Dodaj do ulubionych

szaleństwo czy rozsądek?

02.06.04, 18:51
Kto żyje bez szaleństwa, mniej jest rozsądny niż mniema. (F. Rochefoucald)
Czy rzeczywiście? Teoretycznie tak - odrobina szleństwa jak szczypta pieprzu
zaostrza smak życia, to przyzna zapewne większość. Ale jak żyjemy naprawdę?
Potrafimy zaszaleć?
Przyznam szczerze - ja nie bardzo. A może pora to zmienić?
Edytor zaawansowany
  • wedrowiec2 02.06.04, 20:00
    Na ogół żyję cicho, spokojnie, bez szaleństwa. Ale jeśli już ono mnie ogarnie,
    to nie ma ratunku. Zmieniam wtedy pracę, mieszkanie, miasta w którym mieszkam.
    Czasami udaje się to wyciszyć, czasami niesmile
    Do szaleństwa nie zaliczam wahadłowego systemu mojej pracy - od całkowitego
    lenistwa do euforii trwającej miesiącami.
  • antyproton 02.06.04, 20:01
    Trzeba byc bardzo rozsadnym zeby moc sobie pozwolic na szalenstwa.

    Tylko Polacy i Rosjanie potrafia zaszalec bez troszczenia sie o konsekwencje.

    Pozdrawiam ...


  • verbena1 02.06.04, 20:38
    Moim szalenstwem byl wyjazd do obcego kraju,bez znajomosci jezyka,do
    mezczyzny ,ktorego znalam niedlugo ,zupelna zmiana trybu zycia.
    Odwazylam sie na zasadzie, albo teraz albo juz nigdy, mialam wtedy czterdzieci
    pare lat.
    Gdybym wiedziala wowczas ile trudu bedzie mnie to kosztowac,bylabym
    rozsadniejsza ale szalenstwo na tym wlasnie polega. Nie myslimy o
    konsekwencjach.
    Dzieki mojemu szalenstwu zmienilam sie ,jestem bardziej otwarta, odwazniejsza i
    mam zupelnie inny punkt widzenia na wiele spraw.
    Czyli - szalenstwo poplaca.
  • marialudwika 02.06.04, 23:39
    Podobne bylo moje szalenstwo,z tym,ze mojego TZ/towarzysza zycia,podpatrzone na
    forum Zwierzaki/,znalam dluzej/z okresu ,gdy bylismy nastolatkami/,ale mimo
    wszystko to bylo szalestwo-taka zmiana.Nie zaluje go.
    ml

  • antyproton 02.06.04, 23:40
    Rzeczywiscie , wyjazd na emigracje po 40-ce boli dwa razy wiecej.
    Jak to sie potocznie mowi , nie przesadza sie "starych" drzew.
    Jezeli nie bedzie to dla Ciebie zbyt osobiste , chcialbym sie spytac -
    z prywatnych powodow - Twoj mezczyzna to Polak
    czy tubylec , jakie argumenty byly najwazniejsze przy podjeciu decyzji ,
    czego Ci zabraklo do najszybszego zaaklimatowania sie ?

    Pozdrawiam
  • mammaja 02.06.04, 20:38
    Kiedys pewno tak, jak cos chcialam zrobic,gdzies pojsc nie bylo przeszkody
    niedopokonania.Ale byly to czasy pierwszej mlodosci.Teraz tez szaleje,ale w
    miare mozliwosci.Czy to jeszcze szalenstwo?
  • bet-ka 02.06.04, 22:55
    Łapię się na tym, że moje życie ubożeje. Staje się nieciekawe i przewidywalne.
    Dni uciekają, bo są podobne do siebie. Dawne pasje wywietrzały a nowych brak.
    Stabilizacja, pozycja (nie, że oszałamiający sukces, ale jakiś poziom zawodowy
    osiągnęłąm) Spoczęłam na laurach? Trochę mnie to nudzi i nuży. Chcę zmiany,
    potrzebuję wyzwania. A jednocześnie boję się zaszaleć bo przecież
    odpowiedzialność, dziecko na utrzymaniu itd. Marudzę? No trudno, marudzę.
  • verbena1 02.06.04, 23:15
    Bet-ko, masz malutkie dziecko czy prawie dorosle?
    Mialam tez dziecko na utrzymaniu, odczekalam ,az stanie sie samodzielne i
    powiedzialam sobie - teraz ja.
    Nie musisz zmieniac calego zycia, moze jest cos , o czym kiedys marzylas i nie
    bylo na to okazji.
    Zacznij moze od malych szalenstw.
    Oj,lepiej nie, bo pozniej bedzie wszystko na mnie.
    Jedna juz tak namowilam.
  • bet-ka 02.06.04, 23:41
    Wymyślę coś, bo sama ze sobą nie wytrzymam. Mam po uszy własnego jęczenia. Pora
    złapać drugi oddech.
    A deprim już kupiłam smile
  • instant 03.06.04, 00:19
    Tez jeszcze pare lat temu czulam podobnie. Dzien kazdy jak paciorki jednego
    rozanca, chociaz tego nie chcialam. Pracuje na wlasny rachunek, mam "biuro" w
    domu, wiec niemal zero kontaktow z ludzmi, poza zawodowymi z klientami. Do tego
    pol roku ciezkiej choroby, kiedy nie bardzo mialam sile na cokolwiek, poza
    praca. A na jakiekolwiek kontakty towarzyskie malzonek, ktory wyszalal sie
    dostatecznie w mlodosci przestal miec ochote. Najchetniej wieczorki przed
    telewizorkiem, czasami z piwkiem, albo drzemka. A mnie, po wyzdrowieniu zaczelo
    nosic, czulam, ze zycie, ktore z niemalym trudem udalo mi sie odzyskac
    przecieka mi przez palce. Z braku ludzi "realnych" wokol siebie zaczelam
    wsiakac w towarzystwo internetowe. W koncu juz umialam to nazwac i az sie sama
    przerazilam. Malzenstwo stalo sie dla mnie dozywotnim wyrokiem. Tyle, ze
    doszlam do wniosku, ze nie musze go odsiadywac, bo za jakie grzechy? Dzieci nie
    mamy, wiec rozstalismy sie w miare spokojnie, do dzis sie spotykamy jak
    przyjaciele, bo znamy sie od podstawowki, jak lyse konie. A ja... zaszalalam.
    Zwiazalam sie z facetem, z ktorym przezylam kilka szalonych miesiecy. Nie
    wyszlo, skonczylo sie nagle i przykro, ale nie zaluje ani jednego dnia, bo
    czulam, ze zyje. A teraz powiedzialam sobie, ze do trzech razy sztuka i znowu
    kocham i jestem kochana. Tym razem juz bardziej dojrzale, ostrozniej, z planami
    na przyszlosc, na razie na odleglosc, bo zycie nas do tego zmusza. Ale to moze
    i lepiej, bo kazde spotkanie jest swietem i absolutnym szalenstwem. I wcale nie
    mam zamiaru sie ustatkowac, bo tak mi jest po prostu lepiej i kropka. I mam w
    nosie, ze 40 z duzym plusem na karku. Byle zdrowko dopisywalo i praca byla, bo
    bezczynnosc mnie dobija, chociaz jecze ciagle, ze jestem przepracowana,
    oczywiscie smile)
  • axsa 03.06.04, 07:24
    Szaleństwa "używam" jak pieprzu, a czasem nawet jak chilli. Czasem też
    zamiast ... rozsądku.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka