Dodaj do ulubionych

Toskania..urocza...piękna... już tęsknię:)

14.10.05, 00:31
Dostosowując się do prośby, i aby dzisiajek nie wydłużać...
Najpierw skopiuję dwa pierwsze fragmenty i potem dołożę następne.
Miłej lekturysmile
D.
Obserwuj wątek
    • dado11 Re: Toskania..urocza...piękna... już tęsknię:) 14.10.05, 00:34
      Część 1

      Toskania, pierwsza odsłona...
      Noooo... to chyba zaczynam moją opowieść o spełnionym marzeniu... o Toskanii...
      o ktorej śniłam, czytałam, myslałam prawie dwa lata. W głowie miałam gotowe,
      przesłodzone kadry, będące zapewne konglomeratem figli wyobraźni, fotografii z
      książek, filmów i przyznam, że nawet troszkę bałam się zderzenia z
      rzeczywistością. Ale właśnie ten sen miał przybrać realne kształty; za jakieś
      2000 km, które mieliśmy przejechać samochodem. Spakowani, wyspani i wykąpani
      wsiedliśmy do samochodu i drogę. Przez Polskę jechało się całkiem nieźle, bez
      korków; pyszny obiad przed Chyżnem w Spytkowicach (www.karczmarusnakowka.com -
      naprawdę polecam: miła obsługa, pyszne i niedrogie jedzonkosmile) dodał nam sił i
      humoru, ale po wjeździe na Słowację okazało się, że nie wygląda to już tak
      różowosad
      Co chwila roboty drogowe, dziury, i inne zawalidrogi, wąskie zatłoczone drogi
      bez poboczy, podróż zaczęła się wydłużać ponad plan. Na dodatek stała się rzecz
      niezwykła - zabrakło w całej Słowacji winiet na przejazd autostradami! Na
      trzeciej z rzędu stacji w końcu powiedziano nam, że policja wie i nie
      sprawdza!!! Ufff.... Na ostatnich nogach dowlekliśmy się pod Wiedeń i tam
      padliśmy owinięci w koce w samochodzie. Nikt nawet nie próbował szukać jakiegoś
      motelu, marzyliśmy tylko o zamknięciu oczu i wyłączeniu burczącego silnika...
      Rano, zmarznięci i połamani (było tylko 6st.), przywitaliśmy zimny poranek przy
      autostradzie, wykupiliśmy po 50c mycie zębów na stacji benzynowej u dwóch
      najdziwniejszych dziadków klozetowych, jakich mi się zdarzyło oglądać (chyba
      bracia, ok. 60tki, w białych lekarskich kitlach, nieustannie biegający ze
      ściereczkami i pachnidełkami) i ruszyliśmy dalej... Piękne widoki na trasie do
      Grazu-Klagenfurtu-Villach pozwalały zapomnieć na chwilę o ciągnących się
      kilometrami robotach drogowych, gdzie nawierzchnie pocięte na wąwozy betonowymi
      blokami, sprawiały wrażenie rynien. Mimo wszystko mieliśmy niezły czas, więc
      pełni optymizmu wjechaliśmy do słonecznej Italii... Po włoskiej stronie Alpy
      wyglądały przepięknie, pędziliśmy na przemian wiszącymi nad dolinami mostami i
      tunelami, perfekcyjnie wydłubanymi we wnętrzach gór. Opłaty za przejazd dość
      słone, ale porównując do opłaty za nasz nędzny kawałek autostrady w ojczyźnie,
      nie wydały się zbyt wygórowane. Do Florencji dotarliśmy więc gładko ok. 17 i
      wydawało się, że jesteśmy tuż... Ale... nieścisłość w opisie trasy podanym
      przez naszego operatora, fakt że w okolicy Pisy występują dwie miejscowości o
      tej samej nazwie, no i zmęczenie spowodowały, że zjechaliśmy z autostrady w
      niewłaściwym miejscu, a próbując zawrócić zapadliśmy się w małe, nieistniejące
      na naszej mapie miasteczka. Opisy dróg nijak się miały do stanu rzeczywistego,
      zapadał zmrok, wiedzieliśmy już, że nie zdążymy przed 19 (moment zamknięcia
      biura) i może się to skończyć pocałowaniem klamki (a tak gwoli ścisłści, była
      sobota wieczór!). Rozpaczliwy telefon do naszej Fattorii dał nam oddech, bo
      wiedzieliśmy już, że zaczekają. Ale droga przez trudne do zlokalizowania
      wioski, kręte, wąskie i kiepsko oznakowane drożyny, zmęczenie (po ciężkiej, źle
      przespanej nocy, byliśmy już w drodze 12 godzin), noc doprowadzały nas na skraj
      histerii. Gdy w końcu, po czterech nadprogramowych godzinach krążenia po
      bezdrożach, z odcinkiem specjalnym z karkołomnymi serpentynami na finiszu,
      zobaczyliśmy wytęsknioną nazwę naszej miejscowości, prawie nie mogliśmy
      uwierzyć... Na koniec długi kamienny mur, stromy zjazd tajemniczą w światłach
      reflektorów cyprysową aleją, uśmiechnięta, pulchna włoszka wręczyła nam klucze
      i poprowadziła do naszego domku. Ciemności nie pozwoliły wiele zobaczyć, ale
      koncert na świerszcze i cykady w zaroślach, słodki, wysycony zapach powietrza i
      cichy szum wody w basenie ukoiły nasze sterane nerwy. Padliśmy jak kawki, tym
      bardziej, że dwa kieliszki miejscowego wina smakowały jak ambrozja.
      Niedziela 25.09.05
      Szczelnie zamknięte okiennice nie wpuściły dnia do sypialni, więc wyspaliśmy
      się do syta i...
      Artur wstał pierwszy, otworzył drewniane drzwi i zaczął wołać , bym szybko
      przyszła. Naszym oczom ukazał się widok zatykający dech w piersiach... Nasz
      domek usytuowany na zboczu góry obrośniętej piniowym lasem powyżej, cyprysami i
      winnicami poniżej, z widokiem na rozległą dolinę, z basenem o błękitnym dnie o
      kilka kroków, wokół stare murki podtrzymujące zbocza, obsiane pachnącymi
      krzewami i ziołami. Słońce powoli nagrzewało kryształowo rześkie powietrze,
      wydobywając z chaszczy stada zwinnych jaszczurek spragnionych ciepła. Staliśmy
      przez chwilę z niedowierzaniem, nawet jakaś niekontrolowana łza zachwytu
      zakręciła się niepostrzeżenie pod powieką.... Było po prostu boskosmile)))
      cdn...
    • dado11 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.2 14.10.05, 00:39
      Toskania cd.
      Robiło się coraz cieplej, cicho szemrzący basen wabił, a tu jak spod ziemi
      wyrósł nieoczekiwany gość. Zapowiedział się głośnym kichaniem i przychaniem.
      Po chwili z zarośli dostojnym, ale czujnym krokiem przymaszerowała mała kotka,
      z jednym okiem pokrytym bielmem i brakiem połowy nosa. Nie była z cała
      pewnością uosobieniem kociej urody, ale wyraźnie obyta w salonach, pognała pod
      drzwi lodówki i nieznoszącym sprzeciwu ocieraniem się o nogi zażądała jeść...
      Generalnie jestem odporna na kocie wdzięki, ale sprytne kocisko odstawiło
      teatrzyk pod tytułem ?Och, jak mnie życie doświadczyło...? i mimo silnego
      postanowienia, że nie ulegnę, uległam. Mała cwaniara dostała mleko i trochę
      szynki z polskich zapasów, no i oczywiście została ?naszym, kochającym ten dom
      zwierzątkiem?. Nota bene, po kilku dniach musieliśmy sobie z futrzastym
      nachałem pogadać i ustalić granice rozsądkusmile Po tygodniu Panna futrzasta
      grzecznie czekała na mleczko na progu, nie wchodząc do domu. Wracając do
      basenu... kąpiel w stosunkowo zimnej wodzie (brrrr...no góra z 18 st.)
      spowodowała skręt kiszek, więc śniadanie, zaimprowizowane z zapasów, na tarasie
      z widokiem, smakowało przepysznie. Lekki, powoli nagrzewający się wiatr
      przynosił zapachy pinii, ziół, nagrzanej wilgotnej ziemi, ale też nieodległego
      morza, które oświetlone porannym słońcem połyskiwało z oddali. Po południu
      czekała nas jazda po naszych przyjaciół, których mieliśmy odebrać z lotniska w
      Bolonii, więc postanowiliśmy najpierw poznać nasze miasteczko. Montecatini val
      di Cecina, osadzone na szczycie wzgórza, prześliczne, malutkie, z jedną wieżą,
      otoczone murami, przesiąknięte słońcem i zapachem otaczających wzgórze
      urodzajnych ogrodów. Pokonywaliśmy kolejne schody i strome uliczki z zachwytem
      prawie; nieliczni mieszkańcy uśmiechali się do nas z sympatią, słonce
      przygrzewało coraz śmielej. W pewnym momencie dotarliśmy do skraju murów
      obronnych, wzdłuż których prowadziła ścieżka obsadzona trochę zdziczałymi
      figowcami. Staliśmy jakiś czas, bo naszym oczom ukazał się widok niesamowity:
      jak na dłoni rozległa dolina, z zaoranymi pagórkami, szeroko rozsianymi
      pojedynczymi domostwami, wszystko spowite lekką, siwą mgłą unoszącej się
      parnej wilgoci. Poszliśmy ścieżką zbierając i zrywając dojrzałe figi, palce nam
      się kleiły, a oczy śmiały, trudy podróży poszły w niepamięć. Dotarliśmy do
      zawieszonego nad urwiskiem starego cmentarza, już nieużywanego, a wokół starych
      murów ogródek z rzeźbami, wielkimi agawami, i drzewami brzoskwiniowymi. Dwa
      kroki dalej na skrawku wygospodarowanego tarasu kolekcja kaktusów, wspaniała,
      między doniczkami wszędobylskie jaszczurki, poza tym cisza i cudowny spokój.
      Wracaliśmy do samochodu zostawionego na głównym placu wąskimi uliczkami, przez
      malutkie okienka w średniowiecznych murach słychać już było krzątaninę pań
      domu, szykujących aromatyczne sosy do kluseczek, które mogliśmy na razie sobie
      tylko wyobrazić...smile Do Bolonii dotarliśmy z dwugodzinnym zapasem (no, ma się
      rozumieć po doświadczeniach dnia poprzedniego, byliśmy jak stare wygismile, który
      spożytkowaliśmy na nieco pobieżny ogląd miasta. Nigdzie oczywiście nic zjeść
      porządnego, bo szanujące się włoskie knajpy, w porze ogólnie uznawanej za
      obiadową (15-18) są zamknięte! Mają sjestę! Nawet jak już zupełnie nie jest
      gorąco! Podpatrzyliśmy więc gdzie największy tłumek konsumentów i zjedliśmy coś
      co rozgadany, wielki chłop nazywał pizzą, ale bardziej przypominało placek z
      ciasta jak na pączki, niemożebnie tłustego, z prosciutto i serem. No, pyszne
      toto nie było, ale przynajmniej niedrogie. Bolonia jest dosyć niezwykłym
      miastem, nawet chyba dość wyjątkowym jak na Włochy. Całe stare miasto, dosyć
      rozległe, jest zabudowane dużymi kolorowymi kamienicami z ciągnącymi się na
      parterach arkadami, osłaniającymi przechodniów przed promieniami słońca czy
      deszczem. Jedynie na skrzyżowaniach ulic wychodzi się pod gołe niebo.
      Oczywiście w arkadach sklepiki, knajpki, banki i co kto chce. Ale że sjesta,
      więc wszystko zamknięte. Zaskoczeniem był dla nas licznie zgromadzony na
      głównym placu - Piazza del Nettuno tłum mieszkańców miasta, którzy najwyraźnie
      tam akurat wpadli na pogaduchy. Przekrzykujące się grupki młodych i starych,
      okupowane do ostatniego miejsca kafejki, jakaś kapela grająca muzykę z epoki
      baroku - niesamowity koloryt, hałas i ścisk. Mijając grupkę staruszków
      obwieszonych orderami wychwyciliśmy nazwisko Wałęsy i gen. Jaruzelskiego.
      Przystaneliśmy by się przysłuchać, ale dyskusja była tak żywa, że niewprawione
      ucho nic nie pojmowałosmile O ósmej nasi przyjaciele z małą Heleną (rok i 8
      miesięcy), szczęśliwie wylądowali, zapakowaliśmy się do samochodu i po 2
      godzinach rozkoszowaliśmy się koncertem na tysiąc świerszczy na tarasie pod
      gwiazdami, z nieodłączną lampką wińska w dłonismile
      Poniedziałek 26.09.05
      Wyspaliśmy się połowicznie, okazało się, że nasz domek ma mocno akustyczne
      stropy (czyli niczym nie wygłuszone, cienkie deseczki), więc wstaliśmy wraz z
      Helą, nooo... wcześniesmile Małe śniadanko, głównie kupione w Bolonii u Hindusa
      (tylko oni tam pracują w sjestę) pomidory z mozarellą, kąpiel w basenie, woda
      jakby ciut cieplejsza, a potem znów do naszego miasteczka, na oglądanie i
      zakupy. No może zakupy, to zbyt zamaszyste określenie. W miasteczku tylko jeden
      sklepik typu Coop, a w nim warzywa, wiecznie twardy, mimo że świeży, kompletnie
      niesłony chleb, prosciutto cotto (zwykła szynka), prosciutto crudo (suszona),
      salami, salceson (okropny), mozarella, i pyszne sery typu pecorino i
      parmigiani, a także wina, przeróżne: tanie i drogie, pyszne i beznadziejne, jak
      się później przekonaliśmy, nie zawsze cena miała się jakoś do jakości... No i
      też nieznanego przeznaczenia i składu, różnorakie kolorowe kule, pływające
      najpewniej w oliwie, chyba... Moja znajomość włoskiego nie wystarczała na
      dopytanie. Za to atmosfera wprost z Feliniego, stare, pulchne, ubrane skromnie
      na czarno mammy, rozgadane do nieprzytomności, znające się wszystkie od
      dziecka, traktujące sklepik jak forum, wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą,
      wesoło się pozdrawiają i gremialnie żegnają, no coś pięknego. Po kupieniu
      najpotrzebniejszych artykułów, poszliśmy znów w miasteczko. Kolejne odkrywane
      zakątki odsłaniały uroki życia w tym niezwykłym miejscu. Pod torre (wieżą)
      znaleźliśmy całe poletka krokusów! pod koniec września, ale to chyba jakaś
      jesienna odmiana, nieco masywniejsze od naszych i wyłącznie żółte. Każdy
      wystający kamień w murach domów przystrojony jakąś doniczuszką z kwiatkiem,
      wszędzie skrzynki z pelargoniami albo ziołami, starannie wypolerowane klamki,
      gałki, kołatki w drzwiach pamiętających czasy Napoleona. Wracając natrafiliśmy
      na rzecz niezwykłą: ze starego muru ograniczającego uliczkę, spośród kamieni
      wyrastały dorodne grzyby przypominające maślaki. Nazbieraliśmy oczywiście do
      torebki znalezionej w wózku Helenki, ale potem jakoś nie było chętnych do
      obierania, tym bardziej że po południu dotarła reszta naszej grupy i
      tradycyjnie skończyliśmy dzień upojnym wieczorem pod gwiazdami...
      cdn.




