Dodaj do ulubionych

prosze pomóżcie :'-(

25.11.08, 01:03
Boje się że szarpanina przeobrazi się w coś więcej...

Problem pojawił się juz jakis czas temu, ale teraz osiągnął apogeum.Poszło o błachostkę. Mój narzeczony zaczął wrzeszczeć ,chciał wciągnąć w kłótnię pozostałą część jego rodziny , więc kurczowo go trzymałam za koszulkę...doszło do szarpaniny , koszulkę podarł , trzaskał drzwiami , kopał szafki. Na końcu wciągnął w to swoją matkę , która siedziała pietro niżej i niczego nie słyszała. Wyglądałam jak idiotka - siedziałam na brzegu kanapy , trzęsłam sie jak osika ze strachu i beczałam .
Takie sytuacje moge policzyć na palcach obu rąk - nie wiem czy to duzo czy mało na pięć lat zwiazku.Poprzednim razem postawiłam warunek , że musi z tą agresja poradzić sobie wraz z psychologiem - pomogło , ale nie na długo. Za pół roku mamy sie pobrać i wiem że tak być nie może , ale ja nie potrafie od niego odejść , za bardzo go kocham .
A on nie wyciagnie pierwszy ręki , znowu będziemy mieć cichy tydzień bądź dwa...tak tez być nie może

a (tym razem) poszło O NIĄ...

Narzeczona jego brata doprowadza mnie do wrzenia.Opowiada na prawo i lewo jaka to jest biedna że jej nie lubie , co chwilę słyszę od niej jakies złośliwe komentarze ale tylko kiedy jestesmy same. W towarzystwie wszystkiego sie wypiera , więc to ja wychodzę na najgorsza . Papuguje po mnie wszystko : sposób spędzania wolnego czasu ,ciuchy , buty , milion razy dziennie oglada moje zdjecia na portalach internetowych...wymiotuję już jej osoba. Matka mojego narzeczonego , jego brat , ojciec i on sam maja pretensje za mój stosunek do jej osoby . Mimo że na mojego narzeczonego też już podnosiła głos . Nie potrafie udawać że ją lubie i rozmawiać z nią o pogodzie na spotkaniach rodzinnych. Ani tez powiedzieć tej modliszce co o niej myślę w cztery oczy , bo wiem że obróci kota ogonem i znowu wyjdzie na biedactwo a ja na czarną owce. Pozwoliłam jej wejść sobie na głowę i teraz nie wiem co z tym zrobić . Może byłoby inaczej gdybym miala w tej sprawie wsparcie narzeczonego , ale wiem że to w końcu przyszła żona jego ukochanego BRATA...

błagam pomóżcie

bo nie wiem co zrobić ani z tą modliszką , ani z agresją narzeczonego :-(
Obserwuj wątek
    • premeda Re: prosze pomóżcie :'-( 25.11.08, 08:31
      Przeczytaj swój post jeszcze raz ale tak jakbyś była zupełnie obcą
      osobą. Co byś doradziła autorce?... Tylko jedno, żeby za żadne
      skarby nie wchodziła do tej rodziny. Masz przeciwko sobie
      narzeczonego, jego brata, rodziców i nawet narzeczoną owego brata.
      Myślisz, że to ma szansę się udać? Nie, nie ma żadnych szans.
      Szarpanina przed ślubem zmieni się w poniżanie i bicie po ślubie, do
      tego za każdym razem w sytuacji kryzysu będziesz musiała zmierzyć
      się z całą jego rodziną. Tutaj nie tylko o agresję chodzi ale
      również o niedojrzałość, a wręcz dziecinadę (bo za taką uważam
      mieszanie mamusi do spraw związku, jeszcze przed ślubem). Nie musisz
      się mierzyć z tą dziewczyną, skoro nie potrafisz/nie umiesz.
      Zapewnij sobie spokój psychiczny nie ogladając jej na oczy. Z
      miłością ciężko się mierzyć ale zawsze można kochać na odległość, a
      czas i separacja sprzyja przyjrzeniu się z dystansu wybrankowi i
      wygaśnięciu uczucia. Wiem o czym piszę, mam za sobą takie gorące
      toksyczne uczucie, a teraz mam tez kogoś innego z kim jestem
      szczęśliwa :)
    • lenkaaaa Re: prosze pomóżcie :'-( 25.11.08, 09:40
      Niestety autorka poprzedniej wypowiedzi ma rację. Agresja u partnera
      to nie jest małe piwo. Wiem, że trudno podjąć decyzję o odejściu bo
      pewnie siedzisz teraz i myślisz, że rzeczywiście on bywa
      agresywny,ale przeciez nie zawsze i w Waszym związku są też dobre
      chwile. Niestety po ślubie w takich przypadkach jest ich coraz mniej
      a agresja urasta do granic możliwości i Ty żyjesz tylko awanturami,
      kłótniami i analizowaniem swojej beznadziejnej sytuacji. Lepiej
      przemyśl wszystko i uciekaj gdzie pieprz rosnie. Nie obawiaj się
      tego, że straciłaś 5 lat. Przeciwnie zyskałaś 5 lat doświadczenia
      jak rozpoznać i unikać takich typów.
      Jeśli zdecydujesz sie zostać np. z prawdziwej bezwarunkowej i często
      ślepej miłości, czeka Cię ciężka i czasami bezowocna praca. W każdym
      razie powodzenia.
      Jeśli chodzi o przyszłą szwagierkę to recepta jest prosta. Okazuj
      oscentacyjny wręcz, brak zainteresowania. Nic jej tak nie ostudzi
      jak brak uwagi z Twojej strony. Ignoruja ją na każdym kroku. Nie
      reaguj na zaczepki, uszczypliwości, nie wdawaj sie w utarczki
      słowne. Nie będzie miała argumentów. Może samam zrozumie , że jest
      dla Ciebie mało interesująca. Powodzenia
    • caysee Re: prosze pomóżcie :'-( 25.11.08, 12:54
      Ja tu widze relatywnie proste rozwiazanie obu problemow na raz: rozstanie. Bo
      jesli taka szwagierke czy rodzine jakos moze by sie dalo tolerowac albo liczyc
      na zmiane, to szarpaniny i obrazanie przez tydzien jeszcze przed slubem nie
      wiaza dobrze na przyszlosc. Jezeli masz 23 lat jak w twoim nicku, to pomysl
      sobie - co to jest te 5 lat zwiazku w porownaniu z 50 latami wspolnego zycia
      ktore was byc moze czekaja? Lepiej sie wziac w garsc i rozstac, przebolec w pare
      miesiecy, niz wychodzic za maz za kogos o takim poziomie agresji. Wierz mi, na
      swiecie jest na peczki fajnych facetow.


      --
      Make love, not war :)
      • marzeka1 Re: prosze pomóżcie :'-( 25.11.08, 15:00
        "Za pół roku mamy sie pobrać i wiem że tak być nie może , ale ja nie potrafie od niego odejść , za bardzo go kocham ."- wiesz co? a wyjdź za niego, na 100% zmarnujesz sobie z nim zycie, faceta ma wszelkie zadatki na przemocowca. Jeśli się zmieni, to na chwilę, do ślubu, by poudawać, potem już nie będzie musiał, dostaniesz co jakiś czas regularny oklep i jeszcze wmówi tobie,że wina jest twoja. Nigdy w życiu nie weszłabym do takiej rodziny, niegdy, przenigdy. Jak ktoś radził wczesnie- przeczytaj swój post jakbyś była obcą osobą, jakby nie chodziło o ciebie- wiesz, gdy to się czyta, można się przerazić, co sobie szykujesz.
        NIC w tym opisie faceta nie rokuje dobrze, a ty piszesz,że bardzo go kochasz- za co? za urok osobisty czy ten rozkoszny foch,gdy tydzień z tobą nie gada i chce ci wtłuc??? wyjaśnij, bo nie rozumiem.
    • m1nsk Re: prosze pomóżcie :'-( 25.11.08, 15:46
      Podpisuję się pod wypowiedziami poprzedniczek. Chciałabym abyś miała tyle siły
      by z nim zerwać, z nim i jego pokręconą rodziną. Jeśli masz 23 lata jak w nicku
      to masz jeszcze naprawdę czas. Ja w Twoim wieku byłam zakochana w facecie i
      tolerowałam jego fochy w imię jakiegoś chorego uczucia. Wiedziałam że nie jest
      on dobrą partią dla mnie ale było mi wtedy ciężko samej. W końcu po tym jak mnie
      naprawdę skrzywdził podjęłam decyzję o rozstaniu i teraz (a mam 28 lat) kocham
      cudownego chłopaka, który mnie kocha i szanuje, dla którego jestem ważna. Tamto
      nauczyło mnie że trzeba się trzymać z dala od sqrw... Jestem pewniejsza siebie i
      silniejsza.
      Życzę Tobie byś uporała się z problemami... Trzymaj się!
    • clementinne Re: prosze pomóżcie :'-( 25.11.08, 21:34
      someone23 napisała:

      > A on nie wyciagnie pierwszy ręki , znowu będziemy mieć cichy
      > tydzień bądź dwa...

      Czyli nie dość, że jest wobec Ciebie agresywny, to jeszcze nie jest
      zdolny do gestów pojednawczych, takie zero poczucia winy i zdawania
      sobie sprawy z tego, że zrobił coś nie tak. To fantastycznie wróży
      na przyszłość. On Cię będzie tłukł, i jeszcze Ty go będziesz
      przepraszać i wyciągać rękę na zgodę.

      A wiedz, że jakoś tak na tym świecie już jest, że takim typom po
      ślubie już kompletnie puszczają hamulce i robią się jeszcze bardziej
      bezwględni i agresywni: papierek daje im jakieś takie przyzwolenie
      na bycie bezwzględnymi i na nieliczenie się z drugą osobą. Bo
      przecież małżeństwo już jest, wiec sobie można odpuścić pozory.

      Poza tym, wychodzisz też za mąż za całą rodzinkę negatywnie
      nastawionych do Ciebie ludzi: nie dość, że on Cię będzie atakował,
      to jeszcze oni mu będą przyklaskiwać. Zawsze Ty będziesz winna,
      zawsze Ty będziesz ta najgorsza.

      To tak, jakbyś teraz była z kimś, kto czasem zachowuje się jak
      rozwścieczony rottweiler. Ale bywa też miłym, kochanym, dobrym
      pieskiem, i za to go kochasz. Ale ślub, to będzie wejście do
      wielkiej klatki, w której on zrzuci swoją "ludzką maskę" i puści
      wolno tego rottweilera, a dodatkowo, będzie ich tam jeszcze kilka:
      jego brat, jego narzeczona, jego matka. A Ty będziesz zupełnie sama.


      --
      Black Label & Me. Moja biżuteria.
      Moja biżuteria w Decobazaar.
    • someone23 :( 27.11.08, 12:12
      Dziękuje , wasze wypowiedzi bardzo mi pomogły

      Na pewno nie czuję się już taka bezradna wobec tej sytuacji , ale nadal jest mi bardzo ciężko , bo trudno tak przekreślić 5 lat życia

      Na razie zjawił się żeby przeprosić , ale przy okazji miał mnóstwo pretensji i nie zdawał sobie sprawy z tego co zrobił

      Postanowiłam , że zanim podejmę decyzję o rozstaniu postaram się jeszcze rozwiązać ten problem razem z nim u psychologa

      Nie wiem czy to coś da , ale szkoda mi tego ślubu , tych wszystkich lat . Z drugiej strony zdaję tez sobie sprawę jak bardzo mnie upokorzył :(((
      • marzeka1 Re: :( 27.11.08, 14:37
        "ale szkoda mi tego ślubu , tych wszystkich lat "- zaglądam tu, chociaż młodą mężatką nie jest, bo po ślubie już 19 lat, więc powiem tak: ślub i wesele to JEDEN dzień, fakt, bardzo ważny, ale tylko jeden z szeregu następnych, jeśli dla tego jedengo dnia nie boisz się, ze zmarnujesz następne, a raczej zmarnujesz, bo on gdyby miał silną wewnętrzną motywację, zmieniłby się, ale już NA PEWNO nie zmieni się jego rodzina, a wychodząc za mąż, wejdziesz do tej rodziny.
        Poza tym, lepiej przeboleć 5 lat niż całe następne lata życia.
      • premeda Re: :( 28.11.08, 10:57
        Upokorzył Cię, nie zdaje sobie sprawy z tego co zrobił, cóż wg niego
        nic nie zrobił takiego, a przeprosił Cię dla świętego spokoju, a
        tobie szkoda ślubu? A nie szkoda Ci tych wsszystkich lat po ślubie?
      • horpyna4 Re: :( 28.11.08, 11:28
        Zrób baranka o ścianę z rozbiegu, to może oprzytomniejesz i dotrze do
        Ciebie, że facet stosujący przemoc przed ślubem nie pokazuje jeszcze
        wszystkich swoich możliwości, bo nie chce, żeby ofiara od niego
        uciekła. Dopiero po ślubie tak naprawdę zaczyna się to, czego masz
        teraz przedsmak. Facet czuje się pewnie, bo uważa żonę za swoją
        własność.
        Ale Ty go oczywiście kochasz, żal Ci ślubu, to rób, jak uważasz.
        Tydzień po ślubie będziesz tu zakładać wątki w stylu "mąż mnie
        maltretuje, wybił mi zęby, złamał mi rękę, ale ja go kocham i co mam
        zrobić?"
          • someone23 ??? 02.12.08, 02:20
            Przeczytałam wszystkie wasze wypowiedzi i bardzo wziełam je sobie do serca .
            Gdyby nie one to pewnie nawet po tym co się stało nie myślałabym o rozstaniu ,
            bo zwyczajnie nie starczyłoby mi na to sił. Wiem , że może patrzac na to z boku
            zachowuje się jak idiotka , ale nic na to nie poradze , że czuje sie strasznie
            kiedy myślę o rozstaniu bo naprawde bardzo go kocham .Moze kocham
            bezinteresownie i ślepo , ale przeciez nie kocha się kogoś za coś - tylko po
            prostu się kocha .

            Byłam nawet zdziwiona , bo w przeciwieństwie do jego standardowych zachowań ,
            przyjeżdżał , wydzwaniał , przepraszał i chciał się spotkać . Nie reagowałam na
            to , powiedziałam tylko , że ma wybrać : albo się roztajemy , albo zda sobie
            sprawę z problemu i dojrzeje do pójścia na terapie . Wybrał terapie ale kiedy
            znów zadzwonił i chciał się spotkać , ale poinformował mnie jednoczesnie , że
            jeszcze nas nie umówił , powiedziałam , że spotkamy się dopiero u
            psychologa.Wtedy przestał zabiegać o spotkanie.

            Po paru dniach nie wytrzymałam i napisałam czy w końcu nas tam umówił
            ,poinformował mnie tylko , że nie. Zadzwoniłam więc do niego i zapytałam czy w
            ogóle ma zamiar to zrobić , czy jednak wybiera rozstanie . Stwierdził , że
            wybiera rozstanie , bo jeszcze nie czuje się "czubkiem" , żeby iść do psychologa
            . Po długiej rozmowie w końcu się zgodził , następnego dnia przesłał mi nr ,
            umówiłam nas na terapie dla par i dałam przyzwolenie na spotkanie przed terapią .

            Spotkaliśmy się i z jednej strony czułam ból , rozgoryczenie i niechęć do niego
            , z drugiej , że wciąż bardzo go kocham i dzięki temu , że porozmawialiśmy o
            tym co się stało na spokojnie i że w ogóle go zobaczyłam całe napiecie ze mnie
            ucieka i w końcu nie czuje sie tak fatalnie jak wtedy kiedy sie nie widzielismy
            , robie się spokojniejsza . Deklarował , że miał zamiar umówić nas dopiero w tym
            tygodniu , bo czekał na wypłate i jeśli widziałby pozytywna reakcję z mojej
            strony po telefonie informującym mnie o terminie wizyty znów zacząłby zabiegać o
            spotkanie . Deklarował , że wie jak źle zrobił , że już mnie za to nie obwinia ,
            jeszcze raz parokrotnie za wszystko przepraszał.

            W między czasie w akcie desperacji szukałam pocieszenia przez internet i
            poznałam miłego chłopaka . Nie potrafiłam przestać z nim rozmawiać , tylko
            podczas tych rozmów potrafiłam się usmiechać . Powiedziałam mu , że potrzebuje
            przyjaciela , a nie chłopaka , zaproponował parokrotnie spotkanie , odmówiłam ,
            ale dzis powiedziałam , że jednak mozemy się spotkać.
            Nie wiem , czy dobrze robie , nie chce go skrzywdzić , czuję się z tym
            jednoczesnie trochę tak jakbym miała zdradzić narzeczonego , bo takie spotkanie
            na kawie to tez jakaś forma zdrady.

            Doradźcie mi prosze , bo ja już nie mam sił na tą sytuację . Nie wiem co robie
            dobrze a co źle. Nie wiem czy dobrze robie ratując zwiazek , czy może powinnam
            iść już inna droga. Wiem tylko tyle : wciaz bardzo go kocham i wciaż brzydzę się
            tym co zrobił i jak mnie upokorzył. Wybaczyć mu ???
            • kiecha3 Re: ??? 02.12.08, 06:43
              na forum nikt ci nie odpowie czy masz wybaczyć... a nawet jeśli taki się trafi, ty nie musisz go słuchać... zapamiętaj że to twoje życie.. to ty masz je przeżyć tak, by na końcu niczego nie żałować... Walcz o siebie....

              Co do spotkania z tym chłopakiem... czemu nie... przecież od razu zastrzegłaś że szukasz przyjaciela, partnera do rozmowy.. a nie narzeczonego... idź.. wygadaj się.. popłacz sobie... daj upust tym wszystkim emocjom...
              Jeśli mam się wypowiedzieć na temat obecnego pana.. hm... on wcale nie chciał was nigdzie omówić.. on się nie wybiera na żadną terapię.. przynajmniej tak wynika z twojego opisu...
              Nie walcz na siłę o niego.. wręcz przeciwnie.. pokaż mu że możne cię stracić... już mu wytłumaczyłaś w czym rzecz.. co ci się nie podoba.. dałaś ultimatum.. szkoda tylko że nie wytrzymałaś w postanowieniu.. i się z nim spotkałaś przed dotrzymaniem przez niego słowa... on teraz wie, że nie masz silnej woli.. i będzie to wykorzystywał..
              Uważam że ze spokojnym sumieniem możesz iść na spotkanie z nowym znajomym, spokojnie możesz obecnemu powiedzieć o takim spotkaniu... i uważam że nie powinnaś przed sesja z terapeutą się więcej spotykać z teraźniejszym....

              Ale to tylko moje zdanie.. i moja opinia.. wielu się może z nią nie zgodzić.. i mieć rację...

              Ja cie tylko proszę, byś wybrała dla siebie dobrze... żebyś była w pełni świadoma konsekwencji jakiegokolwiek wyboru....
              Pozdrawiam.
              --
              .... wielokropek....
              abcslubu.pl/suwak/11_10_2007_11_2_1999_66.png
              tickers.TickerFactory.com/ezt/d/4;54;122/st/20071224/e/sie+zareczylismy.../k/21db/event.png
            • marzeka1 Re: ??? 02.12.08, 14:44
              "Wiem tylko tyle : wciaz bardzo go kocham i wciaż brzydzę się
              tym co zrobił i jak mnie upokorzył. Wybaczyć mu ???"- ależ nikt za ciebie nie podejmie tej decyzji,bo to twoje życie. Piszesz, że bardzo go kochasz, ale miłośc nie wystarczy, gdy będziesz upokarzana, dostaniesz oklep, będziesz nikim, a pan jeszcze swoich możliwości nie pokazał. Chcesz za parę lat pisać: wyszłam za chama, miłośc minęła, on mnie bije, co robić???? Są faceci, dla któych nie warto ratować związku i ten, moim zdaniem, taki jest.
              • miaau Re: ??? 03.12.08, 06:35
                Przyjaciel - pocieszyciel?!?
                Najpierw zakończ jedną sprawę, później zaczynaj następną.
                A gdyby Twój narzeczony chcąc odreagować sytuację (nie oceniam w żaden sposób
                jego wcześniejszego zachowania), bo to ultimatum to też dla niego na pewno stres
                zaczął się spotykać z nową koleżanką, to jak byś zareagowała?
                Dla mnie takie umawianie się z obcymi facetami to chodzenie po cienkim lodzie i
                kolejny znak, że nie chcesz ratować jednak tego związku..
                • miaau Re: ??? 03.12.08, 06:38
                  jeszcze co ciekawe nie boisz się, że skrzywdzisz narzeczonego, przyszłego męża,
                  faceta z którym miałabyś spędzić resztę swojego życia, który będzie miał być dla
                  ciebie w ciężkich chwilach oparciem, przyjacielem i kochankiem, tylko obcego
                  gacha, z którym rozmawiałaś na sieci...
                  albo zakończ ten związek albo zastanów się nad swoim żenującym zachowaniem.
                    • miaau Re: ??? 03.12.08, 13:44
                      to niech się rozstanie z jednym i wtedy zaczyna z drugim, zero szacunku do
                      faceta, który jeszcze jest jej narzeczonym, a gdyby napisała, że jej narzeczony
                      spotka się z nową koleżanką, i mówi, że to TYLKO koleżanka, którą poznał na
                      sieci i że przy niej się uśmiecha, to już widzę jak zostałby zjechany i wyzwany
                      na forum, ale laska, tak, biedna, niech doprawia narzeczonemu rogi, taka biedna
                      w końcu..
                      • someone23 Do miaau 03.12.08, 13:58
                        A on wykazał się szacunkiem w stosunku do mojej osoby zachowując się agresywnie ?
                        Uważasz , że jego zachowanie było w porządku?
                        Zachowałbyś sie podobnie w stosunku do kobiety która byś kochał?

                        To spotkanie nie miało być randką , tylko formą wygadania się , uwolnienia
                        emocji , tonący brzytwy się chwyta...
                        Poza tym czasem dobrze jest usłyszeć zdanie osoby postronnej , to otwiera oczy
                        na wiele spraw.

                        Rozumiem , że mój narzeczony przezywa stres w związku z postawionym mu ultimatum
                        , ale z jednej strony musi wypić piwo które sam naważył , a z drugiej po takim
                        zimnym prysznicu to i tak dużo z mojej strony. Gdyby nie to co podpowiada mi
                        serce , nie umówiłabym nas do terapeuty , tylko zarwała znajomość raz na zawsze.
                        • miaau Re: Do miaau 03.12.08, 19:17
                          tak się składa, że jestem kobietą i w pewnym momencie mojego narzeczeństwa
                          postąpiłabym podobnie (też pozornie wydawało mi się że to nic takiego) tylko, że
                          mój wtedy narzeczony (teraz już od 2,5 roku mąż) uświadomił mi jak go ranie
                          samymi takimi rozmowami z obcym facetem, że boli go to bardziej niż gdybym go
                          fizycznie zdradziła, wiele mnie ta sytuacja nauczyła myślę że nie doceniamy
                          emocjonalnej strony facetów - zachowując się w ten sposób, świadomie czy nie
                          odpychasz faceta. więc zakończ ten związek z pełną świadomością albo go z pełną
                          świadomością ratuj.

            • tojatojatoja Re: ??? 03.12.08, 20:01
              someone23 napisała:

              > czuje sie strasznie
              > kiedy myślę o rozstaniu bo naprawde bardzo go kocham .Moze kocham
              > bezinteresownie i ślepo , ale przeciez nie kocha się kogoś za coś - tylko po prostu się kocha

              A to już jest KOMPLETNA BZDURA!!!

              Jak najbardziej kocha się za coś!!!

              Kocha się za to, że ktoś jest dobry, że szanuje Ciebie i innych ludzi, że nie poniża, nie wyzywa, nie reaguje agresją na problemy, że stara się zrozumieć Twój punkt widzenia, a nawet jeśli się z nim nie zgadza, to szanuje, że masz odmienne zdanie. Kocha się za umiejętność kończenia ewentualnych konfliktów w sposób dorosły, kocha się za chęć dokonywania zmian w sobie, gdy się widzi, że krzywdzisz drugiego człowieka, kocha się za zaradność i zabieganie o to, by osoby przez nas kochane czuły się szczęśliwe. To tylko kilka rzeczy, za które kocha się drugiego człowieka...

              Dlaczego Ty go kochasz? Nie wiem i nie chcę o tym myśleć, bo to, co jest między Wami, to jakaś tragedia w czterech aktach, ale na pewno nie MIŁOŚĆ.

              Czytając Twoje dalsze wypowiedzi, widzę, że również Tobie daleko do dojrzałości... Może zanim wpakujesz się w kolejny związek, daj sobie czas na dojrzenie do relacji z normalnym, dojrzałym mężczyzną? Może warto, żebyś pobyła sama i przemyślała, co jest dla Ciebie ważne, jak chcesz, by wyglądało Twoje życie, Twoje związki, jakie wartości będą dla Ciebie najistotniejsze, czego nie dasz w sobie zniszczyć, zadeptać, czy warto dawać się poniżać "w imię miłości"? Może warto, by towarzyszył Ci w tej drodze psycholog? Tobie! A nie Wam!
    • someone23 pierwsza wizyta 04.12.08, 15:18
      Co do mojej znajomości internetowej to skończyło się na rozmowach . Wygadałam
      się i tyle . Przeszło mi przez myśl spotkanie z tym znajomym , bo gubię się już
      trochę w tej sytuacji i sobie z nią w pojedynkę nie radzę . Nigdy wcześniej
      podczas tych pięciu lat nawet bym o tym nie pomyślała , bo chodzi mi w życiu o
      poczucie bezpieczeństwa , a nie o przygody.

      Jesteśmy już po pierwszej wizycie u terapeuty .Wiem , że jeśli oboje
      zaangażujemy się w te spotkania , to da nam to bardzo wiele . Staram się
      wyciągać wnioski ze stwierdzeń , które tam padały . Pozostaje mieć nadzieję , że
      on zrobi to samo. Podczas tego spotkania powiedział , że owszem była szarpanina
      , ale nigdy w życiu by mnie nie uderzył . Psycholożka odpowiedziała mu , że
      wcale nie jest tego taka pewna , bo widzi że on podczas takich wybuchów nie
      kontroluje się i wie , że po przekroczeniu pewnych granic kolejny krok robi sie
      już bardzo łatwo . Tylko czy on weźmie to sobie do serca i będzie chciał to
      zmienić ...

      • marzeka1 Re: pierwsza wizyta 04.12.08, 17:26
        "Tylko czy on weźmie to sobie do serca i będzie chciał to
        > zmienić ...
        >"- może poczekaj trochę i przede wszystkim nie śpiesz się tak ze ślubem,bo ty oprócz problemu z agresją faceta, masz problem z jego rodziną. Wyjście za mąż nie rozwiąże tych problemów w cudowny sposób.
      • someone23 pierwsza wizyta 05.12.08, 15:04
        Chciałam jeszcze dodać , że na jedną rzecz szczególnie zwróciłam uwagę podczas wizyty u psycholożki .
        W pewnym momencie zapytała nas :
        "O co tu chodzi ? Ty jesteś cała roztrzęsiona ( w pewnym momencie tego spotkania się poryczałam , nie spodziewałam się po sobie takiej reakcji ), a ty rozmawiasz najspokojniej w świecie "

        Nie wiem , czy ta obojętność z jego strony jest wynikiem zmęczenia tą sytuacją , tym , że w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego co zrobił , czy po prostu obojętnością wobec mojej osoby.
        Od awantury w której zachował się agresywnie minęły 2 tygodnie . W tym czasie widzieliśmy się 3 razy : raz kiedy mu zakomunikowałam , ze ma wybrać rozstanie badź terapie , drugi raz przed wizytą u psychologa i trzeci już u psychologa. Najpierw przez 3 dni po awanturze nalegał na spotkanie , ale ja nie chciałam , by zmobilizować go do umówienia nas na wizytę . Po wyjściu od psycholożki nie chciałam się widzieć bo musiałam pozbierać myśli. Mija kolejny dzień , a wygląda na to , że odezwie się do mnie dopiero podczas kolejnej wizyty, za tydzień z kawałkiem.

        Nie wiem czym jest spowodowany ten totalny brak inicjatywy .
        Może nie warto walczyć o kogoś , kto nawet nie zadzwoni zapytać jakie są moje odczucia po tym spotkaniu???
        • m1nsk Re: pierwsza wizyta 05.12.08, 16:17
          Może wreszcie to zrozumiałaś?
          Ja myślę, że nie warto czasem walczyć do upadłego bo ta druga strona nie
          zasługuje, nie docenia... i tak miałaś dużo świętej cierpliwości, za dużo z
          siebie dałaś. On się ewidentnie nie stara...
          Wiem, że może ciężko Ci w to teraz uwierzyć ale możesz być szczęśliwa zupełnie z
          kim innym, możesz się znów zakochać na zabój, co więcej - będziesz później
          myślała, "ja chyba na głowę upadłam, chcąc z nim być".
          Sorry, ale wiem co mówię, bo wierz lub nie, mam podobne doświadczenia. Też
          walczyłam o złudne uczucie, usprawiedliwiałam tamtego kogoś, kto mnie tylko
          ranił i krzywdził, teraz jestem mega szczęśliwa i w przyszłym roku biorę ślub z
          naprawdę cudownym chłopakiem. I Tobie tego właśnie życzę, ślubu z kimś, kto Cię
          będzie kochał, szanował i doceniał a nie krzywdził na każdym kroku.
          • marzeka1 Re: pierwsza wizyta 05.12.08, 18:04
            Nie mam już żadnych wątpliwości,że facet nie zasługuje na drugą szansę, jedn jest pewne, obyś nie przypomniała sobie tych postów po latach: gdy wyjdziesz za niego po euforii miodowego miesiąca będzie tylko gorzej.Warto jednak związać się za facetem,dla któego ty i twoje uczucia będą ważne, który nie będzie wobec ciebie agresywny, którego nie będziesz musiała ciągnąć na terapię, bo jest agrsywny PRZED ślubem, bo nie będzie terapii w ogóel potrzebował.Są tacy faceci, niepotrzebie zmarnowałaś na tego niewłaściwego aż 5 lat.
    • someone23 kolejna wizyta - Proszę doradźcie! 13.12.08, 17:58
      NIE WYTRZYMAŁAM

      Możecie o mnie pomyśleć , że jestem niedojrzała i infantylna jak nastolatka ,
      ale spotkałam się z internetowym znajomym. Wszystko wskazywało na to , ze mój
      narzeczony nie odezwie się do kolejnej wizyty u psycholożki , więc odnalazłam w
      sobie siły , uznałam ten związek za zakończony i poszłam na spotkanie , tym
      bardziej że tego dnia zostaliśmy zaproszeni do jego znajomego na chrzciny , ale
      on zadecydował , ze woli iść sam . Byłam przerażona , bo mimo iż z góry
      zaznaczyłam , że to ma być tylko w sferze przyjacielskiej wystraszyłam się
      samego faktu , ze mogę cos jeszcze poczuć do kogoś innego.
      Poszłam na to spotkanie ...i jedyne o czym myślałam , to żeby jak najszybciej
      wrócić do domu. Zdałam sobie sprawę , że nie potrafię zakończyć tego związku ,
      że jestem na narzeczonego wściekła , ale tez bardzo za nim tęsknie i nie
      potrafię juz sobie wmawiać , że jest inaczej.
      Nie wytrzymałam , wróciłam do domu i napisałam mu , że nie mam zamiaru spotkać
      sie z nim wyłącznie raz w tygodniu u psycholożki , ze mam dość jego braku
      inicjatywy i albo jutro zjawi się u mnie z postanowieniem ,że chce walczyć o ten
      związek i ze swoją agresją , albo wybiera rozstanie i już nigdy więcej nie
      zobaczy mnie na oczy.

      Przyjechał. Kazałam mu napisać na 3 kartkach - co jemu przeszkadza w moim
      zachowaniu , co uważa , ze powinien zmienić w sobie , abym była z nim szczęśliwa
      i za co mnie kocha. To był chyba dobry pomysł na rozpoczęcie rozmowy , ale nadal
      obwiniał mnie za swoje wybuchy złości , nadal nie widziałam , zeby dotarło do
      niego co zrobił.
      Od słowa do słowa rozpoczęła sie kolejna kłótnia , w pewnym momencie stwierdził
      , że dłuzsza rozmowa nie ma sensu i że wychodzi.
      Myślałam , że serce mi pęknie i nie wytrzymałam. Nie poznałam samej siebie .
      Zaczęłam traktować go jego własną bronia i koniec końców podziałało.
      Wykrzyczałam mu wszystko tak głośno jak tylko potrafiłam.Wyszedł.Zadzwoniłam i
      wrzeszczałam na niego dalej.Ostatecznie po parogodzinnej rozmowie przyjechał ,
      zmiękł , płakał i mówił , że widząc moje zachowanie dostrzegł jak ja musiałam
      się czuć.

      Od następnego dnia przyjeżdżał i widziałam , że bardzo się stara.Były kwiaty ,
      słodkości , czułe gesty , ale przede wszystkim widziałam , ze dużo czyta na
      temat radzenia sobie ze złością , dużo rozmawialiśmy na temat tego do jakich
      wniosów doszedł na podstawie tych artykułów.Kupiłam mu książkę "Życie ze
      złościa" , która mamy wspolnie przeczytać.

      Dzisiaj minęły 3 tygodnie od tej awantury , z czego rozmawiamy ze sobą niecały
      tydzień i jestesmy juz po drugiej wizycie u psycholżki , kolejna za tydzień.Ta
      rozmowa wygladał juz zupełnie inaczej niż pierwsza. Widziałam , że się
      zaangażował , nie był juz taki obojetny, po wyjściu ze spotkania podziekwał mi ,
      ze go na nie namówiłam , bo zobaczył , ze to jednak moze pomóc.

      Bardzo go kocham , widze , że sie stara , ale ciagle mu nie ufam.
      Planowany ślub miał być za pół roku . W te święta mieliśmy o terminie powiedzieć
      moim rodzicom ( o zaręczynach oczywiscie wiedza , tylko nie mówilismy im jeszcze
      na kiedy zarezerwowalismy sale i cała resztę). Nie wiem czy lepiej nic im nie
      mówić i poczekać na rozwój sytuacji - tylko , że jeśli jednak zdecyduję się na
      ten ślub to przecież to bedzie nietaktem jeśli poinformuję ich na miesiąc czy
      dwa przed . Czy może poczekać do świąt , poinformować ich , tylko zaznaczyć
      narzeczonemu , że w kazdej chwili nie omieszkam im powiedzieć , że wszystko
      odwołane , jesli jego napady zlości się powtórzą. Czy moze w ogóle odpuścić
      sobie w przyszłym roku planowanie tego typu uroczystości?

      Nie mam pojecia co powinnam zrobić. Nie wiem czy pół roku ( tym bardziej w
      ferworze przygotowań do slubu , jeśli sie na takowy zdecyduję) to wystarczajaca
      ilość czasu zeby sie przekonać , czy dzieki spotkaniom z psychologioem on
      nauczył sie panować nad złoscia?

      Na razie zaznaczyłam narzeczonemu , ze muszę mu znów zaufać i zadnego slubu nie
      będzie oraz że nie zjawie się w najblizszym czasie w jego domu w zwiazku z tym ,
      że wciagnał w awantiurę matke i jest mi zwyczajnie wstyd.

      Mam mętlik w głowie.Nie wiem czy informować rodziców czy dać sobie spokój.
      PROSZĘ DORADŹCIE :(
      • kaatrin Re: kolejna wizyta - Proszę doradźcie! 13.12.08, 21:07
        Droga someone23,
        Przeczytalam Twoj watek. Po takiej akcji, jak tu miala miejsce slub
        za pol roku bylby glupota nie z tej ziemi. Powinnas odlozyc
        jakiekolwiek myslenie o zamazpojsciu na minimum 2-3 lata, potem
        ewentualnie wrocic do tematu. Nie jestescie gotowi na taka decyzje,
        daj sobie czas na sprawdzenie, czy rzeczywiscie sytuacje z
        agresywnym zachowaniem narzeczonego opisane w tym watku nie powtorza
        sie (niestety przypuszczalnie sie powtorza).

        Piszesz, ze kochasz narzeczonego, bo nie kocha sie za cos. W wieku
        23 lat czesto jeszcze sie czlowiekowi cos "wydaje". Zastanow sie
        czy nie mylisz kochania z przyzwyczajeniem, przywiazaniem do drugiej
        osoby. 5 lat to szmat czasu, wiadomo, macie rozne pozytywne
        przezycia razem. Twoj narzeczony Cie nie szanuje, to nie jest dobry
        znak na przyszlosc. Daj sobie czas.
        • marzeka1 Re: kolejna wizyta - Proszę doradźcie! 14.12.08, 12:47
          "Przeczytalam Twoj watek. Po takiej akcji, jak tu miala miejsce slub
          za pol roku bylby glupota nie z tej ziemi."- zgadzam się w 100%. Wiesz co? ty nie szukasz porady, ty już wiesz, bo kochasz itp.w ten deseń.
          Za rok, dwa, być może pod zmienionym nickiem napiszesz o tych samych problemach, tylko że w małżeństwie.
      • someone23 Re: kolejna wizyta - Proszę doradźcie! 15.12.08, 02:00
        To co według Ciebie powinnam zrobić?

        Nie przekładać decyzji o ślubie na kolejny rok , czy następny , bo już nie ma sensu?
        Przestać walczyć o ten związek ?
        Uważasz , że nie ma możliwości żeby na spotkaniach z psychologiem nauczył sie
        raz na zawsze panować nad agresją ?

        Chcę walczyć o ten związek , bo czuję , że to miłość a nie zauroczenie czy
        przywiązanie . Chcę pomóc osobie która kocham . Chcę poczekać i dać mu ostatnią
        szanse , bo łudzę się , ze coś jeszcze da się z tym zrobić.
        Nie potrafiłam się pozbierać do kupy kiedy chciałam z tym skończyć i docierało
        do mnie , że to już będzie koniec .

        Czy to kompletna głupota i naiwność ?
        • kaatrin Re: kolejna wizyta - Proszę doradźcie! 15.12.08, 06:46
          > Uważasz , że nie ma możliwości żeby na spotkaniach z psychologiem
          nauczył sie raz na zawsze panować nad agresją ?

          Ja niestety tego nie wiem (moze zapytaj psychologa? - oczywiscie na
          osobnosci). Z moich obserwacji i doswiadczenia (tak, niestety,
          doswiadczenia) jednak wynika, ze tego rodzaju problemy PO SLUBIE sie
          poglebiaja i najrozsadniej bedzie plany malzenske odlozyc. Jesli
          masz, tak jak sugeruje Twoj nick lat 23, to nie ma sie co spieszyc.
          Za dwa lata oboje bedziecie dojrzalsi.
          • someone23 Re: kolejna wizyta - Proszę doradźcie! 16.12.08, 20:15
            Może to nie jest zły pomysł zeby zapytać o to psycholozkę

            Co do wieku , ja mam 23 lata , narzeczony 27.

            Zastanawiam się czy skoro tego typu problemy narastają po ślubie , to czy przesunięcie terminu slubu na kolejny rok cos zmieni?
            Czy jeśli jedyna motywacja dla niego bedzie to zeby ten slub w ogóle się odbył ,nie bedzie sie starał tylko do momentu aż rzeczywiscie bedzie miał miejsce?
            Czy pół roku , półtora wystarcza zeby się przekonać czy robię słusznie i czy nie skazuje siebie na toksyczne małzeństwo ?
            Z drugiej strony nie mozna odkladać tej decyzji w nieskończoność , nie chę chodzić z kimś/być zaręczoną nie wiadomo jak długo bez konkretnych planów na przyszłość ( latem 2009 bedziemy już ze sobą 6 lat )
            • marzeka1 Re: kolejna wizyta - Proszę doradźcie! 16.12.08, 20:35
              "Zastanawiam się czy skoro tego typu problemy narastają po ślubie , to czy przesunięcie terminu slubu na kolejny rok cos zmieni?"- raczej zmieni niewiele, ale może warto jednak zastanowić się czy W OGÓLE jest sens z taką osobą brać ślub. Slub to tylko jeden dzień, a potem z tą osobą masz przeżyć (teoretycznie) życie,chcsz z nim je tak właśnie spędzić??? i do tego z upiorną rodzinką????
            • kaatrin Re: kolejna wizyta - Proszę doradźcie! 17.12.08, 06:43
              > Czy pół roku , półtora wystarcza zeby się przekonać czy robię
              słusznie i czy nie skazuje siebie na toksyczne małzeństwo ?

              Nikt Ci na to pytanie niestety nie odpowie. Przesuniecie terminu
              slubu spowoduje jednak, ze bedziesz miala wiecej czasu na
              zastanowienie sie nad sensem tego zwiazku. Decyzja o przesunieciu w
              ten sposob na dzien dzisiejszy zmniejszy Twoje ryzyko, ale go nie
              zniweluje.

              Ja sama wyszlam za maz w wieku lat 23 za kogos, kto w czasie
              narzeczenstwa sie swietnie maskowal, a po slubie "wyszlo szydlo z
              worka". Bic mnie nie bil, ale potrzepal i poszarpal za ubranie pare
              razy, poza tym molestowal psychicznie, wyzywal, grozil itp. Bylo
              coraz gorzej. Odeszlam po poltora roku za zniszczona psychika.

              Z perspektywy widze, ze byly pewne objawy juz w czasie narzeczenstwa
              ktore zlekcewazylam, badz ktorych nie chcialam przyjac do
              wiadomosci. Bylam mloda, zakochana i zrobilam glupote. Kosztowalo
              mnie to bardzo wiele, nawet sobie nie wyobrazasz, jak traumatycznym
              przezyciem jest rozwod, nawet jesli odchodzi sie od osoby, ktora Cie
              krzywdzi. Siada poczucie wlasnej wartosci, wlacza sie poczucie
              winy, czlowiek rozpamietuje sytuacje bez konca...

              Naprawde, malzenstwo to powazna sprawa, szczegolnie w naszym kregu
              kulturowym. Zastanow sie, czy on jest tego ryzyka wart i czy Ty
              naprawde tego chcesz.

    • someone23 Powtórka z historii 17.12.08, 15:35
      Najbardziej mnie boli , że sama pochodze z domu w którym była i przemoc i
      alkohol. Ojciec wprawdzie raz tylko uderzył matkę , stosował wobec niej głównie
      przemoc słowna , fizycznie odreagowywał na mnie i kazdy powód był dobry byleby
      się przyczepić . Na początku szukałam winy w sobie , starałam sie być wzorowa
      córka , zawsze byłam wzorowa uczennicą , później studentką . Dopiero narzeczony
      otwarł mi oczy , ze powinnam to robić dla siebie , nie dla ojca , bo to i tak
      nic nie da .I tak zawsze znajdzie powód by się przyczepić . Dzięki narzeczonemu
      poczułam się na tyle bezpiecznie i na tyle silna , ze odwarzyłam się ojcu
      przeciwstawić . Dostrzegłam , że matka nawet jeśli czasami stanie po mojej
      stronie , to wystarczy jedno miłe słowo w jej kierunku ze strony ojca i nastąpi
      zmiana frontu , nie tylko bedzie akceptowała jego chamskie zachowanie , ale i
      zacznie zachowywać się podobnie.

      Narzeczony naprawdę bardzo mi pomógł stać się silniejszą.A teraz sam zachowuje
      się agresywnie. Moze w zwiazku z moja sytuacja w domu rodzinnym , tak długo
      dawałam mu przyzwolenie na te awantury , kopanie mebli , szarpaniny.
      Poprzysięgłam sobie , ze nigdy nie pozwole zeby moje małzenśtwo wyglądało tak ,
      jak moich rodziców. A teraz co?
      Matka mówiła , ze na poczatku małżeństwa ojciec tez się starał , był pomocny ,
      był doskonałym partnerem do rozmów. A mój narzeczony dał mi się we znaki jeszcze
      przed ślubem.
      Teraz ten niewiele warty człowiek traktuje moja matkę - atrakcyjna ,
      wykształcona i dobrze zarabiajacą kobietę jak kompletne zero.
      Narzeczony do tej pory nigdy mnie nie uderzył.Ale psycholozka skwitowała to tak
      , że po pierwsze nigdy nie wiadomo czy to nie nastapi bo on nie kontroluje
      swojego zachowania podczas napadów złości , po drugie po przekroczeniu pewnych
      granic , kolejne przekracza się juz bardzo łatwo.
      Bardzo kocham narzeczonego i naprawdę mi pomógł poradzić sobie z moja sytuacja w
      domu , ale jestem przerazona , bo nie chcę we własnym domu mieć powtórki z
      historii :(
      • marzeka1 Re: Powtórka z historii 17.12.08, 20:14
        Ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują,że tak będzie- a ty radośnie wkroczysz w małżeński koszmar w rytm marsza Mendelsona. Bo niby kochasz. Wybacz, ale skoro wyszłaś z domu, w którym była przemoc, sama chcesz się w takie związek wpakować????? Tłumaczenie,że kochasz, nie przekojuje mnie, zupełnie.
        • someone23 Re: Powtórka z historii 18.12.08, 00:12
          Mnie się po trosze wydaje że syty głodnego nie zrozumie.

          Sama kiedyś byłam zbulwersowana zachowaniem koleżanki , która byla w podobnej
          sytuacji co ja teraz.W moim związku wszystko wtedy było idealne i nie mogłam
          zrozumieć , dlaczego ona daje mu jeszcze jedną szansę. Teraz widzę jak się
          musiała męczyć .
          Bo nie da się na pstrykniecie palcami przejść od kochania do obojętności.
          • someone23 Re: Powtórka z historii 18.12.08, 02:59
            Na razie rozpatruje przełożenie ślubu z sierpnia 2009 na marzec 2010. Ryzyko
            będzie zawsze , ale dam sobie czas , poczekam , może okaże się , że on dalej sie
            stara i warto było czekać , a może utwierdzę się w przekonaniu , ze nie warto
            juz z nim być.

            Szkoda mi tego ślubu bo bardzo go chciałam , abyśmy w końcu byli u siebie , a
            nie randkowali w domach własnych rodziców. Szkoda mi pieniędzy juz upłynnionych
            na organizację spraw związanych ze ślubem, które przepadną.

            Ale wiem , że to w obecnej sytuacji banał i zdecydowanie drugoplanowa sprawa :/

            Rozsądek podpowiada konkretne rozwiązania , ale on nie zawsze idzie w parze z
            tym co czuję
            • marzeka1 Re: Powtórka z historii 18.12.08, 15:47
              "Mnie się po trosze wydaje że syty głodnego nie zrozumie."- ale co tu rozumieć??? Masz faceta przemocowca,wyszłaś z rodziny, w któej była przemoc i teraz sama stworzysz podobny związek, bo "kochasz i szkoda ślubu". Wiesz, małżeństwo moich rodzicó nie było udane, byli dobrymi rodzicami, ale nie powinni byli się pobierać, nie pasowali do siebie. Gyd dorosłam, wiedziałam, że nigdy, po prostu nigdy nie pozwolę sobie na podobny zwiąxzek, bo chcę byc szczęsliwa. Jestem, z tym samym, fajnym facetem od 19 lat. Czego ci także życzę.
    • someone23 Już nie mam sił 18.12.08, 22:32
      Rozpoczęłam wczoraj rozmowę z moim narzeczonym o przełozeniu ślubu z sierpnia
      2009 na marzec 2010. Wczoraj tłumaczył , że nie chce go przekładać bo bardzo
      chce tego ślubu , dzisiaj stwierdził , ze lepiej całkiem go odwołać , bo jeśli
      za rok powiem mu , ze znów chce go przełozyć , to to nie ma sensu. Chciałabym go
      przełozyć tylko w sytuacji , gdyby jego agresywne zachowanie się powtórzyło ,
      badź gdybym zobaczyła , ze pomimo terapii , ksiazek , nie potrafi panować nad
      zloscia . Chciałam dać jemu dodatkowy rok , aby nauczył się radzić sobie w
      takich sytuacjach i sobie , abym znów mogła mu zaufać widzac że się stara.
      Nie chciałam odwoływać go całkiem , abyśmy nie chodzili ze soba 8 lat przed
      ślubem ( bo jesli zarezerwoawlibysmy salę dopiero za rok , to pewnie tyle by w
      końcu wyszło do momentu slubu) , bo dla mnie to za długo .
      Nie uzyskam poczucia bezpieczeństwa żyjąc w zwiazku w którym jest agresja , ale
      żyjac w nieskończoność w nieformalnym związku też nie.
      W końcu powiedziałam mu , ze powinien docenić to , ze walczę o związek , bo
      większość dziewczyn na moim miejscu by go zakończyła.
      Skwitował tylko : " To zerwij " . Nie bał się tego powiedzieć. I zerwałam.
      Moze jutro przyjdzie jak gdyby nigdy nic , a moze znów nie bedzie się odzywał
      niewiadomo jak długo. Nie wiem.
      Ja juz nie mam sił.
      Czy ja wyolbrzymiam , bo przecież on się starał przez te 2 tygodnie , czy tez on
      totalnie lekceważy ten zwiazek i mnie???
      • deczko Re: Już nie mam sił 19.12.08, 15:06
        > W końcu powiedziałam mu , ze powinien docenić to , ze walczę o związek , bo
        > większość dziewczyn na moim miejscu by go zakończyła.
        > Skwitował tylko : " To zerwij " . Nie bał się tego powiedzieć. I zerwałam. >
        Ja juz nie mam sił.

        To teraz wyobraz sobie, ze jestes jego zona i nie mozesz ot tak sobie zerwac,
        tylko zyc dalej w tym koszmarze.
        --
        Deczko o sobie...
      • kaatrin Re: Już nie mam sił 19.12.08, 17:55
        Kobieto,
        ja juz nie mam sil czytac tego watku!
        Tak, przeciez sie staral... 2 tygodnie! Czym sa 2 tygodnie w
        porownaniu do 50 lat ktore potencjalnie spedzibyliscie razem???

        Naprawde, teraz Ci sie moze wydaje, ze to ten jedyny facet, ale
        bedac z nim przez 5 lat, nie mialas okazji sprobowac niczego
        lepszego, a fajni, nieagresywni faceci chodza po tym swiecie.
    • someone23 ... 19.12.08, 18:41
      Męczę się strasznie , więc piszę .
      Domyślam się , ze mojego wątku juz się nie da czytać .
      Dlatego tym bardziej dziękuję , że jeszcze ktoś na niego odpisuje .
      Takie potrzaśnięcie mna było mi potrzebne
      • nerwuska1 Re: ... 20.12.08, 16:56
        skoro tak latwo mu bylo powiedziec zerwij,to moze wlasnie o to chodzilo?zebys
        zerwala,lepiej brzmi ze to ty odeszlas nie on.sprowokowal,poudawal i dopiol
        swego,zerwalas.
        Zycze bys zapomiala i znalazla lepszego faceta.powodzenia.
        • hewja Re: ... 20.12.08, 23:22
          Właśnie przeczytałam cały wątek i MAM NADZIEJE ŻE WYTRWASZ W POSTANOWIENIU
          ROZSTANIA.

          Dużo już to mądrych rad wcześniej padło ale dodam coś jeszcze od siebie:
          Nie myśl w kategoriach tego co było, tych pięciu lat, wspólnych planów. Ale
          pomyśl w kategorii całego swojego przyszłego życia. Czy to jest człowiek z
          którym chcesz być do śmierci? Nie licz na zmiany w jego zachowaniu bo taką ma
          widać naturę. Nie bardzo wierzę w terapię- co jeśli wyuczone zachowania w chwili
          kłótni zastąpi instynkt? I kopnie mebel a potem ciebie..
          Czy tego dla siebie chcesz? Jesteś młoda, nie musisz tkwić w chorym układzie?
          Lepiej zostawić to teraz i zacząć normalne życie niż potem przez dziesiątki żałować.

    • someone23 wiem , wiem , jestem naiwna 28.12.08, 18:57
      wszystkim którzy odpisali na mój post dziękuję za wsparcie , bo pisanie tutaj
      bardzo wiele mi dało

      Kolejny akt tego dramatu w nieskończonej ilości aktów przedstawiał się tak: w
      Wigilię po pracy mój zmieniający co minutę zdanie narzeczony się pojawił.
      Złożyliśmy sobie życzenia , czekałam aż coś powie , nadąsany chciał wyjść , więc
      stwierdziłam , że ostatni raz się wysilę i spróbuję mu wytłumaczyć co zrobił nie
      tak.
      Rozmawialiśmy bardzo długo , rozmowa przeciągnęła się aż do kolacji wigilijnej .
      Wytłumaczyłam mu co zrobił źle , doszliśmy do tego , co powoduje jego wybuchy
      złości ( wzięliśmy sobie trochę za dużo na raz na barki , zamknął się ostatnio w
      sobie , nie mówił o problemach , więc się skumulowały ) , jak sobie ma z nimi
      radzić ( pomaga mu siłownia , albo głośne słuchanie muzyki , musi się znów
      otworzyć i mówić o wszystkim co go gryzie) , ustaliliśmy gdzie są granice
      zachowań , które mi nie odpowiadają ( kłótnia jest czymś normalnym , ale
      rzucanie łaciną w moją stronę albo kopanie szafek już nie ; jeden cichy dzień na
      przemyślenie sprawy jest w porządku , ale nieodzywanie się przez tydzień lub dwa
      to zdecydowana przesada ).
      Co do ślubu ustaliliśmy , że przemyślę przez święta czy przekładamy go z
      sierpnia 2009 na marzec 2010 , ale niezależnie od mojej decyzji on musi się
      bardzo starać i będziemy chodzić na terapie aż do sierpnia ( nie wiem czy to za
      mało czy nadto , ale chodziło mi o to aby o końcu terapii zadecydowała
      psycholożka a nie on sam ) , a jeśli jednak wybiorę marzec on zgodzi się na
      przesunięcie terminu ślubu .
      Po takich konkretnych postanowieniach starałam się zapomnieć o sprawie na okres
      świąt. On bardzo się starał , był miły , czuły , ale nie zawsze potrafiłam się z
      tego cieszyć , bo jego wybuchy złości i ciche dni , bardzo tkwiły we mnie zadrą.
      Wczoraj wymyśliłam plan . Stwierdziłam , że powiem mu , ze w Sylwestra
      przekładamy ślub na marzec a jeśli on wywiąże się z umowy ( czyli pogodzi się z
      ta decyzją i postanowi aż do sierpnia uczęszczać na terapie ) , to zrobię mu
      niespodziankę i kiedy przyjedzie po mnie rano załatwić tą sprawę odpuszczę
      przełożenie ślubu i zamiast tego poinformujemy moich rodziców , ze ślub jest za
      7 miesięcy ( niestety przez jego ekscesy nie zdążyliśmy poinformować jeszcze
      moich rodziców o terminie, a jest już dość późno na takie informacje).

      Ale cóż . Nie dotrzymał słowa . Zgodził się na uczęszczanie na terapię przez 8
      miesięcy , ale na ślub przesunięty o rok nie. Powiedziałam , że to jest moja
      decyzja , bo potrzebuje czasu żeby znów mu zaufać . Poinformowałam go , że albo
      dotrzymuje słowa , albo kończymy ten związek i wychodzi. Bardzo długo różnymi
      dziwnymi argumentami próbował wpłynąć na zmianę mojej decyzji , ale kiedy mu się
      to nie udało , wyszedł.
      Jeśli miałby dotrzymać drugiej umowy , powinien się jutro odezwać , bo miało nie
      być cichych dni. Jeśli się nie odezwie w ciągu trzech dni złamie obie umowy i
      będę zmuszona pójść bez pary na Sylwestra . Po prostu fantastycznie.
      To jest jakiś roller coaster z którego chcę zejść bo już mi niedobrze a nie mogę :/
      __________________
      Something die inside of me that day,when at last I have opened my eyes

      www.suwaczek.pl/cache/12bf601218.png?html
      www.suwaczek.pl/cache/332d4fbb96.png?html
      • konopielka80 Re: wiem , wiem , jestem naiwna 03.01.09, 02:58
        Na swiecie sa miliony facetow. Uczepilas sie jego jakby byl jednym na tym
        swiecie. Mam wrazenie, ze Tobie zalezy na slubie jako uroczystosci , ale
        zupelnie nie myslisz o tym co bedzie pozniej. Myslisz, ze on sie zmieni na
        lepsze? Teraz zgadza sie na terapie, bo masz argument w reku, ze odwolasz slub.
        Po slubie bedziesz mogla mu naskoczyc. Teraz jak ci sie nie podoba, to
        wychodzisz a po slubie bedziesz walczyla o rozwod i szarpala nerwy.
        Wyszlam z rodziny , w ktorej byla przemoc. Podswiadomie znalazlas faceta, ktory
        stosuje przemoc i razem zalozycie kolejna przemocowa rodzine, w ktorej bedziesz
        cierpiec Ty i Twoje dzieci. Tak bardzo chcesz sie wladowac w to pieklo?
        Nie masz w ogole do siebie szacunku, jestes uczepiona tego goscia jak rzep
        psiego ogona i sama sobie szykujesz pieklo. Ocknij sie i wreszcie zakoncz ten
        zwiazek.
        • aspaa Re: wiem , wiem , jestem naiwna 05.01.09, 14:00
          pamiętaj, że podstawa w zwiazku jest tez szacunek. jesli teraz go
          nie ma, to widocznie Twoj narzeczony nie wyniosl go z domu i nie
          chce krakac, ale po tylu latach nie nauczysz go pewnych zachowan

          a na terapie pochodz sama. sama musisz wlasnie uporac sie z
          dziecinstwem i problemami czy lękami jakie wynioslas z domu (jak
          kazdy z nas...). sama musisz sobie to ulozyc, i nie idealizuj
          narzeczonego ze ci w tym pomogl, bo na razie z tego co piszesz
          wychodzi, ze jednak pokazuje ten sam obraz co znasz

          trzymam kciuki, ale nie za twoj zwiazek (bo nie wydaje mi sie
          dojrzały, przepraszam za szczerosc) ale za to, bys sie uwolnila od
          demonow z przeszlosci, uwierzyla w siebie i znalazla faceta, dla
          ktorego slowa "szacunek do kobiety" cos znacza!

          powodzenia!
    • sabina Re: prosze pomóżcie :'-( 05.01.09, 14:57
      Dziewczyno, popracuj najpierw nad swoja psychika, dopiero pozniej
      naprawiaj swojego narzeczonego. Z twojej relacji wynika ze to Ty
      jestes roztrzeciona, niepewna, egoistyczna i teroryzujesz go
      psychiczne. O jego zachwaniu sie nie wypowiadam bo widzialam juz
      pare relacji gdy niespotykanie spokojni mezczyzni lub kobiety
      doprowadzeni zostali do atakow agresji (nawet na tym forum mozna
      pare poczytac. Starasz sie zmienic inna osobe a nie tedy droga,
      rozwiazania szukaj w sobie. Jesli sobie nie poradzisz to
      rzeczywiscie jedynym rozwiazaniem jest rozstanie.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka