Dodaj do ulubionych

O czym się pisać nie godziło

28.12.03, 14:47

--
Sława!
O czym się pisać nie godziło

Janusz Tazbir 26-12-2003, ostatnia aktualizacja 26-12-2003 18:01

Janusz Tazbir pisze o ograniczeniach, jakie na pisarzy i historyków polskich
nakładała w XIX w. opinia puibliczna

Dzieje cenzury - i kościelnej, i państwowej - doczekały się już całej
niemalże biblioteki książek. W Polsce ze zrozumiałych względów szczególną
uwagę zwracano na cenzurę, jaką w wieku XIX stosowały państwa zaborcze,
przede wszystkim Rosja. Brak jest natomiast obszerniejszego studium, nie
mówiąc o większej monografii, która by w syntetyczny sposób kreśliła historię
cenzury oddolnej, sprawowanej przez czytelników - rodaków. A przecież wzgląd
na nich właśnie krępował w XIX stuleciu pióra nie tylko dziejopisów, lecz
także twórców literatury pięknej.

Z opinią rodaków niesłychanie się liczono, skoro za naruszenie któregoś z
narodowych tabu groziła niełaska opinii publicznej, a pod zaborami -
wykluczenie ze wspólnoty narodowej winnych owej "apostazji". Doświadczył tego
na własnej skórze Henryk Rzewuski - zarówno za swą publicystykę polityczno-
literacką, jak i za przypisy do "Listopada" czy "Pamiętniki Bartłomieja
Michałowskiego". Sam w 1851 r. doprowadził do bankructwa "Dziennika
Warszawskiego", którego był redaktorem, ogłaszając w nim cykl
artykułów "Cywilizacja i religia" głoszących konieczność całkowitego
podporządkowania się rosyjskiemu zaborcy. Niektórzy płacili jeszcze większą
cenę - 3 maja 1863 r. na polecenie władz powstańczych został zasztyletowany
Aleksander Miniszewski, brutalnie prowokujący opinię publiczną swą krytyką
walki o niepodległość.

Mniejsza szlachta? Wykluczone!

Zacznijmy wszakże od dawnej Rzeczypospolitej, w której najmniej chyba liczono
się z cenzurą państwową, dużo bardziej z kościelną, a najbardziej - z
drażliwością szlacheckich czytelników. To z myślą o nich produkowano
wszelkiego rodzaju panegiryki. Ochronie sławy wielkich i mniejszych rodów
służył też słynny herbarz Kaspra Niesieckiego z połowy XVIII w., w którym
starannie pomijano protestancką przeszłość przodków - podobnie zresztą jak
dzisiaj z kolejnych wydań "Kto jest kim" znikają stopniowo nie tylko
informacje o wysokich funkcjach piastowanych ongiś w PZPR, ale i o samej
przynależności do tej partii. Niesiecki i tak uraził snobistyczne ambicje
wielu karmazynów - co skończyło się wybijaniem szyb w kolegium jezuickim w
Krasnymstawie, gdzie stale przebywał.

W XVI i XVII stuleciu, a przede wszystkim w epoce saskiej, autorzy rozpraw
politycznych musieli się liczyć z poglądami swoich szlacheckich czytelników
silnie przywiązanych do fundamentów ustrojowych Rzeczypospolitej. Czołowi
przedstawiciele oligarchii magnackiej znaleźli wielu dobrze płatnych
pochlebców, nikt z nich nie odważył się wszakże wystąpić otwarcie z apologią
tej właśnie formy rządów. Wręcz przeciwnie, im bardziej rosła wszechpotęga
możnych, tym częściej i chętniej pisano o równości szlacheckiej. Gdy w
konstytucji sejmowej z 1690 r. znalazł się zwrot o "mniejszej szlachcie",
musiano cały jej nakład przedrukować z opuszczeniem niefortunnego określenia.

Poza wyjątkami nie chwalono u nas rządów absolutnych [króla Hiszpanii - red.]
Filipa II, nie mówiąc już o sułtanach tureckich czy carach moskiewskich.
Zawarta w "Kazaniach sejmowych" Piotra Skargi aprobata dla tej formy władzy
spowodowała ingerencję cenzury zakonnej w obawie przed narażeniem się opinii
szlacheckiej. Szczytem obelgi było porównanie polityka z kardynałem Richelieu
[pierwszy minister króla Francji Ludwika XIII, zwolennik absolutyzmu - red.].
W 1789 r. obecna w Paryżu grupa przyszłych targowiczan oklaskiwała zburzenie
Bastylii, do której tyrański władca śmiał bez wyroku sądowego wtrącać
szlachtę i arystokrację.

Obawa przed konserwatyzmem prowincji szlacheckiej zapełniała - zwłaszcza w
epoce saskiej - szuflady projektami poważniejszych reform ustrojowych. Nawet
nie tak znów śmiały traktat Stanisława Dunina Karwickiego - domagający się
m.in. wprowadzenia stałych podatków na wojsko, pobieranych z dóbr
szlacheckich - doczekał się druku dopiero w... 1871 r., choć powstał w
początkach poprzedniego stulecia.

O targowicy na dwa sposoby

Sytuacja zmienia się radykalnie w okresie oświecenia, które przyniosło całą
masę pism atakujących wolną elekcję i liberum veto. Jeśli jednak zapoznamy
się uważniej z tekstem majowej konstytucji, to przekonamy się, iż jest ona
pełna jakże znaczących niedopowiedzeń. Nie można było przecież powiedzieć
otwarcie, iż ustawa wyznacza zaledwie początek drogi, na której końcu leżało
państwo nadal katolickie, ale w pełni niezawisłe od Rzymu - uznające
przywileje stanu szlacheckiego, lecz pragnące rozciągnąć je stopniowo na
wszystkich mieszkańców Rzeczypospolitej, zamieszkane niemal wyłącznie przez
ludność katolicką, posługującą się językiem polskim zarówno w szkołach, jak i
w administracji czy sądownictwie. Nawet wśród samych historyków niewielu
pamięta, iż pomieszczony w konstytucji zakaz porzucania katolicyzmu znalazł
się tam z inicjatywy króla, który obawiał się, że zbytnia tolerancja może
doprowadzić do masowego przechodzenia na prawosławie chłopów polskich
osiadłych na Ukrainie.

Jest rzeczą powszechnie wiadomą, iż nikt nie ośmielił się wyrazić drukiem
aprobaty dla targowiczan. Uczynił to bodajże jedyny Henryk Rzewuski - stąd
też druga część "Pamiętników Bartłomieja Michałowskiego" (1858 r.) nigdy nie
doczekała się (i chyba nie doczeka) wznowienia. Mało kto pamięta, iż zbliżone
poglądy głosili Tadeusz Kościuszko i Adam Mickiewicz - gdyż czynili to
jedynie w rozmowach prywatnych.

W 1793 r. przyszły przywódca insurekcji ubolewał, iż wszyscy zarzucają
Stanisławowi Szczęsnemu Potockiemu, Franciszkowi Ksaweremu Branickiemu i
Sewerynowi Rzewuskiemu, że utworzyli konfederację powodowani wyłącznie
własnym interesem i pychą. Kościuszko pytał: "Któż sumiennie powiedzieć może,
że na ich [targowiczan] połączenie i skojarzenie nie wpływało także
przekonanie, że szczęście i byt Polski polega na rządzie republikańskim?".

Z kolei Lucjan Siemieński miał usłyszeć z ust Mickiewicza, iż trzeba
odróżniać uczestników niesławnej konfederacji od ich przywódców, "ludzi
ambitnych, intrygantów lub łatwowiernych". Później wieszcz nazwie ich
wyrodkami, którzy dopuścili się haniebnego czynu, nigdzie jednak nie użyje
terminu "zdrajcy". I włoży w usta targowiczan słowa: "Zdrada nie postała w
sercach naszych, a jednak podciągnęła nas opinia pod miano zdrajców". Poeta
widział w targowicy protest przeciw reformom, które obalały kardynalne prawa
Rzeczypospolitej, a tym samym zrywały z historyczną tradycją narodu
(szlacheckiego). Zgodnie wszak z Mickiewiczowską zasadą, iż są rzeczy, które
Mędrzec "zwierza przyjaciołom domu", ale i są takie, "których odkryć nie może
nikomu", zgoła inny obraz targowicy znajdujemy w "Panu Tadeuszu".

Renegaci z Petersburga

Przechodząc do okresu 1795-1918, należy z kolei powiedzieć, iż tylko w
pierwszych latach porozbiorowego szoku zwątpiono w możliwość odzyskania
niepodległości, stawiając znak równania pomiędzy utratą własnego państwa i
zagładą języka narodowego. Przez cały natomiast wiek XIX zarówno nasza nauka,
jak i literatura piękna nie godziły się na czarny scenariusz przyszłości
Polski. Wręcz przeciwnie - przy każdej okazji dawano wyraz nadziei, iż
Rzeczpospolita w tym czy innym kształcie powróci na polityczną mapę Europy.

Choć niektórzy historycy i po litycy wypowiadali się przeciwko powstaniom
narodowym, akceptując kompromis z zaborcą za cenę autonomii (choćby tylko
kulturalnej), to jednak nikt nie odważył się wystąpić z pochwałą samych
rozbiorów. Panegiryczna monografia, jaką Kazimierz Waliszewski poświęcił
Katarzynie II, była czymś zdecydowanie odosobnionym. Karol Szajnocha pisał
kiedyś do Józefa Szujskiego, iż chciałby zająć się rolą Polski jako
przedmurza. Na ten temat
Edytor zaawansowany
  • ignorant11 28.12.03, 14:50
    Choć niektórzy historycy i po litycy wypowiadali się przeciwko powstaniom
    narodowym, akceptując kompromis z zaborcą za cenę autonomii (choćby tylko
    kulturalnej), to jednak nikt nie odważył się wystąpić z pochwałą samych
    rozbiorów. Panegiryczna monografia, jaką Kazimierz Waliszewski poświęcił
    Katarzynie II, była czymś zdecydowanie odosobnionym. Karol Szajnocha pisał
    kiedyś do Józefa Szujskiego, iż chciałby zająć się rolą Polski jako przedmurza.
    Na ten temat można stworzyć utwór poetycki, który zachwyci i zagrzeje cały
    naród. Historyk musiałby wszak napisać dzieło zimne, ubliżające narodowej
    zasłudze, burzące najpiękniejsze legendy, albowiem Rzeczpospolita pełniła
    wprawdzie rolę antemurale, ale czyniła to niedokładnie i fragmentarycznie.
    Poecie wolno to wszystko pominąć, historyk musiałby wskazać plamy na owym
    słońcu. Przeto Szajnocha nie napisze książki o polskim przedmurzu.

    Dyktat narodowej cenzury sprawił, iż w literaturze pięknej starano się nie
    dostrzegać obecności Rosjan (jeszcze przed Stanisławem Catem-Mackiewiczem
    zwracał na to uwagę Jan Kuczawa na łamach "Wiadomości Literackich" w 1938 r.).
    Celowała w tym powieść drugiej połowy XIX stulecia, w której tylko waluta -
    ruble i kopiejki - wskazuje na to, iż akcja nie rozgrywa się w niepodległej
    Polsce. W żadnym chyba z wybitniejszych utworów poświęconych Warszawie nie
    spotkamy najmniejszej nawet wzmianki o pomniku Aleksandra I, a tym bardziej
    Paskiewicza, czy o obelisku ku czci polskich generałów zabitych w noc
    listopadową za odmowę przyłączenia się do powstania. Pan Rzecki, chodząc po
    Krakowskim Przedmieściu, dostrzega tylko dwa posągi na obu krańcach ulicy -
    pomnik Kopernika i kolumnę Zygmunta.

    Literatura doby zaborów nigdy też nie opiewała wielkich karier. Ludzie sukcesu
    byli przedstawiani jako wyzbyte ze skrupułów kanalie, w najlepszym razie
    aferzyści i sybaryci. Dość przypomnieć bohaterów prozy Elizy Orzeszkowej -
    obojętnego początkowo wobec sprawy narodowej "Australczyka", Dominika
    Korczyńskiego z "Nad Niemnem" czy Laurentego Tyrkiewicza z "Czternastej
    części". A także Kazimierza Czertwana z "Dewajtis" Marii Rodziewiczówny lub
    Juliana Ostrzeńskiego z "Nocy i dni" Marii Dąbrowskiej, nad którego losem pani
    Barbara ubolewa w ostrych słowach: "I potępiła wreszcie Rosję oraz Petersburg. -
    Podłe miasto - rzekła. - Okropny kraj, w którym wszystko się wyradza i
    nikczemnieje".

    Polscy autorzy spętani narodową cenzurą nie chcieli dostrzec udziału przybyszów
    znad Wisły w naukowym i politycznym życiu cesarstwa, zwłaszcza po roku 1905 - w
    adwokaturze, w rozwoju przemysłu czy wreszcie w wojsku. Tymczasem na 18 tys.
    oficerów zweryfikowanych przez polskie władze wojskowe do marca 1921 r. blisko
    jedną trzecią stanowili oficerowie - często wysokiego stopnia - byłej armii
    rosyjskiej. A polska kolonia w Sankt Petersburgu hojnie wspomagała instytucje
    oświatowe, naukowe i charytatywne zarówno w kraju, jak i w samej stolicy
    imperium. Wystarczy przypomnieć, że w 1912 r. Michał Kierbedź, syn budowniczego
    mostów, złożył iście królewski dar, bo aż 165 tys. rubli, z którego wybudowano
    w stolicy imperium kilkupiętrowy budynek mieszczący liczne instytucje polonijne.

    Zmowa patriotycznego milczenia sprawiła, iż pozytywny Polak mógł przebywać w
    Petersburgu wyłącznie w charakterze więźnia politycznego (Kościuszko, Julian
    Ursyn Niemcewicz) czy zdetronizowanego monarchy - wielka kariera Stanisława
    Augusta Poniatowskiego w tym właśnie mieście się zaczęła - i tu zakończyła.
    Kandydatem na więźnia bywał też spiskowiec biorący udział w przygotowywaniu
    kolejnego zamachu na cara. Kiedy na przełomie XIX i XX w. przedstawiciele
    Polonii petersburskiej pojawią się w prozie Marii Rodziewiczówny ("Straszny
    dziadunio") czy Gustawa Kamieńskiego (piszącego pod pseudonimem Gamaston), to
    niemal wyłącznie jako studenci - pracowici, ale ubodzy. Jeśli wiodą żywot
    hulaszczy - jak w powieści Gamastona "Lamparcie życie" - to oczywiście smutno
    się to skończy.

    Z życiorysu Adama Mickiewicza zwykło się pamiętać jedynie wileńskie więzienie,
    zesłanie w głąb Rosji i pełne trosk lata spędzone na emigracji. Ale to przecież
    petersburskie salony stały u początków jego drogi w szeroki świat. W nich to
    właśnie spędził więcej niż jedną trzecią swego pobytu w Rosji, trwającego w
    sumie trzy i pół roku. Tadeusz Boy-Żeleński - jak zawsze przekorny - pisał, że
    dla przyszłego autora "Dziadów" prawdziwym wygnaniem było raczej Kowno.
    Natomiast w Petersburgu i innych miastach cesarstwa poznał rosyjską elitę
    intelektualną, "tu przyjmowany na równej stopie wśród najwyższych, wieńczony,
    fetowany (...). Nie sądzę, aby tak przyjmowano Mickiewicza, gdyby z Kowna
    przeniósł się był do Warszawy". Tam bowiem areopag literacki zwalczał go lub
    przedrzeźniał, gdy w Rosji obwołano go "pierwszym poetą Słowiańszczyzny".
    Dodajmy, że wojskową czy urzędniczą karierę można było w głębi cesarstwa robić
    bez przyjmowania prawosławia, co na ogół było niemożliwe w Królestwie Polskim
    po roku 1863.

    Obok elity intelektualnej Polacy pojawiają się w głębi Rosji w charakterze
    inżynierów, lekarzy, adwokatów, administratorów majątków wreszcie. "Ci
    przybysze górują nad tuziemcami inteligencją, wyrobieniem i sprytem, więc
    nieraz wybijają się na stanowiska kierownicze" - pisał Władysław Dzwonkowski
    ("Rosja a Polska"). Ze wspomnień rodziny mojej żony wiem, iż wśród jej licznych
    przodków osiadłych przed 1914 r. w głębi cesarstwa tylko jeden trafił tu
    przymusowo jako zesłaniec. Pozostali utrzymywali się całkiem nieźle z pracy w
    przemyśle czy handlu; fortuna ojca Cezarego Baryki nie była więc pisarskim
    wymysłem Stefana Żeromskiego.

    W literackiej formie ukazał to również Karol Estreicher w opowiadaniu "Pan
    Szymański" (z tomu wspomnień "Nie od razu Kraków zbudowano", 1947). Zostało tam
    opisane spotkanie Adama Szymańskiego (polski konspirator polityczny w Rosji, po
    aresztowaniu w 1878 r. spędził na zesłaniu 17 lat, publicysta i prozaik, autor
    opowiadania "Srul z Lubartowa") z kimś, kto przybył świeżo z Syberii. Szymański
    pyta: "Uciekliście? Ułaskawiony?" - aby się dowiedzieć, iż rozmówca pojechał
    tam dobrowolnie.

    Mąż bankrut, żona ladacznica

    Zwykło się wysławiać patriotyzm Polaków, którzy po odzyskaniu niepodległości
    pośpieszyli służyć ojczyźnie, porzucając dobrze płatne stanowiska. Dotyczy to
    jednak tylko tych, którzy - jak Gabriel Narutowicz czy Ignacy Mościcki -
    opuścili bogatą Szwajcarię. Najwięcej ludzi powróciło z byłych Austro-Węgier i
    byłej Rosji carskiej. Pierwsze z dawnych mocarstw okrojone do rozmiarów małego
    państewka nie potrzebowało już tak olbrzymiego aparatu władzy ani też armii, w
    której Polacy zajmowali wiele znacznych stanowisk. Z sowieckiej Rosji natomiast
    starali się wydostać nawet rodzimi intelektualiści, a wyżsi oficerowie
    polskiego pochodzenia z oczywistych względów unikali Armii Czerwonej.
    Odnajdziemy ich wśród najwierniejszych i najbardziej zdyscyplinowanych
    współpracowników Józefa Piłsudskiego. W ich pamiętnikach wydanych już w II
    Rzeczypospolitej odezwie się wyraźnie nostalgiczna tęsknota za tamtymi laty -
    przykładem choćby "Moje wspomnienia" Józefa Dowbora-Muśnickiego.

    Także Witkacy bez zbytniej przykrości wspominał swą służbę oficera w
    petersburskim pułku gwardii. Zdaniem Jarosława Iwaszkiewicza byłoby przesadą
    twierdzenie, iż w tym właśnie mieście Witkacy "został pisarzem, filozofem,
    artystą" - z pewnością jednak atmosfera Petersburga miała swój wpływ na
    powstanie "tego osobliwego, samorodnego i jedynego zjawiska, jakim był
    Stanisław Ignacy Witkiewicz".

    Nic z tego nie przenikało wszakże do literatury pięknej. Polak robiący karierę
    w głębi imperium rosyjskiego to przeważnie zdecydowany renegat, zdemoralizowany
    łapownik i pijak. Dość wspomnieć powieść Marii Rodziewiczówny "Barcikowscy" -
    wydaną oczywiście w Galicji i pod pseudonimem. Wacław Barcikowski dochodzi do
  • ignorant11 28.12.03, 14:52
    Nic z tego nie przenikało wszakże do literatury pięknej. Polak robiący karierę
    w głębi imperium rosyjskiego to przeważnie zdecydowany renegat, zdemoralizowany
    łapownik i pijak. Dość wspomnieć powieść Marii Rodziewiczówny "Barcikowscy" -
    wydaną oczywiście w Galicji i pod pseudonimem. Wacław Barcikowski dochodzi do
    wysokich stanowisk w rosyjskim ministerstwie sprawiedliwości, ale kończy
    samobójstwem jako bankrut życiowy. Żona Rosjanka okazuje się rozwiązłą
    ladacznicą, która otruła poprzedniego męża, zaś protektor, któremu Wacław
    zawdzięcza swą karierę, jest kochankiem jego żony i prawdziwym ojcem ukochanej
    córki.

    Dopiero z pamiętników wydanych już po upadku carskiej Rosji można się było
    dowiedzieć, jak wielu Polaków przywiązywało się do życia w stolicy imperium.
    Nieodparty wręcz urok roztaczały "wspaniałe apartamenty, liczna służba,
    wytworne pojazdy, kosztowne stroje, wyszukana kuchnia, najlepsze wina" (Stefan
    Krzywoszewski "Długie życie"). "Życie bogatej burżuazji petersburskiej, zarówno
    rosyjskiej, jak i polskiej, płynęło w owych latach spokojnym, leniwym nurtem.
    Przyjemnie i komfortowo żyło się w przededniu pierwszej wojny światowej. Troski
    i kłopoty istniały, rzecz jasna, na ogół jednak nie mąciły sytego zadowolenia i
    wygodnictwa tego środowiska. Jak przed burzą - przed straszliwą burzą, która
    miała za lat kilka zmieść cały ten dobrobyt i beztroskę - panowała bezwietrzna
    cisza. Każdy widział przed sobą gładką drogę i szedł po niej bez pośpiechu
    (...) wpatrzony w jedyny cel godny zachodu: zrobienie fortuny" - wspomina te
    lata Zofia Stulgińska w autobiograficznej powieści "Gruszki na wierzbie".

    Przed powstaniem styczniowym sporo Polaków doszło do wysokich stopni
    oficerskich w armii carskiej, służąc na ogół poza granicami Królestwa. Nie
    znalazło to jednak żadnego niemal oddźwięku w ówczesnej powieści. Kiedy zaś
    Józef Korzeniowski, sam zresztą wysoki urzędnik administracji szkolnej
    Królestwa [w okresie, gdy naczelnikiem rządu cywilnego był Aleksander
    Wielopolski - red.], odważył się w powieści "Krewni" pokazać w pozytywnym
    świetle służbę wojskową Polaka w armii carskiej, krytyka emigracyjna zarzuciła
    mu wręcz "narodowe odstępstwo" (Julian Klaczko). Eliza Orzeszkowa zwykła
    chwalić się dziadkiem, walecznym uczestnikiem kampanii napoleońskich -
    umieściła go nawet w "Dwóch biegunach". Była to szczera prawda, choć ów
    dziadek - który opuścił wojsko w randze majora, z całą masą orderów - służył w
    armii carskiej, a nie francuskiej.

    Tak więc literatura piękna brała udział w wielkiej narodowej mistyfikacji. I
    trudno jej mieć to za złe, skoro za swój patriotyczny obowiązek uważała
    kreślenie wzorców moralnych, a nie pochwałę petersburskich karier. Nie sposób
    jej wszakże traktować jako Stendhalowskiego zwierciadła, które przechadza się
    po gościńcach życia. Nasza poezja i proza kroczyły raczej po bolesnych drogach
    narodowej martyrologii.

    Poprawianie pamiętników

    Zwykło się też zapominać, iż wydawane w dobie zaborów pamiętniki, zanim
    przeszły przez igielne ucho rosyjskiej czy niemieckiej cenzury, były poddawane
    narodowej kontroli rodaków baczących, by ujawnianie źle o nas świadczących
    faktów nie sprawiło satysfakcji wrogowi. Wiemy, że kastrowano pamiętniki Jana
    Chryzostoma Paska. Edmund Raczyński pisał do wydawcy, że jest w nich mowa o
    żołnierzu, który sprzedał wydrę Jana III Sobieskiego na futerko, za co został
    ukarany śmiercią. "To trzeba zmitygować, propter honorem gentis [ze względu na
    honor narodu - red.], i napisać tylko - a żołnierza ukarano jak należy".

    Tak się niefortunnie złożyło, że pamiętniki Kajetana Koźmiana -
    nieprzejednanego wroga Mickiewicza - jego syn Stanisław wydawał w roku 1867, a
    więc w momencie, gdy autor „Dziadów” był już obwołany wieszczem i uchodził za
    narodową świętość. Nic więc dziwnego, iż syn cenzurował ojca. Kajetan pisał, że
    powstanie listopadowe miało „swego minstrela czy raczej wajdelotę”, który
    włóczył się ze swoim Wallenrodem i balladami „z wściekłą, a niedołężną zemstą
    śpiewając jadem i zuchwałością zaprawione pieśni, szczekał w nich na wszystko,
    co tylko towarzystwo ludzkie czci i szanuje, i przesyłając bezbożne bazgraniny
    do kraju, iluż nowych nie narobił ofiar”. Stanisław pozostawił jedynie
    skrót: „Mickiewicz był minstrelem, a raczej wajdelotą ostatniej rewolucji. »Oda
    do młodości « i Wallenrod najwięcej może przyczyniły się do wybuchu”.

    W innym miejscu wydawca znacznie okroił kolejny stek obelg pod adresem
    Mickiewicza - co więcej, poprzedził go stwierdzeniem, że twórca "Pana Tadeusza"
    to "wielki wieszcz, uczeń, a raczej mistrz nowej szkoły". Ani słowa o tym, iż
    podniósł bunt przeciw rozsądkowi, zbezcześcił przeszłość i wszelką zasługę, że
    wreszcie odmówił Warszawie dobrego smaku w literaturze. Z inwektywy pod adresem
    Joachima Lelewela (szatan, "który zatruwszy mózgi młodzieży litewskiej z pomocą
    i udziałem Adama Mickiewicza, z Wilna usunięty przez Nowosilcowa, tu dotruć
    młodzież polską przybył") pozostało tylko niewinne zdanie: "Przybył w onym
    czasie do Warszawy Lelewel, który, uzyskawszy wpływ na młodzież litewską, z
    Wilna usunięty został przez Nowosilcowa". Dopiero w wydaniu z 1972 r.
    przywrócono pełny tekst Kajetana Koźmiana.

    Cenzorzy patrioci

    Na zakończenie parę słów o czasach najnowszych. Z istnieniem narodowej cenzury
    musiały się liczyć nawet redakcje wielkich wydawnictw w PRL. Jeszcze bowiem w
    Encyklopedii Powszechnej PWN z 1959 r. pod hasłem "Katyń" czytamy, iż znajdują
    się tam masowe groby oficerów internowanych od 1939 r. w ZSRR, a "wymordowanych
    przez hitlerowców po zajęciu tych terenów". Sformułowanie to wyparowało jednak
    z wielotomowej Encyklopedii PWN - a to na skutek zdecydowanego sprzeciwu kilku
    członków jej rady naukowej, m.in. Tadeusza Kotarbińskiego i Tadeusza
    Manteuffla, którzy zagrozili dymisją, jeśli w encyklopedii znajdzie się hasło
    informujące, iż zbrodni katyńskiej dokonali Niemcy.

    Inny przykład - dość zgodnym chórem potępiano wojnę polsko-bolszewicką z 1920
    r. jako niepotrzebną, a nawet szkodliwą. Nikt wszakże nie odważył się napisać:
    szkoda, żeśmy jej nie przegrali. Uczynił to dopiero w latach stanu wojennego
    jeden z historyków na łamach tygodnika "Rzeczywistość", wyrażając przy tym dość
    osobliwy pogląd, iż w przypadku klęski nie byłoby może stalinizmu.

    Trudno zaprzeczyć, że czasami linia polityczna panów z ul. Mysiej [gdzie
    mieścił się Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk - red.] zbiegała
    się z oczekiwaniami cenzury narodowej. W latach stalinizmu często i chętnie
    pisano o rzekomej współpracy kierownictwa AK z gestapo (w jednym z ówczesnych
    podręczników czytamy nawet, iż legła ona u genezy Powstania Warszawskiego). Po
    1956 r. kolaboracja stała się wszakże dla wszystkich tematem tabu. Wstrzymano
    druk obszernej monografii o granatowej policji, a kiedy Janusz Berghauzen
    chciał napisać pracę o tzw. Goralenvolku, dowiedział się w cenzurze, iż musi to
    być książka na temat ruchu oporu na Podhalu, w której sprawa kolaboracji
    stanowić będzie tylko jeden z rozdziałów.

    Dopiero przed paroma laty wyszła książka Włodzimierza Sznarbachowskiego "300
    lat wspomnień" (Londyn 1997), w której ukazano próby zmontowania pod skrzydłami
    Wehrmachtu stronnictwa, które w chwili wybuchu wojny III Rzeszy z ZSRR poszłoby
    z początku na współpracę wojskową z hitlerowcami. Burzliwa dyskusja, jaka
    wybuchła po ukazaniu się książki Anetty Rybickiej "Instytut Niemieckiej Pracy
    Wschodniej, Kraków 1939-1945" (Warszawa 2002), wskazuje, jak dalece problem
    kolaboracji wypierany był z narodowej pamięci.

    Po dawnemu, jak w XIX stuleciu, narodowa cenzura opowiadała się również za
    kastrowaniem niektórych tekstów źródłowych. Z odezwy z 1943 r., wydanej przez
    organizację Żegota zajmującą się pomocą Żydom, stale usuwano zdanie: "Uczucia
    nasze względem Ży
  • ignorant11 28.12.03, 14:54
    Po dawnemu, jak w XIX stuleciu, narodowa cenzura opowiadała się również za
    kastrowaniem niektórych tekstów źródłowych. Z odezwy z 1943 r., wydanej przez
    organizację Żegota zajmującą się pomocą Żydom, stale usuwano zdanie: "Uczucia
    nasze względem Żydów nie uległy zmianie. Nie przestajemy ich uważać za
    politycznych, gospodarczych i ideowych wrogów Polski. Co więcej, zdajemy sobie
    sprawę z tego, że nienawidzą nas oni więcej niż Niemców, że czynią nas
    odpowiedzialnymi za swoje nieszczęścia". Tekst, który wyszedł spod pióra Zofii
    Kossak-Szczuckiej, ukazał się dopiero w 40 lat po wojnie (ostatnio w "Polskim
    Słowniku Judaistycznym"). Książki Kossak-Szczuckiej "Das Antlitz des Mutters"
    ("Oblicze matki", Zurych 1948 r.) dotąd nie przełożono na polski z uwagi na
    wysoce kontrowersyjne treści w niej zawarte.

    Błędem byłoby wszakże pisanie o wyłącznie polskiej specyfice cenzury narodowej.
    Przez blisko pół wieku historycy francuscy nie interesowali się zbytnio
    kolaboracją spod znaku Vichy, mającą tak wielu biernych i czynnych zwolenników.
    Jedynie w Anglii czy w USA ukazywały się wartościowe prace na ten temat. Mimo
    nader radykalnych przemian, jakie nastąpiły w dawnym Związku Radzieckim, życie
    codzienne pod okupacją hitlerowską po dawnemu stanowi tam temat tabu.
    Monografii doczekały się tylko polskie miasta anektowane przez ZSRR - Lwów i
    Wilno. A przecież na podobne opracowania zasługiwałyby Kijów, Odessa czy Mińsk
    Litewski - zwłaszcza że przebogate materiały z tych terenów zamieszczało
    systematycznie wydawane w Berlinie "Nowoje Słowo", organ białej emigracji
    (niedawno Czesław Miłosz chwalił ów periodyk za bogactwo informacji).

    Przed 1989 r. opowieści o życiu na okupowanych terenach sprowadzały się do
    dwóch wątków - masowych represji ze strony okupanta i ruchu partyzanckiego.
    Dopiero ostatnio dowiedzieliśmy się z publikacji rosyjskich, że na terenach
    tych ukazywała się w wielkich nakładach prasa kolaborancka - wydawany w
    Smoleńsku "Nowyj Put" osiągał 150 tys. egzemplarzy, "Ukrainskij Chliborob" -
    250 tys.

    Z ostatnich publikacji na temat gen. Andrieja Własowa [dowódcy armii rosyjskiej
    walczącej u boku hitlerowców - red.] dowiedziałem się wielu rzeczy bardzo
    ponurych i jednej naprawdę zabawnej. Otóż kiedy Amerykanie dowiedzieli się, iż
    na Wale Atlantyckim walczą oddziały Własowa, wystosowali ulotki w języku
    rosyjskim zachęcające żołnierzy do przechodzenia na stronę aliantów. W nagrodę
    przyrzekano im zorganizowanie możliwie szybkiego powrotu do ZSRR. Ku wielkiemu
    zdziwieniu Amerykanów nikt się nie zgłosił...

    Na zakończenie pragnę dać wyraz nadziei, że polska historiografia wybije się
    wreszcie na normalność. Przestanie być sui generis podręcznikiem medycyny,
    którego autorzy stale się zastanawiają, kiedy to właściwie zaczęła toczyć
    Rzeczpospolitą choroba "nieuchronnych" (?) rozbiorów - stanie się natomiast
    zwykłym podręcznikiem dziejów narodowych, wolnym od nacisków wszelakiej
    cenzury. Także patriotycznej.

    Prof. Janusz Tazbir (ur. 1927) - historyk, profesor PAN, autor ponad tysiąca
    publikacji, m.in. książek: "Państwo bez stosów. Szkice z dziejów tolerancji w
    Polsce w XVI i XVII w." (1967), "Rzeczpospolita i świat. Studia z dziejów
    kultury polskiej XVII w." (1971), "Świat panów Pasków. Eseje i studia"
    (1986), "Reformacja w Polsce. Szkice o ludziach i doktrynie"
    (1987), "Okrucieństwo w nowożytnej Europie" (1993), "Polska na zakrętach
    dziejów" (1997), "Silva rerum historicarum" (2002)



    Pozdrawiam i zapraszam na:
    Forum Słowiańskie
    nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
    www.pajacyk.pl
    Ignorant
    +++

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.