    • dado11 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.3 14.10.05, 00:42
      Wtorek 27.09.05
      Ponieważ już wszyscy byliśmy na miejscu, tzn. ośmioro dorosłych i Helena,
      poprzedniego wieczoru poczyniliśmy wstępne plany na następne dni. Helena, jak
      przystało na malucha, oczywiście smacznie spała. Wino rozgrzało atmosferę więc
      i plany dość rozległe, już rankiem uległy weryfikacji. Na pierwszy etap
      wyznaczyliśmy San Gimignano, określane w przewodnikach mianem perły północnej
      Toskanii. Rankiem, gdy wszyscy już wywietrzyli głowy po upojnym wieczorze,
      zjedliśmy wspólnie śniadanie na tarasie, prawie jak liczna włoska rodzina,
      potem szybka kąpiel w basenie (brrrr...), niektórzy już tylko zamoczyli duży
      palec od nogi (hi, hi) i w drogę. Odległość od naszego lokum w kilometrach
      nieduża, ale krętość dróg, ciągle góra-dół, wydłużyla podróż do półtorej
      godziny. No i oczywiście nie omieszkaliśmy zgubić się troszkę, bo nie w tę
      drogę udało nam się skręcić. Za to doznania estetyczne przy oglądaniu
      krajobrazów wynagradzały z nawiązką wszelkie niewygody. Mijaliśmy rozświetlone
      słońcem pagórki, z rzadka obrośnięte kępami drzew i szpalerami strzelistych
      cyprysów, za którymi kryły się stare, piękne domy i wille, pamiętające czasy
      króla Ćwieczka. Równe szpalery krzewów winorośli rozpięte na tyczkach i linach,
      na wielu jeszcze nabrzmiałe ciepłem fioletowe grona, gdzieniegdzie gaje oliwne,
      gdzie stalowo-srebrne, przysadziste drzewka odbijały się barwą od soczysto
      zielonej trawy pod nimi, nad nami błękitne niebo i nieliczne, kształtne chmury.
      Dojeżdżaliśmy do San Gimignano w zagęszczającym się szpalerze samochodów, ale
      uprzedzeni o konieczności czujnego szukania miejca do zaparkowania, dosyć
      zgrabnie umieściliśmy samochody prawie przy samych murach starówki. Na
      marginesie, przewodnik wydany przez GW okazał się skarbnicą praktycznych rad i
      pomysłów, no i ukazał się w najbardziej sensownym momenciesmile Skrzyknęliśmy się
      pod głowną bramą do miasta i w nieprzebranym tłumie głodnych wrażeń turystów
      weszliśmy przez bramę w imponujących murach do wnętrzatwierdzy prawie. Wąska,
      główna ulica na full wypchana gawiedzią nie zachęcała do dalszych wysiłkówsad
      Ale skoro już tu byliśmy... niezbyt elegancko, trochę łokciami, przedarliśmy
      się do wnętrza miasteczka, tam co raz to zadzieraliśmy głowy w podziwie dla
      kolejnych kamiennych konstrukcji wybujałych na znaczne wysokości, jedna przy
      drugiej imponujące kamienne wieże, mające upamiętnić rozmach i fantazję
      sponsorów. Ponoć w szczytowym okresie dobrobytu miasta było tych wież 72,
      ostało się tylko 14, ale i tak robiły wrażenie. Pierwszy zakup dokonany w
      sklepiku za rogiem (księgarni), to szczegółowa mapa Toskanii, absolutnie
      niezbędna do poruszania się po tym pięknym fragmencie świata. Starszy pan,
      który nam ją sprzedał, zeznał po chwili miłej rozmowy, że mieszka tu całe
      życie, a urodził się dwa piętra wyżej... Aż dziw, że żonaty był, przy takiej
      expansywności? W S. G. chyba najszersza oferta pamiątkowo-suvenirowa (jak się
      potem okazało), od pięknych skórzanych torebek, poprzez niezliczone odmiany
      figurek Pinnocchia, ozdobnie malowaną ceramikę do alabastrowych, kunsztownych
      rzeźb i drobiazgów. Gdy zeszliśmy z głównej ulicy, naszym oczom ukazały się
      nieprawdopodobnie piękne krajobrazy dookoła miasta, świetnie widoczne w
      słonecznych promieniach z wysokości (znacznej) okalających miasto murów. Czysta
      forma klasycznego krajobrazu Toskanii, a na dodatek w ciszy; zauki na podmurzu
      jakoś oparły się naporowi hałaśliwej tłuszczysmile Po małym lunchu, umknęliśmy do
      samochodów i w kierunku domu jeszcze jeden punkt programu - Volterra. To
      piękne, położone na wzgórzu, oczywiście warowne, miasteczko, z ogromnym zamkiem
      Medyceuszy na szczycie (obecnie pełni rolę więzienia) miało zupełnie inny
      charakter. Nieliczni turyści, ale głównie mieszkańcy, gwarne, zdecydowanie
      mniej zatłoczone, i naprawdę urocze. Przycupnęliśmy na głównej ulicy, w
      otwartej pizzerii, dostaliśmy całkiem przyzwoite jedzonko, popiliśmy cieniutkim
      Vino di Tavola i w końcu poczuliśmy się jak na wakacjachsmile Obsługiwała nas
      niezwykle oryginalna kelnerka, wielbicielka piercingu, z połową głowy
      wystrzyżoną na jeża-blond, i połową z postrzępionymi, długimi, rudymi
      kosmykami, ale przemiłasmile Gdy wracaliśmy karkołomnymi schodami wzdłuż murów do
      samochodu, zapadał zmierzch, zapalono oświetlenie zamku, a wokół miasta, na
      sąsiednich wzgórzach, w ostatnich promieniach zachodzącego słońca majaczyły
      strzeliste cyprysy, jak wyprężeni gwardziści, strzeżący starych willi i
      pałacyków. Wyjeżdżając z miasta trafiliśmy na dobrze zaopatrzony, duży Coop, a
      to oznaczało pyszną kolację z prosciutto, serami, winogronami i kilkoma
      gatunkami winsmile Już powoli zaczynałam rozumieć znaczenie włoskiego ?dolce
      vita?...smile No i chłodna kąpiel w basenie po kolacji... marzeniesmile
      Środa 28.09.05
      Stała się rzecz niezwykła: od rana lało, zrobiło się chłodno, na moment wyszło
      zza chmur słońce, nasze wzgórze rozpachniało się aromatem tysiąca ziół.
      Napawałam się niezwykłymi obrazami i zapachami, szykowaliśmy już tradycyjnie
      wspólne śniadanie, Artur w międzyczasie pobiegł pomiędzy pinie powyżej domu i
      za chwilę wrócił z charakterystycznym dla zbieraczy błyskiem w oku...
      Z kieszeni i dłoni wystawały dorodne kapelusze grzybów, wyglądających
      mmm...apetycznie. Kto żyw, łapał jakieś torby w łapy i gnał na wskazane
      terytorium...., a tam, pole, jeden przy drugim, pięknych, złoto-brązowych
      grzybasów, na starej, nieużywanej drodze do fattorii. I tu dylemat - w planie
      droga do Vinci, Lucca, Montecatini Terme... nie będzie czasu by się grzybkami
      zająć, więc może lepiej zostawić...ale żal...no ale jednak...Trudno. Poletko
      smakołyków trzeba było zostawić, tym bardziej że pogoda taka sobie...Zatem w
      drogę, poznawać kolejne miejsca urodą i historią słynącesmile
    • skynews Re: Toskania..urocza...piękna... już tęsknię:) 14.10.05, 01:35

      Dado,
      dzeki za super-reportazsmile
      Przeczytalem wszystko!

      Niestety,
      przez Toskanie przemknalem jak burza spieszac do Livorno na prom na Korsyke
      a w drodze powrotnej wyladowalem w Genuii.
      Nastepnym razem trzeba bedzie inaczej to wszystko zaplanowac - warto, Twoj opis
      swiadczy o tym.

      --
      No hell below us - Above us only sky
      \J.Lennon\
      Enjoy the Music!
    • antyproton Re: Toskania..urocza...piękna... już tęsknię:) 16.10.05, 10:37
      Ech , Kapuscinski by lepiej nie opisal .
      Toskania uchodzi za kolebke jezyka wloskiego , dialekt toscanski uznawany jest
      za czysty wloski .
      Znajac wloski mozna zachwycac sie niezwykla elokwentoscia toskanczykow.
      Charakterystyczna jest wymowa c (czyt. k) jako h np. casa (dom) toskanczyk
      wymawia haza .
      Do tego dochodzi niesamowite poczucie humoru , mezczyzni przescigaja sie w
      slownych zartach i docinkach.
      Przy czym pozbawione jest to zupelnie agresji i wulgarnosci .
      Oj jakby sie to w Polsce przydalo . To niesamowicie umila i ulatwia zycie smile)
    • dado11 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.4. 18.10.05, 23:57
      Dla tych, którzy zniosą moje pamiętnikowe zapiskismile

      Punkt pierwszy - Vinci, miasto rodzinne najsłynniejszego Leonarda, z muzeum
      utworzonym w średniowiecznych murach zamku, gdzie pieczołowicie
      zrekonstruowano, na podstawie opisów i rysunków mistrza, modele przeróżnych
      machin i rozwiązań technicznych. O skrzydłach, rowerze, czy pomyśle na
      helikopter słyszałam wcześniej, ale narty wodne, czy osprzęt dla płetwonurka?
      Poza tym okazało się, że mnóstwo pomysłów dotyczyło maszyn włókienniczych i
      budowlanych (głównie dosyć skomplikowane konstrukcje dźwigów). Niestety opisy
      przy poszczególnych modelach były wyłącznie po włoskusad i nie wszystko dało się
      zrozumieć, ale warto było obejrzeć. Samo miasteczko, malutkie, pięknie położone
      na wzgórzu, wśród winnic i gajów oliwnych. Słoneczko wyszło na dobre, zrobiło
      się bardzo ciepło, znaleźliśmy przytulną knajpkę a w niej przepyszne caprese
      (pomidory z mozzarellą, świeżą bazylią i oliwą), niezłe pasty, no i zasłużony
      odpoczynek. Ruszyliśmy dalej, do Montecatini Terme, ok. 30 km od Vinci, krętą,
      ładną drogą, mijaliśmy małe senne miasteczka, w jednym trafiliśmy na duży Coop,
      więc zakupy z głowy. Montecatini okazało się luksusowym kurortem, z zadbanymi
      pięknymi willami, gwarnymi uliczkami, pełnymi eleganckich sklepów, na wystawach
      same dobre marki, no i cen nie uświadczysz. Ogrody zdrojowe zadbane, piękne, i
      kuszące chłodną, świeżą zielenią, domy zdrojowe, termy i hotele przypominały
      raczej wytworne pałace... Skręciliśmy w jedną z głównych ulic w poszukiwaniu
      knajpki, po drodze minęliśmy schowany pod arkadami nieduży hotelik, za ladą
      siedział wypomadowany recepcjonista obwieszony złotymi łańcuchami, a na ladzie
      recepcji leżał rozpłaszczony, śmiertelnie znudzony biały pudel. Za moment w
      małym zaułku niezwykle oryginalny skłepik z zabawkami, z ogromnym pluszowym
      misiem siedzącym na chodniku. Na wystawach sklepów wyłącznie dobre marki:
      Prada, Dolce&Gabbana, Christian Dior, Cartier....itp. Zawrotu głowy można
      dostać. Przycupnęliśmy skromnie w kafejce na rogu bocznej uliczki, dostaliśmy
      przepyszne cappuccino, podglądając życie tego, nieco innego światasmile Z
      eleganckich samochodów wysiadali jeszcze bardziej eleganccy ludzie, facet
      wyglądający na ciut grubszego Elvisa krążył w te i we wte białym Rollsem, dwie
      długonogie blondynki o typowo słowiańskich rysach w towarzystwie przysadzistego
      bruneta wychodziły chichocząc obwieszone torbami od Diora...echhh. Ale czas już
      było wracać, droga powrotna równie krajobrazowa, całkiem nieoczekiwanie w
      malutkiej miejscowości Santa Maria, trafiliśmy na imponujący pałac, lekko
      podupadający, otoczony parkiem z cyprysową aleją, widok był niesamowity, tym
      bardziej że chowające się za pałacem zachodzące słońce sprawiło, że wyglądał
      niezwykle tajemniczo.Przez stare, kunsztownie kute ogrodzenie, wypatrzyliśmy
      jednak całkiem nowoczesny, zaparkowany na podjeździe...helikoptersmile
      Wieczór, tym razem ciepły i rozgwieżdżony przegadaliśmy na tarasie.
      Czwartek 29.09.2005
      To był dzień przeznaczony na lenistwo, opalanie nad basenem, ale chłopcy się
      skrzyknęli i pojechali w objazd okolicznych winnic, my zaś podreptałyśmy
      spacerkiem do miasteczka. Obiad miałyśmy ugotować w domu, więc drobne zakupy,
      partyjka Scrubble, a potem obiad, który potrwał do kolacji. Zadowoleni panowie
      przytaszczyli baterię win, dumni z siebie, bo niektóre były już ostatnimi
      egzemplarzami, ceny w winnicach od 4 do 20 euro za flachę, te droższe do
      zabrania do kraju, te tańsze do degustacji. A propos win, nasz sklepik oferował
      przepyszne Chianti, stołowe, w 1,5 l butli po ok. 5 euro, i nieco tańsze Vino
      di tavola, też dobre, za 3 euro. A początkowo myśleliśmy, że będzie to
      dziadostwosmile Do spaghetti z tuńczykiem smakowały wręcz wybornie.
      Piątek 30.09.2005
      Piątek był zaplanowanym dniem zwiedzania, tym razem Pisa i Lucca. Dotarliśmy do
      Pisy ok. 12, mała Helena wyspała się w samochodzie, więc wszyscy w radosnych
      nastrojach. Znaleźliśmy niezłe miejsce do zaparkowania, chociaż nieco oddalone
      od centrum, ale piękna pogoda i błękitne niebo umilały spacer po gwarnych ,
      zatłoczonych ulicach. Najwięcej hałasu robiły oczywiście, wszechobecne we
      Włoszech, skutery, na których niezwykle zręcznie przemieszczają się i młodzi i
      starzy, przepychając się najmniejszymi szparami w wąskich uliczkach. Parkingi
      specjalnie wyznaczone dla skuterów, są tak wypchane, setki pojazdów stoją jeden
      przy drugim, aż dziw, że właściciele są w stanie je odnaleźćsmile
      Zatrzymaliśmy się na moście nad rzeką Arno, podziwiając panoramę miasta, a po
      kilku minutach dotarliśmy na Campo di Miracoli, na którym znajdują się atrakcje
      Pisy, z Krzywą Wieżą w roli głównej. Po wejściu na plac poczułam się jakbym
      dostała obuchem...niezliczone tłumy turystów, stłoczone w ścieżkach
      ograniczonych łańcuchami i metalowymi barierkami, jak małpy w klatce,
      wszędobylscy, obwieszeni podróbkami torebek i zegarków, natarczywi murzyni,
      hordy Japończyków z kamerami i aparatami, rozwrzeszczani Amerykanie. Chyba
      odwykłam od tłumu, czułam się tak przytłoczona, że nawet niezwykła uroda
      katedry, baptysterium i wieży, błyszczących białym marmurem na tle błękitu
      nieba, nie powstrzymała naszej rejterady. Nawet jeść nam się nie chciało.
      Szybkim marszem dotarliśmy do samochodów, a potem klucząc po zatłoczonych
      uliczkach usiłowaliśmy się wydostać w stronę Lukki. Część grupy wybrała opcję
      autostradą, a my chcąc popatrzec na widoki, bocznymi drogami. Gdy w końcu
      znaleźliśmy wyjazd, byliśmy zachwyceni, droga prowadziła przez wzgórza,
      otaczające Pisę od północy. Pisa położona w centrum zupełnie płaskiej doliny
      widoczna jak na dłoni, a pośrodku, jak białe skały widoczne z daleka dopiero co
      obejrzane atrakcje. Piękna droga ok. 20 km nie dłużyła się wcale, Lucca, też
      położona na płaskim terenie, otoczona wysokimi murami obronnymi, można do niej
      wjechać przez kilka potężnych bram. Samochody należało zostawić na jednym z
      licznych parkingów umiejscowionych wzdłuż murów i piechotą do centrum. Miasto
      ma niezwykły charakter, ścisła zabudowa, wysokie, piękne kamienice, na dno
      wąskich ulic prawie nigdy nie dociera słońce, co chwila jednak wychodziliśmy na
      kolejne place, rozświetlone i obsadzone starymi drzewami i placyki ozdobione a
      to starą studnią, a to kolumną na czyjąś cześć. Kiszki nam już marsza grały,
      grupa, która pojechała autostradą już siedziała w knajpie i po kilku
      wskazówkach trafiliśmysmile Do pizzerii ?Antica Drogheria? (Via Elisa5/7)
      założonej w 1895 roku, wchodzi się przez sklep urządzony w stylu złotej
      dekadencji; wysokie na 4 m kunsztownie rzeźbione regały z niezliczoną ilością
      odmian słodyczy, potem wąskie przejście na zaplecze i przestronna, urządzona w
      stylu rustykalnym sala, ogromny piec na drewno i po prostu pyszne jedzenie.
      Ceny umiarkowane, ogromny calzone z szynką, grzybami, serem ok. 6 euro, sałatka
      z mozzarellą 4,5. Po sutym posiłku spacer ulicami miasta, niestety miejscowy
      targ, pod piękną katedrą był zamknięty, natomiast niezliczone małe sklepiki, o
      dziwo otwarte od 16, oferowały ogromny wybór drobiazgów i lokalnych przysmaków.
      Sklepiki z makaronami budziły mój niekłamany zachwyt: tyle fantazyjnych
      kształtów, kolorów, przepięknie opakowane, ale teź niezliczone dodatki do past:
      zioła, sosy, oliwy, suszone i marynowane w oliwie warzywa...hmmm...fantazjasmile
      Przed powrotem do domu siedliśmy na kawę przy rynku i wtedy, spiesząc gdzieś
      (na piechotę) w towarzystwie osób duchownych różnych wyznań, minęła nas pani
      premier Suchocka. Pomachaliśmy do niej, ale chyba nie zwróciła na nas uwagi.
      Żal było opuszczać to miasto, o tak przyjaznej atmosferze i nieodpartym uroku,
      ale zbliżający się zachód wołał do domu, po drodze trafiliśmy na stary akwedukt
      doprowadzający wodę do miasta, mijaliśmy wyjątkowo zadbane ogrody z palmami, no
      i cyprysy, cyprysy, cyprysy...
      cdn.
    • dado11 Re: Toskania..urocza...piękna... cz.5 21.10.05, 21:18
      No to wklejamsmile
      cd czyli cz. 5
      Sobota 1.10.2005
      Jako że sobota, trzeba było zrobić zakupy na dwa dni, więc delegacja ruszyła do
      miasteczka. Nasz, już zaprzyjaźniony, sklepik, jak zwykle pełen plotkujących
      starszych pań, które nie omieszkały bez najmniejszego skrępowania zaglądać nam
      do koszyków, głośno komentując, oczywiście, ich zawartość. Moja gimnastyka
      językowa wzbudzała powszechną wesołość, ale nie pozbawioną sympatii. Zresztą
      wyglądało na to, że jesteśmy jedną z ostatnich grup turystów, a miejscowi już
      jakby trochę odetchnęli po sezonie. Po zakupach poszliśmy na kawkę w rynku, do
      jedynej czynnej kafejki (w sumie są dwa lokale, drugi jakby mniej wytwornywink w
      miasteczku. Było dosyć chłodno, ale zza kamiennych murów powoli wyglądało ostre
      słońce, siedzieliśmy na małym tarasie i mogliśmy popodglądać życie miasteczka.
      Poniżej tarasu, u wejścia do knajpki, siedzieli rządkiem wyżelowani panowie,
      przy winku lub kawie, bacznie śledzili każdy ruch na placyku wymieniając
      niespiesznie poglądy na trudne do ustalenia kwestie. Senną atmosferę przerwało
      pojawienie się na placu czarnego BMW, z dwoma dobrze umięśnionymi gentelmenami
      w środku (czyżby mafia?). Wyrażnie ożywione grono uważnie nastawiło uszu, gdy
      dwóch młodych szybko załatwiało interesy z przybyłymi. Niedbale oparty o
      framugę baru carabiniere w cywilu (namierzyliśmy go kilka dni wcześniej)
      zaprzestał żucia wykałaczki i śledził wszystko spod półprzymkniętych powiek.
      BMW odjechało, atmosfera szybko wróciła do poprzedniego stanu, w drzwiach
      tabaccerii stanął znudzony młodzian i od czasu do czasu pokrzykiwał coś do
      pozostałych. W blaszanym, trzykołowym pojeżdzie, niemożebnie hałaśliwym,
      obwieszonym misiami, zajechał na plac dziadek z psem wywieszonym do połowy
      przez uchyloną szybę. Kilka młodych mam krążyło w tę i spowrotem z wózkami,
      starsze dzieci krążyły między nimi wrzeszcząc w niebogłosy. Udzielił nam się
      nastrój i tacy trochę rozlaźli wróciliśmy do domu. A tu niespodzianka -
      zamknęli nam basensad Pan, chyba zarządca, zaczepiony na tę okoliczność
      wytłumaczył: ?regolamento di Comuna Montecatini, primo ottobre finito? -
      zrozumieliśmy - administracyjny nakaz, i koniec dyskusji. Nieważne, że goście
      chętnie by popływali, nieważne, że piękna pogoda, przepisy i szlus! Na dodatek,
      zdjęte z basenu drabinki, niechlujnie oparte o murek, stały się zgrożeniem dla
      małej Heli. Gdy próbowała wspiąć się na nie, te runęły, ale szczęśliwie mały
      człowieczek zmieścił się między metalowymi szczeblami i skończyło się na paru
      siniakach i strachu, ufff.... Po obiadku, złożonym z przywiezionych z domu
      zawekowanych bitek (przed wyjazdem, nastraszeni ponoć niebotycznymi cenami...),
      pysznych klusek i michy sałaty, wsiedliśmy wszyscy do samochodów i pojechaliśmy
      do Volterry. Miasteczko właśnie budziło się do życia, na wąskie uliczki wyległy
      tłumy rozgadanej młodzieży, starsi panowie z kieliszkiem wina w ręku
      rozprawiali pod kafejkami i wejściami do swoich domów. Otworzyły się wszystkie
      sklepiki, zapadał zmrok, zapalone wszędzie lampki, latarenki, rozświetlone
      witryny, tworzyły atmosferę przytulną i ciepłą. Pomyszkowałyśmy z dziewczynami
      po przepastnych wnetrzach sklepów z torebkami, wyrobami z alabastru, biżuterią,
      wszedzie gwarny, barwny, przekrzykujący się tłumek, sympatyczni i nienatrętni
      sprzedawcy, bardzo miło. Swoją drogą do tej pory nie mogę odżałować, że
      pożałowałam sobie na piękną, alabastrową deskę do serów i niezwykle prostą w
      kształcie, ale ozdobną lampę z cienko szlifowanych płatków alabastrusad( Może
      jeszcze tam wrócę? smile
      Perspektywa powrotu do domu naszą koszmarną dróżką (12 km, wąska, bez
      oznakowań, serpentyna za serpentyną i roboty drogowe!!! wszystko naraz!) po
      zmierzchu, przyspieszyła odwrót, ale ponieważ to najbliższe od nas miasto,
      jeszcze tu wrócimysmile Wieczory coraz chłodniejsze, więc kolacja jeszcze na
      zewnątrz, ale już owinięci w koce....
      Niedziela 02.10.05
      Od rana pogoda nie wyglądała najlepiej. Chmurzyło się, przecierało, raz gorąco,
      raz zimno. W końcu każdy wziął jakieś ubranie na różne okoliczności i
      ruszyliśmy nad morze do Ceciny. Piękne portowe miasteczko, z niezbyt imponującą
      plażą, ale ładna zabudowa, bujne ogrody, oddzielone od brzegu i najsilniejszych
      podmuchów morskich szkwałów zwartym szpalerem pinii i nad podziw wyrośniętych
      oleandrów. Mimo to wiatr wzmagał na sile, pogoda psuła się z minuty na minutę.
      Usiedliśmy na chwilę w kafejce na deptaku, przeczekaliśmy pierwsze zacinające
      krople deszczu. Gdy się troszkę przetarło ruszyliśmy dalej wzdłuż brzegu,
      trafiliśmy na jarmark, z karuzelą w centrum, i ogromnymi budami na kółkach,
      gdzie królowała specjalność toskańska - ogromna pieczeń z mięsa wieprzowego
      (mocno związane płaty schabu i karówki, zdrowo przesypane ziołami i solą,
      owinięte słoniną i upieczone w całości, najwyraźniej w jakimś ogromnym piecu,
      gdyż całość miała rozmiar sporego świniaka. Specjalność przepyszna, krucha,
      soczysta, pachnąca, wręcz wymarzona zagrycha pod ciężkie czerwone winosmile Na
      marginesie odkryłam ze zdumieniem, że dominującą przyprawą w Toskanii nie jest
      wcale, tak przecież włoskie, oregano czy bazylia, ale rozmaryn. Dodają go do
      grissini, mięsa, sałatek, pieczywa, a do tego rośnie wszędzie, gdzie tylko
      wywalczy sobie kawałek przestrzeni. A jak pachniesmile Pomyślałam z czułością o
      zapomniamym, niezbyt kształtnym krzaku, stojącym w naszym ogrodzie i właściwie
      traktowanym trochę per noga... Na chwilę rozbłysnęło słońce, morze przybrało
      kolor turkusu, spienione grzywy fal odcinały się jaskrawą bielą od ciemnego
      horyzontu... Wsiedliśmy znów do samochodów i klucząc w labiryncie nadmorskich
      uliczek, dotarliśmy do portu jachtowego. Wszystko wskazywało na to, że za
      chwilę rozszaleje się sztorm....
      cdn.
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka