Dodaj do ulubionych

Zle sie dzieje w eurosowietach

27.11.04, 15:53
Klęska kontrolowanej globalizacji

http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20041127&id=my13.txt

Dziś już nikt w Unii Europejskiej nie ma wątpliwości: strategia lizbońska
poniosła spektakularną porażkę. Jest zupełnie nierealne, aby w 2010 roku
Europa wyprzedziła w rozwoju Stany Zjednoczone, co tak szumnie zapowiadano w
marcu 2000 r. Globalizacja spycha Europę ze sceny, a struktury Unii
Europejskiej rychło okażą się dla nowych krajów członkowskich kulą u nogi.
Wszystkie badania wskazują, że dystans między starym i nowym kontynentem nie
tylko nie zmalał od 2000 roku, kiedy to przyjęto osławioną strategię
lizbońską, ale jeszcze się zwiększył. Wzrost gospodarczy w USA wynosił w
ostatnich latach ok. 4 proc., w Europie zaś - zamiast zakładanych 3 proc. PKB
rocznie - w granicach 1 proc. Wydajność pracy w USA rosła w ostatnich latach
o 1,8 proc. PKB rocznie, w UE - o 0,7 proc. Poziom zatrudnienia w "starej"
Unii wzrósł wprawdzie o 2 proc. - do 64 proc. - ale po majowym rozszerzeniu o
dziesięć nowych krajów, w tym dotkniętą gigantycznym bezrobociem Polskę,
spadł do 62,9 proc. Tymczasem w strategii lizbońskiej zakładano, że
wyniesie... 70 proc.! Dla porównania - konkurenci zza Oceanu mają 72-
procentowy wskaźnik zatrudnienia.
Kraje Unii, wbrew planom zawartym w strategii lizbońskiej, nie zwiększyły
wydatków na badania naukowe. Nie są zresztą w stanie tego zrobić z racji
dużych, sztywnych wydatków socjalnych. Podczas gdy Stany Zjednoczone
przeznaczają na badania 2,64 proc. swego ogromnego PKB rocznie, Unia
poprzestaje na mniej więcej 2 proc. PKB rocznie, a na dodatek wykorzystuje te
środki z gorszym efektem (po przyjęciu nowych członków średni wskaźnik okaże
się zapewne jeszcze niższy). Nic dziwnego, że w Europie utrzymuje się
tendencja do ucieczki kadr naukowych za Ocean. Zamiast budowy gospodarki
opartej na wiedzy Europa buduje... biurokratyczne superpaństwo, stymulując
przedsiębiorczość przy pomocy drobiazgowych norm prawnych zapisanych na
całych tonach papieru.

Strategia zamiast rozwoju
- Jak to jest, że Ameryka rozwija się pomimo braku strategii, a Unia, która
ma strategię, przeżywa stagnację? - to celne pytanie padło z ust jednego z
senatorów podczas dyskusji na temat raportu Wima Koka na posiedzeniu
senackiej komisji ds. UE.
- Strategia lizbońska przypomina uchwały zjazdu KPZR z początku lat 60. Wtedy
też ogłoszono, że "dogonimy Amerykę" - odpowiedział ktoś z dyskutantów.
W Unii długo panowało milczenie na temat rysującej się klęski sztandarowego
programu Wspólnoty, tym głębszej że połączonej z zawodem dotyczącym efektów
wprowadzenia wspólnej waluty. Oba eksperymenty zamiast rozwoju przyniosły
Europie stagnację, bezrobocie, drożyznę i zmniejszenie konkurencyjności na
światowych rynkach. Na te negatywne zjawiska zareagowała wreszcie Rada
Europejska. Zrobiła to w charakterystyczny dla Unii sposób: powołano ciało,
które otrzymało za zadanie zbadać, dlaczego tak źle się dzieje. Nadano mu
nieco pompatyczną nazwę - Grupy Wysokiego Szczebla. W jego skład weszli
ludzie nauki, przedstawiciele przedsiębiorców i związków zawodowych. Na czele
stanął były premier Holandii Wim Kok.

Czy tylko wola polityczna?
Po półrocznych pracach - 3 listopada br. - ciało to przedstawiło Komisji
Europejskiej diagnozę. Jest ona, trzeba przyznać, dość zaskakująca: przyczyn
porażki strategii lizbońskiej upatruje nie w sprzeczności jej celów i
wadliwych prognozach wskaźników, lecz... w braku woli politycznej po stronie
rządów! W ślad za tym raport Wima Koka proponuje adekwatne do diagnozy kroki
zaradcze. Jego twórcy doszli do wniosku, że przede wszystkim trzeba wzmocnić
planowanie. Każdy kraj członkowski powinien opracować narodowy plan
realizacji strategii lizbońskiej. Wykonanie planów należy poddać kontroli ze
strony Komisji Europejskiej. Na szczycie zaś tej piramidy planów należy
postawić stałą komisję Parlamentu Europejskiego, która będzie monitorowała
cały proces. Na końcu zapewne znów powstanie jakiś "raport", a gospodarka
europejska ani drgnie. Nic dziwnego, że szef UKIE minister Jarosław Pietras w
trakcie prezentacji raportu nie ukrywał zawodu, zarzucając grupie Wima Koka
zbyt biurokratyczne podejście, które sprowadza się do monitorowania
abstrakcyjnych wskaźników w oderwaniu od gospodarczej rzeczywistości.

Sprzeczność celów
Tymczasem bez przyspieszenia rozwoju UE "nie uda się utrzymać europejskich
zdobyczy socjalnych i ochrony środowiska naturalnego" - twierdzi prof.
Dariusz Rosati, jeden z dwóch przedstawicieli nowych krajów członkowskich w
ramach grupy Wima Koka. Toteż strategia lizbońska to, jego zdaniem, "być albo
nie być" Europy.
Raport Wima Koka wymienia "priorytety", na które należy przestawić gospodarkę
europejską. UE powtarza je jak mantrę od dawna: budowa społeczeństwa opartego
na wiedzy, liberalizacja i znoszenie barier na jednolitym unijnym rynku,
rozwój przedsiębiorczości i odbiurokratyzowanie procedur związanych z
podejmowaniem przedsięwzięć gospodarczych, uelastycznienie rynku pracy przy
zachowaniu bezpieczeństwa zatrudnienia, zbilansowany rozwój uwzględniający
równowagę między konkurencyjnością a dbałością o stan środowiska naturalnego.
Nie ma natomiast w raporcie wskazówki, jak pogodzić sprzeczności między tymi
celami. Unijni stratedzy chcieliby równocześnie mocniej włączyć Unię w
globalny wyścig gospodarczy i zachować specyficzne europejskie standardy
pracy i środowiska. Słowem "globalizacja kontrolowana". Dlatego też z jednej
strony otwierają rynek europejski na globalną konkurencję i - śladem
neoliberałów - za podstawowy miernik rozwoju gospodarczego uznają wzrost PKB,
z drugiej zaś strony usiłują utrzymać część socjalnych zdobyczy składających
się na tzw. państwo dobrobytu i zachować wysokie, kosztowne normy ochrony
środowiska.

Klucz w nowym podziale pracy
Rzeczywistość jednak skrzeczy. Kiedy robotnik chiński konkuruje z robotnikiem
niemieckim, to - jak powiedział kiedyś nestor polskiej ekonomii prof. Stefan
Kurowski - robotnik niemiecki skazany jest na przegraną. Chyba że zgodzi się
pracować więcej, zarabiać mniej i pozbędzie się tego wszystkiego, co składa
się na europejski model życia - mieszkania, samochodu, domku na działce,
prawa do urlopu, opieki zdrowotnej, aspiracji kulturalnych. Jest to
oczywiście nierealne...
Eurokraci doszli jednak do wniosku, że tę sprzeczność można pogodzić, a klucz
do tego spoczywa w nowym, globalnym podziale pracy. Otóż układając gabinetowe
strategie, pozwolili sobie rozdać role: świat euroatlantycki ma stać
się "zapleczem mózgów", a reszta globu ma dostarczać taniej siły roboczej.
Inaczej mówiąc - my staniemy na czele rewolucji informatycznej, a oni będą
tanio wykonywać to, co zaprojektujemy. Dzięki temu Europa mimo presji
globalnej konkurencji utrzyma dobrobyt, wzmocni pozycję gospodarczą, a w ślad
za tym polityczną. Słowem - nie rezygnując z niczego, Europejczycy będą
rozdawać karty. Żeby jednak Europa mogła taką rolę odgrywać, musi dogonić
Stany Zjednoczone. Stąd strategia lizbońska...

Papierowy tygrys
Niestety, teoretyczne plany mają to do siebie, że zazwyczaj pozostają na
papierze. Liberalizm gospodarczy w wydaniu globalistycznym okazał się
większym "drapieżnikiem", niż początkowo sądzono. W krótkim czasie okazało
się, że poddane globalnej konkurencji firmy uciekają z Europy w pogoni za
tanią siłą roboczą, a budżety europejskie zamiast wydatków na badania naukowe
muszą zwiększać wydatki socjalne. Na dodatek azjatyckie tygrysy nie tylko
zalewają Europę swoim tanim towarem, ale zarobione w ten sposób pieniądze
coraz częściej lokują w naukę i kształcenie kadr. Na rynku informatyków
Hindusi są tańsi od Europejczyków, a potrafią tyle samo... Toteż stara,
statyczna Europa jest dziś podwójnie zagrożona konkurencją - nie tylko na
polu produkcji damskich fatałaszków, ale także w obszarze technolog
Obserwuj wątek
    • ignorant11 Re: Zle sie dzieje w eurosowietach(2) 27.11.04, 15:55


      Papierowy tygrys
      Niestety, teoretyczne plany mają to do siebie, że zazwyczaj pozostają na
      papierze. Liberalizm gospodarczy w wydaniu globalistycznym okazał się
      większym "drapieżnikiem", niż początkowo sądzono. W krótkim czasie okazało się,
      że poddane globalnej konkurencji firmy uciekają z Europy w pogoni za tanią siłą
      roboczą, a budżety europejskie zamiast wydatków na badania naukowe muszą
      zwiększać wydatki socjalne. Na dodatek azjatyckie tygrysy nie tylko zalewają
      Europę swoim tanim towarem, ale zarobione w ten sposób pieniądze coraz częściej
      lokują w naukę i kształcenie kadr. Na rynku informatyków Hindusi są tańsi od
      Europejczyków, a potrafią tyle samo... Toteż stara, statyczna Europa jest dziś
      podwójnie zagrożona konkurencją - nie tylko na polu produkcji damskich
      fatałaszków, ale także w obszarze technologii informatycznych i przemysłów high-
      tech. Wygląda na to, że ten nowy międzynarodowy podział pracy powoli spycha
      Europę ze sceny. Eurokraci, planując ostatni europejski zryw, liczą jeszcze na
      nowe kraje członkowskie - że dostarczą starej Unii wykształconej młodzieży i
      pieniędzy na postęp naukowo-technologiczny. Istnieje całkiem realna groźba, że
      w nowym unijnym 7-letnim budżecie zaplanowana zostanie właśnie taka alokacja
      sił i środków - z peryferii Unii do centrum. Dla nowych państw członkowskich
      jest to oczywiście mało zachęcająca perspektywa, skazuje je bowiem na
      marginalizację. W rezultacie stara Unia, zamiast być dla nich sponsorem
      cywilizacyjnego skoku, okazuje się kulą u nogi.

      Czym to się skończy?
      Niestety, wygląda na to, że rujnujący Europę liberalny globalizm musi wypalić
      się do końca. Dziś już stoją za nim zbyt wielkie interesy finansowe, aby
      jakiekolwiek państwo mogło postawić przed nim tamę. Zysk i wzrost PKB jako
      jedyne cele gospodarcze po prostu wyrwały ster procesów ekonomicznych z rąk
      człowieka, oddając go anonimowej bestii rynku. Jest to proces z gruntu
      antychrześcijański i antyludzki, nie mający nic wspólnego z chrześcijańskim
      uniwersalizmem, przywodzący raczej na myśl przypowieści biblijne lub porównanie
      z rewolucją bolszewicką a rebours.
      Czy zatem dojdziemy do rządu światowego i panświatowej dyktatury finansjery,
      która sprowadzi istotę ludzką do roli trybiku w machinie? Mimo wszystko wydaje
      się to mało prawdopodobne. Siły, które nakręcają globalizację rynków, piłują
      jednocześnie gałąź, na której siedzą: rujnują naszą euroatlantycką cywilizację,
      bez której nie są w stanie funkcjonować. Nieprzypadkowo przecież stolicami
      światowej finansjery są Nowy Jork i Londyn, a nie wioseczki w Bangladeszu.
      Oczywiście jest mało pocieszające, że barierą dla postępu globalizacji stanie
      się dopiero nasz upadek. Znacznie bardziej korzystna byłaby sytuacja, gdyby
      zawczasu doszło do wypracowania jakiegoś nowego międzykontynentalnego i
      międzypaństwowego modus vivendi w dziedzinie gospodarki i finansów. To jednak,
      bez krachu na światowych rynkach, zapewne nie nastąpi.
      Małgorzata Goss


      --
      Sława!

      Pozdrawiam i zapraszam na:
      Forum Słowiańskie

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka