, że Rząd Ukraiński nie uznał
    Polskiego Komitetu Wykonawczego za reprezentacje ludności polskiej.
    Wykorzystawszy rozłam jaki zaszedł na zjeździe czerwcowym, mianowicie fakt
    opuszczenia zjazdu przez część delegatów z tzw. "lewicy", którzy będąc w
    mniejszości zostali przegłosowani w sprawach ogólnopolskich, przede wszystkiem
    w sprawach formowania oddziałów polskich z wydzielonych wojskowych Polaków z
    oddziałów rosyjskich, Rząd Ukraiński powołał właśnie przedstawicieli tej
    polskiej "lewicy" do tworzącego się Rządu Ukraińskiego, powierzając im
    ministerstwo do spraw polskich, które miało realizować zasady autonomji
    narodowej polskiej na Ukrainie. Na czele tego ministerstwa stanął Mieczysław
    Mickiewicz.

    Funduszów na prowadzenie szkół polskich Mickiewicz nie uzyskał żadnych,
    ograniczał się do rejestrowania powstających i istniejących szkół polskich, a
    nawet nie potrafił zapobiec zamknięciu Macierzy Szkolnej na terenie Podola.
    Cały wiec ciężar materjalny utrzymania szkół spadł na społeczeństwo polskie,
    które jak zawsze, dało silny odzew. A był to ciężar ogromny. Organizacje
    polskie rzucimy się żywiołowo do zakładania szkół polskich, początkowo na
    prowincji po parafjach, dworach, cukrowniach oraz średnich i większych miastach.

    Wydział Oświaty Centralnego Komitetu na czele którego stanął zasłużony
    i niestrudzony działacz Józefat Andrzejowski, miał trudne zadanie dostarczenia
    tym szkodom sił nauczycielskich, programów szkolnych i podręczników. Do szkół
    polskich zaczęły się garnąć dzieci innych narodowości, zwłaszcza narodowości
    ukraińskiej, które pragnęły z nich korzystać, stawiając je wyżej od sztucznie
    tworzonych szkół ukraińskich.

    Tworzy się na terenie Rusi cały szereg związków zawodowych jak Związek
    Kolejarzy, Związek Pracowników Handlowych, już dawniej istniejący Związek
    Oficjalistów Rolnych, Związek Prawników, Związek Lekarzy. W końcu 1917 roku
    powstaje Towarzystwo Popierania Polskiej Nauki i Kultury, a po tym Polskie
    Towarzystwo Naukowe, gromadzące w swym gronie profesorów uniwersytetów oraz
    naukowców.

    Artyści plastycy polscy zrzeszają się, powołując do życia Szkołę Sztuk
    Pięknych. Teatr się rozwija z Osterwą na czele, dając stale przedstawienia.
    Wzmaga się ogromnie akcja wydawnicza. Ruch wydawniczy stara się rejestrować
    wydawnictwa specjalne "Wiadomości Bibliograficzne", który usiłuje zebrać
    dorobek wydawniczy w gromadzonym "Skarbcu Druków Polskich" oraz "Muzeum
    Polskie". Wychodzi też w tym czasie w Kijowie cały szereg pism
    codzien
  • 10.07.04, 23:48

    Wychodzi też w tym czasie w Kijowie cały szereg pism codziennych : "Dziennik
    Kijowski", "Gazeta Narodowa", "Przegląd Polski" o rożnych kierunkach
    politycznych. Tygodników : "Kłosy Ukraińskie", "Świat Kobiecy" poświecone
    zagadnieniom społecznym i życia politycznego. Pismo dla ludu, katolickie "Lud
    Boży" bardzo szeroko kolportowane do najmniejszych środowisk
    polskich. "Przewodnik dla Spółek i Kółek Rolniczych", wreszcie dla dzieci "Nasz
    Świat" i miesięcznik dla młodzieży szkół średnich i wyższych "Młodzież".

    Zagadnieniom naukowym i pedagogicznym szkolnictwa i oświaty służyły dwa
    czasopisma "Przegląd Naukowy i Pedagogiczny" i "Przewodnik Oświatowy" jako
    organ Polskiego Komitetu Wykonawczego na Rusi.

    Jak widać z tego, rozmach życia organizacyjnego Polaków na Rusi był
    olbrzymi i w krótkim czasie nie tylko stworzył stałą i mocną reprezentację
    polską, która zagłębiła się aż do najmniejszych komórek, jakiemi były parafje,
    które nie były niczem innym jak polskimi gminami. Druga rzecz to reprezentacja
    polityczna i zorganizowane społeczeństwo w głąb i w szerz, ale nade wszystko
    potężny dorobek i rozmach w szkolnictwie i życiu kulturalnym i naukowym.

    Społeczeństwo dało maksymum wysiłku organizacyjnego, potrafiło wyrobić
    w sobie karność społeczna i poczucie obowiązku świadczeń materjalnych. A ten
    wysiłek był ogromny. Dość powiedzieć, że zarejestrowanych na tych trzech
    ziemiach było 1265 szkół początkowych, 9 zawodowych i 36 szkół średnich i 2
    wyższe uczelnie, w roku szkolnym 1917-18 uczyło się 83554 uczniów. Wydział
    oświaty obliczył, że na utrzymanie tych szkół w 1918 roku było 19.200.000
    rubli! Rządy ukraińskie przejęły niewielką ilość szkół na swe utrzymanie, cały
    więc ciężar musiał spaść na opodatkowanie społeczeństwa i tych, którzy z tych
    szkół korzystali.

    Najbardziej budującym był stosunek ludności wiejskiej do szkół. Ludność
    ta szkołę polską ukochała, broniła jej przed rozgromieniem, otaczała opieką
    nauczycieli, dawała dobrowolne wszelkie świadczenia rzeczowe i zabezpieczała
    byt nauczycielstwa. Po zajęciu przez Niemców Ukrainy i stworzeniu rządu hetmana
    Skoropadskiego nastąpił lżejszy kurs, a organizacyjne ramy i kanały tym mocniej
    zaczęły pracować, moc nowych szkół powstała, a wyzute ziemiaństwo z ziemi
    wracało by odtworzyć swe warsztaty, hojnie się opodatkowywało, świadcząc
    wielkiemi sumami na cele polskie. Należy tu podkreślić wspaniała postawę i
    wybitna ideowość naszego duchowieństwa, które na swych barkach wyniosło całość
    organizacji parafji i szkolnictwa niższego. Trwali na swych parafjach nie
    bacząc na napady i mordy, utrzymując bez przerwy rządy dusz w parafjach. Nie
    można tu pominąć takich wspaniałych duszpasterzy jak ks. Skalski proboszcz
    kijowski, ks. Nosalewski proboszcz płoskirowski, ks. Orłowski proboszcz
    kamieniecki, ks. Sznarbachowski, ks. Kelus i wielu wielu innych wspaniałych
    postaci.

    A wśród działaczy społecznych zarysowują się przede wszystkiem trzy wspaniale
    postacie:

    Joachim Bartoszewicz prezes Centralnego Komitetu Wykonawczego, Józefat
    Andrzejowski twórca Macierzy Polskiej i jałmużnik narodowy oraz niestrudzony
    Karol Wilkoszewski.

    Obraz tego co oni zdziałali mając legjon wspaniałych współpracowników
    może dać następujące zestawienie.

    Wykaz szkolnictwa polskiego na Rusi w roku szkolnym 1917 - 1919.

    1. Szkoły wyższe dwie:

    Polskie Kolegium i Uniwersytet w Kijowie

    2. Szkoły średnie:

    sam Kijów 12, Berdyczów 1, Biała Cerkiew 1, Humań 1, ilość uczni 3366,
    nauczycieli 48, razem w guberni kijowskiej 16

    Zwinogródka 1, Żytomierz 2, Sławuta 1, Antoniny 1, Łuck 1, Ostróg 1, Zdołbunów
    1, Równe 1, razem na Wołyniu 8, uczni 1333

    Kamieniec 1, Winnica 1, Płoskirów 1, Mohyłów 1, Gródek 1, Bar 1, Satanów 1,
    razem na Podolu 7, uczni 827

    3. Szkoły zawodowe:

    Kijów 7 prowincja 2 razem 9, uczni 425

    4. Szkoły początkowe:

    Ukraina 194, uczni 11115 Wołyń 507, uczni 26295 Podole 546, uczni 35832

    Poza tym w Odessie dwie szkoły średnie i 6 niższych, uczni 2395,
    Zadnieprze szkoły średnie 3 i początkowe wyższe 12, uczni 2000.
  • 19.07.04, 14:21
    Świetny materiał o Kijowie i Kijowszczyźnie! Sam się od dłuższego czasu do tego
    przymierzałem, ale brak czasu ciągle to odwlekał.
    Pozdr.
    --
    Eliot
  • 19.07.04, 15:56
    Już gdzieś o tym pisałem.
    Spotkałem mieszkańca Mińska niedawno zupełnie.
    Deklarował swoją rosyjskość bardzo wyraźnie.
    Bez zacięcia przytaczał również fragmenty polskiej poezji, twierdzą przy tym,
    że znajomośc języka polskiego i kultury polskiej świadczy "u nas" o
    przynależności do elity.
    Jaką miał na myśli elitę?
    Zapewne na pozostałości historyczne nakładają się również współczesne mody,
    jednak zapamiętałem to spotkanie. Szczególny przypadek sentymentu do
    Rzeczpospolitej smile

    OLDJAKBYDUMNYTROCHĘ

    --
    ...ale kogo to obchodzi...
  • 19.07.04, 16:06
    Polecam wszystkim miłośnikom dawnej Rzeczpospolitej
    rzecz-pospolita.com
  • 19.07.04, 16:32
    oldpiernik napisał:

    > Już gdzieś o tym pisałem.
    > Spotkałem mieszkańca Mińska niedawno zupełnie.
    > Deklarował swoją rosyjskość bardzo wyraźnie.
    > Bez zacięcia przytaczał również fragmenty polskiej poezji, twierdzą przy tym,
    > że znajomośc języka polskiego i kultury polskiej świadczy "u nas" o
    > przynależności do elity.
    > Jaką miał na myśli elitę?
    > Zapewne na pozostałości historyczne nakładają się również współczesne mody,
    > jednak zapamiętałem to spotkanie. Szczególny przypadek sentymentu do
    > Rzeczpospolitej smile
    >
    > OLDJAKBYDUMNYTROCHĘ
    >
    Białoruś jest w trudnej sytuacji. Może się właściwie odwoływać jedynie do
    tradycji Wielkiego Księstwa Litewskiego, ale jego symbole, co oczywiste
    przejęła Litwa. Ludność Białorusi ma słabą, czesto znikomą lub żadną swiadomość
    narodową. Likwidacja kościoła unickiego i przymusowa "prawosławizacja" greko-
    unitów pozbawiły Białoruś własnej identyfikacji religijno-narodowej. Obecnie
    świadomość narodową zachowuje 2-3 miliony ludnośći katolickiej, której rodowód
    jest w znacznej mierze polski co ułatwia jej izolację od "prawosławnej"
    ludnośći przez obecne władze Białorusi. Weź też pod uwagę, że elity władzy
    Białorusi są w znacznej mierze napływowe, z dawnych (często azjatyckich)
    republik ZSRR, są to dawni działacze partyjni lub funkcjonariusze byłych służ
    ZSRR. Utożsamiają się z ZSRR, ewentualnie z Rosją ale nie z Białorusia.
    Znajomość polskiej kultury jest więc często wyróżnikiem (o paradoksie!)
    świadomego narodowo Białorusina. To jest ta elita.
    Pozdr.
    --
    Eliot
  • 20.07.04, 09:00
    eliot napisał:

    > przewodnik.onet.pl/1170,1608,1061496,0,1,artykul.html

    Polacy na Łotwie stanowią w dużej części rdzenną mniejszość narodową istniejącą
    tutaj od czasów króla Zygmunta Augusta, czyli od XVI w. Dotyczy to szczególnie
    byłych Inflant Polskich (obecnej Łatgalii).

    Wyróżnia się następujące fale osiedlania się Polaków na Łotwie:
    1. rodziny szlacheckie z innych ziem Rzeczypospolitej obdarowane dobrami
    ziemskimi oraz Polacy, w tym drobna szlachta, która przybyła z etnicznych
    obszarów polskich.
    2. uczestnicy powstań narodowych, którzy szukali schronienia, uchodząc przed
    carskimi prześladowaniami do tego słabo zaludnionego kraju.
    3. chłopi, którzy w latach 30. przyjeżdżali do prac sezonowych w rolnictwie.
    4. obywatele polscy zamieszkujący kresy północno-wschodnie II Rzeczypospolitej,
    którzy w związku z napaścią Związku Sowieckiego na Polskę uciekli na Łotwę.
    5. Polacy, głównie z Białorusi, którzy przybyli po II wojnie światowej do pracy
    w miejscowym przemyśle.

    Wpływy polskie w historii Łotwy to przede wszystkim współkształtowanie
    mentalności, obyczajów, języka i religijności mieszkańców Łatgalii, jednej z 4
    prowincji tego kraju. Polska umożliwiała kontakty z cywilizacją
    zachodnioeuropejską, łacińską - tą drogą nad Dźwinę i Zatokę Ryską docierały
    wpływy renesansowe i barokowe. W okresie niewoli rosyjskiej Polacy nadal
    pomnażali dorobek kulturalny Inflant. Panowanie Rzeczypospolitej, a potem
    tutejsza polska ludność, ocaliły na Łotwie katolicyzm, wyznawany do czasów
    komunistycznych przez 1/4 ludności.

    Pierwsze wzmianki o narodzie zamieszkującym te ziemie, jego obyczajach i
    wierzeniach znajdujemy w kronikach i pamiętnikach jezuitów sprowadzonych z
    Polski przez Stefana Batorego. Właśnie jezuici zaczęli sami uczyć się języka
    miejscowej ludności oraz uczyć tę ludność, zakładając szkoły i głosząc kazania
    w ich języku. W 1563 r. został wydany pierwszy słownik polsko-łacińsko-
    łotewski. W 1585 r. w Wilnie wydano najstarszą ze znanych książek w języku
    łotewskim Katechizm Piotra Kanizjusza. Jezuici pracowali nad słownikami
    językowymi, przygotowując w ten sposób grunt pod jego start literacki. Za
    sprawą Polaków powstawały gramatyki i modlitewniki w języku miejscowym.

    W latach późniejszych, w czasach zaboru rosyjskiego, główna zasługa jezuitów w
    Inflantach Polskich polegała na tym, że przez swoją politykę religijną i
    stosunek do ludności uniemożliwili masową rusyfikację narodu łotewskiego w
    Łatgalii. Można powiedzieć, że kultura polska spełniała rolę patronacką wobec
    ludności i kultury łotewskiej. Już od czasów renesansu dzięki Polsce, jako
    pośredniczce, kultura i cywilizacja Zachodu poczęły przenikać inspirująco na
    ziemie przyszłej Łotwy.




    --
    Eliot
  • 20.07.04, 09:02
    Łotwa

    Historia





    Historia




    • Polacy na Łotwie







    Polacy na Łotwie



    ...ciąg dalszy

    Były rody szlacheckie, których imiona pozostały w kulturze Łatgalii, a przez to
    i w historii kultury Łotwy. Hylzenowie na Dagdzie, poetka Konstancja
    Bienisławska na Rykawie, Borhowie na Waraklanach i Preilach, Gustaw Manteuffel
    z Drycan, Szostowicki na Agłonie, Mohlowie na Wyżkach, Platerowie na Krasławiu.
    Spolszczone rody niemieckich ziemian w Łatgalii wydały wiele wybitnych
    osobistości, zasłużonych zarówno dla Polski, jak i Łotwy, np. Manteufflowie,
    Platerowie, Borhowie, Zyberkowie itd. Wiele dworów stało się ogniskami kultury,
    bowiem ziemianie byli z zamiłowania badaczami i zbieraczami.

    Wybitniejsi przedstawiciele ziemiaństwa łatgalskiego głównie pracowali naukowo
    i pozostawili po sobie wiele dzieł, świadczących o zamiłowaniu do kraju, w
    którym przebywali i o jego znajomości. Adam Plater wydał dzieło o geografii
    Inflant oraz pracę hydrograficzno-ichtiologiczną dotyczącą Dźwiny. Józef Gerald
    Wyżycki - były marszałek powiatu rzeżyckiego - wydał obszerne dwutomowe dzieło
    o florze Inflant. Znaczącym dziełem kasztelana J. A. Hylzena są Inflanty z
    XVIII w. Historię Inflant badał i opisywał również baron Gustaw Manteuffel. Do
    zasług jego, jak też hrabiny Celiny Plater zaliczyć należy m.in. ogłoszony
    drukiem zbiór znacznej ilości łatgalskich pieśni ludowych. Najgłębsze i
    najbardziej skrupulatne badania historii Łatgalii przeprowadził Bolesław Breżgo.

    Jeden z głównych organizatorów ruchów niepodległościowych i demokratycznych
    Polski porozbiorowej, B. Limanowski urodził się w szlacheckim gnieździe -
    Podgórzu na Inflantach. Tu również wychowała się przyszła poetka Kazimiera
    Iłłakowiczówna. Przez kilka lat wykładał w Rydze znany filolog, prof. Julian
    Krzyżanowski, wybitny chemik, prof. Włodzimierz Fiszer, jak również wielu
    innych polskich uczonych. Konstanty Rączewski był nauczycielem wielu rzeźbiarzy
    łotewskich. W Rydze studiował również Ignacy Mościcki. Z Łotwą powiązany był
    Stanistaw Wojciechowski, Prezydent RP w latach 1922-1926, który ukończył
    gimnazjum w Jelgavie, oraz Gabriel Narutowicz, absolwent gimnazjum w Lipawie. Z
    Łatgalią związany był także słynny budowniczy mostów, Stanisław Kierbedź -
    projektodawca m.in. mostu kolejowego na Dźwinie.

    O ile do roku 1918 kultura na Łotwie (w tym nauka) rozwijała się pod wpływem
    niemieckiej kultury protestanckiej, to inna sytuacja panowała we wschodniej
    części państwa. Tu przeważał katolicyzm i istniały trwałe stosunki z kulturą
    polską, także po rozbiorach Rzeczypospolitej. Ponadto wielu Polaków w XIX w.
    udawało się do Guberni Kurlandzkiej lub Liwlandzkiej dla zdobycia wykształcenia
    gimnazjalnego lub wyższego w Dorpacie (Tartu) czy Rydze.

    Wielu naukowców narodowości polskiej prowadziło prace badawcze na Łotwie. Dość
    wspomnieć Michała Poczobuta, S. Kierbedzia, Gustawa Manteuffla, Michała Borchu.
    Wielu Polaków ukończyło Politechnikę Ryską (na przełomie XIX i XX w. liczba ich
    sięgała nawet 25-30% ogółu studentów). Wielu było profesorami tej uczelni.
    Działały też polskie organizacje studenckie: Arkonia, Welecja, Wilia, Ogniwo i
    Kółko Studentów Polskich.



    --
    Eliot
  • 20.07.04, 09:04
    Łotwa

    Historia





    Historia




    • Polacy na Łotwie







    Polacy na Łotwie



    ...ciąg dalszy

    Na początku lat 20., w oparciu o radykalną, a zarazem drastyczną reformę rolną
    również wszystkich Polaków w Łatgalii pozbawiono majątków ziemskich. W
    rezultacie miał miejsce masowy wyjazd do Polski tych osób. Dopiero w 1928 r.
    władze łotewskie rozpoczęły wypłatę odszkodowań Polakom, która zakończyła się w
    1937 r. Bardzo trudnym rokiem - również dla Polaków łotewskich - okazał się rok
    1934, kiedy to premier, Karlis Ulmanis dokonał nacjonalistycznego przewrotu
    (upadł system parlamentarny). Miało to wpływ na ograniczenie możliwości
    kulturalno-społecznej działalności mniejszości narodowych, w tym polskiej. W
    rezultacie spadła liczba szkół polskich z 45 do 14, uległo likwidacji szereg
    polskich instytucji, stowarzyszeń, organizacji, czasopism, nastąpiła izolacja
    inflanckich Polaków od Macierzy. Na początku 1939 r. kilka większych polskich
    organizacji zjednoczyło się w Stowarzyszenie Polaków Łotwy. Po wybuchu II wojny
    światowej sytuacja Polaków na Łotwie skomplikowała się zarówno w okresie
    pierwszej okupacji radzieckiej (1940- 1941), niemieckiej okupacji (1941-1945),
    jak i drugiej radzieckiej okupacji (1945-1988).

    Z inicjatywy harcerzy powstała konspiracyjna organizacja wojskowa, która
    pierwotnie zajmowała się - wraz z innymi organizacjami - przerzutem do Szwecji
    i Anglii internowanych na Łotwie polskich oficerów i żołnierzy. W połowie 1941
    r. rozpoczął w Dyneburgu działalność Związek Walki Zbrojnej podległy Wileńskiej
    Komendzie Okręgowej. Jednak już pod koniec 1941 r. został zdekonspirowany przez
    komendanta łotewskiej policji politycznej, współpracownika gestapo. W
    rezultacie 17 bojowników ZWZ zostało aresztowanych, spośród których 10
    natychmiast rozstrzelano. Zimą 1942 r. zorganizowane zostały nowe ekspozytury
    wywiadowcze ZWZ w Rydze, Dyneburgu, Jelgavie i Lipawie, a latem 1942 r.
    rozpoczęła działalność w Dyneburgu kolejna organizacja dywersyjna "Wachlarz".
    Jesienią 1943 r. niemal wszyscy jej członkowie zostali aresztowani, a po
    rocznym śledztwie i torturach straceni.

    W pierwszym okresie po wojnie władze radzieckie pozwoliły na wznowienie
    działalności polskich szkół. Jednak w 1949 r. ostatecznie polskie szkolnictwo
    zostało zlikwidowane. W latach 40. i 50. Polacy, tak jak i Łotysze, poddani
    zostali represjom. Jedynymi instytucjami w okresie radzieckiej Łotwy, gdzie
    funkcjonował polski język, był Kościół Katolicki i Seminarium Duchowne w Rydze.
    W 1978 r. udało się grupie polskiej inteligencji utworzyć Klub Kultury
    Polskiej "Polonez", który w 1990 r. przekształcił się w Związek Polaków na
    Łotwie, którego przewodniczącą została Ita Kozakiewicz - działaczka łotewskiego
    Odrodzenia (Atmody) lat 1988-1992 (później wybrana do parlamentu łotewskiego).
    Związek Polaków jednoznacznie popierał łotewskie odrodzenie, jednocześnie
    odbudowując przedwojenne tradycje działalności oświatowej i kulturalnej.
    Obecnie istnieje 6 polskich szkół, do których uczęszcza 1400 uczniów, jest
    polskie przedszkole, działają szkoły niedzielne. Ukazuje się polska prasa:
    Polak na Łotwie, Czas Łatgalii, Dodatek Polski i Echo Rygi.




    --
    Eliot
  • 20.07.04, 09:06
    Najwięcej ludności polskiej zamieszkuje powiat dyneburski (ok. 22 tys., z czego
    w Dyneburgu - ok. 18 tys., tj. 15,1% ogółu mieszkańców) i w Rydze (ok. 17
    tys.). Natomiast na całej Łotwie ludność polska stanowi 2,3% ludności kraju
    (dane z 20.05.1998 r.). Jeżeli jednak uwzględnić fakt, że wiele osób
    uważających się za Polaków ma wpisaną w dokumentach osobistych inną narodowość -
    najczęściej białoruską lub łotewską - to okaże się, że osób pochodzenia
    polskiego jest znacznie więcej.

    Polacy łotewscy są aktywni i zajmują stosunkowo wysoką pozycję w strukturze
    społeczeństwa. W przeciwieństwie do sąsiedniej Litwy na ogół w pełni
    identyfikowali się z powstającym niepodległym państwem, a Łotysze, darząc ich
    zaufaniem, powierzali poważne funkcje w życiu politycznym. Na tle pozostałych
    mniejszości na Łotwie, Polaków charakteryzuje mocne poczucie świadomości
    narodowej. Co więcej, nie rozpłynęli się w migracyjnym potopie po II wojnie
    światowej, zachowując swą liczebność i swój tradycyjny udział populacyjny w
    ludności Łotwy (2,2-2,5%), jak też tradycyjną lokalizację geograficzną. Ponadto
    stosunkowo najlepiej w porównaniu z innymi grupami narodowymi opanowali język
    łotewski. Stanowią głównie ludność miejską. Obecnie również połowa wszystkich
    Polaków na Łotwie mieszka w Rydze i Dyneburgu, gdzie wytworzyła się polska
    infrastruktura kulturalna.



    --
    Eliot
  • 03.11.05, 18:34
    "Natomiast na całej Łotwie ludność polska stanowi 2,3% ludności kraju (dane z
    20.05.1998 r.). Jeżeli jednak uwzględnić fakt, że wiele osób uważających się
    za Polaków ma wpisaną w dokumentach osobistych inną narodowość - najczęściej
    białoruską lub łotewską - to okaże się, że osób pochodzenia polskiego jest
    znacznie więcej."
    ++No ślicznie, ślicznie!!! Jak tak dalej pójdzie to okaże się, że Polaków na
    Łotwie jest więcej niż 10%!!! (((-: Bo trza by się jeszcze wziąć za Łotyszy
    mających polskie nazwiska [Kristovskis, Meieroviczs, itd...], wszystkich
    katolików, a nawet takich którzy byli więcej niż raz w życiu w Polsce...
    Przez ładne kilka lat [nie mniej niż 5] w latach 90-tych XXwieku, zatrzymywałem
    się w ryskiej szkole polskiej - i napatrzyłem się i nasłuchałem
    miejscowych "Polaków" i o nich...
    Wiekszość z nich rzeczywiście jest albo Łotyszami [rzadziej - a dokładniej
    rzecz ujmując, ci zletyzowani - raczej trzymają się kultury łotewskiej, języka -
    i mimo znajomosci polskiego - posyłają dzieci do szkół łotewskojęzycznych],
    albo Rosjanami/Sowietami. Często poza posłaniem dziecka do szkoły polskiej, nic
    takiej rodziny [zwłaszcza mieszanej] z polskością nie łączy. Nie tylko w domu -
    ale w szkole na przerwach, a nawet w prywatnych rozmowach w pokoju
    nauczycielskim króluje rosyjski. Oczywiście oficjalnie szkoła pracowała po
    polsku - więc wszelkie zebrania itd - owszem po polsku, ale prywatnie - to juz
    bardzo różnie było - to znaczy po polsku rozmawiano z Polakami z Polski, ale
    między sobą - osoby nawet donrze znające polski rozmawiały raczej po rosyjsku.
    Zresztą nawet syn pani dyrektor (Polki z Wilna)- po kilku semestrach w Gdańsku -
    wolał rozmawiać po rosyjsku - i tylko przed [licznymi] gośćmi ujawniał
    znajomość polskiego [ciekawe jak rozmawiał z matką w domu?...].
    O mentalności szkoda gadać - na pewno nie polska.
    tak więc raczej należało by się zastanowiś, czy nie nazbyt wielu mieszkańvców
    Łotwy niesłusznie podaje narodwość polską - i czy te 2,3% nie jest mocno
    przesadzone.

    Owszem [sporadycznie] spotykałem osoby, silnie związane z polskością -a le to
    byli ludzie ze starszego pokolenia - "przedwojenni Polacy łotewscy", lub Polacy
    z IIRP pamiętający jeszcze czasy przedwojenne.
    Ale przecież co szkodzi popisać sobie trochę w internecie, dla podbudowania
    samopoczucia... No i z przedrozbiorową Rzecząpospolitą, ci łotewscy:
    Polacy, "Polacy" i pseudopolacy wspólnego to mają raczej niewiele...
  • 01.02.05, 12:14
    eliot napisał:

    > www.pporthodoxia.com.pl/artykul.php?id=762


    Prawosławne korzenie Kościuszków Doroteusz Fionik

    ------------------------------- ------------------------------- ------------------
    O Tadeuszu Kościuszce napisano w Polsce już wiele. Może nawet nazbyt wiele,
    by uwolnić się od pospolitych mitów i legend. Przez przeciętnego obywatela
    naszego kraju postać jest postrzegana jako polski bohater narodowy, który
    dodatkowo przysłużył się niezależności Stanów Zjednoczonych. O jego miejscu
    urodzenia i przodkach wie się jednak niewiele. Mereczowszczyzna czy
    Siechnowicze to przecież polskie kresy, a Kościuszkowie - jedni z wielu
    polskich ziemian tu zamieszkujących. Tymczasem, by zrozumieć geniusz
    Kościuszki, trzeba zwrócić się do jego białoruskich i prawosławnych korzeni.

    Przodków Tadeusza trzeba szukać wśród rycerstwa Ziemi Brzeskiej i
    Kamienieckiej, które wiernie służyło książętom ruskim i litewskim. Za swe
    zasługi jeden z nich - Fiodor - w 1458 r. otrzymał od Kazimierza Jagiellończyka
    prawa szlacheckie oraz posiadłość ziemską Siechnowicze w powiecie kamienieckim.
    Tu urodził się syn Fiodora - Konstanty, którego zdrobniale nazywano Kostiuszką.
    Po latach imię to stanie się rodowym nazwiskiem.
    Kostiuszko Fiodorowicz, pan na Siechnowiczach, należał do elity w państwie
    litewsko-ruskim, w latach 1492-1509 był bowiem sekretarzem (diakiem) na dworze
    wielkoksiążęcym. Jego żona Hanna, córka księcia Juryja Holszańskiego, była w
    prostej linii kuzynką Zofii Holszańskiej, czwartej żony Władysława Jagiełły. W
    1509 r. Zygmunt I potwierdził swemu pisarzowi Kostiuszce prawa na władanie
    Siechnowiczami, co też było zapisane w starobiałoruskim przywileju: ...мы тое
    сельцо Сехно-вичи тые три чоловеки и с братьею, и с детьми их, и с внуками, и
    тые пашни, и дубровы, и лес ему дали во всим. W podobnym języku Kostiuszko
    rozmawiał również na co dzień.
    Siechnowicki majątek Kostiuszki Fiodorowicza był ze wszystkich stron
    otoczony podobnymi władaniami prywatnymi. Z północnego wschodu była to włość z
    centrum w Koreniowie, z południa zaś władania Zdzitowieckich i Sasinów-
    Kalejczyckich. Nie obywało się bez konfliktów granicznych z sąsiadami,
    szczególnie z dziedzicem koreniowskim Pociejem, dziadkiem biskupa apostaty
    Hipacego Pocieja. W 1529 r. Kostiuszko stracił na rzecz Pocieja obszar gruntów
    koło Dremlowa i Hniewowa. Dosyć długo toczył się również spór graniczny ze
    Zdzitowieckimi. Dopiero w 1599 r. Mikołajowi Kostiuszce Siechnowickiemu,
    wnukowi Kostiuszki Fiodorowicza udało się zawrzeć z nimi urzędowe porozumienie.
    Już wówczas ród oficjalnie używał nazwiska Kostiuszko, spolonizowane potem na
    Kościuszko.
    Do polonizacji rodu wydatnie przyczyniła się unia brzeska i nietolerancyjna
    polityka Zygmunta III Wazy. Chociaż wcześniej nie było możnym prawosławnym
    lekko, teraz droga do wysokich godności państwowych była dla nich zamknięta.
    Aby zrobić karierę, trzeba było stać się unitą, a najlepiej rzymskim
    katolikiem. Wielu taką drogę do sukcesu doczesnego właśnie wybrało. Wśród nich
    byli też Kościuszkowie.
    Porzucanie wyznania ojców, czyli prawosławia, przez poszczególne gałęzie
    rodu odbywało się w różnym okresie. Wiemy, że w pierwszej połowie XVII w. Jan
    syn Hrehora Kościuszko przeszedł na protestantyzm. Jego syn Aleksander Jan był
    już rzymskim katolikiem. Kiedy zaraz po porodzie zmarła mu matka Konstancja z
    Orzeszków, pochowano ją w siechnowickiej łacińskiej kaplicy.
    Aleksander Jan Kościuszko, sędzia skarbowy brzeski, był pradziadkiem
    Tadeusza. Trzej z jego czterech synów zajęło ważne pozycje w nomenklaturze
    urzędniczej Wielkiego Księstwa Litewskiego. Czwarty - Ambroży Kazimierz - na
    mocy testamentu odziedziczył cały majątek w Siechnowiczach. Dziad Tadeusza
    okazał się bardzo aktywnym działaczem politycznym. Uczestniczył w posiedzeniach
    sejmów walnych, przewodniczył szlachcie Ziemi Brzeskiej, był sędzią grodzkim
    brzeskim i wreszcie pisarzem ziemskim. Był gorącym stronnikiem Sapiehów. Aby
    bronić ich interesów na sejmikach, nieraz wyciągał swoją szablę. Porywczość
    odziedziczył zresztą po przodkach. Można tu wspomnieć jednego z wujów Ambrożego
    Kazimierza - Chryzostoma Kościuszkę, który po 1669 r. zarządzał Kobryniem,
    uzyskując od Jana Sobieskiego pozwolenie na wysiedlenie z miasta gminy
    żydowskiej.
    Synem Ambrożego Kazimierza był Ludwik Tadeusz Kościuszko (1700-1758),
    któremu aktywny ojciec pozostawił majątek zaniedbany i zadłużony. W takiej
    sytuacji Ludwik zdecydował się przekazać Małe Siechnowicze ze Stepankami,
    Nowosiółkami i Konotopami swemu wujowi Faustynowi Benedyktowi. Sam natomiast
    wziął w dzierżawę od Sapiehów folwark Mereczowszczyznę koło Kosowa Poleskiego.
    Tu w 1740 r. ożenił się z Teklą Ratomską, białoruską szlachcianką wyznania
    prawosławnego (Ratomscy byli między innymi w 1620 r. fundatorami prawosławnego
    soboru św. Piotra i Pawła w Mińsku). W końcu 1745 r. urodził się im syn,
    którego ochrzczono potrójnym imieniem Andrzej Tadeusz Bonawentura.
    Do dziś nie do końca rozstrzygnięty jest spór co do czasu i miejsca
    urodzenia Andrzeja Tadeusza Bonawentury Kościuszki. Badacze biografii generała
    datę urodzenia lokują pomiędzy 13 lipca 1745 roku a 12 lutego 1746. Ostatnia
    data odnosi się do zapisu chrztu chłopca w księdze metrykalnej kościoła
    kosowskiego. Dzień urodzin i chrztu nie może być jednak tożsamy, jeżeli
    przyjmiemy, że Tadeusz Kościuszko urodził się w Siechnowiczach. Tak bowiem
    mówią wszystkie źródła do połowy XIX w. Dopiero potem za miejsce urodzenia
    generała zaczęto uważać Mereczowszczyznę.
    Białoruski biograf Kościuszki Józef Jucho również wskazuje na Siechnowicze,
    uważając że początkowo był on ochrzczony w obrządku wschodnim. Inny badacz,
    Anatol Bienziaruk, zwrócił uwagę na zbieżność imion patronalnych - trzynastego
    lipca według kalendarza prawosławnego świętujemy pamięć ap. Andrzeja i
    Tadeusza. W następnym dniu w kalendarzu rzymskokatolickim jest dzień św.
    Bonawentury. Według tradycji dzień urodzenia dziecka powinien odpowiadać jego
    imieninom. Mógł więc Andrzej Tadeusz Bonawentura Kościuszko być początkowo
    ochrzczony w cerkwi siechnowickiej, ufundowanej przez przodków, a dopiero po
    kilku miesiącach zapisany do ksiąg kościoła kosowskiego.
    Kościuszkowskie Siechnowicze leżą obecnie w rejonie żabinkowskim w obwodzie
    brzeskim. Historycznie jest to Ziemia Kamieniecka oraz wschodnia część
    województwa podlaskiego w jego granicach do 1566 r. Tak jak przed wiekami,
    Siechnowicze dzielą się na Małe i Duże. W pierwszych znajdują się pozostałości
    parku dworskiego oraz jedyny na Białorusi pomnik Tadeusza Kościuszki. Popiersie
    ustawione jest przed budynkiem szkoły, gdzie już od ponad roku działa izba
    pamięci, poświęcona bohaterowi kilku narodów. Wiekowe dęby w nieodległym parku
    pamiętają jeszcze jego czasy.
    To właśnie w Siechnowiczach Małych generał spędził pięć lat po powrocie z
    Ameryki w 1784 r. Wśród okolicznych ziemian zasłynął od razu jako reformator,
    zmniejszając w swym majątku wymiar pańszczyzny i podatków oraz zabraniając
    przymusowej tłoki. Marzył jednakże o całkowitym uwolnieniu chłopów,
    wyprzedzając tym samym bieg historii. Tego zamiaru nie udało się mu jednak
    zrealizować, gdyż w 1790 r.
  • 01.02.05, 12:19
    Tego zamiaru nie udało się mu jednak zrealizować, gdyż w 1790 r. w stopniu
    generał-majora został powołany do armii polskiej. I oto, dopiero przed
    śmiercią, w 1817 roku w szwajcarskim Solur Kościuszko napisał testament, na
    mocy którego siechnowiccy włościanie powinni byli zostać całkowicie zwolnieni z
    pańszczyzny. Na spełnienie ostatniej woli generała musieli jednakże poczekać do
    1861 r.
    W dawnych włościach Kościuszków-Siechnowickich, w odległości kilku
    kilometrów jedna od drugiej, stoją do dziś trzy wiekowe cerkwie prawosławne.
    Najstarszą metrykę posiada cerkiew św. Mikołaja w gnieździe rodowym -
    Siechnowiczach Dużych. Istniała już niewątpliwie w czasach Kostiuszki
    Fiodorowicza. Ponad dwieście lat potem, w 1727 r., Paweł Kościuszko-
    Siechnowicki wydał prezentę na probostwo cerkwi o. Bazylemu Bielewiczowi oraz
    potwierdził jej prawa na zabudowania oraz grunty rolne i leśne. Jednocześnie
    prosił w każdą sobotę odprawiać w cerkwi liturgię za dusze zmarłych fundatorów.
    W tym czasie Kościuszkowie ufundowali cerkiew św. Jana Teologa w sąsiednich
    Maciejewiczach. Trzecia, najbardziej okazała, znajduje się w Stepankach, które
    od siedemnastego wieku również należały do Kościuszków.
    Mimo porzucenia wiary przodków, Kościuszkowie cały czas pozostawali
    mecenasami Kościoła wschodniego. Okazałe sylwetki cerkwi w Siechnowiczach i
    Stepankach świadczą, że jego wspieranie nie było tylko obowiązkiem wobec
    poddanych. Wynikało ze świadomości swych korzeni i poszanowania przodków.
    fot. Tomasz Sulima i autor

    --
    Eliot
  • 22.04.05, 13:30
    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=12217&w=23037260&a=23057115
    Wędrówka za rubieżą
    >
    >
    >
    > Marek Arpad-Kowalski
    >
    >
    >
    > Bardzo wiele w ostatnich latach ukazuje się książek o tym, co dzieje się na
    > wchód od Polski. Do wytrwałych i płodnych autorów pracujących na tym kierunku
    > należy Marek A. Koprowski, który niedawno opublikował książkę "Wołynia dzień
    > dzisiejszy". Właściwie jest to już trzecia jego książka ze "wschodniego
    > cyklu". Pierwsza nosiła tytuł "Za Bajkałem" i opowiadała o jego
    > dziennikarskiej penetracji na Kamczatce, Sachalinie, we Władywostoku, a trasa
    > podróży kończyła się na Bajkale. Druga "Przez stepy Kazachstanu" to była
    > relacja z pobytu autora właśnie w Kazachstanie, jak sam tytuł wskazuje. No
    > teraz ta trzecia, z Wołynia.
    >
    > Można powiedzieć, że Marek A. Koprowski ruszył najpierw na skraj Eurazji i
    > powoli wracał w kierunku kraju, by zatrzymać się niemal nad jego granicą, na
    > Wołyniu. We wszystkich pokazuje tamtejsze krajobrazy, ludzi, narody i
    > społeczności, obyczaje, zróżnicowanie etniczne i religijne - a na tle tego
    > wszystkiego Polaków, których losy zapędziły w najróżnorodniejsze zakątki
    > dawnego Imperium Rosyjskiego, później Sowieckiego, a którzy (częściej już ich
    > potomkowie) tkwią obecnie w rozmaitych stronach Rosji i posowieckich państw
    > sukcesorskich. Skupia się więc na Polakach i katolicyzmie, bowiem religia
    > (czy też, zależnie od otoczenia, wyznanie) jest siłą jednoczącą grupy
    > polonijne, gromadzące się przy parafiach i diecezjach rozrzuconych po
    > bezmiernych przestrzeniach Azji. Polskość oznacza tam katolicyzm. Nawet osoby
    > dalekie od Kościoła skupiają się wokół kościołów. Jest to dla nich oczywisty
    > łącznik z ledwie pamiętaną albo i legendarną ojczyzną.
    >
    > O ile jednak tam kłopoty Polaków i ich potomków są oczywiste, bo daleko od
    > kraju, w egzotycznym otoczeniu, o tyle inaczej patrzymy na Wołyń. Bo
    > odnajdujemy tu swojskość. Nie tylko z powodu bliskości geograficznej. Wypada
    > przypomnieć historię, to, że Wołyń wchodził kiedyś w skład Rzeczypospolitej,
    > w ogóle nasze związki dziejowe z Ukrainą. Dobre i ponure, wspaniałe i
    > tragiczne. Zainteresowanie tym regionem wzmogło się ostatnio za przyczyną
    > tego, co działo się w listopadzie i grudniu 2004 roku na Ukrainie.
    >
    > Autor pokazuje, jak zapowiada w tytule, współczesność Wołynia. Śledzi też
    > pilnie polskie tam ślady, odwiedza parafie katolickie, ale rozmawia także z
    > prawosławnymi i grekokatolikami, z Ukraińcami. Bardzo często te polskie ślady
    > są mocno zadeptane, bardzo często świadczą o nich jedynie ruiny. Przytacza
    > słowa księdza Tomasza z Netiszyna (kilkanaście kilometrów na wschód od
    > Ostroga, który rozszerzył w duszpasterstwie używanie języka
    > ukraińskiego: "Tylko niewielu jego przedstawicieli [młodszego pokolenia -
    > M.A.K.] zna bowiem język przodków. Jest oczywiście grupa osób, która potrafi
    > się nim posługiwać, domagająca się, by wszystko było po polsku, ale należą do
    > mniejszości. Warto tu może jednak zaznaczyć, że nawet jeśli Polacy mówią po
    > ukraińsku, ale uczęszczają do kościoła, nie są postrzegani jako Ukraińcy.
    > Wciąż bowiem obowiązuje tu zbitka pojęciowa Polak-katolik. Ukrainiec to ten,
    > co chodzi do cerkwi, nigdy do kościoła...".
    >
    > Mniej więcej przed rokiem recenzowałem na tym miejscu tom "Podole i Wołyń"
    > pod red. Łukasza Smyrskiego i Magdaleny Zowczak. Te "Szkice etnograficzne" to
    > wynik badań uczonych i studentów z Instytutu Etnologii i Antropologii
    > Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego. I podobne konstatacje, które w jednym
    > z tekstów w tym tomie zostały określone, jako "cmentarz na gruzach Arkadii".
    >
    > Kiedy niezależny dziennikarz stwierdza to samo, co naukowcy (podobny był czas
    > badań i wyprawy red. Koprowskiego na Wołyń), świetnie to świadczy o jego
    > dociekliwości i dochodzeniu do prawdy, niezależnie od tego, jak ta prawda
    > może być dla nas przejmująca. Owszem, nie pomija autor dramatycznego czasu
    > rzezi wołyńskich, lecz to nie tylko one sprawiły, że polskość na Wołyniu
    > zanika (prawie już zanikła?). Zapewne niezależnie od sentymentów, dla wielu
    > wciąż jeszcze żyjących, rodzinnych, trzeba chyba będzie się z tym pogodzić.
    > Jeden z księży, rozmówców autora, powiada, że choć starsze panie stanowią
    > najbardziej religijną grupę w parafii, to szkoda, że wciąż żyją
    > rozpamiętywaniem minionych czasów i krzywd doznanych od banderowców i władzy
    > sowieckiej. Inny powiada o wsi w której prowadzi pracę duszpasterską, że choć
    > jest ona ukraińska, to przetrwały w niej resztki polskiej i katolickiej
    > świadomości. To znaczy drewniany kościół zamieniony na magazyn i kilku
    > mieszkańców o mętnej świadomości polskiego pochodzenia.
    >
    > Oto Wołynia dzień dzisiejszy. Odmienny od dnia dzisiejszego Podola czy innych
    > części niegdysiejszych Kresów.
    >
    > Marek A. Koprowski: "Wołynia dzień dzisiejszy", Wyd. Gość Niedzielny i
    > Ośrodek "Wołanie z Wołynia", Biały Dunajec-Ostróg 2004.
    > www.nczas.com/?a=show_article&id=2503


    --
    Eliot
  • 22.04.05, 22:20
    Mnie osobiście ciekawi ile tak naprawdę ludzi o świadomości polskiej żyje na
    terenach byłej Rzplitej.
    Jeśli chodzi o Białoruś,jest ona krajem wielonarodoścowym.
    Przyjmuję,że tak naprawdę mniejszoći narodowych jest minium 1,5 do 2,5 raza
    więcej niż podane oficjalnie czyli na 10 mln:
    1.Polacy-1 mln-10%
    2.Ukraińcy-0,8 mln-8%
    3.Rosjanie-2 mln-20%
    4.Inni-0,4 mln-4%

    Białorusini:5,8 mln-58%...

    No,ciekawe w jaki sposób nacjonaliści chcą obalić Łukaszenkę?
    Na mój gust to rodowci Białorusini i Rosjanie raczej będą przy nim trwać.
    Małej rewolty należy się spodziewać po Polakach i Ukraińcach.
    Ale czy to się Biało i Wielko-Russom spodoba?
  • 25.04.05, 11:17
    ungur napisał:

    > Mnie osobiście ciekawi ile tak naprawdę ludzi o świadomości polskiej żyje na
    > terenach byłej Rzplitej.
    > Jeśli chodzi o Białoruś,jest ona krajem wielonarodoścowym.
    > Przyjmuję,że tak naprawdę mniejszoći narodowych jest minium 1,5 do 2,5 raza
    > więcej niż podane oficjalnie czyli na 10 mln:
    > 1.Polacy-1 mln-10%
    > 2.Ukraińcy-0,8 mln-8%
    > 3.Rosjanie-2 mln-20%
    > 4.Inni-0,4 mln-4%
    >
    > Białorusini:5,8 mln-58%...
    >
    > No,ciekawe w jaki sposób nacjonaliści chcą obalić Łukaszenkę?
    > Na mój gust to rodowci Białorusini i Rosjanie raczej będą przy nim trwać.
    > Małej rewolty należy się spodziewać po Polakach i Ukraińcach.
    > Ale czy to się Biało i Wielko-Russom spodoba?


    Można przyjąć i Twoje szacunki. W przypadku Białorusi to rzeczywiście trudne.
    Po powstaniu listopadowym Rosja zlikwidowała na obszarze "Ziem zabranych"
    kościół unicki, który np. na Białorusi skupiał większość ludności "ruskiej".
    Utrudniło to narodową identyfikację Białorusinów, którzy w znacznej mierze
    obecnie uwarzają się za Rosjan... Świadoma swojej odrębności jest inteligencja
    i ludność katolicka (ok. 2 mln.). Część katolików jest świadoma swojej polskiej
    proweniencji (ok 1 mln.? - jaki podajesz?) część ma świadomość "kołchozowo-
    tutejszą". Białoruskim posługuje sie ponoć nie więcej niż 20% ludności...
    "Elita" polityczna ma świadomość "sowiecko-rosyjską". Prywatnie przypuszczam,
    ze te 80 % ma raczej niezdecydowaną orientacje narodową...
    --
    Eliot
  • 25.04.05, 11:37

    Sława!

    Jeżeli rzeczywiście tak jest jak szacujecie, to i tak to wcale nie przesądza
    losu Białorusi.

    Bo przecież podobne argumenta padaly pare lat temu nt Ukrainy, ale okazało się
    inaczej...

    Teraz przykład ukraiński b edzie działał i zalezy od tego jak rozwinie się
    sprawa GUAM oraz od konsekwentnej polityki Polski LItwy, UE oraz NATO...

    Gdyby poziom zycia na Ukrainie i LItwie znacząco zaczał przewyższać białoruski,
    to po pewnym czasie pojawi nacjonalizm ekonomiczny.

    Tak przeciez było z USA i koloniami hiszpańskimi.

    Zaczyn takich procesów widzimy juz w Krolewcu...



    Pozdrawiam i zapraszam na:
    Forum Słowiańskie
  • 25.04.05, 13:26
    ignorant11 napisał:

    >
    > Sława!
    >
    > Jeżeli rzeczywiście tak jest jak szacujecie, to i tak to wcale nie przesądza
    > losu Białorusi.
    >
    > Bo przecież podobne argumenta padaly pare lat temu nt Ukrainy, ale okazało
    się
    > inaczej...
    >
    > Teraz przykład ukraiński b edzie działał i zalezy od tego jak rozwinie się
    > sprawa GUAM oraz od konsekwentnej polityki Polski LItwy, UE oraz NATO...
    >
    > Gdyby poziom zycia na Ukrainie i LItwie znacząco zaczał przewyższać
    białoruski,
    >
    > to po pewnym czasie pojawi nacjonalizm ekonomiczny.
    >
    > Tak przeciez było z USA i koloniami hiszpańskimi.
    >
    > Zaczyn takich procesów widzimy juz w Krolewcu...
    >
    >
    >
    Oczywiście, że nie przesądza! W sumie (chyba)większość ludności Białorusi nie
    ma identyfikacji narodowej i co więcej nie odczuwa takiej potrzeby...
    To na białoruskich terenach II Rzeczypospolitej byli "tutejsi" i to tu pojawiła
    się (w okresie międzywojennym) zupełnie nieznana w świecie kategoria
    narodowa: "szlachcic polski" (schłopiały, niczym nie różniący się językiem,
    trybem życia, kulturą, ba, często wiarą! od białoruskiego otoczenia, ale mający
    za obrazem świętym papier często jeszcze z jagiellońskiej, czy też Wazów
    epoki...).
    Wracając do dnia dzisiejszego, to o tym czy Białorusini przetrwają, czy staną
    się częścią narodu rosyjskiego zadecyduje najbliższe 50 lat i polityka
    prowadzona wobec tego narodu i państwa, a przede wszystkim wola samych
    Białorusinów!
    --
    Eliot
  • 25.04.05, 20:31

    Sława!

    No i bene!

    trzeba przeciwstawiać naszość i tutejszość- napływowości czyli importowanemu
    bolszewizmowi, a potem małe skojarzenie bolszewizm-kacapizmsmile))

    I jeszcze białoruska mocarstwowośc, która mozna poważnie wygryuwać pokazując iz
    to Białorus żywiła i broniła Rosji, która nigdy nie umiała się jej
    owdzięczyćsmile))


    Pozdrawiam i zapraszam na:
    Forum Słowiańskie
  • 26.04.05, 12:46
    ignorant11 napisał:

    >
    > Sława!
    >
    > No i bene!
    >
    > trzeba przeciwstawiać naszość i tutejszość- napływowości czyli importowanemu
    > bolszewizmowi, a potem małe skojarzenie bolszewizm-kacapizmsmile))
    >
    > I jeszcze białoruska mocarstwowośc, która mozna poważnie wygryuwać pokazując
    iz
    >
    > to Białorus żywiła i broniła Rosji, która nigdy nie umiała się jej
    > owdzięczyćsmile))
    >
    No cóż, Białoruś musi znaleźć jakąś oś wokół której zostanie odbudowana, czy
    może zbudowana świadomość narodowa, poczucie odrębności i poczucie dumy.
    W tym cały ambaras...
    Pozdr.
    --
    Eliot
  • 03.11.05, 07:58
    Ciekawa strona o ziemiach i historii I i II Rzeczypospolitej

    rzecz-pospolita.com/
    --
    Eliot
  • 09.01.06, 14:10
    Rodzinna Ukraina
    Andrzej Romanowski 06-01-2006, ostatnia aktualizacja 06-01-2006 21:30
    serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34181,3102075.html?as=1&ias=4
    Cokolwiek byśmy mówili o "zdradzie jałtańskiej", wolny Zachód stale się o nas
    upominał. To tylko nieszczęsna Ruś została - wśród milczenia narodów -
    stratowana przez Rosję. Ale czy nie była też tratowana przez Polskę? Los
    Ukrainy powinien być - dla świata, ale przede wszystkim dla Polaków - wielką
    lekcją pokory - pisze Andrzej Romanowski


    Rafałowi, uczestnikowi pomarańczowej rewolucji

    Przed rokiem, w trakcie rewolucji na Ukrainie, wpatrywałem się w opublikowaną
    w "Gazecie" mapę poparcia dla Wiktora Juszczenki. Kolor pomarańczowy zaczynał
    się tuż za naszą granicą, obejmował dawną Galicję wschodnią (czyli
    wcześniejszą Ruś Halicką), a także rosyjski niegdyś Wołyń (czyli wcześniejszą
    Ruś Włodzimierską), przekraczał na Zbruczu dawną granicę austriacko-rosyjską
    (a zarazem przedwojenną granicę polsko-sowiecką), zajmował dawne włości
    kniazia Jaremy Wiśniowieckiego na Zadnieprzu, królował nawet na dawnych
    Dzikich Polach, a kończył się gdzieś na zachód od Charkowa. Długo nie mogłem
    uwierzyć: zakres poparcia dla Juszczenki odtworzył wschodnią granicę
    Rzeczypospolitej z początku XVII w. Sprzed powstania Bohdana Chmielnickiego.

    Ukraina, kraj Zachodu

    Ukraina rozwinęła się bowiem w Koronie Polskiej. Ta oczywista prawda jest
    pamiętana zbyt rzadko - może dlatego, że przed tym "rozwojem" były
    przecież "narodziny", a te nastąpiły wcześniej: jeżeli nie razem z Rusią
    Kijowską, to w XII, a najpóźniej w XIII w. Czy początkiem związków zachodniej
    części Rusi z łacińskim Zachodem, w tym Polską i Węgrami, były interwencje w
    Haliczu księcia krakowskiego Kazimierza Sprawiedliwego, czy raczej akcje
    króla Węgier Beli III, który przybrał nawet tytuł króla Rusi? Dość
    powiedzieć, że gdy w r. 1199 książę Roman Mścisławicz zjednoczył Ruś Halicko-
    Włodzimierską (Wołyńską), oderwał ją w pewnym sensie od ruskiego zaplecza i
    dokonał jej geopolitycznej reorientacji.

    Ten wnuk po kądzieli Bolesława Krzywoustego wychowany w Krakowie i
    Sandomierzu na dworze wuja Kazimierza Sprawiedliwego był - jak się zdaje -
    zauroczony kulturą Zachodu. Poległ w bitwie ze swym kuzynem Leszkiem Białym
    pod Zawichostem w czerwcu 1205 r., ale to właśnie od niego zaczął się ów -
    odmienny niż na reszcie Rusi - kurs polityczny haliczan. A proces ten polegał
    nie tylko na bliskich kontaktach politycznych z zachodnimi sąsiadami i nie
    tylko na sprowadzaniu kolonistów niemieckich, ale też na przyjmowaniu przez
    ruskie budownictwo cerkiewne form w części zachodnich - najpierw romańskich,
    niebawem gotyckich.

    To zbliżenie z Europą łacińską okazało się nadspodziewanie trwałe - nie
    przerwał go nawet najazd Mongołów z lat 1240-41. Syn Romana, Daniel Halicki,
    uznał wprawdzie - jak większość książąt ruskich - zwierzchnictwo mongolskie i
    w 1250 r. w Saraju nad Wołgą, stolicy Złotej Ordy, złożył hołd chanowi, ale
    już trzy lata później porozumiał się z papieżem, przeszedł na katolicyzm i
    ukoronował się na króla Rusi. Żeby zaś było jeszcze dziwniej, uczynił to w
    Drohiczynie.

    Obecność na historycznej mapie Rusi miasta znajdującego się dziś w Polsce nie
    powinna dziwić. Księstwo Halickie sięgało na wschodzie po Bracław nad Bohem,
    ale na zachodzie obejmowało Sanok, Krosno i Rzeszów. Przemyśl (Peremyszl) był
    nawet do 1141 r. stolicą tego państwa, a po stu latach stołeczności Halicza
    kolejną stolicą został w 1240 r. założony trzy lata wcześniej Chełm - dziś
    również miasto polskie. Dopiero w 1272 r. stolicą Rusi Halicko-Wołyńskiej
    został Lwów - wybudowany nieco wcześniej dla Lwa, syna Daniela. Ruś Halicko-
    Wołyńska była w każdym razie swoistym "przedmurzem obrotowym" - wysuniętym
    najdalej na zachód krajem prawosławnym, a przy tym zachodnim bastionem Złotej
    Ordy, zarazem jednak wysuniętym najdalej na wschód przyczółkiem cywilizacji
    niemiecko-łacińskiej. Czy w fakcie tym nie widzimy prefiguracji usytuowania
    Polski - a rebours?

    Księstwo Halicko-Wołyńskie (Królestwo Rusi) nie tylko istniało w części na
    tych ziemiach, które dziś uważamy za polskie, ale było w swej ostatniej fazie
    rządzone przez... Piasta. Jerzy II z Mazowsza wprawdzie jak jego ruscy
    poprzednicy wyznawał prawosławie (przyjął je na żądanie bojarów - konwersja
    Daniela nie okazała się trwała), ale otaczał się rodakami - Mazowszanami, a
    także Małopolanami, Węgrami i Niemcami. W rezultacie został przez bojarów
    otruty. Ale związki z Zachodem były już wtedy we Lwowie na tyle silne, że
    pretensje dynastyczne do Królestwa Rusi zgłosił natychmiast inny Piast, król
    Polski Kazimierz Wielki. Wojna, która rozpoczęła się w r. 1340, toczyła się
    jednak nie tyle z Rusinami, co z ich suwerenami - Tatarami (ściągnęła ona na
    Polskę nowe, doszczętnie w tradycji zagubione, najazdy tatarskie), a także z
    innymi pretendentami do halickiego dziedzictwa - pogańskimi Litwinami
    (sprowokowała również ich najazdy, także zapomniane). Rezultat był w każdym
    razie taki, że w 1349 r. pod władzę Krakowa przeszły nie tylko Rzeszów i
    Krosno, ale też Sanok i Przemyśl, ba! - Lwów i Halicz. Z czasem dołączono
    jako lenna Chełm i Bełz, a także skrawek Rusi Wołyńskiej z Włodzimierzem, a w
    1366 r. nawet Krzemieniec i - jako kolejne lenno - Kamieniec Podolski.

    Oto więc niespodzianka: Rzeszów należy do Polski dopiero od 660 lat... Czyli
    niemal tak długo jak Lwów - dopóki w 1939 r. Stalin nie oddał go Ukrainie
    sowieckiej. I tylko niewiele dłużej niż Kamieniec Podolski. To w czasach
    Kazimierza Wielkiego nastąpiło zrośnięcie się Polski z Rusią. Owszem, była ta
    Ruś niejako prywatną domeną Kazimierza; co więcej, po śmierci króla nastąpił
    na niej kolejny epizod panowania węgierskiego. W obu jednak przypadkach -
    polskim i węgierskim - otwarto na Rusi szerzej niż kiedykolwiek wrota
    cywilizacji łacińskiej lub, ściślej, łacińsko-niemieckiej (w początku XV w.
    Niemcy stanowili 70 proc. mieszkańców Lwowa). Kiedy w 1387 r. królowa Jadwiga
    ostatecznie przyłączyła Ruś Halicką do Polski, siła atrakcyjności polskich
    przywilejów spowodowała niebawem (za Jagiełły i Warneńczyka) unifikację praw
    i powstanie szlacheckich sejmików.

    To właśnie te polskie wolności przypieczętowały rozłam Rusi. Jej część
    zachodnia - polska, od XVIII w. austriacka (wschodnia Galicja), po I wojnie
    światowej ponownie polska (wschodnia Małopolska) - żyje do dziś życiem
    odrębnym, jako tzw. Ukraina Zachodnia. "Ukraina spolonizowana" - jak mówią
    czasem w Kijowie, zapominając, że akurat na tym terenie wrogość polsko-
    ukraińska była w XX w. największa.

    Natomiast u schyłku średniowiecza związek polsko-ruski (polsko-rusko-
    niemiecki?) stał się fundamentem świeżo odrodzonej Korony Polskiej. Ma więc
    ten związek metrykę starszą niż związek "polsko-mazowiecki", bo jeśli pominąć
    czasy pierwszych Piastów, Mazowsze stało się lennem króla Polski dopiero w
    1351 r., zostało zaś inkorporowane do Korony w 1529. Oto Polska - kraj
    paradoksów: przez niemal 200 lat Warszawa była bardziej na zewnątrz królestwa
    niż Lwów.

    Tego samego Fredry wnuki

    "Ukraińcy i Polacy stanowią poniekąd jedną rodzinę" - stwierdziła w niedawnym
    wywiadzie dla "Gazety" Julia Tymoszenko. Zwrot grzecznościowy, lecz przecież
    słowa te odwołują się do najgłębszych pokładów naszej wspólnej tożsamości.
    Taką "rodzinną" wspólnotę stworzył najpierw ukraińsko-polski paralelizm
    losów. Jeżeli bowiem zachodnia Ruś oderwała się w średniowieczu od swych
    korzeni i zorientowała się na Zachód, to i Polska sto lat później oderwała
    się od swych korzeni - zachodniosłowiańskich - i częściowo się
    zreorientowała - na Wschód. To właśnie na tej drodze dokonało się w
    średniowieczu polsko-ruskie spotkanie. Jego finałem stał się ów zrost, który
    sprawił, że przez całe stulecia trudno b

    --
    Eliot
  • 09.01.06, 14:14
    Lecz w 140 lat po Świdrygielle działo się znowu inaczej - przeciw władzy Wilna
    zbuntowała się tylko Ruś południowa, bez Rusi Białej. "Jako równych do równych,
    wolnych do wolnych przywracamy" - głosiły akty inkorporacji Wołynia i
    Kijowszczyzny do Korony dokonane wbrew Wilnu, a w sojuszu z Krakowem na sejmie
    w Lublinie w maju i czerwcu 1569 r. Król Zygmunt August odłączył wtedy te
    ziemie od Litwy i przyłączył do Polski - a więc do tego państwa, które od czasu
    Kazimierza Wielkiego miało charakter polsko-ruski. "Spotkanie Rusi z Rusią" -
    pisze historyczka ukraińska Natalia Jakowenko, po raz pierwszy bowiem od
    Jarosława Mądrego z XI w. Ruś Kijowska i Halicka spotkały się ponownie w jednym
    organizmie państwowym. Rzecz jednak w tym, że organizm ten nazywał się wtedy
    Polska, a mówiąc konkretnie: "prowincja Małopolska". Kijów miastem Małopolski?
    Historycy lubią mówić, że na kilka tygodni przed unią polsko-litewską doszło do
    zapomnianej dziś unii polsko-ruskiej.

    Tymczasem reszta Rusi Giedyminowiczów - ta właśnie, która nie zaznała wcześniej
    panowania tatarskiego - pozostała w swoistej unii rusko-litewskiej. To w łonie
    Wielkiego Księstwa narodzi się z czasem Białoruś w obecnym znaczeniu tego
    słowa - czyli zbiorowość, która z czasem wchłonęła także Ruś Czarną. Dzisiejsza
    granica Ukrainy z Białorusią ustaliła się w 1569 r. na sejmie lubelskim - była
    to wtedy granica między Koroną a Wielkim Księstwem. Natomiast wschodnia granica
    Korony, rejony Bracławszczyzny i Kijowszczyzny - to były polskie kresy. Innymi
    słowy - polska "okraina". I tak właśnie, w 1569 r., narodziła się w łonie
    Rzeczypospolitej Ukraina.

    Ukraina, czyli Polska

    Na drodze spotkania Polski i Litwy z Rusią wykształciły się więc cztery narody:
    polski, ukraiński, białoruski i litewski. Co więcej jednak: wykształcił się
    odrębny charakter Europy Środkowo-Wschodniej. Nieustanny styk z żywiołem
    niemiecko-polskim, a mówiąc szerzej: z cywilizacją Zachodu, odróżniał Ruś
    litewsko-polską od moskiewskiej (bądź tej, która w ciągu XV w. została podbita
    przez Moskwę). Bo tylko repu-bliki Nowogrodu i Pskowa miały bezpośredni kontakt
    z niemiecko-polskim Zachodem.

    Natomiast, przypomnijmy, lustrzanym odbiciem procesów na Rusi były przemiany
    zachodzące w Polsce. Bo tak jak u Słowian Wschodnich Ruś Halicka oddalała się
    od Rusi Kijowskiej, tak u Słowian Zachodnich Polska odchodziła od Czech. Już na
    czasy Jagiełły przypadła pierwsza fala orientalizacji polskiej sztuki
    (odpowiednik okcydentalizacji sztuki ruskiej zachodzącej wiek wcześniej).
    Wykształciła się wtedy moda na "malowidła greckie" - najpierw w Wiślicy,
    Lublinie i Sandomierzu, potem także na Wawelu (kaplica Świętokrzyska z 1470
    r.), a nawet w Gnieźnie. Ale już nieco wcześniej, w 1382 r., zagościła na
    Jasnej Górze pewna bizantyńska ikona, która z czasem stanie się narodową ikoną
    Polaków. Sto lat później na zamówienie katedry prawosławnej w Przemyślu, w
    krakowskiej oficynie Niemca Szwajpolta Fiola, zaczęto tłoczyć pierwsze druki
    ruskie. Stolica Polski, niemiecki Kraków, stała się kolebką drukowanej książki
    ruskiej...

    Tak oto nie sposób sobie wyobrazić fenomenu Ukrainy bez związku z Polską. Na
    ślady wspólnoty natykamy się dosłownie na każdym kroku. Nawet początki
    katolickiego wyznania zachodnich Ukraińców (obrządku bizantyńsko-ukraińskiego)
    tkwią w Rzeczypospolitej. Unia brzeska z 1596 r. łącząca prawosławie z
    katolicyzmem była ze strony władyków aktem rozpaczy - wobec wyczerpania się
    europejskich źródeł prawosławia (Konstantynopol był od ponad stu lat tureckim
    Stambułem) oraz wobec powstania w 1589 r. jedynego w państwie chrześcijańskim
    patriarchatu prawosławnego - akurat w Moskwie, tradycyjnie wrogiej Polsce. Unia
    była więc koniecznością zarówno religijno-kulturową, jak i państwową. Ale
    szukając odrodzenia chrześcijaństwa w Rzymie, tym bardziej wzmogła ruski pęd na
    Zachód.

    Jeśli w XIX-wiecznej Galicji stała się wyznacznikiem ukraińskości, to czy przez
    to przestała być "nasza"? Skoro największym członem Rzeczypospolitej była Ruś,
    czy dziedzicami tego państwa nie są także Ukraińcy?

    Nie tylko Polacy są depozytariuszami tamtego państwa - prawdę tę powtarza bez
    ustanku dyrektor lubelskiego Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej Jerzy
    Kłoczowski. Pamiętajmy jeszcze i to, że w Rzeczypospolitej, w przededniu
    powstania Chmielnickiego, nie tylko unici, lecz i prawosławni dokonali
    reorientacji na Zachód. W 1635 r. metropolita Kijowa i całej Rusi Petro Mohyła
    założył pierwszy w świecie uniwersytet prawosławny - Kolegium Kijowskie (zwane
    z czasem Akademią Kijowsko--Mohylańską). Przyjął w nim jezuicki model oświaty,
    a językiem wykładów uczynił polszczyznę i łacinę. Kiedy zmarł, w Soborze
    Uspienskim Ławry Peczerskiej - sercu kijowskiego prawosławia - żegnano go
    cerkiewnymi modłami (w języku starosłowiańskim) oraz mowami żałobnymi (w języku
    polskim).

    Taka właśnie była ta XVII-wieczna Ruś: po polsku (choć oczywiście nie wyłącznie
    po polsku) pisali wszyscy. Nawet większość pism Chmielnickiego powstała w tym
    języku. Łazarz Baranowicz, rektor Akademii Kijowskiej, a potem prawosławny
    arcybiskup czernihowski, polityczny zwolennik Moskwy (choć broniący
    niezależności ukraińskiego prawosławia), twierdził, że "póki świat światem, nie
    będzie Rusin Polakowi bratem". Ale napisał to po polsku, tak jak olbrzymią
    większość swego bogatego dorobku. Baranowicz zakładał drukarnie i kolegia
    polsko-łacińskie w Nowogrodzie Siewierskim i Czernihowie, i to w czasach, gdy
    miasta te należały już do Carstwa Moskiewskiego. Czy było w tym coś dziwnego?
    Pierwsza, przed-Piotrowa okcydentalizacja Moskwy miała na imię polonizacja.

    Tyle tylko, że była to polonizacja dokonywana przez Rusinów! Kimże bowiem był
    Baranowicz? Kim jego wychowanek Symeon Połocki, nauczyciel dzieci carskich,
    projektodawca (w 1680 r.) Akademii Słowiańsko-Grecko-Łacińskiej w Moskwie? Kim
    Stefan Jaworski, autor wydanego po polsku w Kijowie "Echa głosu wołającego na
    puszczy" (1689), a kilkanaście lat później metropolita riazańsko-muromski,
    wierny poddany Piotra Wielkiego? Triumf kultury sarmackiej, który w
    symbolicznym skrócie ukazuje fenomen mówiącego po polsku dworu carskiego w
    Moskwie, był triumfem nie tyle Polaków, ile Rusinów - lub lepiej - polsko-
    ruskiej przestrzeni cywilizacyjnej, której na imię było Rzeczpospolita. Więc
    także ów projekt trójjęzycznej Akademii w Moskwie nawiązywał do podobnego
    trójjęzycznego kolegium prawosławnego założonego jeszcze w czasach Batorego w
    wołyńskim Ostrogu, w Rzeczypospolitej. W końcu nawet XVII-wieczny Kijów,
    niezależnie od przynależności do Polski bądź Moskwy, był - w różnych kręgach
    swej społeczności - miastem rusko-polsko-łacińskim.

    Przykładów bezwiednego zawłaszczania przez Polaków tego, co w rzeczywistości
    było polsko-ruskie, jest więcej. Mówimy: "Polska przedmurzem chrześcijaństwa",
    lecz przecież ofiarami najazdu Mongołów w 1241 r. byliśmy razem z Rusią,
    najazdy Tatarów krymskich zaś trapiące od XVI w. wspólne państwo Rusinów i
    Polaków docierały zaledwie do obrzeży ziem etnicznie polskich. Najazdy tureckie
    zatrzymywały się również na ziemiach ruskich - w najgorszym przypadku z 1672 r.
    sięgnęły Podola. A wschodnich i południowych ścian Rzeczypospolitej bronili
    najpierw prawosławni Kozacy: to oni w 1621 r. w obozie pod Chocimiem stanowili
    więk-szość żołnierzy hetmana litewskiego Jana Karola Chodkiewicza. I nawet po
    Chmielnickim fale kolejnych najazdów rozbijały się o ziemie ruskie, bo to Ruś
    właśnie była puklerzem państwa - formalnie polsko-litewskiego. A cóż powiedzieć
    o tej realizacji mitu przedmurza, którą była w 1920 r. wojna polsko-
    bolszewicka? Nawet wtedy, w dobie szalejących nacjonalizmów, po zakończonej
    zaledwie przed paroma miesiącami polsko-ukraińskiej wojnie o Galicję, naszymi
    sojusznikami byli petlurowscy Ukraińcy. Czy pamiętamy, że Zamościa bronił przed
    bolszewikami gen
  • 09.01.06, 14:17
    Ale mogło się zdarzyć na Rusi. Tylko Ruś bowiem była zostawiona samej sobie,
    zapomniana przez świat. Dziś, jakkolwiek będziemy się oburzać na prezydenta
    Putina za pomniejszanie polskiego wkładu w zwycięstwo nad Hitlerem, o ileż
    boleśniejsze było przemilczanie przez niego wkładu - i tragedii! - Ukraińców. I
    cokolwiek będziemy mówić o "zdradzie jałtańskiej", wolny Zachód stale się o nas
    upominał. To tylko nieszczęsna Ruś została - wśród milczenia narodów -
    stratowana przez Rosję. Ale czy nie była też tratowana przez Polskę? Los
    Ukrainy powinien być - dla świata, ale przede wszystkim dla Polaków - wielką
    lekcją pokory.

    "Wiem, że czekają nas kajdany i ponure ciemnice, w których morzyć nas będą
    głodem i uciskać wedle moskiewskiego zwyczaju, ale pókim jeszcze żyw - mówię ci
    prawdę, władco! Nie unikniesz odpowiedzi przed Królem wszystkich królów, Bogiem
    Wszechmogącym, za zgubę naszą i całego narodu!" Takie przemówienie włożyła
    ukraińska tradycja w usta ostatniego demokratycznie wybranego hetmana
    kozackiego Pawła Połubotka zmarłego w czasach Piotra Wielkiego w moskiewskich
    kazamatach. Nie tylko każdy Ukrainiec, lecz i każdy Polak mógłby te słowa uznać
    za własne. Mógłby - gdyby nie nasza współwina i rodząca się z nieczystego
    sumienia obojętność.

    Kiedy na Wszystkich Świętych przystanąłem na krakowskim Cmentarzu Rakowickim
    przed kurhanem ku czci internowanych Ukraińców - w tym także petlurowców,
    naszych sojuszników - mijająca mnie kobieta rzuciła okiem na obcy alfabet i
    mruknęła: "To grób żołnierzy radzieckich".

    Ich ruski los

    Aż przyszli księża i w imieniu

    Chrystusa Pana podpalili

    Nasz cichy raj, rozlali morze

    Łez i krwi ludzkiej, a sierotom

    Zadali śmierć męczeńską oto

    Ku jeszcze większej chwale Bożej

    Tak w wierszu "Do Polaków" pisał Taras Szewczenko. Utwór ten rozpoczęty wizją
    rusko-polskiego raju, a zakończony pamiętnym wezwaniem "Podajże rękę Kozakowi"
    wchodzi w ciąg literackich świadectw złej pamięci o panowaniu polskim na
    Ukrainie prawosławnej. Utwory takie jak "Hajdamacy" tegoż Szewczenki czy "Taras
    Bulba" zrusyfikowanego Ukraińca Nikołaja Gogola dają wyraz wręcz zwierzęcej
    nienawiści do Lachów. Czy jednak należy się dziwić? W XX w. zła pamięć stała
    się normą również na Rusi Zachodniej - grekokatolickiej. Wspomnienie obecności
    Polaków na Ukrainie nie budziło świadomości wspólnoty - budziło przekleństwo.

    Czesław Miłosz cytuje w "Wyprawie w dwudziestolecie" ukraiński raport z wojny
    1919 r. zakończonej (nazwijmy rzecz po imieniu, choć z ruskiego punktu
    widzenia) podbojem Zachodnio-Ukraińskiej Republiki Ludowej przez
    Rzeczpospolitą: "Rozstrzelano bez dochodzeń ukraińskiego ministra rolnictwa, p.
    Martinetza, sławnego kompozytora, wielebnego Niżankowskiego i wielebnego
    Pidlaszewskiego i Halibeja, którzy zostali skatowani i żywcem spaleni po
    uprzednim oblaniu naftą".

    Czy można wierzyć tym świadectwom? I czy można przyjąć twierdzenie historyka
    ukraińskiego, że ze strony Rusinów nie było wtedy mordów na Polakach? Przecież
    Miłosz przytacza także raporty polskie dokumentujące z kolei okrucieństwa
    ukraińskie. A jednak... Dźwięczą mi w uszach słowa jednego z przywódców WiN i
    działacza KOR dr. Józefa Rybickiego, który wspominał tę właśnie wojnę polsko-
    ukraińską z 1919 r.: "Ukraińcy zamordowali w nocy siekierą dwóch naszych
    żołnierzy stojących na czujkach. Akcja naszego dowództwa była natychmiastowa i
    bezwzględna - zastosowano odpowiedzialność zbiorową. Miejscową wieś otoczono,
    odbyto sąd nad tutejszą ludnością, po czym podpalono domy, a wszystkich
    mieszkańców wymordowano. (...) Do dziś to pamiętam: płonąca wieś, wrzaski
    ludzkie i strzały naszej żandarmerii, która likwiduje wszystkich po kolei".

    Spróbujmy coś jeszcze sobie wyobrazić. Jest rok 1930. Oddział Wojska Polskiego
    wkracza do ukraińskiej wsi. Bije do krwi mężczyzn i kobiety, batoży unickiego
    księdza, niszczy dobytek, drze ruskie książki i gazety, miażdży butami portret
    Szewczenki, wiesza dziewczęta za nogi głową w dół, czyniąc z ich opadłych
    spódnic tzw. tulipany. I zaraz po odejściu żołnierzy wieś zostaje podpalona
    przez nieznanych sprawców.

    Jest rok 1938. Po Lubelszczyźnie jeżdżą buldożery i burzą cerkwie prawosławne -
    co z tego, że zazwyczaj już opustoszałe. Tłumy zrozpaczonych wiernych rozpędza
    wojsko - zupełnie tak jak armia carska rozpędzała w 1894 r. broniących swego
    kościoła katolików w Krożach. A przecież Rosjanie (zwłaszcza w epoce Murawiewa)
    zamieniali na Litwie kościoły katolickie na cerkwie, ale na ogół ich nie
    niszczyli. Polacy zaś (w czasach Rydza-Śmigłego) zburzyli na Lubelszczyźnie
    ponad sto cerkwi, kaplic i domów modlitwy (prawosławnym zostawili 49). Na
    dodatek zmuszali wiernych - skutecznie! - do przejścia na katolicyzm.

    I wreszcie nadchodzi rok 1947. Tysiące chłopów ukraińskich z Rzeszowszczyzny i
    Lubelszczyzny są ładowane do bydlęcych wagonów i wywożone daleko od ojcowizny -
    na zachód i północ. Akcja "Wisła" - jedyne w polskich dziejach wysiedlenie
    współobywateli. Wysiedlenie tak daleko, jak było to możliwe, bo Sybirem
    przecież nie dysponowaliśmy. Raz jeszcze wróciliśmy do narodowej tradycji -
    godzenia się z Rosją (z Sowietami) na trupie Ukrainy. I raz jeszcze
    zastosowaliśmy odpowiedzialność zbiorową.

    Powtórzmy - wszystkie te wydarzenia miały swe przyczyny. Ukraińskie zbrodnie na
    Polakach - jak ludobójcze rzezie wołyńskie z 1943 r. - były w wielu przypadkach
    jeszcze potworniejsze. Rzecz jednak w tym, że ze swoim dziedzictwem Ukraińcy
    muszą zmierzyć się sami. Zresztą to robią: w ich świadomości wiele się już
    zmieniło. My bijmy się w piersi własne - nie cudze. Współczujmy najpierw innym -
    nie sobie. Czy potrafimy przyjąć naszą polską współwinę? Zerwać z polską
    obojętnością? Przyjąć tę nigdy niepamiętaną prawdę, że Ukraińcy to naród
    męczenników?

    Pomarańczowa Ukraina

    Kiedy we wrześniu 1987 r. stawiłem się w Maisons-Laffitte przed Jerzym
    Giedroyciem, zostałem w rozmowie poproszony o opinię, jakie jeszcze pozycje z
    literatury polskiej powinny być wydane w Bibliotece „Kultury”. Ponieważ
    zajmowałem się wtedy literaturą tworzoną po I wojnie, wypaliłem bez dłuższego
    namysłu: „ »Pożoga « Zofii Kossak-

    -Szczuckiej!". Stary książę siedział naprzeciw mnie, tyłem do okna, w
    charakterystycznej apaszce pod szyją, z papierosem w ustach. "Nigdy tego nie
    wydam - powiedział po chwili - to jest powieść antyukraińska".

    --
    Eliot
  • 09.01.06, 14:20
    Często wracam pamięcią do tego momentu spotkania i za każdym razem uświadamiam
    sobie, ile wszyscy za-wdzięczamy Giedroyciowi. Czy miał rację w sprawie Kossak-
    Szczuckiej - o tym oczywiście można dyskutować. Ale wykorzenienie z Polaków
    antyukrainizmu uważał rzeczywiście za swą misję. To przecież "Kultura" jako
    pierwsza, już na progu lat 50. zaczęła przełamywać fatalizm wrogości, to ona
    wyrąbała aksjomat nowej polityki polegający nie tylko na rezygnacji z
    przedwojennych granic wschodnich, ale w gruncie rzeczy z całego procesu
    dziejowego, który 600 lat wcześniej rozpoczął Kazimierz Wielki. A może tylko
    nadała temu procesowi ów (dawno zapomniany czy nigdy nieistniejący?) sens
    wspólnotowy? "Niech Litwini, którzy gorszy niż my los przeżywają, cieszą się ze
    swego Wilna, a we Lwowie niech powiewa sino-żółty sztandar" - można było
    przeczytać w "Kulturze" zaledwie dziewięć lat po rzeziach wołyńskich i siedem
    lat po dyktacie poczdamskim. Giedroyc pierwszy "odważył się być mądrym". Nie
    zważając na oskarżenia, że "zaprzedał się komunistom", poszedł - przeciw
    rodakom - pod prąd.

    Proces pojednania polsko-ukraińskiego trwał odtąd niemal 40 lat. W rezultacie
    pierwszym w świecie państwem, które w 1991 r. uznało niepodległą Ukrainę, była
    Polska. I to było nasze polskie zadośćuczynienie, nasz wielki polski honor. Ale
    przełom psychologiczny nastąpił w nas dopiero w ubiegłym roku, podczas
    pomarańczowej rewolucji. Bo dopiero wtedy, chodząc po ulicach z pomarańczowymi
    wstążeczkami i śpiewając "Razom nas bahato, nas ne podołaty", pobieraliśmy
    przyspieszony kurs "ojczystego" języka ruskiego. Dopiero wtedy przekonaliśmy
    się, że sprawa Ukraińców jest polską sprawą. Podświadomie (w stosunkach polsko-
    ukraińskich podświadomość jest decydująca) zdawaliśmy sobie sprawę, że
    doczekaliśmy "prawdziwego końca wielkiej wojny". Nie tylko bezsensownej i
    haniebnej wojny Polski z Ukrainą. Przede wszystkim końca ciągnących się od
    średniowiecza zmagań naszego regionu z ościennymi potęgami: turecką,
    habsburską, niemiecką, rosyjską, sowiecką. Zwycięstwem w tej wojnie stała się
    już Jesień Ludów 1989 roku, potem rozpad ZSRR w 1991. Ale dopiero przebudzenie
    milionów Ukraińców przypieczętowało te zmiany.

    Bo dopiero dziś wiemy - do tamtej, "przedpomarańczowej" Europy nie ma już
    powrotu. Cokolwiek będziemy mówić o obecnym ukraińskim rozczarowaniu,
    przestrzeń wolności i demokracji rozciąga się teraz od Lwowa po Morze Azowskie,
    Ługańsk i Donieck. Znacznie nawet dalej niż w przypadku Ukrainy
    juszczenkowskiej, a tym samym znacznie dalej niż w przypadku XVII-wiecznej
    Rzeczypospolitej. To właśnie dokonało się rok temu i można się tylko
    zastanawiać, czy tak niezwykłe zjawisko wytrzyma próbę czasu. I czy Ukraina
    stanie się jak niegdyś Rzeczpospolita rzeczywistym - politycznym i kulturowym -
    pomostem między Wschodem a Zachodem.

    Los Ukrainy jest dziś w rękach ukraińskich. Zważywszy na tragiczną historię
    tego narodu, nie jest to mało. "Wolna, silna Ukraina - pisał jeszcze przed
    pomarańczową rewolucją Jarosław Hrycak - daje szansę istnienia stabilnej
    Europy. (...) Ważne jest (...) aby Ukraińcy uświadomili sobie swoją misję,
    ponieważ nic tak nie dodaje sił jak świadomość własnego przeznaczenia".

    *** Prof. dr hab. Andrzej Romanowski pracuje na Wydziale Polonistyki
    Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz w Instytucie Historii PAN. Wydał m.in.: „Jak
    oszukać Rosję. Losy Polaków” (2002), „Pozytywizm na Litwie” (2003). Z prof.
    Henrykiem Markiewiczem jest współautorem „Wielkiego słownika
    cytatów »Skrzydlate słowa «” (najnowsze wydanie 2005)

    Wykorzystane opracowania:

    Daniel Beauvois: "Trójkąt ukraiński", przeł. Krzysztof Rutkowski, Wydawnictwo
    UMCS, Lublin 2005

    Piotr Borek: "Szlakami dawnej Ukrainy: studia staropolskie", Collegium
    Columbinum, Kraków 2002

    Wacław Felczak: "Historia Węgier", Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław
    1983

    Jarosław Hrycak: "Historia Ukrainy 1772-1999, przeł. Katarzyna Kotyńska,
    Instytut Europy Środkowo-Wschodniej, Lublin 2000

    Mikołaj Iwanow: "Pierwszy naród ukarany: stalinizm wobec polskiej ludności
    kresowej (1921-1938)", Omnipress, Warszawa 1991

    Natalia Jakowenko: "Historia Ukrainy do końca XVIII wieku", przeł. Ola Hnatiuk,
    Katarzyna Kotyńska, Instytut Europy Środkowo-Wschodniej, Lublin 2000

    Gerard Labuda: "Zagadnienia i cele poznawcze syntezy historii Polski od
    prawieków do współczesności", "Prace Historyczno-Politologiczne", nr 4/2004

    Mariusz Markiewicz: "Historia Polski 1492-1795", Wydawnictwo Literackie, Kraków
    2004

    Rostysław Radyszewskyj: "Poezja polskojęzyczna na Ukrainie w XVII wieku",
    Wydawnictwo Oddziału PAN, Kraków 1996

    Andrzej Romanowski: "Ludzie tamtego czasu. Wywiady z lat 1977-1998",
    Wydawnictwo Krakowskie, Kraków 2000

    Hienadź Sahanowicz: "Historia Białorusi. Od czasów najdawniejszych do końca
    XVIII wieku", przeł. Hubert Łaszkiewicz. Instytut Europy Środkowo-Wschodniej,
    Lublin 2002

    Andrzej Leon Sowa: "Stosunki polsko-ukraińskie 1939-1947: zarys problematyki",
    Towarzystwo Sympatyków Historii, Kraków 1998

    Wiktor Sukiennicki: "Polityczne konsekwencje błędu semantycznego", przeł.
    Tadeusz Kadenacy, "Zeszyty Historyczne", Paryż, nr 72 (1985)

    Stanisław Szczur: "Historia Polski. Średniowiecze", Wydawnictwo Literackie,
    Kraków 2004


    Wiersz Tarasa Szewczenki w przekładzie Jerzego Jędrzejewicza


    Andrzej Romanowski


    Zobacz mapę historyczną:
    bi.gazeta.pl/im/7/3101/m3101907.jpg

    --
    Eliot
  • 30.01.06, 08:41
    ...ckiej nigdy nie było"...
    czyli łyżka dziegciu dka Eliota...
    serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34591,3134900.html
    (1)
    Demokracji szlacheckiej nie było




    Rozmowa z Danielem Beauvois 27-01-2006 , ostatnia aktualizacja 27-01-2006 22:12

    Poddaństwo ruskich chłopów bliskie było niewolnictwu. Stosunki dworu ze wsią
    były tak okrutne, jak na amerykańskich plantacjach bawełny, na francuskiej
    Martynice czy gdzieś w Afryce. To naprawdę było coś strasznego - twierdzi
    francuski historyk Daniel Beauvois w rozmowie z Jarosławem Kurskim


    Jarosław Kurski: Nie ma Pan dla Polaków litości. Pana książka sprawi zawód tym,
    którzy z Kresów stworzyli obszar magicznej przeszłości, utraconą Arkadię, Eden.
    Właśnie ukazało się Pana monumentalne dzieło "Trójkąt Ukraiński - Szlachta,
    carat i lud na Wołyniu, Podolu i Kijowszczyźnie 1793-1914" (Wydawnictwo
    Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2005). 130-letnia historia trzech
    prowincji ruskich, historia ucisku ruskiego chłopa przez polskich panów,
    rugowania polskiej szlachty czynszowej przez polskich ziemian, historia
    polskiej kolonizacji Ukrainy. Obala Pan mity o polskiej tolerancji religijnej i
    demokracji szlacheckiej. Nie za dużo naraz?

    Daniel Beauvois: Ta książka to największy trud mojego życia. 25 lat pracy.
    Rzeczywiście, nie spodoba się ona wyznawcom kresowego mitu. Cóż, kiedy dla mnie
    liczą się tylko dokumenty archiwalne, a nie literackie metafory. Odczarowanie
    pseudohistorii uważam za najpilniejsze zadanie dla historyków Europy Środkowo-
    Wschodniej. Dlaczego schorowaną pamięć mielibyśmy przyoblekać w metafizykę?
    Walka z megalomaniami narodowymi wymaga trzeźwości i rozumu, a nie
    patriotycznych uniesień.

    Porównał Pan kolonizację polskich kresów do kolonizacji Algierii przez Francję.
    To nie jest dla nas miłe porównanie.

    - Rzeczywiście, słowo "kolonializm" może nie jest najszczęśliwsze w odniesieniu
    do sytuacji panującej na Ukrainie. Mówię o Ukrainie prawobrzeżnej, a więc
    Podole, Wołyń i Kijowszczyzna. Ale to, co mogłem zaobserwować, nie pozostawia
    złudzeń. Zjawisko gnębienia ludu ukraińskiego przez polskich ziemian nie ulega
    wątpliwości. Choć obecność Polaków na Ukrainie była znacznie dawniejsza niż
    obecność Francuzów w Algierii, to nie zmienia faktu, że poddaństwo ruskich
    chłopów bliskie było niewolnictwu. Stosunki dworu ze wsią były tak okrutne, jak
    na amerykańskich plantacjach bawełny, na francuskiej Martynice czy gdzieś w
    Afryce. To naprawdę było coś strasznego

    Może to "signum temporis". Po prostu w ówczesnej Europie i Rosji takie były
    stosunki społeczne także między polskim panem a polskim chłopem w centralnej
    Polsce?

    - Naturalnie poddaństwo między Polakami też było okrutne, ale na pewno łatwiej
    było się porozumieć ze sobą Polakom katolikom niż katolickim panom z
    prawosławnymi poddanymi. Tam dochodziły do głosu odmienności: religii, kultury
    i języka, a to stwarzało napięcia znacznie większe niż w Polsce centralnej. Na
    Ukrainie panowała zadawniona nienawiść. Poczynając od Unii Brzeskiej. Przez
    czterdzieści lat od jej ustanowienia Unia była instrumentem likwidacji
    prawosławia. To trwało aż do 1632 roku, kiedy król Władysław zrozumiał, że tak
    dalej być nie może, bo będą bunty. Zresztą pośród wielu przyczyn późniejszego
    wybuchu powstania Chmielnickiego jedną z ważniejszych jest nienawiść do Polaków
    jako gnębicieli religii prawosławnej. Kozacy tylko dolali oliwy do ognia.
    Powstanie Chmielnickiego to trwałe pęknięcie w stosunkach polsko-ruskich.
    Historia się powtarza w czasie rzezi humańskiej w 1768 r. To nie są błahostki.
    To sprawy bolesne i okrutne, które były rozstrzygane w sposób niesamowicie
    gwałtowny. To wyryło trwałe ślady w pamięci ludowej i Polaków, i Ukraińców.

    To wszystko zapewne prawda, ale brzmi trochę jednostronnie. Kniaź Jarema
    Wiśniowiecki przecież ruski pan, przeszedł na katolicyzm, bo śnił o polskiej
    koronie i to on był gnębicielem ludu ukraińskiego. Tymczasem na czele
    kozackiego powstania stanął Bohdan Chmielnicki, który miał rodowód polskiego
    szlachcica. To wszystko jest trochę bardziej złożone.

    - Magnaci ruscy byli zafascynowani kulturą polską i zmierzali do polonizacji.
    Chcieli stać się obywatelami Rzeczypospolitej, która dawała możliwość awansu i
    prestiżu. Przechodzili na katolicyzm, przyjmowali polską kulturę, a ich
    stosunek do poddanych był tak samo okrutny jak stosunek wszystkich właścicieli
    ziemskich na Ukrainie bez względu na to, czy byli to etniczni Polacy, czy
    etniczni Rusini. Ta różnica w XVIII w. zupełnie się zaciera. Czartoryscy,
    Potoccy, Sapiehowie, Lubomirscy już się nie odróżniają od Polaków, bo przejęli
    cechy polskości. I stali się...

    ...Gente Ruthenus, natione Polonus - z pochodzenia Rusin, narodowości polskiej.

    --
    Mateusz
  • 30.01.06, 08:43
    - Właśnie, i stali się współgnębicielami swojego ludu. To tragiczne, dla
    ruskiego chłopa czy Kozaka kij w ręku ruskiego lub polskiego pana nie
    przestawał być tym samym kijem. Na początku ruskie domy arystokratyczne były
    tylko sprzymierzone z Rzecząpospolitą. Z czasem przyjęły jej atrybuty. To była
    tragedia ludu pozbawionego swoich własnych elit. Ukraińskie elity intelektualne
    odradzają się, ale dopiero w końcu XIX w. Przez dwa wieki nie ma nikogo, kto by
    pamiętał o ich ukraińskości. Ostatnim jest hetman Orlik, który na przymusowym
    wygnaniu w Turcji pisze pamiętnik - po polsku i ciągle wspomina o Ukrainie.
    Pisze do wszystkich dworów w Europie, żeby bronić wolności ukraińskiej, ale
    nikt go nie słucha, bo Ukraina stała się już prowincją Rzeczypospolitej. Wtedy
    nikt już nie mówi o pięknym pomyśle utworzenia księstwa Ruskiego -
    równoprawnego wobec Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego w ramach wielkiej
    Rzeczypospolitej. Wspaniała idea, która narodziła się w czasie ugody
    Hadziackiego w 1658 r., a która nigdy nie została wprowadzona w życie.
    Pozostała marzeniem. Później było to eksponowane: „Ach, gdybyśmy potrafili”,
    ale nikt nie potrafił, bo nikt nie chciał! Ze strony Polaków nie było szczerej
    chęci.

    Chciał wojewoda bracławski Adam Kisiel.

    - Ostatni, który bronił zasady, że można być i Polakiem, i prawosławnym
    jednocześnie. Gdyby Polacy w ramach Rzeczypospolitej potrafili zrozumieć, że
    wielonarodowość, tak obecnie modna i chwalona, jest rzeczywistą wartością, to
    wtedy Rzeczpospolita mogłaby... ale tu jesteśmy w dziedzinie gdybania, a ja nie
    lubię gdybać.

    Więc Pana wyręczę: ...to wówczas Polska byłaby potęgą zdolną oprzeć się Rosji i
    jej dzieje potoczyłyby się inaczej.

    - Ma pan całkowitą rację, ale to wiemy teraz. Niestety, mądry Polak po szkodzie.

    Jan Kochanowski pisał, że "z tego nas zbodzie/Taką przypowieść sobie Polak
    kupi,/ że i przed szkodą i po szkodzie głupi". O ile jeszcze mogę się zgodzić w
    sprawie oceny relacji polsko-ukraińskich, to nie kryję, że kiedy Pan
    kwestionuje mit Polski tolerancyjnej - państwa bez stosów, gdy podaje w
    wątpliwość demokrację szlachecką - to już mnie Pan denerwuje.

    - Nie jestem od tego, żeby denerwować albo nie. Słynna książka prof. Janusza
    Tazbira "Polska bez stosów" dała początek przekonaniom o Polsce tolerancyjnej.
    Dziś o tym, że Polska nie miała wojen religijnych, można przeczytać w każdej
    gazecie i podręczniku. Ale jeśli uczciwie zbadać archiwa, to w badanym przeze
    mnie okresie mamy wiele konfliktów religijnych. Wracając do Unii Brzeskiej - to
    była przecież chęć rugowania prawosławia. Z tolerancją bywało różnie, bo w I
    poł. XVII w. prawosławnemu klerowi konfiskowano cerkwie i przekształcano je w
    kościoły grecko- lub rzymskokatolickie. Niszczono hierarchię prawosławną.

    Dopiero w XIX wieku religia unicka staje się symbolem ukraińskości. To trochę
    jak z Indianami w Peru, którzy bronią swojej odrębności po hiszpańsku i modlą
    się po katolicku.

    Ale w XVIII i XIX wieku opisano wiele przykładów, że ziemianin polski wchodzi
    do cerkwi i zabiera z stamtąd ruskiego chłopa, który nie odrobił pańszczyzny
    albo nie wywiązał się z innych nałożonych na niego ciężarów, bije go
    publicznie, wręcz katuje. Są przykłady prywatnych więzień w dobrach
    szlacheckich - nie magnackich, lecz ziemiańskich. To są smutne rzeczy. Ale
    dlaczego zamykać na nie oczy. Mówimy o społeczeństwie otwartym, historia też
    powinna taka być. Jeżeli się popełniło zbrodnię, to trzeba o tym pisać, a nie
    popadać w kresowe rozanielenie, bo ono zabija obecną historiografię polską.

    Obecną też?

    - Oczywiście. Wiele jest książek, które idealizują tę epokę, że wymienię tylko
    najbardziej rażącą pracę Andrzeja Sulimy-Kamińskiego "Historia Rzeczypospolitej
    wielu narodów". Kamiński broni tego, co sam nazywa "szlachecką demokracją
    powiatową".

    --
    Mateusz
  • 30.01.06, 08:45
    Akurat demokracja szlachecka to źrenica oka Rzeczypospolitej i rzeczywisty
    powód do dumy. Parlamentaryzm szlachecki nie miał w Europie precedensu.

    - Tu dotykamy świętości, na której się opiera cała historiografia polska.
    Prawie wszyscy historycy są przekonani że Rzeczpospolita funkcjonowała na
    zasadach demokratycznych i że Polska wymyśliła demokrację szlachecką, czyli
    uczestnictwo narodu szlacheckiego w życiu politycznym.

    Mówimy o szlachcie, która jak nigdzie stanowiła aż 10 proc. mieszkańców
    Rzeczypospolitej.

    - Kamiński twierdził, że "szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie", a głos
    szaraka i magnata miał taką samą wagę. Badając okres Polski pod zaborami, w
    ogóle tego nie dostrzegłem. Musiałem więc sięgnąć wstecz i sprawdzić, czy była
    to prawda. Otóż drobna szlachta była gnębiona i odrzucana przez...

    ...Magnaterię?

    - Właśnie nie. Magnateria to śmietanka śmietanki, drobniutka warstwa. To
    ziemiaństwo, posesjonaci odrzucali drobną szlachtę! Nie znalazłem ani jednego
    potwierdzenia wysokiej frekwencji w wyborach szlacheckich na szczeblu
    sejmikowym. Ten system nie funkcjonował! Masy szlacheckie się nie zgłaszały i
    nie głosowały. W życiu politycznym brało udział tylko pięć procent narodu
    szlacheckiego, czyli jedna dwudziesta mas szlacheckich.

    Jak to się ma do obrazu Bernardo Bellotto zwanego Canaletto ukazującego elekcję
    Króla Polski. Pola Woli pełne są szlachty, którą ustawiano w specjalnych
    sektorach.

    - A ilu tam było ludzi? Nie ja pierwszy zadaję to pytanie. Świętej pamięci
    prof. Emanuel Rostworowski napisał świetny artykuł "Ilu było w Rzeczypospolitej
    obywateli szlachty?". Tymczasem historycy powtarzają stereotypy. Dziś to jest
    bardzo modne. Mój przyjaciel prof. Jerzy Kłoczowski broni w Europie zasady, że
    Polska była od dawna społeczeństwem obywatelskim. To bzdura. Wobec takich liczb
    nie można mówić o społeczeństwie obywatelskim. Obywatelami byli posiadacze
    ziemscy, którzy tylko w minimalnym stopniu dopuszczali do władzy swoich braci
    szlachtę, o czym po raz pierwszy pisał Rostworowski.

    Ale gdzie był na świecie drugi kraj, w którym szlachta króla obierała?

    - Zgoda. Ale twierdzić, że Polska jest historycznym wzorem cnót
    demokratycznych - to wielka przesada. Polska może być dumna z tego, że
    wymyśliła taki system. To było pomyślane świetnie, gdyby rzeczywiście masy
    szlacheckie zostały dopuszczone do wyborów.

    "Jeśli musisz być w stolicy, patrz co robią politycy,/ Na elekcjach stawiaj
    kreskę, nie za słowa, a za kieskę" - radził ojciec synowi w poemacie Jacka
    Kaczmarskiego "Sarmatia". No, ktoś te głosy kupował.

    - Henryk Rzewuski w "Mieszaninach obyczajowych" wspomina, że furami przewożono
    drobną szlachtę na pole elekcyjne. Ale ogólny trend w całym wieku XVIII, a
    także podczas Sejmu Wielkiego zmierzał do eliminacji drobnej szlachty z życia
    obywatelskiego. Do Konstytucji 3 maja dołączono aneks, o czym zapominają
    historycy - "Prawo o sejmikach". Tam wyraźnie jest powiedziane, że
    czynszownicy, a więc szlachta bez własnej ziemi, jest wykluczona z życia
    obywatelskiego! To nie była demokracja szlachecka, tylko oligarchia szlachecka.
    Ale jak ja to mówię, to patrzą na mnie jak spode łba. Wielka szkoda.

    Podobnie gdy mówię o Kresach, które są też i moimi kresami. Teraz jesteśmy we
    wspólnej Europie i powinniśmy sobie mówić prawdę w oczy. Zresztą prawdę o
    francuskiej historii najotwarciej opowiadają historycy cudzoziemscy. O okresie
    Vichy pisze amerykański historyk Robert Paxton w sposób trochę dla nas okrutny,
    ale za to prawdziwie i uczciwie. Nawiązując do dawnej tradycji Montaigne'a i
    Woltera, starałem się podchodzić do świata dawnej Rzeczypospolitej z
    konstruktywnym sceptycyzmem, z tym samym krytycyzmem, który stosuję wobec
    własnego kraju.

    Ufam, że zdaje Pan sobie sprawę z mitologicznej roli Kresów w utrzymaniu naszej
    tożsamości narodowej?

    - Naturalnie. Ustanowienie nowych granic było bolesne, szczególnie dla tych,
    którzy stamtąd pochodzą. Tu wracamy do porównania z Algierią. Wielu Francuzów
    czuje nostalgię do swoich dóbr, do swojej algierskiej wioski, w której się
    urodzili, gdzie się było szczęśliwym, gdzie spędzało się dzieciństwo i młodość.
    To zrozumiała, czysto ludzka tendencja do idealizacji tego okresu. To są,
    niestety, dramaty ludzi narzucone przez okrutną historię i bezwzględnych
    polityków. Ale wyjście Francji z Algierii zapewniło jej pokój, dlatego dziś
    nikt nie jest skłonny do zmiany tych granic.

    Rozumiał to de Gaulle, podpisując pokój w Evian.

    --
    Mateusz
  • 30.01.06, 08:46
    I Jerzy Giedroyc, który powiedział: Dosyć rozpamiętywania, budujmy od nowa
    nasze stosunki z sąsiadami. To przyniosło w końcu owoce. Polska w czasie
    pomarańczowej rewolucji zachowała się wspaniale! Liczna obecność Polaków na
    Majdanie to było coś niesłychanego. Daliście przykład całej Europie! Ale nie
    należy w tym wielkim ruchu sympatii zapominać o tym, co było. Oto po raz
    pierwszy od wieków budują się między Polakami i Ukraińcami szczere i otwarte
    relacje. Mam nadzieję, że tak już zostanie. Bądźmy optymistami.

    Czy lubi Pan twórczość Henryka Sienkiewicza?

    - Jako polonista tak. Jako historyk nie. To świetny stylista i pisarz
    porównywalny z naszym Aleksandrem Dumas. To, co pisze, jest zachwycające, ale
    niesie ze sobą zatrute ziarno. Utrwala w młodzieży fałszywą świadomość o
    rzekomej wyższości Polaków. Sporo tam niezdrowych odruchów narodowo-etnicznych.
    Ukraińcy, choć go czytają, to też nie bardzo lubią. Są w jego prozie fragmenty
    na pograniczu rasizmu. Na przykład Zagłoba marzy o tym, by u podnóża krzyża
    złożono masę żydowskich głów. To robi przerażające wrażenie. Oczywiście, to
    tylko marzenie, ale nie wiem, czy to rozsądne dawać dzieciom takie lektury.
    Chyba że pod kierunkiem dobrego nauczyciela, który będzie uczył dystansu.

    --
    Mateusz
  • 30.01.06, 08:48
    "Demokracji szlacheckiej nie było"





    Skąd biedny Sienkiewicz miał wiedzieć, że za pół wieku przetoczy się przez
    Europę Holocaust...

    - Ostatnio byłem w Pułtusku na zamknięciu roku Staszica. Staszic mimo swych
    wspaniałych osiągnięć z różnych dziedzin, mimo wspaniałej myśli oświeceniowej -
    był zajadłym antysemitą. U nas we Francji było to samo. Nasi najwspanialsi
    pisarze też mieli okropne strony. Wolter handlował Murzynami, podobnie jak
    Beaumarchais. W każdym narodzie są takie plamy i nie wolno tego negować. Po
    prostu trzeba o tym mówić bez szczególnej emocji. Trzeba się dystansować.
    Najwyższa cnota historyka to właśnie dystans.

    Ale o taki dystans trudno nawet we Francji, gdzie powstał rządowy projekt
    ustawy zawierającej wytyczne dla nauczycieli, o tym jak nauczać o
    kolonializmie!

    - To jest czysty obłęd. Przegłosowano prawo, które nakazuje nauczycielom
    podkreślać dodatnie strony kolonializmu. A więc, że Francuzi budowali szpitale,
    szkoły, że byliśmy nosicielami cywilizacji. To jest dokładnie to, co mówią
    Polacy o swojej obecności na Kresach. Oczywiście, nie można tego negować i nikt
    nie ma takiego zamiaru. Owszem, budowaliśmy szpitale i szkoły, ale były też
    rzezie, tortury, pacyfikacje, obozy.

    To prawo wywołało ogromną dyskusję historyków. Pisze się o tym w każdej
    gazecie. Prezydent Chirac był zmuszony do spuszczenia z tonu. Zaproponował
    jakieś porozumienie ze środowiskiem historyków. Ale że w ogóle ktoś wpadł na
    pomysł, by za pomocą instrumentów prawnych ustalać prawdę historyczną, to woła
    o pomstę do nieba.

    W Polsce planuje się powołanie Instytutu Wychowania. Mówi się dużo o polityce
    historycznej. Podobnie jest we Francji, gdzie państwo staje nagle na straży
    kanonicznej wersji historii. Dlaczego historia staje się instrumentem polityki?

    - Wielu polityków uważa, że historia jest przedmiotem wiary, a nie przedmiotem
    poznania. Jeśli uznamy, że musimy wierzyć w raz ustalone prawdy, że istnieje
    raz na zawsze ustalona prawda historyczna, to rzeczywiście nie ma wyjścia.
    Historia sprowadzona zostaje do katechizmu. To nie do przyjęcia. Prawda jest
    procesem ciągłego tworzenia się. Prawda sama w sobie nie istnieje. Jak mawiał
    Karl Popper: Prawda jest drogą do wiedzy. Ta wiedza się zmienia. Moje badania
    przynajmniej w części zostaną zakwestionowane przez moich następców jako
    nietrafne. Na tym polega nauka. Każde pokolenie wnosi do niej coś nowego.

    Jak Pan ocenia historiografię ukraińską i rosyjską w odniesieniu do prawego
    brzegu Dniepru?

    - To jest dokładnie ten sam problem. I historiografia ukraińska, i rosyjska są
    wypaczone przez koniunkturalne poglądy polityczne. Obecny szef katedry historii
    na Uniwersytecie w Kijowie prof. Smolij napisał po rosyjsku książkę o włączeniu
    prawobrzeżnej Ukrainy do Cesarstwa Rosyjskiego. To pozycja absolutnie
    przerażająca, napisana w stylu poststalinowskim. Autor odwołuje się do
    instrumentarium marksistowskiego i opowiada o rzekomej wspólnej walce chłopów i
    proletariatu w XVIII w. przeciw polskiemu panowaniu. Celem tej walki miało być
    połączenie z Wielką Rosją. Ta książka stanowi jedyny dorobek na ten temat na
    Ukrainie. Dzięki Bogu pojawiają się nowi historycy jak prof. Natalia Jakowenko
    z Akademii Mohylańskiej, która napisała świetną, zdystansowaną historię
    szlachty na Ukrainie w końcu XVI i na początku XVII w.

    Historycy rosyjscy, a tym bardziej zwykli czytelnicy, nic nie wiedzą o polityce
    poszczególnych carów, ministrów, gubernatorów, o prawodawstwie i administracji
    tych regionów. Tymczasem carat prowadził politykę chyba jeszcze gorszą od tej
    znanej z podręczników, gdzie nadal panuje absolutnie imperialna wizja carsko-
    radziecka. To, co piszę, jest właściwie nieznane w Rosji. Gorzej, że od 12 lat
    archiwa dla historyków pozostają zamknięte. "Wielikaja Rassija" i już. Trzeba
    jeszcze trochę poczekać, by w Rosji wykiełkowała idea społeczeństwa otwartego.

    Marzenie Giedroycia o prawdziwym trialogu ukraińsko-polsko-rosyjskim jest
    jeszcze bardzo dalekie od urzeczywistnienia.

    Myślę, że wszystkie sąsiedzkie narody dawnej Rzeczypospolitej mają problem z
    polskim dziedzictwem. Zarówno na Litwie, jak też na Białorusi i Ukrainie
    polskie ślady są nagminnie, niekiedy spontanicznie zacierane.

    - Jak się patrzy na Lwów albo Wilno, to widać, że każdy kościół jest dziełem
    katolicyzmu rzymskiego i polskiego. Litwini, Ukraińcy i Białorusini powinni
    wiedzieć, że Polacy pozostawili tam po sobie kawał cywilizacji. To jest też
    historia tych narodów, więc negowanie dorobku polskiej kultury na wschodzie
    jest pomniejszaniem dziedzictwa tych narodów.

    Ale jest i druga strona medalu. Od 15 lat widzę w witrynach polskich księgarń
    wiele nostalgicznych albumów o zabytkach Ukrainy. Ale są to tylko polskie i
    katolickie zabytki, tak jakby na Ukrainie nie było innego wielonarodowego
    dziedzictwa. A to jest jednak kraj przeważnie greckokatolicki i prawosławny. A
    i Rosjanie tam coś niecoś zbudowali. Nie mówiąc już o Żydach, których było
    więcej niż Polaków.

    --
    Mateusz
  • 30.01.06, 08:51
    Co sprawia, że oto historyk Daniel Beauvois, Francuz - bez żadnych związków ze
    słowiańszczyzną - poświęca całe swe dojrzałe życie poznaniu dawnej
    Rzeczypospolitej, a zwłaszcza jej byłych Kresów?

    - Z wykształcenia jestem rusycystą. Kończyłem Uniwersytet w Lille. Na egzaminie
    nauczycielskim wymagano znajomości drugiego języka słowiańskiego. Bez wahania
    wybrałem polski.

    Dlaczego?

    Pochodzę z północnej Francji, gdzie napływała fala polskiej emigracji
    zarobkowej. Zwłaszcza do kopalń. W gimnazjum słyszałem polską mowę. Ale to były
    już dzieci i wnuki emigrantów. Młodzież szybko się asymilowała. Traciła swą
    polskość. A ja na odwrót. Zainteresowałem się Polską i jej kulturą. Miałem dużo
    szczęścia. Na uniwersytecie poznałem prof. Wacława Godlewskiego, który
    pochodził z Litwy kowieńskiej. Profesor uświadomił mi, jak ogromne i jak
    niewykorzystane są zasoby archiwalne w Związku Radzieckim. Pierwszy artykuł,
    jaki w życiu napisałem, poświęciłem Uniwersytetowi Wileńskiemu. Pojechałem do
    Moskwy i wtedy jeszcze Leningradu i tak zaczęła się moja praca badawcza. Miałem
    szczęście dotrzeć do wielu nieznanych źródeł, oczywiście z problemami, bo były
    to czasy postalinowskie. Często trzeba było walczyć. Napisałem dwutomowe dzieło
    o Uniwersytecie Wileńskim, które ukazało się w 1977 r. po francusku. Po polsku
    z uwagi na cenzurę, która zabraniała mówić o polskim aspekcie życia
    wileńskiego, książka wyszła dopiero w 1990 r. dzięki prof. Jerzemu
    Kłoczowskiemu.

    Pracując nad okręgiem wileńskim, który obejmował przecież nie tylko Litwę
    etniczną, ale także Białoruś i Litwę historyczną, czyli sięgał aż po Dniepr -
    zainteresowałem się Ukrainą w okresie od Powstania Listopadowego do
    Styczniowego. Nie żałuję tych wieczorów w ponurych radzieckich hotelach i
    akademikach, w jadłodajniach bez widelców, z wodą skażoną przez wybuch w
    Czarnobylu. Życzliwość ludzi, którzy spędzili tam całe swoje życie, każe
    zapominać o tych błahostkach. Znów miałem szczęście, bo Jerzy Giedroyc
    zainteresował się moją twórczością i zaczął drukować mnie po polsku.

    Nie trudno się domyślić dlaczego. Zamiast przedmowy do ostatniego dzieła,
    zamieszcza Pan list Józefa Czapskiego z 2 października 1987 r. Czapski po
    lekturze Pana książki "Polacy na Ukrainie" pisze: "Wydawało mi się, że wiem
    wystarczająco dużo o fałszywej wizji Polski w sienkiewiczowskim stylu. Już
    Legenda Młodej Polski Stanisława Brzozowskiego stanowiła dla mnie wstrząs i
    odsłoniła przede mną Polskę prawdziwą. Od tego czasu, a nawet wcześniej,
    również dzięki Żeromskiemu, o którym pamięta się tylko to, że był złym
    pisarzem, i dzięki Korczakowi (Dziecko salonu) wiedziałem o fałszywym obrazie
    Polski jak Chrystusa narodów i fałszywej wizji Polski w wydaniu francuskim:
    Polski godnej i nieszczęśliwej".


    Czapski jako polski arystokrata zamieszkały na Kresach miał wszelkie dane ku
    temu, by traktować Kresy w sposób mitologiczny. Tymczasem pisał do Pana: "Dla
    mnie Ukraina była poematem Słowackiego, to były wspomnienia moich współziomków
    mieszkających na Ukrainie, którzy nawet nie zauważyli jakże często kryminalnej
    roli Polaków wobec Ukraińców". Był Pan ulubieńcem "Paryskiej Kultury".

    - Miałem niezbyt częste, ale serdeczne kontakty z Redaktorem. Reakcja Józefa
    Czapskiego pokazuje, że jest w Polsce warstwa intelektualistów, którzy są w
    stanie nabrać dystansu do własnej historii. Pamiętajmy, że "Kultura" nawoływała
    do rezygnacji z Wilna i Lwowa już w roku 1952. Wtedy dla większości Polaków
    było to nie do przyjęcia. Cieszę się, że wpisuję się w ten nurt polskiej
    inteligencji, która potrafi uznać, że "sprawiedliwość dziejowa", jeśli coś
    takiego w ogóle istnieje - jest po stronie tych, którzy uznają obecne granice.
    Bez tych granic nie będzie pokojowej Europy.

    Wydaje się, że cudzoziemscy historycy Daniel Beauvois i Norman Davies piszą
    Polakom ich historię od początku.

    - Wkład Normana w historiografię jest bardzo ważny. Na szczęście zajmujemy się
    zupełnie innymi okresami. Zważywszy na stosy jego książek w księgarniach, muszę
    zdać sobie sprawę z tego, że jego poglądy są o wiele bardziej popularne niż
    moje. Ja lubię pisać trochę pod włos.

    A Norman Davies?

    - A Norman? Trochę z włosem.

    Daniel Beauvois (ur. 1938) - po studiach rusycystycznych i polonistycznych
    poświęcił się historii. Był dyrektorem Ośrodka Kultury Francuskiej przy UW(1969-
    1972), pracownikiem naukowym CNRS w Paryżu (1973-77), kierownikiem katedry
    polonistycznej w Lille (1978-92) i Ośrodka Historii Słowian na Sorbonie (1993-
    98). Autor rozprawy o Uniwersytecie Wileńskim, licznych artykułów i tłumaczeń.
    Od 1980 skupia się na tematyce ukraińskiej. Członek zagraniczny PAN, PAU i
    Ukraińskiej Akademii Nauk. Doktor honoris causa uniwersytetów Wrocławskiego,
    Warszawskiego i Jagiellońskiego. Odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP


    Rozmowa z Danielem Beauvois

    A Eliotowi ku rozwadze podał
    --
    Mateusz
  • 03.02.06, 15:29
    serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,3144859.html
    Przekupna demokracja szlachecka




    Andrzej Wielowieyski 02-02-2006 , ostatnia aktualizacja 02-02-2006 19:30

    Problemem demokracji szlacheckiej nie było pozbawienie drobnej szlachty prawa
    do udziału w życiu politycznym, lecz skorumpowanie szlacheckiej gołoty przez
    magnatów. Polemika z prof. Danielem Beauvois


    W niezwykle ciekawej rozmowie Jarosława Kurskiego z wybitnym historykiem
    francuskim Danielem Beauvois poświęconej dziejom polsko-ukraińskim oraz
    demokracji szlacheckiej ("Demokracji szlacheckiej nie było", "Gazeta
    Świąteczna" z 28-29 stycznia br.) dwie sprawy wymagają wyjaśnienia. Po
    pierwsze, o co chodziło w walce o szlachecką demokrację obywatelską. Po drugie,
    co było przyczyną ukraińskiego nieszczęścia, jakim był brak własnej, silnej
    elity społecznej.

    Demokracja i magnaci

    Nie chcę się spierać z prof. Beauvois o to, czy i na ile polski system
    republikański był demokracją obywatelską. Zdaniem Beauvois, "w życiu
    politycznym brało udział tylko 5 proc. narodu szlacheckiego". Różnie to było w
    różnych okresach i różnych województwach. Np. sejmiki elekcyjne czy też te,
    które dyskutowały Ustawę Rządową w 1791 r., były niewątpliwie liczniejsze i
    bardziej ożywione od innych.

    Nie ma jednak racji prof. Beauvois, gdy twierdzi kategorycznie, że "ziemiaństwo-
    posesjonaci odrzucali drobną szlachtę", ani wtedy, gdy mówi: "Ogólny trend w
    całym wieku XVIII, a także podczas Sejmu Wielkiego zmierzał do eliminacji
    drobnej szlachty z życia obywatelskiego. (...) To nie była demokracja
    szlachecka, tylko oligarchia szlachecka". Źródłem słabości demokracji
    szlacheckiej w XVIII wieku była rzeczywiście oligarchia - ale była to
    oligarchia kilkudziesięciu rodzin magnackich, które miały decydujący i zwykle
    bardzo ujemny wpływ na funkcjonowanie ustroju Rzeczypospolitej. Zażarta walka
    kilku frakcji magnackich pomiędzy sobą, wykorzystujących liberum veto,
    uniemożliwiała funkcjonowanie Sejmu. Sejm był wciąż reprezentacją głównie
    średniej szlachty, ale był przez magnatów sparaliżowany. Na terenie zaś
    sejmików wojewódzkich było jeszcze gorzej - z reguły były one poddane
    arbitralnej władzy jednego lub kilku magnatów, którzy mogli narzucać swoją
    władzę średniej szlachcie, dysponując setkami głosów i szabel licznej biednej
    szlachty - "gołoty", którą łatwo było kupić.

    Jest więc zrozumiałe, że wszelkie sensowne programy reformy państwa musiały
    zakładać ograniczenie wpływów magnackich, co w sposób konieczny wiązało się z
    ograniczeniem uprawnień szlachty drobnej. Ale nie wszystkich jej kategorii.
    Bazę rządów magnackich stanowili "czynszowcy" o statusie zbliżonym do
    chłopskiego (ludzie wolni, ale bez własności ziemi, w pełni uzależnieni od
    bogatego właściciela), "brukowcy" (szlachta bez ziemi podejmująca się różnych
    zawodów), wreszcie "szlachta domowa" na służbie u magnatów. Natomiast bardzo
    liczną grupę drobnej szlachty zagrodowej traktowano inaczej. To do niej
    zwłaszcza odnosiła się stara i trochę naiwna zasada: "Szlachcic na zagrodzie
    równy wojewodzie".

    Były wokół tej sprawy ostre kontrowersje, ale w końcu reformatorzy poparci
    przez opinię średnioszlachecką w 1791 r. zdecydowali się nie odbierać praw
    politycznych szlachcie zagrodowej. Uznali bowiem, że zaścianki szlacheckie będą
    bardziej trzymać z bogatszymi sąsiadami ziemianami niż z frakcjami magnackimi.

    --
    Eliot
  • 03.02.06, 15:34
    Bywało oczywiście różnie: Adam Mickiewicz w "Panu Tadeuszu" pokazał nam, jak
    Hrabia poderwał do walki ze średnią szlachtą - Horeszkami - zaścianek
    Dobrzyńskich. Nie można jednak, jak Beauvois, twierdzić, że polscy historycy
    zapominają o problemie wykluczenia z życia obywatelskiego szlachty gołoty.
    Problem ten był obszernie przedstawiany przez Emanuela Rostworowskiego, a
    zwłaszcza przez Andrzeja Zajączkowskiego w jego podstawowym dziele "Szlachta
    polska: kultura i struktura".

    Pod koniec XVIII w. próbowano ograniczyć przywileje polityczne tej części
    drobnej szlachty, która - pozbawiona własności ziemi - była najbardziej podatna
    na manipulacje magnackie. Według współczesnych standardów było to oczywiste
    ograniczanie demokracji - ale wówczas był to niezbędny warunek ograniczenia
    oligarchii i normalnego funkcjonowania Sejmu i sejmików. Dlatego też w 1791 r.
    wszystkie sejmiki wojewódzkie akceptowały Ustawę Rządową uchwaloną w dniu 3
    maja.

    Nie polonizacja, lecz wojny

    Przejdźmy do drugiej sprawy - braku na ziemiach ukraińskich miejscowych elit
    społecznych. W wypowiedziach prof. Beauvois pojawia się pewna poważna luka.
    Profesor powtarza popularną wśród historyków, zwłaszcza ukraińskich, tezę o
    polonizacji i katolicyzacji ruskiej elity. Trafnie pisze, że chodziło o
    magnatów, którzy - choć nie wszyscy - mieli dość powodów, by się polonizować i
    przyjmować religię katolicką.

    Co się jednak stało z dość liczną średnią szlachtą ruską? Henryk Litwin w swych
    badaniach sprzed 40 lat stwierdził, że przed powstaniem Bohdana Chmielnickiego
    sejmiki kijowski i bracławski debatowały po rusku. Na tym terenie mieszkało już
    wówczas sporo Wielkopolan, Małopolan, a także Litwinów, jednakże sejmiki wciąż
    były w większości ruskie. Przebadano losy około stu ruskich rodzin szlacheckich
    z tego terenu. Znaczna większość z nich opowiedziała się przeciw Unii Brzeskiej
    z 1599 r. (której tragiczne następstwa słusznie podkreśla Beauvois) i prawie
    wszyscy walczyli pod sztandarami Chmielnickiego. Po pokoju karłowickim z Turcją
    (1699 r.), który zwraca Polsce część Ukrainy i Podole, na ogół nie ma po nich
    śladu. Kto nie zginął z rąk Polaków i Tatarów, a później także Moskali i
    Turków, ten chronił się na Zadnieprze. Kiedy zaś hetman Iwan Mazepa w imię
    ukraińskiej niepodległości przeszedł na stronę Karola XII, straszliwa
    pacyfikacja Kozaczyzny przez Aleksandra Mienszykowa (zwłaszcza zdobycie
    Baturyna) dokonała reszty.

    Beauvois słusznie przypomina nieszczęsnego następcę Mazepy hetmana Filipa
    Orlika, który - bezsilny na wygnaniu w Turcji - nie znajduje już żadnego
    wsparcia dla idei Księstwa Ruskiego, ani w samej Rzeczypospolitej, ani za
    granicą. Trzeba wszakże przypomnieć, że idea ugody hadziackiej (1658 r.) - do
    której doprowadzili hetman Iwan Wychowski i wojewoda Jerzy Niemirycz -
    przetrwała zaledwie kilka miesięcy z tego prostego powodu, że przy bardzo
    ostrożnych chęciach Polaków (o czym pisze Beauvois) nie było już na Ukrainie
    sił, przede wszystkim ruskich elit szlacheckich, które byłyby istotnie
    zainteresowane i zdolne do obrony swego Księstwa Ruskiego. Zostały bowiem
    prawie doszczętnie wybite w dziesięcioletniej wojnie. Na ich miejsce napływają
    w XVIII wieku z Polski tysiące rodzin szlacheckich i setki tysięcy polskich
    chłopów, którzy zasiedlają wyniszczone i wyludnione ziemie ruskie.

    Wreszcie ostatnia uwaga. Prof. Beauvois wymienia kilka rodów magnackich, które
    miały się spolonizować, zacierając różnicę między magnatami polskimi i ruskimi.
    Mówi: "Ta różnica w XVIII wieku zupełnie się zaciera. Czartoryscy, Potoccy,
    Sapiehowie, Lubomirscy już się nie odróżniają od Polaków, bo przejęli cechy
    polskości".

    Żaden jednak z wymienionych rodów nie należał do właściwej magnaterii rusko-
    ukraińskiej. Czartoryscy, kulturowo zruszczeni, nigdy nie utracili swej
    litewskiej tożsamości. Sapiehowie byli magnatami litewsko-białoruskimi, od
    dawna zresztą katolickimi (kanclerz litewski Sapieha, choć katolik, ostro
    sprzeciwiał się Unii Brzeskiej). Natomiast Potoccy i Lubomirscy - to oczywiście
    stare rody małopolskie. Na ich miejsce można wymienić - poza Wiśniowieckimi -
    kilka rusko-prawosławnych rodzin magnackich: Zbarascy, Koreccy, Zasławscy itd.
    Będzie to jednak zaledwie kilka rodzin. Całe to, opisywane przez Beauvois,
    zjawisko "kradzieży elit" przez polskość i katolicyzm na pewno nie miało
    takiego znaczenia jak fizyczne wyniszczenie średniej i drobnej szlachty ruskiej.

    Moje uwagi nie podważają zasadniczych tez prof. Beauvois, dotyczących krwawych
    konfliktów polsko-ukraińskich i prześladowań religijnych oraz chorej sytuacji
    społecznej na Ukrainie w XVIII i XIX wieku.

    ***Andrzej Wielowieyski - publicysta, były senator, autor kilku książek,
    m.in. „Tajemnice i niespodzianki historii” (2004)


    A rozwadze Bigdy poleca:
    --
    Eliot
  • 03.02.06, 15:55
    Sława!

    ... obca dloń nie przekresliła.

    Pozdrawiam i zapraszam na:
    Forum Słowiańskie
  • 03.02.06, 16:03
    ignorant11 napisał:

    > Sława!
    >
    > ... obca dloń nie przekresliła.
    >
    Masz na myśli tego Franka ?
    --
    Eliot
  • 06.02.06, 11:41
    ignorant11 napisał:

    > Sława!
    >
    > ... obca dloń nie przekresliła.

    ++A potem przyszły nowe krzywdy: wojna polsko-ukraińska 1918-20, 20-lecie i II
    wojna, a na koniec akcja "Wisła".
    Ale dla mnie - jako obywatela i mieszkańca Polski - ważniejsze jest coś innego.
    Polacy na Majdanie - ja sam jako "spostiryhacz" na powtórzonej II turze wyborów
    prezydenckich.
    Należy mówić prawdę o historii [nie twierdzę, że akurat francuzik całą ją pojął
    i przedstawił] - ale przede wszystkiem należy kontaktować się dziś - i to
    kontaktować pozytywnie. na wielu płaszczyznach: oglądać katedrę łacińską we
    Lwowie i św.Zofię w Kijowie, pić Obołoń [piwo, kwas, żywczyk - co kto lubi],
    czytacz Andrychowicza, nie dawać wkładać moskalskiej pałki między Nas [ale
    przyjąć do naszej kompanii każdego Moskala z dobrymi intencjami] i robić
    wszystko by stosunki polsko-ukraińskie były nie tylko dobre, ale dodatkowo
    fajne i sympatyczne. Byśmy czuli, że jesteśmy braćmi - którzy kłucili się i na
    wiele spraw patrzą inaczej - ale jedank pozostają braćmi!!! Nie przeciw
    komukolwiek {moskalom, Żydom, Niemcom, Eskimoskom, czy Indianom Ziemi
    Ognistej] - tylko dla siebie - dla własnej przyjemności - bo obcowanie Polaków
    i Ukraińców [i nie tylko ich] może być naprawdę wspaniałe - o ile nie będziemy
    patrzyli na siebie spode łba!!!
  • 06.02.06, 14:35
    lacietis napisał:

    >Nie przeciw
    > komukolwiek {moskalom, Żydom, Niemcom, Eskimoskom, czy Indianom Ziemi
    > Ognistej] - tylko dla siebie - dla własnej przyjemności - bo obcowanie
    Polaków
    > i Ukraińców [i nie tylko ich] może być naprawdę wspaniałe - o ile nie
    będziemy
    > patrzyli na siebie spode łba!!!


    I w swej łaskawości bardzo proszę o niewykluczanie mnie z tej waszej wspólnoty!
    Juz dość dawno temu tłumaczyłem tu, że całe to wasze panstewko i i jego
    dynastię założył daaaawno temu mój prapraprapra......, który zapędził się tu za
    białym niedźwiedziem i strudzony usiadł pod drzewem odpocząć...
    Na drzewie zaś było gniazdo z orłem...
    Dzikie plemiona tubylcze uznały to za ZNAK i złożyły Mu hołd. W ten sposób stał
    sie naturalnym, że tak powiem przywódcą...
    A, że władzę piastował to Go i Piastem nazwali...
    Ot i tyle!
    --
    Odarpi syn Egigwy
  • 06.02.06, 14:56
    odarpi napisał:

    >
    > I w swej łaskawości bardzo proszę o niewykluczanie mnie z tej waszej
    wspólnoty!
    >
    > Juz dość dawno temu tłumaczyłem tu, że całe to wasze panstewko i i jego
    > dynastię założył daaaawno temu mój prapraprapra......, który zapędził się tu
    za
    >
    > białym niedźwiedziem i strudzony usiadł pod drzewem odpocząć...
    > Na drzewie zaś było gniazdo z orłem...
    > Dzikie plemiona tubylcze uznały to za ZNAK i złożyły Mu hołd. W ten sposób
    stał
    >
    > sie naturalnym, że tak powiem przywódcą...
    > A, że władzę piastował to Go i Piastem nazwali...
    > Ot i tyle!

    Sława!

    A nie przybyłeś na foce?

    Bo własnie foki wrociły na Helsmile))

    Jednak prosze Cie o powstrzymanie sie od polowań...

    Pozdrawiam i zapraszam na:
    Forum Słowiańskie
  • 06.02.06, 14:54
    Sława!

    Oczywiście,że w dobie globalizacji, gdy kontakty i wszelka wspołpraca zaczynaja
    byc conajmniej transkontynentalne...

    Najwieekszym absurdem było kłocenie się z Ukraina.

    Tym bardziej,ze mamy wspolne zagrozenie.

    Ale to zagrozenie na obecna chwile moze nie jest nawet militarne, ale moze
    powaznie zakłocic naszą wspołpracę.

    Oczywiscie pozostaje kwestia stosunków z Moskwa.

    Mysle,że jednak,że po rozwiazaniu dywersyfikacji plaiw, to zagrozenie znacznie
    spadnie. Bo w tej chwili jedyny bagnet Moskwy to bagnet weglowodorowy.

    Moze ta porazka wpłynie na normalizację w Moskwie i ucywilizowanie się Rosji.

    Myslę tez,że trzeba zaczekać na wymarcie pokoleń urodzonych w niewoli, a
    zamiana pokoleniowa wpłynie bardzo znacząco na przyszle stosunki w regionie.

    Pozdrawiam i zapraszam na:
    Forum Słowiańskie
  • 28.02.06, 16:04
    Wspominając atmosferę Wiłkomierza lat dwudziestych, jeden z ówczesnych
    mieszkańców miasta pisze "Pieczywo kupowało sie w cukierni u Polaka, mięso u
    rzeźnika Polaka, buty reperował szewc Polak, porad lekarskich udzielali dwaj
    polscy lekarze, a porad prawnych adwokat Polak. Polską prasę wydawana na Litwie
    kupowało się w kiosku prowadzonym przez Polaka, strzyżenie i golenie mozna było
    załatwić w zakładzie polskim, a pierwsza w mieście taksówkę uruchomił Polak".
    Z kolei jeszcze w drugiej połowie lat trzydziestych litewski autor
    korespondencji prasowej z Wiłkomierza ubolewał "Na ulicach, nad rzeką, w kinie,
    w ogrodzie miejskim i wszędzie, gdzie tylko zbiera sie więcej ludzi, panuje
    polski żargon. Robotnik, dorożkarz, służąca, stróż itd. poczytują sobie za
    zaszczyt mówić po polsku, jakkolwiek nazwiska ich świadczą o wręcz przeciwnym.
    A co najdziwniejsze tylko ludność niższych klas trzyma się polskiego żargonu".
  • 02.03.06, 15:25
    aldon napisał:

    > Wspominając atmosferę Wiłkomierza lat dwudziestych, jeden z ówczesnych
    > mieszkańców miasta pisze "Pieczywo kupowało sie w cukierni u Polaka, mięso u
    > rzeźnika Polaka, buty reperował szewc Polak, porad lekarskich udzielali dwaj
    > polscy lekarze, a porad prawnych adwokat Polak. Polską prasę wydawana na
    Litwie
    >
    > kupowało się w kiosku prowadzonym przez Polaka, strzyżenie i golenie mozna
    było
    >
    > załatwić w zakładzie polskim, a pierwsza w mieście taksówkę uruchomił Polak".
    > Z kolei jeszcze w drugiej połowie lat trzydziestych litewski autor
    > korespondencji prasowej z Wiłkomierza ubolewał "Na ulicach, nad rzeką, w
    kinie,
    >
    > w ogrodzie miejskim i wszędzie, gdzie tylko zbiera sie więcej ludzi, panuje
    > polski żargon. Robotnik, dorożkarz, służąca, stróż itd. poczytują sobie za
    > zaszczyt mówić po polsku, jakkolwiek nazwiska ich świadczą o wręcz
    przeciwnym.
    > A co najdziwniejsze tylko ludność niższych klas trzyma się polskiego żargonu".


    Ciekawe i charakterystyczne! Możesz podać źródło?
    Pozdr.
    --
    Eliot
  • 02.03.06, 15:44
    Witaj eliot. Cytaty te pochodza z książki Krzysztofa Buchowskiego "Polacy w
    niepodległym państwie litewskim 1918-1940".
  • 02.03.06, 16:04
    aldon napisał:

    > Witaj eliot. Cytaty te pochodza z książki Krzysztofa Buchowskiego "Polacy w
    > niepodległym państwie litewskim 1918-1940".


    Dzięki! Mam ją gdzieś upchaną i zapomniałem, że miałem przeczytać! Może
    wreszcie znajdę chwilkę..., inna sprawa, że takich czekających mam pełne
    półki...
    Pozdr.
    --
    Eliot
  • 02.03.06, 16:18
    Jeszcze w końcu 1918 roku na terenach zamieszkałych przez polska ludność , w
    rejonach Kowna, Kiejdan, Wiłkomierza, Wędziagoły i Poniewieża tworzyły
    się "polskie republiki", których "obywatele" chciwie słuchali słów Warszawy -
    jak pisze litewski historyk Liudas Truska. Liczne wypadki tego typu notują
    litewskie źródła. Na przykład mieszkańcy wsi Ruda koło miasteczka wiejsieje
    (Veisiejai) na Sejneńszczyźnie w specjalnej uchwale z 16 grudnia 1918 roku
    deklarowali "uznajemy siebie za obywateli Polaków i nie przyznajemy władzy
    samozwańczej Taryby". w całej gminie wiejsieje mieszkańcy uchwalali podobne
    oświadczenia. Jeszcze dalej posuneli się mieszkańcy gminy Bobty połozonej
    między Kownem a Kiejdanami. Podjeli oni i przesłali do Kowna uchwałę o tym, że
    nie będa płacić podatków i nie podporządkuja sie zarządzeniom mobilizacyjnym,
    czyli w praktyce nie uznaja władzy litewskiego rządu. Aby zmusić mieszkańców
    Bobt do posłuszeństwa władze wysłały tam całą kompanię formowanego własnie
    wojska, które wymusiło podporządkowanie licznymi aresztowaniami i karami.
    W tworzeniu "polskich republik" przodowali zwłaszcza mieszkańcy okolic
    drobnoszlacheckich.
  • 06.06.06, 09:40
    serwisy.gazeta.pl/kultura/1,34169,3397079.html
    Kim są współcześni Sarmaci?
    Aleksander Kaczorowski
    antologia

    Sarmackie krajobrazy

    przedmowa i redakcja Martin Pollack

    Czarne, Wołowiec

    Pociąg z Warszawy do Odessy jedzie 26 godzin, z czego kilka stoi na dworcu w
    Przemyślu. Komu przyjdzie do głowy wybrać się na przemyską starówkę i
    zasiedzieć nad kuflem piwa, ten musi potem stanąć w kolejce do odprawy celnej
    wraz z tłumem ukraińskich współpasażerów. Zdarzyło mi się to niedawno, więc gdy
    czytam w eseju Jurija Andruchowycza z tomu "Sarmackie krajobrazy" o jego
    pragnieniu, by "polscy pogranicznicy, te schengeńskie psy łańcuchowe, nie
    odreagowywali swych kompleksów na Ukraińcach" - wiem, o czym pisze i ze wstydem
    przyznaję mu rację.

    Warto byłoby wyjaśnić wreszcie, skąd bierze się to polskie poczucie wyższości
    wobec sąsiadów ze wschodu, ten irytujący protekcjonalizm, przejawiający się w
    tytułowaniu każdego stamtąd - choćby był wybitnym europejskim pisarzem - per
    ty. Dokąd jedziesz, co wieziesz, pieniądze masz? Tak Unia Europejska - ustami
    polskiego celnika - wita Ukraińców i Białorusinów.

    Miałem nadzieję, że dowiem się czegoś na ten temat z antologii "Sarmackie
    krajobrazy". Po cóż bowiem wyciągać z lamusa historii to egzotyczne pojęcie,
    jak nie po to, by zmierzyć się z wyobrażeniami pięciu wymienionych w podtytule
    narodów o sobie nawzajem? Antologia pod redakcją wybitnego tłumacza literatury
    polskiej, a zarazem autora głośnej książki "Śmierć w bunkrze" Martina Pollacka
    zaspokaja to oczekiwanie jedynie połowicznie.

    Książka ta początkowo pomyślana była mniej ambitnie; miała być zbiorem tekstów
    autorów z Niemiec i Polski. Pollack rozszerzył krąg autorów na pisarzy z Litwy,
    Białorusi i Ukrainy, by podważyć obiegowe sądy "na te regiony Europy, które
    ciągle jeszcze cieszą się znikomym zainteresowaniem w naszej części świata".
    Zawdzięczamy tej decyzji zarówno obecność najciekawszych tekstów w antologii,
    jak i jej irytującą niespójność.

    Przede wszystkim tytuł książki, kojarzący się Polakom i Ukraińcom z I
    Rzeczpospolitą, natomiast Białorusinom i Litwinom z polską dominacją - a
    Niemcom z niczym - bardziej pasowałby do antologii tekstów autorów znad Wisły i
    Dniepru. Jarosław Hrycak, Mykoła Riabczuk, Jurko Prochaśko i Andrij Bondar jako
    jedyni potraktowali tytułowy sarmatyzm serio i właśnie dlatego ich eseje należą
    do najlepszych w tym zbiorze. Odrzucają oni sarmatyzm jako ideologię "z jej
    fundamentalnie antyzachodnim przesłaniem" (Hrycak), zarazem jednak uznają,
    że "także Ukraina jest naturalną spadkobierczynią Rzeczypospolitej"
    (Prochaśko), a zatem nowoczesna ukraińska tożsamość narodowa nie musi być
    dłużej fundowana na rzekomo odwiecznym antagonizmie polsko-ukraińskim
    (chciałoby się, by to samo dotyczyło zawsze tożsamości polskiej).

    W przeciwieństwie do nich teksty autorów litewskich z wyjątkiem Sigitasa
    Parulskisa sprawiają wrażenie, jakby zostały wyciągnięte z szuflady
    zatrzaśniętej w epoce, gdy dopiero kształtował się litewski nacjonalizm. Wręcz
    kuriozalny jest pod tym względem skądinąd znakomicie napisany tekst Mariusa
    Ivaskeviciusa. Oto autor, w którego "żyłach w trzech czwartych płynie
    białoruska krew", jedzie na odległą od Wilna o 30 kilometrów Białoruś,
    by "wsłuchać się w zew krwi". Wsłuchuje się weń przed dobrych kilka dni,
    jeżdżąc po wsiach, odwiedzając dalekich krewnych, spotykając się z białoruskimi
    opozycjonistami, i nie może się nadziwić, że czemuś nic a nic nie czuje się
    Białorusinem. Wniosek "co do ludzkich korzeni? (...) One nie istnieją".

    Przyznam, że czytałem ten tekst z rosnącym osłupieniem. Naprawdę trudno
    zrozumieć, jakim cudem mógł sobie ubzdurać białoruskie pochodzenie człowiek,
    którego dziadkowie - jak sam pisze - „u w a ż a l i s i ę [podkreślenie moje]
    za kresowych Polaków, mówili kresową polszczyzną, chodzili do kościoła na
    polskie nabożeństwa i irytowali się, gdy mój zlituanizowany ojciec drwił z
    nich: »Cóż z was za Polacy, przecież jesteście Białorusinami «. Była to dla
    nich nie lada obelga”. Przecież na podobnej zasadzie, na jakiej on swoich
    polskich dziadków upiera się nazywać Białorusinami, jemu ktoś mógłby wmawiać,
    że jest Polakiem - choć on sam „uważa się” za Litwina.

    A może właśnie o to chodzi? Może to wstyd mieć cokolwiek wspólnego z Polakami,
    którzy "okupowali Wilno"; czyż nie prościej pisać jak Renata Serelyte: "Jestem
    bardzo dumna z Litwinów, których sumienie i szlachetność jest jak srebro - nie
    pokrywa się patyną pod wpływem niedogodnych warunków i czynników zewnętrznych".
    Wystarczy zamienić w tym zdaniu Litwinów na Serbów lub Chorwatów - a najlepiej
    na Niemców - by zdać sobie sprawę, czym to pachnie.

    Jedynie Sigitas Parulskis zdobywa się na wyznanie: "Jestem typowym obywatelem
    Sarmacji (...) w moich żyłach płynie krew wszystkich żyjących tu kiedyś
    narodów. (...) Jaką nudą wieje od ludzi, którzy na potwierdzenie sensu swojego
    istnienia tu, na ziemi, podają przynależność narodową i czynią to w taki
    sposób, jakby to oni naród stworzyli". I wspomina, że w szkole przezywano
    go "Polak" albo "szlachcic", gdyż stryjecznym bratem jego ojca był "Ryszard
    Parulski, polski szermierz, wicemistrz olimpijski we florecie w Tokio w 1964".

    Teksty wymienionych autorów czyta się z autentycznym zaciekawieniem. Nie da się
    tego powiedzieć o tekstach niemieckich. Wynika z nich jedno - ignorancja
    autorów wobec wszystkiego, co na wschód od Odry (jak u Stephana Wackwitza,
    który utożsamia pogańskich Prusów z Litwinami i nie zauważa, że "gotycki" zamek
    w Trokach to współczesna atrapa). Z kolei autorzy białoruscy uprawiają nie tyle
    eseistykę, co propagandę narodową, cóż, że w słusznej sprawie. Wyjątek stanowi
    Jan Maksymiuk, zamieszkały w czeskiej Pradze autor gorzkiego tekstu
    poświęconego doświadczeniom Białorusinów urodzonych i wychowanych w PRL.

    Spośród autorów polskich (Krzysztof Varga, Andrzej Stasiuk, Daniel Odija)
    najlepiej spisała się Natasza Goerke; jej znakomity esej wspomnieniowy o
    przygodach Polki mieszkającej od 20 lat w Niemczech powinien trafić do lektur
    szkolnych po obu stronach Odry. A przynajmniej fragment, w którym jej niemiecki
    narzeczony dziwi się, że autorka umie czytać i pisać, w dzieciństwie nie
    musiała żebrać, używa szczoteczki do zębów, umie obsługiwać ekspres do kawy i
    znany jest jej wynalazek kina. Jeśli zaś niemieckiego narzeczonego zastąpimy
    polskim, a Nataszę Łesią bądź Olgą, tekst przyda się również w szkołach
    ukraińskich i białoruskich.

    Autor jest zastępcą redaktora naczelnego tygodnika "Forum"

    --
    Eliot
  • 06.03.07, 00:40
    Tak naprawdę zapomnieliśmy o piewrszej utracie Smoleńska jeszcze na początku
    XVI w. Wskutek zdrady wkrótce po zwycięskiej bitwie pod Orszą, w jego zresztą
    obronie. Smoleńsk był "kluczem" do wzajemnych kontaktów Litwy i Rosji, a po
    Unii Rosji i Rzeczpospolitej. Tędy wiodła jedyna droga z Litwy do Moskwy i z
    Moskwy do Wilna. Niestety, miało to swoje konotacje głównie militarne.
  • 06.04.07, 16:32
    Upadek staropolskiej sztuki wojennej

    2007-04-04 Paweł Skworoda

    portalwiedzy.onet.pl/,1581,1403119,czasopisma.html

    Po zakończeniu wojny ze Szwecją w 1660 roku szlachta uwierzyła, że własnymi
    siłami może pokonać każdego wroga, i to bez przeprowadzenia koniecznych reform
    ustrojowych. Paradoksalnie okazało się, że sukcesy oręża polskiego w ostatnich
    latach konfliktu ze Szwecją oraz w 1660 roku w wojnie z Moskwą uniemożliwiły
    przebudowę Rzeczypospolitej w celu wzmocnienia władzy królewskiej.

    Wojny Rzeczypospolitej ze Szwecją dowiodły, że bez stałego budżetu i kredytu
    długotrwały konflikt o Inflanty musiał zakończyć się przegraną. Klęski dworu
    królewskiego poniesione na sejmach lat 1661 i 1662 oraz w walce z rokoszanami
    hetmana Lubomirskiego (1665–1666) oddaliły szansę na reformę ustroju
    Rzeczypospolitej. Na nic zdała się prorocza mowa Jana Kazimierza na sejmie 1661
    roku: Utinam sim falsus vates [Obym był fałszywym prorokiem], ale to pewna, że
    bez takiej elekcyi [vivente rege, czyli za życia króla] przyjdzie Rzeczpospolita
    in direptionem gentium [na łup narodów]. Moskal i Ruś przy ludach swego języka
    opowiedzą się i Wielkie Księstwo Litewskie sobie destinabunt [przeznaczą].
    Brandenburczykowi patebit [stanie otworem] po granice Wielkopolska i o Prusy z
    Szwedami albo się zgodzi, albo na swoim teatrum digladiabitur [będzie walczył].
    Dom rakuski, choćby najświętsze miał intencyje, przy takiej szarpaninie od
    Krakowa sobie non deerit [nie zaniedba], bo każdy będzie wolał mieć część Polski
    armis quaesitam [zyskaną bronią] niżeli całą, dawnemi wolnościami contra
    principes tutam [bezpieczną wobec władców]. U podstaw różnic między wojskowością
    polską a zachodnioeuropejską nie leżała organizacja, skład narodowy czy
    uzbrojenie i wyszkolenie żołnierza, lecz inny kształt ustrojowy Rzeczypospolitej
    i anachroniczny system finansowania wojska. W Rzeczypospolitej nie wybrano drogi
    wiodącej do absolutyzmu, z silną zawodową armią na usługach króla, lecz oparto
    się na systemie zdecentralizowanym, z różnorodnymi formami zaciągu, nie
    wyłączając pospolitego ruszenia. O ile wojny ze Szwecją w latach 1621–1629
    doprowadziły do unowocześnienia i reorganizacji armii polskiej (utworzono
    jednostki zaciągu cudzoziemskiego), o tyle pyrrusowe zwycięstwo w czasie potopu
    doprowadziło do utrwalenia tego wzorca i w konsekwencji do izolacji
    staropolskiej sztuki wojennej.

    Bilans wojen z Półksiężycem

    W czasie wojen polsko-tureckich zaszły niekorzystne zmiany w strukturze i
    składzie narodowo-społecznym sił zbrojnych. Już po zakończeniu konfederacji
    wojska koronnego w 1663 roku służbę opuściło wielu cudzoziemców, także ci,
    którzy za zasługi wojenne otrzymali indygenaty. Proces ten pogłębił się po
    zakończeniu rokoszu Lubomirskiego, gdy z szeregów wojska odeszła pozostała część
    oficerów, głównie Włosi i Francuzi. Dalsza redukcja armii w 1667 roku wzmogła
    polonizację kadry oficerskiej i podoficerskiej w armii koronnej i litewskiej.
    Znamienny jest fakt, że wielu wykształconych oficerów pochodzenia inflanckiego i
    kurlandzkiego nie zdołało zrobić kariery w Rzeczypospolitej i dopiero w carskiej
    Rosji stali się oni elitą armii i biurokracji. Gdy Rzeczpospolita i Szwecja
    redukowały swe siły zbrojne, wielu szkockich oficerów przyjęło służbę moskiewską
    ze względu na regularną płacę i możliwość awansu, czego dowodem kariera Patricka
    Gordona, uwieńczona stopniem generała.

    Walki Rzeczypospolitej z chanatem krymskim i Turcją (1667–1699) nie wpłynęły
    pozytywnie na rozwój staropolskiej sztuki wojennej. Apologeci Jana III
    Sobieskiego zapewne wskażą rozwój husarii, wyposażenie jazdy w dzidy, budowę
    systemu magazynów czy uzbrojenie piechoty w berdysze. Nie zmienia to jednak
    faktu, że reformy te wynikały jedynie z doraźnych potrzeb i nie były zwiastunem
    głębszej modernizacji. Teza ta zabrzmi zaskakująco, zważywszy na skalę zwycięstw
    oręża polskiego pod Chocimiem (1673) oraz Wiedniem (1683). Jednak taktyka
    sprawdzona w bojach z ordą, spahisami i janczarami nie zdała egzaminu w
    pierwszych latach wielkiej wojny północnej. Ujawnił się wówczas brak
    doświadczenia w walkach ze Szwedami, z którymi chorągwie zaciągu towarzyskiego
    skutecznie rywalizowały jeszcze dwa pokolenia wcześniej. Z wyższej kadry
    oficerskiej w początkach XVIII wieku jedynie nieliczni, jak generał artylerii
    koronnej Marcin Kazimierz Kątski, brali udział w walkach z siłami Karola X
    Gustawa w czasie potopu. Kunktatorska taktyka kawalerii polskiej w wielkiej
    wojnie północnej była dowodem na to, że w czasach Sobieskiego pogłębił się
    kryzys kadry dowódczej jazdy zaciągu narodowego. W związku z nasileniem się
    pogoni za tytułami funkcje dowódcze przechodziły z rotmistrzów na poruczników, a
    często namiestników i komendantów chorągwi. Coraz większy odsetek oficerów
    niezawodowych i brak odpowiednich rezerw kadrowych były istotnymi przyczynami
    kryzysu wojska Rzeczypospolitej przełomu XVII i XVIII wieku. Szlachta, upojona
    sukcesami pod Chocimiem i Wiedniem, nie dostrzegała, że przecież jazda ponosiła
    porażki w kampaniach mołdawskich 1685, 1686 i 1691. Obecny hetman wielki koronny
    [Stanisław Jabłonowski], niezadowolony z tej ciężkiej jazdy [husarii], która
    stała się mniej wytrwałą i waleczną, rozpoczął kampanię roku 1689, odbierając
    jej kopie i uzbrajając ją w karabinki i używając ją jak pospolitą jazdę, do
    eskortowania, do służby przedniej straży i do służby obozowej na równi z innymi.
    Gdy polskim towarzyszom przyszło się zmierzyć z siłami szwedzkimi pod wodzą
    króla Karola XII, do reszty stracili ducha walki.

    Kompleks szwedzki

    W czasie wielkiej wojny północnej naprzeciw sił polskich stanęła armia Karola
    XII, zaopatrzona w nowoczesną broń – skałkowe karabiny zwiększające donośność
    ognia regimentów pieszych. Do 1704 roku muszkieterzy szwedzcy zostali wyposażeni
    w bagnety, którymi atakowali wrogie szeregi. Piechota szwedzka walczyła w
    batalionach liczących około 600 ludzi i była uszykowana w cztery szeregi.
    Wprowadzenie do jej uzbrojenia bagnetu spowodowało odrzucenie pik i rapierów,
    choć na odcinku wschodnim (przeciwko siłom saskim i rosyjskim) szwedzka piechota
    nie była ich całkowicie pozbawiona. Dowództwo szwedzkie stawiało na zaskoczenie
    i szybkość manewru, gdyż piechota karolińska oddawała w kierunku wroga z reguły
    jedną lub dwie salwy, i to z bliskiej odległości, przechodząc natychmiast do
    ataku na bagnety i białą broń. Natomiast kawalerię grupowano w skwadrony (po 250
    jeźdźców każdy), które formowano w jedną linię o głębokości dwuszeregowej.
    Rajtarzy atakowali „kolano za kolano” (na lewo od sztandaru, który z reguły
    znajdował się w centrum pierwszego szeregu). Badacz taktyki wojska szwedzkiego
    doby wojny północnej Gunnar Arteus przyrównuje szyk atakującego skwadronu
    karolińskiego do pługu śnieżnego zmiatającego wszystko na swojej drodze.
    Rajtaria szwedzka spełniała zatem rolę polskiej husarii z pierwszej połowy XVII
    wieku. Ustawiona w linię z pewnymi odstępami pomiędzy skwadronami, atakowała
    przede wszystkim na białą broń, często nie oddając nawet salwy, aby jak
    najszybciej zewrzeć się z wrogiem. Zaczepny charakter piechoty i jazdy
    szwedzkiej, wzorowany na oddziałach litewskich i polskich spod Kircholmu czy
    Kłuszyna, dawał Szwedom przewagę nad wrogiem.

    Teatr działań bojowych Polacy znali lepiej niż Karol XII, a braki w wyposażeniu
    i uzbrojeniu wojska zostały zniwelowane do 1709 roku, gdy większość regimentów
    polskich zaopatrzono w karabiny skałkowe. Czasem kupowano od Prusaków broń
    używaną, nie najwyższej jakości, ale za to tańszą. Świadczy o tym list Zygmunta
    Rybińskiego do hetmana Adama Sieniawskiego, że strzelba w Gdańsku haniebnie
    droga i niewiele jej dostanie, mam jednak inszy sposób dostania onej, ile
    regimenty króla pruskiego nowe strzelby teraz pobrali, ja zaś traktuję o nowe.

    Kompleks szwedzki widoczny w dz
  • 06.04.07, 16:37
    Kompleks szwedzki widoczny w działaniach przeciwko siłom Karola XII wynikał tak
    z braku ducha walki wojsk polsko-litewskich, jak i z taktyki Szwedów.
    Regimentarze hetmana Adama Sieniawskiego panicznie bali się orężnej rozprawy z
    oddziałami Karola XII, dążącymi do natychmiastowego kontaktu z wrogiem i
    mającymi wsparcie piechoty, dragonii i artylerii. Zygmunt Rybiński, najlepszy z
    dowódców samodzielnych partii hetmana, w przededniu ofensywy letniej 1708 roku
    pisał do Sieniawskiego: widzę, że się tu na mnie gotują, jeżeli bez Szwedów
    infestować mnie zechcą, mogę im dać odpór, jeżeli ze Szwedami, to się nazad
    pomknąć muszę, nie azardując nic. Kunktatorski charakter działalności wielu
    regimentarzy hetmana Sieniawskiego wynikał z obawy przed przewagą ogniową
    Szwedów. Oddziałom polsko-litewskim niejednokrotnie udawało się w toku działań
    nawet rozbić kawalerię wroga, ale z chwilą pojawienia się piechoty i artylerii
    rejterowały z pola walki. Polscy dowódcy byli świadomi, że wadą taktyki polskiej
    jest brak współdziałania kawalerii z dragonią i piechotą, i dlatego domagali się
    od hetmana uzupełnień tych formacji.

    Husaria traci skrzydła

    Strona polsko-litewska ustępowała nie tylko armii szwedzkiej, ale i rosyjskiej.
    Przykładem są działania Kazimierza Jana Sapiehy przeciwko przedniej straży
    korpusu generała rosyjskiego Henryka Goltza. Wysłane w awangardzie chorągwie
    lekkie nie miały kłopotu z rozbiciem straży przedniej wroga złożonej z Kozaków i
    jazdy rosyjskiej. Jednak pojawienie się na polu walki piechoty z artylerią
    polową i zmasowany ogień na pozycje Litwinów zmusiły Sapiehę do pospiesznej
    rejterady w stronę Beresteczka.

    Utrata przez polską jazdę walorów, z których słynęła, doprowadziła do porażki w
    walce z siłami Karola XII. Ta ciężkozbrojna jazda odnosiła sukcesy, atakując
    cwałem i w zwartych szeregach, niemal „kolano przy kolanie”. Jej szarża nie
    różniła się zatem od ataku rajtarii szwedzkiej doby wielkiej wojny północnej.
    Ale już w pierwszej walnej bitwie z armią szwedzką pod Kliszowem (19 lipca 1702)
    okazało się, że husaria nie jest w stanie rozbić ugrupowania wroga. Atak wykonał
    pułk hetmana Hieronima Lubomirskiego pod komendą porucznika Jana Krosnowskiego z
    roty husarskiej królewicza Aleksandra Sobieskiego. Na wroga szarżowały cztery
    roty husarskie i sześć pancernych (580 ludzi). Husaria, mimo nawały ogniowej
    piechoty westsmalandzkiej Axela Sparrego, dotarła do szyku wroga, wbijając się w
    jego szeregi. Po strzaskaniu kopii jeźdźcy polscy utknęli w drugim rzędzie
    regimentów nieprzyjaciela i mimo wzmocnienia ze strony napływających rot
    pancernych nie zdołali przełamać szyku. Zgodnie ze staropolską sztuką wojenną
    prowadzący natarcie porucznik Krosnowski wycofał jazdę, aby ją przegrupować do
    kolejnego ataku. Piechurzy szwedzcy dysponujący nowymi karabinami skałkowymi
    zdążyli jednak ponownie nabić broń i przywitali atakujące roty morderczą salwą.
    Świadek bitwy napisał, że polskie chorągwie jazdy z gołymi brzuchami, jak na
    jatki prowadzone były. Szwedzka piechota odparła ponowną szarżę polskiej
    husarii, która wycofała się z dużymi stratami, kończąc swój udział w bitwie
    kliszowskiej.

    W bitwie pod Kliszowem całkowicie zawiodło współdziałanie Polaków i Sasów na
    prawym skrzydle. Siły Karola XII miały przewagę nad wrogiem przede wszystkim ze
    względu na taktykę walki. Szwedzi dążyli do przejęcia inicjatywy, preferując
    szybkie podejście do szyku wroga i walkę wręcz, wykorzystując przewagę własnej
    broni. Brak ducha walki po stronie polskiej wynikał nie tylko z przewagi Szwedów
    w zakresie wyszkolenia czy uzbrojenia. Przyczyną wielu niepowodzeń wojsk
    Rzeczypospolitej w czasie wojny północnej był też zapewne upadek morale i brak
    dyscypliny, co znać również w postawie naczelnego dowództwa.

    Niesprawny system

    Fakt, iż pod względem liczebności i struktury sił zbrojnych Rzeczpospolita
    odbiegała od innych państw europejskich, nie wynikał ani z demografii, ani z
    braku kadr, ale głównie z niesprawnego systemu skarbowo-wojskowego. Niektóre
    jednostki walczące w wojnie północnej miały zaległości płatnicze od schyłku lat
    osiemdziesiątych XVII wieku. Do istotnych przyczyn upadku staropolskiej sztuki
    wojennej w dobie wojny z Karolem XII należy zaliczyć słabość organizacyjną na
    wszystkich szczeblach dowodzenia, nie wyłączając hetmana i jego skąpego sztabu,
    małą liczebność wojska wynikającą z ograniczonego budżetu państwa i braku
    możliwości uzyskania kredytu oraz przestarzałą strukturę armii. Husaria świetnie
    prezentowała się na uroczystościach, lecz nie na polu walki. Należy też wskazać
    stosowaną taktykę, która z powodzeniem sprawdzała się w bojach ze spahisami,
    janczarami i ordyńcami, lecz zupełnie zawodziła w walce ze Szwedami. Wojska
    polsko-litewskie od dwóch niemal pokoleń nie miały kontaktu z piechotą i
    kawalerią zachodnioeuropejską, co spowodowało całkowitą utratę inicjatywy
    operacyjnej. Doszedł do tego brak indywidualności w wyższym dowództwie, będący
    konsekwencją braku środków na szkolenia kadr. Postulaty utworzenia szkoły
    rycerskiej dla młodzieży szlacheckiej zostały zrealizowane dopiero za panowania
    Stanisława Augusta Poniatowskiego.

    Fatalnie układała się współpraca między dowódcami i oddziałami obu zaciągów:
    narodowego i cudzoziemskiego, oraz współdziałanie z siłami saskimi. Niechęć ta
    datowała się od pierwszej wspólnej wyprawy na Turków. W obozie pod Brzeżanami
    towarzysze z husarii Michała Potockiego, syna hetmana polnego koronnego,
    zaatakowali w namiotach królewskich faworyta Augusta II, wojewodę malborskiego
    Jana Przebendowskiego, co omal nie doprowadziło do walnej bitwy pomiędzy
    wojskami polskimi i saskimi. Oparcie działań na zaciągu narodowym zaważyło nie
    tylko na charakterze walk, ale doprowadziło do unikania zbrojnej rozprawy z
    wrogiem posiadającym duże zgrupowania piechoty i dragonii z artylerią. Nie bez
    powodu do walnych batalii doszło, gdy na polu bitwy większość lub całość sił
    stanowili żołnierze polscy i litewscy (Kalisz 1706, Koniecpol 1708).

    Niestety, tym razem Polacy ze zmagań ze Szwecją nie wyciągnęli żadnej nauki, a
    zatwierdzenie „punktualnej płacy” z 1717 roku było krokiem wstecz, choćby w
    stosunku do postanowień Walnej Rady Warszawskiej z 1710 roku. Sejm Niemy 1717
    roku uchwalił komput wojska koronnego na 18 tys. porcji i wojska litewskiego na
    6 tys. porcji. W rzeczywistości, wobec przeznaczenia „ślepych porcji” na
    opłacenie oficerów i podoficerów, dało to zaledwie 18 tys. żołnierzy.
    Rzeczpospolita faktycznie była rozbrojona. Na tle ówczesnych armii
    zachodnioeuropejskich (nie mówiąc o rosyjskiej) armia polska wyglądała wręcz
    groteskowo. Izolacja i drugorzędność polskiego teatru działań wojennych w
    Europie spowodowały wyraźne skostnienie organizacji i sztuki operacyjnej
    kawalerii polsko-litewskiej. Przywiązanie szlachty do jednostek zaciągu
    narodowego, które nie mogły już przecież skutecznie przeciwstawić się na polu
    walki lepiej zorganizowanej jeździe przeciwnika, spowodowało, że w nowym
    kompucie pozostawiono wiele rot husarskich i pancernych. Przetrwały aż do połowy
    lat siedemdziesiątych XVIII wieku, gdy utworzono brygady kawalerii narodowej.
    Chorągwie husarii prezentowały się więc nadal wspaniale podczas parad i
    pogrzebów, ale świetność militarną miały już dawno za sobą.

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.